FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@michaleu No to jeśli tylko 65 to będe dokupywał ten pakiet, prawdopodobnie w przyszłym tygodniu...
1
@michaleu Ja własnie zamierzam zrobić to w Vectra ale nie wiem dokładnie ile trzeba dopłacić?
11
O takiej zbrodni prawdziwi cules nigdy nie zapomną:
6 sierpnia 1936 r. zamordowany został 28 w historii prezydent FC Barcelony- Josep Sunyol. Prezydent Barçy podróżował do Madrytu wraz z sekretarzem dyrektora generalnego ds. publicznych, milicjantem oraz szoferem. Według relacji miał przy sobie listy do ważnych działaczy politycznych i 25 tysięcy peset przeznaczone na transfer zawodników z Oviedo. Szofer pomylił droge i samochód znalazł się na drodze kontrolowanej przez wrogie frakcje. Podczas rutynowej kontroli na drodze w okolicach Sierra de Guadarrama, Sunyol postanowił rozprostować nogi i wyszedł z auta krzycząc: ,,Niech żyje republika!”. Kiedy odkryto że jest prezydentem FC Barcelony i republikaninem, rozstrzelano go na miejscu wraz z pozostałymi pasażerami auta. Wiadomość dotarła do Barcelony dopiero po tygodniu.
Szerzej o tym wydarzeniu opisuje choćby pani Julia Cicha: https://www.fcbarca.com/94186-josep-sunyol-prezydent-fc-barcelony-zamordowany-w-trakcie-hiszpanskiej-wojny-domowej.html
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@SeWo77 A to dobrze wiedzieć. Dzięki za informacje :)
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
5 sierpnia 1941 r. w Ustroniu urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizował o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
3
Crvena Zvezda to była bardzo silna ekipa pod koniec XX wieku oraz w latach 70-tych i 80-tych. Ostatnia konfrontacja serbskiego zespołu miała miejsce w I rundzie Pucharu UEFA z Groclinem Dyskobolią jesienią 2007 r. Na dzień dzisiejszy Crvena jest zdecydowanie słabsza, choćby od tamtej z lat 70-tych i jest jak najbardziej do pokonania przez ,,Kolejorza". Choćby 1:0 ale pokonajmy ich!
2
@FCBparasiempre
Kiedy po przegranej zawodnicy pytali Kałużę, dlaczego nie wystawił Matyasa, kapitan związkowy miał odpowiedzieć, że trener Otto, powołując się na diagnozę niemieckiego lekarza, przekazał mu, że gracz Pogoni nie jest zdolny do gry. Dopatrywano się tutaj celowego działania niemieckiego trenera, choć chyba nieco przesadnie. Kozłem ofiarnym zrobiono debiutującego Musielaka, a sam Kałuża przyznał się do błędu. „Przegląd Sportowy” donosił, że Nieudolnie zestawiony atak polski zaprzepaszcza wielką szansę piłkarstwa polskiego, a Adam Obrubański, który pisał wtedy dla tygodnika Raz, dwa, trzy, oceniał: ,,Zespół grał w całości znacznie gorzej niż w dwóch poprzednich meczach. Nie widać w nim było tej zaciętości i bojowości, która ożywiła naszych zawodników w meczach z Węgrami i Anglią. Albański, który już w meczu z anglikami wykazał niepewność i tremę, również i w tym spotkaniu zawiódł, przepuszczając dwie bramki w stylu nieprzynoszącym mu zaszczytu. Obrona mniej pewna niż w poprzednich meczach, przy czym Gałecki był słabszy od Martyny. Pomoc spisywała się stosunkowo najlepiej, natomiast atak to(poza Wodarzem i częściowo Peterkiem) najsłabsza część naszej drużyny. W bardzo słabej trójce środkowej, zaprzepaszczającej najłatwiejsze nieraz sytuacje podbramkowe najlepiej stosunkowo wypadł Gad. Musielak debiutujący w zespole wykazywał brak rutyny”. Marzenia o złotym medalu prysnęły jak bańka mydlana. Jedyną szansą na poprawę nastrojów było spotkanie o trzecie miejsce. W boju o brązowe medale nasi gracze spotkali się z Norwegią. Ci w ćwierćfinale odprawili z kwitkiem faworyzowanych Niemców, a po tamtym meczu szkoleniowcem naszych zachodnich sąsiadów został Sepp Herberger. Polaków nie czekał więc spacerek, a pojedynek, który trzeba było zagrać na pełnych obrotach. Niełatwe to było zadanie, kiedy po porażce zespół był psychicznie rozbity i całkowicie zdekoncentrowany. Norwegowie w półfinale dopiero po dogrywce ulegli Włochom, więc też mieli za sobą ciężką przeprawę zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. 13 sierpnia na Stadionie Olimpijskim zgromadziło się 90 tys. widzów. Widowisko okazało się jednym z najlepszych spotkań turnieju. Oba zespoły, mimo bolesnych porażek w poprzednich starciach, walczyły z niezwykłą ambicją i bardzo fair. Szanse obu drużyn były równorzędne, a styl gry podobny. O zwycięstwie miały więc decydować lepsza kondycja i przygotowanie mentalne. Nasi trenerzy dali pograć kilku rezerwowym, którzy zastąpili najbardziej zmęczonych zawodników pierwszej jedenastki. Po szybkich atakach już w 4. minucie wywalczyliśmy rzut rożny. W podbramkowym zamieszaniu piłkę w siatce zdołał umieścić Gerard Wodarz. Po szybkim wyjściu na prowadzenie poszliśmy za ciosem, a norweski bramkarz znalazł się w sporych opałach. Po upływie dziesięciu minut gry, w rzutach rożnych było już 5:0 dla nas, ale nie potrafiliśmy przełożyć tej przewagi na gole. Stopniowo zaczęli do głosu dochodzić Skandynawowie i ich ataki przyniosły skutek w 15. minucie. Wtedy to Arne Brustad zdobył wyrównującą bramkę. Sześć minut później, ten sam zawodnik, który później zostanie uznany w opinii fachowców najlepszym na całym turnieju, wykorzystał zdenerwowanie i niedokładność naszych graczy, pokonując Albańskiego po raz drugi. Podrażnieni Polacy odpowiedzieli w mgnieniu oka. Trzy minuty po stracie gola Wodarz zacentrował do Peterka, ten uderzył z półobrotu i na tablicy wyników znowu był remis. Kibice musieli być zachwyceni, ledwie 25 minut gry, a zdążyli obejrzeć już cztery trafienia. Strzelona bramka podziałała na naszych zawodników motywująco i w 30. minucie byli o krok od zdobycia trzeciego gola, ale norweski obrońca zdołał wybić piłkę z linii bramkowej. W kolejnych akcjach świetne strzały Gada i Wodarza obronił Henry Johansen. Norwedzy niebezpiecznie kontratakowali, ale do przerwy rezultat nie uległ zmianie. W drugiej części obraz gry pozostał taki sam. Na przemian atakowali jedni i drudzy. Po naszej stronie świetne okazje mieli Kisieliński i Gad, a w bramce dobrze spisywał się Albański. W 67. minucie Wodarz trafił w poprzeczkę, ale nie było nikogo, kto mógłby dobić. Wszystko wskazywało na to, że rozstrzygnięcie zapadnie dopiero w dogrywce. Niestety, pięć minut przed końcowym gwizdkiem Gałecki nie upilnował Monsena, który przerzucił futbolówkę do niekrytego Brustada. Norweg strzelił, piłka trafiła w poprzeczkę i odbiła się od pleców naszego bramkarza, wolno wtaczając się do bramki. Szał radości w zespole rywali, rozpacz w naszych szeregach. Polacy przegrali 2:3 i wracali do domu z niczym.
,,Ulegliśmy Austriakom nie bez pomocy stronniczego sędziego, a w meczu o trzecią lokatę nerwy odmówiły nam posłuszeństwa. Czułem niedosyt po tym starcie. Kierownictwo bankietowało poza wioską. Pozbawieni opieki zawodnicy poszli śladem działaczy. Próbowałem ich wyciągnąć z kantyny, bo dla mnie alkohol nie istniał, lecz nie osiągnąłem w tym dziele wielkich sukcesów”– wspominał Albański. Nie ma się co dziwić podłym nastrojom polskich piłkarzy, bo mieli naprawdę duże szanse nawet na końcowe zwycięstwo. Niedługo po igrzyskach z posadami pożegnali się zarówno trener Otto, jak i prezes PZPN gen. Bończ-Uzdowski. Z perspektywy czasu można jednak ten występ zaliczyć do udanych. Zwyczajnie zabrakło szczęścia, żeby wrócić do kraju z medalami. Niezależni obserwatorzy twierdzili, że w meczu o brąz spotkały się dwie najlepsze drużyny turnieju. Polacy pokazali światu, że potrafią grać w piłkę. Potwierdzili to dwa lata później na mistrzostwach świata we Francji w fantastycznym starciu z Brazylią. Gdyby do Berlina pojechał bohater tamtego spotkania, czyli Ernest Wilimowski, to kto wie, czy w stolicy III Rzeszy nie wybrzmiałby Mazurek Dąbrowskiego. Na to, żeby nasz hymn został odegrany na niemieckiej ziemi, musiało czekać jednak aż całe pokolenie miłośników futbolu.
6
@FCBparasiempre
Polski futbol w latach 30. XX w. coraz odważniej zaczął wkraczać na światowe salony. Drużyny klubowe częściej rozgrywały towarzyskie mecze z zagranicznymi zespołami. Kluby z innych krajów zaczęły chętniej przyjeżdżać do nas. W 1936 r. na igrzyskach w Berlinie nasi reprezentanci odnieśli największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Ich wynik poprawiły dopiero Orły Górskiego 36 lat później. Porażka na turnieju olimpijskim w Paryżu długo pozostawała w pamięci piłkarzy, działaczy i kibiców. W obawie o kolejną kompromitację, nie zdecydowano się wysyłać drużyny na igrzyska do Amsterdamu w 1928 r. Decyzji tej sprzyjał też fakt, że rozgrywki dopiero co utworzonej ligi nie zostawiały zbyt dużo czasu na mecze międzypaństwowe. Cztery lata później najlepsi sportowcy świata zjechali do Los Angeles, ale piłka nożna nie weszła wtedy do programu igrzysk. Lata 30. przyniosły ze sobą spadek znaczenia turniejów olimpijskich. Dlaczego? To proste – ponieważ pojawiły się oficjalne mistrzostwa świata. Polska drużyna pierwszy raz do kwalifikacji światowego czempionatu przystąpiła w 1934 r. Po porażce z Czechosłowacją u siebie, Polacy oddali jednak walkowerem mecz rewanżowy. Decyzja taka zapadła w MSZ, a motywowaną ją tym, że wyjazd ekipy sportowej nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym. Nasza reprezentacja coraz częściej odnosiła sukcesy w spotkaniach z silnymi rywalami. Potrafiliśmy wygrać 1:0 z mocną drużyną Austrii czy tylko minimalnie przegrać z Niemcami grającymi na podobnym poziomie. Występy dobre przeplataliśmy jednak niezbyt udanymi, dlatego też obawiano się występu na berlińskich zawodach. Długo zwlekano z podjęciem decyzji o wyjeździe. Pierwsze kroki ku temu podjęto już 1935 r., zatrudniając na stanowisku trenera związkowego Kurta Otto. Pełnił on funkcję trenera reprezentacji obok kapitana związkowego, którym był Józef Kałuża. Niemiec miał pomóc w przygotowaniu reprezentacji do startu w igrzyskach. Na walnym zgromadzeniu PZPN w lutym 1936 r. dwa dominujące w kraju okręgi piłkarskie, czyli Kraków i Lwów, były przeciwne wyjazdowi. Jednak federacja w porozumieniu z PKOl zdecydowały, że wyślemy piłkarską reprezentację do Berlina. Jednym z głównych argumentów były stosunkowo niewielkie koszty wyjazdu. Wierzono też, że poziom naszego futbolu podniósł się na tyle, że uda się godnie zaprezentować na igrzyskach. Kadra potwierdziła zresztą swoją klasę wyjazdowym zwycięstwem z Belgią w lutym 1936 r. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła dopiero w maju. Czasu na przygotowania nie było więc zbyt wiele, bo formułę otwierającą igrzyska Adolf Hitler miał wygłosić 1 sierpnia. W maju gościła w Polsce pierwsza zawodowa drużyna z Anglii. Zawodnicy Chelsea przyjechali, żeby zagrać mecz z okazji 30-lecia krakowskiej Wisły. PZPN wykorzystał ten fakt i zaoferował gościom rozegranie dodatkowego spotkania z naszą reprezentacją. Anglicy przystali na propozycję i 23 maja na stadionie Legii kadra zmierzyła się z ósmym zespołem angielskiej ligi. Londyńczycy wygrali 2:0, a dzień później ulegli Wiśle 0:1. Innym zagranicznym zespołem, z którym grała się drużyna narodowa, była wiedeńska Admira. Na początku czerwca, kiedy już krystalizował się skład, Polacy dwukrotnie przegrali z Austriakami. Najpierw 5 czerwca 0:4, a cztery dni później 1:3. Wyniki niezbyt zachwycające, ale po to zaplanowano obóz przygotowawczy, żeby wszystkie błędy wyeliminować. Początkowo brano pod uwagę 36 piłkarzy. Zgrupowanie rozpoczęło tylko 25, a po nim wyłonić planowano 18 wybrańców, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania barw narodowych na berlińskich igrzyskach. W gronie 36 zawodników był Ernest Wilimowski. Ostatecznie jednak nie pojechał na igrzyska, a jego usunięcie z kadry było, delikatnie mówiąc… kontrowersyjne. Pisano o pijaństwie, czy o rzekomym zawodowstwie w Ruchu, ale do dziś trudno ustalić, co tak naprawdę chcieli osiągnąć działacze, pozbywając się najlepszego w tamtym czasie napastnika. Obóz przygotowawczy rozpoczął się 6 lipca i miał trwać dwa tygodnie. Zawodników zakwaterowano w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na warszawskich Bielanach. Treningi prowadził wspomniany już wyżej Kurt Otto – były piłkarz Schalke a asystował mu Marian Spoida, który brał udział w igrzyskach w Paryżu. Legendarny obrońca warszawskiej Legii, Henryk Martyna, tak wspominał: ,,Chociaż występowałem w krajowej reprezentacji już siódmy rok, to dopiero pierwszy raz uczestniczyłem w zgrupowaniu przygotowawczym urządzonym przez PZPN i to w zgrupowaniu z prawdziwego zdarzenia, gdyż te z lat 1920 i 1924 były tylko sporadyczne, bez jakiejś zdecydowanej koncepcji. Warunki mieszkaniowe wyśmienite, wyżywienie również na „olimpijskim” poziomie. Humory więc i ochota do trenowania oraz gry były w całym zespole jak najlepsze. Najwięcej korzyści z tego obozu wynieśliśmy pod względem kondycyjnym”– fragment książki „Wielki finał”.
Formę naszych reprezentantów podczas przygotowań sprawdziła inna austriacka ekipa – Wacker. W drodze na tournée do Szwecji zatrzymali się na Śląsku i rozegrali z naszą kadrą dwa spotkania. Pierwsze, rozgrywane 11 lipca w Katowicach, trzeba było przerwać po 47 minutach wskutek gwałtownej ulewy i gradobicia – nasi prowadzili wtedy 2:0. Drugi mecz nazajutrz rozegrano w Chorzowie. Nasi reprezentanci wygrali 3:1, ale goście nie zmusili ich do zbyt dużego wysiłku. Nie przyłożyli się zanadto do gry i wyraźnie ustępowali naszym olimpijczykom, którzy zresztą też grali na pół gwizdka. Trenerzy mieli więc problem z oceną aktualnej dyspozycji zawodników. O ostatecznym kształcie reprezentacji miały zadecydować sparingi z węgierskim klubem Phöbus FC, jednym z czołowych zespołów w swoim w kraju. Po solidnych treningach nasi piłkarze wygrali 18 lipca w Warszawie 3:1. W drugim, który odbył się dzień później w Łodzi, Madziarzy zmusili naszych graczy do większego wysiłku. Grali z zaangażowaniem, prezentując dobre wyszkolenie techniczne i składne akcje. Finalnie starcie zakończyło się remisem 4:4, choć do przerwy przegrywaliśmy 2:4. Po węgierskich sprawdzianach kapitan związkowy Józef Kałuża przedstawił zarządowi PZPN listę 18 zawodników, którzy mieli reprezentować nasz kraj w Berlinie. Działacze zatwierdzili wszystkie nazwiska i do stolicy III Rzeszy pojechali: bramkarze Edward Madejski (Wisła) i Spirydion Albański (Pogoń), obrońcy Henryk Martyna (Legia), Władysław Szczepaniak (Polonia) i Antoni Gałecki (ŁKS), pomocnicy Józef Kotlarczyk (Wisła), Wilhelm Góra (Cracovia), Jan Wasiewicz (Pogoń), Ewald Dytko (Dąb Katowice) i Franciszek Cebulak (Legia) oraz napastnicy Ryszard Piec (Naprzód Lipiny), Michał Matyas (Pogoń), Walenty Musielak (HCP Poznań), Fryderyk Scherfke (Warta), Hubert Gad (Śląsk Świętochłowice), Walerian Kisieliński (Polonia), Gerard Wodarz i Teodor Peterek (obaj Ruch Wielkie Hajduki). W kraju pozostała czwórka graczy, którzy mieli pozostawać w gotowości wyjazdu do Berlina, gdyby zaszła taka potrzeba. Byli to: bramkarz Marian Fontowicz (Warta), Wilhelm Piec (Naprzód Lipiny), Jerzy Wostal (AKS Chorzów) i Alojzy Sitko (Wisła). Piłkarze wyjechali do Berlina z resztą olimpijskiej reprezentacji specjalnym pociągiem, a wzdłuż trasy, którą pokonywali, gromadzili się kibice wiwatujący na cześć sportowców. Polaków zakwaterowano w Doeberitz, położonym 32 km od Berlina. Parterowe domki, w których zamieszkali, po igrzyskach miały zostać przekształcone na koszary lotnicze. 19 lipca w berlińskim hotelu Russischer Hof przeprowadzono losowanie. Uczestników podzielono na dwa koszyki, a polska reprezentacja trafiła do pierwszego. W 1/16 finału mieli zmierzyć się z drużyną węgierską. W wielu europejskich krajach wprowadzono już wtedy zawodowstwo, podobnie było u naszych bratanków, którzy na igrzyska wysłali amatorską drużynę. Właśnie z uwagi na słabszą niż dotąd obsadę turnieju, eksperci upatrywali w polskiej drużynie jednego z kandydatów nawet do medali. W środę 5 sierpnia sędzia Raffaele Scorzoni z Włoch dał sygnał do rozpoczęcia gry. Na mogącym pomieścić 45 tys. widzów Poststadion zgromadziło się ledwie pięć tysięcy fanów futbolu. ,,Po raz pierwszy widziałem takiego kolosa, ale będąc na murawie, czułem się wręcz zagubiony. Mecze pierwszej rundy nie wzbudzały większego zainteresowania, ale dla nas piłkarzy, mobilizowanych przy każdej okazji, zdawał się ten mecz być najważniejszą próbą. Pamiętam, że szczególnie zdenerwowany chodził wśród piłkarzy redaktor Obrubański, który miał z madziarami swoje rachunki. W Berlinie załatwiliśmy je za niego”– wspominał Wodarz. Spotkanie z Węgrami zaczęliśmy z wysokiego c. Już w 15. minucie po silnym strzale Wodarza, bramkarz rywali ledwie zdołał odbić piłkę, ale wobec dobitki Gada był już bezradny. W 28. minucie ten sam zawodnik, po akcji Scherfke – Peterek podwyższył na 2:0. Węgrzy próbowali kontratakować, ale nasza obrona była nie do przejścia. Przeciwnik nie przebierał w środkach, żeby odrobić straty, ale jego próby spełzły na niczym. W końcówce Madziarzy znowu oddali nam inicjatywę. Kilka minut przed końcem, po strzale Scherfke piłka trafiła w poprzeczkę, ale zdołał ją przejąć Wodarz i ustalił wynik meczu na 3:0. „Przegląd Sportowy” odtrąbił Wielki sukces Polaków, a w relacjach zawodników dużo uwagi poświęcono ostrej grze rywali: ,,Jak zaczęli mnie brać w kleszcze, powiedziałem sobie: nie mogę być od nich gorszy i przyjąłem ten sam system gry, niech pieruny wiedzą, że nie jesteśmy byle lalki”– emocjonował się Peterek na łamach „Przeglądu Sportowego”.
Najlepsze oceny zebrała formacja pomocy, która obsługiwała atak wieloma kluczowymi podaniami. Na najwyższe noty zasłużyli Jan Wasiewicz i Józef Kotlarczyk. Bez zarzutu w obronie spisywali się Henryk Martyna i Antoni Gałecki, a w napadzie zwrócił na siebie uwagę Hubert Gad, który miejsce w składzie przejął po Wilimowskim. W ćwierćfinale na naszą drużynę czekała już reprezentacja Wielkiej Brytanii, która jest powoływana do życia tylko przy okazji igrzysk. W pierwszej rundzie odprawili oni Chińczyków, którzy jako jedyni w turnieju mieli numery na koszulkach. Zdania na temat naszego meczu z amatorami z Wysp były podzielone. Wielu obserwatorów faworyta spotkania widziała w Polakach, ale pojawiały się też głosy, które przestrzegały przed zbytnim lekceważeniem Brytyjczyków. Do starcia o półfinał przystąpiliśmy w tym samym składzie co trzy dni wcześniej z Węgrami. Z perspektywy czasu oceniano to jako błąd, bo przydałby się odpoczynek tym najbardziej zmęczonym czy poturbowanym graczom. Mecz rozpoczął się od okresu wyrównanej gry. Oba zespoły zachowywały ostrożność. W końcu, w 26. minucie Bernard Joy zdobył bramkę, dającą wyspiarzom prowadzenie. Ten 25-letni kapitan Brytyjczyków po igrzyskach trafił do Arsenalu, zaliczył też występ w zawodowej reprezentacji, a 20 lat później wydał książkę Forward, Arsenal! Zmobilizowani i podrażnieni Polacy wyrównali już 10 minut później po strzale niezawodnego Gada, który wykorzystał dokładne dośrodkowanie Pieca. Na parę minut przed przerwą Wodarz wyprowadził nasz zespół na prowadzenie. To była dopiero jednak zapowiedź koncertu, jaki nasza drużyna miała dać na początku drugiej odsłony. Tuż po wznowieniu gry lewoskrzydłowy Ruchu strzelił swoją drugą bramkę, a dwie minuty później skompletował hat-tricka, wykorzystując rozkojarzenie rywali, którzy dosłownie stanęli w miejscu. W 56. minucie Piec podwyższył na 5:1 i zapowiadał się srogi pogrom brytyjskiej ekipy. Minęło ledwie 10 minut gry, a koncertowo grający Polacy strzelili trzy bramki i praktycznie przesądzili losy meczu. ,,Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom a dwa gole strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem”– wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Nasi reprezentanci mieli mecz pod kontrolą, a każda następna akcja pachniała kolejnymi bramkami. Wszystko szło dobrze do 71. minuty. Wtedy to Edgar Shearer strzelił drugą sztukę dla wyspiarzy, która dodała im wiatru w żagle i przywróciła nadzieje na korzystny wynik. W 78. minucie Albański na tyle niefortunnie wypiąstkował piłkę, że dopadł do niej Joy i chwilę później na tablicy wyników było już tylko 5:3. Oszołomieni takim rozwojem wypadków Polacy, dali sobie strzelić wkrótce czwartą bramkę. W zamieszaniu w polu karnym po rzucie rożnym piłkę do siatki ponownie wcisnął Joy. Na tym jednak się skończyło i ostatnie dziesięć minut nasi zawodnicy spędzili na rozpaczliwej obronie wyniku, czekając na gwizdek Szweda, Rudolfa Eklöwa. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale szczęśliwie dotrwaliśmy do końca. Niezłego stracha napędził nam Bernard Joy, który wspominał: ,,To się musiało wreszcie stać! Traciliśmy bramki dzięki zagraniom, które udają się na trawie raz na dziesięć prób, a Polakom wychodziły za każdym razem. Lewoskrzydłowy miał dzień, jakby od lat gromadził szczęście na tę jedną grę, był wspaniały, elegancki, dżentelmen w każdym calu. Gdy Edgar złapał na błędzie obrońcę, uwierzyliśmy, że to jeszcze nie koniec. Teraz do nas należał cały stadion. Udało mi się trafić dwa razy, pierwszy z bliska, z podania Gardinera a chwilę potem z ponad 20 jardów. Poczuliśmy siłę wiatru! Teraz wychodziło wszystko a Polacy rozpaczliwie bronili się, jakby nagle zapomnieli o grze. Byliśmy blisko, ale do szansy w dogrywce, zabrakło nam grama szczęścia od dobrej wróżki”.
Nasi zawodnicy mówili, że kontrolowali przebieg gry, ale dziennikarze wytykali im, że jeśli spotkanie trwałoby kilka minut dłużej, to przeciwnik zdołałby wyrównać. Oprócz Wodarza wyróżnili się obaj boczni pomocnicy – Józef Kotlarczyk i Ewald Dytko, dla których nie było w tym mecz straconych piłek. Po tym emocjonującym spektaklu, w którym mieliśmy sporo szczęścia, mogliśmy się szykować do półfinału. Pierwszy raz znaleźliśmy się w strefie medalowej i mieliśmy spore szanse na sukces. Naszym przeciwnikiem miało być Peru… Miało być, ale nie było. Ich ćwierćfinałowy mecz z Austrią miał niecodzienny przebieg. Do przerwy przegrywali 0:2, zdołali jednak wyrównać i doprowadzić do dogrywki. W tej grali już zdecydowanie lepiej od rywali i po bramce na 4:2 w samej końcówce, wydawało się, że zagrają w półfinale. Austriacy jednak złożyli protest. Jako powód podali wtargnięcie na boisko, już po meczu, peruwiańskich kibiców, którzy rzekomo mieli poturbować amatorów z Austrii. Jury d’Appel uwzględniło ich obiekcje i nakazało powtórzyć spotkanie. Peruwiańczycy, czując się oszukani, odmówili wzięcia w nim udziału, a Austria otrzymała walkower. Pod konsulatami Niemiec i Austrii w Limie odbyły się demonstracje, a poseł peruwiański w Berlinie zwrócił się do rządu o wydanie nakazu powrotu ekipy do kraju. Faworytami półfinałowego spotkania byli gracze znad Wisły. We wcześniejszych latach graliśmy z amatorską drużyną Austrii dwukrotnie i tyle razy wychodziliśmy z tych konfrontacji zwycięsko. Dodatkowo w październiku 1935 wygraliśmy z drugą drużyną zawodowców tego kraju. Swoim rodakom nie dawał nawet szans sławny Hugo Meisl. Boisko zweryfikowało jednak oczekiwania. Po spotkaniu z Brytyjczykami okazało się, że Fryderyk Scherfke ma pęknięte żebra i konieczna będzie zmiana w żelaznym dotąd składzie. Naturalnym wyborem wydawał się Michał Matyas. Kałuża postawił jednak na debiutanta – Walentego Musielaka. Kiedy dzień przed meczem drużyna się o tym dowiedziała, to Martyna i Kotlarczyk chcieli nawet udać się do Kałuży i zapytać czemu nie wystawił Matyasa, który pomimo wcześniejszej kontuzji, był już gotowy do gry: ,,Czułem się już zdolny do gry, ale nie zgodziłem się na ich propozycję. Kierownictwo ekipy(powiedziałem) powinno samo zapytać mnie, jak się czuję. Nie mam zamiaru za waszym pośrednictwem wpraszać się do gry, a jeśli mimo to będziecie interweniować, powiem Kałuży, że nie czuję się na siłach”– relacjonował Matyas w „Wielkim finale”. Mecz rozgrywano 11 sierpnia na Stadionie Olimpijskim w obecności 80 tys. widzów, co musiało być dla Polaków nie lada przeżyciem, bo pierwszy raz wystąpili przed tak dużą publicznością. Nasza drużyna od początku atakowała, ale były to raczej indywidualne zrywy niż przemyślane, poukładane akcje. W 17. minucie Austriak Kerl Keinberger oddał silny strzał z 30 metrów, którym zaskoczył naszą defensywę i nieoczekiwanie pierwsi na prowadzenie wyszli rywale. Mimo że swoje dogodne sytuacje mieli Gad, Wodarz i debiutujący Musielak, to do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Po przerwie nasi reprezentacji od razu ruszyli do ataków. Niestety nadal bezskutecznie, a jakby tego było mało, to w 54. minucie piłkę przechwycił Walter Werginz, który uprzedził nadbiegającego Gałeckiego i podwyższył na 2:0 dla Austrii. Od tego momentu gra się zaostrzyła. Groźne akcje Polacy przeprowadzali głównie lewą stroną. W 72. minucie po przerzucie na prawą stronę futbolówkę przejął Piec i znakomicie wypuścił Musielaka. Ten znowu jednak zmarnował dogodną sytuację i z trzech metrów trafił w słupek. Chwilę później jednak nadzieje w serca kibiców wlał Gad, który trafił w trzecim kolejnym meczu turnieju. Do końca spotkania pozostawało kilkanaście minut i polscy piłkarze zagrali va banque. Ataki na austriacką bramkę szły jeden za drugim i wydawało się kwestią czasu zdobycie wyrównującego gola. Wreszcie na pięć minut przed końcem Wodarz zacentrował piłkę, do której wyskoczył Peterek i wepchnął piłkę do bramki razem z bramkarzem. Wydawało się, że arbiter początkowo chciał wskazać na środek boiska, ale chwilę później odgwizdał rzut wolny dla Austrii. „Przegląd Sportowy” pisał, że jego decyzja wywołała zastrzeżenia nawet u neutralnych widzów. Protesty Polaków na nic się zdały, a dodatkowo dali sobie wbić w samej końcówce trzecią bramkę.
7
Reprezentacja Polski na Igrzyskach Olimpijskich(cz. 2):
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@Gary Nie ma sprawy! Doskonale cie rozumiem i na tyle ile bede w stanie, to z pewnością o tobie nie zapomne! W końcu Barcunia to nasza miłość :)
2
@Safrani Departament Logistyki? To takie coś istnieje w Polsce? Pierwsze słysze? Tak czy siak będzie to potwornie ciężka rywalizacja z Kolejorzem. Nie wiem nawet kiedy my ,,Widzewiacy" pokonaliśmy Lecha w Poznaniu i wogóle kiedy my go pokonaliśmy? Może ze 20 lat temu? Jak nie więcej?
9
Zapomniane legendy angielskiego futbolu:
5 sierpnia 1948 r. urodził się Ray Clemence, jeden z najlepszych angielskich bramkarzy lat 70-tych i legenda Liverpoolu z tamtego okresu. Swoją profesjonalną karierę zaczynał w trzecioligowym Scunthorpe United. Jeszcze jako nastolatek stał się podstawowym zawodnikiem drużyny. Klub nie zwątpił w niego nawet po upokarzającej porażce z lokalnym rywalem 1:7. Clemence, który obawiał się, że ta przegrana położy się cieniem na jego karierze, zaliczył potem serię kilkudziesięciu bardzo solidnych występów. Dzięki temu odbudował się mentalnie, a dobrą grą zwrócił na siebie uwagę sztabu Liverpoolu. Bill Shankly zakontraktował go w czerwcu 1967 r. Kiedy oferta The Reds została zaakceptowana, prezes Scunthorpe United osobiście zawiózł Clemence’a na Anflield swoim własnym Rolls Roysem. Na debiut w nowym zespole młody bramkarz musiał poczekać do września 1968 r., a przez kolejne dwa lata był rezerwowym i sporadycznie pojawiał się na boisku. Kiedy jednak w 1970 r. stał się pierwszym wyborem przy obsadzie bramki, to pozostał nim do końca swojego pobytu w klubie. W czasie kilkunastu lat spędzonych na Anfield pięciokrotnie (1972/73, 1975/76, 1976/77, 1978/79, 1979/80) zdobywał mistrzostwo Anglii. Raz cieszył się z triumfów w Pucharze Anglii (1973/74) i Pucharze Ligi (1980/81). Był podstawowym elementem drużyny, która odnosiła też wielkie sukcesy na arenie europejskiej. Dwa razy z kolegami zwyciężał w Pucharze UEFA (1972/73, 1975/76) i trzykrotnie podnosił w górę Puchar Europy (1976/77, 1977/78, 1980/81), a także raz Superpuchar Europy (1977). Pomiędzy 1972 a 1983 r. był pewnym punktem angielskiej reprezentacji. O miejsce między słupkami musiał jednak rywalizować ze znakomitym Peterem Shiltonem, przez co niejednokrotnie przychodziło mu godzić się z rolą drugiego bramkarza. Mimo to zdołał uzbierać 61 występów w narodowych barwach. Bronił podczas mistrzostw Europy w 1980 r., kiedy Anglia zakończyła rywalizację na fazie grupowej, a także pojechał na mundial do Hiszpanii, gdzie jednak ani razu nie podniósł się z ławki. Finałowy pojedynek Pucharu Europy w 1981 r. rozgrywany był na Parc des Princes w Paryżu. Naprzeciw siebie stanęły wówczas Real Madryt i Liverpool. Po bardzo wyrównanym meczu The Redds wygrali minimalnie 1:0. Jak się później okazało był to ostatni występ Clemence’a w barwach klubu z Anfield. Coraz bardziej odczuwał presję za swoimi plecami, a pojawienie się w drużynie Bruce’a Grobbelaara po raz pierwszy od dłuższego czasu postawiło pod znakiem zapytania obecność Raya w pierwszym składzie. Latem 1981 r. za 300 tys. funtów przeniósł się do Tottenhamu Hotspur. Z nowym klubem wygrał Puchar Anglii (1981/82), a także Puchar UEFA (1983/84), choć finałowe spotkanie z Anderlechtem z powodu kontuzji oglądał jako rezerwowy. Przez kolejne lata ciągle był pewnym punktem zespołu i miał swój niemały udział w zdobyciu przez zespół trzeciego miejsca na finiszu rozgrywek w sezonach 1984/85 oraz 1986/87. W listopadzie 1987 r. doznał kontuzji ścięgna Achillesa. Przyspieszyła ona jego decyzję o przejściu na emeryturę, co ostatecznie nastąpiło w 1988 r.
Na koniec sezonu 1976/77 znalazł się w Drużynie Roku wybranej przez Professional Footballers’ Association (PFA Team of the Year). Należy do bardzo elitarnego grona zawodników, którzy w trakcie całej kariery rozegrali ponad 1000 oficjalnych meczów. Na jego 1118 występów 61 przypadło na dorosłą reprezentację, a cztery na młodzieżową U-23. 337 razy zakładał bluzę Tottenhamu, a barwy Liverpoolu przywdziewał aż 665 razy. Do tego dolicza się mu jeszcze przynajmniej 50 spotkań z czasów Scunthorpe. Jego 460 czystych kont to też wynik rekordowy. Po zakończeniu kariery zawodniczej próbował się odnaleźć w roli szkoleniowca. Co prawda w klubach pracował bez większych sukcesów, ale jako trener bramkarzy przez parę lat był członkiem sztabu angielskiej reprezentacji. Pracował również w strukturach federacji, stojąc na czele FA Development Team. Nadzorował tam rozwój młodych angielskich zawodników w kategoriach wiekowych od U-16 do U-21. W 2005 r. zdiagnozowano u niego raka prostaty i to z tą chorobą przegrał po kilkunastoletniej walce.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Gary Aha. Paniałem! Zrobie wszystko co w mojej mocy!
9
Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:
5 sierpnia 1910 r. urodził się argentyński środkowy napastnik Herminio Masantonio. Większość kariery spędził w barwach Huracánu, grał w tym klubie w latach 1931–1943 oraz w 1945. Już w debiucie ligowym przeciwko Quilmes strzelił 4 gole! Łącznie w Argentyńskiej Primera Division uzyskał 256 goli, co daje mu trzecie miejsce na liście najskuteczniejszych zawodników ligi argentyńskiej (za Arsenio Erico i Angelem Labruną). W reprezentacji Argentyny grał w latach 1935–1942, gdzie rozegrał 19 spotkań strzelając 21 goli! Ponadto dwukrotnie zdobywał tytuł króla strzelców Copa America(1935 i 1942), odpowiednio z 4 i 7 golami. Herminio jak czołg wchodził w każdą obrone, chociaż ten czołg nie był pozbawiony swoistej elegancji. Trafiał z potworną siłą, nawet z 40 metrów. Mocniej robił to tylko bodaj Bernabe Ferreyra. Co ciekawe rzuty wolne bił wyłącznie prawą nogą, podczas gdy piłke w ruchu uderzał raczej lewą. Uwaga! 11 listopada 1937 roku w meczu Argentyny z Urugwajem w ramach Pucharu Liptona, Herminio Masantonio strzelił gola w 23. sekundzie meczu. Jest to absolutny rekord Albicelestes.
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11
2
@Gary No mam już komplet ale postaram się co jakiś czas cię oznaczać. Pisząc ,,wspominki" masz na myśli wyłącznie Barcunie, czy też wogole całą historie futbolu?
10
Trofeu Joan Gamper:
Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona pokonała AS Rome 3:0 w meczu o Puchar Gampera. Gole dla Barçy zdobywali: 1-0, Neymar (m.26); 2-0, Messi (m.41); 3-0, Rakitič (m.66). Wojciech Szczęsny wił się jak w ukropie ale nie zdołał zatrzymać gwiazd w ataku Blaugrany. Przez 45 minut gry Polaka pokonali Neymar i Leo Messi. Po przerwie gola dołożył Ivan Rakitić i 50-te trofeum im. Joana Gampera trafiło do Dumy Katalonii. Ofensywny tercet FC Barcelony po raz pierwszy od poprzedniego sezonu wystąpił w pełnym składzie, ale pokazał, że nic nie stracił z formy sprzed wakacji. Na oczach ponad 94 tysięcy fanów na Camp Nou Barca najpierw zaprezentowała swój cały skład na sezon 2015/16, a potem ograła Romę 3:0 (2:0) i sięgnęła po doroczny towarzyski puchar. Szczęsny bronił dostępu do bramki Romy przez pierwsze 45 minut. Podobnie jak w debiucie wpuścił dwa gole, ale znowu spisał się bardzo dobrze i gdyby nie on gospodarze prowadziliby do przerwy różnicą czterech albo pięciu goli. Barça od pierwszych minut zaatakowała Romę ze wściekłością, a zagubieni obrońcy z Rzymu mogli tylko przyglądać się jak gospodarze tworzą sobie kolejne okazje. Na początku Messiego, Daniego Alvesa i Rakiticia w świetnym stylu zatrzymywał Szczęsny, ale w końcu, po doskonałej zespołowej akcji musiał skapitulować przed Neymarem. Tuż przed przerwą Polaka pokonał jeszcze Messi. Gdyby jednak nie pokazowy charakter spotkania, Argentyńczyk mógł wylecieć z boiska. Chwilę przed golem na 2:0 zaatakował bowiem "z byka" obrońcę Romy Mapou Yangę-Mbiwę. Sędzia był jednak dla niego pobłażliwy. Po zmianie stron w bramce stanął doświadczony Morgan De Sanctis, ale Blaugrana nie atakowała już z takim impetem. Wynik doskonałym strzałem z dystansu ustalił Rakitić.
FC Barcelona: Marc-Andre ter Stegen (61. Claudio Bravo) – Dani Alves (60. Sergi Roberto), Marc Bartra, Thomas Vermaelen (46. Jordi Alba, 75. Alen Halilović)), Jeremy Mathieu (61. Pedro) – Ivan Rakitić, Javier Mascherano, Rafinha (61. Gerard Pique) – Leo Messi (60. Andres Iniesta), Luis Suarez (60. Munir), Neymar (60. Sandro Ramirez)
Roma: Wojciech Szczęsny (46. Morgan De Sanctis) – Vassilis Torosidis (64. Ashley Cole), Leandro Castan (46. Kostas Manolas), Mapou Yanga-Mbiwa (71. Alessio Romagnoli), Alessandro Florenzi (46. Maricon) – Seydou Keita (64. Daniele De Rossi), Radja Nainggolan (71. Leandro Paredes), Miralem Pjanić (64. Salih Ucan) – Iago Falque (46. Juan Iturbe), Mattia Destro (64. Adem Ljajić), Gervinho (64. Francesco Totti)
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
12
A to ci historia!
5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
2
@Comentateiro Dlaczego cud? w ubiegłej edycji Crvena ledwo przeszła przeciętny Bodo/Glimt. Ja uważam że ,,Kolejorz" jest na bardzo podobnym poziomie...
1
@misterio Masz na myśli Luisa Nazario czy może Ronalda Koemana?
1
@Safrani Wiesz co? Tak szczerze to tego Laporte nie stawiałbym na bramke tylko na boczny tor. Konkretnie to bym się go pozbył! Wystarczy że drań pozbył się Messiego...
11
Bez pamięci zakochany w Palmeiras:
W Copa Libertadores dokonał niesamowitego wyczynu. Na mundialu w Korei i Japonii wygryzł Didę i zdobył złoto. Tak najkrócej możemy scharakteryzować tego zapomnianego nieco piłkarza. Oto Marcos, człowiek bez pamięci zakochany w Palmeiras. Brazylijski futbol zdecydowanej większości kibiców piłki nożnej kojarzy się z ofensywną i widowiskową grą. Jeśli spojrzymy choćby na skład obecnych mistrzów olimpijskich, to nasza uwaga skupi się raczej na graczach ofensywnych, takich jak Neymar czy Gabriel Jesus. Zapominamy jednak, że nie byłoby wielkich drużyn bez znakomitych bramkarzy. Jeśli spytałbym was o brazylijskiego golkipera, to wszyscy pamiętający dobre czasy Rossonerich, wskazaliby jednoznacznie na Didę, zaś kibice z czarno-niebieskiej części Mediolanu przywołaliby postać Julio Cesara. Jedynie starzy wyjadacze lub piłkarscy „hipsterzy” wspomnieliby o Gilmarze czy Emersonie Leao. Jednak mało kto pamięta, że Brazylia z 2002 roku(ta z Rivaldo, Ronaldinho i Ronaldo) posiadała w swoich szeregach Marcosa Roberto Silveira Reisa, czyli w skrócie po prostu Marcosa. Człowieka, który został legendą swojego ukochanego Palmeiras. Marcos urodził się 4 sierpnia 1973 roku w Oriente, w stanie São Paolo. W bramce Palmeiras zadebiutował jako 18-latek. Mierzący 193 cm wzrostu zawodnik rozegrał dla swojego klubu aż 532 spotkania. Od innych bramkarzy odróżniał go nie tylko talent i wierność klubowa, ale także… numer na plecach. Zawodnik popularnych Verdão przez całą karierę występował z, nie tak popularnym wówczas, numerem „12” na plecach. Rolę podstawowego bramkarza klubu wywalczył w 1999 roku na skutek kontuzji odniesionej przez Velloso, który w tamtym czasie był pierwszym wyborem trenera. To był przełomowy moment w karierze Marcosa. W ćwierćfinale Copa Libertadores, Palmeiras trafił na odwiecznego rywala – Corinthians. Dwumecz nie rozstrzygnął rywalizacji (2-2). O zwycięstwie musiały zadecydować rzuty karne. w których lepsi okazali się gracze z Sao Paolo (4-2). Wybroniona jedenastka Marcosa była wisienką na torcie.
W półfinale Palmeiras okazał się lepszy od River Plate. Klub stanął przed szansą wywalczenia swojego pierwszego w historii tytułu dla najlepszej drużyny Ameryki Południowej. Po zaciętych spotkaniach finałowych z kolumbijskim Deportivo Cali (2-2), drużyna Marcosa ponownie musiała sprawdzić się w strzelaniu jedenastek. Znowu dzięki wspaniałej postawie swojego bramkarza, dowiodła, że potrafi wyjść z tej rywalizacji zwycięsko (4-3). To dzięki jego wspaniałym popisom w bramce doszło do niecodziennej sytuacji. Golkiper Palmeiras został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju, najbardziej wartościowym graczem finału i MVP całego Copa Libertadores, choć trzeba uczciwie przyznać, że w samym konkursie jedenastek, to rywale pudłowali. Dostał doceniony za całokształt. Rok później los ponownie skrzyżował Corinthians z Palmeiras. Tym razem na poziomie półfinału. Nikogo nie powinno dziwić, że o zwycięstwie musiały zadecydować… rzuty karne. Najjaśniejszą postacią konkursu jedenastek okazał się być – nikt inny jak Marcos. Dopiero w finale drużyna z Sao Paulo uległa Boca Juniors. Popisy bramkarza Palmeiras nie mogły umknąć uwadze selekcjonera Vanderleia Luxemburgo. Reprezentacyjny debiut Marcosa przypadł na towarzyskie spotkanie z Hiszpanią w listopadzie 1999 roku. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Później przez dłuższy czas golkiper z Sao Paolo musiał godzić się z rolą rezerwowego. Pierwszym wyborem w kadrze był Rogerio Ceni lub Dida. W czerwcu 2001 r. Luiz Felipe Scolari objął stanowisko selekcjonera Canarinhos, zastępując Emersona Leao. W jego reprezentacji podstawowym bramkarzem został Marcos, którego znał doskonale z Palmeiras. To brazylijski trener poprowadził ich do tryumfu w Copa Libertadores. Golkiper dopasował się poziomem gry do kolegów z zespołu – wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach turnieju, cztery razy zachował czyste konto i pomógł Brazylii wywalczyć piąty tytuł mistrzów świata. Marcos znalazł się w trójce najlepszych piłkarzy mundialu na swojej pozycji. Przeciwnicy Brazylijczyków jedynie cztery razy zmusili go do kapitulacji. Po udanym mundialu, Marcos otrzymał propozycję gry w Arsenalu. Bramkarz udał się do Londynu w celu podpisania kontraktu z Kanonierami. Oparciem dla piłkarza w szatni miał być jego rodak – Edu. Przed ostatecznym zawiązaniem transakcji okazało się, że bramkarz zniknął… Po prostu wrócił do rodzinnego Sao Paolo i oznajmił, że wolałby grać z Palmeiras nawet w drugiej lidze, niż występować w klubie z Europy. Pieniądze nigdy nie były dla niego najważniejsze. W ten sposób został „one club manem”.
Miłość, która połączyła Marcosa z Palmeiras była zdecydowanie obustronna. 21 września 2008 r. rozegrał on mecz numer 400 dla swojego klubu. Okazja ta nie mogła umknąć włodarzom i kibicom. Zawodnik został uhonorowany symboliczną koszulką. Na jej odwrocie widniał napis „O melhor goleiro do Brasil” („najlepszy bramkarz Brazylii”) oraz symboliczny numer „400”. Ponadto trykot zdobiły wymienione tytuły Marcosa, wywalczone zarówno z Palmeiras, jak i brazylijską kadrą. Ot, kolejny dowód wiernego uczucia. W styczniu 2012 r. Marcos zakończył piłkarską karierę w wieku 38 lat, pozostając do końca wierny jednej drużynie z rodzinnego São Paolo.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360
1
@Gary Ooo! No to super! Zazdroszcze ci jakby nie było. Tyle że chyba nie widziałeś Messiego, bo on nie grał w tym meczu i akurat nie pamiętam z jakiego powodu, być może był jeszcze na wakacjach? Jedyne czego można żałować to że nic nie wygraliśmy w tamtym sezonie, no ale tak bywa w sporcie czasami...
10
Trofeu Joan Gamper:
4 sierpnia 2019 r. FC Barcelona pokonała Arsenal 2:1 w meczu o Puchar założyciela klubu. Katalończycy przed licznie zgromadzoną własną publicznością pokonali Arsenal FC 2:1 a gola na wagę triumfu i trofeum zdobył w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry Luis Suarez. Przed starciem na Camp Nou w Barcelonie odbyła się oficjalna prezentacja pierwszego zespołu mistrza Hiszpanii. Później drużyny przystąpiły do rywalizacji o Puchar Joana Gampera, który od 1966 r. corocznie rozgrywany jest ku czci założyciela katalońskiego klubu. Trenerzy obydwu ekip, czyli Ernesto Valverde i Unai Emery, co oczywiste potraktowali niedzielną konfrontację jako bardzo dobrą okazję do treningu(w trakcie spotkania Valverde wymienił całą "jedenastkę" a Emery dokonał 8 zmian). Nie oznacza to jednak, że nie zależało im na zwycięstwie. Od początku mocno na gola pracowali gospodarze zawodów, którzy długo utrzymywali się przy piłce i co chwila gościli pod polem karnym Kanonierów. Jednakże ataki Dumy Katalonii były zbyt wolne a przez to przewidywalne i z ich rozbijaniem radzili sobie defensorzy przyjezdnych. Natomiast londyńczykom wystarczyła jedna kontra, żeby wyjść na prowadzenie. Mesut Öezil dokładnie podał piłkę do Pierre'a-Emericka Aubameyanga, który znakomicie ograł Jordiego Albę i strzałem pod poprzeczkę pokonał Neto. Przed przerwą wynik na tablicy świetlnej już nie uległ zmianie. Od początku drugiej połowy Blaugrana przyspieszyła, lecz wciąż biła głową w mur złożony w obrońców Arsenalu. W 69. minucie na pomoc Katalończykom przyszedł...Ainsley Maitland-Niles, który fatalnie zagrywał futbolówkę do Bernda Leno i zdobył bramkę samobójczą. Od tego momentu mistrzowie Hiszpanii atakowali jeszcze odważniej i szukali swojego drugiego trafienia w tym meczu. Gospodarze dopięli swego w 90. minucie, kiedy to Sergi Roberto górą świetnie posłał piłkę w kierunku Luisa Suareza a ten uderzył ją z powietrza i wpakował do siatki. W ten sposób Urugwajczyk, który zastąpił w drugiej połowie Ousmane Dembele zapewnił Blaugranie wygraną 2:1 i Puchar Gampera.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@FCBparasiempre
Kolejna wielka innowacja Hirschla a zarazem jeszcze jedna wskazówka że wiązał swoją przyszłość z Gimnasią w stopniu o wiele większym niż wydawało się Guttmannowi, polegała na płaceniu zawodnikom pensji tej samej wysokości aby mieli ,,wspólne poczucie poświęcenia”. Warto dodać iż oprócz podstawowej gaży wyjściowa jedenastka otrzymywała także pewien procent ze sprzedaży biletów. W efekcie zamiast kwoty między 120 a 300 peso miesięcznie gracze pierwszej drużyny(podobnie zresztą jak i trener) zarabiali powyżej 700 peso. Wszystko układało się znakomicie aż do końca września, kiedy to podczas 26 kolejki(sezon składał się z 34 kolejek) Gimnasia rozgrywała wyjazdowy mecz z Boca Juniors. Do przerwy podopieczni Hirschla prowadzili 2:1 ale po wznowieniu gry sędzia odgwizdał wyjątkowo kontrowersyjnego karnego dla gospodarzy a gdy zdołali wyrównać, uznał dla nich trzeciego gola, tym razem ze spalonego. Gracze Gimnasii byli wściekli ale choć władze ligi przyznały im racje, zawieszając arbitra, wynik meczu nie uległ zmianie. W następnej kolejce Gimnasia wygrała z Independiente ale to, co wydarzyło się później podczas meczu z San Lorenzo było jeszcze gorsze niż zdarzenia sprzed 2 tygodni. Kiedy piłkarze Hirschla przegrywali 2:1, wydawało się że sędzia przyzna im karnego. Ostatecznie jednak arbiter zdecydował że przewinienie miało miejsce przed polem karnym a wkrótce potem uznał gola dla San Lorenzo, choć bramkarz Gimnasii przekonywał iż zatrzymał piłke na linii. Rozbici piłkarze Gimnasii usiedli na boisku na znak protestu a zanim sędzia przerwał mecz, rywale strzelili im kolejne 4 gole. Następne 2 mecze, z River Plate i Racingiem, na 5 i 4 kolejki przed końcem rozgrywek zakończyły się porażką podopiecznych Hirschla a szanse na tytuł przepadły. Piłkarze i kibice Gimnasii uważali że zostali obrabowani przez dwóch sędziów. W tamtym sezonie Gimnasia strzeliła 90 goli(!) o cztery więcej niż druga w rankingu najskuteczniejszych Boca i zbierała powszechne komplementy za swój ofensywny futbol. Choć trzeba jednak przyznać że straciła 55 goli, najwięcej z czołowych siedmiu drużyn. Sympatia fanów była po jej stronie. Wielu zdawało sobie sprawę że Wielka Piątka jest zbyt mocna, nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność tłumów ale także zaplecze polityczne, które mogło wywierać wpływ na arbitrów. O tym iż sędziowie bali się siegać po gwizdek w trudnych momentach świadczy fakt że w całych rozgrywkach 1933 roku podyktowano tylko 34 rzuty karne. Guttmann jednak twierdził że Hirschl i jego Gimnasia nie byli aż tak niewinni. ,,Miał pewien sławny albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł. Dawał bramkarzowi kolczasty pierścień żeby przebić piłke rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”- opowiadał o swoim rodaku. Czyżby chodziło o tę samą ciężką piłke namoczoną i z upchniętym do środka drugim kawałkiem skóry, która po przeprowadzce Hirschla do River Plate stała się częścią legendy Bernabe Ferreyry? River, któremu spodobał się ofensywny styl Hirschla, w ramach swojego programu inwestycji szukał właśnie trenera specjalisty. Zatrudnił Węgra w 1934 roku. Hirschl zaczął stopniowo( a przynajmniej tak twierdził) ustawiać defensywę w litere M, przesuwając jednego ze środkowych pomocników do tyłu, choć nie tak głęboko by stał się jak w Anglii trzecim obrońcą ale raczej by zajął pozycję cofniętego rozgrywającego, jak to było już przyjęte w krajach naddunajskich, piłkarza, który uczestniczy w grze obronnej ale zarazem pomaga kreować gre z głębi pola. Po roku sprowadził za sobą Minelle z Gimnasii i powierzył mu właśnie te role. Niezależnie od tego czy zaczynał od blefu czy nie, sukcesów trenerskich Hirschla nie sposób kwestionować. W 1936 roku, kiedy system rozgrywek argentyńskich przechodził jeszcze jedną dziwaczną reformę, zdobył z River Plate Copa Campeonato, czyli w gruncie rzeczy wygrał lige, choć jej rozgrywki polegały na tym że każdy z zespołów grał z innymi drużynami tylko raz. Jego piłkarze wygrali 13 z 17 meczów, strzelając przy okazji 49 goli. Miał przy tym wielkie zaufanie do młodych zawodników. Wielki Adolfo Pedernera debiutował u niego jako 16-latek, w 1935 r. W tym samym sezonie 18-letni Jose Manuel Moreno występował regularnie w pierwszym składzie po lewej stronie formacji ofensywnej żeby wkrótce grać już z równym powodzeniem na każdej pozycji u boku środkowego napastnika. Moreno dorastał w La Boca, kibicował Boca Juniors i bardzo chciał występować w tej drużynie ale po nieudanych testach nie dostał propozycji kontraktu. Obiecał sobie wówczas że w Boca pożałują tej decyzji i gdy tylko złamany nos skłonił go do przerwania dobrze zapowiadającej się kariery bokserskiej, przeniósł się do River Plate. Jego wielkie chwile nadeszły w trakcie tournée po Brazylii w 1934 r., kiedy wykazał się niemal nadludzką pewnością siebie. ,,Spokojnie chłopaki – miał powiedzieć przed meczem z Vasco da Gama. – Strzelimy im Piątke jak nic. Popatrzcie tylko na gościa, który ma mnie kryć. Jest strasznie brzydki, mam zamiar zdrowo go pogonić”. Jak powiedział, tak się stało: River wygrało 5:1.
Pedernera z kolei dorastający w Avellanedzie był fanem Racingu ale jego ojciec, który zaczął oswajać go z piłką, jak tylko syn skończył cztery lata, grał w River Plate. Podobnie jak Moreno, chłopak również wiele się nauczył od Ferreyry. W 1938 r. niepewny jeszcze miejsca w wyjściowej jedenastce, został dopuszczony przez napastnika do wykonywania rzutu wolnego. Próbował podkręcić piłke ale źle trafił i bramkarz obronił bez trudu. Ferreyra wziął go wtedy na strone. ,,Jeśli bijesz wolnego – powiedział – wal z całej siły a nie rób jakichś cyrków, dobra?” ,,Oczywiście wziąłem to sobie do serca – opowiadał Pedernera. – Zawsze kiedy ustawiałem piłke do rzutu wolnego miałem w pamięci co mi radził Bernabe”. Przy innej okazji Pedernera wspominał, jak Ferreyra pojawił się kiedyś w szatni z poobijanymi i posiniaczonymi nogami, skopany przez pilnującego go obrońcę. ,,To wszystko przez Watsona Huttona- narzekał. – Przez tego faceta, co wymyślił piłke…” Od tamtej pory Ferreyra schodził coraz głębiej do środka boiska, oddalając się od obrońców rywali i szukając miejsca, gdzie miałby więcej swobody. To właśnie w tej roli cofniętego atakującego miał brylować także Pedernera, operujący ostatecznie jak reżyserzy gry z lat 20-tych. Był ,,Adolfo Divino”, boskim Adolfo, pilotem ,,La Maquiny”. Zdolnym zarówno do oddania piekielnie silnego strzału niemal bez zamachu, jak do rozegrania piłki z klepki z Moreno albo do precyzyjnego podania na dobieg w kierunku Labruny albo(jak to zrobił podczas pewnego niezapomnianego meczu z San Lorenzo) do zamarkowania podania a potem delikatnego podcięcia piłki nad bramkarzem. Moreno i Ferreyra stworzyli zabójczy duet. W 1936 roku ten drugi był najlepszym strzelcem River Plate w Campeonato, zdobywając 15 goli w 17 meczach a z kolei w Copa de Honor najwięcej goli(13) zdobył ten pierwszy. Rok później, gdy rozgrywki ligowe wróciły do bardziej standardowej formuły, Moreno strzelił 32 a Ferreyra 25 goli. River zaś sięgnęło po mistrzostwo kraju, zdobywając w sumie 106 goli(!) przegrywając tylko 3 z 34 meczów i osiągając sześciopunktową przewagę nad równie bramkostrzelnym Independiente, którego liderem był wówczas genialny paragwajski napastnik Arsenio Erico. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawe tak świetnie przygotowana jak wybitne River Plate – pisało ,,El Grafico”, podkreślając rolę Hirschla w tamtym sukcesie. – Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”. Mając już zapewniony tytuł, River grało z Boca w przedostatniej kolejce żądne rewanżu nie tylko za dwie wcześniejsze porażki w tym sezonie(w lidze i meczu towarzyskim) ale także za cały okres ,,starszeństwa”(terminem tym Argentyńczycy opisują sytuacje, w której jedna drużyna stale dominuje nad drugą). W brzydkim i pełnym awantur meczu piłkarze Hirschla wygrali 3:2 a przemoc z boiska przeniosła się na trybuny. Wysiłki Isaaca Caswella, angielskiego sędziego sprowadzonego specjalnie po to, by mecz nie wymknął się spod kontroli spełzły na niczym. Piłkarze przeszli na zawodowstwo w 1931 r. ale arbitrzy nie poszli ich śladem i w latach 30-tych poziom sędziowania stawał się przedmiotem coraz głośniejszej krytyki. W 1932 r. na przykład, kiedy Vicente de Angelis nie uznał gola Estudiantes, przegrywającego 1:0 w meczu z przewodzącym tabeli River Plate, wściekli piłkarze rzucili się na niego. De Angelis uciekł do szatni a kiedy 15 minut później wrócił by wznowić gre, przyznał im racje, co wywołało plotki że prezydent Estudiantes sterroryzował go przy pomocy pistoletu. Bramkę na 1:1 nazwano ,,El gol de la casilla”, golem z szatni. AFA wykazując się znaną już anglofilią(Lub kulturowym uzależnieniem, zależy jak na to patrzeć), uznała że rozwiązaniem problemu sędziów będzie zwrot w stronę Wielkiej Brytanii i ściągnięcie stamtąd arbitrów, którzy wyznaczaliby standardy i nauczali fachu argentyńskich kolegów. Awantury wśród publiczności zdarzały się w argentyńskiej piłce od zarania. Jak trzeźwo zauważył Caswell, zmiana podejścia arbitrażu wymagała czasu. Punkt zwrotny zdaniem angielskiego arbitra nadszedł we wrześniu 1938 r., kiedy podczas meczu Boca-Racing usunął z boiska awanturującego się Roberto Cherro. Choć kibice obrzucili sędziego kamieniami, sam piłkarz został zawieszony na miesiąc. ,,Moja zdecydowana postawa w trakcie tego meczu – wspominał Caswell- i fakt że wymusiłem dyscyplinę, nie zważając ani na sławę piłkarza, ani na znaczenie klubów, zrobiły wielkie wrażenie i odmieniły sytuacje”. Anglik wrócił do kraju w 1940 roku otoczony powszechnym szacunkiem.
W sezonie 1938 River strzeliło 105 goli w 32 meczach ale to nie wystarczyło. Independiente z wciąż znakomitym Erico zdobyło aż 115 goli(!) zapewniając sobie mistrzostwo kraju dzięki zwycięstwu 8:2(!) nad Lanus w ostatniej kolejce. Choć Erico strzelał jak na zawołanie, prawdziwą gwiazdą drużyny był Antonio Sastre, piłkarz, o którym Cesar Luis Menotti mówił że w życiu nie widział lepszego, umieszczając go w 1980 roku na szczycie swojej listy pięciu najwybitniejszych Argentyńczyków wszech czasów. Sastre mógł grać na wielu pozycjach i to czyniło go aż tak niebezpiecznym. Kiedy rywale skupiali się na napastnikach, Erico i jego partnerze Vicente de la Macie, on schodził po piłke do środka, rozbijając tradycyjne ustawienie i kreując gre. Sastre, jak wielu innych, został zauważony w barwach klubu Progresista, mającym swoją siedzibę w Avellanedzie w dzielnicy La Mosca. W Independiente zadebiutował w 1931 r. zastępując kontuzjowanego Lalina jako lewy atakujący, najwyraźniej pod wpływem sugestii Seoanego, którego miejsce miał ostatecznie zająć. Wysoki i silny, mógł zostać klasycznym środkowym napastnikiem ale przeniósł się na lewą stronę po tym, jak Independiente kupiło znakomitego urugwajskiego snajpera Roberto Portę. Jego największym kapitałem okazała się więc uniwersalność. W sumie rozegrał w Independiente 340 meczów i zdobył 112 goli, pomagając drużynie wygrać lige w 1938 a w 1941 przeniósł się do brazylijskiego São Paulo, gdzie oprócz 3 tytułów mistrza kraju doczekał się pomnika na swoją cześć. ,,Gdyby kiedykolwiek ustanowiono Nagrode Nobla w dziedzinie futbolu, nie mam wątpliwości iż cała Brazylia głosowałaby na Sastrego”- mówił prezes klubu Pedroso. Hirschl odszedł z River Plate z tytułem wicemistrzowskim za sezon 1938, wrócił na krótko do Gimnasii a potem zaczął prace z Rosario Central. Kiedy w 1939 roku jego nowi podopieczni przegrali 6:0 z River, Węgier mówił że to efekt jego pracy: ,,Przybyłem osobiście by zebrać owoce mojego nauczania. Tych 6 goli strzelili przecież moi chłopcy”. Później pracował w San Lorenzo, Banfield i ponownie w San Lorenzo aż nagle w 1944 roku jego kariera w Argentynie została gwałtownie przerwana. Protokół z odbytego 13 stycznia posiedzenia komisji dyscyplinarnej AFA wspomina w punkcie siódmym porządku obrad iż prezydent Banfield Florencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiana Gualco przed meczem Banfield z Ferro we wrześniu 1943 r.(mecz zakończył się wynikiem 1:1 a Gualco w nim nie zagrała). Wśród osób wymienionych jako biorące udział w próbie oszustwa był także węgierski trener, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą 2 tysięcy peso. Hirschl znalazł się w grupie 9 osób skazanych za sportową niemoralność i został dożywotnio pozbawiony możliwości prowadzenia jakiejkolwiek bezpośredniej lub pośredniej działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Karę anulował 10 maja Generalny Inspektorat Sprawiedliwości ale związana z nią niesława pozostała. Pozbawiony możliwości pracy w Argentynie, Hirschl najpierw przeniósł się do Brazylii, gdzie prowadził Cruzeiro, później zaś objął urugwajski Peñarol, z którym wywalczył 2 mistrzostwa kraju i w którym dokonał rewolucji taktycznej, umożliwiającej zdaniem wielu późniejszy niespodziewany sukces Urugwaju na mistrzostwach świata w Brazylii w 1950 r. Historyk Atilio Garrido, autor książki ,, Maracanazo: a historia secreta”, twierdzi iż tylko panujący w kraju antysemityzm uniemożliwił Hirschlowi poprowadzenie w tamtym turnieju drużyny narodowej, choć prostsze wydaje się tłumaczenie że jego związki z Peñarolem były źle widziane przez reprezentantów wywodzących się z rywalizującego z tym klubem Nacionalu. W 1951 r. Hirschl zrezygnował z pracy trenerskiej w związku z pogarszającym się stanem zdrowia(za co winił stres wywołany uprawianiem tego zawodu). Utrzymywał jednak związki ze światem futbolu, zajmował się wyszukiwaniem talentów dla kilku klubów, między innymi dla Milanu. Na ławkę trenerską powracał dwukrotnie. Najpierw w 1956 r. w Peñarolu, później zaś(na prośbe prezydenta klubu Antonio Libertiego) w River Plate w 1961 r., gdzie jednak dopadły go ponowne oskarżenia o udział w ustawianiu meczów przed laty. Kampanie na ten temat rozpoczął ówczesny redaktor ,,El Grafico” Dante Panzeri, którego same brzmienie głosu wystarczyło(wedle słów Hirschla) by poczuć się źle. Zmarł w 1973 r. i został pochowany na cmentarzu żydowskim w miasteczku La Tablada, wchodzącym w skład metropolii Buenos Aires.
Mimo wszystkich zastrzeżeń trudno nie uznać go za geniusza w argentyńskim futbolu wyprzedzającego swoją epoke o całe lata. Taktyczne innowacje, które wiodły go do największych sukcesów, doceniono dopiero w 1939 r. Owszem, Hirschl był(jak powiadał Guttmann) kawałem skurczybyka, pytanie tylko na czym owo bycie skurczybykiem polegało. Czy na tym że blefował opowiadając o zainicjowaniu zmian taktycznych wcześniej niż to się naprawdę wydarzyło, czy może na ukrywaniu przez 4 lata tego co faktycznie zrobił? Tak czy inaczej, to właśnie on wprowadził argentyńską taktykę w ere nowożytną.
0
@FCBparasiempre
Węgierski sklepikarz zrewolucjonizował argentyński futbol:
Człowiek, który wprowadził River Plate i generalnie rzecz biorąc argentyński futbol w nowoczesność, czyli postawił przed nim kwestię taktyki, nazywał się Imre Hirschl. Europejski futbol zmieniał się wówczas po wprowadzeniu w 1925 r. przepisu o spalonym i związanego z tym rozwoju w Anglii ustawienia znanego jako W.M. Europa Środkowa nie przejmowała się aż tak bardzo wprowadzeniem do gry trzeciego obrońcy i powierzeniem mu roli stopera ale i tutaj w ciągu drugiej dekady XX stulecia środkowy pomocnik zaczał grać bliżej własnej bramki(choć zachowywał wciąż sporą część odpowiedzialności za kreowanie gry) i w latach 30-tych ustawiana w literę M obrona(mylnie nazywana ,,systemem W”) zaczęła się przyjmować na całym kontynencie. Najbardziej wyrafinowane debaty o taktyce toczono wówczas w kawiarniach Austrii i Węgier, gdzie intelektualiści stosowali do analizy wydarzeń boiskowych te same narzędzia pojęciowe, przy pomocy których rozmawiali o polityce, muzyce czy literaturze. I to właśnie znad Dunaju wyruszyła przez Atlantyk druga fala pionierów, która zrewolucjonizowała futbol południowoamerykański, dając zaszczepionej przez Brytyjczyków miejscowej interpretacji tego sportu zastrzyk nowego taktycznego rygoru. O ile pierwszą falę tworzyli młodzi Brytyjczycy, szukający za oceanem przygody i poprawy ekonomicznego losu, ta druga składała się w większości z Żydów uciekających przed rosnącym w Europie antysemityzmem. Jako się rzekło, człowiekiem, który sprawił że argentyńskie drużyny otwarły się na system W-M był węgierski Żyd nazwiskiem Imre Hirschl, tajemnicza postać, której w 1932 r. powierzono funkcje trenera Gimnasia y Esgrima La Plata, choć wcześniej nie miał wielkiego doświadczenia w pracy z czołowymi drużynami. Powszechnie uważa się że wchodził w skład ekipy Ferencvaros, która zrobiła w Argentynie furorę podczas tournée w1929 r., wiele argentyńskich źródeł zapewnia nawet iż zadebiutował w tym klubie w 1916 r. a zakończył karierę piłkarską wkrótce po podróży za ocean jako 29-latek. Problem w tym że w klubowym muzeum Ferencvarosu nie ma ani jednego dokumentu, który mógłby to potwierdzić. Wygląda na to że Hirschl nie zagrał tu ani jednego meczu. Nie przypominał go sobie także podczas rozmowy w 2014 r. Ferenc Rudas, 92-letni, najstarszy żyjący wówczas piłkarz Ferencvarosu. Hirschl był więc człowiekiem znikąd. Jeśli jak przekonuje historyk Jose Luis Romero, Argentyna była krajem, w którym można było znaleźć sobie nową tożsamość, mało kto zrobił to równie skutecznie jak ów przybysz z Węgier. Wydaje sięprawdą ze Hirschlurodził się 11 czerwca 1900 r. w Apostag ale niemal wszystko inne, co opowiedział Argentyńczykom na swój temat było kłamstwem. Jego córka Gabriela mówi że ojciec rzadko wracał do przeszłości ale że słyszała opowieść o tym jak w ślad za braćmi wyruszył podczas I wojny światowej do Palestyny, gdzie zataił swój wiek ażeby zaciągnąć się do wojska brytyjskiego. Gabriela posiada wielka kolekcję wycinków z argentyńskiej, brazylijskiej i urugwajskiej prasy. Z niektórych tekstów o ojcu wynika że grał w Ferencvarosie, z niektórych że występował w Athletic Club Budapeszt, inne z kolei twierdzą że był zawodnikiem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy York, zdarzają się też wzmianki o jego związkach z paryskim Racing Club. Jedna z urugwajskich gazet z 1949 roju(pracował w tym czasie w Peñarolu) upierała się nawet że był ,,jednym z najlepszych piłkarzy świata”. Na żadne z tych twierdzeń nie ma dowodów. Jeśli Hirschl w ogóle grał w piłke, to w najlepszym wypadku na poziomie półprofesjonalnym. Przede wszystkim był sprzedawcą a przejściowo również udziałowcem w będącej własnością jego krewnych firmie produkującej salami, do której w 1928 r. należały również cztery sklepy w Budapeszcie. Wyemigrował w 1929 i 20 września tegoż roku zameldował się w jednym z hosteli w Santos, portowym mieście w pobliżu São Paulo. Do Brazylii dostał się statkiem z Cherbourga. Wkrótce został asystentem w klubie Palestra Italia(w przyszłości znanego jako Palmeiras), najpierw u boku innego Węgra, Jenö Medgyessyego a później jego następcy, słynnego Urugwajczyka Humberto Cabeliego. Wedle historyka Fernando Gallupo po odejściu Medgyessyego Hirschl w 1929 r. prowadził drużynę w dwóch meczach ligi Paulista, wygrywając z Portuguesą 2:1 i przegrywając 1:4 z Corinthians. Ostatecznie Palestra zajęła wówczas 3 miejsce.
Jednak w pierwszych miesiącach 1930 r. Hirschl był już bezrobotny i kiedy pod koniec czerwca bądź w lipcu spotkał w São Paulo innego węgierskiego Żyda Bele Guttmanna, powiedział mu że szuka pracy. Guttmann był wówczas piłkarzem Hakoah, drużyny, która odbywała tournée po obu Amerykach żeby propagować ideologię muskularnego judaizmu. ,,Powiedział że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, gdyżma silne ręce i mocny uchwyt – opowiadał legendarny trener Benfiki. – postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miałem cholernie dobry masaż”. Hirschl został więc masażystą w Hakoah i podróżował z tą drużyną przez kolejny miesiąc w drodze do Argentyny. Tak to przynajmniej wygląda w opowieści Guttmanna. Wersja Hirshla a raczej wersje, gdyż wydaje się ze zawsze opowiadał tę samą historie na różne sposoby, różniła się fundamentalnie. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletil Club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz. Odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy. Byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do USA, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”- mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna”. Hirschl twierdził iż był lewym łącznikiem i że w Hakoah grywał na wszystkich 5 ofensywnych pozycjach ale gdyby tak było to Guttmann, który od 1928 r. był właśnie zawodnikiem nowojorskiego zespołu Hakoah, z pewnością by o tym wiedział, kiedy spotkali się w São Paulo. Inna sprawa że po latach Hirschl opowiadał że z Guttmannem grali razem jeszcze na Węgrzech. W czerwcu 1938 r. dziennikarz ,,La Tribuna” zapytał go wprost, czy wystąpił kiedykolwiek w jakimś meczu w Argentynie. ,,Tak – odpowiedział. – W Rosario, naszym rywalem był chyba Nacional. Pamiętam dobrze że grałem jako środkowy napastnik a obrońcą był Lecea. Skończyło się 1:1 a gola dla Hakoah zdobył mój kolega Grünfeld”. W Rosario ekipa Hakoah rozegrała 3 mecze i wszystkie zremisowała 1:1, Hirschl miał więc na myśli najprawdopodobniej spotkanie z Newell’s Old Boys, gdzie Lecea występował przed przeprowadzką do Independiente. Barwy New York Hakoah faktycznie reprezentowali Jozsef i Leo Grünfeld. Być może Hirschl rzeczywiście wystąpił w tym meczu, zastępując jednego z podstawowych zawodników. ,,Pod koniec tournée zaczęło nam brakować pieniędzy, więc w Buenos Aires powiedzieliśmy mu dowidzenia. Wyjechaliśmy z miasta a on został i zaczął rozpowiadać ze był w Hakoah asystentem trenera a ponieważ widywano go z nami, historia brzmiała prawdopodobnie i szybko znalazł prace”- opowiadał Guttmann. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć iż Guttmann również często zmyślał ile wlezie a co ważniejsze, był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty. ,,Jego prawdziwym celem – kontynuował swoja opowieść o Hirschlu – było jak najszybciej wylecieć z roboty, dostać solidną odprawę i z tych pieniędzy opłacić żonie i dziecku podróż z Budapesztu a jak w tym fachu najłatwiej stracić prace? Żonglując składem najbardziej jak się da. Tyle że kibice uznali że jest wybitnym ekspertem, co spowodowało iż zmienił zdanie i skupił się na futbolu jako prawdziwy trener”. Mimo porażki w pierwszych trzech meczach sezonu 1932 i wygrania jedynie trzech z pierwszych 16 meczów, Gimnasia skończyła rozgrywki na solidnym 7 miejscu. Nic dziwnego że kolejny sezon zaczęła z impetem, wygrywając pierwsze pięć meczów i zajmując pozycję lidera tabeli na półmetku, także dzięki świetnej formie napastnika Arturo Naona. Na początku Hirschl wydawał się skryty i zamknięty w sobie a prasa nie poświęcała mu wiele uwagi, skupiając się przede wszystkim na meczach ,,grandes”. ,,To co się dzieje w Gimnasii jest zdumiewające – zauważal autor jego portretu w ,,El Grafico” w maju 1933 r. – Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie – jego wpływ jest oczywisty”. Węgier jednak komentował skromnie: ,,Po pierwsze nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy jak w Argentynie nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne co mi pozostaje, to go wykorzystać”.
Z artykułu wynika że przed rozpoczęciem pracy Hirschl obejrzał 3 mecze Gimnasii a potem powiedział zarządowi że zespół wydaje się niezły i że nie potrzebuje żadnych pieniędzy na transfery. Obiecał iż jeśli go zatrudnią, w 1933 roku będzie walczył o mistrzostwo kraju. Dostał prace ale wkrótce doszło do napięć, gdyż część zawodników pierwszego zespołu zastąpił piłkarzami, którzy wcześniej uchodzili za rezerwowych. ,,Zarząd protestował – czytamy w ,,El Grafico” – bo uważał tych graczy za beznadziejnych ale w kontrakcie Hirschla zapisano że ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji, więc postawił na swoim a dziś jest oczywiste iż jego obietnica umieszczenia Gimnasii w gronie drużyn ubiegających się o tytuł została spełniona”. Ci ,,beznadziejni” piłkarze to Arturo Naon, wciąż najlepszy strzelec w historii Gimnasii, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atilio Herrera, którzy wkrótce stworzą trzon zespołu znanego jako ,,El Expreso”. Największą gwiazdą spośród podopiecznych Hirschla stał się jednak Jose Maria Minella, z początku środkowy napastnik, który zwrócił na siebie uwagę już jako 16-latek, grając w lokalnej drużynie z rodzinnego Mar del Plata podczas zwycięskiego meczu z załogą krążownika HMS Repulse, zorganizowanego w 1925 r. z okazji wizyty w Argentynie księcia Walii, późniejszego króla Edwarda VIII. Minella dołączył do Gimnasii w 1928 r. i strzelił 11goli w 37 meczach ale podczas długiego posezonowego tournée w latach 1930-31 musiał założyć koszulke z numerem 5 z powodu kontuzji Pedro Chalu i nigdy już nie wrócił do ofensywy, redefiniując za to pozycję środkowego pomocnika. ,,Historia będzie się dzielić na czasy przed Minellą i po Minelli”- twierdził Juvenal, najbardziej znany ekspert od taktyki piłkarskiej wśród argentyńskich dziennikarzy. Z Montañezem po prawej i Angelem Miguensem po lewej stronie Minella był sercem formacji opisywanej jako ,,Las tres Ms.” ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem ze wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo”- opowiadał Hirschl. Mając w pamięci słowa Guttmanna, trudno nie zachować ostrożności podczas lektury tych wynurzeń. Granica między głębią słów geniusza a komunałami naciągacza zawsze jest cienka. W pewnym momencie można nawet odnieść wrażenie że Hirschl sam wyjaśnia jak taki naciągacz działa: ,,Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”. Ale może nasze podejrzenia są niesprawiedliwe, może to prosta mądrość handlarza wędlinami pozwoliła Hirschlowi zrozumieć że najlepsze efekty osiągnie, pozwalając zawodnikom wierzyć w marzenia. Z pewnością był wyjątkowo charyzmatyczny. Na każdej fotografii z drużyną widać jak dominuje nad piłkarzami nie tylko ze względu na wzrost ale także dlatego że zawodnicy dosłownie spijają z jego ust każde słowo. Gabriela wspomina że w bankach, sklepach czy na dworcach kolejowych przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie publiczność samym sposobem mówienia. W końcu jednak trzeba odrzucić wątpliwości. Jakiekolwiek były powody, dla których Hirschl podjął prace w Gimnasii(a tylko świadectwo Guttmanna sugeruje że nie były do końca szlachetne), szybko okazał się bardzo inspirującym trenerem. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego – mówił.- Piłkarze musieli być w dobrej formie. Żeby osiągnąć ten cel musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od 11 ludzi aby robili dokładnie to samo. Dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele”. Wprowadził więc do treningów ,,elementy szwedzkiej i amerykańskiej gimnastyki” a także mieszankę sprintów i biegów długodystansowych a nawet koszykówki. Kiedy uznał że Delovo i Naon nie muszą trenować, ich przygotowanie do meczów ograniczył do ciepłych kąpieli i masaży. ,,Intensywność zajęć zależy od ich terminu – tłumaczył. – Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”. Przyznajmy iż brzmi to zaskakująco nowocześnie. Opisując zwycięstwa ,,El Expreso” nad Independiente i San Lorenzo, ,,El Grafico” zauważył iż doszło do nich między innymi dzięki lepszej wytrzymałości drużyny Hirschla. Inna sprawa że jakkolwiek Węgier miał słuszność podkreślając specyfikę i wirtuozerie gry ,,criollo”, to jego rodak Guttmann osiągnął później lepsze wyniki z São Paulo, gdzie wprowadził bardziej bezpośredni styl gry z większą koncentracją na podaniach niż indywidualnych umiejętnościach.
0
@Bernard777 coś na zakończenie tygodnia i na dobranoc :)
0
@konrad1661 Jeśli chcesz mnie w jakikolwiek sposób sprowokować to ci się nie uda! A zdania o traktowaniu Ter Stegena przez klub nie zmienie!
0
@konrad1661 Jaki atak na gorące? i z jakimże znowu trollem?
0
@tbas Jeszcze się nie zorientowałem kogo tam ponakupowali ale chyba jeszcze za wcześnie na wnioski że gówno grają...
0
@FcPortoFan1999 Żartowałem, specjalnie cię podpuściłem, A co! wszyscy żartują to ja z raz nie moge!?