2

To już? Obywatele mistrzem Anglii!? Cudowna sprawa, gratulacje Pepito! Jesteś wielki!

1

No i bardzo dobrze że nie oglądam! Wówczas najmocniej znienawidzone przeze mnie szwaby dostają w czape! Żyć nie umierać!

1

@MesQueUnClub96 Nie Bundeslige, tylko Bayern rozwiązać na wieki wieków amen!

0

@Arkon I o to chodzi, tak trzymać!

10

@FCBparasiempre
Morze Karaibskie było jeszcze spowite ciemnościami a zegarek wskazywał 4:49, gdy stojący w porcie w Castries(St. Lucia) liniowiec Lady Nelson(nazwany tak na cześć Frances Nelson, żony admirała Horatio Nelsona) zatrząsł się. Ugodziła go torpeda wystrzelona przez grasującego w tym rejonie Atlantyku U-boota 161. Statek o wyporności niemal 8 tys. ton, jeszcze zanim nastał świt, częściowo zatonął w płytkich przybrzeżnych wodach. A jednak 10 marca 1942 roku nie był ostatnim dniem „życia” okrętu zbudowanego w stoczni w Birkenhead. Uratował on jeszcze wielu ludzi, a nawet zdołał się nieco zasłużyć dla piłki nożnej. Szczęście w nieszczęściu, że torpeda trafiła Lady Nelson w porcie, a nie na pełnym morzu, i że nie spowodowała zniszczeń, które uniemożliwiłyby naprawę. Z mozołem udało się połatać liniowiec, by mógł dopłynąć do amerykańskiej stoczni w Mobile, gdzie poddano go dalszym pracom remontowym. Po wykonaniu niezbędnych reperacji kanadyjski rząd (bo statek pływał pod kanadyjską banderą) zdecydował, że Lady Nelson będzie służyć jako okręt szpitalny. Aż do czasu nastania pokoju transportowała rannych, unikając już skutecznie torped, pocisków artyleryjskich, min i innych niebezpieczeństw czyhających na morzu. Po wojnie wracali do domów na jej pokładzie jeńcy wojenni, a wraz z nimi ludzie szukający szczęścia z dala od swoich rodzinnych stron. W tej ostatniej grupie znalazł się poddany Jej Królewskiej Mości Llloyd Lindbergh Delapenha. 21 maja 1927 roku to ważna data w historii ludzkości. Tego dnia amerykański lotnik Charles Lindbergh po 33,5 godzinach lotu wylądował w Paryżu, stając się pierwszym człowiekiem w historii, który samotnie pokonał samolotem Atlantyk. Ten wspaniały wyczyn wzbudził ogólnoświatowe zainteresowanie. Wieść o sukcesie Lindbergha dotarła także na Jamajkę. Pod wielkim wrażeniem tego dokonania byli także Josephine i Lester Delapenhowie. Małżonkowie postanowili, że swojemu synowi, urodzonemu 20 maja 1927 roku, czyli w dniu, w którym Amerykanin wyleciał z Nowego Jorku do Francji, nadadzą drugie imię Lindbergh– na cześć Charlesa. Cóż za zrządzenie losu, że ich potomek(tak jak pionier lotnictwa) też musiał pokonać Atlantyk, by przejść do historii. Lindy(bo tak go nazywano) od najmłodszych lat przejawiał sportowe zdolności. Uprawiał liczne dyscypliny: piłkę nożną, golf, lekkoatletykę, krykiet, pływanie, nurkowanie, gimnastykę czy boks. Był tak zaangażowany, że podczas trwających półtora dnia szkolnych zawodów sportowych potrafił rywalizować w 16 konkurencjach. Ta nieprawdopodobna aktywność nastolatka skłoniła organizatorów do wprowadzenia nowej zasady, według której jeden uczestnik mógł wziąć udział w maksymalnie 4 konkurencjach. Serce chłopaka najmocniej biło dla piłki nożnej, lecz na Jamajce nie miał większych szans na to, by zostać kimś więcej niż lokalną gwiazdą. Futbol w ojczyźnie reggae traktowany był amatorsko, jako hobby, a nie jako praca. Szansę na prawdziwą karierę stwarzał wyjazd do Anglii. Ale jak marzyć o zostaniu profesjonalistą, będąc czarnoskórym nastolatkiem, mieszkającym na karaibskiej wyspie, położonej 4,5 tys. mil od Wielkiej Brytanii? W dodatku żyjąc na świecie dopiero co podnoszącym się ze zgliszcz po II wojnie światowej? W świecie, w którym wiele drzwi dla czarnych było zamkniętych? Jednak Lindy, tak jak Charles Lindbergh, urodził się, by pokonywać bariery. Za namową Kena Dunleavy’ego, angielskiego mistrza sportu mieszkającego na Jamajce, pod okiem którego trenował, wsiadł na pokład Lady Nelson i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, kiedy dokładnie Lindy Delapenha przybył do Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie było to październiku lub listopadzie 1945 roku (niektóre źródła wskazują, że okręt dotarł do Anglii już w 1946 roku). Wiadomo natomiast, że statek dopłynął do portu w Southampton oraz to, że podróżowali nim żołnierze, którzy podczas II wojny światowej trafili do japońskiej niewoli. Byli to między innymi jeńcy wykonujący niewolniczą i katorżniczą pracę przy budowie słynnego mostu na rzece Kwai (tę dramatyczną historię ukazuje słynny film „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana). Gwoli ścisłości – w rzeczywistości konstrukcja nie powstała na Kwai, lecz na rzece Mae Khlung.

,,To była noc. Nie miałem, dokąd pójść- wspominał Delapenha w rozmowie z Fae Ellington. – ale żołnierze, którzy ze mną podróżowali, dali mi wiele dobrych rad. Mówili, gdzie mam iść, co powinienem zrobić”– opowiadał podczas wywiadu. Plan był prosty. Lindy trzymał w ręku list rekomendacyjny wystawiony przez Dunleavy’ego. Po dopłynięciu do Wysp miał go pokazać Tomowi Whittakerowi, menedżerowi Arsenalu. Tak też uczynił. Wziął udział nawet w meczu sparingowym rezerw The Gunners z Bedford Town. Zawodnikiem londyńskiego klubu jednak nie został. ,,Miałem testy w Arsenalu i poszło mi dobrze. Whittaker był pod wrażeniem. Powiedziałem mu, że wciąż muszę odbyć służbę wojskową. Wtedy on stwierdził, że kiedy ją zakończę, powinienem wrócić i się z nim porozmawiać” – relacjonował Delapenha w 2014 roku. Jamajczyk przystąpił więc do Korpusu Treningu Fizycznego (Physical Training Corps – PTC), który – jak sądził – będzie dla niego dobrym miejscem, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zresztą to przypuszczenie było niebezpodstawne, ponieważ w PTC miejsce znajdowali świetni sportowcy, choćby sir Stanley Matthews, pierwszy zdobywca Złotej Piłki France Football. Kolejnym etapem była służba wojskowa w Królewskich Walijskich Fizylierach, z którymi stacjonował w Egipcie i Grecji. W armii miłość do sportu nie opuściła Lindy’ego. Grał w krykieta, piłkę nożną, hokeja na trawie, uprawiał lekkoatletykę, brał nawet udział w zawodach nurkowych. ,,Pułkownik dowodzący moim batalionem darzył mnie wielkim szacunkiem. Wysłał mnie do Palestyny na trening wychowania fizycznego w gazie. Spośród 60 osób biorących udział w tym programie okazałem się najlepszy i zdobyłem odznakę instruktora. Potem zostałem instruktorem treningu fizycznego królewskich fizylierów w Fayid w Egipcie”– opowiadał Delapenha w wywiadzie, którego udzielił ,,Jamaica Observer”. W 1947 roku, gdy wojna domowa w Mandacie Palestyny zbliżała się do końca, Lindy Delapenha wrócił do Wielkiej Brytanii z nadzieją na rozpoczęcie prawdziwej kariery piłkarskiej. Ale niewiele brakowałoby, a chłopak zostałby lekkoatletą. Wojskowi zwierzchnicy polecili go powiem Brytyjskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, by reprezentował Imperium w nadchodzących Igrzyskach Olimpijskich w lekkiej atletyce. – To nie było to, czego chciałem. Chciałem być piłkarzem – wspominał tamte lata Delapenha. Jamajczyk odrzucił więc propozycję zostania olimpijczykiem. Wyczyny piłkarskie Delapenhi w wojsku nie pozostały niezauważone. Dostrzeżono go jeszcze w trakcie pobytu w Egipcie. Na jego talencie poznał się człowiek, który współpracował z profesjonalnymi klubami piłkarskimi w Anglii i polecał im zawodników. Podobno Lindy przekonał go do siebie swoją grą przeciwko drużynie złożonej z niemieckich jeńców wojennych. Skaut dał mu listy rekomendacyjne do dwóch ekip: Chelsea i Portsmouth. Jamajczyk skierował swoje kroki do The Pompeys. ,,Wybrałem portsmouth, ponieważ mój najlepszy przyjaciel z wojska, człowiek nazwiskiem Horner, tam mieszkał. Powiedział: „zamieszkaj ze mną i moją rodziną” – wspomniał Delapenha. Testy w Portsmouth wypadły pomyślnie. Menedżer Bob Jackson zaproponował przybyszowi z Karaibów kontrakt. To było wielkie wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden zawodnik z Jamajki, będącej wtedy częścią Indii Zachodnich, nie podpisał umowy z profesjonalnym klubem z Anglii. W dodatku The Pompeys grali w First Division. Ba, w sezonach 1948-49 i 1949-50 zdobywali mistrzostwo. Wielkimi gwiazdami tamtej ekipy byli Peter Harris czy Duggie Reid. Marzenie Delapenhi o zostaniu profesjonalnym piłkarzem ziściło się 13 listopada 1948 roku. Wtedy po raz pierwszy zagrał dla Portsmouth. Był to mecz przeciw Blackpool. Zagrał 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. Delapenha nie miał jednak dużego wkładu w oba tytuły mistrzowskie The Pompeys. W drodze po pierwszy tytuł wystąpił zaledwie dwukrotnie. W kolejnym sezonie, zakończonym triumfem w lidze, zagrał pięć razy. Do tego dołożył jedno spotkanie w Pucharze Anglii. W sumie dla Portsmouth uzbierał 8 gier, w których strzelił 1 gola. Pewnie zaliczyłby więcej meczów w ekipie z Fratton Park, gdyby nie kontuzje. Nikt jednak nie może mu odebrać tego, że został pierwszym czarnoskórym piłkarzem mogącym poszczycić się mistrzostwem Anglii.

W kwietniu 1950 roku przygoda Delapenhi z ekipą prowadzoną przez Jacksona dobiegła końca. Zgłosiło się bowiem po niego Middlesbrough FC. Menedżer tego klubu David Jack zwrócił uwagę na Jamajczyka kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu ligowego, w którym Portsmouth ograło jego zespół 5:1. Delapenha rozegrał wówczas dobre zawody i tym samym zapadł w pamięć szefa Boro. The Pompeys otrzymali za niego 6000 funtów. Przeprowadzka na północ stała się faktem. Został pierwszym czarnoskórym piłkarzem Middlesbrough. Na Ayresome Park Jamajczyk spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in.: reprezentanta Anglii Wilfa Manniona, bramkostrzelnego Szkota Alexa McCrae’a czy włoskiego golkipera Rolando Ugoliniego. Jack odważnie postawił na chłopaka z Indii Zachodnich. A ten na boisku zostawiał serce. Co ciekawe, przestały go trapić problemy zdrowotne, bo tuż przed transferem do Middlesbrough przeszedł zabieg usunięcia zakrzepu krwi, jaki utworzył się w jego udzie. Tak więc już będąc w pełni sił 9 września 1950 roku strzelił swojego pierwszą bramkę dla Boro. Gol musiał smakować wybornie, ponieważ zdobył go przeciw Arsenalowi, który przecież kiedyś nie zaoferował mu kontraktu. Sezon 1950/51 zakończył z 8 trafieniami w 40 ligowych spotkaniach. Delapenha w sezonach 1951/52, 1953/54 i 1955/56 był najlepszym strzelcem Middlesbrough. W sumie dla klubu z Ayresome Park zanotował 93 trafienia w 270 meczach ligowych na poziomie First Division oraz Second Division (od sezonu 1954/55 Boro grali na zapleczu). Co ciekawe, będąc zawodnikiem Middlesbrough, znajdował także czas na to, by pograć zawodowo w krykieta w Horden Cricket Club. Kibice Middlesbrough uwielbiali Lindy’ego. Nie tylko dlatego, że był czołowym piłkarzem ich drużyny, ale także dlatego, że odrzucił oferty Manchesteru City i Manchesteru United. Dlaczego nie zdecydował się na transfery do żadnego z tych klubów? Powodem była niejaka Joan, miejscowa nauczycielka, która zdobyła serce Delapenhi. Kobieta nie chciała się przeprowadzać. A zakochany w niej piłkarz nie zamierzał postępować wbrew jej woli. W 2016 roku Fae Ellington w wywiadzie zapytała Lindy’ego Delapenhę o transfer do United. Emerytowany piłkarz przyznał, iż nie żałuję, że do niego nie doszło. Jak słusznie zauważył, gdyby trafił na Old Trafford, mógłby wsiąść z innymi piłkarzami Czerwonych Diabłów do samolotu, który 6 lutego 1958 roku rozbił się w Monachium… W tamtej katastrofie zginęło 8 zawodników. W 1955 roku do pierwszej drużyny Middlesbrough dołączył niejaki Brian Clough, człowiek który dwadzieścia kilka lat później jako menedżer dwukrotnie wygra z Nottingham Forest Puchar Europy. Cloughie – jak nazywali go przyjaciele – miał smykałkę do strzelania goli. W ciągu nieco ponad pięciu sezonów spędzonych na Ayresome Park zaliczył ponad 200 trafień. Lindy i młodszy od niego o 8 lat Clough zaprzyjaźnili się. Czasem, biorąc ze sobą bramkarza Petera Taylora, jeździli poobijanym kasztanowym Fordem Anglią należącym do Delapenhi na mecze do Newcastle lub Carlisle. A pewnego razu Jamajczyk podwiózł przyszłego menedżera Forest i jego dziewczynę Barbarę do Stockton-on-Tees, gdzie para miała wybrać pierścionek zaręczynowy. Gdy już zaparkowali, dziewczyna wysiadła z auta, a za nią ukochany. Niespodziewanie drzwi wysłużonego auta odczepiły się od reszty i zostały w ręku Clougha. Na szczęście, to zabawne, aczkolwiek trochę niezręczne zdarzenie, nie miało wpływu na dalsze losy zakochanych. Pobrali się w 1959 roku i przeżyli razem 45 lat. Rozłączyła ich dopiero śmierć Briana. Inna pamiętna historia z Delapenhą i Cloughem w rolach głównych wydarzyła się podczas towarzyskiego meczu Middlesbrough z Sunderlandem rozgrywanego w październiku 1957 roku na Ayresome Park. Było to ważne spotkanie, bo pierwsze, podczas którego użyto sztucznego oświetlenia na tym stadionie. 27 tys. fanów obserwowało, jak Clough został sfaulowany w polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Delapenha. Uderzył bardzo mocno i precyzyjnie. Piłka wpadła do bramki przy samym słupku, ale nie zatrzymała się wewnątrz, lecz wyleciała przez dziurę w siatce. Choć w rzeczywistości padł gol, to wyglądało, jakby strzelec chybił. Lindy już miał zacząć świętować, gdy arbiter pokazał, że bramkarz rozpocznie z „piątki”…

1958 rok. Czas coraz częściej kontuzjowanego Delapenhi w Middlesbrough dobiegł końca. Piłkarz następną przystań znalazł w Mansfield Town. Jamajczyk grał w podstawowym składzie The Stags, strzelał sporo goli, ale drużynie generalnie brakowało jakości. O ile w sezonie 1958/59 jeszcze udało się uratować przed spadkiem z Third Division (trzeci poziom rozgrywkowy), o tyle po kolejnym degradacja stała się faktem. Nawet na czwartym froncie nie szło zbyt dobrze. Ekipa z Nottinghamshire kampanię 1960/61 zakończyła dopiero na 20. lokacie spośród 24 zespołów. W marcu 1961 roku Delapenha przeszedł do Hereford United. Dla tej drużyny zagrał tylko w 11 spotkaniach. A jego ostatnim klubem w Anglii był Burton Albion, któremu pomógł wygrać w 1964 roku Southern League Cup, strzelając zwycięskiego gola w finale tych rozgrywek. Rok 1964 roku to także czas powrotu Lindy’ego na Jamajkę. Tam grał jeszcze w Boys’ Town oraz w Realu Mona. W międzyczasie pracował jako trener piłki nożnej i lekkiej atletyki w Wolmer’s Schools, czyli w szkole, którą niegdyś ukończył. Po zawieszeniu butów na kołku zarabiał na życie jako…instruktor sportu w Związku Producentów Cukru. Potem przez kilka miesięcy sprzedawał ubezpieczenia. Wreszcie trafił do Jamaica Broadcasting Corporation, gdzie został komentatorem, a następnie dyrektorem redakcji sportowej stacji. Joan, która nie chciała przeprowadzać się do Manchesteru, w latach 50. (ślub wzięli prawdopodobnie w 1952 lub 1953) została żoną Lindy’ego. Doczekali się trójki dzieci: syna Paula (zmarł na raka w 1997), oraz córek Marie Claire oraz Lindy. Marie Claire w 1980 roku zajęła II miejsce w konkursie piękności Miss Jamaica World, a w 2008 roku jej córka, czyli wnuczka Lindy’ego, Brittany Lyons wygrała ten tytuł. 9 stycznia 2007 roku Joan Delapenha zmarła. Lindy bardzo przeżył jej śmierć. ,,Irytowało mnie to, że moja żona narzekała, że za każdym razem, gdy wyjmuję wodę z lodówki, trochę rozlewam. Wstawała i chodziła za mną, nawet w środku nocy, żeby się upewnić, że jej nie wylałem. Chciałbym, żeby była tutaj, żeby to robiła teraz”– przytaczał słowa Delapenhi dziennikarz ,,Jamaica Observer” Tony Robinson. Mąż przeżył Joan o 10 lat. Do wieczności odszedł 26 stycznia 2017 roku. W 2021 roku Delapenha pośmiertnie otrzymał medal za mistrzostwo Anglii w sezonie 1949/50 (tego sezonu, jak pamiętamy, nie dokończył w Portsmouth, bowiem w kwietniu odszedł do Middlesbrough).

1

@Eto'o9 R10 A skąd wiadomo kto do jakiego koszyka trafi, skoro i tak wszyscy będą grali w Lidze Mistrzów?

1

No to ja już kasuje ten mecz w Monachium!

1

@MesQueUnClub96 Tylko całe Niemcy? Ja tych szwabów nienawidze że aż trudno to wyrazić słowami...

11

Moi drodzy cules, takich rzeczy się nie zapomina! 20 maja 1992 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy(i zarazem ostatni) w historii Puchar Europy Mistrzów Klubowych. W finałowym meczu pokonała po dogrywce Sampdorie Genua 1:0. ,,Salid y divertiros”(pol. ,,Idźcie i bawcie się”)- tak powiedział Ś.p. Johan Cruijff do swoich piłkarzy przed decydującym starciem z Sampdorią na Londyńskim Wembley. Spotkanie było naprawdę ciekawe a o końcowym wyniku musiała zadecydować dogrywka. Do 111 minuty gole nie padły ponieważ dobrze dysponowani tego dnia byli bramkarze obu zespołów. Najlepszą sytuacje Barça stworzyła w drugiej połowie, gdy genialne podanie Laudrupa do Stoiczkowa zakończyło się strzałem Bułgara w słupek. W zespole włoskim dwie okazje sam na sam z Zubizarretą zmarnował Gianluca Vialli. Wreszcie nadeszła 21 minuta dogrywki. Eusebio Sacristan został sfaulowany około 25 metrów od bramki przez Invernizziego. Bakero trącił piłke, do której podbiegł Koeman i z całej siły kropnął ją tuż przy samym słupku bramki bezradnego Pagliuci. Sukces stał się faktem. Puchar jako pierwszy wzniósł w góre Alexanco, który przyszedł na dekorację w koszulce numer 4 należącej do Koemana. Był to symboliczny gest kolegów z drużyny, którzy chcieli uhonorować trzynastoletni staż Alexanco w barwach Dumy Katalonii i jego ogromne zasługi dla chwały klubu.

Przypomnijmy to epokowe wydarzenie:





@Symson
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj
@Monix10
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974

11

Kultywowanie historii ukochanej Dumy Katalonii:

Kochani cules, 20 maja 1922 r. odbyła się inauguracja legendarnego stadionu Camp de Les Corts. Trybuny nie były jeszcze całkowicie ukończone. Dostępnych było 20 tysięcy miejsc. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami takich gwiazd jak Samitier, Alcântara, Zamora, Sagi Barba, Piera czy Sancho. Na początku boisko nie miało trawy ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Pierwszy mecz przy Les Corts FC Barcelona rozegrała przeciwko Szkockiej drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierowego gola na tym słynnym obiekcie zdobył genialny Paulino Alcântara. Stadion przy Les Corts jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany ale i tak w pewnym momencie i to okazało się niewystarczające…


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

13

Wybitne legendy futbolu:

19 maja 1979 r. we Flero urodził się Andrea Pirlo, były włoski piłkarz występujący m.in. w turyńskim Juventusie na pozycji defensywnego pomocnika, jednak w początkowym stadium swojej kariery był ustawiony na pozycji ofensywnego pomocnika. Jego idolem jest Roberto Baggio. Andrea ma starszego o 3 lata brata Ivana i o 10 lat młodszą siostrę Silvię. Ojciec piłkarza, właściciel dwóch hut, zapisał go wraz ze starszym bratem Ivanem do młodzieżowej szkółki zespołu Brescia Calcio, jednak jego starszy brat, nie przejawiał takiego talentu co młodszy z braci– Andrea. W Serie A zadebiutował 21 maja w meczu z Regginą przegranym przez Brescię 0:2, a Pirlo w tym meczu niezbyt dobrze się spisał. Wszystko się zmieniło w sezonie 1996/1997. Pirlo reprezentował barwy swojej drużyny już dość regularnie (17 razy), przy czym strzelił dwa bardzo piękne gole. Rok później był już podstawowym piłkarzem kadry, którego umiejętności ciągle wzrastały. Zaowocowała to transferem do Interu Mediolan, lecz tam w ogóle się nie odnalazł. Duży wpływ na to miały decyzje władz klubu, które w ciągu dwunastu miesięcy zatrudniły aż czterech trenerów (byli nimi: Mircea Lucescu, Luciano Castellini, Roy Hodgson i Marcello Lippi). Wszystkie te niepożądane działania odbiły się również na Pirlo. Został wypożyczony do średniaka Serie A, Regginy. Tam w ciągu jednego sezonu znów odzyskał wiarę w siebie, swoje umiejętności oraz instynkt strzelecki. Jak na pomocnika, którego zadaniem jest rozgrywanie piłki, sześć bramek w sezonie to bardzo dużo. Po pewnym czasie Inter ponownie sięgnął po Andreę, ponownie nie wykorzystując jego możliwości– zagrał tylko w 4 spotkaniach i ponownie został wypożyczony. Po swojego wychowanka zgłosiła się Brescia, pierwszy klub Pirlo. Wszyscy myśleli, że będzie to krok w tył, jednakże Andrea Pirlo udowodnił wszystkim jak bardzo się mylili. Po bardzo dobrzej grze w barwach Brescii pojawił się klub, chętny kupna Włocha. Była to oferta z Mediolanu, lecz już nie z Interu, bowiem Pirlo został zakupiony przez AC Milan.

Jego debiut w ekipie ,,Rossonerich” nastąpił 20 września 2001 roku, w spotkaniu przeciwko BATE Borysów. Milan wygrał 2:0 a Andrea był jednym z najlepszych na boisku. To właśnie na San Siro jego talent wręcz eksplodował. Jego głównym zadaniem nie było strzelanie goli, tylko znakomite podania, świetne rozgrywanie piłki, bardzo dobrze bite rzuty wolne i perfekcja w wykonywaniu rzutów karnych. Według fachowców, Andrea Pirlo był jednym z najlepszych defensywnych pomocników na świecie. Od roku 2002 Andrea Pirlo wraz z Milanem wygrał aż sześć trofeów a należą do nich: mistrzostwo Włoch (2003/2004), Puchar Włoch (2002/2003), Puchar Europy (2002/2003), Superpuchar Włoch (2004) oraz Superpuchar Europy (2003) i biorąc pod uwagę, że występuje w Milanie tylko 7 lat, wydaje się to być znakomitym osiągnięciem. W sezonie 2006/2007 po raz drugi w karierze wygrał z Milanem Ligę Mistrzów pokonując w finale Liverpool 2:1. 16 grudnia 2007 roku wraz ze swoją drużyną zdobył w Japonii Klubowe Mistrzostwo Świata. Po zakończeniu sezonu 2010/2011, Andrea nie przedłużył kontraktu z AC Milanem. Opuścił ,,Rossonerich” mając na swoim koncie 377 rozegranych spotkań, w których strzelił 44 gole. Po dekadzie gry w Milanie przeniósł się do Turynu, gdzie 24 maja podpisał trzyletni kontrakt z Juventusem. Andrea w reprezentacji Włoch przechodził każdy szczebel. W roku 1994 zadebiutował w U-15 a przez następne dwanaście miesięcy „awansował” już do kadry U-18. Gdy miał dokładnie 19 lat został wstawiony do mistrzowskiej drużyny U-21, która w roku 2000 święciła triumfy. Dwa lata później (9 lipca 2002) zadebiutował w pierwszej reprezentacji, w spotkaniu przeciwko Azerbejdżanowi. Był członkiem ekipy Włoch, która zdobyła Mistrzostwo Świata w Niemczech w 2006 r.


@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Symson

14

Żywe legendy futbolu:


19 maja 1979 r. urodził się Diego Forlan. Uważany jest przez kibiców w swoim rodzimym Urugwaju, za jednego z najbardziej doświadczonych oraz utytułowanych napastników na świecie. Nie ma się co dziwić. Piłkarz był najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Świata z 2010 roku, które odbywały się w RPA. Karierę rozpoczynał w argentyńskim Independiente, dla którego strzelił 37 goli w 80 spotkaniach. W 2002 roku, Urugwajczyk postanowił jednak spróbować swoich sił za granicą. Z argentyńskiego klubu, wypatrzył go Alex Ferguson i w klubie prowadzonym przez Szkota grał przez 2 sezony rozgrywając 63 spotkania i strzelając 10 goli. Nie było to jednak wystarczająco dużo i w 2004 roku, Diego opuścił Wyspy skąd trafił do Hiszpanii. Tam, podpisał kontrakt z Villareal. Z klubem już w pierwszym sezonie zdobył Trofeum Pichichi a także Europejskiego Złotego Buta za 25 goli w 50 spotkaniach. Nagrodę Złotego Buta dzielił wraz z francuzem Henry'm. W drużynie z El Madrigal, piłkarz rozegrał 106 spotkań trafiając 54 razy do siatki rywala. Wysoka forma piłkarza, sprawiła, że zaczęło interesować się nim wiele klubów. Piłkarz ostatecznie trafił do Atletico Madryt w 2007 roku. Wartym odnotowania jest fakt, że w sezonie 2008-2009 zawodnik, dla zespołu z Vicente Calderon zdobył 32 gole w 33 meczach(!). Zaowocowało to drugą już w karierze Urugwajczyka nagrodą Europejskiego Złotego Buta. W sezonie 2009/2010 zawodnik strzelił dwa gole w finałowym meczu Ligi Europy które dały zwycięstwo Atletico Madryt nad Fulham (2:1). W 2011 roku, zawodnik trafił do Interu Mediolan, gdzie w pierwszym meczu zdobył bramkę przeciwko Palermo. Po sezonie gry (niezbyt udanym) rozwiązał z Interem kontrakt za porozumieniem stron i podpisał kontrakt z brazylijskim Internacional Porto Alegre. Na Copa América 2011 doprowadził swój zespół do finału z Paragwajem, w którym zdobył 2 bramki, pieczętując piętnasty tytuł mistrzów Ameryki Południowej, dzięki któremu Urugwaj stał się liderem wszech czasów tych rozgrywek. Podczas tego turnieju Forlán został także rekordzistą Urugwaju pod względem liczby występów w reprezentacji oraz zrównał się w liczbie strzelonych goli z dotychczasowym rekordzistą Héctorem Scarone. 11 października 2011 w meczu z Paragwajem strzelił swoją 32 bramkę dla reprezentacji, stając się tym samym samodzielnym rekordzistą wszech czasów swojej reprezentacji. 20 czerwca 2013 na Pucharze Konfederacji w Brazylii zaliczył swój setny występ dla reprezentacji w meczu z Nigerią. W tym samym spotkaniu strzelił bramkę, która dała zwycięstwo Urugwajowi.



@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

9

@FCBparasiempre
W historii meczów piłkarskich są takie wydarzenia, które powodują, że chciałoby się cofnąć w czasie, aby móc je zobaczyć na własne oczy. Gdyby była taka możliwość to przeniósłbym się do 19 maja 1938 roku, na okres 90 minut, na Górny Śląsk i na stadion położony w Wielkich Hajdukach. Wcześniej musiałbym jednak kupić bilet, bo inaczej przed meczem nie było szans na załatwienie wejściówki. W czasach przedwojennych piłkarze rozgrywali szereg meczów towarzyskich. Do rangi wielkiego święta aspirował mecz reprezentacji Śląska. Dla każdego śląskiego piłkarza był to zaszczyt móc reprezentować swój region i niebiesko – białe barwy z naszytym na koszulce Śląskim orłem. Oto historia niezwykłego meczu Wolverhampton Wanderers – reprezentacja Śląska. W lidze angielskiej czas końcowych rozstrzygnięć, na czele ligi Arsenal, tuż za nim popularne „Wilki” z jednym punktem straty. 9 kwietnia 1938 roku Wolverhampthon podejmował Leicester City i rozbił go aż 10:1, co do dzisiaj jest rekordowym zwycięstwem tej drużyny w lidze. Po cztery bramki zdobyli 16 letni lewoskrzydłowy Dicky Dorsett i Dennis Westcott. Po meczu popularne „Lisy” złożyły skargę do Montague Lyons, członka w Izbie Gmin Leicester, że manager drużyny Wolverhampthon major Frank Buckley wstrzykiwał piłkarzom gruczoły małpy. Lyons zażądał, aby Minister Zdrowia Walter Elliot wszczął śledztwo w tej sprawie. Mimo, że śledztwo nie wykazało żadnych naruszeń, ministrowie Partii Konserwatywnej nakazali zaprzestania tych praktyk. Działacze Ligi Angielskiej przeprowadzili własne śledztwo i postanowili, że każdy Klub czy zawodnik na zasadzie dobrowolności może przyjmować różne gruczoły. Major Frank Buckley po tym wydarzeniu był krytykowany za to, że jego metody są zbyt rewolucyjne. Prasa pisała o nim: „Buckley jest bowiem zwolennikiem metod ultra-nowoczesnych. W ciągu ostatniej zimy wzbudził on wielką sensację, ogłaszając, iż gracze „Wolves” poddani zostaną specjalnej kuracji hormonowej, która w porozumieniu z wybitnymi lekarzami polegała na karmieniu swych pupilów preparatami z gruczołów! Dieta ta podziałać miała nadzwyczajnie: „Wilki” wygrali osiem spotkań pod rząd”. Dodatkowo na boisku treningowym zainstalowano urządzenie do podawania piłek. Specjalne treningi z tym urządzeniem miał bramkarz Scott, który wyłapywał wyrzucane z tego urządzenia piłki w różnych kierunkach. Buckley jak typowy wojskowy nie znosił sprzeciwu, stosowanie nowoczesnych metod po prostu wymuszał na swoich zawodnikach. Ostatecznie na koniec sezonu ligi angielskiej Wolverhampthon został wicemistrzem kraju i zakontraktował mecze towarzyskie z drużynami z kontynentu: reprezentacją Pragi (łączona drużyna Slavii i Sparty), reprezentacją Budapesztu oraz reprezentacją Śląska. W pierwszym meczu w Pradze „Wilki” przegrały aż 0:4, porażkę przypisywano zmęczeniu długą podróżą. W kolejnym meczu w stolicy Węgier padł remis 0:0. Piłkarze Wolverhampthon wyjechali z Budapesztu pociągiem specjalnym i przyjechali do Katowic we wtorek 17 maja o godzinie 18:34 i zakwaterowali się w hotelu „Monopol” w Katowicach. Przyjechała prawdziwa wataha wilków: prezydent Klubu Cadwallader z córką, manager Klubu mjr Buckley z żoną, trenerzy Davies i Bradford, masażysta Fowler, redaktor: „Daily Telegraph” p. Forcey, 15 zawodników, kierownik jednego z londyńskich biur podróży p. Miklos i jego sekretarki p. Cade i panna Sharpe.

Tymczasem w Wielkich Hajdukach(od kwietnia 1939 roku Chorzów), stolicy piłkarskiej Górnego Śląska, gdzie panującym królem był hajducki Ruch, odbywały się przygotowania do meczu z Wolverhampthon. Zarząd Śląskiego OZPN poinformował, że ze względów technicznych przedsprzedaż biletów trwać będzie tylko do dnia 16 maja 1938 roku. Dystrybucja biletów w przedsprzedaży była rozprowadzana w wielu punktach: Firma Sport, ul.8 Maja 22 w Katowicach, U Bienia – skład likierów, ul. Pocztowa 2 w Chorzowie, kiosk gazet Karaś, ul. M. Piłsudskiego w Wielkich Hajdukach, Drogeria Predelok, Tarnowskie Góry (Rynek), skład tytoniowy Tatarczyk, ul. Sobieskiego w Rybniku, „Sport” Gajduszek, ul. 3 Maja w Bielsku, biuro podróży „Orbis” w Sosnowcu oraz biuro podróży „Orbis“ w Krakowie. Bilety sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, ok. 30 tysięcy sprzedanych biletów w pierwszych dniach sprzedaży zmusiło organizatorów do podjęcia zdecydowanych działań. Mecz miał się odbyć na stadionie, na którym obecnie swoje mecze rozgrywa Ruch Chorzów, stadion ten w 1938 roku był największym i najpiękniejszym stadionem w Polsce, mógł pomieścić na trybunach 50 tysięcy widzów, kiedy jednak wykorzystało się bieżnię stadionu, pojemność mogła być powiększona nawet do 70 tysięcy widzów. Działacze Śląskiego OZPN podjęli zatem decyzję o rozłożeniu ławek i krzeseł na bieżni stadionu aby powiększyć liczbę miejsc o 10 tysięcy. Razem na tym meczu mogło się pojawić zatem ok. 60 tysięcy kibiców. W dniu zawodów sprzedaż biletów odbywała się w Wielkich Hajdukach przy ul. Chorzowskiej, róg Ratuszowej na parterze w gmachu Banku Ludowego oraz w dwóch następnych oknach domów parterowych. Organizatorzy meczu codziennie w prasie informowali o szczegółach dotyczących dodatkowych miejsc kupowania biletów, zamknięcia części dróg dojazdowych oraz parkingów dla samochodów, motocykli, furmanek, rowerów i innych środków lokomocji. Parkingi te mieściły się na placu Ulricha (dojazd ul M. Piłsudskiego). To tak informacyjnie jakby ktoś, kiedyś podróżował swoim wehikułem czasu i szukał miejsca parkingowego. Jedną z kluczowych informacji administracyjnych było wydłużenie o 3 godziny przekraczania granicy do Niemiec na przejściach granicznych w Rudzie, Łagiewnikach, Chorzowie, Orzegowie i Szombierkach. W dniu meczu jako przedsmak głównego dania zaplanowano spotkanie Chorzów vs. Gliwice o godzinie 16:00. 19.05.1938 rok, godzina 14:00. Na otwarcie kas stadionu Ruchu Wielkie Hajduki oczekiwały tłumy kibiców, którzy nie zdołali zakupić biletów w przedsprzedaży. Pojawiły się również dodatkowe patrole Policji, które pilnowały porządku przed meczem. Na pół godziny przed meczem Chorzowa z Gliwicami wszystkie miejsca na trybunie głównej, wszystkie miejsca stojące na trybunach były zapełnione, pozostało część wolnych miejsc siedzących na bieżni stadionu. Pojawił się silny wiatr, który mógł zwiastować ciężką grę lub burzę. Ani jedno, ani drugie nie nastąpiło, była idealna pogoda do grania. Mecz pomiędzy drużynami Chorzowa i Gliwic rozgrzał tylko trochę kibiców (wynik 3:2 dla Gliwic). Przed godziną 18.00 na stadionie zjawiło się od 30 do 40 tysięcy widzów (ta duża rozbieżność wynikała z pochodzenia prasy, która tę liczbę zawyżała lub zaniżała). Tuż przed rozpoczęciem meczu, kiedy jeszcze kończył się przedmecz na boisku pojawiła się drużyna „Wilków”, która oklaskami została przywitana przez śląską publiczność. Przed głównym meczem organizatorzy skropili wodą całe boisko i odświeżyli linie boiskowe. Jako pierwsi na boisko wbiegli piłkarze Wolverhampthon ubrani w żółte koszulki, czarne spodenki i czarne getry w żółte paski. Bramkarz wystąpił w zielonej koszulce. Drużyna angielska wybiegła w następującym składzie: Alex Scott – Bill Morris, Jack Taylor, Tom Smalley – Tom Galley, Joe Gardiner, Ted Maguire – Horace Wright, John Kirkham, Bryn Jones, Dickie Dorset. Kiedy na murawie boiska pojawiła się reprezentacja Śląska ubrana w białe koszulki i niebieskie spodenki publiczność zgotowała im wrzawę, którą było słychać w promieniu paru kilometrów. Bramkarz reprezentacji Śląska był ubrany w granatowa koszulkę. Kapitan związkowy Śląskiego OZPN p. Lubina ustalił następujący skład drużyny reprezentacji Śląska: Mrugała (AKS Chorzów) – Giemsa (Ruch W.Hajduki), Kinowski (AKS) – Bendkowski (AKS), Piec II (Naprzód Lipiny), Dytko (Dąb Katowice), Piec I (Naprzód Lipiny), Piontek (AKS), Wostal (AKS), Wilimowski (Ruch), Wodarz (Ruch). Jako rezerwowi: Tatuś z Ruchu, Stolarczyk z AKS-u, Cebula ze Śląska Świętochłowice i Niedurny z Policyjnego KS Katowice. Piontek opuścił boisko w 80 minucie meczu z powodu drobnego urazu. Godzina 18:00. Prasa śląska bardzo szczegółowo zrelacjonowała przebieg tego niezwykłego spotkania. Pisała ona: „Pierwsze minuty gry rozpoczęły się żywym tempem, przy czym Anglicy grają system „W“ a mianowicie daleko wysuniętym do przodu napastnikiem środkowym. Gra jest wyrównana, a Ślązacy pierwsi strzelają na bramkę przeciwników, jednak bezskutecznie”. Już w 5 minucie meczu Ernest Wilimowski strzelił pierwszego gola.

Prasa pisała: „Widzów ogarnął istny szał. Bito brawa, krzyczano, a czapki rzucano w powietrze”. Gracze śląscy atakują bramkę raz za razem, raz z pustej bramki wybił obrońca, raz piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła w ręce Alexa Scotta bramkarza popularnych „Wilków”. Do trzech razy sztuka i 2:0 dla reprezentacji Śląska. Prasa pisała: „W 12 minucie Ślązacy zdobywają drugą bramkę, co znowu wprowadza widzów w istny szał. I tę drugą bramkę strzelił Wilimowski, który był najlepszym graczem obu drużyn. Dytko podał piłkę prostopadle w kierunku bramki, a gdy piłka dobiegła do Wodarza, ten od razu przedłużył podanie i oddał ją Wilimowskiemu, który strzelił obok wybiegającego z bramki Anglika”. Piłkarze Wolverhampthon zaczęli indywidualnie kryć „Eziego” Wilimowskiego, który stosował wiele pomysłowych trików, z którymi zawodnicy „Wilków” nie umieli sobie poradzić. Obraz meczu zmieniła przypadkowa akcja Horace’a Wrighta: „Bramkę tę zawinił Mrugała. Bardzo ostro strzelił do bramki Wright i Mrugała wypiąstkował piłkę tak nieszczęśliwie, że poleciała ona wprost na głowę Wrighta, który główką umieścił ją w bramce”. 2:1. Gra jest niezwykle szybka z obu stron, choć inicjatywę cały czas mają ślązacy, dobre zawody rozgrywał Wostal, ale królem meczu był Ernest Wilimowski, który z podania Pieca w 36 minucie meczu w zamieszaniu podbramkowym ulokował po raz trzeci piłkę w bramce. Niespodziewanie inicjatywę przejmują piłkarze Wolverhampthon, którzy najpierw za sprawą Maguire, a później Kirkhama na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy wyrównują stan meczu na 3:3. Przerwa. O drugiej połowie meczu prasa pisała: „Po przerwie Anglicy rozpoczynają grać dość ostro. Zespół śląski, jakby opadł na siłach, co wyraża się zwolnieniem tempa gry. Przez pierwsze 15 minut nie ma specjalnie ciekawych momentów. Dopiero w 20 minucie gry następuje kilka pokazowych zagrań Anglików i w tym to okresie dochodzi do incydentu pomiędzy prawo skrzydłowym gości i Dytką. Ten ostatni zostaje dwukrotnie spoliczkowany”. Sędzia zdarzenia nie zauważył. Edmund Giemsa pomścił kolegę z drużyny chwilę później, kiedy skasował prawoskrzydłowego „Wilków”. W 78 minucie meczu Gerard Wodarz legenda hajduckiego Ruchu zdobył wspaniałym strzałem bramkę na 4:3, jednak do wyrównania doprowadził Horace Wright na 3 minuty przed końcem spotkania. Prasa podsumowała te zawody: „Publiczność zachwycona. Mecz był wspaniałym pokazem kunsztu piłkarskiego (…) Zaletą Anglików, to przede wszystkim dobra kondycja i dokładne opanowanie techniczne, natomiast nie było u nich widać błyskotliwych akcyj i zagrań, którymi zwłaszcza w pierwszym okresie i pod koniec imponowała drużyna Śląska, a specjalnie jej atak. Publiczność opuszczała boisko bardzo zadowolona, bo przyznać trzeba, że był to jeden z najciekawszych meczów, jakie w tym sezonie oglądaliśmy na boiskach śląskich” (…) Anglicy pokazali futbol dobrej marki: szybki, na wysokim poziomie (…) Specjalnie podobał się niezawodny stoping w każdej pozycji i idealne odbieranie piłek”. Śląski Okręgowy Związek Piłki Nożnej za przyjazd Wolverhampton Wanderers zapłacił 10 tysięcy złotych, reklama i organizacja tego meczu kosztowały dodatkowe 5 tysięcy złotych. Jednak na sprzedaży biletów zarobiono ponad 40 tysięcy złotych. Prasa oprócz szczegółowych wyliczeń pokusiła się o różnego rodzaju podsumowania: O piłkarzach „Wilków” prasa pisała: „Opis piłkarzy angielskich musimy zacząć od ich niezgrabnych spodenek. Smukli, świetnie wyrobieni gimnastycznie chłopcy, w długich po kolana spodenkach, o kroju z czasów występów pierwszych sportowców z Eton, co działo się blisko sto lat temu, tracą na swym wyglądzie bardzo wiele. Ale w spodenkach tak fatalnego kroju występują nie tylko piłkarze, ale wszyscy sportowcy angielscy”. O najlepszym zawodniku meczu prasa pisała: ,,Zaszczytny wynik dla zespołu śląskiego, to w znacznej mierze zasługa Wilimowskiego. „Ezi“ zagrał pierwszorzędnie. Był najlepszym z 22 graczy. Demonstrował zagrania na jakie zdobyć się może tylko piłkarz najwyższej klasy światowej. Wniósł on do ataku śląskiego, moment inicjatywy i niezwykłej pewności. Zaskoczyło to nie tylko Anglików ale również naszą drużynę i publiczność. Wilimowski jest niewątpliwie graczem bardzo wielkiej klasy, ale nigdy nie wiadomo kiedy zechce zagrać dobrze. Są przecież mecze, zwłaszcza mecze ligowe, na których „Ezi” wypada jak ostatni „patałach”. O wywiadzie z Majorem Frankiem Buckleyem prasa pisała: „Anglicy byli bardzo zaskoczeni dobrą grą drużyny śląskiej. Mjr. Buckley oświadczył, że nie spodziewał się, by Polacy posiadali tak dobrych piłkarzy. Kilku graczy z tych, którzy grali w reprezentacji Śląska (według opinii kierownika Wolverhamptonu) znalazłoby niezłe posady w zawodowych zespołach pierwszej ligi angielskiej (…) zwłaszcza lewa strona: Wilimowski – Wodarz. Pochwalił też dobrą grę środkowego pomocnika Pieca II, którego uważa za gracza bardzo wartościowego, natomiast zganił obronę za nieczystą w jego pojęciu grę. W sumie mjr Buckley był zaskoczony doskonałą grą Polaków”.

O imprezie w Sali Koła Towarzyskiego w Katowicach prasa pisała: „Po meczu odbył się bankiet na część gości angielskich i niemieckich (drużyna Gliwic). Zebrali się gracze czterech drużyn i grupka zaproszonych gości (…) Drużyna angielska otrzymała w upominku piękną płaskorzeźbę, a poszczególni gracze wartościowe upominki (…) Prezes angielskiego Klubu podziękował za miłe przyjęcie dając wyraz przekonaniu, że piłkarstwo polskie ma przed sobą wielką przyszłość (…)”. O transmisji radiowej prasa pisała: „Jeżeli Polskie Radio decyduje się na transmisję ze Śląska, to musi to być impreza szczególnej wagi (…) nadano co prawda reportaż, ale władze Referatu Sport. Polskiego Radia w Warszawie (…) zdecydowały iż może go przeprowadzić tylko jeden z „fachowców” warszawskich (…) O zastrzeżeniach dziennikarzy prasa pisała: „Przydałyby się tylko telefony na stadionie, aby sobie można było zaoszczędzić wyścigu do najbliższej restauracji (zwłaszcza w czasie przerwy) celem nadania wiadomości do redakcji”. W drużynie Wolverhampthon awizowano przyjazd do Wielkich Hajduk doskonałego obrońcy „Wilków” i reprezentacji Anglii Stana Cullisa, który ostatecznie nie dotarł na mecz z drużyną z Górnego Śląska. Cullis miał blisko, bo 5 dni wcześniej miał zagrać w meczu reprezentacji w Niemcami w Berlinie. Nie zagrał, bo został wykluczony z reprezentacji przed meczem. Dlaczego tak się stało? Stan Cullis był jedynym piłkarzem angielskim, który odmówił wykonania nazistowskiego salutu, które wykonali jego koledzy z drużyny. Wydarzenie to, do dzisiaj jest czarną kartą w historii angielskiego futbolu. Wolverhampton Wanderers z Cullisem w składzie w kolejnym sezonie w 1939 roku przeżyło tzw. „The Double Horror” kiedy zamiast podwójnej korony „Wilki” zaliczyły wicemistrzostwo i przegrały finał FA Cup z Portsmouth. Kiedy po zakończeniu II Wojny Światowej odradzała się piłka nożna działacze Wolverhampton powierzyli mu kierowanie drużyną. Cullis przez 16 lat będąc managerem doprowadził klub do największych sukcesów w jego historii (3 mistrzostwa Anglii, 2 puchary Anglii i 4 zwycięstwa w meczach o Tarczę Wspólnoty) i stał się wspaniałą legendą tego Klubu. Jego imieniem nazwana jest jedna z trybun stadionu Molineux, a przed nią stoi pomnik upamiętniający Stana Cullisa. Dla niektórych piłkarzy reprezentacji Śląska było to przetarcie przed zbliżającym się meczem reprezentacji Polski z Irlandią, które zakończyło się zwycięstwem Biało-Czerwonych 6:0. Niecałe trzy tygodnie później kolejnym etapem był wyjazd na Mistrzostwa Świata, w których Polska spotkała się z Brazylią (5 czerwca 1938 roku). W pierwszym składzie w tym meczu zagrało pięciu zawodników (Wodarz, Wilimowski, Piontek, Piec, Dytko) dwóch kolejnych siedziało na ławce rezerwowych (Giemsa, Piec), jeden z nich z powodu kontuzji został w domu (Wostal) a jeden (Cebula) nie pojechał ponieważ PZPN nie miał wystarczających środków aby wysłać wszystkich rezerwowych na mistrzostwa. W sumie 9 zawodników, którzy byli w składzie reprezentacji Śląska z Wolverhampton Wanderers.


9

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

19 maja 1910 r. w Warszawie urodził się Władysław Szczepaniak. Jeden z najlepszych obrońców w latach 30-tych i kapitan naszej reprezentacji w jej debiucie na mistrzostwach świata. Jako młody chłopiec, już w wolnej, niepodległej Polsce, zainteresował się sportem. Zimą jeździł na własnej roboty prymitywnych łyżwach, a kiedy pogoda pozwalała, to z upodobaniem kopał piłkę. Kiedy miał 13 lat zmarł mu ojciec. Szybko musiał dorosnąć i pomagać matce. Do zespołu Polonii dołączył w 1926 r. Początkowo grywał jako napastnik. Ligowy debiut zaliczył 8 lipca 1927 r. w przegranym 0:3 meczu z Czarnymi we Lwowie. Swojego pierwszego gola strzelił w wygranym 4:3 derbowym pojedynku z Legią 21 lipca. Premierowy sezon zakończył z trzema golami na koncie, a w kolejnej ligowej kampanii dorzucił sześć trafień. Później został przesunięty do pomocy, gdzie radził sobie również bardzo dobrze. 17 sierpnia 1930 r. w meczu z ŁKS-em strzelił swojego pierwszego hat-tricka w lidze, a Polonia wygrała 4:2. W 1935 r. występował już jako obrońca. Dzięki swojemu doświadczeniu w ofensywie miał niesamowitą intuicję i zawsze potrafił interweniować w odpowiednim momencie. Nie zdarzały mu się jakieś rażące błędy i do końca kariery utrzymywał równy, wysoki poziom. W reprezentacji debiutował w 1930 r. w meczu ze Szwecją. Na igrzyskach w Berlinie wystąpił w spotkaniu o brąz z Norwegią. Na mistrzostwach świata we Francji był kapitanem, a ogółem w tej roli rozegrał aż 18 spotkań. Imponował wszechstronnością na boisku, był dobrze wyszkolony technicznie i mimo nieco atletycznej budowy był dość szybki. Mimo że w trakcie jego kariery nie brakowało ostrych spięć i nawet usunięć z boiska, to zawsze mówiono o nim jako o człowieku z klasą. Przed wojną nie zdołał ze swoim ukochanym klubem zdobyć mistrzostwa. Podczas okupacji grał w konspiracyjnych rozgrywkach w drużynach Piaseczna i Radości. W pierwszej powojennej edycji mistrzostw Polski spełnił swoje wielkie marzenie. Polonia dość nieoczekiwanie sięgnęła po tytuł, a Szczepaniak wystąpił we wszystkich meczach. Jest rekordzistą stażu w ekstraklasie. Jego pierwszy mecz od ostatniego dzieliło 19 lat i 331 dni. Po zakończeniu kariery pracował w Gwardii, Polonii (wygrana w Pucharze Polski w 1952 r.) i Pogoni Grodzisk. Krótko trenował jeszcze kilka podwarszawskich klubów, ale najwięcej czasu poświęcił wychowaniu młodych piłkarzy Czarnych Koszul. W różnym okresie od końca lat 50. do 70. był trenerem juniorów, juniorów młodszych i trampkarzy. Cieszył się niezwykłą estymą i poszanowaniem. W Reprezentacji rozegrał 34 mecze.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

16

Trudne decyzje, przykre pożegnanie:

19 maja 1996 r. zarząd FC Barcelony zwolnił z funkcji trenera Johana Cruijffa. Decyzje podjęto tuż po tym jak Blaugrana zremisowała z Espanyolem 1:1, tracąc w 87 minucie gola i zarazem matematyczne szanse na mistrzostwo. Przed poinformowaniem Criujffa o zakończeniu współpracy działacze skontaktowali się już z Bobby Robsonem. Holender był wściekły i nie chciał przywitać się z Gaspartem mówiąc ,,Czemu podajesz mi rękę Judaszu” po czym dodał jeszcze: ,, W Barçy jeden puszcza muzykę a reszta tańczy, nie poszedłbym z nim na piwo”. Prosił o wsparcie dla drużyny i nowego trenera, ,,wprowadzonego do drużyny, której nie może ułożyć pod siebie wobec przedłużenia kontraktów przez kilku graczy”. Po kolejnym meczu na Camp Nou kibice zwrócili się przeciwko prezydentowi Nuñezowi, którego przywitały białe chusteczki a oklaskami żegnali Jordiego Cruijffa kierując na niego sympatie, którą darzyli jego ojca.



@Mixtape
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

@insp1re Owszem ale to jeszcze nie na całkowite pożegnanie kultowego stadionu, w tym wypadku Camp Nou...

10

Ostatnie El Clasico na Les Corts:

19 maja 1957 r. FC Barcelona gromi na Estadio Camp de Les Corts Real Madrid aż 6:1! w ramach ¼ Copa del Rey. Cztery gole w tym meczu zdobył wyśmienity paragwajski napastnik Eulogio Martinez a pozostałe dwa zdobyli Kubala i Villaverde. To było ostatnie El Clasico na legendarnym Camp de Les Corts. Następne odbywały się głównie na Camp Nou. Przypomnijmy zatem składy z tego epokowego wydarzenia:

FC Barcelona: Ramallets, Olivella, Biosca, Segarra, Gensana, Verges, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Tejada.

Real Madrid: Alonso, Torres, Marquitos, Lesmes, Santisteban, Zarraga, Joseito, Mateos, Di Stefano, Rial, Gento.



@Monix10
@Mixtape
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

10

Feliz cumpleaños panie Jose!

Dzisiaj swoje 67 urodziny obchodzi Jose Ramon Alexanco, obrońca, kapitan i jedna z legend FC Barcelony. Choć pochodzi z Barakaldo a swoją karierę zaczynał w barwach ,,Los Leónes", to głównie kojarzony jest z Dumą Katalonii. Spędził kilkanaście lat jako piłkarz ekipy z Katalonii, zdobył pierwsze trofeum Ligi Mistrzów w historii klubu (wtedy jeszcze Puchar Europy). Rozegrał 276 spotkań ligowych w barwach Blaugrany, więcej niż choćby Pep Guardiola. Od wielu lat był niekwestionowanym liderem zespołu, także w negocjacjach z pracodawcami a z jego zdaniem liczyli się wszyscy prezesi Blaugrany. Na dowód jego niezwykłej roli w klubie przytocze taki oto fakt: W czasie wszystkich wyjazdów FC Barcelony tylko Alexanco otrzymywał w hotelu ,,jedynke”, samodzielny pokój należny pierwszemu wśród równych. Podczas finału Pucharu Europy z Sampdorią, Johan Cruijff wpuścił go na boisko na końcowe minuty dogrywki. Na Wembley te kilka minut na murawie były czymś więcej, niż tylko udziałem w walce dla utrzymania korzystnego rezultatu. Te minuty stały się piękną nagrodą dla wspaniałego gracza a jego nazwisko napisane zostało wśród zdobywców najcenniejszego trofeum. Cztery miesiące później Alexanco obchodził swoje 36 urodziny a więc zdążył w ostatniej chwili swojej kariery sięgnąć po wspaniałą nagrodę.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

10

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

18 maja1920 r. urodził się Rene Alejandro Pontoni, posągowo zbudowany napastnik z Cordoby, który renome uzyskał w Newell’s Old Boys a szczyt sławy osiągnął w latach 1945-48 w San Lorenzo gdzie przeszedł za 100 tysięcy pesos. Grając właśnie w San Lorenzo, obrońca Boca Juniors de Zorzi wkraczając desperackim wślizgiem, rozłupał mu noge dosłownie w drzazgi. To był praktycznie koniec wielkiej kariery, choć potem Pontoni był jeszcze idolem w klubach kolumbijskich. W reprezentacji w latach 1942-47 rozegrał 20 spotkań, strzelając 19 goli i 3-krotnie pod rząd zdobywając Copa America(1945, 1946 i 1947). W lidze uzbierał 132 gole. Ten okaz zdrowia niebywałą finezje techniczną łączył z potęgą strzału i bezbłędnym zmysłem do wyrafinowanej gry kombinacyjnej.


@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira

1

@FCBparasiempre
W międzyczasie reprezentacja Anglii awansowała na swój pierwszy turniej finałowy mistrzostw Europy. Ponieważ kwalifikowały się nań wówczas tylko cztery drużyny, było to samo w sobie pewnym osiągnięciem. Sir Alf Ramsey porzucił cokolwiek wymuszoną formację bez skrzydłowych, która dała mu sukces na mistrzostwach świata, i postawił na nowe twarze w pomocy: Alana Mullery’ego z Tottenhamu oraz Briana Labone’a z Evertonu. W pierwszym spotkaniu Synowie Albionu musieli uznać wyższość reprezentantów Jugosławii po golu Dragana Džajicia z 86. minuty; w 89. Mullery został wyrzucony z boiska. Stiles wrócił do składu w meczu o brąz. Anglicy pokonali ZSRR 2:0, wynik otworzył Bobby Charlton. Jesienią Manchester United zmierzył się z Estudiantes w rywalizacji o Puchar Interkontynentalny. Pomocnik angielskiego klubu z pewnością na długo zapamiętał te wydarzenia. Oba starcia były nader brutalne, rozegrane ponadto w gorącej atmosferze na trybunach, co miało związek jeszcze z ćwierćfinałowym spotkaniem Anglii i Argentyny z mistrzostw świata. Oliwy do ognia dolał trener Benfiki, Otto Glória, który posunął się do nazwania Stilesa zabójcą w wywiadzie dla prasy. W programie meczowym ukazała się jego dalsza wypowiedź; Brazylijczyk określił pomocnika Czerwonych Diabłów brutalem o złych zamiarach, pozbawionym ducha sportu. Na słynnym stadionie La Bombonera argentyński klub wygrał 1:0 po golu Marcosa Conigliaro z pierwszej połowy; w 79. minucie prowadzący zawody Hugo Sosa Miranda z Paragwaju wyrzucił Nobby’ego z boiska. Anglik przez cały mecz był celem wyjątkowo paskudnych ataków rywali, a i sędziowie zdawali się być do niego uprzedzeni. W pewnym momencie liniowy zgłosił Mirandzie przewinienie Stilesa, gdy ten po prostu krótko krył Carlosa Bilardo, odznaczającego się w tamtym spotkaniu ostrą grą nawet na tle kolegów (kilkanaście lat później to właśnie Bilardo jako trener sięgnie po mistrzostwo świata z Argentyną, z Diego Maradoną czy Danielem Passarellą w składzie). W końcu Nobby nie wytrzymał, posunął się do faulu i został natychmiast ukarany, być może przesadnie. Został wykluczony jedyny raz w trakcie gry dla klubu z Old Trafford. Nie mógł wystąpić w rewanżu, który mimo wysokich cen biletów przyciągnął olbrzymie zainteresowanie. United zarobili na tym meczu 50 tys. funtów, co stanowiło wówczas rekrod w Anglii. Podopieczni Busby’ego naciskali od samego początku, a choć Juan Ramón Verón (ojciec Juana Sebastiána) uciszył tłum już w szóstej minucie po dośrodkowaniu Raúla Madero, gospodarze nie ustawali w wysiłkach, by zwyciężyć. Stworzyli niemało groźnych sytuacji. Piłkarze obu stron nadal traktowali się nawzajem z dużym ładunkiem agresji. Kontuzjowany Law opuścił boisko, a goście niemal strzelili drugiego gola, zanim wszedł na nie rezerwowy Carlo Sartori. W samej końcówce zrobiło się naprawdę wesoło. Krewki Best uderzył w twarz José Hugo Medinę i obalił na ziemię Néstora Togneriego. Konstantin Zečević nakazał Ulsterczykowi i pierwszej z jego ofiar, by udali się do szatni. Best opluł rywala, czego ten nie pozostawił bez odpowiedzi i obaj musieli być sprowadzeni z boiska pod eskortą. Medina miał problem z zejściem do szatni mimo pomocy policji, gdyż kibice hojnie obrzucali go monetami. Chwilę potem Willie Morgan wyrównał. Brian Kidd strzelił gola na 2:1, który doprowadziłby do rozegrania trzeciego meczu; sędzia uznał jednak, że bramka padła po ostatnim gwizdku. Piłkarze i kibice gospodarzy byli wściekli. Jeden z nich uderzył przeciwnika w twarz. Zawodnicy Estudiantes spróbowali okrążyć boisko ze zdobytym pucharem, ale grad przedmiotów sypiący się z trybun odwiódł ich od tego zamiaru.

Stiles przyglądał się temu z boku. W całym sezonie pojawił się jednak na boisku 56 razy. Poza omówionym starciem z południowoamerykańską drużyną trener pominął go tylko w jednym meczu. Pomocnik United strzelił dwa gole. Tydzień po przegranej w Buenos Aires jako pierwszy pokonał bramkarza irlandziego Waterfordu w rewanżowym spotkaniu I rundy Pucharu Europy. United zwyciężyli 7:1 (10:2 w dwumeczu), a Law, który zdobył hattricka w pierwszej potyczce, na Old Trafford dorzucił aż cztery gole. W marcu Nobby trafił do siatki w 85. minucie meczu z Queens Park Rangers, podwyższając na 5:1. Czerwone Diabły w końcówce rozszarpały rywali, dorzucając jeszcze trzy bramki. Zwycięstwo 8:1 na Old Trafford było niestety pierwszym ligowym od dwóch miesięcy. United przesunęli się dzięki niemu z siedemnastej na piętnastą pozycję. Ostatnie miesiące mieli całkiem niezłe i zakończyli rozgrywki na jedenastym miejscu. W FA Cup dotarli do VI rundy, a w Pucharze Europy odpadli w półfinale z Milanem, który sięgnął w tamtym sezonie po trofeum. Gol z QPR był dziewiętnastym i ostatnim strzelonym przez Nobby’ego w barwach United. Przez następne dwa lata pod wodzą Wilfa McGuinnessa i ponownie sir Matta rozegrał łącznie 32 mecze. Wyniki Diabłów były raczej słabe. Angielski pomocnik nie zawsze był stanie grać, a na boisku zdawał się niekiedy wypalony. W reprezentacji na trwałe ustąpił miejsca Mullery’emu; pojechał na mundial do Meksyku, ale nie kopnął nawet piłki. Nigdy już nie zagrał w narodowych barwach. Uzbierał łącznie 28 występów – najmniej z całej jedenastki, która zagrała na Wembley w finale mistrzostw świata. W maju 1971 r. Stiles, obchodzący w tym miesiącu dwudzieste siódme urodziny, opuścił klub. Przeniósł się do Middlesbrough za 20 tys. funtów, mając za sobą 395 spotkań w koszulce Manchesteru United. Wygrał łącznie dwa mistrzostwa Anglii i dwukrotnie Tarczę Dobroczynności (do podziału z Liverpoolem i Spurs), a ponadto zdobył Puchar Europy. W barwach drugoligowca Nobby spędził dwa sezony. Wystąpił dla Boro w 69 meczach, w tym przeciwko United w Pucharze Anglii. Strzelił dwa gole. W 1973 r. dołączył do Bobby’ego Charltona w Preston North End. 31-letni Stiles był nadal zawodnikiem, a jego starszy kolega został trenerem the Lilywhites. Środkowy pomocnik zagrał łącznie w 46 spotkaniach i zdobył jedną bramkę. Po pierwszym sezonie drużyna Preston spadła do Third Division. Latem 1975 r. Stiles został menadżerem klubu, kiedy Charlton odszedł w geście sprzeciwu wobec sprzedaży ważnego, 27-letniego obrońcy Johna Birda do Newcastle. Nobby zrezygnował z posady po zaledwie tygodniu. Uczynił to jako wyraz solidarności z byłym kolegą z United i reprezentacji. W 1977 r. objął PNE ponownie, tym razem na cztery lata. Później pracował w Kanadzie, dokąd sprowadził również syna, grającego wcześniej w Shamrock Rovers. John występował potem jeszcze m. in. w Leeds United czy Doncaster Rovers. We wrześniu 1985 r. Nobby został menadżerem West Bromwich. Już po kilku miesiącach został zwolniony, zanotowawszy jedynie trzy zwycięstwa. W latach 1989-1993 należał do sztabu szkoleniowego młodzieżówki Manchesteru United. Pracował z takimi zawodnikami, jak Ryan Giggs, David Beckham, Paul Scholes, bracia Neville i Nicky Butt. W 2000 r. wraz z czterema innymi byłymi reprezentantami został odznaczony Medalem Imperium Brytyjskiego po nagłośnieniu przez media okoliczności, iż nie zostali nagrodzeni za osiągnięcia sportowe, mianowicie zdobycie Pucharu Świata. W 2013 r. u Nobby’ego zdiagnozowano raka prostaty. Trzy lata później – swego rodzaju chorobę zawodową piłkarzy, demencję. Nie mógł wziąć udziału w uroczystościach pięćdziesięciolecia wywalczenia mistrzostwa globu. „Bezzębny Tygrys” z Collyhurst odszedł 30 października 2020 r.

8

@FCBparasiempre

Osiemdziesiąt dwa lata temu w Collyhurst, w północnej części śródmieścia Manchesteru, Charlie Stiles, kierownik domu pogrzebowego i jego ciężarna żona, Kitty, chronili się w piwnicy domu w trakcie niemieckiego nalotu bombowego. Ataki lotnicze należały od dawna do rzadkości ale wciąż się zdarzały i nie było rozsądnym lekceważyć zagrożenie. Zanim minęło niebezpieczeństwo, Kitty zaczęła rodzić. Na świat przyszedł chłopiec. Rodzice nadali mu imiona Norbert Peter. Rodzina Stilesów szczęśliwie przetrwała tak tamten nalot, jak i całą wojnę. Nobby nie stracił dachu nad głową. Jego dom nie został zniszczony. Od małego natomiast Stiles żywił uczucie do klubu piłkarskiego, który nie miał tyle szczęścia – do Manchesteru United. Stadion Old Trafford poważnie ucierpiał w wyniku bombardowań i minęło kilka lat, zanim doczekał się odbudowy, a piłkarze mogli znów na nim występować. Tymczasem Nobby rósł, zawzięcie i ambitnie ucząc się futbolowego rzemiosła. Nie na darmo. Pierwsza z tych spraw — rośnięcie – szła mu słabo; nigdy nie osiągnął nawet 170 centymetrów. Jednak nadrabiał sercem oraz umiejętnościami. Uczył się w katolickiej szkole podstawowej św. Patryka. Religia w późniejszych latach zajmowała ważne miejsce w życiu Norberta. Dużą rolę w jego rozwoju odegrał starszy brat, Charles. Sam, wedle słów przyszłego reprezentanta Anglii, był utalentowanym piłkarzem. O ile przegapił swoją szansę, o tyle zadbał, by Nobby nie zmarnował potencjału. Kiedy po jednym ze spotkań dumny z brata Charlie zabrał go do pubu, zaproponowano nastolatkowi piwo. Starszy ze Stilesów odpowiedział, że ten chłopak jest inny. Nie chciał, by zszedł z drogi, która mogła zaprowadzić go na szczyt. Jak się okazało, miał rację. Jako piętnastolatek Stiles zagrał w juniorskiej drużynie Anglii, a wkrótce potem, we wrześniu 1957 r., dołączył do Manchesteru United. Klub słynął wtedy z wychowywania młodzieży, która pod wodzą Jimmy’ego Murphy’ego zgarnęła właśnie piąty z rzędu puchar w ramach niedawno utworzonych rozgrywek FA Youth Cup. Niektórzy z zawodników zginęli w mrokach niepamięci (kojarzy ktoś takie nazwiska, jak Tony Hawksworth, John Queenan, Dennis Filder, Bobby Harrop, Bryce Fulton?). Inni zyskali sławę – należeli do nich Duncan Edwards, Liam Whelan, Bobby Charlton czy Shay Brennan. Stiles już spełnił swoje marzenie, ale z pewnością nie zamierzał spocząć na laurach. Pragnął dołączyć do tego grona. Nobby trenował w klubie niecałe pół roku, kiedy doszło do tragedii, która nie tylko zachwiała zwykłym trybem szkolenia, ale niemal doprowadziła do wycofania pierwszej drużyny z rozgrywek. Oczywiście chodzi o katastrofę lotniczą w Monachium, w której zginęło siedmiu zawodników, ósmy zmarł po dwóch tygodniach, a kilku odniosło obrażenia wykluczające ich występy, w dwóch przypadkach – na zawsze. United, aby grać dalej, ściągnęli kilku piłkarzy z innych klubów, doszedł do tego zaciąg z rezerw i młodzieżówki. Stiles miał dopiero szesnaście lat. Było dla niego zbyt wcześnie, by otrzymał szansę na grę. Odpływ piłkarzy do pierwszej drużyny, nowe obowiązki Murphy’ego i całe zamieszanie wokół katastrofy nie pozostały bez wpływu na wyniki młodzieżówki. Nobby nigdy nie dotarł do finału FA Youth Cup.

W czerwcu następnego roku angielski pomocnik podpisał zawodową umowę z Manchesterem United. Jeszcze przez sezon pozostawał poza pierwszym zespołem. Wspomnianą niezbyt imponującą budowę ciała nadrabiał zadziornością i zawziętością. Był nie tylko niski, lecz dodatkowo zaczął nader wcześnie łysieć, a ponadto miał problemy ze wzrokiem. Poza boiskiem, gdy założył okulary, wyglądał raczej na jakiegoś belfra niż na jednego z natwardszych sportowców tamtych lat. Nastoletni Nobby nie odstawiał nogi, a nawet głowy. Już w wieku piętnastu lat nie miał przednich zębów. Na placu gry wytrwale krążył za piłką, doskakiwał do rywali, a gdy sam był w posiadaniu futbolówki, nie oddawał jej łatwo – choć zwykle nie bawił się w efekciarskie rajdy, chętniej zagrywał do bardziej utalentowanych pod tym względem kolegów. Chłopak z Collyhurst zadebiutował 1 października 1960 r. na Burnden Park, w wieku osiemnastu lat. United zremisowali 1:1 mecz ligowy z drużyną Bolton Wanderers. Trenerem Kłusaków był William Ridding, w latach 30. młody napastnik sprowadzony na Old Trafford z Manchesteru City w zamian za Williama Dale’a, Harry’ego Rowleya i 2 tys. funtów. Karierę Billa niestety przedwcześnie zakończyła kontuzja; przeszedł na piłkarską emeryturę krótko przed dwudziestymi trzecimi urodzinami. Dwa tygodnie później, po przerwie reprezentacyjnej, Stiles zagrał w wyjazdowym spotkaniu z Burnley. Swój pierwszy występ zaliczył wówczas o niemal rok starszy Irlandczyk, Tony Dunne. Obok niego ustawiony był w obronie nominalny pomocnik, Maurice Setters. Matt Busby tamtej jesieni często korzystał w ten sposób z angielskiego piłkarza, co zresztą zwolniło miejsce w środku pola dla Stilesa. Niestety, obrona United tamtego dnia się nie popisała. Dennis Viollet zdobył hattricka, lecz zawodnicy Burnley zwyciężyli 5:3. Dwie bramki wbił Harry’emu Greggowi skrzydłowy John Connelly, przyszły Czerwony Diabeł. W środę, 19 października Nobby znalazł się w składzie na pierwszy, historyczny mecz United w nowo utworzonym Pucharze Ligi. Piłkarze Busby’ego mierzyli się na wyjeździe z przedstawicielem najniższej, czwartej klasy rozgrywkowej – Exeter City. Przegrywali od 15. minuty, ale ostatecznie padł remis 1:1. W najbliższą sobotę Stiles zaliczył debiutancki występ na Old Trafford. Czerwone Diabły pokonały Newcastle United 3:2, a nastoletni pomocnik strzelił swojego pierwszego gola w zawodowym futbolu, zdobywając bramkę na 2:0. I tego rywala prowadził były napastnik klubu z Manchesteru – Charlie Mitten. Dwa dni później United zwyciężyli w starciu z Nottingham Forest (2:1), a w następną środę pokonali w rewanżu Exeter 4:1. Na koniec miesiąca ulegli niestety Arsenalowi (2:1 na Highbury; gola na 2:0 dla gospodarzy zdobył David Herd). W swoich pierwszych rozgrywkach Stiles wystąpił łącznie 31 razy, co było przyzwoitą liczbą. Strzelił dwie bramki. Druga padła w pamiętnym, styczniowym meczu z Tottenhamem Hotspur na Old Trafford. Gospodarze zwyciężyli 2:0. Nobby otworzył wynik spotkania po niecałym kwadransie. Koguty sięgnęły wtedy po Podwójną Koronę, a ten mecz był jedynym w tamtym sezonie, w którym nie strzeliły gola, choć Gregg doznał urazu i między słupkami musiał stanąć najskuteczniejszy napastnik gospodarzy, Alex Dawson. Bramkarz drużyny Busby’ego asystował Markowi Pearsonowi piętą przy drugim trafieniu dla United. W marcu Stiles znalazł się na liście strzelców raz jeszcze, tym razem jednak po niewłaściwej stronie protokołu meczowego. Czerwone Diabły przegrały na wyjeździe z Blackpool, a samobój młodego pomocnika ustalił wynik na 2:0. W kolejnych rozgrywkach Anglik stał się jednym z podstawowych zawodników. Zaliczył mniej spotkań pucharowych (United nie wzięli udziału w League Cup, dotarli za to do półfinału Pucharu Anglii), ale znacznie więcej ligowych. Łącznie wychodził na boisko 38 razy. Strzelił też siedem goli, co miało stanowić jego najlepszy wynik w całej karierze. To właśnie Stiles zdobył pierwszą bramkę dla klubu w sezonie, w meczu z West Hamem United na Boleyn Ground (zakończonym niestety podziałem punktów – 1:1). We wrześniu dał zespołowi remis w spotkaniu z Aston Villą w Birmingham, a potem otworzył wynik już w drugiej minucie starcia derbowego z Manchesterem City na Old Trafford. Po niespełna kwadransie gospodarze prowadzili 2:0 – podwyższył Viollett. Wprawdzie w 19. minucie Nobby nieszczęśliwie pokonał Gregga, a w 24. wyrównał Bobby Kennedy, lecz samobój Dave’a Ewinga na początku drugiej połowy rozstrzygnął mecz na korzyść United. W styczniu nastolatek znów strzelił gola Tottenhamowi (na 2:1 dla gości; końcowy wynik – 2:2), a 3 lutego 1961 r. ponownie trafił do siatki na samym początku meczu na Old Trafford – tym razem przeciwko Cardiff City (gospodarze zwyciężyli 3:0). W kwietniu pokonał jeszcze bramkarzy Ipswich Town (ustalił wynik meczu u siebie na 5:0) oraz Sheffield United (dzień po porażce 0:1 w Manchesterze zawodnicy Busby’ego przegrywali 0:2; kwadrans przed końcem nadzieję dał im Sammy McMillan, trzy minuty później wyrównał Stiles a w końcówce McMillan odwrócił ostatecznie losy spotkania).

W sezonach 1962/63 i 1963/64 Nobby grywał nieco mniej – uzbierał odpowiednio 35 i 21 występów. Zdobył dwa gole: przeciwko Burnley we wrześniu 1962 r. (na 1:3 u siebie; Shay Brennan nie wykorzystał karnego, Connelly strzelił hattricka, a United przegrali 2:5) i Aston Villi w kwietniu 1963 r. (na 1:0 na wyjeździe; Czerwone Diabły zwyciężyły 2:1). W pierwszym z wymienionych sezonów Stiles wziął udział w czterech meczach Pucharu Anglii, w tym w półfinale na Villa Park (1:0 przeciwko Southampton). Nie zagrał jednak na Wembley, kiedy to klub z Manchesteru pokonał Leicester City 3:1, mimo że wcześniej wystąpił w kwietniowych meczach ligowych z Lisami (2:2 na Old Trafford i 4:3 dla gospodarzy na Filbert Street). W finale środek pola tworzyli Pat Crerand, Bill Foulkes oraz Setters. Szkocki menadżer niekiedy ustawiał tamtej wiosny Nobby’ego jako napastnika z numerem 8, podczas gdy z „czwórką” w pomocy biegał Crerand. W czerwcu 1963 r. 21-letni Stiles wziął ślub. Wybranką jego serca została Kay Giles – siostra ówczesnego kolegi z klubu, reprezentanta Irlandii, Johna Gilesa. Anglik zadebiutował wkrótce w rozgrywkach europejskich. W grudniu 1963 r. zagrał (znów w ataku) w pierwszym meczu II rundy Pucharu Zdobywców Pucharów z Tottenhamem. Obrońcy trofeum wygrali 2:0. W rewanżu Stiles nie pojawił się na boisku, a United skorzystali na złamanej nodze Dave’a Mackaya i zwyciężyli 4:1. W trzeciej rundzie Nobby, wciąż jako napastnik, wystąpił w meczu ze Sportingiem Lizbona na Old Trafford. Gospodarze ponownie wygrali 4:1, lecz w Portugalii, gdy zamiast Stilesa do składu wrócił Phillip Chisnall, zostali upokorzeni. Zielono-biali rozbili angielską drużynę 5:0. W maju 1964 r. Nobby skończył 22 lata. Wcześniej, na początku miesiąca, miało miejsce doniosłe wydarzenie w życiu rodziny: Kay urodziła syna, Johna Charlesa. Tymczasem nadchodził najlepszy okres w karierze świeżo upieczonego taty. Do United dołączyli Connelly i nowy bramkarz, Pat Dunne, do składu wchodził George Best. Nowy sezon Stiles rozpoczął pechowo, od samobójczej bramki z West Hamem w czwartej kolejce. Czerwone Diabły prowadziły na Old Trafford już od pierwszej minuty dzięki golowi Connelly’ego. Angielski pomocnik pokonał Davida Gaskella pięć minut później, ale przed upływem pół godziny gry do siatki gości trafił Denis Law, a wkrótce po przerwie wynik ustalił Best. United odnieśli dopiero pierwsze zwycięstwo w rozgrywkach. Ostatecznie dotarli do półfinałów Pucharu Anglii i Pucharu Miast Targowych, a co ważniejsze – zdobyli pierwsze mistrzostwo Anglii w epoce po monachijskiej tragedii. Stiles wreszcie wygryzł Settersa ze składu. Starszy z pomocników w listopadzie odszedł do Stoke City. Nobby grał najczęściej u boku Creranda, z Foulkesem cofniętym do obrony. Pełnił rolę „przecinaka”, w której świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Potrafił też czasem pomóc szkockiemu rozgrywającemu w rozdawaniu piłek do skrzydłowych i napastników. Anglik miał wielki wpływ na sukcesy drużyny. Wystąpił w 59 meczach – to więcej, niż rozegrał spotkań w przeciągu dwóch poprzednich lat. Tyle samo meczów zaliczyli Best i Bobby Charlton, więcej zanotowali Dunne, Brennan, Foulkes i Connelly. Nobby opuścił tylko jedno spotkanie, z Sunderlandem na Roker Park pod koniec lutego w First Division. Rozgrywano je cztery dni po pucharowej wygranej z Burnley na Old Trafford (2:1) i trzy dni przed ligowym meczem z Wolverhampton Wanderers, również u siebie (3:0). Miejsce pomocnika zajął osiemnastoletni John Fitzpatrick. Sunderland wygrał 1:0.

Nobby nie tylko sięgnął wreszcie po pierwsze trofeum z klubem, ale również zadebiutował w reprezentacji. Miało to miejsce 10 kwietnia 1965 r. na Wembley w ramach British Home Championship. Anglia zremisowała ze Szkocją 2:2, zapewniając sobie zwycięstwo w turnieju. W spotkaniu wystąpili także Charlton, Law i Crerand; dwaj pierwsi zdobyli zresztą po bramce. Następny sezon był rozczarowujący dla Manchesteru United. Na początek drużyna podzieliła się Tarczą Dobroczynności z Liverpoolem, zdobywcą Pucharu Anglii. W Europie Czerwone Diabły odbyły wspaniałą kampanię, odnosząc sześć kolejnych zwycięstw; jej zwieńczeniem było rozbicie Benfiki na jej własnym stadionie 5:1. Później przyszła półfinałowa porażka z Partizanem w Belgradzie (2:0 dla gospodarzy). W rewanżu Stiles strzelił jedynego gola, który rzecz jasna nie wystarczał do awansu. (Wcześniej w ciągu sezonu trafił do siatki dwa razy, oba na Old Trafford, dając Diabłom remis z Newcastle i podwyższając na 2:0 w wygranym 2:1 meczu z Arsenalem.) Matt Busby był załamany, wydawało mu się, że stracił ostatnią szansę na zwycięstwo w Pucharze Europy. United odpadli już z wyścigu o mistrzostwo, a kilka dni później przegrali także półfinał FA Cup z Evertonem na Burnden Park. Nobby w zakończonych bez nowego trofeum rozgrywkach pełnił bardzo ważną rolę w drużynie. Tym razem opuścił trzy mecze ligowe, ale wystąpił we wszystkich pozostałych spotkaniach – łącznie było ich 55. Tylko Dunne i Crerand grywali częściej (po 56 razy). Po sezonie w Anglii odbyły się piłkarskie mistrzostwa świata. Stiles otrzymał powołanie na turniej. W trakcie przygotowań doczekał się narodzin drugiego syna – Roberta Francisa. W dniu rozpoczęcia mistrzostw miał 24 lata, a swój kraj reprezentował do tej pory 14 razy. Strzelił jednego gola, w wygranym 1:0 meczu towarzyskim z RFN na Wembley w lutym 1966 r. Otrzymał numer 4 – szóstka, z którą najczęście występował w klubie, zarezerwowana była dla środkowego obrońcy i kapitana drużyny, Bobby’ego Moore’a z West Hamu. Nadszedł kolejny z momentów chwały Nobby’ego. Grał od deski do deski, od pierwszego do ostatniego gwizdka turnieju, w którym Synowie Albionu wywalczyli mistrzostwo. Pomocnik Manchesteru United miał duży udział w tym, że jego drużyna aż do półfinału nie straciła ani jednego gola. Dał z siebie wszystko, pokazał najlepsze, co miał. Otrzymał jedną żółtą kartkę, krótko przed przerwą w ostatnim meczu fazy grupowej przeciwko Francji, przy stanie 1:0 dla gospodarzy (Anglicy wygrali 2:0). Zwłaszcza dwie chwile utrwaliły się w zbiorowej pamięci, przechodząc do historii futbolu. Pierwszą jest to, jak w jubileuszowym, dwudziestym występie dla reprezentacji Stiles zdołał zneutralizować wielkiego Eusébio w spotkaniu półfinałowym z Portugalią, wygranym 2:1 (gole dla Anglików strzelił Bobby Charlton, a po faulu jego brata Jacka na portugalskim snajperze sam poszkodowany zdobył bramkę honorową). Druga to taniec Nobby’ego po zwycięskim finale z Pucharem Świata w jednej ręce i sztucznymi zębami w drugiej. W nowym sezonie United szybko odpadli z rozgrywek pucharowych, ale na wiosnę nie ponieśli ani jednej porażki w lidze i odzyskali mistrzostwo kraju. Stiles był niezastąpiony, rozgrywając 40 spotkań, w tym 37 w First Division. Strzelił trzy gole. Tak jak dwa lata wcześniej, trafił do bramki już w pierwszej kolejce, w ósmej minucie meczu z West Browmich Albion na Old Trafford. Podwyższył tym samym prowadzenie gospodarzy na 2:0; wygrali to spotkanie 5:3. W styczniu po raz drugi w karierze strzelił samobója w derbach Manchesteru, dając the Citizens wyjazdowy remis w samej końcówce. W marcu natomiast Anglik po raz pierwszy od dawna pokonał bramkarzy w dwóch meczach pod rząd. Najpierw uratował punkt w starciu z Fulham na Craven Cottage, a nazajutrz otworzył wynik w rewanżu; niecałych dziesięć minut przed końcem podstawowego czasu gry wyrównał Steve Earle, lecz zwycięstwo zdążył zapewnić gospodarzom Foulkes. Kolejne rozgrywki Czerwone Diabły rozpoczęły od remisu z Tottenhamem w spotkaniu o Charity Shield. W lidze zajęły drugie miejsce, dwa punkty za Manchesterem City. Z FA Cup odpadły już w trzeciej rundzie, natomiast w Pucharze Europy dotarły do finału. Nobby opuścił aż cztery miesiące, rozgrywając tylko dwadzieścia spotkań w First Division, lecz wrócił na ćwierćfinałowe batalie z Górnikiem Zabrze i półfinałowe z Realem Madryt. Wziął oczywiście udział także w ostatnim występie drużyny Busby’ego na Wembley. Finał rozegrano jedenaście dni po dwudziestych szóstych urodzinach Nobby’ego. Znów przyszło mu mierzyć się z Eusébio i jego kolegami. United po dogrywce pokonali Benfikę 4:1 i sięgnęli po upragniony Puchar Europy.


0

@MOLESTA No pisze o nich że to mój wróg naczelny, zresztą jak każdego prawdziwego cule. Z drugiej jednak strony nie da uciec się od byłych piłkarzy Realu i ich statystyk...

13

,,Galopujący major”:

Ferenc Puskas jest autorem wielu strzeleckich rekordów. Jednym z nich jest liczba trafień w meczu finałowym Pucharu Europy. Tylko jemu udało się czterokrotnie pokonać bramkarza w finale. Działo się to 18 maja 1960 roku na największym stadionie Europy Hampden Park w Glasgow w obecności ponad 120 tys. widzów! Real Madryt pokonał wówczas Eintracht Frankfurt 7:3, a oprócz Węgra hattrickiem popisał się wówczas legendarny Alfredo di Stefano.



@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

11

Zdumiewająca klęska w finale:

18 maja 1994 r. FC Barcelona poległa w finale Ligi Mistrzów przegrywając z AC Milan 4:0. Zdecydowanym faworytem starcia w Atenach był ,,Dream Team” Johana Cruijffa. Blaugrana była do tego pojedynku niepokonana przez 20 spotkań(w tym 17 zwycięstw) a cztery dni przed finałem została mistrzem Hiszpanii. W finale istniał tylko Milan, Barça ani przez moment nie zagroziła rywalom. Trudno w to uwierzyć. To było coś wręcz niewytłumaczalnego, jak tak wielka wówczas Barça mogła aż w taki sposób spartolić finał?




@Lionel_Messi10
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

0

@Sau_Ron I po c**j takie żarty? Z tego się trzeba cieszyć a nie żartować!

0

@Sau_Ron Ty chyba sobie żartujesz? Niby jak mieliby jeszcze wygrać?

14

W końcu sprawiedliwości stało się zadość. W końcu ,,Białe" dziadygi zostały stłamszone, zniszczone i zdeptane jak ten pędrak! Co za wspaniałe uczucie, chwilo trwaj wiecznie!

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?