0

@Pressinho ,,wszystkimi skandalami?" To ile ich było w tym Berlinie?

0

@FCBparasiempre
Jak było naprawdę? Na tak postawione pytanie trudno dzisiaj jednoznacznie odpowiedzieć. Co zrozumiałe, inaczej te wydarzenia zapamiętano w Peru, a inaczej w Europie. W rozmaitych opracowaniach, książkach i artykułach pojawia się sporo wersji. Według jednej z nich norweski sędzia miał wyraźnie sprzyjać Austriakom, przez co nie uznał prawidłowo według Peruwiańczyków zdobytych bramek. Po strzeleniu czwartego gola stało się jednak już jasne, że to Peru wygra mecz. Rozradowani kibice mieli wbiec na boisko i wyściskać i wycałować swoich bohaterów. W powstałym zamieszaniu miał ucierpieć jeden z Austriaków. Według różnych wersji Anton Krenn został kopnięty lub mocno poturbowany i nie był w stanie kontynuować gry. Niektóre źródła podają też, że do wtargnięcia kibiców doszło po zdobyciu trzeciej bramki przez Peru. Inna wersja jest trochę bardziej złożona. Według niej przed rozpoczęciem dogrywki gotowość do gry zgłosił kontuzjowany wcześniej Adolf Laudon. To miało rozzłościć zarówno piłkarzy, jak i rozgorączkowanych kibiców. Zamieszanie i chaos, któremu dali się ponieść peruwiańscy kibice na trybunach, narastały. Można się było zastanawiać, co mogło doprowadzić Peruwiańczyków do tak ślepej furii. Dopiero stopniowo zrozumiano, że uwierzyli oni, że Austriacy wymienili kontuzjowanego Laudona na innego zawodnika, czego zabraniały reguły olimpijskiego turnieju piłki nożnej – pisano w Sport-Tagblatt. Tę relację po części potwierdza też korespondent brytyjskiej Daily Sketch W. Capel Kirby. W opublikowanej w poniedziałek 10 sierpnia relacji pisał, że powrót kontuzjowanego Austriaka do gry wywołał wielkie protesty Peruwiańczyków. Twierdzili oni, że to nie Laudon, ale inny rezerwowy piłkarz. Wszyscy gracze stanęli na środku i kłócili się, żywo gestykulując. Warto jednak zaznaczyć, że Capel Kirby nie mógł być naocznym świadkiem tych wydarzeń, gdyż w tym samym czasie był na meczu Polski z Wielką Brytanią. Jedną z bardziej przejmujących relacji opublikowano w gazecie Der Morgen. Według jej doniesień jednym z widzów na meczu był niemiecki sędzia Peco Bauwens. Miał on zostać obrażony przez peruwiańskich kibiców, kiedy próbował zaprowadzić jakiś porządek i zapanować nad sytuacją. Kiedy egzotyczni piłkarze trafili w dogrywce, to setki ich zwolenników z Ameryki Południowej wtargnęły na plac gry i wszelkie pozory porządku zostały zniszczone. W trakcie dzikiej walki ciężko ranny został Austriak Krenn. Miejscowa publiczność gwałtownie protestowała przeciwko tego typu zabawie i można było usłyszeć okrzyki „wynocha z Europy!”. Nawet po zakończeniu meczu, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Peru, kibice nadal demonstrowali – pisano w Der Morgen. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie na relacji Der Morgen oparł swoje sprawozdanie Capel Kirby. Ponad tysiąc peruwiańskich kibiców, wrzeszczących, wyjących i wymachujących flagami, przeskoczyło barierki i wtargnęło na boisko. Austriaccy gracze byli kopani i bici. W pewnym momencie dr Bauwens zobaczył, jak jeden z Peruwiańczyków wsuwa rękę do kieszeni na biodrze, tak jakby chciał wyciągnąć broń. Dr Bauwens bez chwili wahania chwycił mężczyznę za gardło i nie pozwolił mu sięgnąć do kieszeni. Zanim jednak udało się go zneutralizować, doszło go gwałtownej walki – pisał Capel Kirby na łamach Daily Sketch. Tak naprawdę co gazeta, to inna wersja wydarzeń. Polska prasa w ogóle nie wspominała o wtargnięciu Peruwiańczyków na murawę. Informacja to pojawiła się dopiero po decyzji o ponownym rozegraniu meczu. Trenerem Austrii był wówczas Anglik James Hogan. Był znany ze swojego zamiłowania do czystej gry i raczej mało prawdopodobne, żeby uciekał się do takich sztuczek, jak zamiana kontuzjowanego zawodnika na zdrowego. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że peruwiańscy kibice jednak wtargnęli na boisko. Mecz obserwowało ledwie pięć tysięcy widzów, więc sił porządkowych też za dużo nie było. Wątpliwości nasuwają się, kiedy spojrzymy na rzekomą liczbę Peruwiańczyków. Mało prawdopodobne, żeby z tak biednego kraju, jakim było wówczas Peru, aż tylu kibiców zdecydowało się na podróż do Europy. Wyjazd do Berlina był wielkim logistycznym wyzwaniem dla całej reprezentacji. Do Europy przypłynęła ona na parowcu Orazio, a sama podróż trwała półtora miesiąca. Prezydent Peruwiańskiego Komitetu Olimpijskiego Eduardo Dibós Dammert musiał się mocno starać, żeby uzbierać wystarczające fundusze na berlińską wyprawę. Dla przeciętnego kibica tak daleka podróż była praktycznie nieosiągalna. W 1976 r. w czterdziestą rocznicę berlińskich igrzysk zorganizowano w Peru specjalną ceremonię upamiętniającą tamtą imprezę. Eduardo Dibós Dammert rozmawiał wtedy z kilkoma zawodnikami i każdy potwierdził, że peruwiańscy kibice byli bardzo nieliczni. Ciekawe jest też to, że prawdopodobnie nie zachowało się żadne zdjęcie, które dokumentowałoby tę rzekomą inwazję setek rozgorączkowanych kibiców na boisko. Fotografii z samego meczu trochę jest, więc dlaczego nikt nie uwiecznił tak donośnego wydarzenia? W cytowanym wyżej artykule ze Sport-Tagblatt znajdziemy też informację, która każe inaczej spojrzeć na zachowanie kibiców: ,,Fanatycy znowu wtargnęli na boisko i zaczęli całować zawodników. Pod koniec było naprawdę źle. My, cywilizowani mieszkańcy Europy Środkowej, współczuliśmy graczom! Wysiłek dwóch godzin gry na boisku nie był naszym zdaniem tak wielki, jak ceremonia całowania po wygranej. Każdy gracz był całowany przez każdego z obecnych Peruwiańczyków”– pisano. Być może to, co dla kibiców z Ameryki Południowej były czymś względnie normalnym, w Europie budziło zdziwienie i przerażenie. Być może ktoś nieco podkoloryzował prasową relację i ukazał gości z Peru jako nieokrzesanych dzikusów. Nie byłby to zresztą pierwszy ani ostatni raz, kiedy Europejczycy z wyższością patrzyliby na przybyszy z drugiej strony Atlantyku. Prawdy o berlińskich wydarzeniach nie sposób dzisiaj dociec.

Wiemy za to, co wydarzyło się później. Powtórzenie meczu wyznaczono na 10 sierpnia na godzinę 17:00. Ekipa Peru jednak nie zjawiła się na stadionie. Włoski sędzia Rinaldo Barlassina odczekał razem z austriacką ekipą na pojawienie się Peruwiańczyków, ale po pół godziny odgwizdał walkower dla Austrii. Nie jest do końca jasne, dlaczego Peru się nie zjawiło. Przez lata utarło się, że poczuli się dotknięci decyzją komisji odwoławczej i nie mieli zamiaru brać udziału w tak zorganizowanych rozgrywkach. Nie brakuje też głosów, że drużyna wyruszyła na powtórzone spotkanie. Jednak z uwagi na problemy komunikacyjne spowodowane zamknięciem kilku berlińskich ulic z powodu rozgrywanego wyścigu kolarskiego, nie zdążyła dojechać na czas. Mecz podobno miał zostać przełożony na 11 sierpnia, ale w Berlinie pojawiły się już wtedy pogłoski, że tego dnia Peru wyjeżdża do Paryża. Tak czy inaczej, do ponownego spotkania obu ekip nie doszło. Tymczasem w Limie hucznie świętowano awans do strefy medalowej. Wieści z Europy dotarły do Peru z dwudniowym opóźnieniem i spowodowały masowe protesty na ulicach. Dwudziestotysięczny tłum zebrał się pod pałacem prezydenckim, gdzie wysłuchał przemowy prezydenta Óscara R. Benavidesa. Poinformował on kibiców, że otrzymał pilny telegram z Berlina, w którym przedstawiono mu sytuację. Stojąc na straży honoru Peruwiańczyków, nakazał on całej delegacji powrócić do kraju, czym wywołał brawa wśród zgromadzonych. Na tym jednak się nie skończyło. New York Times na pierwszej stronie informował, że konsulat niemiecki został obrzucony kamieniami. Z kolei w głównym porcie w Callao robotnicy odmówili załadunku niemieckich i norweskich statków. Pojawiały się też opinie, że zamieszki wywołane meczem z Austrią, były dodatkowo na rękę rządzącym, którzy chcieli wywołać większe poczucie krzywdy w kraju przed zbliżającymi się wyborami. Berlin opuściła cała peruwiańska reprezentacja olimpijska. Oprócz piłkarzy, byli to także koszykarze, którzy w ćwierćfinale mieli mierzyć się z Polską. Pod koniec tygodnia Ilustrowany Kuryer Codzienny informował, że być może uda się dojść do porozumienia i Peru zostanie w Berlinie, ale nic takiego się nie stało. Argentyna, Chile, Urugwaj i Meksyk wyraziły solidarność z Peruwiańczykami, a Kolumbia na znak protestu też wycofała się z udziału w igrzyskach. Nie wierzymy w europejski sport. Przyjechaliśmy tutaj i zastaliśmy tylko grono kupców – mówił członek Peruwiańskiego Komitetu Olimpijskiego Miguel Dasso po wycofaniu się Peru z imprezy. Warto jeszcze wspomnieć, że przez dziesięciolecia utrwaliła się w Peru wersja wydarzeń, w której swoje trzy grosze mieli wtrącić naziści. Po porażce Niemców z Norwegią w innym ćwierćfinale gospodarze za wszelką cenę chcieli, żeby to Austria jako przedstawiciele aryjskiej rasy wyszła zwycięsko z pojedynku z Peru. Mówiło się, że naciski w tej sprawie miał wywierać sam Adolf Hitler. Mało to jednak prawdopodobne, bo pierwszy raz na meczu piłkarskim był właśnie podczas starcia z Norwegią, a futbol był daleko na liście jego ulubionych sportów. Niemniej ta wersja przez lata pokutowała wśród peruwiańskich kibiców i dopiero niedawno te teorie obalono. W półfinale Austriacy spotkali się z Polską. Nieoczekiwanie wygrali 3:1 i zameldowali się w finale. Tam jednak musieli uznać wyższość Włochów i zadowolić się srebrnymi medalami. Dla większości tamtych piłkarzy to największy sukces w karierze. Peruwiańczycy do domu wrócili w połowie września. Rodacy witali ich jak bohaterów narodowych. Wręczono im złote medale i nazywano prawdziwymi mistrzami. Jedną z przełęczy w Andach nazwano na cześć berlińskiego zwycięstwa Punta Olímpica. Swoje piłkarskie umiejętności Peruwiańczycy potwierdzili w 1939 r. Na rozgrywanych u siebie mistrzostwach Ameryki Południowej wygrali wszystkie mecze i zdobyli swój pierwszy tytuł. Na igrzyskach peruwiańscy piłkarze następny raz zagrali w 1960 r. w Rzymie, gdzie przegrali wszystkie mecze. Dziesięć lat później wrócili na mistrzostwa świata. Olimpijski dorobek Peruwiańczyków to ciągle tylko jeden złoty medal i trzy srebrne. Kto wie, czy nie byłby on bogatszy, gdyby mecz Peru – Austria odbywał się w normalnych warunkach.

4

@FCBparasiempre
Igrzyska olimpijskie w Berlinie były wyjątkowe z kilku powodów. Pierwszy raz zapalono znicz od przyniesionego z Grecji ognia olimpijskiego, a wydarzenia ze sportowych aren po raz pierwszy transmitowano w telewizji. Po raz pierwszy też sport olimpijski stał się tak ważnym narzędziem w rękach polityki, a wielu omamionych hitlerowską propagandą Niemców spodziewało się triumfu aryjskiej rasy panów nad resztą świata. Nie brakowało również kontrowersji. Jedne z największych towarzyszyły turniejowi piłkarskiemu i ćwierćfinałowemu spotkaniu Peru – Austria. Mimo że na boisku wyraźnie lepsi byli Peruwiańczycy, to do gier o medale przeszli Austriacy. Lata trzydzieste XX wieku to czas, w którym Peru dysponowało naprawdę utalentowanym piłkarskim pokoleniem. Narodowa reprezentacja wzięła udział w premierowym turnieju o mistrzostwo świata i choć nie wyszła z grupy, to na urugwajskiej publiczności zrobiła spore wrażenie swoimi umiejętnościami. W Berlinie Peruwiańczycy byli jednymi przedstawicielami południowoamerykańskiego futbolu. Dla sporej grupy z nich nie była to jednak pierwsza wizyta w Europie. We wrześniu 1933 r. na europejskie tournée wybrał się zespół określany jako Combinado del Pacífico. Drużyna ta była złożona z graczy klubów Universitario de Deportes, Alianza Lima i Atlético Chalaco z Peru oraz z chilijskiego Colo-Colo. Wielu spośród zawodników miało za sobą występy w narodowych reprezentacjach. W Europie bawili aż do lutego 1934 r. i rozegrali w ciągu tych kilku miesięcy grubo ponad trzydzieści spotkań. Odwiedzili m.in. Irlandię, Szkocję, Anglię, Holandię, Czechosłowację, Niemcy, Francję czy Hiszpanię. Organizacja całej wyprawy pozostawiała wszakże trochę do życzenia i niejednokrotnie zdarzało się, że zawodnicy musieli rozgrywać mecze dzień po dniu. Wyniki były różne, zdarzały się dotkliwe porażki, ale i wysokie zwycięstwa. Ogólnie jednak Peruwiańczycy zostawili po sobie całkiem dobre wrażenie. Najbardziej w pamięć europejskim kibicom zapadły strzeleckie popisy Teodoro Lolo Fernándeza, który według niektórych źródeł miał strzelić podczas całego tournée aż 48 bramek. Obok niego największymi gwiazdami zespołu byli kierujący defensywą jego brat Arturo Fernández, bramkarz Juan Mago Valdivieso i grający w napadzie Alejandro Manguera Villanueva. To oni stanowili trzon peruwiańskiej ekipy na rozgrywanych w 1935 r. mistrzostwach Ameryki Południowej. Turniej zorganizowano w Limie, żeby uczcić w ten sposób 400-lecie miasta. Wzięły w nim udział ledwie cztery ekipy. Oprócz gospodarzy były to Urugwaj, Argentyna i Chile. Ze startu wycofały się wcześniej Brazylia, Boliwia i Paragwaj. Najlepsi okazali się Urugwajczycy, którzy wygrali wszystkie mecze. Druga lokata przypadła Argentynie, a trzecia Peru. Mistrz zyskiwał prawo startu w berlińskich igrzyskach, ale zarówno Urugwaj, jak i Argentyna z powodów ekonomicznych zrezygnowały z udziału w olimpijskim turnieju. Zdecydowano więc, że reprezentantem Ameryki Południowej w Berlinie będzie reprezentacja Peru. W swoim premierowym występie w olimpijskim turnieju Peru mierzyło się z Finlandią. Finowie dysponowali wówczas znakomitymi długodystansowcami, ale w futbolu nie znaczyli zbyt wiele. W grach zespołowych zdecydowanie lepiej czuli się na lodzie niż na trawie. Do ich największych przedwojennych sukcesów można zaliczyć jedynie pojedyncze zwycięstwa nad Danią, Norwegią czy Szwecją. Poza krajami nordyckimi często grali też z Litwą, Łotwą czy Estonią, ale reprezentacje te były wówczas na peryferiach wielkiego europejskiego futbolu. Kilka tygodni przed wyjazdem do Berlina przegrali u siebie z Danią 1:4 i na igrzyska jechali w raczej średnich nastrojach. Peruwiańczycy przystąpili do gry z wielką werwą i wiarą we własne umiejętności. Bardzo szybko wypracowali sobie przewagę i kontrolowali przebieg spotkania. Wynik już w 17. minucie otworzył Lolo Fernández. Dalej źródła różnie podają kolejność strzelców, ale na przerwę Peru schodziło przy prowadzeniu 3:1. W drugiej połowie dorzucili kolejne cztery trafienia, a Finowie myśleli już tylko o tym, żeby sędzia jak najszybciej zakończył to widowisko. Fernández w sumie pięć razy wpisał się na listę strzelców, a kolejne dwa trafienia dołożył Villanueva. Na dziesięć minut przed końcem Finom udało się co prawda strzelić dwa gole, ale tylko zmniejszyli tym rozmiary porażki.

Peru rozbiło Finlandię 7:3 i nie pozostawiło rywalom złudzeń, kto jest lepszy. Narcyz Süssermann, który po wojnie zmieni nazwisko na Tadeusz Maliszewski, chwalił występ Peruwiańczyków, ale jednocześnie współczuł Finom. Fiński związek piłki nożnej miał upierać się przy decyzji o wyjeździe piłkarzy do Berlina, wbrew woli tamtejszego komitetu olimpijskiego. Dziennikarz zauważał też, że piłkarzy Peru nie można lekceważyć. Byli jedynym przedstawicielem swojego kontynentu i zamierzali się naprawdę godnie zaprezentować. Nie wiemy, czy i inni nie odczują na skórze swej lwi pazur Peruwiańczyków, którzy mają widocznie zamiar znów wywalczyć sobie w Europie respekt dla wielkiego kunsztu południowej Ameryki– czytamy w Przeglądzie Sportowym z 8 sierpnia 1936 r. Ich ćwierćfinałowym przeciwnikiem miała być drużyna Austrii. W latach trzydziestych austriacka reprezentacja należała do najsilniejszych na świecie. Grą słynnego Wunderteamu, którym opiekował się znakomity Hugo Meisl, zachwycano się w całej Europie, a sława takich graczy jak Matthias Sindelar czy Josef Bican wykraczała daleko poza granice kraju. Do Berlina jednak wysłano zespół złożony z amatorów, bo już w 1924 r. wprowadzono w austriackim futbolu zawodowstwo. Pierwszym przeciwnikiem, z jakim na igrzyskach mierzyli się austriaccy amatorzy, był zespół Egiptu. Dla Egipcjan była to już druga duża piłkarska impreza w ciągu ostatnich kilku lat. W 1934 r. po łatwych zwycięstwach nad reprezentacją Mandatu Palestyny zakwalifikowali się na mistrzostwa świata we Włoszech jako pierwsza w historii drużyna z Afryki. Na turnieju w rozgrywanym w Neapolu spotkaniu mierzyli się z silną drużyną Węgier. Po pół godziny przegrywali już 0:2, ale jeszcze w pierwszej połowie dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Abdulrahman Fawzi i na przerwę oba zespoły schodziły przy wyniku 2:2. W drugiej części gry Węgrzy zdołali jednak przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Strzelili dwie kolejne bramki i wygrali 4:2. Egipt pozostawił jednak po sobie bardzo dobre wrażenie i pokazał, że afrykańskiego futbolu nie powinno się lekceważyć. 5 sierpnia 1936 r. w składzie Egipcjan na mecz z Austrią było kilku zawodników, którzy pamiętali pojedynek z Węgrami. Brakowało co prawda Fawziego, ale prasa wskazywała właśnie Afrykanów jako faworytów tego starcia. Nieoczekiwanie jednak ambitni Austriacy pokazali się z bardzo dobrej strony i zaskoczyli wszystkich swoją skuteczną grą. Już na początku meczu strzelili dwa gole i mogli kontrolować przebieg spotkania. Po przerwie nie stracili koncentracji i dorzucili jeszcze jedno trafienie po błędzie egipskiego bramkarza, który nie potrafił utrzymać piłki w rękach. Egipt był w stanie odpowiedzieć tylko jednym trafieniem i po porażce 1:3 pożegnał się z turniejem. Skończyła się chwilowo passa niespodzianek. Ostatnią sprawiła Austria, wygrywając wbrew ogólnym oczekiwaniom pewnie z Egiptem 3:1. Amatorzy austriaccy okazali się godnymi nosicielami wielkich tradycyj piłkarskich swego kraju. Zademonstrowali berlińczykom grę nie tylko skuteczną, ale i dobrą. Wykazali, że wbrew panującym tutaj nagminnie pojęciom, wygrać można równie dobrze, mając wszystkich pięciu napastników z przodu i nie ściągając środkowego pomocnika kurczowo do tyłu – oceniał ich grę Narcyz Süssermann na łamach Przeglądu Sportowego z 8 sierpnia 1936 r. Ćwierćfinałowy pojedynek Peru – Austria zaplanowano 8 sierpnia na stadionie berlińskiej Herthy. Peruwiańczycy po pewnym zwycięstwie nad Finlandią w oczach wielu ekspertów stali się jednymi z głównych faworytów do końcowego triumfu. Austria była niedoceniania i traktowana nieco lekceważąco. Mało kto wierzył, że ambitni amatorzy będą w stanie nawiązać równorzędną walkę z południowoamerykańskimi wirtuozami. Jednak ku zaskoczeniu zarówno ekspertów, jak i kibiców, to właśnie Austriacy lepiej zaczęli spotkanie. Grali odważnie i chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. W 23. minucie meczu wyszli na prowadzenie po trafieniu Waltera Werginza. Kilkanaście minut później Juan Valdivieso po raz drugi musiał wyciągać piłkę z siatki. Tym razem pokonał go Klement Steinmetz. Do końca pierwszej połowy pozostawało wtedy osiem minut, ale przez ten czas żadna z ekip nie była w stanie stworzyć zagrożenia pod bramką rywali.

Sytuacja zmieniła się po zmianie stron. Początkowo walka toczyła się w środkowej strefie boiska, ale wkrótce Peruwiańczycy ostro wzięli się za odrabianie strat i na bramkę Austrii sunął atak za atakiem. Nie przynosiło to jednak spodziewanych efektów, bo brakowało skuteczności. Po godzinie gry boisko wskutek urazu musiał opuścić Austriak Adolf Laudon. Gazeta Freie Stimmen pisała później, że wcześniej piłkarz został kopnięty w brzuch. Peru grało więc z przewagą jednego zawodnika i wkrótce tę przewagę udało im się wykorzystać. Na kwadrans przed końcem kontaktowego gola strzelił Jorge Campolo Alcalde. Niektóre źródła jednak, w tym nasz Ilustrowany Kuryer Codzienny, podają, że był to gol samobójczy, który padł w zamieszaniu pod austriacką bramką. Peru poszło za ciosem i już sześć minut później mogło cieszyć się z wyrównania. Po mocnym uderzeniu Lolo Fernándeza piłka odbiła się od poprzeczki, ale w pobliżu był Alejandro Villanueva, który natychmiast skierował futbolówkę do siatki. Mimo zaciekłych ataków Peruwiańczyków wynik 2:2 utrzymał się do końca drugiej połowy i norweski sędzia Thoralf Kristiansen zarządził dogrywkę. W dogrywce na boisku grał już tylko jeden zespół. Peruwiańczycy raz za razem atakowali bramkę rywali. W ciągu 30 minut dodatkowego czasu strzelili aż pięć bramek. Norweski sędzia jednak aż trzech z tych goli nie uznał. Dopiero bramka Villanuevy w 117. minucie dała Peru prowadzenie, a zwycięstwo zostało przypieczętowane trafieniem Fernándeza na minutę przed końcem meczu. Goście z Ameryki Południowej wygrali 4:2 i wydawało się, że mogą się szykować do półfinałowego meczu z Polską. Kierownictwo austriackiej ekipy wystosowało jednak oficjalny protest. Prezydent tamtejszej federacji Richard Eberstaller w złożonym na ręce FIFA piśmie wzywał do unieważnienia wyniku spotkania z powodu niespotykanie brutalnych ekscesów Peruwiańczyków, jak również z uwagi na powtarzające się zakłócanie przebiegu gry przez wtargnięcie publiczności na boisko. W skład Jury d’Appel weszli prezydent FIFA Francuz Jules Rimet, Włoch Giovanni Mauro, Belg Rodolphe William Seeldrayers, Szwed Anton Johanson i Rudolf Pelikán z Czechosłowacji. Warto zauważyć, że w komisji próżno szukać jakiekolwiek przedstawiciela Ameryki Południowej. Nie wiadomo też, czy Peru dostało w ogóle szansę przedstawienia swojego stanowiska. Początkowo nie chciano wierzyć, by nastąpić mogła jakaś rewelacyjna decyzja. Przypuszczano raczej, że utartym zwyczajem protest pójdzie do aktów i mecz zostanie zweryfikowany ściśle według wyniku uzyskanego na boisku. Tymczasem z sali obrad przenikać zaczęły jakieś nieskontrolowane wieści o prawdopodobnej powtórce, przy drzwiach zamkniętych, z dopuszczeniem jedynie oficjelów i prasy. Panowie z FIFA zachowywali tajemnicze milczenie. Późno, bardzo późno ukazał się komunikat potwierdzający pogłoski. W jego pierwszej redakcji nie podano jeszcze motywów tej niezwykłej decyzji, ograniczając się jedynie do zapowiedzi, że zostaną one później ogłoszone. Pojawiły się też one w nocnym biuletynie, w stylizacji przypominającej mocno noty Ligi Narodów ­– relacjonował na łamach Przeglądu Sportowego Narcyz Süssermann. Głównym powodem podjęcia decyzji o powtórzeniu meczu był fakt, że jeden z austriackich zawodników miał zostać poturbowany przez peruwiańskich kibiców, którzy w pewnym momencie wtargnęli na boisku. W oficjalnym raporcie z igrzysk zauważono, że dochodzenie komisji wykazało, że: ,,Istniały czynniki utrudniające normalny przebieg wydarzeń w trakcie meczu i choć nie można zgłaszać zastrzeżeń do strony technicznej, to materialna organizacja turnieju przewidziana przez zwyczajowe przepisy zawiodła z powodu zaistnienia nieprzewidzianych okoliczności, tak więc nie można było zapobiec wtargnięciu widzów na boisko i niemożliwym było też powstrzymanie jednego z tych widzów przed kopnięciem jednego z graczy”. W raporcie odnotowano również, że wydarzenia te spowodowały w austriackiej ekipie spadek energii walki zespołu oraz że takich incydentów nie da się pogodzić z duchem dobrej sportowej rywalizacji. Zaznaczano też, że komisja nie była w stanie jednoznacznie wskazać winnego.

12

Wisła z Barçą jak równy z równym:

8 sierpnia 2000 r. na stadionie im. Henryka Reymana, FC Barcelona pokonała Wisłe Kraków 3:4 w ramach 3 rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Blaugrana grała wówczas w czarnych opaskach z powodu śmierci ojca Javiera Savioli. Spotkanie miało bardzo dramatyczny przebieg. Wisła objęła prowadzenie lecz Rivaldo wyrównał w 31 minucie z rzutu karnego po faulu na Kluivercie. Zaledwie 30 sekund później drugiego gola zdobył Grzegorz Pater, ponownie wyprowadzając ,,Białą Gwiazde” na prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo. W 34 minucie Rivaldo znów doprowadził do wyrównania. Szaloną pierwszą połowe golem zamknął Tomasz Frankowski. W drugiej części gry mistrzowie Polski opadli jednak z sił i Patrick Kluivert strzelił najpierw gola a następnie wyłożył piłke Rivaldo, który skompletował hattricka i zapewnił Dumie Katalonii zwycięstwo.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

6

Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:

8 sierpnia 1951 r. urodził się Luis Van Gaal, dwukrotny trener FC Barcelony. W młodości był całkiem niezłym piłkarzem lecz nie przebił się do pierwszej drużyny Ajaxu, gdzie zaczynał jako zawodnik rezerw. Największą karierę zrobił w Sparcie Rotterdam, której barw bronił w latach 1978-86. Kilka lat po zawieszeniu butów na kołku został szkoleniowcem Ajaxu, z którym w latach 1991-97 wygrał aż 11 trofeów, w tym Lige Mistrzów w 1995. Z Amsterdamu trafił na Camp Nou i jego pierwsza przygoda z Dumą Katalonii trwała 3 lata co dało 170 spotkań. Dwa mistrzostwa kraju, Puchar Króla oraz Superpuchar Europy były jednak zbyt słabymi wynikami dla klubu, który chciał błyszczeć w Lidze Mistrzów. Van Gaal odszedł do sztabu reprezentacji Holandii lecz w 2002 r. powrócił do prowadzenia Blaugrany. Tym razem jego przygoda w Katalonii trwała bardzo krótko – został zwolniony po 31 meczach, z których jego zespół przegrał aż 10! Następnie trenował AZ Alkmaar i Bayern Monachium a w 2012 r. ponownie przejął reprezentacje ,,Oranje”.



@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

7 sierpnia 1900 r. w Krakowie urodził się Leon Sperling, jedna z legend krakowskiej piłki, związany z Jutrzenką (z której się wywodził) oraz Cracovią, w której święcił największe sukcesy. Pomimo drobnej postury i niskiego wzrostu był jednym z najlepszych skrzydłowych w kraju. Wyróżniała go zwinność i spryt. Wielu uważało go za „czarodzieja piłki”, budził podziw olśniewającą techniką, wspaniałym dryblingiem i znakomitymi dośrodkowaniami. Karierę piłkarską zakończył w 1934 r. Po niej zajął się pracą jako urzędnik bankowy. W barwach Cracovii rozegrał 381 meczów, co plasuje go na 10. miejscu wśród piłkarzy z największą liczbą występów. Z drużyną tą zdobył trzy mistrzostwa kraju oraz Puchar Polski. Poza tym regularnie występował również w reprezentacji narodowej, biorąc udział w igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Wystąpił w pierwszym, historycznym meczu naszej reprezentacji. Swojego pierwszego gola zdobył w meczu z Turcją 2 października 1925 r. Ostatni raz nasz kraj reprezentował w 1930 r. w pojedynku ze Szwecją. Wybuch wojny zmusił go do opuszczenia Krakowa z obawy przed holokaustem. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako trener. Niestety niedługo później naziści przejęli okupowane przez sowietów miasto a Sperling trafił do getta. Podobnie jak Steuermann i wielu innych piłkarzy żydowskiego pochodzenia wziął udział w wygranym meczu przeciwko drużynie żołnierzy niemieckich, co przypłacił życiem. W Reprezentacji rozegrał 16 meczów, strzelając 2 gole.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
@Mixtape

1

@Barca1922 No wówczas to rzeczywiście był świetny ale z każdym rokiem coraz gorszy i gorszy...

9

Wspominamy bo warto!

7 sierpnia 1996 r. Widzew Łódź pokonał u siebie Brøndby IF 2-1 w eliminacjach Ligi Mistrzów Gole dla gospodarzy zdobyli: Jacek Dembiński 63' i Sławomir Majak 73’. W czasach, w których drzwi do europejskiej elity dla mistrza Polski otwierały się już po pokonaniu jednego rywala, los przydzielił Widzewowi w eliminacjach ekipę Brøndby. W powszechnej opinii był to rywal w zasięgu ambitnie grających piłkarzy Franciszka Smudy, którzy po tytuł w kraju sięgnęli nie ponosząc choćby jednej porażki. Przed rewanżem na terenie rywala udało się co prawda wypracować niewielką przewagę, ale kibice czerwono-biało-czerwonych żałowali, że ich drużyna nie utrzymała dwubramkowej zaliczki. Wynik 2:1 sprawiał jednak, że dwa tygodnie później w Danii można było się spodziewać wielkich emocji


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

15

Charyzmatyczny i odważny:

Dokładnie 20 lat temu Carles Puyol przemówił: ,,Jeżeli to ma pomóc, odejde”. W 2003 r. Duma Katalonii znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Nowe władze wykazały że klub posiada rekordowy deficyt(164 miliony euro) oraz dług(218 milionów). Jednym z powodów tak fatalnych wyników były niespodziewane wydatki- wypożyczenia Mendiety i Sorina, zwolnienie Van Gaala i zatrudnienie Anticia, które w sumie złożyły się na kwote 27 milionów euro. Manchester United znając problemy finansowe Katalończyków, złożył oficjalne zapytanie w sprawie Puyola. Obrońca w wywiadzie zgodził się na ewentualny transfer gdyby wymagała tego sytuacja: ,,Jeżeli ktoś się po mnie zgłosi i Barça zaakceptuje te ofertę, to zgodzę się na transfer. Nie pójdę jednak do władz i nie powiem że chce odejść. Chciałbym wygrać jakiś tytuł, jestem to winny kibicom”- oznajmił popularny ,,Tarzan”. Na szczęście działacze postawili na cięcie kosztów w innych miejscach. Puyol został w Blaugranie aż do zakończenia swojej kariery. Niewiele brakowało a Joanowi Gaspartowi, który mocno zadłużył klub, zawdzięczalibyśmy sprzedaż ,,Tarzana”…


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

9

Pamiętamy?

Dokładnie rok temu(8.08.2022) Robert Lewandowski strzelił swojego debiutanckiego gola w barwach ,,Blaugrana” i to już w 3 minucie. Miało to miejsce na Camp Nou w meczu o Puchar Gampera, w którym FC Barcelona pokonała meksykański Pumas UNAM aż 6:0!



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

Ta nie wyobrażalna a zarazem urzekająca pasja w oczach naszego ,,kochanego Pepito", to jest coś fantastycznego! Jakżesz ja bym był w ,,siódmym niebie" gdyby Pepito wrócił i objął ponownie ,,naszą Barcunie". Tylko czy to wogóle jest realne?

1

@michal26 No TVP nie puszcza, zgadza się ale w Sportowym Wieczorze właśnie na TVP Sport, niemal codziennie o tym mówią i pokazują urywki :)

5

@michal26 Naprawde nie wiedziałeś że odbywają się mistrzostwa świata kobiet? Ja z miłą chęcią bym je oglądał ale po pierwsze tylko w soboty i niedziele(bo wiadomo w tygodniu robota) a po drugie nie mam tego ,,cholernego" viaplay!

5

@FCBparasiempre
Mário Coluna. To on zaopiekował się młodym Eusébio, kiedy ten trafił do Europy, a dzięki swoim umiejętnościom świetnie dyrygował grą partnerów zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Był jednym z najlepszych pomocników swoich czasów. Położona przy południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki wyspa Inhaca (port. Ihla da Inhaca) po raz pierwszy w świadomości Europejczyków zaistniała w połowie XV w. Wtedy to portugalski kupiec Lourenço Marques penetrował tereny przy ujściu rzeki Maputo, gdzie dziś leży stolica Mozambiku o tej samej nazwie. Niedługo później powstała w tym miejscu osada, którą na cześć kupca nazwano jego imieniem, podobnie jak zatokę, nad którą leżała. Po drugiej stronie tej niewielkiej zatoki położona jest właśnie wspomniana wyspa, która swoją nazwę zawdzięcza z kolei wodzowi ludu Tsonga o imieniu Nhaca. Nie wchodząc w historyczne szczegóły, przez kolejne lata na okolicznych terenach kwitł handel niewolnikami i kością słoniową, a pod koniec XIX w. na wyspie zbudowano latarnię morską. Od początku XX stulecia w portugalskich posiadłościach w Afryce nasilał się proces systematycznego ograniczania praw tubylców i ich marginalizacja na rzecz Portugalczyków. W końcu w 1930 r. wszedł w życie Akt kolonialny, który przekształcił tereny dzisiejszego Mozambiku w posiadłość zarządzaną przez metropolię (tak określano centralne terytorium imperium kolonialnego). Pięć lat po tym wydarzeniu na świat przyszedł Mário Esteves Coluna. Urodził się 6 sierpnia 1935 r. właśnie na wyspie Inhaca w osadzie o tej samej nazwie. Pochodził z mieszanej rodziny. Jego ojciec José Maria Coluna był Portugalczykiem i pochodził z regionu Beira w centralnej Portugalii a matka Lúcia Chibure wywodziła się z okolic miasta Machanga w środkowym Mozambiku. Mały Mário od najmłodszych lat z upodobaniem spędzał czas na aktywności fizycznej. Już jako dziecko potrafił wspinać się na drzewa mango i nerkowca, nie robiąc sobie przy tym nic z zakazów rodziców. Dorastał w bardzo skromnych warunkach na przedmieściach Lourenço Marques w dzielnicy Alto Maé. W tej samej okolicy wychowywali się także Hilário da Conceição i Vicente Lucas, którzy będą ważnymi częściami portugalskiej reprezentacji w 1966 r., a także znakomity Matateu (prywatnie brat Vicente Lucasa), który przecierał szlaki mozambijskim piłkarzom w Portugalii na początku lat 50. Mimo że dorastał w biedzie, to rodzice zadbali o to, żeby zaszczepić w nim odpowiednie wartości. Jako nastolatek Mário był dość grzeczny i zdyscyplinowany, potrafił się ładnie wypowiadać i szybko nauczył się czytać, co nie było wówczas tak oczywiste, jak dzisiaj. Wcześnie też musiał zacząć pracować, żeby pomóc rodzinie.

Nie zapominał przy tym jednak o sporcie. Bardzo dobrze radził sobie w boksie, a kiedy zainteresował się lekkoatletyką, nie potrzebował wiele czasu, żeby pobić rekord kraju w skoku wzwyż. Wynik 1,82 m pozwalał nawet marzyć o występie na igrzyskach olimpijskich (w Helsinkach w 1952 r. rezultat ten dałby mu miejsce pod koniec drugiej dziesiątki). Na szczęście dla całego piłkarskiego świata bardzo dobrze czuł się też na boisku, kopiąc piłkę. To w futbolu właśnie dostrzegł szansę wyrwania się z biedy i marazmu i postanowił ją wykorzystać. Porzucił marzenia o zawodzie mechanika samochodowego i coraz bardziej skupiał się na futbolu. Początkowo grywał w małych klubach, takich jak Clube Desportivo João Albasini i Clube Ferroviário de Lourenço Marques. Jednym z największych klubów w stolicy kolonii był założony w 1921 r. Grupo Desportivo de Lourenço Marques. Z uwagi na rasowe uprzedzenia dla Coluny drzwi tego klubu były przez pewien czas zamknięte. Nie pomógł w tym nawet fakt, że w zakładaniu klubu pomagał jego ojciec, który zaliczył w zespole nawet epizod jako bramkarz. Dopiero kiedy Mário udowodnił swoją wartość, grając dla Ferroviário, sytuacja uległa zmianie. Lokalny potentat nie mógł sobie pozwolić na stratę utalentowanego nastolatka i w 1951 r. Coluna został zawodnikiem Grupo Desportivo. Na starcie swojego pobytu w klubie próbował swoich sił również jako koszykarz. Na parkiecie umiejętności wystarczało mu jednak tylko na występy w drużynie rezerw, więc wkrótce w całości poświęcił się piłce nożnej. Szybko wywalczył sobie miejsce w składzie i dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. W Portugalskiej Afryce Wschodniej, którą od 1952 r. przemianowano na Mozambik, nie było wówczas ogólnokrajowej ligi. Kluby piłkarskie rywalizowały w rozgrywkach lokalnych. Najwyższy poziom sportowy był naturalnie w rejonie stolicy i to właśnie w mistrzostwach dystryktu Lourenço Marques zaczynała błyszczeć gwiazda Coluny. Ferroviário trzykrotnie z rzędu zdobywało tytuł mistrzowski w latach 1949-51, ale kiedy Coluna przeniósł się do Grupo Desportivo, to w 1952 r. ta drużyna mogła cieszyć się z triumfu. Nasz bohater miał wówczas ledwie 17 lat, ale z roku na roku wchodził na coraz wyższy poziom. O jego talencie i umiejętnościach robiło się coraz głośniej i kwestią czasu było, aż zwróci na siebie uwagę klubów z Portugalii.

Zanim jednak trafił do Europy, zdążył się dać we znaki sąsiadom z południa. Sukces, jakim dla Grupo Desportivo była wygrana w lokalnych rozgrywkach, a także stabilna i dobra forma całego zespołu nie pozostały niezauważone. Pewnego dnia do klubu wpłynęła propozycja rozegrania towarzyskiego spotkania w Związku Południowej Afryki. Niestety z uwagi na fakt, że w tym ówczesnym brytyjskim dominium nasilała się w tamtych latach polityka apartheidu, Coluna jako ciemnoskóry nie mógł wziąć udziału w tym meczu. Mozambijski klub złożony w całości z białych graczy przegrał tamto spotkanie 1:2. Jednak w rewanżu, który odbył się w Lourenço Marques, nic nie stało na przeszkodzie, żeby Coluna wystąpił od pierwszych minut. Gospodarze roznieśli w pył zawodników ze Związku Południowej Afryki, wygrywając aż 7:0. Zaledwie 17-letni Mário dał tamtego dnia prawdziwy popis swoich strzeleckich umiejętności, stając się autorem wszystkich siedmiu trafień. Nastoletni Coluna miał już wówczas w Mozambiku status gwiazdy. Mimo młodego wieku imponował przeglądem pola i zaczynał wykazywać coraz więcej cech przywódczych. Aktywność ruchowa od najmłodszych lat w późniejszym wieku zaowocowała znakomitym przygotowaniem fizycznym. Do tego trzeba doliczyć skuteczność pod bramką rywali, a także ogromną ambicję i zaangażowanie w grę. Wkrótce największe portugalskie kluby rozpoczęły między sobą wyścig o pozyskanie wielce utalentowanego młodzieńca. Jako pierwsi do konkretów przeszli działacze FC Porto, ale spotkali się z odmową. Niepowodzeniem zakończyła się też próba pozyskania Coluny przez Sporting, który podwoił złożoną przez Smoki ofertę. Grupo Desportivo de Lourenço Marques było satelickim klubem Benfiki i ojciec Mário cierpliwie i z nadzieją czekał na ruch przedstawicieli Orłów. Dopiero kiedy ci złożyli ofertę, Coluna otrzymał zgodę na odejście z klubu. Do Lizbony przeniósł się w 1954 r. Miał wówczas 19 lat i z optymizmem zapatrywał się na swoją przyszłość w zespole. Benfica wkraczała wówczas w swój najlepszy w historii okres. W 1952 r. prezydentem klubu został Joaquim Ferreira Bogalho, który miał ambicję zbudować prawdziwie profesjonalny klub. W tym celu podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Prace przy budowie oficjalnie rozpoczęto 14 czerwca 1953 r., a już 1 grudnia 1954 r. (w dniu narodowego święta) nowo wybudowane Estádio da Luz było areną prestiżowego pojedynku z FC Porto. Do dyspozycji graczy oddano także nowe centrum treningowe, które określano mianem Lar do Jogador (w dosłownym tłumaczeniu „dom graczy”). W tym samym czasie, co Coluna, do klubu dołączyli też ściągnięty z Ferroviário bramkarz Alberto da Costa Pereira i mający za sobą pracę w Vasco da Gama brazylijski trener Otto Glória. Benfica stanie się dla Coluny domem na kolejne kilkanaście lat, ale początki pobytu w Europie wcale nie były dla młodego zawodnika łatwe. Po trwającej 34 godziny podróży z Mozambiku został tymczasowo zakwaterowany w ośrodku treningowym, gdyż klub nie zdążył mu jeszcze zorganizować stałego lokum w Lizbonie. Musiał też szybko przystosować się do europejskiego, wielkomiejskiego życia, co w nowym otoczeniu z pewnością nie było łatwe. Samo wejście do drużyny też nie było dla urodzonego w Mozambiku piłkarza łatwe. Pierwszy raz czerwoną koszulkę Benfiki założył w sparingowym starciu z FC Porto. Debiut ligowy z kolei zaliczył w wygranym 5:0 meczu z Vitórią Setúbal. Od razu przy tym zabrał się za przekonywanie do siebie kibiców, strzelając dwie bramki. Brazylijski szkoleniowiec Otto Glória miał zamiar grać popularnym wówczas w swojej ojczyźnie ustawieniem 4-2-4. W Benfice stosował je jednak dość elastycznie, uwzględniając przy tym klasę rywala i umiejętności własnych podopiecznych. Mimo że Coluna przyjechał do Lizbony z etykietą skutecznego snajpera, to trener potrzebował trochę czasu, żeby znaleźć mu miejsce na boisku. W ataku niepodważalną pozycję miał wówczas pochodzący z Angoli José Águas. Coluna początkowo był ustawiany obok niego, potem został przesunięty bliżej lewej strony, ale swoją postawą na boisku nie do końca potrafił przekonać do siebie sztab szkoleniowy. Nie był pierwszym wyborem brazylijskiego trenera i nie zawsze pojawiał się na murawie. Co zrozumiałe, samemu piłkarzowi rola rezerwowego też nie odpowiadała i w tym trudnym dla siebie czasie przez moment nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Na szczęście Glória postanowił spróbować przesunąć go bliżej środka boiska. Dostrzegł w nim naturalne predyspozycje do roli rozgrywającego. Widział, że młokos ma bardzo dobry przegląd pola i dobrze potrafi obsłużyć podaniem kolegów, więc zaryzykował. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę i przez kolejne lata Coluna dzielił i rządził w środku pola Benfiki. Dzięki swojej sile, umiejętnościom technicznym a przede wszystkim dzięki wizji gry bardzo szybko stał się jednym z kluczowych graczy lizbońskiej drużyny. Mimo trudnych początków swój debiutancki sezon w stolicy Portugalii zakończył z 14 golami na koncie, pokazując, że potrafi też bardzo dobrze uderzyć z dystansu. Miał w ten sposób swój niemały udział w zdobycie przez klub mistrzostwa kraju i przerwaniu tym samym czteroletniej dominacji Sportingu. Co ciekawe losy tytułu ważyły się do ostatniej kolejki. Benfica swój mecz wygrała, ale to wcale nie gwarantowało jej jeszcze mistrzostwa. Kluczowy był wynik meczu pomiędzy Sportingiem a trzecim wielkim klubem z Lizbony, czyli Belenenses. To ta ekipa, w której grał świetny Mateteu, miała tytuł na wyciągnięcie ręki. Prowadzili 2:1 i już powoli szykowali się do świętowania, ale stracona bramka w samej końcówce przekreśliła marzenia o sukcesie i ze swojego ósmego mistrzostwa w historii mogła cieszyć się ekipa Águias.

W kolejnym sezonie wystartowała inauguracyjna edycja Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Mimo że Benfica była mistrzem Portugalii, to francuski magazyn piłkarski L’Equipe do udziału zaprosił Sporting, który cieszył się wówczas w Europie większym uznaniem. Na swój debiut na europejskich salonach Coluna musiał więc jeszcze poczekać. Ta nadarzyła się w sezonie 1957/58. Po zdobyciu kolejnego mistrzostwa w 1957 r. Benfica na starcie Pucharu Mistrzów trafiła na hiszpańską Sevillę. Debiut nie okazał się jednak udany. Porażka 1:3 na wyjeździe i bezbramkowy remis u siebie oznaczały koniec przygody z pucharami. Jesienne niepowodzenie nie oznaczało, że Coluna z kolegami są za słabi na rywalizację z najlepszymi. W lipcu tego samego roku z dobrej strony pokazali się w Pucharze Łacińskim. W półfinale pokonali francuskie AS Saint-Étienne, a w finałowym pojedynku okazali się tylko minimalnie gorsi od wielkiego wówczas Realu Madryt, przegrywając 0:1. Swoją klasę potwierdzali też na krajowym podwórku. Oprócz dwóch tytułów w 1955 i 1957 r. dorzucili w tych samych latach po Pucharze Portugalii. W 1959 r. Coluna po raz trzeci w karierze mógł wznieść to trofeum. Tym razem dubletu nie udało się ustrzelić, gdyż w ligowej tabeli Benfikę dzięki lepszej różnicy bramek wyprzedziło FC Porto. Po tamtym sezonie z klubem pożegnał się Otto Glória, który przeniósł się do Belenenses. Miesiąc po jego odejściu w klubie zjawił się inny wielki trener z wizją, pod którego wodzą Benfica osiągnęła największe sukcesy w historii. Tym kimś był oczywiście Béla Guttmann. Węgierski szkoleniowiec już w pierwszym roku swojego pobytu w klubie doprowadził zespół do mistrzostwa (dla niego osobiście było to drugie mistrzostwo z rzędu, bo to on był trenerem FC Porto, które rok wcześniej sprzątnęło Benfice tytuł sprzed nosa). Dzięki temu dla Coluny i kolegów stworzyła się kolejna szansa pokazania się w Europie. Guttmann wiedział jednak, że jeśli jego podopieczni mają osiągnąć sukces, to muszą na bok odłożyć swoje indywidualne zapędy i stworzyć drużynę, gdzie na pierwszym miejscu będzie dobro wspólne całego zespołu. ,,Jesienią 1960, Benfica była już inną drużyną niż w czasie debiutu w europejskich rozgrywkach pucharowych. Lepszą, rozumiejącą zasady nowoczesnego futbolu, pełną ambicji odegrania niepośledniej roli”– pisał o przemianie lizbońskiej ekipy Janusz Dobrzyński. Coluna był jednym z kluczowych elementów układanki węgierskiego szkoleniowca i jednym z tych piłkarzy, od których Guttmann rozpoczynał ustalanie składu. Pierwszym rywalem po powrocie na europejskie salony było szkockie Heart of Midlothian. Portugalska ekipa nie miała z przeciwnikami większych kłopotów i pewnie wygrała oba mecze. Następni w kolejce czekali już Węgrzy z Újpesti Dózsa. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, która z drużyn jest lepsza, to zostały one rozwiane po pierwszym starciu na Estadio da Luz. Benfica rozbiła mistrzów Węgier aż 6:2, a tym, który rozpoczął kanonadę, był nie kto inny, jak Coluna. Wobec tak wysokiej wygranej rewanż był już tylko formalnością i Benfica zameldowała się w ćwierćfinale. Tutaj czekało ich starcie z duńskim AGF. Amatorzy z Aarhus nie byli jednak w stanie nawiązać równorzędnej walki z maszyną z Lizbony i w dwumeczu przegrali 2:7. Na drodze do wielkiego finału stał jeszcze wiedeński Rapid. Austriacka ekipa również musiała w Lizbonie przełknąć gorycz porażki i przegrała 0:3. Coluna znowu był tym, który otwierał wynik spotkania. W rewanżu długo utrzymywał się korzystny dla lizbończyków remis 1:1. Bardzo nie podobało się to wiedeńskiej publiczności, która na parę minut przed końcem wszczęła burdy, w wyniku których poszkodowane zostały aż 63 osoby. Parę dni po meczu UEFA zweryfikowała jego wynik jako walkower dla Benfiki. W ten sposób Portugalczycy znaleźli się w wielkim finale, gdzie naprzeciw im stanęła FC Barcelona. Katalońska drużyna w pokonanym polu zostawiła m.in. Real Madryt i HSV z Uwe Seelerem w składzie. W rozgrywanym na berneńskim stadionie Wankdorf finale to właśnie Blaugrana jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Cieszyła się z niego tylko 10 minut. Po tym czasie Benfica wyrównała, a chwilę później wyszła na prowadzenie. Raz jeszcze zacytujmy tutaj Janusza Dobrzyńskiego: ,,Defensorzy Benfiki doskonale kryli groźnych napastników katalońskich, utrudniając im budowanie akcji. Atak portugalski umiejętnie rozciągał grę, wykorzystując swoich szybkich skrzydłowych. Benfica być może miała trochę szczęście przed przerwą, gdy słońce świeciło w oczy Antonia Ramalletsa, który oślepiony jego promieniami najpierw przepuścił strzał José Aguasa a w minutę później chyba sam wepchnął piłkę do siatki po płaskim dośrodkowaniu Joaquima Santany(niektóre źródła podają tu Aguasa). Po przerwie znakomity Mário Coluna podwyższył na 3:1 wspaniałym strzałem z 18 metrów, oddanym w pełnym biegu w lewy róg bramki. Sytuacji nie była już w stanie zmienić bramka zdobyta dla Barçy przez drugiego Węgra w drużynie– Zoltana Czibora, choć należy zaznaczyć, że wcześniej dwa razy poprzeczka i tyleż raz słupki uchroniły portugalczyków od utarty gola. Puchar dla Benfiki, drugiego zespołu na honorowej liście zdobywców PEMK.

Prasa pisała o piłkarskim cudzie na Tagiem i że Benfica upaja jak porto. Portugalczycy o grze swoich ulubieńców potrafili mówić godzinami i był to główny temat rozmów w kawiarniach, restauracjach i tramwajach. W Bernie narodziła się wówczas wielka europejska drużyna. W klubie był już wówczas pewien młody, niesamowicie zdolny młodzieniec. Żeby dołączyć do drużyny, musiał pokonać równie długą drogę, co Coluna. W podróż do Lizbony wyruszał podobnie jak jego starszy kolega, z dalekiego Mozambiku. Jego matka, bojąc się zagrożeń, jakie mogą na niego czyhać w wielkomiejskim świecie, przed wyjazdem włożyła mu do kieszeni list, którego adresatem był Mário Coluna. Kobieta prosiła w nim, żeby starszy i bardziej doświadczony piłkarz zaopiekował się jej synem i wziął go pod swoje skrzydła. Jako że obie rodziny znały się jeszcze z czasów, kiedy Mário mieszkał w Lourenço Marques, to Coluna nie wahał się ani chwili i spełnił prośbę kobiety, którą była Elisa Anissabeni. Owym młodzieńcem, dla którego Coluna stał się starszym bratem i dobrym wujkiem w jednej osobie, był Eusébio da Silva Ferreira. Obaj panowie bardzo szybko znaleźli ze sobą wspólny język i już rok po wygranej w Bernie poprowadzili Benfikę do drugiego Pucharu Europy z rzędu.

6

Wybitne legendy futbolu:

W sukcesach portugalskiego futbolu lat 60-tych wielki udział miało dwóch zawodników pochodzących z dzisiejszego Mozambiku. Tym, który pierwszy przychodzi na myśl, jest oczywiście król strzelców mistrzostw świata z 1966 r., czyli znakomity Eusébio. Równie wielki wpływ na grę reprezentacji i Benfiki miał też jego starszy kolega, którym był operujący w środku pola…(o kim mowa? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz)


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

13

Czy wiemy(pamiętamy) że:

Dokładnie 20 lat temu Wisła Kraków zremisowała z Omonią Nikozja 2:2 w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Wyspa Afrodyty przywitała piłkarzy Wisły upalną pogodą. Gorąco było jednak nie tylko w powietrzu, ale również podczas rewanżowego meczu w Nikozji. Głośno dopingowani przez fanatycznych kibiców gracze Omonii nie zamierzali tanio sprzedać skóry i od początku spotkania rzucili się na przybyszów z Krakowa. Szybko zostali skarceni za sprawą Macieja Żurawskiego, ale potem wiślacy musieli się sporo napocić, aby nie przegrać. Gospodarze mieli ułatwione zadanie, bowiem od 25. minuty krakowianie grali w dziesiątkę – dwie żółte kartki obejrzał Maciej Stolarczyk i musiał opuścić boisko. Ostatecznie z trudnego terenu „Biała Gwiazda” wróciła z remisem i awansem do 3. rundy eliminacji Ligi Mistrzów, w której czekał już belgijski Anderlecht. ,, Zasłużenie awansowaliśmy, a mecz mógł się podobać. Czerwona kartka dla Stolarczyka wymusiła pewne zmiany w taktyce, ale czasami trzeba improwizować i zawodnicy wywiązali się ze swoich obowiązków. Czy się bałem, gdy Omonia prowadziła 2:1? Nie, bo w futbolu nie boję się niczego. Boję się tylko własnej żony”- tak wypowiedział się na pomeczowej konferencji trener Henryk Kasperczak.



@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

12

O takiej zbrodni cules nigdy nie zapomną:

6 sierpnia 1936 r. zamordowany został 28 w historii prezydent FC Barcelony- Josep Sunyol. Prezydent Barçy podróżował do Madrytu wraz z sekretarzem dyrektora generalnego ds. publicznych, milicjantem oraz szoferem. Według relacji miał przy sobie listy do ważnych działaczy politycznych i 25 tysięcy peset przeznaczone na transfer zawodników z Oviedo. Szofer pomylił droge i samochód znalazł się na drodze kontrolowanej przez wrogie frakcje. Podczas rutynowej kontroli na drodze w okolicach Sierra de Guadarrama, Sunyol postanowił rozprostować nogi i wyszedł z auta krzycząc: ,,Niech żyje republika!”. Kiedy odkryto że jest prezydentem FC Barcelony i republikaninem, rozstrzelano go na miejscu wraz z pozostałymi pasażerami auta. Wiadomość dotarła do Barcelony dopiero po tygodniu.

Szerzej o tym wydarzeniu opisuje choćby pani Julia Cicha: https://www.fcbarca.com/94186-josep-sunyol-prezydent-fc-barcelony-zamordowany-w-trakcie-hiszpanskiej-wojny-domowej.html


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

Czy redakcja byłaby tak uprzejma aby podać na jakim programie będzie transmitowany mecz o Trofeo Joan Gamper? Gdyż o tym że na Estadi Olímpic Lluís Companys, to już wiemy.

1

@FCBparasiempre
Kiedy po przegranej zawodnicy pytali Kałużę, dlaczego nie wystawił Matyasa, kapitan związkowy miał odpowiedzieć, że trener Otto, powołując się na diagnozę niemieckiego lekarza, przekazał mu, że gracz Pogoni nie jest zdolny do gry. Dopatrywano się tutaj celowego działania niemieckiego trenera, choć chyba nieco przesadnie. Kozłem ofiarnym zrobiono debiutującego Musielaka, a sam Kałuża przyznał się do błędu. „Przegląd Sportowy” donosił, że Nieudolnie zestawiony atak polski zaprzepaszcza wielką szansę piłkarstwa polskiego, a Adam Obrubański, który pisał wtedy dla tygodnika Raz, dwa, trzy, oceniał: ,,Zespół grał w całości znacznie gorzej niż w dwóch poprzednich meczach. Nie widać w nim było tej zaciętości i bojowości, która ożywiła naszych zawodników w meczach z Węgrami i Anglią. Albański, który już w meczu z anglikami wykazał niepewność i tremę, również i w tym spotkaniu zawiódł, przepuszczając dwie bramki w stylu nieprzynoszącym mu zaszczytu. Obrona mniej pewna niż w poprzednich meczach, przy czym Gałecki był słabszy od Martyny. Pomoc spisywała się stosunkowo najlepiej, natomiast atak to(poza Wodarzem i częściowo Peterkiem) najsłabsza część naszej drużyny. W bardzo słabej trójce środkowej, zaprzepaszczającej najłatwiejsze nieraz sytuacje podbramkowe najlepiej stosunkowo wypadł Gad. Musielak debiutujący w zespole wykazywał brak rutyny”. Marzenia o złotym medalu prysnęły jak bańka mydlana. Jedyną szansą na poprawę nastrojów było spotkanie o trzecie miejsce. W boju o brązowe medale nasi gracze spotkali się z Norwegią. Ci w ćwierćfinale odprawili z kwitkiem faworyzowanych Niemców, a po tamtym meczu szkoleniowcem naszych zachodnich sąsiadów został Sepp Herberger. Polaków nie czekał więc spacerek, a pojedynek, który trzeba było zagrać na pełnych obrotach. Niełatwe to było zadanie, kiedy po porażce zespół był psychicznie rozbity i całkowicie zdekoncentrowany. Norwegowie w półfinale dopiero po dogrywce ulegli Włochom, więc też mieli za sobą ciężką przeprawę zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. 13 sierpnia na Stadionie Olimpijskim zgromadziło się 90 tys. widzów. Widowisko okazało się jednym z najlepszych spotkań turnieju. Oba zespoły, mimo bolesnych porażek w poprzednich starciach, walczyły z niezwykłą ambicją i bardzo fair. Szanse obu drużyn były równorzędne, a styl gry podobny. O zwycięstwie miały więc decydować lepsza kondycja i przygotowanie mentalne. Nasi trenerzy dali pograć kilku rezerwowym, którzy zastąpili najbardziej zmęczonych zawodników pierwszej jedenastki. Po szybkich atakach już w 4. minucie wywalczyliśmy rzut rożny. W podbramkowym zamieszaniu piłkę w siatce zdołał umieścić Gerard Wodarz. Po szybkim wyjściu na prowadzenie poszliśmy za ciosem, a norweski bramkarz znalazł się w sporych opałach. Po upływie dziesięciu minut gry, w rzutach rożnych było już 5:0 dla nas, ale nie potrafiliśmy przełożyć tej przewagi na gole. Stopniowo zaczęli do głosu dochodzić Skandynawowie i ich ataki przyniosły skutek w 15. minucie. Wtedy to Arne Brustad zdobył wyrównującą bramkę. Sześć minut później, ten sam zawodnik, który później zostanie uznany w opinii fachowców najlepszym na całym turnieju, wykorzystał zdenerwowanie i niedokładność naszych graczy, pokonując Albańskiego po raz drugi. Podrażnieni Polacy odpowiedzieli w mgnieniu oka. Trzy minuty po stracie gola Wodarz zacentrował do Peterka, ten uderzył z półobrotu i na tablicy wyników znowu był remis. Kibice musieli być zachwyceni, ledwie 25 minut gry, a zdążyli obejrzeć już cztery trafienia. Strzelona bramka podziałała na naszych zawodników motywująco i w 30. minucie byli o krok od zdobycia trzeciego gola, ale norweski obrońca zdołał wybić piłkę z linii bramkowej. W kolejnych akcjach świetne strzały Gada i Wodarza obronił Henry Johansen. Norwedzy niebezpiecznie kontratakowali, ale do przerwy rezultat nie uległ zmianie. W drugiej części obraz gry pozostał taki sam. Na przemian atakowali jedni i drudzy. Po naszej stronie świetne okazje mieli Kisieliński i Gad, a w bramce dobrze spisywał się Albański. W 67. minucie Wodarz trafił w poprzeczkę, ale nie było nikogo, kto mógłby dobić. Wszystko wskazywało na to, że rozstrzygnięcie zapadnie dopiero w dogrywce. Niestety, pięć minut przed końcowym gwizdkiem Gałecki nie upilnował Monsena, który przerzucił futbolówkę do niekrytego Brustada. Norweg strzelił, piłka trafiła w poprzeczkę i odbiła się od pleców naszego bramkarza, wolno wtaczając się do bramki. Szał radości w zespole rywali, rozpacz w naszych szeregach. Polacy przegrali 2:3 i wracali do domu z niczym.

,,Ulegliśmy austriakom nie bez pomocy stronniczego sędziego, a w meczu o trzecią lokatę nerwy odmówiły nam posłuszeństwa. Czułem niedosyt po tym starcie. Kierownictwo bankietowało poza wioską. Pozbawieni opieki zawodnicy poszli śladem działaczy. Próbowałem ich wyciągnąć z kantyny, bo dla mnie alkohol nie istniał, lecz nie osiągnąłem w tym dziele wielkich sukcesów”– wspominał Albański. Nie ma się co dziwić podłym nastrojom polskich piłkarzy, bo mieli naprawdę duże szanse nawet na końcowe zwycięstwo. Niedługo po igrzyskach z posadami pożegnali się zarówno trener Otto, jak i prezes PZPN gen. Bończ-Uzdowski. Z perspektywy czasu można jednak ten występ zaliczyć do udanych. Zwyczajnie zabrakło szczęścia, żeby wrócić do kraju z medalami. Niezależni obserwatorzy twierdzili, że w meczu o brąz spotkały się dwie najlepsze drużyny turnieju. Polacy pokazali światu, że potrafią grać w piłkę. Potwierdzili to dwa lata później na mistrzostwach świata we Francji w fantastycznym starciu z Brazylią. Gdyby do Berlina pojechał bohater tamtego spotkania, czyli Ernest Wilimowski, to kto wie, czy w stolicy III Rzeszy nie wybrzmiałby Mazurek Dąbrowskiego. Na to, żeby nasz hymn został odegrany na niemieckiej ziemi, musiało czekać jednak aż całe pokolenie miłośników futbolu.

6

@FCBparasiempre
Polski futbol w latach 30. XX w. coraz odważniej zaczął wkraczać na światowe salony. Drużyny klubowe częściej rozgrywały towarzyskie mecze z zagranicznymi zespołami. Kluby z innych krajów zaczęły chętniej przyjeżdżać do nas. W 1936 r. na igrzyskach w Berlinie nasi reprezentanci odnieśli największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Ich wynik poprawiły dopiero Orły Górskiego 36 lat później. Porażka na turnieju olimpijskim w Paryżu długo pozostawała w pamięci piłkarzy, działaczy i kibiców. W obawie o kolejną kompromitację, nie zdecydowano się wysyłać drużyny na igrzyska do Amsterdamu w 1928 r. Decyzji tej sprzyjał też fakt, że rozgrywki dopiero co utworzonej ligi nie zostawiały zbyt dużo czasu na mecze międzypaństwowe. Cztery lata później najlepsi sportowcy świata zjechali do Los Angeles, ale piłka nożna nie weszła wtedy do programu igrzysk. Lata 30. przyniosły ze sobą spadek znaczenia turniejów olimpijskich. Dlaczego? To proste – ponieważ pojawiły się oficjalne mistrzostwa świata. Polska drużyna pierwszy raz do kwalifikacji światowego czempionatu przystąpiła w 1934 r. Po porażce z Czechosłowacją u siebie, Polacy oddali jednak walkowerem mecz rewanżowy. Decyzja taka zapadła w MSZ, a motywowaną ją tym, że wyjazd ekipy sportowej nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym. Nasza reprezentacja coraz częściej odnosiła sukcesy w spotkaniach z silnymi rywalami. Potrafiliśmy wygrać 1:0 z mocną drużyną Austrii czy tylko minimalnie przegrać z Niemcami grającymi na podobnym poziomie. Występy dobre przeplataliśmy jednak niezbyt udanymi, dlatego też obawiano się występu na berlińskich zawodach. Długo zwlekano z podjęciem decyzji o wyjeździe. Pierwsze kroki ku temu podjęto już 1935 r., zatrudniając na stanowisku trenera związkowego Kurta Otto. Pełnił on funkcję trenera reprezentacji obok kapitana związkowego, którym był Józef Kałuża. Niemiec miał pomóc w przygotowaniu reprezentacji do startu w igrzyskach. Na walnym zgromadzeniu PZPN w lutym 1936 r. dwa dominujące w kraju okręgi piłkarskie, czyli Kraków i Lwów, były przeciwne wyjazdowi. Jednak federacja w porozumieniu z PKOl zdecydowały, że wyślemy piłkarską reprezentację do Berlina. Jednym z głównych argumentów były stosunkowo niewielkie koszty wyjazdu. Wierzono też, że poziom naszego futbolu podniósł się na tyle, że uda się godnie zaprezentować na igrzyskach. Kadra potwierdziła zresztą swoją klasę wyjazdowym zwycięstwem z Belgią w lutym 1936 r. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła dopiero w maju. Czasu na przygotowania nie było więc zbyt wiele, bo formułę otwierającą igrzyska Adolf Hitler miał wygłosić 1 sierpnia. W maju gościła w Polsce pierwsza zawodowa drużyna z Anglii. Zawodnicy Chelsea przyjechali, żeby zagrać mecz z okazji 30-lecia krakowskiej Wisły. PZPN wykorzystał ten fakt i zaoferował gościom rozegranie dodatkowego spotkania z naszą reprezentacją. Anglicy przystali na propozycję i 23 maja na stadionie Legii kadra zmierzyła się z ósmym zespołem angielskiej ligi. Londyńczycy wygrali 2:0, a dzień później ulegli Wiśle 0:1. Innym zagranicznym zespołem, z którym grała się drużyna narodowa, była wiedeńska Admira. Na początku czerwca, kiedy już krystalizował się skład, Polacy dwukrotnie przegrali z Austriakami. Najpierw 5 czerwca 0:4, a cztery dni później 1:3. Wyniki niezbyt zachwycające, ale po to zaplanowano obóz przygotowawczy, żeby wszystkie błędy wyeliminować. Początkowo brano pod uwagę 36 piłkarzy. Zgrupowanie rozpoczęło tylko 25, a po nim wyłonić planowano 18 wybrańców, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania barw narodowych na berlińskich igrzyskach. W gronie 36 zawodników był Ernest Wilimowski. Ostatecznie jednak nie pojechał na igrzyska, a jego usunięcie z kadry było, delikatnie mówiąc… kontrowersyjne. Pisano o pijaństwie, czy o rzekomym zawodowstwie w Ruchu, ale do dziś trudno ustalić, co tak naprawdę chcieli osiągnąć działacze, pozbywając się najlepszego w tamtym czasie napastnika. Obóz przygotowawczy rozpoczął się 6 lipca i miał trwać dwa tygodnie. Zawodników zakwaterowano w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na warszawskich Bielanach. Treningi prowadził wspomniany już wyżej Kurt Otto – były piłkarz Schalke, a asystował mu Marian Spojda, który brał udział w igrzyskach w Paryżu. Legendarny obrońca warszawskiej Legii, Henryk Martyna, tak wspominał: ,,Chociaż występowałem w krajowej reprezentacji już siódmy rok, to dopiero pierwszy raz uczestniczyłem w zgrupowaniu przygotowawczym urządzonym przez PZPN i to w zgrupowaniu z prawdziwego zdarzenia, gdyż te z lat 1920 i 1924 były tylko sporadyczne, bez jakiejś zdecydowanej koncepcji. Warunki mieszkaniowe wyśmienite, wyżywienie również na „olimpijskim” poziomie. Humory więc i ochota do trenowania oraz gry były w całym zespole jak najlepsze. Najwięcej korzyści z tego obozu wynieśliśmy pod względem kondycyjnym”– fragment książki „Wielki finał”.

Formę naszych reprezentantów podczas przygotowań sprawdziła inna austriacka ekipa – Wacker. W drodze na tournée do Szwecji zatrzymali się na Śląsku i rozegrali z naszą kadrą dwa spotkania. Pierwsze, rozgrywane 11 lipca w Katowicach, trzeba było przerwać po 47 minutach wskutek gwałtownej ulewy i gradobicia – nasi prowadzili wtedy 2:0. Drugi mecz nazajutrz rozegrano w Chorzowie. Nasi reprezentanci wygrali 3:1, ale goście nie zmusili ich do zbyt dużego wysiłku. Nie przyłożyli się zanadto do gry i wyraźnie ustępowali naszym olimpijczykom, którzy zresztą też grali na pół gwizdka. Trenerzy mieli więc problem z oceną aktualnej dyspozycji zawodników. O ostatecznym kształcie reprezentacji miały zadecydować sparingi z węgierskim klubem Phöbus FC, jednym z czołowych zespołów w swoim w kraju. Po solidnych treningach nasi piłkarze wygrali 18 lipca w Warszawie 3:1. W drugim, który odbył się dzień później w Łodzi, Madziarzy zmusili naszych graczy do większego wysiłku. Grali z zaangażowaniem, prezentując dobre wyszkolenie techniczne i składne akcje. Finalnie starcie zakończyło się remisem 4:4, choć do przerwy przegrywaliśmy 2:4. Po węgierskich sprawdzianach kapitan związkowy Józef Kałuża przedstawił zarządowi PZPN listę 18 zawodników, którzy mieli reprezentować nasz kraj w Berlinie. Działacze zatwierdzili wszystkie nazwiska i do stolicy III Rzeszy pojechali: bramkarze Edward Madejski (Wisła) i Spirydion Albański (Pogoń), obrońcy Henryk Martyna (Legia), Władysław Szczepaniak (Polonia) i Antoni Gałecki (ŁKS), pomocnicy Józef Kotlarczyk (Wisła), Wilhelm Góra (Cracovia), Jan Wasiewicz (Pogoń), Ewald Dytko (Dąb Katowice) i Franciszek Cebulak (Legia) oraz napastnicy Ryszard Piec (Naprzód Lipiny), Michał Matyas (Pogoń), Walenty Musielak (HCP Poznań), Fryderyk Scherfke (Warta), Hubert Gad (Śląsk Świętochłowice), Walerian Kisieliński (Polonia), Gerard Wodarz i Teodor Peterek (obaj Ruch Wielkie Hajduki). W kraju pozostała czwórka graczy, którzy mieli pozostawać w gotowości wyjazdu do Berlina, gdyby zaszła taka potrzeba. Byli to: bramkarz Marian Fontowicz (Warta), Wilhelm Piec (Naprzód Lipiny), Jerzy Wostal (AKS Chorzów) i Alojzy Sitko (Wisła). Piłkarze wyjechali do Berlina z resztą olimpijskiej reprezentacji specjalnym pociągiem, a wzdłuż trasy, którą pokonywali, gromadzili się kibice wiwatujący na cześć sportowców. Polaków zakwaterowano w Doeberitz, położonym 32 km od Berlina. Parterowe domki, w których zamieszkali, po igrzyskach miały zostać przekształcone na koszary lotnicze. 19 lipca w berlińskim hotelu Russischer Hof przeprowadzono losowanie. Uczestników podzielono na dwa koszyki, a polska reprezentacja trafiła do pierwszego. W 1/16 finału mieli zmierzyć się z drużyną węgierską. W wielu europejskich krajach wprowadzono już wtedy zawodowstwo, podobnie było u naszych bratanków, którzy na igrzyska wysłali amatorską drużynę. Właśnie z uwagi na słabszą niż dotąd obsadę turnieju, eksperci upatrywali w polskiej drużynie jednego z kandydatów nawet do medali. W środę 5 sierpnia sędzia Raffaele Scorzoni z Włoch dał sygnał do rozpoczęcia gry. Na mogącym pomieścić 45 tys. widzów Poststadion zgromadziło się ledwie pięć tysięcy fanów futbolu. ,,Po raz pierwszy widziałem takiego kolosa, ale będąc na murawie, czułem się wręcz zagubiony. Mecze pierwszej rundy nie wzbudzały większego zainteresowania, ale dla nas piłkarzy, mobilizowanych przy każdej okazji, zdawał się ten mecz być najważniejszą próbą. Pamiętam, że szczególnie zdenerwowany chodził wśród piłkarzy redaktor Obrubański, który miał z madziarami swoje rachunki. W Berlinie załatwiliśmy je za niego”– wspominał Wodarz. Spotkanie z Węgrami zaczęliśmy z wysokiego c. Już w 15. minucie po silnym strzale Wodarza, bramkarz rywali ledwie zdołał odbić piłkę, ale wobec dobitki Gada był już bezradny. W 28. minucie ten sam zawodnik, po akcji Scherfke – Peterek podwyższył na 2:0. Węgrzy próbowali kontratakować, ale nasza obrona była nie do przejścia. Przeciwnik nie przebierał w środkach, żeby odrobić straty, ale jego próby spełzły na niczym. W końcówce Madziarzy znowu oddali nam inicjatywę. Kilka minut przed końcem, po strzale Scherfke piłka trafiła w poprzeczkę, ale zdołał ją przejąć Wodarz i ustalił wynik meczu na 3:0. „Przegląd Sportowy” odtrąbił Wielki sukces Polaków, a w relacjach zawodników dużo uwagi poświęcono ostrej grze rywali: ,,Jak zaczęli mnie brać w kleszcze, powiedziałem sobie: nie mogę być od nich gorszy i przyjąłem ten sam system gry, niech pieruny wiedzą, że nie jesteśmy byle lalki”– emocjonował się Peterek na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Najlepsze oceny zebrała formacja pomocy, która obsługiwała atak wieloma kluczowymi podaniami. Na najwyższe noty zasłużyli Jan Wasiewicz i Józef Kotlarczyk. Bez zarzutu w obronie spisywali się Henryk Martyna i Antoni Gałecki, a w napadzie zwrócił na siebie uwagę Hubert Gad, który miejsce w składzie przejął po Wilimowskim. W ćwierćfinale na naszą drużynę czekała już reprezentacja Wielkiej Brytanii, która jest powoływana do życia tylko przy okazji igrzysk. W pierwszej rundzie odprawili oni Chińczyków, którzy jako jedyni w turnieju mieli numery na koszulkach. Zdania na temat naszego meczu z amatorami z Wysp były podzielone. Wielu obserwatorów faworyta spotkania widziała w Polakach, ale pojawiały się też głosy, które przestrzegały przed zbytnim lekceważeniem Brytyjczyków. Do starcia o półfinał przystąpiliśmy w tym samym składzie co trzy dni wcześniej z Węgrami. Z perspektywy czasu oceniano to jako błąd, bo przydałby się odpoczynek tym najbardziej zmęczonym czy poturbowanym graczom. Mecz rozpoczął się od okresu wyrównanej gry. Oba zespoły zachowywały ostrożność. W końcu, w 26. minucie Bernard Joy zdobył bramkę, dającą wyspiarzom prowadzenie. Ten 25-letni kapitan Brytyjczyków po igrzyskach trafił do Arsenalu, zaliczył też występ w zawodowej reprezentacji, a 20 lat później wydał książkę Forward, Arsenal! Zmobilizowani i podrażnieni Polacy wyrównali już 10 minut później po strzale niezawodnego Gada, który wykorzystał dokładne dośrodkowanie Pieca. Na parę minut przed przerwą Wodarz wyprowadził nasz zespół na prowadzenie. To była dopiero jednak zapowiedź koncertu, jaki nasza drużyna miała dać na początku drugiej odsłony. Tuż po wznowieniu gry lewoskrzydłowy Ruchu strzelił swoją drugą bramkę, a dwie minuty później skompletował hat-tricka, wykorzystując rozkojarzenie rywali, którzy dosłownie stanęli w miejscu. W 56. minucie Piec podwyższył na 5:1 i zapowiadał się srogi pogrom brytyjskiej ekipy. Minęło ledwie 10 minut gry, a koncertowo grający Polacy strzelili trzy bramki i praktycznie przesądzili losy meczu. ,,Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom a dwa gole strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem”– wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Nasi reprezentanci mieli mecz pod kontrolą, a każda następna akcja pachniała kolejnymi bramkami. Wszystko szło dobrze do 71. minuty. Wtedy to Edgar Shearer strzelił drugą sztukę dla wyspiarzy, która dodała im wiatru w żagle i przywróciła nadzieje na korzystny wynik. W 78. minucie Albański na tyle niefortunnie wypiąstkował piłkę, że dopadł do niej Joy i chwilę później na tablicy wyników było już tylko 5:3. Oszołomieni takim rozwojem wypadków Polacy, dali sobie strzelić wkrótce czwartą bramkę. W zamieszaniu w polu karnym po rzucie rożnym piłkę do siatki ponownie wcisnął Joy. Na tym jednak się skończyło i ostatnie dziesięć minut nasi zawodnicy spędzili na rozpaczliwej obronie wyniku, czekając na gwizdek Szweda, Rudolfa Eklöwa. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale szczęśliwie dotrwaliśmy do końca. Niezłego stracha napędził nam Bernard Joy, który wspominał: ,,To się musiało wreszcie stać! Traciliśmy bramki dzięki zagraniom, które udają się na trawie raz na dziesięć prób, a Polakom wychodziły za każdym razem. Lewoskrzydłowy miał dzień, jakby od lat gromadził szczęście na tę jedną grę, był wspaniały, elegancki, dżentelmen w każdym calu. Gdy Edgar złapał na błędzie obrońcę, uwierzyliśmy, że to jeszcze nie koniec. Teraz do nas należał cały stadion. Udało mi się trafić dwa razy, pierwszy z bliska, z podania Gardinera a chwilę potem z ponad 20 jardów. Poczuliśmy siłę wiatru! Teraz wychodziło wszystko a Polacy rozpaczliwie bronili się, jakby nagle zapomnieli o grze. Byliśmy blisko, ale do szansy w dogrywce, zabrakło nam grama szczęścia od dobrej wróżki”.

Nasi zawodnicy mówili, że kontrolowali przebieg gry, ale dziennikarze wytykali im, że jeśli spotkanie trwałoby kilka minut dłużej, to przeciwnik zdołałby wyrównać. Oprócz Wodarza wyróżnili się obaj boczni pomocnicy – Józef Kotlarczyk i Ewald Dytko, dla których nie było w tym mecz straconych piłek. Po tym emocjonującym spektaklu, w którym mieliśmy sporo szczęścia, mogliśmy się szykować do półfinału. Pierwszy raz znaleźliśmy się w strefie medalowej i mieliśmy spore szanse na sukces. Naszym przeciwnikiem miało być Peru… Miało być, ale nie było. Ich ćwierćfinałowy mecz z Austrią miał niecodzienny przebieg. Do przerwy przegrywali 0:2, zdołali jednak wyrównać i doprowadzić do dogrywki. W tej grali już zdecydowanie lepiej od rywali i po bramce na 4:2 w samej końcówce, wydawało się, że zagrają w półfinale. Austriacy jednak złożyli protest. Jako powód podali wtargnięcie na boisko, już po meczu, peruwiańskich kibiców, którzy rzekomo mieli poturbować amatorów z Austrii. Jury d’Appel uwzględniło ich obiekcje i nakazało powtórzyć spotkanie. Peruwiańczycy, czując się oszukani, odmówili wzięcia w nim udziału, a Austria otrzymała walkower. Pod konsulatami Niemiec i Austrii w Limie odbyły się demonstracje, a poseł peruwiański w Berlinie zwrócił się do rządu o wydanie nakazu powrotu ekipy do kraju. Faworytami półfinałowego spotkania byli gracze znad Wisły. We wcześniejszych latach graliśmy z amatorską drużyną Austrii dwukrotnie i tyle razy wychodziliśmy z tych konfrontacji zwycięsko. Dodatkowo w październiku 1935 wygraliśmy z drugą drużyną zawodowców tego kraju. Swoim rodakom nie dawał nawet szans sławny Hugo Meisl. Boisko zweryfikowało jednak oczekiwania. Po spotkaniu z Brytyjczykami okazało się, że Fryderyk Scherfke ma pęknięte żebra i konieczna będzie zmiana w żelaznym dotąd składzie. Naturalnym wyborem wydawał się Michał Matyas. Kałuża postawił jednak na debiutanta – Walentego Musielaka. Kiedy dzień przed meczem drużyna się o tym dowiedziała, to Martyna i Kotlarczyk chcieli nawet udać się do Kałuży i zapytać czemu nie wystawił Matyasa, który pomimo wcześniejszej kontuzji, był już gotowy do gry: ,,Czułem się już zdolny do gry, ale nie zgodziłem się na ich propozycję. Kierownictwo ekipy(powiedziałem) powinno samo zapytać mnie, jak się czuję. Nie mam zamiaru za waszym pośrednictwem wpraszać się do gry, a jeśli mimo to będziecie interweniować, powiem Kałuży, że nie czuję się na siłach”– relacjonował Matyas w „Wielkim finale”. Mecz rozgrywano 11 sierpnia na Stadionie Olimpijskim w obecności 80 tys. widzów, co musiało być dla Polaków nie lada przeżyciem, bo pierwszy raz wystąpili przed tak dużą publicznością. Nasza drużyna od początku atakowała, ale były to raczej indywidualne zrywy niż przemyślane, poukładane akcje. W 17. minucie Austriak Kerl Keinberger oddał silny strzał z 30 metrów, którym zaskoczył naszą defensywę i nieoczekiwanie pierwsi na prowadzenie wyszli rywale. Mimo że swoje dogodne sytuacje mieli Gad, Wodarz i debiutujący Musielak, to do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Po przerwie nasi reprezentacji od razu ruszyli do ataków. Niestety nadal bezskutecznie, a jakby tego było mało, to w 54. minucie piłkę przechwycił Walter Werginz, który uprzedził nadbiegającego Gałeckiego i podwyższył na 2:0 dla Austrii. Od tego momentu gra się zaostrzyła. Groźne akcje Polacy przeprowadzali głównie lewą stroną. W 72. minucie po przerzucie na prawą stronę futbolówkę przejął Piec i znakomicie wypuścił Musielaka. Ten znowu jednak zmarnował dogodną sytuację i z trzech metrów trafił w słupek. Chwilę później jednak nadzieje w serca kibiców wlał Gad, który trafił w trzecim kolejnym meczu turnieju. Do końca spotkania pozostawało kilkanaście minut i polscy piłkarze zagrali va banque. Ataki na austriacką bramkę szły jeden za drugim i wydawało się kwestią czasu zdobycie wyrównującego gola. Wreszcie na pięć minut przed końcem Wodarz zacentrował piłkę, do której wyskoczył Peterek i wepchnął piłkę do bramki razem z bramkarzem. Wydawało się, że arbiter początkowo chciał wskazać na środek boiska, ale chwilę później odgwizdał rzut wolny dla Austrii. „Przegląd Sportowy” pisał, że jego decyzja wywołała zastrzeżenia nawet u neutralnych widzów. Protesty Polaków na nic się zdały, a dodatkowo dali sobie wbić w samej końcówce trzecią bramkę.

8

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 sierpnia 1941 r. w Ustroniu urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza, ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizowali o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

0

@FCB24 Nie grywam w żadne Fify, nie mam na to czasu. Kiedyś jak byłem młodszy to grałem troche na Play station w iss pro, czy jakoś tak ale teraz już chyba troche z tego wyrosłem...

12

Dokładnie 16 lat temu w meczu o Tarczę Wspólnoty mistrz Anglii z poprzedniego sezonu Manchester United pokonał po rzutach karnych zdobywcę Pucharu Anglii Chelsea Londyn 3-0(po 90 minutach gry było 1-1 bramki: Ryan Giggs 35' oraz Florent Malouda 45'). Mecz rozegrano na nowo wybudowanym stadionie Wembley.

@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@MesQueUnClub96 No przecież 1 lige i PP to ma Polsat, co ty gadasz?

1

@escarabajo Wolałbym zdecydowanie na Tv. Na internecie to nie oglądanie, słaba jakość i nie rzadko przycina...

10

Co za historia!

5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@FcPortoFan1999 Uuu, no to lipa! Powinni postarać się znowóż wykupić...

0

Słuchajcie no ,,La Ramblowicze" a dlaczegóż to TVP Sport nie transmituje meczów Ekstraklasy? Choćby dzisiejszego Widzewa z Jagielonia. Przecież zawsze był jeden mecz w kolejce...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?