FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Duma Katalonii w Copa del Rey:
13 maja 2009 FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Athletic Bilbao 4:1 i sięgnęła po raz 23 w historii po Puchar Hiszpanii. Myślę że większość z was pamięta to wydarzenie? Przypomnę tylko strzelców goli: Yaya Toure(32 minuta), Messi(55 minuta), Krkič(57 minuta) oraz Xavi(64 minuta). Dobrze pamiętam ten finał bo nagrywałem go na płyte dvd a mecz jeśli się nie myle transmitowała telewizyjna jedynka.
A jeśli ktoś nie pamięta to proszę uprzejmie:
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
9
Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:
13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie Camp del Carrer Muntaner. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
11
Absolutna premiera El Clasico:
13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie Copa de la Coronacion(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem historyczny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie Copa Gran Peña zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
7
Futbol kreolski:
AFA nie zezwalał by podczas zebrań rozmawiano po hiszpańsku a jego urugwajski odpowiednik zakazywał, by mecze rozgrywano w niedziele, albowiem tradycja angielska nakazywała żeby mecze odbywały się w sobote. Już jednak na początku minionego wieku nad brzegami La Platy futbol stał się popularny i bardziej narodowy. Ta rozrywka z importu świetnie wypełniająca czas dzieciom, zstąpiła z piedestału na ziemie i zaczęła zapuszczać w niej korzenie. Nic nie mogło tego procesu zatrzymać. Podobnie jak tango, piłka nożna wyrosła na przedmieściach. Była sportem, który nie wymagał pieniędzy, do gry wystarczyły dobre chęci. Na podwórkach, w zaułkach i na plażach młodzi Kreole i synowie imigrantów aranżowali mecze kopiąc piłki zrobione ze starych pończoch, wypełnione ścinkami papieru lub szmatami. Dwa kamienie robiły za słupki. Dzięki upowszechnieniu się piłkarskiej terminologii wieśniacy wygnani z prowincji przez biede doskonale rozumieli się z robotnikami wypchniętymi przez kryzys z Europy. Futbolowe esperanto łączyło miejscową biedotę z biedakami przybyłymi tu przez morze z Vigo, Lizbony, Neapolu, Bejrutu czy Besarabii, którzy żyli amerykańskim marzeniem, wznosząc ściany, dźwigając ciężary, piekąc chleb lub zamiatając ulice. Cóż za piękną podróż odbył futbol: ujęty w formalne karby na angielskich uniwersytetach teraz ubarwiał życie ludziom, którzy nigdy nie przekroczyli progu żadnej szkoły.
Podczas gdy na boiskach Buenos Aires i Montevideo kształtował się niepowtarzalny styl kopania piłki, w portowych barach, przy dźwiękach milongi, dojrzewał nowy, zmysłowy taniec. Podobnie jak tancerze wykonujący skomplikowany figury na skrawku podłogi, piłkarze szlifowali swoje umiejętności na niewielkiej przestrzeni, gdzie piłki się nie kopało, lecz przytrzymywało i obejmowało stopami niczym dłońmi. W ten sposób kreolscy wirtuozi wynaleźli ,,el toque”: piłke należało delikatnie trącać, jakby była gitarą i źródłem muzyki. W tym samym czasie w Rio de Janeiro i São Paulo futbol coraz bardziej ulegał czarowi tropików. Najwięcej bogactwa wnosili doń biedacy. Piłka nożna przestawała być już wtedy przywilejem garstki bogaczy i stawała się coraz bardziej dyscypliną narodową, zasilaną twórczą energią odkrywającego ją ludu. W ten sposób narodził się najpiękniejszy futbol świata, na który składają się zmysłowe ruchy bioder, balansowanie ciałem a także wymachy nóg zapożyczone z ,,capoeiry”(wojennego tańca czarnych niewolników) i radosnych latynoamerykańskich tańców popularnych w biednych dzielnicach wielkich miast. Piłka nożna ujawniała swoje ukryte piękno i stawała się powoli powszechną pasją a nie wyłącznie wyrafinowanym sposobem spędzania wolnego czasu. Postępująca demokratyzacja futbolu budziła obawy wydawanego w Rio de Janeiro magazynu ,,Sports”, który w 1915 r. pisał tak: ,,My, którzy mamy w społeczeństwie ugruntowaną pozycje, musimy grać z robotnikiem i szoferem. Sport ten przestaje być rozrywką i zamienia się w prawdziwy koszmar oraz poświęcenie”.
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
7
@FCBparasiempre
Włoski futbol kojarzy nam się z obroną. Utarte slogany o cattenacio co chwilę padają z ust komentatorów, gdy mówią o drużynach z Italii. Chociaż w dzisiejszych czasach te banały mają coraz mniej wspólnego z prawdą, to nie da się ukryć, że to właśnie kluby z półwyspu Apenińskiego zrewolucjonizowały ten element gry. Był jednak we Włoszech trener, który w czasach hossy cattenacio kompletnie nie poddawał się trendom, a stawianie zasiek w obronie uważał wręcz za zbrodnię przeciwko futbolowi. Nigdy nie wywalczył wielkich trofeów, ale w sercach i pamięci kibiców pozostał na zawsze. Posłuchajcie historii Zdenka Zemana. Zeman urodził się 12 maja 1947 roku. Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę, wolał uprawiać siatkówkę i szczypiorniaka. Latem 1968 roku pojechał na wakacje, do swojego wuja mieszkającego na Sycylii. Ta podróż odmieniła życie młodego Zdenka. W czasie jego nieobecności wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Operacja „Dunaj” zakończyła „Praską wiosnę”. Komuniści za pomocą czołgów przywrócili socjalistyczny ład w ojczyźnie Zemana. Ten postanowił pozostać we Włoszech na stałe. Wiele osób śmieje się, że to jedyna rozsądna decyzja, jaką przyszły trener podjął w swoim życiu. Wujek Zemana, Cestmir Vycpalek, w przeciwieństwie do Zdenka posmakował zawodowego futbolu. Grał m.in. dla Juventusu, Parmy i Palermo. Gdy zawiesił buty na kołku, postanowił zająć się trenowaniem. Zaczynał od niższych lig włoskich. Po jakimś czasie trafił do „Starej Damy”. Najpierw zajął się prowadzeniem drużyn juniorskich, potem objął pierwszy zespół i doprowadził Juventus do dwóch mistrzostw Włoch. W tym czasie jego siostrzeniec zajął się zdobywaniem wykształcenia. Zrobił fakultet z medycyny sportowej. Następnie postanowił pójść w ślady wuja i zająć się trenowaniem. Ukończył renomowaną szkołę Coverciano w podobnym czasie co Arigo Sacchi. Wkrótce potem obaj odcisnęli swoje piętno na włoskim futbolu. Pierwsze kroki w trenerskim światku Zeman stawiał w Palermo. Trenował tam drużyny do lat 12. Przełom stanowiło otrzymanie posady w czwartoligowej Licacie. Wkrótce awansował z tym zespołem do Serie C. Co ciekawe uczynił to, mając w składzie prawie samych juniorów. Stawianie na młodzież stało się po jakimś czasie jego znakiem rozpoznawczym. Drugim był ultra ofensywny futbol prezentowany przez jego zespoły. Z Licaty trafił do Foggi. To właśnie dzięki pracy w tym klubie miała o nim usłyszeć cała Italia. Do ekipy z Apulii zaliczył dwa podejścia. Najpierw po roku pracy opuścił „Satanellich” i przeniósł się do Parmy, by zastąpić tam Sacchiego, który rozpoczynał właśnie swój chlubny rozdział w Mediolanie. Ten epizod okazał się dla Zemana kompletnym niewypałem. Zwolniono go po siedmiu meczach. Przygarnęła go za to Messina. Pod jego skrzydłami „Toto” Schillaci ustrzelił w sezonie ligowym 23 bramki, dzięki czemu zainteresował się nim Juventus. Można powiedzieć, że król strzelców Mundialu w 1990 roku był pierwszym z całej plejady gwiazd, które wyszły spod ręki „Il Boemo”. W 1989 roku Zeman zatoczył koło i powrócił do Foggii.
To, co odróżniało Zemana od innych menadżerów, to brak lęku przed zwolnieniem. Czech twierdził, że obawa przed utratą stanowiska hamuje trenerów przed stosowaniem ofensywnej taktyki, przez co ich zespoły boją się grać w piłkę. Nasz bohater gardził takim podejściem. Piękna gra jego drużyny była celem nadrzędnym. Na szczęście we Foggii trafił na wyrozumiałego szefa. Pasquale Casillo, właściciel „Satanellich”, mocno wierzył w umiejętności i filozofię Zemana. Pomimo trudnych początków, nie ugiął się pod presją kibiców i nie zwolnił „Il Boemo” po serii słabszych wyników. Ta wiara zaowocowała. Zeman w dwa lata awansował z Foggią z Serie C do Serie A. Trener cały czas był wierny swojej filozofii futbolu. Uwielbiał taktykę 4-3-3. Z przodu biegało trzech środkowych napastników, pomocnicy często podłączali się do fazy ataku, a boczni obrońcy grali w stylu, jaki znamy z dzisiejszych boisk, czyli praktycznie jak skrzydłowi. W akcjach ofensywnych potrafiło uczestniczyć ośmiu piłkarzy. Jak na Czecha przystało, inspiracje czerpał między innymi z hokeja na lodzie. Jeśli wam się zdaje, że to Manu Neuer zaczął pierwszy grać jako bramkarz-libero, to musicie zobaczyć, jak w systemie Zemana funkcjonował jego ulubieniec – Francesco Mancini. W sezonie 1990/91 Foggia strzeliła 67 goli. Drugie w tej klasyfikacji Udinese zdobyło ich 53. Ultra ofensywny styl Zemana nie zawsze popłacał. Angażowanie takiej liczby piłkarzy do atakowania bramki rywala sprawiało, że przed własnym polem karnym często zostawało jedynie dwóch stoperów. Szczególnie w Serie A drużyna często musiała płacić frycowe za takie ustawienie. Tak było w ostatniej kolejce sezonu 1991/92. Po pierwszej połowie Foggia prowadziła z AC Milanem 2:1. Większość menadżerów w takiej sytuacji skupiłaby się na obronie wyniku. Jednak nie Zeman. On nakazał swoim graczom dążyć do strzelenia kolejnych goli. W rezultacie Milan wygrał ten mecz…2:8. By przygotować piłkarzy do gry o takiej intensywności, jego treningi charakteryzowały się dużymi obciążeniami fizycznymi i długim czasem trwania. Bieganie po górach było stałym elementem harmonogramu zajęć. Sam szkoleniowiec nie dbał przesadnie o zdrowie. Papierosy palił taśmowo, a na treningach klął jak szewc. Zresztą odpalona cygaretka była jednym ze znaków charakterystycznych Czecha. W pierwszym sezonie na najwyższym poziomie rozgrywkowym „Satanelli” zajęli dziewiąte miejsce. Więcej bramek od nich strzelił tylko Milan, więcej straciło tylko zdegradowane Ascoli… To mówi wszystko o bezkompromisowym podejściu Zemana do calcio. Futbol miał dawać radość kibicom, a nie być partią szachów. „Ludzie mówią, że powinienem zmienić taktykę. Nie zgadzam się z tym. Chcę, żeby mój zespół zabawiał fanów i zbliżył ich do zespołu. Mam nadzieję przekonać sceptyków, że pracujemy dobrze.” Foggia była rewelacją sezonu 1991/92. Nic dziwnego, że ofensywni piłkarze tego klubu stali się celami transferowymi dla bogatszych zespołów. Zeman stracił latem całą linię ataku. Signori odszedł do Lazio, Rambaudi do Atalanty, a Francesco Baiano do Fiorentiny. Z klubem pożegnał się także Igor Szalimow, który wybrał grę dla Interu. „Il Boemo” musiał odbudować cały ofensywny potencjał drużyny z Apulii. Podołał zadaniu i znalazł godnych zastępców (m.in. Bryan Roy). W następnym sezonie Foggia uplasowała się na jedenastej pozycji. Dwa lata później znów zajęła dziewiąte miejsce w lidze. Nikt już nie miał wątpliwości. Największą wartością zespołu był jego trener, który potrafił utrzymać formę zespołu niezależnie od składu i rewolucji kadrowych. Czech miał wyjątkową rękę do młodych graczy. Wypromował wielu przyszłych reprezentantów Italii. Wielu ekspertów uważa, że radził sobie lepiej z młodzieżą niż ze starszymi zawodnikami, ponieważ ukształtowani i doświadczeni gracze nie godzili się na uczestniczenie w jego szaleństwach. Od zwariowanej taktyki, po żelazny reżim treningowy. Styl prowadzenia zespołu przez Zemana często był określany jako autorytarny.
W 1994 roku otrzymał w końcu szansę w poważnym klubie. Podpisał kontrakt ze stołecznym Lazio. Signori, Boksić, Chamot, Fuser, Winter, Casiraghi. To tylko niektórzy z graczy, jacy wówczas reprezentowali rzymian. Dostał do ręki silne karty. Ze swojej ojczyzny przywiózł Pavela Nedveda. Zakontraktował go przed Euro ’96. Po tamtym turnieju wszyscy wiedzieli, że Zeman znów wynalazł perełkę. Nedved w jednym z wywiadów przyznał, że to właśnie rodakowi zawdzięcza wszystko. Na głęboką wodę rzucił młodziutkiego Alessandro Nestę, który hartował się w jego szalonym systemie gry, tak trudnym dla obrońców. „Każdy młody piłkarz, powinien mieć nadzieję, że będzie trenowany przez Zemana”- To właśnie słowa legendarnego włoskiego defensora, pod którymi podpisał się również Francesco Totti. Włodarze Lazio nie byli jednak tak wyrozumiali, jak Casillo we Foggii. Wynajdowanie młodych talentów i efektowna gra to było dla nich za mało. Chociaż wygrał 5-1 z Padovą i Napoli, zwyciężył 7-1 ze „swoją” Foggią, pokonał u siebie 4-0 Milan, upokorzył Fiorentinę 8-2, w dwumeczu z Interem wygrał 6-1, a Juve w Turynie odprawił 3-0. To nie wystarczyło, żeby sięgnąć po mistrzostwo. Zbyt często gubił punkty z ekipami z dołu tabeli. W Lazio pragnęli trofeów, a tych Zeman nie potrafił im dać. Po trzech sezonach mieli już dość. Ku niezadowoleniu fanów pożegnali czeskiego szkoleniowca. „Il Boemo” nie opuścił jednak Rzymu. Zmienił tylko barwy na żółto-czerwone. „Zeman jest trenerem i osobą, która wniosła znaczący wkład w mój rozwój zawodowy i osobisty.”- Taką laurkę wystawił Czechowi wspomniany wcześniej Totti. Gwiazda „Króla Rzymu” rozbłysła mocniej, gdy pieczę nad nim sprawował właśnie Zeman. To on po raz pierwszy wręczył mu kapitańską opaskę. Wiele lat później, Czech zapytany o pięciu najlepszych włoskich piłkarzy, odpowiedział: „TOTTI, TOTTI, TOTTI, TOTTI I TOTTI.” W AS Romie skończyło się jednak tak samo, jak u sąsiadów zza miedzy. Wyniki były dobre, ale brakowało konkretów. Został zwolniony. Po nim przyszedł Capello i w rok zdobył scudetto… Dodatkowo wywołał skandal. W wywiadzie dla L’espresso zarzucił piłkarzom Juventusu stosowanie dopingu. Powiedział także, że drużyna z Turynu jest jedyną, której nigdy nie poprowadzi. Po tej wypowiedzi stał się w kręgach futbolowego establishmentu persona non grata. Niektórzy twierdzą, że zamknął nią sobie drogę do poważnego futbolu. Postarał się o to Luciano Moggi, ówczesny dyrektor generalny Juve, który sam odszedł z piłki w niesławie po wybuchu afery Calciopoli. Czas pokazał, że Zeman niewiele się pomylił, chociaż zrobiono z niego wariata.
W 1998 roku odrzucił podobno ofertę przejścia do FC Barcelony. Katalońskie DNA plus filozofia Zemana… Pomyślcie, cóż za mieszanka wybuchowa mogła z tego powstać. Możemy tylko bardzo żałować, że nigdy niedane nam było się o tym przekonać. „System powiedział, że mnie nie chce i moja kariera potoczyła się w innym kierunku. Mogłem trenować milan, inter albo real.” Naprawdę mógł to robić, gdyby chociaż raz nie chciał płynąć pod prąd i wybrał milczenie. W 1999 roku po raz pierwszy opuścił Italię. Jednakże ani przygoda w Fenerbache, ani wiele lat później w Crvenej Zveździe nie zakończyła się sukcesem i Zeman szybko wracał do Włoch. Tam czuł się najlepiej, wszak sam twierdził, że czuje się bardziej Sycylijczykiem, niż Czechem. Na półwyspie Apenińskim był jednak banitą. Zepchnięto go na margines. Tułał się po klubach z niższych lig i rozmieniał swój trenerski kunszt na drobne. W 2010 roku rękę wyciągnął do niego ponownie Pasquale Casilla, który chciał odbudować Foggię. Sam wracał do klubu po okresie, w którym zmagał się z problemami z prawem. Wierzył, że receptą na sukces, będzie odtworzenie struktur sprzed dwudziestu lat. Nie udało się awansować do Serie B, ale Foggia zdobyła najwięcej bramek w lidze. O Czechu i jego zwariowanym futbolu znów zrobiło się głośno. To pozwoliło Zemanowi na podjęcie pracy w Pescarze. Awansował z tym klubem do Serie A. Drużyna strzeliła ponad 90 bramek w sezonie, śrubując rekord ligi, a Zeman wypromował kolejne gwiazdy włoskiej piłki: Verattiego, Insigne czy Immobile. Dzięki temu otrzymał drugą szansę w Romie. W „Wiecznym mieście” znów mu nie wyszło. Piłkarze nie uwierzyli, że może ich poprowadzić do sukcesów. Skończyło się konfliktem z Daniele De Rossim i utratą posady. Kolejne lata to było już tylko odcinanie kuponów. Od marca 2018 roku Zeman pozostaje bez pracy. Czy wróci jeszcze na trenerską ławę? Ma już ponad 70 lat więc może być ciężko znaleźć klub, który powierzy mu stery. Czeski trener dorobił się we Włoszech rzeszy swoich fanów, którzy są nazywani „Zemanini”. Praktycznie w każdym włoskim mieście (może poza Turynem) „Il Boemo” darzony jest wielkim szacunkiem. Pomimo braku sukcesów z sentymentem wspominają go tiffosi obydwóch rzymskich klubów. Był entuzjastycznie witany nawet przez fanów z Mediolanu, chociaż nigdy tam nie pracował. Kibice kochali jego bezkompromisowy styl i dążenie do zdobywania bramek w każdej sytuacji, nawet przy wysokim prowadzeniu. Jego drużyny zapewniały widowisko. Bo dobra gra zawsze wyprzedzała w hierarchii Zemana wyniki. ,,Nasze pułapki ofsajdowe były ustawione praktycznie na środku boiska. To było samobójstwo! Zemana to nie obchodziło. On chciał, żebyśmy tak grali w meczach ligowych. prosiliśmy go nawet kiedyś, by przyłożył większą uwagę do zadań defensywnych, ale nie chciał o tym słyszeć!”- tak pracę z Zemanem wspominał Cafu. Giuseppe Signori twierdził zaś, że jedynymi rzeczami, których nie toleruje Zeman, są podania do tyłu i kradnięcie czasu w narożniku boiska. Sam bohater powiedział kiedyś, że woli przegrać 5:4 niż bezbramkowo zremisować. Innym razem mówił: „Jeśli strzelisz 90 goli, to nie ważne ile stracisz”
Przeciwnicy śmiali się z naiwności i takiego myślenia ”Il Boemo” oraz jego radosnego futbolu. Szydzili z braku pragmatyzmu i romantycznej wizji gry. Gdy Czech skrytykował Inter Mourinho za kunktatorstwo i wyrachowaną grę, „The Special One” spytał tylko: „Kim on jest? gdzie on gra? muszę się dowiedzieć, co wygrał. Teraz jestem na wczasach, ale jak będę miał chwilę to sprawdzę w google”. Jeden z najbardziej znanych utworów Stinga opowiada o „Angliku w Nowym Jorku”. W 1999 roku włoski piosenkarz Antonello Venditti, prywatnie fan Romy, nagrał piosenkę o pewnym Czechu we Włoszech. Kończy się ona słowami: ,,Ponieważ nigdy się nie zmienisz”. Nigdy się nie zmienił. Pozostał na zawsze wierny swoim piłkarskim ideałom i dążeniu do atrakcyjnej dla oka gry.
7
Geniusz bez trofeów:
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
6
Ikony polskiego futbolu:
12 maja 1929 r. urodził się Leszek Jezierski, piłkarz, reprezentant Polski, a przede wszystkim ceniony trener. Karierę sportową rozpoczął w KS Lublinianka. Podczas odbywania służby wojskowej reprezentował Legię Warszawa, w barwach której w 6 meczach zdobył 1 bramkę. W 1953 r. przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego, z którym zdobył puchar i mistrzostwo Polski (w sumie do 1961 r. rozegrał 160 spotkań). W reprezentacji Polski zadebiutował 8 sierpnia 1954 r. w meczu z Bułgarią (w drużynie biało-czerwonych wystąpił 6 razy). Grał jeszcze w Starcie i Włókniarzu Łódź oraz w Stomilu Poznań. W karierze trenerskiej jego pierwszym sukcesem było zdobycie w 1966 r. mistrzostwa Polski juniorów z zespołem MKS Hala Sportowa. Kierując drużynami w naszym mieście, doprowadził łódzką piłkę nożną do bardzo silnej pozycji krajowej. W 1975 r. awansował z Widzewem Łódź do Ekstraklasy. Kolejnym krokiem w karierze trenerskiej był ŁKS, który prowadził w latach 1976–78, 1981–84, 1987–1990 i w sezonie 1995/96. Jego największymi osiągnięciami jako trenera było jednak zdobycie mistrzostwa Polski w 1979 r. z Ruchem Chorzów oraz wicemistrzostwa kraju w sezonie 1986/87 z Pogonią Szczecin. Prowadził też m.in. Lecha Poznań i Zawiszę Bydgoszcz. Trzykrotnie wybierano go na trenera roku w plebiscycie „Piłki Nożnej", działał także w radzie trenerskiej PZPN. Przydomek „Napoleon” nieprzypadkowo określał jego charakter i twarde trenerskie zasady, na temat których krąży wiele opowieści i anegdot, a sam Leszek Jezierski stał się piłkarska legendą. Ostatnie lata życia spędził w swoim domu w Sokolnikach. Zmarł 12 stycznia 2008 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Doły.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
8
PZP zdobyty po raz drugi:
12 maja 1982 r. FC Barcelona pokonała w finale Standard Liege 2:1 i sięgnęła po raz drugi w historii po Puchar Zdobywców Pucharów. Rywale objeli prowadzenie w 8 minucie dzięki bramce Vandersmissena ale tuż przed przerwą wyrównał Alan Simonsen. Natomiast w 63 minucie zwycięskiego gola strzelił Quini. Trener Barçy- Lattek, stwierdził iż teraz ,,czuje się spełniony”. Niemiecki szkoleniowiec wstawił do składu Migueliego, który w tamtej edycji pucharów wystąpił przez zaledwie 9 minut: ,,Sporo zaryzykowałem bo od dawna nie grał. Dlaczego na niego postawiłem? Pomyślałem że to idealny piłkarz na to starcie i sprawdziło się to w stu procentach”. Usunięty z boiska pod koniec meczu Meeuws miał inne zdanie na temat ,,Tarzana”: ,,Carrasco atakował co chwile dwoma wyprostowanymi nogami i sędzia nie reagował. Natomiast o Miguelim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest piłkarzem”. Holender Tahamata grający dla Standardu, pomimo porażki zdobył się na żart o Manolo, który krył go przez całe spotkanie: ,,Jestem pewien że wszedłby za mną nawet do łazienki”.
Wspomnień czar:
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
6
@FCBparasiempre
Jackie Milburn – geniusz z kompleksem niższości. Gdyby grał i zachowywał się w dzisiejszych czasach tak, jak za swojego życia, byłby uważany za dziwaka. Urodził się 11 maja 1924 roku w Ashington. Mieszkał przy 14 Sixth Row. Jego ojciec Alexander był górnikiem. Podobna przeszłość miała czekać Jackiego. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy Milburn senior podarował swojemu ośmioletniemu wówczas synowi buty piłkarskie na Boże Narodzenie. Jackie od małego kochał sport, a ponadto pochodził z piłkarskiej familii. Kuzynami jego ojca było czterech piłkarzy: John, George, James i Stanley. Krewnymi Jackiego byli mistrzowie świata z 1966 roku: Bobby i Jackie Charltonowie. Milburn dał się poznać jako świetny piłkarz, choć jako nastolatek uprawiał także biegi, skok w dal i skok wzwyż. W szczytowym okresie kariery potrafił przebiec sto jardów w czasie 9,7 sekundy. Jako młody chłopiec był tak bardzo wycieńczony po zwycięskim biegu, że nagrodę odebrał siedząc na plecach niosącego go ojca. Swego czasu zarabiał na życie bieganiem w lokalnych zawodach sprinterskich wraz ze swoim szkolnym przyjacielem Ronniem Coulsonem. Wszystko po tym, jak oblał testy sprawnościowe do Royal Navy. Innym przyjacielem Milburna był Raymond Poxton. Obaj młodzieńcy zostali zaproszeni przez prezesa Newcastle United – Wilfa Taylora na sparing mający na celu sprawdzenie przydatności obu piłkarzy w zespole ,,Srok”. Zanim zagrali, obejrzeli mecz towarzyski Newcastle z Yorkshire AFC. Rozczarowany poziomem widowiska, zawsze skromny Jackie zapytał swojego kompana. ,,Raymond, jesteśmy w stanie zagrać lepiej, prawda?” Do Newcastle trafił po tym, jak klub dał ogłoszenie do ,,North Mail Newspaper” w sprawie poszukiwania piłkarzy chętnych do gry w drużynie. Milburn zgłosił się wraz z Raymondem Poxtonem, choć dwa lata wcześniej otrzymał policzek od NU. Skauci ,,Srok” wypatrzyli Jackiego, kiedy ten strzelił pięć goli dla drużyny Air Corps. Spotkanie pomiędzy przedstawicielem zespołu a Milburnem było już dogadane. Niestety, w wyznaczonym miejscu stawił się tylko młody, obiecujący piłkarz. Podrażniona ambicja Milburna niosła go na boisku. Zagrał tylko jedną połowę meczu kontrolnego, ale zdążył strzelić dwa gole. Na St. James Park pojawił się na kilka godzin przed meczem, nauczony doświadczeniami z przeszłości. Na stadion przyszedł w pożyczonych butach i z zawiniętymi w brązowym papierze dwoma kawałkami ciasta. On i dziesięciu innych, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie ,,North Mail Newspaper” nazwani ,,The Stripes” rozgromili grający w niebieskich barwach pierwszy zespół Newcastle, z Albertem Stubbinsem i Jimmym Gordonem w składzie. Wynik końcowy? 9:3 dla amatorów. Dorobek Milburna? Sześć goli. Trener Newcastle Stan Seymour był zachwycony postawą nowicjusza do tego stopnia, że chciał podpisać z nim kontrakt chwilę po ostatnim gwizdku sędziego. Jego plan spalił jednak na panewce, gdyż przed meczem Jackie obiecał ojcu, że kontrakt podpisze dopiero po rozmowie z nim. Seymourowi zależało na Milburnie tak mocno, iż w niedzielę wybrał się do Ashington i rozpoczął negocjację z Alexandrem. Stanęło na tym, że Jackie miał zarabiać dwa funty tygodniowo, a na dodatek klub miał opłacać wszystkie jego przejazdy autobusowe na trasie St. James ‘Park – kopalnia w Hazelrigg, gdzie piłkarz został przeniesiony z innej kopalni w Woodhorn. Stan Seymour tak bardzo ucieszył się ze ściągnięcia do Newcastle Jackiego, że postanowił zaprosić wszystkich pracowników klubu do West End Club. Choć Milburn junior był obiecującym zawodnikiem, pracował także w kopalni, podobnie jak inna gwiazda angielskiego futbolu lat 50. Nat Lofthouse. W kontekście dzisiejszej piłki nożnej wiele mówi się o roli odpoczynku i regeneracji. Milburn miał niewiele czas na relaks, gdyż w kopalni zdarzało mu się pracować na dwie zmiany i to dzień przed meczem! Nawet w młodym wieku nie uciekał jednak przed pracą. Przed wojną rozładowywał worki z cukrem w Londynie. Być może pracowałby przy wydobyciu węgla do końca swojej kariery piłkarskiej (1957), gdyby nie wykryte w 1948 roku zapalenie ucha wewnętrznego i podejrzenie pylicy. W obawie o swoje zdrowie Milburn zmuszony był odejść z zakładu w Hazelrigg. Z kolei Newcastle zmuszone było podwyższyć mu pensję do dwunastu funtów tygodniowo. Rzeczywistością stały się marzenia chłopca, który zaczynał grać w wieku dwunastu lat w Hirst East Senior Boys School. Co ciekawe w młodości był kibicem największego rywala Newcastle, czyli Sunderlandu. Jego idolem był zaś gwiazdor Arsenalu Joe Hulme.
Debiut Milburna miał miejsce 28 sierpnia 1943 roku. Na Valley Parade Newcastle grało z Bradford City. Piłkarz był rozczarowany swoim występem, zważywszy, że z trybun dopingował go ojciec. Jackie nie był zadowolony, że Seymour ustawił go na środku ataku. Trener przyznał się jednak do błędu i w kolejnych spotkaniach ustawał swój nowy nabytek na skrzydle. 4 września Newcastle znowu grało z Bradford, tym razem u siebie z Milburnem na skrzydle. ,,Sroki” wygrały 3:2, a Jackie strzelił gola. Milburn był wzorem profesjonalisty. Pokornie przeniósł się z lewego skrzydła na prawe, po tym jak Newcastle kupiło prawoskrzydłowego Charliego Waymana. Po latach opowiadał, że nie po to otrzymywał dwa funty tygodniowo, aby unikać wyrzeczeń. Równie dobrze mógł odejść do Sheffield United, które tuż po zakończeniu II wojny światowej zaprosiło go na mecze kontrolne. Milburn z każdym miesiącem stawał się coraz lepszy. Historyk futbolu Paul Joannou pisał, że Newcastle pozyskało w 1943 roku surowego zawodnika, który gwałtownie nadrabiał braki w swojej grze. Celem ,,Srok” na sezon 1946/1947 był awans do First Division. Klub zajął jednak dopiero piąte miejsce, choć dobrze spisał się w Pucharze Anglii, odpadając w półfinale po klęsce 0:4 z Charlton Athletic. Stan Seymour nie wykonał planu i został przesunięty na stanowisko dyrektora. Zastąpił go George Martin. Milburn opisał go później jako ,,najbardziej wnikliwego trenera z jakim kiedykolwiek pracował”. Jackie na prawym skrzydle spisywał się znakomicie, jednak Martin zignorował zasadę ,,lepsze wrogiem dobrego” i postanowił przesunąć Milburna na środek ataku. Sytuacja zmusiła Martina do roszad, bowiem poprzedni napastnicy ,,Srok”, czyli Albert Stubbins, Len Shackleton i Roy Bentley opuścili klub. Martin zignorował opinie asystenta Harleya Normana Smitha, Seymoura i samego Milburna. Cała trójka widziała Jackiego na skrzydle. George Martin czuł, że jego podopieczny sprawdzi się w ataku. Nieprzespana noc i nowa pozycja nie wypłynęła na formę Milburna. Nowy napastnik strzelił hat-tricka, a Newcastle wygrało z Bury 5:3. Z Jackiem w ataku Newcastle awansowało do najwyższej klasy rozgrywkowej. Rok 1948 obfitował w wiele ważnych wydarzeń w życiu Milburna. Z Newcastle znalazł się wreszcie w First Division. Dobra gra zaowocowała pierwszym powołaniem do reprezentacji, jednak Jackie, mając konkurencję w osobach Lofthouse, Mortensena, Finneya i Matthewsa, przez siedem lat zagrał dla ,,Synów Albionu” tylko trzynaście razy. Znalazł się jednak w kadrze na haniebne dla Anglików MŚ w Brazylii. W 1948 zakończył też karierę górnika z powodu kłopotów zdrowotnych. Choroba zagrażała również jego żonie. Spanikowany Jackie wysłał nawet list do władz klubu z prośbą o pozwolenie na opuszczenie trudnego do życia górniczego regionu Tyneside. Na szczęście dla rodziny Milburnów i klubu, stan małżonki Jackiego polepszył się. Newcastle walczyło nawet o mistrzostwo Anglii. Boże Narodzenie spędziło na pozycji lidera, jednak na finiszu kampanii ,,Sroki” uplasowały się na czwartej pozycji. Rosnąca forma Milburna nie przeszła bez uwagi nawet w Stanach Zjednoczonych. W 1949 roku Newcastle udało się tam na tournee. W dziesięciu meczach Wyspiarze odnieśli dziesięć zwycięstw, a Jackie strzelił aż 31 bramek! Napastnik stał się bohaterem artykułu ,,Winnipeg Free Press”. Było to wielkie wyróżnienie, bowiem w tamtych czasach gazety poświęcały na doniesienia sportowe tylko jedną stronę. Piłka nożna natomiast była dyscypliną niszową w USA. Prawdziwe powody do chwały przyszły jednak w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. W 1951 i 1952 roku Newcastle dwukrotnie wygrywało Puchar Anglii pod wodzą wracającego na stanowisko trenera Stana Seymoura. 28 kwietnia 1951 roku sto tysięcy osób zgromadzonych na Wembley podziwiało dwie bramki Milburna wbite Blackpool ze Stanem Mortensen i Stanleyem Matthewsem w składzie. Wobec nich i Toma Finneya Jackie zawsze miał kompleks mniejszości, do czego bohater tekstu przyznał się kiedyś ,,hydraulikowi z Preston”. Tego dnia był ponad nimi i wszystkimi innymi. Rok później Milburn gola w finale nie strzelił, ale Newcastle pokonało 1:0 Arsenal. 7 maja 1955 roku w kolejnym finale FA Cup Milburn strzelił gola Manchesterowi City już w pierwszej minucie gry. ,,Sroki” zwyciężyły 3:1. Kibice doceniali jego klasę zarówno podczas kariery piłkarskiej, jak i już po śmierci gracza. Pewnego razu jeden z miejscowych księży, późniejszy prymas Anglii i Walii Basil Hume, poprosił zawodnika o autograf. Ten odmówił, ponieważ uważał, że gwiazdą nie jest ten, kto po prostu wykonuje swoją pracę. Tak pogrzeb ojca opisuje Jackie Milburn junior.
Tysiące ludzi szły wzdłuż drogi w Ashington i Shields Road w Byker [dzielnica Newcastle]. 30 000 osób otoczyło katedrę. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jackie junior był trzecim dzieckiem państwa Milburne, którzy oprócz syna mieli jeszcze dwie córki: Betty i Lindę. Swoją żonę piłkarz poznał w 1947 roku. Laura Blackwood pracowała wtedy w hotelu, gdzie wraz z zespołem nocował Jackie. Rok później wzięli ślub. W 1957 roku Jackie Milburn odszedł z Newcastle. Fizycznie nie dawał już rady dostosować się do tempa gry ekip First Division. Skusił się na trenowanie pochodzącego z Irlandii Północnej Linfield. W słabej irlandzkiej lidze mógł śmiało grać i jednocześnie trenować zespół amatorów. Linfield dwa razy wygrywało ligę, a raz krajowy puchar. Milburn strzelał tam gola za golem. To wszystko za nieosiągalną w Anglii pensję 25 funtów tygodniowo. Przez kilka lat trenował jeszcze londyński amatorski zespół Yiewsley, a następnie od kwietnia 1963 do maja 1964 Ipswich Town. Później pracował jako dziennikarz sportowy w ,,News of the World”. Do 2006 roku był najlepszym strzelcem w historii Newcastle. Rekord poprawił dopiero Alan Shearer. Milburn nie dożył tego wydarzenia. Zmarł 9 października 1988 roku w wieku 64 lat. Uroczystości pogrzebowe odprawiał Basil Hume, naówczas już kardynał. Przyczyną śmierci był rak płuc. Jackie był nałogowym palaczem. Na papierosy nie wydał ani funta, bowiem piłkarze otrzymywali je od klubu. Można więc stwierdzić, że Jackie Milburn oddał życie za Newcastle United.
8
Legendarny górnik z Newcastle:
Strzelił 177 goli w 353 ligowych meczach dla Newcastle United. Dzięki niemu ,,Sroki” trzy razy w ciągu czterech lat sięgały po Puchar Anglii. W reprezentacji występował obok takich postaci jak Stanley Matthews, Nat Lofthouse, Stan Mortensen i Tom Finney. Mimo to zawsze czuł się od nich gorszy. O kim mowa? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
4
@FcPortoFan1999 To raczej więcej niż prawdopodobne że gdyby nie wojna to mielibyśmy medal jak nie mistrzostw świata, to przynajmniej igrzysk olimpijskich. Trzeba również sobie zdawać sprawe że Wilimowski mógł pod koniec lat 40-tych a nawet w połowie lat 40-tych spokojnie grać już z samym Cieślikiem! A wtedy....?
7
Cudze chwalicie a swego nie znacie. Mam tu na myśli polskiego geniusza futbolu, grającego przed wojną a mianowicie Ernesta Wilimowskiego. Maj, można powiedzieć jest miesiącem właśnie Wilimowskiego. W swoim trzecim meczu ligowym w barwach Ruchu Hajduki Wielkie(3 maja 1934), Wilimowski strzela 5 goli(!) a jego zespół gromi Podgórze Kraków 13:0! Jakim potencjałem dysponował Wilimowski możemy się dowiedzieć choćby od Św.P. Kazimierza Górskiego: ,,Z drzewa na stadionie Pogoni Lwów oglądałem jego popisy. Wspinałem się na konar, aby lepiej widzieć. Był niesamowity, potrafił przedryblować kilku rywali, położyć na murawie bramkarza i jeszcze tuż przed linią bramkową poczekać, aż wszyscy się pozbierają, po czym strzelał do siatki. Miał przy tym szelmowski uśmiech na twarzy" – to słowa wybitnego trenera Kazimierza Górskiego. O genialnym ,,Ezi" będzie jeszcze nie raz. Ja tylko przypomne że fantastyczną kariere piłkarską Wilimowskiego przerwała II Wojna Światowa a wówczas na koncie miał 112 goli ligowych w 86 meczach...
10
Wybitne legendy futbolu:
11 maja 1905 r. urodził się urugwajski napastnik Pedro Petrone, Mistrz Świata z 1930 r., 2-krotny Mistrz Olimpijski(1924 i 1928) oraz 2-krotny Zdobywca Copa America(1923 i 1924). W reprezentacji Urugwaju rozegrał 29 spotkań, strzelając 24 gole. Pedro był typem napastnika, który łączył w jedną spoistą całość walory brytyjskie i latynoską szkołę finezji. Zaczynał w klubie FC Charley na pozycji bramkarza co dało mu skoczność i sprężystość oraz wyborne przygotowanie fizyczne. Kiedy jednak w roku następnym zastąpił kogoś w napadzie i z miejsca strzelił 4 gole, stało się jasne co jest jego przeznaczeniem. W 1923 roku trochę przypadkowo towarzyszył kadrze narodowej na tournée po prowincji. W meczu z Colonią wszedł i ,,walną” ot tak sobie 5 goli pod rząd! Trener reprezentacji de Lucca natychmiast włączył go do pierwszego składu i tak 18-letni Petrone zawarł bliższą znajomość z kadrą narodową i współtworzył „Złotą armadę”, która skompletowała wszystkie możliwe na świecie zaszczyty. W 1924 Pedro przeszedł do wielkiego Nacional Montevideo, dla którego zdobył 146 goli w 128 meczach(warto obliczyć tą świetną przeciętną na mecz). W latach 1931-33 występował we włoskiej Fiorentinie gdzie w sezonie 1931/32 został królem strzelców zdobywając 25 goli! Natomiast rzadką ciekawostkę stanowi jego udział(wprawdzie w meczu towarzyskim) w barwach Peñarol w 1929, co wcześniej było wręcz nie do wyobrażenia ze względu na przepaść wrogości dzielącą oba klubowe giganty. Petrone nieco zwalisty, potężnie zbudowany mężczyzna, był prawdziwym postrachem każdej obrony. Do perfekcji opanował sztukę gwałtownego przeboju z reguły kończonego strzałem. Piłkę umiał osłaniać ciałem tak chytrze że przeciwnicy pozostawali bezradni. Na bramkę szedł jak taran na pełnej szybkości aż ziemia dudniła. Walił jak z armaty z 20, 30, a nawet 40 metrów ale nie były to bomby na oślep tylko w światło bramki. Pedro przy pewnych cechach właściwych angielskim „centrom napadu” panował nad piłką niewiele gorzej niż Scarone czy Andrade. Miał bogaty repertuar podań. Po prostu idealnie wykorzystywał wszystkie talenty, jakim tak sowicie obdarzyła go natura. Jego snajperskie wyczyny wzbogaciły potoczny język piłkarski. W Ameryce Południowej, kiedy jakiś obiecujący napastnik oddaje potężny strzał, którego siła dorównuje precyzji, wytrawni smakosze futbolowi mlaskając z uznaniem pomrukują zwięźle „Petroniano”!
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
18
Feliz cumpleaños panie Andresie Iniesta! Oczywiście z okazji 39 rocznicy urodzin. Wszyscy cię kochamy i wszyscy o tobie pamiętamy oraz czekamy na powrót do ,,naszej” Barçuni. Piłkarz przyszedł na świat w małej miejscowości Fuentalabilla w regionie Castilla-La Mancha, 125 kilometrów na zachód od Valencii. Kariere zaczynał w juniorach Albacete. W połowie lat 90-tych miał podobno otrzymać oferte ze szkółki Realu Madryt, lecz rodzice zadecydowali o wysłaniu go do barcelońskiej La Masii. Szybko stał się gwiazdą młodzieżowych drużyn Blaugrany i już w 2001 r. włączono go do kadry Barcelony B. W pierwszym zespole zadebiutował w sezonie 2001/02 za sprawą Carles Rexacha. Raptem w wieku 20 lat stał się ważną postacią drużyny i miał spory wkład w trofea zdobyte za kadencji Franka Rijkaarda jak i Josepa Guardioli. Z sezonu na sezon jego gra ewoluowała i stał się jednym z najlepszych ofensywnych pomocników świata, dysponując nadzwyczajną techniką i dryblingiem. Swój talent okazywał także w reprezentacji Hiszpanii, z którą zdobył 2 Mistrzostwa Europy oraz Mistrzostwo Świata, strzelając decydującego gola w finale mundialu w RPA przeciwko Holandii. W plebiscycie na Złotą Piłke 2010 zajął ,,tylko” drugie miejsce, gdyż w powszechnej opinii uważano że powinien zwyciężyć w tymże plebiscycie.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
7
@FCBparasiempre
10 maja 1969 r. urodził się Dennis Bergkamp. Pomimo tego że uznawano go za artystę futbolu, sam Dennis o popisach tylko dla sztuki mówił tak: “Generalnie nie lubię zwodów. Podoba mi się, gdy robią je inni, albo kiedy sam mam z nich korzyść. Jednak nie jest to moja ulubiona forma gry. Nie szukam okazji do zrobienia zwodu. To nie mój styl. Ja skupiam się na przyjęciu piłki, kontroli, podaniach. Czy jedno miniecie lub podanie pozwoli mi, lub komuś innemu stanąć przed bramkarzem? Czy zdołam stworzyć miejsce do podania? To właśnie moja pasja, moja specjalizacja. Zwody to dla mnie… no, to tylko zwody. Uważam że za wszystkim musi stać jakaś myśl i znaczenie. Co wnosi zwód? Musi być użyteczny. Sztuka dla sztuki mnie nie interesuje”. Dennis Bergkamp, jak wszyscy chłopcy w tamtych czasach, uczył się grać w piłkę na ulicy i okolicznych trawnikach. Jako najmłodszy z czwórki braci miał kogo podpatrywać. Był znakomitym obserwatorem. Po każdym meczu potrafił opisać, jak padały bramki, gdzie stali zawodnicy i jak wyglądał przebieg meczu. Często samotnie odbijał piłkę o ściany, drzewa czy inne przeszkody na amsterdamskich ulicach. Już od czasu gdy był dzieckiem, fascynowała go piłka i jej ruch. Jego idolem był angielski pomocnik Glenn Hoddle. “Zawsze zachowywał równowagę. Podobało mi się, jak przyjmował piłkę w powietrzu i kontrolował ją. Natychmiastowa kontrola. Zawsze perfekcyjny kontakt.” Był bardzo wysportowanym dzieckiem. Startował w zawodach lekkoatletycznych i zdobywał nagrody w wielu konkurencjach, zwłaszcza biegowych. Jego ulubioną był pchnięcie kulą. Podobały mu się również inne sporty zespołowe, takie jak baseball czy koszykówka. Jednak z rówieśnikami, często dziećmi emigrantów z Surinamu, Turcji czy Maroka najczęściej grał w futbol. Jako że wyróżniał się na tle innych, kolejnym etapem były treningi w klubie. Metody szkoleniowe w latach 80. ubiegłego stulecia, bardzo się różniły od tych stosowanych obecnie. Trenerzy byli surowi i wprowadzali niemal wojskowy rygor na zajęciach. Treningi nie były tak dopracowane jak obecnie, a i młodym piłkarzom nie poświęcano tyle uwagi co teraz. Większość rzeczy musieli robić sami, i to jak twierdzi Dennis pomagało im tworzyć własną grę. Trenerzy nie przerywali co chwilę gry, by pokazać, co jest robione źle i jak dany zawodnik powinien się zachować. Bergkamp twierdzi, że to zabija kreatywność w tych chłopcach. Jak mają wymyślić własne rozwiązania boiskowych sytuacji, skoro wszystko jest robione za nich. Wielkim szczęściem Dennisa było to, że w Ajaksie trafił na Johana Cruijffa, który szybko zobaczył ogromne możliwości młodego Bergkampa. Najbardziej cenił w nim inteligencję i zmysł obserwacji:
“Jest inteligentny i oto właśnie chodzi, ponieważ w futbol gra się głową, a nogi mają tylko w tym pomagać. Jeżeli nie używa się głowy, same nogi nie wystarczą. Dlaczego gracz musi gonić piłkę? Bo zbyt późno zaczął biec. Trzeba być uważnym, używać głowy i znaleźć właściwą pozycję. Jeśli za późno dobiegnie się do piłki, to znaczy, że wybrało się niewłaściwą. Bergkamp nigdy się nie spóźniał.” Aby szybciej przygotować Bergkampa do gry w pierwszym zespole, Wielki Johan użył sprytnego podstępu. Przeniósł Dennisa z najwyższej grupy juniorów A1 do młodszego rocznika A2. Dodatkowo kazał wystawiać go tam, na innych pozycjach niż grał dotąd, by mógł poznać różne zachowania na boisku i dzięki swoim umiejętnościom obserwacji, nauczyć się je wykorzystywać w swojej grze. Dennis wtedy tego nie rozumiał, ale po latach zrozumiał zamysł Cruijffa, który dodatkowo zaczął przygotowywać Bergkampa, do roli kreatora gry, co najlepiej było widać gdy Dennis grał w Arsenalu. “Kiedy jest się najlepszym piłkarzem, ma się więcej czasu, a kiedy ma się więcej czasu, trzeba go mądrze wykorzystać – pomagając innym graczom, rozmawiając z nimi, instruując ich i kierując nimi.” Bergkamp szybko powrócił do A1, i niedługo potem został powołany na mecz pierwszego zespołu. Dennis Bergkamp zadebiutował w seniorskim zespole Ajaksu 14 grudnia 1986 roku, w meczu przeciwko Rodzie JC. Nie stresował się tym i był pewny siebie, jak przez całą swoją karierę: “Naprawdę nie myślałem ‘Jezus Maria, gram dla Ajaksu!’. Po prostu czułem się dobrze, zupełnie naturalnie.” Po wygranym 2:0 meczu, w szatni do młodego Dennisa podszedł Frank Rijkaard, który był wtedy gwiazdą ,,Joden” i zapytał Bergkampa o wiek. Gdy usłyszał odpowiedź, powiedział: “Siedemnaście? No to masz przed sobą świetlaną przyszłość.”
Jednak na miejsce w pierwszym składzie Dennis musiał trochę popracować, ponieważ w pierwszych dwóch sezonach był tylko rezerwowym. W każdym kolejnym sezonie Dennis Bergkamp stawał się coraz ważniejszą postacią zarówno w Ajaksie, jak i ogólnie w holenderskim futbolu. Trzykrotnie w sezonach 1990/1991, 1991/1992 i 1992/1993 był najlepszym strzelcem ligi, a dwukrotnie w latach 1991 i 1992 został wybrany najlepszym graczem Eredivisie. Pod koniec sezonu 1992/1993, wraz z Wimem Jonkiem, podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Ówczesny trener Ajaksu, Louis van Gaal, zarzucał wówczas Dennisowi, że nie dawał z siebie wszystkiego w końcówce sezonu. Trudno w to jednak uwierzyć, znając profesjonalizm i ambicję Bergkampa. Dennis teoretycznie mógł wybierać spośród wszystkich największych klubów w Europie, ale tak naprawdę już dużo wcześniej zdecydował się na grę we Włoszech. To była w tamtych czasach najsilniejsza liga na świecie. Jego agent i brat prowadzili negocjacje z dwoma klubami, Juventusem i Interem. Jednak przeczucie podpowiadało im by podpisać kontrakt z klubem z Mediolanu. Pierwszy sezon w Interze Bergkamp miał całkiem przyzwoity. Wprawdzie w lidze było przeciętnie, bo tylko 8 goli w 31 meczach, ale za to w pucharach zupełnie inaczej. 9 goli w Pucharze Włoch i 8 (najlepszy strzelec) w Pucharze UEFA robią wrażenie, zwłaszcza że Inter ostatecznie zdobył to drugie trofeum. Jednak włoscy trenerzy nie potrafili właściwie wkomponować Dennisa do zespołu. Można też powiedzieć, że nie chcieli zmieniać taktyki zespołu i ustawiać jego gry specjalnie pod Bergkampa. Dennis to widział, i pomimo że w Italii bardzo mu się podobało, postanowił zmienić klub. Jak się potem okazało, była to najważniejsza decyzja w jego piłkarskiej karierze. Bergkamp debiutował w kadrze za kadencji słynnego Rinusa Michelsa. Było to 26 września 1990 roku w towarzyskim meczu z Włochami. Szybko stał się podstawowym graczem reprezentacji Oranje, która była jednym z głównych faworytów mistrzostw Europy rozgrywanych w 1992 na szwedzkich boiskach. Broniący tytułu mistrzowskiego Holendrzy, wzmocnieni Bergkampem, wydawali się mieć wszelkie atrybuty, by obronić tytuł. Zwłaszcza gdy w fazie grupowej pokonali 3:1 Niemców, swoich odwiecznych rywali. Niestety porażka w półfinale z Danią, po serii rzutów karnych, zakończyła marzenia o obronie mistrzowskiego tytułu. Rozpoczęła zaś serię holenderskich klęsk w konkursach rzutów karnych na wielkich turniejach. Bergkamp był jednym z niewielu graczy, którzy nie zawiedli na tym turnieju. W eliminacjach do MŚ w Stanach Zjednoczonych reprezentacja Holandii spotkała się w grupie z Polską. Kadrze prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua udało się zremisować na De Kuip w Rotterdamie, po znakomitym meczu przeciwko naszpikowaną gwiazdami drużyną Oranje. Niestety mecz rewanżowy w Poznaniu był kompletnie dla nas nieudany i przegraliśmy 1:3, a dwa gole strzelił nam Dennis Bergkamp. W USA Holendrzy ponownie zawiedli. Kłótnie w zespole zakończyły się wraz z porażką 2:3 w ćwierćfinale z późniejszymi zwycięzcami turnieju Brazylijczykami. Dennis po raz kolejny nie zawiódł, zdobył w tym turnieju trzy bramki, ale to nie wystarczyło, by zdobyć medal. W drodze powrotnej do kraju doszło do wydarzenia, które jak się wydaje, zadecydowało o tym, że Bergkamp przestał latać samolotami. Jeden z dziennikarzy zażartował sobie, że ma bombę i samolot musiał awaryjnie lądować. Ta sytuacja, w połączeniu z kilkoma innymi, które miały miejsce podczas podróży Bergkampa na mecze we Włoszech, skłoniła Dennisa do podjęcia tej trudnej decyzji. O swojej decyzji Bergkamp poinformował sztab kadry na zgrupowaniu przed wyjazdowym meczem z Białorusią w czerwcu 1995 roku. Dennis Bergkamp podpisał kontrakt z Arsenalem latem 1995 roku. Był wtedy rekordowym zakupem klubu z Londynu, ponieważ kosztował aż 7,5 miliona funtów. Na wyspach był jednym z graczy, którzy rozpoczęli proces zmian w Premier League. To on, wraz z trenerem Wengerem pokazał graczom Arsenalu jak się właściwie odżywiać. To on swoim profesjonalizmem i dążeniem we wszystkim, co robił do perfekcji, zmienił podejście wielu graczy do treningu. Ray Parlour powiedział: „To on zmienił całe nasze nastawienie do treningu. Wystarczyło popatrzeć, jak się prowadzi, by otworzyły ci się oczy.”
Po treningach z Bergkampem piłkarze myśleli, skoro on tak trenuje to może i oni powinni dać z siebie więcej. Otwierał innym graczom oczy na wiele aspektów funkcjonowania profesjonalnego piłkarza. To jakim wzorem był Bergkamp, najlepiej pokazuje wypowiedź Robina van Persie dla holenderskiej TV. Robin był wtedy na początku swojej kariery, a Dennis powoli ją kończył. „Wracał wtedy do formy po kontuzji. Trenował z dwoma chłopakami, piętnastolatkiem i szesnasto-, może siedemnastolatkiem, oraz trenerem od przygotowania fizycznego. Ćwiczyli podania i strzały z manekinami. Była to 45-minutowa sesja, a Dennis nie wykonał ani jednego podania, które nie byłoby perfekcyjne. On nie popełnił ani jednego błędu! Wszystko robił na sto procent, na maksa. Strzelał tak mocno, jak się dało, kontrolował piłkę, grę, bezpośrednie podania… To było piękne. Dla mnie to była po prostu sztuka.” Mimo tego wielkiego profesjonalizmu, właściwego odżywiania, dbałości o swoje ciało oraz oczywiście ogromnych umiejętności, Dennis przez pierwsze siedem meczów nie potrafił zdobyć gola dla Arsenalu. Jednak warto było wprowadzać te zmiany, ponieważ pod wodzą Wengera Dennis stał się legendą Arsenalu i całej ligi. Mimo że podczas całej swojej 11-letniej kariery w Londynie miewał też sezony kiedy bardzo się nie wyróżniał, to po latach ocenia się go jako jednego z tych piłkarzy, którzy zmienili Premier League. Zdecydowały o tym jednak nie tylko bramki, które strzelał, a bardziej jego styl gry i podania, dzięki którym kreował kolegom sytuacje do zdobycia gola. On, trzykrotny król strzelców Eredivisie, w Arsenalu miał więcej asyst niż strzelonych goli. Tylko w meczach ligowych zanotował 93 asysty i 87 goli. Stał się bardziej pomocnikiem niż napastnikiem. W Arsenalu Dennis wreszcie czuł się sportowo spełniony. Trener mu ufał i pozwalał grać tak jak lubi, a koledzy z drużyny idealnie się do tego dopasowali. „To, co Arsene powiedział o mnie, starającym się osiągnąć perfekcję, w tamtych czasach było prawdziwe dla całej drużyny. Byliśmy naprawdę bliscy ideału. Oczywiście, zdarzały się głupie mecze, podczas których nie mogłeś sensownie kopnąć piłki, ale przez większość czasu byliśmy po prostu niewiarygodni, bardzo bliscy sposobu, w jaki według mnie futbol powinien być rozgrywany.” Sam Arsene Wenger tak postrzega holenderską filozofię futbolu i samego Dennisa: „Oczywiście kocham sposób, w jaki Holendrzy patrzą na piłkę nożną. Mają pozytywną filozofię i budują swoją grę od podstaw. Mają też filozofię polegającą na stawianiu 'mózgowców’ w środku boiska. Uzdolnieni technicznie, myślący i bystrzy piłkarze są umieszczani na środku, w sercu drużyny. Dennis stanowi najlepszy symbol holenderskiej filozofii, bo opiera się ona na technice, wyobraźni i myśleniu. Jako trener możesz poprawiać grę jedynie wtedy, gdy taki piłkarz jest szanowany przez drużynę. To oznacza, że drużyna będzie grała w taki sposób, w jaki pasuje temu piłkarzowi. Robią to, jeśli czują, że leży to w ich interesie. Wielką siłą Dennisa było to, że koledzy z drużyny ogromnie go szanowali.” Po wspomnianych wcześniej MŚ w USA kolejnym turniejem, na którym Oranje mieli powalczyć o medale, były ME w 1996 roku. Dla Dennisa to był turniej na boiskach, które już dobrze znał. Niestety kadra Hiddinka była targana, jak to często u Holendrów bywa, wewnętrznymi konfliktami. Czarnoskórzy piłkarze, na których czele stali Clarence Seedorf i Edgar Davids, uważali, że trener faworyzuje białych graczy. Z taką atmosferą nie było szans na odniesienie sukcesu i Oranje odpadli w ćwierćfinale, oczywiście po serii rzutów karnych. Kolejnym turniejem były MŚ we Francji w 1998 roku. Był to turniej, na którym reprezentacja Holandii z Dennisem w składzie miała największe szanse na zdobycie tytułu mistrzowskiego. Potyczki z nimi obawiali się nawet gospodarze, czyli przyszli mistrzowie świata. Kolega Bergkampa z Arsenalu, Thierry Henry tak to opisuje: „Drużyna Brazylii nie była słaba, ale według mnie to Holendrzy tworzyli najsilniejszy skład turnieju. Kto wie, jak zagraliby w finale? Odczuliśmy znaczną ulgę. Byłem młody, ale pamiętam rozmowy starszych kolegów z drużyny. Naprawdę nie chcieli mierzyć się z Holandią, bo nie ważne, jaką taktykę obierzesz, Holendrzy są silni, szybcy i doskonali technicznie, mają wspaniały styl gry. Wszyscy chcieliśmy uniknąć starcia z ich reprezentacją. Prawdę mówiąc, zawsze tak było”.
Niestety ponownie seria rzutów karnych zadecydowała, że to Brazylia(a nie Holandia) zmierzyła się z Francuzami w finale. Rok 2000 i mistrzostwa Europy rozgrywane na stadionach w Belgii i Holandii, były ostatnim turniejem dla Dennisa Bergkampa. Niestety pomimo ogromnej przewagi Oranje w półfinałowym meczu z Włochami, Holendrzy nie byli w stanie pokonać Francesco Toldo. Doszło do konkursu jedenastek, który ponownie zakończył się przegraną Holendrów. Jest wiele teorii, dlaczego Holendrzy przegrywali konkursy jedenastek. Jedni mówią o nietrenowaniu tego elementu gry, inni o lekceważeniu rywala. Dennis jednak twierdzi, że to nieprawda. Każdy piłkarz podchodzi do karnego skoncentrowany i chce go strzelić jak najlepiej. Jednak wtedy pojawia się presja, a czasem decyduje zwykły przypadek. Bergkamp nie uważa, że kilkadziesiąt karnych wykonanych dodatkowo na treningu zwiększyłyby szanse Oranje w konkursach jedenastek. Jak każda legenda Dennis Bergkamp pozostawił po sobie akcje i bramki, które są setki tysięcy razy oglądane przez kibiców na całym świecie. Jedną z najbardziej kultowych jest ta z meczu Arsenalu przeciwko Newcastle z 2002 roku. Drugim golem, o którym wszyscy pamiętają, jest decydujące trafienie z meczu przeciwko Argentynie na MŚ we Francji w 1998 roku. Dennis Bergkamp zdobył 10 goli dla Holandii na wielkich turniejach, co jest rekordem, a jeżeli dodamy do tego 8 asyst (tylko Robben uzbierał ich tyle samo) mamy kompletnego napastnika. Na 90 minut gry Bergkamp zapewnia 0,3 asysty i zdobywa 0,4 gola. Jest to znakomity wynik jak na zawodnika, który dość rzadko występował jako najbardziej wysunięty napastnik Oranje. Dzięki 3,6 strzałom i 2,5 wykreowanym sytuacjom był bezpośrednio zaangażowany w 6 sytuacji bramkowych na mecz. W historii Ligi Mistrzów, w pojedynczym sezonie tylko pięciu graczy miało takie statystyki: Lionel Messi, Neymar, Cristiano Ronaldo, Nabil Fekir i Hakim Ziyech. Jak widać nawet jeżeli ludzie nie klasyfikują Bergkampa wśród najlepszych graczy na świecie, to od względem statystycznym z pewnością należy do tej kategorii. Na koniec wróćmy do tytułowej perfekcji, i zapamiętajmy słowa Dennisa Bergkampa, które najlepiej oddają go jako profesjonalistę: „Nawet jeśli jej nie osiągnę, jestem zadowolony tak długo, jak do niej dążę.”
5
Żywe legendy holenderskiego futbolu:
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
8
@FCBparasiempre
10 maja 1954 r. urodził się Józef Adamiec, środkowy obrońca. Pan Józef odszedł z Lecha Poznań a potem wyjechał na stałe do Niemiec oburzony zarzutami o sprzedaż meczu. ,,Przysięgam na wszystkie świętości że nie splamiłem się korupcją! Tymi bzdurnymi pomówieniami ktoś wyrządził mi straszliwą krzywdę! Nie mogłem tego przeboleć”- wspomina Adamiec. Nie za często zdarzali się profesjonalni piłkarze z gęstym zarostem. Przez pewien czas był on znakiem rozpoznawczym Adamca. Miał świetne warunki fizyczne a broda sprawiała że wyglądał jeszcze groźniej. Pan Józef piłkarskie nazwisko wyrabiał sobie w Ozimku Małapanew. W Ozimku gospodarze szykowali się na towarzyski mecz z zabrzanami, które przy okazji miało być pożegnaniem bohatera niniejszego tekstu. ,,Dzień przed meczem przyjechali do mnie Antoni Piechniczek z Józefem Zwierzyną i po prostu zabrali do Opola. Nie mogłem się oprzeć ich perswazji i dałem się namówić. Górnik przestał się liczyć i wcale tego nie żałuje. To był mój region, moja drużyna i mój klub”- wspomina Adamiec. W Odrze Piechniczek za pomocą zapobiegliwych działaczy zmontował mocną ekipe. W bramce Młynarczyk, na środku obrony właśnie Adamiec z Wójcickim, Kwaśniewski w pomocy i Tyc w ataku. W 1978 r. Odra była najlepsza na półmetku ligowych rozgrywek ale ostatecznie zakończyła sezon na 5 miejscu. Krążą różne teorie dlaczego tak się stało. ,,W tamtym czasie pojawił się nowy prezes klubu, który nie dogadywał się z zawodnikami. Nie wnikam czy miał podstawy ale z pewnością popsuło to atmosferę w szatni. Straciliśmy niepodważalny atut, czyli jedność i koncentracje na wspólnym celu”- opowiada pan Józef. Potem Odra zaczęła dołować, odchodzili z niej ważni piłkarze jak Kwaśniewski, Wójcicki i Młynarczyk. Ostatecznie Odra spadła do drugiej ligi w czerwcu 1981. ,,Chciałem zostać i pomóc w trudnym momencie. Z takim nastawieniem wybierałem się z żoną na urlop do Bułgarii i wtedy na Okęciu pojawił się trener Wojciech Łazarek”- snuje Adamiec. Spotkanie nie było przypadkowe. Łazarek specjalnie pofatygował się na lotnisko by zachęcić Adamca do zmiany klubu. Wtedy już pracował w Lechu Poznań. ,,Jak kiedyś Piechniczek w sprawie Odry, tak wówczas Łazarek umiał mnie przekonać że najlepiej będzie mi w Kolejorzu. Kiedy wróciliśmy z wczasów, wszystkie nasze meble z Opola były już przewiezione do nowego mieszkania w Poznaniu. Pierwszy sezon w Lechu nie był specjalnie udany, trochę się męczyłem. Miałem słaby rok, najpierw siedziałem na ławce a potem Łazarek wystawiał mnie jako defensywnego pomocnika. Wreszcie powiedziałem mu że chce grać na swojej pozycji. Trener wysłuchał moich argumentów i zrobił roszadę: ja na stoperze a Józek Szewczyk do pomocy i w końcu wszystko zaskoczyło”- wspomina piłkarz. W 1983 r. Lech zdobył mistrzostwo kraju. Wiosnę Adamiec miał znakomitą. W meczu z Legią(1:0) na 4 kolejki przed końcem sezonu strzelił zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu. Wcześniej tej samej wiosny Lech wygrał z wielkim Widzewem 3:1 a Adamiec strzelił dawnemu koledze Młynarczykowi dwa gole, oba po pięknych akcjach a jeszcze trzeciego wypracował. Do przerwy było 0:0, do gry wszedł dopiero w drugiej połowie z wyjątkowo ofensywnymi zadaniami i zagrał jedno z najlepszych spotkań w karierze. W następnym sezonie znowu było mistrzostwo i jeszcze Puchar Polski na dokładkę. ,,Gdybym od razu złapał wysoką forme w Lechu, zakład że byłbym w kadrze na mundial w Hiszpanii bo Piechniczek miał mnie na oku. W ekipie na mistrzostwa świata w Meksyku też mógłbym być. Wtedy jednak mieszkałem już w RFN. Żyli tam moi teściowie, zatem nie było problemu z legalnymi przenosinami, tyle że kariera piłkarska mi się popsuła. Straciłem dużo czasu na przymusowym zawieszeniu bo nie miałem zgody na zmianę klubu. Dwa tygodnie trenowałem z Borussią Dortmund. Pasowałem im ale nie było pozwolenia z Polski na moje przejście. Tak więc dyskwalifikacja i praktycznie koniec poważnej kariery”- opowiada nasz bohater, który miał wtedy 31 lat. Liczył się z takim scenariuszem a mimo to nie chciał już grać w Lechu. Wszystko z powodu jednego meczu z ŁKS przegranego 1:2. Kibice nie wierzyli że była to porażka po sportowej walce, tylko z premedytacją odpuszczony mecz, właśnie z inicjatywy Adamca. Posądzenie zapiekło go do żywego. ,, Po spotkaniu coś takiego zasugerował piłkarz ŁKS. Tak sobie ktoś rzucił że mecz został sprzedany i afera gotowa. Nie obronisz się przy takich plotkach i emocjach. No to ja po tylu latach przysięgam wam na wszystkie świętości że ani tego, ani żadnego innego meczu nie sprzedałem! Nie mógłbym Kolejorzowi zrobić takiego świństwa! Jak ktoś w ogóle mógł tak pomyśleć?! Owszem popełniłem prosty błąd przy straconym golu ale przecież takie historie się zdarzają. Ciągle żałuje że wyszedłem wtedy na boisko bo miałem kontuzje kolana. Chciałem pomóc i poprosiłem o zastrzyk znieczulający. Ryzykowałem zdrowie a ramach podziękowania oskarżono mnie o sprzedaż meczu… Mocno mnie to zabolało bo było strasznie niesprawiedliwe. To był wielki cios. Nie chciałem już grać w Lechu”- opisywał mocno poruszony pan Józef. Gdy Adamiec mieszkał już w Niemczech, odwiedzili go działacze Lecha przy okazji meczu Kolejorza z Borussią Mönchengladbach w Pucharze UEFA. ,,Dopiero wtedy wszystko sobie wyjaśniliśmy a prezes Nowak nawet prosił mnie żebym wrócił do Poznania i znowu grał w Lechu. Ja już nie chciałem. Na Bułgarską przyjechałem jedynie na pożegnanie Mirka Okońskiego. Było całkiem sympatycznie ale to tylko jedna wizyta. Kończyłem grać w Wormatii Worms. Miałem kłopoty zdrowotne, dosyć poważnie zachorowałem ale lekarze wyciągnęli mnie z tego i znów byłem zdrów jak ryba. Tęsknie za Polską, często odwiedzam moje rodzinne strony pod Opolem bo tam też mam dom. No i o Odrze zawsze pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć o tylu wspaniałych ludziach”- kończy swoją historie Józef Adamiec.
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
5
Duma Katalonii triumfuje w europejskich pucharach:
10 maja 1989 r. FC Barcelona pokonuje w finale Sampdorie Genua 2:0 i trzeci raz w historii zdobywa Puchar Zdobywców Pucharów. To był pierwszy sezon Johana Cruijffa w roli szkoleniowca Barçy. Droga do finału wiodła przez 4 dwumecze, w tym między innymi pamiętną rywalizacje z Lechem Poznań. Ostatecznie podopieczni Cruijffa zagrali w finale rozgrywanym na Wandorskfstadion w Bernie – tym samym stadionie, na którym Blaugrana przegrała finał Pucharu Europy w 1961 r. i w tych samych koszulkach, w których jej zawodnicy wystąpili w nieszczęsnym finale w Sevilli w 1986 r. Obydwa zwycięskie gole z Sampdorią strzelili Baskowie- Julio Salinas już w 3 minucie i Lopez Rekarte z podania Solera(dwaj ostatni weszli z ławki rezerwowych) kwadrans przed końcem spotkania. Po powrocie do Barcelony piłkarze dwoma autokarami, w eskorcie zmotoryzowanych kibiców, udali się do ratusza a następnie na Camp Nou, gdzie oczekiwało na nich 15 tysięcy widzów.
Przeżyjmy to jeszcze raz:
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@kamyk_23
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
7
Kolejny puchar do kolekcji:
10 maja 1925 r. FC Barcelona zdobyła piąty w swojej historii Puchar Króla, pokonując w finale Arenas Club de Getxo 2:0 na Estadio Reina Victoria w Sevilli. Gole dla Barçy zdobyli Josep Samitier oraz Agustin Sancho. Historyczny skład Blaugrany:
FC Barcelona: Platko, Planas, Walter, Torralba, Sancho, Carulla, Piera, Arnau, Samitier, Alcantara, Sagi-Barba.
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
0
@adi7adi8 Nie do końca się zgodze że w obie strony...
0
@MesQueUnClub96 Wszędzie...
1
@Transu96 ,,sztangi"? jakiej znowu sztangi?
2
Skąd UEFA wytrzasneła tego sędziego we wczorajszym meczu Realu Madryt z Manchesterem City to ja nie wiem. Żeby Portugalczyk prowadził mecz Hiszpanów z Anglikami to coś nie bardzo...
Wcale się nie dziwie że ten typ sprzyjał ,,Los Blancos"...
0
Nie wiem skąd się wzioł i kim jest ten człowiek prowadzący mecz na Santiago Bernabeu ale bardzo wyraźnie pomaga gospodarzom. Jak to mawia mój stary dobry sąsiad: ,,Sędzia ch*j!"
6
Każdy stuprocentowy cule chciałby aby ,,Obywatele" pokonały ,,Los Blncos". Jednak im bardziej tego chcemy, tym bardziej możemy się przeliczyć! Królewscy w Lidze Mistrzów to zupełnie inna drużyna. Po prostu wypisz wymaluj: Doktor Dżekil i Mister hajd. Biorąc pod uwage rewanż to dzisiaj remis dla Obywateli będzie naprawde dobrym wynikiem a jak wygrają to tym lepiej Tak czy siak:
Vamos Pepito!, Vamos The Citizens! Vamos a ganar!
9
Kalendarium FCB:
9 maja 2018 r. FC Barcelona wysoko wygrywa na Camp Nou z Villareal CF 5:1 w 34(zaległej) kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelali: Dembele(2), Coutinho, Paulinho oraz Messi. Tym samym Blaugrana umocniła się z 14 punktami przewagi nad drugim w tabeli Atletico a 25 w historii mistrzostwo Hiszpanii zapewniła sobie już 2 kolejki wcześniej.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
12
Żywe legendy niemieckiego futbolu:
9 maja 1945 r. urodził się Jupp Heynckes, były napastnik. W 2013 roku został wyróżniony jako Ehrenpreisträger (Odbiorca Honorowej Nagrody) w ramach obchodów 50-lecia Bundesligi. Jest również pierwszym niemieckim trenerem, który z Bayernem Monachium zdobył potrójną koronę: w Bundeslidze, DFB-Pokal i Lidze Mistrzów UEFA. Trofeum elitarnego klubu Europy zostało zapewnione dzięki zwycięstwu 2:1 nad Borussią Dortmund w finale Ligi Mistrzów na londyńskim stadionie Wembley. Jupp Heynckes wygrał już Ligę Mistrzów UEFA z Realem Madryt w 1998 roku. Był także zwycięzcą Bundesligi z Bayernem Monachium w 1989, 1990 i 2018 roku. Jupp Heynckes rozpoczął karierę piłkarską i trenerską w Borussii Mönchengladbach w swoim rodzinnym mieście, gdzie urodził się jako dziewiąte z dziesięciorga dzieci. Trenował także Athletic Bilbao, Eintracht Frankfurt, CD Tenerife, Benfikę, FC Schalke 04 i Bayer 04 Leverkusen. Po obu stronach trzyletniej kariery w Hannover 96, grał jako zawodowiec w Mönchengladbach od 1962 do 1967 i od 1970 do 1978. Poprowadził „Źrebięta” do czterech tytułów Bundesligi (1971, 1975, 1976, 1977), DFB-Pokal w 1973 i Puchar UEFA w 1975. Jupp Heynckes zagrał w 369 meczach Bundesligi (strzelając 220 goli) i był królem strzelców w 1974 i 1975. Z reprezentacją Niemiec, dla której rozegrał 39 występów (strzelając 14 goli ), Jupp Heynckes zdobył mistrzostwo Europy w 1972 roku i Puchar Świata w 1974 roku.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@patataj
4
Premierowe El Clasico w La Liga:
9 maja 1929 r. FC Barcelona pokonuje na Estadio Chamartin Real Madrid 0:1 w 11-tej kolejce Primera Division. Jedynego gola zdobywa w 83 minucie znakomity Kataloński napastnik Jose Sastre Perciba. To było pierwsze zwycięstwo nad ,,Królewskimi” w pierwszym historycznym sezonie Primera Division. Oczywiście w tym pierwszym sezonie triumfuje Duma Katalonii 2 punkty przed Realem Madrid oraz 5 przed Athletic Bilbao i Realem Sociedad. Oto historyczne składy:
Real Madrid: Cabo, Quesada, Urquizu, J.M.Pena, Prats, Esparza, L.Pena, Lazcano, Lozano, Rubio, Morera.
FC Barcelona: Platko, Walter, Saura, Samitier, Guzman, Castillo, Piera, Sastre, Arocha, A.Garcia, Parera.
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@Salchent A to ciekawe bo myślałem że wynik zkręci sie wokół 2:2 i tak chciałem dzisiaj obstawić. Watpie by ,,Obywatele wygrali różnicą 2,3 goli... ale oczywiście chciałbym...