2

@Lionel_Messi10 Znam doskonale ten klimat i uwielbiam go. Miałem kiedyś dekoder cyfrowego polsatu i jakaś włoska telewizja transmitowała właśnie Argentyńską Primera Division, zwłaszcza mojej ulubionej Boca Juniors, czy też Copa Libertadores. Domyślałem sie że oglądasz pierwszą Primera, no ale chyba Primery B nie ogladasz? Czy jednak się myle?

10

Wolnoamerykanka na Estadio Santiago Bernabeu:

5 maja 1984 r. FC Barcelona przegrała w finale Copa del Rey 0:1 z Athletic Bilbao. Tego dnia doszło do bodaj największej bijatyki w historii piłki nożnej. Jednym z antybohaterów był Diego Maradona, który w następstwie swojej brutalności musiał opuścić Barcelonę. To nie był udany występ Maradony, który nie dość, że znów był faulowany przez rywali, to na dodatek musiał nasłuchać się ksenofobicznych i rasistowskich obelg ze strony baskijskich kibiców. Barça przegrała 0:1, a po końcowym gwizdku Argentyńczyk nie wytrzymał. Najpierw stanął oko w oko z rezerwowym rywali Miguelem Angelem Solą, a gdy ten zaczął go wyzywać, został zdzielony ciosem głową w twarz. Następnie Maradona uderzył jeszcze łokciem innego piłkarza Athleticu, a kolejnego powalił na murawę kopniakiem w głowę. Na odpowiedź Basków nie trzeba było długo czekać. Sygnał do odwetu dał Goikoetxea, który kopnął Argentyńczyka w klatkę piersiową. Awantura rozgorzała na dobre, emocjom dali się całkiem ponieść także kibice, którzy zaczęli rzucać różnymi rzeczami w piłkarzy, trenerów i fotografów. Mniejsze lub większe obrażenia odniosło 60 uczestników zamieszek. Przypominam iż nieco ponad pół roku wcześniej Andoni Goikoetxea złamał nogę Diego Maradonie wejściem wślizgiem obiema wyprostowanymi nogami. Chyba nikogo nie muszę uświadamiać jakimi rzeźnikami są Baskowie? Prowokatorami zresztą też...





@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj

2

@Rust_Cohle Wątpie by ktoś z użytkowników na tej stronie śledził Primere B, a co dopiero był jej ekspertem. Podejrzewam iż nawet wśród polskich dziennikarzy sportowych nie ma takiego eksperta od Club Atletico San Telmo...

1

@Rust_Cohle A kto niby ogląda transmisje Primera B Metropolitana? Jaka niby telewizja to transmituje? Ja nawet nie znam piłkarzy z Primera Division, oprócz Boca oczywiście, a co dopiero Primera B?

8

Kalendarium FCB:

5 maja 1957 r. w meczu towarzyskim z SV Saarbrücken zadebiutował i strzelił jednego z goli w barwach Blaugrany znakomity brazylijski snajper Evaristo de Macedo. FC Barcelona wygrała to spotkanie 4:1.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

23

Mamy to! Ma to Neapol, ma to wymarzone scudetto! Bravissimo! Zasłużyli na to po stokroć! Czekałem na to 33 lata! tak jak czekałem na triumf ,,Albicelestes"!


E Viva la Napoli!


Ach, gdyby tak żył jeszcze Boski Diego, gdyby tylko mógł doczekać tej cudownej, niepowtarzalnej chwili po tylu latach…


Być teraz w Neapolu... radość niebotyczna!


Zobaczyć Neapol i... można umrzeć!



1

Napoli, Napoli, Napoli! Forza Napoli, Napoli, Napoli!
Forza po wytęsknione od 33 lat scudetto!

0

@colossus A niby jaka tu panuje praktyka? Nikt nie kopiuje z internetu? Tylko ja?

6

@FCBparasiempre
Arsene Wenger na ławce, a na boisku między innymi Dennis Bergkamp, Thierry Henry, Ashley Cole czy Patrick Vieira. Chyba każdemu, kto kocha piękno futbolu, trochę żal, że Arsenal z takimi personami nie sięgnął po żadne trofeum na międzynarodowej arenie. Do dziś zatem ostatnim triumfem Kanonierów na Starym Kontynencie jest Puchar Zdobywców Pucharów zdobyty w 1994 roku. Przypomnijmy ten wielki sukces ekipy z Highbury. Pierwsza połowa lat 90-tych to dla Kanonierów czas całkiem udany. Klubowa gablota wzbogaciła się wtedy o jedno trofeum przyznawane za mistrzostwo Anglii, Puchar Ligi Angielskiej, Puchar Anglii, Tarczę Dobroczynności, a także Puchar Zdobywców Pucharów (PZP). A mogło być jeszcze lepiej, bo przecież Arsenal w sezonie 1994/95 dotarł jeszcze do raz finału PZP, w którym jednak przegrał w dramatycznych okolicznościach z Realem Saragossa. Nieźle jak na pięcioletni okres. Ostatni jak dotąd europejski puchar zdobiący klubową gablotę ściśle wiąże się z osobą charyzmatycznego George’a Grahama, który najpierw jako piłkarz, a potem jako menedżer poświęcił Arsenalowi 15 lat swojego życia. Pełniąc obie te role, Spacerowicz (z ang. The Stroller) – bo taki przydomek nosił ze względu na sposób poruszania się po boisku – przyczynił się do zdobycia przez Kanonierów 11 pucharów. Arsenal zawdzięcza też Grahamowi całą plejadę piłkarzy, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii klubu. To on na starcie swojej pracy z Kanonierami odważnie postawił na Tony’ego Adamsa, Davida Hilliera, Kevina Campbella czy Davida Rocastle’a. Mądrze wprowadzał do drużyny kreatywnych Paula Mersona i Raya Parloura. Pod jego skrzydłami z młodych obiecujących na znakomitych defensorów wyrośli Lee Dixon, Steve Bould i Nigel Winterburn. Miał nosa, sprowadzając na Highbury Davida Seamana, Andy’ego Linighana, Alana Smitha i Iana Wrighta. Nie pomylił się, oferując kontrakty Szwedowi Andersowi Limparowi czy Duńczykowi Johnowi Jensenowi. Popełnił natomiast błąd, gdy tuż po tym jak objął stery Arsenalu, sprzedał do Aston Villi obrońcę Martina Keowna. W 1993 postanowił jednak naprawić swoją pomyłkę i odkupił „Wysypkę” (z ang. The Rash – „ksywka” Keowna; nazywano go tak, ponieważ napastnicy na boisku nie mogli się go pozbyć). Z wielu wymienionych tu piłkarzy korzystał później z sukcesami Arsene Wenger. Jeśli wzięlibyśmy pod uwagę jedynie Premier League, sezon 1992/93 był dla Arsenalu dość słaby. Ekipa Grahama uplasowała się dopiero na 10. miejscu w tabeli, dając się wyprzedzić chociażby Norwich City, Queens Park Rangers czy Sheffield Wednesday. Znakomicie Kanonierzy spisali się natomiast w Pucharze Ligi Angielskiej i Pucharze Anglii. Wygrali te trofea, pokonując w decydujących starciach na Wembley tego samego rywala – Sheffield Wednesday. Najpierw Arsenal wygrali z The Owls w meczu o Puchar Ligi. Potem przyszedł czas na ostatnich 6 ligowych kolejek. Podopieczni Grahama wygrali w nich tylko raz (3:0 z Crystal Palace), przegrywając po drodze właśnie m. in. z Wednesday. Na zakończenie sezonu pozostał im tylko pojedynek z ekipą z Sheffield o FA Cup. Jednak mecz, który odbył się 15 maja 1993 roku na Wembley, nie wskazał zwycięzcy. Padł w nim remis 1:1. Zgodnie z tradycją tych rozgrywek zarządzono więc powtórkę. Doszło do niej na tym samym obiekcie 5 dni później. Miała ona bardzo zacięty przebieg. Ostatecznie Arsenal zwyciężył 2:1 po dogrywce. W ten oto sposób, sięgając po Puchar Anglii, Kanonierzy zyskali prawo gry w kolejnej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. Londyńczycy jako ekipa z silnej Premier League nie musiała przebijać się przez kwalifikacje PZP. Rywalizację w tych rozgrywkach zaczęli więc od 1 rundy. Na początek musieli pokonać duńskie Odense (w składzie m. in. Thomas Helveg), które w eliminacjach ledwo poradziło sobie ze słoweńskim Publikum Celje. The Gunners przybyli do Odense, miasta, w którym urodził się Hans Christian Andersen, dzień przed meczem. Graham, jak to miał w zwyczaju, zorganizował dla swoich chłopców krótki trening na murawie Odense Stadion. – George i ja czuliśmy, że prosty trening przed meczem da drużynie apetyt na mecz – opowiadał Stewart Houston, asystent George’a Grahama. Duńczycy, choć faworytami w starciu z Anglikami z pewnością nie byli, sprawili utytułowanemu rywalowi sporo kłopotów. Już w drugiej minucie mieli rzut karny, ale Jens Thurup fatalnie spudłował. Odense wyszło na prowadzenie po upływie nieco ponad kwadransa. Pomógł im Martin Keown, który niefortunnie odbił wstrzeloną w pole karne piłkę i tym samym zmylił Seamana. Potem jednak sprawy w swoje ręce (a właściwie nogi) wzięli Wright oraz Merson, toteż Arsenal wyjechał z Półwyspu Jutlandzkiego ze zwycięstwem 1 do 2. W rewanżu oba zespoły strzeliły po jednej bramce, a to oznaczało, że Kanonierzy zameldowali się w kolejnym etapie, gdzie czekał już na nich belgijski Standard Liège. Standard występy w Pucharze Zdobywców Pucharów 1993-94 rozpoczął od meczu u siebie z Cardiff City. Przed spotkaniem około 100 fanów z Wysp zostało aresztowanych po starciu z fanami Liège. Był to pierwszy od ponad 8 lat incydent z udziałem fanów z Wielkiej Brytanii w kraju Flamandów i Walonów. Poprzedni miał miejsce na stadionie Heysel, podczas którego zginęło 39 osób, a 600 zostało rannych. Na boisku Standard nie pozostawił Cardiff najmniejszych szans. Pierwszy mecz zakończył się zwycięstwem belgijskiej drużyny 5:2. Z kolei w rewanżu na Ninian Park goście z Beneluksu zwyciężyli 3:1. Wydawać by się mogło, że Standard, mający w składzie Marka Wilmotsa, André Cruza czy Jacky’ego Munarona, może sprawić także Arsenalowi sporo kłopotów. Nic z tego. Ekipa z Highbury wprost rozniosła Les Rouches. U siebie wygrała 3:0, a na wyjeździe aż 7:0. Taką efektowną kanonadą zawodnicy George’a Grahama zakończyli 1993 rok w europejskich pucharach. Kolejnego przeciwnika w ramach PZP mieli bowiem podjąć dopiero w marcu 1994 roku.

W międzyczasie jednak Kanonierzy musieli rywalizować na trzech innych frontach. W Pucharze Ligi, Pucharze Anglii i Premier League. W ostatnim dniu listopada okazało się, że Arsenal nie obroni tego pierwszego trofeum, ponieważ w czwartej rundzie uległ na własnym boisku Aston Villi 0:1. Z kolei 9 lutego 1994 roku Kanonierzy zaprzepaścili szansę na obronę Pucharu Anglii, ponieważ na Highbury przegrali po dogrywce 1:3 z Boltonem. Jedną z bramek dla Kłusaków zdobył wówczas James McAteer, późniejszy zawodnik Liverpoolu, Blackburn i Sunderlandu. W lidze Arsenal spisywał się nieco lepiej niż w poprzednim sezonie, ale o mistrzostwie nie mogło być mowy. Podopieczni George’a Grahama mocno rozczarowali w październiku, notując z rzędu cztery remisy po 0:0. Co prawda, 1994 rok w lidze zaczęli od pewnego zwycięstwa 3:0 z Wimbledonem, ale potem znów zaczęły się remisy. W pięciu kolejnych spotkaniach dzielili się punktami z rywalami (2 razy po 0:0 i 3 razy po 1:1). Na zakończenie lutego mieli już 19 „oczek” straty do pewnie prowadzącego Manchesteru United. W takiej sytuacji rozgrywki o Puchar Zdobywców Pucharów były ostatnią szansą, by sezon 1993/94 ekipa z Highbury zwieńczyła jakimkolwiek trofeum. Na drodze Kanonierów w europejskiej kampanii stanęło Torino Calcio prowadzone przez Emiliano Mondonico. W pierwszej połowie lat 90-tych I Granata mieli świetną drużynę. W sezonie 1991/92 zajęli 3. miejsce w Serie A i dotarli do finału Pucharu UEFA, gdzie tylko dzięki lepszej różnicy bramek zdobytych na wyjeździe lepszy od nich okazał się Ajax. A rok później turyńczycy zdobyli Puchar Włoch. Co ciekawe, w tamtym czasie włodarze Torino mogli się pochwalić, że żaden inny klub nie zdołał sprzedać piłkarza drożej niż oni. W 1992 roku wytransferowali Gianluigiego Lentiniego do Milanu za rekordową równowartość 13 milionów funtów! Dopiero 4 lata później Lentini stracił tytuł najdroższego zawodnika świata na rzecz Brazylijczyka Ronaldo. Pierwszy mecz na Delle Alpi był bardzo zacięty. Wright i jego koledzy nie zdołali sforsować włoskiego catenaccio zaserwowanego przez Torino. Sami jednak też nie dali sobie wbić gola. O awansie miał więc zadecydować pojedynek w Londynie. 15 marca 1994 roku na trybuny Highbury przybyło ponad 34 678 osób. A pośród fanów oglądających widowisko ze słynnej Clock End (trybuny pod zegarem), znalazł się… miliarder z Arabii Saudyjskiej Osama Bin Laden, który nieco ponad 7 lat później stanie się najbardziej poszukiwanym człowiekiem na świecie. Podobno Szejk – tak nazywano Bin Ladena – w młodości grywał w piłkę, a potem stał się fanem Iana Wrighta. Według angielskiej prasy kupił jednemu ze swoich synów koszulkę z nazwiskiem tego słynnego napastnika. Tego wieczoru Szejk nie zobaczył gola Iana Wrighta. A tym jedynym, który znalazł sposób na Giovanniego Galliego, był Tony Adams. Legendarny defensor znakomicie zachował się przy dośrodkowaniu z rzutu wolnego i wpakował piłkę do siatki, dając Arsenalowi półfinał. Dwa tygodnie po wyeliminowaniu Torino Kanonierzy udali się do Paryża na mecz z PSG. Jeszcze niewspierany przez petrodolary klub ze stolicy Francji w tym czasie walczył o drugie w swojej wówczas zaledwie 24-letniej historii mistrzostwo Francji. Ekipa z Parc des Princes coraz śmielej rozpychała się też na europejskich salonach. Rok wcześniej dobiła do półfinału Pucharu UEFA, wyrzucając z tych rozgrywek Real Madryt. Zresztą los skojarzył paryżan z Królewskimi również w ćwierćfinale PZP 1993-94. I ponownie górą byli Francuzi. ,,Les Parisiens” mieli bardzo konkretne argumenty, by liczyć na wyeliminowanie Arsenalu. Szczególnie okazale prezentowała się ofensywa, którą tworzyli dwaj reprezentanci Brazylii Raí i Valdo, Francuz David Ginola oraz Liberyjczyk George Weah. Natomiast dostępu do bramki mieli bronić m.in. Bernard Lama, Ricardo Gomes i Alain Roche. Dowodził nimi Portugalczyk Artur Jorge. W dwumeczu z Arsenalem paryżanie cierpieli. Choć mieli ogromną przewagę pod względem umiejętności technicznych, u siebie tylko zremisowali z nieustępliwymi i świetnie przygotowanymi fizycznie oraz taktycznie Anglikami 1:1. Na Highbury było jeszcze gorzej – szybko stracili gola (trafienie Kevina Campbella), a potem nie umieli znaleźć sposobu na defensywę The Gunners. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 dla zawodników Grahama. Radość z awansu do finału zmąciła jednak żółta kartka, którą w drugim spotkaniu z PSG otrzymał Ian Wright. Napastnik rodem z Woolwich sfaulował Alaina Roche’a, a duński arbiter Peter Mikkelsen musiał wyciągnąć z kieszeni kartonik. Wiele innych tego typu kar nie obeszło zbytnio Wrighta, ale akurat ta oznaczała, że nie zagra w wielkim finale. ,,Upadłem na kolana, zakryłem twarz rękoma i modliłem się, żeby to nie była prawda ale w głębi serca wiedziałem. Po prostu mnie to uderzyło, poczułem, jak zbierają się łzy. Powiedziałem do siebie: „Nie łam się, weź to!”. To tylko pogorszyło sprawę. Mój żołądek ścisnął się, w gardle poczułem gulę. Pozwoliłem płynąć łzom”- wspominał tę dramatyczną chwilę Ian Wright w swojej nieautoryzowanej biografii „The Wright Stuff”

Gdy drużyny Arsenalu i PSG wychodziły na murawę Highbury, ponad 1000 kilometrów na południowy wschód do Londynu, kończył się rewanżowy meczu drugiego półfinału, w którym trafiły na siebie AC Parma i Benfika. Włosi na własnym stadionie zwyciężyli Portugalczyków 1:0 po bramce Roberto Néstora Sensiniego i trafili do wielkiego finału (w pierwszym spotkaniu w Lizbonie Benfica wygrała 2:1, więc o awansie zdecydował gol strzelony przez Parmę na wyjeździe). Il Gialloblu po przejściu Benfiki stanęli przed szansą na trzecie europejskie trofeum w przeciągu dwunastu miesięcy. Rok wcześniej sięgnęli po Puchar Zdobywców Pucharów, pokonując belgijski Royal Antwerp, a potem w dwumeczu o Superpuchar Europy okazali się lepsi od wielkiego Milanu. Siłą rzeczy Włosi musieli być uważani za faworytów pojedynku z Arsenalem. Arsenal europejską kampanię 1993-94 rozpoczął w Danii. I to właśnie w tym kraju miał ją zakończyć, ponieważ gospodarzem finału była Kopenhaga. Starcie o puchar zaplanowano na środę, 4 maja 1994 roku. Trzy dni wcześniej sportowy świat pogrążył się żałobie. W niedzielne popołudnie na włoskim torze Imola trzykrotny mistrz świata Formuły 1 Ayrton Senna uległ fatalnemu wypadkowi. Rozpoczęła się walka o życie Brazylijczyka. Niestety, o 18:40 włoskiego czasu kierowca zmarł. Śmierć Senny przyćmiła piłkarskie święto w Kopenhadze. – Bardzo żywe wspomnienie z pierwszych godzin naszego pobytu w Kopenhadze dotyczy nagrania z wypadku, do jakiego doszło podczas Gran Prix. Oglądaliśmy je w hotelu, w lokalnej telewizji. Komentarz nie był po angielsku, więc dopiero po chwili do nas dotarło, jak fatalne były konsekwencje tego zdarzenia – wspomina Mike Francis, fan Arsenalu, publicysta i założyciel czasopisma o Arsenalu „The Gooner”. Dla fanów Arsenalu mecz z Parmą był wielkim wydarzeniem. Ponad 20 tys. kibiców Kanonierów przybyło do Kopenhagi, by wesprzeć swoich ulubieńców. Na spotkanie czekali, pijąc m. in. Faxe, słynne duńskie piwo i żałując, że nie zobaczą Johna „Faxe” Jensena w środowy wieczór na boisku. Duński pomocnik Arsenalu był bowiem kontuzjowany. Na liście nieobecnych, obok wykartkowanego Wrighta oraz Jensena, znajdowali się także Keown oraz Hillier. Graham musiał mieć zatem spory ból głowy, by uzupełnić powstałe po nich luki. Szczęście w nieszczęściu, że nie musiał zmieniać bramkarza – David Seaman, mimo trzech złamanych żeber, był gotowy do gry. Takich problemów nie miał natomiast Nevio Scala, szkoleniowiec Parmy. Supergroźny tercet ofensywny Thomas Brolin, Gianfranco Zola i Faustino Asprilla był w gotowości. O 20:15 czeski arbiter Václav Krondl dał sygnał do pierwszego kopnięcia piłki w meczu finałowym. Zdecydowanie lepiej zaczęli Włosi. To mógł być mecz Brolina, ale Szweda dwukrotnie w znakomitych sytuacjach zawiodła celność. Nie zabrakło natomiast precyzji w 20. minucie Alanowi Smithowi. Anglik przypadkowo przejął piłkę przed polem karnym i huknął tuż przy słupku. Kanonierzy wyszli na prowadzenie. ,,To było dość spektakularne jak na moje standardy” – bez ogródek podsumował potem swojego gola Alan Smith. Stracony gol nie podłamał graczy Parmy. Stwarzali sobie kolejne okazje, ale bramka Arsenalu była jak zaczarowana. A Kanonierzy wykonywali tytaniczną pracę w defensywie. Dixon, Bould, Adams i Winterburn, a za nimi David Seaman stworzyli tego wieczoru w Kopenhadze mur nie do przejścia nawet dla tak znakomitych techników jak Brolin, Zola i Asprilla. Gol Smitha wystarczył – Arsenal sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów. Z Grahamem u steru Arsenal nie grał tak pięknie, jak za czasów Arsene’a Wengera. Szkot nie miał zresztą pod swoimi skrzydłami takich specjalistów od efektownej gry jak Francuz. The Stroller doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego zespół nie może iść na wymianę ciosów z PSG czy Parmą. Kluczem do sukcesu była defensywa, która w drodze po Puchar Zdobywców Pucharów w 8 spotkaniach straciła zaledwie 3 gole (z czego 2 strzeliło im Odense). Minimalistyczny styl gry Arsenalu pod wodzą Grahama znalazł swoje odzwierciedlenie w przyśpiewce „One-nil to the Arsenal” (1:0 dla Arsenalu). Kwintesencją „one-nil to the Arsenal” był wieczór w Kopenhadze. Pięć kolejnych bitew decydujących bezpośrednio o triumfie w europejskich pucharach Arsenal przegrał. W lutym 1995 roku Kanonierzy nie zdołali sięgnąć po Superpuchar Europy, bo lepszy od nich okazał się Milan. W maju tego samego roku w dramatycznych okolicznościach przegrali mecz o Puchar Zdobywców Pucharów z Saragossą. Nie mieli też szczęścia w 2000 roku, gdy w finale Pucharu UEFA ulegli po rzutach karnych Galatasaray. 6 lat później mogli wygrać Ligę Mistrzów, lecz trofeum to ostatecznie przypadło Barcelonie. Wreszcie w sezonie 2018-19 dotarli do decydującej batalii o Ligę Europy. Jednak tym razem za silna dla ,,The Gunners” okazała się Chelsea.

5

Kiedy ,,Kanonierzy” zdobyli ostatni europejski puchar i jak tego dokonali? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@AssisMoreira

8

Wybitne legendy futbolu:
4 maja 1925 r. urodził się węgierski obrońca Jenő Buzánszky. W wielkim stylu przyczynił się do największych sukcesów węgierskiej piłki nożnej w XX wieku - do zdobycia olimpijskiego złota w 1952 r. w Helsinkach, do wielkiego zwycięstwa nad Wielka Brytanią w 1953 r. w Londynie i do zdobycia wicemistrzostwa na mistrzostwach świata w Szwajcarii w 1954 r. Wystąpił w 274 meczach ligowych, 48 razy był reprezentantem kraju. Po zakończeniu kariery był trenerem wielu zespołów, ale nigdy nie przyjął propozycji zza granicy. W 1996 r. został wiceprezesem Węgierskiej Federacji Piłkarskiej (odpowiednik polskiego PZPN-u). Należał do najpopularniejszych węgierskich sportowców XX wieku. W 2011 r. otrzymał tytuł „Sportowca Narodu", a dwa miesiące przed śmiercią wybrano go na członka Związku Nieśmiertelnych Sportowców Węgierskich.

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

9

@FCBparasiempre
4 maja 1943 r. urodził się Georgi Asparuchow, znakomity bułgarski napastnik. Posłuchajcie jego tragicznej historii. Beżowa Alfa Romeo mknęła krętą, górską drogą. Licznik wskazywał aż 140 km/h, ale prowadzący nie był kierowcą wybitnym. Jego głowę zaprzątało wiele myśli, w tym feralne zawieszenie. Być może dlatego nie zatrzymał się przed znakiem STOP i wpadł wprost na cysternę. Powietrze przeszyła eksplozja. Chwilę później samochód o charakterystycznym numerze rejestracyjnym CA 9999 spłonął doszczętnie. Tak zginął Georgi Asparuchow, bułgarski książę, pierwszy wielki piłkarz z tego kraju. Jego historię można zacząć od słów trenera Lewskiego Sofia: “Nie ma niczego, czego moglibyśmy go nauczyć. Ten chłopiec urodził się piłkarzem”. “Gundi” miał wtedy ledwie 16 lat i oprócz smykałki do piłki miał także talent do siatkówki. Swoją przygodę z profesjonalną piłką rozpoczął w Lewskim w 1960 roku, kiedy to jako 17-letni chłopak zadebiutował w meczu przeciwko Botewowi Płowdiw występując na pozycji… obrońcy. Klub jego pierwszego rywala będzie znaczącym przystankiem w dalszej karierze Asparuchowa. Pomimo swojej łagodnej natury, udało mu się wywołać konflikt na linii sekcja piłkarska – sekcja siatkarska. Nikt nie jest w stanie w pełni profesjonalnie łączyć tych dwóch odmiennych dyscyplin sportowych, więc logiczne jest, że każdy z trenerów chciał namówić ten wielki talent do pozostania w swojej sekcji. Na szczęście dla piłki nożnej wybrał właśnie ją, a nauczyciel siatkówki, szczerze rozgoryczony, twierdził, że jego dyscyplina straciła wielki talent. Z powodu powołania do wojska musiał opuścić swojego ukochanego Lewskiego i Sofię, w której do tej pory spędził całe życie, na rzecz jednostki w Płowdiw. Jako że władze umożliwiły mu uprawianie sportu, został przydzielony do gry w barwach żółto-czarnego Botewu. Przyjście utalentowanego piłkarza stało się zbawienne dla klubu, który swoje jedyne mistrzostwo kraju wywalczył całe dziesięciolecia przed tymi wydarzeniami (1929) i skutkowało zdobyciem Pucharu Bułgarii (1962) oraz wicemistrzostwem sezon później. Georgi już jako napastnik regularnie trafiał do siatki rywali. Dzięki świetnej grze w zespole blisko związanym z wojskiem, Asparuchow został powołany do reprezentacji swojego kraju na mistrzostwa świata, które odbywały się w Chile. Zagrał tam w dwóch grupowych spotkaniach przeciwko Węgrom (Ci zdemolowali bułgarskie „Lwy” 6:1, a gola dla Bułgarów zdobył bohater tekstu) oraz Anglii (0:0). W pierwszym starciu przegranym z Argentyną nie wystąpił. Z jednym punktem na koncie i bilansem bramek 1:7, Georgi wraz z kolegami przedwcześnie musieli udać się do domu, a cały turniej wygrała fenomenalna Brazylia z Garrinchą i Pele w składzie. Po odbyciu służby wojskowej wrócił do domu i rozpoczął drogę ku historii i uwielbieniu. Strzelając gola za golem w klubie oraz reprezentacji, w końcu stanął oko w oko z “Czarną Panterą” z Portugalii w ramach eliminacji drugiego turnieju o mistrzostwo Europy. I to zapewne po tych trzech meczach barażowych, w których zdobył w sumie 3 gole, w sercu Eusebio zaczęła się rodzić sympatia do “Gundiego”. Asparuchow strzałem z 85 minuty decydującego starcia dał awans swojej drużynie narodowej do kolejnej rundy eliminacji. Georgi Asparuchow czarował. Był typem boiskowego dżentelmena oraz artysty. Wszyscy obrońcy znali jego zwody, jednak mało kto potrafił im się przeciwstawić. Niejednokrotnie uciekali się więc do bardzo brutalnych zagrań, dzięki którym przez całą swoją karierę miał problemy z kontuzjami. Rok 1965 był niezwykle szczęśliwy i ważny w życiu “Gundiego”. W premierowych pięciu meczach sezonu zdobył aż dziewięć bramek i przyczynił się do objęcia fotela lidera przez Lewskiego, którego piłkarze “Niebieskich” nie oddali już do końca, i mogli cieszyć się z pierwszego od dwunastu lat mistrzostwa. Nasz bohater ustanowił nowy rekord klubowy, zdobywając w całej kampanii aż 27 goli. Został także wybrany najlepszym piłkarzem Bułgarii, a w decydującym starciu o awans do mistrzostw świata w Anglii, strzelił zwycięską bramkę. Wszystko to przyczyniło się do nominacji w plebiscycie na “Złotą Piłkę”. W końcowym rozrachunku zajął w nim ósmą pozycję ex aequo z legendarnym Sandro Mazzolą oraz graczem Torpedo Moskwa – Walerijem Woroninem. Środowisko doceniało go, o czym może świadczyć fakt, że wyprzedził w tejże klasyfikacji m.in Ferenca Puskasa, Denisa Lawa, Lwa Jaszyna czy Franza Beckenbauera. To właśnie w tym roku Eusebio w pełni docenił klasę Georgiego: „Pragnąłem grać obok Asparuchowa. W meczu pomiędzy Benficą i Lewskim podbił Lizbonę. Nikt wcześniej nie zdobył dwóch goli na naszym stadionie”. Wielka legenda oczywiście przesadzała, jednak cytat ten idealnie ukazuje jaką miłością darzył Bułgara. Prawdą jednak jest, że “Gundi” niemal w pojedynkę “napędził stracha” dumnym Portugalczykom w trakcie rozgrywek o Puchar Europy. Próbowali oni nawet ściągnąć go do swojego zespołu, jednak komunistyczne władze Bułgarii nie wyrażały zgody na wyjazd piłkarza poza granice kraju. Podczas mistrzostw globu w roku 1966, po raz kolejny był jedynym strzelcem bramki dla swojego zespołu, a sztuki tej dokonał znów w przegranym spotkaniu z Węgrami (1:3). Kiepski występ drużyny narodowej na tym turnieju, nie przeszkadzał światu w uwielbianiu go. Przed meczem Pucharu Zdobywców Pucharów w Mediolanie, działacze włoskiego klubu proponowali mu 500.000 dolarów za sam podpis na kontrakcie, pomoc w ucieczce z kraju oraz zarobki na poziomie największych gwiazd światowej piłki. Dumny Georgi Asparuchow odmówił jednak AC Milanowi słowami, które wdarły się do świadomości kibiców piłkarskich jako potwierdzenie nadzwyczajnej miłości oraz poświęcenia: ,,Istnieje taki kraj – Bułgaria. W tym kraju jest taki klub – Lewski, może o nim nie słyszeliście? W tym klubie się urodziłem i w tym klubie umrę! W mediach dosyć często można trafić na stwierdzenie, że jest on także strzelcem pierwszego gola w historii bułgarskiego futbolu na Wembley, jednak jest ono błędne. Dwanaście lat wcześniej uprzedziło go trzech rodaków, którzy w meczu kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich zremisowali z “Synami Albionu” 3:3. Nie ujmujmy jednak znaczenia tej bramce, która pozwoliła lwom z Bułgarii zremisować na legendarnym stadionie 1:1. W barwach Lewskiego Sofia zdobył w sumie trzy mistrzostwa Bułgarii oraz tyle samo pucharów kraju. Przez całą karierę uzbierał grubo ponad 200 bramek, był jednym z tych zawodników, którego obecność na boisku była inspirująca dla kolegów z zespołu, a on sam zawsze poświęcał się dla dobra ogółu. Między innymi dlatego na swoje ostatnie mistrzostwa w roku 1970 pojechał z kontuzją. Na turnieju w Meksyku był cieniem samego siebie, a Bułgaria po raz kolejny nie wyszła, tym razem ze stosunkowo łatwej grupy. Oprócz remisu z Maroko zanotowała też porażki z Peru i RFN. Ostatni Mundial w życiu okazał się niewypałem. 28 czerwca 1971 roku Lewski rozgrywał spotkanie ostatniej kolejki ligowej z CSKA Sofia, do którego tracił dwa punkty w tabeli. Jako, że w ówczesnych czasach za zwycięstwo przyznawane były właśnie dwa “oczka”, “Niebiescy” musieli pokonać swojego rywala różnicą 10 bramek, by odebrać im prymat w kraju. Oczywiście nie było to zbyt prawdopodobne. Młodemu obrońcy “Czerwonych”, Płamenowi Jankowowi nakazano indywidualne krycie gwiazdy reprezentacji i wyłączenie go z gry za wszelką cenę. Młodziak widocznie zbyt dosłownie potraktował słowa szkoleniowca , zachowując się w stosunku do “Gundiego” niezwykle agresywnie. Georgi, który ten mecz, zresztą jak cały sezon rozgrywał w specjalnych ortopedycznych butach w końcu nie wytrzymał. Wziął odwet na swoim przeciwniku, a sędzia do tej pory obojętny na agresywną grę, pokazał obu zawodnikom czerwone kartki. Komisja ligi dorzuciła mu jeszcze trzy mecze zawieszenia. Lewski wygrał to spotkanie 1:0 i nieco popsuł mistrzowską fetę lokalnemu rywalowi, jednak kilka dni później nikt o tym nie pamiętał. Między innymi z powodu tego zawieszenia zgodził się rozegrać towarzyski mecz pokazowy w górskiej miejscowości Witinia. Wziął ze sobą serdecznego kolegę z zespołu Nikola Kotkova i wsiadł do tego cholernego samochodu.

7

0

@mekston A no w Lidze Europy to wiadomo że czwartek jest przeznaczony ale Serie A? Jakoś mi nie pasuje...

6

@FCBparasiempre
4 maja 1935 r. urodził się Jose Francisco Sanfilippo, napastnik. „W historii piłki nożnej było trzech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Maradona i Messi, ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie brakowało.

Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami: -Dlaczego mi to zrobiłeś? -Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę. Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał się przez La Platę do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali.

Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”. Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych, a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię bohatera pierwszego odcinka serii Zapomniane Legendy. A jeśli już się ją pozna, nie sposób o niej zapomnieć.


6

Wyjątkowe i wspaniałe legendy futbolu(tylko w odpowiedzi na komentarz):

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

0

@KlonaZepan No generalnie tak, masz racje. Tylko mi jakoś ten czwartek tak nie pasuje do takiego klubu jak Napoli...

0

@adi7adi8 W ciągu całego dnia jest przecież mnóstwo czasu i nie ma potrzeby rozgrywać wszystkich meczów o jednej godzinie...

0

Słuchajcie a dlaczego akurat dzisiaj Empoli gra z Bologna a przedewszystkim Udinese z SSC Napoli? skoro wczoraj była główna kolejka?

6

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

4 maja 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Birmingham City FC 4:1 w finałowym dwumeczu(pierwszy mecz rozegrano 29 marca) Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: Eulogio Martinez, Zoltan Czibor(2) oraz Luis Coll. To był drugi z rzędu wywalczony Puchar Miast Targowych.



@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

7

Pamiętamy!

Feliz cumpleaños panie Francescu! Fabregas kończy dzisiaj 36 lat. Cesc odchodził z Barçy w 2003 r. jako 16-latek i najlepszy z ówczesnej generacji jej wychowanków. W drużynie rocznika 1987 był gwiazdą numer jeden i to Messi krążył wówczas wokół niego a nie na odwrót. Władze klubu nie zaproponowały jednak jemu na czas odpowiedniego kontraktu i jego rodzice dali się namówić na wyjazd z synem do Arsenalu. Notabene to właśnie ta nauczka oraz odejście w podobnych okolicznościach Pique do Manchesteru United sprawiły iż odpowiednio zajęto się Messim. Powrotny transfer Cesca z Arsenalu do Barcelony przypominał klasyczną telenowele. Ciągnął się aż przez dwa letnie okna transferowe. W 2010 r. wydawało się że wszystko zmierza w dobrym kierunku ale ostatecznie kluby nie osiągnęły porozumienia w sprawach finansowych. Podobnie było rok później, Barça dawała 25 milionów euro, Arsenal chciał więcej bo Real Madryt, do którego oczywiście piłkarz nie zamierzał się przenosić, oferował za gwiazde nawet 50 milionów. Decydująca była rozmowa, którą Fabregas odbył z Wengerem. Według relacji piłkarza obaj mieli łzy w oczach. Francuz zrozumiał w końcu że musi się zgodzić na odejście ukochanego dziecka bo niestety jest ono tylko adoptowane a teraz chcą je z powrotem jego naturalni rodzice i ku nim wyrywa się jego serce. Gdy powiedział sakramentalne ,,tak”, szefowie Kanonierów dali zielone światło i Fabregas wrócił do Barcelony kupiony za 34 miliony funtów. Guardiola upierał się na Cesca gdyż doskonale go pamiętał z zespołów juniorskich Barçy. Z kolei dla Fabregasa Guardiola był idolem. Pewnego razu Pep ofiarował chłopcu swoją koszulke z numerem 4 i napisał na niej: ,,Kiedyś ty będziesz tutaj numerem 4”. Dziś z perspektywy czasu można gorzko zauważyć iż żaden z nich nie wiedział że owa dedykacja nabierze całkiem niespodziewanego sensu, gdy obaj zaczną współpracować. Otóż u Pepa i jego następców Fabregas stał się czwartym pomocnikiem Blaugrany.

Niestety, ta formacja liczyła w zespole zawsze tylko trzech piłkarzy. Cesc grał w Barcelonie przez 3 sezony, lecz nigdy nie wyszedł poza status ekskluzywnego rezerwowego. Co prawda bardzo często grał w wyjściowym składzie ale kiedy wszyscy byli zdrowi i trzeba było ustalić jedenastke na ważny mecz w sztandarowej taktyce 4:3:3, zawsze wybiegali w nim jako ofensywni pomocnicy Xavi oraz Iniesta, zaś Fabregas albo siadał na ławce, albo był ustawiany w ataku. Tragizm jego położenia polegał na tym że będąc trzecim najlepszym playmakerem na świecie, grał w tym samym zespole, co dwaj wybitniejsi od niego. Zrozumiałe iż taka sytuacja wpędzała go w frustacje. Starał się ją w sobie tłumić, trenerzy i koledzy przekonywali go że jest ważnym członkiem drużyny, jednak fakt pozostawał faktem. Wybitny piłkarz musi zawsze w podstawowej jedenastce w kluczowych meczach, inaczej zawsze będzie nieszczęśliwy i nie ma na to żadnego lekarstwa. Zdołowany, przygnębiony a przy tym przez wszystkich prawdziwie ceniony i lubiany kolega siłą rzeczy psuje atmosferę w szatni bo nigdy nie cieszy się sukcesami tak samo jak inni. Wobec tego na usta ciśnie się fundamentalne pytanie: czy jest czystym przypadkiem że w trakcie trzech sezonów spędzonych przez Fabregasa na Camp Nou Barça ani razu nie wygrała Ligi mistrzów, natomiast uczyniła to zarówno rok przed jego przybyciem, jak i rok po jego odejściu? Ponoć gdzie kucharek sześć……


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

10

Bramkarz, który zamienił żelazo w wiatr:

Eduardo Chillida Juantegui był golkiperem Realu Sociedad. Wysoki, szczupły, obdarzony niezwykłą techniką parowania strzałów, wpadł w oko łowcom talentów z FC Barcelony i Realu Madryt. Znawcy twierdzili że chłopak mógł objąć schede po Zamorze. Lecz przeznaczenie miało wobec niego inne plany. W 1943 r. napastnik drużyny przeciwnej, nie przypadkiem noszący nazwisko Sañudo(Brutalny), uszkodził mu łękotkę w kolanie i wszystko inne co było w nim do uszkodzenia. Po pięciu operacjach Chillida pożegnał się z futbolem i zajął się rzeźbiarstwem. Dzięki temu narodził się jeden z największych artystów XX wieku. Chillida pracował z ciężkimi materiałami grzęznącymi w ziemi ale jego potężne dłonie wyrzucały w góre żelazo i beton, które w locie odkrywają inne wymiary i przestrzenie. Wcześniej, kiedy był bramkarzem, te same sztuki wyczyniał ze swoim ciałem.


@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

12

Zapomniane i niedoceniane legendy futbolu:

3 maja 1925 r. urodził się Robert Jonquet, francuski obrońca. Dzięki doskonałemu występowi przeciwko Anglii w 1951 roku zyskał przydomek „Bohater z Highbury”. Przez niemal całą swoją karierę reprezentował barwy Stade de Reims (502 mecze i dziewięć goli), nic więc dziwnego, że jeszcze za życia jego imieniem nazwano jedną z trybun na stadionie tej drużyny. Razem z Reims sięgnął po pięć tytułów mistrzowskich i wystąpił w dwóch finałach Pucharu Mistrzów. Jonquet świetnie radził sobie również w reprezentacji Francji (58 meczów). Do legendy przeszedł jego występ w półfinałowym spotkaniu mistrzostw świata w Szwecji, kiedy ze złamaną nogą stawiał czoła Brazylijczykom. Zmiany, ze względów regulaminowych, nie mogły być wówczas przeprowadzane, dlatego też Trójkolorowi ostatecznie polegli 2:5. Większość obserwatorów była jednak zgodna, że Francuzi wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna kontuzja Jonqueta.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

0

@Joe_Pesci No własnie coś tak czułem, chyba że pojawi się za kilka miesięcy?

0

Mam pytanie do kibiców, zwłaszcza kibiców Argentyny. W jakich miastach(najlepiej na wschód od Wisły) mógłbym kupić w sklepie stacjonarnym oryginalną koszulke reprezentacji Argentyny(najlepiej z ubiegłorocznego Mundialu)?

8

@FCBparasiempre
3 maja 1947 r. urodził się Lesław Ćmikiewicz. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał jako trzynastolatek w Lotniku Wrocław ale po pięciu latach przeniósł się do Śląska Wrocław. Występował w nim w latach 1965-1970. W sumie rozegrał z nim 76 meczów i strzelił cztery gole. Był bardzo wszechstronnym zawodnikiem. Początkowo grał jako obrońca, ale później został przesunięty do linii pomocy. Najwyższy poziom piłkarski osiągnął w latach gry w Legii Warszawa, do której trafił w wieku 23 lat, i spędził dziewięć kolejnych. Co ciekawe, jego transfer nie był związany z powołaniem do wojska, jak miało to miejsce w wielu innych przypadkach tamtych lat. Ćmikiewicz był cywilem i nigdy nie został zawodowym żołnierzem. To z Legią świętował największe sukcesy klubowe. Dwukrotnie stawał na podium mistrzostw Polski (srebro w 1971 r. i brąz w 1972 r,), dwa razy zdobył też Puchar Polski (w latach 1973 i 1980). Po mistrzostwach świata w 1974 r. kusił go Górnik Zabrze, który oferował lukratywne jak na tamte czasy warunki. Ćmikiewicz nie zdecydował się jednak na zmianę klubu i pozostał w stolicy. Czuł się tam dobrze, a i koledzy darzyli go dużą sympatią. W 1971 r. Ćmikiewicz dotarł z Legią do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie zagrał w dwumeczu przeciw Atletico Madryt ze słynnym Luisem Aragonesem. Warszawski zespół stoczył zacięty bój, ale odpadł po porażce 0:1 na wyjeździe i… zwycięstwie w rewanżu na swoim stadionie 2:1. Ćmikiewicz jako defensywny pomocnik grał w tym okresie w środku pola obok Kazimierza Deyny, a ich współpraca układała się znakomicie. W Legii Ćmikiewicz pełnił też funkcję kapitana drużyny, a odszedł z niej jesienią 1979 r. po niemal dekadzie gry. Następnie występował w amerykańskich klubach New York Arrow(1980) i Chicago Horizon(1980-1981). Łącznie w latach 1965-1979 w Ekstraklasie rozegrał dla Śląska Wrocław i Legii Warszawa 306 meczów, strzelając 18 goli. Lesław Ćmikiewicz może pochwalić się bardzo dużym dorobkiem w reprezentacji Polski. W latach 1970/1979 rozegrał w niej 57 meczów, a w 2014 r. został włączony do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Lata występów Ćmikiewicza w reprezentacji pokryły się z okresem gry w Legii Warszawa. W koszulce z białym orłem na piersi zadebiutował za kadencji Ryszarda Koncewicza w 1970 r., choć akurat wtedy był jeszcze piłkarzem Śląska Wrocław. Zagrał w przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Węgrami w Budapeszcie. Najwyższą formę prezentował w czasach, gdy kadrę przejął legendarny szkoleniowiec Kazimierz Górski. W 1972 r. Ćmikiewicz pojechał na igrzyska olimpijskie do Monachium i zagrał w sześciu meczach, włącznie z finałem z Węgrami, zakończonym wygraną Polaków 2:1 i zdobyciem złotego medalu olimpijskiego. Jak się później okazało, ten spektakularny sukces stał się tylko preludium do kolejnych wyczynów Biało-Czerwonych. Ćmikiewicz miał wtedy 25 lat, a już imponował wszechstronnością – mógł występować zarówno jako obrońca, jak i defensywny pomocnik. W 1973 r. Ćmikiewicz był ważną postacią drużyny, która wywalczyła awans na mistrzostwa świata w RFN. W rewanżowym meczu z Walią w Chorzowie Polska wygrała 3:0 po golach Roberta Gadochy, Grzegorza Laty i Jana Domarskiego, ale to Ćmikiewicz był cichym bohaterem tego spotkania. Jako defensywny pomocnik zostawił na boisku dużo zdrowia i wykonał kawał „czarnej roboty”. W ocenie Kazimierza Górskiego był człowiekiem od zadań specjalnych, świetnie asekurował kolegów z linii obrony. Jego zadania były mało widowiskowe, ale bardzo doceniane przez trenerów. Umiał skutecznie przerywać akcje rywala i przetrzymać piłkę, dając kolegom czas na ustawienie szyków obronnych. Ćmikiewicza rozegrał też w pełnym wymiarze czasowym oba mecze z Anglią – zarówno ten zwycięski z Chorzowa (2:0), jak i owiany sławą mecz na Wembley (1:1), gdzie wspomógł obrońców w walce z licznymi atakami Brytyjczyków. Następnie pomocnik Legii uczestniczył w finałach mistrzostw świata w RFN, gdzie drużyna Kazimierza Górskiego wywalczyła trzecie miejsce. Na mundialu zaczynał spotkania na ławce rezerwowych, ale trener aż sześć razy zdecydował się wpuścić go na boisko jako zmiennika. W tym okresie większe uznanie w oczach Górskiego miał Zygmunt Maszczyk. Dwa lata później Ćmikiewicz do kolekcji medalowej dołożył kolejny krążek – za wicemistrzostwo olimpijskie w Montrealu, gdzie rozegrał trzy mecze. Ostatni raz w reprezentacji Polski wystąpił w 1980 r. w spotkaniu eliminacji mistrzostw Europy z NRD, przegranym 1:2. W 1981 r. Ćmikiewicz rozpoczął karierę trenerską, którą zakończył 25 lat później. Zaczynał jako asystent trenera Legii Warszawa Kazimierza Górskiego, a później prowadził m.in. takie kluby jak Motor Lublin, Stal Rzeszów, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin czy Gwardię Warszawa. Pełnił też rolę asystenta trenera w Amice Wronki oraz Cracovii. Jest jedynym zawodnikiem z drużyny „Orłów Górskiego”, który miał okazję poprowadzić reprezentację Polski. W latach 1989-1993 pełnił rolę asystenta selekcjonera Andrzeja Strejlaua a po jego dymisji samodzielnie poprowadził naszą drużynę narodową w trzech spotkaniach. Jego następcą został Henryk Apostel. W latach 1999-2001 Ćmikiewicz był selekcjonerem reprezentacji Polski U-21. W 2001 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2011 r. Złotą Odznaką Polskiego Związku Piłki Nożnej.

6

Wybitne legendy polskiego futbolu:

Jedyny piłkarz w polskiej historii, który wystąpił w dwóch finałach igrzysk. Przez pełne 90 minut. Zygmunt Maszczyk zawsze był w cieniu najjaśniejszych polskich gwiazd. 51 lat temu, 10 września, zdobył pierwszy polski złoty medal olimpijski w piłce nożnej. Zygmunt Maszczyk urodził się 3 maja 1945 roku w Siemianowicach Śląskich. W piłkę zaczął grać w szkole podstawowej. Został zauważony przez trenerów lokalnej Siemianowiczanki. Występował w klubie od 10. do 17. roku życia. W 1960 roku mistrzem Polski został Ruch Chorzów. W następnych latach nie wiodło mu się najlepiej. Zaczęto poszukiwania nowych piłkarzy. Trzy lata później sprowadzono na ulicę Cichą Maszczyka. „W drużynie niebieskich zaczynał w ataku, u boku Eugeniusza Fabera. Szybko jednak znalazł miejsce w drugiej linii, choć często grywał też jako obrońca, a podczas ligowego meczu z Górnikiem przez całe trzy minuty stał w bramce, zastępując kontuzjowanego bramkarza. Zawsze jednak walczył przez 90 minut o każdy metr boiska, dzięki temu zaś pełnym blaskiem mogły świecić gwiazdy Bronisława Buli w Ruchu czy Kazimierza Deyny w reprezentacji” czytamy o nim w monografii klubu z Chorzowa, autorstwa Andrzeja Gowarzewskiego i Joachima Waloszka. W Ruchu grał przez czternaście lat. W barwach klubu z ulicy Cichej strzelił 41 goli w ponad 300 występach. Zdobył trzy mistrzostwa i jeden Puchar Polski. Jego postawa na boisku nie uszła uwadze trenera Tysiąclecia Kazimierza Górskiego. ,,Gdy pierwszy raz spotkałem go na zgrupowaniu, nie miałem wątpliwości, że trafiłem na piłkarza dużego formatu, choć inni byli na pierwszym planie” - mówił Jerzy Kraska w wywiadzie Antoniego Bugajskiego w Przeglądzie Sportowym.

Maszczyk został powołany na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku. Polska reprezentacja pojechała do Niemiec po naukę. Wywalczyliśmy najlepszy wynik w historii. Tak się zaczął złoty okres w polskiej piłce nożnej. W fazie grupowej wygraliśmy wszystkie trzy mecze. Drugą fazę rozpoczęliśmy od remisu z Danią 1:1. Pokonaliśmy ZSRR oraz Maroko. 10 września 1972 roku, 48 lat temu odbył się historyczny finał z Węgrami. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:1. W drugiej swoim talentem błysnął Kazimierz Deyna, strzelając dwie bramki w 47. i 66. minucie. Przy drugim golu bardzo duży udział miał Maszczyk. Zacentrował w pole karne. Lubański lekko zbił piłkę głową do Deyny, a ten wykończył całą akcję. Mecz zakończył się zwycięstwem 2:1. Zdobyliśmy jedyny złoty medal olimpijski dla Polski w piłki nożnej. W 1976 roku pojechaliśmy już jako faworyt na igrzyska do Montrealu. W eliminacjach zremisowaliśmy jeden mecz z Kubą. Resztę wygraliśmy. W finale zmierzyliśmy się z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Bramkarz Jan Tomaszewski na początku meczu popełnił dwa kardynalne błędy. Nasz przeciwnik już po 14 minutach prowadził 0:2. W 59. minucie kontaktowego gola zdobył Grzegorz Lato. Niestety, NRD w 84. podwyższyło na 1:3. Tak zakończył się mecz. Wywalczyliśmy srebrny medal. Na obu olimpiadach wystąpiło tylko 7 piłkarzy. Są oni jedynymi sportowcami posiadającymi medale złote i srebrne w sportach zespołowych, w całej historii występów Polaków na igrzyskach. Tylko jeden z nich, Zygmunt Maszczyk, zagrał w obu tych finałach przez pełne 90 minut. Kazimierz Deyna w meczu finałowym z Węgrami, w Monachium, zszedł w 77. minucie. W Montrealu zagrał cały mecz. Jerzy Gorgoń i Lesław Ćmikiewicz rozegrali całe spotkanie z Węgrami. Nie pojawili się na boisku w finale igrzysk w Ameryce Północnej. Antoni Szymanowski, Kazimierz Kmiecik oraz Grzegorz Lato wystąpili tylko w meczu z NRD w Kanadzie. Pomiędzy obu tymi olimpiadami Zygmunt Maszczyk wystąpił w polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Niemczech. W meczu o trzecie miejsce z Brazylią także grał przez 90 minut. We wszystkich meczach na obu igrzyskach oraz na mundialu opuścił tylko jeden mecz w grupie w 1972 roku z NRD.


@kamyk_23
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

7

Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:

3 maja 1961 r. Barça po raz pierwszy w historii awansowała do finału Pucharu Mistrzów. Stało się to dzięki zwycięstwu w trzecim, dodatkowym spotkaniu z HSV Hamburg. Po zwycięskich dwumeczach z Koninklijke Lierse, Realem Madryt oraz Hradec Kralove na drodze do finału w Bernie stanęli mistrzowie Niemiec. Blaugrana wygrała w pierwszym spotkaniu u siebie 1:0 po golu Evaristo ale w rewanżu przegrywała 0:2 i dopiero trafienie Sandora Kocsisa w ostatniej minucie doprowadziło do wyrównania stanu rywalizacji. W tamtych czasach nie obowiązywała zasada iż gole na wyjeździe liczą się podwójnie. O awansie miał rozstrzygnąć dodatkowy pojedynek na Brukselskim Heysel(brak rozstrzygnięcia mógł skutkować rzutem monetą). Jednak Duma Katalonii wygrała 1:0 po golu Evaristo i awansowała do finału, w którym przegrała niestety ze słynną Benficą 2:3.


@Monix10
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

10

Blaugrana w Copa del Rey:

3 maja 1925 r. FC Barcelona pokonała w Saragossie Atletico Madryt 2:1 w ramach półfinału Pucharu Króla. To był trzeci dodatkowy mecz, który wyłonił finaliste Copa del Rey. Barça miała troche szczęścia ponieważ w pierwszym meczu wygrała tylko 3:2 a w rewanżu przegrała 2:1, jednak wówczas nie brano pod uwagę goli strzelonych na wyjeździe i w efekcie doszło do trzeciego starcia. Gole dla Blaugrany strzelili Arnau oraz Sagi Barba.


@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?