13

5

@FCBparasiempre
19 czerwca 1934 r. Włochy pokonały Węgry 4:2 w finale II mistrzostw świata. Włosi byli najlepszą drużyną mistrzostw świata w 1934 roku i zasłużenie zdobyli mistrzowski tytuł ale w tle tego sukcesu była faszystowska propaganda i sędziowskie skandale. Mistrzostwa były wykorzystywane przez faszystów do „narodowej konsolidacji”. Reżim chciał pokazać że 12 lat rządów Benito Mussoliniego doprowadziło Włochy do nadzwyczajnej pozycji. Nakłady finansowe na organizację były ogromne, a determinacja, by zwyciężyć jeszcze większa. Człowiekiem Mussoliniego do pilnowania, by turniej zakończył się sukcesem, był generał faszystowskiej milicji Giorgio Vaccaro, zarazem szef włoskiej federacji piłkarskiej. ,,Celem jest pokazanie, że faszystowski sport jest napędzany ideałami swojego przywódcy, jest natchniony przez Duce”– mówił Vaccaro. Chwilami można było nie zauważyć, że mistrzostwa organizuje FIFA. To była pierwsza w historii tak upolityczniona impreza sportowa, igrzyska w Berlinie pod okiem Hitlera odbyły się 2 lata później. Wciąż pojawiają się głosy, że zawody mogły być przez faszystów „ustawione”. Ostatnio, na konferencji organizowanej przez FIFA, taki pogląd wygłosił włoski autor i historyk futbolu Marco Impiglia. Twardych dowodów jednak brak. Na pewno Włosi mocno wpływali na to, kto będzie sędziował ich mecze, bezspornym faktem są też kontrowersyjne decyzje arbitrów na korzyść gospodarzy. Czy ktoś był przekupiony, czy tylko ulegał presji? Na to pytanie pewnie nigdy nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi, choć w propagandowej, faszystowskiej atmosferze wszystko było możliwe. Nie zmienia to faktu, że mundial był doskonale zorganizowany. Jak się oblicza przyjechało aż 40 tys. kibiców z sąsiednich krajów, którzy mogli korzystać z wysokich zniżek na podróże koleją. Poczta włoska wydała w milionowym nakładzie serię okolicznościowych znaczków, a w setkach tysięcy drukowano plakaty i kartki pocztowe z symbolami mistrzostw. Na każdym kroku podkreślano wpływy kasowe, do tego stopnia, że gdy zaszła konieczność powtarzania meczu Włoch z Hiszpanią pojawiły się plotki, że to ukartowana sprawa, by tylko więcej zarobić. Przed mistrzostwami powszechnie typowano finał Włochy – Austria. Losowanie zmieniło te prognozy, bo oba zespoły znalazły się w tej samej "połówce" turniejowej drabinki. Druga część, z Czechosłowacją i Niemcami, była znacznie słabsza. Przynajmniej to jedno przeczy tezie, że wszystko w mistrzostwach układane było "pod Włochów". Grano wówczas bez podziału na grupy, najprostszym systemem pucharowym, czyli przegrywający odpada. W pierwszej rundzie Włosi, występując w Rzymie w obecności Mussoliniego, bez problemów rozbili USA aż 7:1. Jak się okazało był to ich jedyny mecz bez jakichkolwiek kontrowersji. Wszystko przerosła ich rywalizacja w ćwierćfinale z Hiszpanią, we Florencji. Trwała aż 210 minut! Pierwszy mecz, po dogrywce zakończył się remisem 1:1. Baraż rozegrano już następnego dnia (!). Włosi wygrali 1:0, ale do dziś o sędziowaniu tych spotkań krążą legendy. Hiszpanie, z genialnym Ricardo Zamorą w bramce i Isidro Langarą w ataku, byli bliscy sukcesu, mając w pierwszym meczu doskonałe sytuacje. Pod koniec gra była bardzo ostra z obu stron, a belgijski sędzia Louis Baert kompletnie sobie nie radził z falą fauli. W efekcie w barażu oba zespoły musiały dokonać łącznie aż 11 zmian! Włochom udało się postawić na nogi swojego lidera Meazzę, zniesionego pod koniec z boiska. Bardziej ucierpieli Hiszpanie, którzy wymienili aż siedmiu zawodników, tracąc przede wszystkim będącego w wybornej formie Zamorę, najlepszego bramkarza świata. Był cały poobijany, bo Włosi grali bardzo agresywnie i atakowali go w wyskokach łokciami i kolanami, albo po prostu wpadali na niego i taranowali. Wyrównujący gol dla Italii padł po faulu. Schiavio bez skrupułów tak blokował Zamorę, że Ferrari mógł strzelać nie obawiając się interwencji bramkarza. Rewanż był jeszcze brutalniejszy. Nasz "Przegląd Sportowy" pisał, że "nie przypominał spotkania piłkarskiego, a szereg pojedynków jiu jitsu". Decydującą, niechlubną rolę odegrał sędzia Rene Mercet, do dziś uznawany za jeden z "czarnych charakterów" w historii mundiali. Pochodził ze Szwajcarii, ale wielu umyka fakt, że z części tego kraju, która jest… włoskojęzyczna. Otwarcie i bez skrupułów faworyzował gospodarzy, brutalne zagrania przede wszystkim Montiego zostawiał bez konsekwencji, ulegał presji 40 tysięcy włoskich kibiców na stadionie we Florencji i przede wszystkim nie uznał Hiszpanom dwóch goli. Dopuszczał też do wielu fauli na Noguesie, który dobrze między słupkami zastępował Zamorę. Zdaniem wielu jedyna bramka meczu, po rzucie rożnym i główce Meazzy, też została zdobyta po nieprzepisowym blokowaniu bramkarza Hiszpanii. Oszustwa Merceta odbiły się tak szerokim echem, że po mistrzostwach jego macierzysta, szwajcarska federacja wyrzuciła go ze swoich szeregów. W opinii wielu obserwatorów zwycięstwo Włochów było bardzo szczęśliwe. Może gdyby nie Mercet, Hiszpanie nie musieliby czekać na tytuł mistrzowski aż do 2010 roku? W półfinale na Włochów czekali, tak jak się spodziewano, Austriacy. Jednak, ku zdziwieniu fachowców, grali nierówno.

W 1 rundzie zaskoczyli wszystkich in minus, bo zwycięstwo z Francją 3:2 wywalczyli dopiero po dodatkowych 30 minutach. To była pierwsza w historii mistrzostw świata dogrywka. W ćwierćfinale odzyskali uznanie kibiców, prezentując ładne, kombinacyjne akcje. Wygrali 2:1 "habsburskie derby" z Węgrami, którzy kończyli w dziewięciu bez wyrzuconego z boiska Marcosa i kontuzjowanego Avara. W "przedwczesnym finale", w Mediolanie, jednak znowu rozczarowali. Być może dlatego, że wcześniej padał deszcz i boisko nasiąkło. Na grząskiej nawierzchni austriacki "wunderteam" nie mógł prowadzić swojej koronkowej, technicznej gry. Włosi pokazali natomiast wielką klasę. To był ich trzeci mecz w ciągu czterech dni (30 maja – z Hiszpanią, 1 czerwca – baraż z Hiszpanią, 3 czerwca – z Austrią)! Byli doskonale przygotowani nie tylko kondycyjnie, ale i mentalnie, sześciotygodniowe zgrupowanie w górach, a potem w Rovecie koło Florencji uczyniło z nich niezłomną drużynę. Wygrali 1:0, będąc przez cały mecz zespołem lepszym. Jednak uznanie gola dla Italii było absolutnym skandalem. Sędziował Ivan Eklind ze Szwecji i w najłagodniejszej dla niego wersji można przypuszczać, że był zasłonięty i nie widział dobrze całej akcji. Faul był jednak więcej niż oczywisty. Bramkarz Austrii złapał piłkę po strzale i gdy klęcząc trzymał ją w rękach, wpadł na niego z impetem Meazza. Platzer padł i wypuścił piłkę, a gdy ponownie po nią sięgał, nadbiegający Guaita wepchnął ją tuż sprzed linii bramkowej do siatki. "Ślepy" Eklind chyba w nagrodę został wyznaczony do sędziowania kolejnego meczu Włochów, finału z Czechosłowacją. To też wzbudziło kontrowersje, bo wyznaczono go w ostatniej chwili (pierwotnie arbitrem miał być Baert, który prowadził pierwszy mecz Italii z Hiszpanią). Włosi zdobywali z Hiszpanami i Austriakami tylko po jednej bramce, zawsze w ogromnym zamieszaniu i po bezpośrednim ataku na bramkarza. Do dziś, gdy ogląda się archiwalne filmy, zadziwia niesamowita żywiołowość i agresywność włoskiego napadu. Górna piłka w pole karne przeciwnika i potem ostra walka z użyciem wszelkich środków, dozwolonych i niedozwolonych. Dopiero w finale Włosi natknęli się na odważnego Planickę, mistrza bramkarskiej gry na przedpolu i wtedy… wygrali dzięki pięknym strzałom z dalszej odległości. Trener Pozzo miał w ataku wielką gwiazdę mistrzostw Giuseppe Meazzę, a w środku pola Luisa Montiego, który dzielił i rządził, łącząc brutalne zagrania z inteligentnym rozgrywaniem piłki. Przede wszystkim miał jednak kolektyw. Nie brak głosów, że faszystowska atmosfera tamtych lat pozwoliła Pozzo, jak nikomu wcześniej i później, wytworzyć "wojenne" poczucie walki. Ewenementem jest, że w finale kapitanami obu drużyn byli bramkarze, Combi i Planicka. Dlatego, nie zapominając też o wspaniałej grze Zamory, nazwano ten mundial "mistrzostwami bramkarzy". 19 czerwca 1934 roku na trybunach rzymskiego Stadio P.N.F. (Narodowej Partii Faszystowskiej) siedział oczywiście Benito Mussolini. Sędzia Eklind przed meczem poszedł na jego trybunę, chwilę rozmawiali. To zdarzenie stało się później głównym argumentem, że sędziowanie było nieobiektywne. Owszem, nie obyło się bez kontuzji w drużynie czechosłowackiej (od pierwszej połowy mocno utykał Krcil), ale w rzeczywistości finał był prowadzony poprawnie, a same drużyny zachowywały się fair. Pamiętny jest obrazek, gdy urazu doznał Antonin Puc. Z boiska znieśli go wspólnie obaj trenerzy, ramię w ramię z Czechem Petru dźwigał Pozzo. Puc wrócił do gry po kilkunastu minutach i… zdobył gola dla Czechosłowacji. To była 71. minuta. Zaraz potem mogło być 2:0, ale piłki meczowej nie wykorzystał Svoboda, strzelając w słupek. Czechosłowacja grała świetnie, ale Włosi okazali się jeszcze lepsi, choć trener Pozzo nie wytrzymywał nerwowo i zaklinał bramkę Planički, stojąc tuż obok niej, za linią końcową. W. 81 minucie Orsi strzelił jednego z najpiękniejszych goli w historii meczów finałowych. Stojąc z piłką na linii pola karnego, zrobił obrót i pięknie uderzył lewą nogą. Potrzebna była dogrywka. W 95. minucie Schiavio, agresywnie, ale bez faulu wykorzystał niepewne zagranie obrońców i z kilku metrów huknął nie do obrony na 2:1 dla Włochów. Sukces faszystowskich organizatorów był wielki a Benito Mussolini mógł wręczyć ogromny puchar, Coppa del Duce, swojej drużynie.


7

Italia z dużą pomocą ,,Duce”(wiecie gdzie czytać):

@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

7

Wspominamy zasłużonych prezydentów Blaugrany:

19 czerwca 1919 r. Ricard Graells został nowym prezydentem FC Barcelony, zastępując na stanowisku samego Joana Gampera, który odszedł ponieważ coraz bardziej przeszkadzało mu powolne odchodzenie od idei amatorstwa w sporcie. W trakcie krótkiej kadencji Graellsa klub nadal wspierał działania niepodległościowe(brał czynny udział w Dniu Katalonii), liczba socios wzrosła do 3127 a klub po raz pierwszy w historii pozbył się całego długu. Również pod kątem sportowym roczna kadencja była udana ponieważ Blaugrana zdobyła mistrzostwo Katalonii oraz Puchar Króla.


@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@AssisMoreira
@kamyk_23

1

@Adran360 O panocku, golazo!

1

Wprawdzie zawsze lubiłem(i lubiłem oglądać) reprezentacje Hiszpanii, zwłaszcza kiedy prym wiedli w niej piłkarze Barcy, jednak wczoraj bardziej podobała mi się Chorwacja i bardzo mi jej szkoda, gdyż z przebiegu rozgrywek to właśnie ona według mnie zasłużyła na triumf w Lidze Narodów. No ale cóż, rzuty karne to ,,taniec diabła" jak mawiają latynosi. Inna sprawa to dobrze że wreszcie zakończyły się tak prestiżowe mecze w niedziele niemal do północy(!), gdzie człowiek musi rano wstawać do roboty, w której tylko się męczy! Poza tym ten regulamin w Lidze Narodów po zakończonym sezonie bardzo mi się nie podoba. Po jakiego grzyba grać te dogrywki? Nie można od razu przystąpić do serii rzutów karnych? A dzisiaj chodze i pisze jak skacowany po libacji...

4

@FCBparasiempre
Marcelo Bielsa będzie dopiero drugim zagranicznym selekcjonerem w 121-letniej historii reprezentacji Urugwaju. Patrząc na to, jak wiodło się pierwszemu ,,stranieri” na tym stanowisku, nie ma się co dziwić niechęci urugwajskich decydentów do obcokrajowców. Lata 90-te były wyjątkowo trudne dla reprezentacji Urugwaju. Mimo niezłego pokolenia Urusi nie potrafili zakwalifikować się na dwa kolejne mundiale (1994, 1998). Nadejście lepszych czasów zwiastował jednak dobry występ na Copa America w 1999 r. (II miejsce). Aby nie zepsuć tego potencjału, postanowiono przeprowadzić zamach na urugwajską tradycję i po raz pierwszy w dziejach zatrudnić szkoleniowca spoza Urugwaju. Wybór padł na byłego selekcjonera reprezentacji Argentyny, Daniela Passarellę. ,,Czuję się dumny, że jestem pierwszym zagranicznym trenerem. To trudne, ale i piękne wyzwanie. Oferuję profesjonalizm, powagę i pracę. Nie obiecuję żadnych triumfów, bo to byłoby nieodpowiedzialne”- stwierdził Pasarella na inauguracyjnej konferencji prasowej. Z kolei już w rozmowie „Off the record” z urugwajskimi dziennikarzami miał dodać: ,,W River Plate występowałem z Rubenem „Polillitą” Da Silva, który namawiał mnie do pracy w Urugwaju któregoś dnia. Z kolei później poznałem Paco Casala, który zainicjował spotkanie ze mną oraz z synem prezydenta Urugwaju, Julio Marii Sanguinettiego, którym powiedziałem, że jestem gotów podjąć pracę w ich kraju. I tak to się zaczęło”. Osoba Paco Casala jest kluczowa, aby zrozumieć, jak doszło do zatrudnienia mistrza świata 1978 i 1986 w drużynie La Celeste. W latach 80-tych Casal był czołowym agentem piłkarskim, mającym w swojej stajni największe urugwajskie tuzy (Carlos Aguilera, Hugo De Leon, Enzo Francescoli, Nelson Gutierrez czy Ruben Sosa). W 2000 r. odszedł z branży i skupił się na działalności medialnej. Założył firmę Tanfield, trudniącą się pośrednictwem w sprzedaży praw do najważniejszych transmisji sportowych, a także piłkarski kanał GolTV. Tanfield w niedługim czasie stał się największym dobrodziejem urugwajskiego futbolu. To on w większości opłacał rekordowy kontrakt Passarelli (600 tys. z 945 tys. dolarów rocznie). Na ironię zakrawa tylko fakt, że Argentyńczyk zrezygnował z pracy w głównej mierze po konflikcie z… Hugo De Leonem, a więc byłym podopiecznym Casala. Nie wyprzedzajmy jednak na razie faktów. Mamy kwiecień 1999 r. a „El Caudillo”, jak był nazywany w czasie swojej piłkarskiej kariery, przybył do Urugwaju, aby poprowadzić Urusów do MŚ 2002 w Korei Południowej i Japonii. Wątpliwości co do tego, czy to aby na pewno właściwa osoba na właściwym miejscu pojawiły się już w momencie ogłoszenia jego nominacji. Konfliktowy charakter to jedno. Passarella właśnie opuścił reprezentację Argentyny, w której zasłynął z niepowoływania zawodników z… kolczykami i długimi włosami. Dlatego m.in. na MŚ 1998 do Francji nie pojechał Fernando Redondo. Argentyńczyk nie wierzył także w sportowe prowadzenie podopiecznych, stąd częste kontrole antynarkotykowe. Zwolenników nie zjednał mu również nieudany występ Albicelestes na francuskim mundialu (1/4 finału po porażce z Holandią). Tym bardziej że w Urugwaju wcale nie uważano, że potrzebują zagranicznego selekcjonera. Faworytem kibiców był Victor Pua, który z młodymi Urusami zdobył wicemistrzostwo świata U-17w 1997 r. i zajął 4. miejsce na MŚ U-20 w 1999 r. Tuż przed rozpoczęciem kadencji Passarelli, z Los Charruas wywalczył także srebro na Copa America. Nikt lepiej niż Pua nie znał zatem potencjału urugwajskiej kadry, a także nie rozumiał słynnego ducha „Garra Charrua”, który oznaczał determinacje, wolę walki i serce do gry. Jak już się jednak rzekło na wstępie, w Urugwaju w tamtym czasie piłkarski związek nie miał za wiele do powiedzenia. Ogon kręcił psem, a tym ogonem była firma Tanfield, która wymarzyła sobie właśnie Passarellę. Od początku kadencji Argentyńczyka, gra Urugwaju była jednak daleka od optymalnej. W serii sparingów przed rozpoczęciem kwalifikacji do azjatyckiego mundialu 2-krotni mistrzowie świata wygrali z Kostaryką (5:4) i Wenezuelą (2:0), zremisowali z Ekwadorem (0:0) oraz przegrali z Paragwajem (0:1). Gwizdy kibiców i pierwsze słowa krytyki wśród dziennikarzy pojawiły się zwłaszcza po dwóch ostatnich meczach. Już wtedy dało się odczuć, że argentyński trener nie radzi sobie z presją. Gdy na łamach „Ultimas Noticias” pojawił się krytyczny artykuł na temat gry Urusów, Passarella wysłał odpowiedź dziennikarzowi Jose Victorovii Garcii. „Przyjmuję krytykę, ale pod warunkiem, że nie ma złych intencji” – napisał. To był zresztą początek długiej batalii selekcjonera z urugwajskimi żurnalistami. Chwilę później Enrique Yannuzzi na antenie Radio Universal 17 wygłosił pamiętne przemówienie, w którym zaatakował Urugwajską Federację Piłkarską, mówiąc: ,,Nic się nie zmieniło, a wszyscy dookoła chcą nas przekonać, że tak właśnie jest”. Sam Passarella też był coraz bardziej zmęczony sytuacją wokół jego osoby. Przed pierwszymi bojami o punkty, wymarzył sobie mecz towarzyski z silnym europejskim rywalem. Wybór padł na silną wówczas Rumunię, która szykowała się do występu na EURO 2000. Koniec końców jednak mecz nie doszedł do skutku.

W marcu 2000 rozpoczęła się długo oczekiwana kampania kwalifikacyjna do MŚ 2002. Urugwajczycy na inaugurację pokonali skromnie Boliwię (1:0). Samo spotkanie było jednak tylko tłem do wydarzeń, które miały zmusić Passarellę do rezygnacji ze stanowiska selekcjonera reprezentacji Urugwaju. Argentyńczyk miał żal o to, że federacja nic nie robi z faktem, że kluby zagraniczne ociągają się ze zwalnianiem piłkarzy na zgrupowanie kadry. ,,Pracę zaplanowałem już dawno temu, tymczasem zawodników miałem do dyspozycji w niektórych przypadkach 48 godzin przed meczem. Po co więc to wszystko? Nie mogę pracować w takich warunkach, to byłaby kradzież pieniędzy”— przyznał. Prezes AUF, Eugenio Figueredo początkowo nie traktował poważnie słów Passarelli. W rozmowie z „El Observador” stwierdził nawet: – Nie można nikomu wmówić, że bez przygotowania nie da się pokonać Boliwii. Czy w 2000 roku będziemy rozmawiać o tym, jak nie możemy grać z Boliwią bez treningu? Proszę! Gdy jednak okazało się, że selekcjoner naprawdę nie żartuje, naprędce zorganizowano spotkanie kryzysowe w Buenos Aires, w którym oprócz Passarelli uczestniczyli wspomniany już Casal, a także jego wspólnik i były podopieczny, Nelson Gutierrrez, 57-krotny reprezentant Urugwaju. Na początku ustalono, czy podłoże decyzji to faktycznie problemy z wyegzekwowaniem od klubów terminowego zwalniania powoływanych piłkarzy, czy też w międzyczasie Passarella dostał jakąś intratną propozycję z Europy. ,,Powiedziałem więcej, niż pierwotnie zakładałem, ale po czasie poczułem ulgę. Czułem wcześniej niemoc, bo nie mogłem pracować tak jak chciałem”- przyznał trener w rozmowie z przedstawicielami firmy Tanfield. Na spotkaniu zapewniono zatem Passarellę, że w Urugwaju zrobią wszystko, aby poprawić formułę współpracy związku z klubami zagranicznymi, tak aby selekcjoner miał swoich podopiecznych do dyspozycji ok. 8-9 dni przed meczem. Gdy udało się ugasić pożar w kontaktach z klubami zagranicznymi, rozpoczęły się problemy z rodzimymi zespołami. A prym wiódł w tym jeden z największych, a więc Club Nacional de Futbol, prowadzony przez wspomnianego już Hugo De Leona. Przygotowania do czerwcowego meczu z Brazylią (1:1) zbiegły się w czasie z towarzyskim turniejem, w którym Club Nacional de Futbol miał zmierzyć się z River Plate. De Leon poprosił o zwolnienie z niektórych zajęć swoich podopiecznych: Fabiána Coelho, Gianniego Guigou i Alejandro Lembo. Passarella jednak nie zastosował się do prośby, co doprowadziło do furii szkoleniowca Albos. – Nacional nie jest klubem, który można tak traktować. Nie rozmawiam już z ludźmi, którzy nie dotrzymują słowa. Nie wywiązał się z umowy, bo zawodnicy nie stawili się na treningach – stwierdził. W ramach zemsty, klub z Montevideo nie puścił na październikowe starcie z Argentyną (1:2), Damiana Rodriguesa. W pierwszej części eliminacji Urusi radzili sobie „średnio na jeża”. Po dziesięciu kolejkach w 2000 r. zajmowali 5. miejsce z dorobkiem 15 punktów (cztery zwycięstwa, trzy remisy, trzy porażki). Urugwajscy fani narzekali na postawę swojego zespołu, a Passarella ewidentnie nie trzymał napięcia. W sierpniu 2000, przed wylotem reprezentacji do Bogoty, wymusił, aby do samolotu nie wpuszczono dwóch krytykujących ją dziennikarzy – Mario Bardanca i Enrique Yannuzzi. Miarka miała się przebrać jednak dopiero osiem miesięcy później. 2001 r. 2-krtoni mistrzowie świata rozpoczynali od ciężkiego spotkania z silnym Paragwajem. Passarella chciał zabrać urugwajską kadrę do Włoch na towarzyską grę ze Słowenią oraz sparing z Juventusem FC. Jak zwykle, na zgrupowanie powołał silną grupę z Nacional. Jakież było jego zdziwienie, gdy na zbiórce nie pojawił się Vicente Sanchez. Władze śnieżnobiałych tłumaczyły, że w tym samym czasie skrzydłowy będzie im potrzebny w rywalizacji z Deportes Concepcion w Copa Libertadores. ,,Dla Passarelli tego było już za wiele. Bez namysłu podał się do dymisji. – Przepraszam urugwajski naród, moich zawodników i sztab, ale nie mogę już dłużej znieść tej sytuacji. Zwłaszcza, że to nie pierwszy raz. Rezygnuję tylko i wyłącznie z powodu wiecznych problemów z Nacionalem”– ogłosił, przypuszczając atak na Club Nacional de Futbol. Na odpowiedź ze stolicy Urugwaju nie trzeba było długo czekać. ,,Trudno uwierzyć, że sytuacja uległa degeneracji aż do tego stopnia. Tym bardziej że wcześniej zwykle radziliśmy sobie z tego typu sytuacjami”– stwierdził prezydent klubu z Estadio Gran Parque Central. Okazji do kolejnego ataku na Passarellę nie mógł sobie odmówić również De Leon. ,,On zdradził grupę biznesową, która go zatrudniła, a także kibiców, którzy pokładali w nim nadzieje. Opuścił okręt w połowie rejsu, a przecież początkowo nikt go nie chciał”– powiedział. Dodał również, że jego zdaniem konflikt z największym urugwajskim klubem był zwykłą zasłoną dymną, gdyż Argentyńczyk miał mieć w tym czasie propozycje pracy z AC Parma i Interu Mediolan. Plotki wzmocnił jeszcze fakt, że w czasie rezygnacji Passarelli, we Włoszech widziany był Paco Casal.

,,Nic nam nie pozostawił, nie pokazał w futbolu niczego nowego. Jednak jeśli ktoś zachowuje się jak on, niczego innego nie można się spodziewać”– podsumował prawie dwuletnią kadencję Argentyńczyka. Najbardziej dotknięci woltą Passarelli mogli czuć się ludzie z Tanfield. Jeden z nich, legendarny Enzo Francescoli przyznał po kilku miesiącach: ,,Długo walczyliśmy o niego, daliśmy mu posiadłość, wspieraliśmy go. Żaden selekcjoner nie miał u nas tak dogodnych warunków do pracy. Ludzie czuli się zdradzeni, nie tylko ci, którzy byli jego zwolennikami. To była zdrada całego Urugwaju. A tak, w obszernym podsumowaniu, „La Observador” rozliczałł się z rządów Argentyńczyka: „Daniel Alberto Passarella, porywczy, pryncypialny, uparty facet, popełnił grzech łatwowierności, kiedy przybył do Urugwaju. Być może jako sposób na okazanie ulgi po presji, którą, jak powiedział, otrzymał w Argentynie, kiedy prowadził drużynę narodową, myślał, że przybywa do raju. Zgromadził czołowych liderów klubów i wywiązał się z rzekomego zobowiązania bezwarunkowego poparcia dla reprezentacji. Urugwaj nie awansował na dwa ostatnie mistrzostwa świata, a stara duma potrzebowała roszczenia. Po początkowym oporze niektórych lokalnych trenerów i naturalnej nieufności ludzi wobec zagranicznego trenera, chęć do pracy i zawodowa powaga Passarelli stopniowo zyskały szacunek i sympatię większości. Wszystko wyglądało dobrze z zewnątrz. I wewnętrznie, wybór przeplatał biel z szarością. Jednak trudna droga do kwalifikacji była wciąż otwarta: jest piąty w tabeli, gdy Ameryka Południowa ma cztery miejsca na mundialu i możliwość kolejnego poprzez play-offy. Ale w końcu pojawiła się surowa rzeczywistość poszczególnych nieudogodnień. Nacional przejął inicjatywę, jeśli chodzi o stawianie przeszkód w połączeniach. A trener Hugo de León – grał w River w czasach Passarelli – był chorążym ruchu oporu. Passarella kilka razy prosił kluby o przestrzeganie ustaleń. I powiadomił Francisco Casala, biznesmena, który zarządzał jego przybyciem, że jeśli tak się nie stanie, posunie się do ekstremalnych działań. Wczoraj znów w pełni pokazała się osobowość Passarelli: poczuł się wyśmiany i zrezygnowany. Na pewno bez wtórnych spekulacji. I bez mierzenia konsekwencji. Ponieważ teraz przyjdą nieugięci sędziowie postępowania innych, oportuniści, aby dyktować wyroki dla własnego interesu i opracowywać złośliwe domniemania. Passarella o tym wie. I podejmie ryzyko, jak również swoją niewinną naiwność”. Kadrę, ku radości kibiców, na stałe przejął Victor Pua, który na koniec eliminacji zajął w strefie CONMEBOL 5. miejsce i poprzez baraż interkontynentalny z Australią (0:1 i 3:0), po 12 latach przerwy, ponownie wprowadził Urusów na mundial. A AUF na kolejne 22 lata dał sobie spokój z zagranicznymi selekcjonerami. Jak teraz potoczą się losy Marcelo Bielsy…?

5

Pierwszym był Passarella. Teraz kolej na Marcelo Bielse(wiecie gdzie czytać):

@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@kamyk_23
@AssisMoreira

5

@FCBparasiempre
Fabio Capello urodził się 18 czerwca 1946 r. w Pieris, małym miasteczku leżącym w połowie drogi między Udine i Triestem. Na jego dzień składały się dom, szkoła i piłka nożna. Grał w miejscowej drużynie amatorskiej. Tam, jako szesnastolatka, wypatrzył go Paolo Mazza, znany łowca talentów związany z drużyną SPAL Ferrara. Po rozmowach z Guerrino – ojcem Fabio – uzgodniono, że młody Capello zasili SPAL, a na konto zespołu z Pieris wpłyną dwa miliony lirów. I wtedy pojawił się Gipo Viani – twórca potęgi Milanu. Sprawa była prosta – chciał mieć Fabio w Milanie. Viani nie spodziewał się jednak, że zostanie odesłany z kwitkiem… “Przykro mi. Dogadałem się już z przedstawicielami SPAL. Dałem im słowo. Moje słowo“. Guerrino Capello nie dał się przekonać. Do dziś Fabio Capello z uśmiechem wspomina swe słynne “nie-przejście” do Milanu. Przeprowadził się do Ferrary. Pierwszy rok spędził w zespole Primavery. W kolejnym zadebiutował w Serie A. Łącznie zagrał cztery mecze, ale w międzyczasie zajmował się nauką. Dostał się na geometrię. SPAL spadło do Serie B, ale Mazza zadbał by w drugiej lidze zespół nie zabawił długo. Gdy w sezonie 1965/66 ekipa z Ferrary wróciła do Serie A Capello był już pewnym punktem drugiej linii. Dziewiętnastoletni pomocnik był również wyznaczony jako pierwszy do strzelania jedenastek. Drużyna nie miała wielkich gwiazd, ale była zwarta i to starczyło by się utrzymać. Kolejny sezon nie był już tak udany. Capello doznał kontuzji kolana i stracił połowę rozgrywek. SPAL bez niego nie dało rady utrzymać się w elicie. Jednak talent z Pieris nie musiał już grać w Serie B. Zgłosiła się po niego Roma. Nowy trener Romy Oronzo Pugliese dostał od działaczy wiele gwiazd. Do stołecznej drużyny przybyli Jair, Scaratti, Pelegalli, Taccola. Tą grupę uzupełniły jeszcze młode talenty: Cordova, Capellini, Ferrari i właśnie Capello. Debiutancki sezon w Rzymie nie był łatwy. Fabio znów miał problemy zdrowotne i zagrał tylko 11 spotkań. Latem jednak Roma zmieniła trenera. Przybył wielki Helenio Herrera. Zaufał umiejętnościom Capello. Pomógł mu się rozwinąć. “Jako gracz zawdzięczam mu wiele. Uwierzył we mnie. Nauczył mnie wielu rzeczy. Dzięki niemu dojrzałem taktycznie” – wspomina Fabio. W lidze rzymska jedenastka nie osiągnęła nic szczególnego. Zaledwie ósme miejsce osłodziło jednak kibicom zdobycie Pucharu Włoch. Swój wkład w ten sukces zaliczył również Capello. W ostatnim meczu grupy finałowej wbił dwa gole Foggii. Zdobycie Coppa Italia dawało kibicom Romy nadzieje na wielkie triumfy. Jednak kolejny sezon ligowy przyniósł zaledwie 11 miejsce. Lecz stołeczni kibice mieli jeszcze nadzieje, Roma zmierzała bowiem po Puchar Zdobywców Pucharów. W półfinale trafiła na Górnika Zabrze. Po remisie 1:1 w Rzymie Capello z kolegami pojechali do Zabrza. Już w 9′ Fabio stanął przed wielką szansą – karny dla Romy! Ustawił piłkę, kopnął…Hubert Kostka obronił. Dobitka Capello była już skuteczna. Wydawało się, że Roma jest w finale. Ale w ostatniej minucie karnego wykorzystał Lubański. Dogrywka. Górnik szybko wyszedł na prowadzenie za sprawą Lubańskiego, Roma nie poddała się i w 120′ wyrównała. Nie było wówczas zasady goli strzelonych na wyjeździe i nie strzelało się karnych po dogrywce. Obie drużyny czekał baraż na neutralnym boisku. W Strasburgu do przerwy prowadzili Polacy (gol Lubańskiego). Jednak w 57′ sędzia podyktował karnego dla Włochów. Capello podszedł do piłki i wyrównał wynik. Oba zespoły nie strzeliły już goli i o awansie decydował rzut monetą. Fortuna okazała się szczęśliwa dla Górnika. A dla Capello przygoda z Romą się skończyła. Zmienił się zarząd klubu i Fabio wraz ze Spinosim i Landinim, znalazł się na wylocie. Herrera protestował, ale zarząd się nie ugiął i cała trójka odeszła z Romy. Fausto Landini wspominał potem: “Fabio to mózg drugiej linii. Jego charakter powodował, że był prawdziwym liderem. Na boisko wchodził tylko po to by wygrać. Nie było z nim dyskusji podczas meczu – to on rządził. A poza boiskiem był najspokojniejszym chłopcem świata“. Capello nie musiał długo czekać na angaż. Od razu zgłosił się Juventus. Działaczy Bianconerich urzekła prostota z jaką grał, inteligencja taktyczna i wyraźny ciąg na bramkę. Podobnie jak w Romie stał się filarem, na którym opierała się gra całej drużyny. Przy okazji Fabio podglądał metody pracy Cestmira Vyckpalka, którego określał mianem “wielkiego psychologa”. Juventus dotarł do finału Pucharu UEFA, lecz przegrał. Capello przez sześć lat bronił biało-czarnych barw. Trzy razy sięgnął z tym zespołem po scudetto. Zagrał też ponownie w finale europejskiego pucharu. Tym razem tego najważniejszego. Jednak znów Włosi zeszli z boiska pokonani – Puchar Mistrzów pojechał do Amsterdamu. Pobyt w Turynie przyniósł Capello jeszcze jeden zaszczyt. W maju 1972 roku zadebiutował w reprezentacji Włoch. W błękitnej koszulce udało mu zapisać się na kartach historii. W listopadzie 1973 Włosi grali z Anglią na Wembley. Dotąd nigdy nie udało im się wygrać na Wyspach. Tym razem było jednak inaczej. Squadra Azzurra zwyciężyła 1:0, a gola zapewniającego ten historyczny triumf strzelił właśnie Capello. Przygoda z Juventusem skończyła się wraz z objęciem posady trenera przez Giovanniego Trapattoniego. Trap miał własną wizję drużyny i Capello się w niej nie mieścił. Trapattoni nie potrzebował geniusza drugiej linii – szukał kogoś od czarnej roboty. Poprosił Milan o Benettiego. W zamian oddał Capello. Fabio przeniósł się do Mediolanu i przez dwa lata grając u boku Gianniego Rivery był podstawowym graczem Rossonerich. Zdobył Coppa Italia. Później jego gwiazda zaczęła blaknąć. Dopadły go kontuzje. Stracił miejsce w podstawowym składzie w sezonie, w którym Milan wywalczył swoje dziesiąte scudetto. Kolejny rok zaczął słabo. Grał bardzo mało. Wiosną 1980 roku Fabio stwierdził, że nie ma już nic do zaoferowania jako piłkarz. Jego piłkarski ekspres zajechał już do stacji końcowej. Swój ostatni mecz rozegrał na Stadio Olimpico przeciwko Lazio. Trener Giacomini wpuścił go na 20 minut. Po tym meczu zawiesił buty na kołku. Jednak nie pożegnał się z piłką. Milan mu nie pozwolił. Od razu objął posadę opiekuna Allievi – jednej z młodzieżówek Milanu. Rok później odniósł pierwszy sukces na ławce trenerskiej. Wraz z ekipą Beretti Rossonerich wywalczył tytuł mistrzowski. W międzyczasie świetnie sobie radził również w roli telewizyjnego eksperta i często był zapraszany do studia podczas relacji meczów piłkarskich. Od 1982 do 1986 r. był trenerem Primavery Milanu. Z tą drużyną zdobył Puchar Włoch i dotarł do finału Mistrzostw Włoch. W roku 1986 został asystentem Nilsa Liedholma. Rok później zastąpił go na ławce Milanu. Na przełomie marca i kwietnia 1987 r. Milan w 4 meczach zdobył tylko jeden punkt (porażki z Brescią, Sampdorią i Avellino, remis z Fiorentiną). Liedholm podszedł do Gallianiego i powiedział: “Mam już dość. Potrzeba nowego trenera. Macie go pod ręką. Capello jest gotowy“. Szwed miał rację. Capello doprowadził Milan do piątego miejsca i wygrał baraż z Sampdorią o miejsce w Pucharze UEFA. A potem opuścił zespół. “Już nie będę trenował zespołów piłkarskich. Chciałbym zostać menadżerem“. Berlusconi zatrudnił więc Sacchiego, ale nie zapomniał o Fabio. Powierzył mu stanowisko menadżera nowopowstałej Grupy Sportowej Mediolanum. Obejmowała cztery dyscypliny: hokej, rugby, siatkówkę i baseball. Pod rządami Capello Mediolanum osiągnęło spore sukcesy. Rugbiści wywalczyli scudetto, którego brakowało dotąd Mediolanowi. W tym samym czasie Fabio dokształcał się: język angielski, organizacja przedsiębiorstw… Nic nie było związane z futbolem. Ale nie dał o sobie zapomnieć. Gościnnie komentował mecze. W 1991 r. Sacchi zdecydował się objąć kadrę Włoch. Berlusconi potrzebował nowego trenera. Nie musiał szukać daleko… Był 19 czerwca 1991 roku. Capello pojawił się na konferencji prasowej i powiedział: “Jestem dumny, że mogę kontynuować pracę Arrigo Sacchiego, najodważniejszego trenera na świecie“. Przez pięć lat Capello prowadził Milan. Zadziwił wszystkich. Panucci i Boban byli postrzegani jako dwa najtrudniejsze charaktery w Milanie. Capello okiełznał je i wykorzystał dla dobra drużyny. Wyprowadził na sam szczyt Dejana Savicevica. Imponował umiejętnością rozwiązywania problemów: w finale Ligi Mistrzów ’94 nie mógł skorzystać z Van Bastena (kontuzja) oraz Baresiego i Costacurty (kartki). Bukmacherzy nie widzieli innego wyjścia niż wygrana Barcelony. Capello miał inne plany – zestawił skład, opracował taktykę i rozgromił Katalończyków. Był prawdziwym skarbem Milanu. Podobnie jak Sacchi wygrał scudetto już w pierwszym sezonie pracy. A potem wywalczył jeszcze trzy mistrzostwa, Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i trzy Superpuchary Włoch – bilans iście królewski. Z opinią wybitnego szkoleniowca opuścił Milan i został trenerem Realu Madryt. Ze sobą zabrał Panucciego. W Hiszpanii potwierdził swoje walory i doprowadził Królewskich do tytułu mistrzowskiego. Wszystko stało przed nim otworem. Jednak hiszpańska przygoda potrwała zaledwie rok. “Miałem problemy z prezydentem Sanzem. Za wszelką cenę chciał żeby grał jego syn. Nie toleruję wtrącania się w moją pracę. Gdyby nie to, zostałbym w Madrycie. Lecz odchodzę“. Capello wrócił do Włoch i nie musiał długo czekać na nową pracę. Zadzwonił do niego Berlusconi i poprosił by Fabio przywrócił świetność Milanowi. Zgodził się, ale okazało się to wielkim błędem. Nie znalazł wspólnego języka z drużyną, która podzieliła się na dwa obozy. Jeden z nich stanowiła ‘Stara Gwardia’ – ludzie, którzy święcili sukcesy z Capello podczas jego poprzedniej przygody z Milanem. Drugi obóz stanowili młodzi lecz niekoniecznie dobrzy i niezbyt pasujący do koncepcji trenera gracze ściągnięci do klubu pod nieobecność Capello. Sezon zakończył się kiepsko. Dziesiąte miejsce w lidze i porażka w finale Coppa Italia. Capello odszedł jednak z klasą. Nie szukał wymówek, całą winę wziął na siebie. Udał się na urlop i poświęcił się nowej pasji – grze w golfa. Odpoczynek Capello potrwał jeden sezon. Później zgłosił się Franco Sensi i zaproponował posadę trenera Romy. Sensi miał wielkie ambicje – chciał odzyskać scudetto dla Romy. Capello się zgodził. Jednak zanim odniósł sukces, musiał zapanować nad swymi graczami. Tak jak to zrobił w Milanie, a potem w Realu. Pierwszy sezon zakończył na 6. miejscu i wprowadził Romę do Pucharu UEFA. Kolejny przyniósł wyczekiwane scudetto. Roma zachwycała swoją grą a Capello po raz kolejny wyciągnął rękę do Panucciego. Nie wyszły jednak plany podbicia Ligi Mistrzów. W kolejnym sezonie Roma znów liczyła się w walce o tytuł mistrzowski i po pasjonującym finiszu udało jej się w ostatniej kolejce przeskoczyć prowadzący w tabeli Inter. Jednak to samo udało się Juventusowi i Capello musiał zadowolić się drugim miejscem. Przed sezonem 2002/2003 zespół nie został wzmocniony i Capello otwarcie mówił, że postara się zakwalifikować do Pucharu UEFA. Nie spodobało się to Sensiemu, ale zamiast poszukać wzmocnień dla drużyny zaczął krytykować Capello. Roma grała bardzo chimerycznie, ale i tak zdołała dojść do drugiej fazy grupowej Ligi Mistrzów. W sezonie 2003/2004 Capello poprowadził Romę do wicemistrzostwa. Po zakończeniu rozgrywek nieoczekiwanie podpisał trzyletni kontrakt z Juventusem. Nieoczekiwanie -gdyż jeszcze kilka miesięcy wcześniej podkreślał, że nigdy nie zasiądzie na ławce Bianconerich. Capello nie mógł się jednak oprzeć wyzwaniu, jakie stanowiło zastąpienie Marcello Lippiego w Turynie. W kolejnych dwóch sezonach zdobył dwa mistrzostwa kraju, a jego drużyna pozostawała na czele Serie A nieprzerwanie przez 76 kolejek. Kibice jednak zarzucali mu kiepski styl odnoszonych zwycięstw, a także mieli za złe odsunięcie na boczny tor takich symboli Juventusu jak Tacchinardi czy Del Piero. Nieudana była też przygoda Bianconerich pod wodzą Capello w Europie – zespół dwukrotnie odpadał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Po wybuchu afery Calciopoli zdecydował, że nie ma czego dłużej szukać w Juventusie i odszedł, by ponownie objąć stery Realu. Z Królewskimi zdobył mistrzostwo Hiszpanii, jednak kilka dni po zakończeniu rozgrywek został zwolniony. W 2008 roku zatrudniony został na stanowisku selekcjonera reprezentacji Anglii. Awansował z nią na mundial, na którym drużyna z Wysp odpadła w 1/8 finału. Mimo to pozostał na stanowisku aż do 2012 roku, gdy podał się do dymisji po tym, jak nie zgodził się z decyzją Federacji o odebraniu Terry’emu opaski kapitana. Z Anglii przeprowadził się do Rosji, gdzie również podjął się funkcji trenera reprezentacji narodowej. Udało mu się zakwalifikować do Mistrzostw Świata 2014, nie osiągnął na nich jednak oszałamiających wyników. W lipcu 2015 roku strony postanowiły się rozstać. Przez dwa lata pozostawał bezrobotny by w 2017 roku podjąć się szkolenia Jiangsu Suning, Spędził w Chinach niespełna rok i w kwietniu 2018 roku ogłosił definitywne zakończenie kariery trenerskiej. Od tamtej pory realizuje się jako komentator.

7

RFN po raz pierwszy:

18 czerwca 1972 r. RFN pokonuje ZSRR 3:0(Mueller 27 i 58 m. oraz Wimmer 52) w czwartym w historii finale mistrzostw Europy. Faworytami byli Niemcy, których od ośmiu lat prowadził Helmut Schoen. Jak sam potem powiedział: ,,Zespół z 1972 roku był najlepszym jaki prowadziłem”. Zaledwie kilka tygodni wcześniej obaj finaliści zagrali ze sobą mecz towarzyski na otwarcie Stadionu Olimpijskiego w Monachium. RFN wtedy odniosło wysokie zwycięstwo 4:1. Nie tylko sam wynik robił wrażenie ale i okoliczności. Wszystkie 4 gole zdobył Gerd Müller między 49 a 65 minuta. Niebywałe! Tak zaczęła się historia Stadionu Olimpijskiego, który już nie służy futbolowi lecz przez 30 lat był jedną z najważniejszych piłkarskich aren. Dominacja Niemców w finale była niepodważalna. Po kilku zmarnowanych okazjach w końcu Müller w swoim stylu otworzył wynik. W drugiej połowie dobili rywali. Najpierw Herbert Wimmer podwyższył prowadzenie a potem swoją drugą bramkę zdobył legendarny snajper Bayernu, który w eliminacjach i turnieju finałowym zdobył łącznie aż jedenaście goli! Został królem strzelców ME z czterema golami. To najlepszy wynik mistrzostw, gdy rywalizowały w nich tylko cztery drużyny(cztery lata później ten rezultat powtórzył Dieter Mueller). Dwa lata później Beckenbauer i spółka potwierdzili swoją siłę, sięgając przed własną publicznością po mistrzostwo świata.


@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira

0

@bodzio10 Nie no nie pierwszy raz! Tylko nie śledziłem jego kariery i jego prowadzonych drużyn. No chyba że prowadził Bayern ale jakoś tego nie kojarze...

10

Polska na mundialu w Argentynie 1978:

18 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała w drugiej fazie turnieju Peru 1:0. ,,Jedna polska bramka na cenę medalowej szansy”– takim tytułem opatrzył „Przegląd Sportowy” relację z tego meczu. Biało-czerwoni znów nie zachwycili ale dzięki błędowi popełnionemu przez Jose Navarro oraz waleczności Grzegorza Laty i doskonałej grze głową Andrzeja Szarmacha zachowali szansę na miejsce w najlepszej czwórce turnieju. W naszej bramce pierwszy raz na mundialu zagrał Zygmunt Kukla. Golkiper Stali Mielec zastąpił Jana Tomaszewskiego, który zdaniem selekcjonera Jacka Gmocha zawiódł w spotkaniu z Argentyną. W tym meczu wreszcie nastąpiło „przebudzenie” Szarmacha. Był szybki, agresywny, ładnie głową zdobył gola a więc przed decydującym meczem stwarzał swą postawą nadzieję na sukces. Tu od razu nasuwały się uwagi o stosowaniu niewłaściwej taktyki. Wprowadzenie do gry Lubańskiego na pięć minut przed końcem za Bońka nie świadczyło o niczym. Wejście na drugą połowę meczu Kasperczaka za Masztalera było wzmocnieniem sił drugiej linii. Cały czas widać było przywiązywanie większej wagi do destrukcji niż konstrukcji, zbyt wielką troskę o własną bramkę nawet w sytuacji, gdy nasi piłkarze panowali na boisku, nadawali ton grze i tylko brak aktywności strzeleckiej nie pozwolił im tego udowodnić w odpowiednich proporcjach.



@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

0

Wczoraj ogladałem spotkanie Belgii z Austrią. To dopiero było zacięte meczycho przez duże M! Bodaj od mundialu w Katarze nie widziałem tak dobrego meczu. A tak wyjątkowo dobrze grającej Austrii to w życiu nie widziałem!
Ten ich trener, jak mu tam? Rangnik? To niezły musi być z niego fachowiec...

8

Blaugrana w Copa del Rey:

18 czerwca 1981 r. FC Barcelona zdobyła 19-ty tytuł Pucharu Hiszpanii w historii. Blaugrana pokonała w finale Sporting Gijon 3:1 po dwóch golach Quiniego i jednym Estebana. Finał krajowego pucharu był ostatnią okazją do godnego pożegnania legend: Rexacha i Helenio Herrery, którzy po tym sezonie zakończyli kariery, odpowiednio zawodniczą i trenerską. Napastnik nie mieścił się już w pierwszym składzie i ostatni mecz oficjalny zagrał w ćwierćfinale tych rozgrywek. Herrera w wywiadzie pomeczowym stwierdził że potyczka jego drużyny była tysiąc razy lepsza od tej z finału Pucharu Europy w Paryżu pomiędzy Realem a Liverpoolem. Po dobrym występie Quiniego w finale szkoleniowiec był przekonany że handicap związany z porwaniem napastnika sprawił iż Duma Katalonii nie wygrała Primera Division. Skład Barçy z tego finału: Artola, Jose Ramos, Olmo, Alexanco, Paco Martinez (65 m. Tente Sanchez), Zuviria, Simonsen, Schuster, Esteban, Estella, Quini.


@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@AssisMoreira

2

@Odcinkowy Właśnie sprawdziłem i to było jednak wczoraj czyli 17-tego czerwca i to bodaj w niedziele było...

0

@Odcinkowy No tak ale to przecież chyba było wczoraj ta rocznica? No chyba że się pomyliłem o dzień? Wczoraj o tym pisałem...

3

@FCBparasiempre

Obie drużyny lubiły walczyć o jakieś konkretne trofeum: ich rywalizacje pobudził przechodni puchar dla zwycięzcy dorocznego meczu, ufundowany w 1905 roku przez brytyjskiego przedsiębiorcę i sportsmena, sir Thomasa Liptona. Mecze rozgrywano co roku na przemian w Buenos Aires i Montevideo, zawsze w dni świąteczne a dochody z nich przeznaczano zaś na cele dobroczynne. Ważnym krokiem naprzód był zorganizowany przez AFA w 1910 r. turniej(nieoficjalna Copa America), który zbiegł się w czasie z obchodami stulecia utworzenia pierwszego autonomicznego rządu Argentyny. Był to bardziej piłkarski festiwal niż międzynarodowy turniej. Oprócz Urugwaju przysłało swą drużynę Chile, natomiast mimo zaproszenia nie dojechała reprezentacja Brazylii. Mecze rozpoczęły się 29 maja na boisku Gymnasia y Esgrima w Buenos Aires. 5 czerwca kombinowana drużyna argentyńska wygrała z Chile 5:1. Ciekawostką tego meczu był nieuznany gol z karnego dla gospodarzy, choć piłkarz mimo okrzyków z trybun, by piłke kopnąć na aut, strzelił celnie. Wskazuje to na utrzymywanie się lansowanego przez część Anglików poglądu iż dżentelmeni nie popełniają umyślnych fauli, zatem nagroda w postaci karnego jest niepotrzebna a nawet obraźliwa. Później Chile zmierzyło się z Urugwajem i poniosło oczekiwaną porażke 0:3. Urugwajczycy dostali swoją porcje gwizdów za to że protestowali przeciw nieuznaniu im dwóch goli. Publiczność zaczęła kibicować Chilijczykom a gra stała się trochę za ostra i sędzia dyktował niezliczone rzuty wolne, głównie przeciw Urugwajczykom, specjalistom od wątpliwych sztuczek. Ostatecznie publiczność zniosła chilijskiego bramkarza z boiska na ramionach. Większość reprezentantów Chile pochodziła spoza tego kraju, zaś wśród Urugwajczyków również znaleźli się urodzeni w Wielkiej Brytanii: Buck i Harley. Wywołało to dyskusje czy Argentyna powinna postępować w ten sam sposób. Nie wiadomo jak ten problem rozwiązano. Jasne natomiast było że zwycięzcą turnieju może być albo Urugwaj albo Argentyna. ,,Buenos Aires Herald” rozpoczął swój wstępniak słowami: ,,Dzisiejszy mecz można nazwać najważniejszym meczem międzypaństwowym rozegranym kiedykolwiek w tym kraju, ponieważ od jego wyniku zależy mistrzostwo Ameryki Południowej”. Zapowiadano wielkie tłumy na trybunach i przytaczano plotki mówiące że gdyby gospodarze przegrywali, część publiczności wtargnie na boisko, nie dopuszczając do zakończenia meczu, w rewanżu za wcześniejsze ruchawki podczas meczów rozgrywanych po drugiej stronie La Platy. Ostatecznie Argentyna wygrała 4:1 na oczach 10 tysięcy ludzi, nie wliczając w to około tysiąca oglądającego mecz za darmo z nowo wybudowanego nasypu kolejowego.

Reprezentacja Argentyny po raz pierwszy odwiedziła Brazylie w 1907 roku, wygrywając sześć z siedmiu meczów. Następne zaproszenie(aby zagrać z reprezentacjami lig Rio i São Paulo) AFA otrzymała w roku 1912. Tym razem Argentyńczycy przegrali pierwszy mecz ale wygrali wszystkie pozostałe. W São Paulo goście byli wspaniale podejmowani przez klub Paulistano a w bankiecie i ,,garden party” urządzonych na ich cześć wzięła udział cała elita miasta. Nie trzeba było długo czekać na dwa pierwsze oficjalne mecze między reprezentacjami obu państw. W 1914 roku argentyński generał Julio Roca ufundował puchar, o który miały one walczyć. Pragnął wesprzeć młodych ludzi uprawiających tak szlachetną dyscyplinę sportu i podtrzymywać dobre stosunki pomiędzy obydwoma krajami. Brazylijczycy przysłali drużynę opromienioną świeżym zwycięstwem nad Exeter City i po dwóch spotkaniach towarzyskich, które przyniosły każdemu z rywali po jednym zwycięstwie, 27 września odbył się najważniejszy mecz. Argentyński rząd reprezentowali ministrowie spraw zagranicznych i sprawiedliwości; pierwszy z nich po jedynym golu, strzelonym przez legendarnego Brazylijczyka Friedenreicha, ofiarował zwycięzcom puchar. Drużyna argentyńska jednak nie została wyselekcjonowana przez AFA, lecz przez rozłamową ,,Federacion Argentina de Football”. Była w tym meczu sytuacja świadcząca o przestrzeganiu przez zawodników amatorskiej czystości zasad. Zdawało się że Argentyna wyrównała ale zarówno argentyński sędzia liniowy, jak i kilku miejscowych graczy uświadomiło głównemu sędziemu że gol został zdobyty ręką. Te piłkarskie kontakty drużyn południowoamerykańskich i pierwsze mecze międzypaństwowe postawiły na porządku dziennym pytanie, czy aby nie nadszedł czas aby powołać południowoamerykańską federacje piłkarską, która m.in. byłaby w stanie zorganizować oficjalne mistrzostwa kontynentu. W 1912 r. na spotkaniu z udziałem przedstawicieli AFa oraz lig piłkarskich z Rosario i Urugwaju, dyskutowano możliwość powołania konfederacji La Platy. Swojego rodzaju precedensem była już FIFA utworzona w 1904 r. przez siedem państw europejskich. Człowiekiem najbardziej kojarzonym z ideą konfederacji był Urugwajczyk- Hector Rivadavia Gomez. Rozumiał ją jako silne, zarządzające centrum, które pozwoliłoby zmniejszyć niebezpieczeństwo rozłamów, przeżywanych właśnie przez piłkarską Argentyne. Mogłaby ona nawet przyciągnąć kluby, które przystąpiły do organizacji rozłamowych. W 1912 r. niczego konkretnego jeszcze nie ustalono ale Gomez, nauczyciel, poseł do urugwajskiego parlamentu, prezes Montevideo Wanderers i przez pewien czas prezes Ligi Urugwajskiej i Urugwajskiej Ligi Kultury Fizycznej, nie dawał za wygraną. W 1915 r. opublikował w piśmie ,,El Hogar” artykuł podtrzymujący pogląd że Południowoamerykańska Federacja Piłkarska jest ,,organizacją, jakiej potrzebujemy”. Po to by jego pomysł przyniósł owoce, Gomez wykorzystał turniej zorganizowany w roku 1916 przez AFA z okazji stulecia argentyńskiej deklaracji niepodległości. To był pierwszy oficjalny turniej Copa America, który wygrał Urugwaj. ,,Południowoamerykańska Federacja Piłkarska powinna powstać po to aby złączyć pod wspólnym zarządem wszystkie organizacje z każdego kraju członkowskiego kierujące w nich amatorskimi towarzystwami piłkarskimi”- deklarował Gomez, który kierował działaniami Federacji ze swego biura w Montevideo. Jednym z jej wczesnych zadań było wyznaczenie miejsc, w których miały się odbyć kolejne mistrzostwa Ameryki Południowej: Montevideo w 1917, Rio de Janeiro w 1919, Viña del Mar w 1920 i Buenos Aires w 1921 r. CSF(Confédéración Sudaméricana de Fútbol) była pierwszą tego typu organizacją w piłkarskim świecie. Jeśli idzie o wspomniany turniej Copa America 1916, dla którego zwycięzcy puchar ufundowało argentyńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, to znaczące były dla niego dwa wydarzenia, które miały zaszkodzić futbolowi w Ameryce Łacińskiej. Jeden z chilijskich dziennikarzy oskarżył Urugwaj o włączenie do swej drużyny dwóch zawodowców z Afryki. Ich nazwiska brzmiały Gradin i Delgado. W rzeczywistości byli oni urodzonymi w Urugwaju potomkami niewolników, zatrudniającymi się w charakterze aktorów podczas karnawału w Montevideo. Przedstawiciele Chile przeprosili wprawdzie za nieporozumienie ale dopiero wtedy, gdy sprawa sięgnęła szczebla dyplomatycznego. Zwłaszcza w Brazylii rasizm miał być długo jeszcze obecny w futbolu. Trzeba było też rozwiązać problem zawodowstwa. Po drugie, choć nie sposób się tego dowiedzieć z oficjalnej kroniki obchodów stulecia niepodległości Argentyny, wyznaczony na 16 lipca mecz Argentyna-Urugwaj(ostatni w turnieju i de facto finałowy) został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Dzień później dokończono pozostałe 85 minut na ówczesnym stadionie Racingu Club Avellaneda. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, który dał Urugwajowi triumf w tym turnieju. Warto również pamiętać iż pierwszego gola w historii turnieju zdobył urugwajski napastnik José Piendibene. Dnia 2 czerwca 1916 r. otworzył wynik meczu otwarcia Urugwaj - Chile. Uzyskał go tuż przed przerwą w 44 minucie. ,,Urusi” wygrali ostatecznie to spotkanie 4:0 a później zdominowali całą imprezę. Również Urugwaj zwyciężył w kolejnej edycji Copa America, rozgrywanych rok później w Montevideo. Urugwaj był też pierwszym krajem, który triumfował w mistrzostwach kontynentu rozgrywanych poza jego terytorium a mianowicie w Chile w 1920 r. Tak więc można podsumować że to głównie nacji urugwajskiej zawdzięczamy narodziny i rozkwit tak wyjątkowego turnieju, jakim jest Copa America.

5

Narodziny pierwszego i jednego z najwspanialszych, międzypaństwowego turnieju w dziejach futbolu:

Od kiedy w Argentynie i Urugwaju rozwinął się zorganizowany futbol, nieuniknione wydawały się regularne kontakty między reprezentacjami tych państw i tak też się stało. Pomiędzy 1901 a 1914 r. rozegrano 41 takich meczów. Ich częstotliwość szybko dorównała największej do tej pory na świecie liczbie meczów międzypaństwowych pomiędzy Anglią i Szkocją, by wkrótce zdecydowanie ją przewyższyć.

Dalszą część tej frapującej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.


@Mixtape
@Symson
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Monix10

3

@FCBparasiempre
Dwa razy w historii Mistrzostwa Świata odbyły się w Meksyku (1970 i 1986 r.). Resztę turniejów dostawały, zazwyczaj na przemian, Europa i Ameryka Południowa. Od jakiegoś czasu mówiło się, że czempionat powinien dotrzeć na nowe tereny. Pomimo faktu, że obywatele Stanów Zjednoczonych znacznie bardziej niż soccer, jak w swoim kraju mówią na piłkę nożną, cenią choćby hokej, futbol amerykański, koszykówkę czy baseball, na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku bardzo chętnie przyglądali się piłkarskim zmaganiom. W walce o organizację Mundialu 1994 zaangażował się sam prezydent Ronald Reagan. Głównymi rywalami USA były Maroko i Brazylia. Po raz kolejny, tak jak w 1986 roku, ostrymi przeciwnikami organizacji turnieju w Kraju Kawy byli Pele, trzykrotny Mistrz Świata i João Havelange, prezydent FIFA. Ostatecznie w lipcu 1988 roku światowa federacja ogłosiła, że 15. edycję największego sportowego święta zorganizują Stany Zjednoczone. W eliminacjach wzięła udział zdecydowanie rekordowa wówczas liczba drużyn – 132 państwa. Wśród nich znalazło się aż 16 debiutantów, w tym m.in. San Marino, Wyspy Owcze, Burundi, Namibia. Polska zajęła dopiero czwarte miejsce w grupie z Norwegią, Holandią, Anglią, Turcją i San Marino, zdobywając raptem osiem punktów. Wielkim zaskoczeniem było odpadnięcie ojców futbolu, Anglików. Kwalifikacje przerosły też Duńczyków, nomen omen świeżo upieczonych Mistrzów Europy. Drugi raz z rzędu na światowy czempionat nie awansowali Francuzi. Tym razem w niesłychanych okolicznościach. Na dwie kolejki przed zakończeniem eliminacji piłkarze znad Loary przewodzili swojej grupie (za nimi plasowali się Szwedzi, Bułgarzy, Austriacy, Finowie i Izraelczycy) i do awansu wystarczył im zaledwie jeden punkt w starciach z Izraelem i Bułgarią. Wydawało się, że zadanie postawione przed podopiecznymi Gerarda Houlliera jest dziecinnie proste, biorąc ponadto pod uwagę, że oba mecze rozgrywali przed własną publicznością, a Izrael był zdecydowanym outsiderem grupy. To właśnie w starciu z Izraelem Francuzi jeszcze w 83. minucie prowadzili 2:1, by ostatecznie przegrać 2:3. Podkreślmy, że był to jedyny komplet punktów wywalczony przez izraelskich zawodników w walce o mundial. W ostatnim spotkaniu eliminacji, na Parc des Princes gospodarze remisowali 1:1 z Bułgarią i na 20 sekund (!) przed końcem regulaminowego czasu gry wykonywali rzut wolny pod bramką rywali. Ginola zaliczył fatalne podanie, piłkę przejęli Bułgarzy i po serii podań uruchomili Emila Kostadinova, a ten atomowym strzałem od poprzeczki zapewnił swojej ekipie zwycięstwo i bilety do Stanów Zjednoczonych. Wielkie problemy z wywalczeniem awansu miała Argentyna. Mistrzowie Świata z 1978 i 1986 roku w niczym nie przypominali drużyny, która nie tak dawno nie miała sobie równych. To i tak nic w porównaniu do tego, jakie problemy dotyczyły w tym czasie największą gwiazdę ekipy znad La Platy, Diego Maradonę. Argentyńczykowi zostało udowodnione zażywanie kokainy, choć wcześniej przysięgał na życie swoich córek, że nigdy nie zażywał środków odurzających. Śledztwo prowadzone przez jego klub, Napoli, oraz niezależne śledztwo policyjne dowiodły, że Maradona pochłaniał biały proszek z taką samą regularnością, z jaką zaliczał nocne orgie z prostytutkami. Bardzo szybko został ochrzczony ,,Maracocą”, objęty nadzorem policyjnym i dzień w dzień pracowało z nim dwóch psychologów, mających za zadanie wyleczyć go z uzależnienia. Kolejne kłopoty, z którymi musiał mierzyć się w tym samym czasie, sprowadził na siebie de facto już w 1990 roku. Przed półfinałowym starciem mundialu na Półwyspie Apenińskim z gospodarzami imprezy, kibice wygwizdali argentyński hymn. Zbliżenie kamery na Maradonę idealnie pokazało, że ten wyszeptał w tym czasie soczyste „skurwysyny”. Po tym zagraniu przeciwko niemu stanęli kibice niemal wszystkich włoskich klubów. Niemal wszystkich, bo rzecz jasna w Neapolu był stale uwielbiany. I to trwało do czasu. Kiedy wyrzekł się nieślubnego dziecka z jedną z jego mieszkanek, urokliwą Cristiną, odwróciła się od niego konserwatywna część miasta. Kiedy zaczął opuszczać treningi, przechodzić obok meczów i publicznie narzekać na klub, cierpliwość stracili pozostali fani. Cały świat, poza Argentyną, podejrzewał, że to już koniec Maradony. Ten coraz rzadziej pojawiał się na boisku i tył w tempie niegodnym zawodowego sportowca. Jego stałą domeną było powiedzenie: „Najbardziej potrzebuję tego, by mnie potrzebowali”.

W Neapolu był już niepotrzebny, w związku z czym usilnie próbował zmienić klub. Zainteresowanie wyraziła Sevilla, jednak włoscy działacze nie chcieli puszczać Diego za bezcen. Wówczas do akcji wkroczyły dwie najwyżej postawione osoby w FIFA, Sepp Blatter i Joao Havelange. Doskonale zdawali sobie sprawę, że Maradona musi wrócić do reprezentacyjnej dyspozycji, bo od niego w dużej mierze zależy sukces medialny i marketingowy Mistrzostw Świata w Stanach Zjednoczonych. Havelange zwrócił się do zarządu Napoli słowami: „Maradona jest członkiem naszej rodziny, którą zawiódł i został za to ukarany. Odcierpiał jednak swoje i teraz rodzina musi zrobić wszystko, aby pomóc mu powrócić na swoje łono”. Ci po takich namowach zgodzili się na transfer Diego do Sevilli. Tam nie był jednak takim zawodnikiem jak kiedyś i po sezonie musiał ponownie zmienić klub. Wrócił do ojczyzny, do Newell’s Old Boys. W międzyczasie dostał policzek od trenera kadry narodowej. Alfio Basile nie powołał go na mecze eliminacyjne, po czym dumny i obrażony Maradona stwierdził, że nigdy więcej nie zagra w reprezentacji prowadzonej przez Basile. Kibice domagali się powołań dla swojego bohatera zwłaszcza po kompromitującej porażce 0:5 z Kolumbią, poniesionej w dodatku przed własną publicznością. Nadmieńmy tylko, że ten mecz stał się dla wielu kibiców znakomitą okazją, by uznać Los Cafeteros za jednych z faworytów turnieju w USA. W kolejnych linijkach przekonacie się, że miało to fatalne konsekwencję dla zawodników z północno-zachodniej części Ameryki Południowej. Wracając do Maradony, pomimo zapowiedzi w kierunku trenera Basile, wrócił do kadry na międzykontynentalny dwumecz barażowy przeciwko Australii i bardzo pomógł w zwycięstwie 1:0 i remisie 1:1, przyczyniając się do wywalczenia awansu na mundial. Tragiczne wydarzenie towarzyszyło eliminacjom w strefie afrykańskiej. Katastrofy lotniczej uległ samolot, którym na mecz z Senegalem leciało m.in. 18 zawodników reprezentacji Zambii. Wszyscy obecni na pokładzie ponieśli śmierć. „Miedziane pociski” miały duże szanse na historyczny awans na mundial. Do dziś zambijscy kibice wspominają tę drużynę jako najlepszą w historii. Zambia dograła kwalifikacje w atmosferze smutku i zadumy. Zmiennicy nie byli w stanie wywalczyć przepustki do USA. Mistrzostwa Świata w 1994 roku rozegrano na dziewięciu imponujących, gigantycznych stadionach w dziewięciu miastach: Pasadena, Stanford, Pontiac, East Rutherford, Dallas, Chicago, Orlando, Foxborough i Waszyngtonie. System rozgrywek był taki sam jak w dwóch poprzednich edycjach. Dwudziestu czterech uczestników – USA (gospodarz), Niemcy (aktualny Mistrz Świata), Belgia, Bułgaria, Grecja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Norwegia, Rosja, Rumunia, Szwajcaria, Szwecja, Włochy, Argentyna, Boliwia, Brazylia, Kolumbia, Meksyk, Kamerun, Maroko, Nigeria, Arabia Saudyjska i Korea Południowa – zostało podzielonych na sześć czterozespołowych grup, z których awans do fazy pucharowej wywalczały dwie najlepsze ekipy każdej z nich oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Doszło do kilku istotnych zmian. Od tej serii Mistrzostw Świata za zwycięstwo przyznawano nie dwa, a trzy punkty. Ponadto sędziowie założyli kolorowe stroje, trenerzy w każdym meczu mogli przeprowadzić trzy zmiany i zastąpić kontuzjowanego bramkarza golkiperem rezerwowym. Podział na grupy, wyłoniony podczas losowania w Las Vegas w grudniu w 1993 roku, prezentował się następująco:

Grupa A: Kolumbia, Rumunia, Szwajcaria, USA

Grupa B: Brazylia, Kamerun, Rosja, Szwecja

Grupa C: Boliwia, Hiszpania, Korea Południowa, Niemcy

Grupa D: Argentyna, Bułgaria, Grecja, Nigeria

Grupa E: Irlandia, Meksyk, Norwegia, Włochy

Grupa F: Arabia Saudyjska, Belgia, Holandia, Maroko

Piłkarskie emocje, rozgrywane w dniach 17 czerwca – 17 lipca 1994 roku, zainaugurowało starcie obrońców tytułu, Niemców, z Boliwią. Chwilę przed nim odbyła się huczna ceremonia otwarcia, podczas której głos zabrał prezydent Stanów Zjednoczonych, Bill Clinton. Na scenie pojawiły się gwiazdy amerykańskiej estrady, z Dianą Ross na czele, a w niebo wypuszczono setki balonów w narodowych barwach. Nasi zachodni sąsiedzi wygrali 1:0, jednak nie zaprezentowali się zbyt dobrze. Faza grupowa była o niebo lepsza niż cztery lata wcześniej. Można z niej wyciągnąć masę ciekawostek. Zacznijmy od grupy E, gdzie każda z drużyn zdobyła po cztery punkty przy identycznym bilansie bramkowym, wynoszącym okrągłe zero. Do domu wrócić musieli Norwegowie, ponieważ po ich stronie widniała najmniejsza liczba strzelonych goli (słownie: jeden). Kibice z niecierpliwością oczekiwali meczów Meksyku, nie ze względu na poziom sportowy tej ekipy, a fakt, że w jej bramce stał Jorge Campos, właściciel najbardziej ekstrawaganckiego stroju w dziejach mundiali. Amerykanie zaproponowali FIFA rozgrywanie niektórych spotkań na hali. Międzynarodowa organizacja wyraziła zgodę na ten swoisty test z zastrzeżeniem, że należy zastosować naturalną murawę. Konsekwencją tej decyzji był imponujący obiekt Silverdome w Pontiac. Hala mieszcząca 77,5 tys. widzów spisała się na medal, jednak w przyszłości zrezygnowano z podobnych praktyk. Poniżej zdjęcie wykonane przed starciem USA ze Szwajcarią, zakończonym wynikiem 1:1. Do historycznych wydarzeń doszło w grupie B. Rosja pokonała Kamerun aż 6:1 a pięć goli dla zwycięzców strzelił Oleg Salenko. Do dzisiaj pozostaje to niedoścignionym osiągnięciem. Napastnik Sbornej nigdy nie był wyborowym snajperem, a sześć bramek zdobytych na boiskach w USA (do wspomnianych pięciu trafień dorzucił gola w meczu ze Szwecją) jest jego całkowitą zdobyczą w narodowych barwach. Przy okazji dały mu tytuł Króla Strzelców Mundialu, który dzielił razem z Bułgarem, Christo Stoiczkowem. Zapewne nikt nie spodziewał się takich rozstrzygnięć. Po latach Salenko zasilił szeregi Pogoni Szczecin, jednak jego pobyt w naszej lidze był wielkim nieporozumieniem. Jedyną bramkę dla Kamerunu zdobył natomiast Roger Milla, stając się najstarszym strzelcem gola w dziejach Mistrzostw Świata. W dniu starcia z Rosją liczył sobie 42 lata i 39 dni. Maradona, którego kojarzono już bardziej z pozaboiskowych wybryków niż z piłkarskich czarów, mówił na kilka miesięcy przed mundialem, że jego jedyną motywacją w życiu jest zbliżający się turniej w Stanach Zjednoczonych. Poddał się indywidualnym treningom i związał się z dietetykiem, Danielem Cerrinim, dzięki czemu w niespełna pół roku zrzucił wagę z 92 na 76,8 kg. Kibice dostrzegli efekty jego ciężkiej pracy i wyrzeczeń w meczach z Grecją (4:0) i Nigerią (2:1). Po tym drugim starciu został zaproszony na kontrolę antydopingową. Udał się na nią z uśmiechem na twarzy, dając pielęgniarce prowadzić się za rękę. Po przeanalizowaniu składu jego moczu nie było mu już do śmiechu. Próbki zawierały wiele niedozwolonych substancji, m.in. efedrynę, norefedrynę, pseudoefedrynę, metaefedrynę. Wyrok mógł być tylko jeden – dyskwalifikacja i przedwczesny powrót do domu. W taki sposób zakończyła się międzynarodowa kariera jednego z najlepszych zawodników, jakich świat miał okazję podziwiać. Oczywiście, w swoim stylu, nie zgadzał się z wynikami badań, otwarcie przyznając, że padł ofiarą zorganizowanej akcji swoich przeciwników. Mówił: „Odcięto mi nogi”. Sytuację argentyńskiego wirtuoza fenomenalnie opisał Eduardo Galeano w Blaskach i cieniach futbolu: „Zagrał, wygrał, siknął, przegrał”.

Argentyna nie potrafiła poradzić sobie bez swojego kapitana i odpadła z rozgrywek po porażce 2:3 z Rumunią w 1/8 finału. Wiele gazet określiło sytuację Maradony mianem dramatu. Prawdziwy dramat spotkał jednak Andresa Escobara. Wspomniane wcześniej zwycięstwo 5:0 z Argentyną w eliminacjach podsyciło apetyty kolumbijskich kibiców na sukces w USA. Na turnieju Los Cafeteros zawiedli, odpadając w fazie grupowej. Głównym winowajcą uznano właśnie Escobara, autora samobójczego trafienia w przegranym 1:2 starciu przeciwko gospodarzom. Po powrocie do kraju zawodnik udał się do klubu nocnego, gdzie rozpoznał go człowiek, który prawdopodobnie przegrał wielkie pieniądze, stawiając na Kolumbię w zakładach bukmacherskich. Wyciągnął broń i oddał kilka strzałów w kierunku zawodnika. Te okazały się śmiertelne. Do 1/8 finału awansowały: Rumunia, Szwajcaria, USA, Brazylia, Szwecja, Niemcy, Hiszpania, Nigeria, Bułgaria, Argentyna, Meksyk, Irlandia, Włochy, Holandia, Arabia Saudyjska i Belgia. Na tej fazie rozgrywek swój udział w turnieju zakończył Michał Listkiewicz. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, jak cztery lata wcześniej, pełnił rolę sędziego liniowego. We Włoszech dotarł do wielkiego finału, rozgrywki w Ameryce musiał opuścić przez swojego głównego arbitra, Kurta Röthlisbergera, który nie odgwizdał ewidentnego faulu w polu karnym Niemców, pomagając im tym samym w zwycięstwie 3:2 nad Belgią. Nasz rodak też ma zapewne tę sytuację na sumieniu, bo miała miejsce na jego połowie. Do ćwierćfinałów awansowała tylko jedna ekipa spoza Europy – Brazylia. Canarinhos trafili na Holandię. Pojedynek z Oranje, a przede wszystkim jego druga połowa, był jednym z najciekawszych widowisk amerykańskich rozgrywek. Europejczycy potrafili wstać z kolan i wyrównać stan rywalizacji, mimo, że przegrywali już dwiema bramkami. Ostateczny cios zadali jednak potomkowie Pelego i dzięki zwycięstwu 3:2 awansowali do fazy medalowej. Warto odnotować, że po bramce Bebeto na 2:0 strzelec bramki, w asyście Romario i Mazinho, zaprezentował gest, który od tej pory powtarzają świeżo upieczeni tatusiowie lub ich koledzy. Kilka dni przed ćwierćfinałem napastnikowi Deportivo La Coruna urodził się syn Mattheus i to jemu postanowił zadedykować swoje trafienie. Dziś popularna „kołyska” jest chlebem powszednim na arenach całego świata, w 1994 roku była nowością zainaugurowaną właśnie przez trójkę brazylijskich zawodników. Na pozostałych stadionach również gościła wielka, emocjonująca piłka. Włosi pokonali Hiszpanię 2:1, Szwecja po 120 minutach remisowała z Rumunią 2:2 i dopiero rzuty karne udowodniły wyższość Skandynawów. Nadal trwał piękny sen Bułgarów, rozpoczęty kilka miesięcy wcześniej w Paryżu. Stoiczkow i spółka sensacyjne wyeliminowali Niemców, wygrywając 2:1 Do niespodzianek nie doszło w półfinałach. Włosi po dwóch golach Roberto Baggio pokonali Bułgarię 2:1, a Brazylia za sprawą Romario wygrała 1:0 ze Szwecją. Mecz o trzecie miejsce okazał się jednostronny widowiskiem. Szwecja pokonała Bułgarię aż 4:0. Mimo porażki Bułgarzy byli bardzo entuzjastycznie witani w swoim kraju. Wielki finał nie był porywającym spektaklem. Włosi obawiali się zagrać z Brazylią, prezentującą do tej pory zdecydowanie najlepszą piłkę, w otwarte karty. Bezbramkowy remis po regulaminowym czasie gry utrzymał się również w dogrywce. Wobec tego Mistrza Świata musiał wyłonić konkurs rzutów karnych. W nich najbardziej zawiódł ten, który miał największy udział w awansie do finału, Roberto Baggio. Włoch przestrzelił decydującą jedenastkę. Brazylijczycy zadedykowali swój triumf zmarłemu dwa miesiące wcześniej Ayrtonowi Sennie. Jeden z najlepszych kierowców F1 w historii uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas wyścigu w San Marino. W kadrze zwycięskiej ekipy figurował niespełna 18-letni Ronaldo Luís Nazário de Lima, o którym przed mundialem wypowiadał się asystent Carlosa Parreiry, legendarny Mario Zagalo: „Zwróćcie uwagę na tego chłopaka. To będzie następny Pele”. W Stanach Zjednoczonych nie było mu jednak dane powąchać murawy. W znakomitej książce ,,Ronaldo” Wensley Clarkson wspomina słowa Pedro Biala, reportera brazylijskiej telewizji, korespondenta meczów z Mistrzostw Świata: „Ronaldo był wtedy bardzo dziecinny. Pamiętam go jedzącego hamburgery i oglądającego się za każdą przechodzącą obok ładną dziewczyną”. Brazylijscy kibice nie mieli jednak wątpliwości, że młokos stanie się niebawem najlepszym piłkarzem na świecie. Amerykanie z wielką precyzją podawali liczbę osób na każdym spotkaniu. Finalnie mecze z perspektywy trybun obejrzało 3 567 415 widzów, co daje znakomitą średnią 69 tys. widzów na mecz. Pokazali, że, pomimo słabej orientacji w sprawach stricte piłkarskich, są w stanie przygotować znakomity turniej, który utkwił w pamięci setkom milionów ludzi na całym świecie. Opakowali go znakomicie. Znacznie inny punkt widzenia przedstawił jednak Michał Listkiewicz, mający przyjemność być w centrum rozgrywek: „Mundial w 1994 roku był bardziej jak Disneyland. Do dzisiaj piłka w USA nie cieszy się jakąś większą popularnością i dla Amerykanów turniej był pewnego rodzaju egzotyką. W ogóle nie było czuć tych mistrzostw. Tak jakby przyjechał cyrk, pokazał widowisko i pojechał”.

7

Soccer w stylu Hollywood:

Mistrzostwa Świata w Stanach Zjednoczonych odbyły się w iście amerykańskim stylu: z pompą, przepychem, rozmachem, na oczach rekordowej publiczności. Nie zabrakło również akcji rodem z Hollywood, wyreżyserowanych sytuacji, pozytywnych bohaterów, czarnych postaci, tragicznych scenariuszy. Wszytko pomimo faktu, że Amerykanie o piłce nożnej wiedzieli bardzo niewiele a sam turniej miał pomóc w promowaniu tej dyscypliny w kraju Jankesów. O upadku Maradony, tragedii Escobara, fantastycznej Bułgarii, powrocie na tron Canarinhos i barwnych postaciach oraz wydarzeniach Mundialu 1994 przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.


@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10

9

,,Partidazo” Rivaldo!

17 czerwca 2001 r. w meczu z Valencią Rivaldo ustrzelił hattricka. W ostatniej kolejce Primera Division FC Barcelona walczyła o miejsce premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Brak awansu oznaczałby spore straty finansowe i pogłębienie kryzysu sportowego. Los chciał iż w ostatniej kolejce na Camp Nou przyjechała Valencia CF zajmująca właśnie czwarte miejsce gwarantujące eliminacje do Ligi Mistrzów. Już w 4 minucie Rivaldo otworzył wynik meczu świetnym golem z rzutu wolnego. W 25 minucie wyrównał Ruben Baraja, lecz tuż przed przerwą Rivaldo firmowym strzałem ,,spod siebie” lewą nogą z 25 metrów ponownie pokonał Santiago Canizaresa. Tuż po zmianie stron odpowiedział Baraja i znów to Valencia cieszyła się z czwartego miejsca w tabeli. Rivaldo miał w drugiej połowie kilka szans z rzutów wolnych, lecz przeważnie trafiał w mur. Wreszcie w 89 m. Ronald de Boer posłał wysoką piłke w strone pola karnego, po czym Rivaldo przyjął ją na klatke piersiową na linii szesnastego metra i wykonał spektakularną przewrotkę, umieszczając futbolówkę tuż przy słupku bramki bezradnego Canizaresa. Estadio Camp Nou niemal eksplodowało z radości. Swoją drogą ciekawe kiedy my się doczekamy kogoś takiego jak Rivaldo, strzelającego gole z przewrotki?



@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@patataj
@AssisMoreira

0

@sila101 Jeśli to okaże się prawda, to niestety w naszej kochanej Barcuni pracują ślepi na futbol ludzie. Żeby taki partacz jak Dembele brał taką kase i grał taki paździeż! Boże widzisz i nie grzmisz!

5

@FCBparasiempre
Jeszcze dobrze nie zakończył się Mundial w 1950 roku, gdy świat zaczął dostrzegać piłkarską potęgę reprezentacji Węgier. Piłkarze Gusztava Sebesa przez ponad cztery lata zachwycali swoimi umiejętnościami, w związku z czym byli murowanymi kandydatami do zdobycia Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że piłka bywa przewrotna i zaskakująca ale też i nie rzadko zmanipulowana oszustwami. Zapoznajcie się z kulisami Mundialu w Szwajcarii, by dowiedzieć się, dlaczego zdecydowani faworyci nie sięgnęli po złoto. Gospodarza piątej edycji Mistrzostw Świata poznaliśmy już pod koniec 1950 roku. FIFA, założona w 1904 roku, otrzymała dwie oferty organizacji czempionatu – od Szwajcarii i Szwecji. W związku z obchodami 50-lecia istnienia organizacji postanowiono, że gospodarzem Mundialu będzie Szwajcaria, kraj, w którym znajduje się siedziba FIFA. Szwecja dostała zapewnienie, że turniej zorganizuje cztery lata później. Pewny udział w Mistrzostwach Świata w 1954 mieli gospodarze, Szwajcarzy, i obrońcy tytułu, Urugwajczycy. Do obsadzenia pozostało jeszcze 14 miejsc. Chęć udziału w rozgrywkach zgłosiło 45 państw. W eliminacjach podzielono je na grupy lub pary. Warto odnotować trzy ciekawostki. Pierwsza dotyczy dwumeczu Hiszpania – Turcja. Zdecydowanym faworytem był kraj z Półwyspu Iberyjskiego, co udowodnił w pierwszym spotkaniu, wygrywając 4:1. W rewanżu lepsi byli jednak Turcy, którym do zwycięstwa wystarczył jeden gol. Wynik dwumeczu brzmiał więc 4:2 dla Hiszpanii, jednak wówczas bilans bramkowy nie był brany pod uwagę. Zarządzono zatem dodatkowy, dogrywkowy mecz na neutralnym terenie. Barw faworytów bronił niekwestionowany gwiazdor Barcelony, Laszlo Kubala. Węgierski uciekinier został bohaterem poranka w dniu, w którym rozegrano trzeci mecz. Do hotelu Hiszpanów dotarł bowiem tajemniczy telegram o treści: „Zwracamy uwagę Federacji Hiszpanii na sytuację Kubali”. Działacze obawiali się, że to depesza od FIFA, więc nie wystawili swojej gwiazdy. Po czasie podejrzewano, że telegram przysłali Węgrzy, bowiem nikt w FIFA nie podpisał się pod tym czynem. W Rzymie padł remis 2:2. Przy takiej sytuacji konieczne było losowanie. W roli losującego wystąpił 14-letni Luigi Franco Gemma. Wylosował Turcję. Przybysze znad Bosforu byli tak wniebowzięci, że w czerwcu zabrali młokosa do Szwajcarii i opłacili mu wszelkie koszty pobytu i naocznego uczestnictwa w Mundialu. Na wzór poprzedniego turnieju, w ramach eliminacji brytyjskie ekipy (Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna) mierzyły się w rozgrywkach British Home Championship. Wielkim wydarzeniem było starcie odwiecznych rywali, Szkotów i Anglików. Na Hampden Park w Glasgow zgromadziło się ponad 134 tys. kibiców. Bój zakończył się zwycięstwem Synów Albionu 4:2. Mimo to obie ekipy awansowały na Mundial. Szkoci, w przeciwieństwie do poprzednich eliminacji, nie unieśli się dumą i pojechali do Szwajcarii mimo zajęcia „dopiero” drugiego miejsca w grupie. Trzecia ciekawostka dotyczy Polaków. Eliminacyjny dwumecz mieliśmy rozegrać z Węgrami. Działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej wraz ze wszystkimi najważniejszymi głowami w państwie stwierdzili, że nie ma najmniejszych szans na sukces z bodaj najlepszą drużyną na świecie i w obawie przed pogromem oddali oba mecze walkowerem. Co ciekawe, do opinii publicznej nie dotarła informacja o wycofaniu drużyny narodowej z eliminacji, o co bardzo dobrze zadbały ówczesne władze, mające kontrolę nad środkami masowego przekazu. Gazety rozpisywały się za to o trzyletnim planie odbudowy polskiego piłkarstwa, w myśl którego w 1956 roku polska reprezentacja miała być równie dobra jak bratankowie znad Dunaju. Ostateczny skład Mistrzostw Świata w 1954 roku prezentował się następująco: Szwajcaria, Urugwaj, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Anglia, Francja, Węgry, Włochy, Szkocja, Turcja, Republika Federalna Niemiec, Jugosławia, Brazylia, Meksyk i Korea Południowa.

Turniej został rozegrany w dniach 16 czerwca – 4 lipca. Niekwestionowanym faworytem do zwycięstwa w rozgrywkach była reprezentacja Węgier. Złota Jedenastka (z węgierskiego Aranycsapat), prowadzona przez Gusztava Sebesa, przypominała rozpędzony walec. Walec, który nie miał litości dla swoich przeciwników. Madziarze wygrywali mecz za meczem, a kwintesencją ich znakomitej gry były dwa mecze przeciwko Anglii. 25.11.1953 roku na Wembley, Grosics, Buzanszky, Lorant, Lantos, Hidegkuti, Bozsik, Zakarias, Budai, Kocsis, Puskas i Czibor przeszli do historii jako pierwsza drużyna, która ograła ojców futbolu na ich terenie. Zwycięstwo w rozmiarze 6-3 było najmniejszym wymiarem kary. Podrażnieni Brytyjczycy momentalnie zażądali rewanżu. Doszło do niego na trzy tygodnie przed Mundialem, 23.05.1954 r. w Budapeszcie. Jeśli zwycięstwo 6:3 na Wembley możemy nazwać upokorzeniem Synów Albionu, to jak nazwać triumf Węgrów 7:1 w swojej stolicy? Przy okazji była to najwyższa porażka reprezentacji Anglii w historii. Węgrzy budzili wielki respekt i bojaźń w szeregach przeciwników, czego jednym z dowodów było wspomniane wycofanie się Polski z eliminacji. Za sukcesami drużyny stał bardzo charyzmatyczny Gusztav Sebes. Jest znakomitym potwierdzeniem tezy, że nie trzeba być wielkim piłkarzem, by zostać wielkim trenerem. Stosunek Sebesa do piłki nożnej, zwłaszcza do taktyki i wyszkolenia indywidualnego, był wręcz fanatyczny. Za jego czasów Węgrzy byli objęci Żelazną Kurtyną i piłkarze mieli bezwzględny zakaz opuszczanie kraju w celu zmiany pracodawcy. Przytoczony wyżej Kubala uciekł z Węgier, przez co często rzucano mu pod nogi kłody. Takie gwiazdy jak Puskas, Czibor, Kocsis, Hidegkuti w dzisiejszych czasach już dawno byliby wytransferowani do czołowych klubów w Europie. Sytuacja polityczna po II Wojnie Światowej na to nie pozwalała, więc stanowili o sile drużyn z Budapesztu. Dla ekipy narodowej było to jednak zbawienne. Spójrzmy, jak wyglądają przygotowania zespołów narodowych. Piłkarze przyjeżdżają na zgrupowania zaledwie kilka dni przed ważnym meczem. Tuż przed wyjazdem na wielki międzynarodowy turniej przebywają ze sobą zazwyczaj dwa, czasem trzy tygodnie. Sumując, przy dobrych wiatrach w ciągu roku trenują wspólnie przez nieco ponad miesiąc. U Sebesa było inaczej. Swoich zawodników miał rozrzuconych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, więc często zwoływał ich na treningi. Można uznać, że węgierska kadra funkcjonowała niemal jak klub. Klub z najlepszymi piłkarzami na świecie. Sebes nie przywiązywał wagi do panujących trendów, rzadko rozpracowywał grę przeciwników, skupiał się jedynie na swoim planie. Jego zawodnicy byli znakomitymi uczniami i wykonywali jego polecenia bez najmniejszego zarzutu. Ich zgranie było tak idealne, że gdyby przy wyprowadzaniu akcji ofensywnych zasłonięto im oczy, prawdopodobnie skutecznie by ją sfinalizowali. Kluczowym elementem układanki był rozgrywający, Nándor Hidegkuti. Jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że Złota Jedenastka traciła całkiem sporo bramek. Cóż z tego, skoro z reguły strzelała ich znacznie więcej? Podczas treningów Madziarze skupiali sporą wagę na zmienność pozycji, czym później totalnie dezorientowali przeciwników. Często ćwiczyli znacznie cięższymi piłkami, dzięki czemu operowanie normalną futbolówką podczas meczu było dla nich pestką. Ich szkoleniowiec był często porównywany do niezwykle troskliwego dziadka. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę myślał tylko o piłce nożnej. Przechadzał się po Budapeszcie i zarażał swoją pasją młodych chłopaków. Gdy widział, że łapie ich rezygnacja, pokazywał im swoje notesy, w których pieczołowicie rozpisywał ustawienie Aranycsapat. To bardzo działało na wyobraźnię dzieciaków, więc szybko brali się do roboty. Znane są przypadki noszenia przez Sebesa kanapek, którymi częstował adeptów futbolu tuż po obejrzeniu ich osiedlowych pojedynków. W Szwajcarii testowano nowy format rozgrywek. 16 drużyn zostało podzielonych na cztery grupy, w grupach dwie drużyny otrzymywały status rozstawionych, a pozostałe nierozstawionych. „Papierowi faworyci” rozgrywali mecze tylko z ekipami pozornie słabszymi. Trzeci grupowy mecz, w formie bezpośredniego barażu, rozgrywać miały tylko te ekipy, które zgromadziły tę samą liczbę punktów. Z grupy A awans uzyskali Brazylijczycy i Jugosłowianie, z grupy C Urugwajczycy i Austriacy, a z grupy D Anglicy i Szwajcarzy. Najważniejsze, z perspektywy finalnych rozstrzygnięć, były wydarzenia w grupie B. Los skojarzył ze sobą Węgry, Turcję, Niemcy i Koreę Południową. Dwa pierwsze narody były rozstawione. Madziarze ze względu na zdobyte dwa lata wcześniej Mistrzostwo Olimpijskie i fakt, że ostatnią porażkę międzynarodową ponieśli 14 maja… 1950 r. (!), kiedy ulegli Austrii 3:5. Turkom uprzywilejowaną pozycję zapewniło jedynie zwycięstwo z Hiszpanią w eliminacjach. Na początek RFN pokonała Turcję 4:1, a Węgrzy, zgodnie z przewidywaniami, zabawili się z Koreą, wygrywając 9:0. W drugiej kolejce Turcy rozgromili Koreańczyków 7:0, a Madziarze podejmowali Niemców. W tym momencie ujawnił się geniusz niemieckiego szkoleniowca, Seppa Herbergera. Przed Mundialem Herberger nie miał w swoim kraju dobrej prasy. Mało kto pokładał nadzieję w jego ekipie. Był często krytykowany za selekcję zawodników, a ta nie była zbyt prosta do wykonania, gdyż profesjonalna liga piłkarska w RFN jeszcze nie istniała. Bundesliga powstała dopiero w 1962 roku. Niemiecki trener przemierzał więc cały kraj w poszukiwaniu kandydatów do gry. Był prawdziwym pasjonatem. W prowadzonych przez siebie dzienniczkach miał zapiski o setkach, jeśli nie o tysiącach piłkarzy, którym bacznie się przyglądał. Powiedzenia, które często przypisujemy naszemu Trenerowi Tysiąclecia, Kazimierzowi Górskiemu, były przez Niemca używane na długie dekady przed sukcesami reprezentacji Polski lat 70′. Herberger był zresztą dla Górskiego jednym ze wzorów do naśladowania. W grupowym starciu przeciwko Węgrom wykazał się, jak się później okazało, majstersztykiem. Wiedząc, że jest skazany na porażkę, wypuścił w bój pięciu swoich rezerwowych zawodników. Wprawdzie przegrał 3:8, ale tak naprawdę odniósł niepodważalne zwycięstwo. Po pierwsze, wzbudził wśród Madziarzy niezwykłą, ale i zgubną pewność siebie. Po drugie, ukrył przed Sebesem swoje najważniejsze ogniwa. Po trzecie, poznał naocznie najmocniejsze i najsłabsze strony Aranycsapat. I wreszcie po czwarte, Werner Liebrich bezpardonowo potraktował największą gwiazdę przeciwników, Ferenca Puskasa, przez co ten nie mógł wystąpić w ćwierćfinale i półfinale, a do dzisiaj mówi się, że nie był w pełni sił także na finał. Zachodnia prasa nie dostrzegała zamierzonych zagrań Herbergera, więc nie pozostawiła na nim suchej nitki. „Der Spiegel” pisał: „Wygląda na to, że przyszedł czas, by zdradzieckiego trenera Herbergera powiesić na jabłoni”. Węgrzy wyszli z grupy mając na koncie dwa zwycięstwa przy niespotykanym nigdy wcześniej i nigdy później bilansie bramkowym 17:3. Drugą drużynę z awansem z grupy B wyłonił baraż pomiędzy Niemcami Zachodnimi a Turcją, pewnie wygrany przez tych pierwszych 7:2. W fazie pucharowej los otworzył dla podopiecznych Herbergera istną autostradę do nieba. RFN trafiła na niezbyt wymagających rywali i po zwycięstwie z Jugosławią 2:0 i z Austrią 6:1 zameldowała się w wielkim finale. Diametralnie inną drogę o najważniejsze piłkarskie trofeum na świecie mieli Węgrzy. W ćwierćfinale mierzyli się z niezwykle mocnymi Wicemistrzami Świata, Brazylijczykami. Mecz został ochrzczony mianem Bitwy pod Bernem. Iskrzyło najpierw na boisku, a później poza boiskiem. Gra była niezwykle atrakcyjna, ale jednocześnie bestialska. Brutalnych, wręcz chamskich fauli było znacznie więcej niż goli i ciekawych zagrań. Znamienne jest, że w czasach, w których sędziowie pozwalali piłkarzom na bardzo dużo pod kątem nieczystej gry, aż trzech zawodników zostało przez arbitra, Arthura Ellisa, przedwcześnie odesłanych do szatni. Wśród „szczęśliwców” znalazło się dwóch graczy Canarinhos (Nilton Santos i Humberto) i jeden Węgier (József Bozsik). Regularna jatka rozpoczęła się jednak dopiero w szatni, tuż po zakończeniu widowiska. Ferenc Puskas, który z powodu kontuzji cały mecz przesiedział na ławce, chwycił za szklaną butelkę i wycelował nią w twarz Pinheiro. Reszta zawodników i działacze obu ekip w momencie do siebie doskoczyli. Słychać było odgłosy uderzeń i tłuczonego szkła, polała się krew, a po wszystkim Węgrzy dumnie stwierdzili, że wynik starcia na pięści był bardzo zbliżony do rezultatu osiągniętego na boisku – 4:2. Pod względem sportowym jeszcze cięższy sprawdzian czekał Madziarzy w półfinale. Ich przeciwnikami byli Mistrzowie Świata, Urugwajczycy. Mecz, przez wielu uznawany na najlepszy w historii Mistrzostw Świata, miał niebywale zacięty przebieg i był swoistą wymianą ciosów. Piłka zmierzała od jednego do drugiego pola karnego i z powrotem. Na bramki Hidegkutiego i Czibora Urugwajczycy odpowiedzieli dopiero w ostatnim kwadransie gry za sprawą dubletu Hohberga. Urodzony w Argentynie zawodnik tak mocno przeżył wyrównujące trafienie, że zaraz po nim na dłuższą chwilę stracił przytomność. Finalistę musiała wyłonić dogrywka. Węgrzy rozwiali wszelkie wątpliwości. Niezawodny Kocsis dwukrotnie umieścił piłkę w siatce, dzięki czemu jego drużyna wygrała 4:2. W meczu o trzecie miejsce górą, dzięki zwycięstwu 3:1 z Urugwajem, okazali się Austriacy. Oczy całego świata były jednak zwrócone na Berno i wielki finał między RFN a Węgrami. Fritz Walter, niemiecki kapitan, brał udział w II Wojnie Światowej. Podczas pobytu na południu Europy nabawił się malarii. Od tej pory był wręcz uczulony na słońce i wysoką temperaturę. Przekładało się to na jego boiskową dyspozycję, która stricte zależała od panujących warunków atmosferycznych. Kiedy te były typowo wakacyjne, Walter sprawiał wrażenie nieobecnego i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Jego prawdziwy kunszt był widoczny podczas spotkań granych w deszczu przy niskiej temperaturze powietrza. Dzięki niemu w terminologii naszych zachodnich sąsiadów do dzisiaj funkcjonuje pojęcie „Pogoda Fritza Waltera”. Właśnie w takich warunkach, przy deszczu i panującym ziąbie, przyszło Niemcom mierzyć się z Węgrami w meczu o Mistrzostwo Świata. Poza umiejętnościami typowo piłkarskimi wszelkie znaki na niebie przemawiały za RFN. Znacznie prostsza droga do finału, niewiarygodnie zmęczeni Węgrzy i ich zgubna pewność siebie po grupowym zwycięstwie 8:3 oraz zdecydowanie lepsze przygotowanie do panujących warunków atmosferycznych składały się na swoisty handicap dla piłkarzy Herbergera. Pod pojęciem lepszego przygotowania do warunków atmosferycznych kryje się obecność Adolfa Dasslera, współzałożyciela firmy Adidas. Dassler dostarczał obuwie swoim rodakom, dzięki czemu został dokooptowany do szerokiego sztabu reprezentacji. Na finałowy mecz przygotował coś, czego wcześniej świat nie widział – buty z wkręcanymi korkami. Reprezentanci Niemiec znacznie lepiej poruszali się na grząskiej murawie. Mimo to oponenci już po ośmiu minutach prowadzili 2:0 za sprawą bramek Puskasa i Czibora. Od tej pory to nasi zachodni sąsiedzi doszli do głosu, czego efektem było wyrównanie, do którego doprowadzili w zaledwie dziesięć minut. Gole strzelali Morlock i Rahn. Podrażnieni Węgrzy dążyli do ponownego wyjścia na prowadzenie. Z minuty na minutę grało im się coraz ciężej. W nogach mieli trudy pojedynków ćwierć- i półfinałowych oraz niebywale ciężki grunt w Bernie. Dodatkowo Herberger nakazał Horstowi Eckelowi stać się cieniem Hidegkutiego i nie odpuszczać go ani na krok. „Plaster” bardzo ciążył węgierskiemu rozgrywającemu, przez co nie mógł rozwinąć skrzydeł i natchnąć swojej drużyny do walki. Sześć minut przed końcem meczu stało się coś, co przed meczem, a jeszcze bardziej przed samym turniejem, wydawało się niemożliwe. Gola na 3:2 zdobył Helmud Rahn i Niemcy sięgnęli po swoje pierwsze Mistrzostwo Świata. Przerwali zarazem węgierską passę 32 kolejnych meczów bez porażki. Finał z Węgrami został ogłoszony jako najlepszy mecz w historii reprezentacji Niemiec. Nie przebił tego nawet półfinałowy mecz z Brazylią na Mundialu 2014. Miał także bardzo duży wydźwięk emocjonalny i patriotyczny. Po wojnie kraj został, zresztą całkiem słusznie, obciążony różnorakimi sankcjami. Piłkarski sukces spowodował, że mieszkańcy RFN znów poczuli dumę, czego najlepszym dowodem jest krążące wówczas hasło wir sind wieder wer (znów jesteśmy kimś). Powracających do kraju zawodników witały setki tysięcy osób. Wśród nich był niespełna 9-letni Franz Beckenbauer, który zamarzył sobie, że w przyszłości też przywiezie do swojego kraju Złotą Nike. Każdy z zawodników będących w turniejowej kadrze otrzymał skuter Goggo-Motorroler. Bestsellerem na zachodzie stały się kasety z komentarzem radiowego sprawozdawcy szwajcarskiego finału, Herberta Zimmermanna. Mecz z Węgrami relacjonował z wielkimi, rzadko spotykanymi emocjami. Do dzisiaj jego słowa są przypominane na antenach TV oraz radia i nadal budzą wspaniałe wspomnienia. Zgoła odmienny wydźwięk miało wywalczone przez Węgrów wicemistrzostwo. Rodacy tuż po końcowym gwizdku zaczęli oskarżać piłkarzy o sprzedanie meczu finałowego. Spekulowano, że Niemcy za oddanie spotkania zaoferowali każdemu piłkarzowi Sebesa po mercedesie. Powrót zawodników do kraju był bardzo niespokojny. Aby uniknąć ewentualnych zamieszek, zespół lądował nocą w miejscowości Tata, skąd rządowe samochody odwoziły piłkarzy do domów pod osłoną nocy. Emocje jeszcze długo nie opadły. Gdy po Mundialu kilku niemieckich piłkarzy zachorowało na żółtaczkę, Węgrzy zaczęli podejrzewać ich o stosowanie dopingu. Szerzej o tym ,,nieczystym finale” opisze w rocznice tego wydarzenia. Porażka w finale Mistrzostw Świata była tak naprawdę początkiem końca Złotej Jedenastki. Drużyny uznanej za zdecydowanie najlepszą w historii piłki nożnej.

10

Zapomniane legendy futbolu:

16 czerwca 1914 r. urodził się Larbi Ben Barek. Larbi był pierwszą wielką piłkarską gwiazdą z Afryki, która brylowała na europejskich boiskach. Urodzony w Casablance zawodnik przez początkowe lata swojej kariery grał dla różnych marokańskich zespołów. W wieku dwudziestu lat wyjechał do Francji, aby reprezentować barwy Olympique Marsylia (62 meczów, 23 goli). Później występował także w Stade Francais (87 gier i 43 gole) oraz Atletico Madryt (113 występów i 56 goli). Ben Barek, nazywany przez fachowców „Czarną Perłą” występował też w reprezentacji Francji (19 meczów i trzy gole), ale nie wziął udziału w żadnym poważniejszym turnieju. Kiedy zmarł w 1992 roku, Pele wypowiedział słynne zdanie: ,,Jeżeli ja jestem królem futbolu, to Larbi Ben Barek był jego bogiem”. ,,Musimy podkreślić przede wszystkim niebywałą klasę araba Ben Barka. Był on w ciągu całego meczu na wszystkich niemal pozycjach. Bez niego drużyna francuska i tak mecz by wygrała, lecz różnicą jednej bramki. Ben Barek nie tylko prowadził swój atak, lecz pilnował skuteczniej Wodarza niż odkomenderowany specjalnie do tego pomocnik. Jego kombinacje z Astonem i Veitante należały do wielkiej klasy”– taką relację dziennikarza tygodnika sportowego „raz, dwa, trzy”, dotyczącą meczu Polska – Francja z 1939 roku, można znaleźć na Wkipedii.



@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@kamyk_23
@Pawel13sz
@patataj
@Mixtape
@Monix10
@AssisMoreira

10

Kolejna sensacja w premierowym sezonie ligowym:

16 czerwca 1927 r. w pierwszych w historii rozgrywkach ligowych w Polsce, nie istniejący już klub Jutrzenka Kraków pokonuje u siebie Legie Warszawa 5:4! To była nie lada sensacja, rozpędzona Legia, po zwycięstwie z 1.FC w Katowicach, uległa drużynie, która w lidze spisywała się najgorzej ze wszystkich zespołów. Legioniści prowadzili już 3:1, wydawało się że mecz jest już rozstrzygnięty, gdy zawodnicy Jutrzenki zaczeli siać popłoch w liniach obronnych Legii ,,jakiego nie wywołał by nawet napad Slavii czy też praskiej Sparty”- donosił ,,Stadion”. Nie pomogła gościom gra brutalna pod koniec meczu, w której celował Terlecki. Warszawiacy grali bez mała u siebie bowiem w ich szeregach znalazło się siedmiu graczy pochodzących z klubów krakowskich. Toteż publiczność żegnała Józefa Nawrota(który jako ostatni zasilił Legie) okrzykami: ,,Wracaj do Cracovii!”.


@AssisMoreira
@Symson
@Pawel13sz
@kamyk_23
@Monix10
@Sensible
@patataj
@Rastafarnianin
@Mixtape
@Ogorinho1974

10

Ludzie oddani Dumie Katalonii:

16 czerwca 1970 r. Jose Luis Romero podpisał kontrakt z FC Barceloną. Hiszpan nie zrobił wielkiej kariery w stolicy Katalonii, skąd szybko wypożyczono go do jego poprzedniego klubu CE Sabadell FC. Po zakończeniu kariery został współpracownikiem trenera Barçy Luciena Müllera w sezonie 1979/80 a w 1983 r. po zwolnieniu Udo Lattka prowadził Blaugrane jako pierwszy trener przeciwko Salamance. W latach 1986-89 był sekretarzem technicznym w klubie. W tym okresie po jednym z treningów do jego biura wszedł rozpłakany 16-letni Josep Guardiola, który usłyszał plotke iż jest zbyt wątły i jest to jego ostatni sezon w La Masii. Romero pofatygował się na trening juniorów i spostrzegł że młodziutki Pep ma oczy dookoła głowy i na trzy możliwości podania zawsze wybiera tą czwartą. Po tym co zobaczył powiedział Guardioli że ,,dopóki on jest sekretarzem technicznym nikt go nie wyrzuci z La Masii!”


@Monix10
@Mixtape
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@AssisMoreira

9

Blaugrana triumfuje w Copa del Rey:

16 czerwca 1957 r. FC Barcelona zdobywa po raz 12-sty w historii Puchar Króla(wówczas Copa Generalisimo). W finale rozgrywanym na Estadio Olimpico w Barcelonie, pokonuje w derbach Espanyol 1:0 po golu Sampedro w 80 minucie. Historyczny skład z tamtego finału: Ramallets, Olivella, Brugue, (Rodri), Segarra, (Gràcia), Verges, Gensana, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Sampedro.


@Mixtape
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
@Monix10

7

Zapomniana ,,Garcia Alsina”:

W 1904 r. Jaume Garcia i Alsina otworzył sale gimnastyczną pod numerem 2 przy Rambli de Prat w Barcelonie. Zaczął tam udzielać lekcji szwedzkiej gimnastyki- rodzaju sportu wymyślonego przez pisarza Pera Henrika Linga, polegającego na ćwiczeniu bez przyrządów. To właśnie w tym miejscu, 16 czerwca 1918 r. FC Barcelona zorganizowała swoje coroczne zgromadzenie ogólne, któremu przewodniczył Gaspar Roses. W tamtym czasie klub miał około pół tysiąca członków, co sprawiło że zadłużenie zostało znacznie zredukowane: z 26 796 peset w roku poprzednim do 12 455 w tamtym sezonie. Podczas zgromadzenia przedłużono kadencje zarządowi klubu, natomiast Joan Gamper na nowo objął stanowisko prezydenta. W trakcie tego mandatu towarzyszyli mu: Enric Cardona i Joan Domingo jako wiceprezydenci, Josep Martinez jako skarbnik, Joan Rague jako sekretarz, Lluis Gratacos jako zastępca sekretarza, Joan Franch jako księgowy oraz Joaquim Matas, Josep Barba, Agusti Bo i Josep Segales jako doradcy. Jednym z pierwszych postanowień, które powzięło nowe kierownictwo było rozpoczęcie działań mających na celu pozyskanie legendarnego Ricardo Zamory, wówczas zawodnika Espanyolu, który jednak rozpoczynał karierę w juniorskiej drużynie Blaugrany. Wiele lat później(za sprawą prawnuka założyciela) sala gimnastyczna Garcia Alsina została przeniesiona na poddasze pod numerem 158 przy Via Augusta.



@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@patataj
@kamyk_23
@AssisMoreira

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?