FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
,,El Mago” czarował w Hiszpanii:
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
@siwykrb
1
Vamos Pepito! Vamos ,,Obywatele" Vamos a ganar!
6
@FCBparasiempre
Stoperów
można podzielić na dwie kategorie. Pierwsi to typowi siłacze. Chociaż brakowało
im polotu i techniki, to nadrabiali wszystko nieustępliwością i wolą walki.
Głównie chodziło im o to, żeby wybić. Druga kategoria to bardziej uniwersalni
środkowi obrońcy. Potrafili dobrze wyprowadzać piłkę, prezentowali się z nią
lepiej przy nodze, grali bardziej elegancko, na wyprzedzenie. W tym artykule
chciałbym przedstawić postać, która łączyła oba te style. Chociaż Pietro
Vierchowod nie zyskał nigdy takiej sławy jak Franco Baresi, Gaetano Scirea czy
też Paolo Maldini, to za swoją grę należy mu się ogromny szacunek. Urodził się
6 kwietnia 1959 roku w Calcinate, małej miejscowości w pobliżu Bergamo. Jeśli
ktoś nie słyszał wcześniej o Vierchowodzie, to może go zaskoczyć dość dziwne
jak na Włocha nazwisko. Ojcem Pietro był Ukrainiec – Ivan Lukjanovič Verchowod,
który służył w Armii Czerwonej. W czasie wojny trafił do niemieckiej niewoli, a
następnie przebywał w więzieniu w różnych miejscach, w tym m.in. w Bergamo. Po
jej zakończeniu nie mógł wrócić do ojczyzny, tam groziła mu śmierć przez zsyłkę
na Sybir. Zdecydował się więc na dezercję i ukrywanie się w górach w okolicy
Bergamo. Tam poznał matkę Pietro. Właśnie ze względu na swoje korzenie włoski
obrońca otrzymał później pseudonim „Car”. Rodzinie cały czas doskwierała bieda,
dlatego przyszły stoper zdecydował się na porzucenie szkoły już w wieku 14 lat
i rozpoczęcie pracy. Vierchowood zarabiał niewielkie pieniądze jako pomocnik
hydraulika. Po latach przyznał, że trudne dzieciństwo i młodość bardzo
ukształtowały jego charakter. Przełożyło się to oczywiście na nieustępliwy i
twardy styl gry.
Karierę
rozpoczął w Como Calcio. Wcale nie musiał zostać piłkarzem. Osiągał bowiem
świetne wyniki w biegach na krótkich dystansach. Zwracano uwagę na to, że jest
atletyczny, inteligentny i obdarzony niezwykłą szybkością. Wielka miłość do
piłki jednak zwyciężyła. W Como rozegrał ponad 100 meczów, od 17 do 22 roku
życia. Pomógł drużynie przebyć drogę z Serie C1 do Serie A. Jako jedyny gracz w
historii Como Calcio otrzymał powołanie do reprezentacji narodowej. Było to 6
stycznia 1981 w meczu z Holandią. Zaraz potem przeniósł się do Fiorentiny.
Udało mu się załapać do drużyny, która wzięła udział w mistrzostwach świata w
1982 r. Nie zagrał tam ani minuty, ale jak to się mówi – „zebrał cenne
doświadczenie”, a ponadto mógł cieszyć się ze złotego medalu. Defensywę
tworzyli tacy zawodnicy jak Claudio Gentile, Gaetano Scirea czy też Fulvio
Collovati. Nie było żadnych szans, żeby się przebić. Po hiszpańskim turnieju
„Car” przeniósł się do AS Romy. Grał u boku takich piłkarzy jak Pruzzo, Conti,
Cerezo i Falcao. Romę trenował wtedy Nils Liedholm. Jego zespół preferował
bardzo ofensywny styl gry. Szwedzki trener zaznaczał, że w trudnych sytuacjach
możemy pozwolić sobie na atakowanie bardzo dużą liczbą graczy, szczególnie, że
wszystko asekuruje Vierchowod. Szybkość, dokładność i wyczucie – tym
charakteryzował się Pietro w czasie swojej gry w stolicy Włoch. Spędził tam
ostatecznie jeden sezon, ale zdobył mistrzostwo Italii. Od sezonu 1983/1984
„Car” zaczął bronić barw Sampdorii, której pozostał wierny aż przez 12 lat.
Świętował z nią wiele sukcesów. Wraz z ekipą z Genui sięgnął po cztery Puchary
Włoch, Puchar Zdobywców Pucharów, Superpuchar Włoch i przede wszystkim – jedyne
w historii całego klubu mistrzostwo kraju. Najlepszy moment przypadł na lata 1986-1992.
Wtedy to Blucerchiatich prowadził Vujadin Boskov. W jego ostatnim roku pracy
Sampdoria dotarła do finału Pucharu Europy. Tam musiała jednak uznać wyższość
Barcelony. Wraz z Vierchowodem wspaniałą drużynę tworzyli m.in. napastnicy
Gianluca Viali i Roberto Mancini czy też bramkarz Gianluca Pagliuca. Viali
przyznawał, że ówczesna drużyna Blucerchiatich nie grała być może piłki
przyjemnej dla oka, ale on i jego partnerzy byli zabójczo skuteczni.
Po wielu
latach spędzonych w Sampdorii przeniósł się do mistrzowskiego Juventusu, ale
spędził tam tylko jeden sezon. Mógł się jednak cieszyć, ponownie jak w Romie,
ze stuprocentowej skuteczności, ponieważ wraz ze Starą Damą sięgnął po
mistrzostwo Włoch. Dotarł też do finału Ligi Mistrzów, gdzie rozegrał cały mecz.
W Rzymie Juventus zmierzył się z Ajaxem. Bianconeri pokonali rywali z Holandii
po rzutach karnych. „Car” mógł wznieść do góry najcenniejsze klubowe trofeum w
Europie. W 1997 roku przeniósł się do Milanu. Trafił na bardzo trudny moment w
historii Rossonerich. Klub z San Siro zajął dopiero 11. miejsce w lidze. „Car”
był tylko rezerwowym obrońcą, ponieważ koszulkę w czerwono-czarne pasy nosili
wtedy tacy zawodnicy jak: Franco Baresi, Alessandro Costacurta i Marcel
Desailly. Znów zdecydował się na szybką zmianę barw klubowych. Cztery razy w
jednym klubie spędził tylko sezon – Fiorentina, Roma, Juventus, no i Milan.
Ostatnim przystankiem w jego karierze była Piacenza Calcio, w której grał do
2000 roku. Zakończył karierę w wieku 41 lat. Pietro Vierchowod zagrał na
włoskich boiskach 562 razy, co daje mu siódme miejsce w klasyfikacji wszech
czasów, której przewodzi Paolo Maldini (647 spotkań). Zatrzymywał kilka pokoleń
napastników. Zico, Careca, Maradona, van Basten czy też Ronaldo – im wszystkim
skutecznie uprzykrzał życie. Nie dziwi więc wielki szacunek, jakim darzyli
obrońcę ci wybitni napastnicy. Marco van Basten i Diego Maradona wspominali, że
nigdy nie spotkali się z trudniejszym obrońcą niż Pietro Vierchowod. Słynny
Holender zakończył karierę już w wieku 29 lat. Widząc 40-letniego Włocha ciągle
biegającego po boisku, spytał go po jakimś czasie: Ty wciąż jeszcze grasz!? Van
Basten przyznawał, że chociaż pojedynki z „Carem” były bardzo twarde, to obaj
piłkarze darzyli się dużym szacunkiem. Maradona wspomina z uśmiechem jeden z
epizodów kiedy próbował za wszelką cenę minąć Vierchowoda. Chociaż używał
wszystkich swoich sztuczek, to obrońca i tak zapędził go do narożnika, gdzie
zakończył jego akcję. Wtedy „Boski Diego” powiedział do niego z uśmiechem: ,,Mieli
rację kiedy powiedzieli, że jesteś jak Hulk. brakuje ci tylko zielonego koloru.”
Swojego uznania wobec Vierchowoda nie ukrywał także Gary Lineker, który mierzył
się z nim w czasie mundialu 1990 r.: ,,Był bardzo brutalny i szybki jak
błyskawica. Raz lub dwa sprawił, że musiałem podnosić się z kolan.” Podobnie
jak van Basten i Maradona, również słynny Anglik uznał Vierchowoda za
najbardziej twardego obrońcę, przeciwko któremu przyszło mu grać. Duże problemy
z „Carem” miał także wspomniany wcześniej Ronaldo. Pod koniec lat 90-tych
słynny Brazylijczyk brylował w barwach Interu. W sezonie 1997/1998 nie strzelił
on bramki tylko dwóm zespołom. Był to mistrzowski Juventus oraz Piacenza,
której szefem obrony był oczywiście Pietro Vierchowod.
Pietro
Vierchowoda można zaliczyć do piłkarzy długowiecznych. Grał na najwyższym
poziomie przez prawie 20 lat. Karierę zakończył dopiero, kiedy na torcie mógł
zdmuchnąć 41 świeczek. Wielu obserwatorów zastanawiało się więc – z czego
wynikała niezwykła kondycja, którą posiadał włoski obrońca. Z pewnością nie bez
znaczenia było to, że unikał alkoholu i innych używek. Szkoda, że z tych
postanowień nie korzystało wielu piłkarzy zarówno przed nim, jak i po nim. W
1997 roku, kiedy trafił do Milanu, został poddany testowi szybkościowemu. Miał
wtedy już 38 lat, ale dystans 100 metrów pokonał poniżej 11 sekund. Wszystko
wynikało z niewyobrażalnie silnego organizmu. Cristiano Ronaldo chwali się, że
pomimo 33 lat na karku ma wciąż zdrowie 23-latka. Portugalczyka czeka jednak z
pewnością jeszcze dużo pracy, aby grać na wysokim poziomie do 40-tki i
prezentować się tak jak „Car” włoskiej piłki. Mam nadzieję, że tym artykułem
udało mi się przekonać was, że Pietro Vierchowod zasługuje na to, by stawiać go
w jednym rzędzie z największymi sławami włoskiego futbolu. Jest trochę
zapomnianym stoperem. Przez wielu uznawany był za obrońcę kompletnego. Był
wytrzymały, inteligentny i niezwykle twardy. Ponadto świetnie asekurował swoich
kolegów i potrafił nawet kreować sytuacje do zdobycia gola. Strzelanie bramek
również nie było mu obce. Chciałoby
się, żeby każdy wielki mistrz mógł tak długo kontynuować swoją karierę.
Pokazali to, chociażby Gigi Buffon, Francesco Totti, Paolo Maldini czy Edwin
van der Sar, Niestety wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć.
5
Włoski niezniszczalny „Car”:
@Stinger_
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
13
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
6 kwietnia 1939 r. w Chorzowie urodził się Eugeniusz Faber. Jeden z najlepszych skrzydłowych w historii chorzowskiego Ruchu. Godny następca Gerarda Wodarza. W 1954 r. rozpoczął pracę w kopalni Prezydent i szybko został zawodnikiem zakładowego klubu. Swoją grą zrobił wrażenie na Erwinie Michalskim, który chętnie powoływał go do reprezentacji miasta. Kiedy Roman Lentner odniósł kontuzję, to właśnie Michalski optował za tym, żeby do reprezentacji Śląska powołać w jego miejsce Fabera. Ojga, jak mówili na niego koledzy, spisał się na tyle dobrze, że wkrótce ściągnął go do Ruch. W drużynie Niebieskich szybko się zaadaptował i od pierwszych meczów zrobił wrażenie na kibicach. Uwielbiali go nie tylko za wspaniałe umiejętności, szybkość i strzelecką precyzję, ale też za to, że zawsze grał czysto i fair. Raz tylko dał się sprowokować i uderzył rywala, za co został zawieszony na rok, ale po trzech miesiącach PZPN go ułaskawił. W Ruchu występował przez 12 lat i przez cały ten okres był jednym z najlepszych w zespole. Dwukrotnie sięgał po mistrzostwo kraju (1960 i 1968). Reprezentacyjny debiut zaliczył w starciu z Finlandią (wygrana 6:2) w ramach eliminacji do igrzysk w Rzymie. Jego głównym rywalem do gry na lewej flance był Roman Lentner, dlatego też Faber nieraz występował na prawym skrzydle, gdzie radził sobie równie dobrze. Pojechał na igrzyska, ale w samym turnieju nie zagrał. W reprezentacji występował przez 10 lat. Pożegnał się wygranym meczem z Holandią (2:1) 7 września 1969 r. Z Ruchu odszedł niedługo po przyjściu trenera Vičana. Szkoleniowiec nie chciał mieć w zespole zbyt wielu starszych zawodników, a sam Faber nie miał już tyle sił, żeby wytrzymać ciężkie treningi nowego trenera. Wyjechał do Francji, gdzie został zawodnikiem Lens. W 1961 r. Ruch grał tam mecz towarzyski, a Faber swoim występem zrobił na tamtejszym prezesie duże wrażenie. O transferze nie mogło być wówczas mowy. Kiedy jednak Francuzi dowiedzieli się, że piłkarz może odejść z klubu, to z miejsca się po niego zgłosili i po paru dniach był już w Lens. Z klubem awansował do I ligi, grał w finale pucharu Francji. W końcu wrócił do Polski, gdzie prowadził zespoły trzecioligowe. 12 grudnia 1981 r. wyjechał do Francji na święta do znajomych. Kiedy wprowadzono stan wojenny, zdecydował się pozostać na emigracji. Eugeniusz Faber zmarł w 2021 roku właśnie we Francji w wieku 82 lat. W Reprezentacji rozegrał 36 meczów, strzelając 11 goli.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
1
@Safrani No chociażby! Oby, oby :)
1
@Safrani No niestety za naszego życia to już raczej nie wrócą. No chyba że za sto lat...?
10
To był zaiste WIELKI(!) Widzew:
6 kwietnia 1983 r. Juventus pokonał Widzew Łódź 2:0 na Stadio Olimpico Gran Torino, po golach Tardelliego i Bettegi w ramach pierwszego półfinału Pucharu Mistrzów. Półfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych to największy sukces w historii występów Widzewa w europejskich pucharach. To także jedno z największych osiągnięć polskiego klubu na arenie międzynarodowej. Dalej dotarł jedynie Górnik Zabrze, który zagrał w finale, tyle że mniej prestiżowego Pucharu Zdobywców Pucharów. Początek drogi do półfinału był łatwy, bo w pierwszej rundzie łodzianie trafili na maltański Hibernians FC i bez problemów wygrali obydwa spotkania (3:1 oraz 4:1). Schody zaczęły się już od kolejnego rywala. Los przydzielił Rapid Wiedeń. Mistrz Austrii (dwa lata późnej zagrał w finale PZP) wygrał u siebie 2:1, ale w Łodzi Widzew szybko odrobił straty (po półgodzinie prowadził 3:0) i zwyciężył 5:3. W ćwierćfinale trafił się już przeciwnik z najwyższej półki - Liverpool FC. U siebie podopieczni trenera Władysława Żmudy wygrali 2:0, w rewanżu prowadzili 2:1, ale w końcówce Anglicy strzelili dwa gole. To było jednak za mało, by wyeliminować łodzian. „Jesteście wspaniali. Do zobaczenia w Atenach. Zbyszek" - napisał wtedy do byłych kolegów z Widzewa Zbigniew Boniek, który był już piłkarzem Juventusu. Były prezes PZPN-u w ten sposób życzył, by te zespoły zagrały ze sobą w finale. Stało się inaczej i podczas losowania już w półfinale Widzew trafił na Włochów. Pierwszy mecz(w Turynie) odbywał się tuż po Wielkanocy. Dlatego piłkarze trenowali w świąteczną niedzielę a w Lany Poniedziałek polecieli do Włoch. Trener Żmuda jeszcze przed wylotem analizował na podstawie zapisu wideo mecz Juventusu z Torino. Podkreślał, że rywale dali sobie wbić trzy gole w pięć minut. Paolo Rossi, napastnik Juventusu, stwierdził, że to będzie podobne spotkanie do tego z 1982 r. podczas mundialu w Hiszpanii, kiedy Włochy pokonały Polskę 2:0.
Najwięcej miejsca włoska prasa poświęcała oczywiście Bońkowi. Ba, dziennikarze "La Gazetta Dello Sport" wcześniej odwiedzili Polskę, by napisać reportaż o Zibim. "Niejednokrotnie mówiłem, że nastąpił dość nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że musimy spotkać się z Widzewem już w półfinale. Dziś jestem piłkarzem Juventusu, kierują mną sportowe ambicje i chciałbym zdobyć ze swą drużyną Puchar Europy. Dlatego też dołożę wszelkich starań, by przyczynić się do zrealizowania tych marzeń" – cytował Bońka "Dziennik Łódzki". "Dziś w Turynie supermecz" - zapowiadała polska prasa. Włosi podkreślali rekordowe zainteresowanie kibiców. Do kasy Juventusu ze sprzedanych biletów wpłynęło 1 mld 100 tys. lirów (wtedy około 800 tys. dolarów). To był nowy rekord Włoch pod względów wpływów z wejściówek. "Jeżeli w pierwszych 15 minutach nie popełnimy błędów, wówczas osiągniemy bardzo korzystny rezultat. Jestem pewny, że sprawimy naszym sympatykom prezent" - twierdził Mirosław Tłokiński. Jak się okazało, rację miał Paolo Rossi. Tłokiński też nie minął się z prawdą, bo widzewiacy nie utrzymali bezbramkowego rezultatu przez kwadrans. Gola stracili już w ósmej minucie. Na oczach 70 tys. widzów Widzew przegrał 0:2, choć wcale tak nie musiało się skończyć. "Widzew nie do końca wykorzystał swoje szanse. Nie było widać zbyt wyraźnej przewagi mistrza Włoch, a nawet powiedziałbym więcej, że przez wiele fragmentów właśnie piłkarze Widzewa zamykali zespół gwiazd na ich połowie" - pisał korespondent DŁ. " ,,Gospodarze zaimponowali mi konsekwencją i mieli więcej sił. W pierwszej połowie byliśmy równorzędnym partnerem. Drugą część moi chłopcy rozpoczęli fatalnie, popełnili wiele błędów i straciliśmy drugiego gola. Wyróżniam Młynarczyka i Smolarka" - mówił trener Żmuda.
Składy obu drużyn:
Widzew: Młynarczyk, Świątek, Grębosz, Wójcicki, Kamiński, Wraga (81. Myśliński), Romke, Rozborski, Surlit, Tłokiński, Smolarek.
Juventus: Zoff, Gentile, Scirea, Brio, Cabrini, Boniek, Bonini, Platini, Tardelli, Bettega, Rossi (78. Marocchino).
@Safrani
@siwykrb
@Stinger_
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Adran360
@Arkon
9
Strach ma wielkie oczy:
6 kwietnia 2011 r. FC Barcelona rozgromiła Szachtar Donieck 5:1 na Camp Nou w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Blaugrana oczywiście była zdecydowanym faworytem zmagań z Szachtarem ale w Katalonii pamiętano w jakich mękach Barça pokonywała tego rywala w 2009 r. w meczu o Superpuchar Europy. Jedyny gol padł wówczas dopiero w dogrywce w 115 minucie. Ponadto tajniki warsztatu Guardioli doskonale znał Czyhrynski, kupiony w 2009 r. przez kataloński klub z Szachtara za 25 milionów euro i sprzedany rok później za 15. Na domiar złego pogłębiły się kłopoty Barçy ze stoperami, gdyż u Abidala wykryto guza wątroby i Francuz na dłuższy czas wypadł ze składu. Mimo tych perturbacji Blaugrana wygrała pierwszy mecz 5:1 ale wszystko mogło potoczyć się inaczej gdyby przy prowadzeniu gospodarzy 1:0 Brazylijczycy z Szachtara byli skuteczniejsi. Rewanż w Doniecku okazał się meczem bez historii, który Katalończycy wygrali 1:0.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@siwykrb
16
Arcydzieło Messiego:
Dokładnie 15 lat temu FC Barcelona pokonała na Camp Nou Arsenal 4:1 w rewanżowym spotkaniu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wszystkie 4 gole strzelił genialny Messi. Ten mecz jest uważany za jeden z najlepszych indywidualnych występów Argentyńczyka w całej karierze. Mecz zaczął się dość niespodziewanie. Już w 18 minucie Kanonierzy wyprowadzili szybką akcje, po której Wallcot wyłożył piłke Bendtnerowi a duński napastnik otworzył wynik. Raptem 3 minuty później Messi doprowadził jednak do wyrównania a jeszcze przed przerwą skompletował hattricka. Pod koniec spotkania dokończył dzieła i ustalił wynik meczu. Hiszpanie określają taki wyczyn mianem ,,Pokera”, co odnosi się do układu znanego w Polsce jako ,,kareta”.
To trzeba sobie przypomnieć:
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
11
Cześć i chwała legendom Blaugrany:
6 kwietnia 1966 r. zmarł nagle Julio Cesar Benitez. 27-letni Urugwajski piłkarz FC Barcelony zmarł w wyniku zakażenia przewodu pokarmowego po zjedzeniu zepsutych owoców morza. Tragiczne wydarzenie nastąpiło na 3 dni przed arcyważnym pojedynkiem z Realem Madryt w Primera Division. 150 tysięcy ludzi uczestniczyło w ostatniej drodze Beniteza, który na Camp Nou występował od 1961 r. Grał przeważnie w obronie stając się z czasem ulubieńcem publiczności. Jego poświęcenie najlepiej oddają słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią: ,, Do boju chłopaki! Pokonamy Real 2:0!”. Mecz z Królewskimi został przełożony o 2 dni, lecz koledzy Urugwajczyka nie byli w stanie się pozbierać i zremisowali 1:1. Pod koniec tamtego sezonu Katalończycy wygrali jednak z Realem finał krajowego pucharu i zadedykowali trofeum zmarłemu koledze.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@Marusek Nie chciałbym być wobec ciebie uszczypliwy ale mam wrażenie że zakrótko oglądasz Primera Division a zwłaszcza Betis Sevilla, który na dzień dzisiejszy jest w dobrej formie...
0
@Marusek Rozpierducha powiadasz...? Byłbym bardzo ostrożny z tą rozpierduchą...
8
Hydraulik z Preston:
5 kwietnia 1922 r. urodził się Tom Finney, angielski napastnik. Legenda angielskiej reprezentacji Anglii Billy Wright powiedział kiedyś o nim, że nikt nie jest bardziej godzien noszenia białego trykotu reprezentacji. Bill Shankly zestawił go w jednym szeregu z Alfredo Di Stéfano, Pelé, Stanleyem Matthewsem i Diego Maradoną. O kim mowa? Przedstawiamy ikonę Preston North End Toma Finneya. Finney jak wielu piłkarzy urodzonych tuż po zakończeniu I wojny światowej, zanim zaczął pracować na własną chwałę, musiał pomóc w obronie chwały ojczyzny. W 1942 roku powołany został do Królewskiego Korpusu Pancernego, gdzie walczył w Egipcie z ramienia Montgomery’s Eighth Army. Tam zdarzało mu się grywać w lokalnych turniejach drużyn wojennych. Zawodnikiem jednego z miejscowych zespołów był znany na całym świecie z tytułowej roli w filmie ,,Doktor Żywago” aktor Omar Sharif. W 1946 kariera Finneya ruszyła z kopyta. Zadebiutował on w First Division a także w reprezentacji Anglii. Do 1958 roku rozegrał dla niej aż 76 spotkań i strzelił 30 goli. W tamtych czasach nawet najlepsi angielscy piłkarze nie mogli godnie żyć z pensji w klubie, więc chwytali się innych zajęć. Tom został hydraulikiem i zarabiał czternaście funtów tygodniowo. Z powodu wykonywania tej profesji, kibice w całej Anglii nazywali go ,,Preston Plumber”. Cały zespół Preston North End nazywano natomiast ,,drużyną hydraulika i dziesięciu kropel”, dając do zrozumienia, że koledzy Finneya byli tak naprawdę nic nie znaczącymi dodatkami do niego. Ten znakomity lewoskrzydłowy rzeczywiście nie osiągnął ze swoim klubem zbyt wiele. Dwa razy zajmował drugie miejsce w lidze angielskiej (1953 i 1958) a raz dotarł do finału Pucharu Anglii (1954). Finneyem interesowały się inne kluby, szczególnie włoskie. Do Preston przyjeżdżali przedstawiciele Palermo i Torino. Ci drudzy oferowali Anglikowi dziesięć tysięcy funtów za podpisanie kontraktu, sto funtów tygodniowej pensji, Maserati oraz willę nad jeziorem Como. Finney odmówił, tłumacząc, że na zawsze pozostanie wierny miastu Preston i jego klubowi. W szczytowym okresie kariery, Finney zarabiał dwadzieścia funtów tygodniowo. Nigdy jednak nie zależało mu na pieniądzach. Wiele lat po skończeniu z futbolem, Tom krytykował przepłacanie piłkarzy. Uważał też, że nieliczni zasługują na miliony i takim graczom jak choćby Ryan Giggs pieniędzy nie zazdrości.
Finney był znany jako boiskowy dżentelmen. Na murawie jako jeden z nielicznych zawodników nie przeklinał. Przykładem świecił również jako człowiek. Ze swoją żoną Elsie Noblett wziął ślub zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Przeżył z nią niemal sześćdziesiąt lat. Mieli dwójkę dzieci: Barbarę i Briana. Krytykował piłkarzy, którzy między treningami włóczyli się po nocnych klubach, mieli problemy z używkami i rozbijali drogie samochody. Zdaniem Finneya takie zachowanie przynosiło wstyd nie tylko samym graczom, ale również ich klubom z bogatą historią. On sam wstydu Preston North End nigdy nie przyniósł. Mało tego, stał się najlepszym zawodnikiem w historii tego klubu. Czternaście lat gry, 433 mecze i 187 goli. Klasa. Wspomniany Bill Shankly powiedział kiedyś o gwiazdach lat siedemdziesiątych, że są tak dobre jak Finney, z tym że on ma już prawie sześćdziesiątkę… Toma Finneya szanowali nie tylko kibice i koledzy z boiska, ale i przeciwnicy. W 1951 roku Anglia pokonała Portugalię 5-3 w meczu towarzyskim rozgrywanym na Goodison Park. Obie reprezentacje spotkały się raz jeszcze na bankiecie po meczu. W pewnym momencie wszyscy portugalscy zawodnicy unieśli w górę kieliszki, wstali z miejsc i wznieśli zdrowie ,,mistrza, Pana Finneya”. Szacunek okazany przez rywala to chyba najpiękniejsza chwila w karierze.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@mekston ,,Nic nie może przecież wiecznie trwać"! jak śpiewała nieodżałowana Śp. Anna Szmeterling
2
O! Przychodze od matuli i co widze na flascore? Wróg naczelny Real Madrid poległ na Estadio Santiago Bernabeu(!) a to ci niespodzianka? Czyli jednak nie należy oglądać meczów tych ,,prześcieradeł". Jednak w kontekście ,,naszego" meczu z Realem Betis, dopóki go nie wygramy, należy pamiętać o starym ale jakże jarym przysłowiu: ,,Nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku. Dziadek się śmiał i to samo miał"...
8
Pewne zwycięstwo już do przerwy:
5 kwietnia 2018 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou FC Seville 3:0 w ramach 30-tej kolejki La Liga. Duma Katalonii bez większych kłopotów ograła FC Sevillę 3:0, ustalając wynik już w pierwszej połowie. Dwa gole strzelił Lionel Messi a jednego(po asyście Argentyńczyka) dołożył Luis Suarez. Starcia Blaugrany z FC Sevillą zawsze obfitowały w wiele goli. Podobnie było w środowy wieczór, kiedy to gospodarze już do przerwy zapewnili sobie korzystny wynik. Błyszczał przede wszystkim Lionel Messi, który najpierw wypracował bramkę Luisowi Suarezowi(piękny, akrobatyczny strzał) a następnie sam dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Gospodarze dominowali a przyjezdni kompletnie nie potrafili odnaleźć się na Camp Nou. Dopiero po przerwie goście zagrali trochę lepiej, ale to i tak nie powstrzymało rozpędzonych gospodarzy przed stwarzaniem okazji. Szansę na skompletowanie hat-tricka miał Messi, ale Sergio Rico poradził sobie z lobem. Druga połowa była wyrównana, ale piłkarze Barçy mieli wszystko pod kontrolą i zasłużenie zanotowali kolejne trzy punkty. Przynajmniej na kilka godzin awansowali też na fotel lidera La Liga.
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360
9
Skromne zwycięstwo w obliczu rewanżu:
5 kwietnia 2016 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Atletico Madryt 2:1. Luis Suarez zdobył dwa gole, zapewniając zwycięstwo 2:1 nad grającym od 35 minuty w dziesiątke Atletico Madryt w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów. Pierwszy gol zdobył zawodnik gości Fernando Torres, który później został wyrzucony z boiska. Po serii szans dla gospodarzy, Luis Suarez wyrównał z bliskiej odległości w 63. minucie, a następnie strzelił zwycięskiego gola głową w 74. minucie, dając obrońcom Ligi Mistrzów przewagę przed rewanżem w przyszłym tygodniu na Vicente Calderon. Pomimo idealnego początku, kiedy Torres w 25. Minucie z podania Koke umieścił piłke między nogami bramkarza Barcelony Marca-Andre ter Stegena, Atletico poniosło siódmą z rzędu porażkę z Barceloną . Podopieczni Diego Simeone stracili dwóch zawodników, gdy przegrali z Katalończykami w La Liga i ponownie zostali ukarani za brak dyscypliny. Torres zobaczył czerwoną kartkę po 2 żółtych kartkach za faule na Neymarze i Sergio Busquetsie w odstępie sześciu minut. Atletico wytrzymywało nieustanną presję, aż do momentu, gdy Suarez z bliskiej odległości obronił niskie podanie Jordiego Alby a Urugwajczyk przypieczętował powrót na boisko, kierując dośrodkowanie Daniego Alvesa obok Jana Oblaka ku uciesze wiernych kibiców Camp Nou.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
W drodze ku chwale:
5 kwietnia 2006 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Benfike Lizbona 2:0 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W rewanżu dominowała Blaugrana. Wprawdzie w 5 minucie Ronaldinho nie wykorzystał rzutu karnego ale później szybko dał swojej ekipie prowadzenie, którego gospodarze nie wypuścili już do końca. Na 2:0 podwyższył niezawodny Samuel Eto’o i awans do półfinału stał się faktem.
Spójrzmy na chwile:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
1
@NeroTFP1 No i wszystko jasne i w temacie! Czyli mam trafne przeczucia że PZPN na czele z Cezarym Kuleszą raczej nie kiwną palcem w tej sprawie a dla mnie to będzie równoznaczne z hańbą takiego związku. Krótko mówiąc, mnie jako Polakowi jest wstyd przyznać się do takich władz PZPN...
Dzięki śliczne za konkretne wyjaśnienia i gorąco pozdrawiam :)
0
@NeroTFP1 No dobrze ale co ma wspólnego ta sprawa pomiędzy Gowarzewskim a PZPN-m do tej, którą napisałem? Bo nie bardzo rozumiem?
0
@FcPortoFan1999 Jeśli dla obecnego PZPN-u niemożliwe nie istnieje, to niech się skutecznie zajmą tą nie cierpiąca zwłoki sprawą...!
0
Nie wiem kolego @NeroTFP1 czy już o tym słyszałeś: https://www.fcbarca.com/la-rambla/dyskusja-15480305#comment-15480305 bo jestem ciekaw co o tym sądzisz? No i co sądzisz o mojej opinii?
10
Duma Katalonii w Pucharze Króla:
Dokładnie 100 lat temu FC Barcelona na legendarnym ,,Camp de Les Corts” rozgromiła Stadium Zaragoza(późniejszy Real Saragossa) aż 8:0(!) w ostatnim meczu grupowej fazy Copa del Rey i awansowała do półfinału. Jeśli się nie mylę było to najwyższe zwycięstwo z tą drużyną w Pucharze Króla. Gole strzelali: Patricio Arnau(4), Vincenc Piera(2) oraz Josep Samitier(2). Natomiast w półfinale Blaugrana bardzo męczyła się z Atletico Madryt i potrzebny był trzeci dodatkowy mecz z ,,Rojiblancos” ale o tym wspomnę w rocznice tego meczu dodatkowego a mianowicie 3 maja.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@APTAPT Tak się składa że te 4 wygrane ligi z rzędu, to przynajmniej dwie z nich to był fart stulecia! Cruijff był w czepku urodzony. Powiadasz że lubisz czytać o La Liga z lat 80-90, gdyż była nieprzewidywalna i ciekawa. To ja ci powiem że w okresie międzywojennym była jeszcze ciekawsza bo tam rządzili Baskowie, zwłaszcza Athletic Bilbao. Co prawda Real Madrid też bodaj dwukrotnie zdobywał majstra ale to ,,Los Leones" brylowali w Hiszpanii, gdyż byli jeszcze najlepsi w Copa del Rey. Wogóle historia futbolu jest bardzo ciekawa, no i bardzo ważna. Gdyby nie ta historia, to nie byloby o czym rozmawiać i czym się pasjonować...
9
Mało przekonywujące zwycięstwo Blaugrany:
4 kwietnia 2018 r. po dwóch samobójczych golach FC Barcelona pokonała 4:1 AS Romę w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. "Wczoraj CR7, dziś Messi" - podgrzewał tytuł na pierwszej stronie katalońskiego dziennika "Mundo Deportivo", nawiązując do wtorkowego zwycięstwa Realu z Juventusem (3:0) i dwóch bramek Cristiano Ronaldo. "Barcelona chce wypracować przewagę na Camp Nou, które jest niezdobytą twierdzą w Lidze Mistrzów" - można było przeczytać we wprowadzeniu do tekstu. Stadion Barcelony, choć pozostał niezdobytą twierdzą, to środowy mecz wyglądał zupełnie inaczej, niż można się było tego spodziewać. Przede wszystkim dlatego, że goście ani myśleli stawiać autobus we własnym polu karnym. Podjęli rękawice, a przy odrobinie szczęścia mogli wywieźć z Katalonii korzystniejszy wynik. Mieli jednak pecha, choć może to nieodpowiednie słowo. Porażka po dwóch samobójczych bramkach właśnie to sugeruje, jednak nie wynikały one z niefrasobliwości rzymskich obrońców, co z presji piłkarzy Barçy. Przy golu na 1:0 dla gospodarzy Daniele De Rossi próbował przeciąć w polu karnym podanie Andresa Iniesty do Messiego, ale w efekcie pokonał własnego bramkarza. Później Konstantinos Manolas próbował na raty przeszkodzić Samuelowi Umtitiemu, który fetując bramkę pocałował klubowy herb i ukłonił się kibicom. Zupełnie jakby chciał zapewnić, że pogłoski o jego odejściu z Barcelony, to tylko medialne spekulacje. Trzecia bramka to zasługa wciąż szukającego swojej pierwszej od ponad roku bramki w Lidze Mistrzów Luisa Suareza. Po technicznym strzale Urugwajczyka bramkarz Romy wybił piłkę wprost pod nogi stojącego w polu karnym Gerarda Pique a ten wpakował futbolówkę do pustej bramki. Kontaktowy gol Edina Džeko pozwalał gościom mieć nadzieję, że jeszcze nie wszystko jest stracone ale w końcówce dobił ich Luis Suarez.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
1
Jeśli PZPN na czele z Cezarym Kuleszą nie kiwną palcem w tej oto sprawie: https://dziennikzachodni.pl/grob-ernesta-wilimowskiego-powinien-byc-na-slasku-dzis-moze-zniknac-z-cmentarza-w-niemczech-jest-akcja-kibicow-a-ja-pytam-gdzie-pzpn/ar/c1p2-27435651 to dla mnie osobiście będzie to największy wstyd i hańba w historii PZPN!
11
@FCBparasiempre
Bohaterem
poniższego tekstu jest zawodnik, o którym Silvio Marzolini, najlepszy
argentyński zawodnik Mistrzostw Świata 1966, powiedział: „W historii piłki
nożnej było trzech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Maradona i Messi ale
tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo
zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko
Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie.
Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt,
że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym
zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście
Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy,
w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w
klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo
pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu
podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki
czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą
myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z
prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się
z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene,
czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój
pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko
doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak
prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego
ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali
jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą
miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i
wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody
z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało
powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że
aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować
nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest
niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej
niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów
z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym
pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje.
Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem
przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po
drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie.
Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko,
chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas
zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził
pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W
tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach
motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej
przez Jonathana Wilsona na potrzeby książki „Aniołowie o brudnych twarzach.
Piłkarska historia Argentyny”, Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte
ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli
masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny,
niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj
maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to
powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany
lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku
długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić
w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy
napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem
kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je
mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek
posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka.
Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje
boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki.
Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co
później przekładało się na jego imponujące statystyki.
„Jeśli nie
umiesz strzelać obiema nogami i słabo główkujesz, pozbawiasz się 70% szans na
zdobycie bramki”. Chciał potajemnie
odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie
starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich
niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne
szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową
strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu
piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi.
Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy
wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie
brakowało. Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie
sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy
w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą
wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli.
Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co
z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San
Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż
119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców
krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po
takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się
dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z
działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei
najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został
zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene
publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem
ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach,
klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po
piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze
złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie
okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego
największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie
wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25
milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie
1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany
dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na
świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w
rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy
wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie
nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został
towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo
udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo
– rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca
doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu
tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener
Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych.
Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w
dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś
zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny,
że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy
aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga.
W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla
zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El
Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę
gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do
Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami:
-Dlaczego mi
to zrobiłeś?
-Bo trenerzy
mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę.
Krewki
Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył
szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić
się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak
rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z
jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych
kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania
mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z
Buenos Aires przedostał przez La Platę się do Montevideo i zasilił tamtejszy
Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21
występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo
intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz
samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu
krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych
działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali. Gdy w 1964
roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go
z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w
pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później
popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons
Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie
wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania
klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet
sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy
zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali
się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry
zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene
wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do
Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w
karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej
sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza
Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji.
Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne
turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się
niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane
niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron
wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde
zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki
zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w
1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom
odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu
prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym
zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie
mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali
najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną
2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z
Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do
ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach
odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi
zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce,
bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”.
Cztery lata
później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z
Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie
znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu
El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na
Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju
funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata
później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem
południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo
kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje
Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze
triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał
się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym
kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym
wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym
zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów,
w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi
legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w
kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed
może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami
przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy
opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze
wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po
jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na
jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł
ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu
odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na
kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i
impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno
zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę
boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów
telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich
wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard
Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego
klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś
mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i
wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach
Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych
miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa
nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się
dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli
złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i
nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów, ale z
drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co
osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież
zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych, a tych
którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz
uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera a jeśli
już się ją pozna, nie sposób o niej zapomnieć.
11
Wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
@Stinger_
15
Niemoc w skuteczności z rzutów rożnych:
4 kwietnia 1993 r. FC Barcelona strzeliła gola po rzucie rożnym w wygranym 3:0 meczu z CD Logroñes. I co z tego zapytacie?. Otóż zdobywanie goli po dośrodkowaniach z kornerów za trenera Cruijffa przychodziło Blaugranie niezwykle ciężko. Właśnie 4 kwietnia Katalończycy strzelili takiego gola po główce Bakero. Na kolejną taką okazje przyszło czekać… 20 miesięcy! Autorem gola w meczu Ligi Mistrzów był… ponownie Bakero. Ekipa Cruijffa potrzebowała w tamtym czasie średnio 162 rzuty rożne czyli mniej więcej 26 spotkań aby pokonać bramkarza rywali po bezpośrednim dośrodkowaniu.
@Stinger_
@siwykrb
@Ogorinho1974
@Safrani
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360