FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
Cudze chwalicie, swego nie znacie:
Wszyscy fascynują się niesamowitą skutecznością trójki napastników Barcelony, ochrzczonej nazwą MSN. I słusznie. Messi, Neymar i Luis Suarez robili nieprawdopodobne rzeczy! Ale cudze chwalicie, swego nie znacie. Frapującą historie poznacie w odpowiedzi na mój komentarz. W Polsce był kiedyś atak co najmniej równie skuteczny. Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz i Teodor Peterek robili rzeczy jeszcze bardziej niewiarygodne i gdyby piłka nożna była wówczas tak medialna, jak dziś, to pewnie wszyscy słyszeliby o ataku WWP. Żeby opowiedzieć tę historię musimy uruchomić nasz wehikuł czasu i cofnąć się aż do lat 30-tych ubiegłego wieku. Jesteśmy w miejscowości Wielkie Hajduki, które w 1939 roku zostaną częścią Chorzowa. Tamtejszy Ruch dopiero zaczynał budować swoją legendę a głównymi architektami byli Teodor Peterek i Gerard Wodarz. To oni, wraz z Edmundem Giemsą, decydowali o obliczu ofensywy zespołu, który w 1933 sięgnął po tytuł mistrza Polski. Wodarz grał na pozycji lewoskrzydłowego. Strzelanie goli nie było jego głównym obowiązkiem, choć podczas 11 sezonów gry w Ruchu strzelił ich 51, czyli całkiem sporo. Jego wkład w sukcesy Ruchu był nie do przecenienia, bo zazwyczaj to po jego dośrodkowaniach z lewego skrzydła napastnicy strzelali bramki. Gdyby ktoś w czasach przedwojennych liczył asysty, to być może mielibyśmy do czynienia z jakąś astronomiczną liczbą. Wodarz był tak dobry, że po meczu z Wielką Brytanią na igrzyskach olimpijskich w Berlinie, Anglicy natychmiast zaproponowali mu grę na Wyspach. Piłkarz odmówił, tłumacząc to tęsknotą za rodzinnym domem. No cóż, takie były wtedy czasy. Teodor Peterek był z kolei klasycznym snajperem. Do Ruchu trafił w 1928 roku ze Śląska Świętochłowice i szybko oczarował kibiców tego klubu eleganckim stylem gry. Kiedy już się zaaklimatyzował na dobre, zaczął strzelać gole z zadziwiającą częstotliwością i w sumie na boiskach ekstraklasy uzbierał ich aż 154. Peterek słynął ze świetnej gry głową i… dogryzania arbitrom. Choć obaj zawodnicy zbierali doskonałe recenzję przed 1934 rokiem, to w rok, w którym Włosi zdobyli tytuł mistrza świata a Polska i Niemcy podpisały deklarację o niestosowaniu przemocy, był przełomowy dla obu zawodników i dla samego klubu. Stało się tak ze względu na przybycie nowego zawodnika – genialnego Ernesta Wilimowskiego.
Popularny „Ezi” grał wcześniej w 1. FC Katowice i już wtedy wszyscy mówili, że ten piłkarz ma papiery na granie. Kiedy jednak założył koszulkę Ruchu, stał się kimś w rodzaju futbolowego mesjasza. Już w pierwszym sezonie strzelił 33 gole, a trzeba zaznaczyć, że wcale nie wpłynęło to na ilość goli strzelonych przez Peterka, który trafiał do siatki 28 razy! Jeżeli dodamy do tego 10 goli Wodarza, to wyjdzie nam niewiarygodna liczba 71 goli w 21 meczach!(w jednym meczu Ruch wygrał walkowerem po wycofaniu rywala). A przecież Wilimowski miał wówczas zaledwie 17 lat! Ile znaczył Wilimowski dla Ruchu? Oddajemy głos nieocenionemu Andrzejowi Gowarzewskiemu, który na łamach tomu 2. „Kolekcji klubów” dotyczącego historii Ruchu Chorzów, pisał następująco: ,,Młodziutki napastnik, o mało przekonującej posturze − szczupły, wręcz chudy, o skąpej, rudowłosej czuprynie i śmiałym, wręcz bezczelnym spojrzeniu − był jednak najlepszym transferem, jakiego dokonali hajduccy działacze. Za hutniczy etat stał się graczem „niebieskich” i od pierwszego występu wzbudzał entuzjazm kibiców. To niewiarygodne, jak olbrzymim talentem obdarzyła go natura − objawił się jako technik absolutny, a przy tym posiadający fenomenalną wręcz intuicję strzelecką. Swoją postawą zmuszał do respektu i akceptacji najbardziej rutynowanych partnerów, znajdował bez trudu miejsce należne mu z racji umiejętności a młody wiek nie miał w tym przypadku żadnego znaczenia. Poddali się jego osobowości tak znakomici gracze, jak Peterek i Wodarz, akceptowali, choć nie zawsze lubili, wszyscy inni”.[Kolekcja klubów. Ruch Chorzów. Wydawnictwo GiA. Str. 43/45]. W kolejnych latach trójka W-W-P, wspierana m.in. przez Edwarda Giemsę, Ewalda Urbana, Ernesta Kubisza czy Ewalda Kruka, była postrachem polskich bramkarzy. W efekcie Ruch do momentu rozpoczęcia II wojny światowej tylko raz dał sobie odebrać tytuł mistrzowski. Peterek w tym czasie dwukrotnie sięgał po tytuł króla strzelców, a w 1936 roku dzierżył berło wraz z Wilimowskim (strzelili wówczas po 18 bramek) a Wodarz robił to, co wychodziło mu najlepiej ― wystawiał im piłki jak na tacy.
W reprezentacji również cała trójka spisywała się wyśmienicie, jednak razem zagrali tylko w trzech meczach. Po raz pierwszy hajduckie trio spotkało się na boisku 23 maja 1934 w meczu ze Szwecją (2:4), choć wówczas Peterek wszedł tylko na ostatnie dziewięć minut. W 1934 roku Peterek, Wilimowski i Wodarz wraz z Edmundem Majowskim i Józefem Nawrotem tworzyli atak reprezentacji Polski w meczu z Jugosławią (1:4) a w 1938 wspólnie z Ryszardem Piecem i Leonardem Piątkiem wystąpili w meczu przeciwko reprezentacji Niemiec (1:4). Ostatecznie Peterek zagrał w kadrze w dziewięciu meczach i strzelił sześć bramek, bilans Wodarza to 28 gier i dziewięć goli a dorobek Wilimowskiego wynosił 22 mecze i 21 goli! Cała trójka brała też udział w wielkich międzynarodowych turniejach i jak zwykle, spisywała się wyśmienicie. W 1936 roku Wodarz (grając u boku Peterka) strzelił trzy bramki Wielkiej Brytanii na igrzyskach olimpijskich, a w 1938 Wilimowski strzelił na mistrzostwach świata cztery gole w starciu z Brazylią, i co warte odnotowania, wszystkie po podaniach Wodarza. Era wielkiego Ruchu zakończyła się w 1939 roku, choć zapewne trwałaby znacznie dłużej, gdyby nie II wojna światowa. Chorzowianie w ostatnim przedwojennym sezonie wciąż imponowali niesamowitą skutecznością. Wilmowski po 14 kolejkach miał 26 goli, Peterek 10, a Wodarz dołożył jedno trafienie (choć nie sposób policzyć jego asyst). W tym sezonie do historii przeszedł mecz Ruchu z Union Touring Łódź. Chorzowianie wygrali wówczas 12:1(!) a Wilimowski strzelił aż 10 goli! Co ciekawe ,,Przegląd Sportowy” miał po tym spotkaniu… skrytykować „Eziego”, o czym pisał na swoim blogu Paweł Czado: ,,Szokujące, że za najlepszego zawodnika tamtego meczu uznano nie Wilimowskiego a autora dwóch pozostałych goli kierującego atakiem, wyjątkowo świetnie dysponowanego Teodora Peterka! Przegląd Sportowy napisał, że gra Wilimowskiego w tym meczu nie była bez zarzutu.” Było w niej za dużo cyrkowych sztuczek a za mało pomocy sąsiadom, na czym stracił dobrze grający Wodarz”. Można się tylko zastanawiać co by się działo, gdyby w tamtych czasach było coś takiego jak europejskie puchary. Być może wówczas MSN wciąż próbowałby doścignąć osiągnięcia WWP? Tego już się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że w 1939 roku wybuchła wojna, która rozdzieliła niezwykłe chorzowskie trio. Peterek i Wodarz przez krótki czas zakładali koszulki Bismarckhütter Sport Vereinigung, powstały w miejsce zlikwidowanego Ruchu. Później zostali siłą wcieleni do Wermachtu, ale pod koniec wojny bronili honoru Polski. Zupełnie inaczej potoczyły się losy Wilimowskiego. „Ezi” podpisał volkslistę, przyznając poniekąd, że jest Niemcem i grał nawet w reprezentacji III Rzeszy. I właśnie dlatego Wilimowski przez wiele lat był wymazywany z kart historii polskiej futbolu. Czas pokazał, że wszelkie próby wymazania piłkarzy o takiej klasie są z góry spisane na straty.
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
0
Czyż to Tuchel się wkurwił na swoich podopiecznych czy odwrotnie(?) że tak tłuką to Mainz?
0
@FcPortoFan1999 No raczej wszystko na to wskazuje, gdyż nasza gra wygląda jak gra Barcy a nawet gorzej...
7
@FCBparasiempre
Pod taką nazwą w roku 1960 rozegrano pierwsze w historii Mistrzostwa Europy. Pierwszy projekt mistrzostw Europy powstał wszak aż 33 lata wcześniej, tj. w 1927 roku. Jego autorem był Francuz Henri Delaunay, długoletni sekretarz generalny Fédération Française de Football, a więc francuskiego odpowiednika PZPN. Pomysł nie zyskał jednak aprobaty innego Francuza, legendarnego Julesa Rimeta, pomysłodawcy mundialu i szefa FIFA, który obawiał się osłabienia pozycji Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej. Mimo to idea ,,Euro” przetrwała i po wojnie ponownie pojawił się projekt zorganizowania zmagań o miano najlepszej drużyny Starego Kontynentu. W 1951 roku swoją koncepcję mistrzostw Europy przedstawił Włoch Ottorino Barassi, który od lat identyfikował się z pomysłem Delaunaya. FIFA znów stanęła okoniem, jednak tym razem wywołało to skutki odwrotne od spodziewanych. Dnia 22 czerwca 1954 roku w Bernie 7 działaczy piłkarskich pochodzących z 7 różnych krajów powołało do życia Unię Europejskich Związków Piłkarskich (UEFA), której sekretarzem generalnym został Delaunay. Od tego momentu zorganizowanie pierwszego Euro wydawało się być tylko kwestią czasu. W lutym 1955 roku w trakcie spotkania działaczy UEFA w Brukseli przyjęto ogólny zarys mistrzostw Starego Kontynentu, zgodnie z którym Euro miało odbywać się co 4 lata, w tym samym roku co letnie igrzyska olimpijskie, w analogicznym systemie jak mundial. Konkretów wciąż jednak brakowało. Na domiar złego w listopadzie 1955 roku zmarł Henri Delaunay, przez co trudno było liczyć, że jego idea mistrzostw Europy szybko przeistoczy się w realny byt w postaci pierwszego turnieju. Po wielu dyskusjach i spotkaniach, w których istotną rolę odgrywał m.in. syn Henriego Delaunaya – Pierre, wreszcie w 1957 roku kongres UEFA zatwierdził koncepcję rywalizacji o tytuł mistrza Europy. W czerwcu 1958 roku podczas kongresu w Sztokholmie przyjęto ostateczny kształt Euro, którego oficjalna nazwa brzmiała Puchar Europy Narodów (samo trofeum dla najlepszej drużyny otrzymało imię Henriego Delaunaya). Pierwsza część mistrzostw miała odbywać się w systemie pucharowym (mecz i rewanż). Następnie po wyłonieniu półfinalistów planowano przeprowadzić w jednym państwie turniej finałowy, nadal w systemie pucharowym, tyle że bez rewanżów. Gospodarzem turnieju miała być Francja, ewentualnie Hiszpania, chyba że żaden z tych krajów nie przeszedłby do tego etapu rozgrywek – wówczas zamierzano wybrać inne państwo. W Sztokholmie od razu przeprowadzono także losowanie rozgrywek. Akces do turnieju zgłosiło 17 drużyn, dlatego też o jedno miejsce w 1/8 finału musiały dodatkowy pojedynek stoczyć reprezentacje Czechosłowacji i Irlandii. Ostatecznie po dwumeczu do 1/8 awansowała Czechosłowacja. Do walki o udział w pierwszych mistrzostwach Europy nie przystąpiła ekipa RFN, czy choćby ówcześni wicemistrzowie świata Szwedzi. Dla nich, a także dla wielu innych zespołów, nowo powstałe rozgrywki nie miały wystarczająco dużej rangi. Z uczestników ,,szwedzkiego” mundialu europejskie wyzwanie podjęło tylko sześć zespołów: Austria, Czechosłowacja, Francja, Jugosławia, Węgry i ZSRR. Dodatkowo w eliminacjach udział wzięły: Bułgaria, NRD, Polska oraz Rumunia. Wszystkie te kraje z wyjątkiem Francji, oddzielone były od reszty świata żelazną kurtyną. 8 z 17 pretendentów aspirujących do występów na turnieju finałowym, to państwa ustroju socjalistycznego. Dziewiąta z tego grona Austria, mimo niefortunnego położenia geograficznego, w 1955 r. zyskała wieczystą neutralność, porzucając wszelkie związki łączące je z Moskwą.
Pozostałe kraje były w dużej mierze uzależnione od ,,Wielkiego Brata”. Dla dwóch z nich najbardziej dramatyczny okazał się rok 1956. Polski Październik i rewolucja na Węgrzech odcisnęły ogromne piętno na piłkarskich losach obu państw. To właśnie wtedy nastąpił kres ,,Złotej jedenastki” Gustava Sebesa. Wojska radzieckie krwawo stłumiły ten jawny akt nieposłuszeństwa. W narodzie węgierskim pozostała głęboko tkwiąca zadra. Po dwóch latach ponownie dała znać o sobie, kiedy Madziarzy w eliminacjach Pucharu Narodów Europy wylosowali ZSRR. Pierwszy mecz na moskiewskich Łużnikach przyciągnął ponad stutysięczną widownie. Rosjanie mieli znakomitą kadre. Walentin Iwanow, Anatolij Ilijin i Sława Metreweli pokonali niedoszłych mistrzów świata z 1954 ale bez Puskasa, Kocsisa, Czibora czy Buzanszky’ego to już nie była ta sama drużyna co kiedyś. W Moskwie zabrakło jeszcze Bozsika, który zagrał dopiero w rewanżu oraz Hidegkutiego, który po mistrzostwach świata w Szwecji definitywnie rozstał się z reprezentacją. Mecz w Budapeszcie był formalnością, więc gol Wojnowa tylko przypieczętował awans ZSRR. W kolejnej ,,socjalistycznej” parze mierzyli się ze sobą Jugosłowianie i Bułgarzy. ,,Plavi” posiadali bardzo silną drużynę, która na trzech ostatnich igrzyskach olimpijskich zdobywała srebrne medale. Nie miała więc specjalnych trudności w wyeliminowaniu rywali. Podobnie jak Czechosłowacy, którzy po remisie z Danią w Kopenhadze u siebie zaaplikowali im aż 5 goli!. Do ćwierćfinałów awansowali także Rumuni, za to piłkarze Polski i NRD nie sprostali drużynom z Półwyspu Iberyjskiego, odpowiednio Hiszpanii i Portugalii. W Chorzowie popisową partie rozegrali gwiazdorzy FC Barcelony i Realu Madryt: Luis Suarez i Alfredo Di Stefano. Natomiast wschodnich Niemców oczarował gracz Benfiki Mario Esteves Coluna, który niebawem wespół z Eusebio miał decydować o jej supremacji w Europie. W tamtym czasie na Starym Kontynencie dominowali akurat dwaj Francuzi: Raymond Kopa oraz Just Fontaine. Obaj zrobili furore na szwedzkich boiskach, doprowadzając francuską reprezentacje do trzeciego miejsca. W dowód uznania Kopa został laureatem Złotej Piłki za rok 1958. Fontaine w tej samej klasyfikacji był trzeci. Znakomicie poprowadzili Francje do kontynentalnego turnieju. W meczach przeciwko Grekom i Austriakom grali jak natchnieni. ,,Justo” Fontaine jako pierwszy gracz w historii eliminacji wsławił się hat-trickiem. Trzy gole z Austrią, strzelone przed paryską publicznością potęgowały uwielbienie, jakim darzyli go kibice. Wcześniej 2 gole wbił Grekom. W finałach nie wystąpił jednak ani on, ani Kopa. Fontaine’a z turnieju wykluczyła poważna kontuzja(złamana noga). Po mistrzostwach zagrał w reprezentacji tylko jeden raz, w spotkaniu z Bułgarią ale gola już nie zdobył. Podobnie jak Kopa, czasy świetności miał już za sobą, choć Francuz polskiego pochodzenia jeszcze przez 2 lata witał się z kadrą. Całe eliminacje zdominowała jednak nie piłka, lecz polityka. Szlagierowo zapowiadany ćwierćfinał pomiędzy Hiszpanią a ZSRR nie odbył się a szkoda. Pasjonujący trenerski pojedynek Herrera – Kaczalin ustąpił miejsca ideowym rozbieżnościom między faszyzmem a komunizmem. Generał Franco nie zezwolił piłkarzom na odlot do Moskwy. Nie widział też możliwości przylotu radzieckich obywateli do jego kraju. Wszelkie próby mediacji podejmowane ze strony prezesa federacji hiszpańskiej nie przyniosły żadnego rezultatu. ,,Caudillo” był nie przejednany. W efekcie Hiszpanie zostali na rok zawieszeni w prawach członka FIFA. Ocalała duma narodowa ale ucierpieli na tym piłkarze. Takie asy jak Gento, Kubala, Di Stefano czy Mateos nigdy nie wystąpili na mistrzostwach Europy. W trakcie czterodniowego turnieju finałowego 4 mecze miały przesądzić o końcowym wyniku premierowych mistrzostw Europy. Pierwszy półfinał dostarczył wielu niezapomnianych wrażeń, od razu przechodząc do historii. Stało się tak za sprawą liczby strzelonych goli, którymi piłkarze Francji i Jugosławii uraczyli widownię zgromadzoną na Parc de Princes w Paryżu. Za Francuzami w tym meczu przemawiała własna publiczność oraz znakomity wynik z mistrzostw świata w Szwecji, na których zajęli trzecie miejsce. Z kolei atutem ,,Plavich” był… korzystny bilans w bezpośrednich meczach z Francją. Tradycji ponownie stało się zadość. ,,Trójkolorowi” pozbawieni Cisowskiego, Kopy, Fontaine’a i Piantoniego prowadzili już 4:2, by ostatecznie ulec rywalom 4:5. Trzy ostatnie gole dla Jugosłowian padły w ciągu zaledwie 3 minut. Bohaterem meczu został Drażan Jerkovič, którego trafienia dały remis a później zwycięstwo bałkańskiej drużynie i to wszystko w odstępie 55 sekund! Francuzi powinni byli się tego spodziewać. Na dwóch ostatnich mistrzostwach świata dwukrotnie mierzyli się z Jugosławią w fazie grupowej i za każdym razem przegrywali. W Szwecji nie przeszkodziło im to zająć trzeciego miejsca, lecz w Paryżu nie pozwoliło awansować do finału. W drugim meczu półfinałowym rozegranym w Marsylii naprzeciwko siebie stanęły zespoły Czechosłowacji oraz ZSRR. Było to bardzo jednostronne widowisko. Przewaga Rosjan ani przez moment nie podlegała dyskusji, choć swoje szanse mieli także rywale. Wybrańcy Kaczalina gładko wygrali 3:0. Okazji na zmniejszenie rozmiarów porażki nie wykorzystał Vojta. Piłka po jego strzale z rzutu karnego minęła słupek bramki Jaszyna i przeleciała za końcowa linie boiska. Rudolf Vytlacil, mistrz defensywy, tym razem nie ustrzegł się błędów a jego drużyna straconych goli. Związek Radziecki awansował do finału, w którym czekał już zespół Jugosławii. Czechosłowakom pozostał mecz z gospodarzami o trzecie miejsce. Rywalizaja bez większej stawki, czego dowodem opustoszałe trybuny Stade Velodrome. Chętnych do obejrzenia gry swoich ulubieńców było nie całe 10 tysięcy rodaków. Francuzi czuli ogromny zawód. Zamiast o chwałę, walczyli o honor ale i tego pozbawili ich lepsi w tym dniu Czechosłowacy. Gole Bubnika i Pavlovicia okazały się na wage brązowego medalu. Dwa lata później na mistrzostwach świata w Chile wynik będzie jeszcze lepszy. Vytlacil był w trakcie przebudowy zespołu, której trzon stanowili Schrojf, popluhar i Masopust(zdobywca Złotej Piłki z 1962 r.). Nie było w niej już miejsca dla Pavlovicia, który w trakcie PNE ’60 miał 34 lata na karku i był najstarszym strzelcem całego turnieju.
Pierwszy finał Pucharu Narodów Europy, jeden z czterech, w których na przestrzeni 28 lat będzie dane wystąpić ekipie ZSRR okazał się zwycięski. Wyścig po złoto dwóch sportowych potęg ustroju socjalistycznego, niejednokrotnie ze sobą konkurujących. Paryski finał miał być rewanżem ,,Plavich” za porażke przed czterema laty w decydującym meczu podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne 1956. Wówczas o jednego gola, strzelonego przez nieobecnego teraz Iljina, lepsi okazali się Rosjanie. Tym razem miało być inaczej a było podobnie. Śliska murawa nie predestynowała do przeprowadzenia zbyt widowiskowych akcji. Pierwszego gola, tak jak w półfinale z Francją, strzelili Jugosławianie. Ponownie wynik rywalizacji otworzył Milan Galič. Maslenkin w ostrym starciu z Jerkowiciem walczyli o piłke przy końcowej linii boiska. Gdy obaj stanęli, sądząc że futbolówka opuściła plac gry, ich niezdecydowanie wykorzystał Galič i pokonał Jaszyna. Gol do szatni nie zdeprymował jednak Rosjan. Tuż po przerwie rzucili się do odrabiania strat. Pięć minut po wznowieniu gry Bubkin oddaje mocny strzał na bramkę przeciwników. Vidinič broni ale tak niefortunnie odbija piłke że ta pada łupem zawodników radzieckich. W rezultacie Metreweli z bliska strzela gola. Wynik remisowy utrzymał się do końca meczu. Angielski arbiter Edward Ellis zarządził pierwszą w tym turnieju dogrywke. Dodatkowe 30 minut przypadło akurat na mecz finałowy, jakby umyślnie podnosząc jego dramaturgie. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował na pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce. To był koniec marzeń Jugosłowian o zwycięstwie a zarazem początek wielkiej fety piłkarzy radzieckich. Gawrił Kaczalin miał swój wielki dzień. Był pierwszym ,,królem Europy” i to wywodzącym się z jej ,,gorszej” części. Kapitan zespołu Igor Netto nie krył dumy i zadowolenia odbierając z rąk Pierre’a Delaunaya puchar imienia jego ojca. Coupe Henri Delaunay zasłużenie przypadł Rosjanom. Wschód wykazał wyższość nad Zachodem ale głównie dlatego że Niemcy i Brytyjczycy zlekceważyli kontynentalne rozgrywki. Całe podium zajeli przedstawiciele socjalistycznych państw. To jedyny taki przypadek w historii, która począwszy od zawodów we Francji, co 4 lata dopisuje kolejne rozdziały batalii o prymat w Europie. Bilans 1960 roku przedstawiał się następująco: Związek Radziecki z Pucharem Henri Delaunaya, Jugosławia z medalem za drugie miejsce i… złotym krążkiem wywalczonym na igrzyskach olimpijskich w Rzymie. Oba finały dzieliły od siebie okrągłe 2 miesiące. Na Parc des Princes 10 lipca ,,Plavi” przeżywali rozgoryczenie, na Stadio Flaminio 10 września szaleli z radości. Futbol jest piękny, bo nieprzewidywalny. Nikt wówczas nie mógł również przypuszczać że Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja po ponad 30 latach ulegną rozpadowi. Rolą historii jest jednak pamiętać także o takich przypadkach. Na koniec trzeba jeszcze odnotować króla, a właściwie królów strzelców. Po dwa gole zdobyli: Galič, Iwanow, Jerkovič, Poniedielnik oraz Francuz Heutte.
7
Małymi kroczkami zbliża się święto futbolu a mianowicie kolejne Euro. W związku z tym chciałbym państwu przedstawić historie tego dosyć młodego turnieju w dziejach futbolu. Puchar Europy Narodów część 1:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
@FCBparasiempre
Z perspektywy czasu, Juan Sebastian Veron, który obchodzi dzisiaj swoje urodziny, swoją grą potrafił zachwycać we Włoszech i Argentynie. Mimo średnio udanej męczarni na Wyspach Brytyjskich, tam też nie przepadł kompletnie. Jednak jak sam wielokrotnie podkreślał Italia to miejsce odpowiednie do niego. Całą opowieść o dzisiejszym jubilacie, trzeba chyba zacząć od ojca Juana Ramona Verona, który przez lata występował jako napastnik, czterokrotnie grając w reprezentacji Argentyny, spędzając większość swojej kariery w Estudiantes La Plata. Zaliczył też trzyletni epizod w Panathinaikosie Ateny. Gdy w 1975 roku na świat przyszedł jego syn, Juan Ramon wrócił do Estudiantes, a następnie trzy sezony spędził w Kolumbii i znów wrócił do La Platy, miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów od Buenos Aires. Co ciekawe, gdy rodził się jego syn, on akurat rozgrywał mecz, bo trener nie chciał go tracić i nie przekazał zawodnikowi o tak ważnym momencie w jego życiu. Młody Juan Sebastian od razu miał więc lepsze wejście do ekipy „Lwów”, gdzie na treningi zaprowadził go ojciec, przez kolejne lata czynnie uczestniczący w życiu klubu m.in. jako doradca. Całe dzieciństwo miał w głowie jednak tylko piłkę, przez co gorzej szło mu w szkole. Skończyło się tym, że rzucił szkołę i poszedł do pracy do zakładu wulkanizacyjnego. Inaczej było jednak na boisku. Veron junior od razu zaczął sobie wypracowywać dobrą pozycję w klubie, jeszcze w czasach juniorskich. Po prostu prezentował się nad wyraz dobrze, co udowadniał też w młodzieżowych reprezentacjach. Mimo że dysponował potężnymi warunkami fizycznymi, popisywał się bardzo elegancką grą. Nie wykopywał piłki, nie lubił się o nią „bić”. Miał wyraźne inklinacje ofensywne. A gdy dostawał futbolówkę do nogi, zaczynała się prawdziwa sztuka. Ujawniał duszę artysty. Potężny strzał z dystansu, a do tego podania najwyższej klasy, znajdujące najmniejszą lukę w szeregach obronnych rywali, czy też długie dopieszczone zagrania. Prawdziwy artysta, którego dziś najprościej porównać do Kevina De Bruyne, mieszanym z Andreą Pirlo. To wszystko nie umknęło uwadze pierwszej drużyny, gdzie młody Argentyńczyk wszedł jak po swoje. Od pierwszych meczów zawładnął środek pola i już w drugim sezonie, znacząco przyczynił się do wydostania „Lwów” z drugiej ligi na najwyższy poziom rozgrywek w Argentynie. Było jednak wiadomo, że Estudiantes, wydostające się z okopów to za małe progi na takiego zawodnika, dodatkowo klub miał problemy finansowe i tuż po awansie trafił do argentyńskiego potentata, Boca Juniors. Tam spędził jednak tylko pół roku, bo nadeszła oferta z Europy. W Buenos Aires grał jednak w jednym zespole z Diego Armando Maradoną. Veron przeniósł się za około sześć milionów funtów do Sampdorii Genua, gdzie trafił pod wodzę Svena-Gorana Erikssona. Zaliczył już wtedy swoje pierwsze występy w pierwszej reprezentacji. Zaliczył dwa bardzo dobre sezony w Serie A i powoli Genua zaczynała się robić zbyt ciasna. Czarował swoją grą, strzelał kapitalne bramki z dystansu i zwracał na siebie uwagę przeciwników. Choć posturą i wyrazem twarzy przerażał, z piłką przy nodze stawał się innym piłkarzem, który na boisku widział dużo więcej.
W 1998 roku Daniel Passarella powołał go na mistrzostwa świata. Tam Argentyńczycy odpadli w ćwierćfinale, ulegając Holandii, jednak sam Juan Sebastian mógł uznać turniej za udany. Zagrał komplet minut, łącznie z dogrywką w spotkaniu z Anglią w 1/8 finału, a do tego dorzucił trzy asysty, po jednej w meczu z Jamajką w fazie grupowej, oraz Anglią, a następnie Holandią, popisując się kapitalnym prostopadłym podaniem do Claudio Lopeza. Po światowym czempionacie cena za niego wzrosła. Parma zapłaciła za niego ponad trzykrotność ceny, za którą w ogóle trafił na Półwysep Apeniński. Tam wytrzymał jeden sezon, ale z ekipą „Gialloblu” wygrał Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, gdzie we wcześniejszej fazie Parma mierzyła się w pamiętnych meczach z Wisłą Kraków, ostatecznie wygrywając dwumecz jedną bramką. A Veron zanotował asystę, przy golu Enrico Chiesy. Jak się później okazało, to właśnie „Biała Gwiazda” sprawiła Włochom największe trudności, bowiem w późniejszych fazach raczej dość pewnie ograli Glasgow Rangers, Bordeaux, Atletico Madryt, a także w wielkim finale Olympique Marsylię, wygrywając 3:0. Wtedy Veron również zanotował asystę, znów przy trafieniu Chiesy, ustalającym wynik spotkania. Dużo bardziej Parma męczyła się w Pucharze Włoch, gdzie m.in. w finałowym dwumeczu, bramkami na wyjeździe pokonała Fiorentinę. Alberto Malesani największe bronie wystawił dopiero po przegranym pierwszym meczu z Udinese. W rewanżu wystąpiła już najmocniejsza ekipa z Veronem, Hernanem Crespo, czy Gino Baggio, a sam argentyński pomocnik zdobył bramkę i dorzucił asystę, prowadząc Parmę do zwycięstwa 4:0. Następnie zdobył po jednym golu w obydwu spotkaniach z Interem w ramach półfinału. Dodatkowo Parma zajęła trzecie miejsce w lidze, a Veron zdobył w lidze jedną bramkę i sześć asyst. Mimo że nie pojechał na Copa America, to wszystko zaprocentowało kolejnym sporym transferem, gdy za równowartość 30 milionów euro trafił do Lazio, znów pod skrzydła Erikssona. Tam wejście miał wyborne. W swoich pierwszych ośmiu meczach w lidze zapisał na koncie pięć bramek i tyle samo asyst. A prawdziwą popisówką był niesamowity gol z Hellasem Verona, gdy skierował piłkę do bramki prosto z rzutu rożnego, a jakby tego było mało, miał jeszcze dwie asysty. Debiut w nowych barwach zaliczył z kolei z Manchesterem United w ramach Superpucharu Europy. „Biancocelesti” wygrali na Stade Louis II w Monako 1:0 po trafieniu Marcelo Salasa, a Veron rozegrał pełne 90 minut i zgarnął tytuł najlepszego zawodnika meczu. Na boisku czarną robotę za jego plecami odwalał wtedy Diego Simeone, przez co Argentyńczyk mógł się zająć kreowaniem. Problemem według Erikssona było jednak jego nocne życie. Veron miał jednak szczęście, bo tam bardzo szybko temperował go szwedzki szkoleniowiec, przez co nie był w stanie całkowicie „popłynąć” i piłka nigdy nie zeszła u niego na dalszy plan. Szybko ułożył też sobie relacje z kibicami, którzy nie mogli wytrzymać, że gwiazdor ich ukochanego zespołu nosi tatuaż Che Guevary. Razem z kolegami dotarł też do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza okazała się Valencia. Do tego vicemistrzostwo Włoch i Puchar Włoch. Trzeba przyznać, że rosły Argentyńczyk zaliczył bardzo korzystne wejście do zespołu. Swoją formę podtrzymał też w kolejnym sezonie, gdy skończył go z czterema bramkami i dziesięcioma asystami w 32 spotkaniach. Przeszkadzać zaczęło mu delikatnie zdrowie i kolejne mniejsze urazy. Dodatkowo był mocno eksploatowany w reprezentacji, będąc etatowym pomocnikiem w eliminacjach do mistrzostw świata, w których „Albicelestes” w 18 spotkaniach zanotowali tylko jedną porażkę.
Świetna postawa Verona w reprezentacji i stolicy Włoch zaprocentowała kolejnym ogromnym transferem. Kolejnymi powodami tego okazało się odejście Svena-Gorana Erikssona oraz problemy finansowe klubu ze stolicy Włoch. A prawdopodobnie najważniejsze były problemy z prawem. Szybko bowiem okazało się, że „Mała Wiedźma” grał w Serie A na włoskich papierach, które, krótko mówiąc, były „lewe”, wpisał tam bowiem włoskich dziadków, którzy nie istnieli. W swoich szeregach zapragnął go za to mieć sir Alex Ferguson i Manchester United wyłożył na niego ponad 40 milionów euro, bijąc angielski rekord transferowy. Sam szkoleniowiec był zafascynowany dotychczasową ekipą „Biancocelesti” na czele właśnie z sympatycznym łysolem. Nie było jednak wielką tajemnicą, że Szkot chciał w swojej drużynie również Marcelo Salasa, który pogrążył jego zespół w pamiętnym starciu o Superpuchar Europy i Alessandro Nestę. Legendarny szkocki trener od razu wkomponował go do środka pomocy, gdzie rządził razem z Royem Keanem oraz Paulem Scholesem. To okazało się jednak problemem, bowiem „Czerwone Diabły” przez lata grały czwórką pomocników. Nagle Ferguson postanowił coś zmienić i chciał do Keane’a, Scholesa i skrzydłowych Giggsa i Beckhama, wrzucić kogoś z całkowicie innego świata. W całym pierwszym sezonie zagrał 40 spotkań, strzelił pięć bramek i dołożył sześć asyst. Już w swoim drugim miesiącu dostał też statuetkę dla najlepszego gracza miesiąca w Premier League. Wszystko zwieńczył wyjazdem na mistrzostwa świata, gdzie Argentyna po trzech meczach wróciła do domu. Nasz bohater zagrał we wszystkich, w dwóch z nich wyprowadzając swój zespół w roli kapitana. Po powrocie z Korei i Japonii jego forma wzrosła, a błyszczał szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie strzelił cztery bramki i dodał pięć asyst. W lidze z kolei miał tylko dwie bramki i trzy asysty. Niestety w drugiej połowie sezonu dopadła go kontuzja, przez którą pauzował półtora miesiąca. „Czerwone Diabły” skończyły jednak sezon serią 18 spotkań bez porażki, dzięki czemu zdobyli tytuł. Do tego dotarli do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepszy okazał się Real Madryt, w pamiętnym dwumeczu, gdy kapitalny mecz i hattrick Ronaldo dał awans do finału „Królewskim”. Veron właśnie w rewanżu zaliczył powrót na boisko po kontuzji. Problemem okazało się jednak to, że Argentyńczyk nie do końca przystosował się do angielskiego stylu gry. Był typowym artystą, który potrzebował troszkę miejsca, by móc czynić cuda. Mimo wzrostu (186 cm) nie lubił walki wręcz i ciągłych ostrych wejść. Lecz miewał doskonałe zagrania, które potrafiły wpłynąć na wynik i to najbardziej cenił Alex Ferguson, jednak w dłuższej perspektywie nie potrzebował zawodnika w środku pola, któremu bliżej do „dziesiątki”. Dodatkowo samemu Argentyńczykowi nie było po drodze z językiem angielskim, a także deszczową pogodą. Przez dłuższy czas bronił go jednak Ferguson, który na zaczepki dziennikarzy odpowiedział na konferencji tak: ,,On you go. I’m no fucking talking to you. He’s a fucking great player. Yous are fucking idiots”
Po sezonie przeszedł do Chelsea za ponad 20 milionów euro. Tam jednak kompletnie przepadł, występując w zaledwie 14 spotkaniach. W tym czasie przestał już dostawać powołania do kadry. A sam wielokrotnie mówił, że marzy mu się powrót na Półwysep Apeniński. Kolejne dwa lata spędził w barwach Interu Mediolan, gdzie wracał do formy. Mimo kolejnych drobnych urazów zdobył z „Nerrazurri” Puchar Włoch. W drugim sezonie zdobył scudetto. W całym sezonie rozegrał 35 spotkań, ale strzelił tylko jedną bramkę i miał siedem asyst. Po sezonie postanowił wrócić do korzeni i podpisał kontrakt z Estudiantes La Plata, gdzie z mniejszymi i większymi przerwami spędził kolejnych 11 lat. I to była druga młodość tego zawodnika. Spisywał się znakomicie, doprowadzając swoją ekipę do pierwszej od 23 lat Apertury, gdy w dwumeczu „Lwy” pokonały wielkie Boca Juniors. Mało tego. W 2009 roku Veron w roli lidera zespołu osiągnął największy sukces w historii, zdobywając Copa Libertadores, wygrywając w dwumeczu z Cruzeiro Belo Horizonte, a sam zaliczył asystę przy zwycięskim golu Mauro Boselliego. Wcześniej wobec świetnej formy na rodzimych boiskach, Alfio Basile przywrócił go do pierwszej reprezentacji, co spowodowało też grę w Copa America, gdy „Albcelestes” przegrali w finale z Brazylią. W 2010 roku pojechał też na mistrzostwa świata, powołany przez Diego Maradonę, a po nieudanym turnieju oficjalnie zakończył karierę w narodowych barwach. W 2010 roku zdobył też drugi raz z Estudiantes Aperturę. W 2012 roku wobec kolejnych kłopotów zdrowotnych postanowił zakończyć przygodę z boiskiem. Po roku jednak wrócił do gry na kolejny sezon i po sezonie zakończył karierę. Ponownie jednak wrócił, jednak z innego powodu. Założył się z kibicami, że nie wykupią 65% karnetów. Ci jednak spięli się i wykonali limit, bowiem Veron obiecał, że gdy to zostanie spełnione, ponownie przywdzieje klubową koszulkę i pomoże zespołowi w meczach. Wtedy był już w La Placie innym człowiekiem, bowiem w 2014 roku został wybrany prezydentem klubu. Do zakładu podszedł jednak bardzo poważnie. Przez dłuższy czas trenował z trenerem personalnym, by należycie przygotował go do powrotu na boisko. Zanotował pięć spotkań, w których zdążył zaliczyć asystę. Prezydentem był do 2021 roku. Następnie postanowił ograniczyć swoją działalność w klubie na tyle, że został wiceprezydentem.
Statystyki i osiągnięcia:
Lazio Rzym
1x mistrzostwo Włoch (2000)
1x Superpuchar UEFA (2000)
1x Puchar Włoch (2000)
1x Superpuchar Włoch (2001)
AC Parma
1x Puchar UEFA (1999)
1x Puchar Włoch (1999)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (2003)
Inter Mediolan
1x mistrzostwo Włoch (2006)
1x Puchar Włoch (2005)
1x Superpuchar Włoch (2006)
Estudiantes La Plata
1x Copa Libertadores (2009)
2x mistrzostwo Argentyny (2007, 2010)
Osiągnięcia indywidualne:
2x Piłkarz Roku w Argentynie (2006, 2009)
2x Najlepszy Piłkarz Południowej Ameryki (2008, 2009)
7
„Mała Wiedźma”:
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sysia11
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
9 marca 1962 r. urodził się Jan Furtok, napastnik, który przez lata z powodzeniem występował na poziomie Bundesligi. Do czasów Roberta Lewandowskiego, to właśnie legenda GKS-u Katowice była najlepszym strzelcem ligi naszych zachodnich sąsiadów z naszego kraju. Jan Furtok jest wychowankiem Górnika Katowice, ale na szerokie wody udało mu się wypłynąć w barwach miejscowego GKS-u. Napastnik w barwach "Gieksy" spędził ponad 10 lat i w rozgrywkach ligowych zdążył w tym czasie strzelić 77 goli w 169 meczach oraz zdobyć Puchar Polski. Jego dobra skuteczność została dostrzeżona przez niemieckie kluby. Piłkarz przeniósł się najpierw do Hamburgera SV, a następnie do Eintrachtu Frankfurt. Łącznie w obu tych zespołach występował przez siedem lat. W sumie zdobył w lidze niemieckiej 59 goli i zaliczył 30 asyst. Po tym okresie powrócił do GKS-u Katowice, gdzie zakończył karierę. Od kilku lat Furtok niestety zmaga się z poważnymi objawami Alzheimera.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 Ale napewno lepsza od Majorki, więc schody będą znacznie większe...
0
@El Plutoninho Owszem ale i dla Napoli również inna motywacja i inny mecz...
0
@Luciano99 To się dopiero okaże jak przeciętne jest Napoli na poziomie Ligi Mistrzów. Obys się nie rozczarował po meczu...
0
@FcPortoFan1999 Nie obrażając ciebie, to ktoś, kto zakłada tutaj konto nie będąc przynajmniej zwykłym kibicem FC Barcelony jest dla mnie czystym absurdem...
1
Mecz z Majorką wygrany, jednak moim zdaniem ten test przed starciem z Napoli został oblany. Majorka nie miała wystarczających argumentów aby z nami wygrać, czy choćby zremisować a i tak kilka razy bardzo mocno zagroziła bramce Ter Stegena. Napoli to jednak półka wyżej od Majorki a przynajmniej pół półki, więc zwycięstwo z włoską ekipą będzie graniczyło z cudem...
9
Czy wiemy że…
9 marca 1996 r. padł gol ligowy numer 4000 dla FC Barcelony. Zdobył go Guillermo Amor w przegranym 4:1 wyjazdowym meczu z Valencia CF. Ten pomocnik był jednym z pierwszych piłkarzy ukształtowanych w La Masíi, do której trafił w wieku 12 lat. W ciągu dekady spędzonej na Camp Nou zdobywał gole, które zapisały się w pamięci wielu culés.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
0
Nie czytałem artykułu ale z samym tytułem a konkretnie z wypowiedzią Xaviego chyba wszyscy możemy się zgodzić w stu procentach!
0
@FcPortoFan1999 Prastare dzieje powiadasz? Sukcesy Orłów Kazimierza Górskiego też na dobrą sprawe można już traktować jak prastare dzieje, więc nie wypada i nie można o nich wspominać? Zacznijmy od tego że każdy klub a w tym przypadku FC Barcelone stworzyli ludzie, wszystkie sukcesy stworzyli ludzie, prezydenci, piłkarze, trenerzy itp. Krótko mówiąc Barce stworzyła historia. Gdyby nie historia nie było by FC Barcelony a co za tym idzie nie było by nas tutaj na tej stronie. Jeśli ty nie akceptujesz historii własnego klubu to zwyczajnie nie masz szacunku do klubu i jesteś zwykłym ignorantem! Wniosek nasuwa się taki że ty nie jesteś prawdziwym cule, ba! jesteś co najwyżej zwykłym kibicem FC Barcelony, zresztą po samej nazwie użytkownika można wywnioskować że nie jesteś stuprocentowym cule, więc nie wyjeżdżaj mi z takimi dziecinnymi argumentami o prastarych dziejach...
0
Czy ta wyjątkowa data(piątek) meczu z Majorką jest spowodowana wtorkowym meczem z Napoli(?), czy też tak ustaliła wcześniej La Liga?
8
@FCBparasiempre
Teófilo Cubillas to najlepszy zawodnik w dziejach peruwiańskiego futbolu. Podbił serca kibiców reprezentacji a z ukochanym klubem nigdy nie potrafił się rozstać, bo wracał tam trzy razy. Za każdym razem w innych okolicznościach. Bohater artykułu przyszedł na świat 8 marca 1949 roku w Limie. Od samego początku kariery do jej końca przylgnął do niego pseudonim Nene (Dzieciak) .Wszystko to ze względu na chłopięcy, infantylny wygląd – jedną z wizytówek Cubillasa. Bohater artykułu wychowywał się w Ponte Piedra, jednej z dzielnic na północy Limy. Karierę rozpoczął w niewielkim Huracan Boys i to tam pobierał pierwsze nauki w piłkarskim cechu rzemieślniczym. Jednak to nie Huracan stał się domem Cubillasa. Pewnego dnia drużyna Dzieciaka zmierzyła się w meczu towarzyskim z Alianza Lima – naówczas trzynastokrotnym mistrzem Peru. W sparingu spisał się wystarczająco dobrze, by szefostwo klubu z Limy uznało, że warto zaproponować mu choćby grę w kategoriach juniorskich. Z klubem o biało-granatowych barwach związał się praktycznie do końca swojej kariery. Dziwny to romans – z klubu czterokrotnie odchodził i trzykrotnie wracał. Legendą został jednak do końca. Jak się okazało, wyłowienie perełki, jaką był Cubillas, nie było jedynie pozyskaniem go dla samego pozyskania. To jedna z tych historii, w których okazuje się, że nadprzyrodzone siły zsyłają piłkarski talent na chudego, drobnego i niepozornego sukcesora. W lidze peruwiańskiej zadebiutował jako siedemnastolatek i – uwaga – w wieku tym został królem strzelców rozgrywek z dziewiętnastoma bramkami na koncie. Dodajmy tylko, że Cubillas grał na pozycji mediapunty, a więc łącznika pomocy i ataku (królem strzelców został także w 1970 roku). Na przestrzeni ligowych rozgrywek szybko poznano się na fenomenie ciemnoskórego młodzieńca – dysponował on kapitalną wizją gry, coraz lepiej uderzał z dystansu i częstował znakomitymi zagraniami ze stałych fragmentów – a przy tym piekielnie skutecznym wykończeniem akcji. German Leguia, kolega Cubillasa z reprezentacji, wspomina grę Cubillasa tak: „Myślał tak szybko, że gdy zastanawiałeś się, co on zamierza zrobić, on już dawno to robił”. Piłkarze, którzy dotychczas byli jego idolami, stali się jego równorzędnymi partnerami lub rywalami. Doskonała gra młokosa dała powody sztabowi reprezentacji, by powołać go do reprezentacji na mecze eliminacji do mistrzostw świata. W eliminacjach Peru znalazło się w grupie z Boliwią i Argentyną. Awansować mogła tylko jedna drużyna. Peruwiańczycy z Cubillasem w składzie pokonali na stadionie w Limie faworyzowaną Argentynę 1:0. Postawieni w trudnej sytuacji Albicelestes musieli wygrać, by myśleć o wyjeździe o Meksyku. Tak się jednak nie stało – na słynnej La Bombonerze reprezentacja w biało-czerwonych trykotach dzięki remisowi 2:2 wywiozła z niebezpiecznego terenu punkt i mogła zastanawiać się nad zakwaterowaniem w którymś z meksykańskich hoteli. Na światowym turnieju talent Cubillasa eksplodował. Za umiejętnościami Nene musiał stać ktoś więcej niż małe futbolowe bożki. To musiała być robota potężnego piłkarskiego boga.
W momencie debiutu Cubillasa w reprezentacji Peru selekcjonerem ekipy był Valdir Pereira. Słynny Didi. Jedna z twarzy brazylijskich sukcesów na przełomie lat 50. i 60., cichy strażnik sukcesu Garrinchy i Pelego na mundialach w Szwecji i Chile. Jak przyznawał Cubillas, to Valdir pomógł mu w ukształtowaniu swojego piłkarskiego „ja” – dzięki Didiemu dopracował grę lewą nogą, strzały z dystansu i rzuty wolne. Bardzo prawdopodobne jest, że pełna, choć krótka, symbioza szkoleniowca i jednej z największych gwiazd ekipy złożyła się na późniejsze sukcesy Peru. W pierwszym meczu (dla Peru był to w ogóle pierwszy występ w historii mistrzostw świata) Nene i spółka zmierzyli się z Bułgarią. Pomimo dwubramkowej przewagi Europejczyków do 50. minuty Los Incas zdołali ustrzelić gola kontaktowego (Gallardo), chwilę później wyrównać (Chumpitaz), a za kwadrans wyjść na prowadzenie. Jak łatwo się domyślić, za sprawą Cubillasa i jego fantastycznego rajdu, zakończonego siłowym strzałem w prawy dolny róg bramki Simeonowa. Drugi mecz – przeciwko drużynie Maroka – to kolejny popis umiejętności peruwiańskiego Dzieciaka… I kolejne dwie bramki, w głównej mierze składające się na pewne 3:0. Ostatni mecz, z RFN z fenomenalnym Gerdem Müllerem na czele, kończy się porażką 1:3 po hat tricku niemieckiego snajpera. I tutaj, choć w cieniu wielkiego Bombera, Cubillas zdołał zdobyć bramkę. Meksyk i cały świat mogły już w trakcie turnieju nieśmiało prorokować, komu należy się tytuł największego jego odkrycia. W tym wszystkim warto dodać, że na kilka dni przed meczem z Bułgarią w peruwiańskim Ancash doszło do jednego z największych w historii świata trzęsień ziemi. W wyniku połączonej z osunięciami ziemi, lawinami śnieżnymi i błotnymi katastrofy zginęło od 60 do 70 tysięcy osób – nie wspominając o dziesiątkach czy setkach tysięcy bez dachu nad głową. Nene po latach, w wywiadzie dla FIFA TV, wspomina, że dobra postawa na światowym czempionacie miała przynieść choć odrobinę ukojenia pogrążonym w żałobie Peruwiańczykom. W ćwierćfinale pojawia się poważna przeszkoda na drodze do sukcesu – Brazylia. Z Pele, Carlosem Alberto, Rivelino czy Tostao w składzie. Nikt się specjalnie nie łudził, że Peru stać na pokonanie jednego z faworytów. Już Niemcy obnażyli słabości Inków. Canarinhos zastosowali dość łagodny wymiar kary. Zwycięstwo 4:2 wystarczyło, by spokojnie przejść do kolejnej rundy i konsekwentnie maszerować po trzecie w historii mistrzostwo świata. Reprezentacja Peru wraca do domu. Ranny, obolały naród i tak jest dumny z Sotila, Perico, Challe i Gallardo. Największą radość przynosi jednak Nene – niepozorny, drobniutki dwudziestojednolatek z tytułem najlepszego południowoamerykańskiego piłkarza turnieju, najlepszego młodego piłkarza. Do tego z brązowym butem. Murowany transfer? Niekoniecznie. Po mistrzostwach młody atakujący wrócił do Alianzy. Transfer przyszedł dopiero w 1974 roku. Real Madryt? Barcelona? Benfica? Bayern? Żaden z nich. Złożona z największych gwiazd Ameryki Południowej ekipa przyjechała na mecz pokazowy do Bazylei, by zmierzyć się z europejską jedenastką marzeń. Oczywiście fantastycznym występem podbija serce przedsiębiorcy, Rudiego Reisdorfa, który postanowił ściągnąć go do FC Basel. Wiąże się z tym zabawna historia.
Biznesmen spytał Cubillasa, jaka jest jego wartość na rynku i ile trzeba za niego zapłacić. Cubillas, niewiele się zastanawiając, postanowił wymyślić sumę, według niego, nie do zapłacenia. ,,100 tysięcy dolarów” – miał odpowiedzieć Reisdorfowi. Dla szwajcarskiego bogacza suma ta okazała się fraszką. Nene nigdzie nie chciał odchodzić, ale podbita o kolejne dwieście tysięcy kwota ostatecznie przekonała działaczy Alianzy. W Szwajcarii nie czuł się zbyt komfortowo. Poczucie samotności, nadopiekuńczość ze strony Reisdorfa, konieczność dbania o dietę i pilnowania planu treningowego sprawiły, że Cubillas schudł w Bazylei osiem kilo! Do tego nieprzyjazny, mroźny klimat bardziej odstraszał od gry niż do niej zachęcał. Nieszczęśliwy piłkarz miał odejść do FC Barcelony, prawdopodobnie to jedna z większych strat dla hiszpańskiej piłki w latach siedemdziesiątych, że do transferu nie doszło. Transakcję miał ponoć utrudniać sam Reisdorf, mimo, że FC Barcelona gotowa była zapłacić blisko milion dolarów! Ostatecznie peruwiański crack wylądował w FC Porto. Nie był to oczywiście szczyt marzeń, ale przynajmniej udało się wyrwać z mroźnej Szwajcarii. Przyszłe sezony przyniosły odrobinę stabilności. Po wywalczeniu miejsca w składzie Porto pozostał tam przez trzy kampanie – raz udało się nawet zdobyć mistrzostwo Portugalii. To nadal wciąż nie było to… W międzyczasie europejskiej tułaczki świat piłki reprezentacyjnej po raz kolejny przypomniał sobie o bohaterze tekstu. Wszystko za sprawą Copa América w 1975 roku. Cubillasa okrzyknięto najlepszym zawodnikiem turnieju (choć w przypadku ówczesnej rywalizacji chyba łatwiej mówić o lidze, bo Copa América trwało od lipca do października i spotkania rozgrywano w każdym z krajów). I wcale nie było tak, że doskonały turniej dał szansę na prestiżowy transfer. Przeciwnie, Nene pozostał w Porto jeszcze przez dwa sezony… A potem wrócił do Limy. Tylko na dwa sezony. Potem przygoda na Florydzie. A tam, oprócz słońca, idylli i aligatorów, lukratywny kontrakt z Fort Lauderdale Strikers. Klubem skupiającym później całą piłkarską śmietankę towarzyską – Gerda Müllera, Gordona Banksa czy George’a Besta. Nie ukrywajmy – piłkarzy, którzy przychodzili tu świadomi, że mają najlepsze lata za sobą. W przyjaznym, subtropikalnym klimacie Cubillas doskonale się odnalazł. Został tu na dłużej – na cztery długie sezony… By znowu wrócić tam, gdzie zawsze czekano na niego z szeroko otwartymi ramionami. Rok 1978 to mistrzostwa w Argentynie. Następny wielki czempionat w wykonaniu atakującego reprezentacji Peru – niestety, tylko do drugiej rundy, w której Peru zebrało tęgie lanie od Argentyńczyków, Brazylijczyków i Polaków i nie zdobyło nawet bramki. Hat-trick w meczu z Iranem i dwa trafienia przeciwko Szkocji, w tym jedno zasługujące na miano jednej z najpiękniejszych bramek z rzutu wolnego w historii mistrzostw świata (strzelał zewnętrzną częścią stopy, czym zmylił chyba wszystkich obecnych na stadionie) zapisały się w annałach peruwiańskiej piłki. Jose Luis Chilavert opowiadał po latach: „Kiedy zobaczyłem, jak Cubillas bije rzuty wolne, powiedziałem sobie: ja też tak chcę!”
Na pierwszy rzut oka Alianza była jak wierna mu kobieta, którą Cubillas nieustannie zdradzał, wracał z podkulonym ogonem, a potem znów ją oszukiwał i od niej odchodził. I można śmiało się z takim założeniem zgodzić, gdyby nie to, że do stolicy kraju i umiłowanej drużyny wracał jako sensacja turnieju, syn marnotrawny czy wreszcie: jako kamień węgielny pod odbudowę zniszczonej drużyny. A konieczność takiej budowy nastąpiła pod koniec 1987 roku. Alianza Lima, już bez Teo, szykowała się do powrotu do domu po jednym z wyjazdowych meczów. Na pokładzie znajdowało się szesnastu piłkarzy, trzech sędziów, pięciu trenerów, cztery osoby z zarządu klubu, ośmioro członków załogi i osiem cheerleaderek. Tuż przed lądowaniem zdano sobie sprawę z awarii podwozia. Zaczęły się problemy z lądowaniem. Samolot wpadł do wody. Przeżyła tylko jedna osoba – pilot. Katastrofa wstrząsnęła całym światem piłkarskim. Ekipa, bliska zdobycia mistrzostwa, rozpadła się w tragicznych okolicznościach. W odtworzeniu zespołu pomogły między innymi chilijskie Colo Colo, zaprzyjaźnione z klubem z Limy. Do drużyny zgłosił się także Nene. Wówczas zbliżający się do czterdziestki, podstarzały, ale nadal czujący moralny obowiązek ratowania klubu kształtującego go piłkarsko… Bardziej niż realny ratunek był to prostu ludzki gest ze strony piłkarza. W polskim języku istnieje przysłowie „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Jest, niestety, błędnie rozumiane i wyrwane z kontekstu – każe nam unikać powtarzania czegoś, czym paraliśmy się już wcześniej. Tak dla zasady. Sprawa ma się nieco inaczej, gdy zacytujemy pełną jego wersję: „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo już inne napłynęły w nią wody”. Wynika, że do rzeczonej można wchodzić do woli – nawet i tysiąc razy. Po prostu zawsze będzie się to działo w innych okolicznościach. Tak, jak za każdym razem do Alianzy wracał inny Nene.
8
Wspaniałe acz zapomniane legendy futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Kazragore Oj czekało się i rozprawiało o tym. A czy piłka była wtedy inna? No może troszeczke...
0
@AssisMoreira No właśnie, powinniśmy! Paradoksalnie to co zabrał ten łysy diabeł, to oddał w 2009 Tom Henning Ovrebo...
12
Collina skrzywdził całe barcelonizmo:
8 marca 2005 r. FC Barcelona przegrała na Stamford Bridge z Chelsea FC 4:2 w rewanżowym spotkaniu ⅛ Ligi Mistrzów. Barça broniła wówczas jednobramkowej zaliczki z pierwszego meczu, lecz rewanż zaczął się fatalnie. Do 17 minuty gospodarze strzelili aż 3 gole i totalnie rozbili drużynę Rijkaarda. Bodaj przy pierwszym golu dla Chelsea, banalny błąd popełnił Xavi, tracąc piłke w środku pola. W 26 minucie ręką w polu karnym zagrał gracz ,,The Blues” i karnego wykorzystał Ronaldinho. W 38 minucie ponownie ,,Ronnie” strzelił gola i to jakiego!? To była magia… Wynik 3:2 dawał oczywiście Blaugranie awans do ćwierćfinału, jednak pomimo kilku dogodnych szans Barçy, to Chelsea w 76 minucie ze stałego fragmentu gry strzeliła gola i awansowała dalej. Jednak ten gol na 4:2 nie powinien być uznany ponieważ Victor Valdes był przytrzymywany przez Ricardo Carvalho, lecz Pierluigi Collina uznał gola, czym rozsierdził nie tylko mnie ale i wszystkich cules! Pamiętam jak nagrywałem ten mecz(pierwszy na Camp Nou również) na płyte wielonagrywalną, mając nadzieje na wspaniałą pamiątke zwłaszcza po golu Ronniego. Ależ ja byłem wkurwiony jeszcze na drugi dzień. Pamiętam jak dziś że z rana nie miałem ochoty na żadne śniadanie, zupełnie na nic. Ba! Mało nie rozjebałem szafek w kuchni waląc w nie pięścią! Nie dziwcie się, to był mój pierwszy sezon miłości do Barçuni…
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
0
@FcPortoFan1999 Różnica polega na tym że ja przypominam przede wszystkim bardzo ważne wydarzenia dotyczące ,,naszego" kochanego klubu. Poza tym również bardzo ważne wydarzenia z historii futbolu oraz biografie wybitnych piłkarzy.
1
W dniu Święta Kobiet dużo zdrówka i miłości,
moc uśmiechu i słodkości, mało smutku oraz łez pełni szczęścia jeśli chcesz.
Wszystkim przedstawicielkom płci pięknej składam najserdeczniejsze życzenia zdrowia, pomyślności i samych pięknych dni w życiu.
Życzę by uśmiech rozpromieniał Wasze twarze i byście zawsze czuły się doceniane.
11
Argentina Campeon!
7 marca 1959 r. Argentyna rozgromiła Chile 6:1(4:1) na Estadio Monumental w Buenos Aires. Ten mecz zainaugurował 26 edycje Copa America. Miejscem zmagań o Puchar Ameryki po raz siódmy było Buenos Aires, historyczna kolebka tej imprezy. Monumentalny stadion otworzył podwoje dla 85 tys. widzów, po cichu marzących o wielkim rewanżu za doznanie rok wcześniej upokorzenia. Gospodarze chcąc zmazać palące wspomnienie szwedzkiej ,,Verguenza” czyli hańby i wstydu, kompletnie zmienili zespół. Załamany druzgocącą, nie zawsze sprawiedliwą krytyką odszedł legendarny Guillermo Stabile, pod wodzą którego Albicelestes 6-krotnie(!) zdobywali Copa America. Stworzono szkoleniowy tercet: Victorio Spinetto, Jose della Torre i Jose Barreiro, wspomagany przez grono wytrawnych specjalistów. Ostatecznie szefem trenerskiego triumwiratu został Spinetto, świetny środkowy pomocnik Velez Sarsfield i Independiente, którego nieszczęściem był nadmiar znakomitości na tej pozycji, toteż mimo niewątpliwej klasy w reprezentacji grywał nie często. Obdarzony wybuchowym temperamentem bywał nawet wyrzucany z boiska, lecz miał też niezwykły autorytet i moralną charyzmę, czyniąc zeń postać, jakich niewiele zna historia argentyńskiego futbolu. Po raz pierwszy w dziejach zorganizował on długie zgrupowanie w górach nie opodal Mendozy. Klimatyczne warunki sprzyjały ładowaniu akumulatorów, czym zajmował się wybitny fachman w tym zakresie, nasz rodak z pochodzenia, Adolfo Mogilewski, który pomagał jeszcze Stabilemu w 1955 roku. Zmusił on argentyńskich indywidualistów do ciężkiej pracy a co ważniejsze, metodycznej pracy, niezwykle przy tym urozmaiconej. Oprócz zajęć typowo futbolowych, piłkarze grali w kosza, siatkówkę oraz dużo pływali. Mogilewski starannie dbał o diete i higieniczny tryb życia. Ze starego składu pozostali tylko genialny drybler Corbatta, rutynowany obrońca Lombardo i równie doświadczony pomocnik Mouriño. Szkielet drużyny tworzyli zawodnicy mistrza kraju Racingu: bramkarz Negri, obrońca Murua oraz napastnicy Corbatta, Pizzuti, Manfredini, Sosa, i Belen. Cennym uzupełnieniem był masywny i twardy niegdyś Dellacha, stoper Bernardo Griffa, pracowity pomocnik polskiego pochodzenia Ladislao Cup oraz drobny, zwinny łącznik Calla z Boca Juniors. Na zmiany wchodzili też nieokiełznany drybler Guenzatti i mający zadatki na groźnego strzelca Juan Jose Rodriguez z Boca Juniors. Ton grze nadawali ,,akademicy” z Racingu. Z kolei szybki obrońca Boca Juniors, Juan Carlos Murua zasłynął dżentelmeńskim gestem, kiedy dostrzegłszy kątem oka wijącego się z bólu Paragwajczyka, wybił piłke na aut. Wzbudziło to aplauz trybun, nie wiedzących przecież, iż identycznym gestem w Brazylii popisał się nieco wcześniej legendarny Garrincha. Gwoli ścisłości Argentyna wygrała z Paragwajem 3:1. Nie było w ekipie Albicelestes(oprócz Corbatty) gwiazd godnych stanąć w jednym rzędzie obok minionych sław tej miary co Moreno, Pedernera czy Sivori. Jednak był to właśnie zespół w pełnym słowa znaczeniu zwarty, silny psychicznie, zmobilizowany, doskonale wybiegany i przygotowany fizycznie do trudów długiego turnieju. Tymi walorami Argentyńczycy górowali nad rywalami, z opromienioną mistrzowskim złotem Brazylią włącznie. Atmosfera w drużynie była wspaniała. Krótko przed meczem z Urugwajem cała ekipa zebrana w szatni dodawała sobie ducha chóralnym śpiewem przy akompaniamencie akordeonu.
Z kolei Canarinhos przywieźli do Buenos Aires niemal w komplecie ,,szwedzkich” bohaterów sprzed roku. Zabrakło tylko Vavy, którego jednak udanie zastąpił Valentim z Botafogo, strzelec hattricka w wygranym meczu z Urugwajem. Obie drużyny miały zadawnione porachunki, które postanowiły ,,uregulować” właśnie przy tej okazji. Rozpoczeło się od kilku względnie niewinnych incydentów, które rychło przekształciły się w regularną bijatykę. Stopniowo dołączali do niej rezerwowi, trenerzy i personel pomocniczy. Słynny łysy masażysta Brazylijski Americo, swój zawodowy kunszt wypróbował osobiście na Williamie Martinezie, powalonym przezeń na murawę i cudem uratowanym od uduszenia. Wreszcie do akcji musiały wkroczyć dodatkowe siły argentyńskiej policji. Dopiero po pół godzinie jako tako opanowano sytuację i mecz potoczył się dalej, jak gdyby nigdy nic, chociaż już tylko z udziałem 18 zawodników, bowiem pozostałych czterech sędzia usunął z boiska. Trzeba przyznać że(pomijając ten skandaliczny epizod) mistrzowie świata potwierdzili swą klase. Garrincha rywalizował z Corbattą o miano najlepszego dryblera kontynentu. Didi po profesorsku kierował grą, zaś sam Pele udowodnił wszem i wobec że istotnie jest futbolowym fenomenem. Strzelił jednego gola z Peru, dwa z Chile, jednego z Boliwią, popisał się hattrickiem w meczu z Paragwajem oraz jednego gola w decydującym meczu z Argentyną. Te 8 goli dało mu(w jedynym występie w Copa America) tytuł ,,goleadora”. Jednak nawet jego kapitalne popisy nie zapewniły Brazylii prymatu na kontynencie. Punkt stracony z Peru kosztował ją akurat tyle, by dać się minimalnie wyprzedzić gospodarzom, nad którymi w bezpośrednim pojedynku górowali techniką, lekkością i swobodą. W innych ekipach pojawiło się paru interesujących zawodników. Do elity powrócił Paragwaj. Talentem błysnął obrońca Juan Vicente Lazcano a także strzelec hattricka w meczu z Boliwią, malutki, krągły Cayetano Re, którego snajperskie predylekcje postanowili wykorzystać trenerzy FC Barcelony. W Chile dobrze zaprezentowali się przyszli bohaterowie MŚ 1962, przytomny stoper Raul Sanchez i ofensywny pomocnik o potężnym strzale z dystansu, Eladio Rojas. Ich walory wystarczyły do pokonania 1:0 Urugwaju, dziwnie apatycznego i ospałego. Być może Celestes byli już myślami przy turnieju ,,extraordinario”, który za kilka miesięcy miał się odbyć w Ekwadorze. Tak czy owak sprawili wielki zawód, chociaż we wspomnianym meczu z Brazylią objawili wybitne zdolności pięściarskie. Przeżycia te przypłacił utratą zdrowia i krańcowym załamaniem trener a przede wszystkim mistrz świata z 1930 Hector Castro. Nieźle wypadło za to Peru, którego linia napadu grała efektownie i z polotem. Oprócz znanych już asów jak Gomez Sanchez, Terry czy Seminario, powszechne uznanie wzbudzili dwaj kolejni piłkarze a mianowicie Miguel Angel Loayza oraz Juan Joya. Tak więc w 1959 roku Brazylia zachowała honor ale to Argentyna obroniła tytuł mistrzów Ameryki, remisując w ostatnim meczu z Canarinhos 1:1 po golach Pizzutiego i Pelego.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
Niedoceniane i zapomniane legendy futbolu:
7 marca 1895 r. urodził się Manoel Nunes zwany Neco. przygodę z piłką rozpoczął w 1911 roku w trzeciej drużynie klubu Corinthians Paulista. Do pierwszego zespołu przeszedł w 1913 roku. Rok później z 12 golami został królem strzelców pierwszej ligi stanu São Paulo. Jednocześnie razem z Corinthiansem pierwszy raz w swej karierze zdobył mistrzostwo stanu São Paulo. W 1915, gdy Corinthians nie brał udziału w oficjalnych rozgrywkach, gdyż z powodu politycznych zawirowań był bliski bankructwa, Neco w meczach oficjalnych grał w barwach klubu Mackenzie São Paulo, a w barwach Corinthiansu grał tylko w meczach nieoficjalnych. W 1916 po raz drugi sięgnął ze swym klubem po tytuł stanowego mistrza. Jako piłkarz klubu Corinthians Paulista wziął udział w turnieju Copa América 1917, gdzie Brazylia zajęła trzecie miejsce. Neco zagrał we wszystkich trzech meczach: z Argentyną, Urugwajem i Chile. Wciąż jako gracz Corinthians wziął udział w turnieju Copa América 1919, gdzie Brazylia triumfowała. Neco zagrał we wszystkich czterech meczach: z Chile (zdobył 2 gole), Argentyną, Urugwajem(również 2 gole) i w decydującym o mistrzowskim tytule barażu z Urugwajem. Neco był bohaterem pierwszego spotkania z zespołem ,,Urusów" kiedy to goście prowadzili już 2:0. Jego 2 gole dały remis, który pozwolił Brazylii poszukać szansy na mistrzostwo w barażu. Łącznie zdobył 4 gole i razem z Friedenreichem podzielił tytuł króla strzelców turnieju. Po raz ostatni w mistrzostwach kontynentu wziął udział podczas turnieju Copa América 1922, gdzie Brazylia po raz drugi zdobyła mistrzostwo Ameryki Południowej. Neco zagrał we wszystkich pięciu meczach zdobywając jednego gola w decydującym o mistrzowskim tytule boju z Paragwajem. Zdobycie 2 bramek wystarczyło, by Neco został wicekrólem strzelców. Neco zaliczany jest do najwybitniejszych piłkarzy klubu Corinthians, w którym w ciągu 17 lat rozegrał 315 meczów i zdobył 239 goli (w tym w lidze 296 meczów i 235 goli). W latach 1917-1922 rozegrał w reprezentacji Brazylii 15 meczów i zdobył 8 goli. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w 1930 kontynuował pracę trenerską w klubie Corinthians, z którym w 1937 zdobył kolejne mistrzostwo stanowe. Znany był jako odważny i przebojowy drybler. Charakteryzował się przy tym bardzo wybuchowym charakterem, gdy był trenerem klubu Corinthians zawieszony został na 18 meczów za uderzenie sędziego. Jest jedynym piłkarzem brazylijskim, któremu wystawiono pomnik – jego statua znajduje się w mieście São Paulo w parku São Jorge.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
10
Polskie kluby w europejskich pucharach:
7 marca 1979 r. Wisła Kraków pokonała Malmö FF 2:1 w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Europy. W 1979 roku Wisła miała wspaniałą drużynę, złożoną głównie z wychowanków. Adam Nawałka, Andrzej Iwan, Zdzisław Kapka, Henryk Maculewicz, Kazimierz Kmiecik, Marek Wróbel czy Marek Motyka – te nazwiska co dwa tygodnie przyciągały na stadion Białej Gwiazdy kilkunastotysięczną widownię a gdy nadchodziły mecze w Europie – na stadionie pojawiało się ponad trzydzieści tysięcy osób. Drużyna Oresta Lenczyka w pierwszej rundzie pokonała Brugge KV, a w drugiej – dzięki większej liczbie bramek zdobytych na wyjeździe – odprawiła z kwikiem Zbrojovkę Brno. To nie były czasy, gdy polski klub musiał przedzierać się przez skomplikowany system kwalifikacji, by dotrzeć choćby do fazy grupowej. Po odprawieniu Belgów i Czechów Wisła znalazła się w gronie ośmiu najlepszych drużyn w Europie. W marcu 1979 roku drodze krakowian do półfinału stanęli mistrzowie Szwecji, Malmö FF. W pierwszym meczu w Krakowie wiślacy wygrali 2:1. W rewanżu długo utrzymywał się wynik bezbramkowy, a gdy w 58. minucie Kazimierz Kmiecik wyprowadził Białą Gwiazdę na prowadzenie, przed radioodbiornikami w Krakowie rozpoczęło się święto. Półfinał był na wyciągnięcie ręki. W końcówce jednak obrona wiślaków rozpadła się jak stary samochód. W ciągu 25 minut krakowianie stracili cztery gole i musieli się pożegnać z marzeniami o finale. ,,To nie Malmö wygrało. To Wisła przegrała” – skonstatował smutno Lenczyk.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
8
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
7 marca 1957 r. Urugwaj pokonał Ekwador 5:2(2:2) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz otwarcia 25 edycji Copa America. Większość historyków futbolu starszej daty skłania się ku opinii iż prawdziwą chwałę rozgrywkom Copa America, porównywalną pod względem poziomu i atrakcji ze ,,złotą dekadą” lat 40-tych przywrócił dopiero turniej w Limie. Po pierwsze była to pierwsza w dziejach piłki latynoamerykańskiej impreza filmowana tak obszernie że zapis na taśmie pozwala istotnie wyrobić sobie niezłe wyobrażenie o tym, co się działo na murawie Estadio Nacional. Po drugie, nigdy jeszcze frekwencja nie dopisała w takim stopniu. Wystarczy powiedzieć iż żaden z meczów nie zgromadził mniej niż 40 tys. widzów a przeciętna wahała się w granicach 50 tysięcy! Po trzecie, po różnych doświadczeniach organizatorzy zapewnili kompletną obsade sędziowską z Europy. Tradycja zapraszania arbitrów europejskich miała w Ameryce swoje uzasadnienie. Miejscowi sędziowie niejednokrotnie nie potrafili sobie poradzić z niesfornymi piłkarzami, często też kwestionowano ich kompetencje i bezstronność. Po czwarte turniej w Limie stał się symboliczną sztafetą pokoleń. Po raz ostatni o Copa America walczyły żywe legendy, najwybitniejsi przedstawiciele pokoleń, właśnie schodzących z areny: Brazylijczyk Zizinho, Argentyńczyk Nestor Rossi, Kolumbijczyk Efrain Sanchez, Peruwiańczyk Valeriano Lopez czy też Chilijczyk Jorge Robledo. Ponieważ natura nie znosi próżni, na firmanencie wschodziły nowe gwiazdy o równie olśniewającym blasku: Sivori, Corbatta, Maschio, Angelillo, Garrincha, Pepe, Evaristo, Santamaria, Goncalvez, Sasia, Gamboa czy Benitez z Peru. Po piąte, mistrzostwa stały na dawno nie oglądanym poziomie.
Każdy mecz był wydarzeniem i stanowił niezapomniane widowisko. Aż cztery drużyny reprezentowały zbliżoną najwyższą klase, tocząc niezwykle wyrównane, dramatyczne boje. Obyło się bez skandali, dramaty sportowe nie okazały się tragediami jak w Chile w 1955. Dominował nastrój wielkiego święta, futbolowej fiesty, radosnej i otwartej. Wobec tak nastawionej publiczności sami piłkarze dokładali starań aby wypaść jak najefektowniej i nie zawieść oczekiwań. Toteż grali fair, pięknie, ofensywnie, demonstrując wysoki kunszt techniczny. Wreszcie po szóste, turniej wyłonił mistrza nad mistrzami. Argentyna wprawiła w zachwyt najwybredniejszych nawet koneserów. Od czasów Moreno, Mendeza, Pedernery i Loustau nikt nie grał z taką swobodą, lekkością i finezją a zarazem tak mądrze i skutecznie. Legendarny Stabile osiągnął ze swoją drużyną w Limie same szczyty futbolowej maestrii. To była ekipa jaka trafia się raz na kilka dziesięcioleci. Stabile pozostawił w składzie trzech, czterech wypróbowanych wcześniej zawodników. Dellacha i Vairo w obronie, na lewym skrzydle Cruz w ostatniej chwili zastąpił zeszłoroczną rewelacje, Antonio Garabala, no i wreszcie legendarnego Omara Sivoriego, który właśnie w Limie objawił pełna skalę swego już nie talentu ale wręcz piłkarskiego geniuszu. Już w samym turnieju oczarowali natomiast nowicjusze: genialny Nestor Rossi, Corbatta, Maschio, Angelillo i Maschio. Nestor Rossi w trakcie meczu z Brazylią toczył zacięte pojedynki z niezwykle zręcznym Didim, który raz udanie założył Rossiemu ,,siatke”. Kiedy po kilkunastu minutach Didi powtórzył ten numer, Nestor donośnie ryknął na osłupiałego Brazylijczyka: ,,Raz to jeszcze mogę zrozumieć ale żeby w jednym meczu Rossiemu zrobić dwa ,,tunele” to już naprawdę za dużo, to skandal!”. Podczas turnieju w Limie Argentyna szła jak burza, dosłownie zmiatając kolejnych przeciwników. Dopiero w ostatnim meczu z gospodarzami, kiedy już wszystko było przesądzone, pofolgowała sobie i grając na ćwierć gwizdka dała Peruwiańczykom satysfakcje honorowego zwycięstwa.
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
1
@Lionel_Messi10 A to akurat tego że Luiz Adriano strzelał te 5 goli z karnym to nie wiedziałem. Dzięki za informacje.
10
Rekord ,,La Pulgi”:
7 marca 2012 r. Lionel Messi ustanowił rekord Ligi Mistrzów. Podczas meczu rozgrywanego na Camp Nou z Bayerem Leverkusen(wygranym 7:1), Leo strzelił aż 5 goli! Pozostałe 2 gole strzelił Christian Tello. Jednak 2,5 roku później rekord ten wyrównał były zawodnik Szachtara Donieck Luiz Adriano, który 5 goli wbił przeciwko Bate Borysów. Wprawdzie nie oglądałem meczu na żywo ale nagrałem go później na płytke z powtórki bodaj na TVP Sport. To się nazywa pamiątka.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz