11

Zmarnowana okazja, zmarnowane pokolenie:

Mimo pozytywnej atmosfery otaczającej argentyński futbol we wczesnych latach 50-tych, AFA nie wysłała reprezentacji na mistrzostw świata do Szwajcarii w 1954 r. Oficjalnym powodem były nierozwiązane spory z FIFA ale mówiło się również że zadecydował głos Juana Perona, któremu działacze federacji powiedzieli że nie są w stanie zagwarantować sukcesu. Zważywszy na niszczący społeczną tkankę charakter porażki Brazylii na własnym terenie w 1950 r., doniesienia o masowych samobójstwach to być może przesada ale nawet bez nich trauma po zremisowanym finale z Urugwajem(któremu tenże remis dawał mistrzostwo świata) była wystarczająco dotkliwa. Jak to ujął dramatopisarz Nelson Rodrigues, ,,Maracanazo” była pierwszą wielką tragedią narodową Brazylii, więc poniekąd ostrożność prezydenta była zapewne zrozumiała ale z perspektywy czasu można tu jednak dostrzec również zmarnowaną okazję. Wczesne lata 50-te były bowiem najlepszym okresem zarówno dla rządów Perona, jak i dla argentyńskiej piłki a związki między nimi jasno podkreślały słowa, w jakich prezydent Boca juniors Alberto Armando dedykował głowie państwa sukces swojego klubu w lidze w 1954 roku, mówiąc o ,,człowieku, który wiedział jak wnieść w świat argentyńskiego sportu żywotność i treść, co dało mu obecnie, w obliczu międzynarodowych reperkusji, wizerunek pierwszego sportowca świata”. Liczba widzów na stadionach sięgnęła szczytu właśnie w 1954 roku i od tamtej pory nigdy już nie była tak wielka a Peron zaczął powoli tracić kontrole nad gospodarką. Narodowe rezerwy się wyczerpały, więc jego program redystrybucji musiał ulec ograniczeniu. Już w czasach Perona rosnąca pewność siebie prezydenta zwiększyła zainteresowanie kontaktami międzynarodowymi(mecze z Anglią były tego najlepszym przykładem) aż w końcu po rezygnacji z udziału w Copa America w latach 1949 i 1953, reprezentacja Argentyny wystąpiła w 1955 roku na turnieju w Chile, turnieju, po którym jej poczucie wyższości mogło jedynie się utrwalić. Tylko piłkarze Peru zdołali odebrać jej punkt w drodze po 10-ty triumf w tych rozgrywkach a czwarty z rzędu! W meczu z Urugwajem, Albicelestes strzelili 6 goli(!) a w sumie strzelili ich aż 18 w 5 meczach, z czego 8 Micheli a Jose Borello i Angel Labruna po trzy. Różnica poziomów w porównaniu z rywalami była doprawdy miażdżąca, co rodziło oczywiste pytanie: skoro Argentyna jest tak dobra, tak wyraźnie lepsza od jakiejkolwiek innej drużyny z kontynentu, to czego właściwie Peron się obawiał? Czyżby Argentyńczycy do tego stopnia przyzwyczaili się do wygrywania że perspektywa porażki wydawała się bardziej niebezpieczna niż potencjalne korzyści ze zwycięstwa, że lepiej żyć w przekonaniu o swojej wyższości niż stracić je podczas nieudanej konfrontacji na mundialu w Szwajcarii…?


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

0

Poprzednie starcia nie napawają optymizmem. Natomiast z drugiej strony jestem ciekawy czy mecz z Atletico był tylko ,,wypadkiem przy pracy" czy też punktem zwrotnym naszej kochanej Barcuni w tym sezonie?
Visca el Barca, para siempre!

10

Był sobie piłkarz:

10 grudnia 1987 r. urodził się Gonzalo Higuain, argentyński napastnik. To postać nieoczywista, która wzbudzała skrajne emocje. Jednego dnia był postrzegany za wybitnego napastnika a drugiego był wyśmiewany i wyszydzany, że do niczego się nie nadaje. Gonzalo Higuain zawodowo grał w piłkę przez ponad 17 lat. Zaczynał w argentyńskim River Plate, a do Europy trafił w 2007 roku i zdobywał bramki dla największych klubów na świecie przez kolejne 13 lat. To był bardzo owocny czas dla Argentyńczyka. Strzelił 364 gole i zaliczył 127 asyst w 782 meczach. Przy okazji zdobył również 14 trofeów krajowych i europejskich: 3-krotny mistrz Hiszpanii z Realem Madryt (2007, 2008, 2012) ; Puchar Króla z Realem w 2011 roku ; 2 razy Superpuchar Hiszpanii z Realem (2008, 2012) ; 2 razy mistrzostw Włoch z Juventusem (2017, 2018) ; 3 razy Puchar Włoch (Napoli 2014, Juventus 2017, 2018) ; Superpuchar Włoch z Napoli w 2014 roku oraz Liga Europy z Chelsea w 2019 roku. Trzeba przyznać, że są to zacne osiągnięcia, gdzie brakuje mu tylko jednej małej wisienki na torcie w postaci triumfu w Lidze Mistrzów. Z kolei z reprezentacją Argentyny sięgnął po wicemistrzostwo świata w 2014 roku oraz zdobył dwa srebrne medale na Copa America (2015, 2016). Higuain może pochwalić się też trzema rekordami: Najwięcej goli w jednym sezonie Serie A. Zakończył historyczny rekord ligi włoskiej, trzymany przez szwedzkiego Gunnara Nordhala z 1950 roku. Higuain w sezonie 2015/16 strzelił 36 goli w barwach Napoli. Najwięcej zdobytych goli z wyłączeniem rzutów karnych (113) w swoim czasie w Serie A (od 2013/14 do 2019/20). Członek drużyny Realu Madryt, która w sezonie 11/12 strzeliła rekordowe 121 goli w lidze. Sam Higuain zdobył wtedy 22 gole i zaliczył 9 asyst. W Realu Higuain zawsze był w cieniu Cristiano Ronaldo. Portugalczyk był największą gwiazdą „Królewskich” i najlepszym strzelcem w historii klubu. Aczkolwiek był taki jeden sezon – 2009/10, gdzie to Argentyńczyk zdobył więcej goli od CR7. Higuain był najlepszym snajperem Realu Madryt z 27 ligowymi bramkami i drugim najlepszym strzelcem La Liga za Leo Messim. Gdy patrzymy na te liczby i uzmysłowimy sobie fakt, że Higuain jest starszy od Lewandowskiego tylko o kilka miesięcy, możemy poważnie się zastanowić, co poszło nie tak u Argentyńczyka, że już w tym momencie mówi „basta”?

Polak mając 34 lata, przeżywał kapitalny okres w FC Barcelonie a Pipita ostatnie dwa lata spędził w MLS i teraz ogłosił zakończenie kariery. W 2016 roku ta dwójka napastników ścigała się w klasyfikacji o złotego buta. Lewy zdobył 30 goli w Bundeslidze, a Igła 36 bramek w Serie A. To był czas, kiedy często porównywano ze sobą tych snajperów. Teraz powiedzieć, że dzielą ich dwa oddzielne bieguny, to jak nic nie powiedzieć. Dlaczego Higuain poszedł tak drastycznie w dół? Gonzalo Higuain na konferencji prasowej, gdzie ogłosił zakończenie swojej piłkarskiej kariery, powiedział: ,,W mediach społecznościowych wokół piłki nożnej panuje toksyczne uczucie. Nie możesz sobie wyobrazić jaką szkodę przynosiły mi negatywne komentarzy. Naprawdę cierpiałem, moja rodzina mi pomogła. Ludzie powinni pomyśleć przed atakiem kogoś w mediach społecznościowych,to naprawdę poważny temat”. We wcześniejszych wywiadach Argentyńczyk podkreślał, że piłka nożna to piękny sport, ale piłkarz płaci za karierę bardzo wysoką cenę. I nie każdy sobie z tym radzi: ,,Zdecydowanie kariera przekroczyła moje oczekiwania i jestem wdzięczny za wszystko, co dał mi futbol, ale trzeba za to zapłacić wysoką cenę. Nie mówię o kwestiach ekonomicznych, ale o życiu. Co byś nie robił lub kończył robić, jesteś oceniany […] Ludzie nie mają pojęcia, kim są piłkarze. Myślą, że tylko gramy, ale mamy ojców, matki tak jak reszta. Mamy te same zmartwienia co wy. Piłkarz służy ludziom, dopóki gra, ale potem nikt nie dzwoni […] Moja przyszłość będzie z dala od futbolu. Uważam, że to nie jest świat, w którym chcę pozostać”.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

0

@bodzio10 Ja nie tylko pamiętam ale nawet mam go nagranego na płyte dvd!
Gdyby pan Cupiał nie zwolnił wybitnego Henia Kasperczaka, to moglibyśmy się cieszyć grą Wisełki w europejskich pucharach znacznie dłużej...

15

Pamiętamy!

10 grudnia 2002 roku, Wisła Kraków pokonała na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen. To było apogeum "Ery Cupiała". Niemcy długo nie mogli znieść porażki. Może dlatego, że nie była to jakaś tam zwykła porażka. To było upokorzenie! Kiedy po meczu kierownik drużyny, Jerzy Kowalik, niósł do szatni skrzynkę piwa, miejscowi nie chcieli go przepuścić. W końcu jakoś się przepchnął. Zawodnicy Wisły Kraków wskoczyli z piwem do basenu, doprowadzając gospodarzy do białej gorączki. Kurtynę festiwalu żenady zasłonił obrońca niemieckiej drużyny, Tomasz Hajto, który wszedł do szatni wiślaków i co prawda pogratulował im awansu, ale też za chwilę pomachał kartą kredytową. - To ja lecę sprawdzić stan konta - powiedział. I wyszedł. Wiślacy popatrzyli po sobie, jakby właśnie spotkali bogatego badylarza - króla wioski. Kilkadziesiąt minut wcześniej przeszli do historii polskiego futbolu. 10 grudnia 2002 roku pokonali na wyjeździe Schalke 04 Gelsenkirchen 4:1. Wisła Kraków Henryka Kasperczaka była ostatnią polską drużyną klubową, którą można zaliczyć w poczet historycznych - wielkich. Bo nie tylko miała wyniki, ale też imponowała fantastycznym, porywającym stylem. Kamil Kosowski, Mirosław Szymkowiak czy Maciej Żurawski - to byli zawodnicy, których pokochała cała Polska.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

0

@Mixtape Co to znaczy ,,na fioletowej"?

0

@FcPortoFan1999 Owszem, co prawda ,,Murzyn" miał swoje za uszami, to jednak kiedy odszedł do Juventusu, to Widzew stracił na jakości zwłaszcza w europejskich pucharach...

10

Nie tylko dla kibiców Widzewa:

10 grudnia 1980 r. Widzew Łódź pokonał Ipswich Town 1:0 w 1/8 Pucharu UEFA. Po wyeliminowaniu drużyny klanu Agnellich, Widzew wylosował w kolejnej rundzie angielski Ipswich Town. Wyspiarze nie byli murowanymi faworytami w starciu z wicemistrzami Polski, którzy w 1/32 finału wyeliminowali słynny Manchester United i cieszyli się w Anglii dużym szacunkiem. Piłkarze Ipswich Town odrobili jednak pracę domową i na swoim terenie pokonali łodzian aż 5:0. Rewanż na zaśnieżonym stadionie przy al. Unii 2 był formalnością, ale widzewiacy honorowo pokonali przeciwników 1:0 po bramce Marka Pięty, co przypominano m.in. w archiwalnym materiale Telewizji Polskiej. Tamtą edycje PUEFA wygrał właśnie Ipswich pokonując w dwumeczu AZ Alkmaar. Pomyśleć że dzisiaj takie Ipswich(mistrz Anglii), Sunderland(6-krotny mistrz Anglii) czy choćby Portsmouth(dwukrotny mistrz Anglii) tułają się na trzecim poziomie rozgrywek w Anglii….

Pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza tego Wielkiego!



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon

1

@Comentateiro Aha... No nie wiedziałem że posiadasz tak szczegółowe informacje o Poznaniu i Okońskim.
No chyba że jesteś z Poznania?
A, no widze że masz napisane Poznań przy swoich danych, więc wszystko jasne :)

0

@Comentateiro W jakiej ,,Drewutni na Dębcu"?

13

Grande Espectacolo El Clasico!

10 grudnia 2011 r. FC Barcelona pokonała na Santiago Bernabeu Real Madryt 3:1(1:1). Mecz rozpoczął się kapitalnie dla Realu, który objął prowadzenie już w 1. minucie ale później bramki padały już tylko dla mistrzów Hiszpanii. Spotkanie rozpoczęło się fantastycznie dla Realu Madryt, który potrzebował niespełna minuty na objęcie prowadzenie. Piłkę spod własnej bramki fatalnie wybijał Victor Valdes, ta trafiła do Angela Di Marii, a po chwili do siatki wpakował ją Karim Benzema. Barcelona po kiepskim początku szybko doszła do siebie. W 30. minucie Lionel Messi uruchomił kapitalnym podaniem Alexisa Sancheza, który strzałem w długi róg nie dał szans Ikerowi Casillasowi. Druga bramka dla Barcelony padła w kuriozalnych okolicznościach. Xavi Hernandez uderzył piłkę z woleja zza pola karnego, ta trafiła w Marcelo, odbiła się od słupka, po czym wpadła do bramki. Stracony gol zupełnie zbił z tropu graczy „Królewskich". W 66. minucie wynik ustalił Cesc Fabregas, który wykorzystał znakomite podanie Daniego Alvesa. FC Barcelona dzięki trzem punktom zdobytym na Santiago Bernabeu została nowym liderem Primera Division. Warto również przypomnieć iż w tym meczu Blaugrana zagrała z pierwszą reklamą na koszulkach. Zarząd klubu ujawnił że napis ,,Qatar Foundation” będzie pierwszą reklamą na koszulkach Blaugrany, za którą klub zacznie pobierać pieniądze. Obecny wcześniej Unicef nie tylko nie płacił nic za reklamę ale wręcz otrzymywał dodatkowe wsparcie finansowe. Kontrakt opiewał na 5 lat i 30 mln euro za każdy sezon. To o 6,7 mln euro więcej, niż zarabiały wówczas na reklamach Manchester United i Liverpool. Zdaniem Javiera Fausa, wiceprezydenta ds. ekonomicznych, ,,jest to najlepsza umowa w historii futbolu i gdyby nasz prezydent pojawiał się częściej w mediach, nie udało by się uzyskać tak korzystnego kontraktu”. Dodał też: ,,Gdyby to była marka komercyjna, nie doszło by do podpisania umowy”. Niecały rok później zarząd zmienił jednak zdanie i na koszulkach pojawiła się reklama Qatar Airways.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

@Mixtape Do czołówki owszem, blisko ale biorąc za pewnik że wygrywamy z Gironą to odważna deklaracja...
Oby się spełniła :)

9

Żywe legendy futbolu:

9 grudnia 1969 r. urodził się francuski obrońca w urokliwej miejscowości Saint-Jean-de-Luz. Mistrz Świata i Europy. Fantastyczny piłkarz, inteligentny, świetnie czytał grę. Fachowiec na lewej obronie. W jego seniorskiej karierze reprezentował cztery kluby – Girondins Bordeaux (299/28), Athletic Bilbao (23/0), dwukrotnie Bayern Monachium (łącznie 273/8) i Olympique Marsylia (15/0). Trofea tylko z Bayernem – pięć Mistrzostw i Pucharów Niemiec, cztery Puchary Ligi oraz Puchar Europy i Puchar Interkontynentalny. W reprezentacji Francji 97 meczów i dwie bramki (z Izraelem i Arabią Saudyjską). Grał w dwóch Mundialach (1998 – złoto, 2002) i w trzech Euro (1996, 2000 – złoto, 2004). Wygrał także dwukrotnie Puchar Konfederacji (2001, 2003). W 1999 r. w Drużynie Roku w Europie wg dziennikarzy, rok później w Jedenastce Euro, w 2002 w Jedenastce Świata wg FIFA. W Bayernie, po powrocie grał z numerem 69 – urodził się w 1969, mierzył 169 cm i ważył 69 kg. Po zawieszeniu butów na kołku trenował brazylijskie Jiu-Jitsu i surfował. W tej pierwszej dyscyplinie odnosił spore sukcesy gdyż był m.in. Mistrzem Europy! Bixente jest Baskiem i jednocześnie pierwszym Francuzem, który reprezentował barwy klubu z Bilbao. Oprócz języka baskijskiego, zna biegle francuski, hiszpański i angielski. Co ciekawe, nigdy nie nauczył się niemieckiego, mimo że w Bayernie grał łącznie prawie dziewięć sezonów.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

9

Legendy polskiego futbolu:

9 grudnia 1955 roku w Gdańsku urodził się Janusz Kupcewicz, pomocnik i były trener. Jego ojciec Aleksander oraz starszy brat Zbigniew również grali w piłkę(a tata w późniejszym czasie pracował jako trener) i występowali m.in. w Lechii Gdańsk. Pierwszy z nich w biało-zielonych barwach zaliczył 60 meczów, w których strzelił siedem goli. Janusz kontynuował rodzinną ścieżkę i do Lechii trafił praktycznie w samej końcówce swojej kariery. Tę rozpoczął w juniorach Warmii Olsztyn, by następnie przenieść się do większego w mieście Stomilu. Dzieciństwo, pierwsze lata szkolne i początki przygody z futbolem spędził właśnie na Mazurach, aby w końcu wrócić w rodzinne strony i napisać piękną, ośmioletnią historię w Arce Gdynia. Przez kibiców został wybrany najlepszym graczem w dziejach tego klubu, choć zdobył z nim jedynie Puchar Polski. Liczne kontrowersje wzbudziły jego występy dla obu tych drużyn, bowiem nie jest tajemnicą, iż w Trójmieście darzą się one sporą wrogością. ,,Piękne to były czasy. Z piłką pod pachą i… gra od rana do wieczora na boiskach o różnej nawierzchni. Niezapomniane chwile”– wspominał czas spędzony w Olsztynie w jednym z wywiadów dla TVP Sport. Starsi kibice mają ogromny przywilej pamiętania najpiękniejszych chwil w historii polskiej piłki. Jedną z nich bez wątpienia stanowił brązowy medal zdobyty na mistrzostwach świata w 1982 roku. W słonecznej Hiszpanii nasza reprezentacja pod wodzą Antoniego Piechniczka osiągnęła niezwykły sukces. Bohater tekstu nie mógł jednak od początku turnieju liczyć na uznanie selekcjonera. Do składu wskoczył dopiero na mecz z Peru, czyli ostatnie starcie w grupie. Kreatywność, zmysł gry oraz fantastyczne uderzenie z dystansu to cechy, które charakteryzowały Kupcewicza, który nie oddał już miejsca w wyjściowej jedenastce aż do samego końca mundialu. Zaliczył pełne 90 minut w bataliach z Belgią, ZSRR oraz przegranym półfinale z Włochami. Został już tylko mecz o krążek z brązu. To właśnie w pojedynku z „Trójkolorowymi” strzelił najważniejszego gola w życiu. Polacy ostatecznie pokonali Francję 3:2 i zgarnęli brąz a Kupcewicz pięknym golem z rzutu wolnego oraz asystą przy trafieniu Stefana Majewskiego wyraźnie się do tego przyczynił. Cztery lata wcześniej miały miejsce mistrzostwa w Argentynie, gdzie Polska niestety rozczarowała. Kupcewicz winę za słabszą formę kadry zrzucał na selekcjonera Jacka Gmocha. ,,Atmosferę popsuł Gmoch. Byłem na tych mistrzostwach i nawet nie powąchałem murawy. Do Argentyny poleciał najlepszy zespół w historii polskiej piłki nożnej. Jak doskonale pan wie, grono doświadczonych, utytułowanych piłkarzy uzupełnili przecież młodzi – Nawałka, Boniek, Iwan. Jeśli jednak sobie przypomnę, to pierwszymi skojarzeniami związanymi z tamtymi mistrzostwami są kłótnie. A mogliśmy wtedy osiągnąć bardzo wiele.”– mówił szczerze we wspomnianej już rozmowie z TVP Sport.

Kupcewicz w sezonie 1982-1983, a więc w czasie fantastycznej formy na mistrzostwach świata w Hiszpanii, występował w Lechu Poznań, bowiem Arka spadła z najwyższej ligi, a on chciał utrzymać pozycję w kadrze i uczynić dalszy krok w karierze. W sfinalizowaniu transferu pomogli fani, grupa prywaciarzy zapłaciła działaczom Arki. W stolicy Wielkopolski od razu wygrał mistrzostwo kraju i postanowił ruszyć na podbój zagranicznych lig. Od 1983 do 1986 roku grał na obczyźnie. Reprezentował barwy francuskiego Saint-Etienne, a także greckiej AE Larisa. Wiodło mu się tam różnie, ale nie przepadł. W Saint-Etienne zaliczył łącznie 35 gier, a w Larisie 23. Sporo czasu stracił przez nękające go ówcześnie kontuzje. ,,Za mnie Saint-Etienne zapłaciło 380 tysięcy dolarów. To jeden z największych wydatków klubu na piłkarza. Jak do tego doszło? Francuzi szukali pomocnika. Sama drużyna cieszyła się popularnością w kraju. Mieli sporo problemów i powoli zaczęli upadać. Próbowano zatem wszystkiego, by ratować zespół. Sprowadzono mnie oraz zawodnika z Paragwaju. Niestety najbardziej znani gracze poodchodzili, więc trudno było powstać z kolan. Ja nie nauczyłem się języka, nie spełniłem też do końca sportowych oczekiwań.”– tłumaczył. Do Polski powrócił w 1986 roku i związał się z Lechią, co wywołało poruszenie w Gdyni. Legenda „Żółto-Niebieskich” zasiliła szeregi największego sportowego rywala. Kupcewicz wtedy nie miał żadnych innych ofert, a w wieku 31 lat czuł się jeszcze na siłach, aby kopać w pierwszej lidze. Po latach podchodził do tematu na spokojnie: ,,Trochę się nasłuchałem od kibiców. Rozumiem to, że patrzono na mnie spod byka. Jestem arkowcem, nie będę tego ukrywał. Okres spędzony w Lechii wspominam jednak bardzo dobrze.”

Jego związek z futbolem dobiegł końca w Turcji. W 1988 roku pograł przez kilkanaście miesięcy w Adanasporze. Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił w trenerce. Prowadził m.in. reprezentację Polski w futsalu, a także zespoły z niższych lig. Jako asystent trzy lata spędził w kadrze do lat 21. Pracował również jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej numer 10 w Gdyni Chyloni. W latach 2001–2003 poproszony został o doradztwo sportowe w ukochanej Arce, dla której w przeszłości rozegrał ponad 150 meczów. O swoim przywiązaniu do klubu mówił wszem wobec. Pomimo iż urodził się w Gdańsku, jego serce biło dla Gdyni i bić przestało w Gdyni. Miał swój epizod w polityce, ale kogo właściwie to teraz interesuje? 4 lipca tego roku odszedł od nas piłkarz zasłużony zarówno dla regionu pomorskiego, jak i dla reprezentacji. Ta jedna z pięciu zdobytych dla kadry bramek, w hiszpańskim mieście Alicante przeciwko Francji, na zawsze pozostanie legendarna. ,,Zdobyłem mistrzostwo Polski, Puchar Polski, medal mistrzostw świata. Jako gwiazda młodego pokolenia troszkę mi w główce zaszumiało, ale na szczęście przyszła pokora. Uważam, że miałem wspaniałą karierę i osiągnąłem bardzo dużo.” Janusz Kupcewicz dołączył do takich osobistości jak Kazimierz Deyna czy Włodzimierz Smolarek i teraz razem grają gdzieś mecz, bez pośpiechu czekając na nas wszystkich.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@Kapitan_SW No wszystko zgoda, jednak w tej masce to on wygląda jak jakaś gwiazda kina a nie futbolu a co ważniejsze to nie widać jego twarzy co mnie troche irytuje...

1

@Esteban_ No i własnie o to mi chodziło! Za przeproszeniem po c..j on ta maske jeszcze nosi???

1

@Lionel_Messi10 No ale przecież to było bite dwa lata temu! Do tej pory jeszcze się nie zrosło?

1

@arasz1819 No coś tam słyszałem o tym Bogarde ale nie znam szczegółłów więc będzie jeszcze okazja do zapoznania się z tym piłkarzem...

1

@Lionel_Messi10 Aż 20 złamań!? No ale kiedy to było, te złamania?

0

Wczoraj oglądałem Derby Italia pomiędzy SSC Napoli a Juventusem Turyn. Miałbym pytanie: Z jaką kontuzją głowy gra Victor Osimen?

12

Był sobie….. pierwszy taki Dembele w ,,naszym” klubie:

9 grudnia 1996 r. Emanuel Amunike pojawił się w Barcelonie aby podpisać kontrakt. Nigeryjczyk był niezłym piłkarzem, lecz ze względu na kontuzje nie osiągnął wróżonego mu poziomu. Historia jego transferu i pobytu w Blaugranie jest jednak niecodzienna. W czerwcu 1996 r. ówczesny piłkarz Sportingu Lisbona miał zostać zawodnikiem FC Barcelony ale nie przeszedł badań medycznych. Zdaniem Katalończyków Amunike miał kontuzjowane kolano. Portugalczycy twierdzili natomiast że… jest zupełnie zdrowy. W lipcu wiceprezydent Gaspart oskarżył Sporting o oszustwo. Portugalczycy nie chcieli aby piłkarz przeszedł gruntowne badania kontuzjowanej nogi, odrzucając propozycje artroskopii kolana. Prezydent Nuñez oświadczył nawet że Amunike jest ,,nowym samochodem z awarią silnika”. 9 grudnia 1996 r. Nigeryjczyk pozytywnie przeszedł wszystkie badania i trafił do Barcelony za 3,6 mln euro. Trener Bobby Robson przedstawił go jako ,,transfer najwyższej klasy’ i jego ,,największy koszmar” z czasów, gdy trenował FC Porto i grał przeciwko drużynie Amunike. Z biegiem czasu okazało się iż Nigeryjczyk stał się koszmarem FC Barcelony. Przez 3,5 roku przeszedł 5 operacji: trzy artroskopie, jedną osteotomie i transplantację chrząstki stawu kolanowego uzyskanej od zmarłego pacjenta. W październiku 1999 r. Barça próbowała rozwiązać jego kontrakt, starając się udowodnić że Amunike nie może wykonywać zawodu piłkarza. W tym samym czasie Nigeryjczyk domagał się… pieniędzy za jedną z operacji, które przeszedł w USA. Blaugrana zakazała mu treningów z zespołem ale w kwietniu decyzje tą uchylił hiszpański ubezpieczyciel. W 2000 r. po zakończeniu kontraktu ,,kukułcze jajo” przejęło Albacete. W kontrakcie zapisano klauzule że w przypadku kolejnej kontuzji kolana klub może rozwiązać kontrakt z piłkarzem. 13 stycznia 2001 r. Amunike doznał urazu… ścięgien Achillesa, co w praktyce zakończyło jego karierę piłkarską ale uniemożliwiło Albacete pozbycie się Nigeryjczyka z listy płac.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

8

Barça w europejskich pucharach:

9 grudnia 1959 r. FC Barcelona pokonuje Reprezentacje Belgradu w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Miast Targowych 3:1 po golach: genialnego Kubali, świetnego Evaristo oraz błyskotliwego Eulogio Martineza i awansuje do finału, który odbył się na wiosne przyszłego roku w formule dwumeczu.



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

12

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 grudnia 1958 r. urodził się Mirosław Okoński, głównie lewoskrzydłowy. Jeden z największych ,,enfant terible” w historii polskiego futbolu. Mawiano w Poznaniu że kiedy ,,bawi się Okoń, to bawi się całe miasto”. Tak jak czarował w kontaktach osobistych, tak i na boisku. ,,Na obszarze nie większym od podstawki od piwa, potrafi kiwnąć kilku przeciwników naraz.”- pisali o nim dziennikarze w czasach gry w Niemczech. Te umiejętności pokazywał już w Polsce, gdzie był filarem Lecha Poznań. Trzy razy z Kolejorzem sięgnął po mistrzostwo Polski. Kiedy w ramach odbywania służby wojskowej musiał przejść do Legii, ,,transfer” ten został okupiony licznymi protestami, zwłaszcza gdy w finale Pucharu Polski Wojskowi zwyciężyli 5:0 a sam ,,Okoń” strzelił jednego gola. Trofeum to wywalczył jeszcze 3 razy, w tym dwukrotnie już w barwach Kolejorza, gdzie wrócił po służbie wojskowej. W 1983 r. sięgnął po podwójną korone. Wraz z Lechem wywalczył mistrzostwo a samodzielnie dołączył do tego tytuł króla strzelców, zdobyty ex aequo ze swym imiennikiem – Tłokińskim. W 4 sezonach z rzędu osiągał dwucyfrową liczbe goli. Mniej spełniony w reprezentacji. Trener Piechniczek nie lubił go z powodu zbyt dużego indywidualizmu. Okoński lubił dryblować na murawie, grał nie raz samolubnie i pod ,,publiczkę”. W Poznaniu wybaczono mu straty w imie tej widowiskowej gry, która przyniosła wiele sukcesów. W kadrze szkoleniowiec nie był aż tak wyrozumiały. Z tego względu Okońskiego ominęły zarówno MŚ w 1982, jak i w 1986 r. Ostatecznie zagrał w biało-czerwonych barwach 29 razy strzelając 2 gole. Po grze w Lechu ,,Okoń” czarował murawy Bundesligi. Z Hamburger SV sięgnął po Puchar Niemiec. Zajął 2 miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza rozgrywek za Uwe Rahnem. Został także wicemistrzem kraju. Potem wyjechał do AEK Ateny. Blisko czteroletni pobyt w tym kraju przyniósł mu mistrzostwo Grecji. Występował tam także dla APS Korinthos. Na krótko wrócił do Poznania, gdzie grał w Lechu i Olimpii, później dla zespołów z niższych klas rozgrywkowych w Polsce i Niemczech. Kariere zakończył w swej macierzystej Gwardii Koszalin. W plebiscycie 80-lecia Lecha Poznań przeprowadzonym przez ,,Gazete Wyborczą” wybrany został najlepszym piłkarzem Kolejorza.


@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

2

@FCBparasiempre
Po igrzyskach zniknął jednak z kadry. Zabrakło go w meczach eliminacyjnych mistrzostw świata. Chociaż przed meczem z Anglią w Chorzowie Górski rozważał jego kandydaturę, to statecznie nie powołał go z uwagi na fakt, że był w tak słabej formie, że nawet we własnym klubie większość czasu w meczach ligowych spędzał na ławce rezerwowych. Rok później, kiedy Ruch rządził w lidze, Górski inaczej już patrzył na zawodników z Chorzowa. 7 kwietnia po meczu z Górnikiem zwrócił uwagą zwłaszcza na Zygmunta Maszczyka i Joachima Marxa, ale nie umknął mu też bardzo dobry występ Ostafińskiego, o którym w swoich wspomnieniach napisał, że mógł się podobać. Zawodnik brał udział w zgrupowaniu przed mistrzostwami świata, ale do RFN ostatecznie nie pojechał. Był co prawda w gronie pięciu rezerwowych, którzy mieli pozostawać do dyspozycji, ale raczej marna to pociecha. Mistrzostwa pokazały, że selekcjoner trafił ze składem i młody Władysław Żmuda, który zastąpił Ostafińskiego na środku obrony obok Gorgonia, znakomicie wywiązywał się z powierzonych mu zadań. Piłkarz Ruchu był oczywiście rozczarowany i uważa, że przy braku powołania kluczowy był mecz z VfB Stuttgart z 13 kwietnia. Myślę, że zaszkodził mi mecz kontrolny kadry z VfB Stuttgart. Przegraliśmy 1:4, a niesamowite rzeczy „odstawiali” dwaj boczni obrońcy – Zbigniew Gut i Adam Musiał. Dawali się ogrywać jak dzieci. Nie byłem w stanie „połatać dziur”; wychodząc do szarżującego od linii bocznej rywala, zostawiałem „swojego” napastnika. No przecież nie mogłem pozwolić chłopu bezkarnie wjeżdżać w pole karne! Ale i tak usłyszałem od Jacka Gmocha: „Po co się dawałeś tak wyciągać do boku?” Do reprezentacji powrócił, ale tylko na kilka spotkań. Ostatnie rozegrał z Włochami w 1975 r. Jedenaście oficjalnych i dwa nieoficjalne występy w narodowych barwach, to chyba jednak zbyt mało na takiego formatu zawodnika. Jak sam przyznaje, trafił wtedy na okres, w którym rywalizacja o miejsce w składzie była ogromna. Dodatkowo w harmonijnym rozwoju nie pomagały mu kontuzje i polityka działaczy Ruchu, którzy niechętnie skłaniali się ku zwalnianiu zawodników na mecze reprezentacji. Vičan był znakomitym fachowcem, dysponował grupą świetnych zawodników, ale liczyła ona 12-13 zawodników. Jedna czy dwie kontuzje stawiały go w niełatwej sytuacji. Korzystniej zatem było wystawić zawodnikowi niekoniecznie prawdziwe zwolnienie lekarskie, założyć mu opatrunek gipsowy, i tak dalej, niż wysłać go na zgrupowanie kadry, mecz reprezentacji. Przez takie sztuczki Zygmunt Maszczyk omal nie zostałby wyeliminowany z mistrzostw świata. Po dwóch zdobytych mistrzostwach piłkarze Ruchu spuścili z tonu. Zespół był najstarszy w lidze. Zawodnicy nie mogli podołać już tak intensywnym treningom. Brakowało trochę ambicji, niektórzy zbliżali się powoli do końca swoich karier. Mimo że po rundzie jesiennej byli liderem, to rozgrywki zakończyli na czwartym miejscu. To był jednak początek końca wielkiego Ruchu. Odszedł trener Vičan, a na jego miejscu pojawił się František Havránek. To on twierdził, że Ostafińskiego wytykano palcami jako tego, który sprzedawał mecze. Sam piłkarz wspominał, że Czech w porównaniu do swojego poprzednika wydawał się trenerskim amatorem. Miał też podobno otrzymać zadanie wyczyszczenia zespołu ze starszych zawodników. Od zarzutów korupcyjnych Ostafiński jednak się odcinał. Havránek albo miał coś z oczami, albo kompletnie nie znał naszej ligowej rzeczywistości. Fakt, niekiedy padały zaskakujące wyniki, bo trzeba było kogoś ratować, komuś pomóc. Jednak nie zawodnicy podejmowali w takich kwestiach decyzje. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówił, że nigdy nie był inicjatorem tego typu działań. Dodawał też, że opinia, jaka do niego przylgnęła, to głównie zasługa działaczy, z którymi nie miał zbyt dobrych układów. Kiedy w 1976 r. przegrali z Lechem Poznań, to kierownik Alojzy Dzielong zarzucił jednemu z zawodników Ruchu – Janowi Benigierowi, że ten przeszedł obok meczu. O mało nie doszło do rękoczynów, ale Ostafiński stanął w obronie kolegi i załagodził sytuację. Nazajutrz, po przyjściu na trening, Stanisław Fangor wręczył mu pismo z informacją o dwutygodniowym zawieszeniu. Stwierdzono, że skoro bronił Benigiera, to musiał być zamieszany w porażkę, czyli prawdopodobnie sprzedał mecz. Pierwszy raz wszedł w drogę kierownictwu już na początku swojej przygody z Ruchem. Wtedy to po którymś z meczów oskarżono jego, Maszczyka i Bulę, że sprzedali mecz. Ostafiński nie miał pojęcia, o co chodzi, a na spotkaniu z zarządem doszło do pewnego incydentu. Na spotkaniu zarządu powiedział mi prezes: „jak już skończycie, towarzyszu, grać w piłkę, to wrócicie tam, skąd przyszliście: gęsi paść”. A ja mu nie zostałem dłużny: „jak pan skończy już być wiceministrem, to pana taki los czeka” – odpaliłem. Chwycił ciężką, szklaną popielniczkę i rzucił w moim kierunku. Złapałem i mu ją odrzuciłem! Pełna konsternacja! W końcu wszystko rozeszło się po kościach, ale – jak widać – pamiętano mi to”. Ostatni mecz w barwach Niebieskich rozegrał w listopadzie 1976 r. Rundę wiosenną spędził w Polonii Bytom, z którą awansował do ekstraklasy. Był podstawowym zawodnikiem ekipy, która całkiem nieźle radziła sobie w lidze. Przyzwoicie zapowiadający się sezon zakończył się dla niego już 1 listopada 1977 r. Gdy grałem w Polonii Bytom, w meczu z Zawiszą Bydgoszcz doznałem złamania kości strzałkowej w kostce. Nie mogłem grać przez osiem miesięcy. Robiłem wtedy wślizg, wybiłem piłkę rywalowi, a on wpadł całym ciałem na moją nogę. To był facet z dużą nadwagą i kość nie wytrzymała. Pamiętam do dzisiaj, że graliśmy 1 listopada, czyli we Wszystkich Świętych! Sędzia, który prowadził zawody, już przed meczem świętował. Był pijany, bo jak podszedł do mnie, to czuć było od niego alkoholem. Podejmował wtedy sporo złych decyzji. Gdyby dzisiaj sędziował na bani, poniósłby surowe konsekwencje, ale wtedy było inaczej.

Później zdecydował się na wyjazd na zachód. Podobnie jak kilku innych piłkarzy z drużyny Górskiego, wybrał grę we Francji. W zespole SC Hazebrouck wielkiej kariery jednak nie zrobił i wkrótce znalazł się z powrotem w Bytomiu. Wrócił do składu Polonii, kiedy ta okupowała ostatnie miejsce w tabeli. Zagrał w siedmiu meczach sezonu, które decydowały o pozostaniu w lidze. Dzięki uporządkowaniu gry obronnej i poprawie skuteczności bytomianie rzutem na taśmę utrzymali się w lidze. Kolejny sezon był już jego ostatnim w karierze. Grał praktycznie tylko jesienią, a z ekstraklasą pożegnał się 9 marca 1980 przegranym 0:1 meczem ze Stalą Mielec. To właśnie pobyt w bytomskiej drużynie najmilej wspominał: ,,Wszędzie zostawiłem trochę zdrowia i serca, wszędzie miałem przyjaciół, ale najmilej wspominam grę w Bytomiu. Może, że to był ostatni mój klub, a może zadziałał syndrom kresowiaka, bowiem wcześniej grała tam grupa zawodników, która miała lwowskie i wschodnie korzenie. W Polonii Bytom czuło się atmosferę wschodniej Polski i często słyszało się „ta joj”. Buty na kołku zawiesił w wieku 34 lat, a więc mógł jeszcze trochę pograć na przyzwoitym poziomie. Niestety uniemożliwiły mu to związane z grypą powikłania mięśnia sercowego i musiał się wycofać. W katowickiej AWF ukończył dwuletni kurs i otrzymał dyplom trenera drugiej klasy. Prowadził młodzieżowe drużyny Polonii Bytom i przez pewien czas był nawet asystentem w pierwszym zespole. Oprócz tego trenował: Wartę Zawiercie, Chorzowiankę, Beskid Andrychów, MK Katowice i Zagłębie Dąbrowa Górnicza. Dolegliwości sercowe sprawiły jednak, że przeszedł na rentę. Kilka lat pomagał żonie w prowadzeniu sklepu spożywczego. Dziś nadal jest blisko piłki. Chętnie udziela wywiadów i komentuje bieżące zmagania ligowe. Jest taki sam jak przed laty – zawsze mówi to, co myśli. Nawet jeśli jego oceny są surowe i kontrowersyjne, to nie waha się ich wygłaszać i nie owija w bawełnę. Był jednym z najlepszych stoperów w historii naszej piłki. Bez niego obrona Ruchu nie byłaby tak skuteczna. Szkoda, że nie spełnił się w reprezentacji, bo na pewno miał ku temu zarówno talent, jak i umiejętności. Twardy charakter i cięty język nie zawsze przysparzał mu przyjaciół, ale wsłuchując się w jego wypowiedzi, nawet dzisiaj trudno nie przyznać mu racji. Zawsze imponował wielką klasą i opanowaniem, a Andrzej Gowarzewski pisał, że w kronikach polskiego futbolu niewielu było lepszych od niego.

8

@FCBparasiempre
8 grudnia 1946 r. urodził się środkowy obrońca Marian Ostafiński. Jeśli zastanowimy się nad najlepszymi stoperami złotych czasów polskiej piłki, to w pierwszej chwili na myśl przychodzą dwa nazwiska: Jerzy Gorgoń i Władysław Żmuda. Warto przypomnieć jeszcze kogoś. Młodsi kibice mogą go nie kojarzyć ale starszym jego występy na pewno zapadły w pamięć. Był jednym z najlepszych polskich obrońców lat 70-tych. Na podbój pierwszoligowych boisk ruszał z dalekiego Przemyśla, leżącego kilkanaście kilometrów od radzieckiej granicy. Wieloletni zawodnik Stali Rzeszów i mistrz Polski z chorzowskim Ruchem. Niektórzy zarzucali mu lenistwo ale swoją ambicję i wolę walki udowodnił w meczu, w którym grał ze złamaną ręką. W latach 50-tych w 40-tysięcznym Przemyślu młodzi ludzie nie mieli zbyt wielu perspektyw rozwoju. Podobnie zresztą jak w wielu innych podobnych miastach. Kraj przecież dopiero stawał na nogi po wojnie. W tym przygranicznym mieście do wyboru była praca w Zakładach Automatyki POLNA lub w zakładach chemicznych Astra. Dopiero później powstały inne, istniejące do dziś firmy. W takiej szarej i monotonnej rzeczywistości dorastał Marian Ostafiński. Urodzony 8 grudnia 1946 r. chłopak od najmłodszych lat z upodobaniem biegał za piłką. Razem z kolegami wykorzystywali każdy wolny kawałek trawy, żeby choć na chwilę oderwać się od codziennych zajęć. W wieku 11 lat trafił do drużyny trampkarzy Polonii Przemyśl. Futbol nie był jedynym sportem, jaki uprawiał Marian Ostafiński. Dobrze radził sobie również jako szablista na szermierczej planszy. Jednak inne dyscypliny, jak właśnie szermierkę, koszykówkę czy narciarstwo traktował raczej jako sporty uzupełniające. Prawdziwą jego pasją pozostawała i nadal pozostaje piłka nożna. Boisko przy ulicy Sportowej było blisko mojego miejsca zamieszkania. A poszedłem tam już z kilkoma umiejętnościami piłkarskimi, nabytymi na podwórku. Na podwórku grało się w „kapki”, piłką zrobioną ze starych pończoch czy „mitki”– zużytą piłeczką do tenisa ziemnego. Tam uczyło się techniki i po takim „szkoleniu” trafiłem do juniorów Polonii. W niej trafiłem z kolei na Jerzego Miśkiewicza, który był moim pierwszym prawdziwym trenerem klubowym i który zawsze przypominał mi: Marian, pamiętaj, to ja byłem twoim pierwszym trenerem. I o tym pamiętam. – opowiadał w wywiadzie z Józefem Zagulakiem dla ,,Życia Podkarpackiego”. Młody piłkarz nie od razu występował w obronie. Podobnie jak jego kolega z reprezentacji – Jerzy Gorgoń – swoją przygodę z piłką rozpoczynał od gry w ataku i radował się ze zdobytych bramek. Trzynastoletni Marian wyróżniał się wzrostem, dzięki czemu dobrze radził sobie w powietrzu. O tym, że został obrońcą, zadecydował… przypadek: ,,W Polonii Przemyśl zaczynałem jako napastnik, strzelałem gole. Przed meczem z Czuwajem Przemyśl nasz środkowy obrońca doznał kontuzji. Ponieważ byłem wysoki i dobrze radziłem sobie w pojedynkach główkowych, więc udanie go zastąpiłem. W ten sposób zostałem stoperem, choć czasami wystawiano mnie i na boczną obronę”. Cztery lata później grał już w zespole seniorów, który występował w lidze okręgowej. Okręgówka była wszystkim, na co stać było przemyski zespół. Tymczasem talent Ostafińskiego musiał się dalej rozwijać. Regularnie przychodziły powołania do juniorskich i młodzieżowych reprezentacji województwa rzeszowskiego. To wtedy poznał Jana Domarskiego. Przymierzano go też do narodowej kadry juniorów, ale mimo że dostał powołanie, to na zgrupowanie nie pojechał. Bardzo mnie wówczas namawiał do wyjazdu na tę konsultację mój trener w Polonii, ale powiedziałem mu krótko: „nie mam za co pojechać, i nie mam odpowiedniego sprzętu” – mówił w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego. W Polonii występował do 1965 r. Wtedy po 19-latka zgłosiło się wojsko. Dzięki temu, że całkiem dobrze radził sobie z piłką, mógł odbyć służbę, grając dla zespołu Bieszczady Rzeszów. Zapomniany już dzisiaj klub w tamtych czasach prowadził kilka sekcji, wśród których uwagę zwracała zwłaszcza bokserska. Marian jednak nie boksował, ale oprócz gry w futbol z powodzeniem występował w drużynie piłki ręcznej, z którą awansował do drugiej ligi. Kiedy przychodził do klubu, to sekcja piłkarska grała w lidze okręgowej. Podczas jego pobytu w Rzeszowie zespół zanotował awans do ligi międzywojewódzkiej, czyli na trzeci szczebel rozgrywek. Po awansie Ostafiński nabierał coraz większej pewności, że wkrótce trafi do pierwszoligowej Stali Rzeszów. W Bieszczadach był wyróżniającym się zawodnikiem i to nie tylko w formacjach obronnych. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych i pewnie egzekwował jedenastki, co przekładało się na dość sporą liczbę bramek. Do I ligi nie trafił jednak od razu. Byłem niejako „pod ręką” dla Stali – zwłaszcza kiedy skończyłem służbę wojskową. Najwyraźniej jednak nie chciał mnie Kazimierz Trampisz, który wtedy prowadził ten zespół w I lidze. Musiałby przecież odstawić któregoś z kolegów, grających wówczas na środku obrony. Grali – a raczej „tuptali” – tam wtedy „wiekowi” Edward Kohut i Leon Szalacha. Widać nie chciał się z nimi rozstawać, jakby pomylił I ligę z ligą oldbojów… – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Po zakończeniu służby wojskowej przez miesiąc trenował ze Stalą Mielec, ale ostatecznie trafił do innej Stali – do Stalowej Woli. Tamtejszy zespół, podobnie jak rzeszowskie Bieszczady, występował w lidze międzywojewódzkiej. W mieście nad Sanem spędził dwa sezony. Czuł jednak, że potrzebuje nowych wyzwań, czegoś nowego. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy na początku sezonu 1969/70 Stal Rzeszów przegrała cztery mecze z rzędu, pojechał do Rzeszowa. W przerwie na mecze reprezentacji sam pojechałem do prezesa rzeszowskiego klubu i spytałem go: „bierzecie mnie czy nie?”. No i wzięli! W pierwszoligowej wtedy Stali grał u boku dwóch piłkarzy, którzy mieli już za sobą debiut w reprezentacji – Jana Domarskiego i Mariana Kozerskiego. Zadebiutował w 5. kolejce w meczu z Ruchem Chorzów. Zaraz na początku meczu przewrócił się i doznał urazu. Ból ręki, która z każdą minutą coraz bardziej puchła, dawał się mocno we znaki. Ostafiński jednak pokazał swój zawzięty charakter, zacisnął zęby i wytrzymał do końcowego gwizdka. Później po przeprowadzonych badaniach okazało się, że ręka była złamana. Kontuzja trochę przeszkodziła mu w wejściu do zespołu, ale na ławce rezerwowych nie przesiadywał zbyt długo. Po kilku miesiącach swoją postawą zyskał uznanie w oczach kibiców. Był bezkompromisowy, ambitny, waleczny i uparty, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Wkrótce, po serii dobrych występów, zwłaszcza wśród napastników zaczął uchodzić za bardzo trudną do pokonania przeszkodę. W samym Rzeszowie miał tak silną pozycję, że podobno dobudowano mu balkon w bloku, w którym mieszkał, mimo że projekt tego nie przewidywał. Z pierwszoligowych boisk było dużo bliżej do reprezentacji. Zanim wystąpił w drużynie Kazimierza Górskiego, został sprawdzony w meczu reprezentacji młodzieżowej. 27 października 1971 r. Poznaniu zagrał przeciwko Czechosłowacji. Ostafiński miał już wtedy 25 lat, więc debiutował dość późno, ale dobry występ przeciwko naszym południowym sąsiadom stał się przepustką do pierwszej drużyny. To wtedy zwrócił na siebie uwagę Kazimierza Górskiego, który postanowił dać mu szansę w swoim zespole. 10 listopada Polacy wyjechali do hiszpańskiego Gijón, gdzie rozpoczynali walkę o awans na igrzyska. Przed meczem z amatorską reprezentacją Hiszpanii byli ostrożni, ale raczej spokojni o wynik. Optymistą był też Górski. Po pamiętnej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia w eliminacjach mistrzostw Europy, trener postanowił zamieszać w składzie. Jedną z poczynionych zmian było wystawienie właśnie Ostafińskiego. Sam piłkarz nie spodziewał się debiutu, ale to właśnie on wystąpił na środku obrony obok Gorgonia. Hiszpanie, choć amatorzy, to walczyli bardzo ambitnie i wcale nie położyli się na boisku. Polacy przeważali, ale do przerwy utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Górski był jednak pewny zwycięstwa. W drugiej połowie nasza drużyna nie pozostawiła złudzeń piłkarzom z Półwyspu Iberyjskiego i strzelając dwie bramki, pewnie wygrała. Dobre występy nowych zawodników przekonały selekcjonera, że warto na nich postawić również w rewanżowym meczu z RFN. Ostafiński wspominał, że Niemcy patrzyli na polskich piłkarzy z góry, traktowali ich jak stworzenia z innej gliny. W naszych wywołało to dodatkową motywację. Jednym z wyróżniających się zawodników był właśnie zawodnik rzeszowskiej Stali, który do spółki z Gorgoniem wybił z głowy Müllerowi zdobywanie bramek. To po tym spotkaniu na stałe zadomowił się w reprezentacji. Sam mecz zapamiętał tak: ,,Bardzo szybko przeleciało mi te 90 minut. Jeszcze dobrze się I połowa nie zaczęła, a już trzeba było schodzić do szatni. Podobnie z II częścią gry. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, jak długo jeszcze potrwa mecz, bo działo się wiele. Myślę, że dobrze wtedy graliśmy – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Druga część sezonu była słabsza w wykonaniu Ostafińskiego. Wielu zarzucało mu, że w spotkaniu z Bułgarią w Starej Zagorze to po jego starciu z Christo Bonewem sędzia podyktował wątpliwego karnego. Po tym meczu stracił na trochę miejsce w pierwszym składzie reprezentacji. Z klubem wygrał natomiast tylko w czterech ligowych pojedynkach i na koniec sezonu zabrakło im jednego punktu do utrzymania. Wobec takiego scenariusza, po rozegraniu 67 meczów w I lidze zdecydował się odejść z klubu. Na horyzoncie pojawiła się możliwość gry w chorzowskim Ruchu. Zależało mi jednak na grze w reprezentacji Polski, a z drugiej ligi było do niej zdecydowanie dalej niż z ekstraklasy. Przyznam szczerze, że nie paliłem się do zamieszkania na Śląsku, lecz perspektywa występów w silnym zespole przeważyła szalę. Zresztą Ruch pragnął mnie pozyskać znacznie wcześniej

Po sukcesach, jakie pod wodzą obcokrajowców osiągały Legia i Górnik, na zatrudnienie zagranicznego trenera zdecydowano się także w Ruchu Chorzów. W lipcu 1971 r. szkoleniowcem Niebieskich został zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława – Michal Vičan. Po roku pracy poprosił działaczy o poszukanie następcy dla odchodzących Antoniego Piechniczka i Antoniego Nieroby. Wybór padł na Mariana Ostafińskiego, który obok Jerzego Gorgonia był już wtedy uważany za najlepszego stopera w kraju. Mówiło się, że duży wpływ na jego sprowadzenie miał Stanisław Fangor – działacz, który pochodził z tego samego regionu co Ostafiński. Najprawdopodobniej jednak decydujące były pieniądze i możliwość występów w I lidze. W Chorzowie reprezentacyjny obrońca (wraz z Jerzym Wyrobkiem na środku, Konradem Bajgerem na prawej stronie i Piotrem Drzewieckim na lewej) stworzył świetnie funkcjonujący blok obronny, który naprawdę trudno było sforsować. Niewiele brakowało, a losy Ostafińskiego mogłyby potoczyć się inaczej. Czechosłowacki trener aplikował potężne dawki treningów. Zawodnicy często byli po nich wyczerpani. Piłkarz nawet nosił się z zamiarem zakończenia swojej przygody z piłką. Zimą 1973 roku harowaliśmy naprawdę ciężko! Nigdy wcześniej tak nie trenowałem! W Rzeszowie miałem dwóch węgierskich trenerów, Karoly’ego Kontę i Nandora Hidegkutiego, ale w dupę dostałem dopiero u Vičana. Zresztą dla innych chorzowian jego metody treningowe to też był szok. A potworne zmęczenie powodowało złość – przynajmniej u mnie. Ze stadionu przy Cichej na Tysiąclecie wracałem pieszo. Przychodziłem tak wykończony i wściekły, że naprawdę chciałem dać sobie z tym spokój.” Mordercze treningi przyniosły za to oczekiwany skutek. W pierwszym sezonie Ostafiński i koledzy musieli jeszcze uznać wyższość Stali Mielec, ale rok później nie było już mocnych na Niebieskich. Chorzowianie przegrali tylko trzy spotkania i pewnie sięgnęli po tytuł mistrza kraju. Mistrzostwo zapewnili sobie na trzy kolejki przed końcem i dorzucili do tego jeszcze Puchar Polski. 7 października 1973 r. Ostafiński strzelił swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie w wygranym 3:2 meczu z warszawską Gwardią. W relacjach prasowych bardzo często uznawano go za jednego z najlepszych na boisku. W mistrzowskim sezonie zespół bardzo dobrze radził sobie również w europejskich pucharach. Pod względem fizycznym absolutnie nie odstawali od rywali. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafili na holenderski Feyenoord. Po dwóch remisach 1:1 do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu konieczne było przeprowadzenie dogrywki. W tej lepsi okazali się zawodnicy z Holandii, którzy jak się później okazało, wygrali trofeum. Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy. Mimo porażki schodzili z boiska przy brawach holenderskiej publiczności. Po powrocie z Rotterdamu podejmowali swojego wielkiego rywala – Górnika Zabrze. W meczu, w którym po kontuzji wracać próbował Włodzimierz Lubański, Niebiescy nie pozostawili złudzeń przeciwnikowi i pewnie zwyciężyli 3:0. Nie było na nich mocnych w kraju, a śmiało można stwierdzić, że i w Europie byli jedną z wyróżniających się drużyn. Swój prymat potwierdzili w kolejnym sezonie. W Pucharze Europy Mistrzów Krajowych dotarli do ćwierćfinału, gdzie dość pechowo przegrali z francuskim Saint-Étienne. Na krajowym podwórku znowu jednak nie było na nich mocnych, dzięki czemu zdobyli drugi z rzędu tytuł. Jak grałem w Ruchu, to robiliśmy punkty jak na zawołanie. Byliśmy maszynką do robienia punktów. Kiedyś mieliśmy nawet chyba 17 punktów przewagi nad drugim zespołem, a wtedy za wygrany mecz były 2 oczka. Robiliśmy punkty na bieżąco i bez problemów, a do tego ciągle byliśmy niezadowoleni. Nie tylko my mieliśmy inny charakter, ale trener też był inny. Vičan nie pozwalał sobie na to, żebyśmy przy kilku punktach przewagi myśleli, że jesteśmy już mistrzami. On nam wmawiał, żebyśmy byli na to uczuleni Wydawać by się mogło, że w epoce największych sukcesów polskiej piłki, to na najlepszej drużynie klubowej oparta będzie reprezentacja. Nie do końca tak było… Po meczu w Starej Zagorze Ostafiński musiał trochę poczekać na kolejny oficjalny występ w narodowych barwach. Ligowa forma chorzowian nie mogła umknąć uwadze Kazimierza Górskiego, który zastanawiał się nad powołaniami na igrzyska. Kadrę budował w oparciu o dwójki i trójki zawodników grających w jednym klubie. I tak z Ruchu na igrzyska pojechali: Zygmunt Maszczyk, Joachim Marx i Marian Ostafiński. Pochodzący z Przemyśla zawodnik nie od razu wskoczył do składu. Pierwsze mecze z Kolumbią i Ghaną przesiedział na ławce w roli rezerwowego. Od pierwszych minut wystąpił dopiero w trudnym meczu z NRD. Trzeba pamiętać, że w reprezentacji debiutował ledwie rok wcześniej. Na turnieju olimpijskim wystąpił w trzech spotkaniach. Poza wspomnianym z naszymi zachodnimi sąsiadami, Górski wystawił go w bardzo ciężkim pojedynku z ZSRR i w następnym spotkaniu z Marokiem. We wszystkich grał pewnie, spokojnie i solidnie. Tak jak na obrońcę jego klasy przystało. W finałowym spotkaniu z Węgrami jednak nie zagrał. Sam po latach miał żal do selekcjonera. ,,No i co mam dziś powiedzieć? Że wkurzył mnie wtedy trener Górski? No bo wkurzył. Powtarzał zawsze, że zwycięskiego składu się nie zmienia. A zmienił – i to w najważniejszym meczu. Przecież ja wcześniej w turnieju olimpijskim grałem w najtrudniejszych spotkaniach: z NRD, ze Związkiem Radzieckim. Nawet w ostatnim przed finałem meczu z Marokiem też zagrałem. Jeszcze dzień przed grą o złoto byłem pewien, że w niej wystąpię. Byłem wytypowany do podstawowej jedenastki. A kilka godzin później, na przedmeczowej odprawie, okazało się, że mnie nie ma mnie w wyjściowym składzie. Zły byłem jak cholera. Tym bardziej że przecież trener Górski zawsze mi powtarzał: „Marian, ty lepiej grasz jesienią niż wiosną. A już na mokrym boisku jesteś najlepszy”. A w Monachium lało…”. Przyczyn swojej absencji w finałowym spotkaniu doszukiwał się w nie najlepszych relacjach z Jackiem Gmochem. Kiedy wybrzmiał końcowy gwizdek, wszyscy razem świętowali zwycięstwo. Piłkarz wspominał, że szczególnie dobrze bawili się piłkarze Ruchu i Górnika. Dołączyli też do nich przedstawiciele innych dyscyplin, a sukces oblewali m.in. japońską sake, którą Ostafiński dostał od trenera polskich dżudoków po meczu z NRD.

6

Jeden z najwybitniejszych polskich obrońców w dziejach polskiego futbolu kończy dziś 77 lat a ja przy okazji pragnę pozdrowić zwłaszcza wszystkich kibiców ,,Niebieskich”. Kim jest ten obrońca? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

10

Niedoceniane legendy futbolu:

8 grudnia 1941 r. urodził się angielski napastnik Goeffrey Hurst, Mistrz Świata-1966 oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1965(z West Ham United). Piłkarz, który został bohaterem finału Mistrzostw Świata w Anglii(1966) jeszcze pół roku wcześniej w ogóle nie grał w reprezentacji! Alf Ramsey miał wśród napastników duży wybór, Hurst był jednym z wielu. Nie pomogło mu nawet wywalczenie z drużyną West Ham Pucharu Zdobywców Pucharów(1965). Z punktu widzenia angielskiego trenera miernikiem wartości piłkarza były rozgrywki ligowe i pucharowe we własnym kraju a ponieważ tutaj Hurstowi szło całkiem dobrze, Ramsey postanowił zaryzykować. Geoffrey zadebiutował w reprezentacji w lutowym meczu przeciw RFN, do rozpoczęcia mundialu zagrał jeszcze tylko cztery razy i z takim marnym dorobkiem musiał rozpoczynać turniej na ławce rezerwowych. Tym bardziej iż najlepszy strzelec Anglii-Jimmy Greaves osiągnął wysoką formę(4 gole przeciwko Norwegii na 2 tygodnie przed Mundialem). Ale w meczu z Urugwajem rozpoczynającym Mundial Anglia nie strzeliła żadnej bramki. Dwa kolejne-z Meksykiem i Francją-wygrywała takim samym wynikiem 2:0 ale Ramsey nie był zadowolony i za każdym razem próbował innych napastników. Zaczynał z Greavsem i Conelym, w drugim meczu jego miejsce zajął Teryy Paine a w trzecim Ian Callaghan. Żaden z nich nie spisywał się zgodnie z oczekiwaniami selekcjonera a w dodatku Greaves doznał kontuzji i Ramsey na ćwierćfinałowy pojedynek z Argentyną z konieczności wystawił Hursta. Obydwaj dobrze na tym wyszli ponieważ Anglia wygrała 1:0 a jedynego gola strzelił właśnie Hurst, który doskonale współpracował z klubowym kolegą Martinem Petersem i wiadomo było że zdobył miejsce w drużynie a miał wówczas 24 lata. W półfinale z Portugalią Geoffrey gola nie strzelił ale w sobotę 30 lipca 1966 roku przeszedł do historii futbolu. Nikt inny nie zdobył 3 goli w finale mistrzostw świata. W dodatku Hurst pokazał niespotykaną wszechstronność. Pierwszą bramkę zdobył głową, drugą(tę dyskusyjną) prawą nogą a trzecią-lewą. Cztery lata później pojechał na Mundial do Meksyku. Wiosną 1972 roku wystąpił w kadrze po raz ostatni, ponownie przeciw RFN, która w jednym z najlepszych meczów w historii futbolu pokonała na Wembley Anglików 3:1. Hurst w 49 meczach dla Anglii zdobył 24 gole. Na mundial do Hiszpanii(1982) pojechał jako asystent trenera, który go wychował w West Ham-Rona Greenwooda. Geoffrey Hurst otrzymał z rąk królowej tytuł szlachecki. Koszulka, w której grał podczas finału na Wembley osiągnęła na aukcji wartość 80 tys. funtów. Hurst sprzedał ją mimo iż sytuacja materialna go do tego nie zmuszała. Natomiast piłkę, którą Hurst strzelił 3 gole zabrał Niemiec Helmut Haller. Dopiero z górą po 30 latach wystawił ją na aukcji, dzięki czemu wróciła do Anglii.



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:

8 grudnia 1921 r. w Gran Teatre del Bosque(teatr założony w 1905 r.) zarząd FC Barcelony wynajął jego szeroki parter aby zorganizować tutaj generalne zgromadzenie socios. Głównym punktem porządku dnia było przedstawienie projektu nowego stadionu. Szefowie klubu chcieli uzyskać przyzwolenie socios aby skonkretyzować kupno terenu, na którym miał stanąć przyszły Estadio Camp de Les Corts. W trakcie zebrania Gamper i inni członkowie rady, jak Joan Cabot i sekretarz Josep Julines, przemówili do zebranych, wskazując na konieczność doprowadzenia do realizacji tego projektu, który zaprezentowali jako naglącą potrzebę dla klubu. Ich wystąpienie zakończyło się owacją , będącą wyrazem jednogłośnej aprobaty dla propozycji przedstawionej przez dyrekcję. Gran Teatre del Bosque stał się więc teatrem marzeń barcelonizmu, gdzie narodził się przyszły, wymarzony stadion.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

2

Z całym szacunkiem panie Robercie, może pan grać nawet i 10 lat(!) byle nie w FC Barcelonie! W takim klubie to trzeba ładować gol za golem jeśli się gra środkowego napastnika. Dziękujemy za wszystko, lecz pana czas już dobiega końca i trzeba się jak najszybciej pożegnać z graniem w topowych klubach świata...

8

Szanowni cules, to był ten pierwszy raz!

8 grudnia 1899 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy mecz w historii klubu! Pierwszym przeciwnikiem Blaugrany byli członkowie brytyjskiej colonii. Tak oto dziennik ,,La Vanguardia’’zrelacjonował to spotkanie: ,,Wspaniała była wczorajsza gra na starym Velodromo de la Bonanova pomiędzy członkami stowarzyszenia ,,Foot-ball Club de Barcelona’’ i młodymi przedstawicielami kolonii angielskiej w stolicy Katalonii. O ustalonej wcześniej godzinie(to jest trzeciej po południu), obie drużyny złożone z dziesięciu graczy spotkały się na trawniku wspomnianego Velodromu. Mecz rozpoczął ze słabym północno-zachodnim wiatrem ,,team’’ Barcelona i później nastąpiła seria zdarzeń, które czynią ten ,,sport’’ tak atrakcyjnym dla silnych nacji. W drużynie Barcelony wyróżniali się- kapitan Joan Gamper, Urruela, Lomba i Wild ze względu na łatwość posługiwania się piłką. Na koniec należy gorąco podziękować zarówno ,,Foo-tball Club Barcelona’’ za tak udaną inaugurację swojego istnienia, jak i młodym anglikom za rozegranie dobrego, inteligentnego meczu. Drużynę ,,Barcelona foot-ball Club’’ reprezentowali Wild, A. Kamper, Urruela, Lomba, Orio de llobet, Lopez, Terradas, Kunzli i Schilling”. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny angielskiej 1:0 pomimo przewagi FC Barcelony. Wynik tego historycznego meczu na ówczesny czas był najmniej ważny. Wówczas liczyło się szlachetne fair-play pod każdym względem, czego dzisiaj próżno szukać nawet u anglików, którym w dużej mierze zawdzięczamy powstanie klubu. Dodam jeszcze że Velodromo de la Bonanova to było wówczas boisko duże ale bardzo nierówne i twarde, pełne kamieni, wyrw i kępek trawy. Miało jednak znakomite położenie, blisko stacji kolejowej La Bonanova w dzielnicy Sarii i to właśnie przekonało zarząd by korzystać z niego do rozgrywania meczów. W tamtych czasach boiska używano wspólnie z innymi drużynami z miasta. Grał ten, który przyjeżdżał jako pierwszy. Wśród drużyn, które korzystały z boiska była m.in. FC Catala, Barceloński klub założony zaledwie kilkanaście dni po FC Barcelonie.

Prawdziwi cules nie zapominają!



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?