10

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

1 sierpnia 1989 r. w meczu towarzyskim z holenderskim BUITENPOSTS ZM1, zadebiutował i strzelił 3 gole w barwach Blaugrany niejaki…. Ronald Koeman. Nasz legendarny stoper rozegrał tylko pierwszą połowę meczu a FC Barcelona wygrała ten mecz 15:1!



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

12

Polscy cules kultywują pamięć nie tylko o Powstaniu Warszawskim:



1 sierpnia 1934 r. powstała Societat Esportiva Industrial Espanya, przyszła drużyna rezerw FC Barcelony. Historyczna nazwa pochodziła od fabryki, której ekipa była reprezentacją. W 1945 r. została oficjalnie drużyną filialną Barçy. Z tego powodu 7 lat później nie zdobyła awansu do Primera Division, ponieważ druga drużyna nie może grać w tej samej lidze co pierwsza. W 1956 r. klub zdobywa ponownie awans, zmienia nazwe na Club Esportiu Condal i w zgodzie z przepisami przestaje być ekipą filialną Blaugrany. W 1970 r. Barcelona Athletic połączyła się z Club Esportiu Condal, stając się oficjalnie drużyną rezerw Dumy Katalonii. W międzyczasie zmienia kilkakrotnie nazwę(na Barcelona B w 1991 r., Barcelona Athletic w 2008 r. by ostatecznie powrócić do nazwy Barcelona B w 2010 r.). Obecnie grają tam profesjonalni piłkarze ale mogą występować również amatorzy z juniorskiej drużyny Barçy.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

6

Wspominamy trenerów ,,naszego” klubu:

31 lipca 2009 r. zmarł sir Robert William ,,Bobby” Robson. Urodzony w 1933 r. angielski trener prowadził FC Barcelone w sezonie 1996/97. To on zabrał ze sobą na Camp Nou ze swojego poprzedniego klubu(FC Porto) Jose Mourinho, pełniącego wówczas rolę tłumacza. Robson stworzył świetną drużynę, której gwiazdami byli Ronaldo i Luis Figo, lecz Puchar Króla i Puchar Zdobywców Pucharów a także rekordowe w dziejach Blaugrany 102 gole w jednym sezonie ligowym to było za mało dla szefostwa klubu. Mistrzem Hiszpanii z dwupunktową przewagą został Real Madryt prowadzony przez Fabio Capello i Robson musiał pożegnać się z posadą. Odszedł do PSV Eindhoven a karierę trenerską zakończył w Newcastle.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

9

Madziarzy rządzili już przed wojną:

30 lipca 1939 r. w derbach Budapesztu Ujpest zremisował z Ferencvarosem 2:2 w drugim meczu finałowym o Puchar Mitropa. W pierwszym meczu, tydzień wcześniej Ferencvaros poległ na własnym stadionie aż 1:4, m.in. po dwóch golach legendarnego Gyuly Zsengellera. W rezultacie Ujpest w ostatniej edycji turnieju o Puchar Mitropa, triumfował po raz pierwszy(i ostatni) w tych rozgrywkach. W ostatniej, bowiem wybuch II Wojny Światowej przerwał turniej pod tą nazwą. Po wojnie był kontynuowany pod nazwą Zentropa Cup ale to już inna historia. O pierwszym meczu w historii Pucharu Mitropa napisze 14 sierpnia.


@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

8

Finały MŚ:

30 lipca 1966 r. w pierwszym transmitowanym przez telewizję finale piłkarskich Mistrzostw Świata rozgrywanych w Anglii, reprezentacja gospodarzy pokonała na Wembley w Londynie po dogrywce RFN 4:2. Gole dla Anglii zdobyli sir Geoffrey Charles Hurst (18' , 101' , 120') i Martin Stanford Peters (78') a dla RFN Helmut Haller (12') i Wolfgang Weber (89')


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@mkord Nie!? A mi się wydaje że od samego początku stadion nosił taką nazwe...

9

Premierowy gol ,,Ronniego”:

30 lipca 2003 r. Ronaldo de Asis Moreira strzelił swojego pierwszego gola w barwach Blaugrany w wygranym meczu towarzyskim z AC Milan 2:0. Trafienie zaliczył w 51 minucie na 2:0. Mecz miał miejsce na FeDex Field w Waszyngtonie w ramach tournée po USA.





@Arkon
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@AssisMoreira

15

Debiut przypadł na… PGE Arena:

Dokładnie 10 lat temu w barwach Blaugrana zadebiutował Neymar Junior. Wydarzenie miało miejsce w towarzyskim meczu z Lechią Gdańsk na PGE Arena, zakończonym remisem 2:2. Neymar pojawił się na boisku w 79 minucie meczu zastępując Alexisa Sancheza.



@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@Arkon

12

Kochani cules, 30 lipca to jedna z najsmutniejszych dat w historii Dumy Katalonii, bowiem 30 lipca 1930 r. samobójstwo popełnił niezwykły, wybitny człowiek- Joan Gamper. Założyciel klubu borykał się z problemami osobistymi oraz kłopotami finansowymi, co skutkowało depresją i doprowadziło go do udanej próby samobójczej. W dużym stopniu przyczynił się do tego ówczesny dyktator Miguel Primo de Rivera, który wygonił Szwajcara z Hiszpanii i dożywotnio pozbawił go pełnienia funkcji zarządczych. Jego imieniem nazwano jedną z ulic w okolicach Les Corts, natomiast Gamper pośmiertnie uzyskał na własność karnet socio nr 1.

@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

Jako że lubie horrory to minionej nocy włączyłem Eleven 1 i obejrzałem se ,,Teksaską masakre piłą mechaniczną". A tak na poważnie to chyba jeszcze nie oglądałem ,,towarzyskiego" El Clasico tak ekspresyjnego i chwilami wręcz brutalnego. Wiadomo że przeciwko ,,wrogowi naczelnemu" podchodzi się znacznie ostrzej niż przeciwko innej drużynie. Jako że ryzyko kontuzji w takim meczu jest bardzo wysokie, to rodzi się pytanie: Czy na 2 tygodnie przed startem sezonu jest sens rozgrywać takie ,,szalone" El Clasico właściwie o nic?
Tak poza tym gratulacje dla chłopaków za zwycięstwo, wyglądało to wszystko dobrze a chwilami nawet bardzo dobrze. No i trzeba też przyznać że mieliśmy fure szczęścia ale jak to mówią: Szczęście sprzyja lepszym :)

9

Przed nami El Clasico po raz 296 w historii a 42-rugi towarzysko. Wprawdzie w towarzyskich meczach FC Barcelona wygrała aż 23 razy a Real tylko 6 razy ale to akurat nie ma większego znaczenia. Najlepsze byłoby dzisiaj przynajmniej nie przegrać i pokazać się światu a zwłaszcza trenerowi z dobrej strony. No a przy zwycięstwie to wiadomo, morale rośnie wszystkim cules bez wyjątku!

Visca el Barça! Para siempre!

6

@FCBparasiempre
Był bohaterem pierwszego transferu sir Aleksa Fergusona w roli menedżera Manchesteru United, a także członkiem wielkiej ekipy Nottingham Forrest. Został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego i wreszcie: przeszedł do historii jako pierwszy czarnoskóry piłkarz, który założył koszulkę reprezentacji Anglii. Czy trzeba dodawać coś więcej, aby zachęcić do przeczytania tekstu? Przed Wami Viv Anderson! Rasiści zasiadający na trybunach stadionów piłkarskich początkowo upodobali sobie banany. Kiedy tylko mieli okazję, obrzucali nimi czarnoskórych zawodników. W połowie lat 70., w czasie spotkania Carlisle z Nottingham Forest, dziewiętnastoletni Viv Anderson rozgrzewał się przy linii bocznej, gdy nagle w jego kierunku zaczęły lecieć, oprócz wspomnianych wyżej owoców, także jabłka i gruszki. Młody gracz gości zrozumiał, że w takim momencie najlepiej będzie wrócić na ławkę i zająć miejsce obok swojego menedżera. A był nim nie kto inny jak Brian Clough, słynny trener znany ze swojego ciętego języka. Między mężczyznami zawiązał się niecodzienny dialog:

– Wydawało mi się, że kazałem ci się rozgrzewać

– To właśnie robiłem! Ale zaczęli rzucać we mnie bananami, gruszkami i jabłkami.

– Zabieraj swój tyłek tam z powrotem i przynieś mi dwie gruszki oraz banana!

Viv Anderson z rozbawieniem wspomina po latach tamto wydarzenie. Oczywiście nie widział niż śmiesznego w przejawach okropnego rasizmu na trybunach, ale dzięki reakcji Clougha zrozumiał, że nie może dać się zastraszać: ,,Brian uważał, że nie ma najmniejszego sensu, abym siedział obok niego schowany. Po meczu powiedział mi jeszcze: Jeżeli pozwolisz, żeby tacy ludzie dyktowali ci, co masz robić, to na twoje miejsce wybiorę kogoś innego, ponieważ ty za bardzo będziesz się przejmował opinią kibiców. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Po tamtym incydencie robiłem wszystko, aby już nigdy na moją grę nie wpłynęło nic, co krzyczano do mnie z trybun”. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni akt rasizmu, którego na własnej skórze doświadczył. Vivian Alexander, znany po prostu jako Viv, urodził się w 1956 roku w wiosce Clifton, położonej pod Nottingham. Jego rodzice przybyli do Anglii z Indii Zachodnich (dzisiejsze Karaiby) po zakończeniu II wojny światowej, razem z całą falą imigrantów z tamtych obszarów. Rdzenni Brytyjczycy oczywiście nie byli zachwyceni takim obrotem spraw, co sprawiło, że młody Viv Anderson dorastał w nasilającym się napięciu na tle rasowym. Dyskryminacja w miejscach pracy, sklepach i całej sferze publicznej. Futbol pod tym względem niczym się nie różnił – zarówno na boisku, jak i na trybunach przeważali biali mężczyźni. Społeczne bariery nie zniechęciły jednak Viva do piłki nożnej. Uwielbiał sport i z powodzeniem reprezentował szkolne drużyny. Od urodzenia był wielkim fanem Manchesteru United. Wydawało się, że w młodym wieku spełnią się jego marzenia – Czerwone Diabły dostrzegły jego talent i zaprosiły go do siebie na testy, kiedy miał zaledwie piętnaście lat. Ostatecznie jednak jego ukochany klub nie podpisał z nim kontraktu, a Viv postanowił wrócić do Nottingham, gdzie został zatrudniony w drukarni. Tam jego głównymi zadaniami było parzenie herbaty i przynoszenie kanapek w czasie lunchu. W taki sposób pracował przez pięć tygodni, aż zgłosił się po niego Forest. Po kilku miesiącach próbnych dostał w końcu kontrakt. W dorosłej drużynie zadebiutował w wieku siedemnastu lat. Regularne występy w pierwszej drużynie Nottingham zapewniło mu dopiero przybycie Briana Clougha, który został trenerem Forest w styczniu 1975 roku. Klub znajdował się wówczas w drugiej lidze (Second Division). Historia niesamowitego związku Clougha i Forrest jest powszechnie znana – pod jego wodzą ta drużyna zdobyła krajowe mistrzostwo (jako beniaminek!) oraz dwukrotnie wygrała Puchar Mistrzów, do dziś pozostając prawdopodobnie najbardziej zaskakującym triumfatorem i obrońcą tego trofeum. Jedną z głównych ról w tamtym zespole odgrywał bohater tekstu. W latach 70. i 80. na angielskich boiskach nie widzieliśmy wielu czarnoskórych piłkarzy. Mimo że większość z nich urodziła się w Wielkiej Brytanii (jak np. Chris Kamara czy Garth Crooks), to i tak byli oni bezustannie obrażani przez zasiadających na stadionach kibiców. Ci zawodnicy byli niemal pojedynczymi przypadkami, dlatego dla rasistów stanowili łatwy cel. Po raz pierwszy z agresją ze strony trybun spotkał się dwanaście miesięcy przed wspomnianym na początku tekstu incydencie z Carlisle – podczas pucharowej potyczki Forest z Newcastle. Viv Anderson zaczął być obrażany na długo przed rozpoczęciem meczu:

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Podszedłem wtedy do naszego trenera, Dave’a Mackaya i oznajmiłem mu, że nie chcę grać. Powiedział, żebym wziął się w garść i to była dobra rada. Pamiętam, jak John Tudor, napastnik Newcastle, powalił mnie na ziemię i wszyscy zaczęli wiwatować. To było naprawdę ciężkie. Miałem osiemnaście lat, a na stadionie pięćdziesiąt tysięcy ludzi było przeciwko mnie. Musiałem sobie z tym jakoś poradzić. Wyzwiska, gwizdy i rasistowskie przyśpiewki stały się niemal cosobotnią rutyną. Już na początku swojej kariery Viv Anderson spotkał się z ogromnymi przeszkodami, które skłaniały go do porzucenia swojej piłkarskiej przygody. Podobnie jak po nieudanych testach w Manchesterze, zastanawiał się nad zawieszeniem butów na kołku. Miał jednak ogromne wsparcie w osobie Clougha, który cały czas motywował go do stawiania czoła wszystkim przeciwnikom: ,,Były chwile, że zastanawiałem się, czy na pewno chcę w tym wszystkim uczestniczyć, ale czasami po prostu musisz przez coś takiego przejść. Obecnie jest wiele czarnoskórych twarzy w większości klubów i cieszę się, że w jakiś sposób przyczyniłem się do ułatwienia im grania”. Viv rozegrał dla Nottingham ponad trzysta spotkań ligowych, a swoimi umiejętnościami podbił serca fanów. Kiedy Forest przeprowadziło wśród kibiców w 1997 roku głosowanie na klubową „jedenastkę” wszechczasów, Viv Anderson został wybrany najlepszym prawym obrońcą w historii. Dostał aż 97% głosów! Bardzo dobre występy spowodowały, że o Andersonie zaczęto mówić w kontekście powołań do reprezentacji narodowej. Przed nim żaden inny czarnoskóry zawodnik nie zagrał w angielskich barwach w seniorskiej reprezentacji. Szlaki w zespole U-21 przecierał Laurie Cunningham, ale mimo wszystko wciąż była to tylko młodzieżówka. Ówczesny trener Synów Albionu, Ron Greenwood, nie mógł ignorować świetnej postawy Viva, który wyrósł na czołowego defensora w kraju. Powołał go na spotkanie z Czechosłowacją, które miało zostać rozegrane na Wembley. Decyzja selekcjonera wywołała w Anglii wiele kontrowersji, a spora część społeczeństwa ostro krytykowała jego decyzję. Jak sam Greenwood zaznaczał, w jego wyborze nie było żadnych politycznych podtekstów: ,,Fioletowi, żółci, czarni – jeżeli będą wystarczająco dobrzy, to ich powołam”. 29 października 1978, wychodząc na boisko w koszulce reprezentacji Anglii, Viv Anderson tworzył historię. Debiut był dla niego niezwykle udany – zaprezentował się z solidnej strony w defensywnie i brał udział przy bramkowej akcji gospodarzy. Kiedy schodził z boiska, kibice zebrani na Wembley zgotowali mu owację na stojąco. Do dziś trzyma telegram od Królowej, który tamtego wieczoru czekał na niego w szatni. Po latach tak wspomina swój pierwszy mecz w angielskich barwach: ,,Byłem piłkarzem, który reprezentował swój kraj i jedyne o czym myślałem, to żeby nie popełnić błędu przed stu tysiącami ludźmi na stadionie. Po prostu chciałem być pewny, że dokładnie podam, dobrze odbiorę piłkę i będę miał pozytywny wkład w mecz. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jakie to było wówczas wspaniałe osiągnięcie. W tamtym czasie miałem dwadzieścia dwa lata, byłem zwykłym piłkarzem starającym się zrobić karierę i pragnąłem tylko zrobić wszystko, żeby znaleźć się w składzie na następne spotkanie”. Dla reprezentacji Anglii Viv rozegrał w sumie trzydzieści spotkań, w których zdobył dwie bramki. Wkrótce po jego debiucie w kadrze pojawili się także inni czarnoskórzy zawodnicy: Cunningham, Cyril Regis czy John Barnes. Viv Anderson swoją postawą na boisku pomógł złamać stereotypy. Jego talent, skromność i etyka pracy sprawiły, że ludzie zaczęli inaczej patrzeć na czarnoskórych zawodników, których do tej pory uważano za leniwych i zbyt wrażliwych na warunki pogodowe: ,,Rozbiłem pewien model czarnoskórego piłkarza, ponieważ grałem na obronie, a wcześniej tacy występowali przede wszystkim w ataku. Zawsze nosiłem koszulkę z krótkim rękawem, ponieważ wciąż ludzie patrzyli na czarnych zawodników, którzy zakładali rękawiczki oraz kalesony i myśleli, że boimy się zimna”. W 1984 roku, po dziesięciu latach, Viv opuścił Nottingham. Drużyna po sensacyjnych zwycięstwach w Europie i wywalczonym mistrzostwie, nigdy w kolejnych sezonach nie była w stanie nawiązać do tych wyczynów, mimo że Clough prowadził ich aż do 1993 roku.

Viv Anderson przeniósł się do londyńskiego Arsenalu, w którym spędził trzy kolejne lata. Na Highbury dalej potwierdzał swoje atuty: był szybki, zwinny, a przy tym potrafił odnaleźć się w polu karnym przeciwnika, dzięki czemu zdobył w swojej karierze kilka ważnych goli. Dla Kanonierów strzelił w sumie piętnaście bramek w stu pięćdziesięciu meczach, co na obrońcę jest solidnym wynikiem. Długie nogi, pomagające mu zabierać piłkę rywali nawet w beznadziejnych sytuacjach, sprawiły, że dostał przydomek Spider, czyli „Pająk”. Pomógł Arsenalowi w 1987 roku zdobyć Puchar Ligi, a w czasie swojego pobytu, był mentorem dla młodego Tony’ego Adamsa. Kibice byli zszokowani, kiedy po trzech sezonach postanowił przejść do ich wielkiego rywala, Manchesteru United. Tym transferem ponownie zapisał się w historii – stał się pierwszym zawodnikiem, którego na Old Trafford sprowadził Alex Ferguson (wówczas jeszcze bez tytułu szlacheckiego). Szkocki trener wydał na niego 250 tysięcy funtów. 31-letni Viv spełnił wreszcie swoje dziecięce marzenia. Viv Anderson stał się ważnym elementem w układance Fergusona, który miał w planach przebudowę drużyny. W 1988 roku ze swoim nowym klubem został wicemistrzem kraju, ale w tamtym sezonie Manchester nie miał zbyt dużych szans na detronizację Liverpoolu. Reprezentant Anglii spisywał się dobrze, jednak nie należał do najmłodszych zawodników w drużynie. Ferguson z czasem zaczął stawiać na prawej obronie na Paula Ince’a. Szanse na granie w większej liczbie meczów Viv stracił całkowicie po transferze Denisa Irwina, który szybko stał się pierwszym wyborem szkockiego menedżera na prawej stronie defensywy (Ince wrócił do środka pomocy). Viv Anderson opuścił Old Trafford po czterech latach, w 1991 roku. Z Czerwonymi Diabłami wygrał FA Cup oraz Puchar Zdobywców Pucharu. Viv odszedł z Manchesteru w styczniu i jako wolny zawodnik przeniósł się do Sheffield Wednesday. Pomógł tej drużynie w wywalczeniu awansu do First Division. Co ciekawe, Sowy wygrały Puchar Ligi, a w finale pokonały… United. Viv Anderson nie mógł jednak wystąpić w tym spotkaniu, ponieważ we wcześniejszych rundach reprezentował barwy Czerwonych Diabłów. Anglik miał być krótkoterminowym wzmocnieniem, a osiadł w klubie na kolejne dwa sezony, dzięki czemu udało mu się zagrać jeszcze w nowo powstałej Premier League w 1993 roku. W tym samym czasie Sheffield dotarło do finałów: FA Cup i Pucharu Ligi, ale w obu lepsi okazali się piłkarze Arsenalu, czyli też byłego klubu czarnoskórego gracza. Jego następną drużyną było Barnsley, gdzie został grającym trenerem. Tego epizodu jednak Viv Anderson nie może wspominać miło, ponieważ zespół pod jego przywództwem ledwo uniknął spadku do Divison Two. W kolejnym sezonie przeniósł się do Middlesbrough, aby sprawować funkcję asystenta Bryana Robsona, dawnego kolegi z Manchesteru. Mimo że zakończył piłkarską karierę, to wciąż był zarejestrowanym zawodnikiem, dzięki czemu w sezonie 1994/95 udało mu się jeszcze zaliczyć dwa występy w barwach Boro. Później jednak zawiesił buty na kołku już ostatecznie. Był asystentem w Middlesbrough aż do 2001 roku, kiedy Robsona na stanowisku zastąpił Terry Venables. Od tamtej pory nie pracował na żadnym piłkarskim stanowisku. W 2000 roku został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego za swoje zasługi dla krajowego futbolu. Obecnie udziela się często w telewizji i bardzo angażuje się w akcję Kick It Out, która ma na celu usunięcie rasizmu z piłkarskich stadionów. Na zawsze zostanie zapamiętany nie tylko jako świetny obrońca, lecz także jako zawodnik, który zmienił oblicze gry, także poza Wielką Brytanią: ,,Ktoś mi kiedyś oznajmił: Jesteś chodzącym kawałkiem historii, ale nigdy sobie tego nie uświadomiłem, dopóki inni mi tego nie powiedzieli”.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Nottingham Forest:

1 x mistrzostwo Anglii (1977-78)

1 x mistrzostwo 2-ligi (1976-77)

2 x Puchar Ligi – (1977-78, 1978-79)

1 x Tarcza Dobroczynności (1978)

2 x Puchar Europy (1978-79, 1979-80)

1 x Superpuchar Europy (1979)

1 x Anglo Scottish Cup (1976-77)

Arsenal

1 x Puchar Ligi (1986-87)

Manchester United:

1 x FA Cup (1989-90)

1 x Tarcza Dobroczynności (1990)

4

@FCBparasiempre
Relacje pomiędzy drużynami z tego samego miasta zwykle bywają ciężkie. Nie bez powodu porażki lokalnego rywala są często źródłem większej radości, aniżeli zwycięstwa ulubionej ekipy. Zwycięstwa w derbach smakują podwójnie. Co jednak w przypadku, gdy nasz zespół popada w futbolową niełaskę, a największe gwiazdy odchodzą do obozu wroga? A co, jeśli część z nich zaczyna stanowić o sukcesach przeciwnika? Kibice Manchesteru City do dziś muszą radzić sobie z zadrą tkwiącą w historii od ponad 100 lat. Zacznijmy od zarysowania kontekstu. Manchester City został założony 2 lata po Manchesterze United (ówcześnie Newton Heath), jednak to drużyna ze wschodniej części miasta jako pierwsza zaczęła święcić triumfy, z których za najważniejszy należy uznać FA Cup z 1904 roku. Kolejny sezon miał być równie radosny dla kibiców, gdyż przed ostatnią kolejką wystarczył triumf nad Aston Villą, by zdobyć pierwszy tytuł mistrzowski. Niestety drużyna przegrała ostatni mecz sezonu, kończąc na 3 miejscu w tabeli. Nieźle, jak na drużynę, która jeszcze niedawno walczyła o awans do pierwszej ligi, prawda? Niestety historia nie rysuje się tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Cień na tamte sukcesy rzucają oskarżenia o ustawianie meczów, a osobą, która zdradziła tajemnice szatni, okazał się Billy Meredith. Walijski Czarodziej(bo tak zwykło się mówić o utalentowanym skrzydłowym) został oskarżony o zaproponowanie łapówki kapitanowi Aston Villi. Przed ostatnim meczem, decydującym o mistrzostwie sezonu 1904/05, Meredith miał zaoferować kapitanowi The Villans 10 £ w zamian za poddanie spotkania. Dziś ta kwota brzmi abstrakcyjnie, jednak należy pamiętać, że w owych czasach była to kwota kilkukrotnie przewyższająca obecne stawki wypłacane zawodnikom (obowiązywała wtedy zasada, że piłkarz nie może zarabiać więcej niż 4 £ tygodniowo). Meredith został uznany za winnego przez FA i w ramach kary został zawieszony na rok. Na tym historia by mogła się zakończyć, gdyby nie oświadczenie zawodnika, który wskazał, że Manchester City nie przestrzegał przepisów. Wynik przeprowadzonego postępowania nie był korzystny dla City, które zostało zmuszone do sprzedaży 17 zawodników zawieszonych w ramach decyzji FA. Zarówno wtedy, jak i dziś można odnieść wrażenie, że kara była niesprawiedliwa i bardzo dotkliwa dla dalszej historii zespołu. Czy może być coś gorszego od zawieszenia zawodników i trenera? Niestety dla kibiców City, historia okazała się jeszcze bardziej okrutna. Najlepszy strzelec zespołu i jego kapitan – Meredith zdecydował się przejść do Manchesteru United. Oprócz Walijskiego Czarodzieja, do United trafiło 3 kolejnych graczy City, którzy mieli stanowić o przyszłości The Citizens – Herbert Burgess, James Bannister oraz Sandy Turnbull. Podsumujmy, mamy więc historię drużyny, która zaczyna święcić triumfy, a jej zespół jest uważany za bardzo perspektywiczny. Drużyna zostaje oskarżona o nieprzestrzeganie przepisów finansowych (swoją drogą historia lubi się powtarzać, prawda?). 17 zawodników zostaje zawieszonych, a największe gwiazdy odchodzą do rywali (w tym część do lokalnego antagonisty). Trener dostaje dożywotni zakaz prowadzenia klubu piłkarskiego. Czyżby fatum ciążące nad The Citizens znalazło swój koniec? Okazuje się, że to dopiero początek. Fatalizm losu City był początkiem sukcesów United. Prawdziwą zadrą, o której napisałem na początku, nie okazuje się trudna historia, słuszne (lub nie) oskarżenia i zdrada kapitana. Największym policzkiem dla The Citizens okazały się tryumfy, które zaczął święcić Manchester United przy angażu graczy swojego rywala. Co prawda sukcesy te nie trwały długo, niemniej jednak to, co nie udało się Manchesterowi City, zdołał wykonać United – zdobył pierwsze mistrzostwo ówczesnej Pierwszej ligi. Sukces ten jest tym boleśniejszy dla kibiców City i tym przyjemniejszy dla sympatyków United, że został on osiągnięty z udziałem dawnych gwiazd The Citizens – gwiazd, które zostały wykupione za bezcen w ramach haniebnej wyprzedaży. Nie wiadomo jak potoczyłaby się historia drużyn z Manchesteru, gdyby nie postać Billy’ego Mereditha. Należy zauważyć, że to Walijczyk odegrał główną rolę w oskarżeniu Citizens. Nie jest tajemnicą, że nie tylko Manchester City naginał przepisy, jednak zespół miał posłużyć jako przykład, a sama kara miała być pokazem siły FA. Walijski Czarodziej z miejsca stał się jednym z kluczowych zawodników United. Wraz z Turnbullem stanowił o sile zespołu, a jego technika i dynamika przyciągały kolejnych kibiców na nowo wybudowane Old Trafford. Zawodnik spędził w United 15 lat… by wrócić do Manchesteru City! 47-letni wówczas piłkarz postanowił zakończyć karierę w swoim byłym klubie, gdzie zdołał jeszcze spędzić kolejne 3 lata jako grający trener. Późniejsza historia Walijczyka przeplatała się pomiędzy Manchesterem United i Manchesterem City. Po jego śmierci obie drużyny ufundowały nagrobek. Jednocześnie zawodnik został uhonorowany przez Manchester City, które uznało go za legendę klubu. Również kibice obu drużyn traktują tę postać w kategoriach legendy. Trudna historia nie tylko dzieli, ale również łączy kibiców United i City. Warto o tym pamiętać.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Chirk:

1 x Puchar Walii (1894)

Manchester City

1 x mistrzostwo 2 ligi (1989-99)

1 x FA Cup (1903-04)

Manchester United:

2 x Mistrzostwo (1907–08, 1910–11)

1 x FA Cup (1908–09)

2 x Tarcza Dobroczynności (1908, 1911)

Osiągnięcia reprezentacyjne:

Walia:

2 x British Home Championship (1907, 1920)

Osiągnięcia indywidualne:

Football League 100 Legends:

English Football Hall of Fame:

2

@FCBparasiempre
,,Zostałem trenerem drużyny olimpijskiej nieoczekiwanie, w ostatniej niemal chwili, tuż przed wyjazdem do Finlandii. Nie było to właściwe pociągnięcie ze strony sekcji piłki nożnej gkkf, gdyż z trenerem węgierskim powinien jechać pan Koncewicz, jako że najwięcej graczy naszego zespołu rekrutowało się ze śląskiego ośrodka. Znał ich doskonale, wiedział, w jakiej formie znajdują się jego podopieczni, mógł pomóc swą radą panu Király’emu. Ja opiekowałem się piłkarzami krakowskimi i mógłbym być ewentualnie trzecim trenerem”– komentował swoją nominację Matyas w „Wielkim finale”. W turnieju olimpijskim wzięło udział 27 drużyn. Konieczne było więc rozegranie rundy wstępnej. Obrońcy tytułu Szwedzi i gospodarze Finowie zostali zwolnieni z eliminacji, dodatkowo w drodze losowania taki sam przywilej uzyskały: Turcja, RFN i Antyle Holenderskie. Polska drużyna igrzyska zainaugurowała 15 lipca w Lahti. Naszym przeciwnikiem była amatorska reprezentacja Francji. Nad Sekwaną nie traktowano jej poważnie, a L’Equipe nie podało nawet składu zespołu. Polska zagrała w następującym zestawieniu: Stefaniszyn – Gędłek, Cebula, Banisz – Suszczyk, Mamoń – Trampisz, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Polacy powinni wygrać ten mecz bez większego wysiłku, a tymczasem był on dość wyrównany. Po zaciętej i twardej grze zwyciężyliśmy 2:1, ale to Francuzi jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Nasi zawodnicy od początku grali nerwowo i chaotycznie. Uwidoczniły się braki w zgraniu zespołu, dużo niedokładności i błędów w kryciu. Trójkolorowi mogli wyjść na prowadzenie już w 5. minucie, ale błąd Stefaniszyna naprawił Cebula, wybijając piłkę głową z linii bramkowej. Bramka, którą straciliśmy, była dość kuriozalna. Po serii kilku rzutów rożnych egzekwowanych przez ekipę francuską, w dogodnej sytuacji znalazł się Michel Leblond. Piłkę usiłował mu odebrać Józef Mamoń, ale zrobił to na tyle nieudolnie, że obaj zawodnicy wpadli do bramki razem z futbolówką.



Polacy w końcu się obudzili i już w niecałą minutę później wyrównali. Po groźnym strzale Henryka Alszera piłkę z rąk wypuścił Léonce Deprez i momentalnie przejął ją Jan Wiśniewski. Podał do Gerarda Cieślika, a gracz Ruchu bez namysłu uderzył z kilku metrów… prosto w poprzeczkę. Szczęśliwie do odbitej futbolówki dopadł Kazimierz Trampisz i już bez przeszkód umieścił ją w siatce. Druga połowa była już dużo spokojniejsza w wykonaniu Polaków. Kilka minut po przerwie znowu groźny strzał oddał Henryk Alszer, ale francuski bramkarz zdołał wybić piłkę na rzut rożny. Stały fragment wykonywał Jan Wiśniewski. Dośrodkował w pole karne, futbolówka trafiła pod nogi Jerzego Krasówki, który uderzając z kilku metrów, ustalił wynik meczu. Dosyć szczęśliwie przeszliśmy więc rundę wstępną, ale nasza gra pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym w naszej drużynie był obrońca Władysław Gędłek, który imponował spokojem i pewnością w swoich interwencjach. W 1/8 finału czekała na nas reprezentacja Danii. Mecz zaplanowano 21 lipca na stadionie Kupitaa w Turku. Spośród graczy wybiegających na boisko, dwóch pamiętało sromotną klęskę z Kopenhagi sprzed czterech lat. W polskiej drużynie był to noszący teraz opaskę kapitańską Gerard Cieślik, a wśród Duńczyków w tamtym spotkaniu zagrał Poul Petersen. To wtedy chyba zaczął się rodzić kompleks, jaki nasi zawodnicy przez wiele lat mieli w meczach z Duńczykami. Polacy wystąpili w składzie: Szymkowiak – Gędłek, Kaszuba, Banisz – Mamoń, Bieniek – Sobek, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Po zwycięstwie nad amatorami z Francji oczekiwano podobnego rezultatu w starciu z pierwszą reprezentacją Danii. Kibice jednak srogo się zawiedli, bo biało-czerwoni przegrali 0:2. Pierwszą bramkę głową strzelił Holger Seebach, a wynik spotkania ustalił uderzeniem z rzutu wolnego Svend Nielsen. Duńczycy grali mądrzej taktycznie i skuteczniej. Polacy mieli ogromne problemy właśnie ze skutecznością, a gdyby wykorzystali choć połowę dogodnych sytuacji, spokojnie wygraliby ten mecz. ,,Takiego spotkania jak to, jeszcze w życiu nie widziałem i nie zobaczę. To była z naszej strony gra na jedną bramkę! Mieliśmy co najmniej 20 tak zwanych 100-procentowych pozycji, nasi piłkarze strzelali z odległości 2-3 metrów od bramki przeciwnika i nic! Powinniśmy wygrać różnicą sześciu, siedmiu bramek, a w efekcie przegraliśmy 0:2”– opowiadał o meczu Matyas w cytowanej książce.

Po meczu kierownictwo ekipy podjęło decyzję o odesłaniu piłkarzy do kraju. Uniemożliwiono im obejrzenie półfinałów i finału co miało być karą za słaby występ. Podczas igrzysk dało się odczuć atmosferę politycznego nadzoru i indoktrynacji. Sportowcy z krajów socjalistycznych zamieszkali w osobnej wiosce olimpijskiej w Otaniemi. Kraje imperialistycznego zachodu zakwaterowano w Käpylä. Absurdalne były żądania jednego z członków kierownictwa polskiej ekipy. Apolinary Minecki zażądał zwrotu olimpijskich strojów. Kiedy Węgier Tivádar Király się o tym dowiedział, poprosił o wolną godzinę, spakował się i przeniósł do siedziby rodaków. Do Polski już nie wrócił i w taki przykry sposób zakończyła się jego olimpijska przygoda z naszą reprezentacją. Po latach nieobecności polscy piłkarze wrócili na olimpijskie stadiony. Niestety przygotowania znowu pozostawiały wiele do życzenia. Nie wyciągnięto wniosków z błędów popełnianych wcześniej. Zawieszenie ligowych rozgrywek bardziej zaszkodziło niż pomogło, podobnie jak wielotygodniowe zgrupowania w trzech różnych ośrodkach. Trudno mówić o wygranej z Francuzami jako o sukcesie. Cały start to raczej porażka polskiego piłkarstwa. Na usprawiedliwienie jedynie można dodać, że panująca w kraju sytuacja polityczna nie pomagała w harmonijnych przygotowaniach, a władze po raz kolejny pokazały, że jeśli mieszają się w sport, to niekoniecznie wychodzi to na dobre. W 1956 r. igrzyska po raz pierwszy zagościły na kontynencie australijskim. Początkowo do turnieju piłkarskiego zgłosiło się 28 ekip, ale ostatecznie wystartowało ledwie 11. Coraz większe piętno odciskała na ruchu olimpijskim bieżąca polityka. Część reprezentacji rezygnowała z występu w Melbourne właśnie z powodów politycznych. Wiele zespołów jednak wycofało się z uwagi na zbyt duże koszty podróży – na czele z obrońcami tytułu Węgrami. Polska, która początkowo wyraziła chęć udziału w turnieju, w drodze losowania znalazła się w czołowej szesnastce, wraz z Australią, Syjamem i Indiami. Wkrótce potem jednak kierownictwo naszej kadry zdecydowało o rezygnacji z wysłania piłkarzy na południową półkulę. Trochę szkoda takiego posunięcia, bo wobec mniejszej liczny uczestników były szanse na lepszy niż w Helsinkach występ. W kadrze zdążyli już zadebiutować Lucjan Brychczy, Horst Mahseli, Henryk Kempny czy Ernest Pol. Piłkarze ci, wraz ze starszymi kolegami, mieli w następnych latach decydować o obliczu reprezentacji. Areną kolejnych igrzysk był Rzym. Żeby jednak wystąpić w Wiecznym Mieście, trzeba było najpierw przejść eliminacje, ale to już temat na kolejną część prezentowanej serii.

8

@FCBparasiempre
Po sukcesie, jakim było czwarte miejsce zdobyte na igrzyskach w Berlinie i bardzo dobrym występie na mistrzostwach świata we Francji, wydawało się, że Polacy na stałe zadomowią się w europejskiej czołówce. Swoje dobre umiejętności potwierdzili 27 sierpnia 1939 r., pokonując w Warszawie wicemistrzów świata Węgrów 4:2. Niestety coraz lepsze występy naszej reprezentacji zostały brutalnie przerwane. Salwy z pancernika Schleswig-Holstein i bomby zrzucane na polskie miasta z samolotów z czarnymi krzyżami rozpoczęły II wojnę światową i gra w piłkę zeszła na dalszy plan. O futbolowej rywalizacji w czasach wojennych pisaliśmy już na naszych stronach. Piłka nożna pozwalała choć na chwilę zapomnieć o okrucieństwach wojny. Po jej zakończeniu kraj trzeba było odbudowywać od zera i to we wszystkich obszarach życia. Warszawa praktycznie nie istniała. Zaraz po wojnie funkcję stolicy pełniła Łódź. Również polski sport leżał w gruzach. Obiekty były zdewastowane przez działania wojenne. Brakowało sprzętu i środków finansowych. Wielu wybitnych działaczy, trenerów czy piłkarzy straciło życie. Wobec zniszczeń Warszawy, pierwsze kroki zmierzające do odbudowy polskiego futbolu stawiano w Krakowie. Działania te prowadzono już w zupełnie innej rzeczywistości. Komunistyczne władze każdemu patrzyły na ręce, a wielu działaczy, którzy znaleźli się na zachodzie, ciągle zastanawiało się nad powrotem do kraju. Ci, którzy wrócili, mieli się wkrótce przekonać, że nie będzie im tutaj łatwo żyć. Decyzje o reaktywowaniu PZPN podjęto już w marcu, a więc wtedy kiedy siły alianckie dopiero forsowały Ren a kilka polskich miast czekało wciąż na wyzwolenie przez Armię Czerwoną. Do lutego 1946 r. to w oswobodzonym bez walk Krakowie mieściła się siedziba federacji. 29 czerwca 1945 r. lwowianin Tadeusz Kuchar stanął na czele pierwszego powojennego związku. Znalazło się w nim miejsce dla kapitana związkowego – Henryka Reymana. Kiedy ciągle jeszcze zastanawiano się nad kształtem rozgrywek, legendarny gracz Wisły nie próżnował i już w sześć tygodni po nominacji ogłosił pierwszą listę reprezentacyjnych graczy. Na pierwsze oficjalne mecze międzypaństwowe trzeba było jednak jeszcze poczekać. W listopadzie 1945 r. PZPN odnowił kontakty z FIFA. W tym samym czasie gościł u nas zespół brytyjskiej Armii Renu, a w maju reprezentacja Warszawy udała się do Niemiec, gdzie z tą drużyną brytyjskich żołnierzy przegrała trzy mecze. W czerwcu do Polski przyjechały: szwedzki IFK Norrköping, jugosłowiański Partizan Belgrad i węgierskie Ferencváros z Kispestem, który niedługo później został przemianowany na Honvéd. W sierpniu natomiast po raz pierwszy nad Wisłą pojawiła się drużyna radziecka – moskiewskie Torpedo pod wodzą Wiktora Masłowa. Dobre występy reprezentacji Śląska przeciwko Armii Renu sprawiły, że zespół (wzmocniony kilkoma graczami z Krakowa) został zaproszony na tournée do Szkocji. Drużyna zrobiła tam bardzo dobre wrażenie, a wyróżnili się młodziutki napastnik chorzowskiego Ruchu – Gerard Cieślik a także rezerwowy bramkarz z mistrzostw świata z Francji, Walter Brom. Pod koniec 1946 r. do PZPN przysłano zaproszenia od FIFA dla dwóch polskich piłkarzy. Światowa federacja w ramach uczczenia powrotu czterech brytyjskich związków pod swoje skrzydła, organizowała mecz Wielka Brytania – reszta Europy. Początkowo krajowi działacze nominowali do wyjazdu Mieczysława Gracza i Tadeusza Parpana. Niestety 10 maja 1947 na Hampden Park nie wystąpił ani jeden, ani drugi. Komunistyczne władze dały do zrozumienia, że dalsza korespondencja z FIFA w tej sprawie nie służy interesom kraju. Nie był to ostatni raz, kiedy rządzące elity mieszały się w sprawy sportu. Drużyna narodowa swój pierwszy mecz po wojnie rozegrała 11 czerwca 1947 r. Na Ullevaal Stadion w Oslo mierzyliśmy się z Norwegami. Gospodarze pokryli koszty podróży i zakwaterowania, ale o samym meczu nie pisano zbyt wiele. Kibice o planowanym spotkaniu dowiedzieli się tuż przed wylotem. Kadra, w której składzie zagrało aż dziewięciu debiutantów, przegrała jednak 1:3. Na pierwsze zwycięstwo musieliśmy poczekać do września, kiedy to w Helsinkach pokonaliśmy Finów 3:1. Jak to często bywało, nasza reprezentacja przeplatała przyzwoite występy z, delikatnie mówiąc, nie najlepszymi. Po dobrym meczu minimalnie przegraliśmy 4:5 z przyszłymi mistrzami olimpijskim – Szwedami, którzy w składzie mieli młodych Nordhala i Liedholma. Natomiast miesiąc później ulegliśmy przyszłym finalistom turnieju w Londynie – Jugosławii i to aż 1:7. Największym sukcesem z tamtego okresu było zwycięstwo nad Czechosłowacją, która miała za kapitana wielkiego Josefa Bicana. 18 kwietnia 1948 r. pokonaliśmy ich w Warszawie 3:1 i odżyły nadzieje na dobry występ podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich. Kiedy 29 lipca 1948 król Jerzy VI otwierał londyńskie igrzyska, polskich piłkarzy nie było wśród olimpijczyków. Przez lata utarło się, że reprezentacja do Londynu nie pojechała przez porażkę z Danią 0:8. Prawda jest jednak nieco inna. Już na ponad miesiąc przed tamtym spotkaniem, wiceprezes PZPN inż. Andrzej Przeworski oświadczył, że związek rezygnuje z występu kadry na igrzyskach.
Oczywiście decydujący głos miały tutaj władze państwowe a nie związkowe. Przeworski miał jednak nadzieję, że oficjeli zdoła przekonać wynikami drużyny. W związku z tym, jako przewodniczący Komisji Sportowej Polskiego Komitetu Olimpijskiego, zgłosił naszą drużynę do igrzysk. Liczył, że zawodnicy utrzymają dobrą dyspozycję z meczu z Czechosłowacją również w spotkaniu z Danią. Katastrofalny występ zniweczył jednak te plany, a po latach Gerard Cieślik opowiadał, że kapitan związkowy Zygmunt Alfus zapewniał przed meczem piłkarzy, że jeśli wygrają, to pojadą na olimpiadę. Niestety nie wygrali. Ówczesny trener Wacław Kuchar chyba trochę przedobrzył z treningiem: ,,Goniliśmy w ciężkich butach po asfaltowych ścieżkach odbijając sobie pięty a przecież rozgrywając co tydzień mecze ligowe, mieliśmy wystarczającą kondycję i sprawność. Trzeba nam było tylko lekkiego rozruchu z piłką i bylibyśmy w zupełnie dobrej formie”– wspominał kapitan drużyny Tadeusz Parpan w książce „Wielki finał”. Polacy nie potrafili stawić czoła dobrze zorganizowanym Duńczykom, co utwierdziło władze w przekonaniu, że nie ma sensu wysyłać reprezentacji do Londynu: ,,Z tym zespołem nie mamy czego szukać w piłkarskim turnieju olimpijskim”– brzmiało stanowisko PKOL. Jeszcze przed spotkaniem w Kopenhadze, 23 czerwca w Londynie rozlosowano turniejowe pary. Wśród uczestników znajdowała również Polska. W starciu o 1/8 finału mieliśmy się zmierzyć z USA a więc rywalem, który w kontekście politycznym nie był najlepszy. Mecz, który miał się odbyć na Highbury, nie doszedł do skutku a rywalom przyznano walkower. Amerykanie pod względem sportowym nie uchodzili za szczególnie groźnego przeciwnika, co potwierdzili w spotkaniu z Włochami, którym ulegli aż 0:9. Jest więc wielce prawdopodobne, że Polacy również by ich pokonali. Przemawia też za tym fakt, że w niecałe dwa tygodnie po igrzyskach minimalnie tylko przegraliśmy ze srebrnymi medalistami– Jugosławią. Podobnie jak inne kraje demokracji ludowej, również Polska nie wzięła udziału w eliminacjach do mistrzostw świata w Brazylii. Nie bez znaczenia były tutaj jednak wysokie koszty podróży. Kolejną dużą imprezą, na której mieliśmy szansę się zaprezentować były więc igrzyska w Helsinkach. Finlandia miała być gospodarzem największej sportowej imprezy świata już w 1940 r., po tym, jak z organizacji zrezygnowało Tokio, ale plany te pokrzyżował kataklizm drugiej wojny światowej. Podobnie jak przy okazji przedwojennych turniejów, również i tym razem bardzo długo zwlekano z decyzją o starcie w turnieju olimpijskim. Jeszcze w listopadzie 1951 r. toczyła się na łamach prasy dyskusja czy warto wysyłać reprezentację do Finlandii. Kontakty polskiego piłkarstwa z zagranicą były nie najlepsze. Dość powiedzieć, że w 1950 r. reprezentacja rozegrała pięć spotkań i oczywiście wszystkie z bratnimi narodami. Wygrała tylko jedno z Bułgarią i to skromnie 1:0. Kolejny rok był jeszcze uboższy w emocje związane z występami kadry, bo przez 12 miesięcy rozegraliśmy… jeden mecz. Tak, jeden. Przegrany 0:6 z Węgrami. Skoro jednak do rodziny olimpijskiej dołączył ZSRR i do Finlandii pojechać mieli również piłkarze z Kraju Rad, to nie było politycznych przeciwwskazań, żeby rezygnować z udziału w imprezie. W grudniu zapadła decyzja o zgłoszeniu naszej reprezentacji do turnieju. Sekcja piłki nożnej GKKF, która przejęła rolę PZPN, wytypowała 52 zawodników, którzy mieli zostać objęci specjalnym programem przygotowań. W styczniu 1952 r. w Szklarskiej Porębie rozpoczęto przedolimpijskie zgrupowanie. Piłkarze trenowali pod okiem: Ryszarda Koncewicza, Adama Niemca, Michała Matyasa, Mieczysława Jezierskiego i Wacława Kuchara. Zwrócono się również o pomoc do naszych bratanków znad Dunaju. Węgrzy, którzy w bezpośrednich towarzyskich meczach nie pozostawiali nam złudzeń kto lepiej gra w piłkę, przysłali do Polski Tivádara Király’ego. Polacy widzieli go w roli trenera-koordynatora, który sprawowałby pieczę nad przebiegiem przygotowań. ,,Zaczynając pracę wśród polskich piłkarzy, postaram się wpoić w waszych zawodników zasady węgierskiego futbolu a więc inteligencję gry, pomysłowość, lekkość. Obserwując od lat wasze drużyny, zaważyłem, że gracie szablonowo. Z uzyskaniem kondycji nie będzie problemu. Wiele jednak wysiłku(mojego i zawodników) trzeba włożyć w poprawę techniki, która przecież decyduje o wykonaniu założeń przedmeczowych. Stwierdziłem, że gracie za wolno a nowoczesne piłkarstwo wymaga większej szybkości akcji. Obok stylu gry będę również szlifował strzały, które są bardzo słabą stroną polskich napastników”– mówił po przyjeździe do polski węgierski trener. Po zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie przyszedł czas na drugi etap przygotowań. Zostały utworzone trzy głównie ośrodki szkoleniowe. Pierwszy mieścił się w Warszawie, a kierował nim Wacław Kuchar (Legia), drugi ulokowano w Krakowie, gdzie zajęcia prowadził Michał Matyas (Wisła), a trzeci, w którym trenowano pod okiem Ryszarda Koncewicza (Ruch), umiejscowiono w Chorzowie. W marcu zadecydowano o zawieszeniu rozgrywek o mistrzostwo Polski, które planowano dokończyć jesienią. Najlepsi zawodnicy ćwiczyli w wyżej wymienionych miastach, a dla reszty zorganizowano rozgrywki o Puchar Związku Młodzieży Polskiej, które tak naprawdę nikogo nie interesowały. Żeby lepiej kierować organizacją szkolenia, w kwietniu Koncewicz zastąpił Kuchara w Warszawie, a nadzór nad piłkarzami przygotowującymi się w Chorzowie, przejął Węgier Király.

Marzec i kwiecień upłynął na wewnętrznych sparingach pomiędzy drużynami trzech ośrodków szkoleniowych. W opinii trenera Király’ego najlepiej prezentował się zespół ze Śląska. Twierdził, że zawodnicy zrobili spore postępy, a trzon olimpijskiej kadry powinni stanowić właśnie zawodnicy trenujący w Chorzowie, wzmocnieni kilkoma graczami z Krakowa. Według Węgra gra, jaką prezentowali, była najbliższa nowoczesnym trendom. Jak wspominaliśmy, w Helsinkach po raz pierwszy pojawili się piłkarze zza naszej wschodniej granicy. Kierownictwo drużyny radzieckiej w ramach przygotowań zaplanowało kilka nieoficjalnych spotkań, w tym z Polską. 11 maja nasz zespół, występujący jako reprezentacja Warszawy, zmierzył się na Łużnikach z drużyną ZSRR, która wystąpiła jako reprezentacja Moskwy. Spotkanie miało wyrównany przebieg, a uwagę zwróciły dobre występy obu formacji obronnych, zwłaszcza bramkarzy. W polskiej bramce świetnie spisywał się Tomasz Stefaniszyn, a w radzieckiej Władimir Nikanorow. Jedyną bramkę strzelił w 83. minucie Gerard Cieślik, a 85 tys. kibiców oglądało porażkę swoich ulubieńców. Trzy dni później w rewanżu lepsi okazali się gospodarze. Wzmocnieni kilkoma świetnymi zawodnikami, z Wsiewołodem Bobrowem na czele, wygrali 2:1. Kilkanaście dni później niezapomniana (wtedy jeszcze niezłota) jedenastka węgierska zdołała tylko zremisować z drużyną sowiecką. Po powrocie z Moskwy Polacy rozegrali oficjalny już mecz z reprezentacją Bułgarii. W obecności ponad 45 tys. widzów przegrali jednak na stadionie Wojska Polskiego 0:1. Z trybun porażkę oglądał premier Józef Cyrankiewicz, a krytyka, jaka spadła na kadrę w prasie, była dość stonowana. Mimo że Polacy grali dość nerwowo i chaotycznie, to nie chciano szkodzić skuteczności pracy szkoleniowej. Tydzień później miał miejsce się kolejny sprawdzian. Wracająca z Sofii drużyna B zatrzymała się w Bukareszcie, żeby rozegrać spotkanie z Rumunią. Gospodarze jednak przeforsowali pomysł, żeby spotkanie uznać za oficjalne. Ściągnięto z Warszawy posiłki w osobach Tomasza Stefaniszyna i Kazimierza Trampisza, jednak Polacy polegli. Przegrana 0:1 wstydu raczej nie przyniosła, zwłaszcza że w składzie znalazło się aż siedmiu debiutantów. To w tym meczu pierwszy raz w narodowych barwach wystąpił Edward Szymkowiak, który przez lata stanowił później o sile polskiej bramki. Ostatni przedolimpijski sparing zaplanowano na niedzielę 15 czerwca w Warszawie. Na Stadionie Wojska Polskiego mierzyliśmy się ze wspaniałą jedenastką Węgrów, którzy wkrótce mieli zdobyć olimpijskie złoto. Jenő Buzánszky, József Bozsik, Sándor Kocsis, Nándor Hidegkuti, Ferenc Puskás, Zoltán Czibor i spółka nie pozostawili złudzeń i już do przerwy prowadzili 5:0. W drugiej połowie Romana Korynta zmienił Edward Cebula, a podopieczni Gusztáva Sebesa przestali trafiać. Nasz honor uratował Henryk Alszer, który strzałem głową w 56. minucie pokonał Gyulę Grosicsa. Pojawiają się głosy, że dużo lepsza druga połowa, to zasługa nie tyle zmian taktycznych, ile tego, że przedstawiciele naszej piłkarskiej sekcji wyprosili w przerwie na węgierskim szkoleniowcu trochę łaski. Przygotowania i selekcja były wieloetapowe. W czerwcowym, kolejnym zgrupowaniu, tym razem w Sopocie, brało udział 32 piłkarzy. 1 lipca w Warszawie na ostatnim już obozie zameldowało się 21 zawodników. bramkarze: Stefaniszyn, Szymkowiak i Wyrobek, obrońcy: Gędłek, Glimas, Bartyla, Cebula, Banisz, Kaszuba i Korynt, pomocnicy: Wieczorek, Suszczyk, Bieniek i Mamoń oraz napastnicy: Alszer, Cieślik, Brajter, Wiśniewski, Trampisz, Sobek i Jaskowski. Po ostatnich treningach i wewnętrznych gierkach wykrystalizował się zespół, który miał pojechać na igrzyska. Trener Michał Matyas wspominał jednak, że drużynie brakowało zgrania: ,,Zespół moim zdaniem nie był właściwie zmontowany. Wprawdzie nie brakowało w nim indywidualności, ale właśnie, tylko indywidualności jak Gędłek, Cebula, Suszczyk czy Cieślik. Trudno było wzajemnie dopasować zawodników, stworzyć tak potrzebny w zespołowych grach monolit. Nasz jedenastka robiła na mnie wrażenie „pospolitego ruszenia”– twierdził w „Wielkim finale”. Po kilku korektach w składzie do stolicy Finlandii pojechali wymienieni dalej zawodnicy. Bramkarze: Tomasz Stefaniszyn (Legia) i Edward Szymkowiak (Ruch), obrońcy: Władysław Gędłek i Tadeusz Glimas (obaj Cracovia), Edward Cebula (Ruch), Hubert Banisz (Szombierki), Kazimierz Kaszuba (Wawel), pomocnicy: Czesław Suszczyk (Ruch), Józef Mamoń (Wisła), Zdzisław Bieniek (Legia), napastnicy: Henryk Alszer i Gerard Cieślik (obaj Ruch), Kazimierz Trampisz i Jan Wiśniewski (obaj Polonia Bytom), Jerzy Krasówka i Paweł Sobek (obaj Szombierki) oraz Zbigniew Jaskowski (Wisła). Podobnie jak przy okazji igrzysk w Berlinie, również i tym razem kilku piłkarzy zostało w kraju, będąc w gotowości do wyjazdu w razie potrzeby. Byli to Oskar Brajter (Legia), Henryk Janduda i Teodor Wieczorek (AKS Chorzów), Zdzisław Mordarski (Wisła), Henryk Skromny (Polonia Bytom). Trenerem, który miał najwięcej do powiedzenia w kwestii ustalania składu na turniej, był Ryszard Koncewicz. Obok Węgra Tivádara Király’ego, którego pozycja była niepodważalna, do Helsinek zamiast Koncewicza pojechał jednak Michał Matyas.

10

14

Debiuty żywych legend Katalońskiej Dumy:

29 lipca 1996 r. Luis Enrique zadebiutował w pierwszej drużynie FC Barcelony. Miało to miejsce w spotkaniu towarzyskim ze Spartą Nijkerk wygranym przez Blaugrane 4:0. Luis Enrique rozegrał tylko pierwszą połowe meczu.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

7

Cules pamiętają o legendach:

29 lipca 1943 r. urodził się Antoni Torres Garcia. Ten środkowy obrońca trafił do Barçy na początku lat 60-tych a w 1963 r. został na 2 lata wypożyczony do drugoligowego Herculesa Alicante. Po powrocie do Blaugrany był zawodnikiem pierwszego składu aż prze 10 lat, podczas których uzbierał 470 występów, strzelając 7 goli. Z czasem też został kapitanem drużyny. Znany był z dyscypliny taktycznej i skuteczności w pojedynkach z napastnikami. Po zakończeniu kariery prowadził jako trener między innymi Barçe B. Zmarł 24 lutego 2003 r.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

5

@FCBparasiempre
28 lipca 1897 r. w Krakowie urodził się Henryk Reyman, wielka legenda Wisły. Major Henryk Reyman, przedwojenny oficer Wojska Polskiego a zarazem czołowy napastnik ligi i dziś jedna z największych legend Białej Gwiazdy, piłke nożną traktował dokładnie niczym powinności żołnierskie, jak służbe. Wyróżniała go skuteczność i instynkt strzelecki. Największym atutem była jednak olbrzymia charyzma. Od swego pojawienia się w Wiśle szybko zdobył wielki autorytet. Cechy przywódcze sprawiały że wyraźnie górował w szatni Wisły Kraków. Reyman potrafił przywołać do porządku i strofować nawet największe gwiazdy. Znany jest epizod, gdy rozzuchwalonego dryblingami Józefa Kotlarczyka okrzyczał: ,,Smarkaczu, próbujesz wjechać do bramki?”. Reprymenda podziałała niemal z miejsca. ,,Ostoja napadu Wisły od lat paru jest Reyman na środku. Stanowi typ gracza niezastąpionego w Wiśle raczej ze względu na swe znaczenie moralne dla tej drużyny oraz role głównego dyrygenta całego zespołu. Zresztą nie można pominąć milczeniem jego nieprzeciętnych zdolności strzeleckich, które zapewniły Reymanowi wspaniały dorobek strzelecki”- pisał o nim ,,Przegląd Sportowy”. Dziś gra Reymana dałaby mu zapewne w oczach kibiców miano ,,klasycznego snajpera”. ,,Reyman, choć nie posiada wspaniałego zmysłu taktycznego i opanowania ciała i gry Kałuży, ma jednak doskonałą dyspozycję do strzału”- oceniał ,,Przegląd Sportowy”. Zresztą akurat z Kałużą rozpoczynał swą przygodę z piłką. Dwie wielkie osobowości piłki lat 20-tych spotkały się w Polonii Kraków w 1908 r. Tam Reyman odniósł swój pierwszy duży ,,sukces”, za jaki uważał wygraną 8:5 z reprezentacją Bieżanowa. Potem jednak ich drogi podążyły w innych kierunkach, choć kilkakrotnie się przecinały. Kałuża odszedł do RKS Kraków, zas Reyman związał swe życie z Wisłą Kraków. W 1913 r. zmienił Kowala w ataku przeciwko BBSV Bielsko-Biała i tego miejsca już nie oddał praktycznie przez dwie dekady. Pod względem skuteczności swego głównego konkurenta krokowskiego, jak też i wszystkich innych napastników z pierwszych 2 sezonów Ekstraklasy, przebijał wyraźnie. Nie był wielkim technikiem, za to w polu karnym przeciwnika muskularny atleta siał prawdziwe spustoszenie. To on został królem strzelców premierowej edycji rozgrywek z wynikiem 37 goli na sezon! Do dziś nikt nie pobił tego niebotycznego rezultatu a konkurencje miał największą w historii ligi, gdyż aż 7 graczy zanotowało ponad 20 goli. Osiągnął wtedy zawrotne średnie: 1,43 gola na ligową kolejke i 1,61 na występ. W tej pierwszej kategorii przebił go w całej historii rozgrywek tylko Ernest Wilimowski w 1934 r. Dzięki 6 golom zdobytym przeciwko TKS Toruń stał się także głównym architektem najwyższego do dziś zwycięstwa w historii ligi(15:0). Bliski korony był też w następnej edycji. Według dzisiejszych wyliczeń nie żyjącego już Andrzeja Gowarzewskiego tytuł ten należy jednak samodzielnie do Ludwika Gintla z Cracovii, wówczas obaj ci zawodnicy współdzielili go z wynikiem 29 goli. Sprawa ta pewnie nigdy nie doczeka się ostatecznego rozstrzygnięcia. Kto wie, czy to nie jemu w ogóle liga zawdzięcza powstanie. Był najgłośniejszym orędownikiem przekształcenia rozgrywek w format ligowy wśród piłkarzy. W opozycji do niego stali dwaj koledzy z zespołu- Kotlarczyk oraz Skrynkowicz, którzy sprzyjali starym porządkom i grozili transferem do Tarnovii. Ostatecznie przeważył autorytet znakomitego napastnika a duet rozłamowców pozostał w szeregach Białej Gwiazdy i wspólnie sięgnęli po 2 mistrzostwa w dwóch pierwszych edycjach Ekstraklasy. Reyman indywidualnie został zaś pierwszym zawodnikiem, który pokonał bariere 50 oraz stu goli strzelonych w najwyższej polskiej lidze i drugim po Wacławie Kucharze, który dokonał tego w mistrzostwach Polski. Według różnych wyliczeń zanotował w Ekstraklasie od 108 do 115 goli. Pod względem średniej bramek(0,86) z członków Klubu 100 ustępuje miejsca tylko Ernestowi Wilimowskiemu. Był też pierwszym w historii ligi kapitanem, który mógł się cieszyć ze swoim klubem zdobytym mistrzostwem w lidze polskiej. Pokazał przy tym kawał niebywałej odporności psychicznej. O tytule decydowało spotkanie z klubem mniejszości niemieckiej 1. FC Katowice, które elektryzowało całą piłkarska Polske. Nikt jednak nie mógł lepiej od niego udźwignąć brzemienia odpowiedzialności. Wisła wygrała to starcie 2:0 a sam Reyman podwyższył wynik meczu, co pozwoliło krakowskiemu zespołowi wrócić do domu z tarczą, choć… pierwotnie świętowano wynik 3:0 a napastnikowi oficjalnie zaliczono dublet. Drużyna 1. FC Katowice, po tym jak sędzia podyktował rzut karny, zeszła bowiem z boiska. Reyman wykonał więc strzał z jedenastu metrów do pustej bramki. Wobec braku powrotu gospodarzy na boisko, arbiter zakończył mecz. Dopiero później wynik został zweryfikowany do stanu sprzed karnego. Sukces z Wisłą powtórzył też w roku następnym. Było to ostatnie mistrzostwo tego klubu przed wojną. Spadek formy drużyny splótł się ze słabszą dyspozycją Reymana. Nie można było jednak powiedzieć, by grał on gorzej. Po prostu rzadziej mógł się pojawiać na boisku. Zawodowo związany z wojskiem na pewien czas został przeniesiony do Wilna, mimo to starał się pojawiać w progach klubu najczęściej, jak się dało. Kiedyś po 24-godzinnej podróży z obecnej stolicy Litwy niemal prosto z pociągu wyszedł na boisko. Sam czul tez upływ czasu i brak sił. Zgodnie z honorem wojskowym postanowił zrezygnować z występów, czując przeciążenie pracą w CIWF. Po wyjeździe do Krakowa na Zielone Świątki złożył prośbe o zwolnienie. Została ona jednak potraktowana odmownie a pod Wawelem wybuchła prawdziwa histeria. ,,Podzielam w zupełności stanowisko zajęte w tej sprawie przez Zarząd Wisły. Jak już Panowie słusznie w jednym z ostatnich numerów ,,Przeglądu” podkreślili, cała opinia krakowska jest po prostu zaskoczona krokiem kpt. Reymana. Uważam to tylko za jakąś psychozę, która jest jednak tylko chwilowa i przejdzie wkrótce. Nie mogę bowiem zrozumieć aby gracz tej miary, związany z histowią swego klubu jak właśnie kpt. Reyman, decydował się nagle na zmianę swych barw. Tym bardziej że nie jest mu obce przecież przyjeżdżanie na mecze swojego klubu. Czy bawiąc w Wilnie, nie przybywał na mecze do Krakowa?”- powiedział kapitan Dembiński, kierownik Białej Gwiazdy. Dodatkowo podejrzewano go o konszachty z Legią Warszawa, ponieważ w czasie pracy w CIWF trenował z tym klubem, co wzmagało negatywne nastroje w Krakowie. Ostatecznie Reyman poprosił o kilka tygodni do namysłu. Ten okres skrócił się do kilkunastu dni, po których znów pojawił się w składzie swego zespołu przeciwko Warcie Poznań. Szczególnym rywalem w jego życiorysie była Cracovia. Nie tylko z powodu napięć między dwoma krakowskimi zespołami. W meczu przeciwko temu zespołowi rozegrał swoje 400-ten spotkanie w barwach Białej Gwiazdy. Kilka miesięcy potem w starciu z Pasami zanotował też swoje setne trafienie w lidze. Na nim przyszło mu jednak również zakończyć piłkarską karierę. W 1933 r. Reyman został wykluczony prze sędziego w końcówce starcia z Pasami z boiska. Za nim podążyła cała drużyna. Kapitan nakazał im powrót na boisko, po minucie jednak zmienił zdanie i starcie zakończyło się walkowerem. Prawdopodobnie przekazał on tylko czyjeś polecenie. Znając jego charakter, ciężko jednak przypuszczać, by w tej sprawie postąpił wbrew sobie. Sprawe zakończył dowódca okręgu Kraków- generał Bernard Mond, który zakazał gry w lidze zawodowym oficerom. ..Nie możemy się zgodzić aby piłkarz w służbie czynnej schodził z boisku wśród gwizdów i okrzyków kilkutysięcznego tłumu”- napisał oburzony w oświadczeniu. Generał pozwolił oficerom na gre tylko w wojskowych klubach, samemu będąc prezesem… takiego tworu- Wawelu Kraków! W reprezentacji pan Henryk rozegrał 9 meczów, strzelając w nich 5 goli. Był pierwszym w historii kapitanem kadry Polski na Igrzyskach Olimpijskich. W czasie II Wojny Światowej pozostał wierny mundurowi. Ranny w bitwie nad Bzurą dostał się do niewoli niemieckiej ale zdołał zbiec, za co poszukiwany był przez gestapo. Po wojnie trzykrotnie obsadzano go na stanowisku selekcjonera Polski. Jego imię nosi ulica w Krakowie a także stadiony Wisły Kraków i w Kutnie. Zmarł w 1963 roku.

6

Wyjątkowe legendy polskiego futbolu(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Mixtape

9

Wybitne legendy futbolu:



28 lipca 1925 r. urodził się genialny urugwajski napastnik Juan Alberto Schiaffino, mistrz Świata z 1950 roku oraz zdobywca Pucharu Miast Targowych(1961 z AS Roma). Piłkarz ten był najlepszym zawodnikiem, jakiego Urugwaj kiedykolwiek miał. Był on czczony jako wielki narodowy bohater. Sławę zdobył na mistrzostwach świata w Brazylii w 1950 roku. Piłkarska karierę rozpoczął w drużynie Penarolu Montevideo (zdobył z nią cztery tytuły mistrza Urugwaju), w którym w wieku 18 lat stał się podstawowym zawodnikiem. Był wysoki ale bardzo szczupły, przez co wydawało się, że jest jeszcze wyższy. Chciał grać na środku ataku, jednak trenerzy drużyny juniorskiej Penarolu uznali, że na tę pozycję jest zbyt kruchy i znaleźli mu miejsce łącznika, gracza ataku między środkowym a skrzydłowymi. Dzięki swojej szybkości, znakomitemu przeglądowi pola i mocnemu, ostremu strzałowi, został powołany do reprezentacji Urugwaju, w której już wkrótce miał osiągnąć sukces. Na mistrzostwach świata w 1950 był kluczowym zawodnikiem kadry Urugwaju, która sensacyjnie wywalczyła w Brazylii tytuł mistrzów świata. Schiaffino został jednym z bohaterów finałowego spotkania z Brazylią. Ekipa "Canarinhos" była wielkim faworytem imprezy, odbywającej się na jej ziemi, gromiąc kolejnych rywali. Piłkarze Urugwaju nie wystraszyli się rozpędzonych Brazylijczyków. W 47. minucie finału gospodarze objęli prowadzenie, jednak w 66. minucie Schiaffino uderzył z powietrza, będąc w polu karnym Brazylii i było 1:1. Trzynaście minut później Schiaffino idealnie obsłużył Alcidesa Ghiggię i Urugwaj został mistrzem świat, wygrywając w obecności blisko 200 tysięcy ludzi na słynnej Maracanie z Brazylią 2:1. Od tego czasu, dla upamiętnienia "cudu na Maranie" w Rio de Janeiro, Schiaffino nazywano "El Maracanazo". Cztery lata później znów był kluczowym zawodnikiem reprezentacji Urugwaju na MŚ w Szwajcarii. To między innymi dzięki niemu "Urusi" dotarli do półfinału, gdzie przegrali trochę nieszczęśliwie z Węgrami 2:4. W tym samym roku Schiaffino przeszedł z Peñarolu do włoskiego AC Milan za rekordową wówczas sumę 72 tysięcy funtów. Ze swoim nowym klubem trzykrotnie sięgnął po tytuł mistrza Włoch i awansował do finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (1958). W późniejszym okresie został wybrany przez kibiców Milanu do "10" najlepszych zawodników w historii klubu. Po przeprowadzce do Italii, posiadając włoskie korzenie, postanowił zakończyć przygodę z reprezentacją Urugwaju, w której rozegrał 25 spotkań, strzelając w nich 11 bramek i zmienił obywatelstwo. Wystąpił nawet w czterech kwalifikacyjnych spotkaniach Włochów do MŚ, ale "Squadra Azzura" nie zakwalifikowała się do turnieju w Szwecji (1958). W 1960 roku Schiaffino przeniósł się do AS Roma, gdzie dwa lata później zakończył karierę sportową. We Włoszech uważano go za najlepszego zagranicznego piłkarza. Tak było aż do czasu, kiedy w Italii pojawił się Michel Platini.

W 1976 roku wrócił na futbolową scenę, zostając menedżerem Peñarolu i wkrótce potem selekcjonerem reprezentacji Urugwaju. Zmarł 13 listopada 2002 roku, w wieku 77 lat, w swoim rodzinnym mieście Montevideo. Tuż przed śmiercią został jeszcze wybrany najlepszym piłkarzem Urugwaju minionego wieku.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon

6

Feliz cumpleaños panie Nadal!

28 lipca 1966 r. urodził się Miguel Angel Nadal. Ten prawy obrońca debiutował w La Liga w barwach RCD Mallorca i w ekipie z rodzinnych Balearów spędził 5 sezonów. W 1991 r. trafił do FC Barcelony. W ,,Dream Teamie” Johana Cruijffa miał pewne miejsce w składzie do czasu przyjścia Luisa Van Gaala. Po pierwszym sezonie Holendra, Nadal zdecydował się wrócić do Mallorci, gdzie w 2005 r. zakończył kariere. Miguel Angel jest wujkiem słynnego tenisisty Rafaela Nadala, który jest z kolei znanym kibicem Realu Madryt...


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Ramaj77 0,250 punktu za zwycięstwo? To zakrawa na jakiś nieśmieszny żart! Co to wogóle za jakaś chora, szczątkowa punktacja jest? Ta UEFA jest chyba pojebana jakaś! Przy takiej punktacji to Polska nigdy nie załapie się do fazy grupowej jakichkolwiek rozgrywek...

1

@escarabajo A powiedz mi prosze jeśli wiesz(?) ile punktów dostaje zespół za zwycięstwo lub remis? Coś słyszałem w TVP Sport że Raków ponoć za zwycięstwo w jednym meczu z Flora Tallin dostał... tylko pół punktu! Czy ja się przesłyszałem? Czy to rzeczywiście prawda? Bo jeśli to prawda to jakaś ta punktacja bardzo mała...

10

Feliz cumpleaños panie Pedro!



Kochani cules, dzisiaj 36 lat kończy Pedro Eliezer Rodriguez Ledesma. No tego pana to ja chyba przedstawiać nie musze? Ileż nam ten sympatyczny Kanaryjczyk radości przysporzył to głowa mała a to wszystko głównie dzięki Pepowi, który miał nosa i odwage na niego postawić. Jako pierwszy piłkarz w historii strzelił gola w sześciu różnych rozgrywkach w ciągu jednego roku! Dziękujemy Pedro i nigdy o tobie nie zapomnimy.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Piłkarze zatarci w historii:

27 lipca 1952 r. urodził się Robin Friday. Jeden z najbardziej utalentowanych graczy tamtych czasów w Anglii. Jego kariera zakończyła się w wieku 25 lat. Nie mówimy tutaj jednak o jakimś dramatycznych urazie, który zakończył wielkie marzenia o futbolowych salonach. George’a Besta i jego historię zna każdy, a kto nie, ten powinien się wstydzić. Możecie sobie wyobrazić zatem, że po murawach biegał ktoś, kto szkodził sobie bardziej niż legenda Manchesteru United? Mówiąc wprost, Friday chlał i palił ponad wszelkie normy. Do tego dochodzi wieczne obżarstwo i ciągłe kombinowanie z narkotykami. Gdyby ktoś potrzebował zasadniczej wiedzy na temat ciężkich używek, to Robin był żywym leksykonem. Większość swojej piłkarskiej kariery spędził w Reading, w którym uznawany jest za jednego z piłkarzy wszech czasów. W 121 spotkaniach zdobył 46 goli, lecz odznaczała go boiskowa inteligencja i technika. Niestety tego pierwszego brakowało mu zdecydowanie w życiu prywatnym. Pod koniec swojej piłkarskiej kariery został sprzedany do Cardiff, przez coraz bardziej rosnący problem z narkotykami. Nikt w Reading nie chciał go już widzieć. Jak wspomniano wcześniej, piłkarski rozdział zakończył jako 25-latek, który przypominał wrak człowieka. Zmarł w wieku 38 lat na skutek ataku serca.



@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974

8

Wprawdzie nigdy nie byłem i raczej już nie będe kibicem Legii, jednak chciałbym złożyć jej gratulacje za walke i determinacje do samego końca meczu. W europejskich pucharach zawsze byłem i będe za każdą polską drużyną i to się nigdy nie zmieni. To powinno cechować każdego polskiego kibica futbolu!

9

Debiut ,,Ronniego” w barwach Blaugrany:

27 lipca 2003 r. Ronaldo de Assis Moreira(znany jako Ronaldinho Gaucho) zadebiutował w pierwszej drużynie FC Barcelony. Zdarzenie to miało miejsce w meczu towarzyskim z Juventusem Turyn zakończone remisem 2:2, jak również rzutami karnymi wygranymi przez Barçe 6:5, w ramach tourne po Stanach Zjednoczonych. Ronaldinho pojawił się na murawie od 46 minuty a w serii rzutów karnych wykorzystał swoją ,,jedenastke” na remis 4:4. Decydujące o zwycięstwie trafienie na 6:5 zaliczył Carles Puyol.



@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?