10

Legendarny snajper FC Barcelony:

7 lipca 1935 r. znakomity kataloński napastnik Josep Escola strzelił w wygranym meczu FC Barcelony z Real Union Club de Irun(11:1) 9 goli! Był to ostatni towarzyski mecz sezonu 1934/35. Wartym podkreślenia jest fakt iż Escola strzelił wszystkie gole w zaledwie 60 minut. Escola był rewelacyjnym napastnikiem jednak pamiętajmy iż był to tylko mecz towarzyski.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

7

@FCBparasiempre
6 lipca 1991 r. rozpoczęła się 35-ta w historii edycja Copa America. Po raz kolejny gospodarzem imprezy było Chile. Tym razem były to pierwsze rozgrywki transmitowane przez satelitę na cały świat. Telewizyjny przekaz docierał także do Polski. Brazylijska firma Traffic wykupiła prawa do transmisji za 1,7 miliona dolarów. Turniej zorganizowano w kilku miastach. Uczestników podzielona na 2 grupy. W pierwszej zmierzyły się Argentyna, Chile, Paragwaj, Peru i Wenezuela; w drugiej Brazylia, Urugwaj, Kolumbia, Ekwador i Boliwia. Utrzymano też w mocy regulamin sprzed 2 lat, wedle którego po dwie najlepsze drużyny tworzyły pule finałową. Argentyna była zdecydowanym faworytem nie tylko pierwszej grupy ale i całych mistrzostw. Głodna sukcesu(ostatni raz tytuł zdobyła w roku… 1959!) przywiozła do Chile niezwykle silną, doskonale przygotowaną ekipe, którą trenował nowy trener Alfio Basile. Musiał on obyć się bez ,,boskiego” Diego, bowiem wiele zdawało się wówczas wskazywać iż kapryśny Diego na finałach MŚ’90 zakończył przygodę z wielką piłką. W bramce stał bohater sprzed roku, jeden z trzech ludzi, oprócz Maradony i Caniggi, którym dosyć bezbarwna Argentyna zawdzięczała wicemistrzostwo świata. To 27-letni Sergio Goycochea, niezrównany obrońca rzutów karnych, człowiek o sprężystości i refleksie pantery. Na środku obrony niczym latarnia morska trwał od lat godny następca Passarelli, kapitan drużyny Oscar Rugeri. W reprezentacji rozegrał 95 meczów, strzelając bodaj 7 goli. Zdobył mistrzostwo świata 1986 i wicemistrzostwo 1990 oraz Copa America 1991 i 1993. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny, szybki i nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. W życiu prywatnym cichy, skromny, bez reszty oddany rodzinie a na boisku jego wybuchowy temperament eksplodował niczym gejzer. W pomocy wybijał się zwłaszcza wysoki, jasny szatyn, 22-letni Dario Franco, pracowity, wydajny fizycznie, bardzo pożyteczny dla zespołu i skuteczny w destrukcji. Świetne warunki sprawiały że równie ochoczo włączał się do akcji zaczepnych a głową strzelał silnie i precyzyjnie. Zadania typowo ofensywne spełniał Diego Simeone. Ten utalentowany młodzian to syn Carmelo Simeone, w latach 50-tych i 60-tych doskonałego prawego obrońcy Velez, Boca i reprezentacji. Jednak młody Diego dziedzicząc w prostej linii futbolową tradycje, skalą zdolności chyba przerósł ojca. Znakomity technik i strzelec, zwrotny, szybki, momentami nadużywał dryblingu, zapominając o czekających na podanie partnerach. Kiedy zdołał poskromić wybujały egoizm, jego wielkie umiejętności grały na korzyść drużyny. To był typ piłkarza zdolny jedną niekonwencjonalną akcją przesądzić losy meczu. Dosyć nieoczekiwanie wielką rewelacją i odkryciem tego turnieju okazał się dokoptowany niemal w ostatniej chwili Leonardo Rodriguez. 20-letni chłopak miał jedną ceche na wage złota, otóż potrafił zmylić czujność obrońców, błyskawicznie przyspieszyć i w pełnym biegu posłać centre tak dokładną że obsłużonemu w ten sposób partnerowi wystarczyło przyłożyć do piłki noge lub głowe. Jego mierzone dośrodkowania bardzo często otwierały drogę do bramki. Rzecz jasna na tym nie kończyły się walory Rodrigeuza. Umiał mądrze rozegrać piłke w środku pola, zmienić rytm gry a uderzenie posiadał ,,wymowne”. Na chilijskich stadionach rozgrywał życiowe partie. W ataku Basile dysponował duetem, o jakim może tylko pomarzyć każdy trener. Atuty chyżonogiego Caniggi znane już były całemu światu. Teraz u jego boku pojawił się młodzian równie przystojny, o włosach niewiele krótszych a był nim Gabriel Batistuta. Harmonijnie zbudowany, bardzo sprawny i szybki, wszystkie dodatkowe zdolności podporządkował temu, co stanowi kwintesencje futbolu: zdobywanie goli. Technike strzału doprowadził do absolutnej perfekcji, bez różnicy czy uderzał lewą czy tez prawą nogą, z wolnego, karnego bądź też w pełnym biegu. Mocno trzymający się w ,,siodle” potrafił dopiąć swego, nawet mając na karku napierających na niego obrońców. Podczas turnieju Gabriel trafił z dyspozycją strzelecką w sam punkt i z 6 golami został goleadorem imprezy. Z takimi asami atutowymi trener Basile mógł sobie pozwolić na wszystko. W mniej ważnych meczach dowolnie eksperymentował ze składem. Albicelestes szli niepowstrzymanie od zwycięstwa do zwycięstwa. Grając na ,,ćwierć gwizdka” rozprawiła się 3:0 z Wenezuelą, w twardym boju pokonała 1:0 bardzo tym razem mocne Chile, rozgromiła Paragwaj 4:1 i w rezerwowym składzie nie dała szans Peru(3:2). O drugie premiowane miejsce gospodarze zmagali się z Paragwajem, prowadzonym przez znakomitego ongiś piłkarza, zdobywcę Copa America w 1979, Carlosa Kiee. Teoretycznie zgromadził on całkiem niezłych zawodników na czele z legendarnym Jose Luisem Chilavertem. Mimo to zgranie zespołu szwankowało, obrona interweniowało nerwowo, no i kondycyjnie ,,Guarani” nie wytrzymali trudów imprezy. Wysoka porażka z Chile(0:4) wyrzuciła ich za burte. Jeszcze słabiej zaprezentowało się Peru, grające futbol jak zwykle miły dla oka ale mało zdecydowany a zwłaszcza w obronie niefrasobliwy. Gospodarze turnieju ulegli tylko rewelacyjnej Argentynie, pokonując pozostałych przeciwników. Grali ostro, z ogromną determinacją ale też pokazali naprawdę dobrą, widowiskowa piłke. W ataku szalał postrach wszystkich obrońców na obu kontynentach Ivan Zamorano. Ten napastnik zasmakował już występów w Copa America 1987 ale był wówczas tylko skromnym rezerwowym. Rozgrywka w drugiej grupie była bardziej emocjonująca i obfitowała w nie lada dramaty. Wydawało się że obrońca tytułu Brazylia, poradzi sobie łatwo, lecz ekipie Roberto Falcão szło jak po grudzie. Ledwo wymęczyła zwycięstwo z odważną Boliwią, z najwyższym trudem zremisowała z zawsze niewygodnym Urugwajem i gładko(0:2) przegrała z Kolumbią, ku zdumieniu obserwatorów ustępując jej także pod względem techniki. Do nie dawna było to w ogóle nie do pomyślenia! I oto jej losy zawisły na włosku. Dopiero desperacka szarża z kompletnie wyzbytym respektu Ekwadorem zapewniła Brazylijczykom awans. Nie pokazali oni niczego nadzwyczajnego. Komuś, kto przyglądał się szarpaninie, w jaką wikłali się Taffarel, Branco, Mazinho, Marcio Santos, Mauro Silva czy rai, do głowy by nie przyszło iż widzi w akcji przyszłych mistrzów świata. No może najwyżej Mauro Silva pokazał przebłyski wielkiego talentu. Lansowany na ,,drugiego Falcão” Neto zawiódł na całej linii. W ataku najgroźniejszy był grubonogi João Paulo, puszczający się w samotne długie rajdy. Jego pięknie zapowiadającą się karierę we włoskim Bari przekreśliło złamanie nogi. Do ostatniej chwili Brazylii zagrażał Urugwaj, chociaż ten niczym nadzwyczajnym nie zachwycił. Z kolei Kolumbie prowadził tym razem nie trener Maturana, lecz Luis Garcia. Miał wszelako ułatwione zadanie bowiem ,,odziedziczył” aż 10 zawodników występujących w Copa America przed dwoma laty. U boku Higuity, perei, Escobara, Alvareza, Valderramy i de avili pojawili się właściwie dwaj nowi nader obiecujący zawodnicy. Czarnoskóry Freddy Rincon oraz młodziutki, ledwie 19-letni Ivan Valenciano. Ma się rozumieć iż gra Kolumbijczyków obracała się wokół alfy i omegi zespołu, czyli Carlosa Valderramy, rozdzielającego piłki z matematyczną dokładnością. Wpadka z Urugwajem nie zmieniała faktu że to właśnie Kolumbia była najlepszym teamem rugiej grupy i ona też, wraz z Brazylią przeszła do puli finałowej dzięki korzystniejszej różnicy bramkowej, bowiem wszystkie 3 drużyny zebrały po 5 punktów. Jeszcze słowo należy się ambitnym jedenastkom Ekwadoru i Boliwii, grającym naprawdę lepszy futbol niż wskazywałyby na to miejsca w ostatecznej punktacji. Twarda Boliwia tyle wysiłku włożyła w zaszczytne remisy z Urugwajem i Kolumbią że świeższy na finiszu Ekwador rozłożył ją 4:0. Tak oto uformowała się finałowa czwórka: Argentyna, Brazylia, Chile i Kolumbia. Teraz już każdy musiał grać z każdym. Widownie Estadio Nacional rozgrzał szczególnie pasjonujący mecz dwóch kolosów- trzykrotnego mistrza świata z dwukrotnym. Bohaterem tego dramatycznego spotkania był skromny Dario Franco. Dwukrotnie po idealnych centrach Rodrigueza skakał wyżej od Ricardo czy Santosa i dwukrotnie piłka lądowała obok bezradnego Taffarela. Wprawdzie Branco w typowy dla siebie sposób huknął z rzutu wolnego z odległości ponad 35 metrów ale przypomniał o sobie najlepszy snajper turnieju Batistuta i było 3:1. João Paulo tylko zmniejszył rozmiary porażki(3:2). Brazylia przegrała po zażartej walce; sędzia z Paragwaju wyrzucił z boiska Caniggie i Enrique oraz Mazinho, Marcio Santosa i Carece! Ale wreszcie zagrała w stylu chociaż cokolwiek przypominającym dawnych ,,Canarinhos’ i to był pozytywny przełom, chociaż przyszedł trochę zbyt późno. Podopieczni Falcão złapali drugi oddech i bez nadmiernych problemów uporali się zarówno z Chile, jak i z Kolumbią. Rozkręcili się Branco, Luis Enrique i niezwykle dynamiczny obrońca Cafu, zaś Renato Gaucho z Botafogo zamaszystymi zwodami wprost ośmieszał obrońców przeciwnika. Jednak argentyńska maszyna też nie zwalniała obrotów. Minimalnie tylko zacieła się w bezbramkowym meczu z gospodarzami, którzy dosłownie gryźli trawe Estadio Nacional, co zresztą przypłacili ogromnym ubytkiem sił ale już z Kolumbią ,,Albicelestes” udowodnili że nie mają godnych siebie rywali. Podczas rzęsistego deszczu, na grząskiej rozmytej murawie, taplając się w wodzie i błocie, pokazali futbol piękny i skuteczny. Kolumbijczycy nie chcieli pozostać dłużni. I oto na koniec imprezy, obie drużyny zafundowały 50-tysięcznej publiczności oraz milionom telewidzów wspaniałe widowisko. Valderrama popisywał się techniką zgoła baśniową; odebranie mu piłki graniczyło z nieprawdopodobieństwem. Szczwany lis Basile zalecił więc swoim graczom przemyślana taktykę. Kolumbijskiemu wodzirejowi pozostawiono ograniczoną swobode, obstawiając za to jego partnerów i przechwytując kierowane do nich podania. ,,Żółto-niebiescy” grali elegancki, estetyczny futbol, co skłoniło któregoś z obserwatorów do uwagi: ,,Tak właśnie grali Brazylijczycy ale to było 30 lat temu…”. Argentyńczycy paradoksalnie rzadziej utrzymywali się przy piłce, lecz nigdy nie stracili kontroli nad sytuacją. W razie potrzeby przyspieszali i błyskawiczna wymiana podań, jeden przerzut do Caniggi czy Batistuty momentalnie stwarzały zagrożenie pod bramka Higuity. Zderzyły się dwa style: subtelny, miękki, lekko archaiczny i pragmatyczny, nowoczesny, choć też nie pozbawiony nieco surowej urody. 2:1 dla Argentyny nie pozostawiało złudzeń, ,,co jest grane” we współczesnym futbolu. Team Basilego zademonstrował taką klase że komentatorzy szeptali o narodzinach wielkiego zespołu, który właśnie wyruszył na podbój świata i któremu, podobnie jak w 1978 i 1986, nikt nie stawi czoła. Tak więc Argentyna o jeden punkt nad Brazylią triumfuje po raz 13-sty w historii Copa America.




7

Argentina! Argentina Campeones!(czytajcie kochani w odpowiedzi na mój komentarz):

@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

1

@FcPortoFan1999 No, gratuluje poczucia humoru. Na dzień dzisiejszy naszą reprezentacje należałoby wysłać na białe niedźwiedzie...

13

Pierwszy triumf nad Canarinhos:

Polska pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 1:0! 6 lipca 1974 reprezentacje Polski i Brazylii wybiegły na Olympiastadion (Stadion Olimpijski) w Monachium, gdzie na oczach ponad 70 tysięcy widzów miały zagrać o honorowe, trzecie miejsce w turnieju. Polacy przystępowali do tego spotkania kilka dni po przegranym 0:1 meczu z RFN, który ze względu na fatalne warunki atmosferyczne przeszedł do historii jako “Mecz na wodzie”. Eksperci długo zastanawiali się jeszcze po tym spotkaniu jaki mógłby być rezultat, gdyby mecz odbył się w normalnych warunkach, bowiem Polaków jako rewelację turnieju uznawano za jedną z nielicznych drużyn, które były w stanie pokonać reprezentację RFN. Stało się jednak inaczej, lecz nasi reprezentanci wciąż walczyli o historyczny i wyjątkowy sukces. Spotkanie z Brazylią odbywało się w godzinach popołudniowych i w skrajnym upale. Uczestnicy tamtego meczu wspominają, że warunki były iście tropikalne a temperatura znacznie przekraczała 30 stopni Celsjusza. Brazylijczycy przystępowali do spotkania mimo wszystko w roli faworytów i liczyli na stosunkowo szybkie rozprawienie się z reprezentacją Polski, lecz ta mimo trudów turnieju oraz panującego upału, stawiała przeciwnikowi twarde warunki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. Efekt był taki, że mimo optycznej przewagi “Canarinhos”, w trakcie pierwszej połowy spotkania obie drużyny stwarzały sobie porównywalnie groźne sytuacje, lecz nie zbliżyły się specjalnie do otworzenia wyniku. Groźniejsze sytuacje przyniosła druga połowa, w której do głosu coraz bardziej dochodzili Brazylijczycy, lecz w bramce doskonale spisywał się Jan Tomaszewski, broniąc choćby groźne uderzenie Valdomiro, po tym jak ten urwał się prawym skrzydłem i uderzał niebezpiecznie z ostrego kąta. W 71 minucie spotkania Henryk Kasperczak musiał ratować się faulem taktycznym, długo przytrzymując próbującego urwać się na naszą bramkę Mirandinhę. Za to przewinienie otrzymał żółtą kartkę, a trener Górski obawiając się wykluczenia swojego podopiecznego z boiska szybko dokonał zmiany. Kilka minut później wydarzyła się najważniejsza sytuacja tego spotkania, gdy Zygmunt Maszczyk przejął piłkę i doskonałym podaniem uruchomił Grzegorza Lato. Ten ruszył z własnej połowy i nie decydując się na uruchomienie łapanego przez brazylijską defensywę na spalonego Zdzisława Kapki, sam wypuścił sobie piłkę na dobieg i ubiegł obrońcę, umieszczając futbolówkę w siatce strzałem po długim słupku, obok bezradnego Leao. W kolejnych minutach Polacy dbali o defensywę i kontrowali, lecz Lato przegrał dwie kolejne sytuacje sam na sam z brazylijskim golkiperem. Ostatecznie Polska wygrała tamto spotkanie 1:0 i została trzecią drużyną świata, zdobywając za ten triumf srebrne medale, bowiem dla wicemistrzów świata przypadały wtedy medale pozłacane.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

9

Wotum nieufności wobec Laporty:

6 lipca 2008 r. odbyło się referendum dotyczące odwołania Joana Laporty. Jego inicjatorem był Oriol Giralt, jeden z socio klubu. 60,6 % socios było za dymisja Laporty ale wniosek o wotum nieufności musiał przejść większością 2/3 głosów i tym samym upadł. Laporta zdecydował się na pozostanie w klubie. W 1998 r. obecny prezydent znajdował się po drugiej stronie barykady i pragnął odwołać ówczesne władze. ,,Nuñez powinien zrezygnować w imie demokracji”- mówił wówczas Laporta, gdy wniosku nie poparła wymagana większość socios.


@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon

7

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

6 lipca 1920 r. w Leon urodził się genialny napastnik Cesar Rodriguez Alvarez. Piłkarz momentami niedoceniany ale z ogromnym talentem i z pewnością jeden z najlepszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Cesar w barwach Blaugrany zaliczył 433 występy, strzelając 294 gole. W samej tylko La Liga Cesar uzbierał 190 goli, co jest drugim wynikiem w historii Blaugrany po Lionelu Messim. W roku 1939 Cesar Rodriguez przeszedł z małego klubiku Frente Leon do wielkiej FC Barcelony, by tam podwyższać swe umiejętności. W chwili przekroczenia budynków klubowych, młody Hiszpan z pewnością nie zdawał sobie sprawy że to właśnie tutaj spędzi najlepsze chwile życia. Jego debiut w drużynie nieco się opóźnił, za sprawą obowiązków wobec armii. Mimo że oficjalnie był zawodnikiem Barçy, grał na wypożyczeniu w Granada CF, gdzie w 1941 pomógł małemu klubowi w awansie do Primera Division a rok później oficjalnie zadebiutował w La Liga w barwach FCB. Już w trakcie pierwszego sezonu młodzian pokazał się z bardzo dobrej strony. W meczu z CD Castellon(7:3) udało mu się aż 6-krotnie(!) pokonać bramkarza rywali. Ostatecznie zakończył ligowe zmagania na drugiej pozycji w tabeli strzelców La Liga a jego najlepszy okres właśnie nadchodził… Po powrocie w 1942 r., Cesar musiał czekać aż 3 lata aby zatriumfować z Blaugraną w Primera Division. Dopiero rok 1945 dał jemu i drużynie upragnione mistrzostwo. Rok później doprowadził katalońską jedenastke do finału Copa del Generalismo, w którym strzelił 2 gole Realowi Sociedad, dając swojej ekipie ostateczne zwycięstwo. Kolejny sezon był przełomowy; właśnie wtedy, wraz z Basorą, Kubalą, Manchonem i Moreno, stworzył zabójczą linie ataku, która zapewniła klubowi aż 5(!) tytułów w ciągu zaledwie jednego sezonu 1951/52. Mimo tak doborowego towarzystwa, Cesar nadal świecił własnym blaskiem, strzelając gola w doliczonym czasie finału Copa del Generalismo z Valencią, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Katalończyków. Udało mu się także zdobyć jedynego gola w finale z OGG Nice w Copa Latina.

Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Cesar musiał w końcu opuścić Dume Katalonii, gdyż nikt nie mógł mu tam zapewnić miejsca w podstawowym składzie a taki snajper nie może przecież przesiadywać na ławce rezerwowych. Po dwóch drobnych epizodach w mało znaczących klubikach, przeszedł do Elche CF i tam również osiągał sukcesy. Najpierw jako gracz a później jako grający trener poprowadził swój zespół z 4 ligi aż do samej Primera Division! Spędził tam jeszcze sezon prowadząc już jako normalny trener, lecz nie zawojował La Ligi. W ciągu 7 lat Cesarowi udało się zaliczyć niezbyt imponującą ilość występów w reprezentacji Hiszpanii. Między 1945 a 1952 rokiem 12 razy wystąpił w kadrze ,,La Roja”. Należy jednak pamiętać iż w tamtych czasach reprezentacje europejskie nie rozgrywały tylu meczów co dzisiaj. Jednak za to Rodriguez może się pochwalić powołaniem na mistrzostwa świata rozgrywane w Brazylii w 1950 r. Po pierwszych doświadczeniach w roli trenera, Cesar przejął zespół Realu Saragossa i ponownie osiągnął wspaniałe rezultaty, jak na możliwości klubu. W dwóch kolejnych sezonach był odpowiednio czwarty i piąty. Udało mu się także dojść do finału Copa del Generalismo, gdzie został pokonany przez swoją ukochaną Barçe. Niezłe wyniki i styl, w jakim grała Saragossa zwróciły uwagę działaczy Katalończyków na Cesara. W krótkim czasie powierzono mu drużynę, w której odniósł wiele sukcesów, lecz tym razem nie poszło mu tak dobrze i po 85 meczach dano mu do zrozumienia iż powinien odejść. Cesar Rodriguez jako piłkarz zdobył z Blaugraną 5 mistrzostw Hiszpanii, raz udało mu się zgarnąć nagrodę ,,Pichichi”(w 1949, 28 goli), dwukrotnie wygrał Copa del Generalismo oraz triumfował w wielu mniej prestiżowych turniejach. Z pewnością można o nim powiedzieć że był człowiekiem sukcesu i pozostanie w pamięci cules jako jeden z najwybitniejszych napastników Dumy Katalonii.



@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

2

@FCBparasiempre

Starzejący się Włoch zdołał jednak jeszcze skraść show młodszym kolegom, gdy pokonał bramkarza Norwich City przepięknym uderzeniem piętą po wrzutce z rzutu rożnego. Zachwycony Ranieri tak skomentował tamtego gola: ,,Gianfranco próbuje różnych rzeczy, ponieważ jest czarodziejem, a czarodziej musi próbować”. Gdy wydawało się, że Zola stanie się dla The Blues kulą u nogi, w swoim ostatnim sezonie w niebieskich barwach przeżył prawdziwy renesans formy. We wszystkich rozgrywkach zdobył aż szesnaście goli (najwięcej w historii swoich występów na Stamford Bridge), został najlepszym strzelcem drużyny i jej ponownie zająć czwartą lokatę w Premier League. Swoje ostatnie trafienie dla angielskiego klubu zaliczył w wielkanocny poniedziałek w 2003 roku, gdy w swoim stylu efektownie przelobował bramkarza Evertonu. Trzydzieści siedem lat na karku nie przeszkodziło mu w przedryblowaniu czterech zawodników Liverpoolu podczas swojego ostatniego występu dla Chelsea – po końcowym gwizdku zebrał owację na stojąco od kibiców obu zespołów. Choć klub nigdy oficjalnie nie zastrzegł numeru dwadzieścia pięć, to żaden piłkarz nie odważył się go założyć po włoskim magiku. Na zakończenie kariery postanowił wrócić do kraju swojego pochodzenia. Zola odszedł z Londynu na swoich zasadach. ,,Jeżeli mam wskazać kogoś, kto najbardziej mnie zainspirował, to byłby to Gianfranco Zola. Przyszedłem do Chelsea jako cichy i nieśmiały chłopak. Zola wziął mnie pod swoje skrzydła. Miał trzydzieści pięć lat i renomę światowej klasy piłkarza, a ja byłem zafascynowany tym, jak trenował, jak ćwiczył te swoje rzuty wolne i jak schodził z treningu jako ostatni. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim, a ja myślałem sobie, że chciałbym być taki jak on, jeżeli kiedykolwiek uda mi się zbliżyć do takiego poziomu”– Frank Lampard. Powrócił na Sardynię, aby swoimi umiejętnościami wspomóc Cagliari, które występowało wówczas w Serie B. Gianfranco zdawał się być jak wino – im starszy, tym lepszy. Jego czternaście ligowych trafień pozwoliło klubowi awansować do Serie A. Włoski napastnik postanowił tym samym przedłużyć kontrakt i rozegrać w najwyższej klasie rozgrywkowej swój ostatni sezon w karierze. Z kibicami Cagliari pożegnał się w równie efektownym stylu, co z fanami Chelsea – jego zespół co prawda poległ w starciu z Juventusem, ale on sam na otarcie łez zdobył w nim dwa gole. Kilka tygodni po tym pojedynku zawiesił buty na kołku. Do dziś zajmuje szóste miejsce w klasyfikacji zawodników, którzy zdobyli najwięcej bramek z rzutów wolnych w historii Serie A – był autorem aż dwudziestu takich trafień. Zola w 2003 roku został wybrany przez sympatyków The Blues na najlepszego piłkarza w historii klubu. W całej Anglii jest jednym z symboli wielkich przemian, jakie Premier League przeszła w latach 90. Uwielbiał go Maradona, a wielu innych znakomitych graczy nie szczędziło mu słów pochwały. Mimo to, nigdy nie zaistniał na dobre w reprezentacji Włoch. Zadebiutował mając dwadzieścia pięć lat, w starciu z 1991 roku przeciwko Norwegii. Znalazł się w kadrze Italii na mundial 1994 i wszedł na boisko w trakcie meczu z Nigerią, ale został wyrzucony z boiska po zaledwie dwunastu minutach. Włosi na tamtym turnieju doszli do finału, gdzie po rzutach karnych ulegli Brazylii. Zola jednak nie pojawił się już na murawie po powrocie z zawieszenia. Na mistrzostwach Europy dwa lata później rozegrał wszystkie trzy spotkania grupowe i zaliczył asystę w pierwszym z nich, ale niestety w ostatnim przestrzelił rzut karny, przez co Italia nie przeszła do kolejnej rundy. Jego ostatnim meczem w kadrze było starcie z Anglikami w 1997 roku. Zrezygnował z dalszej gry, kiedy Cesare Maldini postanowił nie powoływać go na mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata 1998. Trzydzieści pięć meczów i dziesięć goli to zdecydowanie zbyt słabe statystyki, jak na gracza takiego formatu. Wydaje się, że w kraju, który wychował tylu znakomitych ofensywnych zawodników, Gianfranco Zola nie ma aż takiego statusu, na jaki zasługuje. Dla Premier League, a zwłaszcza dla Chelsea, jest postacią kultową, kimś, kto wprowadził ten klub, i całą ligę zresztą, w nowy piłkarski wiek. Trudno spodziewać się, by jakiś włoski piłkarz był w stanie przebić jego legendę na Wyspach Brytyjskich. ,,Dałem fanom Chelsea to, czego chcieli, dałem im marzenie. Oni z kolei również dali mi to, o czym marzyłem”.

10

@FCBparasiempre

,,Napoli nie musi szukać nikogo, kto miałby mnie zastąpić. Mają przecież Zolę!”– powiedział na odchodne Diego Armando Maradona, gdy pakował ostatnią walizkę przed odejściem ze stolicy Kampanii. Czy można jakiemuś zawodnikowi wystawić lepszą laurkę? Słowa warto popierać czynami a Gianfranco Zola nie miał problemów z przemawianiem na boisku, był bowiem prawdziwym piłkarskim czarodziejem. To nie mógł być przypadek, że Zola urodził się w roku 1966 – roku, w którym Anglicy, dumni ojcowie gry znanej jako piłka nożna, zdobyli swoje pierwsze – i jak dotąd – jedyne mistrzostwo świata. Gianfranco przyszedł na świat 5 lipca, niemal w przededniu rozpoczęcia się mundialu na brytyjskiej ziemi, niecały miesiąc przed historycznym finałem. Nikt raczej nie przypuszczał wówczas, że jego los skrzyżuje go z angielskim futbolem jeszcze trzydzieści lat później. Urodził się w Olienie, malutkiej miejscowości na Sardynii. Pierwszy profesjonalny kontrakt, mając osiemnaście lat, podpisał z klubem Nuorese. Niedługo po tym przeniósł się do S.E.F Torres 1903, drużyny mającej swoją siedzibę w Sassari, mieście znanym z posiadania pokaźnej kolekcji sztuki. Miejscowi na pewno byli pod wrażeniem piłkarskiego rzemiosła, jakie co tydzień, przez trzy lata, w barwach ich zespołu prezentował młody Zola. Przygoda Gianfranco z futbolem nie jest kolejną historią z tych, w której główny bohater od początku zachwycał i wszyscy wróżyli mu zawrotną karierę w tej dziedzinie. W wieku dwudziestu trzech lat wciąż występował na poziomie Serie C1, czyli trzecioligowym. Do wielkiej piłki wprowadził go Luciano Moggi, działacz związany z Napoli, który dostrzegł go na jednym z meczów w 1989 roku. Zola oczarował go na tyle, że ten wkrótce przekonał klub do wyłożenia na niego dwóch milionów lirów i Włoch jeszcze tego samego roku zadebiutował w barwach Gli Azzurri. W ten sposób Gianfranco przeszedł drogę z bycia zawodnikiem kompletnie anonimowym do stania się klubowym kolegą samego Diego Armando Maradony. Powiedzieć, że w tamtym czasie Napoli było jednym z najlepszych klubów we Włoszech, to nic nie powiedzieć. Zola trafił na złoty okres w dziejach klubu ze stolicy Kampanii, który został zapoczątkowany w 1984 roku, wraz z transferem pewnego Argentyńczyka o bujnej czuprynie. Dwa lata po jego przyjściu neapolitańczycy sięgnęli po pierwsze w swojej historii mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli Juventus o trzy punkty. Po chwili dodali do tego również triumf w Coppa Italia. Przez kolejne dwa sezony musieli zadowolić się tytułami wicemistrzowskimi, ale za to zasmakowali europejskiej chwały – w maju 1989 roku w finałowym dwumeczu pokonali niemiecki VfB Stuttgart (5:4), co pozwoliło im podnieść Puchar UEFA. Z transferu Zoli niezwykle ucieszył się sam Maradona, choć początkowo nie miało to nic wspólnego z jego walorami piłkarskimi. Boski Diego śmiał się, że „w końcu do klubu trafił ktoś niższy ode mnie”, a te słowa były początkiem wspaniałej argentyńsko-włoskiej przyjaźni. Wkrótce wspólnie zostawali po treningach, aby przez blisko dwie godziny ćwiczyć stałe fragmenty gry i uderzenie słabszą nogą. Gianfranco wspominał kiedyś: ,,Wszystkiego nauczyłem się od Diego. Podpatrywałem go, kiedy ćwiczył i uczyłem się podkręcać piłkę z rzutów wolnych tak jak on”. Mimo że w swoim debiutanckim sezonie w barwach Napoli Zola zdobył tylko dwie bramki, to przynajmniej jedna z nich miała ogromne znaczenie w wyścigu o scudetto. Premierowe trafienie zaliczył w starciu z Atalantą, ale to ważniejsze padło w pojedynku z Genoą – był to gol strzelony w doliczonym czasie gry, który dał jego drużynie zwycięstwo, dzięki któremu neapolitańczycy zachowali dwupunktową przewagę w tabeli nad Milanem, ich najgroźniejszym kandydatem w walce o mistrzostwo kraju. Strzelanie bramek nie było jednak głównym zadaniem Zoli. Na boisku miał przede wszystkim kreować sytuacje, a fenomenalna dwójka napastników – Maradona oraz Brazylijczyk Careca – miała zająć się resztą. Ta para sezon 1989/90 zakończyła w sumie z dwudziestoma sześcioma trafieniami, a Napoli – z drugim w historii tytułem mistrza kraju. Gli Azzurri ponownie zdobyli mistrzostwo, wyprzedzając głównego rywala o dwa punkty – tym razem był nim wspomniany wcześniej Milan, który z kolei w swoich szeregach miał króla strzelców rozgrywek, Marco van Bastena. Zola zdobył więc swój pierwszy krajowy tytuł w karierze… i zarazem ostatni. Napoli natomiast, po ograniu kilka miesięcy później Juventusu w starciu o Superpuchar Włoch, na swoje następne trofeum czekać będzie musiało aż dwadzieścia dwa lata! Koniec złotego okresu neapolitańczyków nastąpił niespodziewanie bardzo szybko. Obrona mistrzowskiej korony była zupełnie nieudana – zespół z Kampanii zajął dopiero siódme miejsce w ligowej tabeli. Z europejskich rozgrywek z kolei wyeliminował ich Spartak Moskwa. Jednak to nie sportowe wyniki były największym problemem Napoli. Po jednym z meczów Maradona oblał test antydopingowy i, znajdując się już od dłuższego czasu pod ostrzałem z powodu podejrzeń o zażywanie narkotyków, został zawieszony na piętnaście miesięcy. Niedługo po tym Argentyńczyk opuścił w niesławie słoneczną Italię. Zanim odszedł z klubu, zdążył namaścić Zolę jako swojego następcę w Neapolu.

Ucieczka Maradony i przyjście Claudio Ranieriego na ławkę trenerską oznaczało dla klubu rozpoczęcie nowego rozdziału. Teraz to Zola miał zostać najjaśniejszą gwiazdą neapolitańczyków, a na dowód tego odziedziczył po El Diego koszulkę z numerem 10. Po latach Gianfranco wspominał jednak, jak w jednym spotkaniu Argentyńczyk zaproponował mu podmianę strojów: ,,Graliśmy z Pisą w pucharze Włoch i kazał mi przywdziać numer 10, sam natomiast wziął dla siebie numer 9. To była najwspanialsza rzecz, jaką mogłem sobie wymarzyć – Maradona pozwalający mi grać ze swoim numerem na plecach. Wyobraźcie sobie moją pewność siebie w tamtym momencie, ale przede wszystkim – moje zdziwienie”. Pierwszy sezon w nowej erze Napoli Zola zakończył z trzynastoma golami we wszystkich rozgrywkach. Drużyna natomiast uplasowała się na czwartym miejscu w ligowej tabeli, co zagwarantowało jej udział w Pucharze UEFA. Wydawało się, że istnieje w tym klubie życie bez Maradony. Jakże było to złudne myślenie – kolejny sezon Gli Azzuri skończyli na jedenastej pozycji, a w okresie świątecznym do oczy zaglądało im widmo spadku. Sezon 1992/93 był niemal odbiciem lustrzanym – zarówno dla Zoli, który ponownie zdobył w lidze dwanaście bramek (i tyle samo asyst!), jak i dla drużyny, zajmującej mało chwalebne, jedenaste miejsce. Do problemów sportowych, Napoli dołożyło problemy finansowe. Zadłużenia zmusiły działaczy ze Stadio San Paolo do sprzedaży swoich najważniejszych zawodników. Na pierwszy ogień poszli Careca i Zola, a rok później odejść musieli również Daniel Fonesca oraz Ciro Ferrara – kapitan i żywa legenda klubu. Na efekty przymusowej wyprzedaży nie trzeba było długo czekać. W 1998 roku neapolitańczycy zostali zdegradowani i przez kolejne lata mogli tylko spoglądać, jak na trofeach w gablocie osiada kurz. Gdy w 1993 roku Zola opuszczał Neapol, cena za jego umiejętności wynosiła trzynaście milionów lirów. Taką kwotę postanowiła wyłożyć na niego Parma, która kila tygodni wcześniej zakończyła sezon ligowy na trzecim miejscu i miała mocarstwowe ambicje. Transfer Gianfranco był dopiero początkiem. Jego debiutancki sezon w żółto-niebieskich barwach był fantastyczny. Trener Nevio Scala ustawiał go jako drugiego napastnika, nie mniej utalentowanego Faustino Asprilli. Już wcześniej Zola dał się poznać jako świetny kreator, ale w Parmie stał się również strzelcem wyborowym. Osiemnaście trafień ligowych dało mu miano najlepszego snajpera w zespole, a całej drużynie – piąte miejsce w tabeli (z zaledwie dziewięciopunktową stratą do mistrza!) i awans do Pucharu UEFA. Rozczarowaniem na pewno natomiast była nieudana próba obrony złotego medalu Pucharu Zdobywców Pucharu – w finale Włosi musieli uznać wyższość londyńskiego Arsenalu. Parma stawała się klubem, z którym każdy w Serie A musi się liczyć, a magiczny Gianfranco wyrastał na czołowego zawodnika rozgrywek. Trudno powiedzieć, by sprostał wyzwaniu, jakim było wejście w buty Maradony w Neapolu (zadanie, przyznajmy, przewyższające chyba każdego piłkarza na świecie), ale nie sposób nie dostrzec pewnych podobieństw w ich stylu gry. Zbliżony wzrost i nisko osadzony ciężar ciała, które ich charakteryzowały, były ich błogosławieństwem. Zwinność, szybkość, ogromny wachlarz zwodów, kreatywność, a do tego fenomenalna wizja gry i umiejętność wykonywania nietuzinkowych podań – Zola naprawdę miał wiele z Maradony. W trakcie swojej kariery stał się znany również ze swoich podkręcanych strzałów z rzutów wolnych. Włoch nie żartował, gdy mówił, że wszystkiego nauczył się od Boskiego Diego. Kolejny rok pobytu Zoli na stadionie Ennio Tardini był, podobnie jak w Neapolu, jeszcze bardziej udany. Z dwudziestoma ośmioma golami znów został najlepszym strzelcem w drużynie, a jego gole pomogły Parmie zająć trzecie miejsce w ligowej tabeli, przegrywając wicemistrzostwo z Lazio przez gorszy stosunek bramek. Scudetto powędrowało do Turynu a gdyby tego było mało, Juventus pokonał żółto-niebieskich również w finale Coppa Italia. Niepowodzenia na krajowym podwórku podopieczni Scali chcieli sobie odbić na arenie europejskiej. „Zemsta to potrawa, która najlepiej smakuje, kiedy jest zimna”, pomyśleli sobie zawodnicy Parmy, i w finałowym dwumeczu Pucharu UEFA pokonali… Juventus. Dokonali tego dzięki skromnemu zwycięstwu u siebie i remisie w Turynie.

Przed startem kolejnego sezonu kadra została wzmocniona takimi transferami jak: Hristo Stoiczkow, Fabio Cannavaro, Filippo Inzaghi oraz Gianluigi Buffon. Oczekiwania względem ostatnich rozgrywek były jeszcze większe, ale sezon 1995/96 należy uznać za mało udany – przegrany mecz o Superpuchar Włoch, wczesne odpadnięcie z Coppa Italia, porażka w ćwierćfinałach Pucharu UEFA i zaledwie szóste miejsce w Serie A to wynik, który nie uratował pozycji trenera. Scali został zastąpiony przez trzydziestosiedmioletniego Carlo Ancelottiego. Dla Zoli tamten sezon pod względem statystyk indywidualnych miał słodko-gorzki smak – znów został najlepszym strzelcem drużyny, ale na koncie miał tylko dwanaście bramek. Zmiana szkoleniowca zawsze oznacza nowe porządki w klubie. Wydawało się, że pozycja Gianfranco w drużynie jest niepodważalna, ale Ancelotti miał wobec niego inne plany. Transfery dwóch napastników – Hernana Crespo oraz Enrico Chiesy – sprawiły, że Zola stracił miejsce w pierwszej linii. Pochodzący z Reggiolo trener preferował ustawienie 4-4-2, w którym wystawiał byłego zawodnika Napoli na lewej stronie pomocy. Bohater tekstu nie potrafił odnaleźć się w nowej roli, czego efektem było zdobycie zaledwie dwóch bramek w sezonie. Ancelotti coraz częściej nazywał go elementem niepasującym do jego układanki, a Zola frustrował się swoim nędznym statusem w drużynie i słabą grą. Obie strony musiały znaleźć sposób na wyjście z tego impasu. Pomoc nadeszła z dość nieoczekiwanego kierunku – po włoskiego czarodzieja zgłosiła się londyńska Chelsea. Początek lat 90. był dla angielskiego futbolu okresem ogromnych przemian. W 1992 roku zapadła decyzja o utworzeniu Premier League, która miała wznieść brytyjską piłkę nożną na niewidziany wcześniej poziom, pod każdym względem – sportowym, finansowym i telewizyjnym. „Niech to będzie kurewsko dobre” – mówił Dave Hill ze Sky Sports, gdy stacja postanowiła wyłożyć grube miliony na transmisję spotkań. Właściciele klubów szybko zdali sobie sprawę, że najlepsze widowiska są w stanie zapewnić im zagraniczni piłkarze. Gdy Eric Cantona zasilał szeregi Manchesteru United w 1992 roku, w ciągu pięciu lat swojego pobytu w klubie zapewnił mu cztery tytuły mistrzowskie. Francuz był nie tylko fantastycznym zawodnikiem, ale był przede wszystkim… inny. Jego elegancja, świetna technika, dostojne ruchy i charakterystycznie postawiony kołnierzyk sprawiały, że nie można było oderwać od niego wzroku. Wkrótce każdy angielski klub zapragnął mieć swojego Cantonę w składzie. Rewolucję przechodziła cała liga, a Chelsea chciała za tymi nią nadążyć. Pierwszym ruchem w kierunku zmiany piłkarskiego wizerunku drużyny było zastąpienie na ławce trenerskiej Glenna Hoddle’a przez Ruuda Gullita, który został grającym szkoleniowcem. CV Gullita-zawodnika musiało robić wrażenie – przede wszystkim był członkiem wielkiego Milanu, trzykrotnego mistrza Włoch i dwukrotnego zdobywcy Pucharu Mistrzów. W Londynie Holender najpierw wprowadzał wielkie zmiany jako piłkarz – pokazał oniemiałym Anglikom, że w Premier League można uprawiać techniczny futbol – a potem to samo, już za sprawą swoich podopiecznych, starał się przekazać jak menedżer. Z tego powodu na Stamford Bridge, w ciągu kilkunastu tygodni, zameldował się francuski obrońca Frank Leboeuf, a oprócz niego – prawdziwy włoski zaciąg. Gianluca Vialli, Roberto Di Matteo i, wreszcie, Gianfranco Zola to zawodnicy, którzy na stałe zapisali się na kartach historii Chelsea. Zola trafił do kompletnie nowego piłkarskiego świata. Choć Premier League powoli próbowała zerwać z łatką topornego, brutalnego futbolu, to wciąż na Wyspach grało się zupełnie inaczej niż na Starym Kontynencie. Pochodzący z Sardynii zawodnik widział w tym jednak okazję na pokazanie pełni swoich możliwości. Był po prostu zbyt ruchliwy i błyskotliwy dla ociężałych brytyjskich defensorów: ,,Na początku naprawdę pomogło mi to, że gdy przyszedłem z Serie A, w której kryje się ściślej, w Anglii grano w tak otwarty sposób”.

Zola przyszedł do Chelsea w listopadzie 1996 roku za cztery i pół miliona funtów. Nie mógł przywdziać koszulki ze swoim ulubionym numerem dziesięć, bo ta należała już do Marka Hughesa. Zdecydował się zatem na numer dwadzieścia pięć, który dziś jest kultowy w drużynie The Blues. Włoch szybko pokazał, na co go stać. Gullit wystawiał go na jego ulubionej pozycji, a Gianfranco niemal z dnia nadzień wyrobił sobie opinię specjalisty od rzutów wolnych. Podczas jednego treningu podszedł do rywalizacji w tej kategorii z klubowym kapitanem, Dennisem Wise’em. Założyli się, który więcej razy trafi w zwisającą z poprzeczki bramki getrę. Gdy Zola prowadził już w pewnym momencie 10:1, konkurs został rozstrzygnięty. Dość powiedzieć, że w historii Premier League, tylko David Beckham ma na swoim koncie więcej goli z rzutów wolnych od włoskiego zawodnika. Popisy Zoli na boisku były nie tylko efektowne, ale i efektywne. Debiutancki sezon włoskiego sezonu zapewnił Chelsea piąte miejsce w lidze oraz triumf w Pucharze Anglii. 17 maja 1997 roku The Blues pokonali na Wembley Middlesbrough 2:0, a asystę przy drugiej bramce zanotował bohater tekstu. Było to pierwsze poważne trofeum wywalczone przez ten klub od ponad dwudziestu lat. Zola, choć mierzący zaledwie 168 centymetrów, siał postrach w liniach defensywnych rywalu Chelsea. Był także powodem wielu nieprzespanych nocy największego trenera w dziejach Premier League – sir Aleksa Fergusona. Gdy zaraz po rozpoczęciu jednego z meczów pomiędzy Chelsea a Manchesterem United Włoch przedarł się przez obronę Czerwonych Diabłów i zdobył gola, szkocki menedżer po końcowym gwizdku przyznał: ,,Jest małym sprytnym draniem… lepszym piłkarzem, niż sądziłem”. Ryan Giggs z kolei stwierdził, że Zola był jedynym zawodnikiem, którego Ferguson kazał swoim podopiecznym kryć indywidualnie. Często jednak nawet to nie wystarczyło, aby zatrzymać drużynę Gullita. W Neapolu przybycie Gianfranco przypadło na końcówkę złotego okresu w dziejach klubu, z kolei w Londynie jego transfer taki okres dopiero rozpoczął. W sezonie 1997/98 Chelsea spisywała się równie dobrze, ale kłótnia pomiędzy Gullitem a prezesem Kenem Bates’em sprawiła, że Holender musiał opuścić Stamford Bridge. Jego miejsce zajął… Vialli, który również zaczął pełnić rolę grającego trenera. To już pod wodzą Włocha The Blues tamten sezon zakończyli na czwartym miejscu w lidze i z dwoma trofeami na koncie. Najpierw w marcu, dzięki dwóm trafieniom w dogrywce, londyńczycy pokonali w finale Pucharu Ligi Middlesbrough. W połowie maja jedyny gol Zoli (który z powodu kontuzji wszedł w tamtym meczu dopiero z ławki) zapewnił im triumf w Pucharze Zdobywców Pucharu, gdzie okazali się lepsi od Stuttgartu. Kolejny sezon Chelsea rozpoczęła od zgarnięcia Superpucharu Europy – tym razem w pokonanym polu zostawili sam Real Madryt. Rozgrywki ligowe The Blues zakończyli na trzecim miejscu, co oznaczało, że wystąpią w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Był to zarazem pierwszy sezon, w którym Zola został najlepszym strzelcem drużyny we wszystkich rozgrywkach – wcześniej również zdobywał wiele bramek, ale w Anglii włoski zawodnik ceniony był za to, że nie kierował się na boisku egoizmem i równie często po prostu asystował przy golach kolegów z zespołu. Zola ponownie odegrał kluczową rolę w finale Pucharu Anglii w sezonie 1999/00 – to po jego rzucie wolnym trafienie na wagę zwycięstwa zaliczył Di Matteo. Chelsea, wraz z przyjściem takich piłkarzy jak Didier Deschamps, Mario Melchiot czy George Weah, stawała się coraz bardziej międzynarodowa, ale Gianfranco wciąż odgrywał w niej bardzo ważną rolę. Tarcza Dobroczynności, wywalczona na początku kolejnego sezonu, była ostatnim trofeum, jakie zdobyli wspólnie Zola i Chelsea. Niedługo po tym spotkaniu Vialli pożegnał się z pracą, a jego miejsce na ławce zajął rodak bohatera tekstu, Claudio Ranieri. Kolejne miesiące w klubie mijały pod znakiem sporych zmian kadrowych, ponieważ nowemu menedżerowi zależało na odmłodzeniu składu londyńczyków. Cierpiały na tym starzejące się gwiazdy, które z tygodnia na tydzień dostawały coraz mniej szans na grę. W czerwcu 2001 roku Wise, Leboeuf oraz Gustavo Poyet pożegnali się ze Stamford Bridge, a trzydziestopięcioletni Zola po ich odejściu zdobył jedynie trzy gole w całym sezonie. Czas nie oszczędzał również jego i musiał patrzeć, jak jego miejsce w wyjściowej jedenastce zajmują Islandczyk Eidur Gudjohnsen oraz Jimmy Floyd Hasselbaink.


10

10

,,Celestes” tryumfują po raz 14-ty w historii:

5 lipca 1995 r. Urugwaj pokonał Wenezuele 4:1(2:0) w meczu otwierającym 37 edycje Copa America. Na turniej po raz drugi w historii zaproszono reprezentacje Meksyku i USA. Krytykowano gwiazdy futbolu, które odmówiły gry bo czuły się zmęczone sezonem. W tej grupie znalazł się chilijski snajper, król strzelców Primera Division- Ivan Zamorano. Zabrakło też kilku znakomitych Brazylijczyków- Romario, Bebeto, Cafu czy Marcio Santosa. W dodatku selekcjonerowi Argentyny, Danielowi Passarelli coś odbiło! Nie chciał w składzie Redondo i Caniggi, gdyż oni nie chcieli na jego życzenie… obciąć włosów. Takie czasy bo moda… Ta Copa była historyczna także z powodu regulaminowej nowinki. Od 1 lipca 1995 z woli FIFA można było dokonywać trzech zmian a więc trenerzy ekip uczestniczących w turnieju ochoczo z tego korzystali. W pierwszej rundzie głośniej niż o wyczynach piłkarzy było o zdarzeniu, do którego doszło po meczu Argentyny z Chile. Pobili się w swoim gronie argentyńscy kibice, jedna osoba zgineła. Po pierwszej fazie faworytem pozostawała Brazylia. Gospodarze, Urugwaj, męczyli się wygrywając minimalnie, zaś Canarinhos przeszli przez pierwszą faze nie tracąc ani jednego gola. Brylował napastnik Tulio, który Kolumbii strzelił pięknego gola przewrotką. Jednak do kronik przeszło inne jego trafienie, w znakomitym meczu ćwierćfinałowym z Argentyną: ekipa Pasarelli nie zajęła pierwszego miejsca w grupie bo w meczu z USA wystawił on rezerwowy skład a Tulio strzelił gola ręką, co widzieli wszyscy na stadionie i przed telewizorami, poza arbitrem Alberto Tejadą. Za ślepotę został ukarany dożywotnią dyskwalifikacją. Jednak dzięki temu trafieniu Brazylia wyrównała a potem wygrała w karnych 4:2. Bohaterem został Claudio Tafarel, który obronił dwie ,,jedenastki”, w tym strzelaną przez Diego Simeone. Z 4 ćwierćfinałów aż 3 zostały rozstrzygnięte w rzutach karnych. Przyczyniła się do tego nowinka regulaminowa, ponieważ zrezygnowano z dogrywek. Podobał się weteran Carlos Valderrama, jednak został całkowicie odsunięty w cień przez Enzo Francescoliego. ,,Książę” wypracował obydwa gole dla swojego zespołu i po raz czwarty w karierze osiągnął finał Copa America. Turniej w Urugwaju stał pod znakiem kiepskiej frekwencji. Zawinili organizatorzy, którzy ustalili zbyt wysokie ceny biletów. Wyjątkiem stał się mecz finałowy Urugwaju z Brazylią, który na Estadio Centenario zgromadził 70 tysięcy widzów. Mecz nie porywał, irytowało wolne tempo, za to Tulio ponownie zaliczył niebywałego gola. Piłke podawali sobie w powietrzu tak, że nie spadała na ziemie- Juninho, Edmundo, Zinho, Edmundo i wreszcie klatką piersiową do bramki skierował ją Tulio. Ten z kolei pomylił się w serii rzutów karnych, która rozstrzygnęła o złotym medalu(w regulaminowym czasie było 1:1 a w karnych 5:3 dla Urugwaju). Tak oto po raz 7-my u siebie i 14 w historii Urugwaj triumfuje w Copa America. Trenerem ,,Celestes” był Hector Nunez, niegdyś znakomity zawodnik, uczestniczył w Copa America 1959, kiedy Urugwaj doznał klęski. Najpiękniejszą karte swojej kariery zapisał jako napastnik Valencii CF, z którą 2 razy zwyciężał w Pucharze Miast Targowych. Natomiast królem strzelców został Gabriel Batistuta, powtarzając wyczyn z 1991 r. a w 1993 był wicekrólem. W 3 turniejach zdobył aż 13 goli(!) co jest osiągnięciem niezwykłym.



@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon

2

@Eto'o9 R10 Zgadza się. W zasadzie największy żal do Guardioli to mam za to że miał jakieś niezrozumiałe uprzedzenie do Samuela Eto'o, wówczas jednego z najlepszych środkowych napastników na świecie(notabene mojego najbardziej ulubionego napastnika Barcuni). Guardiola zawsze szukał czegoś idealnego a wiadomo że lepsze jest wrogiem całkiem dobrego. No ale cóż, taki własnie był i jest Pepito...

10

Transferowe niewypały:

5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się pomylić…


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

10

Pożegnalny występ wielkiej legendy Katalońskiej Dumy:

5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Tridente2015 Ameryki nie odkryłeś mówiąc iż to inny typ gracza. Doskonale zdaje sobie z tego sprawe. Chodziło mi o nowego cracka przynajmniej w połowie tak dobrej jakości jak Ronaldinho czy Eto'o.

3

No i to jest bardzo miła wiadomość :) Chciałbym aby choć w połowie był tak dobry jak był Ronaldinho lub Eto'o, wtedy powinno być okej. No ale czas pokaże...

14

Włosi katami Niemców:

Pod względem czysto piłkarskim nie było to być może najlepsze widowisko tamtego turnieju, ale w kategorii dramatyzmu tak. Niemcy zostali wyrzuceni przez Włochów z turnieju, rozgrywanym na własnych boiskach. W dogrywce, krok przed finałem. „Andiamo a Berlino”– krzyczał wówczas podekscytowany Fabio Carresa, włoski komentator a realizator wyłowił z tłumu jedną z wielu zapłakanych Niemek. Gospodarze turnieju odnieśli komplet zwycięstw w swojej grupie. Szczególnie bolesny dla nas był gol Olivera Neuville’a, który pokonał w doliczonym czasie gry fantastycznie broniącego Artura Boruca. Dla Niemców oznaczało to już awans z grupy, a dla drużyny Pawła Janasa powrót do domu (na szczęście było blisko). Niemcy bez trudu w 1/8 rozprawili się ze Szwedami po dwóch golach 21-letniego Lukasa Podolskiego, rewelacji tamtego turnieju. Na drodze stanęła później Argentyna. W 49. minucie Albicelestes wyszli na prowadzenie po bramce Roberto Ayali. Na 10 minut przed końcem do remisu doprowadził Miroslav Klose. Więcej bramek nie padło i potrzebna była dogrywka. Nie przyniosła ona jednak rozstrzygnięcia. W serii rzutów karnych więcej zimnej krwi zachowali niemieccy piłkarze, zwyciężając 4:2. Włosi znaleźli się w grupie z Ghaną, USA i Czechami. W drugiej serii gier Squadra Azzurra zagrała przeciwko Amerykanom. Padł remis 1:1, a samo spotkanie było brutalne. Sędzia zmuszony był pokazać aż trzy czerwone kartki – jedną dla Włochów i dwie dla Amerykanów. Przed ostatnią serią spotkań wszystkie cztery zespoły zachowały szanse na awans. Włosi mieli zmierzyć się z Czechami. Pavel Nedved i jego koledzy nie byli w stanie pokonać ani razu Gianluigiego Buffona. Drużyna Lippiego wygrała 2:0 i znalazła się w fazie pucharowej. Australijczycy sprawili Włochom wiele problemów. Dodatkowo w 50. minucie czerwoną kartkę obejrzał Marco Materazzi. Cały czas utrzymywał się wynik bezbramkowy. W doliczonym czasie w pole karne Australii wpadł Fabio Grosso i…. podopieczni Lippiego otrzymali karnego z kapelusza, którego na awans zamienił Francesco Totti. Napastnik Romy pewnym strzałem pokonał Marka Schwarzera. W ćwierćfinale Italia już bez większych problemów poradziła sobie z Ukrainą, wygrywając 3:0. Spotkanie było bardzo wyrównane. Lepszy poziom gry w pierwszej połowie meczu pokazała drużyna Lippiego, ale to gospodarze byli bliżej wyjścia na prowadzenie. Miroslav Klose znakomicie dograł do Bernda Schenidera, ale strzał pomocnika Bayeru Leverkusen minął o centymetry poprzeczkę włoskiej bramki. Po przerwie Niemcy podkręcili tempo gry, ale tylko raz stworzyli poważne zagrożenie po uderzeniu Lukasa Podolskiego. Bramki nie padły, więc potrzebna była dogrywka. Zdecydowanie lepiej rozpoczęli ją Włosi. Najpierw w słupek trafił Alberto Gilardino, a już chwilę potem minimalnie niecelnie z dystansu strzelał Gianluca Zambrotta. W 110. minucie w znakomitej sytuacji znalazł się Podolski, ale jego uderzenie doskonale obronił Gianluigi Buffon. Kiedy wydawało się, że potrzebne będą rzuty karne, Włosi zadali dwa zabójcze ciosy. W 119. minucie Andrea Pirlo podał sprytnie do Fabio Grosso. Obrońca bardzo precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał Jensa Lehmanna. Niemcy próbowali jeszcze odpowiedzieć rzucając się rozpaczliwie do ataku. Wtedy jednak Fabio Cannavaro przejął piłkę we własnym polu karnym i podał ją do Alberto Gilardino. Napastnik Milanu podholował futbolówkę pod pole karne rywali i wypuścił w uliczkę Alessandro Del Piero. Snajper Juventusu bardzo pewnie umieścił piłkę pod poprzeczką i przypieczętował awans Włochów do finału. Pamiętamy, jak to się później skończyło… Składy obu drużyn:

Niemcy: Jens Lehmann, Arnie Friedrich, Sebastian Kehl, Miroslav Klose (111′ Oliver Neuville), Michael Ballack, Philipp Lahm, Per Mertesacker, Tim Borowski (73′ Bastian Schweinsteiger), Bernd Schneider (83′ David Odonkor), Lukas Podolski, Christoph Metzelder

Włochy: Gianluigi Buffon, Fabio Grosso, Fabio Cannavaro, Gennaro Gattuso, Luca Toni (74′ Alberto Gilardino), Francesco Totti, Mauro Camoranesi (91′ Vincenzo Iaquinta), Gianluca Zambrotta, Simone Perrotta (104′ Alessandro Del Piero), Andrea Pirlo, Marco Materazzi

,,Nic nie odda lepiej obrazu tamtego spotkania niż wspomnienia i przeżycia jego uczestników. Włosi nie grali wielkiej piłki w tamtym turnieju. Jednak ich najlepszym spotkaniem na całym mundialu był półfinał. Nie finał, nie ćwierćfinał, ale właśnie półfinał. Zagrali bardzo dobrze, ten mecz charakteryzował się wielką intensywnością. Powinnyśmy wtedy strzelić jedną albo dwie bramki, ale nie byliśmy w stanie tego zrobić”– ocenił Tim Borowski. Rosły pomocnik był bardzo krytyczny wobec siebie. W tamtym spotkaniu zastępował zawieszonego Torstena Fringsa. Twierdzi, że gdyby to jego kolega a nie on zagrał w tym meczu, to prawdopodobnie Niemcy znaleźliby się w finale. ,,Poczuliśmy, że turniej nagle się dla nas skończył. Niektórzy z nas płakali. Nie byliśmy w stanie pojąć co się tak naprawdę stało. To było jak wbicie noża w serce”– dodał dalej Borowski. Marcello Lippi zdawał sobie sprawę jak trudne zadanie czekało jego piłkarzy. ,,Po wygranej z Ukrainą nasza wiara w siebie było dużo większa od tej, którą mieliśmy w fazie grupowej. Z tego też względu zagraliśmy naprawdę dobrze przeciwko Niemcom w Dortmundzie a więc miejscu gdzie byli praktycznie nie do pokonania”– wspomina ówczesny trener włoskiej kadry. Kontra Włochów, która przyniosła bramkę na 2:0 została zapoczątkowana przez efektowny odbiór piłki Fabio Cannavaro. Stoper bardzo dobrze pamięta ten moment. ,,Wydaje mi się, że odebranie piłki Podolskiemu mogło mieć decydujący wpływ na to, że wygrałem później tytuł Piłkarza Roku FIFA. To był niesamowity mecz z wieloma interwencjami na takim poziomie. Kiedy teraz patrzę na tę akcję, to pytam sam siebie: 'Naprawdę udało mi się tak odebrać piłkę?’ To obraz, który na zawsze zapisał się w historii futbolu. Fantastyczna bramka strzelona Niemcom, którzy grali na własnym terenie. Pozwoliło to nam zameldować się w Berlinie”– podsumowuje kapitan włoskiej drużyny w czasie tamtego turnieju. W przywoływanych wspomnieniach nie może zabraknąć również oczywiście największego bohatera tamtego meczu a więc Fabio Grosso. ,,Andrea Pirlo po raz kolejny zachował się genialnie dogrywając mi dokładnie piłkę. Mój strzał był instynktowny. Widziałem, że mogę umieścić piłkę w bramce tylko w jednym możliwym miejscu. Tak jak powiedziałem, zrobiłem to instynktownie. Ten moment wciąż przywołuje we mnie wiele emocji”– wspomina były lewy obrońca. Tak jak napisałem na początku tekstu, z pewnością nie był to najbardziej efektowny mecz turnieju, ale dramaturgia, która trwała aż do 119. minuty gry powoduje, że się o nim pamięta. Włosi nie zachwycali swoją grą ani w grupie, ani też w fazie pucharowej. W najważniejszym momencie byli jednak w stanie się rozkręcić i zniszczyć marzenie gospodarzy o grze w wielkim finale. „Andiamo a Berlino” i płacząca dziewczyna w niemieckiej koszulce to obrazki tamtego półfinału.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Mixtape
@Rastafarnianin
@Sensible

7

Artyści kontra wyrobnicy:

4 lipca 2004 r. reprezentacja Grecji sensacyjnie zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale na Estadio da Luz Portugalie 1:0. Oba zespoły spotkały się już na tym turnieju, tyle że w fazie grupowej. Wówczas lepsi byli piłkarze Hellady, zwyciężając 2:1. Finał to już jednak najwyższy szczebel rozgrywek a finały się wygrywa, nie rozgrywa. W pierwszych minutach meczu inicjatywę przejeli Portugalczycy; strzały Paulety i Cristiano Ronaldo nie sprawiły jednak Nikopolidosowi większych trudności. Do wysiłku zmusił go dopiero Miguel ale i jego uderzenie zdołał sparować grecki golkiper. W rewanżu Charisteas usiłował postraszyć Ricardo ale strzał nie był na tyle niebezpieczny aby mógł poważnie zagrozić portugalskiej bramce. Po pierwszej połowie zatem 0:0. Piłkarze Scolariego w dalszym ciągu atakowali ale poza utrzymywaniem się przy piłce nie potrafili zdyskontować wypracowanej przewagi. Grecy zwarli szyki obronne, ograniczając swoja aktywność w grze jedynie do kontrataków. Po jednej z takich akcji uzyskali rzut rożny. Do narożnika boiska udał się Basinas; chwile potem dośrodkował w pole karne, Charisteas uprzedził Carvalho oraz Andrade i głową wpakował piłke do siatki. To był decydujący cios, który oszołomił gospodarzy. Po tym golu Portugalczycy nie zdołali się już otrząsnąć a tylko cudem uniknęli kolejnej bramki. Szanse na odrobienie strat mieli jeszcze Figo i Ronaldo ale nie potrafili ich wykorzystać. W 85 minucie meczu na boisko wtargnął kibic z szalikiem FC Barcelony i rzucił nim w grającego na co dzień w Realu Madryt Luisa Figo. Pięć minut później było już po meczu. Triumfujący Grecy rzucili na kolana upokorzonych Portugalczyków. Puchar Delaunaya pierwszy raz w historii powędrował pod Akropol.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

8

Mecze, które wstrząsneły światem:

4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również cudem w Bernie) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu, a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki pozbawiły ziszczenia się marzeń cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

6

O tym się wspomina, o tym się pisze:

4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalismo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.


@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@AssisMoreira

8

@FCBparasiempre
,,Rensenbrink… tegen de paal. Rensenbrink tegen de paal”– te słowa wykrzyczane 25 czerwca 1978 roku przez legendarnego komentatora Theo Reitsme zna każdy holenderski kibic piłkarski. Sekundy wcześniej, Rob Rensenbrink, po podaniu Ruuda Krola, trafił piłką w słupek. Była to 90. minuta meczu finałowego mistrzostw świata, w którym Argentyna remisowała z Holandią 1:1. Do zdobycia tytułu zabrakło Oranje kilkunastu centymetrów. „Ciągle uważam, że to nie była dobra sytuacja strzelecka. Tylko trąciłem stopą piłkę i trafiłem w słupek. Nie mogłem nic więcej zrobić”. Holenderski lewoskrzydłowy był jednym z najlepszych piłkarzy świata swoich czasów, ale niestety został zapamiętany głównie z tej akcji. Jak sam mówił w wywiadzie z 2017 roku. „Słupek. Zawsze ten słupek. Zostanie to ze mną aż do śmierci”. Pieter Robert Rensenbrink był prawdziwym amsterdamczykiem. Urodził się w dzielnicy Jordaan 3 lipca 1947 roku, trzy miesiące po Johanie Cruijffie. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Amsterdam West przy ulicy Van Bossestraat. Karierę piłkarza rozpoczynał w dzielnicowym klubie ZSGO (w wyniku fuzji z WMS obecnie istnieje pod nazwą ZSGOWMS). W wieku 11 lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Oostzaan. Jego ojciec pracował w stoczni NDSM w Noord Amsterdam i zaproponowano mu dom w Oostzaan. Młody Robert niechętnie się tam przeprowadził, i jak wiele dzieci w jego wieku bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi. Z tego powodu regularnie jeździł rowerem do West Amsterdam, aby grać z nimi w piłkę na ulicy. Jednak postanowił zmienić klub, i przeniósł się z ZSGO do OSV w Oostzaan. W wieku piętnastu lat zadebiutował w pierwszej drużynie OSV w meczu decydującym o utrzymaniu w drugiej lidze i strzelił zwycięskiego gola. „W drodze powrotnej widziałem z autobusu, że kibice napisali na murze nabrzeża – Rob uratował OSV – co sprawiło, że byłem wtedy bardzo dumny. Mimo to nadal byłem bardzo nieśmiały i nawet nie odważyłem się wziąć prysznicu w szatni po tym meczu” – wspominał na obchodach 100-lecia OSV. Po kilku sezonach na młodego Rensenbrinka strzelającego wiele bramek w drugiej lidze zwrócił uwagę DWS, zawodowy klub z Amsterdamu. Mogłoby się wydawać, że logicznym krokiem byłoby przejście do Ajaksu, który też był zainteresowany nastolatkiem z OSV. Jednak w Ajaksie mieli już znakomitego lewoskrzydłowego Pieta Keizera i pewnie dlatego wynagrodzenie, jakie zaoferowali pracującemu wtedy jako pomocnik stolarza Rensenbrinkowi, było śmiesznie niskie. „Co więcej, Ajax nie był wtedy jeszcze tak dobrym klubem.” – mówił po latach Rensenbrink. W związku z tym osiemnastoletni Rob został pozyskany przez DWS za równowartość 3 tysięcy euro. DWS, który rok wcześniej został mistrzem kraju, był pierwszym holenderskim klubem z pełnoetatowymi profesjonalistami. „Otrzymywałem wtedy około 14 000 guldenów rocznie z dodatkami. Mój ojciec zarabiał w tym czasie 7 000 guldenów. To było całkiem przyzwoite, jak na młodego 18-letniego chłopca”– tak wspomina Rob. Młody lewoskrzydłowy zadebiutował w barwach DWS w październiku 1965 roku, podczas wygranej 2:0 z Feyenoordem na Stadionie Olimpijskim. Szybko okazało się, że mało kto będzie umiał powstrzymać Rensenbrinka. Już w swoim trzecim występie zdobył zwycięskiego gola w wygranym przez DWS 1:0 meczu ligowym. Jednak dopiero w trzecim sezonie regularnie trafiał do bramki. Rensenbrink strzelił wtedy dziesięć goli i dzięki temu został po raz pierwszy powołany przez trenera reprezentacji Georga Kesslera do drużyny narodowej. W DWS grał m.in. z innym reprezentantem Oranje Rinusem Israëlem, który w 1966 przeniósł się do Feyenoordu. „Rinus przeszedł z DWS do Feyenoordu. Po kilku latach zapukali i do moich drzwi. Pomyślałem, że fajnie byłoby grać na De Kuip, gdzie wcześniej wybił się wspaniały Coen Moulijn. DWS zażądał za mnie 450 000 guldenów (równowartość około 200 tys. euro), i Feyenoord stwierdził, że to za dużo. Club Brugge jednak zgodził się na taką kwotę. Później podpisałem siedmioletnią umowę z Anderlechtem, i żałuję tego. Real Madryt i Inter Mediolan były mną zainteresowane. Rozmawiałem z Włochami w Rotterdamie razem z Faasem Wilkesem. Anderlecht nie chciał jednak nawet rozmawiać o transferze” – tak opisywał swoją historię transferową Rensenbrink.



To było bardzo dziwne, ponieważ kiedy Rob Rensenbrink przybył do Club Brugge w 1969 roku, miał na koncie 6 meczów w reprezentacji, i mimo że jako lewoskrzydłowy rywalizował z takimi legendami holenderskiej piłki jak Piet Keizer i Coen Moulijn, był całkowicie nieznany na arenie międzynarodowej. Belgijscy kibice go nie znali, ale Club Brugge miał wiele kontaktów, które ówczesny dyrektor sportowy Joseph Hutsebaut zbudował w Holandii. W ten sposób udało im się pozyskać Rensenbrinka. Rob jednak nigdy nie dopasował się do Blauw-Zwart. Jako klasycznie wyszkolony skrzydłowy nie potrafił dostosować się do gry z legendą Brugii Raoulem Lambertem. Czasami zdarzały się momenty, gdy Rensenbrink pokazywał wielką klasę, ale równie często całkowicie znikał na boisku. Co więcej, Rensenbrink okazał się samotnikiem, który zdecydowanie nie pasował do rodzinnego ducha Club Brugge. Prawie nic nie mówił, choć Club specjalnie dla niego sprowadził równocześnie innego Holendra Henka Houwaarta, z którym Rob mieszkał przez pewien czas, a później grywał w ping-ponga w garażu. Jednak gra Rensenbrinka wzbudzała zachwyt, ponieważ najlepiej wypadał w najważniejszych meczach. Swoimi niepowtarzalnymi dryblingami, szybkością, elegancją i jak to pięknie pisano „aksamitną techniką” tak olśnił węgierskiego trenera Lajosa Barótiego, że ten nazwał go „Człowiekiem Wężem”. Stało się to wiosną 1970 roku, kiedy to Club Brugge mierzył się w drugiej rundzie Pucharu Miast Targowych z prowadzonym przez Barótiego Újpestem Dosza. Belgijski klub wygrał u siebie 5:2, a Rensenbrink zdobył w tym meczu hattricka. Przydomek het Slangenmens został z nim już do końca kariery. Legendarny Constant Vanden Stock był częścią zarządu Club Brugge pod koniec lat 60 XX wieku. Opuścił Club w 1971 roku, a następnie został prezesem RSC Anderlecht. Vanden Stock dobrze znał klasę Rensenbrinka i dlatego chciał sprowadzić holenderskiego dryblera do Brukseli. Rensenbrink podpisał umowę z Anderlechtem, który w zamian z Holendra przekazał do Brugii równowartość obecnych 150 tys. euro oraz dwóch piłkarzy Wilfrieda Puisa i Johnny’ego Velkeneersa. W Anderlechcie Rensenbrink po raz kolejny spotkał się z trenerem Kesslerem. W Anderlechcie Rensenbrink rozkwitł. Już w pierwszym sezonie zdobył z Fiołkami dublet, a rok później puchar. W połowie lat 70. Rensenbrink stał się nową gwiazdą zespołu. Jego dryblingi wprawiały publiczność w ekstazę, a przeciwników doprowadzały do łez. Niestety często bezradni rywale ratowali się brutalnymi faulami. Rob został królem strzelców w 1973 roku i tym samym powtórzył wyczyn swojego rodaka i serdecznego przyjaciela Jana Muldera. Jednak Rensenbrink spotykał się również z krytyką. Wielu uważało, że nie mobilizuje się na mecze ligowe z przeciętnymi zespołami, a tylko wtedy gdy gra przeciwko dobrym drużynom. On sam temu zaprzeczał, ale słynny trener Raymond Goethals ujął to najlepiej: „Na mecze galowe Robbie zawsze wkłada smoking”.

Fakt, że Rensenbrink dobrze wypadał głównie w najważniejszych meczach, nie przeszkadzał nikomu w klubie. W 1976 roku RSC Anderlecht zmierzył się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z West Hamem. Mecz był rozgrywany na stadionie Heysel w Brukseli, co z pewnością sprzyjało Fiołkom. West Ham prowadził w tym spotkaniu 1:0, ale Anderlecht odrobił straty z nawiązką, i m.in. po dwóch golach Rensenbrinka wygrał tę rywalizację 4:2. Kilka miesięcy później Holender ośmieszał w dwumeczu o Superpuchar UEFA znakomitego niemieckiego obrońcę Hansa-Georga Schwarzenbecka. Pierwszy mecz z Bayernem Monachium Fiołki przegrały 1:2, ale w rewanżu wygrały 4:1, po wspaniałym występie Holendra, w którym zdobył dwa gole. Za wspaniałą grę w 1976 Rensenbrink otrzymał nagrodę Złotego Buta dla najlepszego piłkarza w Belgii, a w plebiscycie na France Football był o krok od zdobycia Złotej Piłki, lepszy okazał się tylko słynny Franz Beckenbauer. Rok później Anderlecht dotarł do finału PZP po raz drugi z rzędu, ale tym razem przegrał 0:2 z niemieckim HSV. W kolejnym sezonie Anderlecht po raz trzeci z rzędu zameldował się w finale PZP i był to według wielu obserwatorów, jeden z najlepszych występów Slangenmensa w karierze. Rensenbrink zdobył dwa gole i jako kapitan wzniósł trofeum do góry po zwycięstwie 4:0 z Austrią Wiedeń. Zresztą sami popatrzcie. W grudniu 1978 Anderlecht zmierzył się z Liverpoolem w meczu o Superpuchar UEFA. Na Astrid Park Fiołki wygrały 3:1 (Rensenbrink strzelił trzeciego gola) i mimo porażki na Anfield 1:2 po raz drugi zdobyły to trofeum. Rensebrink ponownie został doceniony w Europie i zajął 3 miejsce(za Keeganem i Kranklem) w plebiscycie o Złotą Piłke France Football.



Rensenbrink był artystą, który grę opierał wyłącznie na swojej intuicji i nienawidził taktyk. Dopiero w ostatnim momencie decydował, co zamierza zrobić z piłką, i pozostawiał to inspiracji chwili. Swoimi dryblingami i balansem ciała terroryzował przeciwników i dlatego właśnie nazywano go wężem. Dodatkowo był również zamknięty w sobie jako ostryga, nawet w czasach największej chwały w Anderlechcie. W naturalny sposób wymusił przywództwo poprzez swoje osiągnięcia. Jednak nawet z Fiołkami nie potrafił zmobilizować się na każdy mecz. Zwykle był pełen zapału, ale czasem zdawał się kontemplować na uboczu. Wszystko zależało od jego chęci współpracy i zachęt, które otrzymywał. Mistrzem w wyciąganiu z Rensenbrinka tego co najlepsze był wspominany już wcześniej trener Raymond Goethals. Dał on swojej holenderskiej gwiazdce wolną rękę. Dzięki temu Rensenbrink mógł spokojnie opuszczać narady przedmeczowe. „Ta gadanina nie jest dla ciebie”- mówił belgijski trener. A taktyka Anderlechtu często była bardzo prosta: „Jak nie wiesz co zrobić z piłką, to oddaj ją Robbiemu”– to również słowa Goethalsa. Pomarańczowy rozdział w karierze Roba Rensenbrinka powinien być dużo większy. 46-krotny reprezentant zadebiutował – razem z innym legendarnym piłkarzem Oranje Willemem van Hanegemem – w meczu przeciwko Szkocji 30 maja 1968 r. Był częścią wyjątkowo utalentowanego pokolenia piłkarskiego, które na zawsze zagościło na kartach historii. Jednocześnie pozostało wrażenie, że powinien osiągnąć więcej. Z dwoma srebrnymi medalami MŚ w 1974 i 1978 r., oraz trzecim miejscem na ME w 1976, Rensenbrink należy do grona najbardziej utytułowanych holenderskich graczy. Jednak poprzez to, że najlepsze lata swojej kariery spędził na belgijskich boiskach, nie zyskał w Holandii uznania, na jakie zasługiwał. W 1980 roku Rensenbrink opuścił Astridpark i po 11 latach gry w Belgii 32-letni Holender wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przyjął lukratywną ofertę Portland Timbers, wtedy klubu z North American Soccer League. W tamtych czasach wielu piłkarzy przeniosło się do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na koniec kariery. Tą drogą podążyli również inni gracze z Beneluksu jak: Johan Cruyff, Johan Neeskens, Juan Lozano, Wim Jansen, Lex Schoenmaker, Leo van Veen, Guus Hiddink czy Dick Advocaat. Trenerami w USA byli też Rinus Michels i Cor van der Hart. Jak większość europejskich graczy, Rensenbrink nie pozostał długo w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku wrócił do Europy. Skończył zawodową karierę w drugiej lidze francuskiej, grając w Toulouse FC, gdzie występował też jego dobry przyjaciel i były kolega z drużyny Gilbert Van Binst. Jednak z powodu poważnej kontuzji jego umowa z klubem francuskim została przedwcześnie rozwiązana. Następnie wrócił do Holandii i przez pewien czas grał w piłkę na poziomie amatorskim OSV, czyli w klubie, w którym rozpoczynał swoją karierę. Później przez chwilę był nawet trenerem. Kilka lat temu Rensenbrink poinformował opinię publiczną, że zdiagnozowano u niego PMA, czyli postępujący zanik mięśni. Przez kilka lat dzielnie walczył z chorobą, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona nieuleczalna. Latem 2017 roku udzielił wywiadu w swoim ogrodzie: ,,Tak, wciąż żyję– mówił z uśmiechem. Pierwszy odszedł Moulijn, potem Keizer. Będę następny, prawda?”. Niestety piłkarz, który mógł zostać bohaterem Królestwa Niderlandów, dokładnie w sobotę 25 stycznia, zmarł. Pieter Robert Rensenbrink miał 72 lata.



W 2007 roku 10 wielkich belgijskich trenerów wybrało Roba Rensenbrinka na najlepszego obcokrajowca grającego kiedykolwiek na belgijskich boiskach. Kilka lat później identycznego wyboru dokonali kibice. Oba rankingi zorganizował prestiżowy belgijski magazyn Sport-Voetbalmagazine. Jan Mulder, były kolega z drużyny i przyjaciel Roba Rensenbrinka tak go wspomina: „To była przyjemność go oglądać. Był prawdziwym skrzydłowym, prawdziwym lewym skrzydłowym. Rob Rensenbrink był równie dobry jak Piet Keizer. Tylko Johan Cruijff był lepszy.” RSC Anderlecht w oficjalnym komunikacie wydanym po śmierci Roba, napisał tak: „Snake man” to najwspanialszy lewoskrzydłowy w historii RSCA i jeden z architektów pierwszych wielkich europejskich sukcesów naszego klubu. Jego niepowtarzalna technika, wdzięk i nos do bramek od lat fascynują fanów Sporting Anderlecht i wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Jesteśmy bardzo dumni, że nosił nasze barwy przez dziewięć pięknych sezonów.”



Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Club Brugge KV

Puchar Belgii – 1969/70

RSC Anderlecht

Mistrzostwo Belgii (2x) – 1971/72, 1973/74

Puchar Belgii (4x) – 1971/72, 1972/73, 1974/75, 1975/76

Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975/76, 1977/78

Superpuchar Europy (2x) – 1976, 1978

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Mistrzostwa Świata – 2 miejsce (2x) – 1974, 1978

Mistrzostwa Europy – 3 miejsce – 1976

Osiągnięcia Indywidualne:

Złota Piłka – 2 miejsce (1976), 3 miejsce (1978)

Gouden Schoen (Złoty But) – 1976

Krół strzelców ligi belgijskiej – 1972/73

Najlepszy strzelec w historii PZP – 25 goli

Najlepszy obcokrajowiec w historii ligi belgijskiej – 2007

Najlepszy piłkarz w historii RSC Anderlecht – 2020

Jedenastka Mistrzostw Świata – 1974, 1978

Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000

Fifa 100

Strzelec gola nr 1000 w historii MŚ


9

Finał był blisko ale się nie udało:

3 lipca 1974 r. odbył się tzw. „Mecz na wodzie” na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem gdzie Polska przegrała z gospodarzem Mistrzostw Świata RFN 0-1. Spotkanie rozegrano w trudnych warunkach pogodowych, przed meczem przeszła ulewa nad stadionem i w trakcie gry boisko było namoknięte. W 53. minucie meczu Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Uli Hoeneßa lecz w niczym to nie pomogło. Jedynego gola strzelił Gerd Müller w 76 minucie.



@AssisMoreira
@Arkon
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

0

@wroclawskifan Ale w której dacie? bo są trzy daty podane

7

FC Barcelona triumfuje w Copa Latina:

Jak już wspominałem tydzień temu przy okazji półfinału, 3 lipca 1949 r. Blaugrana pokonuje w finale Sporting Lizbona 2:1 na Estadio Chamartin i jako pierwsza w historii sięga po prestiżowy Puchar Łaciński(prekursor Pucharu Mistrzów). Gole dla Barçy zdobywają Josep Seguer(10 minuta) i Estanislao Basora(50 minuta) a honorowe trafienie dla Sportingu zaliczył Correira(28 minuta). Składy z tego epokowego finału:

FC Barcelona: Velasco, Calvet, Curta, Calo, Mariano Gonzalvo, Josep Gonzalvo, Basora, Seguer, Canal, Cesar, Navarro.

Sporting Lisboa: Azevedo, Octavio, Vazquez, Juvenal, Canario, Verisimo, Correira, Vasques, Peyroteo, Travassos, Albano.



@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

8

Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:

3 lipca 1927 r. rozegrano drugi mecz w hołdzie dla genialnego Paulino Alcantary. Rywalem była reprezentacja Hiszpanii, która pokonała Blaugrane 2:1. Przed pierwszym gwizdkiem lokalny dziennikarz i pilot Josep Canudas zrzucił piłke na boisko ze swojego samolotu. W czasie wojny Paulino Alcantara wstąpił do organizacji ,,Czarne strzały”, wysłanej przez Mussoliniego na pomoc generałowi Franco. Paulino nie walczył na froncie, lecz pracował w szpitalu jako lekarz. Po wojnie zajmował się urologią aż do swojej śmierci w 1964 r. W 2007 r. FIFA wybrała Filipińczyka najlepszym piłkarzem azjatyckim w historii.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

0

@armat94 Oj rzeczywiście, przepraszam, wkradła się jakaś literówka...

11

Ten bezlitosny ,,Golden goal”:

2 lipca 2000 r. Francja pokonała na De Kuip w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1). ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.


@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

5

@FCBparasiempre

9 lipca 1816 r. Argentyna wyzwoliła się spod hiszpańskiej dominacji i ogłosiła niepodległość. Równo sto lat temu dla uczczenia tego jubileuszu, w Buenos Aires odbył się pierwszy turniej kontynentalny. Impreza w tej skali pierwsza w dziejach światowego futbolu, oficjalnie nazywała się Campeonato Sudamericano de Futbol, krótko mówiąc Copa America. Efektowny puchar ufundował minister spraw zagranicznych, bowiem ranga wydarzenia przekraczała miare czysto sportową. Bodaj po raz pierwszy w XX wieku także i politycy dostrzegli w skórzanej piłce niebywale nośny wehikuł popularności. Turniej ze względu na wyjątkowe okoliczności miał nadzwyczajny charakter i tak też(,,extraordinario”) został nazwany. Trwał od 2 do 17 lipca 1916 r. zaś w jego trakcie, dokładnie 9 lipca, uroczyście powołano do życia Confederacion Sudamericana de Futbol, pierwszy na świecie związek ponadnarodowy w skali kontynentalnej. Wielka idea Urugwajczyka Hectora Rivadavii Gomeza doczekała się wreszcie urzeczywistnienia. Organizatorzy przygotowali do gry dwa reprezentacyjne obiekty. Większość meczów odbywała się w dzielnicy Palermo na stadionie Gimnasia y Esgrima. Jego trybuna główna wykonana w całości z drewna była swego rodzaju architektonicznym cackiem. Środkowa część okolona balustradą, miała nadbudowane pięterko, zwieńczone misternie ozdobionym spadzistym dachem a na pięciu masztach powiewały narodowe flagi. Łącznie 20 tysięcy mogło napawać się tu futbolowym spektaklem. Natomiast aż 30 tysięcy miłośników futbolu był w stanie pomieścić położony w dzielnicy Avellaneda stadion Racingu.

Ponieważ była to pierwsza impreza tej skali, organizatorzy starali się nie zaniedbać niczego. Zawodnikom zapewniono oipieke lekarską a każda drużyna korzystała z usług masażysty. Sędziowie prezentowali się imponująco, zwłaszcza arbiter główny noszący modną cyklistówke z daszkiem przyodziany w pasiastą marynarke, długie białe spodnie i takiegoż koloru buty. Prawie 15 tysięcy widzów było świadkami inauguracji mistrzostw. Faworyt objawił się już na starcie. Urugwajska jedenastka rozgromiła Chile 4:0. Natomiast w drugim meczu Argentyna rozniosła to samo Chile aż 6:1! Wówczas do akcji wkroczyła Brazylia, urywając punkt rozpędzonym Argentyńczykom ale ulegając Urugwajowi. Po klęsce Chile z Urugwajem, kiedy Isabelino Gradin strzelił 2 gole, jeden z dziennikarzy chilijskich wysunął w swojej korespondencji otwarty zarzut że o zwycięstwie ,,Celestes” przesądził udział ,, dwóch Afrykanerów”! Oprócz Gradina czekoladową karnacje prezentował również Juan Delgado. Żurnaliście z Santiago nie przyszło do głowy iż poza Afryką mogą być jacykolwiek murzyni. Kierownictwo ekipy chilijskiej sfrustrowane rozmiarami porażki, zgłupiało tak bezdennie że wystosowało do organizatorów oficjalny protest, wystawiając się na pośmiewisko. Trzeba przyznać że po wyjaśnieniu sprawy Chilijczycy solennie przeprosili obu zawodników i ze wstydu posypali głowy popiołem. Dodajmy tylko że Gradin zdobywszy 3 gole, został pierwszym w dziejach Copa America ,,goleadorem” czyli królem strzelców tej imprezy. Ostatni mecz turnieju decydował zatem o wszystkim. Gospodarzy urządzało wyłącznie zwycięstwo a Urugwajczykom z powodzeniem wystarczał remis.

,,Urusi” panowali na placu od pierwszej do ostatniej minuty, gniotąc niemiłosiernie. Gradin i Romano mijali swobodnie pierwszych dwóch, trzech Argentyńczyków, po czym nadziewali się na ,,muro Humano”- ludzki mur złożony ze zmasowanej obrony. Poza tym skłębionym wałem ciał trwał jeszcze niepokonany bramkarz Isola. Na wypełnionym po brzegi stadionie Racingu mecz zakończył się rezultatem bezbramkowym i pierwszy w historii Puchar Ameryki powędrował do Montevideo. Tyle suche fakty. Jednak anegdotyczna podszewka tych zdarzeń mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Walka o najwyższy kontynentalny laur wyzwalała wśród widzów niezwykła emocje, dosłownie i w przenośni, znajdujące ujście poza obrębem trybun. Mecz na szczycie(de facto finał) pomiędzy Argentyną i Urugwajem powinien odbyć się 16 lipca na stadionie Gymnasia y Esgrima. Chętnych obejrzenia tego spektaklu było znacznie więcej niż miejsc. Toteż tysiące kibiców przerwały kordony i wyległy na płyte boiska. Zapanował chaos nie do opanowania bowiem nigdy przedtem podobne incydenty nie miały miejsca. Mecz został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Kompletnie bezradni i skonsternowani działacze po gorączkowych naradach podjeli decyzje o przełożeniu terminu meczu na dzień następny i zmianie stadionu. Obiekt Racingu był nawet nie tyle bezpieczniejszy, co po prostu bardziej pojemny. Wybitni piłkarze istnieli w Ameryce Łacińskiej już wcześniej, ciesząc się uznaniem wśród koneserów tego sportu. Lecz dopiero prestiżowe rozgrywki Copa America przyniosły zjawisko do tego czasu nieznane. Kult gwiazd podsycany przez prase a z biegiem czasu również przez radio. Nastąpiła niezwykła eksplozja namiętności, udzielająca się coraz szerszym kręgom publiczności. Sportowy wynik przestał być sprawą wewnętrznej satysfakcji 22 młodzieńców uganiających się za piłką. Począł angażować zbiorową wyobraźnię, odwołując się do poczucia dumy, lokalnego patriotyzmu a wreszcie narodowej i państwowej tożsamości. Grunt dla tego rodzaju identyfikacji był nader podatny szczególnie w tej części świata, gdzie tradycje niepodległościowe nie przekraczały horyzontu stulecia. Gwiazdy wcale nie musiały spadać z nieba. One były w zasięgu wzroku a zielona murawa boiska stanowiła wymarzoną oprawę dla ich olśniewającego blasku.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?