FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Stoiczkow nie awansował ale pokazał wysoką klase:
5 kwietnia 1989 r. FC Barcelona pokonała CSKA Sofia 4:2 w pierwszym półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Podobnie jak w potyczkach z Lechem Poznań najpierw emocje przeżywała scena Camp Nou wygrała Barça ale na ustach wszystkich obserwatorów znalazło się nazwisko Stoiczkowa, autora dwóch goli dla Bułgarów. Dwubramkowa zaliczka wydawała się Katalończykom wystarczająca, jednak na wszelki wypadek woleli wspomagać się... statystyką. Otóż występując po raz czwarty w półfinałach Pucharu Europy Zdobywców Pucharów nigdy nie schodzili z boiska pokonani. W meczach z FC Kõeln, Beveren, Tottenhamem i CSKA odnieśli pięć zwycięstw i dwukrotnie remisowali. Dlaczegóż więc passa miałaby się skończyć(?) tym bardziej że w pucharowych zmaganiach przed laty Duma Katalonii pozbawiała już złudzeń bułgarskie jedenastki: CSKA, Levskiego i Trakiję Płowdiv. Przewidywania faworytów spełniły się co do joty. Najpierw Lineker odebrał piłkę Dmitrowowi w połowie boiska i w szarży na bramkę Wałowa już nikt nie zdołał go powstrzymać. Po przerwie Stoiczkow ożywił na moment nadzieje bułgarskie ale definitywnie przeciął je Amor. Kapitalny dwumecz Stoiczkowa zapewnił mu niebawem bajeczny kontrakt z katalońskim klubem. Niebieskie, ze względu na żądanie telewizji stroje Blaugrany okazały się dla gości szczęśliwe. ,, Graliśmy swój Football, mogliśmy strzelić jeszcze parę goli"- obwieścił Cruijff po meczu.
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_
10
Copa w rytmie samby:
3 kwietnia 1949 r. w Rio de Janeiro Brazylia rozgromiła Ekwador 9:1(7:1)(!) w meczu rozpoczynającym 21. edycje Copa America. Do tej edycji nie przystąpiła Argentyna, bez reszty zaprzątnięta myślą jak sklecić możliwie silne składy w krajowych rozgrywkach ligowych. Urugwajczycy wciąż sparaliżowani strajkiem najlepszych zawodowców, w ostatniej chwili wysłali do Brazylii ,,ekipe ratunkową”, złożoną z piłkarzy drugiego rzutu. W tych okolicznościach ,,Canarinhos” wydawali się faworytem niepodważalnym i stuprocentowym. Puchar Ameryki miał właściwie stanowić przygrywke i rodzaj poligonu doświadczalnego dla finałów MŚ 1950, przyznanym właśnie Brazylii. Wszystko też podporządkowano temu celowi strategicznemu. Brazylia w trakcie mijającej właśnie dekady tylekroć upokarzana przez Argentyne i Urugwaj, otrząsała się z dawnych kompleksów, odzyskując pewność siebie i uzasadnione poczucie własnej wartości. Szykowała się do wielkich zadań i wyjątkowych przeznaczeń. Zmianie tego nastawienia sprzyjała polityka prezydenta Getulio Vargasa, uderzająca w tony patetycznie patriotyczne. Dobitnie oddawało ów nastrój hasło ,,Brazylia brazylijska!”. Znalazło to również przełożenie na gruncie sportowym. Przez całe 10-lecia liga brazylijska była ,,Mekką” zawodowców, zwłaszcza argentyńskich i urugwajskich. Każdy klub mógł mieć ich nawet pięciu! Wreszcie w 1949 rygory zostały skrajnie zaostrzone; w całej Brazylii mogło jednocześnie grać najwyżej 5 zawodników cudzoziemskich. Gospodarze turnieju szli od początku jak burza, dosłownie zmiatając z drogi wszelkie przeszkody. Na rozgrzewke rozgromili Ekwador 9:1 i tratowali następnych przeciwników, nie okazując im żadnych względów, należnych gościom. Kolejno padały jak ścięte: Boliwia 1:10!, Chile 1:2, Kolumbia 0:5, Peru 1:7, Urugwaj 1:5… Aż tu raptem na drodze rozpędzonego brazylijskiego tornada znalazł się maleńki, skromny Paragwaj. 50-tysięczna ,,torcida” zapełniająca trybuny Vasco da Gama, dyszała żądzą krwi. Kolejna ofiara miała zostać metodycznie poćwiartowana, rozdarta na strzępy i połknięta żywcem.
Obstawiano zakłady czy ,,Guarani” dostaną 6, 7 czy może 8 goli w plecy. Początek meczu zdawał się potwierdzać te oczekiwania. Prawa strona brazylijskiego napadu, Tesourinha-Zizinho, wymieniała podania z zamkniętymi oczami. Na przedpolu bramki Paragwajskiej rozpętał się huragan, lecz ten huragan nie złamał paragwajskiej palmy, co najwyżej przygiął ją do ziemi. Guarani ustępujący rywalom technicznie, nie wdawali się w misterne kombinacje i nie pozostawiali zagrożonych kolegów bez pomocy. Walczyli z bezgranicznym poświęceniem o każdy centymetr murawy i o każdą sekundę czasu. Cudów zręczności dokonywał kapitalny bramkarz Garcia, który bronił tak rewelacyjnie że już w przerwie meczu działacze Flamengo wiedzieli że za wszelką cene muszą go wykupić z Cerro Porteño, co w istocie niebawem się stało. Do dzisiaj Sinforiano Garcia uchodzi za bezsprzecznie najlepszego golkipera w dziejach ,,Flu”. Obrona paragwajska dowodzona przez Alberta Gonzaleza grała pewnie, twardo i bezwzględnie. W środku pola zapore nie do przebicia stworzyli Manuel Gavilan i Pedro Nardelii, który wkrótce zrobił furore w Boca Juniors czy Peñarol. Asem atutowym w ataku był błyskotliwy, fantastyczny przebojowiec o kąśliwym strzale, 22-letni Duilio Jorge Benitez z Nacional Asuncion. Jego niepowszedni talent eksplodował właśnie na tym turnieju. Działacze Boca Juniors, wykładając 200 tysięcy pesos zadbali aby z Rio nie wracał już do Asuncion, tylko jechał do Buenos Aires. Jednak Benitezowi najwidoczniej przypadł do gustu klimat brazylijskiej metropolii; dołączył szybko do swojego rodaka Garcii. Doskonale też spisywali się pozostali napastnicy Guarani, w razie potrzeby w pocie czoła wspomagający obronę i czyhający na szanse błyskawicznych wypadów. Szybkością imponował Cesar Lopez Fretes, strzałami z najtrudniejszych pozycji Enrique Casimiro Avalos zaś wszechstronnością Dionisio Arce. Golom Avalosa i Beniteza, gospodarze przeciwstawili tylko jeden gol, jaki strzelił Tesourinha i oto zdrętwiała z trwogi widownia Vasco da Gama musiała przyjąć do wiadomości że jej idole przegrali ten pozornie ,,spacerowy” mecz. Ponieważ obie drużyny miały po 12 punktów, 3 dni później doszło do dodatkowego rozstrzygającego meczu. Jednak ów czynnik miał natychmiastowe następstwa nieco innego typu.
Postawa Paragwajczyków wywarła takie wrażenie że wielkie kuby z Rio momentalnie zapałały pożądaniem do skromnych(i co nie bez znaczenia-tanich) piłkarzy maleńkiego kraju. Już niebawem w ślady Beniteza i Garcii poszedł stoper Modesto Bria ściągnięty do Flamengo, podczas gdy napastnik Egidio Landolfi zasilił Botafogo. Zresztą na całym kontynencie zapanowała swoista moda na futbolistów z Asuncion. Tymczasem Canarinhos wzmocnili skład, chimerycznego Octavuio zastępując Ademirem i od pierwszej sekundy natarli z dziką furią. Dzielni Guarani w poprzedni zwycięski mecz włożyli tyle energii iż nie byli w stanie zregenerować nadwątlonych sił. Pod niektórymi piłkarzami dosłownie uginały się nogi. Tym razem brazylijski sztorm zatopił paragwajską łupinke. Zemsta była straszna bo aż 7:0! Sam Ademir popisał się hattrickiem, co stanowiło zapowiedź jego strzeleckich osiągnięć podczas MŚ 1950. Poligon doświadczalny zdał w oczach ekspertów egzamin. Ostatecznie, mimo przejściowych kłopotów z Paragwajem, Brazylia po kilkudziesięciu latach zdobyła Puchar Ameryki. Pokazała gre ofensywną, radosną i pełną rozmachu. W 8 meczach strzeliła aż 46 goli(!) co dało niewiarygodną przeciętną 5,75 na mecz! Brazylijczyk Jair da Rosa Pinto został z 9 golami pierwszym ,,arthilero” turnieju. Przetestowani zostali pozytywnie przyszli ,,mundialiści”. Przygotowania były dopięte na przedostatni guzik. Jednakże wnikliwi analitycy, bardziej sceptyczni i skłonni do dzielenia włosa na czworo, nie podzielali tych zachwytów. Zapamiętali dobrze bezradność brazylijskich wirtuozów w obliczu twardej obrony w pierwszym meczu z Paragwajem i zadali sobie pytanie: A co będzie jeśli ,,Canarinhos” natrafią na jeszcze twardszą? Ten właśnie problem szczególnie dogłębnie postanowiono przestudiować rok później w Urugwaju…
@Adran360
@AssisMoreira
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
Narodziny Boca:
Dokładnie 120 lat temu pięciu włoskich imigrantów zebrało się w Plaza Solís, położonym w samym sercu ,,La Boca”, portowej dzielnicy Buenos Aires. Esteban Baglietto, Alfredo Scarpatti, Santiago Sana, oraz bracia Juan i Teodoro Farenga założyli klub Boca Juniors, 32-krotny mistrz Argentyny i 6-krotny zdobywca Copa Libertadores. Nazwę Boca Juniors można tłumaczyć jako „młodzież z Boca”. ,,La Boca” to jedna z 47 dzielnic Buenos Aires, natomiast słowo „Juniors” zostało dodane celem zwiększenia prestiżu oraz nadania nazwie angielskiego brzmienia (to głównie brytyjscy marynarze, budowniczy kolei i robotnicy jako pierwsi przywieźli piłkę nożną do Ameryki Południowej).
Pozdrawiam wszystkich sympatyków ,,Bosteros”.
@Stinger_
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360
10
Porażka z Jugosławią nie pozbawiła polskiej reprezentacji awansować na mundial jako debiutant:
3 kwietnia 1938 roku biało-czerwoni zmierzyli się w Belgradzie z reprezentacją Jugosławii. Gospodarze postawili przyjezdnym trudne warunki w walce o awans na mundial, ale polscy piłkarze pokazali charakter. Droga na pierwsze mistrzostwa świata w wykonaniu kadry Polski, czyli francuski mundial w 1938 roku, była wyjątkowo krótka. Los (a właściwie FIFA) zestawił biało-czerwonych z Jugosławią, a o tym, kto pojedzie na turniej, miał zadecydować dwumecz. Pierwotnie jednak Polska miała mieć zupełnie innych rywali - były nimi Irlandia i Norwegia. Ostatecznie przy zielonym stoliku zdecydowano jednak, że wobec braku Hiszpanii wśród walczących o awans drużyn (nie została dopuszczona w związku z wojną domową) powstaną trzy grupy, w których będą po dwa zespoły. Pod uwagę brano kryterium geograficzne i biało-czerwoni zostali zestawieni z piłkarzami z Bałkanów. Podopieczni legendarnego Józefa Kałuży rozstrzygnęli losy tej rywalizacji właściwie już w pierwszym spotkaniu, do którego doszło 10 października 1937 roku. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie, w obecności 30 tysięcy kibiców, biało-czerwoni dosłownie rozbili rywali w pył. Po końcowym gwizdku było 4:0 dla gospodarzy, dwa gole zdobył Leonard Piątek, a dzieła zniszczenia dokończyli Jerzy Wostal i Ernest Wilimowski. Sytuacja przed rewanżem była wymarzona, jednak spotkanie w Belgradzie nie było spacerkiem. Mogło być to pewne zaskoczenie, ponieważ w poprzednim roku lepsi byli zawodnicy z Bałkanów, którzy zwyciężyli aż... 9:3, do przerwy prowadząc na własnym boisku 5:0. Co prawda Polacy grali wtedy bez zawieszonego Ernesta Wilimowskiego, ale wynik mógł dawać do myślenia i nie napawać optymizmem przed decydującym starciem. Zwłaszcza że Jugosłowianie chwilę wcześniej przegrali minimalnie (4:5) z Czechosłowacją.
Jugosłowianie szybko ruszyli na Polaków, starali się zdominować mecz, wiedząc, że potrzebują tu okazałego zwycięstwa. Mieli za sobą ponad 20 tysięcy kibiców, którzy byli bojowo nastawieni na ten mecz, podróżujący całą dobę pociągiem goście mieli prawo być zdeprymowani. Jednak udało im się stanąć na wysokości zadania, niewiele robiąc sobie z gorącej atmosfery. Biało-czerwoni skupili się na obronie, kilka razy postraszyli rywali, ale prasa w Jugosławii żaliła się na to, że w tym spotkaniu ich ulubieńcom towarzyszył ogromny pech. Nie potrafili zamienić swoich sytuacji na gole, a w bramce świetnie spisywał się Adolf Krzyk. Polacy, choć nie zagrali pięknie, osiągnęli swoje - zdołali uzyskać wynik, który dał im awans i zapisał się w historii. Przegrana 0:1 tym razem okazała się być zwycięstwem.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Pierwsze w historii ligowe derby Warszawy:
3 kwietnia 1927 r. Warszawianka pokonała Legie 4:1(0:0). Mecz dostarczył widzom wiele emocji i przyniósł nieoczekiwane zwycięstwo Warszawiance. W tym spotkaniu to Legia uchodziła za faworyta więc rozmiary jej porażki zadziwiły tym bardziej że Warszawianka, jak podał sprawozdawca ,,Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, grała chaotycznie i bez planu. Legia przegrała mimo wielkiej przewagi. Przez cały czas pierwszej połowy Legia miała dużą przewagę, po przerwie ten sam obraz gry. Na dodatek przez 80 minut Warszawianka grała w 10-tke a ostatnie 10 minut nawet w 9-tke! Mało tego, pierwszy gol w tym meczu(57 minuta) padł bezpośrednio z rzutu rożnego(!) a więc zapisał się w historii polskiej ligi jako pierwsze tego typu trafienie. Autorem tego gola był napastnik Warszawianki Jan Luxenburg.
Oraz pierwsze w historii ligowe derby Krakowa:
3 kwietnia 1927 r. Jutrzenka Kraków poległa na własnym boisku z Wisłą Kraków 0:4(0:2). Pierwsze krakowskie derby przyniosły umiarkowane emocje ze względu na wyraźną przewagę Wisły, w której zadebiutowali pozyskany z BBSV bramkarz Emil Folga oraz pomocnik Bronisław Makowski z Cracovii. Dużym wzmocnieniem był też powrót Balcera, który przebywał w Poznaniu. Komentatorzy, zaznaczając różnice klas obu drużyn, podkreślali ambitną gre Jutrzenki. Drużyna ta została wzmocniona Grünbergiem wcześniej występującym w ŻKS Amatorzy. W trakcie meczu doszło do pierwszej zmiany w historii Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Jeszcze przed pierwszym golem kulejącego bramkarza Jutrzenki Mellera zastąpił Elsner. Na słowa uznania zasłużył też łódzki sędzia Dancygier.
@Stinger_
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360
9
Absolutna premiera Polskiej Ligi Piłki Nożnej:
W niedziele 3 kwietnia 1927 r. odbyła się premierowa kolejka rozgrywek Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Na inauguracje rozegrano siedem spotkań(w tym aż pięć derbowych). Przez kilkadziesiąt lat nikt nie próbował ustalić, który zawodnik był strzelcem pierwszego gola w ekstraklasie. Informacja na ten temat została opublikowana dopiero w roku 2000 na kartach książki ,,O tytuł mistrza Polski”, wydanej w ramach serii ,,Encyklopedia Piłkarska Fuji”. Przedstawiono tam analizę, z której wynikało że pierwszy mecz rozpoczął się w Łodzi o godz. 15.00 na boisku przy ul. Wodnej(a nie na placu Hallera, jak początkowo twierdziła jedna z publikacji). Był to mecz Klub Turystów Łódź – ŁKS Łódź 0:2. W czasie jego trwania pierwszego gola zdobył Jan Durka w 22 minucie meczu. W Łodzi 2 października 2012 r. odsłonięto nawet tablice upamiętniającą rozegranie przed 85 laty pierwszego meczu ligowego i zdobycie pierwszego gola w historii ekstraklasy. Tymczasem sprawa owego pierwszeństwa wcale nie była oczywista. Po dokładnej analizie można było dojść do wniosku że napis na pamiątkowej tablicy należałoby zmienić. Na kartach dwóch książek przedstawione zostały bowiem argumenty sugerujące historyczną pomyłke, która niesłusznie uczyniła z Durki zdobywcę pierwszego gola. Analiza prasowa wskazuje bowiem że również o 15.00 rozpoczęło się spotkanie w Toruniu, w którym miejscowy TKS pokonał Polonię Warszawa 4:3. Potwierdza to przedmeczowa zapowiedź zamieszczona w ,,Słowie Pomorskim”. Już w 6 minucie toruńskiego pojedynku gola zdobył Paweł Gumowski. Ten fakt w sposób oczywisty zaprzecza twierdzeniu, jakoby pierwszego gola w ekstraklasie mógł zdobyć Durka. Warto podkreślić że po obu historycznych boiskach nie ma już dziś nawet śladu. Co ciekawe, Łódź jako gospodarz jednego z premierowych meczów zapisała się w historii ekstraklasy rekordowym osiągnięciem, choć zupełnie innego rodzaju. To właśnie tam oglądano prawdopodobnie najmłodszego uczestnika zmagań inauguracyjnej kolejki. Bramkarz Klubu Turystów Alfred Lass w chwili swego debiutu miał zaledwie 17 lat i 10 dni.
Do miana gospodarza pierwszego meczu mógłby kandydować także trzeci mecz, choć trudno jednoznacznie ocenić, o której godzinie rozpoczęły się rozgrywki w Katowicach. W zapowiedziach przedmeczowych zarówno katowicka ,,Polonia”, jak i krakowski ,,Ilustrowany Kurier Codzienny” podały informacje, adresowaną zapewne do potencjalnych widzów, że mecz 1.FC - Ruch rozpocznie się o godzinie 15.00. Tymczasem w pomeczowej relacji ,,Przegląd Sportowy” napisał że: ,,O godzinie 16 na boisku stanęły obie drużyny”. Jako najbardziej wiarygodną należy przyjąć zapowiedzi zamieszczone w niemieckojęzycznych dziennikach ,,Kattowitzer Zeitung” oraz ,,Der Oberschlesische Kurier”, ponieważ były to gazety opisujące najbardziej szczegółowo sprawy związane z klubem 1.FC Katowice, gospodarzem tego meczu. Przyjmujemy jako ostateczną tą właśnie wersje, choć trudno wyzbyć się w tym względzie wszelkich rozterek. Z całą pewnością można jednak stwierdzić że właśnie piłkarze z Katowic, po zwycięstwie z Ruchem aż 7:0, zostali pierwszym liderem rozgrywek ekstraklasy. Napastnik 1.FC Karol Kossok był natomiast pierwszym ,,ligowcem”, który zdobył cztery gole w jednym meczu. W premierowej kolejce ekstraklasy nie zabrakło także innych osobliwości. Sędziowie podyktowali aż 7 rzutów karnych, z których wykorzystano 3. Kilku zawodników opuściło plac gry z powodu kontuzji ale tylko jednego zastąpił gracz rezerwowy, bowiem możliwe zmiany obejmowały wyłącznie bramkarzy. Z kolei kibice w Warszawie oglądali gola zdobytego bezpośrednio z rzutu rożnego autorstwa Jana Luxenburga, zawodnika Warszawianki. W derbach Lwowa Pogoń wygrała z Hasmoneą aż 7:1! Jednak z powodu udziału w meczu dwóch nieuprawnionych zawodników, występujących, co ciekawe, w składach obu rywali, wynik meczu został anulowany. Najbardziej ucierpiał na tym strzelec pierwszego klasycznego hattricka w historii ligi Wacław Kuchar, gdyż w zaistniałej sytuacji derby Lwowa trzeba było powtórzyć w późniejszym terminie, gdzie dość niespodziewanie Hasmonea wygrała powtórzone spotkanie 2:1 i tylko ten drugi wynik zapisano w ligowych tabelach. W związku z tym formalnym strzelcem pierwszego w historii klasycznego hattricka okazał się zawodnik łódzkiego Klubu Turystów Karol Bersch a dokonał tego w 2 kolejce ligowej w wygranym meczu z Wisłą Kraków 5:1.
@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_
13
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
3 kwietnia 2012 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou AC Milan 3:1(2:1) po dwóch golach Messiego i jednym Iniesty oraz po honorowym trafieniu Nocerino, w ramach rewanżowego meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów. W rewanżu Blaugrana pierwsze dwa gole strzeliła z rzutów karnych, przy czym drugi rzut karny podyktowany za ciągnięcie Busquetsa za koszulke przez Neste był bardzo kontrowersyjny. Ibrahimovič i inni członkowie ekipy Milanu pieklili się po meczu oskarżając Kuipersa o stronniczość i mówili że teraz rozumieją Mourinho i jego żale na temat sędziowania na Camp Nou. W takiej atmosferze Barça po raz piąty z rzędu awansowała do półfinału Ligi Mistrzów.
Składy:
FC Barcelona: Valdes - Alves, Mascherano, Pique (Adriano, 75.), Puyol, Xavi (63.), Iniesta, Busquets, Fabregas (Keita, 78.), Messi, Cuenca
AC Milan: Abbiati; Abate, Mexès, Nesta, Antonini; Nocerino, Ambrosini, Seedorf (Aquilani, min.60); Boateng (Pato, min.69) [Maxi López, min.83]; Robinho, Ibrahimovič
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
10
Cules pamiętają!
Feliz cumpleaños panie Salvador! Z okazji 84-tych urodzin.
3 kwietnia 1941 r. w L’Arboç urodził się Salvador Sadurni, legendarny bramkarz. Salvador Sadurni charakteryzował się potężną sylwetką i był ubrany niemal zawsze na czarno. Obok Ramalletsa i Zubizarrety prawdopodobnie największa legenda jaka stała w bramce FC Barcelony. Jako jedyny z tej trójki był wychowankiem Dumy Katalonii i nigdy jej nie opuścił (nie licząc rocznego wypożyczenia do Mataró). Jego idolem był Ramallets, który dał mu szansę, a do jego rozwoju przyczynił się również ówczesny trener Barçy- Ladislao Kubala. Dzisiaj wspomina, że był on „najważniejszym trenerem w jego karierze”. Jako jeden z niewielu stosował specjalne treningi dla golkiperów. Sadurní trzykrotnie zdobył Trofeo Zamora ale miał również szansę na czwarte trofeum, lecz jego trener, Olsen, zdecydował się nie wystawić go w ostatnim spotkaniu. By zdobyć nagrodę zawodnik musiał rozegrać przynajmniej 22 mecze w sezonie. Po przyjściu Cruyffa, Sadurní zdobył z Barceloną jedyne mistrzostwo Hiszpanii. Miało to miejsce w sezonie 1973/74 i co ciekawe bramkarz opuścił pamiętne zwycięstwo 5:0 na Bernabéu z powodu kontuzji. Ostatni sezon spędzony w Barcie był najgorszy w całej karierze. Tak oto go wspomina: ,,trener Weisweiler nie chciał nawet o mnie słuchać i dał mi szansę jedynie pod koniec sezonu, gdy graliśmy w różnych wsiach. Tak źle to zniosłem, że nie chciałem już nic słyszeć o piłce nożnej’’. Salvador Sadurni rozegrał dla Dumy Katalonii 500 spotkań w tym 247 w La Liga. 1 września 1976 r. odbył się pożegnalny mecz Sadurniego, Rife oraz Torresa na Camp Nou przeciwko Stade Rennes wygrany 2:0.
Dziękujemy serdecznie za oddanie i wierność FC Barcelonie.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
0
@Fantastyczny Chłopiec W takim razie niejako trzymam cie za słowo :)
8
Byłem bardzo zaskoczony wygraną na Metropolitano z Atletico w La Liga. Przegrywaliśmy tam już 0:2 a wygraliśmy 2:4! To był naprawde wielki wyczyn ale dzisiaj też trzeba wygrać. Czy nam się uda to powtórzyć drugi raz z rzędu? No nie zaryzykowałbym takiego twierdzenia. Ponoć nic dwa razy się nie zdarza....?
15
Król futbolowej obłudy:
Cesarz. Ten pseudonim jest doskonale znany w futbolu. Nosił go słynny Franz Beckenbauer. Dziś przedstawimy historię innego „Kaisera”. Chodzi o Cesarza, którego śmiało można nazwać królem piłkarskiej obłudy – Carlosa Henrique Raposo. Ów ,,Kaiser” może uchodzić za kogoś w rodzaju futbolowego Nikodema Dyzmy, choć czasem może się wydawać, że Dyzma jest przy nim tylko płotką. Zanim przybliżymy bliżej jego sylwetkę, spójrzmy na jego metrykę. Wygląda ona obiecująco. Wynika z niej, że Carlos Henrique Kaiser był piłkarzem takich klubów jak Botafogo, Fluminense, Flamengo, Vasco da Gama, grał też w Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Argentynie oraz we francuskim Ajaccio. Wygląda to więc solidnie ale jeśli przyjrzymy się głębiej samym statystykom, to dojdziemy do wniosku, że użycie słowa „grał” jest dużym nadużyciem. Carlos Henrique był w tych klubach, ale w żadnym z nich nie rozegrał ani jednego spotkania. Początkowo Raposo rzeczywiście przejawiał spory talent. W wieku juniorskim kopał piłkę na tyle dobrze, że zwróciły na niego uwagę znaczące brazylijskie kluby. Z czasem okazało się, że seniorski futbol to zupełnie co innego niż młodzieńcza zabawa w piłkę nożną. Zabawa – to słowo klucz w przypadku tego piłkarza. Młokos pod względem piłkarskim przestał się rozwijać, ale już w młodym wieku uzależnił się on od gwiazdorskiego trybu życia. Zaczął on więc szukać różnych metod, żeby utrzymać się na powierzchni. I w tym momencie zaczyna się przedstawienie. Pierwszym jego elementem jest przydomek piłkarza – Kaiser. To nic, że nasz bohater był napastnikiem, a słynny „Cesarz” Beckenbauer obrońcą. Ten majestatyczny przydomek pasował jak ulał, bo kojarzył się z wielką postacią ze świata futbolu. Kto nie chciałby mieć w swoich szeregach brazylijskiego „Kaisera”? Przecież to marketingowy majstersztyk! Dalej miało jednak być już znacznie trudniej. Sam przydomek przecież nie zapewni mu godnego kontraktu, ale znajomości mogą przynieść wiele korzyści. Raposo zaprzyjaźnił się z czołowymi brazylijskimi piłkarzami jak Romario, Edmundo, Branco, Renato Gaucho czy Ricardo Rocha. Kiedy jeden z nich zmieniał klub, proponował też, by działacze zwrócili uwagę na utalentowanego napastnika.
W ten sposób „Kaiser” był zapraszany na testy, najczęściej trzymiesięczne. Na początku tłumaczył, że nie jest w pełni formy i musi się odbudować fizycznie i dlatego potrzebuje nieco więcej czasu niż trzy miesiące. Potem kiedy już rzekomo się przygotował, wychodził na boisko i przy pierwszym kontakcie z piłką padał na ziemię jak rażony piorunem. Kontuzja! Raposo grał w czasach, kiedy medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta, żeby sprawdzić, czy kontuzja jest rzeczywista, czy może jest tylko wymysłem piłkarza na uniknięcie odpowiedzialności, tak więc czas mijał, „Kaiser” pobierał pensję, a na boisku nie było po nim śladu. Na takiego piłkarza z porcelany patrzy się krzywo, ale Carlos Henrique był niezwykle ceniony przez działaczy kolejnych klubów. Z czego to wynika? Będąc w Botafogo piłkarz bardzo często posługiwał się telefonem komórkowym. Warto wspomnieć, że w tych czasach mało kto miał taki telefon, więc samo posiadanie takiego gadżetu było nie lada gratką. Raposo wciąż odbierał telefony i rozmawiał z kimś po angielsku, tłumacząc, że dzwonią do niego agenci zagranicznych klubów, które są gotowe zrobić wszystko by mieć go w swoich szeregach. Skoro wszyscy się o niego biją, to trzeba mu zaoferować nowy kontrakt! Sielanka trwała do czasu, kiedy jeden z członków sztabu szkoleniowego podsłuchał rozmowę i zdał sobie sprawę z faktu, że Raposo ni w ząb nie zna języka angielskiego. Postanowił więc sprawdzić, jak to jest z jego telefonem i kiedy piłkarz był pod prysznicem, szkoleniowiec sprawdził tajemniczą komórkę, która okazała się być… zabawką. Jak bardzo przebiegły musiał być „Kaiser”, żeby przez tyle lat pozorować wysokie umiejętności piłkarskie? Odpowiedzią niech będzie historia z Bangu. Będąc w tym klubie i oczywiście lecząc kontuzję, piłkarz zasiadł na ławce rezerwowych. Początkowo był zapewniany, że i tak nie zagra, ale kiedy wynik był niekorzystny trener postanowił wyciągnąć asa z rękawa i wprowadzić go na boisko. Raposo podniósł się z wielką werwą i zamiast się rozgrzewać podbiegł do kibiców drużyny przeciwnej, wdrapał się na siatkę i obrzucał ich inwektywami. Doszło nawet do rękoczynów! Sędzia nie zastanawiał się długo i pokazał piłkarzowi czerwoną kartkę zanim ten postawił stopę na murawie. Sam piłkarz tłumaczył się następująco: ,,Zanim cokolwiek powiecie, posłuchajcie mnie przez chwilę. Bóg dał mi ojca, którego straciłem, ale potem dał mi kolejnego (chodzi o prezydenta Bangu, Castora de Andrade). Nigdy nie pozwolę żeby ktokolwiek mówił, że mój ojciec jest złodziejem a fani posunęli się do takiego czynu. Musiałem interweniować.” Prezes de Andrade natychmiast zaoferował mu nowy kontrakt. Wszystko, co do tej pory napisaliśmy, jest mocno niewiarygodne, ale to jeszcze nie koniec. Legendy o Raposo dotarły w końcu do Europy i piłkarz otrzymał ofertę z Gazalec Ajaccio. We Francji odbiło się to szerokim echem, bo w końcu do klubu przybywał brazylijski napastnik, który grał u boku Romario czy Edmundo. Zorganizowano wielką fetę, która miała poprzedzać mecz sparingowy. „Kaiser” został przedstawiony kibicom, ci przyjęli go z wielką radością, szczególnie kiedy ten zaczął wybijać piłki w trybuny. W tamtych czasach fani mogli zatrzymać piłki jako pamiątki, więc Raposo wybijał i wybijał, aż w końcu piłek zabrakło. Skończyło się na tym, że sparing się nie odbył, a trener zaaplikował swoim podopiecznym trening biegowy. „Kaiser” pozostał w Ajaccio przez kilka kolejnych sezonów. Zagrał około 20 spotkań, wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Potem wrócił do Brazylii i zakończył swoją niezwykle bogatą karierę. Po kilku latach opowiedział o wszystkim brazylijskim mediom. Mówił, że od zawsze chciał być piłkarzem, ale nie chciał grać w piłkę i udało mu się to. Jego historię można traktować jak magiczną sztuczkę słynnego iluzjonisty, można też uważać go za oszusta, który przechytrzył wszystkich i zapewnił sobie godne zarobki oraz rozrywkowy tryb życia. Jednak czy idąc na występ iluzjonisty nie chcemy zobaczyć magicznych sztuczek? A czy oszust nie nabiera tylko tych, którzy dają się nabrać?
@Stinger_
@Safrani
@siwykrb
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360
11
Genialny Wilimowski dał popis:
2 kwietnia w drugiej kolejce ligowej sezonu 1939 polskiej ligi drużyna Ruchu Chorzów wybrała się do Warszawy na mecz z Warszawianką. Debiut ligowy węgierskiego trenera Petera Szabo wypadł bardzo okazale. Zwycięstwo 5:0(!) zmazało częściowo plamę meczu w Krakowie(porażka 1:2). ,,Przegląd Sportowy” w swoim stylu pisał: ,,Ślązacy mieli pierwszą połowe wyjątkowo słabą. Ruch miał jeszcze sporo luk”. Mimo iż gazeta ta lubowała się w krytyce hajduckiej a może już chorzowskiej jedenastki, to jednak wielokrotnie przebijała inną prase sportową w relacjach z meczów. Również i tym razem jej opis stanowił rzetelne źródło informacji. Oczywiście nadal było to narzekanie dziennikarza, który krytykował że na trybunach pojawiło się za dużo publiczności, że było ciasno i że Warszawa nie ma porządnego boiska do rozgrywania meczów ligowych. Tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” napisał że w meczu tych dwóch drużyn nie było żadnej niespodzianki a Warszawianka stała pod znakiem walącego się ogrodzenia, wszystko się w niej waliło. Nieprzygotowana do zawodów wytrzymała tempo tylko do przerwy, pozostawiając później Wilimowskiemu wolną ręke a ściślej mówiąc wolną noge w strzelaniu goli według uznania. Kiedy w siatce bramkarza Warszawianki Kondrackiego zatrzepotał piąty gol, na trybunach rozpoczął się festiwal uszczypliwości wobec piłkarzy ze stolicy. Gole, które strzelał Wilimowski padły w 25, 52, 70 oraz 71 minucie meczu. Piątego dołożył Słota w 88 minucie. Szczególnie o dwóch strzałach genialnego snajpera warto wspomnieć. ,,Pierwszego gola ,,Ezi” zdobywa swoim najbardziej typowym sposobem, piłka niby ,,strzepnięta” od niechcenia idzie jakimś fałszem do bramki. Trzeciego gola Wilimowski strzelił mając na karku dwóch graczy, idzie w lewo a strzał kieruje wprost w przeciwny róg. Po meczu publiczność rozentuzjazmowana wpada na boisko by porwać Wilimowskiego, liczni wojacy pochodzenia śląskiego uprzedzają warszawiaków i sami wynoszą swego pierona do szatni”- tak opisywał ,,Przegląd Sportowy”. Kończąc wątek tego meczu, Teodor Peterek nie strzelił w nim rzutu karnego a dziennikarz ,,Przeglądu Sportowego” ochrzcił go ,,Longinusem”, nawiązując do postaci Longinusa Podbipięty, bohatera ,,Ogniem i mieczem”, którego wygląd był podobny do Peterka. Mecz w Warszawie był debiutem ligowym Ruchu z dzielnicy Chorzów Batory. Pozostał jeszcze debiut na boisku w Chorzowie a le o tym wspomnę 9 kwietnia.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Jubileusz na remis:
2 kwietnia 2013 r. FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała to spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze. PSG walczyło o odwieszenie już na pierwszy mecz Ibrahimovicia, który otrzymał 2 mecze dyskwalifikacji za wybryk na Estadio Mestalla. Ostatecznie ta sztuka się udała i ,,Ibra” zagrał. Blaugrane wzmocnił Vilanova, który po kuracji w Nowym Jorku wrócił do Hiszpanii. Poleciał po niego Roura aby w samolocie zdać przełożonemu sprawę z sytuacji. Barça mecz zremisowała ale wróciła z kontuzjowanym, nie wiadomo na jak długo Messim oraz wykluczonym na co najmniej miesiąc Mascherano, więc Vilanova miał o czym myśleć, tym bardziej że z powodów zdrowotnych praktycznie nie grał Puyol.
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
10
Blaugrana w europejskich pucharach:
2 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan drużyny Josep Maria Fuste.
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_
2
@FCBparasiempre
Z trzech
dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów
Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4
razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj
najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w
następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła
podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak.
Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy,
ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale
zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał
problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz
Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach).
Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w
Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy
widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz
spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom
trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne
sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym
relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby
większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis
0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała,
więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W
przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu
będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie.
Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości
wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia
wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do
Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym
i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta
jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy
raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób
manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w
czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z
Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to
zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten
sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie
powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy
zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której
wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w
trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie
mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną
uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej
było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu
były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem
plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej
liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na
samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie
ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę
zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.
Poza
standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się
kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”;
„legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”,
pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w
peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie
wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z
zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w
przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań
pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w
stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem
ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj
tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania
i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”.
Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu
świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak
ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy
Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było
niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami
Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były
dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować
umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie
zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny
niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w
obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz
Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już
i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie
odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę
osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomniani
zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich.
Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej
poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował:
,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca
sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli
Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i
sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie.
Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast
przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu
wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z
drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich
piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne,
niepotrzebne rejony.
Rewanż
zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie
formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje
obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą,
ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety
pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową
Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20
metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc
zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym
relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki.
Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać
winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie
ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na
boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym
spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy
Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie
pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo
lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po
powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową,
co pozwoliło zatuszować całą sprawę.
1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam
0:0 15.04.1970 –
Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)
W 2020 roku
minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa.
Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie.
Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko
czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w
Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na
zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces.
Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i
europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich
zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją
drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich
klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo
dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając
do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś
ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.
7
@FCBparasiempre
Sezon
1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek
oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz
nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie.
Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do
najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny
wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko
drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza
pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na
podstawie których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego.
Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach
sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969
Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad
Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło
okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia
całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim
do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę
Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka
w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w
kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej
za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11
wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks
Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz
Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski.
Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował
Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w
drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest
jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako
zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną
zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut).
Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje
ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie
1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie
genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć,
wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było
oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z
wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i
efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek
bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki
(atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku.
Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze
Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny
sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii –
zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii.
Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa,
2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.
W pamięci
pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których
odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry
wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii
udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem
jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66.
minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył
Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie,
przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę
nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu
Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na
stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie
wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie
lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą
bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie
Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut
Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut!
Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny
wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka
może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już
spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w
pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.
18.09.1969-
UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969
– Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73,
Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS
Saint-Etienne
W kolejnej
fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem
wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu
1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać
również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern
Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12
listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały
problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z
Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy
złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się
pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość,
że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami
wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie
prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i
kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została
nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała
podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na
szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to
długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później
zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z
jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej
rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy
o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna
świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu
spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to
spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach
energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany
walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został
rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących
od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla
gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze
opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak
przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści
skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.
Jednak wynik
bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis
promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył
miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z
kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika,
spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów.
Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to,
nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem
zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety
Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem
kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest
szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie
Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.
12.11.1969 –
Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39)
26.11.1969 – AS
Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)
Następną
rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na
Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie
należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy
mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło,
Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na
terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe
z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini
tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi
drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem
Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry
Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać
miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy
ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu
„narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas
samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób,
korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy
skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica
gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie
Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł
Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik
ten(mimo silnego naporu Galatasaray) nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla
Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła
czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze
była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o
mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na
Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy
zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół
przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów.
Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy.
Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do
półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w
historii.
4.03.1970 –
Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37)
18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)
7
Najlepsza Legia w historii:
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
13
Wybitne legendy futbolu:
1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. ,,Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens.” Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła na niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „To już twój problem, a nie mój”.
Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli! Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach ,,Los Blancos” „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 goli. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o ,,Trofeo Pichichi” dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z ,,Los Blancos”, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na ,,Hampden Park” w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów ,,Los Blancos” oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł w Budapeszcie 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_
0
@MOLESTA Swego czasu legendarny Widzewiak Wiesław Chodakowski nadał Bońkowi pseudonim ,,Murzyn". Poza Widzewiakami mało kto o tym wie...
9
Za twardy orzech do zgryzienia:
1 kwietnia 2014 r. FC Barcelona remisuje z Atletico Madryt 1:1 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. Jedynego gola(ratującego remis) dla Barçy strzelił w 71 minucie Neymar. Atletico na Camp Nou zaskoczyło Blaugrane odwagą, zagrało w myśl przedmeczowych słów Courtois: ,,Już złapaliśmy bestie, teraz trzeba ją tylko przywiązać”. Gracze Simeone wywierali presją na zastępującym kontuzjowanego Victora Valdesa Jose Pinto, gdyż ten słabo grał nogami. Strzał życia wyszedł Brazylijczykowi Diego, który w pierwszej połowie wszedł za kontuzjowanego Diego Coste i goście wywieźli z Camp Nou cenny remis.
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
14
A to ci historia:
1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.
Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Czy Michels aby nie przesadził…?
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_
0
@jacobFCB Ale to chyba mówisz o rewanżu? Rewanż to chyba wszyscy cules pamiętają doskonale. Natomiast ja pamiętam, gdyż nagrywałem ten mecz na dvd , własnie ten pierwszy na Emirates Stadium. Wówczas Ibrahimović zanotował dublet i znacznie pomógł nam awansować do półfinału...
14
Cenny remis na ,,Emirates Stadium”:
31 marca 2010 r. FC Barcelona remisuje 2:2 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu z Arsenalem Londyn w Lidze Mistrzów po dwóch golach Ibrahimovicia. Katalończycy byli rozczarowani, gdyż mieli mnóstwo sytuacji bramkowych ale marnowali je na potęge. Przed rewanżem Guardiola mógł obawiać się konsekwencji braku obu podstawowych stoperów: Pique i Puyola, którzy się ,,wykartkowali” na rewanż. Obawy były przesadzone. Głównym aktorem rewanżu okazał się Messi, który zamknął dwumecz zdobywając… 4 gole!
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
11
Było tak blisko…
31 marca 1946 r. FC Barcelona w dramatycznych okolicznościach straciła mistrzostwo Hiszpanii. W ostatnim meczu Duma Katalonii podejmowała FC Seville na ,,Camp de Les Corts” i potrzebowała zwycięstwa aby wyprzedzić swoich rywali w tabeli. Goście niespodziewanie objeli prowadzenie ale w 63 minucie do remisu doprowadził Jose Bravo Dominguez dając Blaugranie nadzieje. Katalończycy zamknęli rywala w polu karnym lecz nie zdołali zdobyć zwycięskiego gola. Mistrzostwo Hiszpanii powędrowało więc do Sevilli, jako jedyne w jej dotychczasowej historii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
26
Najwięcej hattricków w historii Primera Division:
1 Lionel Messi: 36 hattricków
2 Cristiano Ronaldo: 34
3 Telmo Zarraonandía: 23
4 Alfredo Di Stefano: 22
5 Edmundo Suarez: 19
6 Cesar Rodriguez: 15
7 Isidro Langara: 13
8 Ferenc Puskas: 12
9 Pahiño, Manuel Badenes, Laszlo Kubala: po 11
10 Quini, Luis Alberto Suarez: po 10
Jeśli się nie myle to Robert Lewandowski zanotował 2 hattricki. Poza Robertem jeszcze tylko Jan Urban z Polaków zanotował jednego hattricka ale za to na Santiago Bernabeu!
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
10
@FCBparasiempre
Kiedy młody
piłkarz, mający powiedzmy 17-18 lat, przebija się do składu, natychmiast
pojawia się pytanie, czy nie dostąpił tego zaszczytu za wcześnie. Kiedy strzela
pierwszą bramkę pojawiają się pierwsze zachwyty i kolejne pytania, czy rozwinie
się na tyle dobrze, by stanowić o sile swojego zespołu lub zagrać w
reprezentacji. A co jeśli w wieku 17 lat strzela pięć bramek w siedmiu meczach
na najwyższym szczeblu ligowym? Tak, był taki piłkarz i to w polskiej
ekstraklasie. Przed wami opowieść o niespełnionej karierze Krzysztofa Boćka. Ta
historia rozpoczęła się w 1990 roku w Mielcu, gdzie swoją siedzibę ma licząca
się niegdyś w polskim futbolu Stal. Pierwszy przebłysk talentu Krzysztofa Boćka
nastąpił, kiedy miał on 16 lat i 234 dni. To wtedy zadebiutował w ekstraklasie.
Rywalem mielczan był wówczas Motor Lublin, który nie dał szans dwukrotnym
mistrzom Polski i zwyciężył 3:1. Nasz bohater nie uchodził wówczas za postrach
bramkarzy, wyglądał raczej jak strach na wróble, ważył niewiele ponad 60
kilogramów i liczył około 170 centymetrów wzrostu. Nie był więc nad wyraz
rozwiniętym chłopcem, lecz widocznie ktoś uznał, że coś w sobie miał.
Premierowy sezon zakończył z dorobkiem czterech spotkań, z czego w jednym
pojawił się nawet od pierwszej minuty. Potem słuch o nim zaginął. Kolejni
trenerzy go pomijali i wydawało się, że będzie to jeszcze jeden meteoroid,
który pojawił się na futbolowym horyzoncie i za chwilę zniknie gdzieś w
otchłani piłkarskiej nicości. Jednak w końcu Bociek doczekał się na swoją
szansę, w meczu z Motorem wszedł na końcówkę spotkania i przesądził o
zwycięstwie Stali 2:1. Docenił go Janusz Białek, który tymczasowo prowadził
mielecką ekipę. ,,Krzysztof wszedł do drużyny, kiedy zastępowałem na stanowisku
szkoleniowca Stali Mielec Grzegorza Lato. Od razu było widać, że jest to
nietuzinkowy piłkarz. Porównałbym go do Arkadiusza Milika. Był on w podobnym
wieku i podobnie jak Milik pokazywał, że drzemią w nim ogromne umiejętności.” –
mówi Janusz Białek, pod którego opieką Krzysztof Bociek strzelił swoją pierwszą
bramkę na poziomie ekstraklasy. Potem już poszło z górki, kolejny mecz i
kolejny gol 17-latka, tym razem dający remis z Hutnikiem Kraków. Prawdziwa
eksplozja nastąpiła dopiero pod koniec sezonu, kiedy nasz bohater ustrzelił
hat-tricka w starciu z Zawiszą Bydgoszcz. Podsumowując, siedem meczów i pięć
goli, a przecież ten piłkarz przebywał na boisku łącznie około 250 minut.
Czyżby Krzysztof Bociek miał być nowym Włodzimierzem Lubańskim? A może bliżej
mu było do innej legendy polskiego futbolu − Andrzeja Szarmacha? ,,Bociek
świetnie grał głową. Dysponował dobrymi warunkami fizycznymi i znakomicie z
nich korzystał. Oprócz tego miał też coś, co powinien mieć każdy napastnik,
czyli przysłowiowego piłkarskiego nosa. Pamiętam, że po pobycie w Stali Mielec
wyjechał do Holandii i pewnie byłby to tylko krótki przystanek w jego karierze,
gdyby nie przytrafiła mu się kontuzja.”– twierdzi Janusz Białek. Dalsza
historia napastnika urodzonego w Mielcu układała się jak w bajce. W kolejnym
sezonie stał się najlepszym strzelcem Stali, grał w młodzieżowej reprezentacji
Polski, zainteresowały się nim też zagraniczne kluby. Jego kariera mocno
wyhamowała, kiedy na fotelu szkoleniowca Stali Mielec zasiadł Franciszek Smuda.
Kiedy ten przestał na niego stawiać, młody zawodnik skorzystał z oferty PAOK
Saloniki i w wieku 20 lat wyjechał do Grecji. Tam był już zupełnie innym
piłkarzem niż cztery lata wcześniej i w pełni korzystał z doskonałych warunków
fizycznych, jakie osiągnął z wiekiem. W Salonikach spędził tylko rok,
zaliczając w lidze greckiej osiem trafień, po czym na krótko wrócił do Stali.
Na krótko, bo chciano go w Holandii. Teraz powinno być o golach strzelonych dla
Ajaksu, PSV, Feyenoordu czy innych czołowych klubów, ale w tym miejscu historia
nagle się urywa. Wielka nadzieja polskiej piłki pałętała się w Holandii po
różnych dziwnych klubach. Zahaczyła o Volendam, przewinęła się przez Alkmaar,
przetarła szlak Andrzejowi Niedzielanowi w Nijmegen i zakotwiczyła w Den Bosch.
Wszędzie skubnęła jakieś dwie, trzy bramki, ale nie więcej. Powodem były
kontuzje, choć sam zawodnik narzekał też na problemy z trenerem, jednak który
szkoleniowiec będzie stawiał na zawodnika, który łapie urazy z tak dużą
częstotliwością.
,,W Nec
byłem dwa lata, z czego ostatnie półtora roku spędziłem na leczeniu kontuzji
więzadeł krzyżowych kolana. Wierzyłem, że w Den Bosch odzyskam dawną dyspozycję
i będę grał i za kadencji trenera martina Koopmana tak było. Goli nie
strzelałem, ale ten szkoleniowiec rozliczał mnie przede wszystkim z sytuacji,
jakie wypracowałem partnerom. Koopman nie miał jednak wyników i został
zwolniony… u nowego szkoleniowca grałem sporadycznie, głównie końcowe minuty. W
sumie zaliczyłem tylko czternaście meczów…”– mówił Bociek w wywiadzie dla
tygodnika piłka nożna. Dlaczego zawodnik, który w wieku 17 lat straszył
bramkarzy, w wieku 24 sprawiał wrażenie emeryta? Może za szybko nastąpiło
zderzenie z wielką piłką, może w młodym wieku trenował na nierównych boiskach,
co zwiększyło podatność na kontuzje, a może po prostu jego organizm miał takie,
a nie inne predyspozycje. Urazy zatrzymały jego karierę w Holandii z dnia na
dzień i choć sam piłkarz wierzył, że jeszcze się podniesie i pokaże, na co go
stać, to życie napisało jednak inny scenariusz. Po rozwiązaniu kontraktu z Den
Bosch Bociek miał ofertę ze Stanów Zjednoczonych, jednak uznał, że na taki
wyjazd jeszcze za wcześnie. Chciał grać w Europie i pracować na swoje nazwisko,
by kiedyś zagrać w reprezentacji kraju. Na pewno miał odpowiedni potencjał, by
założyć koszulkę z orłem na piersi. W wywiadzie dla PN Bociek sugerował, że
jest zdrowy i jest gotów do gry na wysokim poziomie: ,,Gdybym nie uważał, że
coś jeszcze w futbolu osiągnę, to wyjechałbym grać do Stanów Zjednoczonych. Uznałem,
że na to jeszcze przyjdzie pora. W Holandii jestem cztery i pół roku. Ostatnio
jednak moja kariera uległa zahamowaniu. Wszystko popsuło się po transferze do Nec,
gdzie przytrafiła mi się ta kontuzja. Teraz, paradoksalnie, jestem zdrowy, a
zostałem bez klubu.” Nie wrócił. Den Bosch było ostatnim klubem w jego karierze.
9
Niespełniona nadzieja polskiego futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
1
@MesQueUnClub_87 Po takim pokazie mocy na Metropolitano przeciwko Atletico, dzisiejsza strata punktów byłaby wręcz wstydem, zresztą chwile wcześniej rozjechaliśmy Osasune a Girona w tym sezonie wcale nie jest lepsza od Osasuny...
0
No chyba nikt nie wyobraża sobie straty jakichkolwiek punktów z FC Girona, zwłaszcza po meczach z Atletico i Osasuną. W końcu nie jesteśmy jakimiś pierwszymi lepszymi dziadami...
8
@FCBparasiempre
Dwudziesty
trzeci dzień czerwca 1996 roku, godzina 18:30 czasu Greenwich. Na stadionie
Villa Park w Birmingham właśnie rozpoczyna się ćwierćfinałowy mecz Mistrzostw
Europy pomiędzy reprezentacjami Czech i Portugalii. W 53. minucie tego
spotkania długowłosy czeski pomocnik Karel Poborský przedarł się przez
portugalską obronę i wysokim lobem przerzucił piłkę nad wychodzącym z bramki
Vítorem Baíą. Piłka wpadła do siatki. Czesi objęli prowadzenie, które utrzymali
do końca spotkania i awansowali do półfinału (a później finału) turnieju. Gol
Karela Poborskýego do dziś uchodzi za jeden z najpiękniejszych w historii
Mistrzostw Europy. Jego strzelec (urodzony 30 marca 1972 roku w miejscowości
Jindřichův Hradec) podczas angielskiego Euro grał na tyle dobrze, że trafił do
najlepszej drużyny turnieju wybranej przez UEFA. Ważniejsze jednak, że w
efekcie wzbudził zainteresowanie naprawdę wielkich klubów. Jego dotychczasowy
pracodawca Slavia Praga (do której przeszedł raptem sezon wcześniej z Viktorii
Žižkov) wycenił początkowo długowłosego pomocnika na 800 000 funtów. Jak można
się domyślić, cena dość szybko zaczęła rosnąć. Minęło zaledwie kilka dni od
zakończenia Mistrzostw Europy, a za Poborskiego zdążyły wpłynąć oferty od
Liverpoolu, Lazio i Manchesteru United. Ani 2 miliony funtów od klubu z
Anfield, ani 3 miliony, które oferowali rzymianie, nie wystarczyło, by zapewnić
sobie usługi 24-latka. Dopiero 3,6 miliona funtów, które wyłożył klub z
Manchesteru, zdecydowało o tym, że Poborský opuścił ojczystą ligę i przeniósł
się na Old Trafford. Wydawało się, że Czech idealnie pasuje do młodej drużyny
„Czerwonych Diabłów”, która właśnie odzyskała tytuł mistrza Anglii, po tym, jak
rok wcześniej niespodziewanie dała się wyprzedzić Blackburn Rovers. Pewnie tak
by się stało, gdyby na pozycji Poborskýego nie grał ktoś jeszcze młodszy i
jeszcze zdolniejszy. Tym kimś był David Beckham. Sezon 1996/1997 to prawdziwa
eksplozja formy Anglika. Poborský musiał zadowolić się rolą gracza drugiego
wyboru. 22 ligowe mecze i 4 trafienia – nie był to wynik fatalny, ale z
pewnością zarówno sam Poborský, jak i kibice United oczekiwali, że będzie
lepszy. Następny sezon (1997/1998) okazał się dla Poborskýego ostatnim
spędzonym na angielskich boiskach. Nie była to nawet pełna kampania, bo już na
początku 1998 roku Poborský zamienił deszczowy Manchester na słoneczną Lizbonę
i dołączył do słynnej Benfiki. Najwyraźniej w ojczyźnie Magellana dobrze
pamiętano bramkę, którą Poborský zdobył na EURO ’96. Na Estadio da Luz czeski
pomocnik spędził trzy lata, jedne z najlepszych w jego klubowej karierze.
Szybko stał się ulubieńcem kibiców. Jego bramkę zdobytą po rajdzie przez całe
boisko w meczu ze Sportingiem Braga z sezonu 1998/1999 porównywano ze słynnym
golem Maradony. Poborský stworzył znakomity duet z João Pinto, wielokrotnie
asystując przy bramkach Portugalczyka. Ich współpraca zakończyła się latem 2000
roku, gdy Pinto przeszedł do lokalnego rywala – Sportingu. Pół roku później
Poborský także opuścił Benfikę, by zasilić rzymskie Lazio, które już kiedyś
starało się go pozyskać. W „Wiecznym Mieście” spędził dwa sezony. Pewnie nie
zapisałby się szczególnie w pamięci kibiców ze stolicy Włoch, gdyby nie ostatni
mecz sezonu 2001/2002. Na Stadio Olimpico przyjechał niemal pewny tytułu
mistrzowskiego Inter Mediolan. Niemal, bo ewentualna porażka z Lazio przy
jednoczesnym zwycięstwie Juventusu sprawiłaby, że mistrzostwo powędrowałoby do
Turynu. Czarny (dla kibiców Interu) scenariusz wydawał się mało prawdopodobny,
a jednak się ziścił. Juventus oczywiście wygrał swój mecz, a Lazio pokonało
Inter 4:2. Walnie do tego przyczynił się strzelec dwóch bramek dla rzymian –
Karel Poborský. Latem 2002 roku Poborský wrócił do Czech i zasilił Spartę
Praga. Zdążył zdobyć z tym klubem dwa tytuły mistrza Czech i zagrać w Lidze
Mistrzów, zanim pod koniec 2005 roku wrócił do Dynama Czeskie Budziejowice –
klubu, w którym zaczęła się jego seniorska kariera. 28 maja 2007 roku
oficjalnie ją zakończył. Angielskim kibicom przypomniał się w 2015 roku, gdy
zagrał w charytatywnym meczu legend Manchesteru United z legendami Liverpoolu.
Dziennikarze zwrócili uwagę nie tyle na jego grę, ile na zupełnie inny, niż w latach aktywności
piłkarskiej, wygląd. Modnie podgolone i ułożone włosy, gęsta broda – hipster w
pełni – ogłosiły niemal zgodnie brytyjskie gazety. W niektórych z nich
zastanawiano się jeszcze, czy była gwiazda reprezentacji Czech, nie gustuje
czasem w kraftowych piwach. W ostatnich kilku latach o Poborským słychać było w
kontekście historii tyleż kuriozalnej, co niebezpiecznej. W 2016 roku były
czeski piłkarz trafił do szpitala z powodu zakażenia boreliozą. Jak się okazało
kleszcz, który przenosił tę groźną, chorobę mieszkał… w brodzie Czecha. Podczas
usuwania insekta z zarostu, Poborský został ukąszony w szyję. Po kilku
miesiącach leczenia, przyjmowania antybiotyków i czasowym paraliżu lewego policzka,
bohater Euro ’96 powoli wraca do pełnej sprawności.
Pomijając
jednak historie pozasportowe, warto zastanowić się, czy Poborský mógł zrobić
większą karierę. Z pewnością tak, bo talentu mu nie brakowało. Być może w
Manchesterze United odegrałby znacznie istotniejszą rolę, gdyby nie ogromna
konkurencja, która panowała wówczas w tej drużynie. Z drugiej strony, gra dla
„Czerwonych Diabłow”, Benfiki i Lazio, czy trzykrotny udział w Mistrzostwach
Europy (grał też w Mistrzostwach Świata w 2006 roku) to osiągnięcia, których
wielu piłkarzy może mu pozazdrościć. Niezależnie od tego, czy Karel Poborský w
pełni wykorzystał swój talent i potencjał czy nie, to dzięki bramce strzelonej
Portugalii na EURO ’96 czeski pomocnik stał się nieśmiertelny. Jeśli nie dosłownie,
to przynajmniej w pamięci piłkarskich kibiców.
Statystyki i
osiągnięcia:
Osiągnięcia
zespołowe:
Slavia Praga
1x
mistrzostwo Czech (1996)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (1997)
2x
Superpuchar Anglii (1996, 1997)
Sparta Praga
2x
mistrzostwo Czech (2003, 2005)
1x Puchar
Czech (2004)
Reprezentacja:
Brązowy
medal Pucharu Konfederacji (1997)
Osiągnięcia
indywidualne:
Piłkarz Roku
w Czechach (1996)