FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@MesQueUnClub_87 Po takim pokazie mocy na Metropolitano przeciwko Atletico, dzisiejsza strata punktów byłaby wręcz wstydem, zresztą chwile wcześniej rozjechaliśmy Osasune a Girona w tym sezonie wcale nie jest lepsza od Osasuny...
0
No chyba nikt nie wyobraża sobie straty jakichkolwiek punktów z FC Girona, zwłaszcza po meczach z Atletico i Osasuną. W końcu nie jesteśmy jakimiś pierwszymi lepszymi dziadami...
8
@FCBparasiempre
Dwudziesty
trzeci dzień czerwca 1996 roku, godzina 18:30 czasu Greenwich. Na stadionie
Villa Park w Birmingham właśnie rozpoczyna się ćwierćfinałowy mecz Mistrzostw
Europy pomiędzy reprezentacjami Czech i Portugalii. W 53. minucie tego
spotkania długowłosy czeski pomocnik Karel Poborský przedarł się przez
portugalską obronę i wysokim lobem przerzucił piłkę nad wychodzącym z bramki
Vítorem Baíą. Piłka wpadła do siatki. Czesi objęli prowadzenie, które utrzymali
do końca spotkania i awansowali do półfinału (a później finału) turnieju. Gol
Karela Poborskýego do dziś uchodzi za jeden z najpiękniejszych w historii
Mistrzostw Europy. Jego strzelec (urodzony 30 marca 1972 roku w miejscowości
Jindřichův Hradec) podczas angielskiego Euro grał na tyle dobrze, że trafił do
najlepszej drużyny turnieju wybranej przez UEFA. Ważniejsze jednak, że w
efekcie wzbudził zainteresowanie naprawdę wielkich klubów. Jego dotychczasowy
pracodawca Slavia Praga (do której przeszedł raptem sezon wcześniej z Viktorii
Žižkov) wycenił początkowo długowłosego pomocnika na 800 000 funtów. Jak można
się domyślić, cena dość szybko zaczęła rosnąć. Minęło zaledwie kilka dni od
zakończenia Mistrzostw Europy, a za Poborskiego zdążyły wpłynąć oferty od
Liverpoolu, Lazio i Manchesteru United. Ani 2 miliony funtów od klubu z
Anfield, ani 3 miliony, które oferowali rzymianie, nie wystarczyło, by zapewnić
sobie usługi 24-latka. Dopiero 3,6 miliona funtów, które wyłożył klub z
Manchesteru, zdecydowało o tym, że Poborský opuścił ojczystą ligę i przeniósł
się na Old Trafford. Wydawało się, że Czech idealnie pasuje do młodej drużyny
„Czerwonych Diabłów”, która właśnie odzyskała tytuł mistrza Anglii, po tym, jak
rok wcześniej niespodziewanie dała się wyprzedzić Blackburn Rovers. Pewnie tak
by się stało, gdyby na pozycji Poborskýego nie grał ktoś jeszcze młodszy i
jeszcze zdolniejszy. Tym kimś był David Beckham. Sezon 1996/1997 to prawdziwa
eksplozja formy Anglika. Poborský musiał zadowolić się rolą gracza drugiego
wyboru. 22 ligowe mecze i 4 trafienia – nie był to wynik fatalny, ale z
pewnością zarówno sam Poborský, jak i kibice United oczekiwali, że będzie
lepszy. Następny sezon (1997/1998) okazał się dla Poborskýego ostatnim
spędzonym na angielskich boiskach. Nie była to nawet pełna kampania, bo już na
początku 1998 roku Poborský zamienił deszczowy Manchester na słoneczną Lizbonę
i dołączył do słynnej Benfiki. Najwyraźniej w ojczyźnie Magellana dobrze
pamiętano bramkę, którą Poborský zdobył na EURO ’96. Na Estadio da Luz czeski
pomocnik spędził trzy lata, jedne z najlepszych w jego klubowej karierze.
Szybko stał się ulubieńcem kibiców. Jego bramkę zdobytą po rajdzie przez całe
boisko w meczu ze Sportingiem Braga z sezonu 1998/1999 porównywano ze słynnym
golem Maradony. Poborský stworzył znakomity duet z João Pinto, wielokrotnie
asystując przy bramkach Portugalczyka. Ich współpraca zakończyła się latem 2000
roku, gdy Pinto przeszedł do lokalnego rywala – Sportingu. Pół roku później
Poborský także opuścił Benfikę, by zasilić rzymskie Lazio, które już kiedyś
starało się go pozyskać. W „Wiecznym Mieście” spędził dwa sezony. Pewnie nie
zapisałby się szczególnie w pamięci kibiców ze stolicy Włoch, gdyby nie ostatni
mecz sezonu 2001/2002. Na Stadio Olimpico przyjechał niemal pewny tytułu
mistrzowskiego Inter Mediolan. Niemal, bo ewentualna porażka z Lazio przy
jednoczesnym zwycięstwie Juventusu sprawiłaby, że mistrzostwo powędrowałoby do
Turynu. Czarny (dla kibiców Interu) scenariusz wydawał się mało prawdopodobny,
a jednak się ziścił. Juventus oczywiście wygrał swój mecz, a Lazio pokonało
Inter 4:2. Walnie do tego przyczynił się strzelec dwóch bramek dla rzymian –
Karel Poborský. Latem 2002 roku Poborský wrócił do Czech i zasilił Spartę
Praga. Zdążył zdobyć z tym klubem dwa tytuły mistrza Czech i zagrać w Lidze
Mistrzów, zanim pod koniec 2005 roku wrócił do Dynama Czeskie Budziejowice –
klubu, w którym zaczęła się jego seniorska kariera. 28 maja 2007 roku
oficjalnie ją zakończył. Angielskim kibicom przypomniał się w 2015 roku, gdy
zagrał w charytatywnym meczu legend Manchesteru United z legendami Liverpoolu.
Dziennikarze zwrócili uwagę nie tyle na jego grę, ile na zupełnie inny, niż w latach aktywności
piłkarskiej, wygląd. Modnie podgolone i ułożone włosy, gęsta broda – hipster w
pełni – ogłosiły niemal zgodnie brytyjskie gazety. W niektórych z nich
zastanawiano się jeszcze, czy była gwiazda reprezentacji Czech, nie gustuje
czasem w kraftowych piwach. W ostatnich kilku latach o Poborským słychać było w
kontekście historii tyleż kuriozalnej, co niebezpiecznej. W 2016 roku były
czeski piłkarz trafił do szpitala z powodu zakażenia boreliozą. Jak się okazało
kleszcz, który przenosił tę groźną, chorobę mieszkał… w brodzie Czecha. Podczas
usuwania insekta z zarostu, Poborský został ukąszony w szyję. Po kilku
miesiącach leczenia, przyjmowania antybiotyków i czasowym paraliżu lewego policzka,
bohater Euro ’96 powoli wraca do pełnej sprawności.
Pomijając
jednak historie pozasportowe, warto zastanowić się, czy Poborský mógł zrobić
większą karierę. Z pewnością tak, bo talentu mu nie brakowało. Być może w
Manchesterze United odegrałby znacznie istotniejszą rolę, gdyby nie ogromna
konkurencja, która panowała wówczas w tej drużynie. Z drugiej strony, gra dla
„Czerwonych Diabłow”, Benfiki i Lazio, czy trzykrotny udział w Mistrzostwach
Europy (grał też w Mistrzostwach Świata w 2006 roku) to osiągnięcia, których
wielu piłkarzy może mu pozazdrościć. Niezależnie od tego, czy Karel Poborský w
pełni wykorzystał swój talent i potencjał czy nie, to dzięki bramce strzelonej
Portugalii na EURO ’96 czeski pomocnik stał się nieśmiertelny. Jeśli nie dosłownie,
to przynajmniej w pamięci piłkarskich kibiców.
Statystyki i
osiągnięcia:
Osiągnięcia
zespołowe:
Slavia Praga
1x
mistrzostwo Czech (1996)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (1997)
2x
Superpuchar Anglii (1996, 1997)
Sparta Praga
2x
mistrzostwo Czech (2003, 2005)
1x Puchar
Czech (2004)
Reprezentacja:
Brązowy
medal Pucharu Konfederacji (1997)
Osiągnięcia
indywidualne:
Piłkarz Roku
w Czechach (1996)
6
Żywe legendy czeskiego futbolu:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Fantastyczna legenda futbolu:
30 marca 1915 r. urodził się paragwajski napastnik Arsenio Erico. Karierę rozpoczął w miejscowym Nacionalu Asunción a w pierwszym składzie klubu zadebiutował mając zaledwie 15 lat. Na początku lat 30-tych Erico wchodził w skład drużyny piłkarskiej paragwajskiego Czerwonego Krzyża, która rozgrywała mecze na terenie Argentyny by zebrać fundusze na wojnę o Chaco. Z powodu świetnej gry podczas meczów towarzyskich w wymienionym tournée, podpisał z nim zawodowy kontrakt Club Atlético Independiente. Erico zadebiutował w lidze argentyńskiej 6 maja 1934 roku w wyjazdowym meczu Independiente przeciwko Boca Juniors (remis 2:2) i swoją grą a szczególnie świetnymi główkami szybko dorobił się przydomku "skaczący diabeł". Tak wspaniały napastnik jak Arsenio Erico nigdy nie zagrał w reprezentacji swojego kraju chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju zaś zdaniem takiego autorytetu jak Di Stefano, w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 325 ligowych spotkaniach zdobył dla Independiente 293 gole, liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! W 1947 roku na krótko zasilił jeszcze szeregi Huracanu. Był z całą pewnością graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby co najwyżej iść Węgier Kocsis i Argentyńczyk Passarella. Przy wzroście 175 cm fruwał w powietrzu na wysokości poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłkę, którą zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością ,,nożycami’’(chilena, bicileta), z woleja, z powietrza czy z ziemi. Jego ,,palomity”(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek a przy tym wszystkim uroczy kompan, skromny i koleżeński, powszechnie lubiany.
W 1939 roku do Buenos Aires zawitał znakomity pisarz francuski Paul Morand, autor głośnego bestselleru ,,Palę Moskwę’’. Wybrał się na mecz Independiente i ujrzawszy w akcji powietrzne ewolucje Erico, zerwał się z miejsca i zakrzyknął w ekstazie: ,,Toż to Niżyński!’’ A Niżyński, gwiazdor słynnych baletów Diagilewa, do dziś uchodzi za największego tancerza wszechczasów. I pomyśleć tylko że taki fenomen nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani’’! A to był za młody a to wynarodowił się tak długo mieszkając w Argentynie a to trener powątpiewał w jego ambicję… Kompletny absurd! W latach 1947-49 Arsenio występował w rodzimym Club Nacional Asunción i tam też zakończył swoją wspaniałą karierę. Arsenio Erico pod względem jakości napastnika można śmiało stawiać na równi z samym Pele a znajdą się i tacy fachowcy(jak choćby wsponiany Di Stefano), jak i kibice, dla których Erico będzie najlepszym w historii futbolu…
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
Niezwykły przypadek Julio Cezara Romero:
30 marca 1989 r. FC Barcelona zakontraktowała Julio Cesara Romero. Paragwajczyk popularnie zwany Romerito, był najbardziej nieudanym zakupem w erze Cruijffa i jednym z najgorszych w historii Dumy Katalonii. Johan postawił na niego dzięki świetnym występom we Fluminense, gdzie Romerito został wybrany najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej. Brazylijski klub miał ogromne długi wobec piłkarza, więc Blaugrana spłaciła te zobowiązania i pozyskała w ten sposób nowego napastnika. Dwa lata po przylocie do stolicy Katalonii Cruijff wystawił Paragwajczyka w miejsce Linekera w El Clasico. Pojedynek odbył się w dniu reelekcji Nuñeza na prezydenta i zakończył się bezbramkowym remisem a najlepszych okazji nie wykorzystał właśnie Romerito. Z każdym tygodniem Paragwajczyk grał mniej kończąc występy w Barcelonie po 7 meczach i jednym golu w meczu o pietruszkę z Malagą. W 2011 r. został wraz z reprezentacją Paragwaju pierwszym mistrzem Świata w ,,footvalley”-jednej z odmian siatko-nogi. Jak widać nikt nie jest nieomylny a Romerito bardziej sprzyjała inna dyscyplina sportu.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
8
,,Oczko” Blaugrany:
30 marca 1988 r. FC Barcelona po raz 21-szy w historii zdobyła Copa del Rey. Na Estadio Santiago Bernabeu pokonała w finałowym starciu Real Sociedad San Sebastian 1:0. Zwycięskiego gola zdobył kapitan Blaugrany Jose Ramon Alexanco w 61 minucie. Dume Katalonii prowadził wówczas legendarny Luis Aragoñes.
Wspomnijmy:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
6
@FCBparasiempre
Minimalizm
Leo fascynował od zawsze. Zdolny do aktów niezwykłej wirtuozerii, Lider Argentyńczyków
miał również rzadką umiejętność wybierania w każdej sytuacji najprostszych
rozwiązań, nigdy nie starał się być szczególnie brawurowy czy przesadnie ekstrawagancki.
W spotkaniu ze Szwajcarią dostrzegało się jednak również że odstaje kondycyjnie
i było to coś nowego. Przez 120 minut przebiegu jedynie 10 km i 700 m a więc
najmniej ze wszystkich piłkarzy z pola. Zaprezentował też najmniejszą ze
wszystkich graczy z pola aktywność o średniej i wysokiej intensywności (Jak
nazwała Ten parametr w FIFĘ). Miał tylko 31 sprintów, spośród graczy z pola
rzadziej robili to jedynie środkowi obrońcy Federico Fernandez i Fabian Schar.
Kiedy w tej samej rundzie Brazylia pokonywała Chile po serii rzutów karnych
okazało się że Neymar przebiegł o 3 km więcej od Messiego i wykazywał się
aktywnością o średniej i wysokiej intensywności przez 21 minut (przy dziewięciu
minutach Messiego), Brazylijczyk zaliczył też 57 sprintów. To raczej statystyki
Neymara wydają się typowe dla zawodnika występującego na tej pozycji; w innym
meczu tej fazy Thomas Muller biegał ze średnią i wysoką intensywnością przez 20
minut i zanotował 56 sprintów. Mimo to Leo kolejny raz wygrał mecz dla swojej
ojczyzny. Szwajcarzy stracili koncentrację na 3 minuty przed końcem dogrywki.
Kapitan Argentyńczyków przyspieszył, osiągając prędkość 27,58 km na godzinę.
Wedle FIFA był to jego najszybszy bieg w trakcie całego meczu obrońcy rzucili
się w jego stronę, on zaś faktycznie w sposób, który przypominał nieco zagranie
Maradony do Caniggii w meczu z Brazylią sprzed 24 lat, o którym śpiewali teraz
argentyńscy fani posłał piłkę w kierunku di Marii. Strzał tego ostatniego nie
był może tak piękny jak tamten gol ale miał równie wielkie znaczenie. Po
objęciu prowadzenia Argentyńczycy zaczęli Zresztą grać fatalnie a Dżemaili
niemal doprowadził do wyrównania, główkując W najbliższej odległości w słupek a
potem próbując jeszcze bez powodzenia do bitki kolanem. Suma summarum mecz
skończył się wynikiem 1:0 i Argentyna awansowała do ćwierćfinału. Kibice
czekali jednak na powtórkę z historii, na to że Messi błyśnie tak, jak zrobił
to Maradona w 1986 roku. Wówczas stało się to przecież właśnie w ćwierćfinale.
Błysku jednak nie było, Argentyńczycy ograli Belgów ale ich kapitan grał słabo
a co gorsze Di Maria złapał kontuzję uda. Pod nieobecność tego ostatniego akcje
ofensywne Albicelestes w półfinale z Holandią nie było już takie groźne. Mecz ten
rozgrywano zresztą w wielkim smutku. Argentyńczycy wyszli na boisko z żałobnymi
opaskami aby uczcić pamięć zmarłego dwa dni wcześniej Alfredo di Stefano. Symbol
ten nabrał dodatkowego znaczenia rankiem w dniu meczu, ponieważ dziennikarz
Jorge Lopez zginął w wypadku samochodowym, po tym jak jego taksówka została
potrącona przez pojazd, którym złodzieje uciekali przed policyjnym pościgiem. Żona
zmarłego również pracująca przy obsłudze mistrzostw dowiedziała się o wszystkim
z tweetu Diego Simeone który wyrażał smutek i przerażenie w związku z tą
tragedią. Messi będący skądinąd dobrym znajomym Lopeza i tym razem błyszczał
tylko sporadycznie, choć jego rajd i dośrodkowanie w ostatnich sekundach omal
nie przyniosły Argentynie zwycięstwa. Ostatecznie wygrała po rzutach karnych
ale najlepszym piłkarzem meczu był niewątpliwie Mascherano, opanowany i
waleczny defensywny pomocnik, który w samej końcówce spotkania zdołał dogonić
szarżującego Robbena i zablokować jego strzał. Przy tym zagraniu, jak później
wyznał ,, rozerwał sobie odbyt". Przecież to wciąż jeszcze mógł być
turniej Messiego, musiał jedynie zagrać wielki mecz o złoto z Niemcami, które w
półfinale rozgromiły gospodarza … 7:1! Gdyby tylko zdobył gola na wage zwycięstwa,
to w połączeniu z czterema golami w fazie grupowej i podaniem do Di Marii w
meczu ze Szwajcarią dałoby się pewnie zbudować wokół jego mundialowego występu
stosowną narrację. Nie brakowało zresztą wiele, gdyż tuż przed przerwą uderzył
minimalnie niecelnie. Nie brakowało wiele całej Argentynie, Higuain zmarnował
sytuację sam na sam, sędziowie(słusznie) nie uznali mu gola ze spalonego a
bramkarz Niemców Manuel Neuer mógł obejrzeć czerwoną kartkę za brutalne wejście
w argentyńskiego napastnika.
Sabella być
może z wieczną swoją szansę i w przerwie finału wprowadził Aguero w miejsce
Lavezziego, tyle że napastnik Manchesteru City wciąż nie był w pełni sił i nie
zdołał odmienić losów meczu. O tym że to Niemcy zdobędą złoty medal przesądził
wolej Mario Götzego 113 minucie. Jeśli brać pod uwagę przebieg całego turnieju,
było to zapewne zwycięstwo zasłużone, choć trzeba przyznać że Argentyńczycy
znaleźli się bardzo blisko sukcesu. Ostatni akt z udziałem Messiego nastąpił w
ostatniej minucie, kiedy Argentyna miała rzut wolny tuż zza linii pola karnego.
Najlepszym rozwiązaniem wydawała się wrzutka w pole karne, gdzie na taką okazję
czekał Ezequiel Garay; doświadczenie meczu ze Szwajcarią uczyło jak obrońców rywala
może rozproszyć perspektywa rychłej nagrody, więc postawienie Niemców przed
koniecznością wybicia piłki stanowiłoby przynajmniej test ich charakterów.
Messi jednak podjął inną decyzję a piłka po jego strzale poszybowała w
powietrze. Oczywiście z perspektywy czasu łatwo go za to krytykować ale gdyby
strzelił mielibyśmy kolejny dowód ile potrafi, kiedy ,, się wkurzy", i
bierze odpowiedzialność i rozwiązuje problem. Wówczas jednak wydawało się że
sam uległ narracji o człowieku, który wygrywa mundial w pojedynkę. Przepadła
najlepsza okazja aby zawodnicy, którzy w 2005 roku sięgnęli po mistrzostwo
świata do lat 20-tu, pokonali Niemców, z których pięciu wygrało z kolei
Mistrzostwa Europy do lat 21 w 2009 roku. Po ostatnim gwizdku, kiedy Niemcy
czekali na wręczenie pucharu ogłoszono że Lionel Messi został uznany za najlepszego
zawodnika turnieju. Trudno sobie wyobrazić aby wciśniętą mu w ręce nagrodą mógł
wyglądać bardziej ponuro. Nikt go wprawdzie nie obwiniał o niepowodzenie Argentyńczyków,
nikt nie miał poczucia że zawiódł, pojawiły się jednak wątpliwości. Czy biegał
tak mało ze względu na wspomniany już minimalizm, czy były ku temu jakieś
poważniejsze przyczyny? W tygodniu poprzedzającym finał jego ojcu przypisywano
(szybko zresztą zdementowane) słowa że nogi Messiego ,, ważą po 100 kg".
Czy miało to coś wspólnego ze zjawiskiem, które dawało się zauważyć w ciągu
ostatnich kilku lat a mianowicie obrazem zawodnika, który wymiotuje na boisku?
Kiedy potem w FC Barcelonie znów zaliczył znakomity sezon, trudno było nie
myśleć że podczas mundialu w Brazylii wydarzyło się coś niedobrego, choć nigdy
nie zdołano przekonująco ustalić co mianowicie, a sam Argentyńczyk mówił że
przez cały rok 2014 nie mógł złapać formy. Mówienie o klęsce drużyny, która
właśnie wystąpiła w finale Mistrzostw Świata a co więcej, miała w nim więcej
szans na wygraną, byłoby skrajną niesprawiedliwością. Większość Argentyńczyków
żywiła wdzięczność dla Sabelli i jego piłkarzy, także za to że dzięki nim
dobiegła końca niepokojąca tendencja: do mundialu w Brazylii jedyną drużyną,
którą ich rodacy pokonali w fazie pucharowej wszystkich Mistrzostw Świata od
1990 roku bez serii rzutów karnych był Meksyk. W następnych tygodniach Messi
musiał więc jeszcze wiele razy prezentować żałobne oblicze podczas różnych
publicznych ceremonii, snując się osowiały gdzieś w tle choćby podczas
przywitania reprezentacji przez panią prezydent Cristinę Kirchner. Nie ulegało
wątpliwości: to, że Argentyna nie wygrała mundialu, który miał być mu
przeznaczony, że tamta młodzieżówka z 2005 roku wówczas nie spełniła
pokładanych w niej nadziei i że jeszcze jedno argentyńskie marzenie rozwiązało
się bezpowrotnie, było dla Leo źródłem wielkiego bólu.
No cóż, dla
zagorzałych sympatyków Albicelestes, takich jak ja, ten ból był okropny, zwłaszcza
że te znienawidzone przezemnie ,,Niemiaszki” miały więcej szczęścia niż
rozumu. No ale taki bywa futbol, nie raz okrutny i ciężki do przeżycia. Bogu
dzięki że po latach Messi i spółka zdobyli w końcu to, co okrutny los odebrał
im niemal dekade wcześniej…
8
@FCBparasiempre
Zwykłe
samochody, minibusy, kampery, vany. Pojazdy zaparkowane ciasno jeden przy
drugim na poboczu drogi wiodącej wzdłuż plaży. Cała ,,Copacabana” pełna biało-niebieskich
flag i szalików. Rankami, gdy słońce wschodziło nad Atlantykiem, następowało to
wielkie, zbiorowe przebudzenie, setki argentyńskich kibiców zaczynały kręcić
się przy maleńkich turystycznych kuchenkach i podgrzewać wodę na matę. Niektórzy
spali na plaży, inni na ulicznych ławkach pozbawiając miejsca bezdomnych. ,,Fun
Fest” to straszliwe centrum korpoświata FIFA, gdzie za pomalowanie twarzy
trzeba zapłacić równowartość 40 zł a za butelkę ,, oficjalnego" wina ponad
600, leżało na drugim końcu plaży ale prawdziwe serce turnieju było tutaj, w
tym anarchicznym skupisku, gdzie kibice z całego świata (choć głównie jednak z
Argentyny) spotykali się i pili, flirtowali i się kłócili a nade wszystko
oglądali mecze na wielkich telebimach. Wraz z nimi pojawiła się rzecz jasna
pieśń - śpiewany na melodię ,,Bed Moon Rising” nieoficjalny hymn turnieju,
opisujący brazylijski horror, czyli zwycięstwo najgorszego rywala na Maracanie.
,,Brasil, decime que se siente tener en casa a tu Papa? Seguro
que aunque pasen los anos, nunca lo vamos a olvidar que el Diego te gambeto, El
Cani te vacuno: Estas llorando desde Italia hasta hoy a Messi lo vas a ver La
Copa nos va a traer. Maradona
es mas grande que Pele"(Brazylio powiedz jak to jest gościć swojego Papę,
lata miną a ty nigdy nie zapomnisz jak kiwał cię Diego, jak El Cani(Claudio
Caniggia strzelający gola z podania Maradony przeciwko Brazylii na mundialu w
1990 r.) cię kłuł. Włochy widzą wciąż twoje łzy a Messi, ech zobaczysz zawiezie
puchar do domu, Maradona jest lepszy niż Pele). Podczas Mistrzostw Świata w
Brazylii tę piosenkę słyszało się wszędzie. To nie wszechobecność tych słów
robiła jednak największe wrażenie ale fakt że stanowiły podsumowanie wszystkich
argentyńskich fascynacji. Być może przywołanie turnieju we Włoszech wiązało się
po prostu z faktem że w drugiej rundzie ,,Albicelestes” wygrali tam z Brazylią
ale wydawało się też odzwierciedlać fakt że zainteresowanie grą Argentyńczyków
było o wiele większe w kraju niż za granicą a jeszcze bardziej znaczące było
zestawienie Maradony z Messim. Ich rodacy wierzyli że mundial w Brazylii będzie
turniejem Messiego, tak jak mistrzostwa w Meksyku należały do Maradony. Tyle że
jak się wkrótce okazało, to co przeżył Leo w 2014 roku przypominało raczej
doświadczenia Maradony z roku 1990. O tym że będą to mistrzostwa Messiego
mówiono niemal od dekady A to kolejna rzecz łącząca go z maratonu. Jesienią
2005 roku Leo negocjował swój pierwszy dorosły kontrakt z FC Barceloną. Miał 18
lat i od roku grał już w hiszpańskiej Ekstraklasie. Obie strony pragnęły
podpisać wieloletnią umowę ale różnił je pewien szczegół: klub chciał by
upływała w 2014 roku (i w końcu postawił na swoim), jednak ojciec piłkarza
upierał się natomiast przy rok krótszym kontrakcie. Chodziło mu o to że gdyby w
Barcelonie coś poszło nie tak, Leo mógłby odejść na rok przed turniejem i
miałby czas na odbudowę formy. Po latach okazało się że w kadrze Argentyny na
Mistrzostwa Świata w Brazylii znalazło się sześciu zawodników, którzy w 2005
roku wystąpili w finale Mistrzostw Świata do lat 20. Messi nie odegrał na
turnieju tak dużej roli jak jego wielki poprzednik w 1986 roku, a zresztą nawet
fizycznie nie byłby w stanie tego zrobić. Owszem przeprowadził wiele kluczowych
akcji ale zarazem przekonał się po raz kolejny że w dorosłej piłce nie da się
wygrać meczu w pojedynkę, ,, wkurzając się", aby przywołać raz jeszcze
fraze Grighiniego, tak jak to robił wiele lat wcześniej w spotkaniach
juniorskich Newell’s Old Boys. Argentyńczycy rozpoczęli eliminacje do mundialu
w Brazylii w ustawieniu 4-4-1-1 z Messim za plecami Higuaina, później jednak
przeszli na 4-3-3 z Leo po prawej stronie napastnika ale schodzącym do środka i
wymieniającym się z nim pozycję, oraz Aguero po lewej. Mówiło się wtedy że sam
Messi naciskał na tę zmianę, chcąc załatwić miejsce w wyjściowej 11-tce dawnemu
koledze z pokoju. Jakiekolwiek były powody drużyna została świetnie
zbalansowana. Di Maria biegał między polami karnymi po lewej stronie pomocy
asekurowany przez defensywnie usposobionego obrońcę Marcosa Rojo, przed parą
stoperów operował Javier Mascherano a ustawiony po jego prawej stronie Fernando
Gago również często trzymał się własnej połowy ułatwiając rajdy po skrzydle
Pablo Zabalecie, drugiemu bocznemu obrońcy. Strategię Argentyńczyków skomplikowały
kontuzję. Gago miał problem z kolanem i choć zdołał wyleczyć się na mundial był
daleki od szczytu formy. Aguero narzekał na łydki i ścięgna a Higuain zmagał
się z kontuzją kostki, wszystko to tuż przed pierwszym meczem ,,Albicelestes”
na turnieju przeciwko Bośni i Hercegowinie na stadionie Maracana. Zważywszy
jednak nawet na te wszystkie utrudnienia, decyzje personalne Sabelli
zaskakiwały tak bardzo że wśród argentyńskich kibiców pojawiło się wiele teorii
spiskowych; selekcjoner zrezygnował z ustawienia 4-3-3 i zastąpił je systemem 5-3-2,
które podczas eliminacji testował tylko trzykrotnie w trakcie wyjazdowych
meczów z Wenezuelą, Boliwią i Ekwadorem zakończonych porażką i dwoma remisami.
Jak się w
końcu okazało rzecz nie miała nic wspólnego ani z oczekiwaniami Messiego aby
Argentyna grała dwójką z przodu, ani z żadnymi innymi dziwacznymi koncepcjami.
Po prostu Sabella nie chciał równocześnie ryzykować zdrowia całej trójki
zdolnych do gry zawodników ofensywnych, wśród których był i tak daleki od formy
Aguero. Selekcjoner wystawił Messiego za plecami Aguero, w drugiej linii zaś di
Marię i Maxi Rodrigueza, między którymi operował Mascherano. Z Bośnią i
Hercegowiną Argentyńczycy objęli prowadzenie już w trzeciej minucie, kiedy po
rzucie wolnym Messiego i strzale Rojo piłkę odbiła się od Kolasinača. Po tym
szczęśliwym początku zostali jednak zepchnięci do głębokiej defensywy i w
przerwie(tym razem podobno rzeczywiście za sprawą Messiego, choć przecież nie
on jeden zrozumiał że jest tylko kwestią czasu aż jedno z zabójczych podań
Pjanicia albo Missimovicia trafi do snajperów rywali) zmienili ustawienie na 4-3-3.
Na boisku pojawił się Gago i Higuain a gra Argentyńczyków natychmiast się
uspokoiła. Messi wprawdzie wciąż nie błyszczał ale w 65 minucie wziął udział w
akcji typowej dla tej drużyny z okresu eliminacji. Higuain wszedł na lewą
stronę aby zrobić mu miejsce w środku a piłkarz Barçy minął dwóch obrońców i
strzelił po ziemi tuż przy lewym słupku. W końcówce spotkania Ibiševič zdobył
gola honorowego i mecz zakończył się wygraną 2:1. Kiedy drużyna zostanie przy
ustawieniu 433 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach
będzie dużo łatwiej. Wymęczone zwycięstwo na początek turnieju to scenariusz
dobrze Argentyńczykom znany, wydawało się więc iż kiedy drużyna zostanie przy
ustawienu 4-3-3 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach
będzie dużo łatwiej. Mimo to cały turniej przebiegał dla Albicelestes w podobny
sposób jak mecz z Bośnią. Irańczycy bronili się znakomicie, frustrując Argentyńczyków
i samemu stwarzając dogodne sytuacje, w końcu jednak już w doliczonym czasie
gry Messi dostał piłkę po prawej stronie boiska jakieś 10 m. przed polem karnym
rywala. Między nim a bramką znajdowało się 11 Irańczyków ale Leo się rozejrzał,
przełożył piłkę na lewą nogę a potem uderzył obok Ghuczanneżada, ponad Sadeghim
i pomiędzy próbującym interwencji bramkarzem a słupkiem. W każdych
okolicznościach byłby to fantastyczny gol ale zdobyty w chwili gdy zirytowany
Maradona zdążył już opuścić stadion, wydawał się jeszcze bardziej wyjątkowy.
Oto lider Argentyńczyków wziął odpowiedzialność za losy meczu i pokazał że
skoro nikt inny nie może trafić do siatki, zrobi to on. Zwycięstwo z Iranem
dało piłkarzom Sabelli awans i stawką ostatniego meczu grupowego(z Nigerią)
było wyłącznie to, kto wyjdzie z grupy z pierwszego miejsca. Argentyńczyków
satysfakcjonował remis ale zdołali wygrać 3:2, Messi zaś zdobył dwa gole,
najpierw po kapitalnym uderzeniu z pierwszej piłki, które omal nie rozerwało siatki,
po tym jak wcześniejsze uderzenie Di Marii odbiło się i od słupka i od
próbującego interweniować bramkarza a drugiego po kolejnym świetnym rzucie
wolnym. Po awans do ćwierćfinału trzeba było grać ze Szwajcarami w São Paulo.
Rywale cofnęli się bardzo głęboko a cała ich strategia sprowadzała się do
pozbawiania Messiego przestrzeni na boisku. ,, Może nam się udać tylko wtedy,
jeśli będziemy to robić wszyscy razem. Jeśli zejdzie taka potrzeba pokryjemy go
we trzech albo czterech"- mówił trener Szwajcarów Ottmar Hitzfeld. Tak też
to właśnie wyglądało, przez cały mecz Messi opędzał się od roju czerwonych
koszulek. Argentyna cierpiała. Aguero, któremu odnowiła się kontuzja ścięgna
został zmieniony przez Lavezziego. Messi w zasadzie nie schodził na prawą stronę,
grał za dwójką napastników jak klasyczny ,, enganche", co być może
dodatkowo ułatwiało przeciwnikom krycie. Nagle okazało się że w całym tym
zamieszaniu nie chodzi już o to, czy Argentyna będzie grać dalej ale o to, czy
wypełni się los Lionela Messiego. Z perspektywy współczesnych rozmów o piłce
nożnej wydaje się to zastanawiające. Zamiast dyskusji o znalezieniu równowagi w
drużynie czy integracji poszczególnych jej elementów wróciliśmy do spojrzenia
staroświeckiego. ,, Jest naszym najważniejszym zawodnikiem, naszym kapitanem i
najlepszym piłkarzem świata. My wszyscy gramy dla niego i zdajemy sobie sprawę
ile dla nas znaczy. Mamy wielkie szczęście że jest Argentyńczykiem. Dlatego
zawsze, kiedy udaje nam się odebrać piłkę próbujemy podawać do niego, jako
najlepszego i liczymy na to że strzeli"- mówił później Zabaleta. Jak
zauważył wówczas dziennikarz Ken Early, w FC Barcelonie Messi dostaje piłkę,
potem zagrywa do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie
otrzymać futbolówkę po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje podanie wszyscy
pozostali stają i czekają aż zrobi coś wyjątkowego. W meczu drugiej rundy
mundialu w Brazylii po boisku biegały Szwajcaria po jednej stronie i niezbyt
ścisły sojusz Messiego z Argentyną po drugiej. Do końca regulaminowego czasu
gry pozostawało już zaledwie kilka minut, kiedy Messi dostał piłkę z lewej
strony boiska tuż przy linii bocznej. Widać było jak się rozgląda a potem (to
również dawało się wyczuć) zamyka się w sobie i próbuje rozpocząć kolejną gambetę.
Został powstrzymany ale wrażenie było oczywiste: Po raz kolejny usiłował samemu
znaleźć drogę prowadzącą do wygranej swojej drużyny. Ponieważ do 90 minuty nie
padły gole sędzia zarządził dogrywkę. Oba zespoły skupiły się wokół ławek
rezerwowych. Messi był kapitanem Argentyny (wybór dyktowany po trosze względami
sentymentalnymi i potrzebą jak najściślejszego powtórzenia historii Maradony)
ale dołączył do grupy jako ostatni. Stanął z tyłu, sięgnął po butelkę wody i
wylał sobie jej zawartość na głowę. Pierwszy przemówił Sabella, później głos
zabrał Mascherano. Messi nie powiedział ani słowa. Czy był to jeszcze jeden
przykład cichego przywództwa, o którym mówili jego pierwsi nauczyciele i
trenerzy? A może niezależnie od swojego geniuszu był kapitanem tylko z nazwy?
9
Argentyna pogrążona w żałobie(a ja wraz z nią):
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
12
Żywe legendy portugalskiego futbolu:
29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem ,,Rossoneri” łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Dari0G I ma racje! PZPN i reprezentacja pana Probieża to jest obraz nędzy i rozpaczy. Ja osobiście rozgoniłbym to całe towarzystwo na cztery wiatry...
Tego nie da się nawet oglądać po alkoholu...
13
Legendy polskiego futbolu:
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą w Berlinie a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił.
Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
13
Blaugrana triumfuje w ,,krwawych” derbach Barcelony:
29 marca 2014 roku FC Barcelona rozpoczęła 31. kolejkę Ligi BBVA wyjazdowym zwycięstwem 1-0 w derbach przeciwko RCD Espanyol. Dzięki bramce Lionela Messiego, 23. w tym sezonie, Duma Katalonii odniosła cenne zwycięstwo, które dawało jej pierwsze miejsce w tabeli. Pierwsza połowa meczu na ,,Cornellà-El Prat” była zaciętym widowiskiem, obie drużyny grały w bardzo szybkim tempie. To gospodarze mieli pierwsze okazje do zdobycia gola, wyróżniali się Pizzi i Sergio García. Jednak najlepsza okazja przed przerwą przypadła gościom, gdy Dani Alves podał piłkę Neymarowi, ale brazylijski napastnik nie zdołał umieścić piłki w siatce i drużyny zeszły do szatni przy remisie. Druga połowa była równie wyrównana jak pierwsza a obie drużyny zaciekle walczyły o trzy punkty. Po strzale Gerarda Piqué, który odbił się od słupka, Blaugrana została w końcu nagrodzona za wytrwałość w 77. minucie. Messi nie pomylił się przy rzucie karnym a gol Argentyńczyka wystarczył aby zapewnić ekipie Gerardo Martino cenne zwycięstwo, które podtrzymało ich nadzieje na tytuł. Pod koniec meczu Javi López zastąpił Kiko Casillę między słupkami, po tym jak bramkarz otrzymał czerwoną kartkę i zachwycił dwoma świetnymi obronami.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
8
,,Santa Tecla”:
Po trwających niewiele ponad rok pracach w marcu 1966 roku otwarto świątynie mieszczącą się przy alei Madrid w Barcelonie. To dzieło Josepa Soterasa i Mauriego, jednego z architektów biorących udział w przygotowywaniu projektu Camp Nou. Kościół zajmuje powierzchnie 1500 metrów kwadratowych i może pomieścić 800 wiernych. Na ołtarzu znajduje się figurka świętej Tekli wyrzeźbiona w kamieniu przez Ferrana Bernata. W 2002 roku w kościele świętej Tekli odbyła się ceremonia pożegnania jednej z legend barcelonizmu – Ladislao Kubali. Cierpiący na chorobę Alzheimera napastnik zmarł w wieku 74 lat w klinice Pilar. Przed śmiercią wiele razy zapadał w śpiączke. Zgon nastąpił o pierwszej po południu i co ciekawe, w tym samym czasie ówczesny prezydent Barçy Gaspart dokonywał prezentacji Luisa van Gaala jako nowego trenera klubu… Setki kibiców zebranych u wrót kościoła gromkimi oklaskami i okrzykami ,,Kubala! Kubala!” powitało owiniętą flagą ,,blaugrana” trumne, niesioną przez jego byłych kolegów z drużyny. Ciało idola barcelonizmu przyniesiono do kościoła Santa Tecla po tym, jak ponad 15 tysięcy osób pożegnało je w udostępnionym przez klub miejscu na Camp Nou. Później trumna została przewieziona na cmentarz ,,Les Corts”, gdzie spoczęła w niszy 625 w Szóstym Departamencie.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@LeoMessiiBarcaPepa To prawda, no ale niestety tak to w sporcie bywa...
15
Feliz cumpleaños panie Marc!
Dzisiaj swoje 52 urodziny obchodzi Marc Overmars, jeden z najlepszych prawonożnych lewoskrzydłowych w historii piłki nożnej. Podczas swojej bogatej kariery, Overmars błyszczał na boisku, jak nikt inny. Nieważne czy było to Go Ahead Eagles, Willem II, Ajax, Arsenal czy wielka FC Barcelona. Właśnie w tych klubach cieszył świat swoimi dryblingami. Dobry technicznie, szybki, wydawałoby się, że płuca miał ze stali. Jako prawonożny zawodnik, wystawiany był najczęściej na lewym skrzydle, co przynosiło spory efekt. Łamanie akcji do środka i oddawanie strzałów ze swojej teoretycznie lepszej nogi sprawiło, że Overmars strzelił w swojej karierze kilka ważnych bramek w ten oto sposób. W drużynie Dumy Katalonii Overmars grał przez cztery sezony. W sezonie 2001/02 był podstawowym zawodnikiem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tej historii są również polskie akcenty. W jednym z meczów Champions League, pokonał Jerzego Dudka na ,,Anfield Road”, a w ćwierćfinale rozgrywek odprawił Panathinaikos Ateny. W drużynie ,,Koniczynek” występowali wówczas: Krzysztof Warzycha oraz Emmanuel Olisadebe. Podczas pobytu w Hiszpanii, nie zdobył żadnego trofeum. Na domiar złego, przez liczne urazy kolan i kostek, został zmuszony do zakończenia swojej przygody z profesjonalnym futbolem w wieku 31 lat.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu(zwłaszcza Widzewa):
28 marca 1955 r. w Gdyni urodził się Zdzisław Rozborski, pomocnik, 2-krotny mistrz Polski z Widzewem Łódź. ,,Znacie Brazylijczyka Zito? W moim dzieciństwie był legendą. Tak na mnie zaczęli wołać na podwórku i byłem zaszczycony. Do dzisiaj nic się nie zmieniło”- informuje Zdzisław ,,Zito” Rozborski. Zito to słynny pomocnik Canarinhos, 2-krotny mistrz Świata. Grał w jednej drużynie z takimi geniuszami jak Garrincha, Pele czy Zagalo. ,,Od bardzo dawna mieszkam we Francji, teraz jestem trenerem amatorskiej drużyny i wszyscy w klubie mówią do mnie ,,coach Zito”. Inna sprawa że w tym kraju zawsze trudno było liczyć na poprawną wymowę mojego prawdziwego imienia”- śmieje się pan Zdzisław. Był filarem Wielkiego Widzewa, który eliminował z pucharów Juventus, Liverpool i inne zacne piłkarskie firmy. Od 1977 do 1983 wystąpił we wszystkich rozgrywanych w tamtym okresie 22 meczach widzewiaków w europejskich pucharach! To również czyni go wyjątkowym zawodnikiem w historii klubu. ,,Za to nigdy nie zagrałem w reprezentacji Polski. I wiecie co? Gdyby ktoś mi proponował pół meczu czy cały mecz w kadrze narodowej za te wszystkie niezapomniane przeżycia w europejskich pucharach, nie poszedłbym na taką wymiane. W Widzewie piłkarsko się spełniłem. Ja filarem Widzewa? Mogę potwierdzić pod warunkiem że tych filarów było znacznie więcej. Nawet po latach to odkrywam . Kiedyś obejrzałem rewanżowy mecz Widzewa z Liverpoolem(2:3) w Pucharze Mistrzów, który dał nam awans do półfinału. I dopiero zauważyłem jak kapitalnie na środku obrony grał Roman Wójcicki. Klasa światowa! Oczywiście ceniliśmy go zawsze ale powinniśmy chyba jeszcze bardziej! Takich właśnie chłopaków mieliśmy w Widzewie, dlatego czuję się zakłopotany, gdy ktoś mi przypisuje szczególną role”- podkreśla Rozborski. Po głośnej aferze na Okęciu w listopadzie 1980 r. sankcje dosięgły Józefa Młynarczyka i Zbigniewa Bońka. W rundzie wiosennej nie mogli grać a Widzew bił się o mistrzostwo Polski. W środku pola potrzebował liderów. Sporo więcej na swoje barki musiał wziąć ,,Zito” Rozborski. Harował w drugiej linii ale bywało że strzelał ważne , decydujące o zwycięstwach gole. Po bezbramkowym remisie z Zagłębiem Sosnowiec widzewiacy zdobyli pierwszy w dziejach tytuł. To był spory wyczyn bo przecież wiosną brakowało w składzie dwóch legend klubu. ,,No i właśnie tu musiałaby się zacząć opowieść o słynnym widzewskim charakterze. Nikogo nie musze chyba przekonywać że piłkarsko najlepszy był Boniek. Należało pilnie znaleźć zastępstwo, więc rozłożyliśmy jego obowiązki na kilka osób i daliśmy rade”- opowiada pan Zdzisław.
Rozborskiego i Bońka los chętnie skazywał na siebie. Jesienią 1973 r., niecały miesiąc po słynnym remisie Polaków na Wembley, taki sam wynik(1:1) padł w drugoligowym meczu Bałtyku Gdynia z Zawiszą Bydgoszcz. Dla gospodarzy gola zdobył 18-letni Rozborski, dla Zawiszy 17-letni Boniek. Do Łodzi przyszli praktycznie w tym samym czasie. Przy czym Boniek prosto z Zawiszy a ,,Zito” z Górnika Zabrze. Z każdym wielkim meczem Widzewa upewniał się że trafił w odpowiednie miejsce, ponieważ wcześniej wybrał jednak jednak znacznie gorzej, kiedy jako nastolatek wylądował przy Roosvelta. ,,Przyjechałem z Bałtyku Gdynia, miałem tylko drugoligowe doświadczenie. Ależ to był dla mnie skok! W Górniku kończyła się pewna era, którą znałem z telewizora, z legendarnych meczów zabrzan w europejskich pucharach, z hegemonii w polskiej lidze. Tyle że to był naprawdę koniec, wygasało coś wielkiego, czego symbolem był także Lubański, który leczył już ciężką kontuzje. Żółtodziób znad morza tuż po Mundialu w RFN wchodził do drużyny, w której było 4 medalistów mistrzostw Świata: Fisher, Gorgoń, Wieczorek i Szarmach. Poza tym kilku innych twardych śląskich chłopów z Janem Wrażym na czele. Z Górnika przeniósł się do Łodzi bo najwyraźniej spodobał się trenerowi Jezierskiemu, zapewne jeszcze w drugiej lidze, gdzie jego Bałtyk rywalizował z Widzewem. ,,To nie było tak że przyszedłem z wielkiego Górnika do Widzewa i w Łodzi witali mnie z kwiatami. Musiałem ciężko zapieprzać, bardzo ciężko. Widzew potrzebował świeżej krwi bo w przypadku Pyrdoła, Chodakowskiego, Kostrzewińskiego to już się robiła ,,końcóweczka”, panowie mieli powyżej trzydziestki”- tłumaczy Rozborski. On i Boniek mieli pomóc. Młodzi, gniewni, ambitni i dużym talentem. Zwłaszcza Boniek ale przecież Rozborskiego nie na darmo nazwali ,,Zito”, no z czegoś to wynikało. ,,Potem przyszedł też Mirek Tłokiński i każdy chciał się wykazać, nikt nikomu nie odpuszczał. W szatni Widzewa było wielu charakternych chłopaków, to i narodziła się drużyna z charakterem. Moje relacje ze Zbyszkiem? Bardzo dobre i będę to powtarzał do końca życia. Nie zmienia to faktu że w szatni bywało gorąco i to bardzo gorąco, nie dało się wytrzymać! Oczywiście mam na myśli kaloryfery”- żartuje. Za chwile poważnieje. ,,To prawda, w przerwie meczu potrafiliśmy sobie skoczyć do oczu. Kibice oczywiście nie mieli pojęcia że czasem między nami niemal dochodziło do rękoczynów. Oj, niekiedy robiło się ostro. Myśmy nie cierpieli przegrywać w treningowych gierkach a co dopiero w lidze. I stąd wzajemne pretensje że ty zrobiłeś to źle a ty tamto. A najlepsze że potem rachunek płacił przeciwnik. Byliśmy tak nabuzowani po ,,wymianie zdań” w szatni że wychodziliśmy na drugą połowe i w tej złości odwracaliśmy losy meczu”- opowiada nasz bohater. Rósł z Widzewem ale do kadry jakoś nie dorósł. ,,Dopóki w kadrze grali Maszczyk, Kasperczak czy Deyna, nie było o czym mówić bo to wielcy piłkarze i wielka drużyna. Później jednak zaczęło nowe pokolenie: Kupcewicz, Ciołek, Miłoszewicz. Czasem trudno mi było zrozumieć, dlaczego w kadrze jest piłkarz X, Y a ja nie dostaje choć jednej szansy, mimo że tak dobrze radzę sobie w europejskich pucharach”- wspomina po latach Rozborski. Nie udało się w kadrze a i na zagraniczny wyjazd musiał długo czekać. Gdy już wyjechał, to na granie przedemerytalne. ,,Widzewiacy dostawali dobre transferowe propozycje, o których dowiadywali się dopiero po latach. Mnie na przykład chciało Leeds United. Pojawiła się podobno konkretna oferta ale nie było żadnych szans na zgode. Miałem wtedy chyba 26 lat. Oczywiście wiem że limit wieku umożliwiający wyjazd za granice był wyższy, lecz umówmy się: była to tylko kwestia dobrej ceny. Jak wszyscy ważni ludzie dostawali z tego kasę, dawali zielone światło. Boniek miał 26 lat i poszedł do Juventusu”- wspominał Zdzisław Rozborski.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
Postacie polskiego futbolu:
27 marca 1945 r. w Piotrkowicach urodził się Władysław Stachurski. Jako piłkarz przywdziewał barwy stołecznej Skry, SHL-u Kielce, Sarmaty Warszawa i Warszawianki. Stamtąd w 1964 roku trafił do warszawskiej Legii, gdzie grał do 1973 roku. Obdarzony atomowym uderzeniem boczny obrońca rozegrał w barwach „Wojskowych” 115 meczów, strzelając w nich 11 goli. W 1969 i 1970 roku świętował z kolegami z Legii tytuły mistrza Polski, a w latach 1966 i 1973 zdobył Puchar Polski. W europejskich pucharach dotarł z Legią do półfinału Pucharu Europy w sezonie 1969/70. W starciu o finał najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie mistrzowie kraju odpadli z Feyenoordem Rotterdam (0:0, 0:2). Jego futbolową karierę w wieku 28 lat przerwała ciężka kontuzja. W reprezentacji Polski debiutował 12 października 1969 roku w wygranym przez biało-czerwonych 5:1 meczu eliminacji Mistrzostw Świata z Luksemburgiem. Łącznie w reprezentacji rozegrał 8 spotkań, zdobywając jedną bramkę. 23 września 1970 roku pokonał bramkarza Irlandii w towarzyskiej potyczce w Dublinie, wygranej przez Polaków 2:0. Jako trener wprowadził do ekstraklasy bydgoskiego Zawiszę i w sezonie 1989/90 doprowadził beniaminka do 4. pozycji w lidze (najwyższej w historii bydgoskiego klubu). Później objął funkcję szkoleniowca warszawskiej Legii, z którą co prawda nie zdobył tytułu mistrza Polski, ale za to dotarł do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91, eliminując po drodze szkockie Aberdeen, czy włoską Sampdorię Genua. W marszu przez kolejne szczeble pucharu, „Wojskowych” powstrzymał dopiero w półfinale Manchester United. Łącznie poprowadził Legię w 63 spotkaniach.
Jesienią 1993 roku przyszedł do Widzewa. Ówczesny boss czerwono-biało-czerwonych musiał się mocno tłumaczyć kibicom ze swojego wyboru. Człowiek mocno utożsamiany z Legią nie mógł być ulubieńcem widzewskich fanów. Na domiar złego, w debiucie przed łódzką publicznością, Widzew przegrał w derbach z ŁKS 0:1, czego wcześniej robić nie zwykł. Stachurski przebudował łódzki zespół, za jego kadencji na stadion przy ul. Piłsudskiego zawitali m. in. Andrzej Woźniak, Mirosław Szymkowiak czy Grzegorz Mielcarski. Trener ze stolicy zdobył sympatię i szacunek widzewskich kibiców. Stachurskiego zwolniono z Widzewa po 25. kolejce. Sezon dokończył Franciszek Smuda, a Widzew został wtedy wicemistrzem Polski. W listopadzie 1995 roku zastąpił Henryka Apostela na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Debiut przypadł na mecz z Japonią w dalekim Hongkongu (19 lutego 1996). Polacy pozbawieni graczy z lig zagranicznych oraz sposobiących się do gry w ćwierćfinale Ligi Mistrzów piłkarzy Legii, przegrali aż 0:5. Stachurski sięgnął wówczas nawet po zawodników z… drugiej ligi, Dariusza Gęsiora i Mariusza Śrutwę z chorzowskiego Ruchu. Dziewięć dni później do Rijeki dolecieli już gracze z Zachodu – Tomasz Wałdoch, Piotr Nowak i Henryk Bałuszyński, jednak biało-czerwoni przegrali z Chorwatami 1:2. 27 marca 1996 roku, w dzień 49. urodzin selekcjonera Polacy na stadionie Widzewa podejmowali Słoweńców. Tym razem byli już gracze Legii i futboliści z zagranicy (Nowak i Andrzej Juskowiak), lecz biało-czerwonym ani razu nie udało się pokonać Bosko Boskovicia. Ponieważ czyste konto zachował też Andrzej Woźniak, mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W Święto Pracy 1996 roku na stadionie mieleckiej Stali, reprezentacja Polski zagrała ostatni mecz pod wodzą Stachurskiego. Oparta na graczach Legii (na boisku pojawiło się ich aż ośmiu) z dodatkiem zagranicznego zaciągu (Bałuszyński, Juskowiak, Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan) kadra ledwie zremisowała 1:1 z Białorusią. W akcie desperacji selekcjoner sięgnął nawet po 17-letniego wówczas Marka Saganowskiego, ale i on nie pomógł w odniesieniu zwycięstwa. Stachurskiemu podziękowano, a trenerem reprezentacji został Antoni Piechniczek. Były selekcjoner na chwilę znów został trenerem Legii i sięgnął po Puchar Polski w 1997 roku. Później pracował z piłkarzami Okęcia Warszawa i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. W jego trenerskim cv były także epizody z pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Egipcie.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
0
@MagdJanko Gwoli ścisłości to pisze się Segunda Division ale generalnie masz racje!
9
Duma Katalonii pisana historią:
28 marca 1954 r. wmurowano kamień węgielny pod budowę Camp Nou. To był ten sam kamień, którego Joan Gamper użył przed powstaniem legendarnego Camp de Les Corts. Na uroczystość przybyło aż 60 tysięcy ludzi. Stadion został oddany do użytku 3,5 roku później. Podczas rozbudowy Camp Nou, pamiątkowy kamień odkopano i obecnie znajduje się w klubowym muzeum.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Terroriser No to hipotetycznie trzymam cię za słowo, ryzykancie :)
1
Ten mecz z Osasuną może być swego rodzaju pułapką. Nie dość że gramy po meczach reprezentacji, to jeszcze nie zagraja Araujo a zwłaszcza Raphinha. Z drugiej strony szkoda że nie zobaczymy tego Briana Zaragozy, który w pierwszym meczu na ,,El Sadar" tak niemiłosiernie kręcił na prawej obronie bodaj Kounde że nie było co zbierać...
0
@Terroriser Ja też miałem wiare w sezonie 2011/12, kiedy to Guardiola na czele z Puyolem i Messim 11 lutego przegrali na wyjeździe z Osasuna 3:2 i przejebali w efekcie majstra!
7
@FCBparasiempre
27 marca
1921 r. urodził się brazylijski bramkarz Moacir Barbosa. Jest rok 1963, remont
Maracany bierze na celownik między innymi drewniane bramki. Pewien czarnoskóry
mężczyzna zabiera jedną z nich. W domu rąbie je siekierą na kawałki a potem
pali na popiół. Nie, nie potrzebował się ogrzać, nie, nie urządzał osobliwego
grilla – tym mężczyzną był Moacir Barbosa, próbujący dokonać egzorcyzmów. To
gol na porąbaną i spaloną przez niego bramkę zmienił narodowego bohatera w
symbol narodowej hańby. Brazylijski synonim pecha. Nietykalnego. Trędowatego.
Człowieka wytykanego palcami na ulicach. Dla wszystkich poza Barbosą czas
płynął, a on, jak w „Dniu świstaka”, został uwięziony w przegranym finale
mundialu 1950, w zapętlonej przez pięćdziesiąt lat akcji Schiaffino z Ghiggią,
bo rzucała ona cień na każdy dzień reszty jego życia. ,,Maksymalny wyrok w
Brazylii to trzydzieści lat. Ja dostałem pięćdziesiąt lat za coś, czemu nawet
nie jestem winny”- Moacir Barbosa w 2000 roku, kilka tygodni przed swoją
śmiercią. Od 1502 do 1860 Brazylia była największym na świecie importerem
niewolników. To również Brazylia była jednym z ostatnich krajów, które zniosły
niewolnictwo, ten zapis przyszedł w 1888. Moacir Barbosa urodził się trzy
dekady później, ale tylko skrajny naiwniak mógłby sądzić, że skoro niewolnictwa
nie było, to sytuacja czarnoskórych była taka sama jak innych grup etnicznych.
Często – o, jakie proroctwo – byli kozłami ofiarnymi, obwinianymi za różne
problemy społeczeństwa. Ten, kto nazywa futbol tylko grą, głupim kopaniem
kawałka skóry, jest ignorantem. W Brazylii czarnoskórzy zawodnicy piłkarscy
zmieniali wizerunek całej grupy społecznej. Cały kraj kochał Leonidasa. W
niemal każdej brazylijskiej czołowej drużynie pojawiały się czarnoskóre
gwiazdy. To wydatnie przekładało się na los(poprzez odpruwanie łatek) setek
tysięcy. Ktoś kiedyś powiedział, że Robert Lewandowski jednoosobowo wykonał w
Niemczech lepszy PR dla Polski i Polaków, niż lata dyplomacji. Nie wiem czy tak
jest – nie mam danych. Ale kto się z tym zgodzi, zachowując proporcje, zrozumie
i tamten czas w Brazylii. Moacir Barbosa był powojenną gwiazdą bramki Vasco.
Wyróżniał się spokojem w grze, który emanował na całą linię obrony. Stanowił
wzór piłkarza fair play, grał czyściutko, nigdy żaden napastnik nie ucierpiał w
starciu z nim. Słynął też z tego, że grał bez rękawic. To mu zostało, nawet na
poziomie reprezentacyjnym. Twierdził, że w ten sposób lepiej czuje piłkę.
Oswaja ją a ta bardziej się go słucha. Zdarza się, że trzy punkty jakaś potęga
przyznaje sobie przed rozegraniem meczu. Ale nigdy chyba później nie było to
zrobione z taką pompą, jaką w 1950 w Brazylii. W dniu finału Prezydent FIFA,
Jules Rimet, przygotował już przemowę na cześć Brazylii. Dla Urugwaju nie
przewidział żadnej. Piłkarze faworyta byli tego dnia odwiedzani przez szereg
polityków, którzy roztaczali przed nimi wizje tego, co nastąpi po sukcesie.
Pojawił się minister edukacji, pod którą wtedy podpadał sport. Sam prezydent
Brazylii powiedział: „Stoicie tutaj, tylko jeden krok od nieśmiertelnego
trofeum, który wygracie dla całego kraju”. Do tego tabun dziennikarzy i
fotografów. Pod obiektem treningowym czekał szereg cwaniaków z kartami
„MISTRZOWIE ŚWIATA” czekającymi na podpisy, które można by z szalonym zyskiem
sprzedać już wieczorem. ,,Ja dotrzymałem słowa, że powstanie Maracana, wy
dzisiaj dotrzymajcie słowa, że zostaniecie mistrzami”– powiedział tuż przed meczem
burmistrz Rio de Janeiro. Takie podejście zadziałało na Urugwajczyków jak
płachta na byka. Jedna z czołowych brazylijskich gazet koronowała Brazylię
przed meczem. Serio, napisali – oto mistrzowie świata. Kapitan Urugwaju,
Varela, kupił tę gazetę i przyniósł do urugwajskiego obozu. Trener Juan Lopez
Fontana zobaczył w tym potencjał, by obudzić w swoich zawodnikach diabła.
Sprawić, by mecz miał personalną stawkę dla każdego zawodnika.
Według
legendy, gazeta została podarta na poszczególne stronice, każdy gracz dostał po
kilku, a potem Fontana miał powiedzieć: ,,Jak będziecie musieli iść za
potrzebą, weźcie to ze sobą. Wrzućcie do toalety i szczajcie na nie”. Jednak
trzeba przyznać, że rzadko zdarza się na wielkim turnieju taka demolka, jaką
Brazylia sprawiła w Copa America 1949. 9:1 z Ekwadorem. 5:0 z Kolumbią. 10:1 z
Boliwią. 7:1 z Peru. 5:1 z Urugwajem. 7:0 w finale z Paragwajem. Barbosa wraz z
drużyną byli nie do zatrzymania. Golkiper w zgodnej opinii nie miał sobie wtedy
w kraju równych. Nic dziwnego, że rok później, grając u siebie mundial,
Brazylia była murowanym faworytem, szczególnie gdy Anglicy skompromitowali się
z USA. W finałowej grupie Brazylia wygrała 6:1 z Hiszpanią i 7:1 ze Szwecją.
Ale, znowu lub „jak zwykle” nie chodziło tylko o piłkę. Brazylia poszukiwała
swojej tożsamości. Powodu do dumy narodowej, ale i czegoś jednoczącego. W kraju
rozkochanym w piłce nożnej, a do tej pory bez wygranej w nim, mundial nadawał
się do tego celu. To były wręcz pewnego rodzaju kompleksy, widoczne nawet po
budowie Maracany. Powstawała kilka lat. Oddano ją ze dwa tygodnie przed
finałami. Nie miała być w sensie stricte funkcjonalna – miała być wielka,
największa na świecie, podkreślająca sukces Brazylii. Dlatego obiekt powstawał
według projektu na dwieście tysięcy miejsc. Urugwaj w finale stanowił tylko
przystawkę. Szósta drużyna południowoamerykańskiego czempionatu. Drużyna, która
z tymi samymi rywalami, których Brazylijczycy demolowali na mundialu bez
mrugnięcia okiem, toczyła zacięte, pełne zwrotów akcji boje. Nawet to jednak
nie uzasadnia takiego lekceważenia. Wściekły na całe zamieszanie był
szkoleniowiec Flavio Costa, który próbował uspokajać, mówić „poczekajmy na
końcowy gwizdek”, ale nie był w stanie zatrzymać tej fali. ,,Wiem, o co chcecie
zapytać: gdzie jest w tej opowieści Barbosa, posłany od ładnych kilku akapitów
na margines? Otóż właśnie tam, gdzie być powinien – na marginesie.
Nieprzypadkowo. Bo nie bierze jak do tej pory udziału w litanii przewin, całej
serii kardynalnych błędów, podczas gdy finalnie wszystko skupi się tylko na
nim. Tak jakby to on kazał brazylijskiej prasie pompować balonik. Tak jakby to
on zaprosił polityków, przez których – według Henrika Brandao Jonssona, autora
książki „Joga Bonito” – piłkarze Brazylii nawet nie zdążyli spokojnie zjeść
posiłku i już zameldowawszy się na Maracanie, trener Flavio Costa głodnym
piłkarzom kombinował w ostatniej chwili kanapki z serem. Nie kazał Juvenalowi,
pilnującemu lewej strony, po której to stronie padnie feralny gol, pić dzień
przed meczem, przez co Juvenal miał kaca. Nie miał wpływu na to, że jedyny
możliwy zastępca Juvenala był kontuzjowany”. Brazylia przeważała, wyszła na
1:0. Zresztą prawdopodobnie ze spalonego. Angielski arbiter sędziował pod
gospodarzy. Varela, kapitan Urugwaju, kłócił się Georgem Readerem ładnych kilka
minut po bramce. Ta bramka tylko jeszcze bardziej podrażniła Urugwajczyków. Schiaffino
strzelił na 1:1 a w samej końcówce… Bramka do dziś jest analizowana. Nie, nie
pod kątem przepisów, pod kątem tego, co zrobił Barbosa. Cała strona odsłonięta
a w środku Shiaffino, który spodziewał się podania. Tymczasem Ghiggia
„dziubnął” piłkę i ta wpadła do siatki na krótkim słupku. Brazylia przegrała. Według
jednej z legend wokół tego meczu, piłkarze mieli uciekać ze stadionu w
przebraniach zakonnic. Ghiggia powie po latach: ,,Tylko trzech ludzi uciszyło
Maracanę. Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja”. Do dziś krążą pogłoski, że na
stadionie kilku kibiców zmarło wtedy na zawał serca. Ktoś miał popełnić
samobójstwo – nadawał to sam New York Times. Nie chce mi się w to wierzyć.
Nawet słowa dramaturga Nelsona Rodrigueza „Każde miejsce ma katastrofę
narodową, coś w rodzaju Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą była
porażka przeciwko Urugwajowi w 1950” wydają się niesmaczną przesadą. Tam
zagłada setek tysięcy, tu tylko przegrany mundial. Ale to pokazuje, jak bardzo
Brazylia i Brazylijczycy zainwestowali emocjonalnie w zespół, jak bardzo cała
pozasportowa otoczka, tożsamościowa, kulturowa, odgrywała tutaj rolę. Alex
Bellos twierdził, że ten mecz na jakiś czas złamał pewność siebie całego
narodu. Za to wszystko, przez jedną interwencję został obwiniony Barbosa. Cały
kraj rytualnie go grillował. Głuchy na argumenty Flavio Costa, który otwarcie
krytykował Juvenala.
„Barbosa,
który tak wiele razy grał dobrze, tym razem zawalił. Każdy drugorzędny bramkarz
by sobie poradził”– pisało następnego dnia ,,Estado de S. Paulo”, stanowiąc
tylko jeden z głosów w jednolitym chórze. Jego temat wałkowały stacje radiowe.
Moacir krył się w domu razem z żoną, a krążyły niemożliwe pogłoski: nawet taka,
że spalą mu dom. Gdy zaczęła się liga, był nieustannie wyzywany na wszystkich
stadionach. Już wcześniej zdarzały się wobec niego rasistowskie odzywki, teraz
rozgorzały z nową mocą. „Nawet kryminaliście z czasem się wybacza, gdy
odpokutuje swoje grzechy. Mi nigdy nie wybaczono”- mówił Barbosa w 1999 r. Wyobrażacie
sobie jak zły mecz musiałaby rozegrać reprezentacja Polski, żeby aż odcinając
się od tej klęski zmieniono barwy kadry? Ja sobie nie wyobrażam a po ,,Maracanazo”
tak uczyniono. Brazylia przestała grać w bieli, zaczęła w kolorach, które są
ikoniczne do dzisiaj. Brazylijscy czarnoskórzy bramkarze przez jedną sytuację
Moacira mieli pod górkę przez kolejne dekady. Ukuł się mit, żeby takiego na
bramkę po prostu nie dawać a już na pewno nie w kadrze. Barbosa po skończeniu
kariery piłkarskiej nie dał rady zaczepić się w piłce. Fatum dopadło go i tutaj
– jednoznacznie postrzegany przez zawalenie gola wszech czasów, nie mógł
znaleźć zatrudnienia w futbolu. Tylko Vasco pomogło mu ogarnąć pracę, ale
wymowne: pracę ratownika na pływalni mieszczącej się blisko Maracany. Nie wiem
co najbardziej mnie uderza w tym, że jego mecz wciąż się toczył. Czy ten epizod
z porąbaniem i spaleniem bramek. Czy to, że gdy akurat przez pewien czas
komentował mecze, sam prezes brazylijskiej federacji Ricardo Teixeira zabronił
mu pracować przy kluczowym spotkaniu Canarinhos, bo a nuż przyniesie pecha. Z
tej samej przyczyny Mario Zagallo nie wpuścił Barbosy do ośrodka treningowego,
gdzie Moacir chciał życzyć powodzenia Claudio Taffarelowi – Moacir był już
wtedy po siedemdziesiątce, staruszek przegoniony spod bram. Niezwykłe, a
pokazujące jak głęboko kulturowo uwikłana jest tamta jedna interwencja: w 1988
miał premierę film, którego osią jest próba powrotu w czasie i nie dopuszczenia
do bramki Ghiggii. Nominowana do prestiżowej nagrody sci-fi Hugo Award powieść
„Brasyl” także znalazła miejsce dla Barbosy: w jednej z historii, główna
bohaterka chce by Moacir wystąpił w publicznym procesie telewizyjnym, w którym
cały naród stanowiłby oskarżyciela. Biografia „Ostatnia parada Moacira Barbosy”
to jedno, i jakkolwiek mądrze zwraca uwagę w roli mediów przy kreowaniu idoli,
ale też przegranych, tak pozostaje biografią sportowca – aby trafić na karty
sci-fi czy filmów fabularnych trzeba zupełnie innego rozgłosu, innego
znaczenia. Ale chyba jednak najbardziej uderza to, gdy powiedział, że żaden
mecz, nawet tamten finał, nie wprowadził go w taki smutek, jak sytuacja, gdy
pewna matka na ulicy wskazała go palcem i powiedziała swojemu synowi: ,,Zobacz,
to człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. To niewyobrażalne tkwić całe
życie w cieniu takiej winy, tak powszechnie rozpoznawalnej, umieszczonej
głęboko w sercach wszystkich Brazylijczyków, nie tylko tych, którzy widzieli
Maracanazo. W zasadzie pretensje przekazywane z pokolenia na pokolenie. ,,Płakał
mi w rękaw: nie jestem winny! Było nas jedenastu!”- Tereza Borba. Na początku
drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Barbosie zmarła żona. Nowotwór zabrał
osobę, która nie tylko całe życie była dla niego wsparciem, ale też pomagała
nieść brzemię. Był dobrze po siedemdziesiątce, a dostawał tylko emeryturę za
pracę ratownika pływalni. Rzecz w tym, że nawet ta praca była na pół etatu, więc
jakoś wiązali koniec z końcem razem z żoną, ale ostatecznie emerytura była na
tyle mała, że nie wystarczała nawet na opłaty mieszkaniowe. Przez jakiś czas
żył u kogoś w małym pomieszczeniu na podwórzu. Nawet tu doszło do włamania i
okradziono go z koszulki reprezentacji Brazylii. A jednak wtedy, w najgorszym
momencie, zaświeciło słońce.
Tereza Borba
miała wtedy może dwadzieścia lat, prowadziła sklepik na plaży, gdy rozpoznawała
Barbosę jak kręci się po plaży. Wyglądał jak bezdomny, którym w istocie był.
Tereza pomagała mu, a z czasem zaprosiła go do domu, gdzie mieszkała z mężem.
Odstąpili mu cały pokój. Państwo Borbowie pomagali mu, a on przyjmował tę
pomoc, ale czuł się z nią nieswojo – często mówił, że zawadza, że lepiej, aby
sobie poszedł. Ale Borba stała się w istocie jego przybraną córką. Sama
wychowała się bez ojca. W zupełnie obcej osobie Moacir znalazł prawdziwe
rodzinne ciepło i bezinteresowną pomoc. Później Borba zadzwoniła do Euricio
Mirandy, polityka, ale też działacza Vasco. Miranda jaki był, taki był, według
wielu umoczony w korupcję, ale Barbosie pomógł, załatwił mu również skromny
comiesięczny czek z klubu, ale który pozwalał już na samodzielne życie. Miranda
wraz z Teresą zgłosili również pewien projekt burmistrzowi Rio, a on się do
niego zapalił. Znowu Maracana. Znowu tamci piłkarze – przynajmniej wszyscy,
którzy jeszcze żyli w 1999 roku. Z wieloma nie widział się od dekad. I tam, na
tym boisku, w otoczeniu postaci, które pamiętały Maracanazo, burmistrz Rio
przeprosił Moacira za cały brazylijski naród. Impreza z pompą, z honorami –
wszystko na rzecz przeklętego. Atmosfera wokół piłkarza w tej ostatniej
godzinie zaczęła się zmienić. W obronie Moacira stanął Dida. Barbosa udzielił
dużego wywiadu w czołowym brazylijskim talk show. I cały czas miał tamten mecz
żywy, jakby odbył się wczoraj, cały czas o akcji opowiadał z najdrobniejszymi
detalami. Tereza Borba wspominała, że gdy w 2000 roku urządziła Moacirowi
urodziny, ten miał na nich powiedzieć: ,,Jeśli jutro bym umarł, umarłbym jako
szczęśliwy człowiek”. Umarł tydzień później. Na grobie ma wyryte: „Tu spoczywa
godny podziwu, pogodny człowiek. Taki, jakiego pan Bóg mógł stworzyć tylko w
jednym ze swoich najlepszych momentów”. ,,Zrobił tak wiele dla kraju a został
ukrzyżowany po jednym meczu”- Dida. Jeden błąd, kilka sekund, a ciągnęło się za
nim przez całe życie. Nie w sposób anegdotyczny, nie przez docinki kolegów, ale
wydatnie wpływając na jego życie. Na pierwszy rzut oka, niezrozumiałe. Ale na
drugi – Brazylia tak bardzo chciała i potrzebowała wygrać, z tak wielu przyczyn
pozasportowych, że klęska z Urugwajem stała się klęską narodową. Wszyscy
Brazylijczycy, który mieli ogrzać się w blasku chwały, stali się przegrańcami. Sport
potrafi pośredniczyć w emocjach, ktoś strzela gola, bije rekord skoczni, a
cieszysz się tym samym szczęściem, dzielisz tę samą dumę. Tu dzielono gorycz
porażki i chciano tej goryczy się pozbyć. Więc zrzucono cały jej bagaż na
jednego człowieka. „To nie my przegraliśmy. To przegrał Moacir Barbosa”. Nie
było to logiczne, nie było to prawdziwe, ale było widać z jakiejś głębokiej
psychologicznej przyczyny konieczne, choć skazywało jedne plecy na ciężar,
który powinien rozłożyć się na cały naród. W 2014 roku Moacira Barbosy znaleźć
się już nie dało.
8
Brazylijski synonim pecha:
@Adran360
@AssisMoreira
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
27 marca 1974 r. urodził się Marek Citko, pomocnik. Siedmiu mistrzów olimpijskich i dwójka wicemistrzów. Tak wyglądała dziewiątka z TOP-10 najlepszych sportowców polski w roku Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Jedyny wyłom spośród medalistów w gronie laureatów stanowił piłkarz - Marek Citko. Po mistrzostwie Polski, udanych występach z Widzewem w Lidze Mistrzów oraz golu strzelonym Anglikom na Wembley, stał się największa piłkarską gwiazdą Polski i największą nadzieją na sukcesy. Szybki, dobrze wyszkolony technicznie, niekonwencjonalny w swych rozwiązaniach a w decydujących momentach, w starciach o dużą stawke, skuteczny pod bramką przeciwników w okresie największego marazmu polskiego futbolu na międzynarodowym poziomie. Jawił się dzięki temu jako piłkarz światowego formatu. Zaczynał w Jagiellonii Białystok w sezonie 1992/93. Niedawno dziennikarze ,,Przeglądu Sportowego” Piotr Wołosik i Łukasz Olkowicz ochrzcili ten klub mianem ,,najgorszej drużyny w historii Ekstraklasy”. Punktowo rzeczywiście dorobek stawiał ja na szarym końcu w dziejach najwyższego poziomu rozgrywek. Liczba zawodników, którzy wtedy postawili pierwszy krok na drodze do kariery, nie ma chyba jednak sobie równych w całych latach 90-tych. Tomasz Frankowski, Mariusz Piekarski, Jacek Chańko oraz właśnie Citko. We wrześniu 1995 roku, po 2 latach gry w II lidze, Citko przeszedł z Jagielloni do Widzewa. Na tle ściągniętych w przerwie letniej Siadaczki, Miąszkiewicza a zwłaszcza Koniarka, nie on zdawał się głównym wzmocnieniem Widzewa. Tymczasem w krótkim czasie to pomocnik rodem z Białegostoku na amen zawojował łódzką publiczność. Od 8 kolejki nie opuścił już żadnego meczu i na koniec sezonu świętował swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Przyczynił się do niego między innymi 5 golami. Jeszcze lepiej spisał się w kolejnej edycji, gdy pokonał golkiperów 8 razy a Widzew obronił zaś panowanie w Ekstraklasie. Świetnie wyglądał na arenie międzynarodowej. Łódzki klub powtórzył wyczyn Legii i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Citko swym golem w eliminacjach przeciwko Broendby pozwolił odrobić część strat przy prowadzeniu 3:0 dla rywali. Potem zaś Paweł Wojtala zdobył słynnego gola na wage awansu. Pomocnik Widzewa strzelił też gole mistrzowi Niemiec(późniejszemu zdobywcy Ligi Mistrzów)- Borussi Dortmund oraz po fenomenalnym lobie, pokazywanym we wszystkich telewizjach świata- Atletico Madryt. Występy indywidualne dały mu wielką sławe, choć samemu klubowi nie zapewniły awansu do kolejnej fazy. Dopełnieniem świetnego sezonu był gol przeciwko Anglii na Wembley. Citko dostał piłke w okolicy 11 metra, podciągnął ją do ,,piątki” a następnie przerzucił ją nad Seamanem. Ostatecznie biało-czerwoni przegrali to starcie 1:2 ale wrażenie wywołane trafieniem było olbrzymie. Citko trafił do TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W analogicznym zestawieniu Telewizji Polskiej znalazł się na drugim miejscu w 1996 r. a w konkursie programu III Polskiego Radia oraz ,,Super Ekspressu” nawet wygrał! Wtedy też odebrał nagrodę dla Odkrycia Roku według ,,Piłki Nożnej” oraz Piłkarza Roku. Citko był na samym szczycie pod względem popularności. W Polsce wybuchło wtedy zjawisko zwane ,,Citkomanią”. Piłkarz stał się bohaterem popularnych programów i gazet. Nie mógł spokojnie przejść na ulicy. Był chyba jedynym tak powszechnie znanym wśród Polaków piłkarzem lat 90-tych. Jego nazwisko przewijało się nawet w serialach. Dopytywały się o niego największe europejskie kluby. Najbliżej podpisania umowy był z Blackburn Rovers. Mistrzowie Anglii z 1995 wykładali na stół naprawdę duże pieniądze. Citko kręcił nosem na proponowaną lige i… czekał na jeszcze lepsze oferty. Zamiast tego przyplątała mu się jednak poważna kontuzja ścięgna Achillesa. Długotrwałe leczenie zabrało mu ponad jeden sezon. Po powrocie nie był już tym samym zawodnikiem co wcześniej. Próbował odbudować się pod wodzą swego ulubionego trenera Franciszka Smudy w Legii ale poza krótkim przebłyskami nie był w stanie nawiązać do formy z Widzewa. Grał potem w Groclinie Dyskobolii, Cracovii oraz Polonii Warszawa. Poza dwoma mistrzostwami wywalczonymi z łódzkim klubem, na koncie miał wicemistrzostwo(z Widzewem) i brązowy medal(z Legią). W reprezentacji Polski zagrał 10 razy i strzelił 2 gole. Poza Anglikami na liste strzelców wpisał się w starciu z Brazylią. Po kontuzji nie wystąpił już ani razu. Niektórzy(z większym zaufaniem do ,,magii cyfr”) twierdzili że uraz ten nie powinien dziwić. Dotknął bowiem ,,kadrowicza przeklętego”. Citko był wszak 666 piłkarzem w historii, który wystąpił w reprezentacji. Grę w Ekstraklasie oprócz kontuzji przerywały mu także zagraniczne epizody. Grał jeszcze w lidze izraelskiej oraz szwajcarskiej. Po zakończeniu kariery przez krótki okres doradzał właścicielowi Polonii Warszawa- Józefowi Wojciechowskiemu. Zaliczył też epizod w roli dyrektora sportowego Wisły Kraków.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
10
Wybitne legendy FC Barcelony:
27 marca 1932 r. urodził się Sigfrido Gracia Royo, najlepszy lewy obrońca w historii FC Barcelony. To był niezniszczalny piłkarz, który rozgrywał w trakcie sezonu nawet 50 spotkań! Gracia niespodziewanie przebił się do pierwszego zespołu z drużyny rezerw i z dnia na dzień stał się kluczowym zawodnikiem. Jego styl budził wielki podziw widowni. Sigfrid zawsze poświęcał się na boisku i słynął z tego iż zawsze dawał z siebie wszystko. Regularne występy i nieustannie wysoka dyspozycja spowodowała że Gracia był królem swojej pozycji i mógł czuć się w zespole niezagrożony. Podczas zmian trenerów każdy kolejny szkoleniowiec zawsze rozpoczynał ustalanie składu właśnie od Sigfrido. Grał na wszystkich frontach stąd zdumiewająca jak na tamte czasy liczba rozegranych spotkań na sezon(50). Całkowicie poświęcił się karierze w Dumie Katalonii. Był kochany i szanowany przez wszystkich zawodników i zarząd zespołu z miasta Gaudiego. Wyznawał zasadę że gdy dasz z siebie wszystko na boisku to nie będziesz miał do siebie nigdy pretensji. Podczas swojej kariery Gracia rozegrał 525 spotkań. Z Dumą Katalonii zdobył 3 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
Cześć i chwała legendom Dumy Katalonii!
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
,,Krewka” Czarnogóra podbita:
26 marca 2017 r. reprezentacja Polski pokonała Czarnogóre 1:2 w eliminacjach mistrzostw świata Rosja 2018. To bardzo gorący teren. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek mierzyli się na wyjeździe z reprezentacją Czarnogóry. W Podgoricy biało-czerwoni w przeszłości grali raz. Cztery i pół roku wcześniej po bardzo nerwowym spotkaniu zremisowali 2:2, a obie drużyny mecz kończyły w dziesiątkę. Tym razem obyło się bez czerwonych kartek, a konfrontacja przyniosła zespołowi Adama Nawałki sukces. Zwycięską bramkę(trzecią i ostatnią w reprezentacyjnej karierze) zdobył Łukasz Piszczek. W całej reprezentacyjnej karierze Łukasz Piszczek rozegrał 65 spotkań. Strzelił w nich 3 gole, co jak na zawodnika, który w przeszłości był napastnikiem, nie jest może specjalnie imponującym wynikiem. Jeśli chcielibyśmy wybrać trafienie, które było najważniejsze, należałoby wskazać to ostatnie – właśnie w meczu w Podgoricy. To ono dało biało-czerwonym trzy punkty. Bohater gospodarzy Stefan Mugoša sprawił zaś, że Czarnogórcy prawie do samego końca mogli liczyć na korzystny rezultat.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
8
Zapomniane El Clasicos:
26 marca 1916 r. FC Barcelona pokonała FC Madrid 2:1 na ,,Ciudad Condal Velodrome” w ramach pierwszego półfinału Copa del Rey. Gole dla Barçy zdobyli: genialny Paulino Alcantara oraz Vicenç Martinez. Honorowego gola dla przeciwników zdobył legendarny Santiago Bernabeu. Rewanż w Madrycie wygrali gospodarze 4:1 a że wówczas nie liczyła się ilość zdobytych goli, więc doszło do powtórki pierwszego meczu, o czym napisze 13 kwietnia.
Również 26 marca, tyle że w roku 1983, FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid również 2:1 w ramach 30 kolejki Primera Division. Katalończycy po golu Juanito przegrywali od 20 minuty, jednak w ostatniej minucie pierwszej połowy wyrównał ,,boski” Diego Maradona. Ostateczny cios Blaugrana zadała w 77 minucie, kiedy to Perico Alonso ustalił wynik meczu na 2:1. Na cztery kolejki przed końcem sezonu Duma Katalonii uplasowała się na 3 pozycji ze stratą 2 punktów do Athletic Bilbao i jednego do Realu Madrid.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360