FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Supercopa de España:
12 sierpnia 2018 r. FC Barcelona pokonała Sevillę 2:1(1-1) w meczu o Superpuchar Hiszpanii i po raz trzynasty w historii zdobyła to trofeum. Gola na wagę triumfu zdobył Ousmane Dembele. Po raz pierwszy w historii o zdobyciu Superpucharu Hiszpanii zadecydował jeden mecz. Po raz pierwszy mecz tych rozgrywek rozegrano poza granicami tego państwa. W tamtej edycji wybór padł na marokański Tanger. W dotychczasowych edycjach Duma Katalonii triumfowała 12-krotnie, zaś Sevilla tylko raz. W tym meczu faworytem mógł być tylko jeden zespół. Spotkanie piłkarze Blaugrany rozpoczęli jednak kiepsko. Już w 9. minucie kapitalnym zagraniem popisał się Luis Muriel a adresatowi tego podania Pablo Sarabii nie pozostało nic innego jak skierować piłkę do bramki strzeżonej przez Marca-Andre Ter Stegena. Przy tej okazji doszło także do pierwszego wykorzystania systemu VAR w hiszpańskiej piłce. Ubiegłe lata wobec licznych błędów arbitrów pokazywały przydatność zastosowania tej technologii. Nie inaczej było tym razem. Dzięki systemowi VAR sędzia uznał gola dla Sevilli. Podopieczni Ernesto Valverde wzięli się do roboty. Dobrych okazji na wyrównanie nie wykorzystali Clement Lenglet oraz Luis Suarez. Tuż przed przerwą w końcu drogę do siatki znalazł Gerard Pique. Były reprezentant Hiszpanii dobił piłkę po niefortunnej interwencji bramkarza Andaluzyjczyków. Po zmianie stron zawodnicy Sevilli przygaśli, a piłkarze FC Barcelony rozpędzali się. W bramce tych pierwszych dwoił się i troił nowy nabytek - Tomas Vaclik, który odkupił winy za błąd z pierwszej połowy. Nie zdołał jednak uchronić swojego zespołu od utraty drugiego gola. W 79. minucie pięknym uderzeniem zza pola karnego popisał się Ousmane Dembele. Kiedy wydawało się, że trofeum da piłkarzy "Dumy Katalonii" jest już pewne, w ostatnich sekundach zaatakowali zawodnicy Pablo Machina. W pole karne wbiegł Aleix Vidal, który został powalony przez interweniującego Ter Stegena. Sędzia podyktował rzut karny. "Jedenastkę" po kiepskim strzale zmarnował jednak Francuz Wissam Ben Yedder. FC Barcelona dzięki temu zwycięstwu zapewniła sobie trzynaste trofeum w Superpucharze Hiszpanii, co czyni ją zdecydowanie najbardziej utytułowaną ekipą w historii tych rozgrywek. Oto gole i składy z tego historycznego wydarzenia: Gerard Pique(42 m.), Ousmane Dembele(79 m.) / Pablo Sarabia(9 m.)
FC Barcelona: Marc-Andre ter Stegen - Nelson Semedo, Gerard Pique, Clement Lenglet, Jordi Alba - Rafinha (46' Ivan Rakitić), Sergio Busquets, Arthur (53' Philippe Coutinho) - Leo Messi, Luis Suarez, Ousmane Dembele (86' Arturo Vidal)
FC Sevilla: Tomas Vaclik - Gabriel Mercado (85 ' Wissam Ben Yedder), Simon Kjaer, Sergi Gomez - Jesus Navas, Roque Mesa, Ever Banega, Sergio Escudero - Franco Vazquez, Luis Muriel (60' Andre Silva), Pablo Sarabia (71' Aleix Vidal)
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Feliz cumpleaños panie Aitor!
Swoje 61 urodziny obchodzi dzisiaj Aitor ,,Txiki” Beguiristain. Baskijski skrzydłowy w latach 80-tych był wielką gwiazdą Realu Sociedad. W sezonie 1987/88 jego drużyna zajęła 2 miejsce w La Liga i ,,Txiki” wraz z kolegami z zespołu- Bakero i Lopezem Rekarte trafili do FC Barcelony. Na Camp Nou spędził aż 7 lat, przez cały czas będąc podstawowym zawodnikiem pierwszej drużyny. Strzelił dla Barçy 81 goli w 313 meczach, wydatnie przyczyniając się do zdobycia 11 pucharów. Kariere kończył w 1999 r. w japońskiej Urawie. W 2003 r. powrócił do Barcelony i został dyrektorem sportowym podczas dwóch kadencji Joana Laporty. Po wyborach w 2010 r. odszedł aby po 2 latach przyjąć propozycje posady dyrektorskiej w Manchester City.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@FcPortoFan1999 Tak czy siak całego nie dam rady obejrzeć. Ciekaw jestem czy Bednarek czegoś głupiego nie nawywija...?
0
@FcPortoFan1999 To w Portugalii godzina różnicy? Myślałem że na całym Iberyjskim jest jak w Polsce?
0
Dopiero teraz ten mecz ,,Smoków"? No szkoda kuźwa że nie o północy jeszcze! Wtedy to już napewno wszyscy będą oglądać
4
@FCBparasiempre
W finale International Soccer League przeciwnikiem Polonii był New York Americans. Zespół ten tworzyli najlepsi zawodnicy z nowojorskich lig. Trzon kadry stanowili Anglicy, Niemcy, Węgrzy czy Grecy. Szkoleniowcem drużyny był John Herberger – tak, z tych Herbergerów. Był bratankiem słynnego Seppa Herbergera. Nie udało mu się jednak zaszczepić niemieckiego porządku w zespole. Wygranie grupy było szczytem ich możliwości. Choć przed spotkaniem trener odgrażał się, że rozszyfrował styl gry Polaków, to „Sport” po meczu ironicznie to podsumował, że opracowana przez niego recepta zdała się psu na budę. 31 lipca na Randall Island Stadium byli tylko tłem dla bytomian. Polonia wygrała 3:0, a na listę strzelców wpisali się kolejno Jan Banaś, Zygmunt Szmidt i Jerzy Jóźwiak. Wysokie zwycięstwo praktycznie przesądziło o wyniku dwumeczu. W rewanżu gracze Polonii chcieli stracić jak najmniej sił. Zwycięzca finałowej rywalizacji zyskiwał prawo gry o Puchar Ameryki. Nastawili się na grę obronną i zostali skarceni. W 28. minucie Szymkowiak musiał wyciągać piłkę z siatki po strzale Neubauera. Rozdrażniło to śląski zespół i już dwie minuty później wyrównał Szmidt. Po raz kolejny wpisując się na listę strzelców, udowodnił, że warto go było wypożyczyć z GKS-u. Po przerwie na 2:1 podwyższył Jerzy Jóźwiak, który wykorzystał dokładne podanie od Pogrzeby. Polonia dowiozła wynik do końca spotkania i wygrywając Interligę, zapewniła sobie udział w dwumeczu o Puchar Ameryki. Jan Liberda został przez amerykańskich dziennikarzy wybrany na najlepszego zawodnika Interligi.
O Puchar Ameryki rywalizował jego zwycięzca sprzed roku i aktualny mistrz Interligi. Przez trzy lata z rzędu równych sobie nie miała Dukla Praga. Polskie zespoły nie miały szczęścia do czeskiego klubu. Rok wcześniej nie sprostało mu Zagłębie Sosnowiec, a w europejskich pucharach zacięte, ale przegrane boje toczył z nim Górnik. Prowadzeni przez Jaroslava Vejvodę prażanie byli zdecydowanym faworytem dwumeczu. Polonia zdążyła już jednak udowodnić, że wcale nie jest słabeuszem. Swoją dobrą postawą w Interlidze potwierdziła, że nie przypadkowo zdobyła Puchar Rappana. Na pewno nie zamierzała się położyć na boisku i czekać na wymierzoną karę. Pierwszy mecz został rozegrany 7 sierpnia. Początek był bardzo wyrównany, ale żadnej z drużyn nie udało się zdobyć gola. W bytomskim zespole brakowało Jana Liberdy, który pauzował z powodu urazu. Kiedy upłynął kwadrans drugiej części gry, czeską bramkę odczarował Jan Banaś. Wykonywał rzut wolny z odległości około 20 metrów. Piłka po jego strzale odbiła się od jednego z Czechów i wróciła mu nogi. Nie namyślając się długo, uderzył jeszcze raz. Ivo Viktor był bezradny. Polonia nieoczekiwanie objęła prowadzenie. Na dwanaście minut przed końcem bytomianie zdobyli drugą bramkę. Sytuacja była bardzo podobna do tej Banasia. Tym razem stały fragment wykonywał Norbert Pogrzeba, a do odbitej od czeskiego zawodnika piłki doskoczył Ryszard Grzegorczyk, który ustalił wynik spotkania. Starciem z Duklą interesowała się już cała piłkarska Polska. Nic dziwnego, w końcu w tamtym okresie sukcesów naszego futbolu było jak na lekarstwo. Polskie Radio przeprowadzało nocną transmisję ze spotkania, a telewizja przyjechała zrobić program o tym, jak miasto żyje meczem. Nauczeni doświadczeniem bytomianie w rewanżu nie zamierzali się ograniczać do defensywy. Od samego początku ruszyli do ataku. Pierwszą bramkę zdobyli jednak prażanie. Josef Vacenovský potężnym strzałem z 30 metrów pokonał Edwarda Szymkowiaka. Nasz reprezentacyjny bramkarz dwoił się i troił, żeby nie wpuścić więcej goli. Zespół z Czechosłowacji zwietrzył swoją szansę i dążył do wyrównania stanu dwumeczu. Piłkarze Polonii jednak doskonale zdawali sobie sprawę, że najlepszą obroną jest atak. Ich starania przyniosły skutek w 30. minucie gry. Wtedy to do wyrównania doprowadził Jerzy Jóźwiak. Chwilę później ten sam zawodnik trafił w poprzeczkę, potem Jan Banaś w spojenie i jeszcze raz Jóźwiak w poprzeczkę. Michał Matyas mówił o fantastycznej opiece bogini szczęścia nad bramkarzem Pavlem Koubą. W drugiej odsłonie na boisku pojawił się Jan Liberda, który zmienił Szmidta. Polacy stwarzali nieustannie zagrożenie pod czeską bramką, a nasza obrona była nie do przejścia. Mimo wielu okazji do końca meczu wynik nie uległ zmianie. Remis był zwycięski dla bytomian. Zdobyli Puchar Ameryki. ,,Główny komitet kultury fizycznej i turystyki przesyła serdeczne gratulacje i wyrazy podziękowania za ogromny sukces w USA, odniesiony przez waszych piłkarzy. Jest to nie tylko sukces klubu i piłki nożnej, ale całego sportu. Życzę klubowi i jego członkom dalszych największych sukcesów sportowych”– pisały sportowe władze w specjalnej depeszy. Po ostatnim gwizdku wielu ze zgromadzonych na trybunach kibiców wdarło się na boisko. Kiedy Bill Cox zaczął wygłaszać przemówienie, jego słowa zostały zagłuszone przez wiwaty polskich kibiców i dźwięki śpiewanego przez nich Mazurka Dąbrowskiego. Zawodników i trenerów podrzucano na rękach. ,,Fruwałem tak wysoko do góry, że obawiałem się, iż zawadzę głową o instalacje elektryczne”– wspominał Michał Matyas.
Amerykańska Polonia, która bardzo dbała i wspierała zawodników w trakcie ich pobytu w USA, również i po finałowym starciu byli z piłkarzami. ,,Po meczu biegaliśmy wokół murawy, a miejscowa polonia chciała nam wrzucać do pucharu dolary. Tylko że wieczko się nie otwierało. Napychali więc kieszenie, a wieczorem w hotelu każdy wyciągał dolary i liczył. Pamiętam, jak kibice w Nowym Yorku zaśpiewali „Mazurka Dąbrowskiego”, a potem „Rotę”. Dla tych ludzi to było wielkie przeżycie”– opowiadał Anczok.
Na Okęciu wylądowali w piątek trzynastego, ale to był ten ze szczęśliwych piątków. Pierwsi kibicom pokazali się Jan Liberda i Edward Szymkowiak, którzy wspólnie z dumą prezentowali zdobyty puchar. Drużyna pojawiła się w kowbojskich kapeluszach. Jeszcze w Ameryce postanowili, że to właśnie w nich pokażą się kibicom. Nie przypadło to do gustu władzom, które uważały je za symbol zgniłego, zachodniego imperializmu. Wielu miało ze sobą masę prezentów, którymi obdarowywali ich rodacy mieszkający za oceanem i które sami kupili dla rodziny za zaoszczędzone pieniądze. Największą popularnością cieszyły się radia tranzystorowe. ,,Niektórzy mieli ich nawet po siedem. Już w USA trudno było wytrzymać, gdy z każdego kąta pokoju dobiegały dźwięki innej muzyki”– śmiał się Walter Winkler. Na lotnisku witały ich tylko rodziny, delegacja miejskich władz i przedstawiciele PZPN-u. Prawdziwe powitanie szykowane było w Bytomiu. Zanim jednak wyjechali autokarem w drogę do domu, zjedli uroczysty posiłek w hotelu Bristol. Nic dziwnego, że tak wystawnie ich witano. Odnieśli nie tylko sukces sportowy, ale i przywieźli dla PZPN 20 tys. dolarów. Przed gmachem Centralnego Domu Towarowego, gdzie bytomianie zaprezentowali zdobyte trofea, wstrzymany został ruch uliczny. Tymczasem w Bytomiu od wczesnych godzin porannych na placu Ernsta Thälmanna, który dziś nosi imię Sobieskiego, zaczęli gromadzić się pierwsi sympatycy. Nikt nikogo nie zwoływał, wszyscy przychodzili spontanicznie. Miejsca w okolicznych kamienicach dawno były zajęte. Kiedy autobus z piłkarzami wyjeżdżał ze stolicy, na placu już robiło się tłoczno. Wzdłuż drogi z Częstochowy do Bytomia ustawiali się rozradowani kibice i pozdrawiali jadących zawodników. Centrum miasta i okoliczne ulice były pełne. Poczta Polska przygotowała okolicznościowy stempel, a na scenie, którą ustawiono na placu, grała orkiestra i występował zespół estradowy. Wreszcie w eskorcie patrolu motocyklowego Milicji Obywatelskiej autokar z piłkarzami wjechał do miasta. Kiedy zawodnicy wyszli na scenę, 100 tys. zgromadzonych ludzi oszalało. Przemówienia co rusz były przerywane gromkimi brawami i skandowaniem nazwisk zawodników. ,,Byliśmy zawsze myślami z wami, wiedzieliśmy, że w nas wierzycie, że bez pucharu Ameryki nie mamy po co wracać!”– krzyczał Jan Liberda. Zdobyte przez bytomian trofea były dla kibiców czymś niewiarygodnym. Jedynymi sukcesami, jakie odnosiło polskie piłkarstwo, były wtedy wygrane w pojedynczych spotkaniach z renomowanymi rywalami. O jakichkolwiek pucharach można było zapomnieć. Śmiało można stwierdzić, że od czasów występu na francuskim mundialu, był to największy sukces naszego futbolu. Tamten sezon był ostatnim, w którym przeprowadzono rozgrywki. Cox nie potrafił się porozumieć z władzami amerykańskiej federacji i Interliga przeszła do historii. Polonia Bytom zdążyła jednak zapisać swój piękny ostatni rozdział.
7
@FCBparasiempre
Polonia Bytom zajmuje szczególne miejsce w historii naszego piłkarstwa. Założony w 1920 r. klub, który po wojnie reaktywowano i który przejął barwy lwowskiej Pogoni, w latach 50. i 60. zaliczał się do krajowej czołówki. Był pierwszym, któremu udało się przejść przez pierwszą rundę Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Dokonali tego w sezonie 1962/63. W 1965 r. wygrali rozgrywki, które dzisiaj wszyscy znamy jako Puchar Intertoto (wówczas Puchar Karla Rappana). To jedyny polski team tryumfujący w europejskich rozgrywkach. W finale uporali się z SC Lipsk, a w uznaniu ich dokonań zaproszono zespół do udziału w amerykańskiej International Soccer League. Interliga, jak nazywano te rozgrywki w Polsce, była towarzyskim turniejem, w którym rywalizowały silne europejskie kluby. Amerykanie pierwsze kroki w światowym futbolu stawiali jeszcze w XIX w. W 1885 r. rozegrali w Newark pierwszy mecz, w którym przegrali 0:1 z Kanadą. Rok później zrewanżowali się i wygrali w takim samym stosunku. Za pierwsze oficjalne uznaje się jednak spotkanie ze Szwecją z 1916 r., które rozegrano trzy lata po powstaniu związku. Już w 1930 r. brali udział w mistrzostwach świata, gdzie odpadli dopiero w półfinale. 20 lat później w Brazylii miał miejsce Cud na trawie i Amerykanie pokonali 1:0 Anglików po golu Joe Gaetjensa. Mimo tych sukcesów i stosunkowo szybkich początków, piłka nożna nie cieszyła się wielką popularnością w tym kraju. Dużo więcej kibiców przyciągał baseball, koszykówka, futbol amerykański czy hokej na lodzie. W 1960 r. William Drought Cox postanowił to zmienić. Człowiek ten był absolwentem Yale. Jako dobrze prosperujący biznesmen, który zbił majątek w przemyśle drzewnym, postanowił zainwestować w sport. Przez krótki czas był właścicielem baseballowego klubu Philadelphia Phillies, ale wkrótce wyszło na jaw, że zawiera zakłady bukmacherskie na swój własny klub. Było to sprzeczne z zasadami i jego przygoda z baseballem dobiegła końca. Widział potencjał w piłce nożnej. Doskonale zdawał sobie sprawę, że poziom amerykańskich drużyn, delikatnie mówiąc, nie jest najwyższy. To w tym dostrzegał główny powód małego zainteresowania tą dyscypliną wśród Amerykanów. Uważał, że jeśli podniesie się poziom i kibice będą mogli oglądać na boisku prawdziwe gwiazdy, to wtedy frekwencja na stadionach się zwiększy. Powołał więc do życia rozgrywki International Soccer League. Udało mu się namówić do sponsorowania kilku innych przedsiębiorców i w 1960 r. odbyła się pierwsza edycja rozgrywek. Brały w nich udział nie tylko profesjonalne ekipy z Europy, ale i z Ameryki Południowej. Nazwiska wielkich piłkarzy i wysoki poziom rywalizacji miały przyciągnąć na stadion rzesze kibiców. Jedynym Amerykańskim zespołem był New York Americans, a oprócz niego w premierowej edycji wzięły udział: szkocki Kilmarnock, angielskie Burnley, francuski OGC Nice, niemiecki Bayern, Glenavon z Irlandii Północnej, Crvena Zvezda z Jugosławii, włoska Sampdoria, portugalski Sporting, szwedzkie Norrköping, austriacki Rapid i reprezentujące Brazylię Bangu Atlético Clube. To właśnie ten ostatni zespół, w którym grał mistrz świata ze Szwecji – Zózimo, triumfował w rozgrywkach, pokonując w finale Kilmarnock.
Polonia Bytom nie była pierwszym klubem z Polski zaproszonym do udziału w rozgrywkach. Wcześniej, w 1963 r. takie zaproszenie wystosowano do zabrzańskiego Górnika. Ówczesny mistrz Polski świetnie się zaprezentował. Zabrzanie dotarli aż do finału, a zaskoczony tym faktem Cox, musiał odwołać rezerwację powrotnych biletów lotniczych dla Polaków. Był pewien, że w starciu z Dinamem Zagrzeb przegrają. Tymczasem Górnicy zwyciężyli 4:0. W finale zmierzyli się z angielskim West Hamem. W jego szeregach grali: Booby Moore, Martin Peters i Geoff Hurst. Wszyscy trzej zostaną trzy lata później mistrzami świata. Starcie obu drużyn zakończyło się remisem 1:1. Konieczne stało się rozegranie dodatkowego spotkania. Mecz miał jednak niecodzienny przebieg. Po nieuznaniu dwóch prawidłowo zdobytych goli przez Erwina Wilczka, na boisko wdarło się kilkaset osób. Próbowali „przekonać” szkockiego sędziego McLeana do zmiany zdania. Zamieszanie trwało pół godziny. Poturbowanego głównego arbitra zastąpił sędzia liniowy – Ameykanin Aldo Clementi. Ostatecznie po golu Hursta West Ham wygrał ten mecz i całe rozgrywki Interligi. ,,Zeszliśmy też do szatni, jeszcze po drodze zbierając ostrzeżenia ze strony kibiców: „nie wychodźcie z powrotem na boisko, żeby dokończyć mecz, bo znowu tego sędziego pogonimy. To spotkanie musi być powtórzone”. Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić. bilety powrotne zabukowano na następny dzień, o powtórce więc mowy nie było”– wspominał Stanisław Oślizło w swojej biografii.
Rok później do USA zaproszono zespół Zagłębia Sosnowiec. Klub w tamtym sezonie zdobył wicemistrzostwo Polski, ustępując pola tylko Górnikowi. Klub z Sosnowca był oczkiem w głowie Edwarda Gierka. Ówczesny I sekretarz KW PZPR w województwie katowickim miał sam pomóc w załatwieniu wyjazdu do Ameryki. Zagłębie spisało się jeszcze lepiej niż rok wcześniej Górnik. Podopieczni Teodora Wieczorka zdecydowanie wygrali swoją grupę. W pokonanym polu zostawili austriacki Schwechater, belgradzką Crvenę Zvezdę, portugalską Vitórię Guimarães i AEK Ateny. Przed spotkaniem z Grekami zawodników w szatni odwiedził Jan Kiepura. To wtedy wypowiedział słynne zdanie: ,,Ja zdobyłem Amerykę głosem, wy musicie zrobić to samo nogami!”. Ówczesny prezes Zagłębia Franciszek Wszołek tak na ten temat opowiadał w rozmowie z Wojciechem Todurem: ,,Staliśmy w tunelu, gdy zauważyłem, że przedziera się do nas mały człowieczek w czarnym kapeluszu z białą wstążką. Nic sobie nie robił z ochrony, a to nie byli byle kto, tylko wielcy jak szafy murzyni. Jednego zagadał, drugiemu przebiegł pod rękami i po chwili stał już między nami. „Chłopcy jesteście wielcy” – zaczął na powitanie, a potem dodał to słynne zdanie. Polacy zostawili po sobie znakomite wrażenie. Dzięki świetnym występom rozegranie meczu towarzyskiego zaproponował im wielki Santos. Brazylijczycy proponowali klubowi z Sosnowca 50 tys. dolarów. Mieli też opłacić podróż. Prezes Wszołek nie mógł takiej decyzji podjąć samodzielnie, nadał więc zaszyfrowaną depeszę do kraju. ,,Twoja propozycja jest fantastyczna, radzimy jednak, żebyś jej nie przyjął. Po zwycięstwach w Ameryce wrócicie do kraju jak bohaterowie. Jeżeli przegracie, to już nie będzie to… decyzja należy jednak do was”– przeczytał w odpowiedzi. Poprosił o dobę do namysłu i naradził się z piłkarzami. W parku, z dala od podsłuchów przedstawił im sytuację. Rwali się do gry, ale Witold Majewski, który miał największy posłuch w zespole, stwierdził, że skoro Gierek radzi, że mamy wracać, to powinniśmy tę radę przyjąć.
Po sukcesach Górnika i Zagłębia przyszła kolej na bytomską Polonię. Nikt specjalnie na nich nie liczył, faworytem tamtych rozgrywek był węgierski Ferencváros. Klub znad Dunaju był świeżo upieczonym zdobywcą Pucharu Miast Targowych, w finale pokonując Juventus. Polonia trafiła do grupy właśnie z Węgrami, a także z angielskim West Bromwich Albion i Kilmarnock ze Szkocji. 1 lipca 1965 r. szwajcarskimi liniami ,,Swissair”, a póżniej irlandzkimi „Aerotlans”, piłkarze z Bytomia udali się za ocean. Wszyscy byli ubrani w jednakowe granatowe garnitury z klubowym emblematem. Zanim jednak rozegrano pierwszy mecz, bytomianie musieli zaadaptować się w amerykańskiej rzeczywistości. W Polsce kraj ten był przedstawiany zupełnie inaczej niż wyglądał naprawdę. ,,Zamieszkaliśmy w hotelu w centrum Nowego Yorku. Baliśmy się z niego wyjść, żeby się nie zgubić. Autostrady w centrum, po cztery pasy w każdą stronę, wyjące samochody! i te windy… można było zgłupieć”– wspominał obrońca Walter Winkler. Zawodnicy dostawali osiem dolarów dziennej diety. Z tej kwoty za sześć mieli się wyżywić, a dwa mogli przeznaczyć na własne wydatki. Wszyscy chcieli zaoszczędzić jak najwięcej. Kolacje i śniadania robili sami, a polski rzeźnik z Brooklynu dostarczał im świeże wędliny. Obiady jedli więc w barze z kurczakami. Grano systemem mecz i rewanż. Pierwszy bytomianie mieli rozegrać z Ferencvárosem. Jedna z czołowych drużyn w Europie miała w składzie znakomitych Flóriána Alberta i Zoltána Vargę. Polonia przed wyjazdem wzmocniła swój skład Eugeniuszem Faberem i Antonim Nierobą z chorzowskiego Ruchu i Zygmuntem Szmidtem z GKS-u Katowice, który był świeżo upieczonym królem strzelców drugiej ligi. Mecz był rozgrywany w Chicago, a na trybunach zgromadziło się sporo Polaków. Piłkarzy odwiedzili też przedwojenni lwowscy gracze na czele z Adamem Wolaninem. Faworytem spotkania byli piłkarze znad Dunaju. Nieoczekiwanie jednak polski zespół postawił twarde warunki, a Węgrzy nie byli w stanie pokonać Szymkowiaka. Ostatecznie starcie zakończyło się bezbramkowym remisem, choć sędzia nie uznał dwóch bramek zdobytych przez Polonię. ,,Wszyscy byliśmy zdenerwowani. Orzechowski nawet trochę „przygadał” sędziemu. Zdenerwowani byli też nasi kibice. Po meczu omal arbitra nie pobili”– wspominał Walter Winkler. Drugie spotkanie zaplanowano na 11 lipca na godzinę 14:30. Tym razem w Nowym Jorku. Tu również nasi zawodnicy zostali bardzo ciepło przyjęci. Przeciwnikiem Polaków był mistrz Szkocji – Kilmarnock. Świeżo zakończony sezon był jednym z nielicznych, w których tytuł zdobył ktoś spoza dwójki Celtic – Rangers. Dla szkockiego klubu jest to do dzisiaj jedyne zwycięstwo w ligowych rozgrywkach. „Sport” pisał, że lipcowe upały i dubeltowe piwo mogą mieć duży wpływ na bojowość nieprzywykłych do upałów Szkotów. W starciu z Polakami mieli jednak pogodę po swojej stronie. Padał ulewny deszcz, ale nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a dla polskiego zespołu bramkę strzelił Jan Banaś. Napastnicy Polonii przebudzili się na dobre dopiero w trzecim pojedynku. Tym razem stanęli naprzeciw West Bromwich Albion. Anglicy byli dopiero czternastą drużyną angielskiej ekstraklasy, ale dwukrotnie potrafili urwać punkty piłkarzom Manchesteru United, którzy sięgnęli po tytuł. Postawili bytomianom twarde warunki. Polonia przegrywała już 0:2 po bramkach, które strzelali Szkot Ken Foggo i Anglik John Kaye. Wtedy jednak dał o sobie znać talent Norberta Pogrzeby. Urodzony w Bytomiu zawodnik dwukrotnie pokonał Raya Pottera, a potrzebował na to zaledwie trzech minut. W Ameryce spodobało mu się tak bardzo, że dwa lata później, już po opuszczeniu Polonii, będzie kontynuował karierę w St. Louis Stars. ,,Po trzech remisach odniosłem wrażenie, że rodacy odwracają się od nas. Coraz rzadziej nas odwiedzali i zapraszali do domów. Na szczęście zaczęliśmy wygrywać”– wspominał Winkler. Po pierwszej rundzie spotkań Polonia miała na koncie trzy remisy. Sprawa awansu ciągle była otwarta. Trudno było przewidzieć, która z drużyn okaże się najlepsza. Rewanżowe starcie z Ferencvárosem rozegrano 18 lipca. Miało ono zgoła inny przebieg niż pierwsze. Pierwsi na prowadzenie wyszli Węgrzy. Znakomite podanie od Gyuli Rákosiego dostał Flórián Albert i nie pozostało mu nic innego, jak umieścić piłkę w siatce. Trener Michał Matyas wiedział, że musi dokonać zmian, żeby zachować szansę na zwycięstwo w grupie. Murawę opuścił Norbert Pogrzeba, a na boisko wszedł Zygmunt Szmidt. Wprowadzenie wypożyczonego z GKS-u Katowice zawodnika wywołało ostry sprzeciw Węgrów. Protestowali, że jest to niezgodne z regulaminem, ale komitet organizacyjny stanął po stronie Polaków. W drugiej odsłonie gra się bardzo zaostrzyła, a za serię złośliwych fauli z boiska wyrzucony został Pál Orosz. Bytomianie wykorzystali liczebną przewagę i w 63. minucie wyrównał znakomity Jan Liberda. Poszli za ciosem i trzy minuty później, wprowadzony na boisko Szmidt strzelił na 2:1. Taki wynik utrzymał się do końca meczu, a dzięki zwycięstwu Polacy objęli prowadzenie w tabeli. Uskrzydleni odniesionym zwycięstwem nad mistrzem Węgier zaczęli grać jak z nut. W drugim meczu z Kilmarnock w znakomitej dyspozycji był Szymkowiak. Zachował czyste konto przez 90 minut. Z przodu znowu świetne zawody rozegrali Szmidt i Pogrzeba – strzelcy jedynych bramek w spotkaniu. Polonia wygrała 2:0 i była już tylko o mały kroczek od występu w finale Interligi. Niestety niepokój w szeregach bytomian wywołała kontuzja, jaką odniósł Jan Liberda. Lider drużyny w końcówce meczu został brutalnie sfaulowany i przez rozciętą skórę na kolanie musiał opuścić kolejne spotkanie. W ostatnim grupowym meczu do awansu wystarczał remis. Bytomianie nie mieli jednak zamiaru grać zachowawczo. Na trybunach było przecież wielu mieszkających w USA Polaków, którzy gorąco dopingowali swoich rodaków. West Bromwich miało po swojej stronie kibiców węgierskich i zawodników Ferencvárosu. Gdyby Anglicy wygrali, to właśnie Węgrzy zajęliby pierwsze miejsce. Polski zespół nie pozostawił jednak żadnych złudzeń rywalom. O ile pierwszy mecz był w miarę wyrównany i dość szczęśliwie zremisowaliśmy, o tyle drugi był już popisem napastników ze Śląska. Po raz kolejny wielką klasę zaprezentowali Norbert Pogrzeba i Zygmunt Szmidt. Obaj piłkarze strzelili po trzy bramki. Wynik 6:0 był nokautem. Anglicy zostali zdeklasowani, a Dave Murray z NBC New York wyraził po meczu opinię, że Polonia jest najlepszą drużyną, jaką kiedykolwiek oglądał w USA.
7
Polonia zagrała o Puchar Ameryki:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
12
Polski pionier w słonecznej Italii:
Urodzony 11 sierpnia 1899 roku Józef Słonecki, swoją przygodę z wielką piłką rozpoczął w roku, kiedy wybucha „Wielka Wojna” nazwana później I wojną światową. Uganiając się za szmacianką uczył się od legendarnych braci Kucharów, założycieli słynnego i utytułowanego klubu z Kresów. Błyskotliwy skrzydłowy, świetny technik, szybko zwrócił na siebie uwagę sympatyków piłki nożnej. Andrzej Gowarzewski, katowicki wydawca, w swoim znakomitym opracowaniu „Mistrzostwa Polski. Ludzie, fakty 1918-1939”, tak pisze w biogramie poświęconym jego osobie: „Sam Słonecki, jako żołnierz austriacki w czasie pierwszej wojny światowej, zdezerterował z armii i przeszedł na stronę włoską, występując w 1918 roku w kilku meczach słynnego Torino Calcio!”. Był więc pierwszym graczem z polskich ziem w słynnym klubie. Wszystko prawie sto lat wcześniej, nim pojawił się tam Kamil Glik, późniejszy kapitan „Granaty”, jedna z legend Torino w ostatnich latach. Słonecki w czasie gry w klubie z Piemontu musiał się więc zetknąć z jedną z legend światowej piłki jaką jest Vittorio Pozzo. Ten urodzony 2 marca 1886 roku w Turynie wspaniały trener, który w latach 30-tych ubiegłego wieku dwa razy doprowadził do tytułu mistrza świata Italię (1934 i 1938), w latach 1912-22 był „direttore tecnico” czyli trenerem Torino, wtedy czołowego klubu na Półwyspie Apenińskim. Słonecki grał nie tylko w Torino, ale też w innym włoskim klubie. Jesienią 1925 roku, za namową austriackiego trenera Karla Fischera, który raz za razem doprowadzał do mistrzostwa Polski Pogoń Lwów w pierwszej połowie lat 20-tych, z katowiczaninem, świetnym bramkarzem Emilem Goerlitzem, tak jak Słonecki też kilkukrotnym reprezentantem Polski, wyjechali grać do Edery Triest, gdzie Fischer został szkoleniowcem. „Uważa się to za precedensowy przypadek profesjonalnej gry polskich futbolistów za granicami” – pisze Andrzej Gowarzewski. Jak dodaje w swojej publikacji znakomity katowicki historyk futbolu, po niespełna rocznym pobycie obaj piłkarze wrócili do kraju, odzyskali status amatorski i w domu kontynuowali swoje kariery . Goerlizt w „swoim” 1.FC Katowice, a Słonecki wrócił do Lwowa, gdzie dalej błyszczał w Pogoni, w której grał do 1929 roku. ,,Był bożyszczem kibiców. Pogoń to był klub miejski. Czarni Lwów, którym ja kibicowałem i gdzie później jako zawodnik trochę trenowałem, to był klub inteligencji. Ta wzajemna rywalizacja napędzała jednych i drugich” – opowiada Stefan Żywotko.
Po wojnie, jak wielu Lwowiaków, Słonecki znalazł się w Bytomiu. Na dobre i złe związał się z Polonią. „Sport” pisał o nim: „Józku Słonecki odwiedzał podwórka na których za piłką uganiali się nieznani nikomu chłopcy. Przyglądał się maluchom, a kiedy w którymś odkrył prawdziwy talent powiada: chcesz grać w Polonii? W ten sposób wzbogacał co roku klubową kadrę o nowych piłkarzy. To jemu zawdzięczają wielką karierę byli i aktualni reprezentanci kraju, etatowi zawodnicy pierwszego zespołu bytomskiej Polonii, z którą związał swoje losy, swoje dole i niedole. Której pozostał wierny do ostatniego dnia pracowitego życia”. Kiedy zmarł na początku października 1970 roku, stosowny nekrolog w naszej gazecie zamieścił Polski Związek Piłki Nożnej. „Józku” Słonecki był przecież uczestnikiem przerwanego, z powodu wojny z bolszewikami, obozu kadry olimpijskiej latem 1920 roku. W reprezentacji zagrał w 6 spotkaniach a z Pogonią mistrzostwo zdobywał trzykrotnie w latach 1922, 1923 i 1925.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
10
„Rollercoaster” w Tbilisi:
11 sierpnia 2015 r. FC Barcelona sięgnęła po Superpuchar Europy. Mecz z Sevillą zakończył się jednak dopiero po dogrywce, a decydującego gola na 5:4 zdobył Pedro Rodriguez, który tym trafieniem pożegnał się z Blaugraną. Zdobywca Ligi Mistrzów - FC Barcelona prowadziła już z triumfatorami Ligi Europy 4:1. Piłkarze Sevilli FC jednak się nie poddali i doprowadzili do remisu. W dogrywce opadli jednak z sił i stracili decydującą bramkę w 115 minucie spotkania. Katalończycy sięgnęli po to trofeum po raz piąty. Cały mecz w barwach rywali rozegrał Grzegorz Krychowiak. Kibicom zgromadzonym na stadionie w stolicy Gruzji emocje towarzyszyły od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego. W pierwszej akcji meczu Javier Mascherano sfaulował szarżującego na bramkę rywala i sędzia podyktował rzut wolny dla Sevilli. Ten stały fragment gry na bramkę zamienił w trzeciej minucie Argentyńczyk Ever Banega, który popisał się technicznym strzałem nad murem. Niemiecki bramkarz Marc-Andre Ter Stegen nawet nie drgnął Ale już chwilę później do bardzo podobnej sytuacji doszło po drugiej stronie boiska. Faulującym był tym razem pomocnik Andaluzyjczyków Krychowiak, który w tym spotkaniu wystąpił na środku obrony. Polak przytrzymywał w niedozwolony sposób wychodzącego na pozycję Urugwajczyka Luisa Suareza. Do piłki ustawionej na 19. metrze podszedł Lionel Messi i został drugim tego dnia Argentyńczykiem, który wpisał się na listę strzelców. Trafił niemal w samo "okienko" bramki strzeżonej przez Portugalczyka Beto, nie dając mu żadnych szans. To nie był koniec festiwalu rzutów wolnych. W 16. minucie Messi podszedł do stojącej piłki raz jeszcze i znów był bezbłędny - po jego strzale piłka otarła się o słupek i wpadła do siatki. Tym razem faulował Banega, a Krychowiak otrzymał żółtą kartkę za zbyt energiczne protesty. Później spotkanie nieco się uspokoiło. Barcelona kontrolowała wydarzenia na boisku i nie dawała się zaskoczyć rywalom. W 28. minucie gola zdobył Suarez, ale sędzia uznał, że Urugwajczyk był na pozycji spalonej. Telewizyjne powtórki podały ten osąd w wątpliwość. Katalończycy co rusz zagrażali bramce Beto, jednak brakowało wykończenia. Z kolei Sevilla na swoją drugą okazję musiała czekać aż do 41. minuty - wówczas mistrzów Hiszpanii uratował Brazylijczyk Dani Alves, który wybił piłkę sprzed linii bramkowej. Dwie minuty później sytuacji sam na sam nie wykorzystał Suarez, ale po kilku sekundach Urugwajczyk zrehabilitował się - wyłożył piłkę Brazylijczykowi Rafinhi, który zastępował chorego rodaka Neymara, a ten skierował ją tylko do pustej siatki.
W początkowej fazie drugiej połowy Barcelona wciąż grała z dużą swobodą. Efekt przyszedł w 52. minucie, gdy piłkę odebrał rywalom Sergio Busquets, a następnie podał do niepilnowanego Suareza, który tym razem nie pomylił się w pojedynku z bramkarzem. Jednak pięć minut później chwilę nieuwagi w defensywie Katalończyków wykorzystał Vitolo. Dośrodkował on w pole karne wprost na nogę Jose Antonio Reyesa, który bez problemu pokonał Ter Stegena i Andaluzyjczycy zmniejszyli stratę na 2:4. W 68. minucie strzelec bramki zszedł z boiska, a zastąpił go debiutujący w tym zespole w meczu o stawkę Jewhen Konoplianka. Ukrainiec zajął miejsce na lewym skrzydle i to właśnie tą stroną Sevilla starała się sforsować defensywę rywala. Udało się to w 71. minucie, gdy po jednym z dośrodkowań w polu karnym faulowany był Vitolo, a sędzia podyktował rzut karny. Ter Stegen nie miał szans obronić mocnego i precyzyjnego uderzenia Francuza Kevina Gameiro i w tym momencie Barcelona prowadziła już tylko jedną bramką. Do remisu udało się doprowadzić w 81. minucie, po akcji dwóch rezerwowych. Wprowadzony na boisko kilkadziesiąt sekund wcześniej Włoch Ciro Immobile, również debiutant, podał wzdłuż linii bramkowej do Konoplianki a ten zdobył swoją pierwszą bramkę dla nowego klubu. Remis utrzymał się do końca drugiej połowy, więc konieczna była dogrywka. Decydujący cios zadał w 115. minucie rezerwowy Barcelony Pedro Rodriguez, który na boisku pojawił się w 93. minucie. Gdy Katalończycy grali w Superpucharze z Szachtarem Donieck w 2009 roku, Pedro również zdobył zwycięską bramkę (na 1:0) w... 115. minucie. Co więcej, sześć lat temu też był tylko rezerwowym. Historia zatoczyła zatem koło. Sevilla miała jeszcze dwie bardzo dobre okazje do wyrównania ale Adil Rami oraz Coke nie zdołali trafić w światło bramki z niewielkiej odległości. Spotkanie zakończyło się piątym triumfem Barcelony w tych rozgrywkach, natomiast Andaluzyjczycy pozostali z jednym tytułem, wywalczonym właśnie w meczu przeciwko Katalończykom w 2006 roku.
Po raz piąty zdarzyło się, by o Superpuchar rywalizowały dwa zespoły z tego samego kraju, a po raz trzeci były to ekipy z Hiszpanii. Przed rokiem Sevilla przegrała z Realem Madryt 0:2, natomiast w 2006 roku Andaluzyjczycy ograli Barcelonę 3:0.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Nie tylko dla prawdziwych cules:
W sierpniu 1928 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii rozegrała serie meczów towarzyskich ze słynnymi klubami Argentyńskimi. I tak: 11 sierpnia przegrała z CA Independiente 4:1, 15 sierpnia(również porażka) z River Plate 1:0 oraz 18 sierpnia po raz pierwszy w historii zagrała i pokonała słynny Boca Juniors 2:1 po dwóch golach znakomitego napastnika Josepa Sastre i honorowym napastnika Domingo Tarasconiego. Wszystkie te mecze rozegrane zostały w Buenos Aires.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Bernard777 ,,Brutalne wykopanie Kasperczaka z posady trenera"- to jest w tym wszystkim kluczowe a konkretnie w Wiśle tamtych czasów. Zwolnienie Kasperczaka przez Cupiała, to było najgorsze wówczas, co mogło spotkać tą drużyne. Pan Henio zbudowałby naprawde wielki zespół, gdyby tylko pozwolono mu dłużej pracować...
13
Feliz cumpleaños panie Julio!
11 sierpnia 1962 r. urodził się Julio Salinas, napastnik FC Barcelony w latach 1988-94. Kariere zaczynał w Athletic Bilbao, skąd w 1986 r. przeszedł do Atletico Madryt. Po dwóch latach trafił na Camp Nou i w swoim pierwszym sezonie strzelił 26 goli we wszystkich rozgrywkach, co stanowiło rekord jego kariery. W dodatku został bohaterem finału Pucharu Zdobywców Pucharów z 1989 r., gdzie zdobył gola już w 4 minucie meczu z Sampdorią Genua. Przez 3 sezony był podstawowym napastnikiem, lecz transfery Stoiczkowa i Romario uczyniły z Salinasa rezerwowego. W 1994 r. odszedł do Deportivo La Coruña a karierę kończył natomiast w Deportivo Alaves. Ze 152 golami w 417 meczach znajduje się w gronie dwudziestu najlepszych strzelców w historii Primera Division.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
Wygląda na to że leżą nam włoskie ekipy w Trofeu Joan Gamper jeśli chodzi o ,,Manity", gdyż w 2011 roku zapakowaliśmy 5 goli SSC Napoli a 4 lata wcześniej Interowi Mediolan. To może za rok zaprośmy na przykład US Lecce...
0
@directedbyfcb Jednak dzisiaj grają jak patałachy!
0
Prezes Laporta specjalnie ściągnął te patałachy z Włoch że nienarobić wstydu wielkiemu patronowi Joanowi Gamperowi i jednocześnie samemu sobie
0
@Durzy No to chyba masz jakiś lepszy internet najwyraźniej...?
0
No prosze, tylko kliknołem na jakość transmisji 720p i już meczu nie daje rady ciągnąć! Takie to ogladanie na internetach!
0
@partymaker No i co z tego? Faktem jest że nie był nawet w pierwszej 5-tce La Liga, więc nie może być wspaniały itp.
0
@partymaker W Trofeo Zamora
0
@Nazio_87 Wspaniały? to się dopiero okaże. W minionym sezonie był 9-tym bramkarzem La Liga, tak dla przypomnienia
1
No to zabawe czas zacząć! A bohaterem tej zabawy kto? Ronald Araujo, najlepszy obrońca Barcuni
1
Nasz Robert Lewandowski chyba cudownie ozdrowiał bo już kopie piłe i chiba będzie grał...?
0
@Gary No skoro tak, to jeszcze interesuje mnie gdzie te penye w Polsce się znajdują? A i jeszcze czy na ten Kongres Fanklubów wymagana jest znajomość obcego języka?
0
@Faro O masz ci babo placka! A skąd takie informacje!?
1
@mordini123 A czyli na jutubie. Dzięki śliczne za informacje
0
@Faro To jakaś chińszczyzna, nic z tego nie rozumiem!
1
Czy ktoś się orientuje na jakim programie będzie transmitowany Superpuchar Anglii?
1
@FCBparasiempre
Do Buenos Aires wrócił natomiast na kilka dni Ferreira, dla którego mistrzostwa zbiegły się z egzaminami na studiach prawniczych. Jego nieobecność oznaczała szansę dla Guillermo Stabilego, 167-centymetrowego napastnika Huracanu, którego cienki wąsiki i czujne spojrzenie strzelca wyborowego sprawiały wrażenie że traktuje świat z mieszaniną rozbawienia i gotowości do zadania śmiertelnego ciosu. W pierwszych 17 minutach meczu z Meksykiem strzelił dwa gole a Argentyna objęła 3 bramkowe prowadzenie i choć później Bonfiglio obronił rzut karny Paternostera, to ostatecznie Albicelestes wygrali 6:3 a Stabile został autorem drugiego na mundialu hattricka. Dwa kolejne gole Stabile dorzucił w meczu, który zapewnił Argentyńczykom miejsce w półfinale a mianowicie toczonym w atmosferze wrogości zwycięstwie 3:1 z Chile. Zdjęcia z tego meczu pokazują co najmniej 30 policjantów usiłujących przerwać bijatykę między zawodnikami po tym, jak prawy pomocnik Chile Arturo Castro sfaulował Montiego a ten spróbował wymierzyć sprawiedliwość waląc rywala pięścią w nos. W półfinale dopingowana przez tysiące widzów, którzy specjalnie na tę okazję przebyli La Plate, Argentyna była nie do zatrzymania. W pierwszej fazie meczu Tracey nie wykorzystał wprawdzie dwóch dobrych okazji dla Stanów Zjednoczonych ale gdy tylko w 20 minucie Monti wyprowadził Argentyńczyków na prowadzenie, losy awansu nie mogły budzić wątpliwości, zwłaszcza że w przerwie Tracey opuścił boisko ze zwichniętym kolanem a w drugiej połowie bramkarz Jimmy Douglas odniósł z kontuzją nogi. W 56 minucie Alejandro Scopelli zdobył drugiego gola a później Stabile i Carlos Peucelle strzelili śmiertelnie zmęczonym rywalom każdy po dwa gole. Zadania nie ułatwił Amerykanom ich fizjoterapeutę, który upuścił butlę z chloroformem, czasowo oślepiając pomocnika Andiego Aulda. Jim Brown zdobył wprawdzie honorowego gola w ostatniej minucie ale i tak wynik 6:1 trzeba uznać za demonstrację siły rywali. Cokolwiek czynili Argentyńczycy, Urugwajczycy również potrafili to zrobić, w swoim półfinale rozbili Jugosłowian w tym samym stosunku 6:1 Oznaczało to że finał pierwszych Mistrzostw Świata będzie taki, jakiego się wszyscy spodziewali: 111 Derby La Platy. Był to prawdopodobnie najważniejszy mecz w dziejach regionu a jego wynik pamięta się do dziś. ,, Jeśli miałbym wymienić jeden mecz, którego wolałbym nie pamiętać byłby to finał mundialu Urugwaj - Argentyna. A przecież ciągle go pamiętam. Ciągle mam go w głowie. Zrobiłbym wszystko żeby cofnąć czas i móc rozegrać go od nowa"- wspominał prawy łącznik Argentyny Pancho Varallo na kilka miesięcy przed śmiercią w 2010 roku. Varallo odniósł w karierze piłkarskiej mnóstwo sukcesów, zdobył trzy mistrzostwa kraju z Boca Juniors ale nawet w wieku 100 lat nie potrafił ukryć irytacji na myśl o tym że Argentyńczycy byli wówczas zdecydowanie lepsi. ,,Szkopuł w tym że spokojnie wygrywaliśmy, naprawdę spokojnie. Do przerwy było 2:1 dla nas ale powinno być więcej. Tańczyliśmy z nimi"- mówił Varallo. Naczelnik poczty argentyńskiej wynajął statek towarowy, który miał przewieźć go wraz z ekipą przyjaciół na drugi brzeg Estuarium i nie był to odosobniony przypadek, gdyż około 15 000 jego rodaków zapakowało się na parowce i transatlantyki, które w drodze do Europy zatrzymywały się w Montevideo. Niekorzystna pogoda spowodowała że wielu utknęło we mgle i dotarli do Urugwaju dopiero dzień po finale. Jeszcze więcej Argentyńczyków stawiło się w dokach Buenos Aires żeby pożegnać odpływających kibiców śpiewem ,,Argentina si! Uruguay no!". Po południu zamknięto biura, choć wielu pracowników i tak nie wróciła do domu żeby słuchać transmisji w radiu fabryka General Motors przerwała produkcję a izbę deputowanych odwołała posiedzenie. Nad tłumem widać było transparenty głoszące wiarę w zwycięstwo. Około 50 000 ludzi zgromadziło się przed redakcjami gazet żeby słuchać aktualizowanych sprawozdań z meczu przez wystawione na zewnątrz głośniki. Finał był wydarzeniem, które przyciągnęło celebrytów. Dzień przed meczem Carlos Gardel odwiedził reprezentację Argentyny w ośrodku treningowym. Od piłki nożnej wolał wprawdzie jazdę konną i publicznie chciał zachować neutralność między rzekomym krajem urodzenia a państwem, którego obywatelstwo przyjął ale nie było wątpliwości że prywatnie życzy zwycięstwa Argentyńczykom. Oficjalnie finał Mistrzostw Świata oglądało 68 346 widzów ale w rzeczywistości było to ponad 80 000 ludzi a kolejne tysiące zebrały się na ulicach wokół Centenario przed wejściem na stadion kibiców poddawano rewizji żeby sprawdzić czy nie wnoszą broni a sędzia doświadczony Langenus przygotował sobie plan ewakuacji, umożliwiający dotarcie na statek zaraz po zakończeniu meczu. ,,Czułem prawdziwy strach"- opowiadał później. Śmiercią grożono także Montiemu, który z początku odmówił gry, co wywołało konsternację w całej drużynie, zwłaszcza że rutynowany pomocnik Adolfo Zumelzu, który mógłby go zastąpić był niezdolny do gry z powodu kontuzji. Kiedy wszystkie próby przekonania Montiego zawiodły, ustalono że w jego miejsce zagra Alberto Chividini, mający wcześniej na koncie tylko trzy występy w reprezentacji ale w przedmeczowy poranek Lider reprezentacji oświadczył że ostatecznie gotów jest wyjście na boisko. Morale drużyny już jednak ucierpiało, tego że twardziel Monti nagle się przestraszył, Varallo nie potrafił mu wybaczyć nawet po 80 latach. ,,Urugwajczycy ograli nas bo byli cwani. No i umieli wykorzystać to że są gospodarzami. Niektórzy moi koledzy bali się jakie będą konsekwencje naszej wygranej. Luis Monti był świetnym piłkarzem ale tego dnia pozostawał kompletnie niewidoczny. Gdyby jakiś Urugwajczyk się przewrócił pewnie próbował by go podnieść. Podobno dostawał listy z pogróżkami, mnie by to nie obeszło. Był taki obrońca urugwajski, który krzyczał do mnie: ,,zostaw tę piłkę bo cię zabiję" ale ja to olewałem. Potem Zresztą podbiegł następny i zawołał: ,,nie zwracaj na niego uwagi, to świr"- wspominał Varallo. Varallo twierdził że nigdy nie pozwoliłby sobie na taką słabość, jaką okazał Monti. ,,Mój kuzyn, który często jeździł do Urugwaju żeby organizować mecze dla Estudiantes i Gimnasii, przyjechał do Montevideo właśnie tego dnia i odwiedził hotel Urugwajczyków. Kiedy go ujrzeli, zapytali co tu robi. ,,Przyjechałem zobaczyć mojego kuzyna Varallo", odpowiedział. ,,aaa, on jest pierwszy, którego musimy wykosić", usłyszał. Problem w tym że opowiedział mi to dopiero, gdy wróciliśmy do Argentyny! Wtedy nie pisnął ani słowem. Ale ja miałem charakter, nie dbałem o to, czy ktoś chce mnie zastraszyć. Miałem kontuzję, więc myślałem że nie zagram w tym finale ale rano przed meczem próbowałem trochę pobawić się piłką w jakimś kurniku niedaleko naszego hotelu w Santa Lucia i kolano spisało się całkiem nieźle. Najbardziej doświadczeni członkowie drużyny uznali więc że powinienem zagrać. W tamtych czasach to najstarsi piłkarze podejmowali decyzję. To prawda, mieliśmy trenera ale on się nie liczył, nie pamiętam nawet jak się nazywał. Okropnie chciałem grać, nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo marzyłem o pokonaniu tych całych Urugwajczyków. Wiecie, prawdziwe Derby Ameryki Południowej to mecze Argentyna - Urugwaj. To tutaj grali najlepsi piłkarze a meczami z jakąś Brazylią nikt się wtedy nie przejmował"- wspominał Varallo.
Legenda głosi że trener Francisco Olazar tłumaczył taktykę, rysując ustawienie na wilgotnym wciąż cemencie w szatni i że naszkicowane przezeń wówczas linie są widoczne do dzisiaj. Wydaje się to niemożliwe nie tylko dlatego że trudno sobie wyobrazić Olazara wydającego wówczas taktyczne instrukcje ale mniejsza o to, powszechna chęć wiary w baśniowe historie wiele mówi o mitycznym statusie tamtego meczu po obu stronach ujścia La Platy. To przecież jak z wyżłobieniami w skale czy nierównościami w ziemi, w których niektórzy dopatrują się śladów smoczych pazurów lub stóp olbrzymów. Mecz tej rangi po prostu musiał odcisnąć jakieś piętno nawet na środowisko naturalnym. Varallo zdawał sobie sprawę ze znaczenia tego meczu i z oczekiwań rodaków. ,,Siedzieliśmy w szatni przed meczem, kiedy asystent trenera wręczył mi plik telegramów, wszystkie z życzeniami powodzenia. Wysyłali je krewni, przyjaciele, lekarze ale też wielu mieszkańców mojego rodzinnego miasta, La Platy, których osobiście nie znałem. Lektura tych wiadomości była tak poruszająca że wielu z nas miało łzy w oczach. Trudno było się skupić przed grą"- wspominał. Emocje sięgnęły zenitu, gdy sędzia Langenus w tradycyjnym kaszkiecie i pumpach wyprowadził obie drużyny na murawę. ,,To było niezwykłe przeżycie zobaczyć ten wielki tłum wypełniający trybuny. Widownia składała się w większości z Urugwajczyków, którzy zaczęli nas wyzywać ale było też trochę rodaków, nawet jeśli większość statków nie mogła przepłynąć przez La Plate z powodu mgły. Wśród publiczności był też mój ojciec ale musiał opuścić stadion, zasłaniając się urugwajską flagą. Po prostu niektórzy Urugwajczycy polowali na Argentyńczyków i próbowali ich pobić. Nigdy tego nie zapomnę. Od najpiękniejszych momentów po najgorsze, wszystko się wówczas wydarzyło"- opowiadał Varallo. Wypada jednak zauważyć że na ocalałych taśmach filmowych, wyblakłych tak bardzo że boisko wydaje się wysypane piaskiem lub trocinami, nie widać przesadnej wrogości tłumu a raczej mężczyzn w garniturach podrzucających w powietrze czapki i kapelusze. Z drugiej strony, zważywszy także na wspomnienia Langenusa, argentyńskie obawy nie były chyba bezpodstawne. Pierwszy konflikt argentyńsko-urugwajski trzeba było zresztą zażegnać już kilka godzin wcześniej, kiedy obie drużyny domagały się aby mecz rozgrywano piłką wyprodukowaną w ich kraju i na szczęście Langenus i tym razem okazał zdrowy rozsądek, orzekając że argentyńską piłką zawodnicy będą kopać w pierwszej połowie a urugwajską w drugiej. Grający nie swoją piłką Urugwaj objął jednak prowadzenie. Kiedy Paternoster w 12 minucie meczu zablokował strzał Scaronego, futbolówka trafiła do Castro. Ten zagrał ją na prawo, skąd Pablo Dorado huknął z całej siły a piłka przeleciała pod brzuchem bramkarza Botasso, który po fazie grupowej zastąpił Bossio między słupkami. Paradoksalnie stracona bramka uspokoiła jednak Argentyńczyków, choć nie Montiego, który(jak pisał sprawozdawca ,,El grafico”) ,, stał dosłownie bez ducha w środku pola, nie przypominając ani trochę znakomitego rozgrywającego, którego pamiętaliśmy stylu meczów". Goście odzyskali pewność siebie i po 8 minutach wyrównali. Ubrany w jasny beret Juan Evaristo wymienił podania z Montim i oddał piłkę do Nolo Ferreiry, który po powrocie z egzaminów odzyskał pozycję lewego łącznika. Odegrał do prawo skrzydłowego Peucellego, który minął Alvaro Gestido i uderzył wysoko tuż przy dalszym słupku. 8 minut przed przerwą Argentyna już prowadziła. Jose Nasazzi, który poza tym incydentem rozgrywał znakomity turniej w urugwajskiej defensywie, minął się z dalekim podaniem Montiego pozwalając Stabilemu zdobyć jego ósmą bramkę podczas mistrzostw. W przerwie Argentyńczycy wydawali się kontrolować losy spotkanie ale druga połowa przyniosła urugwajską szarżę, manifestację ,,garra", co dosłownie tłumaczy się jako pazur ale przede wszystkim oznacza twardość, determinację, uliczną mądrość, uważany za kluczowe elementy miejscowego charakteru narodowego. Z pewnością gospodarzom pomogło to że Varallo, Botasso i Evaristo zmagali się z urazami. Argentyna miała okazję na podwyższenie prowadzenia, lecz Stabile jej nie wykorzystał a potem przyszła chwila, w której według Varallo los odwrócił się od jego kraju: ,,Pamiętam że kontratakowaliśmy, byłem przy piłce, strzeliłem na bramkę, piłka minęła bramkarza, szła w samo okienko i... trafiła w spojenie słupka z poprzeczką... Na całym stadionie zapadła cisza. Piłka wyszła poza boisko a najgorsze było to że uderzyłem tak mocno że moje kolano kompletnie się już rozsypało. Próbowałem grać dalej, kulejąc. Tamten gol mógł wszystko zmienić. Tymczasem zamiast 3:1 zaraz zrobiło się 2:2 a ja nie mogłem już biegać. Przeszedłem na skrzydło ale w gruncie rzeczy powinienem zejść z boiska. Problem w tym że wtedy nie można było jeszcze dokonywać zmian. Grałem więc ze straszliwym bólem a potem mecz zamienił się w piekło". Urugwajczycy wyrównali w 12 minucie drugiej połowy. Środkowy pomocnik Lorenzo Fernandez, po przerwie operujący nieco wyżej niż w pierwszych 45 minutach, podał z rzutu wolnego do Castro, który dostrzegł w polu karnym Scaronego stojącego tyłem do bramki. Scarone przerzucił piłkę nad ramieniem i dwoma argentyńskimi obrońcami, Jose Della Torre i Paternostrem a Cea wepchnął ją do siatki. Utykając na skrzydle Varallo został kompletnie zdominowany przez Ernesto Maschroniego. W 62 minucie Urugwajczyk odebrał mu piłkę, popędził do przodu i podał do lewoskrzydłowego Santosa Iriarte. Płaski strzał tego ostatniego zaskoczył Botassa, piłka minęła bramkarza na długo przed tym, zanim zdążył się rzucić. ,,Przegraliśmy ten mecz w drugiej połowie bo zabrakło nam charakteru. Niektórzy piłkarze naprawdę dali się zastraszyć i zamienili się w tchórzy"- wspominał Varallo. Czasami jedna odwaga potrafi zaburzyć trzeźwy ogląd w rzeczywistości. Wielu uważało później że zważywszy na stan jego kolana, Varallo w ogóle nie powinien grać w tym meczu. W końcówce miał zresztą jeszcze jedną okazją ale powstrzymał go Jose Andrade a w ostatniej minucie jednoręki Castro przypieczętował zwycięstwo Urugwaju po dośrodkowaniu Pablo Dorado, wyprzedzając Della Torre i główkując ponad rękami Botassa. ,,Argentyna grała z wielką wyobraźnią i elegancją ale jej techniczna doskonałość nie była w stanie zrekompensować zaniedbywania kwestii taktycznych. Z dwóch zespołów z nad La Platy Urugwajczycy przypominali mrówki a Argentyńczycy cykady"- pisał wielki włoski dziennikarz i historyk futbolu Gianni Brera.
Jules Rimet wręczył więc swój puchar Raulowi Jude prezydentowi urugwajskiej federacji piłkarskiej, w kraju zaś ogłoszono święto państwowe a sędzia Langenus szczęśliwie dotarł na swój statek. Sprawozdawca ,,El grafico’’ Alfredo Rossi nie był jednak zachwycony: ,, Belgijski sędzia Langenus przymykał oko na brutalne w śliskich reprezentantów Urugwaju, choć Argentyńczycy dostosowali się do wcześniejszych ustaleń, unikając ostrych fauli i szanując zasady Fair Play. Mam również zastrzeżenie do zachowania Urugwajczyków poza boiskiem a mianowicie do anonimowych telefonów i listów z pogróżkami wysyłanych piłkarzom przy okazji meczu z Francją i do artykułów prasowych, które osłabiły morale Montiego. Inny problem to pomyłki działaczy federacji, zmuszenie kapitana do gry i wystawienie kontuzjowanego Varallo zamiast zdolnego do gry z Scopellego". Nastroje w Argentynie były fatalne. Zaatakowano urugwajską ambasadę, ponownie zorganizowano też marsz kibiców, o ile jednak ten pierwszy, przedmeczowy był demonstracją nadziei i poparcia dla drużyny, to podczas drugiego argentyńskie flagi niesiono opuszczone na znak żałoby. Dwóch mężczyzn zostało ponoć zastrzelonych za odmowę oddania hołdu przechodzącej paradzie a nie roztropnie wymachującą urugwajską flagą kobietę wychylającą się z balkonu na Plaza de Mayo obrzucono kamieniami. Argentyńska Federacja futbolu amatorskiego, która wciąż jeszcze zajmowała się sprawami drużyny Narodowej (zawodowstwo miało zostać wprowadzone w 1931 roku) zerwała stosunki z federacją urugwajską. Jakże uprzejmie. Artykuł wstępny w ,,La Nacion’’ potępiał wprawdzie ,, fatalne maniery" tych, którzy nie potrafili pogodzić się z porażką ale ,,La Prensa" przenosiła całą wściekłość z Urugwajczyków na tych, którzy (jej zdaniem) zawiedli cały naród. ,, Argentyńskie drużyny wysyłane za granicę mają być symbolem narodowej dumy, nieważne o jakim sporcie tu mówimy. W ich skład nie mogą wchodzić ludzie, którzy mają z tym problemy... Nie trzeba nam takich, którzy padają po pierwszym ciosie i którzy są bliscy omdlenia przy pierwszej przeszkodzie, niezależnie od tego jak zręcznie panują nad piłką. Piłkarzy panienki należy wyeliminować z reprezentacji"- ogłaszano na tych łamach. ,,El grafico” poszło jeszcze dalej kwestionując sam sens organizowania turniejów międzynarodowych: ,, mistrzostwa świata są skończone. Triumfalnie dla Urugwaju ale tak naprawdę szczęśliwie dla wszystkich, gdyż trzeba powiedzieć że rozwój tych rozgrywek wiązał się z atmosferą nie tylko nieprzyjazną ale i pełną niewdzięczności. Ich epilog nie mógł być bardziej raniący. Mecz piłkarski po raz kolejny, jak tyle razy przedtem stał się sceną, na której obejrzeliśmy wielki spektakl braku kultury, brutalnych zachowań, zaciekłości i wyzwisk. Tytułowi mistrza świata nadaje się przesadne znaczenie a sam turniej zostawia w naszych sercach smutne i bolesne wspomnienie". Z zaskakującym brakiem samoświadomości, zażywszy na to, jak często publicyści tego pisma używali futbolu do budowania argentyńskiej tożsamości narodowej, wstępniak ,,El grafico” krytykował tych, którzy zamiast zwykłego sportu widzieli w piłce nożnej manifestacje narodowej dumy. ,, Fatalna edukacja sportowe piłkarskich władz miała wielki wpływ na zachowanie kibiców. Można było odnieść wrażenie, jakby to od zachowania tych 22 mężczyzn próbujących umieścić piłkę w bramce przeciwnika zależała pomyślność każdego ,,barrio" i przyszłość całego narodu". Ośmiu zawodników, którzy wystąpili w finale nigdy już nie założyły reprezentacyjnej koszulki. Dla Stabilego 4 mecze na mundialu (spotkania, w trakcie których strzelił aż 8 goli) były jedynymi, który rozegrał w drużynie narodowej. Rozczarowujący wynik ostatniego pojedynku nie był oczywiście jedynym powodem. Futbol zmieniał się radykalnie, czego najlepszym dowodem było to że Monti(będący wciąż niezależnie od tego, jak kiepsko zagrał w finale mundialu, jednym z ikonicznych piłkarzy argentyńskich) opuścił San Lorenzo, aby przeprowadzić się do Włoch i grać w Juventusie. Piłkarze zaczynali być świadomi własnej wartości i zdawać sobie sprawę że zyski z gry mogą czerpać gdziekolwiek w świecie. Wywierali tym samym dodatkową presję na argentyńskie kluby, które musiały zwiększyć przychody, by uniknąć drenażu talentów. Rozrastająca się struktura rozgrywek krajowych sprzyjała reformom. Argentyński futbol nigdy już nie miał być taki sam...
2
@FCBparasiempre
Wirtuozi i odwieczni wrogowie z nad La Platy:
W Argentynie liczba graczy i widzów wzrosła po zakończeniu I wojny światowej. W ślad za oficjalną ligą(bądź w czasach schizmy- ligami) powstawały niezliczone mniejsze organizacje piłkarskie, związane z poszczególnymi zawodami lub ugrupowaniami politycznymi widownia na meczach regularnie przekraczała 10 000 osób, co oznaczało że w klubach pojawiało się coraz więcej pieniędzy a dzięki nim podnosiły się standardy. ,,Zawodnicy, którzy tworzą nasze czołowe drużyny lokalne są profesjonalistami w każdym calu, tak samo jak ci z najtwardszych i największych lig w Anglii. Piłkarze argentyńscy grają zimą i latem, trenują codziennie i są zatrudnieni przez dżentelmenów zainteresowanych finansowym wspieraniem wielkich drużyn"- donosił ,,Herald" w 1926 roku. Wielu z tych dżentelmenów było także postaciami znaczącymi politycznie. Politycy pojawiali się na meczach już w trakcie pierwszych tournee angielskich zespołów ale w latach 20-tych zaczęli się też angażować w zarządzanie klubami. Aldo Cantoni, był na przykład senatorem San Juan a także prezydentem AFA i prezesem Huracanu. Pedro Bidegain z kolei był prezesem San Lorenzo i jednym z czołowych działaczy UCR. Osobista interwencja prezydenta Alveara, która miała zakończyć rozłam w związku piłkarskim pokazuje zresztą najlepiej że futbol już wówczas odgrywał ważną rolę polityczną. Jedna z dwóch instytucji rządzących argentyńską piłką mogła mieć w nazwie słowo ,,amatorski" ale w momencie zjednoczenia była to już oczywista fikcja. W 1926 roku na łamach ,,El Grafico” ukazał się artykuł, z którego wynikało jednoznacznie że niektórzy piłkarze(nazwisk nie podawano) dostają za swoją grę pieniądze. Czasem odbywało się bez przepływu gotówki a zawodnicy otrzymywali stroje, członkostwa w klubach i garnitury. Bez formalnych kontraktów piłkarzy byli też panami samych siebie i mogli zmieniać kluby, kiedy tylko chcieli. ,,Buenos Aires Herald" w swoim anglosaskim podniosłym tonie zauważał że określenie argentyńskiego futbolu mianem ,,amatorskiego" zakrawa na ,,kreolski żart". Europejskie kluby jawnie już zawodowe i coraz bardziej skłonne doprężenia finansowych muskułów dostrzegły potencję futbolu znad La Platy po urugwajskim złocie na igrzyskach w 1924 roku i szybko zaczęły interesować się także piłkarzami z Argentyny. W 1925 roku napastnik News Old Boys Julio Libonnatti, 24-latek z zaczesaną do góry grzywą i wielkim krzywym nosem został wypatrzony przez Enrico Maroniego, włoskiego przedsiębiorcy zarządzającego zarówno firmą produkującą alkohol Cinzano, jak i klubem piłkarskim Torino i stał się pierwszym ,,oriundi”, mieszkańcem Ameryki Południowej z włoskimi korzeniami, który wrócił do kraju przodków. Reprezentant kraju, zdobywca ośmiu goli w 15 meczach w drużynie narodowej, był członkiem zespołu, który wywalczył Campeonato Sudamericano w 1921 roku ale we Włoszech odnosił jeszcze większe sukcesy. Wesoły i charyzmatyczny, znany z jedwabnych koszul i generalnie fantazyjnego podejścia do strojów szybko stał się ulubieńcem Turynu i otrzymał przydomek ,,matador” w sezonie 1926/27, w którym Torino teoretycznie zdobyło mistrzostwo ale straciło tytuł po oskarżeniu o przekupienie lewego obrońcy Juventusu Luigiego Alemandiego, który miał odpuścić mecz derbowy, zdobył 21 goli, był także królem strzelców rok później, kiedy scudetto dla Torino nie zostało już zakwestionowane. Najistotniejsze w całej tej historii było to że w październiku 1926 roku Libonatti został powołany do reprezentacji Włoch a wcześniej otrzymał podwójny obywatelstwo, co umożliwiło obejście zapisów Carty di Viareggio, przyjętych w tym samym roku regulacji, które znacznie ograniczyły piłkarzom z zagranicy możliwość w lidze włoskiej. Po Libonattim drzwi dla przybyszów z Ameryki Południowej stanęły otworem. Włochy oferowały wysokie pensje, kulturę niespecjalnie odległą od argentyńskiej i szansę międzynarodowej sławy. Raimundo Orsi, który pokazał się z dobrej strony na igrzyskach w 1928 roku został skoszony przez Juventus tygodniówką w wysokości 8000 lirów, Fiatem 509 i 100 000 lirów za podpisanie kontraktu. Po wcześniejszych trzech mistrzostwach ligi ,,Asociacion Amateur” z Independiente napastnik ten wywalczył pięć ,,scudetti” z Juventusem. Był także jednym z trzech piłkarzy urodzonych w Argentynie (obok byłego napastnika Estudiantes Enrique Guaity i co było dla Argentyny wielkim ciosem, jej Wielkiego kapitana i lidera Luisa Montiego), którzy wywalczyli z reprezentacją Włoch mistrzostwo świata w 1934 roku. Trener Włochów Wittorio Pozzo był oczywiście krytykowany za stawianie na cudzoziemców, lub, jak rząd faszystowski nazywał obywateli z włoskimi korzeniami, którzy zdecydowali się wrócić do kraju przodków, rimpatriati, repatriantów ale przekonywał że skoro powołuje się ich do wojska, byłoby absurdem zakazywać im gry w reprezentacji. ,,Jeśli mogą umierać dla Włoch, mogą dla nich grać"- mówił. Guaita skądinąd próbował w 1936 roku przenieść się do Francji wraz z innymi ,,oriundi”, Scopellim i Sormanim, w obawie przed wysłaniem na Abisyńską kampanię Mussoliniego.
Exodus piłkarzy przez La Plate nie miał wpływu na urugwajską dominację w mistrzostwach Ameryki Południowej. Cztery miesiące po zwycięstwie na olimpiadzie, tym razem na własnym terenie Urugwaj zdobył Campeonato Sudamericano po raz piąty a tytuł zapewnił mu wywalczony w ostatnim meczu bezbramkowy remis z Argentyną. Bohaterem turnieju został jednak bramkarz tej ostatniej, grający na co dzień w Boca Juniors Americo Tesoriere, który przez całe mistrzostwa nie puścił ani jednego gola a po ostatnim meczu pełni zachwytu kibice gospodarzy znosili go z boiska na ramionach. Scenę tę umieszczono w nakręconym W 1949 roku w filmie ,,Con los mismos colores"(w tych samych barwach), według scenariusza Borocoto i w reżyserii Carlosa Torresa. Jak zauważył Pablo Alabarces w książce ,,Football and Patria”, film świadomie kreował Tesorierego na bohatera narodowego, nawet za pomocą sposobu, w jaki nakręcono kluczową scenę: ,, profil 3/4, uchwycony ze średniego dystansu, bohater patrzący w przyszłość, w prawo". Nieco ponad dwie dekady później u szczytu potęgi Perona, Borocoto wracał do lat 20-tych, próbując utrwalić narodowy mit. Argentyna wygrała Campenato Sudamericano w Buenos Aires w 1925 roku ale po wycofaniu się Urugwaju i Chile w tamtej edycji turnieju uczestniczyły zaledwie trzy drużyny. W 1926 roku w Santiago sprawy wróciły do znanego wcześniej porządku. Tytuł wywalczył Urugwaj a Argentyna musiała się zadowolić wicemistrzostwem aż wreszcie, w 1927 roku w limie okazała się lepsza od ,,La Celeste”. Samobójcze bramka z 85 minuty dała jej zwycięstwo 3:2 i trzecie mistrzostwo kontynentu w dziejach. Teraz nadszedł czas aby spełnić największe marzenie: dorównać Urugwajowi przez zdobycie złotego medalu na igrzyskach olimpijskich. Budując możliwie najsilniejszą drużynę na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 roku Argentyńczycy byli tak zdesperowani że Federacja przemykała oko na nielegalne opłacanie piłkarzy lub wręczanie im świadczeń rzeczowych. Brytyjczycy, którzy mieli u siebie zawodowy futbol od blisko 40 lat chcieli jednak aby Igrzyska Olimpijskie pozostały całkowicie amatorskie. Wezwana w roli arbitra FIFA znalazła się między młotem a kowadłem. Chciała uspokoić Brytyjczyków i międzynarodowy Komitet Olimpijski a zarazem uniknąć zrażania przedstawicieli Ameryki Południowej i tych Europejczyków z kontynentu, którzy wynagrodzenie zawodników uważali za niezbędne, aby przekonać ich do udziału w turnieju, skoro wiązało się to z kilku tygodniową nieobecnością w pracy. Stąd wzięła się propozycja odszkodowań, za pomocą których federacje narodowe mogłyby wyrównywać zawodnikom straty ponoszone w związku z rywalizacją w rozgrywkach międzynarodowych. Przedstawiciele Wysp Brytyjskich uznali że chodzi o wprowadzenie zawodowstwa kuchennymi drzwiami i w lutym 1928 roku na znak protestu wystąpili z FIFA. Henri Delaunay, prezydent francuskiej federacji piłkarskiej zrozumiał że podział jest nieuchronny. ,,Międzynarodowa piłka nożna nie może już rozwijać się w ramach igrzysk olimpijskich, gdyż Wiele krajów, w których futbol uprawia się zawodowo nie jest w stanie wysyłać na tę imprezę swoich najlepszych piłkarzy"- mówił podczas kongresu FIFA w 1926 roku. Stąd wziął się pomysł na organizację przez FIFA mistrzostw świata, które nie stały by w sprzeczności z amatorskim etosem ruchu olimpijskiego. Dzień przed rozpoczęciem igrzysk, 26 maja 1928 roku ogłoszono że pierwszy mundial odbędzie się w 1930 roku. Piłkarskim turnieju na olimpiadzie wzięło udział tylko 17 drużyn, o 5 mniej niż 4 lata wcześniej ale spodziewano się że poziom rozgrywek będzie wyższy a Włochy i Hiszpania stawią czoło Urugwajowi i Argentynie. Inna sprawa że przez pewien czas wydawało się że reprezentacja tej ostatniej w ogóle nie dotrze do Holandii. Przygotowania były chaotyczne a pieniądze na pobyt w Amsterdamie znalazły się zaledwie tydzień przed rozpoczęciem igrzysk. Zorganizowane przed nimi tournee również poszło Argentyńczykom kiepsko. W Lizbonie zremisowali, w Madrycie odnieśli minimalne zwycięstwo a w Barcelonie przegrali. Kiedy jednak Argentyńczycy rozpoczęli treningi w cichym Bloemendal, tuż pod Amsterdamem, wszystko zaczęło się układać a wrażenie to wzmocniło jeszcze łatwe zwycięstwo w meczu inauguracyjnym. Przybysza z Ameryki Południowej rozgromili reprezentację USA 11-2. Domingo Tarrasconi zdobył cztery gole, Roberto Cerro 3 a Nolo Ferreira i Raimundo Orsi po dwie. Te cztery nazwiska dają pewne wyobrażenie o nadzwyczajnej sile argentyńskiego ataku kibice w Buenos Aires w napięciu oczekiwali na jakiekolwiek informacje. Przed redakcjami gazet rozstawiono głośniki żeby przekazywać treść depesz przesyłanych w trakcie meczu przez korespondentów z Amsterdamu. Podczas pierwszego spotkania wysłannik ,,La Prensa" wydał na składające się z 15 słów telegramy 10 000 franków. Niezależnie od liczby depesz ,,La Nacion" chwaliła się ich prędkością. Redakcja twierdziła że czas, w którym pokonują Atlantyk w drodze z Holandii wynosi 50 sekund.
Urugwaj zaczynał spokojniej, chociaż jego zwycięstwo z Holandią oglądało ponad 40 000 widzów. W ćwierćfinale Argentyna grała z Belgią i po 10 minutach prowadziła już 3:0 po dwóch golach Tarasconiego i jednym Ferreiry. Później jednak Belgowie, być może wykorzystując samozadowolenie rywala stopniowo odrabiali straty. Dzięki bramce Moeschala w 53 minucie meczu zrobiło się 3:3. To zmobilizowało Argentyńczyków i strzelili czwartego gola, później Tarasconi dorzucił dwie kolejne i mecz zakończył się wynikiem 6:3. Urugwaj również awansował, dzięki toczonemu w kiepskiej atmosferze pojedynkowi z Niemcami. Ekipa z Ameryki Południowej wygrała 4:1 a Petrone zdobył hattricka ale Nasazziego i dwóch Niemców usunięte z boiska. Łatwiej poszło w Argentynie. Tarasconi strzelił trzy gole a Ferreira dwie i reprezentacja Egiptu została rozgromiona 6:0. Urugwaj tymczasem uczestniczył w klasyku, goniąc wynik w meczu z Włochami, którzy wcześniej pokonali Hiszpanów i ostatecznie zwyciężając trzy dwa. Oznaczało to najbardziej pożądane przez kibiców neutralnych finał: pojedynek między Urugwajem i Argentyną, rozegrany 11 000 km od ojczystych stron. O 40 000 biletów ubiegało się ponad ćwierć miliona chętnych a zbiegowisko przed redakcją ,,La Prensa" rozciągało się we wszystkich kierunkach na długość dwóch przecznic. ,, W przerwach między relacjami z Amsterdamu tłum kipiał z podniecenie ale jak tylko głośniki odzywały się ponownie, słychać było jedynie ,,ciiiii" a wypowiedzenie choć słowa do chwili, gdy sprawozdawca przestawał mówić wydawało się równoznaczne z samobójstwem. Grobowa cisza przerwana jedynie monotonnym brzęczeniem głośników i sporadycznym parsknięciem silnika samochodowego gdzieś z oddali unosiła się nad kilkoma dobrymi kwartałami"- donosił ,,Herald”. W połowie pierwszych 45 minut Petrone dał prowadzenie Urugwajowi ale 5 minut po przerwie Ferreira wyrównał i mecz skończył się wynikiem 1:1. Trzy dni później mecz powtórzono. Urugwaj znów objął prowadzenie i Argentyna znów doprowadziła do remisu. Wydawało się że przewaga jest po stronie Albicelestes ale w obronie Urugwaju znakomicie grali Nasazzi i Pedro Arispe a w bramce świetnie spisywał się Andres Mazali i wreszcie 17 minut przed końcem powtórzonego finału Hector Scarone strzelił gola, który dał Urugwajczykom drugie z rzędu olimpijskie złoto. Argentyna pogrążyła się we frustracji. Rozgrywane rok później w Buenos Aires Campeonato Sudamericano można było potraktować jak nagrodę pocieszenia. Zwycięstwa 2:0 nad Urugwajem dało tytuł gospodarzom. Argentyńczycy wygrali więc dwa razy z rzędu mistrzostwa kontynentu ale Urugwajczycy dzierżyli to najważniejsze trofeum i było też jasne że właśnie ich kadra pozostanie największym zagrożeniem dla argentyńskich nadziei na zwycięstwo w pierwszych Mistrzostwach Świata. Z czysto piłkarskiego punktu widzenia wydawało się oczywiste że to Urugwaj będzie właściwym gospodarzem turnieju ale przemawiały za tym również poważne względy ekonomiczne. Nawet po krachu na Wall Street Montevideo pozostawało dobrze prosperującym miastem a obchody Stulecia Niepodległości dawały dodatkowe powody by organizować mistrzostwa na północ od La Platy. Najważniejsze okazały się zapewne rządowe deklaracje wybudowania stadionu, który miał pomieścić 93 000 widzów i pokrycia kosztów pobytu każdej z przyjezdnych drużyn. Deklaracje, które zresztą nie wystarczyły aby skusić wielu europejskich potentatów do rejsu przez Atlantyk. Węgrzy, Austriacy, Włosi, Niemcy i Hiszpanie zostali w domach, podobnie zresztą jak Anglicy i Szkoci, nadal rozpamiętujący swoją porażkę w debacie nad definicją futbolu amatorskiego. Ostatecznie tylko 4 europejskie drużyny zdecydowały się na daleką podróż. Rumuni spełnili obietnice daną przez króla Karola 1928 roku, choć ich reprezentacja składała się głównie z robotników zatrudnionych przez brytyjskie kompanie naftowe w Ploeszti, urlopowanych na czas turnieju dzięki osobistej interwencji jednej z Królewskich kochanek. Francuzi działali pod presją prezydenta w FIFA Julesa Rimeta ale zarówno ich trener Gaston Barreau, jak i najlepszy napastnik Manuel Anatol zostali w ojczyźnie. Belgów przekonał z kolei wiceprezydent FIFA Rudolf Seeldrayes ale oni również wyruszyli w niepełnym składzie a ich największa gwiazda Raymond Braine otworzyła właśnie kawiarnię, co skądinąd naruszało krajową definicję amatorstwa. Spośród płynących przed Atlantyk bodaj tylko Jugosławianie żywili entuzjazm dla nowych rozgrywek. Zainteresowanie kibiców również nie było zbyt wielkie, być może dlatego że wedle powszechnej opinii najlepszymi drużynami na świecie były Argentyna i Urugwaj a ich spotkanie w finale wydawało się przesądzone niemal od chwili losowania. Ulewne deszcze opóźniły budowę ,,Estadio Centenario”, pospiesznie ukończonego w ciągu zaledwie 6 miesięcy, więc Argentyna musiała rozegrać swoje pierwsze spotkanie na Mundialu nie na nowym obiekcie lecz w parkę centrala, gdzie zwykle odbywały się mecze Nacionalu. Nieco osobliwe było też to, że ich rywalem byli Francuzi, którzy swój pierwszy pojedynek już rozegrali i to zaledwie dwa dni wcześniej wygrywając z Meksykiem 4:1. Zważywszy na brak odpoczynku, reprezentacja Francji Zapewne i tak nie wytrzymałaby meczu kondycyjnie ale jej sytuacja stała się jeszcze trudniejsza w pierwszych minutach, gdy Lucjan Laurent otworzy ci nawias zdobywca pierwszego gola w dziejach Mistrzostw Świata) został sponiewierany przez Montiego i musiał opuścić boisko z powodu poważnej kontuzji kostki. Bramkarzowi Francuzów Alexisowi Thepotowi odnowił się z kolei uraz z pierwszego meczu i w efekcie drużyna z Europy przez trzy czwarte meczu musiała grać dziewięcioma jako tako sprawnymi zawodnikami. Francuzi walczyli jednak do upadłego i ponieważ Argentyńczycy mieli kłopot ze skutecznością gdyż poproszony o grę na pozycji klasycznego środkowego napastnika Nolo Ferreira nie potrafił przystosować się do nowej roli a świetny zazwyczaj podczas walki o górne piłki lewy łącznik Roberto Cerro zmagał się ze skutkami ubocznymi leków przeciwlękowych, do 81 minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy. W końcu Argentyńczycy wykonywali rzut wolny tuż zza linii pola karnego. Trzech Francuzów zamiast stanąć w murze ustawiło się na skraju pole bramkowego zasłaniając widok Thepotowi i Monti z łatwością strzelił gola. Trzy minuty później, gdy ,,Trójkolorowi” desperacko dążyli do wyrównania, brazylijski sędzia postanowił zagwizdać po raz ostatni. Po gwałtownych protestach zmienił wprawdzie decyzję i pozwolił obu drużynom grać jeszcze 6 minut ale Francuzi stracili impet i Argentyna rozpoczęła Mistrzostwa Świata od spodziewanej wygranej, choć radość z sukcesu zepsuło buczenie wielu z ponad 23 000 urugwajskich kibiców. Atmosfera na widowni była tak nieprzychylna że Argentyńczycy zagrozili wycofaniem się z turnieju. Ostatecznie zdecydowali się zostać w Urugwaju po tym, jak prezydent tego kraju osobiście zagwarantował im bezpieczeństwo.