13

Debiuty żywych legend Blaugrany:

21 sierpnia 2010 r. w barwach FC Barcelony zadebiutował znakomity napastnik David Villa. Miało to miejsce w rewanżowym meczu o Superpuchar Hiszpanii z FC Sevilla, wygranym przez Barçe 4:0. Villa pojawił się na boisku w 56 minucie zastępując Pedro. ,,Kiedy w 2009 r. dowiedziałem się że FC Barcelona kupiła Ibrahimovicia, zrozumiałem iż moje marzenie nigdy się już nie spełni. Jakże wielka była moja radość gdy się dowiedziałem że znów jestem w gronie kandydatów do gry w tym klubie”- powiedział w lutym 2011 r. Villa. Od wielu lat chciał grać w Barcelonie, choć jego żona głośno mówiła że wolałaby zamieszkać w Madrycie. W końcu jednak ,,El Guaje” dopiął swego. Tercet MVP znalazł się na ustach wszystkich dopiero późną jesienią, na początku bowiem współpraca Messiego, Villi i Pedro rozczarowywała. Obwiniono za to Davida. ,,Nie od razu udało mi się dostosować do stylu Barcelony. Przez pierwsze miesiące bardzo cierpiałem bo chciałem twórczo uczestniczyć w grze zespołu a zupełnie mi się to nie udawało. Poza tym wszyscy porównywali Ville w Barcelonie z Villą w Valencii a to przecież dwa różne style gry”- opowiadał Villa. Jesienią wytykano mu kolejne mecze bez gola i krytykowano nowego dyrektora sportowego Zubizarrete że nie przemyślał transferu napastnika Valencii. Villi bronili natomiast trenerzy i koledzy. Pep mówił przy każdej okazji że ceni jego gre także wtedy, kiedy nie zdobywa goli, gdyż zapewnia drużynie ,,przedłużenie i rozszerzenie boiska”. Vilanova dodawał że Villa jest gotowy na wszystko, na każdą zmiane swojego stylu, byle dopasować się do gry Barçy. Xavi zauważył że zmiana ,,Ibry” na Ville w jedenastce automatycznie zdynamizowała gre zespołu a ,,El Guaje” od początku goli nie zdobywał bo nie potrafił jako snajper odnaleźć się wystawiany na lewym skrzydle, poza tym, jak przyznał, Barça grała szybciej niż mu się wydawało i zwyczajnie nie nadążał. Oprócz tego na przełomie lata i jesieni prześladował go wyjątkowy pech. Otóż nagminnie trafiał w słupki(w połowie listopada miał ich 10 we wszystkich rozgrywkach, w tym w reprezentacji a cała Barça 15 w 16 spotkaniach!) albo bramkarze cudem bronili jego uderzenia. Natomiast z meczu na mecz coraz lepiej wyglądała jego współpraca z Messim. ,,La Pulga” w końcu dostał to co chciał, czyli pozycje środkowego napastnika. Bardzo korzystał na tym, co widział Pep a czego nie widzieli kibice, czyli na odciąganiu przez Ville rywali z jego drogi do bramki. Sam ,,El Guaje”, z którym trener cały czas dużo rozmawiał, tłumacząc czego odeń żąda, zaczął sekundować Messiemu od ostatniego meczu październikowego. Zawsze uznawał wyższość Argentyńczyka a ten chętnie podawał mu piłke. Do tego pod koniec lutego Messi miał we wszystkich rozgrywkach 20 asyst, z czego 6 przy golach Villi, z kolei sam zdobył 6 goli po podaniach od niego. Docieranie się tego duetu trochę trwało ale nagle okazało się że obaj zawodnicy znakomicie do siebie pasują. ,,Sport” już w sierpniu donosił trochę proroczo, gdyż latem przecież daleko jeszcze było do ideału, iż Messi, Villa i Pedro są tak ruchliwi że dla rywali są trudniejsi do rozszyfrowania niż ,,sudoku”.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

Trofeu Joan Gamper:

21 sierpnia 1984 r. FC Barcelona pokonuje Boca Juniors aż 9:1(!) w półfinale Pucharu Gampera. To najwyższe zwycięstwo w historii tego pucharu. Gole dla Blaugrany zdobyli: Alexanco(2), Archibald(2), Caldere, Schuster, Carrasco, Esteban i Marcos.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

20 sierpnia 1941 r. w Siemianowicach Śląskich urodził się Marian Szeja, złoty medalista olimpijski z igrzysk w Monachium. Był wówczas rezerwowym i początkowo nie dostał nawet medalu. Dzieciństwo spędził w Siemianowicach Śląskich i już od małego marzyła mu się kariera bramkarza. Chciał w ten sposób iść w ślady o kilkanaście lat starszego brata, który zaliczył kilka ligowych występów w barwach chorzowskiego Ruchu. Kiedy Marian miał 10 lat, jego rodzina przeniosła się do Kędzierzyna. Tam młokos zapisał się do miejscowej Unii. Stał się w ten sposób klubowym kolegą swojego brata, który po opuszczeniu Ruchu, zasilił szeregi Unii. Młody Marian szybko zwrócił na siebie uwagę. Wyróżniał się sprawnością i refleksem, przewyższał pracowitością rówieśników. Zimą zakładał łyżwy i grał w hokeja. Nie wyobrażał sobie życia bez sportu. W seniorskim zespole Unii zadebiutował jako 14-latek. Wkrótce na stałe zagościł między słupkami i zaczęli się nim interesować działacze z większych klubów. W 1960 r. trafił do klubu Thorez Wałbrzych, który grał wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Zespół szybko awansował do II ligi. Marian grał odważnie, czasem wręcz brawurowo. W jednym z meczów doznał wstrząśnienia mózgu a przez powtarzające się później różne urazy prawie rok był wyłączony z gry. Wreszcie w 1965 r. udało mu się osiągnąć wysoką formę. W każdym z meczów drużyny należał do najlepszych na boisku a prasa nie mogła się go nachwalić. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę sztabu reprezentacji. Trafił do kadry narodowej i 24 października 1965 r. dostał szansę debiutu w reprezentacji. Polacy rozbili wówczas Finów 7:0 a Szeja był praktycznie bezrobotny. Zupełnie inny obraz miał jego drugi mecz w biało-czerwonych barwach. Polacy na ,,Goodison Park” mierzyli się z Anglikami. Podopieczni Alfa Ramsey’a zepchnęli nasz zespół do defensywy i nieustannie ostrzeliwali polską bramkę. Szeja grał jednak znakomicie. Obronił niezliczoną ilość strzałów i tylko raz skapitulował po uderzeniu głową Bobby’ego Moore’a. Nazajutrz prasa informowała że mecz Anglia – Szeja zakończył się remisem. Później wystąpił jeszcze w meczach z Węgrami, Brazylią i ponownie z Anglią. Zarzucano mu jednak, że w każdym z tych meczów nie był bez winy przy traconych bramkach. Ostatecznie na kilka lat wypadł z kadry.

W 1968 r. świętował z kolegami wywalczenie przepustek do ekstraklasy. W lutym tego samego roku zmieniono nazwę klubu na Zagłębie. Na pierwszoligowych boiskach Marian był podstawowym zawodnikiem klubu. Osiągnął dobrą formę, ale nie omijały go urazy. Do zespołu narodowego wrócił w 1971 r. po porażce 1:3 z RFN w Warszawie. Szeja stanął między słupkami w starciu z amatorami z Hiszpanii a tydzień później potwierdził swoją wielką klasę, zachowując czyste konto w meczu z RFN w Hamburgu. Nikt już nie podważał jego przydatności w zespole. Kiedy Hubert Kostka po igrzyskach zakończył karierę, Szeja miał nadzieję, że to on stanie się numerem jeden, ale nic z tego. Górski wolał stawiać na Tomaszewskiego, choć trzeba przyznać, że dał Szei kilka szans. Ostatni raz zagrał w reprezentacji 12 sierpnia 1973 r. w przegranym 0:1 meczu z USA. Zastąpił wówczas po przerwie Tomaszewskiego i do końca meczu nie puścił już bramki. ,,Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego trener Górski zrezygnował ze mnie i odstawił od gry. Wcześniej w żadnym meczu go nie zawiodłem” – wspominał po latach z żalem bramkarz. Z Zagłębiem w 1971 r. zajął trzecie miejsce w lidze i sezon później występował w europejskich pucharach. Wiosną 1974 r. wyjechał do Francji. Próbował swoich sił w Metz, a potem przeniósł się do Auxerre, gdzie grał przez kolejne sześć sezonów. Doszedł do finału Pucharu Francji i awansował do Première Division. Po zakończeniu kariery wrócił do Wałbrzycha i dorabiał jako taksówkarz. W dalszym ciągu jednak współpracował z francuskim zespołem, do którego wracał i szkolił bramkarzy w ramach kilkumiesięcznych kontraktów. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, 6 straconych goli.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

10

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

20 sierpnia 1886 roku w Buenos Aires urodził się Arnold Pencliffe Watson Hutton– argentyński piłkarz, grający podczas kariery na pozycji napastnika. Arnold Watson Hutton był synem Alexandra Watson Huttona, który jest uznawany za jednego z ojców argentyńskiego futbolu. Hutton rozpoczął karierę w klubie Alumni AC w 1902 roku. W barwach Alumni zadebiutował jeszcze przed 16-mi urodzinami 13 kwietnia 1902 roku. Z Alumni ośmiokrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny w 1902, 1903, 1905, 1906, 1907, 1909, 1910 i 1911 roku. W latach 1911–1914 był zawodnikiem Belgrano AC. Obok piłki nożnej Hutton uprawiał również: krykiet, tenis i piłkę wodną. W reprezentacji Argentyny Hutton występował w latach 1906–1913. W reprezentacji zadebiutował 21 października 1906 w wygranym 2-1 meczu z Urugwajem, którego stawką była Copa Newton. Hutton w 15 minucie strzelił pierwszą bramkę meczu. W 1910 r. został powołany na pierwszą, jeszcze nieoficjalną edycję Mistrzostw Ameryki Południowej, która wówczas nazywała się „Copa Centenario Revolución de Mayo 1910”. Na turnieju w Buenos Aires Hutton wystąpił w meczu Argentyny z Urugwajem, w którym w 50 minucie strzelił trzeciego gola dla Albicelestes. Ostatni raz w reprezentacji Hutton wystąpił 9 lipca 1913 roku w wygranym 2-1 meczu z Urugwajem, którego stawką było „Copa Presídente Roque Sáenz Peña”. Ogółem w barwach Albicelestes wystąpił w 17 meczach, w których zdobył 6 goli.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

Barça w Supercopa de España:

20 sierpnia 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid 2:1 po golach Nadala(w 11 minucie) i Giovanniego(z rzutu karnego w 85 minucie) oraz honorowym trafieniu Raula w 5 minucie. Rywalizacja toczyła się o Superpuchar Hiszpanii. Jeszcze przed przerwą została jednak przerwana po tym, jak lewy obrońca Królewskich Roberto Carlos został trafiony zapalniczką rzuconą z trybun. Brazylijczyk zaczął krwawić i był długo opatrywany przez służby medyczne. Ostatecznie wrócił na boisko ale niesmak pozostał.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

3

@misterio Biorąc pod uwage tylko jeden sezon, to chyba tylko George Pattullo miał lepszą średnią w FC Barcelonie ewentualnie Pepe Rodriguez...

2

@Safrani No właśnie! Z tego co kojarze to Gaspart mocno namieszał z "eL fenomeno" Albo inaczej, niewiele zrobił żeby zatrzymać kapitalnego cracka!

12

Debiut ,,El Fenomeno”:

20 sierpnia 1996 r. w barwach Blaugrany debiutuje Luis Nazario de Lima, jeden z najlepszych napastników w dziejach futbolu. Ma to miejsce w półfinale Pucharu Gampera wygranym przez FC Barcelone 2:0 z San Lorenzo del Almagro. Brazylijski Ronaldo wszedł wówczas w drugiej połowie meczu zastępując Juana Antonio Pizziego.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Dyktatura wobec FC Barcelony:

20 sierpnia 1943 r. zakończyła się kadencja prezydencka Enrique Piñeyro w FC Barcelonie. Piñeyro został wybrany przez władze reżimu Franco, mimo że nie interesował się sportem i nigdy nie był na żadnym meczu piłkarskim. Niezależnie od poglądów politycznych był bardzo dobrym prezydentem. Za jego kadencji powiększono Camp de Les Corts, zbudowano boisko do koszykówki a klub rozszerzono o sekcje baseballu, piłki ręcznej i kolarstwa. W 1942 r. Duma Katalonii zdobyła pierwsze trofeum od lat a mianowicie Copa del Generalismo ale w tym samym roku musiała się bronić przed spadkiem do drugiej ligi. Wygrała jednak łatwo mecz barażowy z Murcią 5:1. Po sezonie Piñeyro zrezygnował ze stanowiska, mówiąc iż wypełnił swoją misje. Władze nakazały mu jednak powrót na stanowisko. Podał się do dymisji rok później po ,,skandalu na Estadio Chamartain”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

Takie cóś znalazłem na internetach: https://sport1.pl/rejestracyjna-sztuczka-realu-madryt-wyjdzie-bokiem-ekspert-ostrzega-przed-konsekwencjami/
Wprawdzie jest on ,,moim" Argentyńczykiem ale w tym konkretnym przypadku życzę mu jak najgorzej żeby opuścił ten piepszony klub jak najprędzej!
Ciekawe czy te dziady go wystawią? Jeśli tak to Osasuno do dzieła!

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:


19 sierpnia 1938 r. w Chorzowie urodził się Roman Bazan. Wychowanek AKS-u Chorzów, skąd w wieku 15 lat przeniósł się do Startu. W 1958 r. został graczem Zagłębia Sosnowiec. Początkowo występował jako napastnik, ale później przekwalifikowano go na środkowego obrońcę. Kiedy kontuzję odniósł jeden ze stoperów zespołu, to trener stwierdził, że w ataku sobie jakoś poradzą, ale na obronę nie ma kogo dać. Wybór padł na Bazana. Mimo że był przeciętnego wzrostu, to poradził sobie bardzo dobrze i już tak zostało. Po jednym sezonie przeszedł do Śląska Wrocław, ale po dwóch latach wrócił nad Brynicę. W sosnowieckim klubie występował przez kolejne 13 lat. W sumie reprezentował jego barwy w 305 ligowych spotkaniach, co jest rekordem do dzisiaj. W Sosnowcu stał się królem klubowej defensywy i prawdziwym liderem zespołu. Spokój, jaki zapewniał w tyłach, pozwolił zawodnikom osiągać znaczące sukcesy w latach 60. Zagłębie z Bazanem w składzie dwukrotnie sięgnęło po Puchar Polski (1962 i 1963) oraz trzykrotnie finiszowało w lidze na drugim miejscu (1964, 1967 i 1972). W 1964 r. klub zaproszono do wzięcia udziału w rozgrywkach amerykańskiej Interligi. Polacy spisali się znakomicie i zdecydowanie wygrali swoją grupę. W finale nie dali szans Werderowi Brema i wygrali całe rozgrywki. Zwycięzca zyskiwał prawo gry o Puchar Ameryki z Duklą Praga, ale Czesi okazali się wówczas zbyt wymagającym rywalem. W reprezentacji Bazan rozegrał 21 meczów i strzelił dwa gole, oba w wygranym 9:0 meczu z Norwegią w Szczecinie. Po odejściu z Zagłębia w 1973 r. próbował swoich sił przez jeden sezon w amatorskim Racingu Calais we Francji. Wkrótce jednak wrócił do Sosnowca, gdzie cieszył się z tego, że w spokoju może sobie przyjść na stadion i oglądać mecze ukochanej drużyny.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

12

Niespodziewana porażka w Copa Gamper:

19 sierpnia 2009 r. FC Barcelona przegrała z Manchesterem City w Pucharze Gampera. To był co prawda tylko mecz towarzyski, ale City pojechało na stadion mistrzów Europy i nie tylko utrzymało formę, ale dzięki Martinowi Petrovowi świętowało słynne zwycięstwo na Camp Nou. Bułgarski skrzydłowy głośno zastanawiał się nad swoimi szansami przekonania Marka Hughesa, że zasługuje na stałe miejsce w składzie. Zwycięski gol przeciwko Barcelonie nie był złym impulsem dla menedżera. Aż 94 123 osoby zgromadziły się w tej katedrze marzeń, by oddać hołd najwspanialszym katalońskim artystom, ale to przedstawiciele City, wysoko postawieni w hierarchii bogów, ryknęli w noc „Blue Moon”. A to właśnie Richard Dunne odebrał pierwsze trofeum nowej ery City. Był to zapewne mały krok, ale ogromny zastrzyk pewności siebie drużyny, która rozpoczyna najbardziej wymagający sezon. Dunne i jego obrońcy spisali się znakomicie, co było konieczne, aby stawić opór najlepszej drużynie w Europie, jednak to absolwent akademii Vladi Weiss zwrócił na siebie uwagę znakomitym występem na skrzydle. Weiss nie wyróżniał się w towarzystwie mistrzów, podobnie zresztą jak wielu jego kolegów z City, co z pewnością ucieszyło prezesa Khaldoon Al Mubaraka tak samo, jak Hughesa. Kibice Barcelony pojawili się w licznej grupie na 44. El Trofeu Gamper, finale pucharu, mimo że do rozpoczęcia sezonu pozostał jeszcze ponad tydzień i spotkania Barcelony ze Sportingiem w ramach La Liga. Dlatego mistrzowie Hiszpanii i Europy zorganizowali przed meczem pokaz świetlny dla swoich licznych kibiców, podobnie jak w zeszłym sezonie, kiedy to regularnie rozświetlali Camp Nou, co było drogą do spektakularnego zdobycia potrójnej korony. Ich wszechstronnie utalentowanych graczy przedstawiono publiczności, jakby tego potrzebowali, a okrzyki radości, jakie towarzyszyły bohaterom rozgrywek Ligi Mistrzów, były niemal ogłuszające. Trener Barcelony Pep Guardiola miał na ławce dwunastu zawodników, w tym Lionela Messiego i nowego nabytku Zlatana Ibrahimovicia, ale w wyjściowym składzie znaleźli się również kapitan Puyol i Yaya Toure. Yaya nie zachowywał się ceremonialnie, szybko rozprawiając się z Garethem Barrym, najwyraźniej zgodnie z prawem, aby przypomnieć City, że przyjacielski charakter takich sytuacji ma swoje granice. W rzeczywistości Toure z Barç był kluczowym zawodnikiem na początku gry i decydował o wyniku, podczas gdy City, mając za jedynego napastnika Carlosa Teveza w formacji 4-5-1, często traciło posiadanie piłki. Nastolatek Weiss, który w maju zadebiutował w Premier League jako rezerwowy w meczu z Boltonem, przystąpił do najważniejszego meczu w swojej młodej karierze z całą pewnością siebie, jakiej oczekiwał od niego menedżer Hughes. Gdy „The Blues” zaskoczyli miejscową publiczność, zdobywając zwycięską bramkę w 27. minucie, to zdeterminowany Petrov spokojnie wykończył akcję strzałem na bramkę po podaniu Steviego Irelanda. Podczas gdy Hiszpanie spoglądali po sobie, zastanawiając się, jak to możliwe, że najlepsza obrona w Europie została tak klinicznie złamana, kibice Blaugrany gwizdali i wygwizdali, gdy Petrov i kibice przyjezdnych świętowali. Shay Given musiał popisać się kilkoma sprytnymi obronami, ale największa radość gospodarzy w pierwszej połowie nadeszła, gdy mała armia rezerwowych Barcelony zaczęła się rozgrzewać wzdłuż linii bocznej. Guardiola jak dotąd nie był pod wrażeniem, ale mistrzowie Hiszpanii mieli szczęście, że nie schodzili do przerwy przegrywając dwoma golami, gdyż Barry głową skierował piłkę w kierunku bramki po rzucie wolnym wykonanym przez Petrova, tuż obok słupka. FC Barcelona wystawiła na boisko kilku rezerwowych, w tym Messiego i Ibrahimovicia, którzy mieli zająć się obroną City, podczas gdy Hughes zadowolił się wprowadzeniem na boisko Tala Bena Haima za Kolo Toure. Messi, uważany przez wiele kręgów za najlepszego piłkarza na świecie, minął byłego obrońcę Espanyolu Pablo Zabaletę i oddał strzał, który ledwo minął bramkę Givena. Było jasne, że Barca jest gotowa przycisnąć śrubę obrońcom „The Blues”, ale kiedy Ben Haim bez problemu zastąpił Dunne'a, City wyglądało na gotowe na najtrudniejsze wyzwanie w Europie. Ale pomimo wszystkich „ochów” i „achów”, gdy piłka nożna Barcelony zaczęła nabierać tempa i płynnie rozwijać się w niepokojąco znajomy sposób, bramka Given była chroniona przez czterech ciężko pracujących i solidnych obrońców. Barça stworzyła znakomitą okazję, gdy City było pod presją, ale rezerwowy Jonathan zobaczył, jak jego strzał odbija się od poprzeczki, po czym Given obronił nogami, udaremniając zachowanie Ibrahimovicia. Weiss, wykazując się dojrzałością wykraczającą poza jego wiek, przejął piłkę od Thiago i rozegrał emocjonujący rajd, który mógł skończyć się tylko rzutem wolnym, dającym cenną chwilę wytchnienia, zanim Craig Bellamy posłał piłkę nad poprzeczkę. Fortele Messiego, siła ognia Ibrahimovicia... nic nie było w stanie przebić się przez cienką niebieską linię. Minuty mijały, a na Camp Nou panowało odrętwienie i pogodzenie się z nieznanym uczuciem porażki. Bellamy, co nieprawdopodobne, miał szansę przypieczętować zwycięstwo City w ostatnich sekundach doliczonych czterech minut, ale strzelił tuż obok bramki.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Sysia11 Wybacz ale nie mam pojęcia co oznaczają te skoble czy jak tam one się nazywają? Ponadto połowy Argentyńczyków nie znam, nie mam tyle czasu żeby siedzieć w internecie jak wy. Poza tym są jeszcze mecze do oglądania w Premier Lig, nie wspominając już o polskich klubach w europejskich pucharach. Rano trzeba wstawać do roboty, nie mam na wszystko czasu...

13

Kalendarium hiszpańskiego futbolu:

19 sierpnia 1988 r. hiszpańska federacja piłkarska zwiększyła limit obcokrajowców do trzech piłkarzy. W latach 1953-73 zespoły hiszpańskie nie mogły zatrudniać piłkarzy z innych krajów. Limit właściwie nie obowiązywał w Realu Madryt, który nie napotykał problemów przy przyznawaniu hiszpańskiego obywatelstwa graczom z zagranicy. W 1973 r. oficjalnie zezwolono na zatrudnienie dwóch obcokrajowców więc Blagrana pozyskała Cruijffa i Sotila, którzy pozwolili Dumie Katalonii zdobyć pierwsze mistrzostwo Hiszpanii po długiej przerwie. W 1988 r. zwiększono limit do 3 graczy z poza Hiszpanii i wraz z przyjściem na ławke trenerską Cruijffa pozyskano Danny’ego Mullera z Ajaxu. Holenderskiego szkoleniowca krytykowano za tę decyzje, mówiąc że zatrudnił rodaka tylko dlatego że był narzeczonym jego córki. Trener rezerw Lluis Pujol musiał wystawiać Mullera kosztem Tito Vilanovy a gdy wyraził sprzeciw został wyrzucony z klubu. W 1989 r. gdy związek Chantall Cruijff i Mullera się rozpadł pomocnik musiał odejść z powodu ,,słabej gry”. Na początku lat 90-tych kluby hiszpańskie mogły już zatrudniać czterech obcokrajowców ale tylko trzech mogło znajdować się na boisku jednocześnie w danym spotkaniu. Powodowało to sytuację że Romario, Stoiczkow, Koeman albo Laudrup musieli siedzieć na ławce rezerwowej i z reguły rezerwowy zmieniał innego obcokrajowca, co było zgodne z przepisami.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

8

@FCBparasiempre
Tytuł idealnie oddaje przebieg kariery tego człowieka. Chciał zostać piłkarzem – po prostu to zrobił. Dostał okazję wyjazdu do Francji i gry w tamtejszej lidze – po prostu to zrobił. Przeciwnicy zostawili mu skrawek miejsca na zdobycie gola – po prostu to robił. Nie starał się za wszelką cenę przejść do historii i nigdy nie było to jego celem – ale to zrobił! W sposób najlepszy z możliwych. Jeśli nie wiecie, kim był Just Fontaine, to najwyższa pora tę wiedzę uzyskać. Jeśli wiecie, ale kojarzycie go tylko dzięki (niesamowitemu) występowi na mistrzostwach świata w roku 1958, to idealny moment, by się dokształcić. Mało jest bowiem graczy z tak barwną karierą, której sprowadzanie, do jednego tylko występu na mundialu, mimo że fantastycznego, jest po prostu niesprawiedliwe. Francuz, wychowany w Maroku, który do historii przeszedł w Szwecji. I stał się znany na całym świecie. Urodził się 18 sierpnia w Marrakeszu, jednym z największych miast Maroka, gdy to było jeszcze protektoratem francuskim. Było to w roku 1933. Czwarty z siedmiorga rodzeństwa. Mały (jako dorosły mężczyzna mierzył 173 centymetry, jednak długo nie mógł „wyjść” poza 160), ale przeznaczony do największych celów. Jego matka z pochodzenia była Hiszpanką, co miało się okazać ważne w pewnym momencie jego kariery. Jego ojciec osiadł w Maroku po odbyciu służby wojskowej i pokochał ten kraj na tyle, że nie chciał wracać do Francji, skąd pochodził. Zamiast niego, miał to zrobić sam Just. Ojciec był zresztą ważną osobą na sportowej drodze Fontaine’a. Co prawda chciał on, by syn trenował koszykówkę bądź lekkoatletykę (planował dla niego też studia medyczne), ale zachęcał go do uprawiania sportu. Sam pracował w przemyśle tytoniowym – głównie chodziło o tabakę – ale wcześniej trenował rugby i właśnie piłkę nożną. Został zresztą sędzią. Nie wiadomo, czy to dzięki niemu światowa piłka nożna „otrzymała” kolejną legendę, ale z pewnością miał na to jakiś wpływ. Afrykański futbol preferował wtedy indywidualności. Zresztą w tym względzie do dziś się wiele nie zmieniło. Nie inaczej było w Maroku. Fontaine ze swoją wizją gry, jej „czuciem”, które posiadał już od małego, idealnie się do tego nadawał. Obunożny i obdarzony znakomitą precyzją strzału. Technikę posiadał od zawsze, szybko więc zabłysnął. W tamtych czasach idolem marokańskich dzieci był Larbi Ben Barek. Też indywidualista, obdarzony przydomkiem „Czarna Perła” na długo przed Eusebio czy Pele. Kto mógł przypuszczać, że Fontaine nie tylko pójdzie w jego ślady, ale zajdzie znacznie dalej? Pierwszy przystanek w zawodowej karierze – USM Casablanca. Do stolicy Maroka pojechał się uczyć. Szybko jednak okazało się, że to, w pierwszej kolejności, nie nauka, a sportowy talent przyniesie mu sławę. Wybór klubu okazał się trafiony. Zresztą, grał w nim też wspomniany Ben Barek. Podążanie tropami idola marokańskiej młodzieży zawiodło go do pierwszego składu. Tam grał w latach 1950-1953. Statystyki goli i występów różnią się zależnie od źródła. Wszystkie zgadzają się co do jednego: średnia bramek przewyższała jedną na mecz. To jednak nie fenomenalna skuteczność, choć z pewnością miało to jakieś znaczenie, zawiodła Fontaine’a do kolejnego klubu, a mecz… przegrany 0-3. W Boże Narodzenie 1952 roku stawił się w Marsylii, by, w barwach reprezentacji Maroka, zagrać przeciwko Francji B. Wynik już znacie. Mimo porażki, młody wówczas zawodnik zaprezentował się tak dobrze, że włodarze OGC Nice zdecydowali się na niego postawić. Just poszedł w ślady idola marokańskich dzieci. Jechał do Francji. Po prostu to zrobił. Fontaine miał oczywiście obywatelstwo francuskie, więc tamtejsza liga była dla niego najbardziej naturalnym z kierunków. Zresztą, miał jej już nigdy nie opuścić. Choć dostawał ku temu okazje. Zakończmy jednak wyprzedzanie faktów. 20-letni wówczas piłkarz dopiero co przybył do Nicei, gdzie musiał wywalczyć sobie miejsce w składzie i potwierdzić swoje umiejętności. Z jednego Fontaine z pewnością mógł być zadowolony od początku. Zespół z Prowansji zapewnił mu bowiem dobre warunki… finansowe. Jego pensja była na tyle wysoka, że jej część mógł odsyłać do domu.

Jak się, stosunkowo szybko, okazało, pierwsza jedenastka tylko na niego czekała. Wskoczył do niej niemal z miejsca i stał się bardzo ważnym punktem zespołu. Angielski trener, Bill Berry, wykazał się zresztą dużym „wyczuciem” sytuacji. Nie tylko zaufał młodemu Francuzowi, ale też przydzielił mu idealnego opiekuna, mającego mu pomóc w aklimatyzacji, ale też od którego Fontaine mógł się wiele nauczyć. Był nim doświadczony Luis Carniglia, który za kilka lat(już jako trener) miał święcić sukcesy z Realem Madryt. Przybył do klubu w tym samym sezonie, co Just, ale dla niego był to powrót na stare śmieci. W Nicei grał bowiem też w sezonie 1951/52. W swoim pierwszym sezonie Fontaine ustrzelił 17 bramek w lidze, co w klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników, dawało mu piątej miejsce, razem z Julienem Stopyrą i Josephem Uljakim. Ten drugi był zresztą jego klubowym kolegą. Ważniejsze były jednak inne rozgrywki, pucharowe, w których podopieczni Berry’ego tryumfowali po raz drugi w swojej karierze, powtarzając tym samym sukces sprzed dwóch lat (wtedy zdobyli podwójną koronę). Pierwsze trofeum w pierwszym sezonie w Europie. Niezły początek. W tym miejscu należy na chwilę przerwać opowiadanie o klubie. W grudniu 1953 roku Fontaine zaliczył bowiem swój debiut w narodowych barwach. Francja wygrała wtedy 8-0 z Luksemburgiem, grając w składzie złożonym z… 11 debiutantów. Nasz bohater trafił trzykrotnie, ale to nie wystarczyło, by na stałe zaaklimatyzować się w kadrze i na następny występ musiał trochę poczekać. Wróćmy do klubu: w kolejnym sezonie Nicea, po raz drugi z rzędu, uplasowała się w środku tabeli. Zważywszy na brak sukcesów w innych rozgrywkach oznaczało to rozstanie z dotychczasowym szkoleniowcem, którego miejsce zajął… Luis Carniglia. Mr Dynamite (jeden z pseudonimów Fontaine’a) i jego koledzy wystrzelili. Trzecie mistrzostwo kraju w historii klubu stało się faktem. Gwarantowało ono udział w nowych rozgrywkach, które wkrótce miały zawładnąć Europą – Pucharze Mistrzów. Just zdecydował się jednak na inny krok. Ryzykowny, bo zespół, do którego przechodził, zajął dopiero dziesiąte miejsce w tabeli. Ale jak to on – po prostu to zrobił. W tym miejscu muszę się przyznać do małej manipulacji faktami. Stade de Reims faktycznie skończyło ligowy sezon dopiero na dziesiątej pozycji, ale w tym samym roku dotarło do finału… Pucharu Mistrzów, w którym uległo Realowi Madryt. Oznacza to oczywiście, że rok wcześniej zostało mistrzem Francji. Gdzie więc to ryzyko, skoro Fontaine przechodził do klubu z takim potencjałem? To proste: miał on zastąpić w tym klubie człowieka, który jeszcze wiele razy pojawi się w tym opowiadaniu. Raymonda Kopę. I wiecie co? Zrobił to w sposób fenomenalny. Co prawda sezon 1956/57 Reims skończyło na trzecim miejscu w tabeli, ale Fontaine ze swojej postawy mógł być jak najbardziej zadowolony. Trzydzieści bramek w lidze nie dawało tytułu króla strzelców, ale było wynikiem więcej niż zadowalającym. Wciąż jednak nie wystarczało, by znaleźć uznanie w oczach selekcjonera reprezentacji. W roku 1956 zagrał w niej raz. Rok później zanotował tyle samo występów. A wielkimi krokami zbliżały się mistrzostwa. Wszystko odmieniła kolejna kampania. 34 bramki w lidze (11 więcej niż drugi w klasyfikacji strzelców Fernand de Vlaeminck), jeden z trzech goli Reims w finale krajowego pucharu i podwójna korona dla jego klubu. To był sezon Justa Fontaine’a, obok którego Paul Nicolas, selekcjoner kadry narodowej, nie mógł przejść obojętnie. Okazało się jednak, że napastnikowi Stade de Reims sprzyja też fortuna, co wykorzystał do perfekcji. Jak to on – po prostu… sami wiecie co. Przed mistrzostwami świata, dzięki którym miał przejść do historii, Fontaine miał na koncie pięć meczów w kadrze. Dwa z nich w ramach przygotowań do turnieju – z Hiszpanią (2:2, jeden gol Justa) i Szwajcarią (0:0). Wciąż nie mógł być, mimo fantastycznej postawy w lidze, całkowicie pewny miejsca w składzie. Futbol jest jednak okrutny dla jednych, a drugim jego bogowie, z niewiadomych powodów, sprzyjają. Wśród tych drugich był w roku 1958 właśnie Just Fontaine. Francuzi mieli w tamtym czasie fantastycznych zawodników z przodu. Poczynając od Kopy, przez Vincenta, Wiśniewskiego, Piantoniego, Blaira, aż do Cisowskiego. Swoją drogą trzech z nich było polskiego pochodzenia. Nieprzypadkowo też wymieniłem ich w tej kolejności. Ostatni z nich, fantastyczny snajper, trzykrotny król strzelców francuskiej ligi, doznał kontuzji jeszcze przed mundialem. Oddajmy tu głos Fontaine’owi (z wywiadu dla polsatsport.pl): ,,Grałem tylko dlatego, że Tadeusz Cisowski, doznał bardzo poważnej kontuzji. ,,Thadee” był geniuszem. Pamiętam, jak w 1956 siedziałem na ławce a on strzelił belgom pięć goli. Patrzyłem z otwartymi ustami. Co za instynkt, co za precyzja. No niestety, tak to w futbolu bywa”.

Zwolniło się jedno miejsce. Wciąż jednak do pięcioosobowej linii ataku snajper Reims był wyborem numer… sześć. No i znów – nieszczęście kolegi okazało się być jego szczęściem. Rene Bliard, zresztą klubowy partner Justa, wypadł z mistrzostw przez uraz odniesiony w sparingu. Fontaine miał zagrać. Francuzi zjawili się w Szwecji jako jedna z reprezentacji, której nie przepowiadano wielkich sukcesów. Cztery lata wcześniej swój udział w mistrzostwach świata zakończyli jeszcze w fazie grupowej. Mimo tych, niezbyt optymistycznych, przewidywań, warunki do treningów dostali wręcz idealne. Szwedzkie krajobrazy ich zachwyciły. Sam Fontaine wspominał, że niedaleko ich „obozu” było jezioro, gdzie chodzili łowić ryby przez osiem dni z rzędu, aż… podszedł do nich policjant i powiedział, że to zabronione. Inną sprawą, o której lubił opowiadać nasz bohater, był problem z pokojem. Dzielił go bowiem z Kopą, który preferował „hiszpański model życia” – późno spać, późno wstać. Just odwrotnie. Mimo wszystko jakoś się dogadali. Nie tylko w tym przypadku. Kto wie, czy nie był to najlepszy duet w historii piłki nożnej. Linia ataku francuzów była pięcioosobowa w składzie: Vincent, Wisniewski, Piantoni, Kopa, Fontaine; ale to dwaj ostatni zgarnęli najwięcej laurów. Zasłużenie. W ciągu całego turnieju Kopaszewski aż pięciokrotnie asystował przy trafieniach kolegi. Just odwdzięczył się dwoma kluczowymi podaniami i oddanymi karnymi, gdy mógł śrubować swój rekord. Przejdźmy jednak do właściwej części mistrzostw – meczów. Francuzi wyszli z grupy z trzema zwycięstwami na koncie, a w ćwierćfinale roznieśli Irlandię Północną aż 4-0. Wtedy przyszła jedyna porażka w turnieju. Z późniejszymi tryumfatorami, Brazylią, z boskim Garrinchą i młodym, zaledwie 17-letnim Pele, w składzie. Walczyli, to trzeba im przyznać. Fontaine strzelił bramkę na 1-1. Szans pozbawiła ich kontuzja Roberta Jonqueta. Nie było wtedy możliwości robienia zmian, a Brazylia znakomicie to wykorzystała, ostatecznie wygrywając 5-2 (swoją drogą spotkanie to jest, w całości, do znalezienia w Internecie). Przed meczem o trzecie miejsce było wiadomym, że Fontaine musi zdobyć trzy bramki, by pobić rekord Kocsisa (11 goli) sprzed czterech lat. Rywal – nie byle jaki, Niemcy Zachodnie, obrońcy tytuły. Wynik? 6-3. Gole Justo? Cztery. Tak się stworzyła historia. 13 trafień to rekord sam w sobie, ale przy okazji Fontaine ustrzelił(dosłownie i w przenośni) kilka innych, niezłych wyników. Wymieńmy tu choćby: dwa hat-tricki na jednych mistrzostwach, bramkę w każdym meczu turnieju czy fakt, że strzelał prawą i lewą nogą, a także głową (mimo swojego stosunkowo niskiego wzrostu miał fenomenalny wyskok, często żartował, że „skacze tak wysoko, że gdy ląduje, to we włosach ma śnieg”) . A to wszystko osiągnął… w pożyczonych butach! Jego bowiem rozleciały się przed turniejem. Jak sam mówił: ,,Mieliśmy tylko dwie pary butów w tamtym czasie i zero sponsorów. Znalazłem się w Szwecji z niczym. Szczęśliwie, Stephan Bruey, jeden z rezerwowych napastników, miał taki sam rozmiar stopy i pożyczył mi je. Sześć meczów i trzynaście goli później oddałem je. Lubię myśleć, że niektóre moje gole były zainspirowane dwoma duszami w jednych butach”. Co ciekawe, za te mistrzostwa dostał Złotego i Platynowego Buta, ale żadnego z nich nie w roku 1958. Nagród dla najlepszych strzelców wtedy nie przewidziano. Złotego oddał mu Gary Lineker, który uznał, że to Fontaine’owi należy się najbardziej taka nagroda. Platynowego wręczono Chińczykowi (pseudonim od kształtu oczu) przed zeszłorocznym mundialem. Wreszcie się doczekał. Inna sprawa to ta, że nie znalazł się w XI mistrzostw świata, mimo że głosowało na niego najwięcej osób. Problem w tym, że głosy rozdzieliły się między dwie pozycje, więc Just… nie znalazł się na żadnej z nich. Takie czasy. Najciekawszym z wyróżnień obdarowali go jednak sami gospodarze. Szwedzi wręczyli mu bowiem… karabin, jako uznanie dla jego strzeleckich umiejętności. Jak przyznał sam Fontaine, uważał to za fantastyczny i bardzo pomysłowy gest. Karabin wciąż ma. 5. października 1958 roku we Francji rozpoczął się nowy okres – piątej Republiki. W tym samym czasie Just Fontaine grał swój szósty sezon we francuskiej pierwszej lidze. Trzeci w Stade Reims. Jest to warte podkreślenia, bowiem tuż po mistrzostwach zainteresowany był nim nawet Real Madryt. Otrzymał zresztą oferty ze strony hiszpańskich klubów, m.in. Barcelony czy Valencii, które widziały w nim nie tylko talent, ale (po matce) hiszpańskie korzenie i znajomość języka. Ostatecznie propozycje transferu na Półwysep Iberyjski odrzucił, podobnie jak tą z… Tuluzy. Tamtejszy klub chciał skorzystać na tym, że z tego miasta pochodziła żona zawodnika. Nie udało się. Czy była to dobra decyzja? Można dyskutować. Reims w sezonie 1958/59 nie osiągnęło nic wielkiego w lidze i krajowym pucharze. Po raz drugi dotarło za to do finału Pucharu Mistrzów i… po raz drugi uległo Realowi Madryt. Królewscy wygrali 2-0 za sprawą bramek Mateosa i Di Stéfano. Fontaine spisywał się jednak bardzo dobrze i ze swej postawy w turnieju mógł być bardzo zadowolony. Zresztą nie tylko z niej. Po mundialu został jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym w ogóle) piłkarzy, którzy swoją twarzą reklamowali jakikolwiek produkt. Plakaty z podobizną Justa pojawiły się we francuskich miastach. Na szczęście, nie zmieniło to jego charakteru. Pozostał tym samym człowiekiem, jakim był wcześniej. Przekonali się o tym choćby ci, którzy zajrzeli do nocnych klubów, w których często bywał i… występował na scenie. Śpiewając. Głos miał, według relacji świadków, bardzo przyjemny, a językowe umiejętności pozwalały mu wybierać z szerokiego repertuaru. Człowiek orkiestra.

Podsumowując to wszystko, trudno stwierdzić, dlaczego bogowie futbolu, tak łaskawi dla Fontaine’a przy okazji mistrzostw świata w roku 1958, niecałe dwa lata później się od niego odwrócili. 20 marca 1960 roku doznał pierwszej kontuzji. Zderzył się z rywalem na boisku i podwójnie złamał lewą piszczel. Kosztowało go to 45 dni spędzonych w szpitalu w Montbéliard i kilka miesięcy przerwy od grania. Wrócił tylko po to, by… doznać kolejnej kontuzji. Choć zgodnie z prawdą powinienem napisać: takiej samej. Tak, złamał tę samą kość, w tej samej nodze. Cztery miesiące spędzone w gipsie. Później przeszedł jeszcze operację kolana i ścięgna Achillesa. Ostatni mecz rozegrał 6 lipca 1962 roku. Miał wtedy niespełna 29 lat i powinien był dopiero co wrócić ze swoich drugich mistrzostw świata. Rzeczywistość okazała się jednak okrutna. Mógłbym tu napisać banalne stwierdzenie, jakich wiele, np. „taki jest sport”. Lepiej jednak, kolejny raz, przytoczyć słowa samego poszkodowanego(z drobnym pomieszaniem faktów, ale nie to jest najważniejsze): ,,Trzy lata po mundialu to ja miałem pecha. Złamałem piszczel i kość strzałkową. Wyrok: koniec kariery… Na karku tylko 27 lat i zero szans na powrót. Trochę się załamałem, ale oprócz żony, na duchu podtrzymywało mnie te 13 goli. Wpisałem się jakoś w ten sport. Zrobiłem, co musiałem. Wkrótce się z tym pogodziłem”. Po zakończeniu kariery piłkarskiej, próbował swoich sił także jako trener. Nie osiągnął tu zbyt wiele, choć był trenerem m.in. PSG. Największym sukcesem było trzecie miejsce, zdobyte z reprezentacją Maroka, w Pucharze Narodów Afryki. Ustanowił też swego rodzaju rekord (choć on sam pewnie niezbyt się z tego cieszy) – został najkrócej urzędującym trenerem reprezentacji Francji w historii. W 1981 roku zakończył także ten etap swojej kariery. Tak po prostu. Zrobił to. Obecność na liście stu najwybitniejszych piłkarzy stworzonej przez Pelego, nagroda dla najlepszego francuskiego piłkarza 50-lecia otrzymana już w XXI wieku (czyli pokonał m.in. Kopę, Platiniego czy Cantonę!), Platynowy But, który dostał w zeszłym roku. To tylko niektóre z nagród i wyróżnień, jakie Fontaine otrzymał już po zakończeniu swej kariery. Mimo 82 lat na karku wciąż otrzymywał(i odpisywał) na listy od fanów. Zwykle były to prośby o autograf, ale nie tylko. Żył w Tuluzie, wraz z żoną. Nie wyróżnia się od innych mieszkańców, choć ustanowił rekord, którego prawdopodobnie nikt nie zdoła pobić w najbliższej przyszłości. Sam, możliwe, że trochę nieskromnie, przyznawał, że „nie widział, po zakończeniu własnej kariery, nikogo podobnego do siebie w futbolu”, czasem dodając, że „pod względem warunków fizycznych i stylu gry, przypominał go Gerd Muller”. Analizując zachowane fragmenty jego wyczynów… trudno się z nim nie zgodzić. To właśnie Just Fontaine, który zmarł 1 marca tego roku. Wielki gracz, którego karierę przedwcześnie zakończyły urazy. Angażujący się w piłkarskie życie nie tylko na boisku. (w 1961 roku założył francuską National Union of Professional Footballers). Znany na całym świecie, ale mimo tego… nieco zapomniany. Błędnie.

0

Vamos Alcaraz! Vamos a ganar!

23

No cóż, miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno....

0

@Safrani Ja tu widze problem w tym że hiszpańska federacja od lat jest bardzo przychylna głównie prześcieradłom i to w każdym aspekcie sztuki futbolowej. W tym wypadku powinni grać według harmonogramu La Ligi, czyli najpóźniej w poniedziałek. Ale nie! bo oni będą grać wtedy, kiedy im pasuje. To jest jaskrawe faworyzowanie przez federacje i nic więcej...

9

@FCBparasiempre
18 sierpnia 1951 r. w Krakowie urodził się Zbigniew Płaszewski, obrońca. ,,Ciężko jest, czasem bardzo ciężko. Oddycham tylko przeponą, szybko się męczę. Gdy mówię, ledwo mnie słychać. Jednak tak całkiem zamilknąć bym nie chciał. Trzeba żyć ile się da. Nogi też bolą ale zacisnę zęby i idę. Nawet na mecz Wisły Kraków z wnuczkiem czasem się wybiorę”- mówi pan Zbigniew, mistrz Polski z Białą Gwiazdą i jeden z bohaterów zwycięskiego meczu z Holandią z maja 1979 r. Płaszewski od dawna zmaga się ze skutkami raka krtani i w tej walce jest niezłomny. W 2000 r. przeszedł wielogodzinną operacje. Wygrał ale cena była duża. Aby dobrać się do nowotworu, chirurdzy musieli usunąć węzły chłonne i uszkodzić struny głosowe. Od tej pory Płaszewski ma duże problemy z oddychaniem i mówieniem. Po operacji przez kilka tygodni mógł przyjmować pokarm tylko prze rurke. Przez lata musiał się przyzwyczaić do nowego, bardzo trudnego funkcjonowania. Jeżeli w ogóle przyzwyczajenie jest możliwe… Żyje w małym mieszkaniu w Nowej Hucie. Troskliwie opiekowała się nim żona Krystyna ale los zabrał mu również i ją. ,,Zmarła w grudniu 2020 roku. Tyle lat razem, tyle pomocy z jej strony. Też swoje przy mnie przeżyła… Ciężko to wszystko unieść”- szepcze jeszcze cichszym i łamiącym się głosem. Dostaje skromniutką emeryture, trudno z niej wyżyć. Pamiętają o nim w Małopolskim ZPN a Wisła Kraków ufundowała mu karnet i jeśli tylko zdrowie pozwala pojawia się na meczach przy Reymonta. ,,Nogi już nie niosą. Jest problem z biodrami ale próbuje trzymać jakiś kontakt z dawnymi kolegami i na pogrzebach staram się być. Czasem trzymam sztandar bo do tego wyraźna mowa niepotrzebna, za to w taki sposób mogę wyrazić szacunek. Wydaje mi się że gdy będę chodził na pogrzeby to ludzie przyjdą kiedyś na mój”- opowiada pan Zbigniew. Zanim Płaszewski został jedną z legend krakowskiej Wisły, która w 1978 roku pod wodzą młodego trenera Lenczyka zdobyła mistrzostwo Polski a potem dotarła do ćwierćfinału Pucharu Europy, był cenionym piłkarzem Hutnika Kraków. Nowa Huta była jego naturalnym środowiskiem. Na tamtejszych osiedlach, podwórkach i uliczkach uczył się grać w piłke i żył z fantazją krnąbrnego dzieciaka. Odkąd pamięta był niesamowicie szybki. Ścigał się z chłopakami o dwie głowy wyższymi a i tak dotrzymywał im kroku. Widzieli to wuefiści w podstawówce i próbowali popychać w kierunku sportu. Na spartakiadzie młodzieży wygrywał na sprinterskich dystansach. Na boisku też nie dał się nikomu zagonić, choćby niewiadomo co, bo na dodatek był uparty. Zapisał się do Hutnika. Jako nastolatek grał w II lidze i robiło się o nim coraz głośniej. Trafił do reprezentacji olski juniorów. Gdy selekcjonerem pierwszej kadry został Kazimierz Górski, powołał niespełna 20-letniego Płaszewskiego na inauguracyjne zgrupowanie i zupełnie nie przeszkadzało mu że był ledwie drugoligowcem. W kadrze zresztą mógł zagrać już wcześniej, w ostatnim meczu Ryszarda Koncewicza. Dostał powołanie na mecz z Czechosłowacją ale… nie pojechał i nieobecności nie usprawiedliwił, za co został przez PZPN zdyskwalifikowany na miesiąc.

W Hutniku grał zdecydowanie za długo a przecież bardzo konkretne propozycje z ekstraklasy były już wtedy, kiedy docenił go selekcjoner Koncewicz. Pan Zbigniew przyznawał iż od jakiegoś czasu ludzie z Górnika Zabrze nagabywali go aby zmienił barwy klubowe. ,,Byli też w Krakowie, lecz dopiero ostatnim razem zastali mnie w domu i zdołali namówić abym pojechał porozmawiać z odpowiedzialnymi działaczami klubu w Zabrzu. Zgodziłem się wreszcie ale postawiłem warunek aby tego samego dnia odwieźli mnie do Krakowa”- mówił na łamach ,,Echa Krakowa”. Płaszewski zwierzył się dziennikarzowi że oferte odrzucił. Wyjaśnił że z powodów rodzinnych i dlatego że już rozpoczął nauke w technikum hutniczym. Wskazał na jeszcze jeden powód: ,,Nie chciałem sprawić psikusa kolegom z drużyny i klubowi, który mnie wychował, w chwili, kiedy mamy szanse na awans do ekstraklasy”. Wyznał że mniej więcej w tym samym czasie pojawili się u niego w domu z kontraktową ofertą także emisariusze Zagłębia Sosnowiec. ,,Tato pozbył się ich jednak dość szybko”- uspokoił krakowskich kibiców dziewiętnastolatek. Hutnikowi do elity awansować się nie udało ale rok później Płaszewski został wybrany na najlepszego piłkarza ziemi krakowskiej. W 1974 r. Biało-Czerwoni cieszyli się z mundialowego medalu a Płaszewski nie był już nawet drugoligowcem bo Hutnik został zdegradowany. Na oku miała go Legia. Dwudziestotrzylatek ciągle podlegał obowiązkowi odbycia służby wojskowej ale krakowska Wisła nie pokpiła sprawy. Uchroniła go przed powołaniem do armii. Prze pewien czas nawet przetrzymywała w ukryciu poza domem, byle tylko wysłannicy Legii nie zdołali go może i siłą przechwycić. Znowu tracił czas ale uzbroił się w cierpliwość i wreszcie zagrał w ekstraklasie. W Wiśle zadebiutował w listopadzie 1975 roku w wyjazdowym starciu z GKS Tychy, wtedy jeszcze w pomocy bo dopiero później dał się poznać jako czołowy polski boczny obrońca. Ponownie zauważył go Kazimierz Górski i pozwolił wystąpić w towarzyskim meczu z Grecją w maju 1976 ale na igrzyska olimpijskie do Montrealu nie zabrał. Potem na radarach miał go Jacek Gmoch. Dał mu zagrać 45 minut w meczu towarzyskim ze Szwecją w listopadzie 1977 ale i on pominął wiślaka przy ustalaniu kadry na mundial w Argentynie. Najbardziej docenił go selekcjoner Ryszard Kulesza. Zagrał w jednym z najbardziej spektakularnych występów Biało-Czerwonych w historii. 2 maja 1979 r. Polska na Stadionie Śląskim pokonała 2:0 Holandię, wicemistrzów świata dwóch ostatnich mundiali. Stawką były punkty w kwalifikacjach do mistrzostw Europy. Płaszewski biegał na lewej obronie. ,,To najpiękniejsze wspomnienie z mojej kariery. Wielki stadion, pełne trybuny, hymn tak odśpiewany że aż mrowiło po plecach… No i przede wszystkim niesamowite zwycięstwo. Miałem już 28 lat. Kto by pomyślał że doczekam takiej chwili?”- mówił wzruszony.

Półtora roku później kadra w tamtym kształcie przestała istnieć. Wszystko przez tak zwaną afere na Okęciu, kiedy trzech piłkarzy łódzkich klubów stanęło murem za Józefem Młynarczykiem, którego selekcjoner nie chciał wpuścić na pokład samolotu, gdyż był wyraźnie nie trzeźwy. Dla piłkarzy posypały się dyskwalifikacje a ze stanowiskiem musiał się też pożegnać Kulesza. Płaszewskiego nie było wtedy w kadrze ale cóż za ironia losu, raptem 2 miesiące później na tym samym lotnisku miał swoją, bliźniaczo podobną ,,afere na Okęciu”. Tak ją opisało ,,Echo Krakowa”: ,, Piłkarska drużyna Wisły udała się samolotem do Jugosławii na przedsezonowe zgrupowanie. Ponieważ odlot samolotu opóźnił się o 2 godziny, piłkarze czas dzielący ich od chwili startu spędzili w restauracji na Okęciu. Gdy nadszedł moment odprawy przedlotowej, obsługa lotniska stwierdziła iż dwaj zawodnicy: Zbigniew Płaszewski i Kazimierz Gazda z uwagi na stan wskazujący na nadużycie alkoholu, nie mogą zostać wpuszczeni na pokład samolotu. Ekipa krakowska odleciała więc bez tej dwójki”. Wisła surowo ukarała winowajców. Mocniej oberwał Płaszewski bo uznano że ujął się za pijanym kolegą, deklarując że jeżeli nie leci Gazda to on również nie zamierza. W efekcie byłemu reprezentantowi Polski zasądzono ośmiomiesięczny bezwzględny zakaz gry w piłke. Publiczne napiętnowanie blisko 30-letniego piłkarza miało swoją wage. ,,To był klub milicyjny. Zrobili z tej historii pokazówke i uznano że najlepiej uderzyć w Płaszewskiego. Byłem kozłem ofiarnym. Mówiłem to już wtedy a po tylu latach mogę tylko powtórzyć bo taka jest prawda”- opowiada nasz bohater. Był zniszczony przez kontuzje, no i łatka ,,aferzysty z Okęcia” też swoje robiła. Pograł jeszcze amatorsko w Austrii ale przede wszystkim ciężko pracował fizycznie. Chwytał się różnych zajęć, dopóki zdrowie pozwalało bo później zaczęła się już tylko heroiczna walka z chorobami. ,,Mam nadziej że jeszcze są kibice, którzy mnie pamiętają. Coś w tej piłce jednak zrobiłem, trochę pograłem. Czasem, gdy jest mi już bardzo trudno, przynajmniej mam co wspominać…”

1

@Safrani Owszem jest różnica ale w obowiązku a nie w zmęczeniu. Zmeczenie jest takie same dla wszystkich, więc dlaczego oni dostają fory w postaci meczu we wtorek a nie w łikend jak wszyscy?
To jest ewidentne lekceważenie przeciwników i ktoś na to pozwala

9

@FCBparasiempre
18 sierpnia 1961 r. urodził się Czesław Jakołcewicz, obrońca i pomocnik. Grał u trenera Guusa Giddinka w jednej drużynie z Toni Schumacherem. Strzelał gole w pucharach Panathinaikosowi i Olympique Marsylia, zmagał się w porywających meczach z innymi europejskimi potęgami. Dla Jakołcewicza Cedynia, gdzie się urodził, to dobre geny i czas wzrastania do roli solidnego piłkarza ale wszystko co osiągnął naprawdę wartościowego w futbolu, działo się w Lechu Poznań. Wcześniej był cenionym drugoligowcem w Stali Stocznia Szczecin. Jasne było że to się musi skończyć że skoro nie da się awansować z drużyną, trzeba wykonać samodzielny krok do ekstraklasy. Nie można było tracić czasu, miał już 22 lata. ,,Dostałem oferte od Mariana Dziurowicza z GKS Katowice, w zasadzie byłem już zdecydowany. Wtedy jednak do Szczecina przyjechał Teodor Napierała, wieloletni piłkarz Lecha a potem jeden z trenerów. Umiał mnie przekonać że w Lechu będzie mi lepiej, że trener Łazarek widzi we mnie potencjał. Miałem jeszcze przyjechać do Poznania żeby wszystko obejrzeć na miejscu. Drużyna była wtedy na zgrupowaniu ale w klubie został Mirek Okoński, chyba leczył kontuzje i kto wie, może właśnie jego obecność stała się dla mnie ostatecznym argumentem. Grać z tak fantastycznym piłkarzem w jednej drużynie to sama przyjemność a on już przy pierwszym spotkaniu traktował mnie jak swojego. Nie mogłem się wycofać. No i z Poznania będę miał zdecydowanie bliżej do domu niż z Katowic. Tak sobie powiedziałem aby rozwiać już ostatnie wątpliwości”- opowiada wychowanek Czcibora Cedynia. Pojawił się też ważny czynnik, który nęcił a zarazem onieśmielał- Lech był mistrzem Polski, szykował się do gry w Pucharze Europy i do obrony tytułu w kraju. Fantastyczne perspektywy ale jak chłopak wyciągnięty z drugiej ligi miał się wpisywać w te kreślone z rozmachem plany? ,,Uznałem iż pierwszy sezon będzie nauką że przy dobrym układzie dostane trochę minut ale najwięcej pracy i tak będzie mnie czekać na treningach”- opowiada Jakołcewicz. Trener Łazarek miał inny plan. 30 lipca 1983 r. Lech grał w Gdańsku z Lechią zorganizowany pierwszy raz w historii mecz o Superpuchar. Jakołcewicz wystąpił w podstawowym składzie. Przyjemne zaskoczenie zostało przytłumione minimalną porażką po golu straconym na 3 minuty przed końcem meczu. Jeżeli to miał być dla Jakołcewicza test przydatności, to wypadł pozytywnie bo tydzień później, w niedziele o 11.00 na stadionie przy Bułgarskiej wybiegł w podstawowym składzie na otwierającą dla Lecha ligowe rozgrywki konfrontacje z Wisłą Kraków. ,,Zagrałem na środku obrony przy u boku Józka Szewczyka. Na trybunach było 30 tysięcy ludzi. Płyneła od nich dobra energia bo to przecież pierwszy mecz mistrza Polski w nowym sezonie i do tego poważny rywal. Dostałem zlecenie opieki nad Andrzejem Iwanem i to też zrobiło na mnie wrażenie, w końcu chodziło o świetnego napastnika, dwukrotnego uczestnika mundiali”- podkreśla pan Czesław. Tym razem to do Lecha uśmiechnęło się szczęście. W 90 minucie piłke głową do bramki wpakował Józef Adamiec i debiutujący w ekstraklasie(tak samo jak Jakołcewicz) sędzia Michał Listkiewicz wskazał na środek boiska. Początek sezonu układał się obiecująco bo Lech dobrze spisywał się nie tylko w lidze ale 13 września w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów pokonał w Poznaniu Athletic Bilbao! Skończyło się na 2:0 a powinno być znacznie wyżej bowiem mistrzowie Hiszpanii byli tego dnia wyraźnie słabsi od Polaków. Jakołcewicz zagrał z Lechem wiele świetnych pucharowych meczów: z Liverpoolem, Borussią Mönchengladbach, FC Barceloną, Olympique Marsylia czy Panathinaikosem Ateny ale starcie z ekipą z kraju Basków nawet na tym tle było wyjątkowe. Zdarzył się bowiem występ, po którym jedyna pretensja do Kolejarza polegała na tym że z najlepszą hiszpańską drużyną wygrał tylko 2:0… Jednak w rewanżu stało się coś strasznego. Athletic przejechał się po mistrzu Polski i wygrał 4:0! ,,Mówiąc najkrócej: utuczyli nas przed meczem a potem zjedli”- gorzko żartuje Jakołcewicz. Z tym utuczeniem było wiele prawdy bo gospodarze przez 2 przedmeczowe dni podejmowali lechitow po królewsku. W luksusowym hotelu mieli wszystkiego pod dostatkiem, podsuwano im pod nos smakołyki a oni wszystkiego chętnie próbowali, być może pierwszy raz w życiu. ,,Sympatycznie skończyło się, gdy zeszliśmy z przedmeczowej rozgrzewki. Podczas niej murawa była sucha, nawet twarda, więc założyliśmy ,,lanki”. Tymczasem na kilka minut przed gwizdkiem sędziego gospodarze obficie polali boisko. Nagle zrobiło się niemal grzązko i my, wielkie chłopy, mieliśmy problemy z utrzymaniem równowagi, oczywiście szwankowała zwrotność i start do piłki”- wymienia Jakołcewicz.

Miejscowi zaś byli w swoim żywiole. Kilka dni wcześniej jeden z ulubieńców kibiców Andoni Goikotxea w ligowym meczu z FC Barceloną złamał noge Diego Maradonie. Cała Hiszpania, cały piłkarski świat był oburzony, nazywano go ,,Rzeźnikiem z Bilbao”. Lecz w swoim mieście Goikotxea stał się jeszcze większym bohaterem. ,,Kibice dali mu niesamowite wsparcie, gorące trybuny skandowały ,,Goiko, Goiko!” i on rzeczywiście był znakomity. My już na początku straciliśmy naszego reżysera Miłoszewicza i do tego jeszcze gola, oczywiście po strzale Goikotxei. Byliśmy tym wszystkim oszołomieni. Przyjechaliśmy przetrwać, obronić nie lichą przewagę ale plan szybko runął”- opowiada nasz bohater. Do przerwy Lech przegrywał 0:2, więc stan rywalizacji wrócił do wyjściowego remisu, lecz to tylko pozory. Po zmianie stron Athletic dorzucił następne 2 gole. ,,W drugiej połowie zagonili nas, byliśmy bez szans. Mam wrażenie że gdyby musieli nam strzelić 6 goli, to też by strzelili”- uczciwie przyznaje Jakołcewicz. Ten mecz był tragiczny w skutkach dla Józefa Szewczyka. Stoper Lecha pierwszy raz wtedy głośno powiedział w szatni że miał problemy ze wzrokiem bo ostro żarzące się reflektory sprawiały że nie widział śmigającej w powietrzu piłki. ,,Mówił że źle się czuje. Nikt z nas nie mógł przypuszczać że to koniec kariery i zaczyna się jego heroiczna walka ze śmiertelną chorobą. Od tej pory w ogóle przestał grać ale od czasu do czasu nas jeszcze odwiedzał. Tłumaczył że musi się porządnie wyleczyć, choć nie mówił, co mu dokładnie jest. Potem widywaliśmy go coraz rzadziej. Wyglądał gorzej, mizerniał. Zmarł na raka gałki ocznej. Nie dożył nawet czterdziestki…”- wspomina Jakołcewicz. Przykładne lanie w Bilbao wszystkim doskwierało ale dla Jakołcewicza było też niczym chrzest bojowy i zarazem definitywna przepustka do drużyny. Pokazał że daje rade że przeskok z drugiej ligi do ekstraklasy nastąpił bezboleśnie. Potem okazało się że jest piłkarzem na miare reprezentacji, choć w niej nigdy nie odgrywał jakiejś szczególnej roli. W każdym razie uzbierał 15 meczów. W kraju cieszył się dobrą opinią. Tak dobrą że w 1990 r. zainteresował się nim sam Guus Hiddink. Po tym jak 4 razy z rzędu zdobył z PSV Eindhoven mistrzostwo Holandii, przyjął oferte z Fenerbahche Stambuł. Potrzebował doświadczonego stopera i usłyszał że 29-letni Polak spełnia wymagane kryteria. ,,Była już końcówka jesieni, graliśmy półfinał Pucharu Polski z ŁKS. Do Łodzi wybrał się Hiddink. Wiedziałem że będę obserwowany przez tak zacnego gościa i… wszyscy zagraliśmy słabiutko. Porażka 0:2, bez żadnej dyskusji. ,,No to już pojechałem do Turcji. Dzięki chłopaki!”- rzuciłem smutno w szatni. Jednak za trzy dni zadzwonił telefon ze Stambułu że chcą dopiąć transfer! Życie potrafi zaskoczyć”- kwituje piłkarz. Bardzo szybko wkupił się w łaski fanów. Pierwsze spotkanie i od razu derby z Galatasaray! Jego zespół wprawdzie przegrał 1:2 ale on sam strzelił gola z karnego. Drugi mecz i… derby z Besiktasem! Tym razem remis 1:1 a Polak znowu wśród wyróżniających się piłkarzy. ,,Miałem dobre wejście. Świetnie dogadywałem się z trenerem Hiddinkiem i szybko złapałem kontakt z naszym bramkarzem, którym był oczywiście Toni Schumacher. Gadaliśmy o wszystkim ale był jeden temat, którego nie chciał ruszać: sprawa jego skandalizującej książki ,,Anpfiff”, robiącej wtedy furore wśród czytelników”- przyznaje Jakołcewicz. Podkreślał że nigdy nie grał w klubie tak profesjonalnie zarządzanym jak Fenerbahche a jednak po sezonie odszedł. ,,Zawiedliśmy w lidze, bo jako wcześniejszy wicemistrz zajeliśmy dopiero 5 miejsce. Do tego nie zdobyliśmy Pucharu Turcji. W półfinale przegraliśmy z Ankaragucu(1:3) a ja nie strzeliłem karnego przy stanie 1:1. Jak na ironie bo wcześniej w ligowym meczu z tym samym rywalem i temu samemu bramkarzowi strzeliłem 2 karne. Po nieudanym sezonie była presja na zmiany, której uległem. Zgodziłem się odejść, chociaż mogłem negocjować. Szkoda że nie zostałem w tej Turcji na dłużej. Jakoś za szybko zadowoliłem się tym, co już zagrałem. Trzeba było jeszcze powalczyć bo zawsze warto walczyć do samego końca. Żałuje że wtedy tak nie pomyślałem”- wspomina pan Czesław. Po epizodzie w lidze duńskiej wrócił do Polski by zakończyć karierę w Huraganie Pobiedziska. Czesław Jakołcewicz trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski i po razie zdobył Puchar Polski oraz Superpuchar Polski.

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

0

@NeroTFP1 No dobra ale oni po tych klubowych mistrzostwach tylko wypoczywali a my lataliśmy po Azji i też było duże zmęczenie, więc z jakiej paki oni dostają 2,3 dni mecz po wszystkich zespołach?

0

@FCB24 No ale z czym żartuje?

0

@Kubsoleon No zgoda ale kiedy były te KMŚ? przełom czerwca i lipca tak? A my później mieliśmy tournee po Azji. To oni tak byli zdechcnięci żeby żebrać o 2 dni później?

1

Może mi ktoś wyjaśnić z jakiej paki ten chalierny Real Madryt rozgrywa mecz pierwszej kolejki Primera Division dopiero we wtorek?? To jakiś przywilej dla nich ze strony hiszpańskiej federacji, czy co do cholery?

1

Zaraz, zaraz! A co te ,,białe cwaniaczki" z Estadio Santiago Bernabeu nie przystępują do rozgrywek Primera Division? W piątek nie grali, w sobote nie grali, dzisiaj też nie grają! Zbojkotowali La Lige czy co?
O! Widze że jutro grają? A coć to do cholery ma znaczyć że oni grają we wtorek razem z Liga Mistrzów? Koniec świata!

1

@Sysia11 Hola, hola! Jeśli masz na myśli Juliana Alvareza to wczoraj rzeczywiście widziałem tego pięknego gola i może stać się godnym następcą Messiego ale nie musi(ile takich goli strzelił?). Natomiast Echeverri czy Franco to nic o nich nie moge powiedzieć bo nie widziałem ich strzelających wolne a w dodatku nie pamiętam w jakich klubach teraz grają?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?