FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
To był ,,nasz” Mundial:
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
0
@semafor No tak, ponieważ dyktator umiera w 1975 r. Tylko po co liczyć te puchary teraz? Co to miałoby dać?
8
Prawdziwi cules nie zapominają o pierwszych legendach FC Barcelony:
13 czerwca 1877 r. w Berlinie urodził się Udo Steinberg niemiecki inżynier, sportowiec oraz działacz sportowy i pierwszy Niemiec w Dumie Katalonii. W 1902 roku zdobył dwa pierwsze gole przeciwko Realowi Madryt(ówcześnie FC Madrid) jako zawodnik FC Barcelony w pierwszej edycji Pucharu Króla, co czyni go pierwszym strzelcem w El Clásico. Steinberg pracował między innymi w sporcie-piłki nożnej, lekkoatletyki, krykieta, tenisa, kolarstwa, boksie i dyscyplinach alpejskich, pracował również jako redaktor sportowy. Od 1901 do 1910 Udo Steinberg był aktywnym piłkarzem Blaugrany. W 1902 roku założył klubową szkołę piłkarską, poprzedniczkę La Masii, którą kierował do 1916 roku. Od 1906 r. pisał jako redaktor w gazecie sportowej „El Mundo Deportivo”. W tym samym roku objął przewodnictwo w Związku Klubów Piłkarskich Barcelony, które później przekształciło się w Kataloński Związek Piłki Nożnej. Oprócz swojej pasji do piłki nożnej, był również entuzjastą lekkoatletyki, krykieta, tenisa, piłki rowerowej(gymkhana) i hokeja, udzielał się również jako sędzia. W owym czasie Steinberg był uważany za najskuteczniejszego napastnika FC Barcelony z ponad 60 golami. W 1910 roku zakończył aktywną karierę jako regularny zawodnik Blaugrany z powodów zawodowych.
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
11
Dyktatura i wrogość wobec Dumy Katalonii:
13 czerwca 1943 r. doszło do skandalu na Estadio Chamartin w Madrycie. FC Barcelona przegrała 11:1 z Realem Madryt w rewanżowym półfinale Copa del Generalismo. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou Blaugrana wygrała pewnie 3:0 i na trybunach po raz pierwszy w Hiszpanii dało się słyszeć gwizdy przeciwko dyktaturze Franco. Ruszyła wtedy machina propagandowa przeciwko Dumie Katalonii i jej graczom. Cegiełkę dołożył Real, który do każdego biletu na mecz rewanżowy dołączał gwizdek, którego kibice mieli używać, gdy jakikolwiek gracz Barçy dojdzie do piłki. Gracze gości dostali w szatni ,,instrukcje” przekazane przez Dyrektora Generalnego ds. Bezpieczeństwa Narodowego aby swoją grą nie wzburzać tłumu a niektórym graczom takim jak Escola, Balmanya i Raich przypomniano iż reżim odpuścił im wcześniejsze winy za wspieranie przeciwnych władzy frakcji w czasie wojny domowej. Podobne zalecenia dał tuż przed meczem arbiter spotkania Celestino Rodriguez. Spotkanie było jednostronne, kibice obrzucali bramke Blaugrany kamieniami i monetami, które dawno wycofano z obiegu. Bramkarz stał więc przy linii pola karnego, co ułatwiało Realowi zdobywanie goli. Prawda jest taka że piłkarze Barçy byli w szatni zastraszeni a nawet grożono im śmiercią. To była typowa ustawka reżimu Franco. Po meczu gości z niezrozumiałych powodów ukarano za zamieszki razem z gospodarzami a prezydenci obu klubów ustąpili ze stanowiska. Ze strony FC Barcelony był to Enrique Piñeyro, członek reżimu ale jednocześnie człowiek honorowy, który złożył oficjalny protest i poparł go swoją rezygnacją. W Realu Madryt nowym prezydentem został Santiago Bernabeu.
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Mixtape
@Monix10
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
2
Taką wypowiedź to ja rozumiem! Ansu Fati, nasz kochany murzynek Ansu musi zostać i basta! Ma przed sobą świetlaną przyszłość a kto wie może i kiedyś zdobędzie Złotą Piłe!
0
@FCBparasiempre
Swój drugi sezon rozpoczynał Jose Mourinho, który sprowadził Samuela Eto’o, wspomnianego Milito, Gorana Pandeva, Mottę, Wesleya Sneijdera czy Lucio. Drużynę opuścili wtedy, chociażby Zlatan Ibrahimović, Maxwell czy Emiliano Viviano.
Sezon 2009/2010 okazał się dla Interu niezwykle wyjątkowy. Podopieczni „The Special One” wygrali ligę, krajowy puchar i Ligę Mistrzów. Diego Milito okazał się kluczowym piłkarzem w talii Mourinho. Argentyńczyk zdobył trzydzieści bramek i zanotował osiem asyst w 52 meczach.Piątego maja 2010 roku Inter dzięki bramce „Il Principe” wygrał Puchar Włoch. Jedenaście dni później, ponownie dzięki bramce Milito, drużyna ze stolicy Lombardii mogła cieszyć się z wygranej w lidze ze Sieną i mistrzostwa Włoch. 22 maja Inter wygrał finał Ligi Mistrzów z Bayernem. Po tak wspaniałym sezonie doszło jednak do ważnej zmiany – Jose Mourinho objął stanowisko trenera Realu Madryt, a w jego miejsce przyszedł Gian Piero Gasperini, znany Diego z czasów gry w Genoi. Rozgrywki 2010/2011 już nie były do końca udane dla Milito, gdyż był trapiony przez kontuzje. Od początku sezonu do grudnia 2010 roku Diego zdobył cztery gole i zaliczył pięć asyst. Argentyńczyk został uhonorowany najbardziej niechcianą nagrodą dla piłkarzy we Włoszech, czyli tzw. Złotym Koszem (z wł. „Bidone d’Oro”). Ostatecznie Milito i spółka zakończyli sezon jako wicemistrzowie Włoch, ćwierćfinaliści Ligi Mistrzów, Klubowi Mistrzowie Świata oraz zdobywcy Pucharu i Superpucharu Włoch. Przyszedł jednak ciężki moment. W lutym 2013 roku okazało się, że Diego wypada na długie miesiące z gry. Badanie MRI nie pozostawiło wątpliwości – pękniecie więzadła pobocznego, więzadła krzyżowego przedniego i problem z torebką w lewym kolanie. Tak nieprzyjemnej kontuzji napastnik w swojej karierze nie miał. Kiedy wrócił do gry na początku następnego sezonu, już nie był tak bramkostrzelny, jak wcześniej. Milito bronił barw Interu do końca sezonu 2013/2014, a potem zdecydował się na powrót do Racingu, w którym rozpoczął profesjonalną karierę. Po drodze Diego miał okazję współpracować z trzema kolejnymi trenerami – Claudio Ranierim, Andreą Stramaccionim i Walterem Mazzarim. Po sezonie zakończonym trypletem Milito zdołał zdobyć jeszcze 45 bramek dla Interu i zanotować 21 ostatnich podań. Kiedy w styczniu 2004 roku Diego Milito opuszczał Argentynę na rzecz włoskiej Genoi, nie mógł sobie wyobrazić, że sześć i pół roku później wyjdzie na finał Ligi Mistrzów. Inter Mediolan z Jose Mourinho na czele 22 maja 2010 roku podejmował Bayern Monachium Juppa Heynckesa na Estadio Santiago Bernabeu. Na stadionie, na którym zaaplikował cztery gole Realowi Madryt. Droga do finału Ligi Mistrzów nie była dla Interu usłana różami. „Il Biscione” musieli w grupie mierzyć się z Barceloną, Rubinem Kazań i Dynamem Kijów. Włosi wyszli z drugiego miejsca, a później po drodze pokonali odpowiednio Chelsea, CSKA Moskwa i, ponownie, Barcelonę. Bayern w fazie grupowej zajął drugie miejsce, tuż za Girondins Bordeaux, ale przed Juventusem i Maccabi Haifą. Następnie podopieczni Heynckesa wygrali z Fiorentiną, Manchesterem United i Olympique Lyon. W 35. minucie finału Julio Cesar wykopał piłkę na połowę rywala. Milito zgrywa do Wesleya Sneijdera po wygraniu pojedynku główkowego z Martinem Demichelisem. Potem napastnik wybiegł za Van Buytena i po podaniu Holendra nie dał szans Buttowi z Bayernu. Inter wyszedł na prowadzenie. Dzieła zniszczenia podopieczni Mourinho dokonali w drugiej połowie. „Nerazzurri” w 70. minucie wyprowadzili kontratak, w którym Milito najpierw ośmieszył Van Buytena, a potem uderzył w stronę dalszego słupka, nie dając szans bramkarzowi „Bawarczyków”. Książę miał swój wielki wieczór, w którym mógł mianować się królem. Dwa gole w finale Ligi Mistrzów i radość z wygrania najważniejszego klubowego trofeum – Milito miał powód do radości. Tryplet dla Interu stał się faktem. Inter Mediolan ma za sobą kapitalny sezon 2009/2010, a Diego Milito był jedną z najbardziej kluczowych postaci drużyny ze stolicy Lombardii. Dublet w finale Ligi Mistrzów okazał się idealnym dopełnieniem w tamtym sezonie. W związku z tym naturalnie kibice uważali, że 31-letni napastnik powinien dostać Złotą Piłkę.
W tamtym czasie na świecie w ramach diarchii rządził Lionel Messi i Cristiano Ronaldo. Z reguły tę nagrodę dostaje zawodnik, który miał bardzo dobre indywidualne statystyki i wiele wygrał ze swoimi zespołami. Zatem co może przeszkodzić w tym, aby nagrodę dostał Diego Milito? Kiedy UEFA opublikowała listę 23 zawodników nominowanych do Złotej Piłki, pojawiło się tam czterech graczy Interu– Julio Cesar, Wesley Sneijder, Javier Zanetti i Samuel Eto’o. Poza tym na liście był Andres Iniesta, Leo Messi, Cristiano Ronaldo a nawet… Asamoah Gyan. ,,To niesamowite, że nie ma tam Milito”– zareagował prezydent Interu, Massimo Moratti. Diego wolał milczeć i postanowił podziękować tym ludziom, którzy byli mu bliscy w ostatnich tygodniach. Sir Alex Ferguson i Michel Platini słusznie uznali: „Na nagrodę zasłużył Milito, był najlepszy”. Niestety po sezonie w barwach Interu Diego nie miał wielu szans na pokazanie się w reprezentacji Argentyny, prowadzonej przez Diego Maradonę. Milito zagrał 91 minut w dwóch meczach fazy grupowej, a później Maradona nie korzystał z niego, chociażby w meczu ćwierćfinałowym z Niemcami (0:4). Nie było „Il Principe” po drodze z reprezentacją. Nigdy nie był jej ważnym punktem, przez co licznik zatrzymał się na 25 spotkaniach i czterech trafieniach w barwach narodowych. Po ciężkiej kontuzji Diego pozostał ostatni rozdział piłkarskiej kariery do napisania – wygrać ważne trofeum z Racingiem, do którego zdecydował się wrócić. Całe miasto czekało na powrót wielkiego mistrza. Pierwszym wielkim meczem był ten z Boca Juniors w ramach Torneo Inicial na La Bombonerze. Racing potrzebował pomocy po bramce Jonathana Calleriego. Kiedy Milito pojawił się na boisku na ostatnie 30 minut, znacznie odmienił grę swojego zespołu. Napastnik wypracował pierwszą bramkę dla Gustava Bou, a później, w mniejszym stopniu, pomógł Racingowi zwyciężyć z drużyną Rodolfo Arruabarreny. Dzięki dobrej grze zespołu i samego Milito Racing w ostatniej kolejce stoi przed szansą zdobycia mistrzostwa. Wystarczy wygrać z Godoy Cruz. Diego gra swoje, ale ostatecznie bramkę na wagę mistrza zdobywa wychowanek Racingu, Ricardo Centurión. Ten sezon Milito kończy z 18 bramkami i ośmioma asystami na koncie. Ostatni akord przyszedł w sezonie 2015/2016. Tam Copa Libertadores kończy się w 1/16 finału, a Milito zdobywa ostatnią bramkę w karierze przeciwko Club Atlético Temperley. Diego kończy grę w glorii i chwale. Diego dorastał wraz ze swoim bratem, Gabrielem, w zamożnej rodzinie i w środowisku skrajnie różnym od pozostałych, znanych argentyńskich piłkarzy. Aby zostać świetnym piłkarzem, „Il Principe” nie musiał dorastać w fawelach. Ich drogi się odłączyły na boisku, ale poza nim byli zjednoczeni. Kiedy w 2002 roku porwano ich ojca, Jorge, bracia zapłacili okup w wysokości stu tysięcy pesos, aby go uwolnić. Na boisku Diego zdecydował się reprezentować Racing Club, a Gabriel wybrał grę dla Independiente. Nie było taryfy ulgowej. Podczas pierwszych derbów Gabriel zrobił groźny wślizg, aby odebrać piłkę bratu. Diego od razu po faulu wstał i domagał się kartki dla Gabriela. Można sobie wyobrazić, jak bardzo nabuzowani byli w tamtym momencie bracia Milito. W tamtym momencie bardziej utalentowany wydawał się młodszy z braci, który latem 2003 roku miał ofertę transferu do Realu Madryt. Obrońca niestety oblał testy medyczne z powodu problemów z kolanem i ostatecznie trafił do Realu Saragossa, gdzie dwa lata później był klubowym kolegą… Diego. Kiedy w 2007 roku Gabriel dołączał do Barcelony i jego nowy klub podejmował ekipę z La Romaredy, przed rzutem karnym obrońca powiedział Víctorowi Valdésowi, w który róg piłkę uderza jego brat. Ostatecznie nigdy Diego nie zdobył gola przeciwko drużynie Gabriela, kiedy on był na murawie. „Przez całą moją karierę dokonywałem wyborów, które nakazywało mi moje serce”– taką postawę u Milito należy docenić, bo z każdym klubem, dla którego grał, był niezwykle przywiązany emocjonalnie. „Il Principe”, nazwany po Enzo Francescolim, na stałe zapisał się na kartach historii futbolu. Takiego zawodnika, z zimną krwią, twarzą kilera i serduchem do gry zapamięta się na długo. Teraz może się spełniać jako dyrektor na przykład pomagając Lautaro Martínezowi w doborze klubu(na czym teraz korzysta Inter Mediolan).
5
@FCBparasiempre
Niemal każdy nastoletni chłopak marzy o tym, aby najpierw grać w klubie swojego dzieciństwa, z którego potem trafi do zdecydowanie mocniejszego, zazwyczaj europejskiego, zespołu. Wielu chce występować tylko „na szpicy”. Jeden na podwórku chciał być Andrijem Szewczenko, drugi– Ronaldo Nazario, jeszcze inny myślał, że jest Gabrielem Batistutą. Jestem przekonany, że w kraju, w którym powstaje mnóstwo marek yerba mate, czyli Argentynie, wielu chłopaków chciało być jak Diego Milito. Piłkarska kariera Diego Milito została spięta przepiękną klamrą. Otóż grę rozpoczął w Racingu Club de Avellaneda i tam też zawiesił buty na kołku. Po przejściu na emeryturę w 2016 roku Diego został zatrudniony jako sekretarz techniczny „La Academii”. 39-latek postawił sobie za zadanie stworzenie projektu, którym będą mogły się zajmować osoby nieprzypadkowe, znające się na piłce nożnej. Jak powszechnie wiadomo, podejście do futbolu w Argentynie jest konserwatywne i wiele pozostawia się przypadkowi. Racing z Milito u sterów zaczął czerpać wzorce z zagranicy – asystent byłego gracza Interu, Diego Huerta, odwiedził między innymi Borussię Dortmund, Sevillę i Barcelonę, aby poszerzyć swoje horyzonty i dowiedzieć się, jak od środka są budowane największe kluby. Huerta odbył też rozmowę z Zinedinem Zidanem. Poza tym klub zaczął dbać o skauting, na wzór takich drużyn, jak Udinese czy Bayer Leverkusen. Efektem jest 55 utalentowanych zawodników w akademii pochodzących z Peru czy Wenezueli. W tym sezonie Racing zdobył Copa Superliga Argentina, a członkami pierwszego składu byli: 19-letni Julián López, 21-letni Matías Zaracho i 20-letni Martín Ojeda. Diego Alberto Milito przyszedł na świat 12 czerwca 1979 roku w Bernal, prowincji Buenos Aires, położonej w północno-wschodniej części Quilmes. Milito od najmłodszych lat uwielbiał grać w piłkę nożną. Jako kilkuletni dzieciak dołączył do akademii Racingu Club. Potem Diego został włączony do pierwszego zespołu, latem 1998 roku, w wieku 19 lat. Debiut Argentyńczyka przypada na ligowe spotkanie z Union Santa Fe, zakończone remisem (3:3). Od samego początku Diego jednak nie był środkowym napastnikiem. Trenerzy często go rzucali po innych pozycjach w formacji ofensywnej, aby dowiedzieć się, gdzie najbardziej pasuje. W 2001 roku dyrektor sportowy Racingu, Reinaldo Meirlo, namówił piłkarza na podpisanie profesjonalnego kontraktu z klubem. W tym samym roku Milito zdobył mistrzostwo Argentyny. Początkowy bilans Diego nie wyglądał zbyt ciekawie – trzy gole w 49 meczach to dorobek, który nie robi wrażenia. Przyszło jednak jubileuszowe, 50. spotkanie – tam Milito zdobył bramkę przeciwko Newell’s Old Boys, która dała bardzo ważne zwycięstwo (2:1). Ostatecznie licznik zatrzymał się na 149 występach dla „La Academii” i 37 bramkach. Po, wówczas 25-letniego, napastnika postanowił sięgnąć Enrico Preziosi i sprowadził Milito do Genoi w styczniu 2004 roku za 3,5 miliona euro. Dobre występy Diego docenił ówczesny selekcjoner „Albicelestes”, Marcelo Bielsa, który przed transferem do Europy dał szansę napastnikowi w trzech meczach towarzyskich. Ten odwdzięczył się za zaufanie bramkami w dwóch z nich – Diego trafił w meczu z Hondurasem (3:1) i dwukrotnie pokonał bramkarza Urugwaju (2:2). Gdyby kibice Genoi w 2004 roku po transferze Argentyńczyka poszukali jego statystyk w poprzednim klubie, to z pewnością nie postawiliby sporych pieniędzy na to, że będzie to jeden z najlepszych napastników w nowożytnej historii „Gryfonów”. Milito trafiał do Genoi, w której grał już, między innymi: były kapitan Venezii, Giovanni Tedesco, Mohammed Gargo czy Aldair, znany z gry w Romie przez trzynaście sezonów. Zawodnik bardzo dobrze się zaprezentował kibicom Genoi w debiucie, zdobywając gola na własnym stadionie przeciwko Ascoli (1:1). Potem przyszło kilka meczów bez gola, ławka rezerwowych, a jeden z genueńskich dzienników opisał Milito jako „Nieznanego Żołnierza”. Luigi De Canio jednak wiedział, że Milito może walnie się przyczynić do powrotu genueńczyków do Serie A. Nie było inaczej, dzięki zbudowaniu zespołu wokół „Il Principe” Genoa utrzymała się w Serie B w sezonie 2003/2004, ze sporą przewagą nad strefą spadkową. Wtedy Diego zdobył dwanaście goli w drugiej najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech. Przez większość spotkań Milito tworzył duet napastników z Sasą Bjelanoviciem.
Drugi sezon w pełni pokazał, dlaczego warto było wydać pieniądze na Milito. Diego aż 21 razy pokonał bramkarzy rywali, rozgrywając 39 meczów ligowych. To był pierwszy pełny sezon, w którym napastnik objawił swój instynkt kilera. Uderzenie sprzed pola karnego czy też w polu karnym, bez różnicy. Genoa zdobyła wtedy 76 punktów i zakończyła sezon na pierwszym miejscu w Serie B, jednak z powodu wykrytych nieprawidłowości – administracyjnych i finansowych – relegowano ich do Serie C. Zamiast powrotu do Serie A po dziesięciu latach rozbratu, trzeba było wykonać krok w tył. W oczekiwaniu na wyrok Enrico Preziosi miał zamiar dokonać wielu zmian. Serse Cosmiego (który przejął schedę po Di Canio w trakcie sezonu 2004/2005) zastąpił Francesco Guidolin, a do klubu trafił Alessandro Parisi, Christian Abbiati czy… Ezequiel Lavezzi. Ostatecznie ani trenera, ani nowych piłkarzy po zesłaniu do Serie C nie było. Trzeba było budować drużynę na nowo. Z tej okazji postanowił skorzystać Real Saragossa i wypożyczył Milito w ostatnim dniu okna transferowego. O piłkarza walczył jeszcze wtedy, chociażby Juventus. Potem po roku na konto Genoi od Hiszpanów wpłynęło siedem milionów euro z racji aktywowania klauzuli wykupu. Podczas gry w Genoi w wywiadach Milito był zawsze uśmiechnięty, ale też zakłopotany. Zazwyczaj opowiadał czyste frazesy, z których zwykle słyną piłkarze. Kiedy został zapytany o swoje pasje, odpowiedział: „Uwielbiam spać i oglądać telewizję!”. Poza tym lubi jeść, ale wraz ze swoją żoną śmieje się, że nie umie gotować. Na pytanie, czy tęskni za Argentyną, odparł: „Tylko za centrami handlowymi”. W nowym otoczeniu Diego ponownie miał okazję obcować z wielkimi zawodnikami – poza swoim bratem, Gabriele, w Realu występował Everthon czy Savio. Drużyną dowodził Víctor Muñoz, który całą grę oparł na reprezentancie Argentyny. Efekty były widoczne niemal od razu – Diego stał się najlepszym strzelcem zespołu i pierwszy sezon zakończył z dwudziestoma golami na koncie. Ligę Real Saragossa zakończył na jedenastym miejscu, ale w Pucharze Króla dotarł aż do finału. I to właśnie Copa del Rey okazały się rozgrywkami, w których Diego zadziwił wszystkich hiszpańskich kibiców. Na La Romaredzie w ćwierćfinale „Blanquillos” podejmowali Barcelonę z Ronaldinho, Andresem Iniestą, Henrikiem Larssonem i Lionelem Messim na czele. Ronaldinho i Larsson zdobyli po bramce dla „Dumy Katalonii” prowadzonej przez Franka Rijkaarda, ale Everthon z Diego postanowili nie pozostawić złudzeń faworytowi meczu. Gracze Realu zdobyli po dwóch bramkach i ostatecznie pokonali Barcę 4:2. W rewanżu co prawda Saragossa uległa (1:2), ale przewaga bramkowa z pierwszego spotkania wystarczyła na awans do półfinału, gdzie czekał Real Madryt. La Romareda ponownie okazała się twierdzą, w której faworyci mają spore problemy. Juan Ramón López Caro miał do dyspozycji Ronaldo, Davida Bekchama, Robinho, Zinedine’a Zidane’a czy Gutiego, jednak Diego Milito ponownie skradł show. Reprezentant „Albicelestes” czterokrotnie pokonał Ikera Casillasa, a finalnie madrytczycy polegli 1:6. Wygrana Realu Madryt 4:0 na Estadio Santiago Bernabeu nie wystarczyła, aby awansować do finału Pucharu Króla. Ostatnią przeszkodą przed wygraniem trofeum, został Espanyol. Katalończycy jednak wysoko pokonali swoich przeciwników ze stolicy Aragonii (4:1), a w barwach triumfatora rozgrywek grał Pablo Zabaleta, Raúl Tamudo czy Carlos Kameni. Przed końcem sezonu Real ma nowego właściciela. Został nim deweloper, Agapito Iglesias, który obiecuje duże inwestycje w klub i poprawę wyników. Víctora Muñoza zmienia Víctor Fernández, który w latach 90. zdobył z „Blanquillos” UEFA Cup (obecną Ligę Europy) oraz Puchar Króla.
Do tego do drużyny z północno-wschodniej Hiszpanii dołączają tacy piłkarze, jak Pablo Aimar, Andrés D’Alessandro, Gustavo Nery, Juanfran, Sergio czy Gerard Piqué. Drużyna wzmocniona takimi zawodnikami finalnie kończy sezon na szóstym miejscu w lidze i na ćwierćfinale Pucharu Króla. Diego zostaje drugim najlepszym strzelcem w LaLiga z 22 golami na koncie. Przed nim był tylko Ruud van Nistelrooy, broniący barw Realu Madryt. Przed nowymi rozgrywkami dochodzi do wielu zmian. Kończy się wypożyczenie Piqué. Gabriel Milito odchodzi do Barcelony, a w jego miejsce przychodzi Roberto Ayala. Poza tym na La Romaredę dołącza Ricardo Oliveira, Matuzalém oraz Gabi. Kapitan Realu, Alberto Zapater, pod wpływem transferów i optymistycznych nastrojów w drużynie powiedział wprost: „My zmierzamy do Ligi Mistrzów!”. Potem jednak przyszła bolesna weryfikacja – Milito i spółka odpadli w pierwszej rundzie eliminacji z Arisami Saloniki. W jednej chwili pękł balon, a odpadnięcie Realu określono ogromną katastrofą. To oczywiście odbiło się na psychice piłkarzy – Aimar prawie pobił się na treningu z D’Alessandro (w efekcie czego ten pierwszy został odsunięty od zespołu), a drużyna punktowała znacznie słabiej. Copa del Rey zakończyło się dla Saragossy w 1/16 finału, a po 19. kolejkach zwolniono Víctora Fernándeza, który zostawił Real na 12. miejscu w lidze. Misji odbudowy podjął się Ander Garitano, Javier Irrueta i Manolo Villanova. Żaden z nich nie był w stanie zapewnić ekipie z Aragonii utrzymania w LaLidze i z końcem sezonu Real spadł do Segunda Division. Tak niespodziewanej degradacji nie było od 2003 roku i West Hamu z Michaelem Carrickiem, Paolo Di Canio, Joe Colem i Glenem Johnsonem na czele. Milito miał déjà vu. W związku ze spadkiem Diego musiał szukać nowego klubu. Zainteresowanych było wiele – Manchester City, Juventus, Palermo, Tottenham i… Genoa. Drużyna, na czele której stał Gian Piero Gasperini, wróciła pod jego wodzą do Serie A. I to ona sprowadziła do siebie Argentyńczyka, płacąc trzynaście milionów euro. Diego trafił do zupełnie innej Genoi. Genoi, która ma bardzo dobrego trenera i Genoi, która gra w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech. Transakcji dokonano w ostatnim dniu okna transferowego 2008 roku, a kontrakt potwierdzono następnego dnia. Trener Gasperini grał formacją 3-4-3, z trzema obrońcami i wahadłowymi. Nie był to jednak problem dla Milito, który bardzo szybko się zaadoptował w nowym zespole. Z miejsca Diego stał się kluczową postacią „Grifone” – reprezentant Argentyny zakończył sezon z 24 bramkami na koncie. Pierwszy mecz w Serie A na Stadio Luigi Ferraris Diego zagrał przeciwko Milanowi, w którym występowały takie gwiazdy, jak Paolo Maldini, Ronaldinho, Kaka, Andrij Szewczenko czy Andrea Pirlo. To był niezwykle ważny mecz, który też, najprawdopodobniej, zbudował go na cały sezon. Asysta i bramka z rzutu karnego w 90. minucie dała zwycięstwo Genoi z Milanem. Podopieczni Gasperiniego dyktowali tempo gry przez cały mecz, a pod koniec meczu Maldini był zmuszony faulować Milito, aby wcześniej „Il Principe” nie pokonał Didy. Pierwszy hat-trick Diego w Serie A strzelił przeciwko Regginie (do tego dopisał jeszcze asystę). Pod koniec sezonu trzy bramki po strzałach Milito straciła jeszcze Sampdoria. Genoa zajęła czwarte miejsce w lidze na zakończenie ligowych rozgrywek. Z kolei najpiękniejszym trafieniem Milito w karierze była bramka w pierwszych derbach Genui w Serie A. Luca Castelazzi tylko obserwował, jak piłka po uderzeniu Milito odbija się od poprzeczki i wpada do bramki „La Samp”. Z tak dobrej okazji skorzystał Inter, który zapłacił 25 milionów euro za byłego piłkarza Racingu Club, a poza tym pozyskał jego klubowego kolegę, Thiago Mottę. Genoi był obiecany Robert Acquafresca, Ivan Fatić, Francesco Bolzoni i Leonardo Bonucci. Milito dołączył do Interu, który przechodził spore zmiany. Po wygrywaniu trofeów na krajowym podwórku, klub miał chrapkę na zdobycie Ligi Mistrzów. A najchętniej – zdobycia trypletu, na który składał się puchar za Ligę Mistrzów, mistrzostwo Włoch oraz Puchar Włoch.
5
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Rastafarnianin
6
@FCBparasiempre
Po Mundialu w 1950 roku płakała cała Brazylia. Turniej organizowany w Kraju Kawy zakończył się nieoczekiwaną klęską z Urugwajem. Ludzie umierali po zawałach, atakach serca, inni popełniali samobójstwa. 64 lata później piłkarze w kanarkowych koszulkach mogli przepędzić złe duchy i wyrównać porachunki z przeszłości. Swoistą próbą generalną przed brazylijskimi Mistrzostwami Świata miał być Puchar Konfederacji rozegrany w czerwcu 2013 roku. Turniej przeobraził się w swoistą wojenkę domową. W sumie ponad dwa miliony Brazylijczyków wyszło na ulice, by protestować przeciwko przyszłorocznemu czempionatowi. Źle ubrałem swoje myśli w słowa, wytłumaczę to nieco szerzej. Marzeniem niemal wszystkich Brazylijczyków są wielkie piłkarskie rozgrywki na terenie ich państwa. Doskonale wiemy, że dla nich piłka nożna jest drugim, po Jezusie Chrystusie, bóstwem. Pojmują futbol jak religię. Ludzie protestowali więc nie przeciwko samemu mundialowi, a stylowi i pompie, z jaką miał zostać zorganizowany. Na transparentach można było dojrzeć napisy: „Mistrzostwa nie uczą”, „Nie chcemy mistrzostw, chcemy metra”, „Japonio, weź nasz futbol w zamian za twoją edukację”, „Ile szkół zmieści się na Mane Garrincha?”. Rząd obiecał, że organizacja turnieju podniesie standard życia, Brazylia zaliczy skok gospodarczy, a jego pochodną będą nowe szpitale, infrastruktura, lepsze zarobki. Tymczasem postawiono jedynie na pokazówkę, co obywatele dosadnie zrozumieli właśnie podczas Pucharu Konfederacji. Władze ubzdurały sobie m.in., że jedną z aren piłkarskich zmagań będzie Arena da Amazônia w Manaus, mieście położonym w sercu Amazonii, gdzie piłka nożna występuje co najwyżej na czwartym poziomie rozgrywkowym, a na mecze przychodzi maksymalnie po kilkaset osób. Równie niepoważnym pomysłem były stadiony w Cuiabie i Natalu, miastach z piłką, kolejno, trzecio- i drugoligową. Stadiony ochrzczono terminem „białych słoni” (elefante blanco), rzeczy równie pięknych, co bezużytecznych. Niczym figurka z porcelany. Protestujący skandowali, że rządzący mają naprawdę bezlitosne poczucie humoru, że stawiają stadiony w dżungli, podczas gdy ponad 15 mln Brazylijczyków musi przeżyć za 30$ miesięcznie. Bardzo mocny i emocjonalny film wyświetlała w swoim kinie Carla Dauden, jedna ze strajkujących. W jednym z jego fragmentów padały słowa: „Mundial będzie kosztował trzydzieści miliardów dolarów, więcej niż poprzednie trzy mundiale łącznie. Proszę mi zatem powiedzieć: kraj, gdzie analfabetyzm może osiągać 21 procent, a średnia wynosi 10 procent; kraj, który zajmuje osiemdziesiąte piąte miejsce w klasyfikacji wskaźnika rozwoju społecznego na świecie; kraj, w którym trzynaście milionów ludzi każdego dnia cierpi głód, z których mnóstwo umiera w oczekiwaniu na leczenie… Potrzebują państwo więcej danych?”. Finalnie czempionat pochłonął 14,5 mld dolarów, co i tak jest astronomiczną sumą. Z protestującymi solidaryzowali się aktywni zawodnicy, jak choćby Dani Alves, Fred, David Luiz i Hulk oraz byłe gwiazdy Kanarków, Rivaldo i Romario. Ten drugi po karierze piłkarskiej zajął się polityką. Ich wielkim oponentem był Pele, co jednak wcale nie dziwi. Król futbolu od dawna tańczył tak, jak zagrała mu FIFA. Do strajkujących zwracał się słowami: „Zapomnijmy o niesnaskach i skupmy się tylko na reprezentacji. Musimy pomścić klęskę z 1950 roku”. Neymar napisał na swoim facebooku: „Jest mi smutno, gdy patrzę na to, co dzieje się w Brazylii. Liczyłem na to, że nigdy nie dojdzie do wyjścia na ulice, żeby uzyskać lepsze środki transportu, poprawę służby zdrowia, edukacji i bezpieczeństwa. Wszystko to jest OBOWIĄZKIEM rządu. Kocham swój kraj, ale ja też chcę Brazylii bardziej sprawiedliwej, bezpieczniejszej, zdrowszej i UCZCIWSZEJ!”. Caps lock użyty przy pisaniu słowa “uczciwszej” był pstryczkiem w kierunku ogólnie panującej korupcji i kolesiostwu, które były widoczne gołym okiem przy organizacji czempionatu. Jednym z pracowników biorących udział w przygotowaniu imprezy był Gabriel Jesus. W 2014 roku malował chodniki, dziś zarabia miliony w Manchesterze City. Mieszkańcy dzielnicy, w której pracował przed ośmioma laty, przygotowują wielki mural z jego podobizną. W eliminacjach do brazylijskich Mistrzostw Świata wzięły udział 202 drużyny. Rozbitą po zupełnie nieudanym Euro 2012 reprezentację Polski przejął Waldemar Fornalik. Niestety, w zespole nadal nie było chemii, piłkarze nie nadawali na tych samych falach. Efektem było dopiero czwarte miejsce w grupie z Anglią, Ukrainą, Czarnogórą, Mołdawią i San Marino. Po uszach najbardziej obrywał Robert Lewandowski, który, cytując klasyka, w Borussii umie strzelać, a w kadrze to mu się nie chce! Życie pokazało, że te słowa były nad wyraz przesadzone. Biało-Czerwoni nie mogli zatem skorzystać z brazylijskiej gościnności, bardzo chwalonej przez ekipy z wywalczonym awansem. A były to: Iran, Korea Południowa, Japonia, Australia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kamerun, Nigeria, Ghana, Algieria, Argentyna, Kolumbia, Chile, Ekwador, Stany Zjednoczone, Kostaryka, Honduras, Belgia, Włochy, Niemcy, Holandia, Szwajcaria, Rosja, Bośnia i Hercegowina, Anglia, Hiszpania, Chorwacja, Francja, Grecja, Portugalia, Meksyk, Urugwaj. Zostały podzielone, zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, na osiem czterozespołowych grup:
Grupa A: Brazylia, Chorwacja, Kamerun Meksyk
Grupa B: Australia, Chile, Hiszpania, Holandia
Grupa C: Grecja, Japonia, Kolumbia, Wybrzeże Kości Słoniowej
Grupa D: Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy
Grupa E: Francja, Ekwador, Honduras, Szwajcaria
Grupa F: Argentyna, Bośnia i Hercegowina, Iran, Nigeria
Grupa G: Ghana, Niemcy, Portugalia, Stany Zjednoczone
Grupa H: Algieria, Belgia, Korea Południowa, Rosja
Mecze rozgrywano w dniach 12 czerwca – 13 lipca 2014 roku na dwunastu imponujących, jednak bardzo przepłaconych stadionach w dwunastu miastach: Rio de Janeiro, Brasília, Sao Paulo, Fortaleza, Belo Horizonte, Salvador, Recife, Porto Alegre, Cuiabá, Manaus, Natal i Curitiba. Mundial zainaugurowały ekipy Brazylii i Chorwacji. Już na otwarcie byliśmy świadkami historycznej rzeczy. W 11. minucie na listę strzelców wpisał się Marcelo. Defensor Realu Madryt nie uszczęśliwił ponad 62-tysięcznej publiczności w Sao Paulo. Trafił do własnej bramki. Nigdy wcześniej mundialowego worka z bramkami nie otworzyło trafienie samobójcze. Pomimo słabego początku, gospodarze zdołali z nawiązką odrobić straty. Do zwycięstwa prowadził ich kapitan Neymar, autor dwóch goli. Trzeciego dorzucił Oscar. Canarinhos zdołali wyjść z grupy z pierwszego miejsca, ale nie zachwycali swoją grą. Awans wywalczył również Meksyk. Najważniejszym i najbardziej zaskakującym wydarzeniem w grupie B było odpadnięcie Hiszpanii, obrońców mistrzowskiego tytułu. Marzenia piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego o ponownym triumfie pogrzebali już w pierwszym starciu Holendrzy, deklasując ekipę Del Bosque aż 5:1. Louis van Gaal przygotował młodą, autorską, niedoświadczoną ekipę, od której nikt niczego nie wymagał. W starciu z wielkimi Hiszpanami zaimponowali przede wszystkim w grze w defensywie. W ofensywie nie do powstrzymania byli weterani. Arjen Robben i Robin van Persie ustrzelili po dublecie, piątą bramkę zdobył De Vrij. Latający Holender na długo pozostanie jednym z najpiękniejszych obrazków w dziejach światowego czempionatu. Po tak mocnym początku Oranje z kompletem zwycięstw wygrali grupowe zmagania. Za ich plecami zameldowali się waleczni Chilijczycy. W grupie C rządziła i dzieliła Kolumbia. Los Cafeteros, osłabieni brakiem swojej największej gwiazdy, Radamela Falcao, byli dyrygowani przez Jamesa Rodrigueza. Trzy zwycięstwa zapewniły im awans do 1/8 finału. Na ostatnie pięć minut starcia z Japonią na boisku zameldował się Faryd Mondragón. Był to swoisty prezent otrzymany od trenera Pekermana. Golkiper trzy dni wcześniej obchodził bowiem swoje urodziny. 43. urodziny, dzięki czemu stał się najstarszym uczestnikiem w historii światowych rozgrywek. Jego wynik może niebawem wyśrubować ponad 45-letni bramkarz Egiptu, Essam El Hadary. Drugie miejsce zajęła Grecja. Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy – wybuchowa mieszanka w grupie D, zgodnie uznanej za grupę śmierci. Awans miał się rozstrzygnąć między byłymi Mistrzami Świata. Kostaryka, uchodząca za Kopciuszka i atakująca poniekąd z drugiego rzędu, nieoczekiwanie pokonała na początek Urugwaj 3:1. Koniec niespodzianek? Skądże. Zwycięstwo 1:0 z Włochami i bezbramkowy remis z Anglią zapewnił jej promocję do kolejnej fazy rozgrywek. Brytyjczycy zakończyli swój udział z zaledwie jednym zdobytym punktem. Wszystkie rozstrzygnięcia w tym gronie przyćmiło wydarzenie ze starcia Włochów z Urugwajem. Stawką było wyjście z grupy. W zamieszaniu podbramkowym w 79. minucie Luis Suarez ugryzł w ramię Giorgio Chielliniego. Sędzia tego nie zauważył, więc nie ukarał zawodnika, ale kamery telewizyjne z łatwością wychwyciły zdarzenie. Dwie minuty później Diego Godin trafił do siatki Buffona, dzięki czemu Urusi wygrali 1:0, a Włosi zaczęli pakować się w drogę do domu. Dla Suareza mecz się nie zakończył. FIFA doskonale wiedziała, że nie był to pierwszy taki wybryk krewkiego napastnika. Wcześniej ofiarami jego wampirzych ekscesów padli Otman Bakkal i Branislav Ivanović. Wymierzyła więc bardzo surową karę: „Urugwajczyk Luis Suarez został zawieszony na 9 meczów i wykluczony z jakiejkolwiek piłkarskiej działalności na okres czterech miesięcy”. W swojej książce ,,Przekraczając granice” snajper tłumaczy, że doskonale zdaje sobie sprawę, że zrobił źle i w zasadzie nie znajduje wytłumaczenia na swoje zachowanie. Trzeba zgodzić się z nim w dwóch kwestiach. Po pierwsze, incydent z Włochami przybrał miano mega afery, zupełnie niesłusznie. Przez jej wymiar El Pistolero stał się dla wielu kibiców wampirem, a nie jednym z najlepszych strzelców w historii. Po drugie, Suarez de facto nie zrobił Chielliniemu żadnej krzywdy. Ileż znamy przypadków, gdy boiskowi rywale łamią przeciwnikom nogi, nieraz kończąc ich kariery lub zostawiając na ich psychice dożywotni strach przed bezpośrednimi starciami? O nich nie mówi się tak wiele jak o akcji z Natalu. Jestem pewien, że Marcin Wasilewski wolałby zostać ugryziony przez Witsela, a nie pozbawiony gry na długie miesiące. Bez niespodzianek obyło się w grupach E i F. Z tej pierwszej w grze pozostali Francuzi i Szwajcarzy. W starciu Hondurasu ze Szwajcarią (0:3) padł jedyny turniejowy hat-trick. Jego autorem został Xherdan Shaqiri. Z tej drugiej awans wywalczyły Argentyna i Nigeria. Premierowy mecz grupy G był tytułowany jako starcie tytanów. Niemcy nie pozostawili Portugalczykom żadnych złudzeń i wygrali aż 4:0. W drugim starciu naszych zachodnich sąsiadów ponownie, tak jak cztery lata wcześniej doszło do pojedynku między braćmi Boateng. Tym razem Kevin-Prince i Jerome podzielili się punktami. Piłkarze Joachima Loewa zremisowali z Ghaną 2:2. Co ciekawe, przed ostatnią serią gier każda z drużyn miała jeszcze szanse na awans. Z takiego obrotu sprawy skrzętnie skorzystali zawodnicy z Afryki. Postawili swojej piłkarskiej federacji ultimatum, że jeśli nie otrzymają 3 mln dolarów w gotówce, odpuszczą starcie z Portugalią. Pieniądze dotarły rządowym samolotem, Czarne Gwiazdy podzieliły między sobą łup, ale mecz przegrały 1:2. Obie ekipy musiały opuścić turniej. W najmniej interesującej grupie H awans wywalczyły reprezentacje Belgii i Algierii. Faza 1/8 finału skojarzyła ze sobą Kolumbię i Urugwaj (2:0), Francję i Nigerię (2:0), Holandię i Meksyk (2:1), Kostarykę i Grecję (1:1, k. 5:3), Argentynę i Szwajcarię (1:0), Belgię i USA (2:1 pd.), Niemcy i Algierię oraz Brazylię i Chile. O tych dwóch ostatnich spotkaniach warto napisać nieco więcej. Zdecydowanym faworytem meczu Niemców z Algierią byli oczywiście Europejczycy. Bardzo zaskoczyła ich postawa walecznych przeciwników, w regulaminowych 90 minutach nie padła żadna bramka. Co zaskakujące, najwięcej pracy miał golkiper pewniaków, Manuel Neuer. Co prawda nie był zmuszony do spektakularnych robinsonad na linii bramkowej, jednak przez bardzo wysokie ustawienie swojej drużyny musiał przejmować rolę ostatniego obrońcy. Częściej niż w polu karnym widzieliśmy go poza nim. Jego interwencje zapierały dech w piersiach. Były znacznie bardziej widowiskowe i skuteczne od tych prezentowanych 24 lata wcześniej przez prekursora dalekich bramkarskich podróży – René Higuity. Niemcy, podbudowani znakomitą postawą swojego bramkarza, zdołali w dogrywce strzelić dwa gole, na które w ostatniej akcji meczu odpowiedział Djabou. Szalony przebieg miało starcie Brazylii z Chile. Po pierwszej połowie na tablicach świetlnych widniał wynik 1:1. Gole strzelali David Luiz i Alexis Sanchez. W drugiej odsłonie dogodnych sytuacji nie brakowało, ale zabrakło rozstrzygnięcia. W dogrywce lepsi byli Chilijczycy. W bramce gospodarzy dobrze spisywał się Julio Cesar. Wszyscy myśleli już o dogrywce, gdy na 17. metrze piłkę otrzymał rezerwowy Pinilla i oddał soczysty strzał. Kiedy piłka leciała w kierunku bramki, serca brazylijskich piłkarzy i kibiców zamarły. Wiadome było, że Cesar nie będzie w stanie jej zatrzymać. Z pomocą przyszła poprzeczka. Szczęście nie opuszczało Canarinhos także w konkursie rzutów karnych. Pomimo dwóch pudeł zdołali wygrać 3:2 i awansować do ćwierćfinału. Po kilku dniach niedoszły bohater ostatniej akcji, Mauricio Pinilla, zaprezentował nowy tatuaż. Dziara obrazowała chwilę, w której napastnik trafił w obramowanie bramki. Pod nią pojawił się napis: Jeden centymetr od chwały. Po wyczerpującym, ponad dwugodzinnym boju z Chile, Brazylijczyków czekał najtrudniejszy z dotychczasowych sprawdzianów. Na ich drodze stanęła drużyna prezentująca najpiękniejszy futbol na turnieju, Kolumbia. Jeśli Canarinhos myśleli o strefie medalowej, musieli wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Udało się. Rozegrali najlepszy mecz i wygrali 2:1. Sprawy w swoje ręce wzięli defensorzy, Thiago Silva i David Luiz. Honorowe trafienie było dziełem fenomenalnego Jamesa, trafiającego w każdym swoim brazylijskim występie, za każdym razem prezentując wybitne umiejętności techniczne. Tym razem skutecznie wykorzystał rzut karny. Tuż przed oddaniem strzału na jego ramieniu przysiadł zielony intruz, solidnych rozmiarów świerszcz, tworząc z piłkarzem jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów tego czempionatu. Pokonanie Kolumbii nie obyło się bez ofiar. Przed półfinałem wykartkował się Thiago Silva, a na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem Neymar starł się z Zunigą. Kolano i ręce oponenta z impetem zatrzymały się na jego plecach. Z płaczem opuszczał boisko. Diagnoza? Pęknięty trzeci kręg. W tym momencie zakończył swój udział na Mundialu. Lekarze mówili, że i tak miał sporo szczęścia, bo naprawdę mało zabrakło do paraliżu kończyn dolnych, przez który już nigdy nie mógłby chodzić. Holandia tymczasem podejmowała czarnego konia rozgrywek, Kostarykę. Keylor Navas i jego blok obronny znakomicie powstrzymywał bardzo ofensywnie ustawionych Oranje. Nie dali sobie strzelić gola przez 120 długich minut. Sami również nie zdołali ukąsić rywala, zatem awans do najlepszej czwórki rozgrywek musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Chwilę wcześniej, już w doliczonym czasie dogrywki, van Gaal zastosował mistrzowski manewr. Ściągnął z boiska Jaspera Cillessena, bardzo solidnego bramkarza, którego piętą achillesową było stopowanie uderzeń z wapna. Rozzłoszczonego tą decyzją szkoleniowca golkipera zastąpił Tim Krul. Ówczesny zawodnik Newcastle United okazał się bohaterem potyczki, broniąc uderzenia Bryana Ruiza i Míchaela Umany. Holendrzy wygrali wojnę nerwów 4:3. Argentyńczycy i Niemcy solidarnie, po 1:0, wygrali swoje mecze z Belgią i Francją. Van Gaal mógł zastosować manewr z ćwierćfinału także w półfinale. Po 120 minutach boju z Argentyną znów utrzymywał się bezbramkowy remis, jednak tym razem Krul pozostał na ławce rezerwowych. Cillessen bardzo przeżył poprzednie zastąpienie go przez kolegę z numerem “23”. Poczuł się urażony i poniekąd znieważony przez trenera. Ten przed jedenastkami z Argentyną wykorzystał limit zmian, a w stosunku do ówczesnego bramkarza Ajaksu pomyślał zapewne: ok, zatem teraz wyzwól w sobie sportową złość i udowodnij, że rzeczywiście można na ciebie liczyć w takich sytuacjach. Messi i spółka byli nieomylni, zachowali stuprocentową skuteczność. Pomylili się natomiast Vlaar i Sneijder, dzięki czemu to Argentyna awansowała do wielkiego finału. Holandii pozostał mecz pocieszenia o trzecie miejsce. Przed rozpoczęciem brazylijskiego turnieju najlepszym mundialowym strzelcem w historii był Ronaldo, mający na koncie 15 trafień. Legendarny napastnik doskonale zdawał sobie sprawę, że po jego piętach depcze Miroslav Klose, posiadacz 14 goli. Na kilka dni przed startem piłkarskich zmagań Il Fenomeno udzielił wywiadu, w którym bez hamulców stwierdził: „Kiedy reprezentacja Niemiec będzie wychodzić na boisko, wszystkie swoje siły skupię przeciwko niej a zwłaszcza przeciwko Miro Klose. Mógłby doznać jakiejś kontuzji”. Jak to mówią, możesz mieć wszystko ale klasy nie kupisz. Klasę pokazali za to nasi zachodni sąsiedzi. Klose zrównał się w liczbie bramek z Ronaldo już w grupowym starciu przeciwko Ghanie. Na półfinał wyszedł w pierwszym składzie. Canarinhos żywiołowo wykonali swój hymn narodowy w “obecności” kontuzjowanego Neymara. Odśpiewanie pieśni patriotycznej było jedynym koncertem zaprezentowanym tego wieczoru przez Brazylijczyków. Później wielki koncert grali już tylko Niemcy. W ciągu 18 minut, od 11. do 29. minuty, aż pięciokrotnie znaleźli sposób na umieszczenie piłki w siatce Julio Cesara. Jak łatwo się domyśleć, trafił i Klose, po czym przejął od Ronaldo koszulkę lidera klasyfikacji strzelców wszech czasów. W drugiej połowie podopieczni Loewa spuścili z tonu, co i tak nie przeszkodziło im w zdobyciu dwóch goli autorstwa Schurrle. Na otarcie łez trafił Oscar. 1:7 u siebie, w półfinale najważniejszego piłkarskiego turnieju na świecie. Jednym słowem, dramat. Dramat trwał w najlepsze także w meczu o trzecie miejsce. Holendrzy wygrali gładko 3:0. Wielki finał, jak przystało na mecz tej rangi, znowu nie był porywającym widowiskiem. Więcej z gry i lepsze sytuacje mieli Argentyńczycy, jednak z ich przewagi nic nie wynikało. 0:0 po 90 minutach gry oznaczało dogrywkę. W 113. minucie dwaj rezerwowi, Schurrle i Goetze przeprowadzili najważniejszą akcję turnieju, zapewniając swojej ojczyźnie czwarty tytuł Mistrza Świata. Tym samym po raz pierwszy ekipa z Europy sięgnęła po trofeum na amerykańskiej ziemi.
10
Niemiecka Samba:
Mistrzostwa Świata 2014. Czy Brazylijczycy, po uszy zakochani w piłce nożnej, cieszyli się z organizacji turnieju? Czym w mundialowych kronikach zasłynął Marcelo? Za sprawą którego zawodnika Latający Holender nie kojarzy się już jedynie ze statkiem? Dlaczego wgryzienie się Suareza w ramię Chielliniego nie powinno być odbierane aż tak negatywnie? Kogo od chwały dzielił zaledwie centymetr? Kto przeprowadził jedną z najważniejszych zmian w historii futbolu? Komu “gruby” Ronaldo życzył jak najgorzej? Jak ćwierćfinałowa kontuzja Neymara zapoczątkowała największą piłkarską tragedię w Brazylii od 1950 roku? Tego wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@patataj
6
Żywe legendy rodzimego futbolu:
12 czerwca 1971 r. w Słupsku urodził się Tomasz Iwan, pomocnik. Klubową karierę rozpoczynał w Jantarze Ustka(1988 r.) Na najwyższym poziomie rozgrywkowym debiutował w Olimpii Poznań. W sezonie 1991/92 trafił do ŁKS-u Łódź. Rok później wrócił do Wielkopolski. Grał w poznańskiej Warcie. W 1994 r. Tomasz Iwan podpisał kontrakt z holenderską Rodą JC Kerkrade. Dobre występy zaowocowały transferem do Feyenoordu Rotterdam. Największe sukcesy Tomasz Iwan odnosił jednak z PSV Eindhoven. W klubie z południowej Holandii grał przez 4 sezony (1997-2001). Dwukrotnie zdobywał z drużyną mistrzostwo kraju. Od 2001 r. występował w klubach austriackich (Austria Wiedeń, Admira Wacker Mödling). W 2005 roku wrócił do Polski. Grał w Lechu Poznań. Z powodu kontuzji, po sezonie zakończył karierę. Tomasz Iwan debiutował w kadrze meczem Polska - Francja(Paryż, 1:1). Wraz z kolegami, wywalczył awans na mundial 2002, w Korei i Japonii. Decyzją trenera Jerzego Engela, nie znalazł się w kadrze na MŚ w Azji. Jego nieobecność w kadrze na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii zszokowała nawet samych reprezentantów Polski, którzy protestowali u trenera Engela i bezskutecznie domagali się powołania swojego kolegi. Kolegi, który wystąpił w pięciu meczach eliminacyjnych i był ważną częścią grupy odpowiedzialnej za atmosferę w zespole. Na brak powołania urażony Iwan odpowiedział rezygnacją z dalszej gry w narodowych barwach. Iwan rozegrał w biało-czerwonych barwach 40 spotkań, strzelając 4 gole.
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj
7
Pierwsza sensacja w pierwszym w historii sezonie ligowym:
12 czerwca 1927 r. Warta Poznań poległa na własnym stadionie z Ruchem Wielkie Hajduki 1:4! Zwycięstwo Ruchu nad Wartą na jej boisku było dużą sensacją, nawet biorąc pod uwagę iż poznaniacy zagrali w osłabieniu(Spoida chory, Śmiglak odsługujący powinność wojskową). Na błotnistym, fatalnym boisku Ruch wygrał zasłużenie. Śląski klub uznawany początkowo za jeden z najsłabszych w ligowej rywalizacji, pozostawał niepokonany od początku maja, notując już siódmy kolejny mecz bez porażki. Zarazem czwarte z rzędu zwycięstwo Ruchu na wyjeździe to rekord, który nie został pobity aż do końca sezonu. Dało to zaskakujący awans z ostatniego miejsca w tabeli, jakie Ruch zajmował w końcu kwietnia, na wysoką piątą lokate w połowie czerwca. Zadziwiająca metamorfoza zaskoczyła wszystkich. Z pozycji outsajdera rozgrywek ,,Niebiescy” stali się nagle jednym z czołowych zespołów ekstraklasy.
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj
7
Debiuty wspaniałych legend FC Barcelony:
12 czerwca 1958 r. w barwach Dumy Katalonii zadebiutował genialny węgierski napastnik Sandor Kocsis. Debiut przypadł na towarzyski mecz z SC Preußen Münster, wygrany przez FC Barcelone 5:2. Kocsis strzelił również 2 gole w tym meczu a więc debiut należy uznać za bardzo udany.
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj
11
Ciężkie czasy reżimu:
12 czerwca 1940 r. ustalono pierwszy statut FC Barcelony po wojnie domowej. Po raz pierwszy klub przyjął nazwę hiszpańską(Club de Futbol Barcelona) a nowym prezydentem został Frankista Enrique Piñeyro Queralt, który nie posiadał karty socio i nigdy nie był na żadnym meczu piłki nożnej. Artykuł nr. 3 statutu przewidywał że na koszulce znajdą się ,,dwa czerwone paski na żółtym tle” zamiast flagi Katalońskiej. Inny z punktów mówił że klub może zostać w każdej chwili rozwiązany, lecz leży to w gestii Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej.
@AssisMoreira
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
0
Wiem że odbywa się finał mężczyzn French Open ale nie dawno tak se włączyłem Eurosport i tak patrze i patrze i się zastanawiam kto w końcu się postawi temu Djokowiciowi oprócz oczywiście Rafaela Nadala?
4
Brazylijska ,,Joga Bonito”:
11 czerwca 1997 r. Paragwaj pokonał Chile 1:0 po golu Acuñii, w meczu otwierającym 38 edycje Copa America. W edycji tej po raz kolejny zmieniono zasady. 12 zespołów podzielonych zostało na 3 grupy. Do kolejnego etapu awansowały dwie najlepsze drużyny z każdej grupy, oraz dwie najlepsze z 3 miejsc. Następnie rozegrane zostały ćwierćfinały, półfinały, finał, oraz mecz o 3 miejsce. Za wygraną przyznawane były 3 punkty a za remis jeden. Boliwia ponownie otrzymała Copa América w 1997 roku. Lokalizacja(a przede wszystkim wysokość) była kluczowa, aby ,,Zieloni” stali się rewelacją rozgrywek, docierając do finału, w którym przegrali z Brazylią. Ronaldo, jedna z ówczesnych postaci światowego futbolu, został najlepszym zawodnikiem turnieju. Wśród najbardziej zaskakujących wyników w historii Copa América jest pogrom Peru przez Brazylie 7:0 w meczu odpowiadającym półfinale rozgrywek. Boliwia, która wszystkie swoje mecze rozgrywała na wysokości La Paz, triumfowała we wszystkich trzech meczach grupowych oraz w ćwierćfinale i półfinale. Jednak w meczu finałowym potęga Brazylii, ówczesnych mistrzów świata, wystarczyła, by zwyciężyć 3:1. Obie drużyny zakwalifikowały się do Pucharu Konfederacji. Na podium stanął także gościnnie Meksyk, który pokonał Peru. Gola zdobył Meksykanin Luis Hernández. Brazylia wygrała wszystkie 6 meczów strzelając 22 gole. Najszybszego gola strzelił Brazylijczyk Denílson w wygranym 0:7 meczu z Peru(1 minuta). Mecze rozgrywane były na stadionie w Sucre, La Paz, Oruro, Cochabamba i Santa Cruz. Mecze oglądało łącznie około 510 000 osób(średnio 19 615 na mecz). Najwięcej przyszło na starcie Brazylii z Boliwią (46 000). Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrany został Brazylijczyk Ronaldo. Najwyższy wynik padł w półfinałowym meczu pomiędzy Peru a Brazylią 0:7. Natomiast Luis Hernández w meczu Meksyk – Kostaryka 1:1, strzelił 2000 gola w turnieju.
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@FCBparasiempre
Piłkarze zdołali się jeszcze zmobilizować na kolejny mecz, w którym 3:0 wygrali z Club Atlético Lanús, ale porażki poniesione w kolejnych dwóch starciach – z River Plate (2:5) i z Racingiem (1:4) – ostatecznie przekreśliły marzenia o tytule. Zawodnicy i kibice uważali, że zostali obrabowani przez dwóch arbitrów i trudno choć w części nie przyznać im racji. Hirschlowi i jego podopiecznym na pocieszenie pozostał fakt, że zespół strzelił najwięcej bramek w lidze (90), a Arturo Naón został wicekrólem strzelców. Za kulisami mówiło się, że Wielka Piątka, czyli Boca Juniors, Independiente, Racing, River Plate i San Lorenzo, jest zbyt mocna, żeby na stałe jej zagrozić. Nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność stojących za nią kibiców, ale też z uwagi na zaplecze polityczne, dzięki któremu możliwe było wywieranie nacisków na arbitrów. Cytowany wcześniej Guttmann przekonywał jednak, że Hirschl i jego podopieczni też nie byli do końca uczciwi. ,,Miał pewien sławny, albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł: dawał bramkarzowi kolczasty pierścień, żeby przebić piłkę rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”– opowiadał Guttmann. Ofensywny styl, jaki prezentował zespół Hirschla, otworzył mu drzwi do największych argentyńskich klubów. W 1934 r. po węgierskiego fachowca zgłosiło się River Plate. Początki nie były jednak łatwe. Zawodnicy lepsze występy przeplatali gorszymi. Potrafili rozbić 6:1 San Lorenzo, żeby miesiąc później ulec Estudiantes La Plata 0:3. Już w drugiej kolejce Hirschl zmierzył się ze swoim byłym klubem, a mecz zakończył się remisem. Pierwszy jego sezon w klubie zakończył się zajęciem przez River trochę rozczarowującego, czwartego miejsca. Węgier nie zrażał się jednak niepowodzeniami i konsekwentnie wcielał w życie swoje pomysły taktyczne. Od początku swojej przygody z Los Millonarios, stopniowo ustawiał defensywę w literę M. Cofnął jednego ze środkowych pomocników do tyłu, tak by pełnił rolę cofniętego rozgrywającego. Piłkarz grający na tej pozycji miał uczestniczyć w grze obronnej, ale jednocześnie od niego miało zaczynać się budowanie akcji, to on miał kreować grę z głębi pola. W drugim sezonie swojego pobytu w River sprowadził do klubu José Maríę Minellę i to jemu powierzył tę rolę. Hirschl odważnie też stawiał na młodych zawodników. To właśnie u niego w 1935 r. w wieku 16 lat zadebiutował Adolfo Pedernera. W tym samym sezonie regularne występy w pierwszej jedenastce notował nastoletni José Manuel Moreno. Obaj już niedługo mieli stanowić o sile ofensywy zespołu. Wielką gwiazdą drużyny był z kolei Bernabé Fereyra, który młodszym kolegom zawsze służył dobrą radą i chętnie dzielił się doświadczeniem. Mieszanka rutyny z młodością przyniosła rezultaty w 1936 r. Sezon był wówczas podzielony na dwa puchary – Copa de Honor Municipalidad de Buenos Aires i Copa Campeonato. Zwycięzcy każdego z nich spotkali się na koniec sezonu w Copa de Oro. W pierwszym z turniejów, który de facto był pierwszą rundą ligowych rozgrywek, River zajęło szóste miejsce. Podopieczni Hirschla prawdziwą klasę pokazali w Copa Campeonato. Przegrali tylko dwa mecze i dzięki serii ośmiu zwycięstw z rzędu zajęli pierwsze miejsce z czteropunktową przewagą nad San Lorezno. Znakomicie spisywał się duet Moreno i Fereyra. Pierwszy z nich był najlepszym strzelcem klubu w Copa de Honor, gdzie zdobył 13 bramek, a drugi imponował skutecznością w Copa Campeonato, strzelając 15 goli w 17 starciach. Swoją dominację potwierdzili 20 grudnia w starciu o Copa de Oro, w którym pokonali San Lorenzo 4:2. Rok później system rozgrywek wrócił do normy i o mistrzostwie decydowała tabela końcowa po dwóch rundach spotkań. River praktycznie nie miało sobie równych. Zespół triumfował w 27 spotkaniach, zremisował cztery, a przegrał w zaledwie trzech. Zawodnicy zdobyli 106 bramek – najwięcej w lidze obok Independiente. Chyba tylko ta drużyna ze wspaniałym Arsenio Erico w składzie mogła nawiązać walkę z maszyną stworzoną przez Hirschla, choć w obu bezpośrednich spotkaniach górą było River. Mając już zapewniony tytuł, postawili kropkę nad i, zwyciężając 3:2 w brzydkim, pełnym awantur meczu z Boca Juniors, rewanżując się tym samym za wcześniejsze porażki. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawę tak świetnie przygotowana, jak wybitne River Plate. Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”– pisano w ,,El Gráfico”, podkreślając rolę Hirschla w sukcesie.
Hirschl stworzył dobrze funkcjonujący mechanizm, który również w przyszłym roku walczył o tytuł. Tym razem jednak lepsi okazali się rywale z Independiente. River przegrał mistrzostwo o dwa punkty, a decydująca jak się później okazało, była porażka 1:2 z Ferro Carril Oeste. Po zdobyciu wicemistrzostwa w 1938 r. Hirschl odszedł z klubu. Wrócił na krótko do Gimnasii, a potem zaczął pracę w Rosario Central. 20 sierpnia 1939 r. jego podopieczni przegrali z River aż 0:6, a Węgier mówił, że tak dobra postawa Los Millonarios to efekt jego pracy. ,,Przybyłem osobiście, by zebrać owoce mojego nauczania. Tych sześć goli strzelili przecież moi chłopcy”– mówił po meczu szkoleniowiec. Później pracował z San Lorenzo, z którym też plasował się w czołówce, a także Banfield. W 1944 r. jego kariera trenerska została dość nagle przerwana. 13 stycznia odbyło się posiedzenie komisji dyscyplinarnej AFA. W protokole zapisano, że prezydent Banfield Forencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiána Gualco przed meczem Banfield z Ferro. Spotkanie odbyło się we wrześniu i zakończyło się remisem 1:1, a bramkarz ostatecznie w nim nie zagrał. Wśród osób, które miały brać udział w tym procederze, był wymieniony również Hirschl, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą dwóch tysięcy peso. Węgierski szkoleniowiec znalazł się w gronie dziewięciu osób, które skazano za sportową niemoralność i dożywotnio pozbawiono go możliwości prowadzenia jakiejkolwiek działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Co prawda Generalny Inspektorat Sprawiedliwości 10 maja karę anulował, ale związana z nią niesława pozostała. Warto jednak wspomnieć, że kiedy Hirschl wyjeżdżał z Węgier, to jego ówczesna drużyna Húsos FC była też była zamieszana w ustawianie meczów. Szkoleniowiec wyjechał do Brazylii. Dzięki sukcesom odniesionym w Argentynie cieszył się opinią jednego z najlepszych specjalistów na kontynencie. Znalazł zatrudnienie w Porto Alegre, gdzie na początku 1945 r. został trenerem Cruzeiro de Rio Grande do Sul. Sprowadził do klubu dwóch argentyńskich napastników – Alejandro Lombardiniego i mającego za sobą występy w rzymskim Lazio Enrique Flaminiego. Hirschl odpowiednio poukładał i umotywował zespół. Cruzeiro potrafiło bić się jak równy z równym z innymi wielkimi klubami z miasta – Grêmio i Internacional. W 1947 r. zespół pokonał lokalnych rywali i zwyciężył w premierowych rozgrywkach o Taça Cidade de Porto Alegre. Hirschla jednak już wtedy nie było w klubie. W połowie 1946 r. wykupił swój kontrakt i wyjechał szukać szczęścia do Meksyku. Tam przez dwa lata prowadził Club Deportivo Marte, ale bez szczególnych sukcesów. Po przygodzie w Meksyku na krótko jeszcze zawitał do Gimansii, aż w końcu wiosną 1949 r. objął posadę trenera Peñarolu. Urugwajski klub stawał dopiero na nogi po kilku chudych latach. Poprzednikiem Hirschla był Anglik Randolph Galloway, który usiłował nauczyć piłkarzy gry w systemie WM. Udawało mu się to z różnym skutkiem. Dopiero Hirschl potrafił wszystko odpowiednio poukładać i otworzył Urugwajczykom oczy na wiele nowych aspektów. Na pierwszym prowadzonym przez niego treningu zgromadziło się 1,5 tys. kibiców. Nie zamierzał nikogo skreślać i każdemu chciał dać szansę pokazania się, dlatego też w pierwszych zajęciach wzięli udział również piłkarze rezerw. W sumie ponad 40 zawodników. ,,Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem tablicę. Węgrzy zaprezentowali nowe systemy gry, pokazali nowe formy i kierunki szkolenia, które przyniosły rewolucję”– wspominał Alcides Ghiggia. Po tygodniu od pierwszego treningu przyszła pora na wybranie składu. Kiedy Hirschl wymieniał nazwiska zawodników z obrony i pomocy, nie było większych zaskoczeń. Kiedy jednak trzeba było wskazać prawego skrzydłowego, to spojrzał w kierunku Alcidesa Ghiggi i powiedział do niego, że to on zagra na tej pozycji. Liderzy zespołu próbowali wpłynąć na jego decyzję i starali się argumentować, że w zespole są przecież Julio César Britos i Solito Ortiz, którzy byli reprezentantami kraju, ale Hirschl był nieugięty. Oprócz Ghiggi w ataku mieli zagrać jeszcze Juan Eduardo Hohberg, Omar Óscar Míguez, Juan Alberto Schiaffino i Ernesto Vidal. Już wkrótce każdy kibic w kraju potrafił bez zająknięcia wymienić skład formacji ofensywnej Peñarolu. Prowadzony przez Węgra zespół zdominował rozgrywki. W lidze zdobyli 52 punkty na 54 możliwych. Strzelił najwięcej bramek – 62. Stracili najmniej – tylko 17. Wygrali wszystkie trzy derbowe pojedynki z Nacionalem. Zdobyli pierwsze od czterech lat mistrzostwo. Piłkarze grali bardziej zespołowo, nie wdawali się w niepotrzebne dryblingi, przez które tracili siły, nie bawili się piłką. Na pierwszym miejscu zawsze było dobro drużyny. ,,Hirschl dogadywał się z każdym. Był nie tylko dostępny dla wszystkich, ale był też przyjacielem graczy. To najlepszy trener, jakiego miałem. Najbardziej podobała mi się przyjaźń, jaką natychmiast nawiązał ze wszystkimi graczami. Często z nami żartował”– wspominał Węgra Ghiggia. Piłkarze Peñarolu stanowili trzon urugwajskiej reprezentacji, która w 1950 r. upokorzyła Brazylię. W tym samym roku w lidze musieli jednak uznać wyższość Nacionalu, od którego okazali się gorsi o dwa punkty. Rok później Hirschl i jego chłopcy wrócili na tron, a Węgier opuścił zespół w glorii zwycięzcy po wygaśnięciu kontraktu. Wrócił jeszcze w 1956 r., ale nie na długo.
Nie będzie przesadą, jeśli uznamy, że Hirschl był wizjonerem. Wyprzedzał swoją epokę o całe lata, indywidualizował treningi, doceniał znaczenie odpowiedniej regeneracji. Dysponował znakomitym zmysłem taktycznym i potrafił sprawić, że to, co rysował piłkarzom kredą na tablicy, ci świetnie umieli przełożyć na sytuacje na boisku. Miał nosa do młodych talentów i nie bał się odważnie na nich stawiać. Stworzył podwaliny ,,La Máquiny” w River Plate i to pod jego okiem skrzydła rozwijała ,,Escuadrilla de la muerte”, czyli słynna eskadra śmierci w Peñarolu. Zmarł 23 września 1973 r. w Buenos Aires i to tam jest zdecydowanie bardziej pamiętany niż nad Dunajem. Nie powinno to dziwić, bo to on argentyńską i urugwajską taktykę wprowadził w czasy nowożytne. Nie bez powodu w Ameryce Południowej nazywa się go ,,El Mago”.
2
@FCBparasiempre
Na rozwój futbolu szczególny wpływ miało kilka nacji. Anglicy stworzyli jego podwaliny a w dużej mierze dzięki Francuzom możemy emocjonować się rozgrywkami międzynarodowymi. Swój wkład w rozwój tej dyscypliny wnieśli też Włosi, Niemcy, czy Holendrzy. Nie można jednak zapominać o mniejszych krajach jak Austria czy Węgry. Węgierscy trenerzy z powodzeniem radzili sobie nie tylko u nas w kraju, ale też w wielu innych zakątkach świata. Jednym z nich był Imre Hirschl, który w latach 30-tych i 40-tych XX w. zmienił podejście do futbolu w Argentynie. Hirschl był postacią tyleż ciekawą, co tajemniczą. W jego życiorysie jest sporo nieścisłości i znaków zapytania. Raczej prawdą jest, że urodził się 11 czerwca 1900 roku w Apostag, niewielkiej wsi położonej 80 km na południe od Budapesztu. Nie ma jednak wielu informacji na temat okresu jego dorastania i młodości. Jego córka Gabriela, która pracuje w Buenos Aires jako psychoanalityczka, wspominała, że ojciec rzadko opowiadał o przeszłości. W czasie pierwszej wojny światowej miał wyjechać za braćmi do Palestyny. Tam zataił swój wiek i zaciągnął się do brytyjskiej armii. Po wojnie został na tych terenach i wraz z żydowskimi nacjonalistami walczył z chylącym się ku upadkowi Imperium Osmańskim. Pamiątkami po pobycie na Bliskim Wschodzie miała być blizna na biodrze, będąca wynikiem wybuchu granatu i ślad na nadgarstku pozostawiony przez kulę karabinu. W wielu źródłach znajdziemy informację, że Hirschl jako piłkarz występował w barwach Ferencvárosu. Według niektórych miał być nawet w składzie zespołu podczas tournée po Ameryce Południowej w 1929 r. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdą. Próżno szukać jego nazwiska w relacjach prasowych Nemzeti Sport. Na żadną wzmiankę o nim nie natrafimy też w klubowym muzeum. Wśród wielu prasowych wycinków, które zgromadziła w swojej kolekcji córka Hirschla, można wyczytać, że grał w Athletic Club Budapeszt. Z niektórych z kolei wynika, że był graczem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy Jork. Pojawiają się też informacje o jego rzekomych związkach z paryskim Racingiem. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem, że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletic club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz, odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy; byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do Stanów Zjednoczonych, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”– mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna” w 1939 r. Jedynym jednak zespołem, w którego archiwach odnajdziemy jego nazwisko, jest budapesztański Húsos FC. Hirschl występował tam w 1920 r., ale na tym informacje o jego zawodniczej karierze się kończą. Inny węgierski trener Béla Guttmann twierdził, że nie powinno to nikogo dziwić, bo głównym zajęciem Hirschla miała być praca w rzeźni. Nie zgadza się z tym jednak córka Hirschla. Wspominała ona, że ojciec potrafił oporządzić krowę i robił znakomite kiełbaski, ale takie umiejętności były w tamtych czasach czymś zupełnie normalnym, a poza tym rodzina Hirschlów była zbyt zamożna, żeby ktokolwiek z nich musiał pracować w rzeźni. Jak więc ten człowiek znikąd znalazł się w Argentynie i stał się jednym z najlepszych szkoleniowców swoich czasów? W dużej mierze przez przypadek. W 1929 r. Hirschl przebywał w Paryżu, gdzie starał się uzyskać amerykańską wizję. Spotkał tam brazylijskiego biznesmena hrabiego Matarazzo. Był on prezesem klubu Palestra Italia, który dzisiaj znamy jako Palmeiras. Hirschl dzięki swojej charyzmie, wiedzy i elokwencji zdołał przekonać Brazylijczyka, żeby ten powierzył mu funkcję trenera. Początkowo Węgier był asystentem Eugenio Medgyesyego, ale sam miał też poprowadzić zespół w dwóch spotkaniach. Latem 1930 r. w São Paulo przebywała żydowska drużyna Hakoah New York. Piłkarze podróżowali po kontynencie amerykańskim, propagując idee usportowionego judaizmu. Wśród zawodników znalazło się kilku Węgrów, w tym słynny później Béla Guttmann. Hirschl dzięki znajomości języka, łatwości nawiązywania kontaktów i posiadanej charyzmie wkrótce dołączył do żydowskiego zespołu. Nie był jednak piłkarzem, ale został masażystą.
,,Powiedział, że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, bo ma silne ręce i mocny uchwyt. Postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miał cholernie dobry masaż”– opowiadał Guttmann. Jego przygoda z Hakoah nie trwała jednak długo. Towarzyszył drużynie przez kolejny miesiąc, ale wkrótce zespołowi zaczęło brakować pieniędzy i, jak relacjonował Guttmann, w Buenos Aires podziękowano Hirschlowi za współpracę. Późniejszy trener Benfiki mówił też, że kiedy już wyjechali z miasta, to jego rodak zaczął rozpowiadać, że w Hakoah był asystentem trenera. Często widywano go z drużyną, więc opowieść brzmiała wiarygodnie. Jonathan Wilson, który w swojej książce „Aniołowie o brudnych twarzach” przybliża postać Hirschla, zaznacza jednak, że raczej nie powinno się ślepo wierzyć relacjom Guttmanna. ,,Guttmann również często zmyślał, ile wlezie, a co ważniejsze: był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał, by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty”– pisał brytyjski dziennikarz. Hirschl wkrótce znalazł zatrudnienie w klubie Gimnasia y Esgrima La Plata. Przed rozpoczęciem pracy obejrzał trzy mecze zespołu i powiedział włodarzom, że widzi w drużynie potencjał. Nie potrzebował pieniędzy na transfery i obiecał, że w 1933 r. klub będzie walczył o mistrzostwo kraju. Sezon 1932 Gimnasia rozpoczęła pod jego kierownictwem. Początki nie były jednak różowe. Pierwsze trzy spotkania były rozczarowaniem i zakończyły się porażką a rywale zaaplikowali Gimnasii łącznie 12 goli. Po rozegraniu 16 spotkań zespół prowadzony przez Węgra miał na koncie ledwie trzy zwycięstwa. Druga część sezonu była już jednak zdecydowanie lepsza. Gimnasia potrafiła wygrać 4:3 z River Plate, czy rozbić 6:2 Boca Juniors. Rozgrywki zwieńczyli serią siedmiu meczów bez porażki i ostatecznie uplasowali się na siódmym miejscu w tabeli. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego. Piłkarze musieli być w dobrej formie. Ażeby osiągnąć ten cel, musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od jedenastu ludzi, by robili dokładnie to samo: dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele. Intensywność zajęć zależy od ich terminu. Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”– mówił o swoich początkach w klubie. Pamiętajmy, że cały czas mowa o początku lat 30-tych ubiegłego wieku. Mało kto wówczas myślał o indywidualizacji treningu, co dziś jest rzeczą niemal powszechną. Hirschl, którego imię w Argentynie zostało ,,zhispanizowane” z Imre na Emérico, wprowadził do treningów elementy amerykańskiej i szwedzkiej gimnastyki, która opiera się na powolnych, harmonijnych ruchach bez użycia przyrządów. Oprócz tego w przygotowaniu biegowym stosował mieszkankę sprintów i biegów długodystansowych, a na zajęciach pojawiały się nawet elementy koszykówki. Niektórym z podstawowych zawodników odpuszczał treningi, a ich przygotowanie meczowe ograniczał się do ciepłych kąpieli i masaży. Hirschl na początku swojej pracy dostał sporo swobody. Jednym z jego warunków było to, że nikt nie będzie mu się wtykał w robotę. Węgier postanowił solidnie zamieszać w składzie. Podstawowi zawodnicy zespołu zostali odstawieni na boczny tor, a w ich miejsce desygnował do gry tych, którzy zwykle byli rezerwowymi. Doszło wtedy do napięć na linii trener – zarząd, bo włodarze uważali, że piłkarze, na których uparcie chciał stawiać szkoleniowiec, są bezużyteczni. Dzięki zapisom w kontrakcie Hirschl postawił jednak na swoim. Tymi beznadziejnymi w opinii zarządu piłkarzami byli Arturo Naón, który do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atillo Herrera. To oni stworzyli trzon zespołu, który wkrótce zaczęto nazywać El Expreso. Jednak sercem i największą gwiazdą drużyny był José María Minella, który, kiedy został przesunięty z ataku do pomocy, to odmienił pozycję środkowego pomocnika. Kampanię ligową w 1933 r. zespół zaczął z wysokiego c. Piłkarze zwyciężyli w pierwszych pięciu spotkaniach, w których strzelili aż 19 bramek, tracąc przy tym ledwie pięć. Wygrywali mecz za meczem i coraz częściej zaczynano ich wymieniać w gronie faworytów do mistrzostwa. Znakomita postawa drużyny zwróciła uwagę dziennikarzy, którzy starali się odnaleźć przyczyny tak dobrych wyników Gimnasii. ,,To, co dzieje się w Gimnasii, jest zdumiewające. Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie, jego wpływ jest oczywisty”– pisano o Hirschlu w „El Gráfico” w maju 1933 r.
Szkoleniowiec jednak zachowywał dystans do tych pochwał i podkreślał, że dobre wyniki drużyny, to zasługa przede wszystkim znakomitych piłkarzy. ,,Po pierwsze, nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy, jak w Argentynie, nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne, co mi pozostaje, to go wykorzystać”– komentował Węgier. Hirschl pozwolił uwierzyć zawodnikom w swoje umiejętności i w to, że są w stanie spełnić swoje marzenia. Dominował nad swoimi podopiecznymi nie tylko z uwagi na swój wzrost (196 cm), ale też dlatego, że piłkarze spijali z jego ust każde słowo. Był znakomitym motywatorem. Wielu, którzy mieli z nim styczność, podkreśla ogromną charyzmę, jaka go otaczała. Córka wspominała, że ojciec w bankach, sklepach czy na dworcach przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie ludzi samym tylko sposobem mówienia. ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem, że wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar, ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo. Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”– opowiadał Hirschl. Potrafił wpłynąć na kierownictwo klubu, żeby każdemu zawodnikowi płacono pensję w tej samej wysokości. Miało to pomóc w wytworzeniu w drużynie wspólnego poczucia poświęcenia. Oprócz podstawowego wynagrodzenia wyjściowa jedenastka otrzymywała też pewien procent ze sprzedaży biletów, dzięki czemu piłkarze i trener mogli dużo więcej zarobić. Drużyna grała bardzo dobrze. Zawodnicy imponowali skutecznością i zewsząd zbierali pochwały za miły dla oka, ofensywny styl gry. Po 25. kolejkach mieli na koncie 17 zwycięstw, trzy remisy i pięć porażek. Liderowali stawce z przewagą dwóch punktów nad Boca Juniors. To właśnie z tym zespołem mieli zmierzyć się 24 września. Ewentualne zwycięstwo bardzo by ich przybliżyło do końcowego triumfu i pozwoliłoby odskoczyć rywalom na bezpieczną odległość. Gracze Gimnasii przystępowali do tamtego spotkania w dobrych nastrojach. W poprzedniej kolejce rozbili 7:1 Talleres Remedios de Escalada, a Arturo Naón aż pięciokrotnie wpisał się listę strzelców. Mecz rozpoczął się po myśli podopiecznych Hirschla. Już w 13. minucie wynik spotkania otworzył Ismael Morgada, a dziesięć minut później Juan Echevarrieta podwyższył na 2:0. Boca jednak nie miało zamiaru składać broni i już w 25. minucie Delfín Benítez Cáceres strzelił gola kontaktowego. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. Kilkanaście minut po wznowieniu gry sędzia Angel De Dominicis podyktował bardzo wątpliwego karnego dla gospodarzy, którego wykorzystał Francisco Varallo. Kika minut później arbiter po raz kolejny wystąpił w głównej roli. Miguel Angel Nardini zdobył trzecią bramkę dla Boca, tyle tylko, że zrobił to z pozycji spalonej, ale sędziemu nie przeszkodziło to w uznaniu gola. Piłkarze Gimnasii byli wściekli. Nad występem De Dominicisa pochyliły się władze ligi i usunęły go z grona arbitrów, niejako przyznając rację zawodnikom Gimnasii. Wynik jednak nie został zmieniony. Niepowodzenie zespół Hirschla powetował sobie tydzień później, pokonując 2:1 Independiente. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak 8 października. Gimnasia grała wtedy na wyjeździe z San Lorenzo de Almagro. Przy stanie 2:1 dla gospodarzy wydawało się, że sędzia Alberto Rojo Miró przyzna gościom rzut karny. Ostatecznie jednak uznał, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Kilka chwil później uznał bramkę, którą zdobyli gospodarze, choć piłka, jak przekonywał bramkarz Gimnasii, nie przekroczyła linii bramkowej. Zrozpaczeni zawodnicy w ramach protestu usiedli na murawie, nie mając chęci brać dalej udziału w tym wątpliwej urody widowisku. Gospodarze strzelili jeszcze cztery bramki, zanim Rojo Miró zakończył mecz w 78. minucie.
5
Rzeźnik znad Dunaju:
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Rastafarnianin
@DaPidejpi
@patataj
0
@theOneAndOnlyKing No tak! Rzeczywiście, tylko skąd ja wytrzasne katalońską telewizje?
No chyba że będzie na tym strumyku?
1
Tak jest! Wyeliminować wroga naczelnego i w końcu awansować do Segunda Divisuion.
Pytanie tylko jaka stacja telewizyjna transmituje ten mecz?
8
Po raz pierwszy w historii Copa de La Liga:
11 czerwca 1986 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz Pucharu Ligi z Betisem Sevilla. Rozgrywki Copa de La Liga dla drużyn z ekstraklasy hiszpańskiej organizowane były w latach 1982-86. Pomysłodawcą tych rozgrywek był prezydent Barçy Josep Luis Nuñez, który liczył na dodatkowe pieniądze w klubowej kasie. Rozegrano cztery edycje, w których zwyciężali kolejno: FC Barcelona, Real Valladolid, Real Madryt i ponownie Katalończycy. Grano systemem pucharowym, zawsze rozgrywając cztery rundy i dwumecz finałowy. 11 czerwca 1985 r. Blaugrana przegrała z Betisem 1:0, lecz w rewanżu na Camp Nou okazała się lepsza i wygrała 2:0 po golach Amarilla i Alexanco i sięgnęła po Puchar Ligi. Pod naciskiem większości klubów zrezygnowano z kolejnej edycji z powodu przeładowania kalendarza(w La Liga wprowadzono podział na grupy po zakończeniu sezonu zasadniczego) oraz fiaska finansowego rozgrywek(rewanż z Betisem oglądało zaledwie 20 tys. widzów).
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Monix10
@DaPidejpi
@patataj
5
Zapomniane, niedoceniane legendy Katalońskiej Dumy:
11 czerwca 1903 r. w Barcelonie urodził się Vicente Piera Pañella, jeden z najwybitniejszych prawoskrzydłowych w dziejach klubu. Posiadał niebywałe umiejętności, których nie jeden mógł mu pozazdrościć: technika, elegancki styl gry, szybkość, gra głową i perfekcyjne dośrodkowania. Te cechy sprawiły iż Katalończyk był uznawany za idealnego skrzydłowego. Był jednym z filarów Dumy Katalonii lat 20-tych i większość sukcesów z tego okresu jest zasługą właśnie Piery. Z Blaugraną zdobył pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii(1929), 4 Puchary Króla(1922,1925,1926 i 1928) oraz 10 mistrzostw Katalonii!
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
2
A tak poza tym, to do nas powinien trafić Rodrigo Hernandez Cascante a nie jakieś wynalazki typu Zubimendi czy Ruben Neves.
3
Wprawdzie we wczorajszym finale ,,Obywatele" nie zagrali jakiegoś wielkiego futbolu, jednak to właśnie Manchester City gra na dzisiaj najlepszą, najsolidniejszą i najpiękniejszą piłke na świecie i to własnie temu klubowi należy się puchar Ligi Mistrzów, jak psu buda! Bravissimo Pepito! Bravissimo ,,The Cityzens"
3
Vamos ,,Obywatele"!
Vamos ,,Pepito"!
Vamos a ganar!
Kiedy jak nie dzisiaj!
2
@kamyk_23 Bardzo optymistycznie ale oczywiście nie miałbym absolutnie nic przeciwko takiemu rezultatowi. Najważniejsze żeby w końcu Pepito sięgnął po Champions League!
0
Iga! Igunia musisz! Po prostu musisz to dla nas zrobić! Dla wszystkich polaków! Kochamy cię i nigdy cię nie opuścimy, zawsze będziemy cię wspierać!
7
@FCBparasiempre
W roku 1934 na stadiony wkroczyła prawdziwa polityka. Gospodarzem mistrzostw świata były Włochy, gdzie władzę sprawowała faszystowska partia Benito Mussoliniego. Mistrzostwa świata były znakomitą okazja do pokazania światu że od tymi rządami kraj płynie mlekiem i miodem a włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Włosi szczycą się jedną z najbogatszych kultur futbolowych. Darujmy sobie słynne harpastum, gre rzymskich legionów, mającą rzekomo stanowić pierwowzór współczesnego futbolu ale bieganie po rynku w renesansowej Florencji za okrągłym przedmiotem, mogącym od biedy uchodzić za praprzodka piłki – to już jest coś. Tym bardziej że na te gre mówiono calcio. Piłka nożna we Włoszech nosi właśnie taką nazwe. Swój pierwszy mecz międzypaństwowy Włosi rozegrali w niedziele, 15 maja 1910 roku w Mediolanie. Pokonali Francje 6:2. Już wtedy piłkarze mieli na sobie niebieskie koszulki bo taka była barwa dynastii sabaudzkiej. Dlatego reprezentacja Włoch nosi popularną nazwe Squadra Azzura, czyli Błękitna Drużyna. W pierwszej reprezentacji znaleźli się zawodnicy m.in. Interu, Milanu, Torino ale i klubów, których dziś już nie ma. Kiedy w roku 1908 Włoska Federacja Piłkarska wprowadziła zakaz występów cudzoziemców w rozgrywkach, część niezadowolonych działaczy Milanu założyła nowy klub, nadając mu prowokacyjną nazwe Internazionale. Kiedy jednak do władzy doszedł pilnujący wartości narodowe Mussolini, w roku 1928 nakazał zmiane nazwy. Inter stał się Ambrosianą, na cześć patrona Mediolanu – świętego Ambrożego. Do starej nazwy klub powrócił dopiero po wojnie. Kiedy Włosi w roku 1932 otrzymali prawo organizacji turnieju, zadbali aby wszystko było zapięte na ostatni guzik. Mussolini musiał pokazać że państwo, na czele którego stoi, funkcjonuje bez zarzutu. Stadiony były gotowe na czas, komunikacja działała sprawnie. Duce zrobił jednak coś więcej. Na prezydenta Włoskiej Federacji Piłkarskiej wyznaczył generała Giorgio Vaccaro, niezwykle rzutkiego organizatora, dobrze zorientowanego w realiach życia sportowego Włoch. Vaccaro pilnował by piłkarzom i trenerowi Pozzo niczego nie brakowało. Czy wyszedł poza te obowiązki? Dziwnym trafem Włochom na tych mistrzostwach wszystko sprzyjało i nie należy tego tłumaczyć banalnym powiedzeniem o pomagających gospodarzom ścianach. Włosi zaczeli turniej od efektownego zwycięstwa nad USA 7:1! Zaczeło się zgodnie z planem ale następny przeciwnik, Hiszpania, był znacznie lepszy. Miał w bramce legendarnego Ricardo Zamore w polu m.in. Quincocesa i Langare – zawodników znanych w całej Europie. Pierwsi gola strzelili Hiszpanie – Luis Regueiro w 31 m. Wyrównał Ferrari w ostatniej minucie przed przerwą, jak twierdzili Hiszpanie, po faulu na bramkarzu. Pojedynek był niezwykle zacięty i brutalny. Krew się lała i kości pękały. Zamora bronił wszystkie strzały i po tym meczu nawet Włosi przyznali że to geniusz bramki. Pierwszy raz w historii mistrzostw świata doszło do dogrywki, która zresztą też nie wyłoniła zwycięzcy. Następnego dnia, na tym samym boisku we Florencji, Włochy i Hiszpania wyszły więc na boisku raz jeszcze ale już w zupełnie innych składach. Kilku piłkarzy doznało kontuzji, musieli ich zastąpić rezerwowi. W drużynie hiszpańskiej na boisku znalazło się zaledwie czterech zawodników z pierwszego meczu. Zamora zagrać nie mógł. Włosi ponieśli mniejsze straty i wygrali 1:0, po strzale Giuseppe Meazzy. Hiszpanie protestowali, uważając że gol padł niezgodnie z przepisami ale szwajcarski sędzia Mercet w ogóle nie chciał z nimi dyskutować. Obiektywni obserwatorzy czuli niesmak, widząc że arbiter pilnuje interesów gospodarzy. Coś było na rzeczy, skoro po mistrzostwach Szwajcarski Związek Piłki Nożnej usunął Merceta ze swoich szeregów, odbierając mu prawa wychodzenia na boisko w roli sędziego. Pomoc pomocą ale przyznać trzeba że Włosi mieli trudną drogę do finału. Jeden mecz więcej to nie tylko zmęczenie poobijanych zawodników ale i mniej czasu na odpoczynek. Już dwa dni po zwycięstwie nad Hiszpanią Włochów czekał kolejny ciężki pojedynek – z Austrią w Mediolanie. To już nie był Wunderteam ale wciąż jeden z faworytów turnieju. Tym razem gospodarzom pomógł nie tylko sędzia Eklind ale i sprzyjająca pogoda. Deszcz, który spadł przed meczem, zamienił boiska w grzęzawisko, na którym oparta na krótkich podaniach po trawie ,,szkoła wiedeńska” była skazana na porażke. Włosi grali długimi podaniami, omijającymi kałuże i po jednym z nich Guaita zdobył jedynego gola meczu. Pozostawał już tylko finał w Rzymie(10.06.1934), na stadionie Narodowej Partii Faszystowskiej, w obecności Mussoliniego. Naprzeciwko Włochów stanęła reprezentacja Czechosłowacji i to nie byle jaka bo składająca się z 8 graczy Slavii i 3 Sparty Praga, w tamtych czasach jednych z najlepszych klubów na świecie. Bramkarzem Czechosłowacji był legendarny František Planička, w ataku grał Nejedly. W okresie międzywojennym Planička i Ricardo Zamora to ekstraklasa światowa, tuż za nimi Rudi Hiden i Gianpiero Combi. Planička bronił zwykle w grubym wełnianym golfie, łagodzącym upadki. Na piersiach miał czeskiego lwa pokaźnych rozmiarów zaś na kolanach ochraniacze. Rękawiczek nie używał, bronił gołymi rękami. Mimo niewielkiego wzrostu jak na bramkarza(173 cm.) wyłapywał lecące pod poprzeczke piłki. Był niezwykle skoczny, nazywano go ,,Mistrzem robinsonad”. Dożył 92 lat, niemal do końca chodził na mecze. Opowiadał jak było przed wojną a jeszcze w wieku 70 lat bronił w meczach pokazowych! Całe życie był wierny Slavii, dla której rozegrał blisko tysiąc meczów! Mimo wielu atrakcyjnych propozycji, nigdy nie opuścił Pragi. ,,Przed finałem z Włochami sędzia Eklind poprosił mnie i kapitana Włochów Combiego do swojej szatni. Powiedział że mamy grać fair bo jest to finał mistrzostw świata, musimy pokazać że przestrzegamy zasad i się szanujemy. Takie dyrdymały, jakie zwykle mówią sędziowie piłkarzom przed meczem. Z szatni wyszliśmy wszyscy razem. My z Combim do swoich żeby razem wyjść na boisko a Eklind na trybuny. Poszedł prosto do loży Mussoliniego żeby się z nim przywitać. Nie wiem czy sam na to wpadł, czy było to uzgodnione ale wszyscy otrzymali sygnał że sędzia, dla którego Duce jest ważniejszy od piłkarzy, może nie być sprawiedliwy.”- wspominał po latach Planička. Czechosłowacja przekonała się o tym po kwadransie gry. Guaita tak ostro zaatakował pomocnika Krčila że od tej pory Czech nie był w stanie grać. Musiał jednak pozostać na boisku, ponieważ ówczesne regulaminy nie przewidywały zmiany zawodników. Włosi mieli praktycznie przewagę jednego gracza. Mało tego, Attilio Ferraris IV sfaulował napastnika Puca tak brutalnie że powinien zostać wyrzucony z boiska. Sędzia faul odgwizdał, lecz Włocha nie ukarał. Lekarz zajmował się Pucem około 10 minut, więc Czesi mieli w polu już tylko 9 zawodników. Mimo tych strat mecz był bardzo wyrównany. Raz przeważali jedni, raz drudzy, obydwaj bramkarze mieli sporo pracy. Gole nie padały aż do 71 minuty. Kiedy tylko Puc wrócił na boisko, zakończył celnym strzałem akcje Sobotki. Zaskoczeni gospodarze na chwile stanęli. Najpierw pozwolili na strzał Nejedlemu, jednak piłka przeleciała nad poprzeczką. Potem, po jego akcji piłke dostał Sobotka. Obrońcy się zagapili, Combi wybiegł w kierunku napastnika, Czech go wyminął i mając przed sobą pustą bramke, trafił w słupek! Czesi załamali ręce. Kiedy sfaulowany obrońca Čtyroky leżał na ziemi a Eklind nie przerwał gry, Schiavio przejął piłke, podał do Orsiego a ten mocno strzelił pod poprzeczke. W 81 minucie Włosi wyrównali na 1:1. Pierwszy raz o tytule mistrza świata decydowała dogrywka. Pięć minut po jej rozpoczęciu Schiavio strzelił z 12 metrów tak mocno że nawet Planička nie mógł odbić piłki. Włosi wygrali 2:1. Czesi zebrali pochwały. Na dworcu w Pradze witały ich tłumy. W nagrodę piłkarze otrzymywali od osób prywatnych i rozmaitych firm zegarki, ubrania, beczki piwa ,,król obuwia” – Jan Antonin Bata wręczył każdemu grubą kopertę z banknotami. Prasa całej Europy pisała o nich jak o ,,moralnych zwycięzcach”. Nasze ,,Raz, Dwa, Trzy” napisało po finale że Szwed Eklind miał ,,włoskie oczy”. ,,Nie mam żadnych pretensji do włoskich piłkarzy. Oni byli bardzo dobrzy, chociaż grali za ostro ale sędziowania nigdy nie zapomnę…”. Kilka dni po finale w rozmowie z wysłannikiem ,,Przeglądu Sportowego” do Pragi, sekretarz generalny Czechosłowackiej Asocjacji Footbalowej, pełniący jednocześnie podczas mundialu funkcje trenera, Karel Petru, tak określił przyczyny porażki: ,,Było to przede wszystkim skutkiem odrębnego klimatu, dalej, innego jedzenia w czasie prawie dwudziestodniowego pobytu we Włoszech; następnie gospodarze postąpili nie bardzo fair, narzucając do finału na arbitra Szeda Eklinda, mającego na sumieniu zajścia na meczu Włochy-Austria”. Czechosłowakom na pociechę został tytuł króla strzelców Oldricha Nejedlyego. Zdobył 5 goli w 4 meczach. Nie wiadomo jak zakończyły by się mistrzostwa, gdyby nie zabiegi generała Vaccaro. Nie ulega jednak wątpliwości że Włochy miały w latach 30-tych jedną z najlepszą reprezentacji na świecie. Wygrywały mistrzostwa dwa razy z rzędu(1934 i 1938). Na Igrzyskach w Berlinie(1936) Włosi również zdobyli złoty medal. Trzeba jednak pamiętać iż w obydwu finałach mistrzostw świata Włochom wydatnie pomagali sędziowie a to pozostawiło wielki niesmak wśród kibiców. Na koniec składy z finału w Rzymie:
Włochy: Gianpiero Combi (c) – Eraldo Monzeglio, Luigi Allemandi - Attilio Ferraris, Luis Monti, Luigi Bertolini - Enrique Guaita, Giuseppe Meazza, Angelo Schiavio, Giovanni Ferrari, Raimundo Orsi
Czechosłowacja: František Plánička (c) – Ladislav Ženíšek, Josef Čtyřoký - Josef Košťálek, Štefan Čambal, Rudolf Krčil - František Junek, František Svoboda, Jiří Sobotka, Oldřich Nejedlý, Antonín Puč
6
Duce, generał i reszta(wiecie gdzie czytać):
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj