4

O taaak!! Tak trzymać! Szwabskie dziady kalwaryjskie wyp........ do domu!! I od razu życie cudowniejsze

10

Prestiżowy puchar zdobyty po raz drugi:

29 czerwca 1952 r. FC Barcelona pokonała na „Parc de Prince” w finale „Copa Latina”(Puchar Łaciński) OGC Nice 1:0 i triumfowała po raz drugi w tym turnieju. Zwycięskiego gola zdobył w 79 minucie genialny snajper Cesar Rodriguez. Po trudach wojny domowej dekada lat 50-tych rozpoczęła się od jednego z największych sukcesów w historii klubu: FC Barcelona wygrała 5 pucharów, czyli wszystkie, w których uczestniczyła. Zrodziła się legenda ,,Barçy Pięciu Pucharów”, wyczyn praktycznie nie do powtórzenia. Przebiła go jednak drużyna prowadzona przez Josepa Guardiole, która w 2009 r. zdobyła 6 możliwych pucharów. W sezonie 1951/52 zespół trenowany przez Ferdinanda Daucika wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Generalissimusa, trofeum Martini&Rossi, Puchar Evy Duarte oraz wspomniany przeze mnie Puchar Łaciński. Pamiętajmy iż „Copa Latina” była prekursorem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Łącznie 5 tytułów, z których najważniejszy bez żadnych wątpliwości był właśnie Puchar Łaciński. Oddźwięk triumfu był w Katalonii natychmiastowy- wybuch spontanicznej radości wstrząsnął krajem. Następnego dnia powitanie drużyny było wprost niesamowite. Samochody i motocykle towarzyszyły zespołowi od momentu przekroczenia granicy w Portbou aż do Barcelony. Za uroczystości powitalne odpowiadał urząd miasta. Wśród nich był przejazd pod Łukiem Triumfalnym autokaru z piłkarzami, eskortowanego przez ubranych w stroje galowe i jadących konno policjantów Gwardii Miejskiej. A oto triumfalny skład z Paryża: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Bosch, Escudero, Basora, Cesar Rodriguez, Kubala, Aldecoa, Manchon.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Wyjątkowo świętowany Puchar:

29 czerwca 1928 r. FC Barcelona po raz siódmy w historii sięgnęła po Puchar Króla. Do wyłonienia tryumfatora Copa del Rey potrzebny był dodatkowy(trzeci) mecz finałowy z Donostią FC, ponieważ dwa pierwsze zakończyły się remisami 1:1. W decydującym trzecim finale rozgrywanym na „El Sardinero” w Santander, Barça pokonała Donostie(obecnie Real Sociedad) 3:1 po golach Samitiera(8 m.), Arochy(21 m.) oraz Sastre(25 m.). Wiadomość o zwycięstwie wywołała euforie w całej Barcelonie. Kibice zebrali się na „Rambli” śpiewając ,,Aliron!”- okrzyk futbolowej wojny, wywodzący się z Kraju Basków. Inną przyśpiewką najczęściej powtarzaną tamtego dnia była ,,Quina pana, tres a un”(Jaka szkoda, trzy do jednego). Następnego dnia(30 czerwca) kibice i władze miasta, z urzędującym burmistrzem Valentim Via Ventallo na czele, wypełnili całą stacje kolejową „França” żeby oklaskiwać piłkarzy, co zamieniło się w wielkie, euforyczne powitanie. Pociąg wiozący ich do Barcelony musiał się zatrzymywać na wszystkich stacjach w katalońskich miejscowościach, przez które przejeżdżał żeby zebrani na peronach kibice mogli pogratulować swoim idolom. Spowodowało to że na stacje „França” pociąg dotarł ze znacznym opóźnieniem. Ostatecznie pociąg z drużyną dotarł do Barcelony już nocą. Ze stacji piłkarze i cały orszak kibiców skierowali się do urzędu miasta a po przybyciu na miejsce zastali zapełniony cały plac „Sant Jaume”, gdzie zebrani kibice spontanicznie powitali zawodników zapalonymi zapałkami. Gdy kapitan Josep Samitier znalazł się wreszcie na balkonie urzędu, zwrócił się do zebranego tłumu, wygłaszając płomienną przemowę i jednocześnie potrząsając pucharem: ,,Przed wyjazdem obiecaliśmy wam że wygramy a więc dziś przynosimy wam trofeum!”. To była pierwsza w historii Barçy tak wielka celebracja zdobytego tytułu. Jeszcze zwycięski skład Blaugrany: Llorens, Walter, Mas, Torralba, Roig, Carulla, Piera, Sastre, Samitier, Arocha, Sagi Barba.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

„Canarinhos” po raz drugi z rzędu:
29 czerwca 1999 r. Peru pokonuje Japonie 3:2 (0:1) w meczu otwierającym 39. edycje Copa America. Japonia została zaproszona do udziału w Copa América 1999 i została pierwszą drużyną spoza kontynentu, która wystąpiła w turnieju. Dwa lata po ostatnich zawodach w Boliwii turniej Copa América przybył do Paragwaju i z bliska mógł zobaczyć niszczycielską drużynę brazylijską. Oprócz pełnego wykorzystania rywalizacji zespół prowadzony przez Vanderleia Luxemburgo zrzeszył największe nazwiska ówczesnego światowego futbolu i dokonał bezprecedensowego wyczynu, zdobywając mistrzostwo dwa razy z rzędu. W miastach jak Assunção, Luque i Cidade del Este odbyło się 26 meczów. Oprócz 10 drużyn Conmebol, gościnnie zagrały Japonia i Meksyk, w sumie 12 drużyn walczących o długo wyczekiwany tytuł. Z kolei Urugwaj wysłał na turniej zawodników z młodzieżowej reprezentacji tego kraju. Po stosunkowo łatwej fazie grupowej Brazylia zmierzyła się z Argentyną, Meksykiem i zagrała w finale z Urugwajem. Po wygranych meczach w pierwszej fazie Brazylia zmierzyła się 11 czerwca w ćwierćfinale z Argentyną. Brazylijczykom zwycięstwo 2:1 zapewnili Rivaldo i Ronaldo. Bohaterem meczu był bramkarz Dida, który obronił rzut karny wykonywany w 77 minucie przez Roberto Ayale. W półfinale 14 lipca drużyna Vanderleia Luxemburgo wyeliminowała Meksyk, wygrywając 2:0. Gole zdobywali Amoroso i Rivaldo. W taki oto sposób Brazylia awansowała do finału, pokonując 18 lipca Urugwaj wynikiem 3:0 na stadionie Defensores del Chaco w Asunción. Gole strzelali: Rivaldo (2) i Ronaldo. Udział kraju z innego kontynentu w Copa América może wydawać się dziwny, ale tak właśnie stało się podczas 39. edycji rozgrywanej w Paragwaju. Do rywalizacji zaproszono Japonię. Oprócz niego obecnych było dziesięć krajów Conmebolu oraz Meksyk, co stało się obecnie praktycznie rutyną. Japończycy nie mieli dobrej kampanii i zajęli ostatnie miejsce w grupie z jednym remisem i dwiema porażkami. Niemal na przełomie tysiącleci Brazylijczycy dokonali wyczynu bezprecedensowego w historii zawodów. Brazylijska drużyna chciała kontynuować świetną dynamikę tytułu ze 100% sukcesem z poprzedniej edycji. Aby pokazać swoją obecność, w debiutanckim meczu pokonali Wenezuelę 7:0, a mecz ten zaowocował pierwszym golem (swoją drogą, świetnym golem) Ronaldinho Gaúcho w żółto-zielonej koszulce. Brazylia w pierwszej fazie wygrała wszystkie swoje mecze i do fazy pucharowej dotarła z mocnymi drużynami z Argentyny i Meksyku. W samym finale „Seleção” zmierzył się z drużyną Urugwaju, która miała trudności z dotarciem do tego momentu. „Celestes” uplasowała się na drugim miejscu w klasyfikacji generalnej a na trzecim miejscu Meksyk. Inaczej mówiąc, spośród sklasyfikowanych wypadł najgorzej, gdyż była to ostatnia szansa na zakwalifikowanie się do kolejnego etapu. W fazie pucharowej udało im się przejść przez rzuty karne jedynie w dwóch etapach przed finałem. Brazylia, która w dalszym ciągu doskonale wykorzystywała ostatni kontynentalny, z pełną mocą podjęła decyzję i zdominowała mecz. Bez strachu podwyższył na 3:0, po dwóch golach Rivaldo i jednym Ronaldo Fenômeno. Oprócz szóstego pucharu „Seleção” zapewniło sobie bezprecedensowe drugie mistrzostwo.

4 lipca 1999 roku w Luque reprezentacja Argentyny zmierzyła się z reprezentacją Kolumbii. W gronie 11 wybranych przez Marcelo Bielsę znaleźli się: Burgos, Vivas, Ayala, Samuel, Zanetti, Simeone, Riquelme, Sorin, González, Barros Schelotto i Palermo. „Tricolor” dowodzeni przez Javiera Alvareza wyszli na boisko w składzie: Calero, Bermudez, Cordoba, Quintana, Viveros, Bolaño, Grisales, Betancourth, Bonilla i Ricard. Od pierwszej minuty mecz był bardzo zacięty. Albicelestes zaatakowali i wywarli presję na linię obrony rywala, co utrudniło mecz. W tym emocjonującym meczu emocje opadły szybko. Po 5 minutach meczu przyznano rzut karny dla reprezentacji Argentyny. Za kopnięcie odpowiadał Martin Palermo, który strzelił w poprzeczką i zmarnował pierwszy w meczu rzut karny. Pięć minut później, gdy reprezentacja Kolumbii atakowała, Nelson Vivas uderzył Betancourtha, defensywnego pomocnika. Skończyło się to po drugim rzucie karnym tego wieczoru. Kopającym był Ivan Cordoba, który mocnym uderzeniem umieścił piłkę w siatce i świętował zdobycie pierwszego gola w meczu. Druga połowa rozpoczęła się od wywarcia presji przez zespół Cafetero na rywalu i szukania drugiego gola. W 48. minucie sędzia podyktował trzeci rzut karny w tym meczu. Tym razem kopnął Hamilton Ricard; jednak Mono Burgos miał przeczucie i złapał piłkę. Reprezentacja Argentyny, wykorzystując fakt, że różnica bramek wynosiła tylko jeden, próbowała wyrównać mecz. Minęło 75 minut a środek po lewej stronie łączył się z głową Martina Palermo. Jednak w drodze do bramki piłka dotknęła ręki Kolumbijczyka i skończyło się to na drugim rzucie karnym dla reprezentacji Argentyny, a czwartym w meczu. Po raz kolejny numer „9” był odpowiedzialny za kopnięcie; ale jego nieszczęście sprawiło, że ponownie nie trafił i rzucił piłkę nad poprzeczką. Kilka minut później rzut rożny dochodzący z prawej strony został odbity przez Kolumbijczyka w stronę pola bramkowego. W efekcie niedawno wchodzący na boisko Edwin Arturo Congo strzelił gola piętą. Wynik wynosił już 2:0 na korzyść „Tricolor”. W 87. minucie Albiceleste stracił piłkę w środku pola, co doprowadziło do kontrataku kolumbijskiej drużyny. Prowadził Montaño, który będąc 30 metrów od bramki, kopnął piłkę i wpuścił ją do środka, pokonując Burgosa. Wynik 3:0, a mecz jeszcze się nie zakończył. Atak „Albicelestes” spowodował, że Palermo opanowało piłkę i skierowało się w pole bramkowe, gdzie został powalony przez kolumbijskiego obrońcę. Chcąc się zrehabilitować, Argentyńczyk ponownie oddał strzał z rzutu karnego. Niestety nie trafił w bramkę po fantastycznej obronie Miguela Calero. Bez wątpienia był to niesamowity mecz, pełen zmiennych sytuacji i emocji. Zostanie zapamiętany w historii CONMEBOL Copa America, czyli najstarszego na świecie turnieju reprezentacji narodowej.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

@FCBparasiempre
Kiedy Pele pojechał pierwszy raz na Mistrzostwa Świata nie miał jeszcze 18 lat. Zdobył Puchar Rimmeta a w meczu finałowym ze Szwecją strzelił dla Brazylii dwa gole. To były mistrzostwa, które zrewolucjonizowały piłkę nożną. Brazylia wygrała pierwszy raz dzięki zastosowaniu nowego ustawienia taktycznego zawodników ale sam system to nic. Nazwiska tych zawodników stały się szybko znane na wszystkich stadionach, na których grano w piłkę a reprezentacja Brazylii z roku 1958 uchodzi nadal za jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek powstały. System 4-2-4 nazywany też ,, Brazylianą" , polegał na przesunięciu z ataku do pomocy jednego zawodnika, z pomocy do obrony drugiego i był nowocześniejszą wersją tego co pierwsi zastosowali Węgrzy. Brazylijczycy nie odbierają im praw autorskich, chociaż analitycy futbolu w Paragwaju uważają że to oni byli pierwsi. System 4-2-4 pojawił się w prowadzonej przez słynnego piłkarza i trenera Manuela Freitasa Solicha reprezentacji Paragwaju, która w roku 1953 zdobyła Copa America. Jakkolwiek by było, nikt tak nie rozwinął 4-2-4 jak Brazylijczycy, którzy w latach 1958 i 1962 zdobyli dwa tytuły mistrza świata z rzędu, zresztą w bardzo podobnym składzie. Oni są też prekursorami zmodyfikowanego ustawienia 4-3-3 czyli z tak zwanym fałszywym skrzydłowym. Wszystkie szkoły trenerskie świata poddawały analizie ten system jako coś genialnego i przynoszącego nadzwyczajne korzyści. Jego źródło było jednak tak prozaiczne że długo utrzymywano je w tajemnicy. Dopiero pod koniec XX wieku lewoskrzydłowy Mario Zagalo, dwukrotny mistrz świata i trener powiedział jak to było. ,, Na mundialu w Chile w roku 1962 lewy obrońca Nilton Santos miał już 37 lat. Był świetny ale nie miał już takiej siły i szybkości jak dawniej. Nasz trener Aimore Moreira zwrócił się do mnie przed turniejem ze słowami: Mario sam widzisz jak jest z Niltonem. On musi być z nami ale ty musisz mu pomóc. Zapomnij czasami że jesteś napastnikiem. Kiedy stracimy piłkę cofaj się żeby mu pomóc"- mówił Zagalo. Ot i cała filozofia. Przeciwnicy znający Zagala jako lewoskrzydłowego nie bardzo wiedzieli w jakiej strefie boiska go pilnować i często się gubili. Takich prozaicznych historii było więcej. Nawet wielka brazylijska reprezentacja z roku 1958 powstała trochę przez przypadek i już podczas trwania Mistrzostw Świata. Vicente Feola nie widział w niej Pelego i wcale nie świadczyło to o braku kompetencji trenera. Jego zdaniem niepełnoletni chłopak, choćby nie wiadomo jak utalentowany, nie nadawał się jeszcze do gry o mistrzostwo świata. Był dzieckiem drobnym fizycznie i nie gotowym psychicznie. W dodatku pojechał do Szwecji z kontuzją. Zabrano go tam niemal pod presją dziennikarzy i kibiców. Miał patrzeć jak grają starsi, uczyć się, wejść w razie potrzeby na parę minut na boisko, gdyż co do jego niezwykłych umiejętności sporów nie było. Mistrzostwa rozpoczęły się dla Brazylii zgodnie z planem czyli od łatwego zwycięstwa nad Austrią 3:0. W ataku grali: Joel, Altafini, Didi i Zagalo ale drugi mecz z Anglią zakończył się bezbramkowym remisem. Tym razem atak Joel, Altafini, Vava, Zagalo nie był skuteczny, między nimi dlatego że nie miał wsparcia pomocników Diego i Dina. Do awansu Brazylii potrzebne było zwycięstwo w trzecim meczu ze Związkiem Radzieckim a widać było że zespół nie funkcjonuje jak należy. Starsi zawodnicy- kapitan Luiz Bellini, Nilton Santos i Didi poprosili trenera aby wziąć pod uwagę nie najlepszą atmosferę w kadrze, fakt że niektórzy zawodnicy myślą o sobie, nie drużynie, więc współpraca na boisku nie może przynieść korzyści. Zaproponowali włączenie do składu trzech nowych zawodników. Pomocnika Zito oraz dwóch napastników: Pelego i Garrinche. Feola się zgodził ale należało jeszcze zapytać o opinię lekarza kadry Hiltona Goslinga.

W drugiej połowie lat 50 Brazylia znajdowała się w okresie prosperity. Prezydentem był Kubitschek, Oskar Niemeyer budował futurystyczną, zdawało się nową stolicę kraju Brazylia. Piłka nożna w formie czynnej lub biernej stanowiła sens życia milionów Brazylijczyków i politycy nie mogli nie wziąć tego pod uwagę. Na przygotowania do Mistrzostw Świata w Szwecji nie szczędzono pieniędzy. Doktor Gosling stanął na czele całego sztabu złożonego z lekarzy różnych specjalności, dentysty, dietetyków, psychologów, fizykoterapeutów, masażystów i specjalisty odparzenia kawy, którą piłkarze pili przed rozpoczęciem meczu i w przerwie. Gosling kilka razy podróżował do Szwecji aby zapoznać się z panującymi tam w czerwcu warunkami i wybrać odpowiednie miejsce pobytu. Z kilkunastu proponowanych wybrał Hindas blisko Göteborga Brazylijczycy przybyli tam na dwa tygodnie przed rozpoczęciem turnieju. Kiedy Feola poinformował Goslinga o propozycjach rady drużyny lekarz zwrócił się do psychologa. Piłkarze brazylijscy pochodzili na ogół z biednych rodzin, nie mieli wykształcenia, odżywiali się czym popadło, nie dbali o higienę. Którzy już dorobili się na piłce, uznali że nie muszą się starać. Trenerowi był w tej sytuacji potrzebny psycholog, który mógłby pomagać w podejmowaniu decyzji. Psychologiem kadry był doktor Joao Carvalhaes. Kiedy spytano go o zdanie w sprawie trzech nowych zawodników, pozytywną opinię wystawił tylko jednemu a mianowicie Zito. O Pelem powiedział że ma mentalność dziecka a kiedy padło nazwisko Garrincha bezradnie rozłożył ręce. Garrincha stanowił przykład piłkarza specjalnej troski. Przynajmniej tak uważał psycholog na podstawie testów, jakimi poddano zawodnika. Feola żadnych testów nie robił, miał nosa i zaufał kolegom Garrinchy. Jak bardzo patetycznie by to zabrzmiało decyzja Feoli okazała się Jedną z najważniejszych w historii futbolu dzięki niej powstała wyjątkowa drużyna, nie mająca równych sobie przez kilka lat. Kiedy w Göteborgu na rozgrzewkę przed meczem ze związkiem radzieckim wybiegła 11 Brazylii, widzowie zobaczyli trzech nowych piłkarzy, z których tylko Zito niczym się nie wyróżniał. Garrincha wyraźnie utykał, gdyż lewą nogę miał krótszą o kilka centymetrów po przebytej w dzieciństwie chorobie heine-medina. Przy wzroście 169 cm, z dużą głową, kiwając się na boki przypominał bardziej klauna niż zawodowego piłkarza. Drobniutki Pele pasował na maskotkę drużyny lub chłopca od podawania piłek. Kiedy jednak sędzia rozpoczął mecz Ci dwaj Nie pasujący do pozostałych zaczęli grać tak, jak nikt przed nimi. Najpierw w słupek trafił Garrincha, po nim Pele a w trzeciej minucie kiedy jeszcze Rosjanie nie ochłonęli, prowadzenie dla Brazylii zdobył Vava. Pod koniec meczu trafił ponownie i Brazylijczycy wygrali 2:0. Rosjanie z Lwem Jaszynem w bramce, Igorem Netto w pomocy i Valentinem Iwanowem w ataku byli mistrzami olimpijskimi a wkrótce także mistrzami Europy. Borys Kuzniecow, który miał pecha grać po tej samej stronie boiska co Garrincha, należał do elity europejskich Obrońców ale kiedy Brazylijczyk zbliżał się do niego z piłką Rosjanin nie miał pojęcia jak mu przeszkodzić. Od tej pory wszystkie elementy maszyny zaczęły działać bez żadnych zgrzytów. W ćwierćfinale Brazylia pokonała 1:0 walił po golu Pelego a w półfinale Francją 5:2. Trójkolorowi mieli wtedy najlepszą reprezentację w swojej historii. Przebiła ją dopiero Ta która 40 lat później zdobyła Puchar Świata. Finałowym przeciwnikiem Brazylii była drużyna gospodarzy Szwecja, współzałożyciel FIFA, zawsze miała bardzo dobrych piłkarzy ale rzadko osiągała sukcesy. Jednym z tych nielicznych było zwycięstwo w turnieju olimpijskim w Londynie w 1948 roku. Grali tam wówczas trzej napastnicy: Gunnar Gren, Gunnar Nordahl i Nils Liedholm. Po igrzyskach całą trójkę kupił Milan i od tej pory stała się ona sławna w Europie jako Gre-No-Li. Do mistrzostw w Szwecji do reprezentacji powołani zostali Gren i Liedholm pierwszego ze względu na jego wyjątkowe zasługi Włosi nazwali ,, Ile Professore". Litholm, który był dla nich ,, Il Barone", stanie się w przyszłości dobrym trenerem, nauczycielem między innymi Zbigniewa Bońka w Romie. Obrońca Bergmark też grał w Romie i był później trenerem szwedzkiej reprezentacji. Skrzydłowy Hamrin bronił barw aż sześciu włoskich klubów, z Juventusem i Milanem włącznie. Inny napastnik Lennart Skoglund to gracz Interu i Milanu. Drużyna złożona z takich zawodników nie mogła grać słabo.

Trenerem drużyny Narodowej Szwecji był George Raynor, Anglik, człowiek poza Szwecją Zapomniany, mimo że należał do najtęższych futbolowych umysłów po wojnie. Podczas wojny trafił do Bagdadu, pracował jako instruktor i organizował międzynarodową drużynę złożoną z żołnierzy. Niewykluczone że grali w niej także Polacy. Po powrocie do kraju został drugim trenerem Aldershot. Stanley Rous ówczesny sekretarz federacji namaścił swojego faworyta Waltera Winterbottoma na stanowisko menadżera Anglii. Kiedy w roku 1946 nadeszła propozycja ze Szwecji wysłał tam Raynora, o którego pracy w Bagdadzie co nieco słyszał. Raynour 2 lata później zdobył ze Szwedami złoty medal olimpijski w Londynie a mierny Winterbottom męczył siebie, piłkarzy i kibiców przez 16 lat, podczas których Anglicy przeżywali same rozczarowania. Londyński sukces rozpoczął znakomitą serię Szwedów. Dwa lata później w 1950 roku zajęli trzecie miejsce w Mistrzostwach Świata w Brazylii a po dwóch kolejnych zdobyli brązowy medal olimpijski w Helsinkach. Kiedy niepokonani już wtedy Węgrzy jechali na Wembley żeby pokazać Anglikom Jak daleko w tyle zostali, spotkali się właśnie ze Szwecją prowadzoną przez Raynora i na Nepstadionie ledwo z nią zremisowali 2:2. W roku 1959 ,, Trzy Korony" stały się drugą reprezentacją zza kanału La Manche która pokonała Anglię na Wembley. Szwedzi wygrali 3:2 a Raynor z Witerbottomem podali sobie ręce, gdyż byli to kulturalni panowie. Finału z Brazylią wygrać nie mogli. Trafili na jedną z najlepszych reprezentacji, jakie biegały po boiskach świata. W bramce grał Gilmar, na prawej obronnie Djalma Santos, na środku Luiz Bellini i Orlando, na lewej Nilton Santos. W pomocy Didi i Zito, w ataku Garrincha, Vava i Zagalo. Pierwszego gola finału strzelił już w czwartej minucie Nils Liedholm ale od tej pory na boisku dominowali Brazylijczycy. Pele zdobył dwa gole jak profesor futbolu a nie nastolatek. Po meczu się rozpłakał i Jilmar z Didim musieli go utulać. To był początek jednej z najpiękniejszych karier, jakie widział świat. Kariery trwającej do dziś mimo że Pele ostatni oficjalny mecz rozegrał w roku 1977. Garrincha miał mniej szczęście. Cztery lata później został po raz drugi mistrzem świata i zdobył tytuł króla strzelców. Był wtedy bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem mundialu. Doszło nawet do niezwykłej sytuacji. W półfinale z Chile Garrincha został wyrzucony z boiska, co oznaczało że nie będzie mógł wystąpić w finale ale prezydent Brazylii zwrócił się do FIFA z prośbą o anulowanie kary. Garrincha był bowiem,, radością narodu". FIFA się zgodziła. Pojechał jeszcze na kolejne Mistrzostwa do Anglii. Uważa się że ,,Mane” Garrincha był najlepszym dryblerem w historii futbolu. On z piłką nie tyle biegał, co tańczył ale na boisku lepiej dawał sobie radę niż w życiu. Psycholog miał wiele racji. ,,Mane” był dwukrotnie żonaty, miał 12 dzieci, niektóre nawet się nie znały. Ojciec, pół analfabeta, nie był w stanie utrzymać rodziny, więc sąd skazał go na więzienie. Nie umiał robić nic poza grą w piłkę. Kiedy przestał grać zaczął pić. Szybko o nim zapomniano. Zmarł w biedzie dożywszy zaledwie 50 lat. Z 50 meczów w reprezentacji przegrał tylko jeden. Kiedy grali razem z Pelem, Brazylia nigdy nie poniosła porażki. Mieli zakaz podróżowania jednym samolotem. Jego imieniem nazwano stadion w Brasilii a w rodzinnym Paul Grande wystawiono mu pomnik. W świadomości kibiców całego świata zostało coś, co nazywane jest ,, gestem Garrinchy". Każdy piłkarz bez względu na wiek i klasę wie że kiedy na ziemi leży kontuzjowany gracz piłkę trzeba wybić w aut. Po udzieleniu mu pomocy piłkę wypada oddać. Pierwszym, który w takiej sytuacji kopnął piłkę w aut był właśnie ,, rozchwiany emocjonalnie" Garrincha, podczas meczu Botafogo-Fluminese w marcu 1960 roku.

9

0

@APTAPT Czyli mam rozumieć że kontuzja?

0

O matuńku kochana co sie dzieje teraz z naszą kochana Mają?

8

@FCBparasiempre
Wśród największych sensacji w historii futbolu to jest chronologicznie pierwsze. Amerykanie na kanwie swojego Zwycięstwa nakręcili nawet film fabularny „Gra ich życia". Anglicy nie lubią do tego wracać. Piłka nożna nadal nie jest w USA zbyt popularne i nawet regularne starty reprezentacji w Mistrzostwach Świata niewiele tę sytuację zmieniają. To bodaj Jedyny kraj, w którym większym zainteresowaniem cieszy się piłka w wykonaniu Kobiet. No ale skoro dla Amerykanów fascynujący może być baseball, łatwiej zrozumieć i to. Przed mistrzostwami świata w roku 1950 w Brazylii bukmacherzy przyjmowali zakłady na zwycięstwo Anglii 3:1 a meczu Anglików z amerykanami nie uwzględnili, Uznając że nie można na nim zarobić. 100% faworytem Byli Anglicy. Nikt nigdy nie kwestionował ich zasług dla rozwoju futbolu i umiejętności angielskich piłkarzy. To nie podlegało dyskusji Ale taka pozycja obróciła się przeciw nim. Anglicy albo obrażali się na FIFA, wstępując do niej i z niej występując albo uznawali że tytuł mistrza świata należy im się niejako z urzędu, więc udział w mistrzostwach świata mija się z celem. W rezultacie kisili się we własnym sosie, stosując zasadę zwaną ,, splendid Isolation" a o swojej wielkości utwierdzały ich mecze z lat trzydziestych, kiedy pokonywali reprezentację kontynentalne: w Hiszpanie, Belgię, Austrię, Szwajcarię, Włochy, czechosłowację, Węgry czy Niemcy. Zwycięstwa zdecydowanie przeważały nad porażkami. Kiedy w roku 1934 nowym sekretarzem generalnym angielskiego związku piłkarskiego został w miejsce fredericka walla, znany sędzia międzynarodowy Stanley Rous, Europejska prasa sportowa przyjęła ten fakt z zadowoleniem. O ile bowiem Wall był zwolennikiem izolacji, to rous miał opinię człowieka otwartego na świat. 27 lat później został prezydentem FIFA. To przede wszystkim on walczył o to aby Anglia wzięła udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. W latach 20 i 30 futbolowa Anglia miała jednak innego bohatera. Herbert Chapman był wynalazcą systemu gry, który wkrótce zaczęto stosować na całym świecie. System, czyli ustawienie piłkarzy na boisku, co z kolei wpływało na sposób ich gry. U źródeł pomysłów leżała przeprowadzona w roku 1925 zmiana przepisów o spalonym. Dotychczasowy system mówił że zawodnik atakujący by nie być na spalonym, w chwili podania musiał mieć przed sobą trzech przeciwników ale w chwili zagrożenia jeden z obrońców wybiegał przed napastników i sędzia przerywał grę. Padało mało goli gra stawała się nudna, frekwencja na stadionach malała, zjawisko nazywane ,, śmiercią remisową" zaczęło realnie zagrażać futbolowi. International Board postanowił w tej sytuacji że spalonego nie ma jeśli między atakującym a bramką będzie nie trzech a Dwóch zawodników drużyny broniącej. Ten przepis obowiązuje do dziś i jest to ostatnia istotna zmiana jaka zaszła w regułach gry. Odpowiedział na te zmiany stał się pomysł Herberta chapmana, ostatniego rewolucjonisty futbolu, jaki działał na Wyspach Brytyjskich. Chapman grał w piłkę nieźle ale jeszcze lepiej nie zarządzał, ponieważ dostrzegał to, czego inni nie widzieli. Był prawdopodobnie pierwszym na Wyspach Brytyjskich graczem pełniącym jednocześnie funkcję menadżera. W roku 1907 w Northampton został pierwszym grającym trenerem. Z ubogim klubem Huddersfield wywalczył tytuł mistrza i Puchar Anglii. Do Arsenalu trafił w roku 1925 z ogłoszenia. Klub zamieścił w periodyku „Atletic news" inserat że poszukuję doświadczonego człowieka na stanowisko ,, menadżera bez dużych wymagań" i Chapman się zgłosił. Dziś na Emirates Stadium znajduje się wykonane z brązu jego popiersie, przeniesione na nowy stadion z Highbury. Trudno się dziwić. Wykorzystując zmianę przepisów o spalonym Chapman dokonał zmiany w ustawieniu zawodników z 235 na 343. Wycofał z linii pomocy jednego gracza do obrony i przesunął nieco do tyłu obydwu łączników. W wyjściowym ustawieniu było więc trzech Obrońców, przed nimi dwóch napastników, dalej dwóch łączników a zupełnie z przodu trzech napastników. Linia łącząca łączników ze środkowym i skrzydłowymi układała się w literę w a Obrońców z pomocnikiem tworzyła literę M stąd obowiązująca w całym świecie potoczna nazwa tego systemu- WM. Dzięki takiemu ustawieniu piłkarze mogli lepiej i szybciej reagować na wszystko co dzieje się na boisku a ataki rozpoczynać już na własnej połowie. Grając systemem WM Arsenal zdobył na początku lat 33 tytuły mistrza Anglii z rzędu i zagrał w finale Pucharu Anglii. W porównaniu z angielskimi z zawodowcami Amerykanie byli ubogimi krewnymi bez żadnych dokonań i przeszłości. Nie mieli nawet stałej reprezentacji. Do finałów mundialu dostali się tylko dlatego że ze strefy Ameryki Północnej i Środkowej zgłosiły się trzy kraje a miejsca były dwa. Stany Zjednoczone nie miały szans z Meksykiem ale pokonały Kubę, co wystarczyło do awansu. To było zresztą jedyne zwycięstwo od 1934 roku. W ciągu 16 lat, do rozpoczęcia mundialu w Brazylii, reprezentacja USA rozegrała zaledwie 10 meczów, z których 8 przegrała.


Awans na mundial Amerykanie wywalczyli we wrześniu 1949 roku, do finałów pozostawało 8 miesięcy ale nikt się tym w Federacji nie przejmował. Dopiero na miesiąc przed inauguracją Federacja wyznaczyła na trenera Erno Schwarza, Węgra prowadzącego klub New York Amerykance ale Szwarc odmówił widząc prawdopodobnie bezsens jakichkolwiek działań ,, Za pięć dwunasta". Wówczas ofertę przyjął Jeffrey, Szkot pracujący od prawie ćwierć wieku z drużyną Uniwersytecką Penn State. Sprawdzał każdego, o którym wiadomo było że umie kopnąć piłkę. Ba, nawet obywatelstwo Nie miało znaczenia. Ważne aby zawodnik mieszkał w Stanach Zjednoczonych. FIFA była wtedy pod tym względem tolerancyjna. Joe Gaetjens mię paszport haitański a Eddie McIlvenny- brytyjski. Z amerykańskiej kadrze znalazł się wówczas także Polak, Adam Wolanin, przedwojenny piłkarz Pogoni Lwów, żołnierz Generała Andersa. Wystąpił w 11 USA w jej pierwszym meczu na mundialu przeciw Hiszpanii. Piłkarze amerykańscy byli amatorami. Uczyli się lub pracowali. Niektórzy walczyli w armii amerykańskiej podczas wojny. Frank Wallace spędził prawie półtora roku w niemieckim obozie jenieckim. Grali w klubach, których nazwy niewiele mówią. Przede wszystkim w Saint Louis simpkins a także w Filadelfia Nationals, Ponta Delgada, brooklynhispana, bruk-hatan i Eagles Chicago. Nie mieli żadnego doświadczenia międzynarodowego. Polecieli samolotem do Rio de Janeiro i dopiero tam dowiedzieli się że mecz odbędzie się w Belo horyzontem. Zabrał ich tam samolot transportowy z amerykańskiej bazy koło Rio. Po drodze dotarła do nich wiadomość o rozpoczęciu wojny w Korei i udziale w niej armii amerykańskiej. Anglicy borykali się z problemami innego rodzaju. Nie mieli świadomości co może ich czekać w Brazylii. Nie byli przygotowani do turnieju ani organizacyjnie, ani mentalnie. Podróż z Londynu do Rio de Janeiro trwała 31 godzin. Samolot lądował po drodze w Paryżu, Lizbonie, Dakarze i Recife. Kiedyś już zmęczeni i wściekli usiedli w hotelu do kolacji, okazało się że pływającego w oleju mięsa zjeść się po prostu nie da a reprezentację Anglii nie zabrała na mundial nie tylko swojego kucharza ale nawet lekarza. Podróż była droga i Fa postanowiła oszczędzić akurat na tym ostatnim. Anglicy znaleźli się wśród ludzi wesołych, roztańczonych ale i natarczywych. Jako faworyci byli oblegani przez kibiców, od których nie mogli się opędzić. Z czymś takim w Anglii się nie spotykali. Mimo to pierwszy mecz z Chile wygrali gładko 2:0. Występujący w tej drużynie napastnik Newcastl Honor Herobledo miał podobno powiedzieć po spotkaniu: ,, Cieszę się że gram w lidze kraju, który za dwa tygodnie będzie mistrzem świata". To wydawało się bardzo prawdopodobne, gdyż 11 tworzyli słynni zawodnicy. Na prawej obronie grał Ramsey z Tottenhamu z Wolverhampton a w napadzie sami artyści: Tom Finney z Preston, Stan Mortensen z Blackpool, Wilf Mannion z Middlesbrough i Roy Bentley z Chelsea. Walter Winter Bottom uznał że najsłynniejszy z napastników Stanley Matthews powinien odpocząć w dwóch pierwszych meczach, gdyż będzie potrzebny w trudniejszych. Mecz Anglia - Stany Zjednoczone to czym się zgodnie z przewidywaniami. Anglicy nie schodzili z połowy przeciwnika zasypując go strzałami Ale piłka ani razu nie wpadła do siatki. Amerykańscy obrońcy rzucali się pod nogi napastników, piłkę po dalekich podaniach wybijali głowami A kiedy już leciała w kierunku bramki, łapał ją lub wybijał Frank Borgie, pracownik firmy pogrzebowej swojego wuja. Amerykanie pierwszy raz podeszli pod bramkę Anglii po 25 minutach. W 38 minucie piłka trafiła pod nogi kapitana McIlvenny'ego, byłego gracza walijskiego Wrexham, który przyjechał na kilka miesięcy do USA żeby tam popracować. McIlvenny kopnął piłkę w bok od pola karnego a tam czekał Walter bar, Olimpijczyk z Londynu. Strzel w kierunku bramki. Piłkę powinien złapać bramkarz Bert Williams ale wcześniej Joe Gaetjens wyskoczył w górę przed nim i obrońcą. Trafił piłkę głową i Amerykanie prowadzili 1:0. Stadion oszalał. W drugiej połowie nic się nie zmieniło. Anglicy nie przestawali atakować, Amerykanie wykopywali piłkę jak najdalej od swojej bramki lub próbowali z rzadka kontratakować. Po jednej z takich akcji ginopariani nie wykorzystał bardzo dobrej okazji Ale Anglicy mieli takich kilka. Mieli też pecha. Pomocnik Charlie Colombo zwany ,, gloves" , ponieważ zawsze grał w zimowych rękawicach, powalił w w polu karnym Stana Mortensena. Włoski sędzia Dattilo odgwizdał faul ale uznał że doszło do niego przed linią pola karnego. Zamiast „11” Anglicy dostali tylko rzut wolny. Zmarnowali go, jak wszystkie inne okazje. Tak doszło do sensacji.

Joe Gaetjens odbył drogę z boiska do szatni na ramionach kolegów. Był jedynym czarnoskórym piłkarzem w drużynie i to w czasach, w których czerni sportowcy w USA nie mieli łatwego życia. Gaetjens urodził się na Haiti. Był synem niemieckiego przedsiębiorcy i czarnej hajtanki. Wyjechał do Nowego Jorku na studia, dorabiał sobie Pracując w restauracyjnej kuchni. W amerykańskiej reprezentacji wystąpił tylko trzy razy, właśnie na Mistrzostwach Świata 1950. Dzięki bramce wbitej Anglii stał się na tyle popularny że trafił do racingu Paryż. To jednak były za wysokie progi. Wrócił na Haiti, zagrał raz w reprezentacji i w wieku 30 lat zakończył karierę. Członkowie jego rodziny działali w halitańskiej opozycji. W lipcu 1964 roku, kiedy Francois Divalier ogłosił się dożywotnim prezydentem, rodzina Gaetjensa opuściła kraj. On pozostał w Portoprens, sądząc że jego sława i pozycja zagwarantują mu bezpieczeństwo ale mylił się. Został aresztowany przez policję Duvaliera i rozstrzelany. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Miał 40 lat. Amerykanie przegrali z Chile 25 trzeci mecz na Mistrzostwach i pożegnali się z turniejem. Anglicy pozostali by w nim, gdyby pokonali Hiszpanię. Tym razem Stanley Matthews wybiegł w pierwszej 11-tce ale nic to nie dało. Przegrali 0:1 i natychmiast po meczu wrócili do Londynu. Wszyscy towarzyszący im dziennikarze także. Dla nich mundial bez Anglii przestał się liczyć. Alf Ramsay, który 16 lat później jako trener doprowadzi Anglię do tytułu mistrza świata powiedział o meczu z USA: „To największe upokorzenie i najbardziej wstydliwy moment w historii angielskiego futbolu". Mike Payne, autor wydanej w roku 1993 książki o reprezentacji Anglii napisał wprost: „Total disaster"- totalna katastrofa.

6

13

Idealny moment na nostalgię w okrągłą rocznice:
Mexico 1986 to nie tylko Mistrzostwa Świata Maradony. To był turniej o tak rozpoznawalnej osobowości, że wciąż można go streścić w kilku obrazach: południowe słońce na stadionie Azteca, niebieska koszulka Argentyny, meksykańska fala przetaczająca się przez trybuny, piłka „Azteca” tocząca się po suchym boisku i telewizja, która zaczynała przekształcać każdą akcję w globalne wspomnienie. Niewiele mistrzostw było tak ściśle związanych z konkretną estetyką, atmosferą i sposobem opowiadania historii futbolu. Mistrzostwa Świata w Meksyku w 1986 roku odbyły się po nieoczekiwanej zmianie miejsca. Początkowo wybrano Kolumbię, która wycofała się z organizacji turnieju z powodu problemów ekonomicznych i logistycznych. Meksyk przejął inicjatywę i stał się pierwszym krajem, który gościł dwa mundiale, będąc również gospodarzem edycji w 1970 roku. Ta ciągłość nadała mistrzostwom wyjątkową atmosferę: ten sam kraj, w którym Brazylijczycy pod wodzą Pelégo zdobyli mistrzostwo, powitał teraz inne pokolenie, z innym rytmem, innym krajobrazem telewizyjnym i postacią przeznaczoną do zajęcia centralnego miejsca w historii. Meksyk 1986 od razu miał swoją tożsamość. Ogromne stadiony, wysokość, upał i harmonogram dostosowany do europejskiej telewizji ukształtowały grę, a także pamięć o turnieju. Wiele meczów rozgrywano w ostrym słońcu, zmuszając drużyny do zarządzania energią, a wyniki mogły się zmienić w mgnieniu oka, gdy nogi zaczynały słabnąć. To połączenie monumentalnej sceny i wysiłku fizycznego nadało mistrzostwom bardzo szczególny charakter. Format ten również wpłynął na kształt narracji. Faza grupowa ustąpiła miejsca bezpośrednim meczom pucharowym od 1/8 finału, co spotęgowało napięcie i ograniczyło pole do spekulacji. Od tego momentu każdy ważny mecz stał się mini-filmem: faworyci w tarapatach, drużyny-niespodzianki, dogrywki, rzuty karne i noce, w których jeden szczegół mógł zmienić historię narodu. Jeśli istnieje jedno miejsce, które uosabia Meksyk 1986, to jest to Stadion Azteca. Rozegrano tam decydujące mecze i to właśnie tam utrwalił się najmocniejszy wizerunek turnieju. Stadion był już legendą, ponieważ gościł finał w 1970 roku, ale w 1986 roku dodał kolejną warstwę do swojej legendy. Jego rozmiar, akustyka i sposób, w jaki otaczał mecze, sprawiły, że stał się czymś więcej niż tylko areną: to właśnie na nim Mistrzostwa Świata zdawały się jeszcze bardziej rozrastać. Azteca reprezentuje również staromodny sposób pamiętania piłki nożnej. Nie był to stadion idealny ani neutralny. Jego obecność w transmisjach była niemal namacalna: bezkresne trybuny, beton, hałas, półcień i to poczucie, że każda ważna akcja była wzmacniana przez to miejsce. W Meksyku w 1986 roku stadion nie był jedynie tłem. Był częścią historii.

Diego Armando Maradona przybył do Meksyku w wieku 25 lat i wyjechał jako niezastąpiona postać historyczna. Jego występu na Mistrzostwach Świata nie da się wytłumaczyć wyłącznie dwoma golami strzelonymi Anglii, choć te dwie bramki były nieuniknione. Można to wytłumaczyć poczuciem dominacji, które prezentował przez cały turniej. Argentyna grała z porządkiem, charakterem i strukturą, która miała to wspierać, ale w każdym meczu Maradona znajdował okazję do podania, dryblingu lub przyspieszenia, których nikt inny nie dostrzegał. W ćwierćfinale z Anglią Meksyk 1986 stworzył swój ostateczny wizerunek. „Ręka Boga” i „Bramka Stulecia” skondensowały sprzeczności, geniusz, kontrowersje i piękno w zaledwie kilka minut. Ten mecz nie tylko rozstrzygnął o losach meczu: na zawsze utrwalił miejsce turnieju w historii piłki nożnej. Aby zapoznać się z pełną relacją z tego występu, możesz śledzić relację z meczu Maradony 1986. Siła mitu często sprowadzała Mistrzostwa Świata do samego Maradony, ale Argentyna to nie tylko jeden genialny piłkarz. Carlos Bilardo zbudował drużynę ambitną, bezkompromisową, mentalnie przygotowaną do radzenia sobie z presją. Nery Pumpido, Ruggeri, Brown, Batista, Giusti, Burruchaga i Valdano tworzyli strukturę, która chroniła swoją gwiazdę i nadawała sens każdemu etapowi turnieju. Finał z RFN pokazał tę kolektywną siłę. Argentyna objęła prowadzenie 2:0, Niemcy wyrównały dzięki swojej charakterystycznej odporności, a gdy mecz wydawał się wymykać spod kontroli, Maradona podał piłkę, którą Burruchaga zamienił na decydujące 3:2. To był finał pełen napięcia, powrotu do gry i klasycznego zakończenia. Brakowało mu estetycznego polotu innych mistrzów, ale miał ogromnego ducha walki. Jego wielkość w dużej mierze tkwi w tej równowadze między talentem a odpornością. Meksyk 1986 również szczycił się wieloma pamiętnymi zawodnikami drugoplanowymi. Francja przyjechała z Michelem Platinim, Tiganą, Giresse i spółką – eleganckim pokoleniem świeżo po zwycięstwie w Euro 1984, wciąż posiadającym ogromny talent. Brazylia wystawiła drużynę z wielkimi nazwiskami, choć daleko jej było do kolektywnej magii z 1982 roku. Niemcy Zachodnie po raz kolejny udowodniły, że potrafią rywalizować, nawet bez porywającej publiczności. Belgia rozegrała historyczny turniej, docierając do półfinału z Enzo Scifo jako jednym z wyróżniających się zawodników.

Hiszpania przeżyła Mistrzostwa Świata z mieszanymi emocjami. Rozgromienie Danii, z czterema golami Emilio Butragueño , było jednym z najbardziej pamiętnych wieczorów w hiszpańskiej piłce nożnej lat 80. Jednak odpadnięcie z rozgrywek z Belgią po rzutach karnych pozostawiło gorzki posmak, poczucie zmarnowanej okazji. Meksyk 1986 miał właśnie to: chwile euforii, które w ciągu kilku dni mogły przerodzić się w rozczarowanie. Znaczna część nostalgii związanej z tymi Mistrzostwami Świata wynika z ich artefaktów. Piłka Adidas Azteca, inspirowana motywami prekolumbijskimi, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w historii. Koszulki wciąż miały bardzo fizyczną obecność: błyszczące materiały, wydatne kołnierze, duże herby i sylwetki, które dziś natychmiast identyfikujemy jako piłkę nożną lat 80. Wszystko wydawało się mniej jednolite niż we współczesnej piłce nożnej i dlatego każda drużyna pozostawiła po sobie bardziej zapadający w pamięć wizerunek. To był również Puchar Świata, w którym królowały karty kolekcjonerskie, telewizyjne skróty i pierwsze strony gazet. Dla wielu kibiców Meksyk 1986 nie jest pamiętany wyłącznie ze względu na pełne mecze, ale także fragmenty: powtarzany komentarz, przycięte zdjęcie, koszulkę widzianą lata później, nagranie z podsumowaniem czy obraz, który powraca za każdym razem, gdy wspomina się o retrospektywnych Mistrzostwach Świata. Właśnie dlatego wciąż ma tak wielką moc: nie należy tylko do archiwów, lecz do sentymentalnej pamięci futbolu. Turniej zachowuje coś, czego nie mają wszystkie Mistrzostwa Świata: bardzo wyraźną narrację centralną i jednocześnie wiele wątków pobocznych. Jest oczywiście Maradona, ale jest też Stadion Azteca, meksykańska fala, emocjonalny rewanż na Anglii, finał z Niemcami, talent Francji, belgijska niespodzianka, hiszpański dramat, piłka, stroje i atmosfera futbolu wciąż bliska zarówno surowej, jak i mitycznej naturze. Z dystansu, Meksyk 1986 stanowi granicę. Wciąż zachowuje wiele z futbolu starej szkoły, z zawodnikami mniej chronionymi przez globalny wizerunek i meczami charakteryzującymi się ewidentną fizyczną siłą. Ale należy również do ery współczesnej telewizji, z golami odtwarzanymi w nieskończoność, aż staną się kultowe. Ta mieszanka wyjaśnia, dlaczego wciąż jest tak żywy: wydaje się staromodny, ale nigdy tak naprawdę nie zniknął. Meksyk 1986 wciąż ma coś, co trudno stworzyć: kompletny wizerunek. Nie trzeba go tłumaczyć z zewnątrz, żeby wydawał się ważny. Wystarczy spojrzeć na mecze, gole i stadiony, by zrozumieć, dlaczego tak wielu kibiców uznaje go za jeden z najbardziej osobliwych mundiali w historii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Vivienne

1

@Bernard777 Uważasz że on do "nas" definitywnie się nie nadaje? Bo ja go przez dłuższy czas chciałem ale na tą chwile mam pewne wątpliwości czy on "u nas wypali"?

1

@FcPortoFan1999 No ale 15 lat temu przeżywałem najcudowniejsze chwile z Barcunią, więc dla mnie to niemal zawsze nie tak dawno! :)

1

@Cule Ja obstawiam 2:1 dla gospodarzy turnieju.

1

@FcPortoFan1999 Ano faktycznie! Był taki ale nie ogladałem. Jak napisałeś "kiedyś" to dla mnie kiedyś, to lata 80-te, góra 90-te. Dla mnie akurat 2012 to nie za bardzo kiedyś!

0

@FcPortoFan1999 Chicago Fire serial? A nie pomyliłeś z Miami Vice?

0

Kto do cholery zawinił przy golu dla Jordanii? Senesi czy Otamendi? To nie przystoi mistrzom świata tak spać w defensywie zwłaszcza z taki przeciwnikiem....

0

@gumaz Przeca wiadomo kto ma najwięcej witaminy.....?

1

@martusiaaaa Więc żyjmy jak można najprościej...
Ps. Skoro tak to jak najszybciej wracaj do ojczyzny, precz z obczyzną!

3

@FcPortoFan1999 No raczej tak.....

11

@FCBparasiempre
28 czerwca 1977 r. urodził się Łukasz Surma, pomocnik. Kiedy wychodził na boisku w meczu Ruchu Chorzów z Arką Gdynia w maju 2017 roku, wskazówka na liczniku jego występów w Ekstraklasie przesunęła się na cyfre ,,559”. Ten wynik Łukasza jest rekordem najwyższej polskiej ligi. Ostatni pojedynek przyszedł w sezonie, który rozpoczął się dla niego 20-tą rocznicą debiutu w Ekstraklasie. Rzadki to przypadek by tak okazały jubileusz mógł przeżywać jeszcze czynny piłkarz tego szczebla. Przed nim dokonali tego tylko Teodor Peterek, Tomasz Frankowski i Marek Saganowski. Swą rekordową karte zaczął zapisywać w lipcu 1996 r. ,,W pierwszej połowie byłem stremowany. To było zresztą widać. Miałem kilka niecelnych podań, nerwowych zagrań, dokonywałem niewłaściwych wyborów a po przerwie grało mi się już coraz lepiej z minuty na minute”- stwierdził w wywiadzie dla ,,Tempa” po swoim debiucie w Ekstraklasie w meczu Wisły Kraków z GKS Bełchatów. Redaktor, zresztą jego rówieśnik, Żelisław Żyżyński, dodawał: ,,Czuję że naszą rozmowe przeżywa bardziej niż występ na boisku”. W dniu 20-tej rocznicy tego wydarzenia był już posiadaczem rekordu w liczbie występów w Ekstraklasie i jedynym zawodnikiem, który zagrał na tym poziomie ponad 500 razy. Kilkadziesiąt godzin wcześniej wystąpił w swym 526 meczu ligowym. Z kolei Marka Chojnackiego na liście piłkarzy z największą liczbą występów w Ekstraklasie Surma wyprzedził w sierpniu 2014 r. po porażce 0:3 z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Długo zresztą takie wyjątkowe starcia kojarzyły mu się z brakiem sukcesu. Z 5 meczów finalizujących kolejne ,,setki” występów w lidze raz przegrał, dwa razy zremisował i dwa razy wygrywał. Na zwycięstwa w nich czekał jednak do swych dwóch ostatnich okrągłych jubileuszy w karierze: w 2012, gdy został piątym piłkarzem w historii z 400 występami oraz w 2015, gdy był głównym bohaterem pierwszego w dziejach Ekstraklasy 500. Meczu jednego zawodnika. W posiadaniu Surmy znajduje się też rekord w liczbie sezonów rozegranych w najwyższej lidze. Od edycji 1996/97 do 2016/17 zabrakło go na boiskach ekstraklasy tylko w rozgrywkach 2007/08, gdy wyjechał bronić barw izraelskich klubów. Na obczyźnie(w Austrii) spędził też rundę jesienną 2008/09 ale wiosną znów pojawił się w rodzimych progach. Łącznie ma na koncie więc 21 sezonów w najwyższej polskiej lidze i tylko raz zdarzyło się by pojawił się na boisku w mniej niż 60% kolejek! Dzięki temu jest też jedynym piłkarzem w historii, który w 20 edycjach Ekstraklasy rozegrał co najmniej po 20 meczów. Między kwietniem 2014 a majem 2017 meldował się na boisku w 116 kolejkach z rzędu, zawsze od pierwszej minuty i tylko 9 razy nie dograł starcia do końcowego gwizdka a przecież w chwili rozpoczęcia tej serii miał już blisko 37 lat!

Przed nim 20 sezonów na koncie mieli tylko dwaj bramkarze: Edward Szymkowiak i Janusz Jojko. Łącznie w całej karierze rozegrał w Ekstraklasie aż 47,073 minuty, co stanowi kolejny ligowy rekord w jego dorobku. W sumie wystąpił na tym szczeblu w 559 meczach, w tym w 459 od pierwszej do ostatniej minuty. Ma więc na swoim koncie w najwyższej lidze więcej meczów w pełnym wymiarze czasowym niż jakikolwiek inny piłkarz meczów ogółem w Ekstraklasie! Jest też jedynym obok Marka Zieńczuka piłkarzem, który rozegrał co najmniej po 100 meczów w 3 klubach. Do ,,karety” zabrakło mu tylko macierzystej Wisły Kraków. Jego dorobek w kadrze zamknął się z kolei po ledwie 5 meczach. Piłkarski los poskąpił mu też trofeów. W ciągu 21 lat występów w najwyższej lidze tylko raz jego drużyna skończyła sezon na pierwszym miejscu. Było to w rozgrywkach 2005/2006, gdy Surma występował w Legii. Złoto udało mu się zapewnić w przedostatniej kolejce. Wcześniej 3 sezony z rzędu ,,Woskowi” oglądali plecy Wisły Kraków. Tym razem wyrwali triumf ,,Białej Gwieździe”, choć do 18 kolejki ustępowali rywalom w ligowej tabeli. Łukasz Surma w roli kapitana jako pierwszy zawodnik w historii wzniósł Trofeum Mistrza polski. W tym sezonie bowiem laur ten zastąpił starą patere. Do tego był wicemistrzem i 5 razy stawał na najniższym stopniu podium. Z czterech klubów, w których występował w Ekstraklasie, żadnego medalu nie udało mu się zdobyć tylko w barwach Lechii Gdańsk. Surma był ostatnim zawodnikiem na boiskach Ekstraklasy, który grał w finale europejskiego pucharu w barwach polskiego zespołu. Ogółem w dziejach znalazło się tylko 44 takich piłkarzy. Po zakończeniu kariery przez Marcina Baszczyńskiego w 2013 r. pozostał sam na placu boju z tego grona w najwyższej lidze. Obaj występowali w finale Pucharu Intertoto w 1998 r. w barwach Ruchu Chorzów. Czerwień z półfinału oznaczała absencje w jego pierwszym meczu finałowym z włoską Bologną. Osłabiony Ruch poniósł porażke 0:3 na boisku rywala. W rewanżu przy Cichej zagrał już od pierwszych minut naprzeciw między innymi wicemistrza świata z 1994 i trzykrotnego króla strzelców Serie A- Giuseppe Signoriego. Próbował nawet zaskoczyć rywali z dystansu ale piłka tym razem nie wpadła do siatki. Przeciwnicy za to dwukrotnie pokonali Piotra Lecha, co oznaczało porażke ,,Niebieskich” w dwumeczu finałowym 0:5. Półfinał Pucharu Intertoto nie był jedynym przypadkiem, gdy młodemu Surmie zagotowała się głowa. W swym drugim sezonie w Ekstraklasie, ściągnięty z boiska przez Wojciecha Łazarka po rozegraniu ledwie 32 minut, ze wściekłością rzucił koszulką. ,,Zareagowałem impulsywnie pod wpływem nerwów. Nie wytrzymywałem już tego wszystkiego… Dostałem bardzo wysoką kare pieniężną i przez miesiąc grałem w rezerwach”. Dawna zapalczywość z czasem jednak ustąpiła miejsca innym atutom piłkarskim. Pechowo jednak ,,żółtko” otrzymane w starciu Ruchu Chorzów z Arką Gdynia było jego czwartym ostrzeżeniem w rozgrywkach 2016/17, przez co nie mógł wziąć udziału w meczu 37 kolejki i powiększyć swojego bilansu do 560 meczów… Kończył kariere gdy w składzie jego klubu znajdował się Przemysław Bargiel urodzony w 2000 roku, na 5 dni przed 100. występem Surmy w najwyższej lidze! On sam był już wtedy najstarszym piłkarzem w rozgrywkach. „Wydaje mi się że nie zawiodłem zaufania trenera- mówił po tym pierwszym ze swych 559 meczach do Żelisława Żyżyńskiego- Oby tak było zawsze…”.

8

11

Legendy rodzimego futbolu:

28 czerwca 1965 r. urodził się Maciej Szczęsny. Jedyny w swoim rodzaju. Tak pod względem charakteru, zachowania, jak i osiągniętych sukcesów. Pan Maciej stanowił pełne potwierdzenie tezy o wyjątkowości bramkarzy w zespole. Zagrał w 4 klubach Ekstraklasy i w każdym z nich co najmniej raz zdobył mistrzowski tytuł. Jest on jedynym takim zawodnikiem w historii rozgrywek. Łącznie na jego koncie znajduje się 5 złotych medali mistrzostw Polski. W żadnej z tych mistrzowskich edycji nie pełnił roli statysty. W najgorszej pod względem liczby występów(2000/01 w Wiśle Kraków) rozegrał 12 meczów. Wielki indywidualista, często na uboczu drużyny ale z decydującym głosem i dysponujący ogromna charyzmą. Jeśli nie cieszył się sympatią(choćby z powodu ostrego języka), to na pewno wielkim szacunkiem swoich boiskowych kolegów. Tak było w Legii, Widzewie, Polonii Warszawa i Wiśle Kraków. Nie ma tytułu na polskich boiskach, którego nie udałoby mu się zdobyć. W jego kolekcji oprócz 5 mistrzostw, znajdują się też 3 Puchary Polski i po jednym Superpucharze oraz Pucharze Ligi. Jest jedynym bramkarzem, który zdobył mistrzostwo Polski w dwóch różnych warszawskich klubach. Trudny charakter objawiał się jednak nazbyt często. Kiedyś miał z tego powodu kłopoty z prawem. Lzony przez kibica Stali Stalowa Wola, zdecydował się(niczym Cantona) sam wymierzyć mu sprawiedliwość soczystym kopniakiem! Sprawa trafiła nawet przed oblicze sądu i przez kilka ładnych tygodni była żywym tematem mediów. Duży szok wywołał, przechodząc z Legii do Widzewa w okresie najbardziej zaciętej konkurencji tych klubów. Do historii przeszła jego rywalizacja o miejsce w bramce ze Zbigniewem Robakiewiczem. Nie było chyba w polskim futbolu tak elektryzującej walki o miano ,,jedynki” w klubie. Nawet konkurencja między Kostką a Gomolą nie wywołała tylu dyskusji i emocji. To jednak Szczęsny wywalczył sobie prawo gry w najważniejszych meczach, m.in. w Lidze Mistrzów w edycji 1995/96, gdy był jednym z bohaterów eliminacyjnego dwumeczu z IFK Göteborg. Razem z Wojskowymi awansował wtedy do ćwierćfinału. Był pierwszym polskim bramkarzem, który zaliczył występ na tym szczeblu rozgrywek Champions League. On też bronił w edycji 1990/91, zakończonej awansem Wojskowych do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Do fazy grupowej Ligi Mistrzów awansował tez z Widzewem. W reprezentacji Polski zagrał 7 razy i wpuścił 8 goli. Poza meczem ze Słowacją w eliminacjach do ME, grywał jednak częściej w starciach towarzyskich. Selekcjonerzy woleli w tym czasie stawiać na Wandzika, Bakę, Sidorczuka, Woźniaka a potem Matyska. Obecnie często gości w programach telewizyjnych jako ekspert. Przez krótki czas był trenerem bramkarzy, między innymi w Koronie Kielce. Ostatnio dał się poznać jako fotograf, otwierając wystawę zdjęć znanych jazzmanów.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

3

@th@les O! Zaskoczyłeś mnie tą swego rodzaju pochwałą. Bardzo dziękuje tobie za te słowa. Ja ciebie również musze pochwalić, gdyż bardzo mądrze piszesz o futbolu, gratulacje z mojej strony. Dla mnie osobiście historia sportu to największa wartość w tej dziedzinie życia, zresztą wogóle historia ludzkości jest bardzo ważna i trzeba ją kultywować. Bez historii nie istnielibyśmy....

12

Klubowy Puchar Narodów:
„Coupe des Nations” rozegrany jednokrotnie w roku 1930 ma wszystko by uznać go za pierwsze klubowe mistrzostwa Europy w historii. 1930 rok zapisał się w historii futbolu na zawsze, jako rok organizacji pierwszych Mistrzostw Świata. Turniej w Urugwaju był jednak w Europie krytykowany, by nie powiedzieć, że został zbojkotowany. Drużyny ze Starego Kontynentu wcale nie chciały płynąć przez Atlantyk, by bić się o mistrzostwo świata, szczególnie w czasie gdy na świecie wybuchł wielki kryzys ekonomiczny. Dlatego gdy w Urugwaju ruszył mundial, obecne były tylko cztery europejskie kraje, Rumunia, Belgia, Francja i Jugosławia. W Europie jednak toczyły się inne zawody. Servette Genewa właśnie wygrało mistrzostwo Szwajcarii i postanowiło zorganizować przeciwwagę dla rozgrywanego w Ameryce Południowej turnieju. Zgrało się to z otwarciem ich nowego „Stade des Charmilles” a organizacja była doprawdy mistrzowska. Na turniej zaproszono przedstawicieli prawie wszystkich europejskich nacji i to nie drużyny ze środka tabeli, a zdobywców trofeum. Przybyli mistrzowie Szwajcarii (organizator, Servette), Węgier (Ujpest, także zwycięzca Pucharu Mitropa), Niemiec (SpVgg Furth), Czech (Slavia Praga), Belgii ( Cerlce Brugge) i Holandii (Go Ahead Eagles). Do tego mistrz Włoch z 1929 roku (Bologna), zdobywcy pucharu Francji ( FC Sete) i Austrii (First Vienna) oraz Hiszpański Real Union Irun, który puchar kraju zdobył w 1927 roku. Pierwszy raz w historii zebrano czołowe drużyny klubowe z tak wielu krajów i to pomimo odrzucenia zaproszenia przez mistrza Portugalii Benficę i wykluczenia klubów z Wysp Brytyjskich będących w konflikcie z FIFA. Nie obyło się bez zgrzytów. Federacje Grecji i Norwegii wysłały list z zażaleniem, dlaczego mistrzowie ich krajów nie zostali zaproszeni. Mimo to był to pierwszy pełnoprawny turniej o miano najlepszej klubowej drużyny Europy. Całe zawody trwały tydzień. Rozpoczęły się 28 czerwca, kiedy to Servette zostało rozbite 0-7 przez First Vienna. Dzień później Slavia pobiła 4-2 Cerlce Brugge, a Furth po złotej bramce pokonał 4-3 FC Sete. Był to szczególnie ciekawy mecz, ponieważ trwał aż… 148 minut. W tamtych czasach nie wynaleziono jeszcze rzutów karnych, dogrywka toczyła się więc aż do momentu, w którym Karl Rupprecht zapewnił w końcu swojej drużynie zwycięstwo. Ostatniego dnia Czerwca Ujpest 3-1 pokonał Real Irun. Problem sprawiła Bologna, która spóźniła się na zawody. Jadąc z Włoch, była jednym z klubów mających do Genewy najbliżej, a mimo to dotarła dopiero 2 lipca. W międzyczasie rozegrano rundę dla przegranych, w której Servette pokonało 2-1 Cerlce a Real Irun 5-1 rozbił FC Sete i tym samym wyłoniono ośmiu ćwierćfinalistów. Mecz Bologni z Go Ahead Eagles wygrany przez Włochów 4-0 nie miał znaczenia, Holendrzy otrzymali bowiem wolny los do ćwierćfinału, by uzupełnić stawkę. Tam takich zabaw już nie było a pełnię sił pokazały zespoły z Pucharu Mitropa. Slavia rozgromiła 7-0 Go Ahead, First Vienna 7-1 pobiła Furth a Ujpest 2-1 pokonał Real. Ostatnim półfinalistą został gospodarz z Genewy, który 4-1 pokonał Bolognie. Dla Servette był to jednak koniec sukcesów. W półfinale polegli 0-3 z Ujpestem a w meczu o trzecie miejsce przegrali 1-5 z First Vienną. Austriacy w półfinale uznali wyższość Slavii, która ograła ich 3-1.

W finale „Coupe des Nations” znalazły się więc dwa zespoły znające się dobrze z Pucharu Mitropa. Ujpest i Slavia Praga a więc dwie drużyny, które rok wcześniej grały między sobą właśnie w finale Pucharu Mitropa. Mecz wzbudził ogromne zainteresowanie. Przybyło na niego 22,000 widzów, czyli tyle samo ile na wspomniane starcie o Puchar Mitropa a przecież tamten dwumecz rozgrywano na stadionach obu klubów (22 tysiące widzów przybyło na mecz w Pradze!) Tutaj mierzyły się one na gruncie neutralnym i do tego zagranicznym. Ujpest nie zawiódł kibiców. Rozbił Slavie 3-0 dzięki hat-trickowi Jánosa Kövesa i dorzucił do gablotki kolejne trofeum. Teoretycznie kibice Ujpestu mogą więc upierać się, że w sezonie 1929/30 wygrali pierwszy w historii tryplet, zdobywając Puchar Mitropa 17 Listopada 1929 roku, Mistrzostwo Węgier i „Coupe des Nations” 6 Lipca 1930 roku, lecz byłyby to roszczenia dyskusyjne. Zostali jedna okrzyknięci „Mistrzami mistrzów” a w tym przypadku, chyba zasłużenie można nadać im ten tytuł. Warto wspomnieć tu o piłkarzu, jakim był Istvan Avar. Ten drobny snajper został królem strzelców Zarówno w Pucharze Mitropa jak i w Coupe des Nations, a w rozgrywkach ligowych był najlepszym strzelcem Ujpestu i drugim najlepszym strzelcem ligi. Ta wczesna gwiazda węgierskich boisk dziś jest już zapomniana, był on jednak wspaniałym napastnikiem, który poprzedzał czasy Ferenca Puskasa czy Nandora Hidegkutiego. Niestety, choć zawody organizowane przez Servette okazały się sukcesem, to były także przedsięwzięciem na zbyt dużą jak na tamte czasy skalę. Istniał plan kontynuowania rozgrywek w przyszłym roku, lecz miasta północnych Włoch, które początkowo podjęły się organizacji, zrezygnowały z powodów finansowych. W 1937 roku zorganizowano jeszcze pokazowy turniej piłkarski z okazji EXPO w Paryżu, lecz miał on dużo mniejszy prestiż, mimo udziału przedstawiciela Anglii. Chelsea doszła nawet do finału uległa w nim jednak Bologni 1-4. Drugi okres kształtowania się futbolu międzynarodowego a więc dwudziestolecie międzywojenne był więc czasem dużo większych projektów. Bez cienie wątpliwości można powiedzieć, że w Coupe des Nations i w Pucharze Mitropa mieliśmy bezpośrednich poprzedników Pucharu Europy. Kto wie, czy idea rozpoczęta w 1930 roku w Genewie nie przeżyłaby dłużej gdyby nie Wielki Kryzys Ekonomiczny? Z pewnością rozwój tych pomysłów znów zahamowała wojna. Prawdziwą eksplozję międzynarodowych rozgrywek mogliśmy więc ujrzeć dopiero po roku 1945.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

2

@FcPortoFan1999 Jest takie powiedzenie u "nas": No cóż Gienia, świat się zmienia!

12

Hattrick ,,Zibiego”:
28 czerwca 1982 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie w drugiej fazie(grupowej) na mundialu rozgrywanym w Hiszpanii. To był najsłynniejszy występ Zbigniewa Bońka w reprezentacji Polski. Starcie w drugiej rundzie z Belgią (3:0) to już legenda polskiej piłki. Trzy gole, jeden ładniejszy od drugiego, strzelił Boniek, potwierdzając że jest jednym z najlepszych piłkarzy świata. Po jednym z trafień ostentacyjnie wygrażał w kierunku trybuny prasowej, pokazując krytykantom, co o nich myśli. Kapitalnie na prawym skrzydle szarżował w tym meczu Grzegorz Lato, który rozgrywał setny mecz w reprezentacji. Wielką formę prezentowali też Kupcewicz, Buncol, Matysik, Smolarek i Młynarczyk.
Polska: Józef Młynarczyk – Marek Dziuba, Władysław Żmuda, Paweł Janas, Stefan Majewski, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Janusz Kupcewicz (82. Włodzimierz Ciołek), Andrzej Buncol, Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

9

Retusz herbu FC Barcelony:
28 czerwca 2002 r. Claret Serrahima zaprezentował nowy herb Dumy Katalonii. W stosunku do poprzedniego projektu z 1975 r. usunięto kropki pomiędzy literami ,,F.C.B.” i zmniejszono z trzech do jednego liczbe ,,ząbków” po lewej i prawej stronie herbu oraz u podstawy. Nieco wcześniejsze zmiany z 1974 r. dotyczyły zmiany nazwy klubu z hiszpańskiej na katalońską(z C.F.B. na F.B.C.). Pierwszy herb klubu przypominał obowiązujący obecnie herb miasta Barcelony otoczony dodatkowo liśćmi laurowymi z nietoperzem siedzącym na koronie.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

12

Rezerwy pokazały kto tam rządzi!
28 czerwca 1998 r. FC Barcelona B pokonała Real Madryt B i awansowała do Segunda Division. Mecz odbył się na Santiago Bernabeu przed 30-tysięczną widownią. Kluczowa dla losów spotkania była czerwona kartka dla Rodriego w 54 minucie. Później Blaugrana strzeliła 2 gole i kontrolowała przebieg spotkania. Prezydent Królewskich Lorenzo Sanz stracił w końcówce panowanie nad sobą, opuszczając trybunę honorową przed końcem spotkania i zwymyślał cieszącego się Luisa Van Gaala mówiąc do niego: ,,Idź pyskować w swoim domu”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Duma Katalonii triumfuje w Pucharze Hiszpanii:
28 czerwca 1997 r. FC Barcelona pokonała Real Betis Sevilla 3:2 w finale Copa del Rey. Barça zdobyła trzecie trofeum w sezonie pod wodzą angielskiego trenera Bobby'ego Robsona po emocjonującym zwycięstwie w dogrywce nad Realem Betis w finale Copa del Rey rozgrywanym na Estadio Santiago Bernabéu w Madrycie. Po pokonaniu Realu Madryt, Atlético Madryt w legendarnym remisie w ćwierćfinale i Las Palmas w półfinale, Barça zmierzyła się w finale z ekipą Betisu, która zajęła czwarte miejsce w lidze i była trenowana przez przyszłego trenera Blaugrany Llorença Serrę Ferrera. Mając już w planach Superpuchar Hiszpanii i Puchar Zdobywców Pucharów, drużyna Robsona chciała zdobyć hat-tricka w sezonie 1996/97. Betis znakomicie rozpoczął finał z napastnikiem Alfonso, który później dołączył do Blaugrany i zapewnił jej prowadzenie już po 11 minutach. Blaugranes odrobili straty tuż przed przerwą po golu Luisa Figo i do przerwy było 1:1. W drugiej połowie wydawało się, że Barça dominuje, ale to Andaluzyjczycy objęli prowadzenie, gdy nigeryjski napastnik Finidi George podwyższył na 2:1 na zaledwie osiem minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Blaugranes nie poddali się i zaledwie trzy minuty później ponownie wyrównali. Dośrodkowanie Pepa Guardioli wykorzystał argentyński napastnik Juan Antonio Pizzi, bohater ćwierćfinałowego meczu z Atlético, co doprowadziło kibiców FC Barcelony do szaleństwa i dogrywki. Przez dodatkowe pół godziny słaniali się ze zmęczenia ale Luis Figo zdołał zebrać resztki sił i zapewnić Blaugranie prowadzenie 3:2, po tym jak przechwycił piłkę po obronie przez Amunike, którą bramkarz Betisu, Pedro Jaro, obronił. Blaugranes przetrwali przez pozostałe pięć minut meczu i sięgnęli po 23. tytuł Copa del Rey, dorównując ówczesnemu rekordowi Athletic Club i przypieczętowując trzy trofea Bobby'emu Robsonowi w jego jedynym sezonie jako trenera FC Barcelony.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?