7

Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:

25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych bramek”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny San Lorenzo, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii.


@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB

6

@FCBparasiempre

Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea– legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech, a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.

Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej, a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Juventus Turyn

1x Puchar Europy (1985)

1x Superpuchar UEFA (1984)

1x Puchar UEFA (1977)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)

1x Puchar Interkontynentalny (1985)

7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)

2x Puchar Włoch (1979, 1983)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1982)

7

To był dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Grzechem byłoby o nim zapomnieć(wiecie gdzie czytać):

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@kamyk_23
@DaPidejpi
@patataj

0

@mrboom Zapytałem ponieważ starszy gość u mnie w robocie twierdzi że Śląsk ,,puści dobre pieniądze dla Legii" żeby tylko utrzymać się w Ekstraklasie...

9

Ostatnie tango… Guardioli:

25 maja 2012 r. FC Barcelona pokonała w finale Copa del Rey Athletic Bilbao 3:0 i zdobyła 26 w historii Puchar Hiszpanii. To był ostatni z 14 pucharów Guardioli w roli szkoleniowca Blaugrany i jednocześnie ostatni mecz w tej roli. Finał na rozebranym niedawno Vicente Calderon miał jednostronny przebieg. Wynik ustalono już po 25 minutach za sprawą dwóch trafień Pedro i jednego gola Messiego.

Składy obu drużyn:

FC Barcelona: Pinto - Adriano, Mascherano, Pique, Montoya - Iniesta, Busquets, Xavi (81. Fabregas) - Pedro (87. Thiago Alcantara), Messi, Alexis Sanchez (71. Keita) Rezerwowi: Valdes, Bartra, Keita, Thiago Alcantara, Fabregas, Tello, Afellay

Athletic Bilbao: Iraizoz - Aurtenetxe, Amorebieta, Ekiza, Iraola - De Marcos (46. A. Herrera), Martinez- Gomez, Muniain, Susaeta (46. Perez)- Llorente (73. Toquero)





@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi

0

@mrboom A dlaczego ma nie odpuścić skoro i tak ma zagwarantowane europejskie puchary?

0

Zapytam tak z ciekawości, zwłaszcza tych, którzy obstawiają mecze. Czy Legia odpuści ostatni mecz Eskstraklasy i przegra ze Śląskiem? No i jakim wynikiem może zakończyć się to spotkanie?

11

Kolejny Puchar do gabloty Blaugrany:

25 maja 1952 r. FC Barcelona zdobywa 10-ty(i drugi z rzędu) w swojej historii Puchar Króla Hiszpanii. W zaciętym finałowym meczu Barça pokonała po dogrywce Valencie CF 4:2 na Estadio de Chamartain. Gole dla Blaugrany zdobyli Jorge Vila Soler(72 minuta) oraz legendarni: Basora(40 minuta), Kubala(96 minuta i Cesar Rodriguez(119 minuta). A oto ten triumfujący skład: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo , Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila Soler, Kubala, Manchon


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

2

Karim Benzema w meczu z Rayo Vallecano zdobył swojego 280 gola pierwszoligowego i do Samuela Eto'o traci tylko 6 goli a do Davida Villi zaledwie 2 gole w klasyfikacji strzelców pierwszej ligi.

5

@FCBparasiempre

Erwin Nyc urodził się 24 maja 1914 roku, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Przygodę z piłką nożną rozpoczął w wieku 15 lat a jego pierwszą drużyną stała się wówczas Pogoń Katowice. Tu po raz pierwszy widać przejaw polskości w rodzinie Nyców. Żaden Niemiec nie zapisałby swojego dziecka do polskiego klubu. Pogoń była w tych czasach odpowiednikiem 1.FC Kattowitz, który był niemieckim klubem na naszych ziemiach. Nawet Ruch Wielkie Hajduki nie posiadał aż tylu polskich patriotów, jak w katowickiej Pogoni. W żadnym wypadku więc nie można uznawać Erwina za Niemca, co najwyżej za człowieka wywodzącego się ze środowisk śląskich, o skomplikowanych korzeniach. W 1935 roku Erwin został wezwany do odbycia służby wojskowej w Warszawie, gdzie formalnie pełnił obowiązki w jednostce lotniczej. Większość czasu spędzał, grając na pozycji środkowego pomocnika, w najpopularniejszej stołecznej drużynie, czyli Polonii Warszawa. Dla zespołu Czarnych Koszul był to sezon nadziei. Klub dopiero awansował po grach eliminacyjnych do Ligi a Erwin w tym pomógł, z marszu stając się bohaterem kibiców. Od tamtego momentu niesamowicie zżył się z drużyną a jego nazwisko zaczynało nabierać renomy. Także po zakończeniu służby, Erwin pozostał wierny Polonistom, pracując przy okazji w firmie górniczej. Poza tym Nyc był świetnym zawodnikiem, którego warunki fizyczne (180 cm wzrostu) predysponowały do gry nie tylko w pomocy, ale przede wszystkim w obronie. To był jeden z piłkarzy, który zaczął odgrywać rolę stopera. Umiejętność ta skłoniła Józefa Kałużę oraz szefostwo PZPN, aby w 1938 roku zabrać Erwina na Mistrzostwa Świata na sławny mecz z Brazylią. Trzeba wspomnieć, że nie znalazłby się na nim, gdyby nie kontuzja Jana Wasiewicza, zawodnika lwowskiej Pogoni. Dzięki nieszczęściu kolegi, to Nyc wskoczył do kadry, powiększając w niej grono Polonistów(wcześniej powołanym był Władysław Szczepaniak, który przy okazji tego meczu był kapitanem) Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. W spotkaniu z Brazylią, Erwin zagrał jako jeden z trzech pomocników, obok Wilhelma Góry i Ewalda Dytki. Nie był to jednak pierwszy mecz Nyca w kadrze narodowej. Jego debiut rok wcześniej przypadł na mecz z Danią, który Polska wygrała 3:1. Grywał również w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 we Francji, kiedy to przeciwnikiem Biało-Czerwonych była Jugosławia. Licznik gier w kadrze tego rosłego pomocnika zatrzymał się na liczbie 11. Nyc znowu staje się Nytzem. Na początku II wojny światowej, luksusowe mieszkanie Erwina, które znajdowało się w Warszawie, zostało zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Później Nyc został zobowiązany do walki na froncie i popadł w niemiecką niewolę, jednak już po kilku dniach został z niej zwolniony. Powrócił na Górny Śląsk, który wówczas dostał się pod panowanie niemieckie. Jak wszyscy inni piłkarze z tego regionu, został zmuszony do podpisania volkslisty. Górnoślązacy, którzy wówczas występowali do końca sierpnia 1939 roku w najwyższej polskiej Lidze, stali się znowu obywatelami Rzeszy. Ich nazwiska spolonizowane w połowie lat trzydziestych zarządzeniem wojewody Michała Grażyńskiego, otrzymały z powrotem swą niemiecką formę, tak jak były zapisane w metrykach urodzenia. W 1940 roku Erwin zaczął występować w niemieckim klubie. Dzisiaj każdy rozgrzesza taką sytuację, zwłaszcza na Śląsku. Był nawet wzywany dwukrotnie do gestapo. Dopiero po tych rozmowach, pod groźbą wywozu do obozu pracy, zdecydował się na wstąpienie do drużyny okupanta. Nadszedł moment wyboru – być prześladowanym czy grać w piłkę? Katowicki przełożony NSDAP Georg Joschke przyłączył więc Nyca do drużyny 1. FC Kattowitz, podobnie jak dwóch innych graczy: Ewalda Dytko i Ernesta Willimowskiego (który odszedł z niej po niespełna czterech miesiącach). Joschke, w latach trzydziestych, sam prowadził ten klub dla mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu pięciu sezonów w Gaulidze Górnego Śląska nie osiągnął z nim większych sukcesów. Nie wzbił się nawet powyżej czwartego miejsca w tabeli. W czerwcu tego samego roku w Katowicach, Nyc wziął udział w pierwszym szkoleniu dla graczy z Górnego Śląska, przeprowadzonym przez ówczesnego szkoleniowca Reichu, Seppa Herbergera. Gazeta „Kicker” widziała wtedy w Erwinie podstawowego stopera niemieckiego zespołu, lecz do takiego obrotu spraw nie doszło. Kilka razy Nyc brał udział w meczach zespołu Gauligi Górnego Śląska, gdzie jego opiekunem był Kurt Otto, były trener Schalke i polskiej drużyny narodowej. Tego samego roku został powołany do niemieckiej służby lotniczej w Fliegerhorst. W tym czasie nadal grał w piłkę, w drużynie Luftwaffen Sport Verein. Stacjonował w Berlinie, ale bardzo często w mundurze Luftwaffe przyjeżdżał do Warszawy. Prawdę mówiąc, Erwin lotnikiem nigdy nie został, był jedynie w wojsku pomocniczym. Później został przeniesiony do jednostki Markersdorf w dolnej Austrii, gdzie również grał w lokalnej drużynie złożonej z lotników. Po kilku miesiącach powrócił do Fürstenwalde. ,,Dawno temu rozmawiałem ze Zdzisławem Gierwatowskim, który grał w Polonii Warszawa od 1938 roku, więc znał Nyca osobiście. Mówił mi, że to był swój chłopak, żaden Niemiec, nawet nie posiadał niemieckiego akcentu a rozmawiali ze sobą w języku polskim”– wspominał Robert Gawkowski.

W środku wojny, podczas jednego z rozgrywanych meczów, kiedy to Polonia grała w konspiracyjnej lidze, przywdziewając czarne trykoty, wypatrzono Erwina w mundurze Luftwaffe. Przyglądał się swoim kolegom na boisku, a po spotkaniu wybrał się z nimi na prawdziwą „biesiadę”. Podczas wojny moralne opory znikały. Ludzie nie wiedzieli, czy dożyją kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca… Najnormalniej na świecie, Nyc przesadził z alkoholem i podczas godziny policyjnej wyszedł na ulicę. Zaczął przy tym wymachiwać pistoletem i wołać: dajcie mi jakiegoś szwaba, ja go ukatrupię! Nie mogło obyć się bez patriotycznego akcentu. Wyobrażacie sobie, że niemiecki żołnierz zaczyna śpiewać hymn Polski? Tak też uczynił Erwin, nad którym prawdopodobnie opatrzność sprawowała swą opiekę – żaden patrol nie przechodził obok miejsca zdarzenia. Pan Zdzisław Gierwatowski mówił, że piłkarze Polonii będący wówczas z Nycem, zaciągnęli go siłą do jakiegoś pokoju, gdzie zasnął. Na szczęście miał broń, którą wymachiwał nadal przy sobie. Gdyby zastrzelił jakiegoś Niemca, to prawdopodobnie czekałby go pluton egzekucyjny albo w najlepszym wypadku karna kampania na Wschód. Pod koniec wojny dostał się także pod rosyjską niewolę. Po powrocie do Pogoni Katowice, gdzie Erwin grał po wojnie, napotkał wiele przeszkód. Był szkalowany przez władze komunistyczne, które mówiły, że musi ponieść konsekwencje za to, iż grał w niemieckich klubach. Poloniści stanęli jednak murem za swoim byłym zawodnikiem. Pisali listy, że Nyc nigdy nie był kolaborantem, współpracował z ruchem oporu, załatwiał pistolety dla Armii Krajowej, lecz nie wiadomo, ile w tym jest prawdy. Wszyscy, którzy z nim kiedyś grali czuli, że żaden z niego Niemiec. Erwin przyznał również, że na początku wojny miał kontakt z byłym polskim selekcjonerem Józefem Kałużą, który doradzał mu, że w ten sposób może uniknąć represji ze strony niemieckich okupantów. Te wypowiedzi pomogły Nycowi, a dochodzenie zostało przerwane. Nie mógł on jednak wyjeżdżać za granicę i nie można było powołać go do reprezentacji piłkarzy z ligi okręgowej, a także reprezentacji Polski. W przypadku Erwina Nyca, Ewalda Dytko, Teodora Peterka i Gerarda Wodarza, UB chciało dokładnie wiedzieć, co robili podczas służby we Wehrmachcie, a przede wszystkim u aliantów. Te przesłuchania napędziły im mnóstwo strachu, że dopiero wiele lat później poczynili jakieś uwagi na ten temat. Oficjalnie ich życiorysy podawały, że zostali zmuszeni do służby we Wehrmachcie, poczuwali się polakami i przy pierwszej okazji zdezerterowaliby – fragment książki Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł”. Erwin był człowiekiem o dobrym sercu – przywoził czasem z Niemiec, podobnie jak Karol Kossok to, czego nie było wtedy w Polsce. Mowa tutaj o piłkach, korkach czy sprzęcie piłkarskim. Prawdziwy spokój w jego życiu nadszedł po 1948 roku, kiedy zmienił pisownię nazwiska na polską. Z Erwina Günthera Nytza stał się Edwardem Piotrem Nycem. Brzmiało po naszemu, ale na Polonii nadal wołano na niego Erwin. Nikt nie widział w tym nic złego – znacząca część tych Polonistów zamieszana była w powstanie warszawskie, więc byli uczuleni na zdradę, lecz do Erwina nic nie mieli. Widzieli, że zmiana imienia ma na celu ułatwić mu drogę w tej nowej, komunistycznej rzeczywistości. Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Nyc próbował swoich sił w latach 50. w kilku drużynach z Górnego Śląska jako trener (m.in. w AKS Chorzów), jednak nie udało mu się zaistnieć w żadnym z prowadzonych zespołów. Opowieść o Erwinie Nycu sięgnie 1957 roku, kiedy to zorganizowany został jubileusz Wacława Kuchara. Zrobiono wówczas wielki mecz oldbojów pomiędzy Pogonią Lwów a Polonią Warszawa. Trzeba widzieć to, jako pewien opór w stosunku do komuny – był to październik, więc można było pozwolić sobie na więcej. Plakaty i wypowiedzi sugerowały, że Polonia podejmować będzie starą Pogoń. Spotkanie to miało przypomnieć o tym, że Lwów kiedyś był polski. Z Bytomia czy Wrocławia przyjechali dawni lwowiacy a Polonia zaprosiła Erwina Nyca a także Wilhelma Grolika, postać mniej znaną, ale również w swej historii kontrowersyjną. Wszyscy cieszyli się z obecności Erwina. To najlepszy dowód na to, jak go odbierano. Podczas wojny, w stosunku do jego osoby, było sporo niedomówień. Dzisiaj chyba już nikt nie mówi negatywnie o poczciwym Erwinie, który zmarł 1 maja 1988 r. w wieku 73 lat na terenie Piekar Śląskich.

7

Pamiętajmy!

Polski patriota w mundurze Luftwaffe(to trzeba przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):


@kamyk_23
@Rastafarnianin
@Symson
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

1

@Adran360 Zgadza się. Jednak Djalma Santos był 2-krotnym mistrzem świata. Mało tego! Djalma Santos jest obok Franza Beckenbauera jednym z dwóch graczy, których trzykrotnie wybierano do drużyny marzeń Mundialu. O tym nie wolno zapominać!

7

@FCBparasiempre

Dla wielu z nas futbol jest czymś, co dodaje codziennemu życiu kolorytu, uroku i magii. Emocjonujemy się meczami i wspólnie przeżywamy wygrane i przegrane. Poza swoją piękną stroną piłka nożna ma jeszcze tę nieco bardziej mroczną. W historii tej gry nie brakowało wielu tragicznych rozdziałów. Katastrofy samolotów z drużynami na pokładzie na zawsze zostawiły ślad naszej pamięci. Podobnie było z tragediami, w których poszkodowani byli kibice. W tragicznych wydarzeniach na stadionach Heysel, Hillsborough czy Ibrox zgięło wielu miłośników futbolu, takich, jak my. Najwięcej ofiar pochłonęły jednak wydarzenia, jakie rozegrały się 24 maja 1964 r. w Limie, a które do historii przeszły jako tragedia na Estadio Nacional albo rzeź w Limie. Południowoamerykańscy fani futbolu znani są ze swojej spontaniczności. Niejednokrotnie zdarzało się, że niektórzy z nich w przypływie emocji wbiegali na boisko. Tak miało być podczas meczu Peru – Austria na igrzyskach w Berlinie. W wyniku wtargnięcia Peruwiańczyków na murawę został poturbowany jeden Austriak, co w konsekwencji spowodowało podjęcie decyzji o powtórzeniu meczu, co z kolei doprowadziło do wycofania się Peruwiańczyków z olimpijskiej rywalizacji. Bohaterami tamtej ekipy byli tacy piłkarze jak Teodoro Fernández, Alejandro Villanueva i Jorge Alcalde. 27 października 1952 r. cała trójka brała udział w inauguracji nowego stadionu w Limie. Nowe Estadio Nacional, które stanęło na miejscu starego obiektu, rok później miało gościć uczestników mistrzostw Ameryki Południowej. Zadbano więc o to, żeby obiekt godnie się prezentował. Wyposażono go w wiele udogodnień, takich jak choćby luksusowe loże i windy na jednej z trybun. Uroczystości rozpoczęły się już o godzinie 10:00 i trwały do wieczora. W trakcie ich trwania uhonorowano wielu peruwiańskich sportowców, wśród których była wspomniana wyżej trójka piłkarzy z igrzysk w Berlinie, a także złoty medalista olimpijski Edwin Vásquez oraz Julia Sánchez i Gerardo Salazar, którzy święcili triumfy na igrzyskach panamerykańskich. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że za kilkanaście lat stadion stanie się areną jednej z największych tragedii w dziejach futbolu. W maju 1964 r. rozgrywano w Limie turniej kwalifikacyjny do rozpoczynających się w październiku igrzysk olimpijskich w Tokio. Brały w nim udział młodzieżowe ekipy Argentyny, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Chile, Ekwadoru i oczywiście Peru. 24 maja gospodarze mierzyli się z Argentyńczykami, którzy jak dotąd odnieśli komplet zwycięstw. Ewentualna wygrana z Peru dawała im już pewny awans na turniej w Tokio. Peruwiańczycy w pierwszym meczu tylko zremisowali z Ekwadorem i żeby myśleć o wyjeździe na igrzyska, to musieli przynajmniej zremisować z Argentyną. Tym bardziej że mieli jeszcze do rozegrania mecz z zawsze groźną Brazylią. Mimo że był to tylko turniej kwalifikacyjny do igrzysk, to spotkanie z Argentyną przyciągnęło na stadion rzesze kibiców. Sprzyjał temu fakt, że mecz był rozgrywany w niedzielę. Nie bez znaczenia była też klasa rywala i waga pojedynku. Wielu rozkochanych w futbolu Peruwiańczyków zmierzało na Estadio Nacional, licząc na dobry występ swoich ulubieńców i solidną dawkę sportowych emocji. Wszyscy oni szczelnie wypełnili trybuny stadionu, które mogły pomieścić 53 tys. widzów. Początek spotkania wyznaczono na 15:00 i punktualnie o tej godzinie urugwajski sędzia Ángel Eduardo Pazos dał znak do rozpoczęcia gry. Mecz początkowo przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Nieznaczna przewaga rysowała się po stronie Argentyny, ale Peru grało z wielkim zaangażowaniem i też potrafiło stworzyć dogodne sytuacje. W pierwszej odsłonie kibice nie zobaczyli jednak bramek. Kilkanaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy Argentyńczycy objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Néstor Manfredi, który wykorzystał błąd przy rzucie rożnym popełniony przez peruwiańskiego bramkarza Juana Barrantesa. Gospodarze niesieni fantastycznym dopingiem kibiców ruszyli do odrabiania strat. Czas jednak płynął, a bramki nie padały. Kiedy do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut, argentyński obrońca Horacio Morales próbował wybić piłkę spod własnej bramki, ale ta odbiła się od stopy Peruwiańczyka Victora Lobatóna i wpadła do siatki. Radość kibiców nie trwała jednak długo. Sędzia Ángel Eduardo Pazos uznał, że napastnik gospodarzy przekroczył przepisy i gola nie uznał. Co zrozumiałe, decyzja Urugwajczyka nie spodobała się miejscowym fanom. Wkrótce na boisko wtargnął niejaki Víctor Malesia Vazquez, którego wielu kibiców znało jako Negro Bomba. Próbował zaatakować sędziego, ale w porę został obezwładniony przez służby porządkowe. Nie był to jego pierwszy taki wyskok, bo już wcześniej podobnie się zachowywał na meczach Alianzy Lima. Chwilę później za jego przykładem podążył inny rozzłoszczony obrotem spraw kibic. Edilberto Cuenca ruszył w kierunku sędziego i chciał go podobno zaatakować szyjką butelki, ale też został unieszkodliwiony. Sposób, w jaki tego dokonano budzi jednak niemałe kontrowersje. ,,Nasi policjanci kopali go i bili, jakby był wrogiem. To właśnie wzbudziło złość wszystkich(łącznie ze mną)- wspominał po latach Jose Salas, który był wówczas na trybunach. Cuenca miał zostać też zaatakowany przez policyjne psy, które na oczach innych kibiców szarpały jego ubranie. W kierunku policjantów zaczęły lecieć kamienie i butelki. Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna, a niektórzy ze zgromadzonych próbowali sforsować ogrodzenie i dostać się na boisko. Sędzia podjął decyzję o przerwaniu meczu i zawodnicy zeszli do szatni. Niektórzy z kibiców widząc, że sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna i że służby nie panują nad rozzłoszczonym tłumem, próbowali opuścić stadion. Nasza piątka zeszła ze schodów, żeby wyjść na ulicę podobnie jak wielu innych, ale brama wyjściowa była zamknięta. Odwróciliśmy się więc i zaczęliśmy z powrotem wchodzić po schodach, ale wtedy policja użyła gazu łzawiącego. Ludzie zgromadzeni na trybunach zaczęli stamtąd uciekać i wbiegli to tunelu, powodując ogromny ścisk – opowiadał Jose Salas. Po użyciu gazu na stadionie zapanował totalny chaos. Tysiące osób ruszyło ku stadionowym bramom, które jednak były zamknięte. Później pojawiały się głosy, że policjanci, którzy mieli ich pilnować, opuścili swoje stanowiska, żeby zobaczyć końcówkę meczu, lub też chcieli w ten sposób zmusić tłum do powrotu na trybuny. Ludzie dusili się, kaszleli i mdleli. Wiele osób zostało stratowanych i praktycznie zmiażdżonych. Wciśnięci między stalowe pręty bram nie mieli jak zaczerpnąć powietrza i zwyczajnie się dusili. Wiele dzieci zmarło na rękach rodziców. Ofiary były też wśród osób starszych. Salas wspominał, że przez dwie godziny był w takim ścisku, że jego stopy nie dotykały ziemi.

Kiedy w końcu udało się otworzyć bramy, spora część kibiców wdała się w zamieszki z policją. Ucierpiało wiele okolicznych sklepów i podpalono kilkanaście samochodów a funkcjonariusze mieli użyć ostrej amunicji. ,,Przechodzili obok mnie chłopcy z sąsiedztwa i zauważyli mnie. Byłem dość chudy udało im się mnie wyciągnąć. Ale potem zaczęło się strzelanie i zaczęli biec. Strzały padały na zewnątrz, kule były wszędzie. Zacząłem biec i nie oglądałem się za siebie– mówił Salas. W tym samym czasie piłkarze ciągle czekali w szatniach, czekając na moment, kiedy będą mogli w końcu wyjść. W składzie Peru grał wówczas młody Héctor Chumpitaz, który po latach podzielił się swoimi wspomnieniami z tego tragicznego dnia. Kiedy dotarliśmy do szatni, niektórzy ludzie zdążyli już wyjść na zewnątrz i wrócić, mówiąc, że były dwa zgony. „Dwa zgony?” – zapytaliśmy. Jeden już wydawał się dużo. Spędziliśmy w szatni dwie godziny, zanim pozwolono nam wyjść, więc nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W drodze powrotnej do naszego ośrodka treningowego słuchaliśmy radia, gdzie podawano kolejne liczby – 10, 20, 30 ofiar. Za każdym razem, gdy pojawiały się wiadomości, to liczby rosły– 50 ofiar, 150, 200, 300, 350 – wspominał Chumpitaz. Oficjalnie w wyniku tragicznych wydarzeń na Estadio Nacional śmierć poniosło 328 osób, a ponad 500 zostało rannych. Według wielu ta liczba jest niedoszacowana, bo nie uwzględnia tych, którzy zginęli w starciach z policją. Istnieje wiele relacji naocznych świadków, którzy opowiadali o zmarłych z ranami postrzałowymi. Wyznaczony jednak do zbadania katastrofy sędzia Benjamin Castañeda nie był w stanie znaleźć dowodów, żeby te informacje potwierdzić. Kiedy usłyszał, że w szpitalu Loayza w Limie są dwie ofiary z ranami postrzałowymi, natychmiast udał się na miejsce. Docierając do kostnicy, spotkałem kogoś, kogo znałem. Zapytałem go, czy są tam dwa ciała z ranami postrzałowymi. „Tak”, powiedział mi, „ale oni właśnie je zabrali.” – mówił Castañeda. Kilka miesięcy po tragedii zgłosił się do niego starszy mężczyzna, który mówił, że jego dwaj synowie, którzy studiowali medycynę, przyjechali do Limy z prowincji i nigdy nie wrócili. Mężczyzna szukał ich nazwisk na listach ofiar, ale żadnego nie znalazł. Prowadził dalsze dochodzenie, ale bez skutku. Powiedziałem mu więc, że otrzymałem wiadomość, że niektórzy ludzie zginęli w wyniku strzałów i niestety nigdy nie mogłem odkryć ich tożsamości, ponieważ wszystko było przede mną ukryte – opowiadał Castañeda. W swoim raporcie Castañeda napisał, że liczba ofiar śmiertelnych podana przez rząd nie odzwierciedla prawdziwej liczby ofiar, ponieważ istnieją uzasadnione podejrzenia o potajemne usuwanie tych, którzy zginęli od kul. Oskarżył też ministra spraw wewnętrznych o zaaranżowanie inwazji na boisko i brutalną reakcję policji. Według niego pokaz siły miał uzmysłowić ludziom ryzyko, na jakie narażają się, występując przeciwko władzy. Rząd z kolei winą za zamieszki obarczył trockistowskich agitatorów. Dziennikarz Jorge Salazar, który napisał książkę traktującą o tragedii na Estadio Nacional, zauważa, że w tamtych czasach nastroje społeczne w Peru było bardzo burzliwe i wystarczyła tylko iskra, żeby wywołać ogień. ,,To były lata sześćdziesiąte, czas Beatlesów, Fidel Castro był w modzie, wszystko się zmieniało na świecie. W Peru po raz pierwszy mówiono o sprawiedliwości społecznej. Było dużo demonstracji, ruchów robotniczych i partii komunistycznych. Lewica była dość potężna, a między policją a ludem trwały nieustanne tarcia” – oceniał Salazar.

Po tragedii rząd ogłosił siedmiodniową żałobę narodową. Kościół zorganizował zbiórkę na rzecz pomocy rodzinom ofiar, a pogrzeby gromadziły tysiące żałobników. Pojawiały się też pojedyncze głosy, który nawoływały do anulowania wyniku meczu i zawieszenia urugwajskiego sędziego. Przeszły jednak bez echa, a sam arbiter bardzo przeżył te wydarzenia. Chciałbym mieć pewność, że to nie była moja wina, jak podają niektóre gazety w Limie. To było straszne. Gdybym wiedział, że zginie tyle ludzi, nie zagwizdałbym, a potem odłożył gwizdek na wieki. Chcę zapewnić wszystkich, że to nie była moja wina – mówił Urugwajczyk. Winą za tragedię obarczono komendanta policji Jorge Azambuje, który wydał rozkaz użycia gazu. Został później skazany na 30 miesięcy więzienia. Zamówiłem gaz łzawiący na trybuny. Nie wyobrażałem sobie jednak jak tragiczne mogą być konsekwencje – tłumaczył Azambuja. Drugim ukaranym był Castañeda. Nałożono na niego karę grzywny za sześciomiesięczne opóźnienie w publikacji raportu i niestawienie się na wszystkich 328 autopsjach, tak jak powinien. Jego raport po publikacji trafił do kosza. Turniej kwalifikacyjny został przerwany. Zwycięzcą została uznana Argentyna. O drugie miejsce miały powalczyć ze sobą Brazylia i Peru. W rozegranym 7 czerwca w Rio de Janeiro spotkaniu lepsi byli Canarinhos, którzy wygrali 4:0. ,,Oczekiwałem zwycięstwa, ale za taką cenę wolałbym najbardziej upokarzającą z porażek”– mówił potem trener Argentyńczyków Ernesto Duchini. Do dzisiaj nie udało się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania i prawdopodobnie nigdy się to już nie uda. Miejmy jednak nadzieje, że ta i inne stadionowe tragedie będą już tylko smutnym wspomnieniem i nauką na przyszłość.

0

@marcinK0000 Jak to z samym Balde? Przecież jest Christensen i Araujo! To są defensorzy klasy światowej jakby nie patrzeć...

10

Tragiczny w skutkach wypadek legendy FCB:

Francisco Javier Urruticoechea czyli ,,Urruti” był bramkarzem Barçy w latach 1981-88. Pochodzący z Kraju Basków zawodnik trafił na Camp Nou z Espanyolu i w latach 1982-86 był podstawowym golkiperem Dumy Katalonii. Po odejściu z Barcelony zakończył karierę i został trenerem bramkarzy. Kilka godzin przed feralną nocą(24 maja 2001 r.) oglądał wraz z przyjaciółmi finał Ligi Mistrzów. Nastepnie wsiadł do swojego Mercedesa 320 CE i ruszył w strone domu. Będąc blisko celu około godziny 3:37 w nocy na północnej obwodnicy Barcelony stracił panowanie nad kierownicą i jego samochód trzykrotnie uderzył w bariere ochronną a sam Urruti wypadł z pojazdu. Jadący za nim kierowca BMW nie był w stanie go ominąć i bramkarz poniósł śmierć na miejscu.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

13

Szczęśliwa końcówka sezonu:

24 maja 1992 r. FC Barcelona rozgromiła na wyjeździe Real Valladolid 0:6(!) w 36 kolejce Primera Division, po 2 golach Stoiczkowa, Koemana i Nadala. To zwycięstwo pozwoliło Blaugranie zbliżyć się na jeden punkt do Realu Madryt a w ostatniej kolejce(dzięki wygranej Tenerife z Realem) sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii.




@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj

0

@mekston No nie wiem, być może to już 512, mogłem jednego gola gdzieś zagubić. Tak czy owak rekord jest zagrożony a Messiemu będzie ciężko go dogonić, no chyba że wróci do Barcuni...

7

Pierwszy w kolekcji Puchar Króla:

24 maja 1910 r. rozpoczął się pierwszy w historii wygrany przez FC Barcelone turniej finałowy Pucharu Króla Hiszpanii. Co ciekawe z powodu nieporozumień między klubami odbyły się równolegle dwa turnieje i obydwa są uważane za oficjalne. Duma Katalonii wzięła udział w rozgrywkach pod egidą nowo powstałego Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej (RFEF). Właśnie 24 maja Barça pokonała w półfinale Deportivo La Coruña 5:0 a dwa dni później pokonała Club Español de Madrid 3:2 po golach Wallace’a, Commamali i Pepe Rodrigeuza. W turnieju tym brały udział tylko 3 kluby a turniej był rozgrywany w Madrycie.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

@regatta52 Był niesamowity, to prawda, jednak i tak najlepszy w historii jest bez wątpienia Djalma Santos.

1

@Kidd Wszystko na to wskazuje, choć po stokroć wolałbym ażeby na jego miejscu był Lionel Messi...

0

@QuaReL Każda klasyfikacja się liczy, jeśli nie jest zakłamana. W tej akurat nie ma znaczenia że nie gra w Europie. Tu chodzi o pierwszą lige i tyle

2

Rekord Josefa Bicana(518 goli na poziomie pierwszej ligi) jest bardzo mocno zagrożony a to za sprawą Cristiano Ronaldo, który wczoraj strzelił swojego 511 gola ligowego. Z kolei Robert Lewandowski strzelając wczoraj gola przeciwko Realowi Vallodild, uzbierał już na swoim koncie 367 goli i do następnego na liście(Di Stefano) traci już tylko 7 goli.

7

Panie i panowie, sympatycy Albicelestes, dzisiaj 29 lat kończy Rodrigo de Paul, argentyński pomocnik, świeżo upieczony mistrz Świata 2022 oraz zdobywca Copa America 2021. Rodrigo gra obecnie w Atletico Madryt i naturalnie jest reprezentantem kraju. Wychowanek Racing Club ma w swoim sportowym CV występy dla takich klubów jak m.in. Valencia czy Udinese Calcio.

2

Raniutko trzeba wstawać do roboty a początek meczu z Realem Valladolid o 22.00.
Eech, ci Hiszpanie nie mają litości dla kibiców, zwłaszcza ze wschodniej Europy. Co jak co ale ja nie zamierzam być nieprzytomny w robocie i zara ide spać! To nie jest mecz wagi ciężkiej, jutro sobie odtworze, dobranoc

9

Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:

23 maja 1954 r. Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po słynnym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał) w Bernie i zwycięstwie 3:2.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@kamyk_23

7

@FCBparasiempre
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on – zdobywać mnóstwo bramek. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.

Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem – Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.


8

Od „Małej kaczki” do pięknego łabędzia(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

1

@kamyk_23 No napewno zdecydowanie legenda! Moje pierwsze doświadczenie z futbolem to Espańa '82 no i jego(niestety) ostatni turniej w roli komentatora. Później był włąśnie Szpakowski ale w międzyczasie był również Zydorowicz. Trudno mi jest spekulować czy ,,Szpaku" nawet się nie umywa do Ciszewskiego bo pana Jana słyszałem tylko w tym jedynym turnieju. Każdy ma swój niepowtarzalny styl i nie da się go podrobić. Jakby nie patrzeć, to jednak obydwaj są legendami i nikt im tego nie odbierze. Ja osobiście poza Szpakowskim, który zakończył swoją kariere, lubie bardzo słuchać Mateusza Borka, on też stwarza swoisty niezapomniany klimat...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?