2

No to z pewnością będzie ostatnia niedziela dla Busqueta i Alby a dla kogo jeszcze? To się okaże. Najważniejsze aby dzisiaj nie narobić kolejnego wstydu, jak to miało miejsce na Estadio Jose Zorrilla. To w żaden sposób nie przystoi mistrzowi przegrywać na własnym stadionie, nie mając już innych meczów na arenie międzypaństwowej...

6

Legendy hiszpańskiego futbolu:

Agustín Gaínza urodził się 22 maja 1922 roku w Basauri(Kraj Basków). Gaínza całą swoją karierę grał w Athletic Club de Bilbao, do którego dołączył w sezonie 1939-1940. Wraz z Iriondo, Venancio, Zarrą i Panizo stworzył jedną z najbardziej legendarnych formacji w hiszpańskim futbolu. Jeden z najlepszych lewoskrzydłowych w historii hiszpańskiego futbolu. W sezonie 46/47 w meczu pucharowym zdobył 8(!) goli przeciwko Celcie. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie (1943 i 1956) oraz siedem pucharów Hiszpanii(1943, 1944, 1945, 1950, 1955, 1956 i 1958). W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 33 mecze i strzelił 10 goli. Brał udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. Agustín Gaínza zmarł 6 stycznia 1995 roku w Basauri.



@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Mixtape
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974

0

@FcPortoFan1999 Dokładnie!

1

@FcPortoFan1999 W latach 20-tych to jeszcze nie mieliśmy silnej reprezentacji i od Węgrów dostawaliśmy porządne wciry! Dopiero w latach 30-tych, zwłaszcza pod koniec mogliśmy wygrywać właściwie z każdymi...

1

@Pawlak1992 Zdecydowanie Kylian Mbappe. Idealnie pasowałby do La Liga. Natomiast Haaland w La Liga to byłby taki słoń w składzie porcelany.

10

Szanowni sympatycy futbolu, dziś mija dokładnie 101 lat od pierwszego gola i pierwszego zwycięstwa reprezentacji Polski w historii jej występów. 28 maja 1922 r. Polska pokonuje Szwecję w Sztokholmie 1:2. "W 27. minucie Leon Sperling kończy bieg centrą. Einar Hemming nie atakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki, był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął" - w ten sposób w "Przeglądzie Sportowym" opisano historyczne trafienie dla Biało-Czerwonych. Meczem ze Szwedami Klotz kończył swoją krótką reprezentacyjną karierę- to był jego zaledwie drugi mecz z orzełkiem na piersi, jednak ilu piłkarzy oddałoby dziesiątki meczów za to jedno, historyczne trafienie. Piłkarzowi nieistniejącej już Jutrzenki Kraków nie zadrżała noga i pewnym strzałem pokonał Fritiofa Rudena. Na nieco ponad kwadrans przed końcem towarzyskiej potyczki drugą bramkę dołożył Józef Garbień z Pogoni Lwów i premierowa wygrana Biało-Czerwonych stała się faktem.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

9

Niezapomniany triumf w Lidze Mistrzów:

28 maja 2011 roku FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Ponownie wyższość Blaugrany musiał uznać Manchester United. To był jeszcze lepszy występ Barçy niż w Rzymie dwa lata wcześniej. Duma Katalonii wyszła na prowadzenie po golu Pedro a wyrównujące trafienie Rooneya było jedynym celnym strzałem Manchesteru w całym meczu. W drugiej połowie ,,Czerwone Diabły” zostały zepchnięte na własną połowe w efekcie czego gole Messiego oraz Vili przesądziły o wygranej drużyny Pepa Guardioli. Po meczu Puyol przekazał opaskę kapitańską Abidalowi i Francuz, który dwa miesiące wcześniej przeszedł operacje usunięcia guza wątroby, wzniósł puchar jako pierwszy. Na konferencji prasowej z klasą zachował się sir Alex Ferguson, który stwierdził iż FC Barcelona to najlepszy zespół, z jakim kiedykolwiek się mierzył i zasłużenie zdobyła to trofeum. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdés - Dani Alves (88, Carles Puyol), Gerard Piqué, Javier Mascherano, Éric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta - Pedro (90, Ibrahim Afellay), Lionel Messi - David Villa (86, Seydou Keïta)

Manchester United: Edwin van der Sar - Fábio (69, Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77, Paul Scholes), Ryan Giggs, Wayne Rooney, Park Ji-sung - Javier Hernández.

Spójrzmy raz jeszcze:




@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

9

Po raz pierwszy z ojcami futbolu:

28 maja 1910 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z profesjonalnym zespołem z Wysp Brytyjskich. Spotkanie rozgrywane było na boisku przy Placa d'Armes a przeciwnikiem był słynny walijski Cardiff Corinthians AFC. Tamten mecz był zarazem pierwszą wizytą zawodowej drużyny brytyjskiej w mieście. Barça wygrała ten mecz 4:1 po golach braci Comamala i jednym Perisa. Z uwagi na rozmiary placu do gry otoczonego polami, bez żadnego ogrodzenia, które wyznaczałoby jego granice, Blaugrana jako gospodarz spotkania przygotowała aż 7 piłek żeby nie zatrzymywać gry w razie gdyby jedna z nich wyleciała poza teren boiska. Na Plaça d’Armes już wcześniej odbywały się inne rozgrywki piłkarskie, międzyinnymi mecze dwóch pierwszych edycji turnieju o Medal Federacji, znanego także jako Medal Ratusza. W pierwszej edycji oprócz Blaugrany udział wzięło 8 innych drużyn z Barcelony: FC Catala, Irish FC, Iberia FC, FC Internacional , Catalonia FC, Club Espanyol oraz Club Universitari i Hispania Athletic Club, które wycofały się z turnieju jeszcze przed jego zakończeniem. Triumfatorem została Barça, która uzyskała o 10 punktów więcej niż drugi najwyżej sklasyfikowany zespół, jej wielki rywal w tamtym okresie, czyli FC Catala. Niedługo potem, biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy klubu z jakimi borykała się Barça, zarząd postanowił przenieść działalność klubową na teren przy ulicy Muntaner.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

@Azi Ligi Mistrzów? Co ty pleciesz?

0

@P33ck Jaki znowuż film?

0

O! Karim Benzema nie gra? Czyżby odpuścił pogoń za Robertem Lewandowskim w klasyfikacji Rafaela Aranzadiego?

4

@FCBparasiempre
Pamiętacie piłkarza, który w 1991 roku zatrzymał Legię w PEZP? Warszawianie grali wówczas w półfinale, a ich marzenia niemal w pojedynkę pogrzebał lewoskrzydłowy Manchesteru United, Lee Sharpe. Mówiono, że będzie on wielką gwiazdą brytyjskiego futbolu, a okazało się, że zrobił podobną jak Wojciech Kowalczyk, który w tym meczu stał po przeciwnej stronie barykady. Co się stało z Sharpem? Historia Sharpe’a jest doskonałym przykładem, jak łatwo można roztrwonić talent. Lee był diamentem, który został odnaleziony przez emerytowanego skauta „Czerwonych Diabłów” w Torquay. Po krótkiej obserwacji szybko zaalarmował on asystenta menedżera, Archiego Knoxa, który przyjechał, zobaczył i już nie chciał wyjeżdżać bez piłkarza. Oczywiście dopiął swego. Dzień po meczu, który obejrzał, spotkał się z Sharpem i porozumiał się w sprawie jego przeprowadzki na Old Trafford. To był czerwiec 1988 roku, nasz bohater miał zaledwie 17 lat i stanął przed szansą zrobienia wielkiej kariery, mógł zostać gwiazdą. Tyle że taką szansę otrzymuje setki młodych chłopców, a potem świat słyszy o dwóch, może trzech z nich. Na Old Trafford niektórzy czekają na debiut latami, a i tak się nie doczekują. Sharpe nie czekał, pierwszy występ w koszulce „Czerwonych Diabłów” zanotował 21 września 1988 roku. Mecz z Newcastle był co prawda potyczką towarzyską, choć stawką był prestiżowy puchar Mercantile Centenary Credit Trophy, zorganizowany na cześć setnej rocznicy Football League. „Czerwone diabły” wygrały to spotkanie 2:0. Trzy dni później Lee zagrał w meczu przeciwko ekipie West Hamu, który zakończył się identycznym wynikiem. Nasz dzisiejszy bohater miał prawo nazywać się pełnoprawnym ligowcem już w wieku 17 lat, bo do końca sezonu wystąpił w 22 spotkaniach. Wygryzł ze składu Jespera Olsena, który wyraźnie nie spełniał oczekiwań. Kto się spodziewał, że jego talent eksploduje tak szybko? Tak się to zaczęło. A później? Później były już błyskotliwe dryblingi, perfekcyjne dośrodkowania i efektowne bramki. Polskim kibicom dał się poznać w meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Lewoskrzydłowy grał pierwsze skrzypce w spotkaniu w Warszawie, gdzie United wygrało 3:1, oraz strzelił gola w meczu na Old Trafford, które zakończyło się remisem 1:1. Manchester United ostatecznie zwyciężył w tych rozgrywkach, pokonując w finale Barcelonę 2:1. W Anglii kibice najmilej wspominają mecz z Arsenalem, w którym Lee popisał się efektownym hat-trickiem. To był mecz Pucharu Ligi w 1990 roku, spotkanie zakończyło się wynikiem 6:2, a Sharpe dał koncert, jakiego nie powstydziliby się najlepsi piłkarze świata. A przecież miał dopiero 19 lat. Kolejne sezony mijały lekko, łatwo i przyjemnie. Lee grał w pierwszym składzie, strzelał dużo bramek, ale gdzieś w szatni czekała na niego jego klątwa. Nazywała się Ryan Giggs i miała później zapisać piękną kartę w historii United. Walijczyk szybko pokazał, że jest równie dynamiczny, ma nie gorsze dośrodkowanie od rywala do gry w pierwszym składzie i dysponuje jeszcze lepszym dryblingiem. Może i nie dałby rady wygryźć ogranego już przecież w lidze Sharpe’a, ale ten prowadził się jak gwiazda rocka. Lee był bardzo popularny, uwielbiały go fanki, które jeśli tylko chciały, mogły go spotkać w nocnym klubie. Uwielbiały go też media, bo odróżniał się od reszty piłkarzy lekkością bytu. Na trening raczej nie przychodził nieświeży, bo Alex Ferguson natychmiast wyrzuciłby go na zbity pysk, ale widocznie jego styl życia nie pozwolił mu rozwinąć wielkiego talentu, jaki bez wątpienia posiadał. Zanim odszedł z Manchesteru, coś tam grywał na prawym skrzydle, czasem był ustawiany w środku pola, ale nigdzie nie był tak dobry, jak na lewej pomocy. Odszedł więc bez żalu w 1996 roku, a jego kolejnym przystankiem było Leeds. Jego karta zawodnicza kosztowała 4,5 miliona funtów. W Leeds przyklejono mu etykietę człowiek – kontuzja. Lee zagrał parę spotkań i co chwilę doznawał jakiegoś urazu. Wypożyczano go do innych klubów, żeby mógł się odbudować, lecz przygoda z włoską Sampdorią zakończyła się totalnym fiaskiem. Lepiej mu poszło w Bradford, które było tak oczarowane jego talentem, że zdecydowało się go wykupić. Szybko się okazało, że nie było to najlepsze posunięcie ze strony klubu i Sharpe znów musiał godzić się na wypożyczenie, by w ogóle powąchać murawę.

Sharpe lubił zaskakiwać. W 2003 roku zaskoczył wszystkich, w tym chyba nawet samego siebie, decydując się na wyjazd do Islandii. Nowym miejscem pracy upadłej gwiazdy miał być Grindavik, ale przygoda z tym klubem zakończyła się po siedmiu meczach. Skoro nawet tam już był za słaby, to musiał zakończyć karierę, lecz zanim to zrobił kopnął jeszcze parę razy piłkę w amatorskim Garforth. Po zakończeniu kariery Sharpe wcale nie zniknął z pierwszych stron gazet, czy ze szklanego ekranu. Jednak z piłką miał już niewiele wspólnego. Pojawił się co prawda w ESPN jako komentator, ale nie trwało to długo. Więcej czasu poświęcił na występy w reality show. Wziął udział w programie Celebrity Wrestling, nagrywanym dla stacji ITV, potem pokazywał się w Celebrity Love Island, czymś na wzór Big Brothera. Nie zabrakło go też w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” czy w brytyjskiej operze mydlanej. Stał się celebrytą. Media już w czasie kariery piłkarskiej robiły z niego na siłę postać medialną. W drugiej połowie lat 90-tych popularne stało się określenie „Spice boys”, nazywano tak znanych i przystojnych piłkarzy, którzy błyszczeli na boisku i poza nim. Taki stereotyp wymyśliły właśnie media, zresztą trzeba przyznać, że grupa namaszczona przez media była wyjątkowo barwna, Robbie Fowler, Jamie Redknapp, Jason McAteer, Michael Owen, Jamie Carragher czy Steve McManaman i nie chodzi tu wcale o hulaszczy tryb życia, ale o sam wizerunek. Niektórzy, jak Owen, poradzili sobie z takim rodzajem popularności, Lee być może nie miał tyle szczęścia. A może miał? Trudno powiedzieć czy „Sharpey” tylko odcinał kupony od dawnej sławy, czy taki scenariusz był tym, czego od życia oczekiwał. W końcu dla niego najważniejsza zawsze była dobra zabawa. Może i utopił talent, ale zrobił to, bo tak chciał. Co tam boiskowa sława, którą trzeba osiągnąć, wylewając hektolitry potu na treningach – to nie było dla niego najważniejsze. Telewizja pozwoliła mu utrzymać sławę bez konieczności robienia czegokolwiek. Po prostu był sobą, a skoro telewidzowie chcieli go oglądać, to on z chęcią z tego korzystał. Chciał być gwiazdą i gwiazdą został, a że na nieco innej płaszczyźnie niż początkowo oczekiwał? W tym momencie Lee mógłby zapytać: who cares?

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Manchester United

1x mistrzostwo Anglii (1993, 1994, 1996)

1x Superpuchar UEFA (1992)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1991)

3x Puchar Anglii (1990, 1994, 1996)

1x Puchar Ligi Angielskiej (1992)

1x Superpuchar Anglii (1995)

Osiągnięcia indywidualne:

Odkrycie roku Premier League (1991)

Młody Zawodnik Roku PFA (1991)


6

@FCBparasiempre
27 maja 1965 r. Inter Mediolan pokonuje Benfike Lisbona 1:0 na San Siro w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. ,,Catenaccio” to włoski termin, będący na całym świecie synonimem gry obronnej. W połowie lat 60-tych Inter pokazał że z opinią murarzy futbolu można zdobywać najcenniejsze puchary. W kręgach niechętnych calcio powtarza się taką oto dykteryjke: Kiedy włoscy piłkarze wychodzą na boisko trener mówi im: Na razie jest 0:0. Grajcie tak żeby tego nie stracić. To nie jest wcale takie głupie. Już jedna z pierwszych zasad angielskiej piłki nożnej mówiła: bezpieczeństwo przede wszystkim. Wielu teoretyków futbolu jest zdania że budowa drużyny powinna się zaczynać od obrońców. Jak jednak połączyć bezpieczeństwo w obronie ze skutecznością w ataku? Pierwszy dokonał tego AC Milan pod włoskim trenerem Nereo Rocco. To on uchodzi za twórce sposobu gry, nazywanego catenaccio, co dosłownie oznacza ,,rygiel”. W roku 1963 Milan został pierwszym włoskim klubem, który zdobył Puchar Mistrzów. Na Wembley pokonał Benfike, dla której to był trzeci finał w ciągu 3 sezonów ale pierwszy przegrany. Czy można jednak zarzucić Włochom że myśleli głównie o obronie? Skoro przegrywali po pierwszej połowie 0:1, po golu Eusebio, musieli zaatakować by odrobić strate i zrobili to. Legendarny Jose Altafini strzelił 2 gole a Milan wygrał 2:1. Catenaccio nie było więc rodzajem gry, w której najcenniejsi są zawodnicy potrafiący wybijać piłke jak najdalej od swojej bramki. Wszystko miało tam sens, o czym przekonał następny zdobywca Pucharu Mistrzów- Inter Mediolan. O ile Rocco zasady catenaccio określił, to trener Interu Helenio Herrera twórczo je rozwinął. W połowie lat 60-tych większość drużyn grała już systemem 4-2-4 lub 4-3-3, dzięki którym Brazylia zdobyła dwukrotnie tytuł mistrza świata. Obrońców ustawiano tutaj w jednaj linii i łatwo ich było minąć prostopadłym podaniem. Szybcy napastnicy mieli więc pole do popisu. Herrera dokonał jednego prostego zabiegu, który zmienił na kilkanaście lat taktykę. Dwaj środkowi obrońcy, grający do tej pory obok siebie, zostali ustawieni jeden za drugim. Ten bardziej wysunięty do przodu miał za zadanie rozbijanie ataków, a ten z tyłu naprawiał jego ewentualne błędy, dlatego nazywano go wymiataczem. W Interze rolę wymiatacza spełniał Armando Picchi. Tym, który za zadanie miał rozbijać akcje, był forstoper, czyli w tym przypadku Aristide Guarneri. Natomiast określenie libero oznaczało zawodnika wolnego, czyli takiego, który nie miał obowiązku pilnowania jakiegokolwiek przeciwnika. Wymiatacz piłke odbierał i albo ja wybijał albo podawał do najbliższego partnera. Libero po odbiorze rozpoczynał akcje, przekraczając niejednokrotnie nawet połowę boiska. Wzorcem libero dla całego świata był Beckenbauer. Druga istotna cecha catenaccio to ofensywna gra bocznych obrońców. Giacinto Facchetti wywiązywał się z tej roli wyjątkowo. Wysoki, skuteczny i szybki, z pozycji lewego obrońcy strzelił dla Interu 74 gole! Stał się jego legendą, po latach powierzono mu nawet godność prezydenta klubu. Niezwykle sympatyczna postać, wielokrotny reprezentant Włoch, kapitan w meczu finałowym o mistrzostwo świata z Brazylią w roku 1970. Numer 3, z jakim grał w Interze, został w tym klubie zastrzeżony. Inter wygrywał obydwa finały Pucharu Mistrzów w niemal niezmienionym składzie. W sezonie 1963/64 nie przegrał żadnego z 8 meczów a w finale pokonał Real Madryt 3:1. Droga do finału w następnym sezonie nie była tak efektowna ale zakończyła się zwycięstwem nad Benfiką. Włosi pokonali więc dwie do niedawna najlepsze drużyny w Europie a potem zdobywali Puchar Interkontynentalny, wygrywając dwukrotnie z Independiente Buenos Aires. U źródeł sukcesów mediolańczyków leżały 3 elementy, wszystkie jednakowo ważne: catenaccio, wybitni zawodnicy i wyjątkowy trener.

Wszyscy piłkarze z linii obrony grali w reprezentacji. Ofensywny pomocnik Mazzola uważany był za jednego z najlepszych w Europie. To syn legendarnego gracza AC Torino- Valentina, który w roku 1949, wraz z całą drużyną, zginął w katastrofie lotniczej. Na lewym skrzydle grał Mario Corso, pierwszy znany zawodnik, który biegał po boisku z opuszczonymi getrami, co natychmiast małpowały tysiące młodych piłkarzy w całej Europie. Prawoskrzydłowym był znakomity Brazylijczyk Jair da Costa, zaś na środku ataku grał Hiszpan Joaquin Peiro. Jednak najlepszą opinią cieszył się inny Hiszpan, Luis Suarez. Przez 7 sezonów grał w FC Barcelonie, która w znacznym stopniu dzięki niemu wywalczyła w roku 1960 swoje pierwsze międzynarodowe trofeum a mianowicie Puchar Miast Targowych. W tym samym roku Suarezowi przyznano Złotą Piłke dla najlepszego zawodnika Europy. Trenerem Katalończyków był wówczas Helenio Herrera, który jednak natychmiast po tym sukcesie opuścił Barcelone, nie mogąc znaleźć wspólnego języka z największą gwiazdą, Ladislao Kubalą, takim samym indywidualistą jak trener. Nie zrobił by tego, gdyby nie miał zapewnionej innej pracy. Prezydentem Interu i jego właścicielem był Angelo Moratti. Ambitny biznesmen, czerpiący zyski z handlu ropą chciał mieć najlepszy klub w Europie i sprowadził Herrere do Mediolanu, płacąc mu rocznie 50 tysięcy dolarów, czyli najwyższą gażę trenerską na świecie. Wcześniej, w ciągu 5 sezonów Inter prowadziło 13 różnych trenerów. Ostatni tytuł mistrzowski przed zatrudnieniem Herrery Inter zdobył w roku 1954. Herrera zaczął prace od namówienia Suareza na przeprowadzkę, kusząc go wysoką pensją. Kusił skutecznie, Moratti zapłacił za tego piłkarza 200 tys. dolarów, bijąc światowy rekord transferu ale warto było. Powstał zespół, jakiego we Włoszech nie widziano. Drugi ze zwycięskich finałów, z Benfiką na swoim stadionie, nie zapadł w pamięć jako piękne widowisko. Toczył się w strugach deszczy i padł tylko jeden gol, strzelony przez Jaira. Jedyna niecodzienna sytuacja związana była z kontuzją bramkarza Benfiki, Costy Pereiry. Ponieważ nie można było wprowadzić rezerwowego z ławki, miejsce Costy Perery zajął środkowy obrońca Germano. Wielki, łysy, z wąsami- tak wtedy piłkarze nie wyglądali, więc Germana znała cała Europa. Był świetnym stoperem a jako bramkarz prze prawie pół godziny nie przepuścił ani jednego strzału. W drugim z kolei zwycięstwie Interu było coś z symbolu. Oto w Mediolanie zbudowano jedenastke, nie szczędząc pieniędzy, wykorzystując nowy system gry i metody trenerskie, dla jednych kontrowersyjne, dla innych normalne, bo skuteczne. Radość ze zwycięstwa była tym większa że trzon drużyny stanowili Włosi. W Serie A mogło wtedy grać tylko 2 cudzoziemców. Herrera to jeden z najlepszych ale i najbardziej ekscentrycznych trenerów. Patrząc dziś na Jose Mourinho, można z dużym prawdopodobieństwem uznać że studiował on życiorys Herrery i jego metody aby rozwinąć je w innym świecie. Być może był on nawet pierwszym trenerem, o którym mówiło się więcej niż o jego piłkarzach. Sam zresztą bardzo dbał, by było o nim głośno, podkreślał na każdym kroku że jest najlepszym trenerem świata. Dopiero na łożu śmierci zdobył się na szczerość: ,,Nawet jeśli nie byłem najlepszym trenerem planety, to robiłem wszystko aby nim zostać.”- miał podobno powiedzieć. Pięć lat po ostatnim pucharowym sukcesie Interu magia Herrery jeszcze działała. Nazywano go zresztą ,,Czarodziejem” lub ,,Magiem”. Kiedy jako trener AS Romy przyjechał do Katowic na mecz z Górnikiem Zabrze, nikt się nie zastanawiał nad składem Romy. Powszechnie uważano że skoro prowadzi ją Herrera, to już połowa sukcesu Romy. Było w tym zresztą sporo racji. Helenio Herrera uważany jest nie tylko za twórce catenaccio ale i prekursora pewnych obyczajów oraz zjawisk związanych z piłką nożną. On pierwszy nazwał kibiców Interu 12-tym zawodnikiem i zwrócił się do nich z apelem o zorganizowany doping. Wzbudził wśród nich poczucie wartości ale nie przewidział iż spotka się to z reakcją kibiców innych klubów, zapoczątkuje powstawanie grup ultras, szowinistów a w konsekwencji wojny pomiędzy kibicami. Piłkarze Interu poddani zostali systemowi kontroli a nawet, jak powiedzielibyśmy dziś- monitoringu. Kawalerowie mieszkali w klubowym ośrodku Appiano Gentile, gdzie mieli wszystko poza swobodą. ,,Czuliśmy się jak w obozie ale po zwycięstwach wiedzieliśmy że to ma sens i nikt nie protestował.”- mówił Mazzola. Wszystkim piłkarzom trener wydał zakaz picia i palenia. Musieli przestrzegać diety, o co miały dbać ich żony, zmuszone do gotowania zgodnie z instrukcjami klubowych lekarzy i dietetyków. Każdy gram nadwagi wiązał się z karą finansową a to uderzało nie tylko w piłkarza ale i budżet jego rodziny. Żonom musiało to przemawiać do wyobraźni. Helenio Herrere można uznać za prekursora wojny psychologicznej w futbolu. Wmawiał swoim graczom że są najlepsi, poniżał przeciwników, ubliżał sędziom, których obarczał winą za swoje porażki. Kłócił się ze wszystkimi, koncentrując uwagę na sobie aby piłkarze Interu mogli w spokoju przygotowywać się do meczu. Ukarał zawodnika, który w wywiadzie powiedział dziennikarzowi: ,,Jedziemy do Rzymu na mecz z Romą”. Ponieważ zdaniem trenera, powinien użyć sformułowania zwycięzcy: ,,Ruszamy na Rzym rozbić w puch Rome!”. Herrera tworzył wokół siebie aurę tajemniczości, więc nawet fakty z jego życiorysu nie są do końca pewne. Ostatnie lata swojego życia Herrera spędzał w swojej XIV-wiecznej willi w Wenecji. Zmarł na serce w roku 1997. Trumne owiniętą we flagi FC Barcelony i Interu umieszczono na gondoli, jak na lawecie. Przepłyneła w honorowej asyście gondolierów i piłkarzy przez Canal Grande na wyspę San Michele. Helenio Herrera spoczął na tamtejszym cmentarzu, obok Igora Strawińskiego i Sergiusza Diagilewa, również niezłych artystów. Na koniec jeszcze składy obydwu drużyn z tego finału:

Inter: Sarti, Burgnich, Facchetti, Bedin, Guarneri, Picchi, Jair, Mazzola, Peirò, Suarez, Corso

Benfica: Costa Pereira, Cavem, Cruz, Germano, Neto, Coluna, Josè Augusto, Torres, Eusebio, Simoes


0

No i po co ten nasz Robert Lewandowski zdradził tą Borussie? Miałby tam jak u pana Boga za piecem i nie byłoby problemu ze strzelaniem rzutów karnych.

0

Borussio. co ty robisz?

0

@MesQueUnClub96 W takim razie Vamos Borussia!

1

Kochani kibice, co się liczy w Bundeslidze w przypadku równej ilości punktów: pojedynki bezpośrednie, czy też różnica goli?

6

Wybitne legendy polskiego futbolu:

27 maja 1940 r. urodził się Hubert Kostka. Lata 60-te słynęły z barwnych pseudonimów. Jeden z nich nadany został świetnemu bramkarzowi- Hubertowi Kostce. Na poważnego, sumiennego z natury golkipera koledzy mawiali ,,Farorz”, co znaczy w gwarze śląskiej ,,proboszcz”. Rzeczywiście, wiele razy okazał się on mężem opatrznościowym Górnika Zabrze oraz reprezentacji Polski. Grę w lidze łączył ze studiami na kierunku górniczym na Politechnice Śląskiej. W dodatku należał do ścisłej czołówki żaków na swoim roku. Zresztą długo wydawało się że to właśnie raczej z inżynierią aniżeli z piłką nożną zwiąże swą przyszłość. Koledzy zaciągnęli go jednak już w czasie studiów na trening raciborskiej Unii, która szukała bramkarza do gry w 2 lidze. Kostka spodobał się trenerom a wkrótce ściągnął go do siebie wielki Górnik. Tak jak w nauce, tak i w lidze należał do najlepszych na swojej pozycji. Czołówke tworzył z Edwardem Szymkowiakiem oraz… swym kolegą klubowym- Janem Gomolą. Często w duecie byli powoływani do reprezentacji Polski. Bywało nawet tak, że jeden grał w lidze, zaś drugi w kadrze. Najważniejsze mecze w dziejach Górnika przypadły jednak w udziale Kostce. To on bronił jako jedyny polski golkiper w historii, w finale Pucharu Zdobywców Pucharów a także w całej kampanii wiodącej do decydującego starcia rozgrywek. Z zabrzanami uczestniczył również w ćwierćfinałach PZP i PEMK. Właśnie w tych ostatnich rozgrywkach w edycji 1967/68, obronił rzut karny wykonywany przez Dynamo Kijów. Żaden inny bramkarz nie miał takich osiągnięć w polskich klubach. Nikt z przedstawicieli tej pozycji nie zdołał go też przebić w liczbie mistrzostw Polski; aż 8 razy sięgnął po to trofeum w barwach Górnika oraz 6 razy zdobył Puchar Polski.

W reprezentacji Polski ,,Farorz” rozegrał w sumie 32 mecze, w których stracił 38 goli. Długie lata pełnił role rezerwowego dla Szymkowiaka. Dopiero od eliminacji ME w 1968 został pierwszym wyborem szkoleniowców. Wydawało się że utracił to miano z początkiem kadencji Kazimierza Górskiego. Trener wszech czasów wolał stawiać na początku swej kadencji na Grotyńskiego, Gomolę, Tomaszewskiego czy Szeje. Kiedy jednak przyszły decydujące mecze o wejście do Igrzysk Olimpijskich w 1972, znów miedzy słupkami biało-czerwonych pojawił się pan Hubert i tej pozycji nie oddał podczas samego turnieju. Bronił we wszystkich 7 meczach na tej imprezie, przepuszczając ledwie 5 strzałów przeciwników. ,,Nie ważne z kim gramy, najważniejsze to wygrać. Zarówno dla mnie, jak i dla kilku piłkarzy starszych już wiekiem jest to ostatnia szansa osiągnięcia wyniku na poziomie światowym. Dlatego też uczynimy wszystko aby taki wynik zdobyć. Naszym młodszym kolegom na ambicji też nie zbywa. Po prostu rzucimy wszystko na jedną karte”- uzasadniał Kostka. Efektem takiej postawy było mistrzostwo olimpijskie. Po wejściu na olimpijskie podium buńczuczność ustąpiła miejsca wzruszeniu: ,,Wspaniałym przeżyciem jest turniej olimpijski, uroczysta dekoracja, hymn narodowy dla zwycięzców. Popłakałem się na podium, chociaż nie jedno w czasie mojej kariery przeżyłem. Nawet na MŚ gratulacji nie składają tak wybitni działacze światowego sportu, jak Przewodniczący MKOL i prezes FIFA. Spotkał nas wielki zaszczyt”- relacjonował ,,Trybunie Ludu” pan Hubert. Sam w finale popisał się między innymi fenomenalną interwencją po strzale głową Antala Dunaia. W Ekstraklasie zakończył gre w 1974 r. Jego bilans na tym szczeblu rozgrywkowym zamknął się na 222 meczach. Potem jako szkoleniowiec przygotowywał bramkarzy reprezentacji przed MŚ 1974(Jan Tomaszewski przyznaje że to głównie Kostce zawdzięcza swą forme podczas tego mundialu), 1978 i 1982. Samodzielnie doprowadził zaś Szombierki Bytom oraz dwukrotnie Górnika Zabrze do mistrzostwa Polski. Trzy razy został Trenerem Roku w Polsce.



@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

2

@Sysia11 Żeteż te chalierne poruskie jutuby tylko się ostały!
No ale najważniejszy przecudowny gol Romero!
Dzięki śliczne za wideo :)

7

Czy wiemy(pamiętamy) że…

27 maja 1987 r. FC Porto z Józefem Młynarczykiem w bramce zdobyło pierwszy w historii piłkarski Puchar Europy, pokonując w finale na Praterstadion(dziś Ernst Happel Stadion) w Wiedniu Bayern Monachium 2:1, po golach Madjera w 79 m., Juary’ego w 81 m. oraz honorowym trafieniu Kögla w 24 minucie. Oto kilka zdań z korespondencji Jerzego Lechowskiego z tygodnika "Piłka nożna" rozpoczynającej się od fragmentu wywiadu z Udo Lattkiem, szkoleniowcem Bayernu. "Zatem jak będzie w Wiedniu? Ma pan nadzieję, że Bayern znowu wywalczy Puchar Mistrzów? - Mam nadzieję? Nie, ja jestem o tym przekonany!". Ten fragment wywiadu w pełni oddaje nastrój przed finałem na wiedeńskim Praterze. W telewizji już od poniedziałku w każdym programie można było usłyszeć, że zdecydowanym faworytem jest Bayern Monachium. Akcje Portugalczyków obniżała przede wszystkim nieobecność Fernando Gomesa. Kontuzja niezbyt groźna, ale całą nogę miał w gipsie. Kto więc będzie strzelał gole? Zawodnicy FC Porto wykazywali umiarkowany optymizm, natomiast Jean Marie Pfaff i Lothar Matthaeus z Bayernu podzielali opinię swego trenera. Wiele wskazywało, że skończy się zgodnie z przewidywaniami. W 25. minucie na 1:0 strzelił lewoskrzydłowy Ludwik Koegl. "Krzyczałem "Moja!", ale w tym ryku nie usłyszał tego Maghalaes i wyskoczył do piłki. Nie trafił jej czysto, gdyż była za wysoka, musnął ją głową, myląc mnie przy okazji. Piłka skozłowała przed Koeglem,a ten szczupakiem skierował ją do bramki"- opisywał Młynarczyk w swojej autobiografii "Piłeczko kochana". W przerwie meczu trener Portugalczyków, Artur Jorge, zaatakował swoich piłkarzy. Krzyczał, że za bardzo ulegli presji mediów, za bardzo wzięli sobie do serca, że nie są faworytem i po prostu boją się przeciwnika. Po zmianie stron Porto rzuciło się do natarcia. W 77. minucie padła jedna ze słynniejszych bramek tamtych czasów. Algierczyk Rabah Madjer strzelił z bliska bramkę piętą. Za chwilę na 2:1 strzelił Juary, rezerwowy Brazylijczyk. Porto dowiozło wynik do końca.

Jednym z bohaterów był Młynarczyk, choć jego gra była raczej solidna niż fantastyczna. W samej końcówce w polu karnym Polaka zrobiło się bardzo gęsto, ale nasz bramkarz tylko raz został zmuszony do największego wysiłku. "W obronie graliśmy, jak zwykle zresztą, dość prawidłowo i piłkarze Bayernu nie mieli stuprocentowych sytuacji, natomiast dość dużo wrzucali na wysokiego Hoenessa, który miał te piłki zgrywać. Jeśli chodzi o wychodzenie z bramki, to czułem się w tym meczu dość pewnie i wszystkie piłki wyłapywałem. W tym meczu najwyższe oceny powinna dostać nasza obrona" - pisał Polak. Korespondent "Piłki Nożnej" dodał od siebie, że Polak wykazał bardzo silne nerwy i bardzo umiejętnie "kradł cenne sekundy". Po spotkaniu Franz Beckenbauer przyznał, że "wygrała piłka nożna". FC Porto to czas, gdy portugalska piłka kojarzyła się z czystą techniką, zaś niemiecka z bezwzględną maszyną. Algierczyk Madjer przyznał, że dla niego był to mały rewanż za słynną "Hańbę w Gijon", czyli mecz z 1982 roku, gdy Niemcy i Austriacy umówili się na wynik i wyeliminowali Algierię z mundialu w Hiszpanii. Dziś czasy się zmieniły, Niemcy kojarzą się z techniczną, efektowną grą. Młodsi kibice byliby wyraźnie zdziwieni, gdyby przeczytali zdanie w "Piłce Nożnej": "Bawarczycy są zawodowcami, ale w ich grze jest mało technicznego kunsztu".



@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

2

@Sysia11 Wierzę ci na słowo, ponieważ nie widziałem tego gola. Gdzie go moge zobaczyć? bo na jutubie nie widze skrótu z Nową Zeladią a żadna telewizja tego nie transmitowała

5

Początki wielkiej Barçy 5 Pucharów:

27 maja 1951 r. FC Barcelona zdobywa dziewiąty w historii Puchar Generalisimo. W finałowym starciu na Estadio de Chamartin Barça pokonuje Real Sociedad San Sebastian 3:0. Gole w tym finale strzelali znakomici snajperzy: Cesar Rodriguez (31 i 67 minuta) oraz Mariano Gonzalvo(44 minuta). Ten zdobyty puchar był swoistym preludium do zdobycia przez Blaugrane 5 pucharów w roku następnym, co okazało się jednym z największych osiągnięć w historii Dumy Katalonii.


@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@DaPidejpi
@patataj

14

Cudowne lata, fantastyczna drużyna, epokowe mecze:

27 maja 2009 r. FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Wygrany 2:0 finał z Manchesterem United rozegrano na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Blaugrana przystępowała do tego finału ze sporymi osłabieniami w defensywie. Kartki wykluczyły występ Daniego Alvesa i Abidala a z powodu kontuzji nie mógł wystąpić doświadczony Rafael Marquez. Trenujący Manchester sir Alex Ferguson próbował wykorzystać te osłabienia i oparł taktykę na Cristiano Ronaldo, który rozpoczął swój występ od kilku prób uderzeń z dystansu. Duma Katalonii wydawała się być zepchnięta do defensywy, lecz w 10 minucie Iniesta zagrał piłke w pole karne do Eto’o i niezawodny jak zawsze Kameruńczyk pokonała Van der Saara. Barça przejęła wówczas kontrole nad grą i pozwoliła ,,Czerwonym Diabłom” na zaledwie dwa celne strzały w całym meczu. W 70 minucie Xavi posłał górną piłke w pole karne, do której niespodziewanie doskoczył Messi, pokonując strzałem głową holenderskiego bramkarza rywali. Warto dodać że pod nieobecność wyżej wymienionych obrońców, bardzo dobrze spisali się Yaya Toure i Sylvinho. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdes - Carles Puyol, Yaya Toure, Gerard Pique, Sylvinho - Xavi, Sergi Busquets, Andres Iniesta, Lionel Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry (72 Seydou Keita).

Manchester: Edwin van der Sar - John O'Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Ji-sung Park (66 Dimityr Berbatow), Michael Carrick, Anderson (46 Carlos Tevez), Ryan Giggs (75 Paul Scholes) - Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney.

Zobaczmy to jeszcze raz:





@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

9

Debiuty ,,naszych” legend:

Dokładnie sto lat temu(27.05.1923 r.) w meczu towarzyskim z angielskim Bishop Auckland FC, zadebiutował w barwach Blaugrany legendarny golkiper Ferenz Plattko. Barça wygrała ten mecz 5:0 a więc debiut okazał się całkiem udany.



@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

13

W pogoni za historycznym mistrzostwem:


26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na Estadio Montjuïc w 14 kolejce Primera Division i umacnia się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid i już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem jest pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii. Gole z Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz Emil Walter(47 m.).





@Monix10
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Sensible
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

8

@FCBparasiempre
Futbol na igrzyskach olimpijskich zadebiutował już w 1900 r. w Paryżu. Jednak pierwszy turniej z prawdziwego zdarzenia, w którym wzięły udział więcej niż trzy drużyny, został rozegrany w 1908 r. w Londynie. Na ziemiach polskich piłka nożna w tym czasie dopiero raczkowała. Odbywały się już co prawda mecze międzymiastowe, a wkrótce udało się zorganizować mistrzostwa Galicji. Jednak dopóki Polska pozostawała pod zaborami, o debiucie na arenie międzynarodowej mogliśmy co najwyżej pomarzyć. Sytuacja zmieniła się po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości w 1918 r. Niecały rok później utworzono w Krakowie Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich, który miał zająć się przygotowaniem występu Polaków na pierwszych, powojennych igrzyskach w Antwerpii w 1920 r. W dniach 19-20 grudnia 1919 r. w Warszawie na inauguracyjnym posiedzeniu Polskiego Związku Piłki Nożnej zebrali się delegaci 28 klubów sportowych z całego kraju. Przyjęto status związku, wybrano władze i powołano pięć okręgowych związków. Polski futbol zyskał solidne podwaliny, żeby móc zaistnieć w rywalizacji z innymi krajami. Turniej olimpijski miał rozpocząć się pod koniec sierpnia 1920 r. Czasu na przygotowania w wyniszczonym wojną kraju nie było więc zbyt wiele. W ciągu kilku miesięcy trzeba było wyłonić kadrę na igrzyska, odpowiednio ją przygotować, zebrać fundusze na opłacenie trenerów, na pokrycie kosztów podróży i pobytu w Antwerpii. Na początku 1920 r. PKIOl utworzył kilka wydziałów poszczególnych dyscyplin, które działały wspólnie z krajowymi związkami i które miały zadbać o przygotowania. Zdawano sobie sprawę, że potrzebny będzie wysoko wykwalifikowany trener, który poprowadzi piłkarską reprezentację w turnieju. Na poszukiwania odpowiedniego kandydata wysłano w tym celu do Anglii Wolfa Marguliesa. Powierzona mu misja zakończyła się jednak fiaskiem, a szkoleniem piłkarzy, którzy wiosną zbierali się w Krakowie, zajął się Amerykanin kpt. Chris Burford, członek ekipy YMCA. W krakowskich treningach brało udział około 30 sportowców. Większość z nich stanowili zawodnicy Cracovii i Wisły, uzupełnieni najlepszymi graczami lwowskich klubów – Czarnych i Pogoni, a także pojedynczymi piłkarzami z warszawskiej Polonii, poznańskiej Warty czy Łódzkiego KS. Nie można było powołać nikogo ze Śląska. Obszar ten stanowił wtedy terytorium plebiscytowe, na którym dochodziło niemal każdego dnia do zbrojnych incydentów pomiędzy bojówkami niemieckimi a rdzenną ludnością Śląska, dążącą do zjednoczenia się z resztą kraju. Zgrupowanie wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Nie miało ono stałego charakteru. Zawodnicy zjeżdżali do Krakowa na kilka dni, wspólnie trenowali, a na weekendy wracali do swoich miast, gdzie grali w macierzystych klubach. Nie było opracowanego niestety żadnego harmonogramu zajęć. Nie udało się też znaleźć żadnego atrakcyjnego kandydata do meczów sparingowych. Na początku 1920 r. ciągle gorączkowo poszukiwano środków na sfinansowanie występu na igrzyskach. Pomoc płynęła od amerykańskich kół polonijnych, spore dochody przynosiły krajowe imprezy sportowe. Wsparcie uzyskano również ze strony wojska. Zwolniono z frontu wszystkich sportowców przygotowujących się do występu na igrzyskach, pomagano w szkoleniu, a także zainterweniowano w sprawie przyznania subwencji państwowej, kiedy rząd był temu przeciwny. Fundusze nadal jednak nie były wystarczające na odpowiednie przygotowanie naszej ekipy. Ostatecznie jednak, w związku z wojną polsko-bolszewicką 12 lipca PKIOl podjął decyzję o wycofaniu się z udziału w imprezie. Kiedy 14 sierpnia król Belgii Albert I wygłaszał formułę otwarcia igrzysk, pod Warszawę podchodziły wojska marszałka Tuchaczewskiego. W działaniach wojennych wzięło udział 90% sportowców, którzy mieli rywalizować w belgijskich zawodach, wielu z nich zginęło. Decyzja o udziale piłkarskiej reprezentacji na turnieju olimpijskim w Paryżu zapadła 28 grudnia 1923 r. Wybrano też społeczny komitet, który miał pomóc piłkarskim władzom w zdobyciu pieniędzy na wyjazd do Francji. Dwa miesiące później na walnym zgromadzeniu PZPN podjęto uchwałę, w myśl której związek wyśle zawodników na zawody z własnych środków. Koszty wynoszące 3200 dolarów podzielono między okręgowe związki, które w terminie wywiązały się ze zobowiązań. W przeciwieństwie do innych związków sportowych, które musiały korzystać z pomocy PKIOl oraz z dotacji państwowych, PZPN wszystkie koszty związane z wyjazdem na igrzyska i z pobytem na miejscu pokrył we własnym zakresie. Wszystko podporządkowano zbliżającym się igrzyskom. W lutym 1924 r. podjęto decyzję o odwołaniu finałowych rozgrywek o mistrzostwo Polski. Reprezentacja otrzymała absolutny priorytet, a wszelkie próby niesubordynacji były niezwłocznie karane przez centralę. Zaangażowano także zagranicznego trenera. Wybór padł na 34-letniego Węgra – inż. Gyulę Biró. Był on wtedy jednym z symboli budapesztańskiego MTK, na swoim koncie zgromadził 36 występów w drużynie narodowej i trzy gole. Zdołał też poznać nieco język polski, kiedy przez półtora roku prowadził w Krakowie żydowski klub Makabi. Jego kontrakt, którego sumy nie ujawniono, miał obowiązywać do ostatniego dnia występu naszej reprezentacji na igrzyskach. Funkcję kapitana związkowego, do którego zadań należała m.in. selekcja zawodników, powierzono Adamowi Obrubańskiemu. Były piłkarz, a wtedy już sędzia piłkarski, który jako pierwszy Polak prowadził mecz za granicą, wybrał kadrę 38 zawodników. Wśród nich znalazło się dziewięciu graczy Cracovii (Synowiec, Kałuża, Popiel, Fryc, Gintel, Cikowski, Styczeń, Sperling i Chruściński) oraz Wisły (Wiśniewski, Kaczor, Markiewicz, Krupa, Śliwa, Adamek, Czulak, Reyman, Kowalski), pięciu z lwowskiej Pogoni (Garbień, Kuchar, Batsch, Słonecki, Olearczyk), po czterech z ŁKS (Cyl, Gabryel, Hanke, Lange) i Warty Poznań (Spoida, Staliński, Kosicki, Przybysz), po trzech z Czarnych Lwów (Müller, Gieras, Witkowski) oraz Polonii Warszawa (Stefan Loth I, Jan Loth II, Hamburger), a także jeden z łódzkiego Klubu Turystów (Kubik).



13 kwietnia została zamknięta lista zgłoszeń do turnieju olimpijskiego, a cztery dni później przeprowadzono losowanie. Polacy w pierwszej rundzie mieli zmierzyć się z drużyną Węgier. Towarzyszący przygotowaniom optymizm został w ten sposób znacząco ostudzony. Zdawano sobie sprawę, że takiego przeciwnika bardzo ciężko będzie pokonać. To właśnie Madziarzy byli naszym pierwszym w historii przeciwnikiem w meczu międzypaństwowym. W grudniu 1921 r. ponieśliśmy porażkę w Budapeszcie 0:1 mimo ambitnej walki, a w maju kolejnego roku przegraliśmy pierwszy rozgrywany u siebie mecz, tym razem 0:3.

,,Szczęście wydatnie nam nie sprzyjało. Nie dość bowiem, że nie znaleźliśmy się między wolną od gry dziewiątką, lecz natrafiliśmy jeszcze od razu na Węgrów, a więc przeciwnika, który wraz z Czechosłowacją, Belgią i Hiszpanią tworzy grupę pretendentów do pierwszego miejsca na olimpiadzie”– pisano w „Przeglądzie sportowym”. Mimo trudnego rywala nie zamierzano jednak składać broni. Trener Biró na krótkich zgrupowaniach starał się odpowiednio zgrać ze sobą zawodników i znaleźć optymalne ustawienie. 30 kwietnia odbył się w Krakowie sparing, w którym zagrały dwie drużyny złożone z wyselekcjonowanych graczy. Zespół B wygrał 3:2. Nie wystąpili jednak piłkarze z Warszawy i Łodzi, zabrakło również uznawanego za najlepszego bramkarza w kraju Emila Görlitza. 8 maja miał odbyć się drugi sprawdzian naszych reprezentantów. Rywalem miała być kadra Bratysławy, ale z powodu trudności paszportowych, musiała zrezygnować z przyjazdu. Znowu zatem grały między sobą dwie jedenastki złożone z najlepszych wtedy polskich piłkarzy. Tym razem wygrała kadra A, na której oparto trzon drużyny narodowej. Po konsultacjach z trenerem Biró, kapitan związkowy wybrał 17 piłkarzy, którzy mieli reprezentować nas w Paryżu. Byli to bramkarze Emil Görlitz (1. FC Katowice) i Mieczysław Wiśniewski (Wisła), obrońcy Wawrzyniec Cyll (ŁKS), Ludwik Gintel i Stefan Fryc (obaj Cracovia), pomocnicy Tadeusz Synowiec (Cracovia), Marian Spojda (Warta), Zdzisław Styczeń i Władysław Krupa (obaj Wisła) i napastnicy Wacław Kuchar (Pogoń), Henryk Reyman (Wisła), Wawrzyniec Staliński (Warta), Juliusz Müller (Czarni), Józef Kałuża, Leon Sperling i Jan Reyman (wszyscy Cracovia). Podobnie jak dzisiaj również i wtedy nominacje szeroko komentowała prasa. Najwięcej problemów mieliśmy z obsadzeniem środka pola. Próbowano kilku zawodników na tej pozycji, ale żaden nie był przekonujący. Najlepszy był Cikowski, ale po krytyce ze strony dziennikarzy sam zrezygnował, nie czując się na siłach: ,,Krupa z Wisły mimo dobrej techniki ma jeszcze za mało rutyny, brak mu też ruchliwości. Kuchar zaś to typowy napastnik, na tym stanowisku zdradza ducha jedynie defensywy. O mizerii środkowych pomocników w Polsce świadczy fakt, że Cikowski z Cracovii mimo znacznego spadku formy, jeszcze nie ma równego sobie. Główna wada Cikowskiego to bardzo słaba kondycja fizyczna, wymagająca koniecznego odpoczynku”– oceniał Przegląd Sportowy. Ostatnim testem przed wyjazdem do Paryża był mecz ze Szwecją w Sztokholmie. Chciano sprawdzić w ten sposób aktualną formę reprezentantów i dokonać jeszcze ewentualnych korekt. Zespół Trzech Koron potraktował spotkanie z Polakami bardzo poważnie. Po porażce u siebie 1:2 z 1922 r. mieli z nami rachunki do wyrównania. Prasa pisała, że Honor szwedzki domaga się rewanżu, a Idrottsbladet pokusił się nawet o dokładną prognozę wyniku – typowano zwycięstwo gospodarzy 4:1. Optymizm szwedzkich dziennikarzy okazał się uzasadniony. 18 maja na stadionie olimpijskim w Sztokholmie Szwedzi rozbili Polskę 5:1. Do przerwy udało się zachować minimalną stratę do rywali, a na początku drugiej odsłony odpowiedzieć bramką Batscha. Później jednak gole strzelali już tylko przeciwnicy. Naszym zawodnikom wytykano zbyt dużą ilość indywidualnych zagrań i praktycznie niekorzystanie ze skrzydłowych. Daliśmy sobie też narzucić grę górą, w której wysocy rywale mieli dużą przewagę. W ataku zabrakło Kałuży, który potrafił skutecznie kierować akcjami naszej ofensywy. Wśród przyczyn porażki dopatrywano się też faktu, że w składzie znaleźli się Ludwik Gintel i Tadeusz Synowiec, którzy grali z nie do końca wyleczonymi kontuzjami. Synowiec, który był kapitanem zespołu, równocześnie pisał dla Przeglądu Sportowego o braku wsparcia ze strony szkoleniowców: ,,Pan Obrubański ma wiele niezaprzeczonych i cennych zalet, lecz na kierownika ekipy się nie nadaje. Nie umie interesować się graczami, rozmawiać z nimi, odczuwać ich psychicznego nastroju, pożartować. Wiele krwi psuje jego tajemniczość. O składzie drużyny wcześniej dowiedzieli się Szwedzi niż nasi zawodnicy. Ponadto pan Obrubański nie ma w trenerze Biró należytego pomocnika. Pan Biró nie potrafi zainteresować i obejrzeć, co któremu graczowi dolega, nie umie masować itd. Jednym słowem drużyna mogłaby się doskonale bez niego obejść”. Warto jeszcze wspomnieć, że w meczu tym przeprowadzona została pierwsza zmiana w historii naszej reprezentacji. Kontuzjowanego na początku meczu bramkarza Wiśniowskiego, zastąpił Emil Görlitz – pierwszy Ślązak w kadrze. Dwa dni później odbył się mecz rewanżowy, który traktowano jako nieoficjalny. W tym przewaga Trzech Koron była jeszcze większa, a Polacy przegrali aż 1:7. Próbowano zrzucać winę na zbyt ostrą grę rywali i na sędziego Hakanssona, ale prawda jest taka, że drużyna zwyczajnie była słabo przygotowana. Choć na usprawiedliwienie można dodać, że Szwedzi na igrzyskach zajęli wysokie trzecie miejsce. Sztokholmskie klęski odbiły się szerokim echem w kręgach piłkarskich nad Wisłą. Wyszło na jaw niedostateczne przygotowanie naszych olimpijczyków, spowodowane zbyt krótkim okresem treningowym. Brak odpowiednich partnerów sparingowych uniemożliwił kapitanowi związkowemu i trenerowi właściwą ocenę aktualnej dyspozycji zawodników. Nie bez wpływu na naszą postawę były też kontuzje kilku graczy, na których dobrą formę liczono. Na naprawę tych błędów było już jednak za późno. Wraz ze szwedzkimi piłkarzami w środę 21 maja wyruszono do Paryża. Wreszcie w piątek po 52-godzinnej podróży z przystankami w Berlinie i Kolonii, Polacy dotarli do stolicy Francji, gdzie zameldowali się w hotelu Maison Doree. Spotkanie z Węgrami wyznaczono na poniedziałek 26 maja. Czasu na odpoczynek, ostatnie treningi, omówienie założeń taktycznych było bardzo mało. Jeszcze ze Sztokholmu Obrabiński wysłał telegram, w którym w trybie pilnym dowołał Cikowskiego, który do Paryża dojechał dopiero w sobotę.



Wreszcie nadszedł dzień debiutu na dużej międzynarodowej imprezie. Mecz zaplanowano na godzinę 17.00, na stadionie Stade Bergeyre. Sędziował Holender Johannes Mutters, a na liniach pomagali mu Belgowie Henry Cristophe i Paul Putz. Kontuzje Ludwika Gintela i Tadeusza Synowca osłabiły polską jedenastkę. Ostatecznie na boisko wybiegli: Mieczysław Wiśniewski – Wawrzyniec Cyll, Stefan Fryc – Marian Spoida, Stanisław Cikowski, Zdzisław Styczeń – Wacław Kuchar, Mieczysław Batsch, Józef Kałuża, Henryk Reyman i Leon Sperling. Pierwsze minuty meczu były nieco nerwowe, ale gra była wyrównana. Groźne strzały na węgierską bramkę oddali Kuchar i Reyman. W odbiorze dobrze spisywał się Styczeń, który swoimi podaniami wspomagał napastników. ,,Jeszcze nigdy nie grałem tak dobrze i tak spokojnie, jak w tym meczu. Moim zadaniem było pilnowanie groźnej lewej strony ataku węgierskiego Hirzer–Jeny. W pierwszej połowie trudno było Węgrom przedostać się pod naszą bramkę z tej właśnie strony. Ponadto grający za moimi plecami obrońca ŁKS-u Cyll też spisywał się bardzo dobrze, likwidując wiele niebezpiecznych akcji przeciwnika”– wspominał Zdzisław Styczeń na łamach książki „Wielki finał”. Polacy grali jak równy z równym, ale brakowało skuteczności, dobrze spisywał się Kuchar, ale jego dośrodkowania nie zostały wykorzystane. W 18. minucie Węgier Eisenhoffer przejął piłkę i niepilnowany strzelił pierwszą bramkę dla Madziarów. W 39. minucie piłkę z linii bramkowej zdołał wybić Styczeń. Węgrzy mocno przycisnęli pod koniec pierwszej odsłony, ale nasza obrona stanęła na wysokości zadania. ,,Podczas pauzy przyszli do naszej szatni piłkarze francuscy, litewscy i norwescy. Gratulowali pięknej gry i zachęcali do dalszej, wytrwałej walki. Węgrzy byli znani w Europie jako silna drużyna”– opowiadał Wacław Kuchar. Drugą połowę Polacy rozpoczęli odważnie. Niestety, za bardzo się odkryli, nieco odpuścili ścisłe krycie i węgierscy napastnicy mieli sporo swobody na naszej połowie. Siedem minut po wznowieniu gry Hirzer strzelił nam drugą bramkę. Kilka minut później ten sam zawodnik podwyższył na 3:0, ostatecznie podcinając nam skrzydła. Zwycięstwo Węgrów stało się praktycznie pewne. Nasi reprezentanci starali się kontratakować, ale znowu brakowało skuteczności. ,,Gdyby nasz atak wykorzystał bodaj połowę dogodnych sytuacji, rezultat tego meczu byłby dla nas znacznie korzystniejszy. Mogliśmy strzelić co najmniej dwie bramki, ale ani kałuża, ani Reyman nie potrafili skierować do siatki węgierskiej piłek, które wypracował im walczący na prawym skrzydle Wacek Kuchar”– twierdził Zdzisław Styczeń. Dwadzieścia minut przed końcem straciliśmy czwartą bramkę po strzale Opaty i od tej pory walczono tylko o honorowe trafienie. Niestety po dwóch rzutach wolnych w 83. i 87. minucie piłka o centymetry mijała bramkę rywali. W samej końcówce ponownie na listę strzelców wpisał się Opata, czym przypieczętował klęskę Polaków na premierowym występie olimpijskim. Piłkarzom znad Wisły zabrakło kondycji, żeby toczyć choćby w miarę wyrównany bój z Madziarami. Odczuwali trudy meczów ze Szwecją i na pewno we znaki dała im się długa podróż. Rywal był dużo bardziej doświadczony, przewyższał nas techniką i przygotowaniem fizycznym. Pierwsza połowa pokazała jednak, że gdyby inaczej poprowadzono przygotowania, to mogliśmy osiągnąć korzystniejszy wynik. Po meczu dziennikarze francuskiego dziennika ,,L’Auto” szukając pozytywów w grze Polaków, pochlebnie wyrażali się o Wacławie Kucharze: ,,Za najlepszego z polskiej drużyny uważamy Kuchara. Jest to jedyny gracz w napadzie, który ma start do piłki i przebojowość. Jest to gracz wysokiej klasy”. Warszawski Stadion swoją relację ze spotkania zatytułował Bohaterem dnia znów był Wacek, a dalej pisano: ,,Ustawienia naszej drużyny reprezentacyjnej nie można powinszować. To co w niej dobre było to – Kuchar – Wiśniewski – Batsch – Cikowski. Jeden tylko Kuchar robił wrażenie niespuchniętego. Biegał po całym boisku, był jednocześnie całym atakiem, pomocnikiem i obrońcą. Człowiek ten ma siły niespożyte, niebywałą wytrwałość i pracowitość. Po powrocie do kraju nie szczędzono ostrej krytyki piłkarzom i działaczom. Wytykano całą listę błędów, a prezes PZPN-u, dr Edward Cetnarowski próbował się tłumaczyć: ,,Ułożono w kraju całą litanię grzechów, obarczając zarząd PZPN i kierownictwo ekspedycji piłkarskiej winą za niepowodzenia. Ja jednak odważę się stwierdzić, że jedynym powodem naszego niepowodzenia był po prostu debiutancka trema. Jak prawie każdy artysta w pierwszym swym wystąpieniu gra najczęściej słabo, tak i nasi piłkarze, czując na sobie oczy całego świata piłkarskiego, czując tę wielką odpowiedzialność przed braćmi swymi w ojczyźnie, nie wytrzymali balastu psychicznego i jestem przekonany, że gdybyśmy mieli możność w następnych dniach zagrać w tym samym składzie i z tym samym przeciwnikiem, to rezultat z pewnością byłby zupełnie inny, bardziej zaszczytny”– fragment książki „Wielki finał”. Pewnie miał trochę racji, ale nie można wszystkiego zwalać na tremę, zwłaszcza że w kadrze grali raczej doświadczeni zawodnicy. Węgrzy byli do ogrania, co udowodnił w kolejnej rundzie Egipt, pokonując ich 3:0. Nasza olimpijska przygoda dobiegła końca, zanim tak naprawdę zdążyła się zacząć. Jednak sam fakt, że udało się wystąpić na zawodach tej rangi, można traktować w kategorii sukcesu. Tak czy inaczej, olimpijski debiut był za nami, ale na kolejne emocje związane z występem piłkarzy na igrzyskach, przyszło czekać kibicom aż 12 lat.

10

10

@FCBparasiempre
26 maja 1999 r. Manchester United pokonał Bayern Monachium 2:1. Jeden z najbardziej ekscytujących finałów Ligi Mistrzów rozegrały drużyny, które przystępowały do rozgrywek jako wicemistrzowie swoich krajów ale za to jakie! W sezonie 1997/98 Manchester United zajął drugie miejsce w Premiership za Arsenalem a Bayern Monachium został wicemistrzem Bundesligi; wyprzedził go Kaiserslautern. Arsenal nie przebrnął przez faze grupową Ligi Mistrzów a Kaiserslautern odpadł w ćwierćfinale właśnie z Bayernem. Kiedy pod koniec maja 1999 roku Manchester Utd i Bayern udawały się na finał do Barcelony, były świeżo po zdobyciu kolejnych tytułów mistrzowskich. Manchester triumfował też w rozgrywkach o Puchar Anglii. Aby to skomplikować jeszcze bardziej należy dodać iż obydwie drużyny spotkały się w fazie grupowej LM, w której znalazła się też FC Barcelona. Trudno o efektowniejszą ,,grupe śmierci”, tym bardziej że Blaugranie szczególnie zależało na zwycięstwach, ponieważ UEFA wyznaczyła na miejsce finału stadion Camp Nou a w roku 1999 klub obchodził setną rocznice swoich urodzin. Jednak nie udało się, mimo iż w klubie grali m.in. Rivaldo, Figo, Luis Enrique, Cocu czy wreszcie Guardiola. Trenował ich Luis van Gaal. W kadrze był też kończący powoli karierę Miguel Nadal, który przyprowadzał na mecze i treningi 13-letniego bratanka; chłopaczek był drobny ale bardzo sprawny i wujek miał nadzieje że zrobi z niego piłkarza. Dzieciak bardzo lubił piłke, jednak wolał inny sport, któremu oddał się całkowicie. Nazywał się Rafael Nadal i potem został najlepszym tenisistą na świecie. Bayern zajął w tej grupie pierwsze miejsce a Manchester drugie. Mecz pomiędzy nimi w Monachium zakończył się remisem 2:2. Elber dał prowadzenie Niemcom w 11 minucie. York wyrównał w 30. a Scholes strzelił drugiego gola w 49 minucie. Wyrównującego gola dla gospodarzy zdobył samobójczym strzałem Sheringham w 90 minucie, co jest dość istotne w kontekście wydarzeń w finale. Rewanż na Old Trafford również zakończył się remisem, po golach Keane’a i Salihamidżicia. Obydwie drużyny prezentowały więc taki sam poziom i obydwie grały tez do końca. W ćwierćfinale Bayern rozbił Kaiserslautern 2:0 i 4:0 a w półfinale wyeliminował Dynamo kijów. Manchester Utd w ćwierćfinale pokonał Inter 2:0 i 1:1 a Scholes zdobył wyrównującego gola na San Siro w 88 minucie. W półfinale Anglicy wyeliminowali drugą włoską drużynę, Juventus, z Zidanem,Deschampem, i Davidsem, po bardzo trudnych meczach. Na Old Trafford przegrywali do ostatniej minuty 0:1 ale w doliczonym czasie Giggs wyrównał. W rewanżu Juventus po 10 minutach prowadził 2:0, jednak Manchester zwarł szyki i wyrównał jeszcze przed przerwą a na 6 minut przed końcem Andy Cole zdobył zwycięskiego gola. Alex Ferguson nazwał pierwszą połowe w wykonaniu Manchesteru ,,najlepszymi 45 minutami w karierze trenerskiej”. Obydwa kluby miały znakomitych trenerów. 50-letni Ottmar Hitzfeld zdobył z Borussią Puchar Mistrzów i 2 tytuły mistrza Niemiec a z Grasshoppers Zurych trzykrotnie mistrzostwo Szwajcarii. 58-letni Alex Fergusson już w roku 1999 był jednym z najsłynniejszych trenerów świata. Zdobył z Aberdeen FC 3 tytuły mistrza i Puchar Szkocji ale przede wszystkim Puchar Zdobywców Pucharów. W finale mały szkocki klub pokonał Real Madryt, trenowany przez di Stefano.



Menedżerem Manchesteru został w listopadzie 1986 r. Pobił już rekord Matta Busby’ego, który pełnił funkcje menedżera Manchesteru nieprzerwanie w latach 1945-69. Czerwone Diabły pod wodzą Fergusona wygrały dwukrotnie Lige Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów, Klubowe Mistrzostwo Świata, 13 tytułów mistrza Anglii oraz 5-krotnie Puchar Anglii. Finał Ligi Mistrzów na Camp Nou nie miał faworyta. W Manchesterze nie mógł zagrać kluczowy zawodnik a mianowicie Roy Keane, ukarany kartką w półfinale oraz Paul Scholes. Ferguson przestawił więc Beckhama z prawego skrzydła na środek a Giggsa z lewego skrzydła na prawe. Peter Schmaichel zapowiedział iż finał będzie jego ostatnim występem w barwach Manchesteru, któremu służył przez 9 lat. Kiedy kończyła się zwyczajowa odprawa kilka godzin przed meczem, Ferguson zwrócił się do piłkarzy jakby od niechcenia: ,, Aha, wiecie że dzisiaj jest 90-ta rocznica urodzin Matta Busby’ego i wypadałoby to jakoś uczcić. Chyba nie chcecie k…a żeby dziadek przekręcił się w grobie.” Bayern też miał problem bo z powodu kontuzji nie mógł wystąpić Francuz Lizarazu oraz znakomity strzelec Giovane Elber. W 6 minucie, po faulu Ronny’ego Johnsena na Carstenie Janckerze, Mario Basler z rzutu wolnego z około 18 metrów zdobyl dla Bayernu prowadzenie. Niemcom od tej pory grało się łatwiej a w drugiej połowie osiągnęli przewagę. Pierwszą zmiane zrobił Ferguson; na ostatnie 25 minut wprowadził napastnika Sheringhama w miejsce Blomqvista. Zareagował na to Hitzfeld zmieniając Zicklera na Scholla. Kilka minut później Scholl trafił w słupek a po strzale nożycami Janckera piłka odbiła się od poprzeczki. Hitzfeld był przekonany że ma zwycięstwo w kieszeni i na 10 minut przed końcem zdjął z boiska Matthäusa, człowieka ważnego w każdej drużynie i w każdej sytuacji. Jeszcze dobrze Matthäus nie usiadł na ławce, kiedy Ferguson zmienił Andy’ego Cole’a na innego napastnika, Ole Gunnara Solskjera, o którym dziennikarze na całym świecie pisali z upodobaniem: ,,morderca o twarzy dziecka”. Podejście Niemców do każdego meczu najlepiej określił Gary Lineker: ,,Piłka nożna to taka gra, w której udział bierze 22 piłkarzy a na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy”. Manchester jednak się nie załamał. W przerwie Ferguson powiedział podobno do swoich piłkarzy w szatni: ,,Po tymmeczu Puchar Europy będzie od was zaledwie o 6 stóp i jeśli przegramy, to nie będziecie go mogli nawet dotknąć. Dla wielu z was będzie to najbliżej, na ile kiedykolwiek uda wam się do niego zbliżyć. No więc wychodźcie k…a na boisku i nie ważcie się wracać, jeśli nie dacie z siebie wszystkiego”. Prowadząc 1:0 i chcąc zyskać kilkanaście sekund, Hitzfeld w 89 minucie przeprowadził zmiane: Salihamidżić wszedł na miejsce Baslera. Stadion wrzał, jedni się cieszyli z niemal pewnego zwycięstwa Bawarczyków, inni wciąż dopingowali Anglików. Kiedy sędzia techniczny podniósł tablice informującą iż mecz będzie trwał 3 minuty dłużej, Bayern wciąż prowadził 1:0. Anglicy nie przestawali jednak atakować i wywalczyli rzut rożny. W polu karnym Niemców znalazła się cała jedenastka United, włącznie z Schmaichelem. Z rogu podawał Beckham, piłke wybijał Effenberg ale ledwie za linie pola karnego. Giggs natychmiast kopnął w kierunku bramki. Piłka leciała nisko nad ziemią a stojący na linii strzału Sheringham zmienił nieco kierunek jej lotu. Nawet gdyby tego nie zrobił, piłka i tak prawdopodobnie wpadłaby do bramki a więc 1:1. Załamanych Niemców sędzia Pierluigi Collina zachęcał do wstania z boiska i kontynuowania gry. Po kolejnym ataku piłke na korner wybił Kuffour. Ponownie do narożnej chorągiewki podbiegł Beckham i kopnął piłke pod bramke, jak chwile wcześniej. Sheringham uderzył piłke głową wprost na noge Solskjera. Norweg kopnał ja tak że wpadła pod poprzeczkę, mimo że w bramce oprócz Kahna stało jeszcze dwóch obrońców. W chwile później Collina zakończył mecz. Trzy minuty wstrząsnęły stadionem, który już wiele widział, Anglią, Niemcami, całym światem, wziąwszy pod uwagę liczbę kibiców Manchesteru na wszystkich kontynentach. To było coś nieprawdopodobnego, Manchester zdobył Puchar Mistrzów po raz drugi. Piłkarze tańczyli obok leżących na trawie i płaczących Niemców, których teraz było żal. Kuffour nie chciał zejść z boiska, trzeba go było uspokajać. Bobby Charlton na trybunie honorowej ukradkiem wycierał łzy. Hitzfeld już wygrywał Lige Mistrzów z Borussią i dokona tego ponownie z Bayernem 2 lata po ,,czarnej nocy” na Camp Nou. Wspaniały trener, który tym razem miał wyjątkowego pecha. Niemcom coś podobnego przydarzy się jeszcze raz, w półfinale mistrzostw świata na swoich boiskach w 2006. W meczu z Włochami przy stanie 0:0, w dogrywce Włosi wbili im 2 gole i Niemcy już się nie podnieśli. W takich sytuacjach to częściej Niemcy sprawiali przykrość przeciwnikom. W 90 rocznice urodzin Matt Busby nie przekręcił się w grobie. Kilkanaście dni po finale Alex Ferguson otrzymał z rąk królowej Elżbiety tytuł szlachecki i od tej pory jest k…a, sir!

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?