0

@FcPortoFan1999 Aaaa no to nie maco szperać po internecie bo i tak mi nie będzie ciągło. No chyba że jest na Polsat Sport albo Eleven?

0

@FcPortoFan1999 No ale w jakich rozgrywkach toczy się ten mecz?

1

@Kapitan hawk Kiedy ten mecz leci? dzisiaj?

6

@FCBparasiempre
Do opisu piłkarskiej kariery Osvaldo Ardilesa (zarówno tej zawodniczej, jak i menedżerskiej) najbardziej pasowałaby cyfra jeden. Był pierwszym argentyńskim piłkarzem w szeregach Tottenhamu (to miano dzieli z reprezentacyjnym kolegą), a także pierwszym zagranicznym trenerem tego zespołu. Jest jedynym przedstawicielem ,,Albiceleste” uwzględnionym na liście stu najlepszych graczy w historii angielskiej Football League. Głównie jednak tytuł artykułu nawiązuje do numeru jeden, z którym biegał na plecach w czasie mistrzostw świata, chociaż nie jest bramkarzem. Dlaczego tak się stało? Bell Ville, czyli niewielkie miasto znajdujące się w Cordobie, argentyńskiej prowincji w centralnej części kraju. 3 sierpnia 1952 roku urodził się tam na Osvaldo Ardiles. Dwa lata później w tym samym miejscu przyszedł na świat Mario Kempes. Obaj panowie ze swoją narodową drużyną zdobyli w 1978 roku mistrzostwo świata i to na turnieju odbywającym się w ich ojczyźnie. Trudno o lepszą laurkę dla miejscowości, dumnie tytułującej się „Narodową Stolicą Futbolu”, ze względu na… ogromną liczbę fabryk produkujących piłki do gry. Co można robić w wolnym czasie w takim mieście? Tylko jedno. Wypada uprawiać ten piękny sport. Z takiego założenia wyszedł właśnie młody Ardiles, który godzinami przebywał na ulicach z piłką u nogi. Był bardzo niski, ale nie lubił pozbywać się futbolówki, dlatego dryblował, dryblował i dryblował. Jego sposób poruszania się przypominał wijącego się węża, więc brat nadał mu przydomek Pyton (Pitón). Jego pierwszym klubem był Instituto de Córdoba, znajdujący się w mieście oddalonym o dwieście kilometrów od Bell Ville. W seniorskim zespole zadebiutował w 1973 roku, a kilkanaście miesięcy później porzucił studia prawnicze, żeby w całości oddać się profesjonalnemu futbolowi. Pozostaje się tylko cieszyć, że podjął wówczas taką decyzję. W Argentynie najwięcej spotkań zanotował dla Huracánu, gdzie rozegrał ponad sto meczów w ciągu trzech sezonów. Jego klubowa kariera w ojczyźnie zakończyła się zaraz po zdobyciu złota w 1978 roku. W reprezentacji Albiceleste pierwszy występ zaliczył trzy lata przed punktem kulminacyjnym kariery. Powołanie otrzymał od Cesare Menottiego, który był selekcjonerem argentyńskiej kadry od 1974 do 1982 roku. Ardiles miał zatem zadebiutować na mistrzostwach świata nie byle gdzie, bo we własnym kraju. Argentyna na organizatora została wybrana przez władzę FIFA stosunkowo wcześnie, czyli już w 1966 roku, chwilę przed startem mundialu w Anglii. Przez te kilka lat sytuacja w państwie diametralnie się zmieniła, ponieważ od roku 1976 rządy sprawowała tam wojskowa junta. Kilkanaście miesięcy przed startem turnieju zanotowano tajemnicze zniknięcia ponad pięciu tysięcy ludzi, a do innych krajów zaczęły napływać informacje o różnych obozach dla więźniów politycznych. Niektóre reprezentacje, na czele z Holandią, były gotowe na rezygnację z wyjazdu do Ameryki Południowej i bojkot mundialu. Ostatecznie jednak do niczego takiego nie doszło, a argentyńska propaganda zadbała o to, aby niebiesko-biały Puchar Świata pięknie „opakować” i sprzedać mediom. Powszechne opinie o faworyzowaniu kadry Albiceleste trudno podważyć, skoro gospodarze każdy swój mecz grupowy grali wieczorem, gdy znali już wyniki rywali. W drużynie Menottiego, obok Ardilesa, występowali m.in. wcześniej wspomniany Kempes, a także Leopoldo Luque czy Daniel Passarella, kapitan reprezentacji. Argentyńczycy, nie bez kontrowersji, doszli do finału, gdzie po dogrywce pokonali Holendrów 3:1. Bohaterem gospodarzy został Kempes, zdobywca sześciu goli na całym turnieju, w tym dwóch w ostatnim spotkaniu.

Osvaldo Ardiles był pewnym punktem środka pomocy swojego zespołu, ale na mistrzostwach nie udało mu się strzelić żadnej bramki. Grał na tyle dobrze, że zapracował sobie na transfer do Wielkiej Brytanii. Mimo że już na pierwszym wielkim turnieju zdobył ze swoją kadrą złoty medal, to bardziej został zapamiętany z kolejnego mundialu, w 1982 roku rozgrywanym w Hiszpanii. Argentyńczycy, już z Diego Maradoną w składzie, co prawda nie zmieścili się nawet na podium, ale wyróżnili się nietypowym przydziałem numerów. Było bardzo dużo kłótni o to, kto ma występować z jakim numerem, więc Cesare Menotti zarządził, że koszulki zostaną przyznane według alfabetu. Jednak zupełnie poza tym porządkiem Maradona otrzymał „dziesiątkę. To musiała być już samodzielna decyzja Menottiego. Co ciekawe, jak za sprawą magii, Kempes również dostał ten numer, tylko że cztery lata wcześniej – Ardiles wyjaśnia powód jego niecodziennej cyfry na stroju reprezentacji. Ardiles, jak łatwo się domyślić, otrzymał „jedynkę”. Bramkarz Hector Baley występował z „dwójką”, natomiast inny golkiper, Ubaldo Fillol z… numerem siedem. Kibice musieli być naprawdę mocno zdziwieni. Co ciekawe, przygoda Osvaldo z argentyńską reprezentacją zakończyła na mistrzostwach świata w Hiszpanii. Dla Albicelestes grał zaledwie przez siedem lat, ale wystąpił w 52 spotkaniach i strzelił osiem goli – wynik nie najgorszy, jak na środkowego pomocnika. Po zwycięskim finale w 1978 roku europejskie kluby zaczęły interesować się piłkarzami z Argentyny. Wciąż jednak sprowadzenie graczy z Ameryki Południowej wiązało się z niemałym ryzykiem. Mimo to, na taki ruch zdecydowały się władze Tottenhamu i chwilę po mundialu klub ten zakupił Ardilesa oraz jego kolegę z kadry, Ricardo Villę. Pamiętajmy, że był to schyłek lat 70-tych a transferowy boom w Anglii na zagranicznych zawodników miał rozpocząć się dopiero ponad dekadę później. Obaj panowie byli zatem prawdziwymi pionierami, jeśli chodzi o argentyńskich piłkarzy na Wyspach Brytyjskich. Żadna ze stron nie mogła jednak narzekać na ten ruch. ,,Pojawiliśmy się razem z Rickym i zaczęliśmy prezentować zupełnie odmienny sposób gry. Szybko podawaliśmy piłkę w środku pola i nie przywykliśmy za bardzo do siłowych starć. Natomiast w Anglii gra toczyła się głównie w powietrzu, było dużo agresji i jeszcze więcej dośrodkowań. Dwa całkowicie inne style. To musiało się w końcu zmienić, ponieważ my graliśmy w jeden sposób, a reszta drużyny, w drugi” – Ardiles o początkach w Anglii. Mimo niezbyt dobrych początków Ardiles do dziś jest w Tottenhamie symbolem wspaniałych czasów. Argentyńczyk, mierzący zaledwie 168 centymetrów, ale niezwykle utalentowany technicznie, stał się ulubieńcem kibiców Kogutów. W swoim trzecim sezonie na White Hart Lane poprowadził zespół do zwycięstwa w FA Cup (1981 rok). Był czołową postacią drużyny razem ze swoim kolegą Villą oraz klubową legendą, Glennem Hoddlem. W następnym sezonie Tottenhamowi udało się powtórzyć ten wyczyn w Pucharze Anglii, ale Ardiles nie wystąpił w finale, ponieważ na długo przed tym spotkaniem uzgodnił z zarządem, że wyjedzie wcześniej na zgrupowanie kadry Argentyny, która przygotowywała się do mundialu w Hiszpanii. Wymienione wyżej trio prowadziło Koguty do walki również na innych frontach. W 1981 roku bardzo długo liczyli się w wyścigu o krajowe mistrzostwo, ale ostatecznie ukończyli ligę na czwartym miejscu. W tym samym sezonie wystąpili także w finale Pucharu Ligi, gdzie dopiero po dogrywce przegrali z Liverpoolem, późniejszym mistrzem Anglii. ,,Zanim tu przybyłem, uczyłem się angielskiego od siedmiu lat, a Ricky – nie. Mogłem zatem poczytać sobie gazety i rozmawiać z innymi zawodnikami, a Ricky miał z tym problem, bo nie znał języka. Robiliśmy to co Anglicy, czyli chodziliśmy do kina i jedliśmy ryby z frytkami. Ale jedną z najdziwniejszych rzeczy do zrozumienia było to, że sklepy były zamknięte w niedziele. Nikt nas o tym nie poinformował! W soboty graliśmy mecze, wychodziliśmy wieczorami… a w niedziele nie było co robić”– Ardiles o kulturowych różnicach między Anglią a Argentyną.

Wiosną 1982 roku wybuchła wojna o Falklandy, w której po przeciwległych stronach stanęły Wielka Brytania oraz Argentyna. Więcej o tym konflikcie zbrojnym, przeniesionym później na poziom sportowy, można przeczytać tutaj. Ardiles, po zwycięskim półfinale z Leicester, udał się na wyżej wspomniane zgrupowanie drużyny narodowej, zanim wojna tak naprawdę się rozpoczęła. Spór zaczął rozwijać się właśnie w czasie przerwy reprezentacyjnej, a zakończył w czerwcu, kiedy trwały już mistrzostwa w Hiszpanii. Jak sam Osvaldo wspomina, to był najgorszy moment jego życia – oglądanie walk między dwoma ukochanymi krajami. Napięcia na linii brytyjsko-argentyńskiej sprawiły, że kariera Ardilesa w Tottenhamie została zawieszona. Uznał, że nie może na daną chwilę grać na angielskich boiskach, dlatego zdecydował się na roczne wypożyczenie do Paris Saint-Germain, gdzie jednak spędził fatalne miesiące. Powrócił na White Hart Lane po jednym sezonie i to w wielkim stylu. Pomógł Kogutom w wygraniu Pucharu UEFA, wchodząc na boisko z ławki w rewanżowym starciu finałowym, przeciwko Anderlechtowi. Jego karierę w Londynie zatrzymało złamanie nogi. Szeregi Tottenhamu opuścił w 1988 roku, a trzydzieści lat później, razem z Villą, został uwzględniony w Galerii Sław tego zespołu. W białej koszulce wystąpił w ponad dwustu spotkaniach ligowych. W przypadku Osvaldo i Kogutów, warto wspomnieć jeszcze dwie historie. W 1981 roku z okazji finału Pucharu Anglii Ardiles… nagrał singiel, wraz z duetem Chas & Dave. Kawałek zatytułowany jest „Ossie’s Dream”. Ossie to ksywka, którą nadali mu brytyjscy kibice. Piosenka ma prosty tekst, ale przy tym jest całkiem przyjemna i wpada w ucho. Musiała spodobać się nie tylko fanów londyńczyków, ponieważ po wygranej nad Manchesterem City w finale, utwór ten… zajął piąte miejsce na liście przebojów w Wielkiej Brytanii. Co za debiut Ardilesa! Nigdy nie ustawiłem tej piosenki na dzwonek w telefonie. Wiem, że niektórzy ludzie tak myślą, ale to nieprawda. Mój syn to zrobił, niektórzy moi znajomi też, ale ja nie! – Ardiles z uśmiechem na twarzy odpierał zarzuty dotyczące „Ossie’s Dream”. Osvaldo został zapamiętany także z zabawnej wpadki. Po wygraniu wspomnianego finału FA Cup, zespół Tottenhamu został zaproszony na spotkanie z księżną Anną. Wszyscy zawodnicy założyli uroczyste smokingi. To znaczy, prawie wszyscy. Ardiles wraz z Villą przyszli ubrani w zwykłe koszule i dżinsy. Nikt nam nie powiedział, że księżna Anna tam będzie! Na szczęście nie było tak źle, bo mieliśmy na sobie jeszcze marynarki, a ktoś podrzucił nam później krawaty, ale żony kolegów miały na sobie piękne, długie suknie, a nasze wyglądały, jakby wyszły na zakupy. Były wściekłe. Wiecie jakie są kobiety. Londyński Tottenham zamienił na Blackburn. Chociaż dla tamtejszych Rovers występował przez niecały rok, to tam także zdążył zapisać się na kartach historii. Otóż Ardiles, Dino Baggio i Youri Djorkaeff to jedyni zawodnicy w dziejach niebiesko-białych, którzy zaliczyli występy w finale mistrzostw świata. Karierę piłkarską zakończył ostatecznie w 1991 roku w Swindon Town, gdzie, niemal z miejsca, z piłkarza przemienił się w trenera. Fanów Swindon zaskoczył bardzo szybko, ponieważ grę długimi podaniami zastąpił kombinacyjnymi akcjami. Ta transformacja okazała się na tyle skuteczna, że ten efektowny i atakujący sposób obwołano „Samba style”. Ardiles poprowadził Swindon do czwartego miejsca w Second Division, co sprawiło, że dostali się do play-offów. W półfinałach jego drużyna pokonała Blackburn, a następnie w finale na Wembley – Sunderland. Euforia w klubie po historycznym awansie jeszcze nie ustała, gdy po dziesięciu dniach okazało się, że zespół… zostanie odesłany do trzeciej ligi! Powodem były zaległości w płaceniu pensji piłkarzom. To było straszne. Byłem na wakacjach w Argentynie, kiedy prezes zadzwonił do mnie i powiedział, że zostaliśmy właśnie zdegradowani do Third Division. Wróciłem natychmiast do Anglii, żeby pomóc klubowi w sądowej walce. W tamtym czasie w angielskiej piłce działo się wiele złych rzeczy, ale Swindon posłużyło po prostu za przykład. Oczywiście gra musiała pozostać czysta, ale to nie było fair, że takie coś spotkało tylko nas.

Ardiles wkrótce opuścił rozbitą drużynę na rzecz Newcastle United, gdzie jednak został zwolniony po dwunastu miesiącach. Roczny epizod zaliczył także w West Bromwich Albion, aż w końcu zaproponowano mu pracę w jego ukochanym Tottenhamie. Na White Hart Lane szybko okazało się, że był zdecydowanie lepszym piłkarzem niż trenerem. Zajął z Kogutami dopiero piętnaste miejsce w lidze, przez co ponownie został wyrzucony… po roku. Mimo fatalnych wyników jako szkoleniowiec, legenda Ardilesa-zawodnika w północnym Londynie jest niepodważalna. Po Tottenhamie czekała go już tylko droga w dół. Do 2012 roku pracował aż w jedenastu klubach, których nazwy w większości przypominają bardziej egzotyczne napoje niż drużyny piłkarskie. Pisząc o Osvaldo Ardilesie, nie można nie wspomnieć o jego debiucie na kinowym ekranie. W 1981 wystąpił w filmie „Ucieczka do zwycięstwa”, który opowiada o meczu piłkarskim w nazistowskim obozie między jeńcami wojennymi a Niemcami. Największymi aktorskimi gwiazdami byli tam Michael Caine oraz Sylvester Stallone, ale obok bohatera tekstu pojawili się tam także inni znani piłkarze, m.in. Pele, Kazimierz Deyna oraz Bobby Moore. Osvaldo Ardiles – piłkarz, piosenkarz, aktor. Trochę słabszy trener, ale w końcu pamiętajmy, że nie można mieć wszystkiego.

Osiągnięcia zespołowe:

Tottenham Hotspur

1x Puchar UEFA (1984)

1x Puchar Anglii (1981)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1978)

7

0

Niedowiary! 3:0 w setach z Brazylią i Włochami pod rząd na mistrzowskiej imprezie. No tego to chyba jeszcze nigdy nie było.....?
Bravissimo Polonia!

8

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

3 sierpnia 1916 r. urodził się Jose Manuel Moreno, jeden z najlepszych napastników w historii argentyńskiego futbolu, 3-krotny Zdobywca Copa America(1941,1942 i 1947) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny(1936,1937,1941,1942 i 1945(z River Plate). Moreno to jeden z trzech(obok Ariena Robbena i George Weah) piłkarzy, którzy zdobyli mistrzostwo czterech różnych państw.

Jose Manuel grając w River Plate Buenos Aires współtworzył jego atak zwany ,,La Máquina”, dzięki któremu klub dominował w futbolu argentyńskim lat 40-tych. Moreno swoją karierę zaczynał w skromnym klubiku Estrella de Brandsen, w dzielnicy Boca. Jednak Boca Juniors(bowiem pod latarnią jest najciemniej) nie dostrzegł iż ma w zasięgu ręki taki skarb. Natychmiast skorzystał z tego odwieczny rywal River Plate, gdzie młody Moreno w pierwszym zespole zadebiutował w 1935. Grał tam do 1944, tryumfując w lidze w sezonach 1936-37/41-42. Następnie zapewnił klubowi España tytuł mistrza Meksyku w sezonie 1944-45 i ponownie wrócił do River aby zostać mistrzem ligi w 1947. W 1949 r. wyprowadził na szczyt chilijski Universidad Catolica. W 1950 r. grubo po niewczasie pozyskał go wreszcie Boca. Na pół sezonu powrócił do Universidad Catolica by w latach 1952-53 zasilić urugwajski Defensor. W tymże 1953 roku sprawił sensację pojawiając się znów w Buenos Aires, tym razem w barwach Ferro Carril Oeste lecz już w 1954 wyemigrował do kolumbijskiego Independiente Medellin, gdzie występował jeszcze rok zdobywając w 1955 r. mistrzostwo jako grający trener. Ten obieżyświat w samej tylko lidze argentyńskiej strzelił 187 goli! W reprezentacji w 33 spotkaniach(w latach 1936-50) strzelił 20 goli. To mówi wiele choć nie wszystko. Jose był prawdziwym fenomenem, wyjątkowo hojnie obdarowanym przez naturę. Wysoki, herkulesowej budowy, elastyczny i gibki, wszystko czego się tknął robił z niebywałą łatwością jakby od niechcenia. I wychodziło mu wszystko- czarodziejskie zwody, potężne bomby z ziemi i powietrza, ,,palomity’’ godne samego Erico, podania tak precyzyjne, iż zyskały miano ,,los pases milimetricos’’. Przy tym był dobrym duchem każdego zespołu, urodzonym liderem i przywódcą. Pracował na całej długości i szerokości boiska, z profesorskim zacięcie dyrygując kolegami, którzy poszli by za nim w ogień. Niezwykle przystojny, o zniewalającym uśmiechu pod iście zabójczym, smolistym wąsem, zdobywał kobiety jednym spojrzeniem. I korzystał szerokim gestem z tych darów losu. Czas poza boiskiem wypełniały mu wyłącznie rozkosze stołu i łoża. Po szalonej nocy Moreno zasiadał w restauracji, pochłaniał ogromną porcję ulubionego kurczaka, popijając to jedną lub dwiema butelkami czerwonego wina. Bezpośrednio po obfitym deserze szedł na stadion, przebierał się jakby nigdy nic w szatni, po czym grał niczym młody Bóg! W 1939 r. kierownictwo klubu postanowiło ukrócić te szaleństwa. ,,Charro’’(jak go nazywano) wspominał owe dydaktyczne zapędy z rozbawieniem: ,,Skruszony, w poczuciu winy, postanowiłem się zmienić. Przez tydzień kładłem się spać przed północą, wstawałem rano i wypijałem szklankę mleka. W niedzielę graliśmy z Independiente. Dostaliśmy baty 0:3 a ja snułem się po placu. Kierownictwo klubu za brak sportowej postawy zdyskwalifikowało mnie, nakładając jeszcze karę pieniężną. Jednak koledzy ujęli się za mną i ogłosili strajk solidarnościowy’’. Kilka tygodni River grało składem rezerwowym, po czym dyrekcja klubu skapitulowała. Na Moreno nie było siły. Tegoż wieczoru wszystkie knajpy Buenos Aires stały dlań otworem. Z fenomenalnym dryblerem Enrique Garcia tworzyli niezrównaną parę boiskowych kpiarzy i żartownisiów. Podczas meczu z Urugwajem mieli do czynienia ze znakomitym obrońcą Schubertem Gambetta(mistrzem świata z 1950 r.). Był jednak bezradny wobec ich bezbłędnej wymiany piłek, której towarzyszył następujący dialog: ,,Służę panu, señor Garcia-mówił Moreno, podając piłkę koledze. ,,Zaraz ją panu zwrócę, doktorze Moreno’’-odpowiadał Garcia. ,,Ależ żadną miarą, inżynierze Garcia. Pańska kolej!.... I tak przekomarzali się dobre dwie minuty a futbolówka krążyła między nimi jak zaczarowana….

Podczas Copa America 1947 roku Argentyna miała zadebiutować meczem z Paragwajem. W przeddzień spotkania Moreno zmylił czujność trenera i wraz z Marinim wymknął się chyłkiem z hotelu, przebalował niemal całą noc, nad ranem zdrzemnął się 3 godzinki i niebawem świeżutki jak skowronek poprowadził drużynę do meczu. ,,Guarani’’ polegli 0:6 a Jose Manuel strzelił cudownego gola i był najlepszy na płycie. Cały on….!

@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11

11

Jakżesz możnaby o nim zapomnieć!? Wchodził z ławki i strzelał na ogól zwycięskie gole. To jeden z lepszych jokerów ostatnich dekad w historii Blaugrany....

1

@FcPortoFan1999 A widzisz! znalazłem jeden stary komentarz jakiegoś Zagłoby i okazuje się że nie był odhaczony! Kurna rzesz każdą odpowiedź trzeba odhaczać!

0

@Walpiano Aha, no miło że masz super humor, tylko pozazdrościć!

0

@gumaz Nie, to akurat nie od niego były

0

@FcPortoFan1999 Nie! Ciągle w czerwonym kółeczku wyświetla "2"

1

Halo redakcja! Co wy robicie z tymi czerwonymi kółeczkami że ciągle się swiecą dwie wiadomości do mnie? a już dawno przeczytane? Nie umicie ogarnąć tego?

8

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

3 sierpnia 1919 r. w Krakowie urodził się Mieczysław Gracz, napastnik. Wychowywał się w krakowskiej dzielnicy Grzegórzki. To tam razem z kolegami uganiał się za szmacianką po ulicach. W szkole, do której chodził, nauczał Józef Kałuża, dlatego taż młody chłopak początkowo sympatyzował z Cracovią. Grał i trenował wtedy w klubie Grzegórzecki ale kiedy miał 14 lat, postanowił z kolegami poszukać miejsca, gdzie mogliby się bardziej rozwinąć. Mając w ręku pisemną rekomendację od Kałuży, udali się na stadion Cracovii, ale nikogo tam nie zastali, a szatniarz kazał im przyjść za kilka dni. Postanowili więc poszukać szczęścia po drugiej stronie Błoń. Tam spotkali Adama Obrubańskiego, który zaprosił ich do rozegrania meczu z juniorami Wisły. Gracz i koledzy wygrali 7:1. Dwa lata później chłopak zadebiutował już w pierwszej drużynie, stając się najmłodszym zawodnikiem klubu w ligowym spotkaniu. Z kolei 18 października 1936 r. strzelił swojego pierwszego gola i w wieku 17 lat i 76 dni został najmłodszym strzelcem w rozgrywkach. Mimo niskiego wzrostu (163 cm) znakomicie grał głową. Był świetnie wyszkolony technicznie i w pojedynkę potrafił rozstrzygać losy meczów. Nie raz zdarzało mu się przejść z piłką przez całe boisko, mijając przy tym rywali w efektownym dryblingu. Nie był jednak boiskowym egoistą. W Wiśle grał na pozycji prawego łącznika i kierował grą całej drużyny. Stanisław Mielech wspominał, że całkowicie panował nad piłką i umiał ją przyjąć w każdej pozycji a następnie podać do partnera. Potrafił jednym dalekim podaniem otworzyć koledze drogę do bramki. Słabszą jego stroną była kondycja fizyczna. Pod koniec kariery wyraźnie tracił na szybkości. Niewielu zawodników zasługuje na miano klubowej legendy ale w przypadku Gracza takie określenie nie będzie nadużyciem. W mistrzostwach Polski dla Białej Gwiazdy rozegrał 142 mecze i strzelił 92 bramki. W czasie okupacji był jednym z najbardziej aktywnych uczestników konspiracyjnych zmagań. Po wojnie przekazywał młodszym kolegom przedwojenne tradycje szkoły krakowskiej. Sam uważał, że w trakcie swojej kariery strzelił około tysiąca bramek. W reprezentacji zadebiutował w Oslo w meczu przeciwko Norwegii w 1947 r. Trzy lata później w Sofii zagrał po raz ostatni. Za swój najlepszy mecz Gracz uważał przegrane 4:5 spotkanie ze Szwajcarią w 1947 r., w którym strzelił dwa gole, w tym jednego pięknym uderzeniem z woleja po podaniu Tadeusza Hogendorfa. W tym samym roku razem z Tadeuszem Parpanem miał wystąpić w reprezentacji FIFA, ale polskie władze się nie zgodziły. Wiele lat pracował jako trener. Zawsze pogodny, uśmiechnięty i skory do żartów z dużym autorytetem wśród kolegów. W Reprezentacji rozegrał 22 mecze, strzelając 4 gole.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

6

@FCBparasiempre
Meppen, małe niespełna 35-tysięczne dolnosaksońskie miasto położone niedaleko holenderskiej granicy. 3 sierpnia 1982 roku było świadkiem magii, o której mówi się z wypiekami na twarzy nawet po upływie ponad czterdziestu lat. Wówczas na stadion imienia Hindenburga przyjechał sam Diego Maradona. Było lato 1982 roku. Gerd van Zoest i Wolfgang Gersmann, którzy niedawno przejęli władzę w trzecioligowym SV Meppen zaczęli planować obchody 70-lecia klubu. Zadanie było o tyle trudne, że doskonale wiedzieli, że członkowie oraz lokalna społeczność oczekiwali nie tylko uroczystego wieczoru, ale i renomowanego przeciwnika. Wszak na 60-lecie przyjechała wówczas Borussia Moenchengladbach z Juppem Heynckesem, a rok później do Meppen zawitał wielki Ajax Amsterdam z Cruyffem czy Neeskensem. Na stadionie imienia Paula von Hindenburga pojawiali się również Werder Brema czy 1.FC Koeln. Trend miał być kontynuowany. Van Zoest podnosi więc słuchawkę i dzwoni do swoich kontaktów w środowisku piłkarskim, badając temat. Był w czepku urodzony, bo wybrał również numer znanego agenta Guenthera Bachmanna. ,,Panie van Zoest, Barcelona zadzwoniła do mnie zaledwie pięć minut temu. Ma pan na to ochotę?”. Aktualny triumfator Pucharu Europy, trenowany przez Udo Lattka szukał niewymagającego rywala podczas letniego obozu przygotowawczego w Holandii. Czy ma na to ochotę? Głupie pytanie. Zwłaszcza że niedługo później spotkanie stało się jeszcze bardziej atrakcyjne, niż można było się tego spodziewać. Udo Lattek pamiętał Meppen jeszcze z czasów, gdy grał w VfL Osnabrueck dlatego był przygotowany na dwugodzinną podróż do regionu Emsland. Van Zoest sporządził szybką umowę. ,,To był bardzo prosty dokument. Barcelona przyjeżdża w najmocniejszym składzie, pieczątka UEFA i tyle. Brakowało, tylko żeby któraś ze stron splunęła w rękę i przybiła interes”. Gościnny występ hiszpańskiej drużyny miał kosztować 70 tysięcy marek. Dla SV Meppen były to gigantycznie pieniądze, ale spodziewane zyski były tego warte. Już kilka dni później stało się coś, co zaskoczyło wszystkich i spowodowało prawdziwą lawinę. Barcelona pozyskała Diego Maradonę. W Meppen pękły wszystkie tamy. Klub musiał wstrzymać przedsprzedaż biletów. ,,Musieliśmy natychmiast wstrzymać przedsprzedaż. Nasze biuro nie było w stanie wytrzymać naporu ludzi. Mieliśmy wówczas tylko dwa telefony” – wspominał van Zoest. Zapotrzebowanie na bilety było tak duże, że klub musiał kupić pierwszą automatyczną sekretarkę. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał że nawet Lourdes nie było wtedy tak pożądanym miejscem pielgrzymek, jak malutkie Meppen. Zaczęły się przygotowania. Bilety zostały wyprzedane, a Gersmann sam chwycił za pędzel i własnoręcznie pomalował ściany trybuny świeżą farbą. W całym regionie nie można było znaleźć hiszpańskiej flagi więc van Zoest wysłał swojego pracownika do hiszpańskiej ambasady w Bonn. W związku z nadchodzącym sezonem prezydent Barcelony Jose Luis Nunez zaczął głośno myśleć o dodatkowej premii za wyjazdowe mecze z udziałem Maradony. Groził, że kluby z ligi hiszpańskiej będą musiały zapłacić 25 tysięcy marek, jeśli chcą, by Argentyńczyk zagrał przeciwko nim. ,,Jeśli chcą nim zapełnić stadiony, to muszą nam za to zapłacić” – grzmiał.

W Meppen wiedzieli o tych żądaniach i obawiali się, że supergwiazda nie zagra w nadchodzącym benefisie. Ta niepewność spowodowała, że van Zoest dzień przed meczem pojechał do hotelu Barcelony w Arnhem, by spotkać się z Lattkiem. Doskonale pamiętał, jak w 1973 roku działacze Ajaksu w przeddzień spotkania nagle zażądali podwójnej uzgodnionej premii. ,,Nie lubię jak mnie oszukują”– mówił van Zoest i zaczął działać. W hotelowym lobby van Zoest, Gersmann i Lattek rozmawiali przy piwie. ,,Naprawdę nie pamiętam, ile ich było, może kilka kolejek ale było warto” – relacjonował. Barowy rachunek był ceną za światową gwiazdę. W miłej atmosferze Lattek obiecał, że Maradona zagra. ,,Tak, Maradona rozegra swój pierwszy mecz na europejskiej ziemi właśnie w Meppen”. Miał oferty z Holandii i Niemiec ale Meppen mu pasowało. Wiedział, że SVM zawsze dobrze prezentowało się w meczach z profesjonalnymi drużynami. Allan Simonsen, Quini, Bernd Schuster no i Diego. Działacze Meppen wiedzieli, że to będzie najważniejszy dzień w historii klubu, ale to, co się działo przekroczyło ich najśmielsze wyobrażenia. Nadjeżdżający autobus Katalończyków przywitał tłum ludzi, który ustawił się już na ulicy, by po raz pierwszy zerknąć na Maradonę. Gdy przez drzwi wysunęła się ciemna, kędzierzawa głowa policjanci z psami musieli utworzyć korytarz, by Argentyńczyk dopchał się do szatni. Maradona uśmiechał się, ale nie rozdawał jeszcze żadnych autografów. Wszystko przez presję czasu. Kierowca autokaru wybrał złe przejście graniczne i Barcelona przyjechała zaledwie pół godziny przed planowanym rozpoczęciem. Piłkarze SV Meppen chętnie opuścili swoją szatnię i przebierali się w pomieszczeniu zwykle zarezerwowanym dla gości. Wiedzieli, że to będzie ich mecz życia. Hiszpańskie radio transmitowało mecz na żywo. Przed pierwszym gwizdkiem Hermann Eiting udzielił krótkiego wywiadu. Na pytanie, czy ma świadomość, że dzisiaj może napisać gazetowe nagłówki, odpowiedział z humorem: ,,Jestem policjantem. To moja praca. Postaram się zmniejszyć różnicę między naszymi wartościami. Między moim może tysiącem marek a 19 milionami Maradony”. Ale gdy zobaczył Argentyńczyka na rozgrzewce… Biegł przez całe boisko a za nim setki dzieci, które chciały chociaż raz go dotknąć. Dla supergwiazdy to nie problem. Nikt jednak nie miał prawa dotknąć jego piłki. Raz po raz wystrzeliwał ją wysoko w niebo, odbijał ją potem ramieniem i głową i biegł dalej po boisku. ,,Ludzie… Porównywaliśmy wtedy Maradonę z Rummenigge ale to były dwa różne światy” – wspominał Eiting. Stadion oficjalnie mieścił wówczas około 13 tysięcy widzów. Według raportów przyszło ponad osiemnaście (co było liczbą znacznie zaniżoną ze względów bezpieczeństwa) i każde wolne miejsce na obiekcie było wykorzystane. Na bieżni były ustawione ławeczki zrobione ze skrzynek z piwem, na których położono deski, a ludzie wspinali się na pobliskie drzewa. Nie było ochroniarzy, ludzie byli zdani na siebie. Ówczesny trener SV Meppen Hans-Dieter Schmidt porównał to wszystko do mieszanki Woodstocku i Schuetzenfestu. Eiting patrzył dookoła i nie wierzył, motywując samego siebie. ,,W meczu z Oldenburgiem kibiców było osiem tysięcy i to już było dużo. Ale to… To jest coś innego. To już scena światowa, a dzisiejszy wynik zostanie podany we wszystkich wieczornych wiadomościach. Cóż, z Oldenburgiem wygraliśmy…”.

Maradona miał 21 lat. Niektórzy mówili, że jest obietnicą na przyszłość ale dla większości już był bogiem futbolu. Bóg objawił się w Meppen. Eiting, który należał do dumnego złotego pokolenia SVM, które pięć lat później awansuje sensacyjnie do drugiej ligi, nigdy nie tego nie zapomni. ,,Jedno jest jasne. Obojętnie jak bardzo będę stary, nigdy nie zapomnę tego meczu. Zawsze ktoś przyjdzie i mi o nim przypomni. Jeden z transparentów kibiców mówił: – Znamy Brunsa (Hermann Bruns, piłkarz Meppen), kim jest Maradona? Niedługo potem mieli się dowiedzieć. Ludzie siedzieli podekscytowani i przeżywali każdy kontakt Maradony z piłką. Już w 13. minucie podyktowany został rzut karny dla Barcelony. ,,Żaden karny! Sędzia pochodził z Osnabrueck i wyjątkowo nas nie lubił. Tym niepotrzebnym gwizdkiem trochę zepsuł nam mecz” – zżymał się bramkarz Bernd Kugler. Do piłki podszedł oczywiście Diego. W ostatniej chwili zmienił kierunek strzału i bez przeszkód wyprowadził FC Barcelonę na prowadzenie. ,,Chciałem mu rzucić wyzwanie. Chodź tutaj, przekonamy się, czy jesteś wart swoich pieniędzy. Ale już w momencie skoku wszystko było skończone. Ale to właśnie mnie Maradona strzelił swojego pierwszego gola w Europie. To coś, co warto wspominać” – mówił Kugler. Minutę później bramkarz zakończył swoją długoletnią karierę. Po meczu dziennikarz spytał go, czy chce sobie zrobić zdjęcie z Argentyńczykiem. ,,Nie, chodźmy – odparł – Dzisiaj postąpiłbym inaczej”– wspominał po latach. Mecz zakończył się wygraną FC Barcelony 5-0 i nie da się nie stwierdzić, że wielcy mistrzowie okazali rywalom litość. Występ Maradony zakończył się po 45 minutach. Udo Lattek nie wypuścił go już na drugą połowę. Wprawdzie nazajutrz prasa nie oszczędzała się w superlatywach na temat gry Maradony, to rezerwowy Reinhold Woyciechowski miał wrażenie, że przy każdym kontakcie z piłką upadał, co było trochę męczące. Hans-Peter Hoefer: ,,Maradona? W ogóle się nie postarał. Grał jakby od niechcenia ale i tak nie mogliśmy go zatrzymać”. O wymianie koszulek z Maradoną można było tylko pomarzyć. Wprawdzie piłkarze Barcelony i tak nie byli zainteresowani sprzętem z Meppen, ale swoje dołożył też kitman SVM Bodo Venske. Nie chciał dopuścić by Hiszpanie dostali nowiutki komplet koszulek, więc na mecz przygotował trykoty z poprzedniego sezonu. ,,Bodo, kurwa co to jest”– pytali piłkarze, podnosząc swoje stare koszulki na najważniejszy mecz w ich karierach. Po końcowym gwizdku czekał na nich w szatni jednak wyjątkowy prezent. Na środku pomieszczenia leżały koszulki Barcelony w ramach podziękowania. Każdy mógł wziąć jedną. Trykotu Maradony jednak nie było. ,,Brakowało jednej rzeczy, koszulka Diego z numerem 10 w cudowny sposób zniknęła”– mówił Josef Menke, który do dzisiaj przechowuje w swojej szafie koszulkę Francisco Carrasco. W ciągu następnych miesięcy krążyła pogłoska, że ktoś z władz klubu ukradł najcenniejszy okaz. Sekret nigdy jednak nie został ujawniony. Po meczu kibice wdarli się na boisko. Większość z nich oczywiście otoczyła Maradonę, który chętnie i cierpliwie rozdawał autografy. ,,Wydawał się absolutnym przeciwieństwem wiecznie naburmuszonego Bernda Schustera. Rzadko widziałem tak przyziemnego profesjonalistę”– zachwycał się trener Schmidt, który potem spędził trochę czasu w szatni Barcelony rozmawiając z Lattkiem. Przy każdym stoisku z kiełbaskami stali piłkarze Barcelony. Dzisiaj wydaje się to abstrakcyjne jak blisko ludzi były wówczas gwiazdy. Po tym, jak Diego Maradona podpisał w szatni kilka piłek na rzecz lokalnych inicjatyw dla osób niepełnosprawnych, trener Meppen zaprosił go na kiełbaskę. Za pośrednictwem tłumacza rozmawiali głównie o poprzednich mundialach i sytuacji w Barcelonie. Gdy autokar gości musiał w końcu odjechać, Argentyńczyk postanowił jeszcze wysiąść i na sam koniec podpisał czapkę jednemu z policjantów. Do Niemiec Maradona wrócił w 1988 roku, by na Stadionie Centralnym w Lipsku zagrać mecz w ramach Pucharu UEFA. Wówczas obserwowało go już jednak na żywo ponad sto tysięcy kibiców.

7

,,Boski” Diego zawitał do Meppen i zadebiutował w barwach Blaugrany:

@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11

9

Drugi w historii niemiecki trener Blaugrany:

3 sierpnia 1981 r. Udo Lattek po raz pierwszy poprowadził na ławce trenerskiej FC Barcelone. Urodzony w 1935 r. niemiecki trener prowadził Blaugrane w latach 1981-83. Do Katalonii trafił z Borussi Dortmumd, zastępując na stanowisku legendarnego Helenio Herrere. W ciągu dwóch lat na ławce Barçy zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Ligi oraz Puchar Króla. Słabe wyniki w lidze sprawiły jednak iż w marcu 1983 r. został zwolniony. Ogółem był trenerem Blaugrany w 76 meczach, z których jego zespół wygrał 42. Krótko po zwolnieniu trafił do Bayernu Monachium.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

1

@Safrani No może i masz racje! No dobra, poczekajmy cierpliwie. Ja z natury jestem niecierpliwy i dlatego tak reaguje za co z góry przepraszam :)

1

@Safrani No ale tu przyjacielu nie chodzi wyłącznie o atmosfere tylko o wyniki! Co prawda wczoraj wygrali no ale ten Fornalczyk to jakaś pomyłka(!) a wydali na niego ile? jakieś kosmiczne pieniądze(!) a on nie potrafi w bramke pocelować! Czasami mam wrażenie że im wiecęj pieniędzy wsadzą w klub, tym będzie coraz gorzej...

8

Duma Katalonii w rozkwicie:

W 1926 r. szefowie FC Barcelony rozpoczęli załatwianie formalności w celu nabycia terenu, który służyłby za boisko treningowe różnych sekcji sportowych klubu. Wtedy Barça miała już sekcje rugby, lekkiej atletyki i hokeja na trawie, do których za sprawą socio Pergo Cusella, właśnie w tamtym roku dołączyła sekcja koszykówki. Po wielu poszukiwaniach, w sierpniu 1926 r. zarząd klubu postanowił przystąpić do negocjacji kupna terenów „Sol de Baix”. Na tej działce było wielkopańskie gospodarstwo, „Can Sol de Baix”, własność Josepa Comasa, przemysłowca, który był działaczem Partii Liberalnej i stał się jednym z głównych kacyków dystryktu „Les Corts” w XIX wieku. Działka stała się zaimprowizowanym boiskiem piłkarskim, na którym aż do 1932 r. trenowały i rozgrywały swoje mecze drużyny juniorskie Blaugrany. Wykorzystywano ją także jako plac do treningów pierwszej drużyny klubu ażeby nie zniszczyć murawy na „Camp de Les Corts”, a także innych sekcji, w tym drużyny hokeja na trawie, która rozgrywała na nim swoje mecze aż do wybuchu wojny domowej. Wraz z wydzierżawieniem przez klub terenów w dzielnicy „La Bordera” boisko przy „Can Sol de Baix” służyło wyścigom hartów. Później w latach czterdziestych i pięćdziesiątych organizowano tutaj także wyścigi „midgetsów” – rodzaj sportu motorowego, zaimportowanego z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, w których rywalizowały ze sobą samochody bez hamulców i skrzyni biegów. W 1965 r. odzyskano pierwotną nazwe miejsca wraz ze zbudowaniem placu „Sol de Baix”, mieszczącego się między ulicami Figols a Gerard Piera.

@Adran360
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@blakkudium Jakieś ohydne włochate stworzenie!

4

@FCBparasiempre
Zawsze drugi:

,,Znowu drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi, kurwa”. Te słynne słowa padają w filmie „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego. Wypowiada je Adaś Miauczyński, w rolę którego wcielił się Cezary Pazura. Monolog, który stał się klasyką polskiego kina, po części pasuje do bohatera naszego tekstu. Ale tylko po części. Gregory Coupet był bowiem zawsze drugi w hierarchii reprezentacyjnych bramkarzy. W barwach Olympique Lyon, z którym siedmiokrotnie sięgał po mistrzostwo Francji, zawsze grał jako numer jeden. Był 10 października 2001 roku. Na Camp Nou rozgrywano mecz fazy grupowej Ligi Mistrzów, w którym FC Barcelona mierzyła się z Olympique Lyon. Katalończycy wygrali 2:0 po golach strzelanych w końcówce przez Patricka Kluiverta i Rivaldo. Jednak to nie wynik został z tego spotkania najmocniej zapamiętany. Zdecydowanie bardziej w pamięci kibiców i w historii futbolu zapisała się interwencja, jaką zaprezentował Gregory Coupet.



,,Nie pamiętam wyniku, a jedynie tę akcję. Mam wrażenie, że ten mecz był wczoraj. To była kosmiczna interwencja, a to, że miała miejsce na Camp Nou dodaje jej magii”– wspominał po latach Sidney Govou, jeden z ówczesnych piłkarzy Olympique Lyon. Cacapa, brazylijski obrońca francuskiego zespołu, chciał podać do bramkarza. Kopnął piłkę do góry, bardzo mocno, co mogło zagrozić golem samobójczym. By tego uniknąć, Coupet wzniósł się na wyżyny akrobatycznych umiejętności i w efektowny sposób odbił piłkę głową. Futbolówka wpadła w poprzeczkę, po czym trafiła na głowę Rivaldo. Gwiazdor reprezentacji Brazylii natychmiast uderzył, ale Francuz wybronił także dobitkę. Jednym z zawodników OL był w tym czasie wielokrotny reprezentant Polski Jacek Bąk. Coupet wspominał w jednym z wywiadów, jak polski obrońca chwalił go za tę interwencję: ,,W następnych tygodniach Jacek mówił mi, że w reprezentacji polski dużo mówiło się o tej obronie. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Już wtedy miałem wrażanie, że wszyscy o tym ze mną rozmawiają, ale popularność tej akcji nadały media społecznościowe. Zdałem sobie sprawę, że zrobiłem wrażenie na ludziach.” Olympique nie wyszedł wówczas z grupy w Lidze Mistrzów. Ale interwencja została zapamiętana i przez niektórych uważana jest za najlepszą lub przynajmniej jedną z najlepszych w dziejach piłki nożnej. Wyżej opisywane wydarzenia miały miejsce w sezonie 2001/02. Dla klubu z Lyonu był to sezon szczególny, bowiem właśnie wtedy Olympique zdobył pierwszy raz w historii tytuł mistrza Francji. Wówczas zaczęła się krajowa dominacja, która trwała przez siedem lat. Zanim Coupet, wraz z kolegami z OL, trafił na ligowy szczyt, zadebiutował w Ligue 1 w 1994 roku jako bramkarz AS Saint-Etienne. Trzy lata później podpisał kontrakt z Lyonem, największym rywalem Zielonych. Oba kluby od lat rywalizują w derbach Doliny Rodanu. Ponadto ich walka ma także zaszłości społeczne. Saint-Etienne to bowiem miasto robotnicze. Lyon jest zaś kojarzony z bogactwem, ukierunkowany na kulturę i naukę. Większą sympatią w całym kraju cieszy się AS Saint-Etienne. Coupet przeszedł jednak do rosnącego w siłę OL. Dekadę wcześniej klub z Lyonu miał poważne problemy. Uratowało go przejęcie przez Jeana-Michela Aulasa. W młodości był piłkarzem ręcznym. Wielkiej kariery nie zrobił, ale wykazał się dużą ambicją i silnym charakterem. Uprawiał sport mimo kontuzji odniesionej już w wieku 16 lat. Doznał jej na nartach, a jej skutkiem było złamanie kręgu lędźwiowego. Konieczny był nawet przeszczep. Z powodu zdrowotnych perypetii Aulas nie dostał się na francuski odpowiednik AWF. Postanowił wówczas zająć się informatyką, dzięki czemu odkrył w sobie talent do interesów. W nowej branży odnosił sukcesy. W 1983 roku założył spółkę CEGID, która szybko zyskała filie w kilkudziesięciu krajach świata i zatrudniała kilka tysięcy pracowników. Z Aulasem u steru Olympique wkroczył w złotą erę klubu. Jednym z jej największych twórców był Gregory Coupet.

Jego początki w nowym zespole nie były łatwe. Działo się tak z racji tego, że do Lyonu przybył z lokalnego rywala, przez co kibice traktowali go chłodno. W dodatku zastąpił ulubieńca trybun – Pascala Olmetę, który został wyrzucony za bójkę z kolegą. Pod koniec lat 90. Coupet przekonał do siebie wszystkich dobrymi występami w meczach Pucharu UEFA przeciwko Blackburn. Od tej pory było już tylko lepiej. Z Olympique Lyon zdobył siedem tytułów mistrza Francji. Miał więc udział we wszystkich krajowych mistrzostwach w historii klubu. Do listy trofeów należy doliczyć także Puchar Ligi. Zabrakło jedynie dużego sukcesu na arenie międzynarodowej, chociaż zdarzały się wielkie mecze Lyonu jak wygrane 3:0 z Realem Madryt czy 7:2 z Werderem Brema. Największym osiągnięciem był ćwierćfinał Ligi Mistrzów w sezonie 2005/06, lecz warto wspomnieć także o triumfie w dużo mniej prestiżowym Pucharze Intertoto w 1997 roku. W 2004 i 2005 roku Gregory Coupet zostawał wybierany najlepszym bramkarzem ligi francuskiej. Po serii mistrzowskich tytułów zmienił klub. Trafił do Atlético Madryt, a Lyon bez niego w składzie już nie dominował na krajowym podwórku. Po przejściu do stolicy Hiszpanii bramkarzowi nie wiodło się już tak dobrze. Szybko wrócił do ojczyzny, przenosząc się do Paris Saint-Germain, które erę wielkich sukcesów miało dopiero przed sobą. To właśnie w stolicy nasz bohater zakończył zawodniczą karierę. Zaczynając opowieść o reprezentacyjnej karierze Coupeta, możemy przywołać filmowy cytat zamieszczony na początku tego tekstu. Nasz bohater zadebiutował w reprezentacji Francji w 2001 roku. W tej części swej piłkarskiej przygody był zdecydowanie niespełniony. Trafił na czasy Fabiena Bartheza, wybitnego bramkarza, który z Olympique Marsylia wygrywał w 1993 roku Ligę Mistrzów, a z drużyną narodową zdobywał mistrzostwo świata (1998) i Europy (2000). Po tych sukcesach wydawało się, że Barthez najlepsze lata ma już za sobą, lecz w bramce Trójkolorowych wciąż stawiano na niego. Nawet wówczas, gdy Coupet został wybierany najlepszym golkiperem w lidze francuskiej. Zawodnik Lyonu wskakiwał między słupki najczęściej wtedy, gdy Barthez był kontuzjowany lub zdyskwalifikowany. Jeśli chodzi o wielkie turnieje, Coupet pojechał na dwa mundiale. Jednak nie zagrał ani na mistrzostwach w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku, gdy broniący tytułu Francuzi nie wyszli z grupy, ani też na czempionacie rozegranym cztery lata później w Niemczech, gdzie drużyna Raymonda Domenecha zdobyła srebrny medal. Był w kadrze na Euro 2004, ale w Portugalii także nie wybiegł na boisko. Zagrał dopiero na kolejnych mistrzostwach Europy. Bronił w wygranym spotkaniu z Rumunią oraz w przegranych potyczkach z Holandią i Włochami. Niestety, na turnieju rozgrywanym w Austrii i Szwajcarii Trójkolorowi odpadli już w fazie grupowej.

Epizody zaliczył w dwóch turniejach o Puchar Konfederacji – w 2001 i 2003 roku. Francuzi wygrali obie imprezy, ale Coupet wystąpił łącznie w trzech meczach. Przez całą karierę uzbierał 34 spotkania w narodowych barwach. Czy mogło być ich więcej? Sporo osób twierdzi, że tak. Przed mistrzostwami świata w 2006 roku przeprowadzono ankietę dotyczącą tego, który z bramkarzy (Coupet czy Barthez) powinien występować na mundialu w podstawowej jedenastce. Aż 69 procent Francuzów wskazało na Coupeta. Gdy wspomniany Domenech wybrał Bartheza, zdenerwowany tym faktem Coupet opuścił zgrupowanie. Na szczęście szybko zdecydował się wrócić do drużyny, akceptując rolę rezerwowego. Zarówno na boisku, jak i poza nim był zupełnym przeciwieństwem Bartheza – kolorowego ptaka francuskiej piłki. ,,Jestem zbyt banalny, nie mam w sobie nic z gwiazdy”– powiedział o sobie Coupet. Gregory Coupet nie był postacią tak barwną jak niektórzy francuscy bramkarze, zwłaszcza jego konkurent do gry w pierwszym składzie reprezentacji – Fabien Barthez. Wyróżniał się tylko długimi włosami. Drobną ekstrawagancją mogło być także to, że w wolnym czasie lubił nurkować. Jednak najwięcej do zaprezentowania zawsze miał na boisku. Nie może być do końca zadowolony z przygody reprezentacyjnej. Został wicemistrzem świata, zdobył dwa Puchary Konfederacji, lecz jego wkład w te sukcesy nie był tak duży, jak chciałby on sam. Bardziej zapamiętano go z kariery klubowej, szczególnie w barwach Olympique Lyon. Grał u boku takich piłkarzy jak Juninho, Florent Malouda czy Sonny Anderson. Siedem tytułów mistrza Francji to wspaniałe osiągnięcie pokazujące jak ważną postacią dla klubu z Rodanu był Coupet. W niezwykły sposób zapisał się w historii OL. Stał się klubową ikoną. W jego karierze było coś romantycznego. Permanentne siadanie na ławce rezerwowych w reprezentacji na pewno było dla niego frustrujące, ale pokazywało, że w sporcie czasem trzeba pozostać w cieniu, zaakceptować rolę zmiennika, cierpliwie czekać na swoją szansę. Gregory Coupet dla wielu może być symbolem pokory i sportowej cierpliwości.

3

@Bernard777 Czytaj na dobranoc

1

@Adran360 To wszystko prawda ale nie po to ładuje sie tak potężne pieniądze w klub żeby pałętać się w środku tabeli! No ale tak jak mówisz: cierpliwości i poczekajmy...

1

@Adran360 No tylko nam to pozostaje...

1

Nie no! Owszem mecz wygrany ale generalnie to nie zachwycił mnie Widzew na tle jednego z najgorszych zespołów Extraklasy. Przy naprawde poważniejszym przeciwniku to w pierwszej połowie Widzew przegrywałby już co najmniej 0:1 a wówczas nie odrobiłby strat i ten jedyny gol do przerwy po fatalnym błędzie katowickiej defensywy nie zmieni mojej opinii o moim Widzewie. Na dzień dzisiejszy to Widzew raczej nie ma szans na walke o europejskie puchary w Ekstraklasie pomimo dzisiejszego zwycięstwa...

3

@FCBparasiempre
Kultowe „Almagro”:

Dzielnica „Almagro” w Buenos Aires, która leży na zachód od centrum miasta przepełniona była barwnymi opowieściami o przedsiębiorczych warsztatach baskijskich i włoskich imigrantów, bójkach ulicznych oraz tanga: ,,Miejsce mojej duszy, tam spędziłem dni młodości i tam spędziłem noce miłości"- śpiewał w latach 30-tych wielki piosenkarz tanga Gardel. Długo zanim Maradona przyjechał grać na początku lat 80-tych do FC Barcelony, Buenos Aires dzięki „Almagro” zasłużyło na miejsce w historii hiszpańskiej piłki. Wszystko to za sprawą lekcji futbolu jaki udzieliła drużyna z tej dzielnicy podczas jej zimowego tournee po Hiszpanii na przełomie lat 1946 i 1947. Ta lekcja jest opowiedzianą z wyprzedzeniem kroniką rozwoju hiszpańskiej piłki od mitycznych początków tak umiłowanej przez reżim Franco – „La Furia” po jej przekształcenie się w ,,La Roja” - reprezentacje narodową, która na początku drugiej dekady XXI wieku zdobyła dla Hiszpanii jej pierwsze mistrzostwo świata. Ta historia zaczyna się na początku XX wieku od bandy ulicznej z ,,Almagro”, które wyzywała ekipy z innych dzielnic na mecze ulicznej piłki nożnej malując na ścianach legendarny napis „Los forzosos de Almagro de safian"(Siłacze z Almagro wyzywają was). W tamtych czasach dzielnice była poprzecinana licznymi liniami tramwajowymi i autobusowymi, co sprawiało że gra w piłkę była ryzykownym zajęciem. Po tym jak pewnego dnia nadjeżdżający tramwaj przejechał młodego chłopca, miejscowy ksiądz katolicki Ojciec Lorenzo Massa wziął sprawy w swoje ręce i zaczął organizować mecze na terenach obok kościoła parafialnego przy ,,Avenida de Mexico”. To tam powstały pierwsze struktury drużynowe San Lorenzo de Almagro, klubu, który z biegiem czasu stał się jednym z największych obok Boca Juniors, Independiente, River Plate czy Racing, drużyn z Buenos Aires. San Lorenzo rekrutował swoich piłkarzy spośród baskijskich imigrantów znanych z twardej, , fizycznej gry oraz Włochów Hiszpanów i mieszanych etnicznie Indian, którzy przybyli do stolicy kraju z prowincji. Tych ostatnich przezywano ,,Los gauchos" , na cześć samowolnych pastuchów, którzy przemierzali rozległe pampasy. Baskowie swoimi wydawałoby się niewyczerpalnymi rezerwami sił fizycznych oraz prostą agresywną grą, charakteryzującą się twardymi wejściami, grą głową, dośrodkowaniami, długimi podaniami, zdawali się zainspirowani angielską piłką. Jednak uliczki Buenos Aires oraz suche boiska, które były charakterystyczne dla argentyńskiej piłki, stały się tyglem stylów wyłaniającej się rodzimej kultury, w której kładziono duży nacisk na indywidualne cwaniactwo i zwinność. Taka gra miała swoich prekursorów w latach 20-tych, kiedy sąsiedni Urugwaj zdobył 2 złote medale z rzędu podczas igrzysk olimpijskich. Tamto osiągnięcie Eduardo Galeano określił jako ,,drugie odkrycie Ameryki". ,, Anglicy... udoskonalili dalekie podania i wysokie piłki ale te wydziedziczone dzieci z dalekiej Ameryki nie poszły w ślady swoich ojców. Zamiast tego postanowiły stworzyć grę krótkimi podaniami bezpośrednio pod nogi, z błyskawicznymi zmianami rytmu oraz szybkimi dryblingami"- pisał Galeano. Przeznaczeniem południowoamerykańskich piłkarzy było wywarcie istotnego wpływu na ewolucję hiszpańskiego futbolu. Wczesnym pionierem, o ile nie niedocenionym bohaterem była wschodząca gwiazda argentyńskiej piłki Francisco Seijas, który w 1930 roku dołączył do Celty Vigo. To był pierwszy zawodowy piłkarz, który wyjechał grać do Europy. „W tamtych czasach Francisco Seijas nie śnił o takiej sławie, jaką osiągnął Maradona i po nim inni Argentyńczycy, jak Messi. Dla niego to była przygoda, wyzwanie ale nie przynoszące statusu gwiazdy czy pieniędzy"- opowiadał jego syn Luis. Galisyjski klub, w którym Francisco postanowił grać został założony w 1923 roku i był jednym z najnowszych punktów na mapie hiszpańskiej piłki. Mimo otwarcia w 1928 roku imponującego stadionu „Balaidos" z zamiarem wkroczenia do bardziej profesjonalnego świata futbolu CELTA miała problemy w hiszpańskiej drugiej lidze. W kilka tygodni od przyjazdu Seijas stał się najlepszym strzelcem w zespole zdobywając cztery gole w debiucie z Athletic Bilbao! Swój niski wzrost nadrabiał niskim ośrodkiem grawitacji, dzięki któremu miał prawie że idealną kontrolę nad piłką prześlizgiwania się między rywalami. Nie był pierwszym ani ostatnim Argentyńczykiem z takimi zdolnościami ale na pewno może twierdzić że przyczynił się do awansu Celty. Migracja takich piłkarzy jak Seijas do La Liga nieco zmalała w latach 30. Piłka nożna w Argentynie wreszcie osiągnęła status dyscypliny zawodowej a Hiszpanię dotknęły gospodarcze i polityczne zawirowania. Pisał o tym Dawid Goldblatt: ,, Odcięci od rzezi, uwolnieni od okrucieństw wojny i walki o przetrwanie Argentyńczycy mogli stworzyć znakomitą mieszankę instrumentalizmu, sztuki i rozrywki" a tamtejsze media mówiły o ,, żywotnej idei unikalności Narodowego stylu gry".

Bogata alchemia stylów była tym, co przywieźli ze sobą piłkarze z San Lorenzo de Almagro, kiedy odbyli tournee po Portugalii i Hiszpanii w latach 1946-1947. Ich drużyna dopiero co wygrała ligę argentyńską przełamując tym samym hegemonię River Plate i legendarnej „La maquina". Nazywano tak nieustępliwą i zgraną ofensywną piłkę, którą prezentował mityczny kwintet graczy ofensywnych: Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna i Loustau. Tournee po półwyspie Iberyjskim był drugim po detronizacji River Plate ważnym wydarzeniem w historii San Lorenzo. Piłkarze z Almagro przylecieli po międzylądowaniu na Wyspach Kanaryjskich, na nowo wybudowane lotnisko ,,Barajas” dokładnie 4 dni przed świętami Bożego Narodzenia w 1946 roku. Pierwszym, który wyszedł na pas startowy był urodzony w Bilbao Angel Zubieta, który pozostał w Argentynie po tuornee drużyny Basków w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Zubieta został przywitany przez swoją matkę i siostrę. Wzruszające spotkanie po latach i jednokrotnego reprezentanta Hiszpanii i dwóch pozornie szczęśliwych baskijskich obywatelek rządzonego przez Franco kraju zdawało się politycznie służyć reżimowi. W kolejnych tygodniach miejscowi kibice piłki nożnej zachęceni przez liczne relacje w hiszpańskich mediach sportowych tłumnie przybywali podziwiać grę argentyńskich gości. To, co ujrzeli było najlepszą grą ofensywną, która sławę zyskała dzięki „La maquina" a teraz była częścią skomplikowanego pokazu szybkich krótkich podań i zwrotów, zręcznych podbić i lotów oraz magicznych bramek. Z powodu szybkości i artyzmu z jakimi kręciła młynki wokół rywali, drużyna została zapamiętana jako „El Ciclon". „To, co wydarzyło się pomiędzy 21 grudnia a końcem stycznia 1947 roku, wydawało się czymś nierealnym i nie do opisania"- brzmiał komentarz w hiszpańskiej gazecie ,,El Pais” z okazji 50 rocznicy tournee. Dzienniki i magazyny podwoiły liczbę swoich relacji. Piłkarze San Lorenzo mimo że tamtej zimy pogoda wymogła na nich grę w chłodzie, śniegu i podczas obfitych opadów deszczu, stali się nie lada sensacją. San Lorenzo w pierwszym meczu na stadionie Metropolitano w Madrycie, choć większość piłkarzy wciąż leczyła skutki Atlantyckiego lotu, pokonało gospodarzy Atletico Aviacion 4:1. Dwa dni później Argentyńczycy zagrali na tym samym obiekcie z Realem Madryt i przegrali z gospodarzami takim samym stosunkiem goli. W przededniu tego meczu podsłuchano jak kapitan San Lorenzo, Bask Zubieta mówił przyjacielowi że marzy mu się dwa razy wyższe zwycięstwo nad zwycięzcami Copa Generalissimo. „Pokonanie Realu Madryt byłoby wielkim wydarzeniem naszego tournee, gdyż są dobrze znani w Argentynie i obecnie są mistrzami Hiszpanii"- mówił Zubieta. Ta zapowiedź zmobilizowała innego Baska - kapitana Realu Madryt Ipiño do zwołania drużyny na naradę. Podczas spotkania powiedział kolegom: „Jestem gotów jutro wypruć z siebie flaki i tego oczekuję także od was. Czego nie wolno nam robić, to walczyć tą samą bronią co oni". Ipiña zaproponował swojej drużynie proste rozwiązanie: aby przeszkadzali San Lorenzo w swojej grze i pokonali Ich kontratakami. Taka strategia wymagała skutecznego krycia i solidnej gry linii pomocy mogące liczyć na szybkie zagranie od Molowny'ego i Belmara, pary silnych obrońców, którzy potrafili być zabójczy w ataku. Podstępna i cierpliwa gra gości nie robiła wrażenia na pewnej obronie mistrza Hiszpanii. Gra podaniami San Lorenzo była bezbłędna ale toczyła się raczej przed niż za linią obrony Realu. W tych nielicznych okazjach, w których Argentyńczycy ujrzeli bramkę rywala, atakujący gracz był osaczany przez obrońców. Real nie marnował swoich szans i przed przerwą po szybkich kontratakach Pruden strzelił dwa gole a trzeciego dołożył Belmar. Jak na mecz towarzyski walczono ze sobą ostro. Ipiña został zniesiony na noszach poślizgu rywala ale tuż po tym Alsua zdobył zwycięską czwartą bramkę. Mimo że Real bardzo szczycił się tym zwycięstwem, to reputacja San Lorenzo nie została narażona na szwank. Przez resztę wyjazdu goście byli niepokonani a w szczególności trzej piłkarze: Farro, Pontoni i Martino, czyli tzw. ,,Trio del Oro”, którzy grali bardzo atrakcyjną piłkę. FC Barcelona zaproponowała Pontoniemu kontrakt, który odrzucił, Martino zaś ostatecznie trafił do Juventusu. San Lorenzo pokonało FC Barcelonę i zremisowało z trzema innymi hiszpańskimi klubami: Athletikiem Bilbao, Valencią CF i FC Sevilla. Z tych trzech meczów największe wrażenie na miejscowych zrobiło spotkanie na ,,San Mames” w Bilbao, które ugruntowało popularność kapitana z San Lorenzo - Zubiety, w odróżnieniu od kwestionowanej przez fanów pozycji Panizo z Athletiku. Podczas gdy baskijską pracowitość i grę zespołową Zubiety stawiano za wzór, Panizo często był krytykowany przez kibiców Athletiku za zbyt długie przetrzymywanie piłki. Jednak gdy tłumy zobaczyły jak piłkarze San Lorenzo świetnie panują nad piłką i jak szybko się nią wymieniają, na „San Mames” rozległy się pełne podziwu szepty kibiców: „Oni wszyscy grają jak Panizo!". Najbardziej przekonującym zwycięstwem piłkarzy San Lorenzo była wygrana 13:5(!) w dwumeczu z reprezentacją Hiszpanii. Wiele lat później trener drużyny młodzieżowej FC Barcelony Jaume Oliva powiedział: „W hiszpańskiej piłce było przed i potem, których granice wytaczała wizyta San Lorenzo. Argentyńscy mistrzowie zostawili głęboki ślad, wymyślnej gry krótkimi podaniami, gry trójkątami w przeciwieństwie do bardziej bezpośredniego stylu Hiszpanii, gdzie rozmowy na temat taktyki były uważane za herezję. Argentyńczycy wierzyli w jak najlepsze wykorzystanie piłki oraz strategię. Hiszpanie mogli jedynie odpowiedzieć im ,,La Furią” i improwizacją".

2

@Bernard777 Nie pamiętam czy było ale czytaj bo chyba warto :)

4

Taką ankiete to powinien zrobić Laporta wśród socios. Malo tego! I to właśnie oni(socios) powinni o tym zadecydować a nie Laporta. Co z tego że my sobie tutaj zagłosujemy że chcemy Marca Casado? A no zupełnie nic!

8

@FCBparasiempre
Dziś coraz mniej mamy piłkarzy, którzy przez całą karierę trzymają się jednego klubu i trzyma się go na dobre i na złe. Pamiętamy teraz m.in. Andresa Iniestę, Xaviego, czy Stevena Gerrarda, którzy w ostatnich latach postanowili tylko przed samą emeryturą zaznać smak przeprowadzki. Taką drogą podążył swego czasu Alain Giresse. Urodzony 2 sierpnia 1952 roku w Langoiran, miasteczku położonym w departamencie Żyronda, nad rzeką Garonna, od małego grywał w piłkę. Jednak w domu kluczem dla niego było zdobycie wykształcenia i na to postawił swoje najmłodsze lata, choć ganianie za piłką od zawsze było jego pasją. A, że nie należał nigdy do największych, musiał wyrabiać w sobie świetną technikę, by tym walczyć z lepszymi fizycznie przeciwnikami. To wyróżniało go przez lata – technika i inteligencja boiskowa. Szybko zdobył zawód stolarza, a w międzyczasie jako wielki talent dołączył do największego klubu w okolicy, Girondins Bordeaux. Mimo mizernych warunków fizycznych świetnie radził sobie z przeciwnikami i był prawdziwym reżyserem, dlatego zajął miejsce w środku pola i od początku radził sobie świetnie. Zadebiutował w pierwszej drużynie w 1970 roku i już w swoim pierwszym sezonie rozegrał 29 spotkań i strzelił trzy bramki w rozgrywkach francuskiej Ligue 1 oraz Pucharze Francji. Przez kolejne dwa sezony, jego forma się utrzymywała, jednak „Żyrondyści” głównie walczyli o utrzymanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym, co roku skutecznie, w czym duży udział Giresse’a. W 1973 roku został powołany do reprezentacji Francji U-21. Henri Guerin postawił na niego w meczu eliminacji do mistrzostw Europy. Prawdziwy wybuch formy rozgrywającego nastąpił w sezonie 1973/1974, gdy w samej Ligue 1 strzelił 12 bramek, a ekipa „Żyrondystów” zajęła w lidze 14 miejsce. Wtedy jednak we wrześniu 1974 roku, po świetnym sezonie na francuskich boiskach, dostał szansę debiutu w dorosłej reprezentacji „Trójkolorowych”. Stefan Kovacs wystawił go w pierwszym składzie towarzyskiego meczu z Polską. Giresse został zdjęty z boiska w 72 minucie, meczu wygranego 2:0, a na następny mecz w kadrze czekał trzy lata. Na stałe trafił do niej dopiero w 1981 roku. Wtedy były to już inne czasy dla jego kariery. Wcześniej Girondins regularnie kończyli sezony w środku tabeli, w czym i tak była duża zasługa Giresse’a, który strzelał w sezonie po kilkanaście bramek. Dużo słabiej wypadł sezon 1977/1978, gdy ekipa z zachodniej Francji do końca biła się o utrzymanie w elicie i ostatecznie o punkt wyprzedziła Lens i Troyes, które spadły do Ligue 2. W 1979 roku stery w klubie z Bordeaux przejął Claude Bez, który miał kluczowy udział w odbudowie i w ponownej drodze na szczyt. Rok później zespół przejął, ściągnięty z Olympique Lyon, Aime Jacquet. Dodatkowo do zespołu trafił m.in. znakomity napastnik Bernard Lacombe oraz Gerard Soler z Monaco. Sezon później po przyjściu trenera do zespołu dołączył szalenie doświadczony, podstawowy obrońca reprezentacji Francji, Marius Tresor. Od razu w pierwszym sezonie Jacqueta, Bordeaux skończyło sezon na najniższym stopniu podium, co dało awans do europejskich pucharów. Sam Giresse zaliczył co prawda słabszy sezon i strzelił tylko sześć bramek. Dodatkowo do pomocy w środku pola Giresse’owi ściągnięto Jeana Tiganę, z którym regularnie zaczął też występować w kadrze „Trójkolorowych”. Cały zespół spisał się jednak poniżej oczekiwań. W lidze zajął czwarte miejsce, w Pucharze UEFA dotarł zaledwie do drugiej rundy, gdzie uległ HSV, które ostatecznie dotarło do finału. W 1982 roku Giresse pojechał z kadrą Michela Hidalgo na mistrzostwa świata, gdzie był już jedną z kluczowych postaci. „Trójkolorowi” ostatecznie dotarli do półfinału, gdzie pokonali ich Niemcy dopiero w rzutach karnych, a następnie Polska w meczu o trzecie miejsce, który Francuzi już zwyczajnie odpuścili i posłali największe gwiazdy do domu, w tym właśnie naszego bohatera. Wcześniej rozgrywający Bordeaux strzelił dwie bramki Irlandii Północnej w ćwierćfinale, a następnie zaliczył trafienie i dorzucił asystę w spotkaniu półfinałowym z Niemcami. W 1982 roku zajął też drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, przegrywając o 51 punktów z Paolo Rossim, a wyprzedzając m.in. Zbigniewa Bońka, który znalazł się na trzecim miejscu. Po powrocie był kluczową postacią zespołu, który zdobył vicemistrzostwo. FC Nantes było wtedy poza zasięgiem, ale to było za mało dla Claude Beza. Do ekipy przed sezonem 1983/1984 dołączył m.in. Patrick Battiston. Aime Jacquet stworzył kapitalny zespół, któremu przewodził Giress, który w całym sezonie strzelił 16 bramek i choć „Żyrondyści” odpadli już w pierwszej rundzie Pucharu UEFA, jednak zdobyli upragnione mistrzostwo, wygrywając z Monaco lepszym bilansem w meczach bezpośrednich.

Po sezonie nastąpiły mistrzostwa Europy, które dla Francuzów skończyły się kapitalnie. Ekipa Hidalgo wygrała wszystkie mecze, w tym półfinał po dogrywce z Portugalią, a w wielkim finale zmierzyli się z Hiszpanią, z którą zwyciężyli 2:0 i Francja sięgnęła po swój pierwszy wielki tytuł. Liderami tamtejszej drużyny była czwórka: Michel Platini, Alain Giresse, Jean Tigana i Luis Fernandez nazywana „Le Carre Magique”, czyli „Magiczny Kwadrat”. Sam bohater naszego tekstu strzelił bramkę i zaliczył dwie asysty w spotkaniu z Belgią, a we wszystkich pięciu spotkaniach wystąpił od pierwszej do ostatniej minuty. Wydawało się, że długo w Bordeaux nie pobędzie, chciały go bowiem największe kluby świata. On jednak postanowił być wierny barwom i w kolejnym sezonie ponownie występował w ekipie obrońców tytułu, którzy ostatecznie ten tytuł obronili, wyprzedzając o cztery punkty Nantes. W końcu udało się też osiągnąć sukces w europejskich pucharach, gdzie Francuzi dotarli do półfinału Pucharu Europy, gdzie lepszy okazał się Juventus z Platinim w składzie. Ostatnim sezonem w barwach „Żyrondystów” był sezon 1985/1986. Wtedy razem z kolegami zajął w lidze trzecie miejsce, co było uznawane jako ogromny zawód. Po sezonie pojechał na mistrzostwa świata, gdzie drużyna Henriego Michela miała wielkie nadzieje. Ponownie razem z Platinim, Tiganą i Fernandezem stworzyli zabójczy kwartet w środku pola. Ostatecznie „Trójkolorowi” zaliczyli powtórkę z poprzedniego mundialu i odpadli w półfinale z Niemcami, jednak w spotkaniu o trzecie miejsce pokonali po dogrywce Belgów i mogli cieszyć się z medalu. Sam Giresse zaliczył za to ważną asystę, przy bramce Fernandeza, która dała remis ze Związkiem Radzieckim jeszcze w fazie grupowej. Półfinałowe starcie z Niemcami było z kolei jego ostatnim występem w narodowych barwach. Licznik zatrzymał się na 47 spotkaniach. Po powrocie z turnieju zdecydował się na przeprowadzkę do Olympique Maryslia, które zaczęło budować ekipę zdolną do walki o najwyższe cele. To właśnie w 1986 roku rozpoczęła się budowa drużyny, która kilka lat później zwyciężyła w lidze mistrzów. Do drużyny „Olimpijczyków” dołączyli oprócz Giresse’a m.in. Jean-Pierre Papin, Karlheinz Forster, czy Bernard Genghini. A za wszystkim stał Bernard Tapie. Już w pierwszym sezonie po reformie w klubie, drużyna zdobyła wicemistrzostwo Francji. Dotarli też do finału Pucharu Francji, gdzie ulegli… Bordeaux. Bohater naszego tekstu grał regularnie, jednak strzelił w całym sezonie tylko sześć bramek. Jeszcze słabiej było w kolejnym sezonie, gdy strzelił tylko dwie bramki, a Olympique skończył dopiero na szóstym miejscu w Ligue 1. Po zakończeniu sezonu zdecydował się zakończyć karierę. Rok później został dyrektorem sportowym Bordeaux. Klub jednak był w coraz słabszej kondycji finansowej i powoli dobiegała końca misja Claude’a Beza. Wtedy z klubu odszedł m.in. Aime Jacquet. Do 1991 roku próbował ratować drużynę, jednak w końcu odszedł po upadku klubu. Dwa lata później objął tę samą funkcję w Toulouse, a w 1995 roku postanowił zostać trenerem, przejmując w listopadzie klub po odejściu Rollanda Courbisa. W trakcie dwóch i pół roku pracy przywrócił Toulouse miejsce w elicie. Następnie odszedł do PSG, a po spadku „Fioletowo-Białych”, ponownie przejął zespół i awansował do Ligue 1. W 2001 roku Giresse przeprowadził się do Afryki i przejął marokański FAR Rabat, które pod jego wodzą spisywało się jednak słabo. W 2004 roku objął reprezentację Gruzji, jednak nie miał tam żadnych szans rywalizować z większymi rywalami i po roku pożegnał się ze stanowiskiem. Ponownie wrócił do Afryki i przejął reprezentację Gabonu, która za jego kadencji poczyniła ogromny postęp, mierząc się jak równy z równym z największymi afrykańskimi tuzami. Byli też blisko awansu na mistrzostwa świata w RPA (w ostatniej grupie eliminacyjnej ulegli tylko Kamerunowi). W 2010 roku przejął reprezentację Mali, którą miał poprowadzić do sukcesu na Pucharze Narodów Afryki w 2012 roku. Ostatecznie „Orły” zajęły trzecie miejsce a Giresse niedługo później zrezygnował ze stanowiska. Półtora roku później przejął reprezentację Senegalu, jednak po wpadce na Pucharze Narodów Afryki 2015, został zwolniony. Następnie powrócił do Mali, gdzie spędził dwa i pół roku. W 2018 został selekcjonerem reprezentacji Tunezji, z którą zajął czwarte miejsce na PNA. W 2022 roku został selekcjonerem reprezentacji Kosowa, z którą radzi sobie całkiem nieźle.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Girondins Bordeaux

2x mistrzostwo Francji (1984, 1985)

1x Puchar Francji (1986)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Europy (1984)

Trzecie miejsce mistrzostw świata (1986)

Osiągnięcia indywidualne:

3x Piłkarz Roku (1982, 1983, 1987)

Król Strzelców Pucharu UEFA (1983)

Drugie miejsce w klasyfikacji Złotej Piłki (1982)

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?