10

Ludzie oddani Dumie Katalonii:

16 czerwca 1970 r. Jose Luis Romero podpisał kontrakt z FC Barceloną. Hiszpan nie zrobił wielkiej kariery w stolicy Katalonii, skąd szybko wypożyczono go do jego poprzedniego klubu CE Sabadell FC. Po zakończeniu kariery został współpracownikiem trenera Barçy Luciena Müllera w sezonie 1979/80 a w 1983 r. po zwolnieniu Udo Lattka prowadził Blaugrane jako pierwszy trener przeciwko Salamance. W latach 1986-89 był sekretarzem technicznym w klubie. W tym okresie po jednym z treningów do jego biura wszedł rozpłakany 16-letni Josep Guardiola, który usłyszał plotke iż jest zbyt wątły i jest to jego ostatni sezon w La Masii. Romero pofatygował się na trening juniorów i spostrzegł że młodziutki Pep ma oczy dookoła głowy i na trzy możliwości podania zawsze wybiera tą czwartą. Po tym co zobaczył powiedział Guardioli że ,,dopóki on jest sekretarzem technicznym nikt go nie wyrzuci z La Masii!”


@Monix10
@Mixtape
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@AssisMoreira

9

Blaugrana triumfuje w Copa del Rey:

16 czerwca 1957 r. FC Barcelona zdobywa po raz 12-sty w historii Puchar Króla(wówczas Copa Generalisimo). W finale rozgrywanym na Estadio Olimpico w Barcelonie, pokonuje w derbach Espanyol 1:0 po golu Sampedro w 80 minucie. Historyczny skład z tamtego finału: Ramallets, Olivella, Brugue, (Rodri), Segarra, (Gràcia), Verges, Gensana, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Sampedro.


@Mixtape
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@Monix10

7

Zapomniana ,,Garcia Alsina”:

W 1904 r. Jaume Garcia i Alsina otworzył sale gimnastyczną pod numerem 2 przy Rambli de Prat w Barcelonie. Zaczął tam udzielać lekcji szwedzkiej gimnastyki- rodzaju sportu wymyślonego przez pisarza Pera Henrika Linga, polegającego na ćwiczeniu bez przyrządów. To właśnie w tym miejscu, 16 czerwca 1918 r. FC Barcelona zorganizowała swoje coroczne zgromadzenie ogólne, któremu przewodniczył Gaspar Roses. W tamtym czasie klub miał około pół tysiąca członków, co sprawiło że zadłużenie zostało znacznie zredukowane: z 26 796 peset w roku poprzednim do 12 455 w tamtym sezonie. Podczas zgromadzenia przedłużono kadencje zarządowi klubu, natomiast Joan Gamper na nowo objął stanowisko prezydenta. W trakcie tego mandatu towarzyszyli mu: Enric Cardona i Joan Domingo jako wiceprezydenci, Josep Martinez jako skarbnik, Joan Rague jako sekretarz, Lluis Gratacos jako zastępca sekretarza, Joan Franch jako księgowy oraz Joaquim Matas, Josep Barba, Agusti Bo i Josep Segales jako doradcy. Jednym z pierwszych postanowień, które powzięło nowe kierownictwo było rozpoczęcie działań mających na celu pozyskanie legendarnego Ricardo Zamory, wówczas zawodnika Espanyolu, który jednak rozpoczynał karierę w juniorskiej drużynie Blaugrany. Wiele lat później(za sprawą prawnuka założyciela) sala gimnastyczna Garcia Alsina została przeniesiona na poddasze pod numerem 158 przy Via Augusta.



@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@patataj
@kamyk_23
@AssisMoreira

0

@PIWOSZ89 O prosze! Sam Hitchkok by się nie powstydził takiego scenariusza...

0

@Rust_Cohle A ja widzisz w Argentyne nigdy nie wątpie!

0

@FcPortoFan1999 No to jak się sprawdzi to przepadają dwie dyszki :)

0

@Rust_Cohle No to bardzo odważnie bo ja wątpie w taki rezultat...

0

Jaki przewidujecie rezultat meczu Hiszpania-Włochy? Pytam ponieważ osobiście obstawiłem remis. Oczywiście chodzi mi o 90 minut meczu.

3

@FCBparasiempre
15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36 edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna ,,squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. Canarinhos polegli 9.06.1973 w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Malo kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg.

Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o Estadio Capwell w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosławiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami.

W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opiekę nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera.

Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50. Metrowym rajdzie wjechał z piłka do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:

ARGENTYNA: Goycochea – Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta

MEKSYK: Campos – R. Ramírez, Suárez, J. Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L. García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves


3

Pasja milionów, pasjonujący futbol latynoamerykański(opis w odpowiedzi na mój komentarz):

@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@patataj
@kamyk_23
@patataj

10

Panie i Panowie, 140 lat temu urodził się Henri Delaunay, wybitna postać w świecie piłki nożnej. Owszem, czekaliśmy dodatkowy rok na UEFA EURO 2020 ale upłynęło 30 lat, zanim spełniło się pierwotne marzenie Francuza o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. „Niewielu mężczyzn pozostawiło tak wyraźny ślad, samą siłą swojej osobowości, w tak uniwersalnej działalności jak piłka nożna, jak Henri Delaunay”. (Pięćdziesiąt lat książki UEFA, 2004) Pierwszy sekretarz generalny UEFA, Francuz Henri Delaunay, zajmuje znaczącą pozycję w historii organizacji, nie tylko jako pionierski duch, który wniósł kluczowy wkład w narodziny europejskiego organu zarządzającego, ale także poprzez swoją rolę jako katalizatora tworzenia Mistrzostwa Europy. Urodzony w Paryżu w 1883 roku Henri Delaunay był oddanym entuzjastą piłki nożnej, który od najmłodszych lat uczynił z gry swoją pasję. W młodym wieku 20 lat został mianowany sekretarzem Etoile des Deux Lacs, wiodącego francuskiego klubu tamtych czasów, i objął stery jako prezes klubu, gdy miał 26 lat. Umiejętności Delaunaya jako administratora zostały już zauważone na szczeblu krajowym w międzyczasie – w 1906, gdy miał zaledwie 23 lata, został mianowany sekretarzem generalnym nowego Francuskiego Komitetu Międzyfederacyjnego, prekursora Francuskiego Związku Piłki Nożnej (FFF), który powstał w 1919 roku. Henri Delaunay, człowiek o mocnym autorytecie, obdarzony wrodzoną wrażliwością i wyostrzonym humorem, był ekspertem od piłki nożnej i jej praw, co było szczególną pomocą w jego roli sędziego we Francji. W 1920 roku światowa organizacja piłkarska FIFA poprosiła go o zasiadanie w nowym komitecie konsultacyjnym ds. Przepisów Gry, który ostatecznie został przemianowany na Komitet Sędziowski FIFA. Następnie skompilował pierwszą serię decyzji dotyczących interpretacji przepisów. Delaunay pielęgnował marzenie o zorganizowaniu europejskich zawodów dla drużyn narodowych, aby rozwinąć tożsamość i atrakcyjność narodowej gry drużynowej. Dał także impuls do rozpoczęcia Mistrzostw Świata FIFA. Na Kongresie FIFA w Amsterdamie w 1928 r. odegrał kluczową rolę w przyjęciu decydującej rezolucji „o zorganizowaniu zawodów, które byłyby otwarte dla reprezentatywnych drużyn wszystkich zrzeszonych stowarzyszeń narodowych”. Inauguracyjne finały mistrzostw świata miały nastąpić w 1930 roku. Delaunay stał się przełomową postacią w powstaniu UEFA w czerwcu 1954 roku, pełniąc rolę kluczowego lidera w działaniach na rzecz utworzenia grupy składającej się z europejskich federacji narodowych. Decyzja FIFA z 1953 roku o autoryzacji kontynentalnych federacji piłkarskich utorowała drogę do narodzin nowego europejskiego organu na spotkaniu 28 krajowych federacji w Bazylei w Szwajcarii następnego lata. Kadencja Henriego Delaunaya jako sekretarza generalnego UEFA była niestety krótka. Jego śmierć w listopadzie 1955 oznaczała, że nie będzie mógł pomóc UEFA w stawianiu pierwszych niepewnych kroków; nie widział też spełnienia swojego wieloletniego marzenia o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. W konsekwencji, kiedy w lecie 1960 roku w końcu rozpoczęły się Mistrzostwa Europy , wypadało, aby trofeum nosiło imię człowieka, który tak wytrwale walczył o stworzenie zawodów.



@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Monix10
@Mixtape
@AssisMoreira
@Sensible

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

15 czerwca 1920 r. w Krakowie urodził się Władysław Gędłek, jeden z czołowych piłkarzy Cracovii po wojnie i filar jej defensywy. Był wychowankiem krakowskiego klubu Krowodrza. W czasie okupacji brał udział w konspiracyjnych rozgrywkach a terenie Krakowa. Po wojnie związał się z Cracovią, z którą w 1947 r. skutecznie walczył o prawo gry w ekstraklasie. W reaktywowanej lidze zgromadzili taką samą liczbę punktów, co Wisła, ale okazali się od nich lepsi w dodatkowym, decydującym o tytule meczu i mogli świętować mistrzostwo. Był to ostatni triumf krakowskiego klubu w lidze. Przez kolejne pięć sezonów był podstawowym zawodnikiem drużyny i jednym z najlepszych obrońców w kraju. Znakomicie radził sobie w grze w powietrzu i dysponował dobrym, długim wykopem. Dobrze spisywał się w sytuacjach podbramkowych i miał niezły start do piłki. Był świetnie wyszkolony technicznie i bardzo sprytnie potrafił się ustawiać. Już w tamtych latach zaczynał grać ofensywnie. Stworzył swój własny styl gry i trudno go było do kogokolwiek porównywać. Pierwszy raz narodowe barwy reprezentował w wyjazdowym meczu z Rumunią (porażka 1:2) 8 maja 1949 r. Od tego czasu stał się podstawowym obrońcą i często występował razem z klubowym kolegą Tadeuszem Parpanem. To Gędłek trzymał w ryzach i kierował naszą defensywą na igrzyskach w Helsinkach. Mimo pechowego występu naszych reprezentantów, jego klasę doceniono za granicą. Był kandydatem do występu w drużynie „reszty świata” w 1953 r. Gędłek był osobą bardzo towarzyską, uśmiechniętą i lubianą przez wszystkich. Tym większym szokiem dla całego piłkarskiego środowiska była informacja o jego samobójczej śmierci. Odszedł 28 lutego 1954 r. ledwie kilka godzin po sparingowym meczu Cracovii.



@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira

11

Joan Laporta zostaje prezydentem FC Barcelony:

15 czerwca 2003 r. rozpoczął się okres rządów Joana Laporty. Te date wykorzystał później Sandro Rosell, przekonując sąd do tego żeby zaliczyć sezon 2002/03 jako pierwszy w tej prezydenturze(choć de facto Joan objął urząd już po zakończeniu tamtego sezonu). Pretensje Rosella zostały uznane, dzięki czemu dwie kadencje Laporty upłynęły w 2010 a nie w 2011 r.


@Sensible
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@AssisMoreira

10

Zapomniane legendy Blaugrany:

15 czerwca 1930 r. urodził się Jesús Pereda, jedna z większych legend katalońskiego klubu. Bramkostrzelny napastnik, który wbił rywalom 109 goli w 409 spotkaniach. Do końca swoich dni był wierny Katalonii, od momentu przyjścia na świat aż po śmierć był jej oddanym mieszkańcem. W 1950 roku zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii, gdzie rozegrał tam 20 spotkań strzelając 8 goli. W ojczyźnie był znany z pewnej sytuacji. Podczas meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu podczas Euro ’64 miał ponoć strzelić gola na 2-1. Dlaczego użyłem słowa ,,miał”? Przekaz telewizyjny w Hiszpanii był ocenzurowany podczas tego spotkania. Relacje radiowe wskazywały, że to właśnie Pereda był strzelcem tej bramki. Taśmy z ZSRR pokazywały że to jednak nie był on, jednak były podejrzenia, że owe materiały były sfałszowane. W przeszłości grał również dla Realu Madryt. Popadł jednak w konflikt z zarządem i trenerami i opuścił Królewskich. W 2011 roku zmarł w wieku 73 lat z powodu raka, który został wykryty 2 miesiące wcześniej.


@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@patataj
@Sensible
@kamyk_23

7

Feliz cumpleaños panie Michael! Z okazji 59 urodzin.

15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.


@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@patataj
@AssisMoreira

2

@FCBparasiempre

Bardzo pozytywne wrażenie pozostawili po sobie piłkarze Peru. Swoim radosnym, pozbawionym bojaźni futbolem skradli serca milionów fanów na całym świecie. Przy odrobinie szczęścia mogli zagrać na nosie faworytom i wyjść z grupy. Do ostatniej chwili na włosku wisiał awans do fazy pucharowej reprezentacji Argentyny. Po remisie 1:1 z Islandią i sromotnej porażce 0:3 z Chorwacją, która bezapelacyjnie zdominowała grupowe rozgrywki, Albicelestes poczuli dotyk noża na gardle. Starcie z Nigerią musieli wygrać, a nastroje w ekipie były grobowe. Media donosiły, że trener Jorge Sampaoli stracił szacunek w szatni i drużyną w pojedynkę dyryguje Messi. Ostatecznie wyszarpali trzy punkty z rąk drużyny z Afryki po zwycięstwie 2:1 i awansowali do 1/8 finału. Niestety, z paskudnej strony stale pokazywała się legenda światowej piłki i samych Mistrzostw Świata, Diego Maradona. Obrazki z jego udziałem obiegały internet szybciej niż jakiekolwiek inne. Boski Diego, ewidentnie będąc pod wpływem środków odurzających, zasypiał w loży honorowej, prezentował wulgarne gesty i awanturował się. Warto wspomnieć, że trener Chorwatów, Zlatko Dalić, odesłał do domu Nikolę Kalinicia, który podczas meczu z Nigerią, obrażony za posadzenie na ławce, odmówił wejścia na murawę. Bez niespodzianek obyło się w grupie E. Brazylia i Szwajcaria wyszły z niej bez większych problemów. Zapamiętaliśmy przede wszystkim teatralne popisy Neymara oraz zachowanie Szwajcarów z meczu przeciwko Serbii. Nie od wczoraj kadra Helwetów stanowi zlepek piłkarzy urodzonych w różnych częściach Europy. Gole w starciu z Serbią strzelali pochodzący z Albanii Granit Xhaka i urodzony w Kosowie Xherdan Shaqiri. Serbowie z obydwoma krajami nie mają dobrych relacji, wobec czego w Kaliningradzie często wypominali szwajcarskim piłkarzom ich pochodzenie. Po skierowaniu piłki do siatki Xhaka i Shaqiri zaprezentowali w ich kierunku gest albańskiego orła, co zostało uznane za prowokację. Obu zawodnikom groziło zawieszenie na dwa mecze, jednak ostatecznie FIFA wycofała się z tego pomysłu. Czwarty raz w XXI wieku panujący Mistrz Świata nie zdołał wyjść z grupy. Los Francuzów z 2002 roku, Włochów z 2010 roku i Hiszpanów z 2014 roku podzielili Niemcy. Po porażce z Meksykiem w niektórych miastach kraju z Ameryki Północnej, pod uporem wiwatujących kibiców, zatrząsnęła się ziemia. Joachim Löw objął niemiecką kadrę w 2006 roku. Od tej pory z każdego wielkiego turnieju zawsze przywoził medal. Mundial w 2018 roku był więc pierwszym, z którego wracał z pustymi rękoma. Jednocześnie pierwszym od 1938 roku, w którym Niemcy odpadli już po pierwszej fazie rozgrywek. A propos Meksyku i jego kibiców. Codziennie z Moskwy i innych miast-gospodarzy docierały do nas zdjęcia kreatywnych fanów, przybyłych do Rosji z różnych zakątków świata. Wielką pomysłowością popisała się grupka Meksykanów, od dawna planujących wspólny wypad na czempionat. Jeden z nich odpadł na ostatniej prostej, tłumacząc, że na wyjazd nie zgodziła się jego żona. Koledzy okazali się bezlitośni – zabrali ze sobą kartonową podobiznę swojego przyjaciela, przybraną w koszulkę z napisem: „Żona mi nie pozwoliła”. Mieli ją przy sobie non stop. Od samego losowania wiadome było, kto wywalczy awans z grupy G. Belgia i Anglia wykonały swoje zadanie. Stawką bezpośredniego starcia, gdy jedni i drudzy byli już pewni wyjścia, była łatwiejsza drabinka pucharowa. Co ciekawe, w uprzywilejowanej pozycji miał być… przegrany. Trenerzy wystawili rezerwowe składy, a znacznie mniej starali się Anglicy, przegrywając 0:1 po pięknej bramce Januzaja i jeszcze piękniejszej zabawie z piłką Batshuayia. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z reprezentacją Polski. Po wylosowaniu Senegalu, Kolumbii i Japonii w naszym kraju wybuchła bezpodstawna euforia i rozbudziły się marzenie na powtórzenie sukcesów z 1974 i 1982 roku. Dyskusje nad trójką na środku obrony, kontuzja Kamila Glika i w końcu porażka na dzień dobry z Senegalem okazały się być początkiem końca drużyny Adama Nawałki. Jeszcze mocniej na ziemię sprowadzili nas Kolumbijczycy a zwycięstwo na otarcie łez z Japonią, po beznadziejnie brzydkim meczu i graniu w ostatnim kwadransie „niskim pressingiem”, jeszcze bardziej rozwścieczyło kibiców. Zapamiętamy ciągnące się minuty Kuby Błaszczykowskiego przy linii bocznej i parodystyczną próbę symulowania kontuzji przez Grosickiego.

Pierwszy raz w historii o wyjściu z grupy zadecydowała tabela fair play. Japończycy okazali się w niej lepsi od Senegalczyków i obok Kolumbii wywalczyli awans. Ciekawą statystyką z fazy grupowej jest fakt, że wszystkie drużyny z czwartego miejsca (Egipt, Maroko, Australia, Islandia, Kostaryka, Niemcy, Panama i Polska) strzeliły po dwa gole. Po raz pierwszy od 1982 roku w fazie pucharowej zabrakło miejsca dla reprezentantów Afryki. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to dwaj współcześni gladiatorzy futbolu, którzy prawdopodobnie nie spełnią już marzenia o triumfie na Mistrzostwach Świata. W Rosji odpadli tego samego dnia. W 1/8 finału Argentyna po znakomitym widowisku przegrała z Francją 3:4, a Portugalia uległa Urugwajowi 1:2. Kylian Mbappe został pierwszym nastoletnim zdobywcą dubletu od czasów Pelego w 1958 roku. Po raz siódmy z rzędu swój udział na tej fazie rozgrywek zakończył Meksyk, przegrywając z Brazylią 0:2. Wielką niespodziankę sprawili gospodarze. Sborna zagrała z Hiszpanią jak równy z równym i po remisie 1:1 wyeliminowała dwukrotnych Mistrzów Europy po serii rzutów karnych. Kraj momentalnie opanowało takie szaleństwo, że na przełomie marca i kwietnia możemy spodziewać się wzrostu liczby urodzeń. Stanisław Czerczesow odebrał nawet telefon z gratulacjami od samego Władimira Putina. Wielkie emocje towarzyszyły pojedynkowi Belgii z Japonią. Zapewne po bezbarwnej jak „Czarny kwadrat na białym tle” pierwszej połowie wiele osób poszło spać, ale tym co przetrwali, piłkarze obu ekip zaserwowali większe pobudzenie niż Tussipect z Red Bullem. Najpierw dwukrotnie ukąsili Azjaci, ale Belgowie nie dopuścili do sensacji. Gole Vertonghena i Fellainiego doprowadziły do remisu, a fatalnie rozegrany przez Japończyków rzut rożny przerodził się w zabójczą kontrę kwartetu Courtois-De Bruyne-Meunier-Lukaku, z zimną krwią sfinalizowaną przez Chadliego. Szwecja pokonała 1:0 Szwajcarię, a Anglicy i Chorwaci potrzebowali konkursu rzutów karnych, by wyeliminować Kolumbię i Danię. Ćwierćfinał okazał się murem nie do przeskoczenia dla Rosjan, którzy po 120-minutowej walce przegrali z Chorwacją w serii jedenastek. Udział w najlepszej ósemce i tak jest najlepszym osiągnięciem Sbornej od 1970 roku. Francja pokonała Urugwaj 2:0, udowadniając swój mundialowy patent. Był to bowiem jej 10. mecz z rzędu bez porażki w starciach przeciwko ekipom z Ameryki Południowej. W tych samych rozmiarach Anglicy pokonali Szwedów i na Wyspach Brytyjskich zapanowała euforia. Kibice co rusz intonowali piosenkę „Football’s coming home” z pamiętnego dla nich Euro 1996 i zaczęli wierzyć w sukces na rosyjskiej ziemi. Wielkim zainteresowaniem w ich kraju cieszył się element rozpoznawczy trenera Garetha Southgate’a – będąca swoistym talizmanem kamizelka. W czasie Mundialu jej sprzedaż na Wyspach wzrosła o ponad 35%. Grono półfinalistów uzupełnili Belgowie. Po naprawdę rewelacyjnym widowisku pokonali Brazylię 2:1. Tym samym, po raz pierwszy od 1930 roku, do najlepszej czwórki turnieju nie przebrnęli Niemcy lub Brazylijczycy. Przypominający partię szachów półfinał Francja – Belgia padł łupem Trójkolorowych. Po bramce Umtitiego wygrali 1:0. Znacznie ciekawiej było w Moskwie, gdzie Chorwacja podejmowała Anglię. Miałem przyjemność oglądać ten mecz w jednym z największych sportowych pubów w Budapeszcie, w 95% opanowanym przez angielskich kibiców. Na początku spotkania w ekstazę wprowadziło ich trafienie Trippiera. Chwilę później fenomenalnej okazji nie wykorzystał Kane. Zaprzepaszczona szansa zemściła się w drugiej połowie, gdy do wyrównania doprowadził Perisić. Do wyłonienia finalisty niezbędna okazała się dogrywka. Dla przybyszy z Bałkanów był to trzeci kolejny mecz z dodatkowymi 30 minutami. Wydawało się zatem, że to oni będą mieli cięższe nogi i polegną, tymczasem gol Mandżukicia wprowadził ich do wielkiego finału. Anglicy się nie załamali. Wciąż głośno śpiewali i zgodnie powtarzali, że i tak czują się wygranymi tego Mundialu. W finale pocieszenia lepsi byli Belgowie, którzy pokonali w Sankt-Petersburgu Anglię 2:0. Fani Czerwonych Diabłów również uznali trzecie miejsce na świecie za przeogromny sukces, tłumnie witając swoich bohaterów w Brukseli. Z reguły wielki finał jest jedną, wielką, nudną piłkarską klapą. Tym razem było zupełnie inaczej. Na moskiewskich Łużnikach Francuzi i Chorwaci stworzyli najlepsze finałowe widowisko w historii. Młodość, polot i finezja królowała nad doświadczeniem i żelazną dyscypliną. Mbappe znów dorównał Pelemu i jako drugi nastolatek zaliczył trafienie w starciu o złoto. Goli było znacznie więcej, bo aż sześć. Francuzi wygrali 4:2 i po raz drugi zostali Mistrzami Świata. Didier Deschamps dołączył do Franza Beckenbauera oraz Mario Zagallo i, podobnie jak oni, sięgnął po tytuł zarówno jako piłkarz jak i trener. Nad Moskwą rozpętała się solidna burza, a na niego i jego podopiecznych polał się nie tylko deszcz z nieba, ale i obfity deszcz złotego konfetti. Jeśli zsumujemy łączny czas gry Chorwatów i podzielimy go przez 90 minut, otrzymamy osiem pełnych meczów Mistrzostw Świata rozegranych na jednym turnieju. To kolejny rekord, nikt w dziejach Mundiali nie rozegrał więcej minut od podopiecznych Dalicia. I oni zostali moralnymi zwycięzcami tego turnieju. W Zagrzebiu i innych chorwackich miastach i wioskach również można spodziewać się kwietniowego baby boomu. Bez wątpienia Mistrzostwa Świata były jednymi z najlepszych w historii. Rosja wypadła znakomicie, jej wizerunek na całym globie uległ wyraźnemu ociepleniu. Cieszę się, że mogłem wziąć w nich czynny udział. Zachęcam do przeczytania moich relacji z Kaliningradu i Sankt Petersburga, w których opisałem m.in. przyjazność i otwartość Rosjan, samą organizację turnieju i zastosowane środki bezpieczeństwa: Na Mundialu padło 169 goli, o dwa mniej niż na rekordowych w tym aspekcie czempionatach w 1998 i 2014 roku. Ponad 1/3 z nich padła po stałych fragmentach gry, co pokazuje, w jakim kierunku idzie dzisiejszy futbol. Biorąc pod uwagę również dogrywki, aż 10 zdobyto po upływie regulaminowego czasu gry. Najwięcej, po 12 goli, strzelili piłkarze Tottenhamu i Paris Saint-Germain. 45 padło w fazie pucharowej, co jest nowym rekordem. Królem Strzelców został Harry Kane, autor 6 trafień. Żartowano, że ten tytuł powinien trafić do zawodnika o nazwie „Own Goal”, bowiem oglądaliśmy aż 12 goli samobójczych. W tym aspekcie podwojono dotychczasowy rekord, osiągnięty w 1998 roku. Podyktowano aż 29 rzutów karnych (22 z nich zamieniono na gola), o 11 więcej niż w rozgrywkach w 1990, 1998 i 2002 roku. Część z nich była pokłosiem interwencji VAR. Trzeba przyznać, że technologia wideo-asystenta wypadła bardzo dobrze i przekonała do siebie wielu krytyków.

4

@FCBparasiempre

Do walki o organizację 21. edycji światowego czempionatu stanęło sześć krajów. Do siedziby FIFA wpłynęły cztery oferty: rosyjska, angielska oraz portugalsko-hiszpańska i belgijsko-holenderska. Oficjalną decyzję podjęto 2 grudnia 2010 roku. W pierwszym głosowaniu z marzeniami o goszczeniu u siebie najlepszych reprezentacji pożegnali się Anglicy. Tę informację przyjęto na Wyspach Brytyjskich jak cios w serce. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej brytyjskie media informowały że w uczciwej walce kandydatura Anglii jest nie do pokonania a w celu wywierania presji na Komitecie Wykonawczym do Zurychu polecieli David Beckham, książę William i premier David Cameron. Delegacja wracała do kraju z poczuciem wyrolowania. W drugim głosowaniu Rosja zgromadziła większość głosów i to jej przypadł zaszczyt organizacji mistrzostw. Ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter, poinformował że głosujący sugerowali się planem powierzenia turnieju krajom, które nigdy wcześniej nie pełniły roli gospodarza. Taki zabieg miał na celu pokazanie wielkiej piłki na nowych terenach. Napisałem w liczbie mnogiej, bowiem tego samego dnia ogłoszono, że w 2022 roku Mundial zawita do Kataru. Międzynarodowe media od razu zaczęły węszyć spisek, że wybór gospodarzy już dawno został zaklepany, bo FIFA sprzedała Rosjanom i Katarczykom prawo do organizacji turniejów. W 2012 roku rosyjski dziennikarz sportowy Igor Rabinier wydał książkę pt. „Jak Rosja dostała Mistrzostwa Świata w futbolu 2018. Śledztwo sportowo-polityczne”. Co ciekawe, jej pierwotny tytuł „Czy Rosja kupiła mistrzostwa świata w futbolu 2018?” nie przeszedł przez szpony państwowej cenzury. Rabinier pisze w niej o licznych spotkaniach Blattera z prezydentem Władimirem Putinem. Do pierwszego miało dojść już w 2001 roku. W kolejnych latach szef FIFA był zapraszany przez jedną z najbardziej wpływowych głów państw do prezydenckiej rezydencji w Nowo-Ogarowie. Spotkania obu panów stawały się coraz częstsze i nasiliły się w latach 2008-2012. W międzyczasie Putin zdążył publicznie nazwać Blattera „swoim drogim przyjacielem”. Zaledwie kilka chwil po ogłoszeniu gospodarza Mundialu 2018, wspomnianego 2 grudnia 2010 roku, rosyjski władca pojawił się znienacka w Zurychu na konferencji prasowej, na której podkreślał: „To zwycięstwo jest absolutnie niespodziewane. Jesteśmy zaszczyceni, że wygraliśmy tę trudną i uczciwą walkę”. Jego przemówienie było znacznie dłuższe i, co szczególnie ciekawe, w całości wypowiedziane po angielsku. Prezydent Rosji bardzo rzadko udziela publicznych wypowiedzi w obcym języku. Dla węszycieli teorii spiskowej stanowiło to kolejne potwierdzenie przypuszczeń, że już od dawna wiedział o fakcie wygrania wyścigu o czempionat, przez co dokładnie przygotował się do wypowiedzi. Najgorzej wieść o zwycięstwie Rosji przyjęto w Anglii. Dzień po ogłoszeniu wyników okładki największych brytyjskich gazet grzmiały o oszustwie, korupcji, skandalu i ustawce. Wyspiarze wynajęli nawet grupy detektywistyczne zatrudniające byłych agentów wywiadu MI6, którzy mieli zdobyć dowody na oszustwo i wywołać wielki, międzynarodowy skandal. Ostatecznie nie udało im się znaleźć oznak rzekomych przekrętów. Gdzieniegdzie mówi się, że Rosja Mundialu nie kupiła, a wykorzystała stare, dobre znajomości. Na tym polu wykazać mieli się przede wszystkim rosyjscy oligarchowie, żyjący w bardzo dobrych relacjach z Putinem. Komitet organizacyjny był znakomicie przygotowany, a czołową rolę odegrał właściciel Chelsea, Roman Abramowicz. Podczas Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki w 2010 roku właściciel Chelsea został nakryty przez jednego z agentów MI6 na prywatnej rozmowie z Blatterem. Już wtedy w głowach Anglików zapaliło się światło ostrzegawcze. W eliminacjach do Mistrzostw Świata wystartowało aż 208 reprezentacji narodowych. Po niezłym występie na Euro 2016 reprezentacja Polski została ogłoszona zdecydowanym faworytem grupy, w której przyszło jej się mierzyć z Danią, Rumunią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią. Choć zbieranie punktów czasami rodziło się w bólach, Biało-Czerwoni zajęli pierwsze miejsce i po 12 latach nieobecności wrócili na Mundial. Finałową stawkę uzupełnili: Rosja, jako gospodarz, oraz Arabia Saudyjska, Australia, Iran, Japonia, Korea Południowa, Egipt, Maroko, Nigeria, Senegal, Tunezja, Kostaryka, Meksyk, Panama, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Peru, Urugwaj, Anglia, Belgia, Chorwacja, Dania, Francja, Hiszpania, Islandia, Niemcy, Portugalia, Serbia, Szwajcaria i Szwecja. Panama i Islandia wywalczyły awans po raz pierwszy w historii, ponadto licząca niespełna 340 tys. mieszkańców Islandia została najmniejszym państwem, jaki kiedykolwiek wystąpił na światowym czempionacie. Zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, drużyny zostały podzielone na osiem czterozespołowych grup:

Grupa A: Arabia Saudyjska, Egipt, Rosja, Urugwaj

Grupa B: Hiszpania, Iran, Maroko, Portugalia

Grupa C: Australia, Dania, Francja, Peru

Grupa D: Argentyna, Chorwacja, Islandia, Nigeria

Grupa E: Brazylia, Kostaryka, Serbia, Szwajcaria

Grupa F: Korea Południowa, Meksyk, Niemcy, Szwecja

Grupa G: Anglia, Belgia, Panama, Tunezja

Grupa H: Japonia, Kolumbia, Polska, Senegal

Wszystkie poprzednie edycje Mistrzostw Świata wygrały ekipy prowadzone przez swoich rodaków. Idąc tym tropem, szansę na triumf w Rosji już na starcie straciły Egipt, Arabia Saudyjska, Iran, Maroko, Australia, Dania, Peru, Nigeria, Szwajcaria, Meksyk, Belgia, Panama i Kolumbia, które postawiły na zagranicznych szkoleniowców. A propos szkoleniowców. Na dzień przed rozpoczęciem sportowych zmagań doszło do niecodziennej sytuacji. Julen Lopetegui, opiekun reprezentacji Hiszpanii, ogłosił, że porozumiał się z Realem Madryt i po turnieju pożegna się z kadrą, choć trzy tygodnie wcześniej przedłużył kontrakt z hiszpańską federacją piłkarską. Ta zadziałała błyskawicznie i za brak lojalności i załatwianie interesów za jej plecami zwolniła go w trybie natychmiastowym. Oczywiście nie było czasu na poszukiwania nowego bossa, zatem stery w La Roja przejął dotychczasowy dyrektor sportowy, Fernando Hierro. Rozgrywki toczyły się w dniach od 14 czerwca do 15 lipca. Z uwagi na bardzo dużą powierzchnię Rosji, rozciągającej się ze wschodu na zachód na długość niemal 13 tys. km, FIFA zastrzegła, że turniej musi zostać rozegrany jedynie na części europejskiej. Miało to wyeliminować długie podróże pomiędzy miastami. Mecze odbywały się zatem na 12 stadionach w 11 miastach: Moskwie (Łużniki i Otkrytije Ariena), Sankt Petersburgu, Kaliningradzie, Kazaniu, Niżnym Nowogrodzie, Samarze, Wołgogradzie, Sarańsku, Rostowie, Soczi i Jekaterynburgu. Budżet przeznaczony na organizację wynosił rekordowe 20 mld dolarów. Wraz z realizacją prac sukcesywnie go zmniejszano. Ostatecznie wyniósł 14,2 mld dolarów, a i tak jest najwyższym w historii Mundiali. Kiedy tylko ogłoszono ceny wejściówek, od razu rozpoczęło się narzekanie, że i one nigdy nie były tak wysokie. Nie będąc obywatelem Rosji, najtańszy bilet można było nabyć za 105 dolarów. Biorąc pod uwagę, że w tej cenie zawierało się wyrobienie FAN ID, swoistej legitymacji kibica, działającej na zasadach wizy, ponadto upoważniającej do darmowego przejazdu pociągiem pomiędzy miastami-gospodarzami i otwierającej wiele drzwi (m.in. do muzeum FIFA, komunikacji miejskiej, okolicznościowych wystaw), fani szybko zorientowali się, że tak naprawdę „czysty” koszt wejściówek na mecze jest bardzo niski. Kibice Sbornej nie robili sobie większych nadziei. W przedmundialowych ankietach uznawali swój zespół za najgorszy w całej stawce, na to samo wskazywały ranking FIFA i kursy u bukmacherów. Tymczasem podopieczni Stanisława Czerczesowa rozgromili na dzień dobry Arabię Saudyjską 5:0. Zgodnie z oczekiwaniami karty w grupie rozdawał Urugwaj. Podopieczni Oscara Tabareza z kompletem punktów i bez straconej bramki zameldowali się w 1/8 finału. Razem z nimi awans wywalczyli gospodarze, wygrywając jeszcze z Egiptem 3:1. Golkiper Faraonów, Essam El Hadary, został najstarszym piłkarzem w dziejach Mistrzostw Świata. W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę przeciwko Arabii Saudyjskiej liczył sobie 45 lat i 161 dni. Mimo porażki 1:2 okrasił swój występ obroną rzutu karnego. Warto odnotować, że bramkarz był starszy od trzech turniejowych trenerów – Roberto Martineza (Belgia, 44 lata i 11 miesięcy), Mladena Krstajicia (Serbia, 44 lata i 3 miesiące) oraz Aliou Cisse (Senegal, 42 lata i 3 miesiące). Fenomenalnie rozpoczęły się rozgrywki grupy B. Na początek Iran, po naprawdę bardzo dobrym meczu, rzutem na taśmę pokonał Maroko 1:0. Chwilę później rozległ się gwizdek sędziego spotkania Portugalia – Hiszpania. Kto oglądał, ten bez wątpienia zgodzi się, że powinno kandydować do najlepszego starcia turnieju. Zwroty akcji, iberyjska wymiana ciosów w najlepszym wykonaniu i grad goli. Skończyło się 3:3, a wszystkie bramki dla Mistrzów Europy zdobył Cristiano Ronaldo, stając się najstarszym strzelcem hat-tricka w historii mistrzostw (33 lata i 130 dni). Oprócz tego dołączył do zacnego grona zawodników, którzy zaliczyli co najmniej jedno trafienie w czterech kolejnych edycjach czempionatu. Wcześniej tej sztuki dokonali jedynie Uwe Seeler, Pele i Miroslav Klose. Walka o awans była bardziej zażarta niż mogliśmy się spodziewać i trwała dosłownie do ostatniej sekundy meczu Iran – Portugalia. Ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami, w fazie pucharowej zameldowali się giganci z Półwyspu Iberyjskiego. W grupie D awans wywalczyły drużyny z Europy. W starciu Francji z Australią po raz pierwszy w historii skorzystano z pomocy video assistant referee (VAR), po czym podyktowano rzut karny dla Trójkolorowych. W jednym z najnudniejszych starć turnieju, między Danią a Francją, padł wynik 0:0. Dopiero kilkanaście dni później okazało się, że był to jedyny mecz, w którym kibice nie oglądali goli.

9

Marsylianka na Łużnikach:

Organizacja Mistrzostw Świata w 2018 roku została powierzona największemu państwu na świecie, Rosji. Pomimo tego, że wybór gospodarza wywołał masę wątpliwości i podejrzeń, nikt po zakończeniu imprezy nie narzekał na poziom jej organizacji. Co więcej, szerokie grono fachowców i kibiców uznało turniej za najlepszy w historii. Czym zaskakiwał? W jakich rankingach okazał się bezapelacyjnie wyjątkowy? Jak spisały się nowe technologie, po raz pierwszy zastosowane podczas meczów tej rangi? Dlaczego nie tylko Francuzi, którzy okazali się najlepsi, zostali powitani w swoim kraju jak zwycięzcy? Tego dowiecie się w odpowiedzi do tego komentarza.


@AssisMoreira
@Symson
@kamyk_23
@Sensible
@Mixtape
@Rastafarnianin
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974

5

@FCBparasiempre
W historii piłkarskich mistrzostw świata znajdziemy wiele dramatycznych spotkań. Niespodziewane zwroty akcji, wspaniałe bramki, czy indywidualne popisy zawodników na długo zapadają kibicom w pamięć. Podobnie jest z hitami, które obfitują w wiele ostrych, czy nierzadko wręcz brutalnych starć. W wielu turniejach sympatycy futbolu byli świadkami pojedynków, które przeszły do historii jako „bitwy”. Bitwa o Norymbergę z 2006 r., bitwa o Santiago z 1962 r., czy bitwa o Berno z 1954 r. to najsłynniejsze z nich. Również przed wojną zawodnicy nie przebierali w środkach, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Do historii przeszło spotkanie Brazylii z Czechosłowacją z 1938 r., które określa się jako bitwę o Bordeaux. Dla Brazylii był to trzeci występ w mistrzostwach świata. Podczas turniejów w Urugwaju i Włoszech kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Tym razem miało być jednak inaczej. Kiedy piłkarze pojechali do Francji, cały kraj ogarnął niespotykany wcześniej entuzjazm. Według dziennikarzy liderami zespołu mieli być Domingos da Guia i Leônidas da Silva. Pierwszy trzymał w ryzach formację obronną a Alex Bellos pisał o nim, że miał taki spokój i siłę charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Drugi był błyskotliwym środkowym napastnikiem, a o jego technice, kociej zwinności i zaskakujących strzałach krążyły już legendy. Dzięki swoim akrobatycznym popisom w polu karnym rywali zyskał przezwisko człowiek guma. Nasi południowi sąsiedzi jechali do Francji jako wicemistrzowie świata. We Włoszech dali rady pokonać jedenastki gospodarzy, która wspierana była przez szwedzkiego sędziego Eklinda. Mimo porażki po powrocie witały ich tysiące kibiców. Reprezentacja była oparta o piłkarzy praskich Sparty i Slavii, jedynie paru zawodników występowało w innych klubach. Niekwestionowaną gwiazdą był František Plánička, którego obok Ricardo Zamory i Rudiego Hidena zestawiano jako jednego z najlepszych bramkarzy lat 30. Nie bał się ryzyka i często odważnie rzucał się pod nogi napastników. Dzięki swojej zwinności zyskał przydomek kot z Pragi. W ataku brylował król strzelców poprzednich mistrzostw Oldřich Nejedlý, a wspierał go Antonín Puč, który jest najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Czechosłowacji. W drodze do ćwierćfinału Brazylijczycy musieli wcześniej uporać się z Polską. Mecz przeszedł do historii. Wynik 6:5 przez wiele lat był rekordem w liczbie strzelonych bramek w jednym meczu. Osiągniecie Wilimowskiego, który strzelił cztery gole, wyrównał dopiero 28 lat później Eusébio. Do legendy przeszedł też występ Leônidasa, który miał podobno grać… na bosaka, ale to oczywiście nieprawda. Chociaż chciał i odrzucił nawet buty w kierunku ławki rezerwowych, jednak Ivan Eklind nie pozwolił mu na kontynuowanie gry. Prawdą jest natomiast, że gola strzelił bosą nogą, gdyż chwilę wcześniej jego but ugrzązł w błotnistej murawie. Szerzej o tamtym spotkaniu pisał Bartek Matulewicz w tym miejscu. Również Czechosłowacy nie zdołali rozstrzygnąć swojego pierwszego meczu na francuskich mistrzostwach w ciągu 90 minut. W Le Havre na stadionie Cavee Verte mierzyli się z Holendrami, którzy nie należeli wtedy do gigantów europejskiego futbolu. Mimo to po ostatnim gwizdku utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce Josef Košťálek po zamieszaniu w polu karnym zdołał pokonać Adriaana van Male. Holendrzy zerwali się do kontrataków, ale Plánička był tego dnia świetnie dysponowany. Podbudowani strzeleniem pierwszej bramki gracze Czechosłowacji jeszcze dwukrotnie trafili do siatki rywali i spotkanie zakończyło się ich wyraźnym zwycięstwem. 40 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców przyszło na Stade du Parc Lescure w Bordeaux, żeby oglądać wielkie widowisko. Naprzeciw siebie stanęli przecież finezyjni i znakomici technicznie Brazylijczycy, którzy wielu oczarowali swoją grą w meczu z Polską i jedna z najlepszych drużyn świata – Czechosłowacja. Płonne niestety były ich nadzieje. Mecz zapewne na długo pozostał w ich pamięci, ale bynajmniej nie z powodów sportowych. Pewni siebie Brazylijczycy spodziewali się dość łatwej przeprawy. Sądzili, że skoro potrafili wygrać w takich okolicznościach z Polską, to poradzą sobie też z naszymi południowymi sąsiadami. Tymczasem Czechosłowacy od początku grali bardzo uważnie i ostrożnie, nie pozwalali wirtuozom z Ameryki Południowej na zbyt wiele. Być może niespodziewane trudności w rozegraniu piłki sprawiły, że ekipa Brazylii zaczęła tracić opanowanie i coraz trudniej było im utrzymać nerwy na wodzy. Pierwszym, który nie wytrzymał był Zezé Procópio. Po około kwadransie gry, za bezmyślne kopnięcie w brzuch Oldřicha Nejedlego, sędzia Pál von Hertzka z Węgier wyrzucił go z boiska. Od tej chwili gra się zaostrzyła, choć wcześniej też nie brakowało fauli. Pierwsi przepisy przekroczyli co prawda Czesi ale było to w normalnej, sportowej walce, bez złośliwości. Co chwilę ktoś zwijał się z bólu na murawie. Raz jedni, raz drudzy, częściej faulowali jednak przybysze zza oceanu. „Przegląd Sportowy” określił mecz mianem mordowni i pisał, że Brazylijczycy pokazali „pazurki”. Dziennikarze w pomeczowych relacjach nie mogli się nadziwić, co stało się z naszymi niedawnymi rywalami, którzy przecież w walce z Polską starali się być dżentelmenami.

Przewaga była po stronie Brazylijczyków. Znakomite zawody rozgrywał znowu Leônidas, na skrzydle świetnie dysponowany był Lopes, a Domingos da Guia stanowił w obronie mur nie do przejścia. Za wszelką cenę chcieli zdobyć bramkę i nie przebierali w środkach. Wreszcie ich starania przyniosły skutek. W 30. minucie gry Leônidas świetnie przyjął piłkę tuż przed polem karnym, zwiódł defensywę i strzelił nie do obrony. Plánička nie próbował nawet interweniować. Brazylia grała w osłabieniu, ale prowadziła. Powinna raczej uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. Gorący południowy temperament znów jednak dał o sobie znać. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony Machado w ordynarny sposób kopnął Jana Říhę. Czech nie pozostał dłużny i po wymianie ciosów obaj musieli udać się do szatni. Na początku drugiej połowy tego wątpliwej urody spektaklu przewaga zarysowała się po stronie Czechosłowaków. Nie potrafili jej jednak udokumentować. Atak ich był powolny i nieskuteczny, popełniali proste błędy. Brakowało kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i swoimi indywidualnymi umiejętnościami przechylić szalę zwycięstwa. Szczęście uśmiechnęło się do nich w 65 minucie. Po zagraniu piłki ręką w polu karnym Brazylii rzut karny na bramkę zamienił Nejedlý. Wkrótce potem czechosłowacki snajper po jednym z ostrych starć musiał opuścić boisko. Jak się później okazało, złamał on nogę i ta kontuzja praktycznie zakończyła jego międzynarodową karierę. Siły się wyrównały. Obie drużyny musiały radzić sobie w dziewiątkę. Brazylijczycy byli szybsi, lepsi technicznie i przeważali w środku pola, gdzie świetnie radził sobie kapitan Martim. W dogrywce role się odwróciły. Więcej sił zachowali nasi sąsiedzi. Brazylia grała jednak na czas i wyraźnie dążyła do utrzymania wyniku, który oznaczał powtórzenie meczu. Cel osiągnęli. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Bitwa o Bordeaux zakończyła się usunięciem z boiska trzech piłkarzy, co było swoistym rekordem mistrzostw. Lekkich urazów doznali Leônidas i Perácio. W starciu z tym drugim wielkiego pecha miał Plánička. W końcówce odważnie rzucił się Brazylijczykowi pod nogi, ale w chwilę później zwijał się z bólu. Dzięki zabiegom medycznym zdołał wrócić na boisko i obronił jeszcze parę groźnych strzałów. Wydawało się, że niedyspozycja była tylko chwilowa, ale wieczorne prześwietlenie potwierdziło najgorsze obawy. Okazało się, że czeski bramkarz złamał rękę i turniej właśnie się dla niego zakończył. To był jego ostatni, 73. występ w narodowych barwach. Oprócz połamanych Plánički i Nejedlego, do grona kontuzjowanych w ekipie Czechosłowacji dołączył Josef Košťálek, który doznał poważnego urazu żołądka. To była prawdziwa rzeźnia, jak pisano w prasie. Do powtórzonego meczu doszło dwa dni później. Brazylijczycy wymienili prawie cały skład. Zostawili tylko Leônidasa i bramkarza Waltera. Byli tak pewni zwycięstwa, że większość z nich jeszcze przed rozpoczęciem spotkania udała się do Marsylii, gdzie miał odbyć się półfinał, w którym czekali już Włosi. Czesi przeprowadzili sześć zmian. W bramce zagrał Karel Burkert, który godnie zastąpił kota z Pragi. W ataku miejsce Nejedlego zajął Vlastimil Kopecký. To właśnie on wyprowadził europejski zespół na prowadzenie. Niedługo później doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Wrócił co prawda po przerwie, ale wtedy już rywale zaczynali kontrolować przebieg gry.

Na drugą odsłonę reprezentanci Brazylii wyszli niesamowicie zdeterminowani. Grali znakomicie. Tuż przed upływem godziny gry wyrównał niezawodny Leônidas. Czechosłowacy zerwali się jeszcze do ataku i przeprowadzili akcję, po której wydawało się, że znowu wyjdą na prowadzenie. Strzelał Karel Senecký, którego po pierwszym meczu w trybie pilnym ściągnięto z Pragi, a piłkę z linii… albo już zza linii, o czym nie sposób dziś rozsądzić, zdołał wygarnąć Walter. Faktem jest jednak, że sędzia Georges Capdeville gola nie uznał. Wynik strzałem głową ustalił w 62. minucie Roberto.



Brazylijczycy mogli szykować się do półfinałowego występu. Grając bez Leônidasa, musieli jednak uznać wyższość Włochów, którzy zmierzali po drugi tytuł mistrza świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia zdołała jednak pokonać Szwecję i po raz pierwszy tak wyraźnie zaznaczyła swoją obecność na mistrzostwach świata. Już wtedy mieli w składzie wielkie gwiazdy, które w kraju chciały podziwiać dziesiątki tysięcy kibiców. Nie tworzyli jednak jeszcze drużyny, odstawali od europejskich drużyn pod względem taktycznym, a na dodatek, o czym dobitnie przekonali się Czesi, grali bardzo brutalnie. Nasi południowi sąsiedzi marzenia o sferze medalowej musieli odłożyć do 1962 r. Tam po raz kolejny mieli okazję spotkać się z… Brazylią. Ale to już temat na inną opowieść.


0

@Mixtape No Vitor Roque to już raczej o nim wszyscy słyszeli i nawet widzieli jak gra. Natomiast kim jest ten Arda Guler, jeśli można wiedzieć? Ponieważ pierwsze słysze takie nazwisko...

13

Najsmutniejszy dzień Joana Gampera, założyciela FC Barcelony:

Dyktatura Miguela Primo de Rivery w latach 20-tych prześladowała liczne instytucje. Rozwiązano na przykład Mancomunitat de Catalunya(instytucja opowiadająca się za autonomią Barcelony). Zamknięto także wiele stowarzyszeń i organizacji. To samo w 1925 r. spotkało stowarzyszenie chóralne Orfeo Catala, założone w 1891 r. i zamknięte z nakazu rządu. To zdarzenie spowodowało iż FC Barcelona postanowiła zorganizować mecz w hołdzie chórowi. Wybrano dzień 14 czerwca 1925 r. a rywalem Barçy był Club Esportiu Jupiter. Żeby przyciągnąć więcej widzów na Estadio Camp de Les Corts, Arthur Witty, jeden z założycieli klubu, zaprosił zespół muzyczny ze statku floty angielskiej, który zacumował w barcelońskim porcie. Przed rozpoczęciem meczu zespół odegrał Marsz Królewski(hiszpański hymn), przywitany przez 14 tysięcy obecnych na trybunach kibiców głośnymi gwizdami. Reakcja ta zepsuła nastroje angielskich muzyków, którzy zaczeli co raz bardziej fałszować. Następnie zespół wykonał ,, God save the Queen". Królewski hymn brytyjski według jednych źródeł wysłuchany został przy godnej szacunku ciszy a według innych przy ogłuszającym aplauzie barcelońskich kibiców. Dwa dni później klub dostał komunikat od Rządu Cywilnego, w którym zawiadamiano o wszczęciu postępowania za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu, ,,oznaczające ostentacyjną niechęć do Hiszpanii". Postępowanie opierało się na raporcie przygotowanym przez komendantów policji. Ostatecznie ówczesny gubernator cywilny miasta Joaquim Milans de Bosch, przesłał list do FC Barcelony, komunikując w nim o zawieszeniu wszelkiej działalności klubu na 6 miesięcy(później kare zredukowano na 3 miesiące). Dwa dni później w siedzibie Barçy zjawiła się policja żeby zamknąć i zapieczętować drzwi lokalu. Zawieszenie działalności klubu pociągneło za sobą odejście ze stanowiska Joana Gampera i wygnanie go z kraju, co w efekcie po kilku latach skutkowało popełnieniem samobójstwa przez niego. Później założyciel Barçy przyznał iż dzień, w którym policja zamkneła siedzibe przy Placa de Teatre, był ,,najsmutniejszym w moim życiu". Po jego przymusowym odejściu funkcję prezydenta klubu objął arystokrata Arcadi Balaguer, bliski przyjaciel króla Alfonsa XIII. Pomimo zawieszenia działalności liczba socios pozostała nie zmieniona. W czasie gdy klub był zamknięty, żaden socio nie zrezygnował z karnetu. Co więcej, wszyscy płacili miesięczne składki, zaś do biura klubu przychodziły anonimowe darowizny. Również żaden z zawodników nie odszedł z klubu. Okres braku sportowej aktywności wykorzystano na zasianie trawy na placu gry. Wszystkie katalońskie kluby, z wyjątkiem Espanyolu, okazały solidarność z FC Barceloną i postanowiły zaczekać z wznowieniem rozgrywek o mistrzostwo Katalonii do zakończenia sankcji. Pierwszy mecz, jaki Blaugrana rozegrała na murawie Les Corts miał miejsce 24 grudnia 1925 roku, kiedy piłkarze Barçy zmierzyli się z austriacką drużyną First Vienna Futbol Club.



@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@Mixtape
@Monix10

3

@FCBparasiempre

Tę fazę rozgrywek inaugurowaliśmy meczem z Belgią. Na kilkanaście godzin przed tym starciem Zbigniew Boniek gorączkował. Na murawę Camp Nou wyszedł po zażyciu aspiryny. Nie przeszkodziło mu to jednak w pokazaniu światu, że nie bez przyczyny będzie w przyszłości nazywany we Włoszech określeniem bello di notte (piękność nocy). Wśród blasku jupiterów to jego gwiazda zabłysnęła najjaśniej, czego efektem był hat-trick, zapewniający naszej ekipie zwycięstwo 3:0. W drugim grupowym starciu Belgia uległa ZSRR 0:1, przez co stało się jasne, że zwycięzca bezpośredniego spotkania Polska – ZSRR zostanie półfinalistą mundialu. Biało-Czerwoni byli w lepszej sytuacji, bo im awans dawał nawet remis. Stąd główny cel Piechniczka przekazany zawodnikom – przede wszystkim nie stracić gola. Nie trzeba chyba podkreślać, jak wielki wymiar polityczny miał ten mecz. W trakcie całego turnieju cenzura dbała o to, by przekaz telewizyjny miał opóźnienie, by polskie społeczeństwo nie widziało transparentów Solidarności, widocznych na każdym spotkaniu. W boju o półfinał opóźnienie było największe, kilkuminutowe. Na trybunach barcelońskiego giganta pojawiło się kilka tysięcy kartek z napisem “Solidarność” i dwie duże flagi, widoczne w przekazach telewizyjnych na całym świecie. Na całym świecie oprócz Polski. Kiedy tylko hiszpański realizator pokazywał ujęcia z widocznymi emblematami związku, w naszym kraju pokazywane były ujęcia z innych meczów. Komiczne były kadry z widokiem kibiców brazylijskich czy włoskich, obecnych rzekomo na meczu Polski z ZSRR. Piłkarze tymczasem stanęli na wysokości zadania, remisując bezbramkowo z Wielkim Bratem i zapewniając sobie medale Mistrzostw Świata. Zwycięski remis miał swoje ofiary. Boniek został ukarany swoją drugą żółtą kartką w turnieju, przez co wiadome było, że nie wystąpi w półfinale. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego sędzia Bob Valentine wyciągnął z kieszeni kartonik. W pamięci polskich kibiców pozostały tańce przy chorągiewce autorstwa Włodzimierza Smolarka. Nasz zawodnik pod koniec starcia zbiegał w narożnik boiska i umiejętnie zastawiał piłkę, kradnąc tym samym bardzo cenne sekundy. Zwycięzcami pozostałych grup zostały ekipy RFN, Francji i Włoch. Nam o wielki finał przyszło mierzyć się z Italią. Przed meczem ciężko było wskazać faworyta. Polacy bardzo narzekali na panujące upały, a przez to, że w swoim hotelu nie mieli klimatyzacji, chłodzili się spędzając cały dzień w basenie i wannach. Przedmeczowa noc dla większości była niemal nieprzespana. W walce ze skwarem zawodnicy moczyli prześcieradła w zimnej wodzie i zawijali się w nie, tworząc swego rodzaju kokon. Niestety, były to jedynie doraźne środki. Co kilkadziesiąt minut musieli się budzić i powtarzać cały proces. Największą boiskową niewiadomą było to, kto zastąpi Bońka. Naturalnym wyborem wydawał się Andrzej Szarmach, jednak nie było tajemnicą, że na linii napastnik – trener zdecydowanie nie było chemii. W swojej biografii ,,Diabeł nie anioł” Szarmach wspomniał słowa selekcjonera wypowiedziane tuż po przyjeździe do Hiszpanii: „Andrzej, chcę, żebyś wiedział, że przyjechałeś tu na mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki. Ale u mnie grać już nie będziesz”. Piechniczek dotrzymał słowa i na półfinał wysłał Diabła na trybuny. Po latach wszyscy podkreślają, że był to wielki błąd. To samo przyznał sam selekcjoner. Szarmach miał patent na Włochów, w czterech występach przeciwko tej drużynie zdobył dwa gole. Abstrahując od historii, był najzwyczajniej w świecie znakomitym napastnikiem. Selekcjoner do gry o wielki finał desygnował Włodzimierza Ciołka a Grzegorza Latę wystawił na “dziewiątce”. Nie przyniosło to pożądanych efektów. Katem naszej ekipy okazał się fenomenalny Paolo Rossi, którego dwie bramki zapewniły Italii zwycięstwo 2:0. Po spotkaniu jego koszulkę zdobył Paweł Janas. Gdy rok później wyjechał do Auxerre, spotkał w klubie chłopaka marzącego o trykocie włoskiej gwiazdy. Janas z bólem serca przekazał mu swoją zdobycz z półfinału. Tym chłopakiem był Eric Cantona. Znakomity przebieg miało drugie spotkanie półfinałowe między RFN a Francją. Zostało jednak przyćmione przez starcie Battistona i Schumachera. Niemiecki bramkarz wyszedł poza pole karne do piłki, do której nie miał prawa dojść i na pełnym biegu z impetem wszedł biodrem w twarz swojego rywala. Francuz przez kilka minut nie dawał oznak życia. Jego koledzy obawiali się najgorszego, że nie żyje. Schumacher tuż po spotkaniu nie wyraził ani odrobiny skruchy, mówiąc w rozmowie z przedstawicielami prasy i telewizji: „Jeśli stracił zęby, to zapłacę za koronki”. Finalnie Battiston stracił trzy zęby, miał wstrząs mózgu, złamaną szczękę i uszkodzone kręgi szyjne. Co szokujące, niemiecki bramkarz nie otrzymał za swoje przewinienie żadnej kary. Regulaminowe 90 minut przyniosło remis 1:1. Po 10 minutach dogrywki Francuzi prowadzili 3:1. Niemcy zdołali doprowadzić do remisu 3:3. W serii rzutów karnych, pierwszej w historii mundialowych rozgrywek, Six i Bossis zostali zastopowani przez Schumachera. Tym samym golkiper poprowadził swoją drużynę do wielkiego finału, choć nie powinno być go w tym momencie na boisku. Wrogo nastawioną do siebie publikę skomentował słowami: „Najlepiej gram wtedy, kiedy wszyscy dookoła mnie nienawidzą”. Battistona przeprosił dopiero rok później. We Francji stał się wrogiem publicznym, niektórzy domniemywali nawet, że jest esesmanem. Na wielu stadionach w całej Europie, nawet w Niemczech, pamiętano jego przewinienie. Często witano go salwą gwizd, która powtarzała się przy jego każdym kontakcie z piłką. Nie ma co się dziwić, że po takim półfinale Francuzi przystąpili do starcia o trzecie miejsce wyraźnie podłamani. Piechniczek desygnował do gry Szarmacha, komunikując przed meczem, że dla napastnika Auxerre będzie to ostatni występ w reprezentacji. Nasz znakomity snajper w 40. minucie odpowiedział na gola Girarda, doprowadzając do remisu 1:1. Nie wykazywał większej euforii. W jego głowie buzowała sportowa złość na Piechniczka. „Wszyscy widzieli jak się “cieszyłem” po zdobyciu bramki. Strzeliłem, bo zależało mi na zwycięstwie”. Pod koniec pierwszej połowy na 2:1 trafił Majewski. W szatni Waldemar Matysik, jeden z najbardziej eksploatowanych polskich zawodników, ogłosił, że nie nadaje się do gry i poprosił o zmianę. Inni piłkarze zaczęli protestować, mając pretensję do swojego kolegi. Jego niedyspozycja nie była żartem. Zawodnik doznał silnego odwodnienia i miał wyraźne niedobory elektrolitów, witamin i minerałów. Po mundialu dochodził do siebie przez ponad dwa lata, lecząc się m. in. neurologicznie i psychiatrycznie. W meczu z Francją zastąpił go Roman Wójcicki. Pierwsza minuta drugiej odsłony przyniosła Biało-Czerwonym gola Kupcewicza. Przeciwników stać było jedynie na kontaktowe trafienie Couriola. Dzięki zwycięstwu 3:2 Polska po raz drugi została trzecią drużyną świata. W trakcie ceremonii medalowej doszło do lekkiego zgrzytu. Medale naszym zawodnikom miał wręczać prezes PZPN, Włodzimierz Reczek. Podczas spacerów po słonecznej Hiszpanii doznał poparzeń stóp, przez co na małym finale zjawił się w klapkach. Nie chciał w takim uniformie pokazywać się na murawie, zatem Joao Havelange złożył paterę na ręce Żmudy, a ten rozdał je swoim kolegom. Mecz o złoto padł łupem Włochów, którzy pewnie pokonali RFN 3:1. Jedną z bramek zdobył Rossi, czym przypieczętował koronę króla strzelców. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego idealnie zobrazowali zasadę, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Po pierwszej rundzie byli bardzo krytykowani, bo przeszli ją bez zwycięstwa, zaliczając trzy remisy z Polską, Peru i Kamerunem. Rozpędzali się z meczu na mecz, wygrywając grupę śmierci z Argentyną i Brazylią, a następnie odprawiając z kwitkiem Polaków i Niemców. Kilka dni po wielkim finale cały świat obiegło zdjęcie, które niewątpliwie zalicza się do jednego z najlepszych w historii mundiali. Na pokładzie włoskiego samolotu w karty grali Dino Zoff, Franco Causio, trener Enzo Bearzot i prezydent Włoch Sandro Pertini. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na stole stał zdobyty kilkanaście godzin wcześniej Puchar Świata. Całość wygląda fantastycznie, tak, jakby piłkarskie trofeum było stawką karcianej rozrywki. I Polacy mieli swój epizod związany z samolotem. Tuż po wzbiciu się w powietrze pilot zawrócił na lotnisko, bo z powodu usterki nie schowały się koła w maszynie. Nasza kadra musiała oczekiwać przez kilka godzin na samolot zastępczy, wprawiając się w tym czasie w dobry humor przy rozmaitych trunkach. Na Okęciu, pomimo późnych godzin nocnych, witała ich rzesza kibiców, śpiewając: „Już za cztery lata, już za cztery lata, Polska będzie Mistrzem Świata”. Osiągnięcie piłkarzy dało polskiemu społeczeństwu wielkiego kopa w walce o swoją wolność. Pokazało, że przy pomocy wiary, zawziętości i niezłomnego charakteru można przenosić góry. Od sukcesu zawodników Antoniego Piechniczka minęło już prawie 36 lat. Na kolejny wciąż czekamy.

8

@FCBparasiempre
Reprezentacja Polski dwa razy sięgnęła po srebrny medal piłkarskich Mistrzostw Świata. O ile szeroko gloryfikujemy bohaterów z 1974 roku, o tyle piłkarzy Antoniego Piechniczka stawiamy nieco w cieniu. Bardzo niesłusznie. Napięta sytuacja w Polsce(stan wojenny, protesty, represje, łapanki) niemal do samego końca stawiały pod znakiem zapytania udział Biało-Czerwonych w hiszpańskim mundialu. O kulisach światowego czempionatu z 1982 roku i o tym, w jaki sposób nasi zawodnicy pokonywali kolejne przeszkody na swojej drodze i jaką nadzieję wlewali w serca milionów Polaków, przeczytacie w odpowiedzi na komentarz. Hiszpania od dawna ubiegała się o zorganizowanie największej imprezy piłkarskiej na świecie. Ostatecznie w 1966 roku FIFA ogłosiła, że za 16 lat mundial zostanie rozegrany na Półwyspie Iberyjskim. Przez ponad ćwierć wieku przygotowywano drogi, lotniska i stadiony. Wydaje się, że największym zmartwieniem międzynarodowej federacji była liczba uczestników. Już od dawna pojawiały się głosy, by powiększyć finałowy skład. Przeciwnicy argumentowali, że nie można tak zrobić, bo przez pięćdziesiąt lat system z 16 drużynami znakomicie zdawał egzamin i jest już swego rodzaju tradycją. Zwolennicy natomiast przekonywali, że wraz ze wzrostem liczby zespołów wzrosną przychody z biletów, praw telewizyjnych itp. Poza tym, w trakcie kampanii przed wyborami prezydenta FIFA, Joao Havelange złożył krajom słabiej rozwiniętym piłkarsko obietnicę, że będzie naciskał na zwiększenie mundialowej stawki, czym solidnie zapracował na ich głosy. Ostateczna decyzja zapadła dopiero w maju 1979 roku na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego FIFA w Zurychu. Postanowiono wówczas, że w 12. edycji Mistrzostw Świata wezmą udział 24 zespoły. Zmiany wprowadzono także w eliminacjach. W końcu piłkarskie władze poszły po rozum do głowy i w przypadku równej liczby punktów drużyny nie musiały rozgrywać dodatkowego meczu barażowego, tylko liczył się bilans bramek. Do walki o 22 miejsca (dwa, standardowo, zarezerwowano dla gospodarza i aktualnego mistrza) wystartowało 105 drużyn narodowych. Wśród nich Polska. W tym momencie warto poświęcić dłuższą chwilę, by zobrazować, w jakich okolicznościach przyszło naszym piłkarzom mierzyć się w eliminacjach do hiszpańskiego turnieju. Przez długie lata polskie społeczeństwo wyrażało swój przeciw skierowany w kierunku panującego komunizmu. W 1980 roku bardzo pogorszyła się kondycja gospodarcza naszego kraju, w związku z czym nasiliły się strajki robotnicze. We wrześniu protestujący w wielu miastach zostali zrzeszeni pod jednym sztandarem, świeżo powstałym Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”. Jego twarzą został Lech Wałęsa. Dwa miesiące później doszło do wydarzeń, które zmieniły losy polskiej piłki. W przededniu wylotu do Rzymu na tydzień przygotowawczy przed pierwszym meczem eliminacyjnym z Maltą, zawodnicy dostali wolne od trenera Ryszarda Kuleszy. Niektórzy wykorzystali tę okazję w celu rozluźnienia się przy piwie lub wódce. Następnego dnia zespół dotarł na Okęcie, skąd miał wylecieć do Włoch. Obecni na miejscu dziennikarze zauważyli, że reprezentacyjny bramkarz, Józef Młynarczyk, jest “wczorajszy”. Szybko wywęszyli skandal i uruchomili swoje kamery. Następnie selekcjoner Ryszard Kulesza, będąc pod presją mediów, włodarzy PZPN i przedstawicieli rządu, zadecydował, że Młynarczyk nie może polecieć z zespołem. W jego obronie szybko stanęli Władysław Żmuda, Stanisław Terlecki i Zbigniew Boniek, grożąc, że bez swojego golkipera nie wsiądą do samolotu. Ich akcja okazała się na tyle skuteczna, że już kilka godzin później kadra w komplecie wylądowała w Rzymie. Na miejscu reprezentacja udała się na spotkanie z Janem Pawłem II. Boniek poprosił o modlitwę w intencji sukcesu w eliminacjach i na samym mundialu, na co papież odpowiedział: „Synku, Pan Bóg z piłką nie ma nic wspólnego”. W kraju nie cichły echa Afery na Okęciu. Cała czwórka zamieszanych w nią piłkarzy została zmuszona do powrotu do Polski. Biało-Czerwoni bez Bońka, Młynarczyka, Terleckiego i Żmudy pokonała Maltę 2:0. Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia rozpoczęła się w Warszawie swoista rozprawa sądowa w temacie wydarzeń ze stołecznego lotniska. Sprawa nabrała wymiaru politycznego. Oskarżeni piłkarze wyglądają na kadrach z posiedzenia tak, jakby byli skazywani za ciężkie przestępstwo. A rozchodziło się przecież o wypicie kilku kieliszków za dużo. PZPN zadecydował, że w konsekwencji wydarzeń z Okęcia nakłada na Bońka i Terleckiego karę roku, na Żmudę i Młynarczyka ośmiu, a na Smolarka dwóch miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. Dodatkowo Młynarczyk dostał dwuletni zakaz gry w reprezentacji. Oprócz tego z kadrą pożegnał się Ryszard Kulesza. Jego następcą został Antoni Piechniczek. Kadra pod jego wodzą pewnie przeszła eliminacje. Los, oprócz Malty, przydzielił nam do grupy reprezentację NRD. Na Stadionie Śląskim dwa punkty naszym piłkarzom zapewnił gol Buncola, dzięki czemu na rewanż do Lipska wybrali się po przypieczętowanie awansu. Piechniczek zabrał ze sobą nie tylko piłkarzy, ale także własnych kucharzy, jedzenie i picie. Wszystko w obawie przed ewentualnymi zagrywkami Niemców ze wschodu. Przypuszczano, że polscy zawodnicy mogą zostać przez nich podtruci, przez co słabiej poradzą sobie na boisku. Ze swoim prowiantem poradzili sobie wspaniale. Dwa trafienia Smolarka i jedno Szarmacha zapewniło Polsce zwycięstwo 3:2 i trzeci z rzędu awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Swoje panowanie w grupie Biało-Czerwoni udowodnili w ostatnim starciu kwalifikacji, gromiąc we Wrocławiu Maltę 6:0. Ponadto Piechniczek bardzo przyczynił się do przywrócenia do zespołu Bońka, Młynarczyka i Żmudy. Terlecki nie wyraził skruchy za swoje zachowanie z Okęcia, zatem PZPN nie anulował jego kary. Z orzełkiem na piersi nie wystąpił już nigdy. Polacy żyli tym awansem i z wielkimi nadziejami patrzyli na czerwiec 1982 roku. Wcześniej socjalistyczne władze zadały im kolejny potężny cios, który nie mógł nie odbić się także na reprezentacji. 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził w kraju stan wojenny, rozpoczynając regularną walkę władzy ze społeczeństwem. W momencie rozpoczęły się masowe zatrzymania zagorzałych przeciwników ustroju, cenzura kontrolowała radio, prasę i telewizję, ukrócono możliwość korzystania z telefonów, wprowadzono godzinę milicyjną. Przykładów ograniczeń praw i wolności było oczywiście znacznie więcej. Udział piłkarzy Antoniego Piechniczka na hiszpańskim turnieju stanął pod dużym znakiem zapytania. Wszyscy zawodnicy z tamtych czasów zgodnie wspominają, że selekcjoner prowadził ich twardą ręką, stawiając mocny nacisk na przygotowanie fizyczne, motoryczne i kondycyjne. Gonił ich po górach, po swojej rodzinnej Wiśle i trenował w surowych warunkach, nie do wyobrażenia w dzisiejszych czasach. Żadna drużyna narodowa nie chciała grać meczów kontrolnych z przeciwnikiem, którego kraj jest w stanie wojny. W związku z tym Polacy mierzyli się z zespołami ligowymi. Na zgrupowaniu w Hiszpanii pokonali m. in. Athletic Bilbao 4:1 i Celtę Vigo 5:1. Trener Piechniczek mówił o sparingach w filmie ,,Mundial. Gra o wszystko”: „Waliliśmy ich jak w kaczy kuper i nabieraliśmy pewności siebie”. Piłkarze nie komentowali publicznie sytuacji w państwie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że wszystko może być wykorzystane przeciwko nim. W każdej chwili komunistyczne władze mogły podjąć decyzję o wycofaniu drużyny z Mistrzostw Świata. Dla Polaków ich milczenie było jednak jasnym znakiem, że stoją po stronie społeczeństwa. Na ostatnie zgrupowanie przed turniejem Biało-Czerwoni udali się do niemieckiego Murrhardt, siedziby naszej ekipy na czempionacie w 1974 roku. Podczas hiszpańskiej eskapady stacjonowali w Santa Cruz. Kiedy trener i piłkarze zobaczyli boisko treningowe, ręce im opadły. Bardziej przypominało wyschnięte pobojowisko niż teren, na którym mieli przygotować się do najważniejszych meczów w ich życiu. Nie było innej możliwości niż znalezienie obiektów zastępczych. Te zostały odnalezione w Courel i Vilaboi. Naszej kadrze towarzyszyło kilkunastu współpracowników Służb Bezpieczeństwa, monitorujących każde zachowanie piłkarzy. Mundial 1982 rozegrano w dniach 13 czerwca – 11 lipca. Wśród finalistów, obok Hiszpanii, Argentyny i Polski, znaleźli się: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Francja, Irlandia Północna, Jugosławia, RFN, Szkocja, Węgry, Włochy, ZSRR, Brazylia, Chile, Peru, Algieria, Kamerun, Honduras, Salwador, Kuwejt i Nowa Zelandia. Jak widać, doszło nieco egzotyki. Jednocześnie zabrakło stałych gości, jak np. Meksyk, Szwecja, Urugwaj i przede wszystkim Holandia. 24-zespołową gromadkę gościło aż 17 stadionów w 14 miastach: Alicante, Barcelonie (Camp Nou i Estadio de Sarria), Bilbao, Elche, Gijon, La Corunie, Madrycie (Santiago Bernabeu i Vicente Calderon), Maladze, Oviedo, Saragossie, Sewilli (Benito Villamarin i Sanchez Pizjuan), Valladolid, Vigo i Walencji. W związku ze zwiększeniem liczby uczestników, konieczne było przemeblowanie rozgrywek. W pierwszej fazie dokonano podziału na sześć czterozespołowych grup, z których awans wywalczyły po dwie najlepsze drużyny. Te następnie były dzielone na cztery grupy trzyzespołowe a ich zwycięzcy spotykali się w półfinałach. Pierwsza runda prezentowała się następująco:

Grupa 1: Kamerun, Peru, Polska, Włochy

Grupa 2: Algieria, Austria, Chile, RFN

Grupa 3: Argentyna, Belgia, Salwador, Węgry

Grupa 4: Anglia, Czechosłowacja, Francja, Kuwejt

Grupa 5: Hiszpania, Honduras, Irlandia Północna, Jugosławia

Grupa 6: Brazylia, Nowa Zelandia, Szkocja, ZSRR

Polacy rozpoczęli od dwóch bezbramkowych remisów. O ile oczko ze starcia z Włochami potraktowano jako zdobycz, o tyle podział punktów z Kamerunem uznano za wielką porażkę. W Polsce zaczęto wątpić w drużynę narodową. Najbardziej dostało się Bońkowi. Zawodnik Widzewa był już dogadany na transfer do Juventusu i zarzucano mu, że skoro ma już na horyzoncie możliwość dobrego zarobku na Półwyspie Apenińskim, nie zależy mu na dobrych występach w kadrze. Trener Piechniczek słyszał od dziennikarzy głosy: „Antek, jeśli masz jaja, usadź Bońka na ławce”. Przypuszczano, że mecz z Peru będzie naszym ostatnim meczem w Hiszpanii. O braku wiary nawet w najbliższym otoczeniu kadry bardzo dobrze świadczą słowa Pawła Janasa, który w rozmowie z Pawłem Czado, przeprowadzonej na potrzeby znakomitej książki ,,Piechniczek. Tego nie wie nikt”, wspominał: „Przed meczem z Peru wszyscy działacze byli już spakowani. Nakupili nawet egzotycznych owoców na prezenty do Polski. Potem musieli się rozpakować a my te owoce jedliśmy”. Jedli, bo w meczu z Peru, zwłaszcza w drugiej połowie, zaprezentowali popis swoich umiejętności. Od 55′ do 76′ zaaplikowali rywalom 5 goli! Swoje trafienie zaliczył również Boniek, dzięki czemu mógł podbiec pod trybunę prasową, unieść w górę zaciśniętą pięść i wykrzyczeć: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę”. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej miał również udział przy bramkach Laty i Buncola. Swoje gole zdobyli także Smolarek i Ciołek. Pewne zwycięstwo 5:1 zapewniło naszym zawodnikom pierwsze miejsce w tabeli i awans do drugiej rundy rozgrywek. Można powiedzieć, że pozostałych grupach faworyci nie zawiedli. W jednej z nich doszło do zdarzenia, które na zawsze zmieniły przepisy rozgrywania ostatniej kolejki fazy grupowej na wielkich piłkarskich turniejach. Stało się to za sprawą piłkarzy RFN i Austrii. Ich bezpośrednie starcie zamykało rozgrywki grupy 2. Dzień wcześniej Algieria pokonała Chile 3:2 i oczekiwała na wynik dwóch europejskich drużyn. Wiadome było, że jeśli Niemcy wygrają, zrównają się punktami z Austrią i Algierią, a wówczas o awansie będzie decydować bilans bramkowy. Najlepszym wynikiem dla dwóch krajów niemieckojęzycznych było jednobramkowe zwycięstwo Zachodnich Niemiec. Dawał on bowiem jednym i drugim promocję do następnej fazy turnieju. Już w 10. minucie wynik 1:0 widniał na tablicy świetlnej i najprościej rzecz ujmując, w tym momencie mecz się zakończył. Reszta nie miała nic wspólnego z futbolem. Ekipy nie miały zamiaru zrobić sobie żadnej krzywdy. Zgromadzeni na trybunach kibice nie kryli zażenowania. Niemiecki komentator, Eberhard Stanjek, nazwał rzeczy po imieniu: „To, co tutaj się dzieje, to hańba, która nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Możecie mówić, co chcecie, ale nic nie usprawiedliwia tego zachowania”. Jego vis a vis z Austrii, Robert Seeger, od 60. minuty aż do końca “spektaklu” siedział w absolutnej ciszy, nie wypowiadając ani jednego słowa. FIFA zajęła się tym meczem, goszczącym w nomenklaturze mundiali jako Hańba w Gijon, i postanowiła, że od tej pory spotkania ostatniej kolejki fazy grupowej będą rozgrywane równolegle. Z pierwszej rundy mundialu warto odnotować dwie ciekawostki. Pierwsza dotyczy spotkania Węgrów z Salwadorem. Nasi bratankowie jako jedyni w dziejach Mistrzostw Świata zdołali w jednym spotkaniu wykręcić dwucyfrowy wynik, wygrywając 10:1. Dla Madziarzy zapisanie na kartach futbolu okazało się jedynie nagrodą pocieszenia, bowiem nie zdołali wywalczyć awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Drugie niecodzienne zdarzenie miało miejsce w starciu Francji z Kuwejtem. W 78′ Francuzi strzelili gola na 4:1. Zdaniem ławki rezerwowych Kuwejtu gol nie powinien zostać uznany, więc wybiegli na boisko z pretensjami do arbitra. Wraz z nimi do rozjemcy udał się prezes piłkarskiej federacji Kuwejtu, szejk Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah. Po niemal 10-minutowej przerwie ukraiński arbiter, Myrosław Stupar anulował bramkę, zapewniając sobie jednocześnie wilczy bilet na sędziowanie na najwyższym poziomie. FIFA uznała jego ugięcie jako element słabości, jaki nie powinien się przydarzyć sędziemu na meczu takiej rangi. Druga runda hiszpańskiego turnieju prezentowała się następująco:

Grupa A: Belgia, Polska, ZSRR

Grupa B: Anglia, Hiszpania, RFN

Grupa C: Argentyna, Brazylia, Włochy

Grupa D: Austria, Francja, Irlandia Północna


7

Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek? Tego nie wie nikt!

@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira

6

@FCBparasiempre
13 czerwca 1934 r. urodził się legendarny polski napastnik- Lucjan Brychczy. Gdyby Lucjan Brychczy urodził się pięćdziesiąt lat później, zapewne byłby gwiazdą światowego futbolu. Zamiast tego jest legendą Łazienkowskiej 3, choć wcale nie jest powiedziane, że mu to przeszkadza… Popularny „Kici” barw Legii Warszawa broni nieprzerwanie od 1954 roku. Oczywiście najpierw jako piłkarz (grał tam do 38 roku życia), później jako trener. Nie wykluczone, że gdyby nie jego służba wojskowa, jego kariera w zespole ze stolicy byłaby dużo krótsza. Jednak jako wojskowy nie mógł sobie pozwolić na wyjazd, dlatego też smakiem musiały obejść się kluby belgijskie czy francuskie, a także Real Madryt, gdzie widział go Helenio Herrera. Jednak zanim do tego doszło, Kici większość swojej młodości spędził na Śląsku. Urodził się w Nowym Bytomiu jako syn powstańca i przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał w miejscowej Pogoni, a także w gliwickim ŁTS Łabędy. Pierwsze rozczarowanie przyszło, podczas testów w ukochanym Ruchu Chorzów, które nie przyniosły mu miejsca w zespole. Warto dodać, że przed grą treningową, celowo dano mu wtedy za duże buty, by nie wypadł za dobrze. Kto wie, czy przez ten incydent Niebiescy nie stracili następcy Ernesta Wilimowskiego i godnego partnera dla Gerarda Cieślika. Gdyby nie ojciec piłkarza, prawdopodobnie zostałby bokserem, gdyż takżę i do tego sportu przejawiał spory talent. Jednak pod zarzutami, że dyscyplina ta ogłupia, zakazał synowi bokserskich treningów. I dzięki temu Kici został na stałe z futbolem. W ówczesnych czasach trenerem Legii Warszawa był Węgier Janos Steiner. Z nim też wiążę się ciekawa historia. Mianowicie w każdy poniedziałek rano, kupował „Przegląd Sportowy”, a jako że nie znał języka polskiego, prosił Ernesta Pola, żeby tłumaczył mu go na niemiecki, ze szczególnym uwzględnieniem wyróżniających się zawodników. Później przygotowywał notatkę z nazwiskami piłkarzy z dopiskiem „Proszę ich sprowadzić do CWKS”. Kiedy trener znad Balatonu ujrzał Lucjana Brychczego, zażądał natychmiastowego sprowadzenia go do Legii. Młody Ślązak dostał więc powołanie do wojska pół roku przed terminem! A skąd wziął się pseudonim Brychczego? To jego trener wymyślił pseudonim, który przylgnął do niego na zawsze. Kici po węgiersku znaczy mały(Brychczy miał 166 cm wzrostu). – Kici das ist Kici – mawiał Steiner – szibkie labda, dużo rucha, gut spielt, dobra robi gol. Węgier chciał uczynić z Legii klub wojskowy na kształt Honvedu Budapest, gdzie wraz z powołaniem do wojska przychodzili czołowi węgierscy zawodnicy, których po zakończeniu służby namawiano do pozostania. I to dzięki niemu piłkarze z Łazienkowskiej mieli okazję poznać wicemistrzów świata. ,,Kilka miesięcy później, Steiner zabrał nas na obóz na Węgry. To była zima 1955 roku. Trenowaliśmy z Honvedem. Było się od kogo uczyć. Puskas, Bozsik, Kocsis – te nazwiska powalały z nóg. Oni byli wicemistrzami świata a powinni być mistrzami. Oglądaliśmy razem ten film z finału i widzieliśmy, że strzelili prawidłową bramkę. To była drużyna nie z tej ziemi. I właśnie na koniec tamtego zgrupowania graliśmy z nimi. Ludzie mówili: „Po co wam to, 10:0 wam wrzucą i tylko się zdołujecie”. A my nawet prowadziliśmy 2:1, ja strzeliłem oba gole, Szymkowiak obronił karnego Puskasowi. W końcu przegraliśmy 2:3 ale zobaczyliśmy, że nie jesteśmy tacy słabi”– Lucjan Brychczy, podczas wywiadu z Markiem Wawrzynowskim. Już sezon po przyjściu do Legii zaczął z nią święcić triumfy jako podstawowy zawodnik. W sezonach 1955 i 1956 zdobył zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski. Był już wtedy reprezentantem kraju. Jako członek drużyny miasta Warszawy uczestniczył w premierowym meczu na Camp Nou. Otrzymał za to 20 dolarów, co było znaczną kwotą dla mieszkańca PRL-u. Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, władze musiały solidnie się napracować, by przekonać go do pozostania w stolicy. Z jednej strony najlepsza drużyna w kraju, w której barwach Brychczy bardzo się rozwinął, z drugiej jednak żona, która mieszkała na Śląsku, a także koledzy: Ernest Pol i Edmund Kowal, którzy namawiali Kiciego do gry w Górniku Zabrze. Warto też dodać, że w tamtych czasach mało kto mógł finansowo konkurować z bogatymi klubami wspieranymi przez kopalnie. Chytry plan miał na celu przekonanie Małgorzaty do przyjazdu do Warszawy. Prawdopodobnie największą zasługę w powodzeniu misji trzeba przypisać ojcu piłkarza, który miał wielki posłuch u małżonków. Zamieszkali przy Świętokrzyskiej i tak pozostaje do dziś.

W reprezentacji też grał pierwsze skrzypce. Był jej kapitanem, a także wystąpił z nią na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie. W sumie w barwach narodowych rozegrał 58. spotkań, ale jednym z najważniejszych było to rozegrane na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wtedy to swoim fenomenalnym trafieniem piętą oczarował rywali, w których barwach grały takie tuzy jak Alfredo Di Stefano czy Francisco Gento. To właśnie po tym meczu zaczęto mówić o zainteresowaniu jego osobą przez wielki Real Madryt. A podpułkownik Kici grał jednak dla Legii. I to jak grał! Delikatny kryzys dopadł go po przyjściu do klubu czeskiego szkoleniowca Jaroslava Vejvody, który swoim podopiecznym fundował ciężki trening zwany bombonami. 32 letni Brychczy nie był w stanie osiągać wymaganych rezultatów i został przez to nawet wyrzucony z treningu. Doszli jednak do porozumienia, by zawodnik nie kończył kariery, chociażby po to, by pod jego okiem rozkwitał wielki talent Kazimierz Deyna. Była to świetna decyzja. Kici dalej czarował i doprowadził Legię do kolejnych dwóch mistrzostw i Pucharów Polski a także półfinału Pucharu Mistrzów. Warto zauważyć, że wszystkie gole w ćwierćfinałowej rywalizacji z Galatasaray zdobył właśnie On (1:1 w Stambule, 2:0 w Warszawie). Gdy kończył karierę, wśród gości na pożegnalnym meczu był nawet słynny Wacław Kuchar. Dziś jest członkiem sztabu szkoleniowego Legii i synonimem jej sukcesów. Podczas jego obecności na Łazienkowskiej Wojskowi zdobyli dziesięć mistrzostw kraju i siedemnaście Pucharów Polski, czyli wszystkie, jakie mają w swojej kolekcji.

Osiągnięcia klubowe:

Legia Warszawa:

4 x mistrzostwo Polski (1955, 1956, 1969, 1970)

4 x Puchar Polski (1955, 1956, 1964, 1966)

1 x Półfinał Pucharu Mistrzów (1970)

3 x Król strzelców I ligi (1957, 1964, 1965)

Osiągnięcia reprezentacyjne:

występ na IO (1960)

Osiągnięcia trenerskie

Legia Warszawa:

3 x Puchar Polski (1973, 1980, 1990)

6

0

@KrychaFCB A ładnie to tak żartować z pupila publiczności, Ansu Fatiego?

5

@FCBparasiempre
Starcie RFN z Polską było bojem o finał Mistrzostw Świata. Obfite opady deszczu spowodowały, że murawa stadionu wyglądała jak zalane pastwisko. Pojawiło się duże prawdopodobieństwo, że mecz zostanie przełożony, za czym optowała cała nasza załoga. Odmiennego zdania byli niestety Niemcy. Rywale doskonale zdawali sobie sprawę, że taka aura jest ich przywilejem i zwiększa szansę pokonania Polaków. Po pierwsze – nie było wątpliwości, że to nasi piłkarze znacznie lepiej operują piłką po ziemi. Po drugie – niezwykle efektowne rajdy skrzydłem Gadochy eliminowały wodne zastoiska. Po trzecie – w szeregach Górskiego brakowało Szarmacha, zawodnika niezwykle dobrze grającego głową, który w takich warunkach mógłby być zabójczą bronią. Sędzia uznał, nieco pod presją gospodarzy, że mecz może zostać rozegrany. „To były zawody kajakowe, można było się popluskać, pobawić w wodzie, ale nie grać w piłkę”. Powyższe słowa Grzegorza Laty nie pozostawiają żadnych złudzeń. Boisko nie pozwalało na stworzenie dobrego widowiska, pomimo faktu, że biegali po nim jedni z najlepszych piłkarzy na świecie. O Meczu na wodzie powiedziano już właściwie wszystko, przez dziesięciolecia był wspominany i analizowany przez wielu fachowców. Odnotujmy, że Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa, dzięki czemu został pierwszym golkiperem w dziejach światowego czempionatu, który na jednym turnieju dwukrotnie zatrzymał strzały z wapna. Nie był jednak w stanie uchronić drużyny przed porażką. Obustronna wymiana ciosów padła łupem gospodarzy. Nasi zawodnicy nie znaleźli sposobu na świetnie dysponowanego Seppa Maiera. Jedyną bramkę zdobył legendarny Gerd Muller, zapewniając Niemcom trzeci finał Mistrzostw Świata. Grupę A wygrała tymczasem fenomenalna Holandia a drugie miejsce zajęli Brazylijczycy. Właśnie z aktualnymi Mistrzami Świata przyszło zmierzyć się zawodnikom Kazimierza Górskiego o srebrny medal. Tuż po wodnym starciu z RFN pojawiło się trochę luzu w szeregach ekipy, co jeszcze bardziej spotęgowała możliwość sprowadzenia do hotelu jednej osoby przez każdego z polskich bohaterów. Do większości piłkarzy przyjechały żony lub partnerki, do części jeden z rodziców. Luz bardzo dobrze zadziałał na głowy Polaków. Zupełnie odmienna atmosfera panowała w ekipie Canarinhos. Z uwagi na brak obrony tytułu, w swoim kraju zostali już przeklęci. Chcieli za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość w małym finale. Na mecz z naszą drużyną wyszli bardzo zmotywowani. Można powiedzieć, że wręcz przemotywowani. Zdecydowanie więcej samby zaprezentowali Biało-Czerwoni. Prawdziwym maestro został Grzegorz Lato, autor ponad 50-metrowego rajdu, zakończonego jedynym w tym meczu trafieniem, zapewniającym naszym zawodnikom trzecie miejsce na świecie. Cała polska załoga została w Niemczech aż do wielkiego finału, który oglądała z perspektywy trybun. Niestety, nie wszyscy dotarli na to spotkanie. Część działaczy postanowiła zarobić i przehandlowała swoje bilety. Na boisku w Monachium miała miejsce swoista powtórka finału sprzed dwudziestu lat. Oranje, podobnie jak Węgrzy w Bernie, szybko wyszli na prowadzenie za sprawą karnego Neeskensa. Piłkarsko byli znacznie lepsi od Niemców. Ci jednak wygrali wyrachowaniem, ponownie odwracając losy Mistrzostwa Świata. Trafienia Breitnera i Mullera spowodowały, że zawodnicy Helmuta Schona mogli na oczach własnego kraju świętować drugi tytuł mistrzowski. Franz Beckenbauer spełnił obietnicę złożoną swojemu ojcu 20 lat wcześniej i wzniósł do góry Puchar Świata. Jak smakował drugi triumf Niemiec Zachodnich w ich kraju? Słodko-gorzko. Niby była euforia, ale nie taka jak po pierwszym Mistrzostwie Świata, a nawet nie taka jak dwa lata wcześniej, gdy RFN okazała się najlepszą drużyną w Europie. Poza tym wiele osób nie mogło wybaczyć swoim zawodnikom porażki 0:1 z NRD, poniesionej w swoim pierwszym turniejowym meczu. Holandia z 1974 roku bije się w opowiadaniach i wspomnieniach z Węgrami z 1954 roku o miano najpiękniejszych przegranych w historii. Główny dowódca pomarańczowej bandy, Johan Cruijff, wspominał w swojej biografii: „Nasze występy wywołały na całym świecie pozytywne reakcje i wzbudziły podziw dla naszej gry, a to było znacznie ważniejsze. Daliśmy nadzieję wszystkim zawodnikom, którzy, jak ja, nie byli wielcy ani silni. Podczas tego turnieju w pewnym sensie zmieniła się cała filozofia gry w piłkę. Owa filozofia była w gruncie rzeczy bardzo prosta i pozostaje taka do dziś. Oto piłka i albo wy ją macie, albo oni ją mają. Jeśli jest w waszym posiadaniu, oni nie zdobędą bramki. Jeśli zrobicie z piłki odpowiedni użytek, zyskujecie większą szansę na dobry wynik”. Królem strzelców futbolowych zmagań w RFN został strzelec 7 goli, Grzegorz Lato. Drugą strzelbą, z pięcioma trafieniami, dysponowali Johan Neeskens i Andrzej Szarmach. Po powrocie naszych piłkarzy do Polski, rozpoczęło się istne szaleństwo. Ponad 100 tysięcy Warszawiaków wyszło na ulice stolicy, by oglądać ich przejazd autokarem z otwartym dachem. Zawodnicy niemal utracili życie prywatne. Gdzie tylko się pojawili, tam momentalnie otaczał ich tłum w celu zrobienia zdjęcia, zdobycia autografu, samej rozmowy. W corocznym plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca roku aż trzy z pięciu czołowych lokat zajęli srebrni medaliści Mistrzostw Świata. Deyna był drugi, Lato czwarty, a Gadocha piąty. Wymiar pierwszego wielkiego sukcesu polskiej piłki nożnej znakomicie opisał Kazimierz Górski: „Zaczęło się od głodu sukcesu. W społeczeństwie biednym, któremu wmawiano, że jest dobrze, mamiono wielkomocarstwowymi obietnicami lub statystykami, sport spełniał rolę szczególną. Był uśmiechem, czymś dobrym i pięknym. Wszyscy byliśmy spragnieni osiągnięć drużyny narodowej”. Jan Tomaszewski w książce Karoliny Apiecionek ,,Mundial 1974. Dogrywka” wspominał: „Pan Kazimierz Górski był dla mnie papieżem polskiej piłki. Jako szkoleniowiec był bardzo dobry, jako człowiek – fenomenalny! Wszyscy mówią: miał zawodników. Nie, cały czas szukał! Bulzacki, bohater z Wembley nie gra, wchodzi jakiś gówniarz Żmuda. Strzelec złotej bramki, Jasiu Domarski, nie gra, wchodzi jakiś młokos Szarmach. Leszek Ćmikiewicz nie gra, wchodzi jakiś Ślązak Zygmunt Maszczyk. I co się okazuje? Ta drużyna zdobywa trzecie miejsce na świecie! To jest po prostu niemożliwe! A jednak pan Kazimierz tego dokonał”.

8

@FCBparasiempre
Jeśli zapytamy przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się 1974 rok, to bez wątpienia, nieważne czy zna się na piłce nożnej czy nie, wskaże na trzecie miejsce naszych rodaków na Mistrzostwach Świata, wywalczone w Republice Federalnej Niemiec. W związku z tym przedstawię przede wszystkim kulisy wspaniałego występu podopiecznych trenera tysiąclecia, Kazimierza Górskiego. Niemcy Zachodnie miały sporo czasu na solidne zorganizowanie jubileuszowego, 10. turnieju Mistrzostw Świata. Organizacja została im powierzona niemal 10 lat przed jego rozpoczęciem. Po tym jak Puchar Rimeta trafił na własność Brazylijczyków, ogłoszono plebiscyt na nowy puchar dla zwycięzcy. Spośród zgłoszeń wybrano dzieło włoskiego rzeźbiarza, Silvio Gazzanigi. Oryginał został wykonany z 18-karatowego złota, waży 6,175 kg przy 36 cm wysokości. Tym razem ustalono, że w żadnym przypadku nie trafi do jakiejkolwiek krajowej federacji, bez względu na liczbę triumfów na największej piłkarskiej imprezie na świecie. Każdy zwycięzca otrzyma pozłacaną replikę i musi pocieszyć się tym, że zostanie wygrawerowany na spodzie oryginalnego trofeum, które na co dzień znajduje się w siedzibie FIFA. Co ciekawe, po Mundialu w 2038 roku nie będzie już miejsca na kolejnego triumfatora. Do eliminacji zgłosiło się 99 drużyn. Siedem z nich (Filipiny, Gabon, Indie, Jamajka, Madagaskar, Sri Lanka i Wenezuela) wycofało się przed startem. Polska wylądowała w piątej grupie strefy europejskiej wraz z wyspiarskim towarzystwem, Anglią i Walią. Nie ma wątpliwości, że zdecydowanym faworytem byli Mistrzowie Świata z 1966 roku. Biało-Czerwoni tworzyli młodą, zdolną drużynę, scementowaną triumfem na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku. Kwalifikacje do mundialu rozpoczęliśmy fatalnie, przegrywając na wyjeździe z Walią 0:2. Tylko cud na Stadionie Śląskim mógł przedłużyć nasze nadzieje na awans. I cud się wydarzył, po bramkach Gadochy i Lubańskiego pokonaliśmy Anglię 2:0. Niestety, strzelec drugiej bramki świętował przez łzy. Po starciu z McFarlandem doznał paskudnej kontuzji, po której przeszedł dwie nieudane operacje. Całe nieszczęście na długo wyeliminowało go z gry w piłkę. Nasz najlepszy napastnik tamtych czasów wspominał tę sytuację w książce ,,Życie jak dobry mecz”: „Nie zapomnę tego do końca życia. Oprócz strasznego bólu, który wydawał mi się nie do wytrzymania, była jeszcze jedna rzecz, bardzo mnie niepokojąca – niesamowity trzask, który usłyszałem. To był trzask kosteczki, która się odrywała od ścięgna”. Już bez Lubańskiego Polacy wygrali z Walią 3:0 a następnie pojechali na Wembley stoczyć bezpośrednie starcie z Synami Albionu o bilety do RFN. Pozycję wyjściową mieli ciut lepszą, bo wystarczał im remis. W pierwszej połowie dzielnie i heroicznie odbierali ataki gospodarzy a dwanaście minut po wznowieniu gry wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia Jana Domarskiego. Nie cieszyli się z niego zbyt długo, bo już kilkaset sekund później z rzutu karnego wyrównał Allan Clarke. Wynik 1:1 utrzymał się do końcowego gwizdka, co oznaczało pierwszy od 1938 roku awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Sam mecz urósł do miana legendy, tak jak m. in. interwencje Jana Tomaszewskiego, którego przed meczem Brytyjczycy porównywali do clowna i sama bramka Domarskiego, do dzisiaj kojarzonego przede wszystkim z tym dokonaniem. Na karty pod autografy wkradł się jednak mały chochlik. Władze kraju i działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej zakładały, że złoty remis na Wembley i pierwszy po II Wojnie Światowej awans na Mistrzostwa Świata jest szczytem możliwości podopiecznych Kazimierza Górskiego: „Jedziemy, bo jedziemy, ale nie stawiamy przed wami żadnych celów. Po prostu nie przynieście nam wstydu. Tam będą grały największe gwiazdy światowej piłki”. Takie podejście drażniło złotych medalistów Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku w Monachium. Wyrażało totalny brak wiary w samych zawodników i trenera. Kazimierz Górski zabrał na mundial następujących zawodników: Jan Tomaszewski, Andrzej Fischer, Zygmunt Kalinowski, Antoni Szymanowski, Zbigniew Gut, Jerzy Gorgoń, Henryk Wieczorek, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Adam Musiał, Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna, Henryk Kasperczak, Zygmunt Maszczak, Roman Jakóbczyk, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Jan Domarski, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, Marek Kusto. Asystentami szkoleniowca byli Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau, którzy niespecjalnie za sobą przepadali. Mistrzostwa Świata rozegrano w dniach 13 czerwca – 7 lipca 1974 roku na stadionach w dziewięciu miastach: Monachium, Berlin, Stuttgart, Gelsenkirchen, Düsseldorf, Frankfurt, Hamburg, Hannover i Dortmund. Na długo przed rozpoczęciem zawodów zastanawiano się nad opcją zwiększenia liczby finalistów. Finalnie zrezygnowano z pomysłu i w Niemczech wystąpiło 16 drużyn: Republika Federalna Niemiec (gospodarz), Brazylia (mistrz), Polska, Bułgaria, NRD, Włochy, Holandia, Szkocja, Szwecja, Jugosławia, Argentyna, Chile, Urugwaj, Haiti, Australia i Zair. Wprowadzono natomiast nowy format rozgrywek, mający zwiększyć liczbę meczów. Trzeba przyznać, że uatrakcyjnił zawody i bardzo dobrze zdał egzamin. Zrezygnowano z fazy pucharowej, zastępując ją drugą fazą grupową. Zestawienie pierwszej rundy:

Grupa 1: Australia, Chile, NRD, RFN

Grupa 2: Brazylia, Jugosławia, Szkocja, Zair

Grupa 3: Bułgaria, Holandia, Szwecja, Urugwaj

Grupa 4: Argentyna, Haiti, Polska, Włochy

Dwie najlepsze drużyny z każdej z grup zapewniało sobie awans do najlepszej ósemki zawodów, podzielonej na dwie grupy. I tutaj każdy grał z każdym. Zwycięzcy drugich grup awansowali do wielkiego finału, a wiceliderzy rozgrywali między sobą mecz o 3. miejsce. Co ważne, od tego turnieju aż po mundial we Francji w 1998 roku, nagradzano wszystkich “półfinalistów”. Za pierwsze miejsce przyznawano złote medale, za drugie srebrne pozłacane, za trzecie srebrne, a za czwarte brązowe. Przed bezbramkowym meczem otwarcia we Frankfurcie, rozegranym między Brazylią a Jugosławią, piosenkę Futbol odśpiewała Maryla Rodowicz. Reprezentacja Polski rozpoczęła swoje zmagania trzeciego dnia turnieju. Wydawało się, że, wobec kontuzji Włodzimierza Lubańskiego, podstawowym napastnikiem będzie bohater z Wembley, Jan Domarski. Górski postawił tymczasem na zawodnika, który na szczeblu reprezentacyjnym ogrywał się głównie w młodzieżówce prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua. Wielu miało wątpliwości co do wyboru Andrzeja Szarmacha. Sam zainteresowany był zaniepokojony, co wyraził w swojej biografii ,,Diabeł nie anioł”: „Jak to ja? Nie Domarski? Pełne zaskoczenie i dla mnie, i dla kolegów z drużyny. W głowie gonitwa myśli. Noc długa i prawie nieprzespana. I pytana: Co robić? Jak grać? Czy dam radę?” Zdecydowanie dał radę. W pierwszym meczu z Argentyną już w ósmej minucie zamknął usta krytykantom i uciszył swoje czarne myśli. W tym momencie Biało-Czerwoni prowadzili już 2:0, bowiem chwilę wcześniej trafił Lato. Na kontaktową bramkę Heredii z 60. minuty momentalnie odpowiedział Lato. Na nic zdał się gol Babingtona na 3:2. Mecz zakończył się właśnie takim rezultatem. Piłkarski świat w szoku, Polacy nie dowierzali. W Murrhardt, malowniczym miasteczku goszczącym naszą reprezentację, zapanowała wielka radość. Mieszkańcy w momencie pokochali zawodników znad Wisły i wspierali ich równie mocno jak swoją drużynę. Trener i jego podopieczni zaczęli otrzymywać listy z gratulacjami z całej Polski, co trwało aż do zakończenia turnieju. Ponadto do Laty, Szarmacha, Deyny i spółki zaczęli przybliżać się przedstawiciele zachodnich klubów, kusząc dużymi pieniędzy. Sytuacja polityczna w kraju cały czas była zła, zawodnicy mieli zakaz zagranicznych transferów aż do ukończenia 30. roku życia. Pozostanie na zachodzie było równoważne z ucieczką. Drugą przeszkodą było starcie z egzotyczną reprezentacją Haiti. Było jasne, że rywale są o klasę gorsi od naszych zawodników, choć w kwietniu przed mundialem okazali się górą w bezpośrednim meczu towarzyskim, wygrywając 2:1. Na turnieju Polacy nie pozostawili żadnych złudzeń. Kanonada strzelecka, 7:0, jedno z najwyższych zwycięstw w historii Mistrzostw Świata. Łupem bramkowym podzielili się Lato x2, Deyna, Szarmach x3 i Gorgoń. Tym samym Orły Górskiego zapewniły sobie awans do drugiej rundy grupowej. Wcześniej trzeba było jeszcze rozegrać ostatnie starcie pierwszej fazy. Przed meczem z Włochami rozpoczęły się próby “motywacji” Polaków. Biało-Czerwoni awans mieli już w kieszeni, zatem było pewne, że jedna z ekip, wymienianych przed turniejem w gronie faworytów do zwycięstwa, niebawem pojedzie do domu. Włoska federacja obiecała swoim piłkarzom po 30 tys. dolarów premii za awans do czołowej ósemki. Ci postanowili zaproponować 10% swojego wynagrodzenia piłkarzom Górskiego. 3 tys. dolarów było sumą, za którą w ówczesnej Polsce można było kupić samochód z górnej półki. Ostatecznie przybyszom z Półwyspu Apenińskiemu nie udało się dotrzeć do naszych zawodników i przekazać ustalonej przez siebie sumy. Polacy znów dali popis swoich umiejętności, wygrywając z Włochami 2:1 po golach Szarmacha i Deyny. Koniec tematu? Otóż nie. Ponad osiem lat później Grzegorz Lato trafił do meksykańskiego Atlante, gdzie spotkał argentyńskiego piłkarza, Rubena Ayalę. Ten powiedział mu, że przed starciem Polski z Włochami wraz z kolegami z drużyny zebrał 22 tys. dolarów, z czego 18 tys. zostało przekazane żonie jednego z Polaków wraz z apelem o zwycięstwo z bezpośrednim przeciwnikiem do awansu. Niczego nieświadomi piłkarze Górskiego, no może poza jednym wyjątkiem, wygrali. Argentyna w tym samym czasie pokonała Haiti 4:1, zatem z perspektywy przybyszy z Ameryki Południowej wydawało się, że wszystko poszło zgodnie z ustalonym planem. Lato przekazał informację kolegom z drużyny i rozpoczęło się poszukiwanie piłkarza, który bez wiedzy pozostałych przytulił 18 tys. dolarów. Bez skutku. Po latach milczenie przerwał Iggy Boćwiński, Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który stwierdził, że to on przekazał pieniądze, a odbiorcą była żona Roberta Gadochy. „Robert zachował pieniądze dla siebie. Zresztą zaskoczył mnie tym zupełnie. Zapytałem, jak zamierza podzielić kasę. Wtedy powiedział: . Byłem bardzo zaskoczony taką postawą Gadochy”. Orły Górskiego przeklęły byłego zawodnika Legii Warszawa. W gruncie rzeczy nie ma co się dziwić – za wygranie mundialowego meczu dostawali raptem po… 40 dolarów. Po wyjściu na jaw całej sprawy, Gadocha praktycznie odizolował się od świata. Do sytuacji odniósł się dopiero w 2013 roku, zapewniając, że żadnych pieniędzy nie przyjął. Wracając do turnieju. Obok Polski do kolejnej fazy awansowała Argentyna, NRD, RFN, Jugosławia, Brazylia, Holandia i Szwecja. Z barwnych sytuacji z pozostałych spotkań należy odnotować przede wszystkim futbol totalny Holendrów. Oranje zaprezentowali najbardziej wybiegany, ofensywny futbol w historii. Bez dwóch zdań najpiękniejszy w tych czasach i jeden z najpiękniejszych kiedykolwiek. Jugosławia poprawiła wynik Polaków z Haiti, ogrywając Zair 9:0. Przy wyniku 3:0 doszło do pierwszej w dziejach mundiali zmiany bramkarza. Mwamba Kazadi został zastąpiony przez Dimbiego Tubilandu. Liczby pokazują, że nie było to zbyt dobre posunięcie. W drugiej fazie rozgrywek Biało-Czerwoni wylądowali w grupie B ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Drugą czwórkę tworzyły ekipy Holandii, Brazylii, NRD i Argentyny. Na dwa dni przed starciem ze Skandynawami trener Górski dał swoim zawodnikom i współpracownikom wolny wieczór. Mogli robić to, na co mają ochotę, przy jednym warunku – muszą wrócić do hotelu najpóźniej o 23:00. Jacek Gmoch udał się z Henrykiem Loską na pieszą wycieczkę po okolicy. Biało-Czerwoni byli objawieniem mundialu, stąd nie dziwne, że stali się obiektem zainteresowań mieszkańców Murrhardt. Spacerujących Polaków zauważyła pewna para i od razu udała się w ich kierunku. Dziewczyna poprosiła Gmocha o autograf. Ten oczywiście się zgodził, jednak wielkie było jego zaskoczenie, gdy ta rozpięła bluzkę i jako miejsce złożenia podpisu wskazała swój biust. Trener z uśmiechem na ustach złożył sygnaturkę. Chłopak poszedł jeszcze o krok dalej. Rozpiął spodnie i… wypiął w kierunku Gmocha goły pośladek. Jak wspomina Loska: „Myślałem, że Jacek go w ten tyłek kopnie, a on, w swoim stylu, złożył autograf!” Andrzej Strejlau również chciał przejść się na wieczorny spacer. Powstrzymał go sam Kazimierz Górski, mówiąc tajemniczo, że „dziś będą się tu działy ciekawe rzeczy”. W tym momencie mamy do czynienia z początkiem pewnej strategicznej zagrywki naszego trenera. Kazimierz Deyna, Zygmunt Kalinowski, Mirosław Bulzacki, Jerzy Gorgoń i Adam Musiał wrócili do hotelu pół godziny po wyznaczonej godzinie. Przy recepcji czekał na nich Górski. W polemikę z trenerem wdał się jedynie Musiał, reszta grzecznie uciekła do swoich pokojów. Nazajutrz sternik naszej kadry ogłosił, że Musiał złamał regulamin i zostaje odesłany do domu. Pozostali zawodnicy zaczęli prosić o zmianę decyzji. Trener tysiąclecia postawił sprawę jasno – jeśli wygracie mecz ze Szwecją, pozwolę Musiałowi zostać, jeśli nie wygracie, jedzie do Polski. Wygrali 1:0 po bramce Laty. Warto podkreślić, że Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Jana Tappera. Na czym polegała zagrywka Górskiego? Pan Kazimierz doskonale zdawał sobie sprawę, że najtrudniejszym meczem na turnieju jest mecz numer cztery. Mówiło i mówi o tym wielu byłych szkoleniowców i piłkarzy. Nasz rodak nie chciał, by w szeregach jego drużyny pojawiło się rozluźnienie po wygraniu grupy śmierci, o co zadbał zawieszając Musiała. Zawodnicy stanęli na rzęsach, by przywrócić go do zespołu i pokonali, w wielkich trudach, przeciwników ze Skandynawii. Zawodnik wrócił do składu i rozegrał resztę turnieju w pełnym wymiarze czasowym. Mecz z Jugosławią miał być z pozoru najłatwiejszym starciem tej fazy rozgrywek. Zwycięstwo 2:1, po bramkach Deyny i Laty, przyszło, dosłownie i w przenośni, w ogromnych bólach. Nasz kapitan trafił z rzutu karnego podyktowanego za faul Karasiego na Szarmachu. Faul miał wielkie znaczenie w perspektywie kolejnych wydarzeń. Diabeł doznał bolesnej kontuzji uda, na którym pojawił się krwawy guz wielkości piłki tenisowej. Sztab medyczny nie wiedział, co zrobić. Pojawiły się pomysły włożenia nogi do gipsu. Na szczęście znalazł się niemiecki lekarz z Murrhardt, zamroził ranę naszego napastnika, a następnie solidnie rozmasował. Krwiak ustąpił, ból niestety nie. Szarmach walczył z czasem, by wykurować się na starcie z gospodarzami, Zachodnimi Niemcami, mające de facto rangę półfinału. Niestety, przegrał tę walkę i w przedostatnim meczu turnieju nie był do dyspozycji trenera. 3 lipca 1974 roku. Frankfurt, Waldstadion.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?