15

Wolnoamerykanka na Estadio Santiago Bernabeu:


5 maja 1984 r. FC Barcelona przegrała w finale Copa del Rey 0:1 z Athletic Bilbao. Tego dnia doszło do bodaj największej bijatyki w historii piłki nożnej. Jednym z antybohaterów był Diego Maradona, który w następstwie swojej brutalności musiał opuścić Barcelonę. To nie był udany występ Maradony, który nie dość, że znów był faulowany przez rywali, to na dodatek musiał nasłuchać się ksenofobicznych i rasistowskich obelg ze strony baskijskich kibiców. Barça przegrała 0:1, a po końcowym gwizdku Argentyńczyk nie wytrzymał. Najpierw stanął oko w oko z rezerwowym rywali Miguelem Angelem Solą, a gdy ten zaczął go wyzywać, został zdzielony ciosem głową w twarz. Następnie Maradona uderzył jeszcze łokciem innego piłkarza Athleticu, a kolejnego powalił na murawę kopniakiem w głowę. Na odpowiedź Basków nie trzeba było długo czekać. Sygnał do odwetu dał Goikoetxea, który kopnął Argentyńczyka w klatkę piersiową. Awantura rozgorzała na dobre, emocjom dali się całkiem ponieść także kibice, którzy zaczęli rzucać różnymi rzeczami w piłkarzy, trenerów i fotografów. Mniejsze lub większe obrażenia odniosło 60 uczestników zamieszek. Przypominam iż nieco ponad pół roku wcześniej Andoni Goikoetxea złamał nogę Diego Maradonie wejściem wślizgiem obiema wyprostowanymi nogami. Chyba nikogo nie muszę uświadamiać jakimi rzeźnikami są Baskowie? Prowokatorami zresztą też...






Rekordy ,,La Pulgi”:


5 maja 2012 r. w derbach Barcelony na Camp Nou(4:0), Lionel Messi strzelił 4 gole(!) ustanawiając jednocześnie rekord strzelonych goli w jednym sezonie w La Liga. Messi strzelając czwartego gola w meczu, jednocześnie zdobył 50-tego gola w sezonie ustanawiając tym samym rekord wszechczasów Primera Division.





@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

0

@Eto'o9 R10 No dokładnie! Zwłaszcza że to pierwsze w historii zdobywane trofeum międzynarodowe ,,naszej Barcuni!
Ale oczywiście wszystkie tytuły Barcuni są ważne!

11

Copa Pirineos:

5 maja 1912 r. FC Barcelona pokonuje w finale Stade Bordelais UC 5:3 i po raz trzeci z rzędu sięga po Puchar Pirenejów. Hattrickiem w tym meczu popisał się napastnik Arsenio Morales. Pozostałe gole zdobyli Alfred Massana oraz legendarny napastnik Jose Rodriguez Vazquez, zwany Pepe Rodriguez.



Debiuty legend FCB:

5 maja 1957 r. w meczu towarzyskim z SV Saarbrücken zadebiutował i strzelił jednego z goli w barwach Blaugrany znakomity brazylijski snajper Evaristo de Macedo. FC Barcelona wygrała to spotkanie 4:1.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

9

Krótka historia Conmebol i AFA:

Wraz z rozwojem ligi AFA zaczęła wyglądać ku swoim sąsiadom. Mecze z Urugwajem należały już do tradycji a 1914 rok przyniósł pierwsze spotkanie towarzyskie z Brazylią wygrane przez Argentynę 3:0. W 1912 roku działacze AFA spotkali się także z przedstawicielami lig z Rosario(liga Rosarina de Football powstała w 1905 roku) i Urugwaju aby przedyskutować utworzenie federacji piłkarskiej regionu La Plata. Był to początek powolnego procesu, który nabrał tempa w 1915 roku, gdy Hector Rivadavia Gomez, urugwajski nauczyciel, parlamentarzysta i prezes Montevideo Wanderers, rozpoczął kampanię na rzecz utworzenia południowoamerykańskiej konfederacji piłkarskiej, przekonując że pomoże ona przezwyciężyć partyjniactwo, które podzieliło argentyński futbol. Rok później, gdy AFA organizowała turniej na stulecie Deklaracji Niepodległości, Gomez postawił kropkę nad i. Organizacja pod nazwą Confederacion Sudamericana de Futbol (Conmebol) powstała 9 lipca 1916 roku, śmiało ogłaszając harmonogram czterech ,,Campeonatos Sudamericanos", z których pierwsze rozpoczęły się już siedem dni wcześniej. Nie minął tydzień i Conmebol musiał stawić czoło pierwszemu kryzysowi. Argentyna i Urugwaj pokonały Chile ale Argentyna tylko zremisowała z Brazylią, podczas gdy Urugwaj ograł ją 2:1. Oznaczało to że ostatni mecz między Argentyną a Urugwajem był zarazem pojedynkiem rozstrzygającym i że Urugwajowi wystarczył remis aby zdobyć pierwsze mistrzostwo kontynentu. Spotkanie miało zostać rozegrane 16 lipca na stadionie ,,Gimnasia y Esgrima”. Biletów sprzedano więcej niż miejsc i kiedy okazało się że na trybunach panuje nieprawdopodobny ścisk, po 5 minutach mecz przerwano. Na widok piłkarzy opuszczających boisko widownia wpadła w furię. Ktoś ukradł naftę z lamp samochodów zaparkowanych w okolicy stadionu i użył jej do podpalenia trybun. Ogień płonął przez 4 godziny i tylko centralna trybuna nie uległa zniszczeniu. Mecz trzeba było przełożyć na następny dzień, który odbył się na stadionie Racingu w ,,Avellanedzie” i zakończył, wbrew panującemu klimatowi, bezbramkowym remisem. Urugwaj wygrał mistrzostwa. W tamtym czasie argentyński futbol borykał się z kolejną schizmą, tym razem związaną z zastrzeżeniami na temat sposobu zarządzania rozgrywkami i stosowania się do przepisów. Problemy zaczęły się pod koniec 1918 r. wraz z dyskusją o tym, czy jeden z piłkarzy wystawionych przez Columbian w meczu z Ferro Carril Oeste był uprawniony do gry. W tym samym czasie w drugiej lidze odebrano 8 punktów drużynie Velez Sarsfield za wstawienie do składu zawodnika zdyskwalifikowanego. Później AFA przyjęła wyjaśnienie że budzący wątpliwości piłkarz był bratem zawieszonego i wycofała karę. Część drużyn zaprotestowała, apelując do federacji o powołanie specjalnej komisji ale udaremniła to obstrukcja, która sprawiała wrażenie wywołanej specjalnie aby podkreślić bałagan panujący w organizacji.

Rok później chaos jeszcze się zwiększył. Po zawieszeniu 6 z 19 zespołów w lipcu rozgrywki przerwano a żadna z drużyn nie zdołała rozegrać więcej niż 8 meczów. Choć Boca, Estudiantes i Huracan pozostały lojalne wobec dotychczasowej struktury, 13 innych klubów, w tym Racing, River Plate, San Lorenzo i Independiente postanowiło się odłączyć i wraz z Velez powołano do życia ,,Asociacion Amateurs de Football(AAF)”. Niejako na potwierdzenie zastrzeżeń zbuntowanych klubów na temat nieudolności AFA mistrzostwa 6 drużyn próbowały dotrwać do następnego roku ale zostały przerwane 21 stycznia. Nowa Liga AAF tymczasem funkcjonowała prawie bez przeszkód i mimo zamieszania w ostatniej kolejce ukończono ją 6 stycznia, gdy każdy zespół rozegrał 13 spotkań. Racing Club, który przed secesją wygrał 6 meczów i zremisował dwa w lidze AFA, tutaj zwyciężył we wszystkich 13 meczach, co ukoronowało ów nadzwyczajny okres, w którym siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, z czego aż czterokrotnie bez porażki. W ciągu tych 7 lat przegrał zaledwie pięć razy! W kolejnym sezonie obie instytucje zdołały wyłonić swoich mistrzów. W lidze AAF piłkarze River Plate zakończyli ere rządów Racingu a w mistrzostwach AFA tytuł obronili zawodnicy Boca. W następnych sześciu latach Huracan i Boca wygrywały rozgrywki AFA po trzy razy a tytuł AAF trafiał po dwa razy do San Lorenzo, Independiente i Racingu. Wielkie argentyńskie drużyny zaczęły zaznaczać swoją pozycję. Boje toczono nie tylko o duszę i styl argentyńskiego futbolu ale także o jego strukturę. Rozłam, w wyniku którego AFA i AAF organizowały osobne rozgrywki ligowe, trwał przez 8 sezonów a z upływem czasu coraz więcej klubów przyłączało się do rebeliantów (w ostatnim roku teoretycznie nieoficjalną ligę tworzyło aż 26 zespołów). Do ponownego zjednoczenia doprowadziła dopiero osobista interwencja prezydenta republiki Marcelo Torcuato de Alveara. Głowa państwa zadekretowała również że aby podkreślić nowego ducha jedności, zwycięzcy obu lig z 1926 roku: Boca i Independiente rozegrają pojedynek o mistrzostwo kraju. Ponieważ jednak ten mecz zakończył się bezbramkowym remisem a w jego trakcie doszło do niespodziewanej przerwy wywołanej wtargnięciem kibiców na boisko, zdecydowano że lepiej dać sobie spokój i wznowić rozgrywki w 1927 roku. W pierwszym sezonie ligowym po zjednoczeniu wzięły udział 34 drużyny (oraz 18 w drugiej lidze). Każda z każdą grała po jednym meczu. Dbając o utrzymanie w lidze pewnych faworyzowanych zespołów (nie ostatni zresztą raz, dodajmy), organizatorzy zdecydowali że spaść do niższej klasy może tylko klub, który dwukrotnie zakończył sezon na jednym z czterech ostatnich miejsc. Było to niewygodne i zapewne nielogiczne ale w ten właśnie sposób zaczęła się złota era piłki ofensywnej, w której ubóstwiano wirtuozów...
@Sysia11
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

7

@FCBparasiempre
W 1889 roku znajdującym się na katalońskiej Costa Brava porcie rybackim Palamos wykształcony w Anglii miejscowy kupiec Gaspar Matas i Danes założył Palamos Football Club. Costa Brava, podobnie jak większa część hiszpańskiego wybrzeża od dawna jest odwiedzana i przemierzana przez zagranicznych turystów oraz spekulantów rynku nieruchomości. Jednak targi rybne i muzeum marynistyczne wciąż pozostają na swoim miejscu i są dedykowane pokoleniom miejscowych mężczyzn, którzy ryzykowali życie, aby podtrzymać lokalne tradycje rybackie. Palamos jest jednym z nielicznych miasteczek na Costa Brava, któremu mimo splądrowania reszty wybrzeża przez masową turystykę udało się zachować swoją tożsamość. Piłkarskie korzenie Palamos są dyskretnie upamiętnione, z dala od turystów, na blaknącej tablicy ukrytej przed wzrokiem ludzi, w słabo oświeconym pasażu wewnątrz archaicznego stadionu. Liczący ponad 100 lat obiekt wybudowany w angielskim stylu i stojący na obrzeżach miasta jest jedną z pierwszych tego typu budowli na hiszpańskiej ziemi. Dzisiaj przypomina swoim wyglądem opuszczony kościół. To miejsce jest nie tylko zaniedbane ale także niesamowicie ciche. W tym samym czasie kiedy powstało Palamos FC, w 1889 roku w innej części Katalonii doszło do jeszcze ważniejszego i brzemiennego w skutki wydarzenia. Na placu przy osiedlu zwanym Bonanova w Barcelonie, stolicy regionu i głównym katalońskim porcie grupa zawodników kopała piłkę. Wszyscy po raz pierwszy przywdzieli czerwono-niebieskie barwy a z ich gry zrodziła się jedna z najwspanialszych instytucji sportowych na świecie. Jeśli piłka nożna trafiła z opóźnieniem do tej części Hiszpanii, to tylko dlatego że Katalończycy bez względu na to, do jakiej klasy społecznej przynależeli byli zbyt zajęci lokalną polityką. Podobnie jak w Bilbao w czasach wczesnej industrializacji powstała tam miejska klasa robotnicza, rozwinęła się także klasa przedsiębiorców, która zyskała na handlu zagranicznym. Jednak w drugiej połowie XIX wieku Katalonia a w szczególności Barcelona była pogrążona w niekończącej się spirali represji i przemocy, co zostawiało mieszkańcom mało czasu na oglądanie a tym bardziej naukę tego innowacyjnego sportu. W ostatnich kilku dekadach XIX wieku klasa średnia czerpała zyski z bumu gospodarczego, jednak ich konserwatywnym środowiskom zagrażali anarchiści organizujący liczne strajki i urządzający ataki bombowe. Podziały polityczne i klasowe pogłębiły się po ostatecznym rozpadzie hiszpańskich kolonii spowodowanym utratą Kuby w 1898 roku. Po tym wydarzeniu wielu hiszpańskich polityków i intelektualistów zaczęło na nowo poszukiwać duszy narodu, którego wielkie imperium powalili na kolana południowoamerykańscy powstańcy. W kraju niepotrafiono dojść do wspólnej konkluzji dlaczego tak się stało a tym bardziej nie odnaleziono remedium na powstały problem. Katalonia skierowała się w stronę nacjonalizmu, uwierzono że region jest zupełnie inny od reszty Hiszpanii zarówno pod względem kultury, tradycji, jaki rozwoju ekonomicznego, dlatego wymaga specjalnego traktowania, który na początku mało kto popierał ale z biegiem czasu ideologia ta znalazła licznych zwolenników. Konserwatyzm średniozamożnych sfer Barcelony, z natury zamknięty na zewnętrzny bodźce został dobrze uchwycony w kontekście rozrywki przez australijskiego pisarza Roberta Hughesa w jego obrazowym opisie symbolicznej rodziny Puig: ,, żadnej telewizji, radia, kina; zamiast tego stosowny dźwięk pianina, na którymgrywały w duecie seniora Puig i jej córka, ku ucieszy swojego papy. Grano w ,,parcheesi" oraz w wista. Z upływem czasu kobiety z klasy średniej zaczęły czytać na początku głównie powieści sentymentalne, jednak później zakres lektur się rozszerzył. Było to spowodowane delikatnym złagodzeniem doktryny kościoła i jego wszechobecnych nakazów i zakazów związanych ze wszystkim, co postrzegano jako zagraniczne i obce jeśli chodzi o sporty rozgrywane na świeżym powietrzu, żony nie mogły brać w nich udziału, choć niektóre czasem jeździły konne a inne mogły towarzyszyć swoim małżonkom podczas polowań odbywających się w prywatnych włościach. Jednym z organizatorów był Eusebi Guel, do którego należało sporo terenów w Garraf na południe od Barcelony. Sportu lekkoatletyczne nie licowały z godnością kobiet; nie pasowały również do imponujących brzuchów ich mężów. Życie odbywało się w zasadzie na siedząco i przeważnie polegało na przeżuwaniu jedzenia. Jedynymi okolicznościami, w których ci ludzie mogli się zdrowo napocić było pójście z żoną do łóżka oraz udanie się na jeden z imponujących oficjalnych barów, które stanowiły główną rozrywkę burżuazji. Sporty widowiskowe również nie cieszyły się popularnością w Barcelonie na przełomie wieku. Kluby piłkarskie dopiero zaczynały funkcjonować... Niższe klasy społeczne miały swoje bary, kabarety i sale taneczne, ciemne i hałaśliwe nocne życie skoncentrowane wokół Barri Xino- dzielnicy chińskiej i demonicznego kręgosłupa Parallel. Ich bogatsi odpowiednicy mieli kawiarnię, klub, promenadę i lepsze domy publiczne. Senor Puig spędzał większość dnia z dala od domu w swoim biurze lub w pięknych przybytkach, który wyrosły na terenie całej dzielnicy Eixample wzdłuż Passeig de Gracia i La Rambla obsługując osoby spacerujące po bulwarze". Pośród miejscowej burżuazji znajdowali się również tacy, dla których sam widok mężczyzny w krótkich spodenkach był godny potępienia. Kiedy, o ile w ogóle uprawiali Sport(a zdarzało się to bardzo rzadko) wybierali zazwyczaj jazdę na koniu, strzelanie lub grę w tenisa i zawsze robili to w długich spodniach w otoczeniu rodziny i najbliższych przyjaciół. Kiedy zdarzyło im się kątem oka dostrzec pełen przepychanek oraz twarde gry mecz piłki nożnej i zgromadzony wokół podnieconych tłum, postrzegali to jako bolesne przypomnienie brutalności, od której w Prostki biały przepełnione miejskie Siedliska ich pracowników. Tych odczuć Nie podzielili natomiast pierwsi zagraniczni piłkarze Barcelony, dla których piłka nożna była po prostu przyjemnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, miłym oderwaniem od rygorystycznej pracy w biurze i handlu.

Jeśli chodzi o powstanie FC Barcelony w tak nacjonalistycznej atmosferze, to można wręcz nazwać cudem to że większość jej pierwszych piłkarzy była Anglikami. Bramkarz nazywał się Brown, pierwszym sekretarzem był Walter Wild a dwoma kluczowymi zawodnikami byli bracia Arthur i Ernest Witty. Ich ojciec wyemigrował do Barcelony w drugiej połowie XIX wieku. Założył w mieście firmę spedycyjną i pracował jako agent dla wszystkich brytyjskich statków handlowych, które wpływały i wypływały z miasta portowego. W dzieciństwie bracia Witty uczyli się w ,,Merchand Taylors”, prywatnej angielskiej szkole z internatem, z tradycjami krzewienia inteligentnego ducha sportu, czy jak to ujął jej legendarny założyciel: ,, trenowania zarówno ciała jak i umysłu". ,, W szkole w Anglii grali w rugby i tata występował w formacji młyna. Po powrocie do Barcelony zaczął uprawiać piłkę nożną i grał w obronie. W tamtych czasach w Hiszpanii większość boisk nie miała murawy, więc nie można było grać w rugby. Z futbolem było inaczej, gdyż łatwo można było się nauczyć kopać piłkę na każdej nawierzchni"- wspominał Frederick Witty, syn Arthura. Hiszpański krajobraz niezwykle różnorodny geologicznie udziela nam odpowiedzi na problemy polityczne i zacofanie gospodarcze tego kraju. W niektórych regionach Hiszpanii pada deszcz jak w Irlandii a inne zdają się przedłużeniem Sahary są miejsca pokryte pasmami górskimi i są też obszary równinne są żyzne doliny i rzeki, które przez większość lata pozostają suche. Prawdziwą zagadką było to, jak Hiszpania zdołała ewoluować jako naród i związać ze sobą te wszystkie odmienne regiony. Jak była w stanie połączyć ludność nie tylko siecią dróg, kolei czy przez ruch lotniczy ale także w sposób Konstytucyjny, gdzie wszyscy wspólnie pracują dla dobrobytu krajów. Jak ten kraj zdołał uszanować historię a także znaleźć miejsce dla autonomii politycznej i kulturowej kraju Basków i Katalonii. Wracając do Fredericka Witty’ego, który dzieli się jeszcze kilkoma przemyśleniami na temat swojego ojca: ,, Nikt z nim nigdy nie przeprowadzał specjalnych treningów tak jak w obecnych czasach, gdy trenerzy wykrzykują w stronę zawodników rozkazy niczym komendanci obozowi. Mimo to wiedział jak utrzymać formę i osiągał to dzięki długim biegom. Pomiędzy meczami tenisowymi grał w piłkę. Jego ulubionym typem rodzinnych wycieczek były piesze wędrówki na najwyższe wzniesienia Barcelony, góre Tibidabo. Jego styl gry w niczym się nie różnił od gry pozostałych pierwszych zawodników klubu. Charakteryzowała ich kombinacja szybkich biegów, nieustępliwości, kontroli nad piłką oraz umiejętności zdobywania goli". Arthur Witty prezentował swoją męską energię i witalność nawet w nadmiarze. Frederick wspominał: ,, Mój ojciec miał jakieś 180 cm wzrostu i był bardzo mocno zbudowany. W szkole grał w rugby jako napastnik. Potem przeniósł się do Barcelony i gram w piłkę nożną jako boczny obrońca. Nie miał wtedy możliwości aby grać w rugby, ponieważ żadne z boisk nie zostało w pełni porośnięte trawą, w futbol zaś można było nauczyć się grać w każdych warunkach". W ten oto sposób młody Artur nauczył się kontrolować piłkę i biegał z nią po nierównych boiskach, które z czasem miały zacząć ,, produkować" gwiazdy pochodzące z biednych miasteczek i plaż. Pierwszy Anglicy, którzy grali w Barcelonie w piłkę nożną robili to w sposób niezorganizowany, od czasu do czasu, zbierając chętnych do gry z przedsiębiorstw, w których pracowali lub którymi zarządzali. Był to oddzielny świat, ekskluzywny i aż kipiący pewnością siebie. Stan ten mógł się utrzymać znacznie dłużej gdyby nie kolejny ,, obcokrajowiec" , który nie podzielał tego typu postkolonialnego dziwactwa. Mowa o szwajcarze Hansie Kamperze, który 22 października 1899 roku w lokalnej gazecie sportowej ,, Los Deportes" zamieścił krótkie ogłoszenie: ,, Wspomniany Kans Kamper chce zorganizować grę w piłkę nożną w Barcelonie i zaprasza każdego, kto ma ochotę poznać ten sport, by zjawił się w biurze tej gazety w każdy wtorek lub w piątek po południu pomiędzy godziną 9:00 a 11:00".

W mitologii FC Barcelony historię Witty’ego przyćmiła właśnie osoba Kansa Kampera. Urodzony w Szwajcarii biznesmen osiadły w Barcelonie pomógł pierwszym piłkarzom się zorganizować i został pierwszym prezesem tego klubu. Gamper potrafił przewidywać zmiany nastrojów społecznych i politycznych, które następowały w jego przybranym kraju. Szybko nauczył się katalońskiego i wspierał dążenia regionu do uzyskania większej autonomii. Oficjalna wersja jest taka że Gamper przywiózł barwy FC Barcelony ze swojej rodzimej Szwajcarii. Według Witty’ego stroje katalońskiego klubu były zainspirowane kasztanowo niebieskimi barwami dawnej szkoły Arthura, ,,Merchant Taylors”. Zdaje się że w późniejszych latach Barça zaakceptowała wersję Gampera (ważną ze względu na neutralność i niewielkie znaczenie Szwajcarii) aby w jakiś sposób uwolnić się od swoich brytyjskich korzeni kolonialnych. Kamper był kapitanem FC Excelsior a później odegrał istotną rolę jako jeden z ojców założycieli FC Zurich. Instynktowny entuzjazm Gampera dobrze odzwierciedla anegdota dotycząca jego pierwszych dni w Barcelonie przytoczona przez Gampera Juniora: ,, Pewnego dnia jak zwykle jechał pociągiem do swojego biura w ,,Sarria” i nagle zobaczył grupę chłopaków, którzy kopali piłkę na jakimś nieużytku. Mój ojciec wysiadł z pociągu na najbliższym przystanku i dołączył do gry. W pewnym momencie uderzył piłkę tak mocno że się popsuła. Ojciec wszystkich przeprosił i obiecał że załatwi im porządną piłkę. Zamówił dwie ze Szwajcarii i dał jedną dzieciakom. To chyba dwie pierwsze prawdziwe piłki, które dotarły do Barcelony". Wśród tych, którzy wykazali się inicjatywą i już na początku przystali do Gampera znaleźli się jego rodak Otto Kunzle, Anglicy Walter Wild oraz bracia John i William Parsonsowie; dwóch Katalończyków- Lluis d'Osso i Bartomeu Terradas. Spotkanie założycielskie odbyło się 29 Listopada 1899 roku w sali gimnastycznej ,,Sole” znajdującej się przy ulicy Montjuic del Carmen numer 5. Większość spośród obecnych przy podpisaniu aktu założycielskiego piłkarzy to obcokrajowcy. Czasy, kiedy tego typu spotkania wiązały się jedynie z pieniędzmi i sprawami prawnymi były wówczas bardzo odległe. Liczył się jedynie wspólny, absolutny entuzjazm dla gry. Na początku XX wieku nie wszystkie sporty rozgrywane w Barcelonie cieszyły się taką uniwersalnością i dostępnością. Na przykład tenis był domeną jedynie bogatych ludzi z wyższych sfer a w szczególności Brytyjczyków. Frederick Witty wspominał że jego wujek Ernest grał w FC Barcelonie ale jednocześnie zdobywał laury jako mistrz tenisa a swoje ostatnie lata postanowił spędzić w Barcelonie wśród Katalończyków. Jednak nie wszyscy mieli równie demokratyczne podejście: ,, Wydaje mi się że najpopularniejszą grą wśród obecnych w Barcelonie Anglików był jednak tenis. Anglicy i Angielki grali na swoich własnych kortach. Niektórzy Hiszpanie próbowali do nich dołączyć ale Anglikom niezbyt się to uśmiechało... Dlaczego? Ponieważ w tamtych czasach tak się po prostu nie robiło, mimo że niektórzy z nas należeli do klubu tenisowego Barcelona, który tak naprawdę od samego początku był klubem hiszpańskim". To, że bracia Witty'owie zaangażowali się w piłkę nożną w Barcelonie wynikało z charakteru Gampera. Przyznał to kiedyś brat Ernesta, Artur, w wywiadzie udzielonym z okazji złotej rocznicy Barçy. Powiedział wówczas: ,, To wszystko wyniki pracy Joana Gampera. My tak naprawdę wiele nie zrobiliśmy. On miał pomysł i zainspirował nas swoim entuzjazmem. Jego umiejętności perswazji były imponujące. Dlatego właśnie wszyscy zanim podążaliśmy". Bracia Witty podważają znaczenie spuścizny Gampera tylko pod jednym względem, dość zresztą ważnym w aspekcie symboliki. Herb Barçy jest w pełni kataloński, znajduje się na nim Krzyż Świętego Jerzego- patrona Katalonii oraz czerwone i żółte paski katalońskiego narodu. Bracia Witty’owie podważyli opinię wielu historyków Barçy, którzy twierdzili że kolory zostały zaproponowane przez Gampera. Arthur twierdził że wyszedł z propozycją barw angielskiej szkoły, do której uczęszczał(bordowego i niebieskiego) i te barwy zostały zaakceptowane. W 1975 roku w korespondencji z synem Arthura, Frederykiem, ówczesnym dyrektor szkoły wielebny H.M. Luft potwierdza taką możliwość. W liście Luft stwierdza: ,, Wydaje mi się wielce prawdopodobne że obecne barwy FC Barcelony(bordowy i niebieski) pochodzą od naszych oryginalnych szkolnych barw. ,,Waterloo Rugby Football Club” został założony przez dwóch chłopców, braci Hallów a w 1882 roku za swoje barwy uznał ciemny niebieski i czerwony. Szkolny klub rugby w 1885 roku wybrał odrobinę inne kolory, stawiając na czekoladowy i niebieski, choć początkowo grali na czerwono-niebiesko. Wydaje mi się że postanowili je zmienić, ponieważ nie chcieli aby mylono ich z błyskawicznie rozwijającym się Waterloo rugby Football Club, składającym się z wychowanków ,,Merchant Taylors”. Moim zdaniem ma pan rację że pańscy ojciec i wujek wspólnie przenieśli nasze szkolne barwy do Barcelony, kiedy zakładali tam nowy klub piłkarski. Bardzo możliwe że pod koniec XIX wieku nie znano takiego koloru jak bordowy i nazywano go po prostu ciemnym czerwonym". Z pewnością w ramach odzewu na wezwanie Gampera podświadomie realizowali ideały znajdującego się daleko od nich dyrektora szkoły. Grali w piłkę nożną nie tylko po to aby wygrywać ale przede wszystkim dla czystej przyjemności, która z tego grania płynęła. ,, ,,Osobą, która tak naprawdę zainteresowała tym projektem mojego ojca i wujka był Gamper. Pewnego dnia skontaktował się z nimi i powiedział: ,, Słuchajcie, są też inni ludzie, którzy chcą grać tak jak wy, może więc zaczniemy grać razem?". To typ człowieka, który łatwo nawiązywał kontakty z innymi ludźmi a poza tym wydawał się bardzo miły. Anglicy, którzy żyli w Barcelonie... cóż, byli Anglikami- uprawiali każdy możliwy sport dla samej zasady. Grali w piłkę nożną tak samo jak trenowali wioślarstwo, żeglarstwo. Gamper zdobywał medale jako atleta i cyklista w Szwajcarii, jednak kiedy przybył tutaj interesowała go jedynie piłka nożna i w pełni się jej poświęcił. Na początku Anglicy mieli swoją drużynę, potem Gamper stworzył własną... Potem pozostali Hiszpanie podłapali ten pomysł i też postanowili grać w piłkę. Tak to się rozwinęło..."- opowiadał Frederick. Wpływ braci Wittych na pierwsze lata rozwoju w Barcelony jako klubu piłkarskiego jest absolutnie niepodważalny. Styl gry, jaki prezentowali razem z Gamperem to przykład osiągnięcia idealnej równowagi między umiejętnościami a siłą fizyczną. Gamper najprawdopodobniej był najlepszym zawodnikiem drużyny. Lata później Arthur Witty powiedział: ,, Nie ma najmniejszych wątpliwości że Gamper to najlepszy środkowy napastnik. Wyjątkowo dobrze panował nad piłką i dryblował znacznie lepiej od pozostałych zawodników. Poza tym świetnie wykańczał sytuację. Strzelał więcej goli niż inni. Dużo biegał, wysoko podnosząc kolana; widziałem w nim potencjał, który do tej pory dostrzegłem tylko u kilku graczy".

0

@BarcaFan20048989 Mógłbyś mi użytkowniku uprzejmie wyjaśnić o co chodzi?

0

@BarcaFan20048989 Ale jaką książke, bo nie rozumiem o co chodzi?

8

@FCBparasiempre
4 maja 1935 r. urodził się Jose Francisco Sanfilippo, napastnik. „W historii piłki nożnej było czterech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Garrincha, Maradona i Messi, ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie a szkoda. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie brakowało.

Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami: -Dlaczego mi to zrobiłeś? -Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę. Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał się przez La Platę do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali.

Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”. Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera…

9

Wyjątkowe i wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu(tylko w odpowiedzi na komentarz):

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

0

@ShawnC I to mać powód że jest fanem Realu Madrid!? Weź mnie nie rozśmieszaj! Udowodnij mi jego wypowiedzią że przynajmniej sympatyzuje z Krolewskimi? W innym wypadku będą to tylko czyste spekulacje!

1

@blakkudium Może i najszybszy i najwygodniejszy ale u mnie nie działa! To znaczy działa ale otwiera się półtorej minuty a co najważniejsze dla mnie nic z niego nie rozumiem! To jest dla mnie jakieś cholerstwo nie do zaakceptowania no i tyle!

1

@blakkudium Masz szczęście że domyśliłem się tej chińszczyzny bo w większości przypadków nie daje ci z tego powodu zielonych herbów, gdyż nic z tej chińszczyzny nierozumiem! Czy wy musicie wpuszczać te jakieś pojebane iksy?

1

@kulek22 No tak zgadza się! Nie wziąłem pod uwage bezpośrednich spotkań z nimi...

1

@Comentateiro Osobiście wybrałbym pierwszy punkt, zwłaszcza że nie masz gwarancji na to że Balde wypadłby aż na rok...!

0

@Faro Wydaje mi się że potrzebna jest do tego wygrana Celty Vigo!

9

@FCBparasiempre
4 maja 1943 r. urodził się Georgi Asparuchow, znakomity bułgarski napastnik. Posłuchajcie jego tragicznej historii. Beżowa Alfa Romeo mknęła krętą, górską drogą. Licznik wskazywał aż 140 km/h, ale prowadzący nie był kierowcą wybitnym. Jego głowę zaprzątało wiele myśli, w tym feralne zawieszenie. Być może dlatego nie zatrzymał się przed znakiem STOP i wpadł wprost na cysternę. Powietrze przeszyła eksplozja. Chwilę później samochód o charakterystycznym numerze rejestracyjnym CA 9999 spłonął doszczętnie. Tak zginął Georgi Asparuchow, bułgarski książę, pierwszy wielki piłkarz z tego kraju. Jego historię można zacząć od słów trenera Lewskiego Sofia: “Nie ma niczego, czego moglibyśmy go nauczyć. Ten chłopiec urodził się piłkarzem”. “Gundi” miał wtedy ledwie 16 lat i oprócz smykałki do piłki miał także talent do siatkówki. Swoją przygodę z profesjonalną piłką rozpoczął w Lewskim w 1960 roku, kiedy to jako 17-letni chłopak zadebiutował w meczu przeciwko Botewowi Płowdiw występując na pozycji… obrońcy. Klub jego pierwszego rywala będzie znaczącym przystankiem w dalszej karierze Asparuchowa. Pomimo swojej łagodnej natury, udało mu się wywołać konflikt na linii sekcja piłkarska – sekcja siatkarska. Nikt nie jest w stanie w pełni profesjonalnie łączyć tych dwóch odmiennych dyscyplin sportowych, więc logiczne jest, że każdy z trenerów chciał namówić ten wielki talent do pozostania w swojej sekcji. Na szczęście dla piłki nożnej wybrał właśnie ją, a nauczyciel siatkówki, szczerze rozgoryczony, twierdził, że jego dyscyplina straciła wielki talent. Z powodu powołania do wojska musiał opuścić swojego ukochanego Lewskiego i Sofię, w której do tej pory spędził całe życie, na rzecz jednostki w Płowdiw. Jako że władze umożliwiły mu uprawianie sportu, został przydzielony do gry w barwach żółto-czarnego Botewu. Przyjście utalentowanego piłkarza stało się zbawienne dla klubu, który swoje jedyne mistrzostwo kraju wywalczył całe dziesięciolecia przed tymi wydarzeniami (1929) i skutkowało zdobyciem Pucharu Bułgarii (1962) oraz wicemistrzostwem sezon później. Georgi już jako napastnik regularnie trafiał do siatki rywali. Dzięki świetnej grze w zespole blisko związanym z wojskiem, Asparuchow został powołany do reprezentacji swojego kraju na mistrzostwa świata, które odbywały się w Chile. Zagrał tam w dwóch grupowych spotkaniach przeciwko Węgrom (Ci zdemolowali bułgarskie „Lwy” 6:1, a gola dla Bułgarów zdobył bohater tekstu) oraz Anglii (0:0). W pierwszym starciu przegranym z Argentyną nie wystąpił. Z jednym punktem na koncie i bilansem bramek 1:7, Georgi wraz z kolegami przedwcześnie musieli udać się do domu, a cały turniej wygrała fenomenalna Brazylia z Garrinchą i Pele w składzie. Po odbyciu służby wojskowej wrócił do domu i rozpoczął drogę ku historii i uwielbieniu. Strzelając gola za golem w klubie oraz reprezentacji, w końcu stanął oko w oko z “Czarną Panterą” z Portugalii w ramach eliminacji drugiego turnieju o mistrzostwo Europy. I to zapewne po tych trzech meczach barażowych, w których zdobył w sumie 3 gole, w sercu Eusebio zaczęła się rodzić sympatia do “Gundiego”. Asparuchow strzałem z 85 minuty decydującego starcia dał awans swojej drużynie narodowej do kolejnej rundy eliminacji. Georgi Asparuchow czarował. Był typem boiskowego dżentelmena oraz artysty. Wszyscy obrońcy znali jego zwody, jednak mało kto potrafił im się przeciwstawić. Niejednokrotnie uciekali się więc do bardzo brutalnych zagrań, dzięki którym przez całą swoją karierę miał problemy z kontuzjami. Rok 1965 był niezwykle szczęśliwy i ważny w życiu “Gundiego”. W premierowych pięciu meczach sezonu zdobył aż dziewięć bramek i przyczynił się do objęcia fotela lidera przez Lewskiego, którego piłkarze “Niebieskich” nie oddali już do końca, i mogli cieszyć się z pierwszego od dwunastu lat mistrzostwa. Nasz bohater ustanowił nowy rekord klubowy, zdobywając w całej kampanii aż 27 goli. Został także wybrany najlepszym piłkarzem Bułgarii, a w decydującym starciu o awans do mistrzostw świata w Anglii, strzelił zwycięską bramkę. Wszystko to przyczyniło się do nominacji w plebiscycie na “Złotą Piłkę”. W końcowym rozrachunku zajął w nim ósmą pozycję ex aequo z legendarnym Sandro Mazzolą oraz graczem Torpedo Moskwa – Walerijem Woroninem. Środowisko doceniało go, o czym może świadczyć fakt, że wyprzedził w tejże klasyfikacji m.in Ferenca Puskasa, Denisa Lawa, Lwa Jaszyna czy Franza Beckenbauera. To właśnie w tym roku Eusebio w pełni docenił klasę Georgiego: „Pragnąłem grać obok Asparuchowa. W meczu pomiędzy Benficą i Lewskim podbił Lizbonę. Nikt wcześniej nie zdobył dwóch goli na naszym stadionie”. Wielka legenda oczywiście przesadzała, jednak cytat ten idealnie ukazuje jaką miłością darzył Bułgara. Prawdą jednak jest, że “Gundi” niemal w pojedynkę “napędził stracha” dumnym Portugalczykom w trakcie rozgrywek o Puchar Europy. Próbowali oni nawet ściągnąć go do swojego zespołu, jednak komunistyczne władze Bułgarii nie wyrażały zgody na wyjazd piłkarza poza granice kraju. Podczas mistrzostw globu w roku 1966, po raz kolejny był jedynym strzelcem bramki dla swojego zespołu, a sztuki tej dokonał znów w przegranym spotkaniu z Węgrami (1:3). Kiepski występ drużyny narodowej na tym turnieju, nie przeszkadzał światu w uwielbianiu go. Przed meczem Pucharu Zdobywców Pucharów w Mediolanie, działacze włoskiego klubu proponowali mu 500.000 dolarów za sam podpis na kontrakcie, pomoc w ucieczce z kraju oraz zarobki na poziomie największych gwiazd światowej piłki. Dumny Georgi Asparuchow odmówił jednak AC Milanowi słowami, które wdarły się do świadomości kibiców piłkarskich jako potwierdzenie nadzwyczajnej miłości oraz poświęcenia: ,,Istnieje taki kraj – Bułgaria. W tym kraju jest taki klub – Lewski, może o nim nie słyszeliście? W tym klubie się urodziłem i w tym klubie umrę! W mediach dosyć często można trafić na stwierdzenie, że jest on także strzelcem pierwszego gola w historii bułgarskiego futbolu na Wembley, jednak jest ono błędne. Dwanaście lat wcześniej uprzedziło go trzech rodaków, którzy w meczu kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich zremisowali z “Synami Albionu” 3:3. Nie ujmujmy jednak znaczenia tej bramce, która pozwoliła lwom z Bułgarii zremisować na legendarnym stadionie 1:1. W barwach Lewskiego Sofia zdobył w sumie trzy mistrzostwa Bułgarii oraz tyle samo pucharów kraju. Przez całą karierę uzbierał grubo ponad 200 bramek, był jednym z tych zawodników, którego obecność na boisku była inspirująca dla kolegów z zespołu, a on sam zawsze poświęcał się dla dobra ogółu. Między innymi dlatego na swoje ostatnie mistrzostwa w roku 1970 pojechał z kontuzją. Na turnieju w Meksyku był cieniem samego siebie, a Bułgaria po raz kolejny nie wyszła, tym razem ze stosunkowo łatwej grupy. Oprócz remisu z Maroko zanotowała też porażki z Peru i RFN. Ostatni Mundial w życiu okazał się niewypałem. 28 czerwca 1971 roku Lewski rozgrywał spotkanie ostatniej kolejki ligowej z CSKA Sofia, do którego tracił dwa punkty w tabeli. Jako, że w ówczesnych czasach za zwycięstwo przyznawane były właśnie dwa “oczka”, “Niebiescy” musieli pokonać swojego rywala różnicą 10 bramek, by odebrać im prymat w kraju. Oczywiście nie było to zbyt prawdopodobne. Młodemu obrońcy “Czerwonych”, Płamenowi Jankowowi nakazano indywidualne krycie gwiazdy reprezentacji i wyłączenie go z gry za wszelką cenę. Młodziak widocznie zbyt dosłownie potraktował słowa szkoleniowca , zachowując się w stosunku do “Gundiego” niezwykle agresywnie. Georgi, który ten mecz, zresztą jak cały sezon rozgrywał w specjalnych ortopedycznych butach w końcu nie wytrzymał. Wziął odwet na swoim przeciwniku, a sędzia do tej pory obojętny na agresywną grę, pokazał obu zawodnikom czerwone kartki. Komisja ligi dorzuciła mu jeszcze trzy mecze zawieszenia. Lewski wygrał to spotkanie 1:0 i nieco popsuł mistrzowską fetę lokalnemu rywalowi, jednak kilka dni później nikt o tym nie pamiętał. Między innymi z powodu tego zawieszenia zgodził się rozegrać towarzyski mecz pokazowy w górskiej miejscowości Witinia. Wziął ze sobą serdecznego kolegę z zespołu Nikola Kotkova i wsiadł do tego cholernego samochodu.

0

@ShawnC Jaki fan Realu? Marciniak? Kiedy tak powiedział? Daj mi linka tej wypowiedzi

0

@Azazel_Pazuzu A co ta chińszczyzna znaczy?

0

@konrad1661 To prawda! Jednak prestiż Szczęsnego i Lewandowskiego jest nieporównywalny do Zielińskiego i Zalewskiego...

0

Widze że pan Marciniak będzie sędziował nasz mecz. No i fajniutko, w końcu to Polak i będzie sprzyjał naszym rodakom w Barcuni :)

7

Legendy peruwiańskiego futbolu:

4 maja 1926 r. urodził się Valeriano López Mendiola, napastnik nazywanym ,,Tanque de Casma”. Uznawany za jednego z najważniejszych piłkarzy Peru, był wszechstronnym napastnikiem z doskonałym wykończeniem, pozycjonowaniem i umiejętnościami główkowania. W latach 1946–1960 rozegrał 207 meczów, aż do przejścia na emeryturę. Kariera Lópeza rozpoczęła się w peruwiańskim klubie Sport Boys w wieku 20 lat. Stał się bardzo skutecznym napastnikiem, zdobywając tytuł najlepszego strzelca ligi peruwiańskiej w trzech pierwszych sezonach (1946, 1947 i 1948) z 62 golami strzelonymi w 54 meczach! Po udanym początku w Peru, w 1949 roku López przeniósł się do kolumbijskiego klubu Deportivo Cali i pozostaje jednym z najbardziej kultowych piłkarzy tego klubu.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

7

Wybitne legendy futbolu:

Dokładnie 100 lat temu urodził się Jenő Buzánszky, jeden z najlepszych defensorów w dziejach futbolu. Buzánszky w wielkim stylu przyczynił się do największych sukcesów węgierskiej piłki nożnej w XX wieku - do zdobycia olimpijskiego złota w 1952 r. w Helsinkach, do wielkiego zwycięstwa nad Wielka Brytanią w 1953 r. w Londynie i do zdobycia wicemistrzostwa na mistrzostwach świata w Szwajcarii w 1954 r. Wystąpił w 274 meczach ligowych, 48 razy był reprezentantem kraju. Po zakończeniu kariery był trenerem wielu zespołów, ale nigdy nie przyjął propozycji zza granicy. W 1996 r. został wiceprezesem Węgierskiej Federacji Piłkarskiej (odpowiednik polskiego PZPN-u). Należał do najpopularniejszych węgierskich sportowców XX wieku. W 2011 r. otrzymał tytuł „Sportowca Narodu", a dwa miesiące przed śmiercią wybrano go na członka Związku Nieśmiertelnych Sportowców Węgierskich.

@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

5

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

4 maja 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Birmingham City FC 4:1 w finałowym dwumeczu(pierwszy mecz rozegrano 29 marca) Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: Eulogio Martinez, Zoltan Czibor(2) oraz Luis Coll. To był drugi z rzędu wywalczony Puchar M. T. Puchar Miast Targowych został założony 18 kwietnia 1955 roku, dwa miesiące po utworzeniu Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Początkowo zawody nazywały się Puchar Targów a ich ideą było, aby drużyny z miast, w których odbywają się targi międzynarodowe, rywalizowały ze sobą w zawodach trwających trzy lata: Barcelona ,Bazylea, Birmingham, Kopenhaga, Frankfurt nad Menem, Lozanna, Lipsk, Londyn, Mediolan i Zagrzeb. Chociaż początkowy zamysł zakładał, że w zawodach wezmą udział drużyny miejskie a nie kluby z tych miast, to rzeczywistość od początku była odwrotna. Już w pierwszej edycji Barcelona wystąpiła z piłkarzami wyłącznie z FC Barcelony i to w niebiesko-bordowym stroju. W większości pozostałych miast reprezentowały je główne drużyny miejskie a nie wybrane zróżnicowane drużyny. Mistrzem pierwszej edycji została Blaugrana, która pokonała londyńską drużynę w dwumeczu 8-2. W drugim wydaniu wprowadzono zmiany. Zaplanowano turniej trwający krócej, dwa lata ( 1958-1960 ), w którym drużyny rywalizowałyby ze sobą w rundach eliminacyjnych, w drodze losowania, rozgrywając mecze u siebie i na wyjeździe . Uczestnikami nadal musiały być drużyny z miast, w których odbywały się targi, ale nie musiały to być już drużyny miejskie, lecz kluby. Od trzeciej edycji ( 1961 ) zawody stały się coroczne a liczba uczestniczących drużyn w ostatnich edycjach przekroczyła 60. Ostatnia edycja Pucharu Miast Targowych odbyła się w 1971 roku, w kolejnym roku zmieniła format i nazwę. Przez pierwsze kilka lat w Pucharze Miast Targowych dominowały drużyny hiszpańskie i włoskie. FC Barcelona wygrała trzy edycje a Valencia CF – dwie. Dopiero w 1968 roku trofeum zdobyła drużyna z północnej Europy, angielski klub Leeds United FC, chociaż w ostatnich trzech edycjach puchar ten zdobywały drużyny angielskie.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

0

@Nightraider Są takie drużyny jak np. Atletico Madryt, gdzie nie powinno się rzucać całą drużyną na połowe przeciwnika, gdyż dobrze grający kontrą przeciwnik wypunktuje nas raz, drugi a może i trzeci! Osobiście to jest dla mnie zbyt ryzykowne, no ale w większośći przypadków(czytaj drużyn) jakoś się sprawdza...

0

@FcPortoFan1999 On tak cały sezon w sumie ryzykuje. No ale masz racje, dlatego napisałem że kto nie ryzykuje...

1

Ryzykant z tego Flicka. Ma tupet grając często całą drużyną na połowie przeciwnika. Z drugiej strony kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, jak to mawiają...

8

Feliz cumpleaños panie Francescu!

Fabregas kończy dzisiaj 38 lat. Cesc odchodził z Barçy w 2003 r. jako 16-latek i najlepszy z ówczesnej generacji jej wychowanków. W drużynie rocznika 1987 był gwiazdą numer jeden i to Messi krążył wówczas wokół niego a nie na odwrót. Władze klubu nie zaproponowały jednak jemu na czas odpowiedniego kontraktu i jego rodzice dali się namówić na wyjazd z synem do Arsenalu. Notabene to właśnie ta nauczka oraz odejście w podobnych okolicznościach Pique do Manchesteru United sprawiły iż odpowiednio zajęto się Messim. Powrotny transfer Cesca z Arsenalu do Barcelony przypominał klasyczną telenowele. Ciągnął się aż przez dwa letnie okna transferowe. W 2010 r. wydawało się że wszystko zmierza w dobrym kierunku ale ostatecznie kluby nie osiągnęły porozumienia w sprawach finansowych. Podobnie było rok później, Barça dawała 25 milionów euro, Arsenal chciał więcej bo Real Madryt, do którego oczywiście piłkarz nie zamierzał się przenosić, oferował za gwiazde nawet 50 milionów. Decydująca była rozmowa, którą Fabregas odbył z Wengerem. Według relacji piłkarza obaj mieli łzy w oczach. Francuz zrozumiał w końcu że musi się zgodzić na odejście ukochanego dziecka bo niestety jest ono tylko adoptowane a teraz chcą je z powrotem jego naturalni rodzice i ku nim wyrywa się jego serce. Gdy powiedział sakramentalne ,,tak”, szefowie Kanonierów dali zielone światło i Fabregas wrócił do Barcelony kupiony za 34 miliony funtów. Guardiola upierał się na Cesca gdyż doskonale go pamiętał z zespołów juniorskich Barçy. Z kolei dla Fabregasa Guardiola był idolem. Pewnego razu Pep ofiarował chłopcu swoją koszulke z numerem 4 i napisał na niej: ,,Kiedyś ty będziesz tutaj numerem 4”. Dziś z perspektywy czasu można gorzko zauważyć iż żaden z nich nie wiedział że owa dedykacja nabierze całkiem niespodziewanego sensu, gdy obaj zaczną współpracować. Otóż u Pepa i jego następców Fabregas stał się czwartym pomocnikiem Blaugrany.

Niestety, ta formacja liczyła w zespole zawsze tylko trzech piłkarzy. Cesc grał w Barcelonie przez 3 sezony, lecz nigdy nie wyszedł poza status ekskluzywnego rezerwowego. Co prawda bardzo często grał w wyjściowym składzie ale kiedy wszyscy byli zdrowi i trzeba było ustalić jedenastke na ważny mecz w sztandarowej taktyce 4:3:3, zawsze wybiegali w nim jako ofensywni pomocnicy Xavi oraz Iniesta(Busquets na pivocie), zaś Fabregas albo siadał na ławce, albo był ustawiany w ataku. Tragizm jego położenia polegał na tym że będąc trzecim najlepszym playmakerem na świecie, grał w tym samym zespole, co dwaj wybitniejsi od niego. Zrozumiałe iż taka sytuacja wpędzała go w frustacje. Starał się ją w sobie tłumić, trenerzy i koledzy przekonywali go że jest ważnym członkiem drużyny, jednak fakt pozostawał faktem. Wybitny piłkarz musi zawsze w podstawowej jedenastce w kluczowych meczach, inaczej zawsze będzie nieszczęśliwy i nie ma na to żadnego lekarstwa. Zdołowany, przygnębiony a przy tym przez wszystkich prawdziwie ceniony i lubiany kolega siłą rzeczy psuje atmosferę w szatni bo nigdy nie cieszy się sukcesami tak samo jak inni. Wobec tego na usta ciśnie się fundamentalne pytanie: czy jest czystym przypadkiem że w trakcie trzech sezonów spędzonych przez Fabregasa na Camp Nou Barça ani razu nie wygrała Ligi mistrzów, natomiast uczyniła to zarówno rok przed jego przybyciem, jak i rok po jego odejściu? Ponoć gdzie kucharek sześć……

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

3

No w takim zestawieniu personalnym to my napewno nie rozniesiemy tego Realu Valladolid. Mało tego, obawiam się że możemy nawet stracić punkt...? Ja rozumiem że musimy zagrać w sumie rezerwowym składem no ale Dani Rodriguez? Kto to wogóle jest i skąd się wziął?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?