FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Sysia11 No to trudno bo nie toleruje tego cholerstwa!
11
Debiuty żywych legend Blaugrany:
29 lipca 1996 r. Luis Enrique zadebiutował w pierwszej drużynie FC Barcelony. Miało to miejsce w spotkaniu towarzyskim ze Spartą Nijkerk wygranym przez Blaugrane 4:0. Luis Enrique rozegrał tylko pierwszą połowe meczu.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@Sysia11 A ten cały profil to tylko na tym cholernym chińskim iksie?
3
@FCBparasiempre
,,Zostałem trenerem drużyny olimpijskiej nieoczekiwanie, w ostatniej niemal chwili, tuż przed wyjazdem do Finlandii. Nie było to właściwe pociągnięcie ze strony sekcji piłki nożnej gkkf, gdyż z trenerem węgierskim powinien jechać pan Koncewicz, jako że najwięcej graczy naszego zespołu rekrutowało się ze śląskiego ośrodka. Znał ich doskonale, wiedział, w jakiej formie znajdują się jego podopieczni, mógł pomóc swą radą panu Király’emu. Ja opiekowałem się piłkarzami krakowskimi i mógłbym być ewentualnie trzecim trenerem”– komentował swoją nominację Matyas w „Wielkim finale”. W turnieju olimpijskim wzięło udział 27 drużyn. Konieczne było więc rozegranie rundy wstępnej. Obrońcy tytułu Szwedzi i gospodarze Finowie zostali zwolnieni z eliminacji, dodatkowo w drodze losowania taki sam przywilej uzyskały: Turcja, RFN i Antyle Holenderskie. Polska drużyna igrzyska zainaugurowała 15 lipca w Lahti. Naszym przeciwnikiem była amatorska reprezentacja Francji. Nad Sekwaną nie traktowano jej poważnie, a L’Equipe nie podało nawet składu zespołu. Polska zagrała w następującym zestawieniu: Stefaniszyn – Gędłek, Cebula, Banisz – Suszczyk, Mamoń – Trampisz, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Polacy powinni wygrać ten mecz bez większego wysiłku, a tymczasem był on dość wyrównany. Po zaciętej i twardej grze zwyciężyliśmy 2:1, ale to Francuzi jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Nasi zawodnicy od początku grali nerwowo i chaotycznie. Uwidoczniły się braki w zgraniu zespołu, dużo niedokładności i błędów w kryciu. Trójkolorowi mogli wyjść na prowadzenie już w 5. minucie, ale błąd Stefaniszyna naprawił Cebula, wybijając piłkę głową z linii bramkowej. Bramka, którą straciliśmy, była dość kuriozalna. Po serii kilku rzutów rożnych egzekwowanych przez ekipę francuską, w dogodnej sytuacji znalazł się Michel Leblond. Piłkę usiłował mu odebrać Józef Mamoń, ale zrobił to na tyle nieudolnie, że obaj zawodnicy wpadli do bramki razem z futbolówką.
Polacy w końcu się obudzili i już w niecałą minutę później wyrównali. Po groźnym strzale Henryka Alszera piłkę z rąk wypuścił Léonce Deprez i momentalnie przejął ją Jan Wiśniewski. Podał do Gerarda Cieślika, a gracz Ruchu bez namysłu uderzył z kilku metrów… prosto w poprzeczkę. Szczęśliwie do odbitej futbolówki dopadł Kazimierz Trampisz i już bez przeszkód umieścił ją w siatce. Druga połowa była już dużo spokojniejsza w wykonaniu Polaków. Kilka minut po przerwie znowu groźny strzał oddał Henryk Alszer, ale francuski bramkarz zdołał wybić piłkę na rzut rożny. Stały fragment wykonywał Jan Wiśniewski. Dośrodkował w pole karne, futbolówka trafiła pod nogi Jerzego Krasówki, który uderzając z kilku metrów, ustalił wynik meczu. Dosyć szczęśliwie przeszliśmy więc rundę wstępną, ale nasza gra pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym w naszej drużynie był obrońca Władysław Gędłek, który imponował spokojem i pewnością w swoich interwencjach. W 1/8 finału czekała na nas reprezentacja Danii. Mecz zaplanowano 21 lipca na stadionie Kupitaa w Turku. Spośród graczy wybiegających na boisko, dwóch pamiętało sromotną klęskę z Kopenhagi sprzed czterech lat. W polskiej drużynie był to noszący teraz opaskę kapitańską Gerard Cieślik, a wśród Duńczyków w tamtym spotkaniu zagrał Poul Petersen. To wtedy chyba zaczął się rodzić kompleks, jaki nasi zawodnicy przez wiele lat mieli w meczach z Duńczykami. Polacy wystąpili w składzie: Szymkowiak – Gędłek, Kaszuba, Banisz – Mamoń, Bieniek – Sobek, Krasówka, Alszer, Cieślik, Wiśniewski. Po zwycięstwie nad amatorami z Francji oczekiwano podobnego rezultatu w starciu z pierwszą reprezentacją Danii. Kibice jednak srogo się zawiedli, bo biało-czerwoni przegrali 0:2. Pierwszą bramkę głową strzelił Holger Seebach, a wynik spotkania ustalił uderzeniem z rzutu wolnego Svend Nielsen. Duńczycy grali mądrzej taktycznie i skuteczniej. Polacy mieli ogromne problemy właśnie ze skutecznością, a gdyby wykorzystali choć połowę dogodnych sytuacji, spokojnie wygraliby ten mecz. ,,Takiego spotkania jak to, jeszcze w życiu nie widziałem i nie zobaczę. To była z naszej strony gra na jedną bramkę! Mieliśmy co najmniej 20 tak zwanych 100-procentowych pozycji, nasi piłkarze strzelali z odległości 2-3 metrów od bramki przeciwnika i nic! Powinniśmy wygrać różnicą sześciu, siedmiu bramek, a w efekcie przegraliśmy 0:2”– opowiadał o meczu Matyas w cytowanej książce.
Po meczu kierownictwo ekipy podjęło decyzję o odesłaniu piłkarzy do kraju. Uniemożliwiono im obejrzenie półfinałów i finału co miało być karą za słaby występ. Podczas igrzysk dało się odczuć atmosferę politycznego nadzoru i indoktrynacji. Sportowcy z krajów socjalistycznych zamieszkali w osobnej wiosce olimpijskiej w Otaniemi. Kraje imperialistycznego zachodu zakwaterowano w Käpylä. Absurdalne były żądania jednego z członków kierownictwa polskiej ekipy. Apolinary Minecki zażądał zwrotu olimpijskich strojów. Kiedy Węgier Tivádar Király się o tym dowiedział, poprosił o wolną godzinę, spakował się i przeniósł do siedziby rodaków. Do Polski już nie wrócił i w taki przykry sposób zakończyła się jego olimpijska przygoda z naszą reprezentacją. Po latach nieobecności polscy piłkarze wrócili na olimpijskie stadiony. Niestety przygotowania znowu pozostawiały wiele do życzenia. Nie wyciągnięto wniosków z błędów popełnianych wcześniej. Zawieszenie ligowych rozgrywek bardziej zaszkodziło niż pomogło, podobnie jak wielotygodniowe zgrupowania w trzech różnych ośrodkach. Trudno mówić o wygranej z Francuzami jako o sukcesie. Cały start to raczej porażka polskiego piłkarstwa. Na usprawiedliwienie jedynie można dodać, że panująca w kraju sytuacja polityczna nie pomagała w harmonijnych przygotowaniach, a władze po raz kolejny pokazały, że jeśli mieszają się w sport, to niekoniecznie wychodzi to na dobre. W 1956 r. igrzyska po raz pierwszy zagościły na kontynencie australijskim. Początkowo do turnieju piłkarskiego zgłosiło się 28 ekip, ale ostatecznie wystartowało ledwie 11. Coraz większe piętno odciskała na ruchu olimpijskim bieżąca polityka. Część reprezentacji rezygnowała z występu w Melbourne właśnie z powodów politycznych. Wiele zespołów jednak wycofało się z uwagi na zbyt duże koszty podróży – na czele z obrońcami tytułu Węgrami. Polska, która początkowo wyraziła chęć udziału w turnieju, w drodze losowania znalazła się w czołowej szesnastce, wraz z Australią, Syjamem i Indiami. Wkrótce potem jednak kierownictwo naszej kadry zdecydowało o rezygnacji z wysłania piłkarzy na południową półkulę. Trochę szkoda takiego posunięcia, bo wobec mniejszej liczny uczestników były szanse na lepszy niż w Helsinkach występ. W kadrze zdążyli już zadebiutować Lucjan Brychczy, Horst Mahseli, Henryk Kempny czy Ernest Pol. Piłkarze ci, wraz ze starszymi kolegami, mieli w następnych latach decydować o obliczu reprezentacji. Areną kolejnych igrzysk był Rzym. Żeby jednak wystąpić w Wiecznym Mieście, trzeba było najpierw przejść eliminacje, ale to już temat na kolejną część.
7
@FCBparasiempre
Po sukcesie, jakim było czwarte miejsce zdobyte na igrzyskach w Berlinie i bardzo dobrym występie na mistrzostwach świata we Francji, wydawało się, że Polacy na stałe zadomowią się w europejskiej czołówce. Swoje dobre umiejętności potwierdzili 27 sierpnia 1939 r., pokonując w Warszawie wicemistrzów świata Węgrów 4:2. Niestety coraz lepsze występy naszej reprezentacji zostały brutalnie przerwane. Salwy z pancernika Schleswig-Holstein i bomby zrzucane na polskie miasta z samolotów z czarnymi krzyżami rozpoczęły II wojnę światową i gra w piłkę zeszła na dalszy plan. O futbolowej rywalizacji w czasach wojennych pisaliśmy już na naszych stronach. Piłka nożna pozwalała choć na chwilę zapomnieć o okrucieństwach wojny. Po jej zakończeniu kraj trzeba było odbudowywać od zera i to we wszystkich obszarach życia. Warszawa praktycznie nie istniała. Zaraz po wojnie funkcję stolicy pełniła Łódź. Również polski sport leżał w gruzach. Obiekty były zdewastowane przez działania wojenne. Brakowało sprzętu i środków finansowych. Wielu wybitnych działaczy, trenerów czy piłkarzy straciło życie. Wobec zniszczeń Warszawy, pierwsze kroki zmierzające do odbudowy polskiego futbolu stawiano w Krakowie. Działania te prowadzono już w zupełnie innej rzeczywistości. Komunistyczne władze każdemu patrzyły na ręce, a wielu działaczy, którzy znaleźli się na zachodzie, ciągle zastanawiało się nad powrotem do kraju. Ci, którzy wrócili, mieli się wkrótce przekonać, że nie będzie im tutaj łatwo żyć. Decyzje o reaktywowaniu PZPN podjęto już w marcu, a więc wtedy kiedy siły alianckie dopiero forsowały Ren a kilka polskich miast czekało wciąż na wyzwolenie przez Armię Czerwoną. Do lutego 1946 r. to w oswobodzonym bez walk Krakowie mieściła się siedziba federacji. 29 czerwca 1945 r. lwowianin Tadeusz Kuchar stanął na czele pierwszego powojennego związku. Znalazło się w nim miejsce dla kapitana związkowego – Henryka Reymana. Kiedy ciągle jeszcze zastanawiano się nad kształtem rozgrywek, legendarny gracz Wisły nie próżnował i już w sześć tygodni po nominacji ogłosił pierwszą listę reprezentacyjnych graczy. Na pierwsze oficjalne mecze międzypaństwowe trzeba było jednak jeszcze poczekać. W listopadzie 1945 r. PZPN odnowił kontakty z FIFA. W tym samym czasie gościł u nas zespół brytyjskiej Armii Renu, a w maju reprezentacja Warszawy udała się do Niemiec, gdzie z tą drużyną brytyjskich żołnierzy przegrała trzy mecze. W czerwcu do Polski przyjechały: szwedzki IFK Norrköping, jugosłowiański Partizan Belgrad i węgierskie Ferencváros z Kispestem, który niedługo później został przemianowany na Honvéd. W sierpniu natomiast po raz pierwszy nad Wisłą pojawiła się drużyna radziecka – moskiewskie Torpedo pod wodzą Wiktora Masłowa. Dobre występy reprezentacji Śląska przeciwko Armii Renu sprawiły, że zespół (wzmocniony kilkoma graczami z Krakowa) został zaproszony na tournée do Szkocji. Drużyna zrobiła tam bardzo dobre wrażenie, a wyróżnili się młodziutki napastnik chorzowskiego Ruchu – Gerard Cieślik a także rezerwowy bramkarz z mistrzostw świata z Francji, Walter Brom. Pod koniec 1946 r. do PZPN przysłano zaproszenia od FIFA dla dwóch polskich piłkarzy. Światowa federacja w ramach uczczenia powrotu czterech brytyjskich związków pod swoje skrzydła, organizowała mecz Wielka Brytania – reszta Europy. Początkowo krajowi działacze nominowali do wyjazdu Mieczysława Gracza i Tadeusza Parpana. Niestety 10 maja 1947 na Hampden Park nie wystąpił ani jeden, ani drugi. Komunistyczne władze dały do zrozumienia, że dalsza korespondencja z FIFA w tej sprawie nie służy interesom kraju. Nie był to ostatni raz, kiedy rządzące elity mieszały się w sprawy sportu. Drużyna narodowa swój pierwszy mecz po wojnie rozegrała 11 czerwca 1947 r. Na Ullevaal Stadion w Oslo mierzyliśmy się z Norwegami. Gospodarze pokryli koszty podróży i zakwaterowania, ale o samym meczu nie pisano zbyt wiele. Kibice o planowanym spotkaniu dowiedzieli się tuż przed wylotem. Kadra, w której składzie zagrało aż dziewięciu debiutantów, przegrała jednak 1:3. Na pierwsze zwycięstwo musieliśmy poczekać do września, kiedy to w Helsinkach pokonaliśmy Finów 3:1. Jak to często bywało, nasza reprezentacja przeplatała przyzwoite występy z, delikatnie mówiąc, nie najlepszymi. Po dobrym meczu minimalnie przegraliśmy 4:5 z przyszłymi mistrzami olimpijskim – Szwedami, którzy w składzie mieli młodych Nordhala i Liedholma. Natomiast miesiąc później ulegliśmy przyszłym finalistom turnieju w Londynie – Jugosławii i to aż 1:7. Największym sukcesem z tamtego okresu było zwycięstwo nad Czechosłowacją, która miała za kapitana wielkiego Josefa Bicana. 18 kwietnia 1948 r. pokonaliśmy ich w Warszawie 3:1 i odżyły nadzieje na dobry występ podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich. Kiedy 29 lipca 1948 król Jerzy VI otwierał londyńskie igrzyska, polskich piłkarzy nie było wśród olimpijczyków. Przez lata utarło się, że reprezentacja do Londynu nie pojechała przez porażkę z Danią 0:8. Prawda jest jednak nieco inna. Już na ponad miesiąc przed tamtym spotkaniem, wiceprezes PZPN inż. Andrzej Przeworski oświadczył, że związek rezygnuje z występu kadry na igrzyskach.
Oczywiście decydujący głos miały tutaj władze państwowe a nie związkowe. Przeworski miał jednak nadzieję, że oficjeli zdoła przekonać wynikami drużyny. W związku z tym, jako przewodniczący Komisji Sportowej Polskiego Komitetu Olimpijskiego, zgłosił naszą drużynę do igrzysk. Liczył, że zawodnicy utrzymają dobrą dyspozycję z meczu z Czechosłowacją również w spotkaniu z Danią. Katastrofalny występ zniweczył jednak te plany, a po latach Gerard Cieślik opowiadał, że kapitan związkowy Zygmunt Alfus zapewniał przed meczem piłkarzy, że jeśli wygrają, to pojadą na olimpiadę. Niestety nie wygrali. Ówczesny trener Wacław Kuchar chyba trochę przedobrzył z treningiem: ,,Goniliśmy w ciężkich butach po asfaltowych ścieżkach odbijając sobie pięty a przecież rozgrywając co tydzień mecze ligowe, mieliśmy wystarczającą kondycję i sprawność. Trzeba nam było tylko lekkiego rozruchu z piłką i bylibyśmy w zupełnie dobrej formie”– wspominał kapitan drużyny Tadeusz Parpan w książce „Wielki finał”. Polacy nie potrafili stawić czoła dobrze zorganizowanym Duńczykom, co utwierdziło władze w przekonaniu, że nie ma sensu wysyłać reprezentacji do Londynu: ,,Z tym zespołem nie mamy czego szukać w piłkarskim turnieju olimpijskim”– brzmiało stanowisko PKOL. Jeszcze przed spotkaniem w Kopenhadze, 23 czerwca w Londynie rozlosowano turniejowe pary. Wśród uczestników znajdowała również Polska. W starciu o 1/8 finału mieliśmy się zmierzyć z USA a więc rywalem, który w kontekście politycznym nie był najlepszy. Mecz, który miał się odbyć na Highbury, nie doszedł do skutku a rywalom przyznano walkower. Amerykanie pod względem sportowym nie uchodzili za szczególnie groźnego przeciwnika, co potwierdzili w spotkaniu z Włochami, którym ulegli aż 0:9. Jest więc wielce prawdopodobne, że Polacy również by ich pokonali. Przemawia też za tym fakt, że w niecałe dwa tygodnie po igrzyskach minimalnie tylko przegraliśmy ze srebrnymi medalistami– Jugosławią. Podobnie jak inne kraje demokracji ludowej, również Polska nie wzięła udziału w eliminacjach do mistrzostw świata w Brazylii. Nie bez znaczenia były tutaj jednak wysokie koszty podróży. Kolejną dużą imprezą, na której mieliśmy szansę się zaprezentować były więc igrzyska w Helsinkach. Finlandia miała być gospodarzem największej sportowej imprezy świata już w 1940 r., po tym, jak z organizacji zrezygnowało Tokio, ale plany te pokrzyżował kataklizm drugiej wojny światowej. Podobnie jak przy okazji przedwojennych turniejów, również i tym razem bardzo długo zwlekano z decyzją o starcie w turnieju olimpijskim. Jeszcze w listopadzie 1951 r. toczyła się na łamach prasy dyskusja czy warto wysyłać reprezentację do Finlandii. Kontakty polskiego piłkarstwa z zagranicą były nie najlepsze. Dość powiedzieć, że w 1950 r. reprezentacja rozegrała pięć spotkań i oczywiście wszystkie z bratnimi narodami. Wygrała tylko jedno z Bułgarią i to skromnie 1:0. Kolejny rok był jeszcze uboższy w emocje związane z występami kadry, bo przez 12 miesięcy rozegraliśmy… jeden mecz. Tak, jeden. Przegrany 0:6 z Węgrami. Skoro jednak do rodziny olimpijskiej dołączył ZSRR i do Finlandii pojechać mieli również piłkarze z Kraju Rad, to nie było politycznych przeciwwskazań, żeby rezygnować z udziału w imprezie. W grudniu zapadła decyzja o zgłoszeniu naszej reprezentacji do turnieju. Sekcja piłki nożnej GKKF, która przejęła rolę PZPN, wytypowała 52 zawodników, którzy mieli zostać objęci specjalnym programem przygotowań. W styczniu 1952 r. w Szklarskiej Porębie rozpoczęto przedolimpijskie zgrupowanie. Piłkarze trenowali pod okiem: Ryszarda Koncewicza, Adama Niemca, Michała Matyasa, Mieczysława Jezierskiego i Wacława Kuchara. Zwrócono się również o pomoc do naszych bratanków znad Dunaju. Węgrzy, którzy w bezpośrednich towarzyskich meczach nie pozostawiali nam złudzeń kto lepiej gra w piłkę, przysłali do Polski Tivádara Király’ego. Polacy widzieli go w roli trenera-koordynatora, który sprawowałby pieczę nad przebiegiem przygotowań. ,,Zaczynając pracę wśród polskich piłkarzy, postaram się wpoić w waszych zawodników zasady węgierskiego futbolu a więc inteligencję gry, pomysłowość, lekkość. Obserwując od lat wasze drużyny, zaważyłem, że gracie szablonowo. Z uzyskaniem kondycji nie będzie problemu. Wiele jednak wysiłku(mojego i zawodników) trzeba włożyć w poprawę techniki, która przecież decyduje o wykonaniu założeń przedmeczowych. Stwierdziłem, że gracie za wolno a nowoczesne piłkarstwo wymaga większej szybkości akcji. Obok stylu gry będę również szlifował strzały, które są bardzo słabą stroną polskich napastników”– mówił po przyjeździe do polski węgierski trener. Po zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie przyszedł czas na drugi etap przygotowań. Zostały utworzone trzy głównie ośrodki szkoleniowe. Pierwszy mieścił się w Warszawie, a kierował nim Wacław Kuchar (Legia), drugi ulokowano w Krakowie, gdzie zajęcia prowadził Michał Matyas (Wisła), a trzeci, w którym trenowano pod okiem Ryszarda Koncewicza (Ruch), umiejscowiono w Chorzowie. W marcu zadecydowano o zawieszeniu rozgrywek o mistrzostwo Polski, które planowano dokończyć jesienią. Najlepsi zawodnicy ćwiczyli w wyżej wymienionych miastach, a dla reszty zorganizowano rozgrywki o Puchar Związku Młodzieży Polskiej, które tak naprawdę nikogo nie interesowały. Żeby lepiej kierować organizacją szkolenia, w kwietniu Koncewicz zastąpił Kuchara w Warszawie, a nadzór nad piłkarzami przygotowującymi się w Chorzowie, przejął Węgier Király.
Marzec i kwiecień upłynął na wewnętrznych sparingach pomiędzy drużynami trzech ośrodków szkoleniowych. W opinii trenera Király’ego najlepiej prezentował się zespół ze Śląska. Twierdził, że zawodnicy zrobili spore postępy, a trzon olimpijskiej kadry powinni stanowić właśnie zawodnicy trenujący w Chorzowie, wzmocnieni kilkoma graczami z Krakowa. Według Węgra gra, jaką prezentowali, była najbliższa nowoczesnym trendom. Jak wspominaliśmy, w Helsinkach po raz pierwszy pojawili się piłkarze zza naszej wschodniej granicy. Kierownictwo drużyny radzieckiej w ramach przygotowań zaplanowało kilka nieoficjalnych spotkań, w tym z Polską. 11 maja nasz zespół, występujący jako reprezentacja Warszawy, zmierzył się na Łużnikach z drużyną ZSRR, która wystąpiła jako reprezentacja Moskwy. Spotkanie miało wyrównany przebieg, a uwagę zwróciły dobre występy obu formacji obronnych, zwłaszcza bramkarzy. W polskiej bramce świetnie spisywał się Tomasz Stefaniszyn, a w radzieckiej Władimir Nikanorow. Jedyną bramkę strzelił w 83. minucie Gerard Cieślik, a 85 tys. kibiców oglądało porażkę swoich ulubieńców. Trzy dni później w rewanżu lepsi okazali się gospodarze. Wzmocnieni kilkoma świetnymi zawodnikami, z Wsiewołodem Bobrowem na czele, wygrali 2:1. Kilkanaście dni później niezapomniana (wtedy jeszcze niezłota) jedenastka węgierska zdołała tylko zremisować z drużyną sowiecką. Po powrocie z Moskwy Polacy rozegrali oficjalny już mecz z reprezentacją Bułgarii. W obecności ponad 45 tys. widzów przegrali jednak na stadionie Wojska Polskiego 0:1. Z trybun porażkę oglądał premier Józef Cyrankiewicz, a krytyka, jaka spadła na kadrę w prasie, była dość stonowana. Mimo że Polacy grali dość nerwowo i chaotycznie, to nie chciano szkodzić skuteczności pracy szkoleniowej. Tydzień później miał miejsce się kolejny sprawdzian. Wracająca z Sofii drużyna B zatrzymała się w Bukareszcie, żeby rozegrać spotkanie z Rumunią. Gospodarze jednak przeforsowali pomysł, żeby spotkanie uznać za oficjalne. Ściągnięto z Warszawy posiłki w osobach Tomasza Stefaniszyna i Kazimierza Trampisza, jednak Polacy polegli. Przegrana 0:1 wstydu raczej nie przyniosła, zwłaszcza że w składzie znalazło się aż siedmiu debiutantów. To w tym meczu pierwszy raz w narodowych barwach wystąpił Edward Szymkowiak, który przez lata stanowił później o sile polskiej bramki. Ostatni przedolimpijski sparing zaplanowano na niedzielę 15 czerwca w Warszawie. Na Stadionie Wojska Polskiego mierzyliśmy się ze wspaniałą jedenastką Węgrów, którzy wkrótce mieli zdobyć olimpijskie złoto. Jenő Buzánszky, József Bozsik, Sándor Kocsis, Nándor Hidegkuti, Ferenc Puskás, Zoltán Czibor i spółka nie pozostawili złudzeń i już do przerwy prowadzili 5:0. W drugiej połowie Romana Korynta zmienił Edward Cebula, a podopieczni Gusztáva Sebesa przestali trafiać. Nasz honor uratował Henryk Alszer, który strzałem głową w 56. minucie pokonał Gyulę Grosicsa. Pojawiają się głosy, że dużo lepsza druga połowa, to zasługa nie tyle zmian taktycznych, ile tego, że przedstawiciele naszej piłkarskiej sekcji wyprosili w przerwie na węgierskim szkoleniowcu trochę łaski. Przygotowania i selekcja były wieloetapowe. W czerwcowym, kolejnym zgrupowaniu, tym razem w Sopocie, brało udział 32 piłkarzy. 1 lipca w Warszawie na ostatnim już obozie zameldowało się 21 zawodników. bramkarze: Stefaniszyn, Szymkowiak i Wyrobek, obrońcy: Gędłek, Glimas, Bartyla, Cebula, Banisz, Kaszuba i Korynt, pomocnicy: Wieczorek, Suszczyk, Bieniek i Mamoń oraz napastnicy: Alszer, Cieślik, Brajter, Wiśniewski, Trampisz, Sobek i Jaskowski. Po ostatnich treningach i wewnętrznych gierkach wykrystalizował się zespół, który miał pojechać na igrzyska. Trener Michał Matyas wspominał jednak, że drużynie brakowało zgrania: ,,Zespół moim zdaniem nie był właściwie zmontowany. Wprawdzie nie brakowało w nim indywidualności, ale właśnie, tylko indywidualności jak Gędłek, Cebula, Suszczyk czy Cieślik. Trudno było wzajemnie dopasować zawodników, stworzyć tak potrzebny w zespołowych grach monolit. Nasz jedenastka robiła na mnie wrażenie „pospolitego ruszenia”– twierdził w „Wielkim finale”. Po kilku korektach w składzie do stolicy Finlandii pojechali wymienieni dalej zawodnicy. Bramkarze: Tomasz Stefaniszyn (Legia) i Edward Szymkowiak (Ruch), obrońcy: Władysław Gędłek i Tadeusz Glimas (obaj Cracovia), Edward Cebula (Ruch), Hubert Banisz (Szombierki), Kazimierz Kaszuba (Wawel), pomocnicy: Czesław Suszczyk (Ruch), Józef Mamoń (Wisła), Zdzisław Bieniek (Legia), napastnicy: Henryk Alszer i Gerard Cieślik (obaj Ruch), Kazimierz Trampisz i Jan Wiśniewski (obaj Polonia Bytom), Jerzy Krasówka i Paweł Sobek (obaj Szombierki) oraz Zbigniew Jaskowski (Wisła). Podobnie jak przy okazji igrzysk w Berlinie, również i tym razem kilku piłkarzy zostało w kraju, będąc w gotowości do wyjazdu w razie potrzeby. Byli to Oskar Brajter (Legia), Henryk Janduda i Teodor Wieczorek (AKS Chorzów), Zdzisław Mordarski (Wisła), Henryk Skromny (Polonia Bytom). Trenerem, który miał najwięcej do powiedzenia w kwestii ustalania składu na turniej, był Ryszard Koncewicz. Obok Węgra Tivádara Király’ego, którego pozycja była niepodważalna, do Helsinek zamiast Koncewicza pojechał jednak Michał Matyas.
6
Reprezentacja Polski na Igrzyskach Olimpijskich:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Cules pamiętają o swoich legendach:
29 lipca 1943 r. urodził się Antoni Torres Garcia. Ten środkowy obrońca trafił do Barçy na początku lat 60-tych a w 1963 r. został na 2 lata wypożyczony do drugoligowego Herculesa Alicante. Po powrocie do Blaugrany był zawodnikiem pierwszego składu aż przez 10 lat, podczas których uzbierał 470 występów, strzelając 7 goli. Z czasem też został kapitanem drużyny. Znany był z dyscypliny taktycznej i skuteczności w pojedynkach z napastnikami. Po zakończeniu kariery prowadził jako trener między innymi Barçe B. Zmarł 24 lutego 2003 r.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
No to chociaż jedna dobra wiadomość w presezonie 2024/25
11
Jan Bednarek w FC Porto? Koń by się uśmiał! Gość, który z hukiem spuścił Southampton do drugiej ligi ma stanowić o obliczu bloku defensywnego ,,Smoków"???
Czy ten zarząd FC Porto nie jest aby ślepy?
1
@FcPortoFan1999 No właśnie, więc te ,,niefortunne nazwisko" troche na wyrost...
1
@FcPortoFan1999 No ale jemu raczej nic nie groziło ze strony dyktatora...
1
@MOLESTA Tak masz absolutną racje! Przybył do FC Barcelony jako zmiennik Terry'ego Venablesa i odniósł sukces w zdobyciu Pucharu Króla. Jego przybycie zbiegło się z jednym z najtrudniejszych momentów w historii klubu. Większość zawodników dołączyła do klubu i zażądała rezygnacji prezesa Josepa Lluísa Núñeza z powodów ekonomicznych w ramach słynnego „Motín de Hesperia” (Bunt Hesperii) a Luis Aragonés udzielił im bezwarunkowego poparcia. A to wszystko działo się w sezonie 1987/88
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
28 lipca 1899 r. w Poznaniu urodził się Wawrzyniec Staliński. Postać silnie związana z poznańską Wartą oraz wielokrotny reprezentant kraju. Był napastnikiem ale często zdarzało mu się występować na skrzydle, to jednak nie utrudniało mu zdobywania goli ale nie tylko gole definiowały go jako piłkarza. Kibice uwielbiali go za przebojową i dynamiczną grę i widowiskowe zagrania. Charakteryzował się atletyczną budową ciała i wielką sprawnością fizyczną. Przez lata był czołowym strzelcem klubu. Staliński wystąpił w 121 meczach ligowych pomiędzy 1919 a 1930 rokiem, jednak źródła nie są jednoznaczne co do realnej liczby meczów w barwach Warty. Na pewno było ponad 350 – o czym świadczy notatka z meczu przeciwko TKS Toruń z Kurjera Poznańskiego. 19 sierpnia 1928 r. w przerwie meczu piłkarz miał odebrać laury za swój rekordowy 300. występ. W reprezentacji grał 13-krotnie, zdobywając 11 goli. Debiutował 3 września 1922 r. w zremisowanym 1:1 meczu z Rumunią. W swoim drugim występie w narodowych barwach strzelił swoje pierwsze dwa gole a dokonał tego w starciu z Finlandią w Helsinkach 23 września 1923 r. Był w składzie na igrzyska w Paryżu, ale nie pojawił się na boisku. Ostatni reprezentacyjny występ zaliczył 27 października 1928 r. w pojedynku z Czechosłowacją, który Polska przegrała 2:3. Czynną ł karierę zakończył dwa lata później. Po karierze piłkarskiej był arbitrem ligowym a także kapitanem POZPN. Zmarł we Wrocławiu na miesiąc przed swoimi 86 urodzinami. Został wybrany do drużyny 100-lecia Warty. W Reprezentacji rozegrał 13 meczów, strzelając 11 goli.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
Legendy hiszpańskiego futbolu:
28 lipca 1938 r. urodził się Luis Aragonés. To postać, której życie i kariera na zawsze zapiszą się w historii hiszpańskiego futbolu. Jako młody chłopak zafascynowany piłką nożną, szybko zwrócił uwagę na swoje umiejętności, zapowiadając swoją niezwykłą przyszłość. Luis Aragonés rozpoczął swoją profesjonalną karierę piłkarską w barwach Atletico Madryt w 1958 roku. Jego wszechstronne umiejętności, zwinność i zdolność do zdobywania bramek sprawiły, że szybko stał się kluczowym graczem w zespole. Jego wkład w sukcesy Atletico w latach 60-tych był nieoceniony, zdobywając Mistrzostwo Hiszpanii w sezonie 1965/66 oraz Puchar Króla w sezonie 1960/61. Luis Aragonés jest jednym z najwybitniejszych strzelców w historii Atletico Madryt, z imponującym dorobkiem bramkowym 123 goli w 265 występach w Primera Division. Jego umiejętności przyczyniły się do zdobycia Złotej Buty za sezon 1969/70, gdzie został najskuteczniejszym strzelcem ligi hiszpańskiej. Jego wpływ na grę zespołu sprawił, że stał się niezapomnianą postacią w sercach kibiców. Po zakończeniu kariery piłkarskiej, Luis Aragonés przeniósł się na ławkę trenerską, gdzie kontynuował swoje sukcesy. Jego najbardziej pamiętane osiągnięcie miało miejsce w latach 2004–2008, gdy był selekcjonerem reprezentacji Hiszpanii. Pod jego dowództwem drużyna narodowa zdobyła Mistrzostwo Europy w 2008 roku, co zakończyło długą suchą erę sukcesów dla hiszpańskiego futbolu. Luis Aragonés powrócił do swojego ukochanego Atletico Madryt jako trener w latach 2002–2003 i później w sezonie 2004/05. Jego charyzma, doświadczenie i wizja przyczyniły się do zreformowania zespołu, wprowadzając nowe strategie i skuteczne taktyki.
Niestety, 1 lutego 2014 roku świat futbolu stracił legendę, gdy Luis Aragonés zmarł w wieku 75 lat. Jego dziedzictwo pozostaje jednak żywe, zarówno w sercach kibiców Atletico Madryt, jak i w historii hiszpańskiego futbolu. Jako gracz, trener i wizjoner, Aragonés pozostawił niezatarte ślady, inspirując kolejne pokolenia do pasji i oddania dla piłki nożnej. Jego wkład w transformację hiszpańskiego futbolu niezapomnianie wpisuje się w annały sportowej historii.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
8
@FCBparasiempre
28 lipca 1897 r. w Krakowie urodził się Henryk Reyman, wielka legenda Wisły. Major Henryk Reyman, przedwojenny oficer Wojska Polskiego a zarazem czołowy napastnik ligi i dziś jedna z największych legend Białej Gwiazdy, piłke nożną traktował dokładnie niczym powinności żołnierskie, jak służbe. Wyróżniała go skuteczność i instynkt strzelecki. Największym atutem była jednak olbrzymia charyzma. Od swego pojawienia się w Wiśle szybko zdobył wielki autorytet. Cechy przywódcze sprawiały że wyraźnie górował w szatni Wisły Kraków. Reyman potrafił przywołać do porządku i strofować nawet największe gwiazdy. Znany jest epizod, gdy rozzuchwalonego dryblingami Józefa Kotlarczyka okrzyczał: ,,Smarkaczu, próbujesz wjechać do bramki?”. Reprymenda podziałała niemal z miejsca. ,,Ostoja napadu Wisły od lat paru jest Reyman na środku. Stanowi typ gracza niezastąpionego w Wiśle raczej ze względu na swe znaczenie moralne dla tej drużyny oraz role głównego dyrygenta całego zespołu. Zresztą nie można pominąć milczeniem jego nieprzeciętnych zdolności strzeleckich, które zapewniły Reymanowi wspaniały dorobek strzelecki”- pisał o nim ,,Przegląd Sportowy”. Dziś gra Reymana dałaby mu zapewne w oczach kibiców miano ,,klasycznego snajpera”. ,,Reyman, choć nie posiada wspaniałego zmysłu taktycznego i opanowania ciała i gry Kałuży, ma jednak doskonałą dyspozycję do strzału”- oceniał ,,Przegląd Sportowy”. Zresztą akurat z Kałużą rozpoczynał swą przygodę z piłką. Dwie wielkie osobowości piłki lat 20-tych spotkały się w Polonii Kraków w 1908 r. Tam Reyman odniósł swój pierwszy duży ,,sukces”, za jaki uważał wygraną 8:5 z reprezentacją Bieżanowa. Potem jednak ich drogi podążyły w innych kierunkach, choć kilkakrotnie się przecinały. Kałuża odszedł do RKS Kraków, zaś Reyman związał swe życie z Wisłą Kraków. W 1913 r. zmienił Kowala w ataku przeciwko BBSV Bielsko-Biała i tego miejsca już nie oddał praktycznie przez dwie dekady. Pod względem skuteczności swego głównego konkurenta krokowskiego, jak też i wszystkich innych napastników z pierwszych 2 sezonów Ekstraklasy, przebijał wyraźnie. Nie był wielkim technikiem, za to w polu karnym przeciwnika muskularny atleta siał prawdziwe spustoszenie. To on został królem strzelców premierowej edycji rozgrywek z wynikiem 37 goli na sezon! Do dziś nikt nie pobił tego niebotycznego rezultatu a konkurencje miał największą w historii ligi, gdyż aż 7 graczy zanotowało ponad 20 goli. Osiągnął wtedy zawrotne średnie: 1,43 gola na ligową kolejke i 1,61 na występ. W tej pierwszej kategorii przebił go w całej historii rozgrywek tylko Ernest Wilimowski w 1934 r. Dzięki 6 golom zdobytym przeciwko TKS Toruń stał się także głównym architektem najwyższego do dziś zwycięstwa w historii ligi(15:0). Bliski korony był też w następnej edycji. Według dzisiejszych wyliczeń nie żyjącego już Andrzeja Gowarzewskiego tytuł ten należy jednak samodzielnie do Ludwika Gintla z Cracovii, wówczas obaj ci zawodnicy współdzielili go z wynikiem 29 goli. Sprawa ta pewnie nigdy nie doczeka się ostatecznego rozstrzygnięcia. Kto wie, czy to nie jemu w ogóle liga zawdzięcza powstanie. Był najgłośniejszym orędownikiem przekształcenia rozgrywek w format ligowy wśród piłkarzy. W opozycji do niego stali dwaj koledzy z zespołu- Kotlarczyk oraz Skrynkowicz, którzy sprzyjali starym porządkom i grozili transferem do Tarnovii. Ostatecznie przeważył autorytet znakomitego napastnika a duet rozłamowców pozostał w szeregach Białej Gwiazdy i wspólnie sięgnęli po 2 mistrzostwa w dwóch pierwszych edycjach Ekstraklasy. Reyman indywidualnie został zaś pierwszym zawodnikiem, który pokonał bariere 50 oraz stu goli strzelonych w najwyższej polskiej lidze i drugim po Wacławie Kucharze, który dokonał tego w mistrzostwach Polski. Według różnych wyliczeń zanotował w Ekstraklasie od 108 do 115 goli. Pod względem średniej bramek(0,86) z członków Klubu 100 ustępuje miejsca tylko Ernestowi Wilimowskiemu. Był też pierwszym w historii ligi kapitanem, który mógł się cieszyć ze swoim klubem zdobytym mistrzostwem w lidze polskiej. Pokazał przy tym kawał niebywałej odporności psychicznej. O tytule decydowało spotkanie z klubem mniejszości niemieckiej 1. FC Katowice, które elektryzowało całą piłkarska Polske. Nikt jednak nie mógł lepiej od niego udźwignąć brzemienia odpowiedzialności. Wisła wygrała to starcie 2:0 a sam Reyman podwyższył wynik meczu, co pozwoliło krakowskiemu zespołowi wrócić do domu z tarczą, choć… pierwotnie świętowano wynik 3:0 a napastnikowi oficjalnie zaliczono dublet. Drużyna 1. FC Katowice, po tym jak sędzia podyktował rzut karny, zeszła bowiem z boiska. Reyman wykonał więc strzał z jedenastu metrów do pustej bramki. Wobec braku powrotu gospodarzy na boisko, arbiter zakończył mecz. Dopiero później wynik został zweryfikowany do stanu sprzed karnego. Sukces z Wisłą powtórzył też w roku następnym. Było to ostatnie mistrzostwo tego klubu przed wojną. Spadek formy drużyny splótł się ze słabszą dyspozycją Reymana. Nie można było jednak powiedzieć, by grał on gorzej. Po prostu rzadziej mógł się pojawiać na boisku. Zawodowo związany z wojskiem na pewien czas został przeniesiony do Wilna, mimo to starał się pojawiać w progach klubu najczęściej, jak się dało. Kiedyś po 24-godzinnej podróży z obecnej stolicy Litwy niemal prosto z pociągu wyszedł na boisko. Sam czul tez upływ czasu i brak sił. Zgodnie z honorem wojskowym postanowił zrezygnować z występów, czując przeciążenie pracą w CIWF. Po wyjeździe do Krakowa na Zielone Świątki złożył prośbe o zwolnienie. Została ona jednak potraktowana odmownie a pod Wawelem wybuchła prawdziwa histeria. ,,Podzielam w zupełności stanowisko zajęte w tej sprawie przez Zarząd Wisły. Jak już Panowie słusznie w jednym z ostatnich numerów ,,Przeglądu” podkreślili, cała opinia krakowska jest po prostu zaskoczona krokiem kpt. Reymana. Uważam to tylko za jakąś psychozę, która jest jednak tylko chwilowa i przejdzie wkrótce. Nie mogę bowiem zrozumieć aby gracz tej miary, związany z historią swego klubu jak właśnie kpt. Reyman, decydował się nagle na zmianę swych barw. Tym bardziej że nie jest mu obce przecież przyjeżdżanie na mecze swojego klubu. Czy bawiąc w Wilnie, nie przybywał na mecze do Krakowa?”- powiedział kapitan Dembiński, kierownik Białej Gwiazdy. Dodatkowo podejrzewano go o konszachty z Legią Warszawa, ponieważ w czasie pracy w CIWF trenował z tym klubem, co wzmagało negatywne nastroje w Krakowie. Ostatecznie Reyman poprosił o kilka tygodni do namysłu. Ten okres skrócił się do kilkunastu dni, po których znów pojawił się w składzie swego zespołu przeciwko Warcie Poznań. Szczególnym rywalem w jego życiorysie była Cracovia. Nie tylko z powodu napięć między dwoma krakowskimi zespołami. W meczu przeciwko temu zespołowi rozegrał swoje 400-ten spotkanie w barwach Białej Gwiazdy. Kilka miesięcy potem w starciu z Pasami zanotował też swoje setne trafienie w lidze. Na nim przyszło mu jednak również zakończyć piłkarską karierę. W 1933 r. Reyman został wykluczony prze sędziego w końcówce starcia z Pasami z boiska. Za nim podążyła cała drużyna. Kapitan nakazał im powrót na boisko, po minucie jednak zmienił zdanie i starcie zakończyło się walkowerem. Prawdopodobnie przekazał on tylko czyjeś polecenie. Znając jego charakter, ciężko jednak przypuszczać, by w tej sprawie postąpił wbrew sobie. Sprawe zakończył dowódca okręgu Kraków- generał Bernard Mond, który zakazał gry w lidze zawodowym oficerom. ..Nie możemy się zgodzić aby piłkarz w służbie czynnej schodził z boisku wśród gwizdów i okrzyków kilkutysięcznego tłumu”- napisał oburzony w oświadczeniu. Generał pozwolił oficerom na gre tylko w wojskowych klubach, samemu będąc prezesem… takiego tworu- Wawelu Kraków! W reprezentacji pan Henryk rozegrał 9 meczów, strzelając w nich 5 goli. Był pierwszym w historii kapitanem kadry Polski na Igrzyskach Olimpijskich. W czasie II Wojny Światowej pozostał wierny mundurowi. Ranny w bitwie nad Bzurą dostał się do niewoli niemieckiej ale zdołał zbiec, za co poszukiwany był przez gestapo. Po wojnie trzykrotnie obsadzano go na stanowisku selekcjonera Polski. Jego imię nosi ulica w Krakowie a także stadiony Wisły Kraków i w Kutnie. Zmarł w 1963 roku.
8
Wyjątkowe legendy polskiego futbolu(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Wybitne legendy futbolu:
28 lipca 1925 r. urodził się genialny urugwajski napastnik Juan Alberto Schiaffino, mistrz Świata z 1950 roku oraz zdobywca Pucharu Miast Targowych(1961 z AS Roma). Piłkarz ten był najlepszym zawodnikiem, jakiego Urugwaj kiedykolwiek miał. Był on czczony jako wielki narodowy bohater. Sławę zdobył na mistrzostwach świata w Brazylii w 1950 roku. Piłkarską karierę rozpoczął w drużynie Peñarolu Montevideo (zdobył z nią cztery tytuły mistrza Urugwaju), w którym w wieku 18 lat stał się podstawowym zawodnikiem. Był wysoki ale bardzo szczupły, przez co wydawało się, że jest jeszcze wyższy. Chciał grać na środku ataku, jednak trenerzy drużyny juniorskiej Peñarolu uznali, że na tę pozycję jest zbyt kruchy i znaleźli mu miejsce łącznika, gracza ataku między środkowym a skrzydłowymi. Dzięki swojej szybkości, znakomitemu przeglądowi pola i mocnemu, ostremu strzałowi, został powołany do reprezentacji Urugwaju, w której już wkrótce miał osiągnąć sukces. Na mistrzostwach świata w 1950 był kluczowym zawodnikiem kadry Urugwaju, która sensacyjnie wywalczyła w Brazylii tytuł mistrzów świata. Schiaffino został jednym z bohaterów finałowego spotkania z Brazylią. Ekipa "Canarinhos" była wielkim faworytem imprezy, odbywającej się na jej ziemi, gromiąc kolejnych rywali. Piłkarze Urugwaju nie wystraszyli się rozpędzonych Brazylijczyków. W 47. minucie finału gospodarze objęli prowadzenie, jednak w 66. minucie Schiaffino uderzył z powietrza, będąc w polu karnym Brazylii i było 1:1. Trzynaście minut później Schiaffino idealnie obsłużył Alcidesa Ghiggię i Urugwaj został mistrzem świat, wygrywając w obecności blisko 200 tysięcy ludzi na słynnej Maracanie z Brazylią 2:1. Od tego czasu, dla upamiętnienia "Cudu na Maranie" w Rio de Janeiro, Schiaffino nazywano "El Maracanazo". Cztery lata później znów był kluczowym zawodnikiem reprezentacji Urugwaju na MŚ w Szwajcarii. To między innymi dzięki niemu "Urusi" dotarli do półfinału, gdzie przegrali trochę nieszczęśliwie z Węgrami 2:4. W tym samym roku Schiaffino przeszedł z Peñarolu do włoskiego AC Milan za rekordową wówczas sumę 72 tysięcy funtów. Ze swoim nowym klubem trzykrotnie sięgnął po tytuł mistrza Włoch i awansował do finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (1958). W późniejszym okresie został wybrany przez kibiców Milanu do "10" najlepszych zawodników w historii klubu. Po przeprowadzce do Italii, posiadając włoskie korzenie, postanowił zakończyć przygodę z reprezentacją Urugwaju, w której rozegrał 25 spotkań, strzelając w nich 11 goli i zmienił obywatelstwo. Wystąpił nawet w czterech kwalifikacyjnych spotkaniach Włochów do MŚ, ale "Squadra Azzura" nie zakwalifikowała się do turnieju w Szwecji (1958). W 1960 roku Schiaffino przeniósł się do AS Roma, gdzie dwa lata później zakończył karierę sportową. We Włoszech uważano go za najlepszego zagranicznego piłkarza. Tak było aż do czasu, kiedy w Italii pojawił się Michel Platini.
W 1976 roku wrócił na futbolową scenę, zostając menedżerem Peñarolu i wkrótce potem selekcjonerem reprezentacji Urugwaju. Zmarł 13 listopada 2002 roku, w wieku 77 lat, w swoim rodzinnym mieście Montevideo. Tuż przed śmiercią został jeszcze wybrany najlepszym piłkarzem Urugwaju minionego wieku.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
4
@misterio Zawsze uwielbiałem Eto'o, oczywiście poza Messim ale to dlatego że Samuel zaczał troche wcześniej grać od Leo. Natomiast MVP ja również bardziej lubiłem od MSN! Tu z kolei poza Messim bardzo lubiłem Ville a najmniej Pedro, jeśli miałbym wybierać. Obawiam się tylko że za mojego życia już nie będzie w Barcuni takich trio, no ale cóż...
13
Feliz cumpleaños panie Nadal!
28 lipca 1966 r. urodził się Miguel Angel Nadal. Ten prawy obrońca debiutował w La Liga w barwach RCD Mallorca i w ekipie z rodzinnych Balearów spędził 5 sezonów. W 1991 r. trafił do FC Barcelony. W ,,Dream Teamie” Johana Cruijffa miał pewne miejsce w składzie do czasu przyjścia Luisa Van Gaala. Po pierwszym sezonie Holendra, Nadal zdecydował się wrócić do Mallorci, gdzie w 2005 r. zakończył kariere. Miguel Angel jest wujkiem słynnego tenisisty Rafaela Nadala, który jest z kolei znanym kibicem Realu Madryt...
Feliz cumpleaños panie Pedro!
Kochani cules, dzisiaj 38 lat kończy Pedro Eliezer Rodriguez Ledesma. No tego pana to ja chyba przedstawiać nie musze? Ileż nam ten sympatyczny Kanaryjczyk radości przysporzył to głowa mała a to wszystko głównie dzięki Pepowi, który miał nosa i odwage na niego postawić. Jako pierwszy piłkarz w historii strzelił gola w sześciu różnych rozgrywkach w ciągu jednego roku! Dziękujemy Pedro i nigdy o tobie nie zapomnimy.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@FcPortoFan1999 No powiedzmy że coś takiego...
1
@blakkudium No nie sądze, gdyż nigdy o niej nie pisał z tamtych lat! Wręcz przeciwnie to ja opisywałem te czasy Barcuni... :)
2
@FcPortoFan1999 To sprawa wręcz zza światów...!
3
@Safrani Dokładnie! Specjalnie nie pisałem że to cytat, żeby sprawdzić, czy ktoś się zorientuje?
Moje gratulacje!
1
@Lionel_Messi10 Oj, nie żartuj z kolegów! :)
5
Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele poważniejszego.
3
@Bernard777 Wiedziałem i czytałem już o tym jakieś 5 lat temu ale dopiero przy okazji ciebie sobie o tym przypomniałem i postanowiłem zrobić ci niespodzianke :)
Tak to były wspaniałe czasy śląskiego futbolu, pomimo panującej komuny. No i wkrótce wspaniałe czasy polskiej reprezentacji...
Ja również dziękuje i polecam się na przyszłość :)
1
@misterio Zapomniałeś dodać: ... w góre!
No i karnych!
11
@Bernard777 coś ekstra dla ciebie na koniec łikendu:
Polonia Bytom jako jedyny polski klub:
W latach sześćdziesiątych śląskiemu klubowi udała się sztuka, której przez ponad pięćdziesiąt kolejnych lat nie był w stanie powtórzyć żaden polski zespół. Ekipie z Bytomia udało się bowiem wygrać europejski puchar! I chociaż nie był to odpowiednik współczesnej Ligi Mistrzów, to ta historia i tak jest warta przypomnienia. Każdy kibic inaczej reaguje na hasło „polskie drużyny w europejskich pucharach”. Dla najmłodszych to przede wszystkim przygoda Legii w Lidze Mistrzów (która kojarzy się głównie z porażką 4-8 z Borussią w Dortmundzie), nieco starsi pamiętają występy Wisły Kraków pod wodzą Henryka Kasperczaka przeciwko m.in. Schalke 04, Parmie i Lazio, a jeszcze starsi wspominają gole Wojciecha Kowalczyka z meczu Legia – Sampdoria i trafienie Marka Citki z Widzewa z meczu z Atletico Madryt. Weterani będą pamiętać drogę Górnika Zabrze do finału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1969/70, o której pisaliśmy jakiś czas temu. Wszystkie te historie łączy wspólny mianownik – żadna z wymienionych drużyn ostatecznie nie sięgnęła po puchar. Udało się to tylko jednemu polskiemu zespołowi w historii – Polonii Bytom, która w sezonie 1964/65 sięgnęła po Puchar Karla Rappana.
Rozgrywki te powstały w 1961 roku z inicjatywy austriackiego trenera Karla Rappana. Główne założenie było takie, aby dostarczyć kibicom emocji w okresie letnim, a bukmacherom stworzyć możliwość dodatkowego zarobku (stąd też druga nazwa rozgrywek, która przyjęła się później, czyli Puchar Intertoto). Pierwsza edycja rozgrywek, jeszcze pod oficjalną nazwą International Football Cup, odbyła się w roku 1961 roku. Warto dodać, że UEFA nie miała wówczas w turniejem nic wspólnego – oficjalnie przejęła nad nim patronat dopiero w 1995 roku. Co ważne – europejska federacja nie zgodziła się, aby udział w rozgrywkach kluby, które zakwalifikowały się do innych, rozpoczynających się jesienią turniejów, np. Pucharu Miast Targowych (z tego powodu, w sezonie 66/67 po wygraniu swej grupy z udziału w ćwierćfinale musiał zrezygnować Górnik Zabrze). Sprawiało to, że w Pucharze Intertoto nie mogły wziąć udziału najlepsze zespoły z najsilniejszych lig, a jedynie „średniacy” bądź mistrzowie słabszych piłkarsko krajów. Nie oznacza to jednak, że brakowało w nim silnych marek – pierwszą edycję wygrał Ajax Amsterdam, a w 1966 roku triumfował Eintracht Frankfurt.
Zespół z Bytomia nie był potentatem na krajowym podwórku w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Udało mu się co prawda sięgnąć po mistrzostwo kraju w 1962 roku, ale generalnie był to okres dominacji Górnika Zabrze, który w tej dekadzie triumfował aż sześć razy. Brak sukcesów w Polsce (w sezonie 1963/1964 klub dotarł do finału Pucharu Polski, w którym uległ 1-2 Legii Warszawa) Polonia zrekompensowała sobie na europejskiej arenie. W kampanii 1963/64 śląska drużyna po raz pierwszy zagrała w Pucharze Intertoto jako jeden z 48 klubów. Po awansie z pierwszego miejsca w grupie (występowały w niej także Crveza Zvezda Belgrad, Vorwarts Berlin i Jednota Trencin), Polonia pokonała w dwumeczu Sampdorię Genua, w ćwierćfinale rozbiła w dwumeczu szwedzkie Oergryte stosunkiem 10-3. W półfinale czekał na nią nieoczekiwany przeciwnik w postaci… Odry Opole, która awansowała do półfinału dzięki rzutowi monetą. Ze starcia śląskich drużyn zwycięsko wyszła Polonia (stosunkiem bramek 2-1), a finale czekał na nią Slovnaft Bratysława. Ten pojedynek niestety zakończył się porażką Bytomian – przegrali 0-1. W tym okresie Polonia Bytom mogła się pochwalić jedną z najlepszych(jeśli nie najlepszą) kadrą w swojej historii. Dostępu do bramki bronił Edward Szymkowiak, w obronie grał 19-letni wówczas Zygmunt Anczok (późniejszy 48-krotni reprezentant Polski i złoty olimpijczyk z Monachium), filarem w pomocy był Ryszard Grzegorczyk (łącznie rozegrał w barwach Polonii ponad 300 spotkań), a w ataku szaleli Jan Liberda (jedna z największych legend tego klubu – spędził w nim ponad 15 lat, strzelając 146 goli w ponad 300 meczach) oraz młody, ale już pokazujący ogromny potencjał Jan Banaś, który w następnych latach stanowił o sile zabrzańskiego Górnika. Przygoda Polonii w Pucharze Karla Rappana sezonu 1964/65 rozpoczęła się zajęcia pierwszego miejsca w grupie. Trudnej, bo znalazły się w niej znane europejskie marki – RC Lens i Schalke 04 Gelsenkirchen, a także szwedzki Degerfors. Emocji w starciach grupowych nie brakowało. Bytomianie potrafili przegrać z Lens 1-3, by w rewanżu wygrać 4-0. Najwięcej radości sprawiła jednak bez wątpienia wygrana z Schalke stosunkiem aż 6-0. Co ciekawe, Niemcy po końcowym gwizdku mogli mówić o szczęściu – kilkoma świetnymi paradami popisał się ich golkiper Horst Muhlmann, a dwa razy przed utratą gola uratował ich słupek. Gdyby nie to, mogliby przegrać dwucyfrową różnicą bramek. Sześć goli w starciu z Polonią stracił też klub Degerfors, który wówczas był trenowany przez Gunnara Nordalhla – legendę i najlepszego strzelca w historii AC Milan.
Kolejne rundy pokazały, że Bytomianie są mistrzami w odrabianiu strat. Pierwszy mecz ćwierćwinałowy z niemieckim Karl-Marx-Stadt przegrali 0-2, ale rewanż wygrali 4-1 i awansowali do półfinału. Tam czekali na nich Belgowie ze Standardu Liege, z którymi Polonia najpierw przegrała 0-1, ale w rewanżu wygrała 3-1. W finale, który w przeciwieństwie do tego z poprzedniego sezonu także miał się składać z dwóch spotkań, czekała ekipa SC Lipsk. Pierwsza część tego pojedynku miała zostać rozegrana w Niemczech. I niestety, zgodnie z dotychczasową tradycją, Polonia ten mecz przegrała, i to fatalnym wynikiem 0-3. Zawodnicy tłumaczyli się później, że podróż przepełnionym pociągiem do Lipska „odebrała im świeżość”, a do tego w kadrze z powodu kontuzji zabrakło jednego z filarów drużyny, czyli bramkarza Edwarda Szymkowiaka. Końcowy triumf wydawał się być bardzo mało realny. Kibice, którzy 16 lipca 1965 roku wybrali się na mecz rewanżowy, mieli wszelkie powody, aby zwątpić w swój zespół. Po dwudziestu minutach do siatki Polonii piłkę skierował Lowe i wydawało się, że dwumecz jest rozstrzygnięty. Wtedy jednak piłkarze z Bytomia pokazali, że nie bez kozery są nazywani mistrzami rewanżów. W 23. minucie Franke strzelił samobója, a 9 minut później Polonia prowadziła 2-1 po trafieniu Grzegorczyka z rzutu karnego. Jeszcze przed przerwą było 3-1 za sprawą Jerzego Jóźwiaka. Na dwadzieścia minut przed końcem regulaminowego czasu gry Jan Banaś strzelił gola na 4-1, a tuż przed końcowym gwizdkiem Norbert Pogrzeba postawił kropkę nad „i” bramką na 5-1. W ten sposób Polonia Bytom została pierwszym(i jak na razie ostatnim) polskim klubem, który wygrał europejski puchar. Jan Liberda, choć w ostatnim meczu gola nie strzelił, został królem strzelców całego turnieju, zdobywając 9 goli.
0
@Filipem Inaczej bym nie pisał i nie był tutaj...
Ale juz powoli chłone
3
A niech te Angole jasny szlak trafi! Kuźwa mać!