10

(Nie)zapomniany Górnik:

18 marca 1970 r. Górnik Zabrze pokonał Lewskiego Sofia 2:1 w rewanżowym starciu ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. Po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w Sofii piłkarze Górnika rozpoczęli przygotowania do spotkania rewanżowego. Dzięki zarejestrowanym przez Telewizję Polską fragmentom pierwszego meczu mogli oni dokładnie przeanalizować najważniejsze sytuacje – trzy bramki Lewskiego oraz groźne sytuacje stworzone przez napastników bułgarskich na przedpolu Kostki. Analiza ta miała na celu przede wszystkim poprawienie gry obronnej. Nastroje w drużynie były bojowe, wszyscy piłkarze Górnika zapowiadali, że zrobią wszystko, by wywalczyć przepustkę do grona czterech najlepszych klubowych zespołów w Europie. Piłkarze Lewskiego do Chorzowa udali się samolotem na dwa dni przed meczem. Wcześniej od nich na rewanż udali się kibice. Wyruszyli oni w drogę specjalnym pociągiem już w niedzielę (mecz miał miejsce w środę). Była to pierwsza w historii bułgarskiego futbolu eskapada kibiców na wielki mecz. Już ten fakt świadczy jak wielka była waga tego spotkania. Awans do półfinału PZPE nie przyszedł zabrzanom łatwo. Musieli walczyć rzuciwszy na szalę wszystkie swoje siły i umiejętności. Z dużym wysiłkiem zdobywali każdy metr, a im bliżej znajdowali się bramki Lewskiego – tym trudniej było o piłkę. Bułgarzy wnosili do gry ogromnie dużo ambicji, nieustępliwości i poświęcenia. Trener Czakarow w porównaniu z sofijskim meczem nie tylko wprowadził do zespołu trzech nowych zawodników, ale obrał także zupełnie inną taktykę. Jego zawodnicy grali systemem 1-4-4-2 a w chwilach naporu Górnika ściągali do obrony jeszcze Peszewa, pozostawiając w środku tylko trzech zawodników.

Taka taktyka dość długo okazywała się skuteczną. Co prawda w 7 minucie górnicy zdołali wymanewrować obronę Lewskiego szybką wymianą piłki i Szołtysik precyzyjnym strzałem zdobył bramkę, jednak sędzia dopatrzył się pozycji spalonej. Decyzja ta mocno zdeprymowała i tak już bardzo nerwowych górników. Cóż z tego, że nacierali z furią i nie żałowali ani nóg, ani płuc. Większego pożytku z tego nie było, tym bardziej, że atakowali praktycznie wyłącznie przez środek, gdzie panowało największe zagęszczenie nóg przeciwników. Po upływie ok. 30 minut gry zabrzanie zrozumieli, że rozmokła murawa nie sprzyja zbyt kombinacyjnej grze. Wówczas to zaczęli atakować flankami i pod bramką Lewskiego od razu zrobiło się gorąco. Na przeszkodzie w strzeleniu bramki dwukrotnie stanął Kamenski, a raz poprzeczka po główce Kuchty. Gdy wszyscy myśleli już o przerwie Lubański ruszył w pogoń za straconą zdawało się już piłką, wygrał kolejno pojedynki biegowe z Peszewem, Żeczewem oraz Iwkowem i nie namyślając się wiele strzelił nie do obrony zza linii pola karnego. To był właśnie wielki Włodek Lubański, przez wiele minut niewidoczny, ale umiejący zdobyć się w krytycznym dla swojej drużyny momencie na niebywałą szarżę i odmienić losy spotkania. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie bramka Lubańskiego podniosła na duchu zabrską jedenastkę. Ujawniło się to zaraz po przerwie, kiedy to górnicy stali się na 16 minut całkowitymi dominatorami, pieczętując swoją przewagę golem wypracowanym przez Szołtysika a strzelonym przez Banasia.

Wydawało się, że górnicy nie będą mieli żadnych problemów z odniesieniem zwycięstwa. Stało się jednak inaczej. Zbyt krótkie wybicie piłki przez Oślizłę pozwoliło na strzelenie bramki przez Janko Kiryłowa. Bramki, która znów postawiła znak zapytania nad końcowym wynikiem. Na szczęście podopieczni trenera Matyasa po chwili niepewności wrócili do równowagi i znów zaczęli zagrażać bramce Lewskiego. Znów jednak na przeszkodzie do zdobycia bramki albo stawał Kamenski, albo niezdecydowanie zabrzan, albo poprzeczka. W końcówce trener Lewskiego próbował odmienić jeszcze losy spotkania rzucając wszystkie siły w atak. Manewr ten spalił jednak na panewce. Defensywa Górnika ze spokojnym Oślizłą na czele nie dała się zaskoczyć. Ostatecznie zwycięstwo przypadło drużynie lepszej, która mogła wygrać zdecydowanie wyżej gdyby miała trochę więcej szczęścia. 100 000 widzów na Stadionie Śląskim mogło rozpocząć świętowanie zwycięstwa.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@FcPortoFan1999 No trudno się z tobą nie zgodzić...

8

,,Przyjaciel” FC Barcelony:

18 marca 1900 r. w amsterdamskiej kawiarni ,,Oost-Indie” spotkało się trzech panów - Han Dade, Floris Stempel i Karel Reeser. Wypili po kilka filiżanek kawy, wypalili parę kubańskich cygar i postanowili, że najwyższy czas założyć klub piłkarski. Nazwali go Ajax od imienia bohatera Iliady, władcy Salaminy, rywalizującego z Achillesem o miano najwaleczniejszego.

Ajax nie od razu zdobywał najcenniejsze trofea. Najpierw trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce do rozgrywania meczów. Przez osiem lat zanim nastąpiło przejście na stadion ,,Watergraafsmeer”, zespół występował na... zwykłym polu. Zmiana okazała się szczęśliwa, bo już w 1911r. Ajax dostąpił zaszczytu grania z najlepszymi zespołami Holandii, a w 1918r. zdobył pierwsze mistrzostwo kraju pod wodzą angielskiego trenera Jacka Reynoldsa. To jeden z najdłużej piastujących swą funkcję szkoleniowców na świecie - trenerem Ajaxu był przez 33 lata!!! Jego imię nosiła jedna z trybun stadionu De Meer, na którym Ajax rozgrywał mecze przed przeprowadzką na Arenę. W następnym roku amsterdamczycy powtórzyli to osiągnięcie i ... sukcesy się skończyły. Co prawda w latach 30-tych Ajax zdobył pięć razy mistrzostwo kraju, ale na kolejne sukcesy kibice z Amsterdamu musieli czekać kilkanaście lat. Co ciekawe, odrodzenie klubu nastąpiło dopiero wtedy, gdy w Holandii utworzono regularną ligę (od sezonu 1956/57). Już w drugiej połowie lat 60-tych Ajax objął nowy trener. Rinus Michels postanowił zrewolucjonizować ówczesny futbol i wymyślił sobie, że w jego drużynie piłkarze nie będą ściśle przywiązani do swoich pozycji, ale każdy będzie musiał umieć grać tam, gdzie znajdzie się taka potrzeba. Obrońcy nauczyli się atakować, napastnicy bronić, a pomocnicy nie tylko aranżowali akcje zaczepne, ale i przerywali akcje przeciwnika. Wkrótce nazwano to futbolem totalnym, a Michels stał się wynalazcą systemu, który obowiązuje teraz na całym świecie. Nowy system gry tak zaskoczył rywali, że w latach 1966-70 amsterdamczycy aż czterokrotnie wygrywali ligę. Dotarli także do finału Puchru Mistrzów(1969r.) a rok później do finału Pucharu Miast Targowych (późniejszy UEFA). Jednak to była tylko przykrywka do najbardziej efektownego okresu w dziejach klubu. Przypadł on na lata 1971-73, kiedy Holendrzy trzy razy z rzędu zdobyli najcenniejsze trofeum Europy - Puchar Klubowych Mistrzów Europy (obecnie Liga Mistrzów). Ale to tylko pierwszy z tych triumfów był dziełem Michelsa. Po pokonaniu w finale Panathinaikosu Ateny zapowiedział on odejście z Ajaxu i rozpoczął pracę w FC Barcelonie. Wydawało się że wraz z odejściem Michelsa zakończą się sukcesy Ajaxu, gdyż następcą Michaelsa został nikomu nie znany Rumun Stefan Kovacs. Ale z nowym szkoleniowcem Ajax zaliczył dwa kolejne triumfy w Pucharze Mistrzów i wywalczył Puchar Interkontynentalny w 1972r. Po trzecim triumfie w Pucharze Europy(1973) z Ajaxu zaczęli odchodzić twórcy sukcesów - trener Kovacs został selekcjonerem reprezentacji Francji, Cruyff i Neeskens dołączyli do swojego byłego trenera Michelsa w FC Barcelonie, Gerrie Muehren trafił do Betisu Sewilla, jego młodszy brat Arnold do Twente Enschede, Repa sprzedano do Valencii, zaś Arie Haan przeszedł do Anderlechtu Bruksela. Ostatnim zawodnikiem, który opuścił Ajax, był Krol. W 1980r. kupiło go Napoli. Wprawdzie w pierwszej połowie lat 80-tych Ajax aż cztery razy wygrywał mistrzostwo Holandii ale na kolejny triumf w rozgrywkach europejskich kibice ze stadionu ,,De Meer” musieli poczekać do 1987r. gdy klub z Amsterdamu pokonał w finale Puchru Zdobywców Pucharów Lokomotive Lipsk 1:0. W 1991r. wraz z przybyciem Louisa van Gaala zaczął się kolejny złoty okres w historii klubu. Do Ajaxu trafiali młodzi i nieznani, ale szlachetnie utalentowani piłkarze. Wychowani w Ajaxie (bądź sprowadzeni z małych klubików) Bergkamp, bracia de Boer, Overmars, Davids, Kliuvert, Seedorf i wielu innych, którzy w 1995r. zdobyli swój ostatni europejski puchar z drużyną Ajaxu. Ci piłkarze potwierdzili na stadionach całego świata, że holenderski klub słusznie nazywany jest szlifiernią piłkarskich diamentów.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Sekstet2009 Oczywiście że priorytetem zawsze będzie Liga Mistrzów, La Liga i Copa del Rey. W takiej sytuacji w Pucharze Katalonii powinny grać rezerwy plus niższe kategorie wiekowe, jeśli oczywiście pozwala na to regulamin...

9

Żywe leegendy polskiego futbolu:

18 marca 1971 r. urodził się Jerzy Brzęczek. Jako pomocnik reprezentował barwy takich zespołów, jak między innymi Lech Poznań, Górnik Zabrze, Tirol Innsbruck, Maccabi Hajfa czy Sturm Graz. Podczas Letnich Igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku Brzęczek pełnił funkcję kapitana kadry olimpijskiej, z którą wywalczył srebrny medal, czym na stałe zapisał się w historii polskiego futbolu. Wraz z końcem kampanii 2008/2009 zakończył piłkarską karierę i rozpoczął pracę jako asystent trenera Polonii Bytom, gdzie doskonalił swój warsztat, by na początku 2010 roku objąć funkcję pierwszego szkoleniowca Rakowa Częstochowa. W klubie spod Jasnej Góry spędził cztery lata, po czym 17 listopada 2014 roku przejął pieczę nad ekstraklasową drużyną Lechii Gdańsk. W latach 2015-2017 prowadził zespół GKS-u Katowice, z kolei edycję rozgrywek 2017/2018 spędził w Płocku, gdzie wraz z tamtejszą Wisłą zakończył ligowe zmagania na 5. miejscu. W lipcu 2018 roku Jerzy Brzęczek został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji Polski, a jego głównym zadaniem było zapewnienie Biało-Czerwonym udział na Euro 2020. 7 września 2018 roku zadebiutował w nowej roli, remisując 1:1 w wyjazdowym meczu z Włochami w ramach Ligi Narodów UEFA. W eliminacjach do europejskiego czempionatu Polacy osiągnęli wyznaczony cel i z dorobkiem 25 punktów zdobytych w 10 meczach awansowali na turniej z pierwszego miejsca w grupie. Łącznie pod wodzą Jerzego Brzęczka kadra rozegrała 24 spotkania, notując w tym czasie 12 zwycięstw, 5 remisów i 7 porażek.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@A4ron Patrząc na same liczby to i owszem, jednak ponoć statystyki nie grają? Gdyby ,,Obywatele" wykorzystali przynajmniej połowe celnych strzałów to bodaj byłaby dogrywka...

9

Duma Katalonii pieczętuje awans do ćwierćfinału LM:

18 marca 2015 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Manchester City 1:0 w ¼ Champions League. Rewanż dla Barçy wcale nie był meczem łatwym, choć ostatecznie udało się odnieść zwycięstwo po jedynym golu strzelonym przez Rakiticia w 31 minucie. ,,The Cityzens” naciskało ale świetnie spisywała się defensywa Blaugrany. Jeden z najlepszych meczów w jej barwach rozegrał Jeremy Mathieu, niezgrabny ale skuteczny Francuz sprowadzony na życzenia Luisa Enrique z Valencii. W defensorze tym ,,Lucho” znalazł człowieka lojalnego i oddanego, nie tylko zresztą w kwestii taktyki. Mathieu stał u boku szkoleniowca we wszystkich konfliktach z zawodnikami, w które nerwowy trener cały czas popadał.



@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

0

@Sekstet2009 Słuchaj no kochaniutki użytkowniku: Puchar Gampera i Audi Cup(rozgrywane 4 mecze) to też są mecze o stawke, co prawda o zdecydowanie mniejszym prestiżu niż mistrzostwa(Puchar Katalonii) ale jednak o stawke(!) a w dodatku na te puchary są specjalnie dobierane(zapraszane) zespoły. Natomiast Puchar Katalonii(mistrzostwa Katalonii) to jest cykliczny turniej rozgrywany od początku XX wieku i w zasadzie uczestniczą w nim wszystkie Katalońskie kluby, więc jest znacznie bardziej prestiżowy od ,,mini" pucharów Gampera i Audi Cup.

9

Blaugrana w czasach kryzysu:

18 marca 1987 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Dundee United 1:2 w rewanżowym spotkaniu ¼ Pucharu UEFA. Do 85 minuty Blaugrana prowadziła 1:0 i odrobiła w ten sposób straty z pierwszego meczu na ,,Tannadice Park”. Jednak w samej końcówce Szkoci strzelili 2 gole i niespodziewanie awansowali do półfinału. Na trybunach pojawiły się głosy nawołujące do zwolnienia prezydenta Nuñeza i przywrócenia do składu Schustera. Duma Katalonii do dzisiejszego dnia ma z Dundee United najgorszy bilans spośród wszystkich drużyn, z którymi spotykała się w europejskich pucharach a mianowicie 4 mecze i 4 porażki! Wypada tylko żałować że Szkoci tak cienko przędą w Scottish Premiership, więc chyba nie prędko będzie okazja do rewanżu…?



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@Sekstet2009 A od kiedy to niby Puchar Katalonii(kiedyś mistrzostwa Katalonii) są meczami towarzyskimi? To są mecze o stawke, więc jak najbardziej oficjalne!

7

@FCBparasiempre
Swego czasu
zachwycał swoją grą w Interze Mediolan. Nigdy jednak nie było mu spieszno do
piedestału, dlatego teraz już jest postacią zapomnianą, odświeżaną poprzez film
z jego kapitalnym rzutem wolnym w meczu z Bologną ale lewej nogi Urugwajczyka
bali się wszyscy. Alvaro Alexander Recoba Rivero, tak brzmi jego pełne
nazwisko. Nie wychowywał się podobnie jak większość południowoamerykańskich
piłkarzy w biednych fawelach, gdzie piłka była jedynym ratunkiem. On wychowywał
się w stolicy Urugwaju, Montevideo. Mieście, w którym mieści się ogromna
większość klubów z tamtejszej elity. On zawsze miał jednak jeden cel – Danubio,
inaczej „Dunaj”, czyli zespół założony w stolicy malutkiego kraju z Ameryki
Południowej przez dwójkę braci bułgarskiego pochodzenia. Klub dużo mniejszy niż
m.in. Nacional jednak bardzo znaczący nie tylko na mapie Urugwaju. W tamtejszym
regionie jest uznawany za prawdziwą wylęgarnię talentów. W czasach juniorskich
reprezentowali jego barwy m.in. Marcelo Zalayeta, Diego Forlan, czy Edinson
Cavani. Ale żaden z nich nie jest tak kochany tam jak Recoba. Chłopak z
dzielnicy ,,De Maronyas”, ściśle powiązanej z Danubio FC, od malutkiego był
zakochany w biało-czarnych barwach i w jego szeregi wstąpił w wieku dziewięciu
lat. A tam szybko zobaczyli, że nie tylko spełnili marzenie wiernego kibica,
ale zyskali niebywały talent. Dla miejscowych fanów jest legendą, bowiem nigdy
nie zapomniał, skąd pochodzi. Jeszcze przed emeryturą wrócił na Estadio
Jardines Del Hipodromo, by cieszyć fanów swoją grą. I to w nim kochano
najbardziej – Dla niego liczyła się tylko czysta gra, jak w piosence „Czysta
Gra”. Od samego początku błyszczał niewiarygodnymi umiejętnościami. Potrafił
wyczyniać cuda lewą nogą, na boisku często zwyczajnie się bawił, bo taki był
jego cel. Grał na pozycji ofensywnego pomocnika, jednak w typowym starym stylu,
jako „wolny elektron”. Bieganie, czy walka wręcz nie była dla niego stworzona.
Gdy w czasach juniorskich strzelał niewiarygodne ilości bramek, wszyscy zaczęli
marzyć o tym, by stał się najlepszym na świecie. Najmniej zainteresowany tym,
był sam Recoba. Nie dlatego, że był leniem. Jego głowę zajmowało tylko granie w
piłkę. Choć nigdy nie ukrywał, że z treningami fizycznymi mu nie po drodze. W
końcu w 1994 roku osiągnął swój cel i dotarł do pierwszej drużyny. Miejscowi
kibice wspominali, że ten młodzian, wtedy 18-letni z marszu wszedł do
pierwszego składu i stał się prawdziwym liderem. Błyszczał już od pierwszych
spotkań i uznawano, że w pojedynkę utrzymał Danubio w najwyższej klasie
rozgrywkowej. Od razu skierował na siebie oczy wszystkich skautów mocniejszych
klubów i nie tylko. Zowiem zaledwie rok po debiucie w seniorskiej piłce Hector
Nunez powołał go do pierwszej reprezentacji, dając zagrać w dwóch meczach towarzyskich.
W debiutanckim meczu z Hiszpanią zmienił Enzo Francescoliego, poniekąd mając od
niego powoli przejmować rolę dyrygenta w ekipie „Los Charruas”. Kolejną szansę
Recoba dostał półtora roku później, jednak zaliczył trzy bramki w dwóch meczach
z Japonią i Chinami. Pewne miejsce zyskał w 1997 roku. Rok wcześniej Danubio
stało się dla niego zbyt małe i skusił się na ofertę Nacionalu, absolutnego
potentata w tamtejszej piłce. W ciągu zaledwie półtora roku strzelił dla tego
klubu 68 bramek w 58 występach. W 1997 roku wystąpił też w trzech meczach na
Copa America, strzelając bramkę Wenezueli. Po tym zapracował sobie na transfer
zagraniczny.

Za 4,5
miliona dolarów przeniósł się do Interu Mediolan. Polecił go tam Sandro
Mazzola, legenda „Nerazzurri”. 31 sierpnia 1997 roku. Nadszedł wielki dzień.
Ruszył kolejny sezon Serie A. Na San Siro przyjechała Brescia z Markiem
Koźmińskim w składzie. W pierwszej jedenastce gospodarzy wybiega debiutujący
Ronaldo. Inter jednak długo męczy się z rywalem. Na dodatek ponad kwadrans
przed końcem asystę Andrei Pirlo wykorzystuje Dario Hubner i wyprowadza
przyjezdnych na prowadzenie. Minutę wcześniej Luigi Simoni wprowadza na boisko
Alvaro Recobę, który zmienia Maurizio Ganza. W 80 minucie Benoit Cauet zagrywa
piłkę do środka pola. Urugwajczyk z „20” na plecach wprowadza futbolówkę w
kierunku bramki przeciwnika i potężnym strzałem z ponad 25 metrów w samo
okienko nie daje szans Giovanniemu Cervone. Debiut wydawałoby się wymarzony,
gdyby jeszcze jego zespół wygrał. Ale to przecież nie był koniec jego popisów.
W 85 minucie zostaje sfaulowany w środku pola. Do piłki podchodzi sam
poszkodowany, a do bramki ma ponad 30 metrów. Mimo debiutu nikt nie miał
wątpliwości, kto powinien uderzać. Recoba potężnie uderza w drugie okienko
bramki Cervone i daje trzy punkty w debiucie swojemu zespołowi, przyćmiewając
debiut wielkiego Ronaldo. Francesco Moriero podkłada kolano i udaje, że czyści
lewego buta Urugwajczyka. Ale w składzie „Nerazzurri” obok Ronaldo jest jeszcze
m.in. Youri Djorkaeff, Diego Simeone, czy Ivan Zamorano. Rok później trafia do
stolicy mody również Roberto Baggio, czy Nicola Ventola. Dla słabego fizycznie
Recoby zwyczajnie brakuje miejsca. Co jakiś czas dostaje okazjonalne szanse
wejścia na boisko. Tak jak w styczniu 1998 roku, gdy po kilku miesiącach bez
gry, zmienia 20 minut przed końcem Francesco Moriero. Inter przegrywa od samego
początku i niemiłosiernie męczy się z Empoli. W 82 minucie sprawy w swoje nogi
bierze więc Recoba i strzałem prawie z połowy boiska doprowadza do remisu. W
całym swoim pierwszym sezonie uzbierał 19 występów, ale łącznie zaledwie 650
minut. Strzelił w tym czasie pięć bramek i zanotował dwie asysty. W
międzyczasie pojechał jednak na Puchar Konfederacji, gdzie rozegrał pięć
spotkań, strzelając bramkę Republice Południowej Afryki. Kadra pod wodzą
Victora Pua zajęła ostatecznie na turnieju czwarte miejsce. W kolejnej kampanii
również nie był w stanie wywalczyć miejsca w składzie i z początkiem nowego
roku wybrał się na półroczne wypożyczenie do Venezii. Tam grał prawdziwe
koncerty. 19 spotkań, 10 bramek i tyle samo asyst, w tym hattrick i asysta w
meczu z Fiorentiną. Mało tego, skarcił też Inter. Gdy ten przyjechał na Stadio
Pierluigi Penzo, Recoba już w pierwszej minucie zaliczył asystę przy golu
Sergio Volpiego. Trzy minuty później podchodzi do piłki ustawionej na 25 metrze
i lewą nogą uderza w poprzeczkę, a następnie futbolówka odbija się od pleców
Sebastiena Freya i wpada do siatki. Ostatecznie „Arancianoverdi” wygrywają 3:1.
Dzięki „El Chino” zespół przestał okupować sam dół ligowej tabeli i nagle z
beniaminka skazywanego na ponowny spadek do Serie B, skończył sezon w połowie
stawki. Po bardzo owocnym pół roku w Wenecji nadszedł czas na powrót do
Mediolanu.

Tam, choć
początek sezonu miał ciężki, kolejnymi bramkami, zyskał zaufanie Marcello
Lippiego. Cały sezon zakończył z 10 bramkami na liczniku i 12 asystami. To
jednak nic w stosunku do następnego sezonu, gdy grał tuż za plecami Christiana
Vieriego. We wszystkich rozgrywkach rozegrał 41 spotkań, strzelił 15 bramek i
dorzucił 11 asyst. W Pucharze UEFA władował też dwie bramki w dwumeczu z Ruchem
Chorzów, w rewanżu mając udział przy wszystkich trzech trafieniach. Przeżywał
piękne chwile, a zakochany w nim był Massimo Moratti, który zaoferował mu
pięcioletni kontrakt z czterema milionami zarobków rocznych. Żaden piłkarz na
świecie nie zarabiał wtedy takich pieniędzy. Problem był jednak w tym, że cała
ekipa z San Siro zawodziła na całej linii. Kibice spodziewali się wielkich
triumfów, a dostawali m.in. odpadnięcie w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów z
Helsingborgiem. Początek sezonu 2001/2002 Recoba spędził jednak na zawieszeniu
za sfałszowanie swoich dokumentów. Oczywiście w taki sposób, by występować w
Serie A jako Włoch. Zapewne w jego lewych papierach maczał palce też sam klub.
Na boisko wrócił na początku grudnia. I na dzień dobry zaliczył dwie asysty w
meczu z Atalantą. Do końca sezonu regularnie grał, a Inter wyłożył się na
ostatniej prostej, tracąc tytuł mistrzowski po porażce z Lazio w ostatniej
kolejce sezonu. Z praktycznie pewnego mistrza kraju, spadł nagle na trzecie
miejsce w tabeli. Sam „El Chino” cieszył się m.in. z awansu na mistrzostwa
świata, gdy w rewanżowym meczu z Australią zaliczył dwie asysty. Sam
Urugwajczyk zgodził się w końcu też na obniżkę pensji, gdy włoski klub
przeżywał kryzys finansowy. W oczach Massimo Morattiego był doskonały, a prezes
patrzył na niego przez różowe okulary. Ale Recoba miał coraz mniej spotkań, w
których ciągnął za uszy swój zespół. Choć miewał momenty, gdy bawił się grą, a wszystkim
opadały „kopary”. Jak w meczu z Lecce, gdy założył „sombrero” w polu karnym i
strzelił bramkę. Wielki miał też sezon 2002/2003. Ale cały Inter wyglądał wtedy
kapitalnie. Zdobył vicemistrzostwo i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie
uległ Milanowi „bramkami na wyjeździe”, co brzmi kuriozalnie, bowiem obydwie
ekipy grają na tym samym stadionie. Takie jednak zasady wyrzuciły „Nerazzurri”
za burtę. Sam Urugwajczyk w sezonie strzelił 12 bramek i miał 16 asyst. W
kolejnym sezonie coraz bardziej zaczęły mu jednak doskwierać kłopoty zdrowotne,
przez co stracił sporo spotkań. I tak zaliczył jednak 11 bramek. Później było
coraz gorzej. Wypadał co chwilę, dodatkowo przez pół roku nie był w stanie
wrócić na boisko. Gdy grał, nadal miewał mecze, w których potrafił decydować o
punktach. Mecz z Romą, 3:3 – bramka i dwie asysty, rewanż z Benficą w 1/8
finału LM, wygrana 4:3 i ponownie bramka i dwie asysty „El Chico”. Chievo
Verona – bramka i asysta dały zwycięstwo 2:0. I ten wspaniały mecz na początek
2005 roku, gdy został wpuszczony na boisko na 13 minut przed końcem. Zaliczył
bramkę, asystę, a jego zespół odwrócił wynik z 0:2, na 3:2. W sezonie 2005/2006
wchodził dużo mniej, a nawet jeżeli był w pełni, sił głównie okupował ławkę
rezerwowych. A gdy zdarzało się wychodzić w pierwszym składzie, to często z
opaską kapitańską na ramieniu, przy nieobecnościach Javiera Zanettiego. A i
wtedy zdarzało się wygrywać mecze, m.in. z Lazio, przy dwóch bramkach i asyście
i zwycięstwie 3:1. Inter w końcu zdobył wtedy upragnione Scudetto. Obronił go
zresztą w następnej kampanii, ale z coraz mniejszym udziałem Recoby.

Po tym
sezonie Urugwajczyk odszedł do Torino na wypożyczenie. Tam szkoleniowcem był
Walter Novellino, który miał ponownie go wskrzesić. Za wiele jednak ugrać się
nie udało. Bramka i dwie asysty w Serie A to wynik zdecydowanie odbiegający od
jego normy, nawet w sezonach, gdy większość czasu był kontuzjowany. Jego czas
we Włoszech dobiegł końca. Jeden sezon został jeszcze w Europie, przechodząc do
greckiego Panioniosu, ale i tam furory nie zrobił. W styczniu 2010 roku zdecydował
się powrócić do domu i podpisał kontrakt z Danubio, gdzie w końcu odbudował się
fizycznie i był w stanie zagrać kilkanaście spotkań bez żadnych problemów, choć
jego forma strzelecka uleciała. Kibice jednak i tak go kochali, miał bowiem
mnóstwo lukratywnych ofert, ale zdecydował, że to czas na powrót do domu. W
końcu dla niego, chłopaka stąd liczyła się tylko piłka. Miłości kibiców do
niego nie zmienił nawet powtórny transfer do Nacionalu, gdzie spędził jeszcze
cztery lata, jednak w dwóch ostatnich był już cieniem samego siebie. Zdobył
jednak razem z klubem dwa razy mistrzostwo. Mając 39 lat na karku, zdecydował
się odwiesić buty na kołek. W 2021 roku zdecydował się rozpocząć pracę trenera.
Najpierw był asystentem, a następnie samodzielnie przejął zespół rezerw
Nacionalu. Na jego mecz pożegnalny zebrała się cała świta na czele z Riquelme,
Zanettim i ….. dwoma kolejnymi prezydentami Urugwaju. W swoim kraju nadal jest
wielbiony, o czym wspominał m.in. Luis Suarez, który powtarzał, że Recoba to
jego idol. Technicznie był jednym z najlepszych na świecie, jednak bieganie
zdecydowanie nie należało do jego mocnych stron. Brakowało szybkości, siły,
wytrzymałości, co przełożyło się też na kolejne kontuzje. Cień pada jednak na
jego poczynania w reprezentacji. Kadra sukcesy zaczęła obchodzić, gdy on
odchodził, a dowodził Forlan, Suarez i Cavani. Zagrał w trzech meczach
mistrzostw świata, ale jego ekipa pożegnała się po nich z turniejem w Korei i
Japonii. Na Copa America zagrał tylko w sześciu meczach. Na wygrany turniej w
1995 roku nie pojechał. Podobnie na ten w 1999 roku, gdzie Urugwaj przegrał
dopiero w finale z Brazylią. Podobnie w 2004 roku, gdy jego koledzy zajęli
trzecie miejsce. Zagrał w 1997, gdy Urugwaj poległ już w grupie oraz 10 lat
później, docierając do czwartego miejsca.

8

Wybitne postacie włoskiego futbolu:

17 marca 1939 r. urodził się Giovanni Luciano Giuseppe Trapattoni, były piłkarz i trener. Jako zawodnik z sukcesami grał w latach 60-tych w A.C. Milan, gdzie dwukrotnie zdobywał Puchar Mistrzów i mistrzostwo Włoch. Poza tym zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Interkontynentalny oraz Puchar Włoch. Giovanni Trapattoni jako piłkarz zapracował na status legendy Milanu. Był też pilnym studentem Nereo Rocco, szkoleniowca, który poprowadził Rossonerich do wielkich sukcesów w latach 60-tych. Nie mogło zatem zaskakiwać, iż „Trap” trenerską karierę również zaczął właśnie na San Siro. Wydawało się to wręcz naturalne. Jednak władze klubu jakoś nie potrafiły udzielić mu pełnego zaufania. Panowało przekonanie, że Milan potrzebuje bardziej doświadczonego szkoleniowca, przy którym Trapattoni powinien się jeszcze trochę podszkolić. Tymczasem Włoch nie chciał dłużej czekać. Przeniósł się więc na ławkę trenerską Juventusu i w ciągu zaledwie dekady wygrał ze „Starą Damą” wszystko. Z taktycznego punktu widzenia Trapattoni ogromnie wpłynął na rozwój futbolu. Spopularyzował system gry zwany ,,zona mista”, oparty na proaktywnej obronie i szybkiej wymianie podań po odzyskaniu piłki. Na swój sposób „Trap” łączył więc to, co najlepsze w tradycyjnym catenaccio, którego sam uczył się od Rocco, a także ,,michelsowskim” futbolu totalnym. W jego Juventusie nie brakowało agresywnych twardzieli pokroju Claudio Gentile czy też wybieganych harpaganów w stylu Antonio Cabriniego, ale najbardziej emblematyczną postacią dla „Starej Damy” byli jednak elegancki libero Gaetano Scirea. W 1983 roku Juve przegrało jednak finał Pucharu Europy z Hamburgerem SV, co skłoniło „Trapa” do taktycznych korekt, w efekcie których turyńczycy dwa lata później zgarnęli najcenniejsze kontynentalne trofeum. Po drodze wygrywając także Puchar UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów i szereg mistrzowskich tytułów w Serie A. Absolutna dominacja. Zresztą w oparciu o gwiazdy Juve została również skonstruowana reprezentacja Włoch, która w 1982 roku zwyciężyła na mistrzostwach świata. Przez wiele lat Giovanni Trapattoni mógł uchodzić nawet za najwybitniejszego kolekcjonera międzynarodowych trofeów w piłce klubowej. Zaczął od fenomenalnej kadencji w Juventusie, gdzie zwyciężył kolejno w Pucharze UEFA, Pucharze Zdobywców Pucharów i Pucharze Europy, a pod jego wodzą błyszczeli tacy gracze jak choćby Michel Platini, Gaetano Scirea, Paolo Rossi czy Zbigniew Boniek. Potem był Inter Mediolan i kolejny europejski sukces, tym razem w Pucharze UEFA i na dokładkę powrót do Juventusu, choć generalnie niezbyt udany, to uświetniony kolejną wygraną, raz jeszcze w Pucharze UEFA. Ponadto zdobywał siedem mistrzostw Włoch (1977-78, 1981-82, 1984, 1986, 1989), mistrzostwo Niemiec (1997), mistrzostwo Portugalii (2005), mistrzostwo Austrii (2007), dwa Puchary Włoch (1978/79, 1982/83), Puchar Niemiec (1997/98), Puchar Ligi Niemieckiej (1997), Superpuchar Europy (1984), Puchar Interkontynentalny (1985). Co tu dużo gadać, doskonały dorobek a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie niespodziewana porażka „Starej Damy” w finale Pucharu Europy w 1983 roku.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

8

@FCBparasiempre
17 marca
1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z
Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu.
,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego
Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny
sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i
niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów
w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i
z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w
młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było
jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie,
może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś
nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy
przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre
Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków.
Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z
Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na
przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im
strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był
początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą
piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać
wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i
pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na
ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina.
Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak
kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali
mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują
i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha,
choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów,
ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał
zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak
najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie
udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”-
zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w
drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał…
szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy
nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat.
Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w
takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to
zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych
fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się
postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na
ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem
że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę
zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to
nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w
Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina
Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił
desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory
przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku
dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie,
no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za
piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go
do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany,
czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś
doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i
że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie
wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały
stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce.
Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie
jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów.
,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza
Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się
zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam
jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem,
wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu
powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w
koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni
ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.

Sprawy się
komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w
ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na
szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się
rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o
istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza
się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w
Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej
prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał
że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie
się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty
jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie
wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i
cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie
pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą
wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem
gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o
pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej
wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż
ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął
normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W
szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie
robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi
technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije
piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym
biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do
zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”-
zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań
a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby
nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do
niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego
ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek.
Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan.
Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,,
Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw
muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli
kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to
zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu
spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym
żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty
usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już
za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś
będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie,
gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”.
Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten…
Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta
akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem
za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam
się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem-
odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek.
Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy
dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie
strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto
marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem
świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być
rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem
dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz
chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski:
,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?!
Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na
wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym
człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie
piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się
ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy
fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W
lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy
niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje.
Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z
meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka
grającego wówczas z nr. 4 Edinho…

6

1

@KSSniper Masz absolutnie racje! W meczu z Osasuną Messi strzelił łącznie 371 goli a więc jeszcze nie pobił tego prawdziwego rekordu Alcantary. Bardzo dobrze że to wyłapałeś, gdyż musze ten błąd skorygować. Jeszcze raz bardzo dziękuje za te spostrzeżenie.

13

Fantastyczny rekord Blaugrany:

17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0(!) w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu w meczu o stawke. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był w tamtych czasach genialnym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@KSSniper Nie wykluczone że masz racje. Będe to musiał jeszcze raz sprawdzić, zwłaszcza że swego czasu korygowałem statystyke Paulino Alcantary. Dzięki sliczne za spostrzeżenie :)

2

Mamy to! Jesteśmy mistrzami.., to znaczy będziemy mistrzami Hiszpanii! Taki pokaz siły przeciwko Atletico świadczy o wielkości i o charakterze mistrza. Po drodze rozjebiemy te ,,białe prześcieradła" na Lluis Companys" i będziemy mistrzem Hiszpanii!
Visca el Barca parasiempre!

0

@DonCarletto A to nie wiedziałem! Od kiedy?

0

No jeśli my dzisiaj wygramy na Civitas Metropolitano to już nic nas nie powstrzyma w wyścigu po mistrzostwo Hiszpanii! Jest tylko jedno ,,ale", musimy wygrać choćby 1:0, co wcale nie jest aż tak oczywiste z tym przeciwnikiem...

10

Wybitne postacie argentyńskiego futbolu:

16 marca 1938 r. urodził się Carlos Salvador Bilardo, były argentyński piłkarz, trener i ginekolog. Jako zawodnik pełnił funkcję pomocnika i większość swojej kariery spędził w San Lorenzo de Almagro i Estudiantes de La Plata w latach 60-tych. Bilardo z reprezentacją Argentyny wygrał mistrzostwo świata na mundialu Mexico 1986 a we Włoszech w 1990 r. wicemistrzostwo. Bilardo nazywano ,,El narigon”- Wielki nos ale Bilardo miał jeszcze coś, co wyróżniało go w futbolowym środowisku. Skończył studia medyczne i został lekarzem. Pracował w najlepszych klubach: Estudiantes , Deportivo Cali, San Lorenzo, FC Sevilla i Boca Juniors. W tych dwóch ostatnich trenował Maradone. Jest jedną z najwybitniejszych postaci argentyńskiego futbolu ale we własnym kraju doceniono go dopiero, kiedy doprowadził kolumbijskie Deportivo do finału Copa Libertadores, po czym federacja kolumbijska powierzyła mu funkcje trenera reprezentacji. Kiedy Argentyna przegrała mundial w Hiszpanii, Bilardo jako trener mistrzowskiego Estudiantes w lidze Metropolitano, stał się naturalnym kandydatem na trenera kadry i był nim przez 8 lat.

Jego szkoła futbolu nazywana bilardizmo, nakazywała zawodnikom wykonywanie poleceń trenera i trzymanie się nakreślonych przez niego planów meczu. Z kolei Menottismo, szkoła Menottiego dawała graczom większą swobode ale mimo tych reguł Bilardo nie ograniczał piłkarzy i Argentyna pod jego wodzą grała w Meksyku bardzo ładnie, widowiskowo, strzelała sporo goli. Kiedy już zdobyła tytuł, w szatni na Estadio Azteca Bilardo się rozpłakał i jak twierdzi w swojej książce Maradona, powtarzał tylko nazwisko swojego mistrza, słynnego, nieżyjącego wówczas trenera Estudiantes Osvaldo Zubeldii. To on jako pierwszy trener w Argentynie rozpoczynał przygotowania do meczu od zebrania informacji na temat każdego zawodnika w drużynie przeciwnika i jej stylu. Bilardo przestrzegał tych zasad i w pewnym stopniu także dzięki temu, podczas mundialu we Włoszech doszedł z Argentyną do finału. Drużyna grała wtedy znacznie słabiej niż w Meksyku. Zwykle opanowany, nie wytrzymał, kiedy w finale mundialu w Meksyku Burruchaga strzelił gola na 3:2 a wszyscy piłkarze Argentyny przez minute się cieszyli. Bilardo krzyczał na nich, przeklinał, groził, kazał cofnąć się napastnikom a wszystko to miało być jasnym przekazem: ,,Co z tego że prowadzicie jednym golem. To jest finał mistrzostw świata, do końca meczu pozostało aż 5 minut a po drugiej stronie boiska stoją Niemcy!”.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

6

@FCBparasiempre
16 marca
1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym
meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu
rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były
kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował,
na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle
że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się
z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie
będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta
informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z
rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy
bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji
podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie,
kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma
piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko
pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych
koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki
atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu
posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany.
Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy
błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała
śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana.
Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w
Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie
metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona
do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się
szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda
zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega
Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie
wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić
ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu
wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z
nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52
minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było
rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował
czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed
swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z
Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz
Puchar Ligi.

,,Było
wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie.
Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że
jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał
pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również
uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć
do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego
czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani
The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było
zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The
Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku
gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów,
uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian
najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w
języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”-
przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie,
który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni
byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley
rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z
Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w
tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z
najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom.
Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany
w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu,
tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał
autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy
przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego
asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy
Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że
nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski
piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju.
Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika
Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego
Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych
drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na
stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy
dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół
już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał
prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model
zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew
stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią
poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian
do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo!
Musicie być jak Widzew!”.

To co
wyprawiał wówczas Widzew w Europie przechodzi ludzkie pojęcie, zwłaszcza że
grał już bez Bońka, który odszedł do Juventusu. Czegoś takiego nie dokonał
żaden Polski klub i raczej już nie dokona. Ja osobiście jako gówniarz oglądałem
ten mecz w Polskiej telewizji i byłem wówczas tak szczęśliwy i dumny że nie
zapomnę tego do końca życia! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią ,,tamtego”
Widzewa to polecam książke ,,Wielki Widzew”.

Gorąco
pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa!


6

11

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

16 marca 1994 r. FC Barcelona pokonała w fazie grupowej LM Spartak Moskwa 5:1(1:1) na Camp Nou. W grupie A faworytem do zwycięstwa była oczywiście Blaugrana, której głównym problemem pozostawał wciąż obowiązujący limit trzech obcokrajowców w meczu. Cuyff miał w składzie Koemana, Laudrupa, Stoiczkowa i Romario, więc wybór był trudny a jeden gwiazdor każdorazowo obrażony. Najpierw padło na Stoiczkowa, choć to właśnie 2 gole Bułgara w rewanżowym meczu drugiej rundy kwalifikacji z Austrią Wiedeń zapewniły Barcie awans do fazy grupowej. W drugim meczu na ławce zasiadł Romario, w trzecim Laudrup, podobnie jak i w czwartym. Właśnie mecz tej serii, wygrany ze Spartakiem 5:1 był pierwszym, w którym popis dał duet rywalizujących ze sobą na boisku ale przyjaźniących się szczerze poza nim(Stoiczkow został chrzestnym dziecka Romario) napastników. W piątym znowu na trybunach zasiadł Stoiczkow a w szóstym Laudrup. Jak widać nietykalny był tylko Ronald Koeman.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

8

Zapomniane legendy FC Barcelony:

16 marca 1930 r. urodził się Ramón Villaverde, urugwajski pomocnik. Zakup Urugwajczyka z Kolumbijskiego Millonarios F.C. był jednym z największych transferów FC Barcelony lat 50-60 z poza Europy. Grał najczęściej w środku pomocy albo na skrzydle ale nawet grając na skrzydle często schodził do środka, gdzie w pełni wykorzystywał swój niezwykły talent do czytania gry. Podobnie jak wielu latynoamerykańskich graczy w jego czasach, Villaverde miał potężny strzał i niesamowitą kontrolę, w tym niezwykłą umiejętność omijania przeciwników bez pozornie nawet dotykania piłki. On i galicyjski napastnik Luis Suárez doskonale się rozumieli, podczas gdy jego fani i koledzy szczególnie cenili jego prosty, przyziemny charakter. Był także wspaniale zdyscyplinowany, jeśli chodzi o swój potencjał, co wydatnie pokazał w sezonie 1963/64, kiedy zgodził się spędzić ostatni rok swojego kontraktu na wypożyczeniu w Racing Santander, mówiąc: „Nie jestem jeszcze za stary na piłkę nożną, ale jestem za stary, by grać dla Barçy”. Villaverde w barwach Blaugrany zdobył 151 goli, zdobywając 2 mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Hiszpanii.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

Czy wiecie że…

16 marca 1920 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie ze Slavią Praga na ,,Camp del Carrer Industria”, wygrane nie bez trudu 3:2. Był to pierwszy mecz w historii z drużyną z Europy środkowowschodniej.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

15

Rekordy ,,La Pulgi”:

16 marca 2014 r. Lionel Messi strzela hattricka w meczu La Liga z Osasuną, czym bije rekord klubowy Blaugrany należący do Paulino Alcantary(395 goli). Niektóre źródła błędnie podają 369 goli Alcantary. Tutaj oficjalnie: https://www.fcbarcelona.com/en/card/648422/paulino-alcantara

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

0

@Foton Nie rozumiem co masz na myśli? Jakiego towaru?

8

Wobec takiej historii, żaden cule nie może przejść obojętnie:

16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, sekretarz generalny Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?