FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@Sysia11 Podłączam się do pytania
14
Wybitne legendy futbolu:
21 marca 1961 r. urodził się Lothar Matthäus, niemiecki obrońca i defensywny pomocnik. 8 marca 2000 roku, o godzinie 22:37 na Stadionie Olimpijskim odbyło się uroczyste pożegnanie zasłużonego gracza Bayernu, Lothara Matthäusa. Zgromadzona w komplecie publiczność dopingowała swoją drużynę podczas ważnego, europejskiego meczu z Realem Madryt. Wygrane 4:1 spotkanie dla Matthäusa było zarazem ostatnim, wynikającym z umowy meczem w monachijskiej drużynie. Opuszczającego w 90 minucie murawę, zawodnika z numerem 10 publiczność nagrodziła nieustającymi brawami oraz wszelakimi transparentami pożegnalnymi. W Monachium Matthäus spędził 12 lat, jednak początki jego kariery związane są z FC Herzogenaurach. Tam po raz pierwszy podpisał kontrakt zawodowy. Niedługo potem menadżer Borussii Mönchengladbach zauważył utalentowanego 18-latka i w 1979 roku Lothar zmienił pracodawcę. Po 5 latach, młody obrońca ostatecznie zdecydował się na FC Bayern, gdzie nastąpił gwałtowny "rozkwit" jego kariery. 7 razy cieszył się z Mistrzostwa Niemiec (1985-87, 1994, 1997, 1999, 2000), 3-krotnie z Pucharu DFB (1986, 1998, 2000) i w 1996 roku z Pucharu UEFA. Szczęśliwa pasa przerwana została w 1988 roku, kiedy Matthäus został wypożyczony do włoskiego Interu na 4 lata. W tym czasie zdobył Mistrzostwo Italii (1989) oraz Puchar UEFA (1991). Ukoronowaniem wysiłku niemieckiego obrońcy było zdobycie z reprezentacją kraju Mistrzostwa Świata w 1990 roku. W drużynie narodowej wystąpił aż 150 razy, co nie udało się nikomu wcześniej. Rozegrał również 302 spotkania ligowe dla Bayernu, trafiając 85 razy do siatki przeciwnika. W 1990 i 1999 roku odznaczono go mianem "Najlepszego Piłkarza Niemiec". Dodatkowo w 1990 roku został zauważony w Europie, a w 1990 i w 1991 roku wybrano go "Najlepszym Piłkarzem Świata". Lothar Matthäus jako jeden z dwóch graczy na świecie brał udział w 5 Mistrzostwach Świata. Jako piłkarz Matthäus odznaczał się szybkością, chęcią do walki, siłą strzału i odpowiedzialnością, jednak jego najważniejszą umiejętność stanowiły przejrzyste, dokładne i długie podania, często gwarantujące sukces. Wiosną 2000 roku, po oficjalnym meczu pożegnalnym z udziałem wielu gwiazd światowego futbolu, Lothar opuścił klub. Dziś swoją pracę kontynuuje jako trener. Nie wyklucza również powrotu do Bayernu w tej roli za kilka lat.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Blaugrana w europejskich pucharach:
21 marca 1984 r. FC Barcelona poległa na ,,Old Trafford” 3:0 w rewanżowym pojedynku ćwierćfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów. Co prawda w pierwszym meczu Blaugrana wygrała 2:0, lecz w rewanżu nie miała nic do powiedzenia wobec takich przeciwników jak Robson, Wilkins, Stapleton czy Whiteside.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Safrani Ja natomiast pole orałem i do lasu jeździłem wycinać drzewa...
11
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
21 marca 1979 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou w meczu rewanżowym Ipswich Town 1:0 w ramach ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. W obliczu rewanżu barceloński tygodnik ,,Don Balon” publikuje zestawienia zawodników najlepiej zarabiających. Otwierają listę dwukrotny wicemistrz świata holender Neeskens i Austriak Krankl. Obaj starają się przekonać że są warci krociowych honorariów ale jedynego gola strzela doświadczony reprezentant Hiszpanii obrońca Migueli. W pierwszym meczu Ipswich wygrało 2:1 a więc te 1:0 i klucz podwójnego liczenia goli ,, wyjazdowych" otwiera Blaugranie drzwi do półfinałów.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
@Arkon
1
@Safrani Aaa no rzeczywiście coś mi się tam obiło. W tamtych latach nie śledziłem Widzewa jak wcześniej, czy teraz...
1
@Safrani A kto to taki? Pierwszy raz o nim słysze?
11
Szanowni cules, pamiętamy i nigdy nie zapominamy:
Feliz cumleaños panie Ronaldzie! Z okazji 62 urodzin
Feliz cumpleaños panie Ronaldo de Asis Moreira! Z okazji 45 urodzin
Feliz cumpleaños panie Alba! Z okazji 36 urodzin
Cóż za wybitne legendy Blaugrany obchodzą dzisiaj urodziny! To trzeba uczcić, choćby lampką wina… ale po pracy oczywiście
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
7
@FCBparasiempre
Kiedy Roman
Siergiejewicz Zobnin zawalił w ostatnim meczu Euro 2020 Dania – Rosja gola na
2:0, nieostrożnym podaniem otwierając drogę do bramki Yussufowi Poulsenowi,
duńskojęzyczne zakamarki internetu zasypane zostały imieniem i nazwiskiem dość
często występującym w Skandynawii: Jesper Olsen. Dlaczego? Wiąże się to z
jednym konkretnym Jesperem Olsenem, niegdyś niepozornej postury blondwłosym chłopakiem,
który właśnie kończy 64 lata. Wypatrzony jako nastolatek przez Ajax, skrzydłowy
znany jako „Pchła” przez trzy lata popisywał się na holenderskich boiskach
dryblingami, unikaniem wślizgów, szybkością. Należał do drużyny, która
bombardowała przeciwników golami, m.in. rozbijając Feyenoord 8:2!(Olsen został
zawodnikiem meczu). Miał okazję grać z samym Johanem Cruyffem; to właśnie Olsen
asystował przy pamiętnym i tylekroć pokazywanym golu z rzutu karnego. W zespole
byli także jego rodacy, Søren Lerby i Jan Mølby, później gracze odpowiednio
Bayernu i Liverpoolu a także Wim Kieft, Gerald Vanenburg, Marco van Basten oraz
Frank Rijkaard. Jesper zadebiutował w kadrze jeszcze jako zawodnik Næstved IF,
w towarzyskim meczu ze Związkiem Radzieckim. Już jako piłkarz Ajaxu strzelił
dwa gole w eliminacjach do Euro 1984, w tym decydującą bramkę na 2:2 w ostatnich
chwilach spotkania z Anglią na Wembley. Pojechał z kadrą do Francji i wystąpił
w meczu otwarcia przeciwko gospodarzom, zmieniając na prawym skrzydle Franka
Arnesena z mocnego wówczas Anderlechtu (w przyszłości zdobywcę Potrójnej Korony
z PSV) chwilę po trafieniu Michela Platiniego na 1:0. W 87. minucie Olsen
nieprzepisowo zatrzymał Manuela Amorosa, a wściekły obrońca Trójkolorowych
najpierw niecelnie rzucił w Duńczyka piłką, po czym po prostu walnął mu w czoło
z główki. Niemiec Volker Roth natychmiast wyrzucił zawodnika gospodarzy z
boiska, lecz i Jesper otrzymał żółtą kartkę. Mimo przewagi jednego gracza,
podopieczni Seppa Piontka nie zdołali wyrównać. Reprezentacja Danii straciła
być może największą gwiazdę: Allana Rodenkama Simonsena. Były gracz Borussii
Mönchengladbach i FC Barcelony oraz zdobywca Złotej Piłki to również ciekawa
postać, temat na osobny tekst. Turniej zakończył w straszny sposób już w
pierwszej połowie starcia w Paryżu: Yvon Le Roux złamał mu nogę. Simonsena
zastąpił John Lauridsen z Espanyolu. Trener Piontek miał do dyspozycji kilku
ciekawych piłkarzy. Oprócz wspomnianych już w tekście Arnesena i Lerby’ego byli
to choćby Michael Laudrup, Morten Olsen (Anderlecht), John Sivebæk (w
przyszłości piłkarz Manchesteru United), Preben Elkjær Larsen czy Ivan Nielsen.
Drużyna pojechała do Lyonu i rozbiła Jugosławię 5:0, po czym wywalczyła awans w
Strasbourgu, pokonując Belgię 3:2, choć Enzo Scifo, Jan Ceulemans, Jean-Marie
Pfaff i koledzy zaczęli od prowadzenia 2:0. W półfinale czekali zwycięzcy drugiej
grupy: Hiszpanie. Wynik meczu w Lyonie otworzył Lerby już w siódmej minucie. W
67. Wyrównał Antonio Maceda, wobec czego Piontek powtórzył manewr z pierwszego
spotkania i zmienił Arnesena, a wpuścił Olsena. I tym razem 23-letni wtedy
Olsen nie wpłynął na grę na tyle, by Duńczycy zdobyli gola, zarobił jednak znów
żółtą kartkę. W dogrywce z powodu drugiego żółtego kartonika boisko opuścić
musiał Klaus Berggreen. Wynik 1:1 utrzymał się do ostatniego gwizdka, o awansie
do finału zadecydować miały rzuty karne. Skuteczniejsi okazali się podopieczni
Miguela Muñoza, zwyciężając 5:4. Olsen nie mógł sobie nic zarzucić, gdyż swoją
okazję wykorzystał. Jako jedyny pomylił się Elkjær, który fatalnie
przestrzelił. Po turnieju tak Mølby (jedynie rezerwowy), jak i Jesper Olsen
trafili do Anglii. Jesper, z dwoma tytułami mistrza kraju oraz pucharem
Holandii, został sprowadzony za 350 tys. funtów do Manchesteru United, gdzie
Ron Atkinson planował zastąpić nim innego byłego gracza Ajaxu, o dziesięć lat
starszego Arnolda Mührena (swoją drogą – kolejna bardzo ciekawa postać,
związana m. in. z widowiskowym golem; to on cztery lata później asystował przy
fenomenalnym trafieniu Marco van Bastena w finale Euro 1988).
Czas
angielskiego trenera powoli dobiegał końca, jednak zdołał jeszcze wywalczyć
drugi Puchar Anglii w trakcie swego pobytu na Old Trafford. Olsen wystąpił w
finale, a w lidze w swoim pierwszym sezonie strzelił pięć goli, szóstego
dokładając w Pucharze Ligi. Występował także regularnie w Pucharze UEFA. W
kolejnych rozgrywkach niestety nie mógł się zaprezentować na europejskich
boiskach ze względu na wykluczenie angielskich klubów. Zdobył jednak aż
trzynaście bramek (jedenaście w lidze i dwie w FA Cup), często wykonując rzuty
karne. Był to wynik tym lepszy, iż część sezonu Jesper stracił przez kontuzję;
kupiony został nawet następca, Peter Barnes z Coventry City (mający już za sobą
wypożyczenie do United), lecz wobec powrotu Duńczyka do zdrowia nie zagrzał
miejsca w wyjściowym składzie. Olsen zanotował m. in. hattricka w meczu First
Division przeciwko West Browmich Albion, w którym z „wapna” trafił do siatki
dwukrotnie. W trakcie sezonu do United dołączył Sivebæk. Obaj Duńczycy zostali
powołani na mundial w Meksyku. Forma Olsena oznaczała, że tym razem będzie
podstawowym zawodnikiem. Los zetknął Danię ze Szkocją przez Alexa Fergusona. W
jej barwach grał klubowy kolega Jespera, Gordon Strachan, a wśród rezerwowych
był kolejny, Arthur Albiston. Mecz między tymi dwoma drużynami zakończył się
wygraną Danii (1:0 po golu Elkjæra), a Olsen grał do 80. minuty, kiedy zmienił
go Mølby (trochę wcześniej Sivebæk wszedł za Andresena). Drugi mecz skrzydłowy
Manchesteru United rozpoczął na ławce rezerwowych. Przeciwnikiem była
reprezentacja Urugwaju, która od 19. minuty musiała sobie radzić w dziesiątkę,
ponieważ dwie żółte kartki otrzymał Miguel Bossio. Duńczycy prowadzili wtedy
już 1:0 dzięki kolejnemu trafieniu Elkjæra. Przed przerwą podwyższył Lerby, a
kontaktowego gola do szatni strzelił z rzutu karnego Enzo Francescoli. Nie
wybiło to półfinalistów ostatnich mistrzostw Europy z rytmu. Na początku
drugiej połowy do siatki trafił Laudrup, a następnie hattricka skompletował
Elkjær, wysuwając się przy okazji na czoło wyścigu o koronę króla strzelców
turnieju. Olsen wchodził na murawie już przy stanie 5:1, niecałych dziesięć
minut przed końcem podstawowego czasu gry. 25-latek zmienił Laudrupa i dopełnił
dzieła zniszczenia, w 88. minucie ustalając wynik meczu na 6:1. Grupa E
mistrzostw świata w Meksyku była tą, dzięki której w anglojęzycznej prasie
spopularyzowano określenie „grupa śmierci”, znane od lat tam, gdzie mówi się po
hiszpańsku. Poza Danią, naszpikowaną gwiazdami ligi angielskiej, Szkocją oraz
walecznymi ,,Urusami” (rok później niektórzy z nich po raz drugi z rzędu
zdobyli Copa America) trafili tam także wicemistrzowie świata z poprzedniego (a
jak się miało wkrótce okazać – także i właśnie trwającego) mundialu: piłkarze z
RFN. Duńczycy jednak zostawili w pokonanym polu wszystkie trzy ekipy. Po
odprawieniu Szkotów i Urugwajczyków, na deser przypieczętowali awans pewnym
zwycięstwem 2:0, choć i tym razem nie obyło się bez czerwonej kartki. Olsen
pokonał kapitana Niemców, Haralda Schumachera, strzałem z jedenastki w 43.
minucie spotkania. W drugiej połowie na 2:0 podwyższył rezerwowy John Eriksen,
który w przerwie zmienił Elkjæra, co tylko podkreślało przygotowanie składu
Piontka. Potem, około dwudziestu minut przed końcem meczu, Olsena zmienił
niemal 34-letni Simonsen. W końcówce drugą żółtą kartkę otrzymał Arnesen, lecz
dwie bramki różnicy utrzymały się do ostatniego gwizdka. Dania zakończyła
zmagania fazy grupowej jako jedna z dwóch (obok Brazylii) reprezentacji z
kompletem trzech zwycięstw, a dzięki wysokiemu zwycięstwu z Urugwajem miała
wraz z ZSRR najlepszy stosunek bramkowy (9:1). Po dwóch meczach na ,,Estadio
Neza 86” Jesper Olsen i koledzy zostali w Queretaro. W 1/8 finału na arenie
zwycięskiego meczu z Niemcami mieli zmierzyć się po raz kolejny z Hiszpanami.
Piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego zajęli drugie miejsce w grupie D, przegrywając
jedynie ze wspomnianą Brazylią (0:1), a następnie przeganiając demony z
Walencji (gospodarze poprzedniego mundialu przegrali tam z Irlandią Północną
0:1; tym razem zwyciężyli 2:1) i przekonująco odprawiając Algierię (3:0). Tym
razem w wyjściowych jedenastkach znalazło się trzech Hiszpanów i aż dziewięciu
Duńczyków, którzy dwa lata wcześniej wzięli udział w półfinałowym spotkaniu w
Lyonie. Reprezentacje prowadzili także ci sami trenerzy. Sepp Piontek posłał w
bój m. in. Olsena. Sivebæk, który także zagrał w pamiętnym półfinale, tym razem
znalazł się na ławce rezerwowych.
I tu
dochodzimy wreszcie do konkluzji. Jesper przeżył w Queretaro największy dramat
w karierze. Wydawało się, że może zostać bohaterem. W 33. minucie spotkania
kolejnym strzałem z rzutu karnego zdobył swojego trzeciego gola na mundialu, a
zarazem piątego (i jak się miało okazać ostatniego) w narodowych barwach, dając
Danii prowadzenie. Jednak do historii i do duńskiego języka potocznego Olsen
wszedł dziesięć minut później. Otrzymał podanie od bramkarza, Larsa Høgha.
Chciał zwrócić mu futbolówkę, lecz zrobił to zdecydowanie zbyt słabo. Emilio
Butragueño dopadł do piłki i strzelił Duńczykom gola do szatni. Druga połowa
rozpoczęła się zatem przy stanie 1:1. Hiszpanie poszli za ciosem. Butragueño w 56.
minucie dał im prowadzenie. Na 3:1 Andoni Goikoetxea trafił do siatki z rzutu
karnego, a na przestrzeni ostatnich dziesięciu minut podstawowego czasu gry
Butragueño najpierw skompletował hattricka (jako czwarty zawodnik na
mistrzostwach w Meksyku), a później strzałem z „wapna” dorzucił czwartą bramkę
– zdobywając cztery gole jako pierwszy piłkarz na mundialu od czasu Eusebio 20
lat wcześniej (w ćwierćfinale z Koreą Północną, wygranym przez Portugalię 5:3).
Hiszpanie zwyciężyli zatem 5:1. Olsen nie dograł meczu do końca. W 71. minucie,
przy stanie 1:3, zmienił go Mølby. Klęska drużyny Piontka była na tyle
dotkliwa, że trudno stwierdzić, aby to właśnie błąd 25-letniego wówczas
,,Czerwonego Diabła” kosztował reprezentację awans. O wiele bardziej można byłoby
mieć pretensje do Elkjæra z powodu wspomnianego pudła na wcześniejszym turnieju
Euro. Niemniej jednak powiedzenie „en rigtig Jesper Olsen” (prawdziwy Jesper
Olsen), a często po prostu „Jesper Olsen” weszło do języka duńskiego. Stało się
wyrażeniem używanym na określenie sytuacji, kiedy ktoś coś zupełnie spartoli.
Wyrównującego gola Butragueño można porównać np. do samobója Janusza Jojki, a
nazwisko naszego bohatera wywołuje skojarzenia jak np. „Kuszczak – Wpuszczak”
po pamiętnym meczu z Kolumbią czy „zrobić Wawrzyniaka” w kontekście
poślizgnięcia się. Z drugiej strony – jak już wspomniano, skrzydłowy zdobył na
turnieju trzy gole. Spośród jego kolegów tylko wspomniany Elkjær mógł się
pochwalić lepszym dorobkiem (cztery trafienia). Dalsza kariera Olsena to powolny
schyłek. W październiku pobił się na treningu z Remim Mosesem i znalazł się na
liście transferowej. To jednak menadżer, „Duży Ron”, opuścił Manchester United
jako pierwszy. Zastąpił go Alex Ferguson. Widział on nadal miejsce dla
duńskiego skrzydłowego w swojej drużynie – pozbył się m. in. Petera Barnesa,
który odszedł do Manchesteru City, i nie ściągnął Johna Barnesa z Watfordu, gdy
była po temu okazja (skrzydłowy z Karaibów trafił do Liverpoolu, gdzie spędził
aż dziesięć lat). Jednak sam Jesper widział, że coraz trudniej mu było
dostosować się do zmieniającego się futbolu. Ostatniego gola dla Czerwonych
Diabłów zdobył nieco ponad rok po przejęciu sterów przez Fergusona. Powołany
został na kolejne mistrzostwa Starego Kontynentu, lecz nie zagrał ani minuty. W
wieku 27 lat odszedł z Old Trafford, zanim szkocki trener przekształcił United
niemal w żywiącego się trofeami potwora. Następnych kilka lat Olsen spędził we
Francji, aż po poważnej kontuzji zakończył karierę w 1992 roku, choć ponoć
interesowały się nim Blackburn Rovers oraz Nottingham Forest. Zamieszkał w
Australii. W maju 2006 r. przeszedł krwotok podpajęczynówkowy, na szczęście
wyszedł z tego. Od kilkunastu lat zajmuje się promowaniem piłki nożnej na
Antypodach. Przez krótki czas był asystentem trenera Melbourne Heart (obecnie
Melbourne City). Dla rodaków, niestety, chyba na zawsze pozostanie „prawdziwym
Jesperem Olsenem”.
6
Duński pechowiec, który przeszedł do historii:
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_
1
@OzzyFCB O tak, tak! Masz racje, to bardzo zabolało! Jednak też z drugiej strony tak jak bardzo kochamy Messiego, tak w tamtym meczu,kiedy spartolił rzut karny, byłem na niego tak wściekły jak nigdy!
12
Wybitny wyczyn Legii:
20 marca 1991 roku Sampdoria Genua zremisowała w rewanżowym starciu ćwierćfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów z Legią Warszawa 2:2 i odpadła z rozgrywek. „Jak do tego doszło, nie wiem” – jak dziś zaśpiewałby pan Zenon Martyniuk z grupy Akcent. Włosi powiedzieliby: incredibile (niewiarygodne)! W marcu 1991 roku dziennikarze, sami piłkarze a także kibice obu drużyn nie byli w stanie uwierzyć w to, co się stało. Stołeczny zespół, który w lidze spisywał się fatalnie, nie potrafił wygrywać i zajmował odległe 11. miejsce, walczył jak równy z równym z pewnie kroczącą po mistrzostwo Włoch Sampdorią. Meczowi w Genui towarzyszyły ogromne emocje i spora dramaturgia. Legioniści prowadzili 2:0 po popisie 19-letniego Wojciecha Kowalczyka, ale gospodarze zdołali wyrównać. Wojskowi kończyli spotkanie w dziesiątkę, bo w 88. minucie czerwoną kartkę (2. żółtą) obejrzał znakomicie broniący tego dnia Maciej Szczęsny. Jako, że Władysław Stachurski wykorzystał limit zmian (obowiązywały wówczas dwie), między słupki wszedł Marek Jóźwiak. Gola na szczęście nie wpuścił i to Legia zameldowała się w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów!
,,To był mój jedyny raz w bramce. Mogłem stanąć między słupkami podczas gry w Guingamp, ale trener się na to nie zdecydował. I to był jego błąd, bo kolega wpuścił dwie bramki, a myślę, że ja na jego miejscu lepiej bym się spisał. Do końca było mało czasu, więc musieli przedostać się pod naszą bramkę najprostszymi środkami. Posyłali, jak to się mówi, długą lagę do przodu i liczyli na łut szczęścia. W naszym polu karnym było dużo zamieszania ale koledzy z obrony spisali się bardzo dobrze, dzięki czemu nie miałem za dużo pracy”-Marek Jóźwiak, były obrońca Legii w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
1
@Tarnowitz Jakżesz mógłbym nie oglądać(!) kiedy Barcunie pokochałem zaledwie 2 lata wcześniej. Miałem wówczas 34 lata...
Jakżesz chciałbym mieć teraz choćby jeszcze 45 lat!
1
@Szalik Ja natomiast wściekałem się że Rijkaard postawił na ,,swojego" patałacha Van Bommela a na ławce dusił takie tuzy jak Iniesta i Larson!
1
@lithotripter Tak, tak, po prostu źle w pierwszej chwili cię odczytałem :)
1
@lithotripter No dokładnie! Człowiek nie komputer wszystkiego na raz nie zweryfikuje...
0
Komentarz usunięty przez użytkownika
1
@lithotripter Masz racje! Sama wikipedia donosi że zagrał 214 meczów! Nie pamiętam skąd kopiowałem ten tekst ale najwyraźniej ktoś popełnił błąd przy jego pisaniu a ja tego nie sprawdziłem...
13
Żywe legendy hiszpańskiego futbolu:
20 marca 1984 r. urodził się Fernando Torres, były hiszpański napastnik. Fernando Torres jest wychowankiem Atletico Madryt. Zaczynał w nim grać, kiedy klub był na zapleczu Primera Division. Zadebiutował w 2001 roku, kiedy miał 17 lat i 68 dni, co uczyniło go najmłodszym debiutantem w historii klubu. Tydzień później zdobył swojego pierwszego ligowego gola. W latach 2001-07 rozegrał dla Atletico 82 spotkania, w których zdobył 82 gole. W 2007 roku za 38 milionów euro został kupiony przez Liverpool, w którym był absolutną gwiazdą. W 102 meczach dla ,,The Reds” strzelił 65 goli. Cztery lata później za około 55 milionów euro przeszedł do Chelsea. W Londynie miał jednak duże problemy z regularnym strzelaniem, a nawet stał się pośmiewiskiem wśród kibiców. W ciągu trzech lat uzbierał zaledwie 20 trafień. W 2014 roku pół roku spędził na wypożyczeniu do Milanu ale tam również nie był w optymalnej formie. Dlatego Włosi zdecydowali się go wykupić z Chelsea, ale zaraz po tym został wypożyczony do Atletico Madryt, gdzie ich trener, Diego Simeone wskrzesił snajperskie umiejętności Hiszpana. W Atletico zagrał w finale Ligi Mistrzów w 2016 r. ale przegrał z Realem Madryt. Fernando Torres ma na swoim koncie również ponad 100 meczów w reprezentacji Hiszpanii. W 2008 roku został mistrzem Europy, a dwa lata później mistrzem świata. Podczas Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie znowu sięgnął po złoto a on sam z 5 golami został królem strzelców imprezy.
@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_
13
Rekordy ,,La Pulgi”:
20 marca 2012 r. Lionel Mesi ustanowił klubowy rekord goli o stawke w wygranym 5:3 meczu La Liga z Granada FC. Argentyńczyk zdobył wówczas hattricka dzięki czemu najpierw wyrównał a później pobił rekord należący do Cesara Rodrigueza wynoszący 232 gole. Swoją drogą trzeba przyznać iż pochodzący z Leon Cesar, był naprawdę genialnym snajperem. Przypomne tylko iż w czasach Cesara Rodrigueza nie rozgrywano tylu meczów o stawke co dzisiaj i nie było żadnych Superpucharów czy klubowych mistrzostw Świata.
@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360
9
Zapomniane El Clasico:
20 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid 3:1 w ramach 26 kolejki Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali znakomici snajperzy, Sandor Kocsis i Eulogio Martinez oraz Ramon Alberto Villaverde. Honorowego gola dla Królewskich zanotował wielki Alfredo Di Stefano. Tym samym Duma Katalonii zrównała się punktami z Królewskimi i już nie oddała prowadzenia do końca rozgrywek wyprzedzając Real Madrid lepszym bilansem pojedynków bezpośrednich, triumfując po raz 8 w historii mistrzostw Hiszpanii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
9
Czy wiecie że…
Lech Poznań obchodzi swoje 103. urodziny. Dokładnie 19 marca 1922 roku zarejestrowano klub KS "Lutnia" Dębiec, który zapoczątkował historię współczesnego ,,Kolejorza”. Przez ponad wiek klub napisał wspaniałą historię, sięgając osiem razy po mistrzostwo Polski oraz pięć razy po Puchar Polski.
19 marca 1922 roku - jest to oficjalna data rejestracji Lecha Poznań. Choć tak naprawdę historia Kolejorza sięga 1920 roku, gdy Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży postanowiło założyć klub pod nazwą KS "Lutnia" Dębiec. Obecnie Dębiec jest jedną z dzielnic Poznania, jednak ponad 100 lat temu były to przedmieścia. Przez Lecha Poznań przewinęło się tysiące osób, piłkarzy, dziesiątki trenerów, a przede wszystkim wspomnień. Kolejorz w swojej historii osiem razy sięgał po mistrzostwo Polski, pięć razy po Puchar Polski oraz sześć razy po Superpuchar Polski. Oprócz tego jest trzykrotnym srebrnym medalistą oraz siedmiokrotnym brązowym medalistą MP. Nie zabrakło też wielkich spotkań na arenie międzynarodowej. Pojedynki z Austrią Wiedeń, Manchasterem City, Juventusem czy chociażby te ostatnie z Villarrealem oraz Fiorentiną zapisały się złotymi głoskami w historii klubu.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360
0
@Kgorecki2500 Jak mam to rozumieć? Jacy użytkownicy?
8
@FCBparasiempre
Joe Gaetjens
to jeden z bohaterów amerykańskiego filmu pt. „Gra ich życia” z 2005 roku.
Główną postacią jest tam jednak bramkarz Frank Borghi, grany przez Gerarda
Butlera a punktem kulminacyjnym jest właśnie sensacyjny mecz USA-Anglia.
Opuścił on rodzinną wyspę i udał się na studia do odległych Stanów
Zjednoczonych. Został tam wysłany przez rodziców, którzy marzyli tylko o tym,
aby ich syn otrzymał szansę na godne życie. Chłopak połączył edukację z
największą pasją – piłką nożną. Już jako dzieciak zdradzał swój nieprzeciętny
talent. Miłość zaprowadza go na największe piłkarskie stadiony, a on sam stał
się bohaterem. American dream? Szczęśliwe zakończenie? Nie tym razem. Główny
bohater zginął w tajemniczych okolicznościach. Oto opowieść o Joe Gaetjensie.
Haiti jest
najstarszym niepodległym państwem Ameryki Środkowej. W XVIII wieku była to
kolonia francuska a ludność lokalną jawnie wykorzystywano do niewolniczej pracy
na plantacjach kawy i cukru. W 1790 roku wybuchło powstanie, w wyniku którego
po 24 latach ciężkich walk, dawniej zwana Hispaniola uzyskała niepodległość.
Ciekawym jest również fakt, iż w ciągu 100 lat, jeszcze nie tak dawno bujnie
zalesiony kraj, utracił niemal 100% swojego drzewostanu. W stolicy Haiti, w mieście
Port-au-Prince, 19 marca 1924 roku na świat przyszedł Joe Gaetjens. Pochodził
ze stosunkowo zamożnej rodziny. Jego ojciec był Belgiem, a matka pochodziła z
Haiti. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał w miejscowej drużynie Etoile
Haitienne, gdzie już jako nastolatek miał się wyróżniać. Jego znakiem
rozpoznawczym były strzały głową. Kilkanaście lat później dzięki bramce
zdobytej tą częścią ciała na stałe zapisze się w historii futbolu. Etoile to
drużyna, która w latach 40. dwukrotnie triumfowała w krajowych rozgrywkach.
Podobno młody ciemnoskóry zawodnik w wieku juniorskim wystąpił w dorosłej
reprezentacji swojego kraju. Należy jednak pamiętać, iż dzielą nas lata
świetlne od tego, co działo się w piłce nożnej dawniej i dziś. Nie dało się
wyżyć z futbolu, zwłaszcza w tak biednym państwie jak Haiti. Podobnego zdania
byli rodzice Joego, którzy postanowili wysłać syna na studia do Stanów
Zjednoczonych. W 1947 roku Joe Gaetjens rozpoczął naukę na Uniwersytecie
Columbia w Nowym Jorku. Młody i ambitny chłopak z pewnością nie spodziewał się,
że dokładnie 10 lat później w jego rodzinnym kraju dojdzie do gwałtownych
zmian, za które przyjdzie mu zapłacić własnym życiem (nie uprzedzajmy faktów). Joe
nie porzucił jednak marzeń o karierze piłkarskiej. Pracował na zmywaku w
lokalnej restauracji, by jakoś się utrzymać w obcym kraju. Aspekt finansowy nie
był jednak jedynym, dla którego zdecydował się na wybór akurat tej restauracji.
Właściciel lokalu posiadał także drużynę piłkarską – Brookhattan. Nietrudno
zgadnąć, iż Haitańczyk postanowił spróbować swoich sił w tym zespole. Z miejsca
stał się gwiazdą i najlepszym napastnikiem klubu. Nie uszło to uwadze
amerykańskich trenerów, którzy także postanowili dać mu szansę. Należy
pamiętać, iż w tamtych czasach przepisy były dużo bardziej liberalne niż dziś. Piłkarz
został włączony do kadry Stanów Zjednoczonych, choć nie miał nawet
amerykańskiego obywatelstwa. Zgodnie z ówczesnymi przepisami, wystarczyło
złożyć wniosek (bardziej oficjalnie „poczynić starania”) o przyznanie
obywatelstwa, by zawodnik mógł reprezentować dany kraj. Niektóre źródła podają
informację, że Gaetjens nie zrobił nawet i tego. Miał jedynie… obiecać, że
wystąpi o obywatelstwo. Pomijając wszelkie okoliczności, w jakich znalazł się w
reprezentacji USA, faktem jest, że wraz z drużyną narodową poleciał na
mistrzostwa świata do Brazylii. W tym samym roku został również królem
strzelców American Soccer League w barwach Brookhattan. Młody chłopak musiał
oderwać się na kilka tygodni od książek (i naczyń, na których zmywanie zapewne
też miał coraz mniej czasu), by wyruszyć w najpiękniejszą podróż swojego życia.
To już było jak spełnienie marzeń. Nie wiedział jednak, że przejdzie do
historii. Mistrzostwa świata w 1950 roku były pierwszymi po II wojnie
światowej. Najważniejszy piłkarski turniej globu zorganizowano po 12 latach
przerwy. To właśnie od tej edycji oficjalnie Puchar Świata przekształcono w piłkarskie
mistrzostwa świata. Na potrzeby tej imprezy wybudowano najsłynniejszy stadion
piłkarski świata – Maracanę – który w czasach swojej świetności mógł pomieścić
nawet 200 tysięcy(!) kibiców. Niektórzy historycy sprzeczają się i twierdzą, że
jest to liczba przekłamana. Mówi się o nieco ponad 150 tysiącach. Nawet ta
mniejsza liczba i tak robi wrażenie. Organizacja tego przedsięwzięcia niosła ze
sobą pewne trudności. Nie wszystkie państwa były gotowe (lub chętne) na tak
odległą podróż. Już po wywalczeniu awansu, z turnieju wycofały się
reprezentacje Szkocji i Turcji. W sumie w Brazylii wystąpiło 13 drużyn. Jak
powszechnie wiadomo, w decydującym spotkaniu (nie było typowego meczu
finałowego, ale tak się złożyło, że ostatni mecz grupy finałowej decydował o ostatecznym
zwycięstwie) Urugwaj nieoczekiwanie pokonał gospodarzy i zdobył mistrzostwo.
Nie była to jedyna wielka niespodzianka tych mistrzostw. Stany Zjednoczone nie
miały zbyt trudnego zadania, aby znaleźć się w gronie finalistów w 1950 roku.
Jankesi, po zwycięstwie odniesionym nad Kubą, obok Meksyku otrzymali
zaproszenie na udział w turnieju jako przedstawiciele strefy Ameryki Północnej.
Teoretycznie nie dokonali niczego wielkiego. Zajęli ostatnie miejsce w grupie.
Za Hiszpanią, Anglią i Chile. Z jednym zwycięstwem i dwiema porażkami
zakończyli swój udział w turnieju. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby
nie to, że zwyciężyli z Synami Albionu. Anglicy zaczęli zgodnie z planem.
Pokonali 2:0 Chilijczyków i drugi mecz z USA miał być formalnością. Amerykanie
w porównaniu z drużyną angielską wyglądali jak zlepek amatorów. I… rzeczywiście
nimi byli. Kraj z największymi tradycjami piłkarskimi, któremu zawdzięczamy tak
wiele, od przepisów gry po popularyzację piłki nożnej, pierwszy raz postanowił
wystąpić w mistrzostwach świata. W składzie miał takich zawodników jak:Alf
Ramsey (który 16 lat później doprowadzi Anglików jako trener do upragnionego
triumfu), Wilf Mannion z Middlesbrough, czy Stan Mortensen z Blackpool. A
jednak przegrali. Nieważny jest styl gry, gdyż to wynik idzie w świat. Zdanie
to doskonale obrazuje mecz, który dosłownie wstrząsnął piłkarskim światem. W
jednym momencie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie w Belo Horizonte
oszalało. Pierwszy i jedyny gol padł w 37. minucie. Bramkę po strzale głową
(nie mogło być inaczej) zdobył jedyny czarnoskóry zawodnik w ekipie USA. Joe
Gaetjens był na ustach wszystkich kibiców.
Pomimo
usilnych prób, Anglikom nie udało się wyrównać. Mogli pluć sobie w brodę, że
nie wystawili do gry pierwszego zdobywcy Złotej Piłki, czarodzieja dryblingu,
Stanleya Matthewsa. Gol przeciwko Synom Albionu dał rozgłos Haitańczykowi w
jego rodzinnym kraju i w Europie. W Stanach Zjednoczonych nie zrobił takiej
furory, gdyż zwyczajnie sport ten nie był na tyle popularny. Wszystkim trudno
było uwierzyć w to sensacyjne zwycięstwo USA. Podobno ludzie zastanawiali się,
czy w druku nie popełniono błędu, a wynik zamiast 0:1 nie powinien brzmieć
10:1… Po zakończeniu edukacji Joe Gaetjens postanowił wrócić w rodzinne strony.
Próbował w międzyczasie kontynuować piłkarską karierę we Francji. Grał w takich
zespołach jak RC Paris i Olimpique Ales, lecz bez większych sukcesów.
Reprezentował także Haiti, a po zawieszeniu butów na kołku, zajął się fachem
trenerskim i prowadzeniem pralni chemicznej. Założył rodzinę i doczekał się
trójki potomstwa. W 1957 roku już po powrocie zawodnika do Haiti, rządy na
wyspie przejął Francois Duvalier. Władzę dyktatorską sprawował dożywotnio (do
1971 roku), był także kluczową postacią kultu religijnego voodoo. Joe Gaetjens
nie interesował się polityką. Jego rodzina jednak aktywnie wspierała
przeciwników dyktatora. Dwóch braci byłego piłkarza uciekło na Dominikanę,
gdzie wraz z innymi przygotowywali plan obalenia Duvaliera. Joe nie zdawał
sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Wywiad śledczy prezydenta spowodował, że
nazwisko Gaetjens znalazło się w kręgu jego zainteresowań. Rankiem, 8 lipca
1964 roku aresztowano bohatera z Maracany. Tu ślad się urywa… Ciała byłego zawodnika reprezentacji Stanów
Zjednoczonych nigdy nie odnaleziono. Po siedmiu latach od aresztowania, bracia
zaginionego podjęli próby rozwikłania sprawy. W akcję zaangażował się m.in.
Clive Toye – człowiek, który sprowadził słynnego Pelego do drużyny New York
Cosmos. Udało się ustalić, że Joe trafił do Fort Dimanche, znanego pod
niechlubną nazwą jako „fort śmierci”. Tam najprawdopodobniej kilka dni później
został rozstrzelany. Śmierć poniósł za to, że jego rodzina brała udział w
spisku przeciwko dyktatorowi. Sam nigdy nie interesował się polityką. Zapewne
myślał, że nie poniesie konsekwencji za działania swoich bliskich. Być może
sądził, że reputacja znanego sportowca w tym pomoże. Prawdy jednak już nigdy
się nie dowiemy…
7
Kat Anglików:
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
5
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
19 marca 1902 r. urodził się Manuel Seoane. „Chancha” Seoane był jednym z najwybitniejszych piłkarzy argentyńskiej piłki nożnej lat dwudziestych XX wieku. Potężny, złośliwy i utalentowany napastnik, pomimo swojej potężnej budowy fizycznej, stąd też wziął się jego przydomek. W 1921 roku zadebiutował w barwach Independiente w pierwszym meczu turnieju przeciwko Racingowi, który został przerwany z powodu ulewnego deszczu. W kolejnym roku był gwiazdą drużyny Independiente, która wygrała lokalne rozgrywki, strzelając w nich imponującą liczbę 55 goli! Seoane zdobył łącznie dwa tytuły z Independiente, które grało w lidze Asociación Amateur de Football. Independiente zdobyło swoje pierwsze mistrzostwo w 1922 roku, co wywarło wielki wpływ na media, które nadały drużynie przydomek „Los Diablos Rojos” („Czerwone Diabły”) . Nazwa „Diabły” pozostała znakiem rozpoznawczym graczy i kibiców Independiente. Drużynę tę utworzyli legendarni gracze, tacy jak Raimundo Orsi, Zoilo Canavery, Alberto Lalín, Luis Ravaschino i sam Seoane. Seoane zdobył dla klubu 241 goli w 264 występach. Trzykrotnie (1922, 1926 i 1929) był najlepszym strzelcem Primera División w swojej karierze. Z Independiente zdobył także kilka tytułów, w tym mistrzostwo Argentyny w 1922 i 1926 roku. W 1923 roku został wyrzucony z boiska po incydencie z sędzią, co doprowadziło do jego zawieszenia w lidze „Asociación Argentina de Football” i przejścia do klubu El Porvenir , występującego w konkurencyjnej lidze „ Asociación Amateurs de Football ”. W czasie gry w El Porvenir zadebiutował w reprezentacji Argentyny, gdzie grał w ataku z Cesáreo Onzarim. Seoane strzelił 3 gole w swoim debiucie w reprezentacji, w której rozegrał łącznie 19 meczów i zdobył 14 goli w latach 1921-1929. W 1925 roku Seoane dołączył do Boca Juniors w ich udanej trasie po Europie, strzelając 16 z 40 goli dla drużyny. Grał także dla Argentyny w Mistrzostwach Ameryki Południowej w 1925 roku, będąc najskuteczniejszym strzelcem turnieju z 6 golami. Po odbyciu kary zawieszenia powrócił do Independiente w 1926 roku, zdobywając z klubem tytuł w tym samym roku, a także zostając najskuteczniejszym strzelcem z dorobkiem 76 goli. Kontynuował grę w Independiente aż do przejścia na emeryturę w 1933 r. z powodu problemów z nadwagą. 22 sierpnia 1934 r. klub zorganizował mecz na jego cześć i zorganizował zbiórkę na zakup domu dla niego. Seoane grał dla Argentyny w latach 1924–1929, występując na czterech Copa Americas (1924, 1925, 1927 i 1929). Był częścią zwycięskiej drużyny w 1925, 1927 i 1929 roku, a także został najskuteczniejszym strzelcem w 1925 roku z 6 golami.
@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360
8
Bardzo szczęśliwy ale jednak ,,zwycięski”remis:
19 marca 1986 r. FC Barcelona zremisowała w rewanżowym spotkaniu w Turynie z Juventusem 1:1 w ramach ćwierćfinału Pucharu Europy. Jak się okazało był to remis zwycięski, bowiem w pierwszym meczu Barça wygrała skromnie 1:0. W rewanżu w pierwszej połowie Juve mogło, a nawet powinno strzelić kilka goli lecz niemiłosiernie pudłował Marco Pacione, w tym między innymi na pustą bramke! W 30 minucie w jednej z nielicznych akcji Blaugrany Victor dośrodkował piłke na drugi słupek do Archibalda. Szkot oddał strzał z ostrego kąta a piłke do własnej bramki wpakował bramkarz Tacconi. Gospodarze doprowadzili do remisu po strzale Platiniego tuż przed przerwą. W drugiej części meczu dało o sobie znać lepsze przygotowanie fizyczne Barçy więc włosi próbowali zaskoczyć rywali strzałami z dystansu jednak nie przyniosło to już żadnego skutku. ,,Szczerze życzę Barcelonie żeby przejęła od nas pałeczke i zdobyła Puchar Europy”- powiedział po meczu trener Juventusu Giovanni Trapattoni. No cóż, jak wiemy nie udało się wówczas zdobyć tego cennego pucharu(porażka ze Steauą) a przecież było tak bardzo blisko…
Wspomnień czar:
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
14
Legia w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych sezonu 1969/70:
Następną rundą, w której zameldowali się ,,Wojskowi” był ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70-tych XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami, między innymi z CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten – mimo silnego naporu Galatasaray – nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie.
Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.
4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47m. – Brychczy 37m.)
18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11 i 55 minuta)
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No ale Legia Warszawa wcale nie była gorsza wówczas od Górnika, o czym za chwile doniose...
2
@FcPortoFan1999 To prawda. W końcu Górnik nieco ponad miesiąc później, jako jedyny polski klub zagrał w finale europejskiego pucharu a konkretnie Pucharu Zdobywców Pucharów, o czym nie omieszkam wspomnieć, ajakże!