10

Wybitne legendy FC Barcelony:

26 kwietnia 1886 r. urodził się Roma Forns, Katalończyk z krwi i kości. Roma Forns w barwach Blaugrany grał jako napastnik w latach 1903-1913. Przeszedł do historii jako pierwszy strzelec gola na ,,Camp de la Industria”(pierwszy własny stadion Barçy)). Roma Forns jako pierwszy Kataloński trener prowadził również Dume Katalonii w sezonie, w którym zdobyła pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii, jednak w marcu 1929 podał się do dymisji wraz z prezydentem Arcadi Balaguerem. Sezon dokończył jako asystent trenera Jamesa Bellamy’ego. Warto dodać że sezon wcześniej Roma Forns(jego pierwszy sezon) zdobył z Blaugraną Puchar Króla, pokonując w meczu finałowym silną wówczas ekipe Realu Sociedad San Sebastian 3:1.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:

25 kwietnia 1966 r. urodził się Ruben Sosa, napastnik, dwukrotny zdobywca Copa America(1987 i 1995), 3-krotny mistrz Urugwaju, zdobywca Pucharu UEFA z Interem Mediolan(1994), mistrz Niemiec z Borussią Dortmund(1996) oraz zdobywca Pucharu Króla z Realem Saragossa(1986).

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Zapomniane legendy futbolu:

25 kwietnia 1939 r. urodził się Tarchisio Burgnich, włoski obrońca, wicemistrz świata z 1970 r., mistrz Europy z 1968 r. oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Mistrzów z Interem(1964 i 1965). Tarcisio to jeden z najwybitniejszych obrońców w historii klubu. Przez 12 sezonów(1962-74) razem z Giacinto Facchettim tworzył defensywny trzon zespołu, który dominował we Włoszech, w Europie i na świecie. Burgnich był także filarem obrony reprezentacji Włoch(w 1968 zdobył Mistrzostwo Europy). Grał też na 3 Mundialach(1966,1970 i 1974). W 1970 roku w finale z Brazylią miał kryć samego Pele. Legendarny Brazylijczyk strzelił pierwszego gola a Burgnich po meczu powiedział: „Mówiłem sobie przed spotkaniem że to tylko człowiek z krwi i kości. Myliłem się.” Pierwszym klubem Tarcisio w karierze było Udinese skąd przeniósł się do Juventusu a potem do Palermo. Kiedy w 1962 roku trafił do Interu okazało się że doskonale pasuje do defensywnego sposobu gry preferowanego przez Helenio Herrerę. Grał jako prawy lub środkowy obrońca, poza tym idealnie nadawał się do ówczesnego Interu dzięki twardości i bezkompromisowości na boisku. Wywalczył z klubem 4 tytuły mistrza Włoch, 2 Puchary Mistrzów oraz 2 Puchary Interkontynentalne. W sumie wystąpił w 467 meczach strzelając 4 gole. Zagrał także 66 razy w reprezentacji(debiut w 1963). Na Mundialu w 1970 w pamiętnym półfinale z RFN Burgnich strzelił bardzo ważnego gola na 2-2 w ósmej minucie dogrywki a emocjonujący mecz Włosi wygrali ostatecznie 4-3! W 1974 Tarcisio odszedł z Interu do Napoli, z którym w 1976 zdobył Puchar Włoch. Karierę zakończył rok później w wieku 38 lat. Jako trener pracował później w kilku włoskich klubach ale bez sukcesów.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@Lucyffffer1922 Coś mi się wydaje że sobie żarty stroisz ale nie wiem po co!?

11

,,Seny, pit i collons!”

Cules nigdy nie zapomną!

25 kwietnia 2014 roku zmarł 46-letni trener FC Barcelony, Tito Vilanova. Katalończyk i cule z krwi i kości od zawsze marzył o grze w barwach swojej ukochanej drużyny. Choć tego marzenia nigdy w pełni nie udało mu się zrealizować, to cules będą pamiętać o nim przez długie lata. Francesc Vilanova i Bayo, bo tak naprawdę brzmiało jego imię i nazwisko, przyszedł na świat w katalońskim miasteczku Bellcaire d’Emporda 17 września 1968 roku. Pierwsze piłkarskie kroki Tito stawiał jako pomocnik w maleńkim klubie z rodzinnego miasta. Jako dwunastoletni dzieciak przeniósł się do pobliskiego Figueres, gdzie wypatrzyli go skauci Barcelony. W starym budynku obok Camp Nou, gdzie mieściła się La Masia, zamieszkał w 1984 roku. Wówczas również poznał młodszego o ponad 2 lata, acz bardziej utalentowanego piłkarsko Pepa Guardiolę. Nawiązała się między nimi przyjaźń, która przetrwała czas, gdy Tito został ”odsiany” przez brutalną selekcję w rezerwach Dumy Katalonii. Na rozmaitych szczeblach drabiny rozwojowej Blaugrany występował przez sześć lat, z czego ostatnie dwa sezony spędził w rezerwach. Nie dane było mu zadebiutować w pierwszym zespole. Później przez kolejną dekadę reprezentował głównie kluby w niższych ligach.

Apogeum piłkarskiej kariery wychowanka La Masii przypadło na lata w Galicji, gdzie z Celtą Vigo między 1992 a 1995 rokiem grał w Primera Division, choć zanotował tam ledwie 26 występów przez trzy sezony. Buty na kołku zawiesił w 2001 roku, zająwszy się trenerką. Nim otrzymał od swojego przyjaciela szansę powrotu do Barcelony, zbierał pierwsze szlify na prowincji – w Palafrugell i Figueres. W międzyczasie pełnił też rolę dyrektora sportowego w Terrassie. To stąd wyciągnął go sygnał od Pepa Guardioli. Stary znajomy Vilanovy zaproponował 35-latkowi współpracę u swojego boku, w roli asystenta trenera rezerw Barcelony. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Po roku i wywalczeniu awansu z Barcą B do Segunda Division, Pep zastąpił Franka Rijkaarda w pierwszym zespole. Wraz z przyjacielem tę samą drogę przebył Tito. Kolejne 4 lata pracy wspomnianego duetu w Barcelonie, to najlepszy okres w historii klubu. Zdobyli 14 trofeów, w tym dwa Puchary Europy. Czas ten jednak miał też ciemniejsze oblicze… 22 listopada 2011 roku FC Barcelona poinformowała, że Tito Vilanova przeszedł zabieg usunięcia guza ślinianki przyusznej. Już po kilku dniach został wypisany do domu, a na początku grudnia pojawił się na Camp Nou. Wydawało się, że wrócił do zdrowia, a choroba pójdzie w niepamięć. Minął rok, Tito zdążył przejąć schedę po Pepie. Barca pod jego wodzą kroczyła w lidze od zwycięstwa do zwycięstwa, notując po drodze tylko remis w El Clasico. W Lidze Mistrzów potknęła się dwukrotnie, przegrywając mimo dominacji z Celtikiem i remisując w na poły rezerwowym składzie z Benfiką. Blaugrana zaczęła więc sezon w świetnym stylu, wygrała swoją grupę w Lidze Mistrzów i prowadziła w La Liga. Kiedy wszystko układało się wyśmienicie, trener Dumy Katalonii usłyszał wiadomość, która spowodowała ogólną konsternację.

19 grudnia klub wydał komunikat, że Tito Vilanova ma nawrót nowotworu ślinianki. Pieczę nad zespołem przejął w owym czasie jego asystent, Jordi Roura. Szkoleniowiec nazajutrz ponownie znalazł się na stole operacyjnym. Kolejnymi etapami leczenia stały się chemioterapia i radioterapia. Minął miesiąc i trener katalońskiego klubu pojawił się na ławce w meczu wyjazdowym z Realem Sociedad San Sebastian. Powrót okazał się jedynie chwilowy. Miejscem dalszej terapii były Stany Zjednoczone. Leczenie za oceanem zakończono w końcówce marca. Choroba wyglądała jedynie na przykre wspomnienia. W decydującej fazie rozgrywek, 44-latek, tak jak na początku sezonu, dyrygował bordowo-granatową orkiestrą. Zanim ruszyły na dobre letnie przygotowania do kolejnej kampanii, stało się jasne, że Tito nie poprowadzi w niej Dumy Katalonii. Wydarzenia z lipca 2013 odbiły się w naszym kraju szerokim echem. Dzień przed planowanym sparingiem przedsezonowym z Lechią Gdańsk na PGE Arenie, serwisy informacyjne podały: „Tito Vilanova nie będzie już trenerem Barcelony. Zastąpi go Gerardo 'Tata’ Martino”. Oczywiście mecz na trójmiejskim obiekcie natychmiast został przełożony o 10 dni. Tito leczony w barcelońskiej klinice uniwersyteckiej Vall d’Hebron, pomiędzy kolejnymi zabiegami i fazami leczenia zawitał kilkukrotnie na Camp Nou. Zawsze był witany owacyjnie i wzbudzał ogromne emocje. Okazywano mu wsparcie i szacunek za to, czego dokonał z klubem. Kiedy znów powiało optymizmem i Tito opuścił placówkę medyczną, stało się najgorsze. 24 kwietnia 46-letni Katalończyk z powodu problemów żołądkowych wrócił pod opiekę lekarzy. Szybko zapadła diagnoza: ,,Rak zaatakował żołądek chorego. Stan byłego trenera jest krytyczny” – informowali lekarze. W tym wypadku nic nie dało się już zrobić i 25 kwietnia Francesc „Tito” Vilanova zmarł, pogrążając w smutku całe środowisko Barcelony, ale przede wszystkim swoją rodzinę. Zostawił żonę Montse, z którą przeżył wspólnie 22 lata oraz dwójkę dzieci: córkę Carlotę i syna Adrię, który nota bene grał i do dziś gra w młodzieżowych drużynach Barcy.

Tytuł artykułu to motto życiowe Tito Vilanovy. W wolnym tłumaczeniu z katalońskiego: „Rozsądnie, odważnie i z jajami”.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@Safrani Cześć Widzewiak! Nie miałem dzisiaj za dużo czasu ale już ci odpowiadam: Otóż nie do końca się z tobą zgodze co do najważniejszej postaci ,,naszego" umiłowanego klubu. Uważam że generalnie nie da się określić tej jednej jedynej najważniejszej postaci FC Barcelony. Nawet to że Gamper bardzo dbał i założył Blaugrane w moim mniemaniu niekoniecznie musi figurować jako ten najważniejszy. Na przykład wielka osobistość, jakim był Josep Sunyol przypłacił życiem za ,,nasz" klub, o czym niejednokrotnie już wspominałem. Następna wybitna postać to Josep Samitier, o którym powinieneś słyszeć. Nie dość że był wybitnym piłkarzem, to był jeszcze wybitnym prezesem FC Barcelony. To on osobiście sprowadził wielkiego ,,Laszlo" Kubale do klubu, który jechał pociągiem do Madrytu podpisać kontrakt z Realem. Mało tego(nie wiem czy wiesz?), to właśnie dzięki geniuszowi Kubali powstał kultowy Camp Nou! Tak, tak, ludzie byli do tego stopnia zachwyceni Węgrem że potrzebny był dużo większy stadion niż ,,Camp de Les Corts", gdyż zwyczajnie był za mały. A nie wiem czy wogóle wiesz że jedyny pomnik(stojący pod Camp Nou), to pomnik właśnie Laszlo Kubali. Następna postać to genialny strateg Rinus Michels. Owszem Johan Cruijff rozwinął ten tzw. futbol totalny ale to Michels go stworzył, no i przedewszystkim Michels ściągnął Johana do Barcuni. Tak że uważam że nawet sam Gamper nie może być jedyną najważniejszą postacią w historii FC Barcelony...

0

@JordiAlbion Generalnie masz racje ale jak ci wchodzą do szatni i grożą śmiercią a w efekcie przegrywasz 11:1, to co będzie później czuł każdy prawdziwy cule???

0

@Lucyffffer1922 Ale jako kilkulatek? Czy to ma być żart?

1

@July_6_BcN Ależ prawdziwi cules zawsze będą mieli w sercu coś do Realu a mianowicie wrogość i nienawiść...!

9

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

25 kwietnia 1979 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe SK Beveren 1:0 w ramach rewanżowego spotkania półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansuje do finału(w pierwszym meczu Blaugrana również wygrała 1:0 po wykorzystanym rzucie karnym przez Rexacha). Jedynego gola z rzutu karnego zdobył dosłownie w ostatnich sekundach meczu Krankl. W drużynie z Beveren występował wówczas genialny bramkarz Jean Marie Pfaff, jednak przy rzucie karnym był bez szans.



@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

7

Debiuty legend:

25 kwietnia 1965 r. w wyjazdowym meczu z Racingiem Santander w 1/16 Copa del Rey zadebiutował Carles Rexach, jednocześnie strzelając gola w debiucie. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 1:4.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak Duma Katalonii nie może istnieć bez historii:

25 kwietnia 1901 r. Bartomeu Terradas i Brutau został drugim w kolejności prezydentem FC Barcelony, zastępując na tym stanowisku Waltera Wilda. Terradas, były pomocnik i aż do tamtej chwili skarbnik organizacji jest pierwszym w historii katalońskim prezydentem Dumy Katalonii. To właśnie Terradas poszukał właściwego miejsca aby drużyna mogła rozgrywać swoje mecze po opuszczeniu boiska przy hotelu Casanovas. Terradas znalazł odpowiednią działke w pobliżu domu Can Sabadell, usytuowaną przy skrzyżowaniu ulic Horta i Pinar del Rio, przy Guinardo. W tym rejonie futbol był już zakorzeniony dzięki takim klubom jak Iberia i Catalonia FC. Założył je i kierował nimi Ricardo Cabot, który w 1921 r. został jednym z dyrektorów Blaugrany. Bartomeu Terradas był jednym z najbardziej utalentowanych prezydentów w historii FC Barcelony. Podczas swojej kadencji, Bartomeu walnie przyczynił się do powstania Katalońskiego Związku Piłki Nożnej, który skupiał ówcześnie wszystkie kluby z regionu katalońskiego z wyjątkiem Espanyolu i Internacionalu. Zespoły te dołączyły do katalońskiej organizacji dopiero później. To właśnie za rządów Bartomeu Terradesa powstała pierwsza Komisja Sportowa Klubu, w skład której wchodzili Gamper, Meyer i Widerkehr. Wtedy też zostały utworzone druga i trzecia drużyna Blaugrany.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

5

@FCBparasiempre
Johan Cruyff jest jedną z tych postaci w historii futbolu, która wywarła ogromny wpływ na jego rozwój. Podniósł styl gry na nowy poziom, który ewoluuje do dziś. Oto postać, która do dziś jest uważana za jednego z najlepszych piłkarzy, oraz trenerów w historii futbolu. Hendrik Johannes Cruijff (poza Holandią przyjęło się używanie zapisu Cruyff) przyszedł na świat 25 kwietnia 1947 roku w amsterdamskiej dzielnicy Betondorp, która znajdowała się zaledwie kilkaset metrów od ówczesnego stadionu Ajaxu – de Meer. Rodzicami Holendra byli Hermanus Cornelis Cruyff oraz Petronella Bernarda Draaijer. Rodzina była średnio zamożna, matka zajmowała się domem a ojciec prowadził sklep z warzywami. Już od najmłodszych lat u Cruyffa widać było zamiłowanie do piłki nożnej. Wydaje się to naturalne, biorąc pod uwagę sąsiedztwo stadionu piłkarskiego. Młodzieniec wraz z kolegami wciąż grał w piłkę na lokalnych skwerach i ulicach. Piłka szybko stała się częścią jego codziennego życia, a w wieku 7 lat rozpoczął on regularnie grywać z rówieśnikami, będącymi częścią lokalnej akademii piłkarskiej Trzy lata później został dostrzeżony przez skautów Ajaxu. Co ciekawe, Cruyff na początkach swojej sportowej kariery przejawiał również zamiłowanie i talent do koszykówki. Gdy Holender miał 12 lat, jego ojciec zmarł na atak serca, co bardzo dotknęło młodzieńca. Szybko zajął się nim człowiek, który odpowiadał za murawę na stadionie Ajaksu. Dzięki temu chłopiec mógł spędzać jeszcze więcej czasu na stadionie, obserwować pierwszą drużynę i stawać się częścią „klubowej rodziny”. Piłkarski talent Cruyffa został szybko dostrzeżony, przez co piłkarz został szybko wcielony w szeregi akademii. Angielski styl treningowy narzucony przez trenera wzmocnił siłę, dynamikę i pewność siebie u Hendrika. W połączeniu z jego naturalną inteligencją boiskową i wysokimi umiejętnościami technicznymi Cruyff szybko zaczął przeważać nad rówieśnikami. Gdy miał 15 lat był już na tyle ukształtowanym piłkarzem, że trenował z 3 lata starszą grupą zawodników. Mimo to na debiut w pierwszej drużynie Ajaksu czekał do 15 listopada 1964 roku, kiedy to w wieku 17 lat wystąpił przeciwko drużynie FC Groningen. Debiut był bardzo udany, gdyż Cruyff zdołał strzelić gola. Bardzo słaba postawa drużyny w sezonie 1964/1965 i 13 pozycja na zaledwie 16 zespołów w lidze spowodowała, że w klubie zaczęto odważne zmiany. Jedną z nich było postawienie na Cruyffa, który miał kilka błyskotliwych występów w poprzednim sezonie, jednak był uważany za zbyt młodego i niedoświadczonego, by liczyć na stałe występy. Nowy trener Rinus Michels nie bał się stawiać na 18 latka, widząc w nim cechy niezbędne dla wprowadzenia swojego systemu taktycznego. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż drużyna zaczęła grać coraz lepszą piłkę, a o 18-letnim Holendrze, który seriami zdobywa bramki, rozpoczęło się robić naprawdę głośno. Sezon zakończył się sukcesem dla drużyny, która zdobyła mistrzostwo, ale również dla piłkarza, który został dostrzeżony przez George’a Kesslera – ówczesnego selekcjonera Oranje.

Ciężko powiedzieć, czy za sukcesem Cruyffa stały jego niezwykłe umiejętności, czy osoba Rinusa Michelsa, który rozpoczął rewolucję w Ajaksie. Bez wątpienia piłkarz idealnie dopasował się do filozofii, którą wdrażał trener. Drużyna, która ostatnie lata była w wyraźnej stagnacji, z miejsca zaczęła wygrywać nie tylko na własnym podwórku, ale również w Europie. W sezonie 1966/67 Cruyff został królem strzelców, strzelając 33 gole, a jego zespół zdobył mistrzostwo i Puchar Ligi. Również kolejny sezon był bardzo udany, gdyż drużyna po raz trzeci z rzędu zdobyła mistrzostwo, oraz dotarła do finału Pucharu Europy, gdzie uległa Milanowi. Można oczywiście przypisywać część zasług świetnej postawie Cruyffa, który miał ogromny mentalny wpływ na całą drużynę, niemniej jednak nie sposób nie oddać zasług trenerowi, który stworzył podstawy taktyczne kierujące Cruyffem przez całą piłkarską i trenerską karierę. ,,Granie w piłkę jest bardzo proste, jednak granie prostej piłki jest jedną z najtrudniejszych rzeczy.”- mawiał Cryujff. Kolejne sezony w Ajaksie to ciągła droga na szczyt. Pomimo kontuzji, która wyeliminowała Holendra na początku sezonu 1970/71, Johan wrócił do gry i strzelił wiele cennych bramek. Wartym odnotowania jest występ przeciwko AZ Alkmaar i strzelone 6 bramek. Był to bardzo udany sezon, w którym to Ajax odzyskał krajowy tytuł, oraz zdobył upragniony Puchar Mistrzów, pokonując w finale na Wembley Panathinaikos 2:0. Był to ostatni sezon w Amsterdamie ówczesnego trenera Rinusa Michelsa, który przeniósł się do Barcelony. Cruyff nie poszedł jednak w ślady swojego trenera i pomimo spekulacji na temat przenosin do Katalonii, przedłużył kontrakt z Ajaksem o kolejne 7 lat. Świetny sezon w wykonaniu zespołu i zawodnika przełożył się na pierwszy w karierze tytuł Europejskiego Piłkarza Roku 1971. Pomimo ogłoszenia najlepszym piłkarzem, Cruyff nie zwalniał tempa. Kolejny sezon to dalsze sukcesy drużyny, która pod wodzą nowego trenera obroniła Puchar Mistrzów. Kluczem do wygranej była świetna postawa Johana, który zdobył 2 bramki. Drużyna nie zwalniała tempa, wygrywając Superpuchar Europy oraz po raz trzeci z rzędu broniąc Pucharu Mistrzów w meczu, w którym przeciwnikiem był Juventus. Za sprawą wybitnej gry w sezonie 1972/73 Cruyff został ponownie uhonorowany tytułem Europejskiego Piłkarza Roku 1973. Był to zarazem ostatni sezon w barwach Ajaksu. To, co nie udało się 3 lata wcześniej, stało się faktem latem 1973 roku. Warto zwrócić uwagę, że jednym z głównych powodów braku transferu w sezonie 1970 był zakaz transferów piłkarzy obcego pochodzenia, jaki w tamtym czasie obowiązywał w Hiszpanii. Gdy został on zniesiony w 1973 roku, Cruyff był jednym z pierwszych piłkarzy sprowadzonych na półwysep Iberyjski. Początkowo zarząd Ajaksu nie chciał wyrazić zgody na transfer, jednak ostateczna kwota oscylująca w granicach 1,5 mln dolarów przekonała włodarzy do zgody na transfer. Najlepszy piłkarz Europy przeszedł do Barcelony, ustanawiając nowy rekord transferowy.

Holender zadebiutował w drużynie Dumy Katalonii 28 października 1973 roku, w meczu przeciwko Grenadzie. Należy pamiętać, że drużyna Barcelony przechodziła w tym okresie wyraźny kryzys, mając zaledwie 4 punkty po 8 kolejkach. Piłkarze nie potrafili przeciwstawić się potędze Realu Madryt. Nawet próby przeniesienia hiszpańskiej myśli filozoficznej futbolu totalnego, którego piewcą był Michels, nie przynosiły specjalnego rezultatu. Transfer Cruyffa odczarował drużynę. Od debiutu Holendra do ostatniego meczu sezonu Barcelona nie przegrała żadnego spotkania, zdobywając swój pierwszy tytuł od 14 lat. To nie tytuł jednak smakował kibicom najbardziej, a wygrana 5:0 nad Realem. Obserwatorzy byli zgodni – z Cruyffem w składzie drużyna „czuła, że nie może przegrać”. Udany sezon klubowy i reprezentacyjny oraz dostrzegalny wpływ zawodnika na drużynę Dumy Katalonii przełożyły się na kolejny tytuł Piłkarza Roku w Europie roku 1974. Tym samym Holender osiągnął to, co do tej pory nie udało się nikomu – zdobył ten tytuł trzykrotnie. Kolejny sezon w Barcelonie nie był już tak udany. Zmiana trenera na Hennesa Weisweilera zaowocowała wprowadzeniem ścisłej dyscypliny w klubie, co nie spodobało się zawodnikom. Również Cruyff zaczął popadać w konflikt z trenerem, a narastające problemy nie tylko natury sportowej spowodowały, że zawodnik zaczął szukać nowych wyzwań. Johan przeniósł się do USA, gdzie otrzymał lukratywne warunki zarobkowe. W 1979 roku zawodnik występował w Los Angeles Aztecs, następnie w Washinghon Diplomats, by ostatecznie wrócić do Europy. W wieku 34 lat w sezonie 1981/82 historia Cruyffa zatoczyła koło, a zawodnik wrócił do Ajaksu. Ostatecznie Holender zawiesił buty na kołku w wieku 37 lat, po krótkiej przygodzie z Feyenoordem Rotterdam. Wielkie sukcesy Cruyffa były bezpośrednio związane z rozwojem holenderskiej myśli taktycznej. Tak zwana „mechaniczna pomarańcza”, jak zwykło się określać reprezentację Holandii, wywodziła swoje jestestwo z sukcesów krajowych drużyn. Zarówno Ajax, jak i Feyenoord stanowiły w tym czasie o sile europejskiego futbolu, czego dowodem były liczne występy i sukcesy w finałach Pucharu Europy. Cruyff był symbolem holenderskiej myśli taktycznej, która opierała się między innymi na szybkości ruchów i podejmowanych decyzji. W reprezentacji Holandii podobnie jak w całej holenderskiej piłce zakochały się miliony ludzi za sprawą otwartej, ofensywnej gry. Najlepiej przedstawiają to słowa Cruyffa: ,,Jakość bez rezultatu jest bez znaczenia. Rezultat bez jakości jest nudny.”

Znaczenie, jakie Cruyff wywierał na reprezentacji, oddaje fakt, że gdy w meczu strzelił gola, drużyna nigdy nie przegrała. Swój debiut zaliczył w meczu przeciwko Węgrom, kiedy to w końcówce spotkania zdobył bramkę na wagę remisu. W swoim drugim meczu w kadrze otrzymał on czerwoną kartkę za niesportowe zaatakowanie przeciwnika. Jednym z najważniejszych momentów w karierze zawodnika były mistrzostwa świata w 1974 roku. Holandia zakwalifikowała się na tę imprezę po raz pierwszy od 1938 roku, a mimo to była stawiana w gronie faworytów. Droga do finału była zaskakująco łatwa, a 14 bramek w 6 kolejnych spotkaniach tylko umocniło zawodników, że zasługują na mistrzostwo. Pewność siebie okazała się zgubna, gdyż ulegli gospodarzom turnieju RFN 2:1. Mimo to bilans bramek 15:3 i efektowna gra rozkochały w reprezentacji nie tylko holenderskich kibiców. Cruyff poprowadził drużynę do 3 miejsca w mistrzostwach Europy, które odbywały się 2 lata później w Jugosławii. Rezultat ten był zawodem dla kibiców i drużyny. Zawodnik odmówił wyjazdu na mistrzostwa świata w 1978 roku, tłumacząc się brakiem formy, jednak jak wiele lat później się okazało, powodem była próba porwania jego rodziny. Najwięksi piłkarze nie przechodzą na emerytury – oni co najwyżej zmieniają charakter swojej przygody z futbolem. Również Cruyff jest przykładem dowodzącym tej tezy. Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki poszedł w ślady swojego mentora i autorytetu – Rinusa Michelsa, przejmując stery Ajaksu Amsterdam. Trener z miejsca zaczął wprowadzać koncepcję futbolu, która była mu najbliższa – oparł formację na trzech obrońcach, oraz jednym defensywnym pomocniku, który w razie potrzeby uzupełniał szyki obronne. Przed nimi było miejsce dla dwóch kolejnych pomocników, którzy odpowiadali za kontrolę środka pola. Formację uzupełniało dwóch zawodników skrzydłowych, ofensywny pomocnik pełniący funkcję cofniętego napastnika i środkowy napastnik. Niestety Cruyff nie zagrzał długo miejsca w ekipie Ajaksu, przenosząc się do Barcelony. Dopiero w Katalonii Holender dostał czas, środki i zaufanie do pełnego wdrożenia swojej myśli futbolu. Gdy w 1988 roku była legenda klubu objęła jego stery na ławce trenerskiej, kibice łączyli z nim duże nadzieje. Cruyff odważnie postawił na młodych piłkarzy, ucząc ich myślenia na boisku. Trener zwrócił uwagę na technikę użytkową, twierdząc, że: ,,Technika to nie zdolność do żonglowania piłką 1000 razy. To może zrobić każdy przy odpowiednim treningu praktycznym i może zagwarantować sobie jedynie pracę w cyrku. Technika to podawanie piłki na jeden kontakt, z odpowiednią szybkością i do odpowiedniej nogi partnera z zespołu.” Jedną z najważniejszych rzeczy, które Holender wypracował w Barcelonie, to polityka kadrowa i decyzja o wprowadzeniu Guardioli do składu. Bez tego nie wiadomo, gdzie dziś byłaby Duma Katalonii. Zanim były piłkarz Blaugrany trafił na ławkę trenerską, zespół nie potrafił wygrać ligi. Podobnie jak to miało miejsce 20 lat wcześniej, tak też i tym razem, osoba Cruyffa była kluczowa dla przełamania złej passy Barcelony. Pod wodzą Holendra zespół zaczął grać ofensywny, miły dla oka futbol, a drużyna zaczęła odnosić sukcesy. Spędzając 8 lat na ławce trenerskiej, stał się najbardziej utytułowanym trenerem w historii klubu, zdobywając z nim 4 tytuły mistrzowskie, 3 superpuchary Hiszpanii, Puchar Europy oraz inne trofea, które dziś dumnie zdobią gablotę Camp Nou.

Pod koniec swojej przygody trenerskiej Cruyff popadł w konflikt z ówczesnym prezesem. Po dwóch sezonach bez trofeum odszedł z Barcelony, odrzucając przy tym kolejne propozycje objęcia drużyn lub reprezentacji. Z perspektywy czasu o Cruyffie wydaje się mówić tylko dobrze. Niemniej jednak jak każda wielka osobistość, tak też i Holender miał swoje wady, które w mniejszym lub większym stopniu mogą wpływać na jego ocenę. Zwłaszcza na początku kariery Cruyff był bardzo samolubnym piłkarzem. W swoich wywiadach zaznaczał, że robił to, co potrafił najlepiej – strzelał bramki. Jego samolubność na boisku była wybaczona przez zabójczą skuteczność. Nie można odmówić legendzie braku skromności – dowodem tego mogą być, chociażby takie wypowiedzi jak „Zanim zrobię błąd, nie robię takiego błędu”, „Rzadko popełniam błędy, ponieważ nie lubię być w błędzie”, czy „Ludzie, którzy nie są na moim poziomie, nie mogą wpłynąć na moją uczciwość”. Holender potrafił być wybuchowy, o czym świadczy czerwona kartka w meczu przeciwko Węgrom na początku kariery reprezentacyjnej. Gdy został ukarany czerwoną kartką w barwach Barcelony, nie mógł się z tym pogodzić i nie chciał zejść z boiska – musiał zostać odprowadzony do szatni siłą. Innym razem po otrzymaniu czerwonej kartki, obraził sędziego. To pokazywało, że Cruyff nie zawsze potrafił panować nad emocjami, zwłaszcza gdy się z czymś nie zgadzał. Negatywnie o Cruyffie wypowiadał się również Van Gaal, chociaż nie sposób nie odnieść wrażenia, że obaj za sobą nigdy nie przepadali. Możliwe, że jest to spowodowane podobieństwami charakteru zarówno jednego, jak i drugiego Holendra. Oboje są uparci i pewni swoich racji. Osobną kwestią jest krytyka ze strony podopiecznych, których Cruyff trenował w Barcelonie. Powszechna jest opinia, że był on bardzo surowy i wymagający. Jego metody treningowe były mordercze dla piłkarzy, niemniej jednak nie sposób odmówić sukcesów, które te metody przynosiły. Jako ciekawostkę można dodać, że Johan od wczesnych lat palił papierosy. Pomimo nałogu nie narzekał na wydolność oddechową. Niemniej jednak w 1991 roku po wszczepieniu bypassu rzucił on palenie i zaczął udzielać się w kampaniach antynikotynowych. Był żonaty od 1968 roku i miał trójkę dzieci. Wielu uważa, że imię, które wybrał dla swojego najmłodszego syna (Jordi), było eskalacją sprzeciwu wobec dyktatury Generała Franco, który zakazał używania symboli i nadawania imion związanych z Katalonią. Cruyff zaprzeczył tym doniesieniom, twierdząc, że wybrał to imię z powodu ładnego brzmienia, a nie znaczenia (Jordi to typowo katalońskie imię). Hendrik Johannes Cruyff to wielka postać. Miał on ogromny wpływ nie tylko na drużyny, w których występował, ale na cały proces rozumienia piłki nożnej. Jego liczne sukcesy tylko po części oddają wielkość. Aby ocenić Holendra, należy spojrzeć szerzej, przez pryzmat dziedzictwa, które wciąż widzimy w drużynach grających Futbol Totalny. Cruyff stał na czele fundacji, która pomaga dzieciom, które nie mają szans na karierę w sporcie. Jest źródłem wielu publikacji, biografii i filmów dokumentalnych. Jego osoba znajduje się w TOP 10 największych Holendrów (wyprzedził m.in. Vincenta van Gogha, Marko van Bastena i holenderską królową Julianę), a jego imieniem nazwano nawet jedną z nowoodkrytych asteroid.

18

Panie i panowie, szanowni cules dzisiaj przypada 78 rocznica urodzin Ś.P. Johannesa Hendrika Cruijffa. Pochylmy się w zadumie ku czci ikony futbolu i wielkiej legendy FC Barcelony…

Samolubny geniusz czyli ,,Latający Holender”:


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@ricardo0705 Dokładnie tak jak mówisz! W finale rozpierdzielilibyśmy tych szwabów aż miło...

12

Całe ,,Barcelonizmo” pogrążyło się w rozpaczy(a ja wraz z nim):

24 kwietnia 2012 r. FC Barcelona zremisowała na Camp Nou 2:2 z Chelsea FC w rewanżowym spotkaniu półfinału Ligi Mistrzów i w efekcie odpadła z rozgrywek. Barça odrobiła stratę z pierwszego meczu w Londynie za sprawą gola Busquetsa w 35 minucie. Dwie minuty później czerwoną kartke otrzymał John Terry a w 43 minucie Iniesta podwyższył wynik spotkania. Wydawało się że nikt i nic nie może odebrać Katalończykom awansu, lecz chwila nieuwagi w doliczonym czasie pierwszej połowy kosztowała bramke strzeloną przez Ramiresa. Podopieczni Guardioli ruszyli do ataku od samego początku drugiej połowy i już w 49 minucie wywalczyli rzut karny po faulu Drogby na Fabregasie. Do piłki podszedł Messi i… jego strzał wylądował na spojeniu słupka z poprzeczką. Ewentualny gol byłby 15 trafieniem Argentyńczyka w tamtej edycji Ligi Mistrzów, czym pobiłby rekord goli w jednej edycji Pucharu Europy. Jednak w głowach piłkarzy i wszystkich cules nie było myśli o żadnych rekordach tylko o strzeleniu choćby jeszcze jednego gola. Cała druga połowa była biciem głową w mur w wykonaniu Blaugrany i rozpaczliwą ale skuteczną obroną ,,The Blues”. W jednej z ostatnich akcji meczu, do wybitej na środek boiska piłki dopadł Fernando Torres i nie atakowany pobiegł w pole karne Barçy, mijając bramkarza i doprowadzając do remisu a przy okazji do rozpaczy nas wszystkich cules. Do dzisiaj nie mogę pojąć jak można było zmarnować taką okazje na finał a być może i na triumf w Lidze Mistrzów, mając takiego trenera i takich zawodników jak Puyol, Pique, Xavi, Iniesta czy wreszcie Messii? A propos Messiego, to przez ten niewykorzystany karny byłem na niego tak wściekły jak nigdy! Zresztą w ogóle po tym meczu to bite 3 dni nie mogłem pracować, jeść ani spać normalnie. To był dla mnie jakiś koszmar………!!!



@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

10

Tak oto rządził Josep Lluis Nuñez:


24 kwietnia 2000 r. FC Barcelona oddała walkowerem rewanżowy mecz półfinału Pucharu Króla z Atletico Madryt. Już 10 dni wcześniej istniało niebezpieczeństwo iż grający w klubie Holendrzy zostaną powołani do reprezentacji, która miała równolegle odbywać zgrupowanie. Hiszpańska federacja czekała jednak na oficjalne potwierdzenie. Wtedy było już jednak za późno na przełożenie meczu Copa del Rey. Mimo to organizator rozgrywek uważał, że winą Blaugrany było używanie zaledwie 20 licencji zawodniczych(w tym wiecznie kontuzjowanego Amunike), choć do dyspozycji było ich aż 25. Poza tym kalendarz znany był już teoretycznie w lipcu poprzedniego roku. Co więcej, według organizacji spełniony został warunek iż zawodnicy powinni trafić do kadry na 48 godzin przed meczem. Blaugrana miała odpowiedź na takie argumenty- nie chciała zgłaszać więcej piłkarzy z Barçy B, aby mogli oni również grać dla rezerw, w lipcu nie było wiadomo kto zagra w półfinałach i kto zostanie powołany do reprezentacji a trener Van Gaal nie chciał aby Holendrzy rozegrali aż 4 spotkania w osiem dni, co było wbrew zdrowemu rozsądkowi. Liczono że trener reprezentacji Frank Rijkaard zrezygnuje z powołania kadrowiczów, tak jak miało to miejsce w przypadku spotkania na stulecie klubu ale wtedy decyzje podjął sponsor Holendrów i Barçy, firma Nike. Na Camp Nou przed około tysiącem widzów pojawiło się więc dziesięciu zdrowych piłkarzy i rezerwowy bramkarz Arnau, lecz Duma Katalonii zrezygnowała z gry z Atletico. Drużyna z Madrytu zwyciężyła walkowerem a FC Barcelone wykluczono z kolejnej edycji Pucharu Króla. W lipcu cofnięto jednak tą drugą decyzje i Blaugrana wystartowała w kolejnych rozgrywkach. Jak widzimy, za czasów Nuñeza też się ,,działo” a przypomne tylko że Josep Lluis Núñez dnia 21 października 2014 r. wraz z synem został skazany na 2,5 roku więzienia za korupcję na pracowniku Urzędu Skarbowego oraz otrzymał wraz z nim zakaz pełnienia funkcji publicznych przez najbliższych 7 lat oraz 1,5 miliona euro grzywny.


@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

9

Pierwszy w historii Barçy półfinał na arenie międzynarodowej:

24 kwietnia 1910 r. FC Barcelona zremisowała 1:1 w półfinale Pucharu Pirenejów z francuską ekipą Olympique de Cette i… awansowała do finału! Jak do tego doszło że przy remisie awansowała do finału? Rzecz prozaiczna, otóż Francuska drużyna nie chciała grać w dogrywce, ponieważ była wyczerpana i wolała odpaść remisując 1:1. Jedynego gola dla Blaugrany strzelił napastnik Josep Graell Pons. Puchar Pirenejów był oficjalnymi rozgrywkami organizowanymi przez Francuską Federację Piłki Nożnej, które odbywały się w latach 1910-1914 (5 edycji) i w których brały udział drużyny graniczące z Pirenejami, m.in. z Kraju Basków. O tym co się wydarzyło w finale dowiecie się 1 maja.
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

12

Wspaniała historia ze szczęśliwym zakończeniem:

17 kwietnia 1960 r. FC Barcelona przypieczętowała swój ósmy tytuł mistrzowski La Liga w historii. Zadecydował o tym ostatni mecz Primera Division z Realem Saragossa wygrany na Camp Nou 5:0. Rywalizacja w sezonie 1959/60 była niezwykle zacięta. Real Madryt, który miesiąc później zdobył swój 5 Puchar Europy z rzędu, skończył lige z identycznym dorobkiem punktowym i pierwszy raz w historii o końcowym tryumfie decydowała różnica goli. Real wygrał swój ostatni mecz z Las Palmas tylko 1:0, natomiast ,,La Manita” wbita Saragossie pozwoliła Blaugranie ostatecznie wyprzedzić Królewskich zaledwie o 2 gole! Cóż to musiała być za radość…!

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

9

Cules pamiętają!

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

17 kwietnia 1889 r. w Madrycie urodził się Carlos Comamala, z zawodu ortopeda, jedna z największych legend FC Barcelony, bliski przyjaciel Joana Gampera i napastnik Blaugrany w latach 1903-1911. Comamala, który łączył gre w piłke nożną z uprawianiem innych dyscyplin sportowych, jak rugby, lekkoatletyka czy pływanie a także z prowadzeniem zajęć z wychowania fizycznego w Institut Kinesiterapic Garcia-Alsina, został wyrzucony z klubu za ustalenie kwoty pieniężnej za mecz w Walencji bez wiedzy dyrekcji Barçy, jeszcze przed profesjonalizacją futbolu. Jednak to właśnie Comamala w pierwszych latach istnienia Blaugrany, zainspirowany herbem stolicy Katalonii, stworzył pierwszy znak rozpoznawczy klubu. Goleador Barçy przetrwał w historii FC Barcelony jako zwycięzca publicznego konkursu, który klub zorganizował w 1910 r. na zaprojektowanie jego oficjalnego herbu. Jako napastnik Dumy Katalonii rozegrał 154 mecze strzelając… 172 gole!

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Destroyer_of_Worlds Inter to nie Borussia i coś wątpie że wrzucimy im 3 gole nie tracąc żadnego....
Obyś miał racje!

1

@blakkudium To znaczy co? czerwona kartka?

0

@KrychaFCB Jedyne z czym się absolutnie nie zgodze to: Inter z całą pewnościa nie jest marny i nie gra autobusu. Potrafi grać atak pozycyjny i strzelać z niego gole...

1

@blakkudium Coż to za głupoty tutaj wpuszczasz!?

10

Postacie hiszpańskiego futbolu:

16 kwietnia 1960 r. urodził się Rafael Benitez, hiszpański piłkarz i trener. Jest wychowankiem Realu Madryt. Ponadto był zawodnikiem klubów z Parli i Linares. W wieku dwudziestu sześciu lat zakończył piłkarską przygodę i poświęcił się działalności szkoleniowej. Początkowo pracował z dziećmi i młodzieżą, m.in. w Realu Madryt. Jako trener zespołu seniorów zadebiutował w 1995 roku w Realu Valladolid. Aż do 2001 roku, kiedy został szkoleniowcem Valencii CF, prowadził drużyny drugoligowe lub walczące o utrzymanie się w Primera División. Z Valencią dwukrotnie wywalczył mistrzostwo Hiszpanii oraz – w 2004 roku – Puchar UEFA. Dobrą passę kontynuował w Liverpoolu FC i dzięki wygraniu Pucharu Anglii oraz dwukrotnemu awansowi do finału Ligi Mistrzów stał się jednym z najbardziej cenionych współczesnych szkoleniowców. Kontrakt z Liverpoolem rozwiązał za porozumieniem stron 3 czerwca 2010 roku. Z dniem 8 czerwca 2010 roku stał się trenerem włoskiego klubu Inter Mediolan. 23 grudnia 2010 roku został zwolniony z funkcji trenera Interu Mediolan.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

11

Zapomniane legendy futbolu:

16 kwietnia 1933 roku urodził się Marcos Alonso Imaz, hiszpański obrońca, 5-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów: 1956,1957,1958,1959 i 1960(z Realem Madryt) ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego z 1960 r. oraz 5-krotny Mistrz Hiszpanii: 1955,1957,1958,1961,1962- to wszystko z Realem Madryt. Marcos profesjonalną karierę rozpoczął na początku lat pięćdziesiątych w Racingu Santander, z którego przeszedł w 1954 do Realu. W barwach Królewskich osiem lat występował obok takich legend jak Ferenc Puskás czy Alfredo Di Stéfano, sięgając po pięć mistrzostw Hiszpanii i tyle samo Pucharów Europy. Był w tamtym czasie jednym z najlepszych defensorów świata. Pierwszym profesjonalnym futbolistą z rodziny był Marcos Alonso Imaz, nazywany Marquitosem. Obrońca z Santader wzmocnił szeregi Realu Madryt w 1954 roku, stając się podporą defensywy zespołu, który na przełomie lat 50. i 60. osiągał znakomite sukcesy: pięciokrotnie triumfował w Pucharze Europy i sześciokrotnie w rozgrywkach ligowych. Jedna z zaledwie kilku bramek, które strzelił dla Realu Madryt, padła w finale pierwszego Pucharu Europy przeciwko Stade de Reims, który Wikingowie zwyciężyli 4-3. Tak wspomina to trafienie: "Atakowałem z głębi. Podałem do Di Stéfano, ten mi oddał. Wtedy podałem do Marsala, ten strzelił ale francuski bramkarz wypiąstkował przed siebie. Ja dobiłem, obijając nogę obrońcy. Weszło, remisowaliśmy!".

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

@Pedri16Future Już widze że odrobili strate 3 goli z rewelacyjnie grającą Borussią w 2013 roku. W zasadzie są zdolni do wszystkiego u siebie. No chyba że Arsenal strzeli przynajmniej 2 gole na Bernabeu, to wtedy już się dziady nie podniosą! A nie przepraszam, odrobili tylko 2 gole ale mimo wszystko u siebie są bardzo groźni...!

1

@Pedri16Future Bez sprawdzania, czy aby z Manchesterem City nie odrobili 3 goli? Bodaj z kimś jeszcze wcześniej nie odrabiali(?) bo nie chce mi się teraz sprawdzać wszystkich sezonów Lig Mistrzów...

5

@FCBparasiempre
Często sędziowskie pomyłki wypaczają wyniki spotkań. Jednak przy tak szybkiej grze, jaką możemy obserwować na najwyższym poziomie, trudno nieraz ocenić sporne sytuacje. Na pewno nie można też posądzać arbitrów o celowe popełnianie błędów, żeby pomóc tej czy innej drużynie. Zdarzały się jednak w przeszłości pojedynki, w których trudno było oprzeć się wrażeniu, że sędzia ewidentnie gwizdał na korzyść tylko jednej z ekip. Taka sytuacja miała miejsce 16 kwietnia 1972 r. w Starej Zagorze w Bułgarii. Wtedy to w kwalifikacjach do turnieju olimpijskiego w Monachium gospodarze podejmowali reprezentację Polski. Obie ekipy spotkały się po raz 16. w historii. Jak dotąd czterokrotnie zwyciężali Biało-Czerwoni, podobnie też Bułgarzy. Siedem razy zaś mecze kończyły się remisami. Trzecim zespołem w grupie była amatorska kadra Hiszpanii, więc losy awansu miały się rozstrzygnąć właśnie w pojedynkach Polski i Bułgarii. Prowadzeni przez Kazimierza Górskiego Polacy byli świeżo po przegranych eliminacjach do mistrzostw Europy w 1972 r. Dobre występy przeplatali z gorszymi. Potrafili zremisować bezbramkowo w Hamburgu z RFN, a kilkanaście dni później przegrać ze słabą Turcją. Powoli jednak tworzył się zespół, który miał coraz większe przekonanie o swoich umiejętnościach. Górski, na fali sukcesów Górnika i Legii w europejskich pucharach, tworzył ekipę w oparciu o klubowe duety czy tercety. Wtedy jeszcze system ten był na etapie eksperymentów, ale wkrótce wszyscy mieli się przekonać, że przynosi on efekty. Mimo coraz lepszych wyników, polska reprezentacja dopiero pukała do bram światowej piłki. Bułgarzy byli w zupełnie innym miejscu. Grali na każdym z trzech ostatnich mundiali. Zarówno w Chile, Anglii oraz Meksyku kończyli udział na fazie grupowej, lecz można ich zaliczyć do ówczesnej szerokiej europejskiej czołówki. Swoją wartość udowodnili w 1968 r., kiedy to w dwumeczu o półfinał mistrzostw Europy przegrali minimalnie z późniejszymi triumfatorami – Włochami. W tym samym roku na igrzyskach w Tokio dotarli do finału, gdzie musieli uznać wyższość Węgrów. Nie dziwi zatem fakt, że Naroden Sport pisał przed meczem: ,,Polacy są wprawdzie groźni na własnym terenie, lecz bilans obydwu spotkań powinien okazać się korzystny dla naszej reprezentacji a hiszpańscy amatorzy nie będą się liczyć w końcowym rozrachunku.” Zarówno polscy, jak i bułgarscy kibice mieli świeżo w pamięci pojedynki z eliminacji do mistrzostw świata w 1970 r. W jednej grupie spotkali się wtedy; Bułgarzy, Polacy, Holendrzy i Luksemburg, ale to pomiędzy trzema pierwszymi zespołami rozegrała się walka o awans. Jak się później okazało, dla nas decydująca była porażka na wyjeździe z Bułgarią 1:4, która właściwie odebrała wtedy szanse na awans. W rewanżu wygraliśmy co prawda 3:0, ale mecz ten nie miał już większego znaczenia. Polacy mieli więc rachunki do wyrównania, a rywale wydawali się pewni siebie, co znajdowało potwierdzenie w prasie. W dzienniku Oteczestwen Front pisano: ,,Bułgarskie piłkarstwo było ostatnio wyżej notowane od polskiego i dlatego możemy być zadowoleni z losowania.” W ramach przygotowań do tej konfrontacji kadra Górskiego rozegrała dwa towarzyskie spotkania z NRD. Selekcjoner był z nich zadowolony, bo rywale zmusili Polaków do dużego wysiłku, a tylko takie sparingi przynoszą szkoleniowy pożytek. Udanie zaprezentowali się w nich Lubański, Gadocha i Szołtysik, ale także Hubert Kostka, który wrócił po półtora roku do reprezentacyjnej bramki i Jerzy Kraska, który z Szołtysikiem i Deyną stworzył dobrą drugą linię. Przed wylotem na lotnisku zgromadziło się wielu kibiców, którzy chcieli pożegnać swoich idoli. Wszyscy oczekiwali dobrego wyniku i byli pełni optymizmu. Ich nastroje udzielały się także piłkarzom. Mający po raz pierwszy pełnić rolę kapitana Włodzimierz Lubański stwierdził: ,,Jeśli z Bułgarią zagramy tak jak z NRD, a dlaczego mamy nie zagrać, to przywieziemy ze Starej Zagory co najmniej punkt, a może i dwa.” Trener Kazimierz Górski również był w dobrym humorze. W swojej książce ,,Z ławki trenera” wspominał: ,,Podzielałem optymizm kapitana naszej drużyny, wszyscy byliśmy pełni wiary w zwycięstwo. Może to być dla kogoś zaskoczeniem ale taki właśnie nastrój panował przed pierwszym meczem z Bułgarami.” Polacy przylecieli do Sofii w samo południe 15 kwietnia. Już na lotnisku potworny upał, do którego o tej porze roku byli nie przyzwyczajeni, dawał im się we znaki. W stolicy zostali przyjęci przez ambasadora Jerzego Szyszkę, a następnie złożyli kwiaty pod pomnikiem Georgi Dymitrowa, który był jednym z ojców bułgarskiego komunizmu. Przejechali ulicami Sofii, oglądając jej niektóre zabytki i zajechali na miejski cmentarz, gdzie spoczywali tragicznie zmarli Georgi Asparuchow i Nikoła Kotkow.

Wielu z zawodników rywalizowało z nimi na boisku czy to barwach klubowych, czy reprezentacyjnych, i w ten sposób chcieli oddać im hołd. Następnie odjechali autokarami do oddalonej o ponad dwieście kilometrów Starej Zagory. Gospodarze pewnie nieprzypadkowo wybrali na miejsce zawodów stadion w tym właśnie mieście. Podróż i warunki pogodowe miały maksymalnie utrudnić Polakom dobre przygotowanie się do meczu. Trener naszych rywali Wiktor Spasow zaszył się ze swoimi podopiecznymi w okolicach Starej Zagory. Nie dopuszczał do nich ani dziennikarzy, ani kibiców. Trenowali na stadionie dwa razy dziennie i byli pewni zwycięstwa. Głównym sędzią miał być Victor Pădureanu, który rok wcześniej został wybrany najlepszym arbitrem w Rumunii. Przed meczem jednak nikt nie skupiał się na jego osobie, choć Kazimierz Górski mówił swoim podopiecznym, że mimo iż potrafią już wiele, to same umiejętności nie zawsze wystarczają do odniesienia korzystnego wyniku. Zwłaszcza kiedy rywale grają u siebie, gdzie często pomagają im ściany. Sam Lubański wspominał też, że po meczach Górnika z CSKA Sofia spotkał z kolegami węgierskich sędziów ubranych w kożuszki, które miały być wyrazem wdzięczności od miejscowych działaczy za „dobre” poprowadzenie meczu. Spotkaniu temu towarzyszył wielki upał. Mimo niesprzyjających warunków nasi zawodnicy nie dali się stłamsić i pokazywali na co ich stać. Przewaga uwidaczniała się po stronie gospodarzy, ale polska obrona, na czele z bramkarzem Hubertem Kostką, spisywała się bez zarzutów. Zaskoczeniem dla miejscowych kibiców był więc fakt, że jako pierwsi drogę do bramki znaleźli goście. Kostka zagrał do Kraski, ten posłał piłkę do Banasia, który podał do Lubańskiego. Zawodnika Górnika pilnował Dobromir Żeczew, który często grał ostro, wręcz brutalnie, a także nieustannie prowokował rywali. Tym razem jednak Polak okazał się sprytniejszy, uwolnił się spod opieki Bułgara i zmienił wynik na 1:0 dla Polski. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Polacy prowadzili. Grając tak, jak w pierwszej odsłonie, powinni zapewnić sobie zwycięstwo. Kiedy zawodnicy w szatni wymieniali między sobą spostrzeżenia dotyczące przebiegu meczu, Lubański zwrócił się do kolegów: ,,Najgorsze za nami. Oni zaczynają mieć już dość i trzeba szybko strzelić jeszcze jedną bramkę.” Na drugą połowę Polacy wychodzili więc zmotywowani i w dobrych nastrojach. ,,Nasze dobre przeczucie jak na razie sprawdzało się. Wychodząc z drużyną z szatni byłem w doskonałym nastroju i nawet przez myśl mi nie przeszło to, co miało nas wkrótce spotkać” – mówił Kazimierz Górski, fragment książki „Z ławki trenera”. Po przerwie gospodarze zaczęli coraz bardziej napierać. W 67. minucie w zamieszaniu pod polską bramką zawodnicy przepychali się i sędzia Pădureanu przerwał grę. Podopieczni trenera Górskiego byli pewni, że odgwizdane zostało przewinienie na Marianie Ostafińskim, a tymczasem według arbitra faulowano… Christo Bonewa. Lubański wspominał, że widział dokładnie, jak Bonew rozciągnął się jak długi tuż przed polem karnym. Kiedy Rumun wskazał na jedenasty metr, kapitan Polaków podbiegł do niego i próbował uzyskać jakieś wyjaśnienia i przekonać go do swoich racji: ,,Pokazałem mu opaskę kapitana, a on odwrócił się do mnie placami. To ja za nim. Może nawet „pocieraliśmy się” o siebie. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy i widać wykluczał, żeby mnie wysłuchać. Uspokoiłem chłopaków. Chwyciłem Pădureanu za rękę i raz po angielsku – znałem wtedy trzy, cztery słowa – raz po rosyjsku starałem się mu wytłumaczyć, że akcja rozgrywała się poza polem karnym ale z Rumunem nie było żadnej dyskusji. Pokazał mi żółtą kartkę. Sytuacja zrobiła się trudna. Zostawiłem go w spokoju, myśląc sobie: „a może ten Bonew przestrzeli?” – fragment książki ,,Ja, Lubański”. Bułgar jednak się nie pomylił i pokonał Huberta Kostkę. Lubański się wściekł. Wracając z piłką na środek boiska, nie szczędził wulgaryzmów będąc przekonanym, że Polacy zostali brutalnie skrzywdzeni: ,,Repertuar słów miałem wtedy bogaty. Od najgorszych kurew, poprzez barany, fałszywych Rumunów. Szliśmy tak obok siebie. On, „nieomylny” sędzia, i ja, piłkarz otoczony kolegami. Dwadzieścia kilka metrów i bez przerwy stek przekleństw. Kiedy dochodziliśmy do „koła”, a ja szykowałem się do ustawienia piłki, Rumun sięgnął ręką do kieszonki i wyciągnął czerwoną kartkę. Nie było odwołania – fragment książki ,,Ja, Lubański”.

Trochę inaczej zapamiętał tę sytuację Victor Pădureanu. W 1989 r. udzielił on wywiadu Mirosławowi Nowakowi, dziennikarzowi Sportu, który odwiedził go w Rumunii. Sędzia tak relacjonował przebieg wydarzeń: ,,W pewnym momencie usłyszałem słowa „rumuńska świnia”. Chyba w języku niemieckim. Popatrzyłem kto to powiedział. To był właśnie lubański. Powtórzył to jeszcze parę razy. Wydawało mi się to niemożliwe i nadal nie reagowałem, aż do chwili, gdy podbiegł do mnie i zaczął mnie łapać za rękę. Pokazałem mu szatnię.” Jak się później okazało, był to punkt zwrotny meczu. Bułgarzy złapali wiatr w żagle i uwierzyli, że mogą wygrać to spotkanie. Polacy musieli odtąd grać w dziesiątkę. I to bez swojego najlepszego zawodnika. Trener Górski wspominał, że po bramce Lubańskiego piłkarze spoczęli na laurach. Tymczasem zdobycie kolejnego gola, który prawdopodobnie przesądziłby losy meczu, zdawało się być jak najbardziej w zasięgu biało-czerwonych. Odniósł się też do sytuacji z czerwoną kartką: ,,Włodek miał prawo zapytać sędziego dlaczego podyktował rzut karny, z którego padło wyrównanie, był już jednak na tyle doświadczonym zawodnikiem, że wiedział jakie z tym wiąże się ryzyko. W atmosferze wzrostu napięcia wiadomo było, że arbiter nie zmieni decyzji, więc po co wszczynać dyskusję, która mogła być przy tym źle zrozumiana, chociażby wobec bariery językowej, jeśli jeszcze towarzyszyły jej jakieś gesty…” – fragment książki ,,Pół wieku z piłką.” Polakom podcięto skrzydła, ale wkrótce jednak Jan Banaś zdołał umieścić piłkę w siatce i nasza drużyna ponownie wyszła na prowadzenie. Tak im się wtedy przynajmniej wydawało. Pădureanu znajdował się blisko całej akcji i początkowo wskazał na środek boiska. Dopiero wtedy doskoczyli do niego Bułgarzy i wymusili konsultację z sędzią liniowym. Ten nie podniósł nawet chorągiewki, ale po krótkiej dyskusji obu panów, główny bohater zmienił swoją decyzję i gola nie uznał. Na dziesięć minut przed końcem ataki gospodarzy przyniosły oczekiwany skutek. Huberta Kostkę pokonał Mładen Wasiliew. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się wynikiem 2:1 dla gospodarzy, w 87. minucie trzecią bramkę dla Bułgarów strzelił Christo Bonew. W momencie podania znajdował się na kilkumetrowym spalonym, ale nie przeszkodziło to rumuńskiemu sędziemu uznać gola. Polska drużyna przegrała 1:3 i igrzyska olimpijskie w Monachium stały się w tamtym momencie bardzo odległe. Trener Górski wspominał, że cała drużyna była całkowicie zdruzgotana i że za dużo spadło na nich tych „przyjemności”. Sam też czuł się jak zbity pies i najchętniej uciekłby gdzie pieprz rośnie, zniknął ludziom z oczu. Kiedy jednak zobaczył miny zawodników, którzy wlekli się noga za nogą ze spuszczonymi głowami, postanowił nimi wstrząsnąć już w szatni: ,,Szkoda, że się nie popłaczecie! Widzieliście ich, jak się nad sobą roztkliwiają? a nie przyszło wam do głowy, że jeśli weźmiemy rewanż na naszych dzisiejszych zwycięzcach, a wierzę, że weźmiemy, chociażby po to żeby pokazać różnym Pădureanu na co nas naprawdę stać, a wcześniej poradzimy sobie z Hiszpanią, co uważam za pewne, mamy jeszcze szansę pojechać na letnie igrzyska? ,,Pan w to naprawdę wierzy? – Hubert Kostka zapytał z niedowierzaniem – niezłomnie” – odparł bez zastanowienia Górski. Humory zawodnikom od razu się poprawiły. Wszyscy zaczęli jednocześnie mówić, a raczej krzyczeć dając upust złości, żalowi i goryczy z tej niesprawiedliwej porażki. Selekcjoner, chcąc skierować motywację we właściwą stronę i opanować nieco sytuację, zwrócił się do podopiecznych: ,,Niech no tylko przyjadą na rewanż, a wówczas okaże się, kto jest lepszy, ale w prawdziwie sportowej walce!” Podobno w szatni złożyli Polakom wizytę przedstawiciele władz. Oficjele reprezentowali tamtejszy rejon, który jest odpowiednikiem naszego województwa i wyrazili ubolewanie z powodu takiego obrotu spraw na boisku. Na zakończenie krótkiej wizyty jeden z nich powiedział: ,,Nie sądzę, aby to było potrzebne bułgarskiemu piłkarstwu.”

Polacy złożyli oficjalny protest do FIFA. Dołączyli do niego materiał filmowy z meczu, ale swój własny, który nagrała ekipa PKOl. Światowa federacja nie zamierzała jednak zmieniać decyzji sędziów, w czym jest konsekwentna do dziś. Lubański pauzował więc w meczu z Hiszpanią. Obserwator z ramienia światowej federacji – Jugosłowianin Mihajlo Andrejević nie miał jednak najlepszego zdania o pracy arbitra. Mimo że Pădureanu mówił mu, iż Lubański go obraził, to działacz miał stwierdzić, że decyzja o usunięciu z boiska Polaka była zbyt pochopna: ,,Arbiter nie miał podstaw, żeby usunąć waszego piłkarza z boiska. Ich rozmowa(z tego, co wiem) miała charakter pytań.” Inną wersję przedstawiał rumuński arbiter. Ten mecz miał być dla niego egzaminem, który miał pokazać, czy jest gotów prowadzić spotkania na wyższym poziomie niż dotychczas. Wspominał, że dostał najwyższą notę. Później kontrowersje miała badać jeszcze specjalna komisja, która rozwiała wszelkie wątpliwości na jego korzyść. Miesiąc po meczu miał otrzymać nominację na sędziego FIFA. W wywiadzie z Mirosławem Nowakiem Rumun mówił: ,,Nie wiem co wam mówił Andrejević, ale wystawił mi za ten mecz najwyższą notę. Miał trochę pretensji do bocznego arbitra, który zbyt późno sygnalizował spalonego przy nieuznanej przeze mnie drugiej bramce Polaków.” W polskich źródłach znajdujemy jednak informacje, że mecz Bułgaria – Polska był ostatnim oficjalnym spotkaniem międzynarodowym, które prowadził. Na proteście się jednak nie skończyło. Jak wspominał Włodzimierz Lubański, na pomeczowej kolacji, na którą nie przyszli Bułgarzy, Zygmunt Anczok wpadł na pomysł, żeby nastraszyć nieco rumuńskiego sędziego. Siedząc przy stole, zaczął ostrzyć nóż, spoglądając przy tym wyzywająco w kierunku trójki arbitrów. Piłkarze uzgodnili, że kiedy tylko Pădureanu wstanie od stołu, od razu ruszą za nim: ,,Ostatnie metry dzielące hotelowe drzwi od czarnej „czajki” – dostojnie zaparkowanej – rumuńscy goście pokonali biegiem. Dla nas było to równoznaczne z przyznaniem się do winy. Odnieśliśmy mimo wszystko mentalne zwycięstwo – fragment książki ,,Ja, Lubański.”

Rumuński sędzia starcie z Polakami w przytaczanym wyżej wywiadzie zapamiętał tak: ,,Już po meczu, podczas uroczystej kolacji, kiedy na chwilę wychodziłem do toalety, moim śladem szybko ruszył Lubański w towarzystwie dwóch innych polskich piłkarzy. Nie znam ich nazwisk. Miałem chyba szczęście, bo w porę znaleźli się Bułgarzy i zagrodzili im drogę. Tak brzmi właśnie moja prawda o tamtym zdarzeniu. Ja nie jestem kryminalistą, bandytą. Mam czyste sumienie i czyste serce dla polskich kibiców.” Trudno się dziwić, że Jan Ciszewski, który komentował to spotkanie, nie mógł się pogodzić z tym, co wyprawiał rumuński arbiter. Pădureanu na lata stał się w naszym kraju symbolem stronniczego sędziowania. Polacy zdołali się jednak wziąć w garść i już w autobusie, którym piłkarze jechali na lotnisko, Lubański zaintonował piosenkę „my nie, my nigdy nie poddamy się”. Natomiast na Okęciu, mimo poniesionej porażki, na piłkarzy czekali wierni kibice z kwiatami. Jedynym, który wytykał Lubańskiemu jego zachowanie, był Stefan Szczepłek. Na łamach Życia Warszawy pisał: ,,Od lubańskiego należy wymagać więcej, a przede wszystkim niestwarzania sędziemu pretekstów, które po usunięciu go z boiska osłabiły polski zespół.” Można się z nim zgadzać lub nie. Sam zawodnik przyznał, że nawymyślał arbitrowi, ale też, że jego decyzja o wyrzuceniu go z boiska była przesadzona. Koniec końców sędzia Pădureanu jest tylko niemiłym wspomnieniem. W rewanżu Polacy ograli Bułgarów 3:0, a parę dni później korzystny dla nas wynik uzyskali Hiszpanie, którym udało się z nimi zremisować. W końcowej tabeli wyprzedziliśmy piłkarzy z Bałkanów o jeden punkt i pojechaliśmy na igrzyska. Wiele jednak nie brakowało a o występie w Monachium mogliśmy zapomnieć a złota jedenastka Kazimierza Górskiego nigdy by nie powstała.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?