8

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 marca 1946 r. urodził się Zygmunt Anczok. Zygmunt Anczok uważany jest za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki nożnej. Karierę piłkarską rozpoczął w 1959 roku w Sparcie Lubliniec, w którym występował do 1963 roku. Następnie przeniósł się do Polonii Bytom, z którym odnosił spore sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Ból głowy związany z obsadą lewej obrony był całkowicie obcy selekcjonerowi reprezentacji Polski na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dysponowali bowiem w swoich szeregach jednym z najlepszych specjalistów od gry na tej flance defensywy na świecie- Zygmuntem Anczokiem. Potwierdzeniem tej pozycji w międzynarodowym futbolu było powołanie zawodnika grającego wówczas w Polonii Bytom do reprezentacji Europy przez Seppa Herbergera na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna rozgrywany w Moskwie przy stu tysiącach widzów. Akurat w tamtym starciu zagrał on na prawej stronie obrony. Zyskał jednak bardzo pozytywne recenzje a dodatkowo zdobył na własność piłke, którą rozegrano spotkanie i zebrał na niej autografy swoich kolegów z boiska. A było od kogo zbierać. U jego boku wystąpili między innymi Bobby Charlton, Gerd Müller, Dragan Dżajič, Christo Bonew czy Giacinto Facchetti. On sam zmienił Jeana Djorkaeffa(ojca przyszłego mistrza świata- Youriego) po przerwie. W tym gronie mistrzów i medalistów najważniejszych imprez Anczok nie był postacią anonimową. O jego sile zdołali się już wcześniej przekonać Garrincha, Pele czy Allan Ball.

,,Anczok w szybkim tempie wyrósł nam na obrońcę klasy doprawdy już międzynarodowej. Nazywanie go ,,polskim Facchettim” jest już uzasadnione. Anczok jest na tą chwile najlepszym naszym piłkarzem”- pisali dziennikarze po meczu reprezentacyjnym z Anglią, gdy stanowił mur nie do przebicia dla dumnych synów Albionu. Wielkie wrażenie robiła jego elegancja, szybkość i wytrzymałość ale przede wszystkim dalekie ofensywne wypady, rzadkie jeszcze wtedy u zawodników na jego pozycji. Sam wziął ten styl od Facchettiego, którego podglądał dzięki… nielegalnie oglądanej czechosłowackiej telewizji. Znakomita wydolność pozwalała mu bez szwanku dla drużyny wracać do swojej formacji, gdzie już z wielką pieczołowitością zajmował się przeciwnikiem. Swoimi występami w kadrze przeciwko Brazylii, Argentynie czy Anglii wywołał tak wielkie wrażenie że już jako 20-latek został pierwszym w historii Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”. Ten elegancki, dystyngowany wręcz obrońca był autorem ,,psikusa” zrobionego sędziemu Padureanu na pomeczowym bankiecie. Rumuński arbiter w starciu z Bułgarią wyraźnie forował rywali. Anczok udał że ostrzy nóż i pokazał sędziemu kilka wyzywających gestów. Podobno ten nieomal wybiegł z sali… Duże sukcesy odnosił także ze swoim klubem na arenie międzynarodowej. W 1965 r. z Polonią Bytom zdobył Puchar Rappana. Brał udział w obu spotkaniach finałowego dwumeczu przeciwko Lokomotiwowi Lipsk. Kilka miesięcy później przyczynił się do sukcesu w rozgrywkach Interligi oraz Pucharu Ameryki, czyli prestiżowych turniejach organizowanych w USA dla europejskich zespołów. Po powrocie do kraju kibice z Bytomia nieśli na rękach cały zespół, od dworca aż do stadionu.

Na pierwsze(i jedyne) mistrzostwo Polski w karierze musiał jednak poczekać do przenosin w szeregi Górnika Zabrze. Złoto udało mu się zdobyć w sezonie 1971/72. Był to zresztą szczęśliwy dla niego rok. Kilka miesięcy po triumfie w lidze odniósł swój największy sukces reprezentacyjny. Razem z zespołem trenowanym przez Kazimierza Górskiego zdobył mistrzostwo Olimpijskie. Anczok czuwał nad lewą stroną w każdym z 7 meczów tego turnieju. Niewiele później musiał jednak zakończyć poważną karierę. Wielokrotne kontuzje kości śródstopia uniemożliwiły mu wyjazd na Mistrzostwa Świata w RFN. W tym samym czasie zagrał po raz ostatni w Ekstraklasie. Swój bilans zamknął na 232 meczach i czterech medalach(złoto, srebro i dwa razy brąz). Zdobył także Puchar Polski z Górnikiem. Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r., a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

0

@MarioVeB! Owszem u siebie może wygrać z każdym ale już niekoniecznie w rzutach karnych, to zależy od ich wykonawców, jak również i bramkarzy...

8

Prawdziwi cules kultywują pamięć o ukochanym klubie:

14 marca 1909 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze spotkanie na stadionie będącym jej własnością o nazwie Camp del Carrer Indústria, popularnie nazywanym La Escopidora, czyli spluwaczka (nazwa wzięła się od małego rozmiaru stadionu). Niewiele wcześniej klub z pomocą lokalnego biznesmena zakupił grunty przy Carrer de la Industria(obecnie Carrer de Paris). Był to pierwszy w mieście stadion z dwupiętrową trybuną a jego pojemność wynosiła około 6 tysięcy miejsc. Pierwszym rywalem na otwarcie stadionu była FC Catala, z którą Blaugrana zremisowała 2:2 w ramach Mistrzostw Katalonii. Gole dla Barçy strzelali: Roma Forns oraz Anglik Charles Wallace. Właśnie legendarny kataloński napastnik Roma Forns sprowadzony z Irish FC, został pierwszym piłkarzem klubu, który strzelił gola na tym stadionie przy ulicy Industria. 2 stycznia 1916 r. przy okazji meczu Barçy z Athletic Bilbao, pojawiły się pierwsze koniki. Zbijali biznes, sprzedając za 5 peset wejściówki kosztujące normalnie półtorej pesety. Praktyka ta rozwinęła się gdy odpowiedzialny za boisko Manuel Torres zaczął oznaczać karnety, kiedy socios wchodzili na stadion, co spowodowało że nie mogli już rzucać ich za ogrodzenie, tak aby inni kibice mogli ich użyć wchodząc bez płacenia. Kiedy stadion zapełniał się do ostatniego miejsca, tak jak na meczu z Athletikiem, gdy ponad 2 tysiące ludzi nie dostało biletów, wielu z nich, nie mogąc dopchać się na trybuny siadało na murach okalających obiekt. W ten właśnie sposób zrodził się termin ,,Cules”, który od tamtej pory używany jest dla określenia sympatyków FC Barcelony, jako że siedząc na murze, pokazywali tyłki pieszym przechodzącym przyległymi do stadionu ulicami. Na stadionie przy ulicy Industria Barça grała między 1909 a 1922 rokiem, kiedy to klub zamknął obiekt żeby przeprowadzić się na ,,Les Corts”, odpowiadając w ten sposób na zapotrzebowanie na większy obiekt, wynikające z ciągle rosnącej liczby sympatyków. Ostatni mecz na tym stadionie Blaugrana zagrała 30 kwietnia 1922 r. z angielskim Civil Service. Dwa lata później trybuna oraz inne elementy stadionu zostały sprzedane klubowi Gracia FC. Który w 1931 połączył się z CE Europa. W ten sposób stara trybuna ze stadionu została umieszczona na obiekcie przy ulicy Balmes. Popularność, jaką w tamtym okresie cieszył się futbol, przyciągnęła również kobiety i tak oto stadion przy ulicy Industria stał się pierwszym stadionem Barçy, na którym zasiadała znaczna reprezentacja pań. Od tamtego czasu żeńska publiczność jest jednym z najbardziej wiernych sektorów klubu. Poza tym to właśnie na tym obiekcie debiutowała żeńska drużyna FC Barcelony.



@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

3

Zawiódł mnie wczoraj Inter Mediolan. Thuram marnował setki a na koniec Lautaro Martinez huknął w trybuny z karnego! Niech no Lautaro się ogarnie z tymi karnymi bo inaczej na Copa America zastąpimy go... Paulo Dybałą

8

Legendy argentyńskiego futbolu:

13 marca 1892 w Buenos Aires urodził się Bleo Pedro Fournol, argentyński piłkarz grający jako prawoskrzydłowy oraz trener. Znany był głównie pod przydomkiem ,,Calomino”. Zasłynął on głównie jako pierwszy w Argentynie wykonawca strzału przewrotką. Grywał na prawym skrzydle z ogromną swobodą, strzelając ostro w pełnym biegu. Wraz z kompanami tryumfował w Copa America 1921, gdzie Argentyna była gospodarzem i wygrała wszystkie 3 spotkania nie tracąc żadnego gola. Calomino jest wychowankiem stołecznego Boca Juniors, w którym zadebiutował w 1911 roku w spotkaniu przeciwko CA Independiente (2:1) w którym zdobył gola. W 1914 roku na krótko przeniósł się do Hispano Argentino i Quilmes, po czym wrócił do macierzystego Boca Juniors, gdzie grał aż do zakończenia kariery w 1924 roku. Łącznie dla ,,Xenezis” rozegrał 222 spotkania, w których zdobył 97 goli. Sześć razy był najlepszym strzelcem Boca: w 1913, 1915, 1916, 1917, 1918 i 1919 roku. Rekord ten pobił dopiero Martín Palermo w 2009 roku. Obecnie Calomino zajmuje dziewiąte miejsce w rankingu najlepszych strzelców w historii klubu.


@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon

8

@FCBparasiempre
Zaangażowanie, szybkość, spryt, pracowitość, determinacja, wytrzymałość. Mały, zadziorny wojownik ze świetnym dryblingiem. Gość biegający w obie strony z dyndającymi dredami. Jego magiczny wizerunek dobudowywały noszone w trakcie meczów okulary. Te elementy wywoływały w każdym nastolatku zachwyt. Młody chłopak chciał być właśnie kimś takim, jak Edgar Davids, czyli popularny holenderski Pitbull. Na wizerunek piłkarza składa się nie tylko samo kopanie futbolówki. Edgar Davids miał idealny pijarowy image. Aparycja taka, że zaproszenia do reklam same wpływały do skrzynki. W żadnym wypadku nie wątpię w umiejętności piłkarskie Holendra, jednak w tym przypadku choroba oczu, której się nabawił, przyniosła korzyść dla jego wizerunku. Jego zawadiacka boiskowa gra, luzacko-cwaniacki styl bycia, połączony do tego z wyglądem zewnętrznym – zbudował mu nazwisko. Okulary, które nosił dźwignęły go na biegun oryginalności i niepowtarzalności. Uzyskał w ten sposób coś specyficznego, odrębnego. Styl jedyny w swoim rodzaju, zdobyty tylko dzięki zwykłemu przedmiotowi na nosie. To był dość duży cios. Martwiłem się i sądziłem, że to może być koniec mojej gry w piłkę. Okazało się jednak, że jest opcja: nosić okulary. To było początkowo dziwne. Okulary często parowały, musiałem się nauczyć w nich grać, ale nie sądzę, żeby miało to wpływ na moją grę. Edgar Davids miał wybór. 1999 rok był w jego karierze przełomowym. W prawym oku nastąpiły pewne komplikacje, spowodowane wcześniejszymi operacjami, wynikającymi ze zdiagnozowania jaskry. Holender musiał zaryzykować. Z pewnością dziś nie żałuje swojej decyzji. Dzięki temu pograł jeszcze w piłkę przez piętnaście kolejnych lat. Największy jego sukces to niewątpliwie wygrana Ligi Mistrzów z Ajaxem w 1995 roku. Jednak dzięki temu, że tuż przed przełomem wieków zdecydował się grać w okularach, to później zdobył jeszcze dwa mistrzostwa Włoch z Juventusem, wziął udział w przegranym finale Ligi Mistrzów przeciwko Milanowi , zaliczył także przygodę w wielkiej Barcelonie Rijkaarda i zagrał w najbardziej prestiżowej lidze świata – przywdziewając barwy londyńskiego Tottenhamu. W towarzyskim meczu przeciwko Belgii, 4 września 1999 roku – Edgar Davids po raz pierwszy pokazał się światu w specjalnych goglach. Będąc młodym chłopakiem, byłem przekonany, że zawodnik zakłada je po prostu, dla szpanu. Taka już logika kilkuletniego dziecka. Wielu z was z pewnością myślało podobnie. Był „fajnym” zawodnikiem, bo nosił kolorowe okulary i basta. Miał „superowy” wizerunek. Małolat się zastanawiał jakim cudem one mu nie spadają? Pomocnik zakładał je, ponieważ mecze w słońcu mogłyby spowodować u niego uszkodzenie nerwu wzrokowego, a nawet trwałą ślepotę. Jaap Stam żartował z Pitbulla: „Chodź Edgar, gramy przecież w piłkę nożną, to nie jest czas na narty”. Niższy o 21 centymetrów defensywny pomocnik, tylko spojrzał z pogardą na dryblasa i posłał w jego kierunku kilka niecenzuralnych słów. Przegrał w finale Ligi Mistrzów dwa razy z Seedorfem. Zapytany o to, czy ten śmiał się kiedykolwiek z tego i wyszydzał, odpowiedział, że Seedorf po prostu wie kim jest Davids, a obaj panowie się szanują.

W okularach ochronnych zwykliśmy widywać koszykarzy: Tony’ego Parkera, Lakersów: Kareema Abdul-Jabbara, Jamesa Worthy’ego, Kurta Rambisa, ale też: Bo Outlawa, Hakeema Olajuwona, Horace’a Granta, Thurla Baileya, Amer’e Stoudemire’a, Kirka Hinricha. Widzimy więc – gogle w połączeniu z koszykówką kierują nasze skojarzenia na kilku świetnych zawodników, których image został zbudowany przez ten przedmiot. W piłce ręcznej mamy przede wszystkim Karola Bieleckiego oraz nieco mniej znanego Rui Silvę. Futbol to z kolei królestwo jednego pana – Edgara Davidsa. Rządy totalitarne. Pomocnik tak mówił o podwójnym znaczeniu okularów: ,,Po pierwsze to coś, co zapewnia mi bezpieczeństwo. Po drugie coś, co sprawia, że jestem w pewnym stopniu kimś wyjątkowym”. Davids nie był zwykłym, grzecznym piłkarzem. Żaden zawodnik bez boiskowych jaj nie skrytykowałby tak dosadnie selekcjonera reprezentacji, w trakcie trwania wielkiego turnieju (konkretnie EURO 1996): „Hiddink powinien przestać wsadzać głowę w dupy niektórych piłkarzy”. Odpowiedź trenera przyszła bardzo szybko: pakuj się chłopie. Ze Szkocją zagrał całe spotkanie, ale ze Szwajcarią wszedł z ławki. Edgar powiedział, to co myślał i sromotną klęskę 1-4 z Anglią oglądał już w telewizji. Podobnie jak odpadnięcie Holandii w rzutach karnych, w ćwierćfinale z Francją. Jeden moment zakończył ten konflikt. Pitbull pojechał na turniej mistrzostw świata w 1998 roku. Kiedy pomocnik strzelił zwycięską bramkę, w 1/8 z Jugosławią, szczerze wyściskał się z Hiddinkiem. Selekcjoner zapewne wspomina ten serdeczny gest do dziś, gdyż czuć było w nim szczerość i ulgę. We Francji Oranje zajęli czwarte miejsce, ulegając w batalii o medal z fenomenalną Chorwacją. Najgorsze miejsce dla sportowca było traumą tamtej reprezentacji. Dwa lata później, na mistrzostwach Europy we własnym kraju (współorganizatorem była Belgia), Holandia również odpadła w półfinale, przegrywając w traumatyczny sposób z Włochami, kiedy tamci przez niemal cały mecz (od 34. minuty) grali w dziesiątkę i nie strzelili aż pięciu rzutów karnych (2 w regulaminowym czasie i 3 w serii jedenastek). Po turnieju, w ramach małej osłody, Holender został wybrany do najlepszej drużyny EURO 2000. Tajemnicą jest, dlaczego takie zbiorowisko gwiazd nie zdołało zakwalifikować się na mundial do Korei i Japonii. Kiedyś, podczas relaksu w domu Zidane’a w Turynie, Davids wykopał piłkę na ogródek: – Może zagramy meczyk? – zasugerował Holender. – Jesteś popieprzony, tylko byś grał i grał – padła riposta Francuza. Na pytanie, czy boi się w ogóle w życiu czegokolwiek odpowiedział, że sytuacji, w której stoi na wysokim budynku bez spadochronu. Miał piłkę w każdym pomieszczeniu swojego domu i podbijał ją między innymi, myjąc zęby. Thierry Henry mówił, że widział jak Pitbull chodził po domu i żonglował, w międzyczasie robiąc sobie na przykład herbatę. Davids – zawodnik, który sprawiał, że Litmanen czy Zidane mogli bez obaw zapędzać się pod pole karne przeciwnika. On już zajął się sprawami „na tyłach”. Dusza artysty ujawniała się w momentach sporów z własnym ja. Edgar w niespodziewanych momentach zapisywał na karteczkach swoja przemyślenia. To też człowiek, który w tunelu szydził ze stojącego naprzeciwko Davida Beckhama.

Będąc dzieckiem, jeszcze w Surinamie – koledzy obwieścili go pseudonimem: pirania. Marcelo Lippi nazwał go swoją jednoosobową maszynownią. Sam Davids natomiast najbardziej lubił przydomek Pitbull, który nadał mu w Ajaksie Luis Van Gaal. Ten sam holenderski trener przemianował go z lewoskrzydłowego lub ofensywnego pomocnika na prawdziwą ikonę pozycji numer „6”, klasycznego, choć nietuzinkowego ŚPD. Krąży legenda, jakoby Davids miał podejść w jednym z barów do siedzącego tam Richarda Krajicka – zwycięzcy Wimbledonu z 1996 roku, mówiąc: ,,Jestem Edgar Davids, wkrótce o mnie usłyszysz.” Zasłynął także bójką z Cosminem Contrą w piątej minucie… towarzyskiego turnieju przedsezonowego TIM Trophy, w 2002 roku. Na atak Rumuna zareagował złapaniem go za kark. Sędzia wykluczył obu panów. W szatni doszło do prawdziwej wojny. Według różnych relacji: to Contra rozbił Holendrowi łuk brwiowy i nieźle go pookładał, bądź to Holender uwolnił grad ciosów i kopnięć na ciało Rumuna. Do dziś nie wiadomo. Skłaniam się jednak ku tej drugiej wersji, gdyż po latach, kiedy Davids dołączył do Tottenhamu, Contra przemówił: ,,Jego nowy klub powinien wiedzieć, że to gwałtowny człowiek, który może żywić urazę. Wywyższa się, jest arogancki, mając innych za nic. Wierzy, że jest kimś ważniejszym i bardziej specjalnym, niż jest w rzeczywistości. To psychopata. Śmiem więc przypuszczać po tej wypowiedzi Contry, że w tamtej niewyjaśnionej bójce w szatni, to właśnie on był tym pokrzywdzonym.” Edgar Davids rozmienił się na drobne, kompromitując się (a być może udowadniając po prostu swoją porywczość) w Barnet. Holender został grającym asystentem trenera Marka Robsona w sezonie 2012/2013. Jeszcze w grudniu zwolniono Anglika, a Pitbull został grającym trenerem. Cały świat zastanawiał się, czego tam szuka tak utytułowany zawodnik. Prawda jest taka, że właściciel zespołu dowiedział się, że Edgar mieszka w północnym Londynie. Postanowił złożyć mu propozycję. Holender w L’Equipe tak tłumaczył swoją decyzję: ,,Tam była infrastruktura rodem z Premier League lub Championship. Cztery trawiaste boiska, dwie sztuczne nawierzchnie nowej generacji, biuro, siłownia i mające powstać w kolejnym sezonie trybuny na 8000 miejsc. Więc się zgodziłem i szybko zapragnąłem grać.” Człowiek uzależniony od futbolu przystał na propozycję i spuścił Barnet z League Two (odpowiednik czwartej ligi). Zasłynął natomiast pewnym incydentem, gdy podczas jednego z przegranych spotkań zauważył fanów Barnet, którym zepsuł się autokar. Zabrał ich więc do na piwo i hot-doga, kierując się do najbliższej stacji benzynowej.To był jednak jeden z nielicznych pozytywnych gestów Davidsa w przygodzie z tym zespołem. Sodówka uderzyła mu totalnie do głowy. Chciał, by wołać na niego „mister”. To oddalało zawodników od trenera. Piłkarze bali się go lub kompletnie nie rozumieli. Wystawiał się na różnych pozycjach. Był egoistą, choć zapewniał, że zależy mu na dobrych wynikach klubu. Pewnego dnia wystawił się na środku obrony, ale tego dnia akurat Barnet wygrał. Davids wsiadł w swojego Astona Martina, razem z butelką szampana za najlepszego gracza meczu i po prostu odjechał. Spóźnił się też na przedsezonowe przygotowanie o tydzień, ze względu na sesję dla „Playboy Mansion”. Piłkarze, dla których kiedyś był idolem – nagle zaczęli go nienawidzić, mieć dość. Wielu zawodników z niższych lig, którym przyszło się z nim mierzyć, straciło do niego szacunek. Już nie był słynnym Edgarem Davidsem w magicznych okularach, a zadufanym w sobie burakiem.

W sezonie po spadku, grając na poziomie piątej ligi (Conference Premier) – Davids zapragnął grać w koszulce z numerem jeden, sugerując, że to będzie nowy trend i z czasem inni pomocnicy zaczną wybierać tę cyfrę. W trzech, spośród ośmiu pierwszych spotkań – ujrzał czerwone kartki. W styczniu frustracja się nasiliła i zrezygnował z funkcji trenera Barnet. Ci w sezonie 2014/15 awansowali z powrotem do Division Two, a obecnie spokojnie trzymają się w środku tabeli. Holender ma też od 1999 swoją markę odzieżową – Monta Heritage. Okularów jednak w niej nie zakupimy, ale są tam produkty odzieżowe. Cena jednak przeraża. Wiadomo – nazwisko. Jeśli chcecie nabyć dziwaczne spodnie za 300, 500 czy 700 euro od Davidsa, to ten sklep jest właśnie dla was. Edgar Davids się nigdy nie patyczkował. W trakcie jednego z programów na żywo w SkySports wypowiedział się o jednym z meczów w niedzielnej lidze, jeszcze przed pracą w Barnet: ,,Kumpel zapytał mnie czy nie zagram w meczu niedzielnej ligi. Zgodziłem się. Pierwsza połowa była okej, ale pomyślałem – jestem pier***ny Edgar Davids. Nie chcę, żeby ludzie mówili: grałem dziś przeciwko Davidsowi. To dobry zawodnik. Chciałem, żeby mówili tak: grałem przeciwko pie***mu Edgarowi Davidsowi, a ten zakładał mi kanały. W drugiej połowie liczyłem. Założyłem sześć kanałów i asystowałem przy golu. Wygraliśmy.” Edgar Davids. Piłkarz jedyny w swoim rodzaju. Magiczna postać w okularach. Pirania, jednoosobowa maszynownia, Pitbull. Idol dzieciństwa.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Ajax

Mistrzostwo (3x) – 1993-94, 1994-95, 1995-96

Puchar Holandii (2x) – 1992-93, 2006-07

Superpuchar Holandii (4x) – 1993, 1994, 1995, 2007

Liga Mistrzów (1x) – 1994-95

Puchar UEFA (1x) – 1991-92

Superpuchar UEFA (1x) – 1995

Puchar Interkontynentalny (1x) – 1995

Juventus

Mistrzostwo (3x) – 1997-98, 2001-02, 2002-03

Superpuchar Włoch (2x) – 2002, 2003

Puchar Intertoto (1x) – 1999

Inter

Puchar Włoch (1x) – 2004-05

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Mistrzostwo Świata – 4 miejsce – 1998

Osiągnięcia Indywidualne:

Jedenastka Mistrzostw świata – 1998

Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000

FIFA 100

10

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

13 marca 1979 r. urodził się Arkadiusz Głowacki. Obok Ibrahimovicia, Buffona czy Diego Forlana, Głowacki był jednym z ostatnich uczestników Mundialu w 2002 r., który 16 lat później nadal występował w najwyższej lidze krajowej. Po sezonie 2017/18 twardy jak skała defensor a zarazem rekordzista Wisły Kraków w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie zdecydował się powiedzieć ,,pas”. Od zawsze imponował przede wszystkim twardą, inteligentną i skuteczna grą w defensywie. Zdarzało się jednak iż w decydujących fragmentach zawodziły go nerwy. Szczególnie głosy o słabej odporności psychicznej ,,Głowy” nasiliły się po eliminacjach MŚ 2006 i jego(dość efektownym) samobójczym trafieniu z Anglią. Mawiano że rzadkie są mecze, by nie przytrafiła mu się przynajmniej jedna z trzech rzeczy: samobój, kontuzja lub czerwona kartka. Dziś z perspektywy 14 lat okazało się jak mało trafne były takie żarciki. W kategorii najtrudniejszych rywali wśród obrońców już praktycznie od dekady Głowacki figuruje na pierwszych lokatach. Jego twarda gra, umiejętność rywalizacji bark w bark często skutecznie studziły zapędy ofensywne rywali. Od 2017 r. jest już rekordzistą Wisły Kraków w liczbie występów w Ekstraklasie. Wyprzedził na tej pozycji Władysława Kawule. Zajmuje też 4 miejsce w tabeli wszechczasów pod względem rozegranych starć w najwyższej lidze ze wszystkich piłkarzy. Do podium zabrakło mu 17 meczów. Na 6 miejscu uplasował się zaś w klasyfikacji występów w jednym klubie w Ekstraklasie. Do poprzedzających go Barczaka oraz Brychczego, zabrakło mu odpowiednio: siedmiu i ośmiu spotkań.

Wśród członków TOP-10 Klubu 300 pod tym względem osiągniętych sukcesów ,,Głowa” ustępuje swą kolekcją wyłącznie Szołtysikowi. 6-krotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski, 3 razy był wicemistrzem kraju. Do tego doszły 2 Puchary Polski oraz jeden Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę dla Obrońcy Sezonu w edycjach 2008/09 i 2013/14. Wystąpił też we wszystkich meczach Wisły w pamiętnej kampanii w Pucharze UEFA zakończonej na ⅛ finału. Po drodze pomógł w wyeliminowaniu między innymi AC Parmy czy Schalke 04. Ponad dwie dekady grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym Debiutował w maju 1997 w barwach Lecha Poznań. Później stał się filarem Wisły Kraków. Z wyłączeniem 2 sezonów spędzonych w barwach tureckiego Trabzonsporu nie było od edycji 2000/01 rozgrywek by nie rozegrał przynajmniej 12 meczów! Po abdykacji Łukasza Surmy stał się najstarszym zawodnikiem w Ekstraklasie. Był też ostatnim zawodnikiem, który mógł się pochwalić medalem piłkarskich mistrzostw Polski zdobytym w XX wieku a także golem strzelonym w minionym stuleciu. Podczas konferencji prasowej w maju 2018, gdy ogłaszał swój rozbrat z futbolem, poleciały łzy, tak głównemu bohaterowi, jak i części zgromadzonych dziennikarzy. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. Jerzy Engel zabrał go na Mundial w 2002 r. W Korei ,,Głowa” wystąpił w starciu z USA, zakończonym wygraną 3:1. Po raz ostatni dał mu szanse gry Franciszek Smuda w towarzyskiej konfrontacji z Węgrami w listopadzie 2011 roku.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

10

Górnik był blisko sprawienia sensacji:

13.03.1968 r. Górnik Zabrze pokonał Manchester United 1:0 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Ponad 200 tys. miłośników futbolu chciało zobaczyć rewanżowe spotkanie Górnika z Manchesterem United. O 100 tys. więcej niż wynosiła pojemność Stadionu Śląskiego, największego ówcześnie obiektu piłkarskiego w Polsce. Kłopoty z rozdziałem biletów były więc ogromne. Ci, którzy nie otrzymali biletów, musieli się zadowolić oglądaniem spotkania na ekranie telewizji lub słuchaniem transmisji radiowej. Na kilka dni przed spotkaniem w trakcie konferencji prasowej trener Kalocsay był przekonany, że United nie zagra w Chorzowie tak dobrze jak w Manchesterze. Mistrz Anglii miał na Old Trafford swój dzień, w którym wszystko mu wychodziło. Ponadto uważał, że wysiłek, jaki piłkarze z Anglii włożyli w pierwszy mecz będzie ich drogo kosztował. Byli to owszem zawodnicy, którzy dysponowali żelazną kondycją, ale piekielne tempo przez 90 minut musiało nadwyrężyć ich siły. Pokazała to też ligowa porażka z Chelsea Londyn. Na krótko przed meczem mieszkańcy Zabrza zaopatrywali się w szklanki wyprodukowane przez krośnieńską hutę szkła, na których w kolorach uwieczniono daty obydwu spotkań oraz klubowe herby Górnika i Manchesteru. W Chorzowie kolekcjonerzy sportowych pamiątek mieli okazję wzbogacić się o okolicznościowe programy oraz wydawnictwo pt. "Stadion Śląski", w którym znalazły się dokładnie opisane wydarzenia z chorzowskiego stutysięcznika. Ale nie tylko na hobbystów czekały prezenty. Otrzymali je również piłkarze. Kostce wręczono "pucharek prezesa" przyznany mu podczas sobotniej audycji telewizyjnej Fedorowicza i Gruzy - "Małżeństwa doskonałe". Lubański otrzymał piękną paterę w darze burmistrza Loebau z NRD. Chyba nikt nie był w stanie zliczyć transparentów, którymi na trybunach powiewali kibice. Chyba nikt również nie odczytywał ich treści. A świadczyły one o tym, że za Górnikiem była cała Polska. Przykłady? "Nie pomoże Charlton łysy - gdy kibice są tu z Nysy". "Pamiętajcie też górnicy, co Wam mówią zwolennicy. Szturmem bramkę atakować i trzy gole w nią wpakować..." Łatwiej okazało się trzy gole... zrymować, niż zaaplikować Mistrzowi Anglii.

Do trzeciego meczu z United zabrakło Górnikowi jednej bramki. Nieustająca, 90 minutowa ofensywa Zabrzan przyniosła im cenne zwycięstwo nad jakże renomowanym rywalem. Do półfinału Pucharu Europy awansował jednak mistrz Anglii. Bramka zdobyta przez Kidda w 89. minucie gry na Old Trafford miała więc decydujące znaczenie. Mimo wielkiego nakładu sił, ambicji całego zespołu, Górnikowi nie udało się zniwelować strat poniesionych w pierwszym spotkaniu. Nikt nie miał jednak do Górnika pretensji. Mistrz Polski z honorem zakończył swą przygodę w kolejnej edycji PKME. Odpadł po zaciętej walce z drużyną, którą każdy znający się na rzeczy musi zaliczyć do światowej klasy. W grze gości było na prawdę wiele rzeczy do podziwiania, godnych uwiecznienia kamerą. Przed dwoma tygodniami kibice byli świadkami ich ofensywy. W środowy wieczór na Stadionie Śląskim United wykazał, że podobne walory przedstawia także wówczas, gdy się nastawia lub jest zmuszony do defensywy. Dużą satysfakcję sprawiała obserwacja błyskawicznej organizacji ich obrony. Nie miała wspólnego z topornym murowaniem własnej bramki. Świetna technika, szybkość, wspaniały start, znakomita gra głową i "z głową" - te wszystkie elementy tworzyły wszechstronny zespół światowej klasy, dla którego nawet zimowa sceneria Stadionu Śląskiego nie stanowiła żadnej przeszkody. Jeśli tyle w pełni zasłużonych superlatywów skierowano pod adresem gości, to w tym świetle tym bardziej wzrastała wartość zwycięstwa górniczej jedenastki. Oczywiście zdawano sobie sprawę, że jeszcze spora różnica w zakresie umiejętności technicznych i taktycznych dzieli obydwa zespoły, ale nawet w tym kontekście sam fakt stoczenia fascynującego pojedynku, w którym losy awansu do następnej rundy ważyły się do końcowych minut wystawia polskiemu Mistrzowi doskonałe świadectwo. Zwłaszcza - czego nie należy zapominać - że przez większość spotkania występował z zawodnikiem kontuzjowanym grającym połową swoich możliwości. Wbrew oczekiwaniom Anglicy dawali sobie świetnie radę na dość niecodziennej dla nich nawierzchni boiska. Pierwszą połowę rozegrali jak wytrawni szachiści. Mimo stałego naporu zabrzańscy zawodnicy mieli bardzo niewiele sposobności do oddania skutecznego strzału. Tak sprawnie działał zwarty, ruchomy blok obrony gości. W tym okresie Górnicy nie grali najlepiej taktycznie. Być może, że na obrazie gry zaważyła kontuzja Wilczka. Zabrakło rutynowanego stratega w środku pola. Atakowano zbyt nerwowo. Wkładano dużo pasji, impetu, a zbyt mało rozwagi. Za mało stosowano uderzeń z pierwszej piłki, zaniedbywano grę flankami.

Po przerwie sytuacja uległa znacznej poprawie. Impet Polaków został poparty jakąś myślą przewodnią i wówczas kibice byli świadkami emocji najprzedniejszego gatunku. Zdobycie bramki dodało skrzydeł chłopcom Gezy Kalocsaya. Atakowali z furią i wówczas można było tym bardziej ocenić wysoką klasę i opanowanie gości. Zaczęli zwalniać grę, bardziej szanować piłkę. Robili to na ogół w sposób zgodny z przepisami. Kilkukrotne celowe wybicie za aut w konkretnej sytuacji obrony awansu nie mogło zmienić ogólnej ich oceny. Spośród 22 piłkarzy oglądanych na boisku największe wrażenie pozostawiła gra Bobby Charltona. To była klasa! Człowiek-baza, dyrygent, reżyser. Techniczne problemy rozwiązywał z dziecinną łatwością, widział wszystko, co działo się na boisku, w każdy momencie wybierał najodpowiedniejsze zagrania, zwalniał lub przyspieszał tempo w miarę potrzeby. Podana przez niego piłka była nieosiągalna dla przeciwnika i docierała nieomylnie do adresata. Pracowitość, wszędobylskość była godna podziwu... Charlton był graczem niemal wzorcowym. Mniej efektowny, lecz bardzo skuteczny był wicedyrygent Crerand - również wszechstronny piłkarz. Best był otoczony bardzo troskliwą opieką Latochy. Nie mieli miał sposobności do popisania się swymi umiejętnościami, ale w kilku wypadkach, gdy do tego dochodziło, demonstrował kunszt dryblera i technika najwyższej klasy. Najniebezpieczniejszy był młody Kidd. Utrzymanie go w ryzach nie należało do łatwych rzeczy. Świetne wyszkolenie i refleks dały się widzieć przy interwencjach Stepneya. Słabych punktów nie sposób było wprost się dopatrzyć. W zabrzańskim zespole na najwyższe noty zasłużył szczególnie Oślizło. Jego interwencje budziły każdorazowo pełne zaufanie skutecznością, pewnością. Dzielnie sekundował mu Florenski. Doskonale wywiązywał się z trudnego zadania Latocha. W ataku Lubański był pilnowany przez przeciwników bardzo troskliwie, lecz mimo to każde niemal jego dojście do piłki oznaczało alarm pod bramką Stepneya. Wiele godnych rajdów zademonstrował Lentner. Niemniej efektywna była praca pomocników Deji i Olka. Bohater meczu na Old Trafford Kostka nie miał tym razem zbyt wiele do roboty. Anglicy podziękowali górnikom za grę, zabrzanie pogratulowali awansu do półfinału. Publiczność, oczywiście ta znająca się na futbolu, potrafiąca uznać klasę rywala, opuszczała stadion twierdząc, że Górnik odniósł wielki sukces. Kto mógł wiedzieć, że pokonał przyszłego zdobywcę PKME?


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

8

Zapomniane ale wybitne legendy polskiego futbolu:

13 marca 1932 r. urodził się Edward Szymkowiak. Przez wielu uznawany jest za pierwszego z wielkich polskich bramkarzy w dziejach światowego futbolu. Wiele jego rekordów pobiły dopiero odległe pokolenia, sporo zaś jeszcze czeka na poprawienie… Szymkowiak dla przyszłych następców w tym fachu poprzeczke zawiesił wysoko. Starcia Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze miały na przełomie lat 50-tych i 60-tych olbrzymi ładunek emocjonalny. W 1960 r. na boisku spotkali się aktualni mistrzowie oraz wicemistrzowie Polski. Drużyny nie szczędziły sobie ostrej gry. Arbiter Maciarz podyktował łącznie aż 4 rzuty karne. Jedną dla Polonii(wykorzystaną przez Liberde) oraz 3 dla Górnika. Do pierwszej z nich podszedł Ernest Pohl. Sędzia jednak po jego strzale zarządził powtórkę. Tę drugą ,,jedenastke” na gola chciał zamienić Roman Lentner. Trzecia próba padła natomiast udziałem Erwina Wilczka. Po zakończeniu meczu wynik brzmiał jednak… 3:0 dla Polonii Bytom. Wszystkie rzuty karne wybronił bowiem Szymkowiak! Dokonał przy tym zresztą nie lada sztuki. Przy karnym Lentnera rzucił się w przeciwną strone ale zdołał jeszcze wykonać szpagat i wybił piłke nogą. ,,W tym dniu nie było na ,,Szymka” sposobu. Jeszcze kilkakrotnie napastnicy Górnika mieli świetne sytuacje podbramkowe ale polonista łapał wszystkie strzały. Świetnie spisywał się zarówno na linii bramkowej, jak i przedpolu. Szymkowiak był głównym bohaterem meczu, nie tylko dlatego że świetnie bronił swej świątyni ale również i dlatego że zupełnie wyprowadził z równowagi napastników Górnika. Doszło w końcu do tego że stracili oni wszelka nadzieje aby strzelić w tym meczu gola i przy stanie 2:0 zrezygnowali z walki”- tak pisał o nim Katowicki ,,Sport” po tym występie. Rzuty karne w tak ważnych spotkaniach były zresztą jego wielką specjalnością. Znakomicie potrafił wygrywać te wojny psychologiczne nawet z najbardziej renomowanymi przeciwnikami. Kiedyś w spotkaniu reprezentacji wybronił karnego wykonywanego przez jednego z najlepszych piłkarzy Europy w tym czasie- Ferenca Puskasa. Za czołowego bramkarza świata uważał go też kolega po fachu Villiam Schrojf, wicemistrz Świata z kadrą Czechosłowacji z 1962 r. W Ekstraklasie pan Edward był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 20 sezonów na tym szczeblu rozgrywek. Do dziś jego wynik przebił wyłącznie Łukasz Surma. Został też założycielem Klubu 300. Trzechsetny mecz rozegrał w 1965 r. Rekordzistą pod względem występów w elicie pozostał jeszcze przez kolejne 6 lat. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym grał w 3 klubach: Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Polonii Bytom i w każdym z nich minimum raz zdobył mistrzostwo kraju. Jego wynik pod tym względem pobił dopiero Maciej Szczęsny(mistrzostwo w czterech klubach). Łącznie 5 razy stawał na najwyższym podium rozgrywek krajowych. Tyle samo razy zdobył srebro i dołożył dwa brązowe krążki. Do tego doszły dwa Puchary Polski. Sam 4 razy uznawany był za Piłkarza Roku w Polsce w klasyfikacji katowickiego ,,Sportu” ,,Złote buty”. Wraz ze Staszkiem Oślizłą jest rekordzistą tego zestawienia. Dwukrotnie też znajdował się w TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”.

Znakomicie też pokazał się na arenie międzynarodowej. Z Polonią Bytom w 2 sezonach z rzędu osiągnął finał Pucharu Rappana. Drugi z nich przyniósł mu triumf w finale przeciwko Lokomotivowi Lipsk. W pierwszym spotkaniu tego dwumeczu nie grał z powodu kontuzji i bytomianie przegrali aż 0:3. W drugim(już z nim na bramce) drużyna ewidentnie poczuła się pewniej. Ostatecznie wygrała 5:1! Choć kilkanaście sekund przed końcem rywale mieli na nodze strzał na wage dogrywki ale Szymkowiak znalazł się na posterunku i obronił tę próbe w doskonałym stylu. Nic dziwnego że po spotkaniu reporter ,,Trybuny”, Z. Dutkowski napisał: ,,Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak.” Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w oficjalnych europejskich całosezonowych rozgrywek klubowych przeprowadzonych pod egidą UEFA. Również w reprezentacji zapisał piekną karte. W dwóch okresach(1962-1963 i 1965-1967) był rekordzistą w liczbie występów w kadrze. Ostatecznie zakończył grę z orłem na piersi z dorobkiem 53 meczów. Wśród jego kolegów po fachu przewyższył go pod tym względem dopiero Jan Tomaszewski. Do dziś oprócz ,,Tomka” wyprzedzili Szymkowiaka jeszcze tylko dwaj golkiperzy znani z XXI wieku: Artur Boruc i Jerzy Dudek. Pozostaje on natomiast jedynym bramkarzem, który dwukrotnie nosił miano olimpijczyka(w 1952 i 1960). Oprócz niego z przedstawicieli innych pozycji taki wyczyn padł udziałem jeszcze tylko Szymanowskiego , Gorgonia, Maszczyka, Laty, Kmiecika i Deyny. W pierwszym podejściu został bohaterem starcia z Danią. ,,Szymkowiak w bramce zdobył sobie uznanie publiczności doskonałymi interwencjami w najcięższych momentach”- odnotował ,,Dziennik Bałtycki”. W obu próbach skończyło się jednak tylko na fazie grupowej. Szymkowiak był także jednym z największych bohaterów meczu przeciwko ZSRR. Doskonałą postawą przyćmił swego konkurenta z drugiej strony boiska, uznawanego za najlepszego golkipera świata- Lwa Jaszyna. ,,Szymek fruwał w powietrzu imponując zwłaszcza w pierwszym kwadransie niezwykle trudnymi interwencjami. Również po przerwie, dzięki wspaniałemu refleksowi, zapobiegł wielokrotnie katastrofie”- pisała ,,Trybuna Ludu”. Wagę jego postawy docenił sam kapitan drużyny i zarazem zdobywca dubletu w tamtym spotkaniu- Gerard Cieślik. Po końcowym gwizdku podbiegł i ucałował z wdzięczności swego bramkarza. ,, Dużo miałem w tym meczu roboty, Śliska piłka nie chciała się kleić do rąk. Zawaliłem bramke bo nie wyczułem intencji strzelca. Myślałem bowiem ze strzał pójdzie w krótki róg a tymczasem stało się odwrotnie. Przy zmianie pozycji do interwencji poplątały mi się ręce i piłka niepotrzebnie wpadła mi do siatki. Myślę że ten błąd podarują mi kibice bo przecież wygraliśmy mecz”- komentował Szymkowiak swa gre. Kariere zakończył w 1969 w wieku 37 lat. Potem trenował drużyny młodzieżowe Polonii Bytom. Zmarł w 1990 roku. Dziś jego imie nosi stadion Polonii. Przed wejściem znajduje się pomnik Szymkowiaka w pozie efektownej robinsonady. Wielu uznaje go nawet dziś za najlepszego bramkarza wszechczasów w Polsce i mnie to osobiście wcale nie dziwi...

@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Katalończyk 99 A kim jest doktor kidler?

1

@Safrani No! Powiedzmy...... :)

1

@Safrani Na tym etapie na kogo byśmy nie trafili to będzie to droga przez męke, pytanie tylko czy ze szczęśliwym zakończeniem...?

15

Przypadki niepokornego Bułgara:

13 marca 1998 r. Stoiczkow odszedł na dobre. Już 22 lipca 1997 van Gaal na treningu kazał Bułgarowi włożyć koszulke w spodenki, co bardzo nie spodobało się nieposłusznemu napastnikowi. Dwa miesiące później Christo poprosił o transfer, mówiąc że ,,tylko Cruijff uczył go gry w piłke”. Na jednym z treningów Stoiczkow dla żartu założył okulary asystenta trenera ale nie wzbudziło to zachwytu van Gaala. Na przestrzeni sezonu piłkarz wymieniał z Holendrem ,,uprzejmości” aż w końcu poleciał do ojczyzny bez zgody szkoleniowca. Na pożegnalnej konferencji Bułgara nie pojawił się nikt z przedstawicieli klubu. ,,Dziś jego krzesło jest puste a kiedy mnie pozyskał do klubu, siedział w pierwszym rzędzie”- skomentował Bułgar brak prezydenta Nuñeza. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czemu wielcy piłkarze Barcelony z reguły opuszczają klub kuchennymi drzwiami, odpowiedział ostro: ,,Tacy piłkarze pozostawiają w cieniu malutkich”, mając oczywiście na myśli prezydenta i trenera.


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

3

A więc ,,nasza" kochana Barcunia jest w tym sezonie niczym Doktor Dżekil i mister Hajt! Ciekawe jakim doktorem będzie w ćwierćfinale Champions Lig?

0

W przypadku ,,naszej" victorii z Napoli to może być(a wręcz nawet powinien) punkt zwrotny tego bardzo przeciętnego sezonu. Pytanie tylko czy nasi ulubieńcy zdołają tego dokonać a jest o co grać!
Vamos Barcunio! Vamos a ganar!
Xavi, ,,nasz Generale" wierzymy w ciebie po raz... ostatni?

8

Wybitne postacie włoskiego futbolu:

12 marca 1886 w Turynie urodził się Vittorio Pozzo, włoski piłkarz, trener piłkarski. W czasie swojej kariery piłkarskiej reprezentował barwy szwajcarskiego Grasshoppers Zurych i włoskiego Torino FC. Pozzo po zakończeniu kariery piłkarskiej rozpoczął karierę trenerską. W 1912 roku objął reprezentację Włoch, która występowała na igrzyskach olimpijskich 1912 w Sztokholmie. Następnie w latach 1912-1922 był trenerem Torino FC a także dwukrotnie przez krótki czas prowadził reprezentację Włoch (1921 i 1924), a w latach 1924-1926 był trenerem AC Milan. W 1929 roku ponownie objął reprezentację Włoch, z którą w latach 30-tych święcił największe sukcesy. Zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo świata w 1934 i 1938 roku, a także doprowadził ją do wywalczenia złotego medalu na letnich igrzyskach olimpijskich 1936 w Berlinie. Jest jedynym do tej pory trenerem, który dwukrotnie wygrał mundial oraz wygrał mundial i igrzyska olimpijskie. Był także trenerem reprezentacji w czasie II wojny światowej, a także po jej zakończeniu. Pozzo odszedł po igrzyskach olimpijskich 1948 w Londynie. W 1938 roku, przed finałem Mistrzostw Świata miał odebrać krótki telegram, którego nadawcą był sam Benito Mussolini. Treść? Ledwie trzy słowa, które jednak mówiły wszystko: “zwycięstwo albo śmierć”. Na szczęście nie miał okazji sprawdzić alternatywy dla triumfu. Jego piłkarze ograli Węgrów 4-2, a on przeżył spokojnie jeszcze trzydzieści lat i to w chwale najbardziej utytułowanego trenera w nie tak długiej jeszcze historii piłki. Do teraz pozostaje jedynym trenerem, który dwukrotnie poprowadził swoją reprezentację do zwycięstwa w mundialu, bo Włosi okazali się najlepszą drużyną również w 1934 roku. Ale na tym nie koniec, bo w latach 30. na szyi Pozzo zawisł jeszcze m.in. złoty medal Igrzysk Olimpijskich. Oczywiście konieczna jest adnotacja – trumfy te do dziś budzą niesmak większości historyków futbolu. Nad reprezentacją Włoch – a co za tym idzie, nad trenerską karierą Pozzo również – czuwała wtedy wielka polityczna siła. W 1934 roku powtórzony ćwierćfinał z Hiszpanią udało jej się przebrnąć tylko dlatego, że szwajcarski rozjemca tego spotkania nie uznał przeciwnikom dwóch prawidłowo zdobytych bramek, a nie musimy chyba dodawać, że raczej nie były to zwykłe ludzkie błędy. Cztery lata później problemy pojawiły się już w pierwszym meczu z Norwegią. W 88. minucie, przy stanie 1-1, do siatki trafił Arne Brustad, ale sędziowie z tylko sobie wiadomych przyczyn gola nie uznali. Włosi wygrali po dogrywce i rozpoczęli dalszy marsz po obronę trofeum.

Jednak mimo wszystkich tych kontrowersji, geniusz trenerski Pozzo nie jest poddawany pod większą wątpliwość. To on w obliczu klęski z austriackim “wunderteamem” w meczu towarzyskim rozegranym kilka miesięcy przed mistrzostwami, nie bał się odstawić graczy o uznanej renomie (m.in. Renato Cesariniego czy Umberto Caligarisa) i postawić na piłkarzy mniej znanych, ale będących w lepszej formie. Selekcja była tak ostra, że nadano jest wymowny przydomek “skalpel Pozzo”. To również on jest autorem rewolucyjnej jak na tamte czasy taktyki, którą nazwano “Metodo”. Podczas gdy inny trenerzy stosowali ustawienie 2-3-5, on przerzucił część akcentów na defensywę, wycofując dwóch napastników (2-3-2-3) i powierzając tym piłkarzom zadania obronne. Jak się okazało, dzięki tej korekcie drużyna zasłynęła z wyprowadzania zabójczych kontrataków. Po blisko dwudziestoletniej przygodzie z kadrą Włoch, Pozzo zajął się pracą dziennikarską. Pisał o futbolu dla ,,La Stampy", relacjonował dla tego tytułu też wielkie turnieje. Doczekał zwycięstwa swojej reprezentacji w rozgrywanych we Włoszech Mistrzostwach Europy w 1968 roku. Zmarł pół roku później.



@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Prorokk A to niby dlaczego w ten sposób?

0

@FcPortoFan1999 Doskonale sobie zdaje z tego sprawe ale uważam że Brazylijczyk idealnie by się teraz nadawał do ,,nas"...

0

Bez względu na to jak zakończy się ten sezon, to następcą Xaviego powinien zostać Sylvinho a w dalszej kolejności Beletti. Naturalnie to jest moja subiektywna opinia, którą można tutaj wygłaszać :)

12

Kolejna wspaniała, marcowa remontada:

12 marca 2013, FC Barcelona dokonała znakomitej remontady pokonując w meczu rewanżowym na Camp Nou, AC Milan 4:0! Gole zdobywali: Messi(5 i 40 minuta), Villa(55 minuta) oraz Alba(92 minuta). W rewanżu Messi włączył tryb królewski i niemal w pojedynke pozbawił Silvio Berlusconiego tak potrzebnego mu w obliczu wyborów parlamentarnych sukcesu a może był to tryb papieski? Dzień później bowiem kardynał Bergoglio został wybrany głową Kościoła katolickiego. Można powiedzieć że Messi przygotował mu grunt. Tak jak Leo zatriumfował nad Milanem, tak Bergoglio pokonał arcybiskupa Mediolanu Angelo Scole.



Takie mecze pamięta się aż po grób, zwłaszcza że szalałem z radości w piwiarni Warka, śpiewając: Ole le, ola la ser der Barça es el mio cena, czy coś w tym rodzaju bo języka katalońskiego nie znam.



@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

9

Spektakularna remontada:

12 marca 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Atletico Madryt 5:4! w ramach rewanżu ¼ Copa del Rey. Cóż to było za ,,partidazo”! To był legendarny, heroiczny, fantastyczny, wyjątkowy, epicki a nawet brutalny mecz, donosiło ,,El Mundo Deportivo”. To była jedna z większych remontad w historii klubu ponieważ Atletico prowadziło do przerwy aż 3:0. Tuż po przerwie dwukrotnie trafił Ronaldo i straty niemal zostały odrobione, lecz bardzo szybko odpowiedział Pantič strzelając swojego czwartego(!) gola w tym meczu. Napór Blaugrany nie ustępował i kontaktowego gola strzelił Figo a kilka minut później wyrównał Ronaldo. W 82 minucie zwycięskiego gola zdobył Juan Antonio Pizzi doprowadzając cules do ekstazy. Ostatnie minuty meczu zdenerwowany Gaspart spędził w toalecie a na trybunie honorowej zasiadł Van Gaal, który niebawem miał objąć posade trenera po Bobbym Robsonie.

Retrospekcja:





@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

9

Wyjątkowe postacie FC Barcelony:

12 marca 1938 r. urodził się Manel Vich, spiker na Camp Nou. ,,Bona nit a tothom i benvinguts a l’estadi”(z katalońskiego: ,,Dobry wieczór wszystkim i witam na stadionie”)- tymi słowami Vich rozpoczyna meczowy wieczór na Camp Nou już od 1956 r. przez ponad 50 lat opuścił tylko cztery mecze w związku ze ślubami dzieci oraz operacją. Vich użyczał swojego głosu dobrowolnie, nie pobierając za to żadnych opłat. Ponadto zawsze podkreśla że Estadio Camp de Les Corts był unikalny a Camp Nou brakuje duszy ale idzie się na niego oczekując wielkiego spektaklu. Manel Vich zmarł 29 kwietnia 2016 r. w wieku 78 lat. Był to człowiek kochany przez całe barcelonismo. Pozostawił w sercach culés wspaniałe wspomnienia po sobie.


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

7

@FCBparasiempre
Napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej zadebiutował w profesjonalnym futbolu, mając dopiero dwadzieścia jeden lat. Przyczyną tego zdarzenia, były częste kontuzje w młodym wieku, które zahamowały jego rozwój a także trudne dorastanie we Francji. Na szczęście po uporaniu się ze swoimi kłopotami zdrowotnymi i osobistymi, otrzymał w końcu szanse od zespołu Le Mans. Z Kraju Loary wypłynął na szerokie wody, zostając legendą londyńskiej Chelsea. Jego niesamowita droga na szczyt, skłania nas do opisania jego historii. Didier Drogba, bo o nim mowa, przyszedł na świat 11 marca 1978 roku w stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej Abidżanie. Od najmłodszych lat, Iworyjczyk musiał zmagać się z wielką biedą w swoim kraju. Przez bardzo duży kryzys gospodarczy, rodzice Drogby stracili pracę. W domu bohatera naszego artykułu nie było co jeść i młody Didier chodził przez większość czasu wychudzony i głodny. Brak dostarczenia do organizmu małego chłopca pełnowartościowych posiłków spowodował, że Iworyjczyk nie rozwijał się, jak należy. Drogba miał jednak w swojej rodzinie wujka mieszkającego we Francji. Krewny Didiera widząc, jak jego najbliżsi wiążą ledwo koniec z końcem, postanowił wysłać do swojej ojczyzny jedzenie i pieniądze. Na tym jednak nie poprzestał. Zaproponował rodzicom Afrykańczyka, żeby pozwolili jego synowi przyjechać do niego nad Sekwanę. Dla Drogby i jego rodziców była to bardzo trudna decyzja. W końcu jednak obie strony doszły do porozumienia i stwierdzono, że dla dobra dziecka to może być jedyna szansa, żeby wyrwać się ze skrajnego ubóstwa. Drogba w wieku pięciu lat opuścił swoją ojczyznę. Wujek Didiera grał zawodowo w piłkę. Zaszczepił on w Drogbie olbrzymią pasję do uprawiania tego sportu. Chciał, żeby tak jak on w przyszłości mógł występować na legendarnych stadionach. Innego zdania byli rodzice Iworyjczyka. W listach pisali, żeby ich syn skupił się na nauce, bo piłkarzem pewnie nie zostanie. Drogba na początku swojej przygody w Europie nie mógł się przystosować do nowych warunków. Bardzo odstawał od swoich rówieśników w szkole. Nie potrafił także znaleźć z nimi wspólnej nici porozumienia poza lekcjami. Z każdym miesiącem coraz bardziej zaczął tęsknić za domem i swoim krajem. Didier poprosił wujka, żeby ten posłał go z powrotem na „Czarny Ląd”. W Afryce sytuacja jednak była coraz gorsza i po krótkim okresie w ojczyźnie ponownie znalazł się we Francji. Chwile później do Drogby dołączyli jego rodzice, którzy także zdecydowali się na przeprowadzkę. Dla „Tito” jak nazywali go jego najbliżsi, była to połowicznie dobra informacja. Z jednej strony Drogba znowu mieszkał z rodzicami, z drugiej matka z ojcem widząc jego stopnie w szkole, kazali mu zaprzestać gry w piłkę, przykładając się bardziej do edukacji. Iworyjczyk wrócił do futbolu po roku przerwy, kiedy poprawił oceny. W wieku piętnastu lat Drogba trafił do klubu Levallois. Była to jego pierwsza drużyna piłkarska. „Tito” miał już swoje lata i wydawało się, że jest już za późno, żeby zrobił karierę sportowca. Jego koledzy z szatni, którzy trenowali piłkę od dziecka, przerastali go swoimi umiejętnościami technicznymi. Drogba nie mógł sobie pozwolić na grę w drogich akademiach. Jedynym jego wzorem w czasach młodzieńczych był jego wujek, który uczył go podstaw w futbolu. Jednak Iworyjczyk bardzo szybko nadrobił braki z wczesnej młodości. Zaczął pracować nad swoją sylwetką. Znacznie urósł i przybrał na masie mięśniowej, co pozwoliło mu wygrywać wiele pojedynków powietrznych. Początkowo Drogba był ustawiony przez szkoleniowców na boku obrony. Choć Didier dobrze prezentował się w formacji defensywnej, stwierdzono, że jeszcze więcej pożytku będzie z niego w napadzie. Po paru miesiącach Drogba przeprowadził się do internatu. Miał przez to więcej czasu dla siebie na regenerację i odpoczynek. Nastolatek z Wybrzeża Kości Słoniowej po kilku tygodniach w nowym otoczeniu wystrzelił ze swoją formą strzelecką. W hurtowych ilościach trafiał do bramki przeciwnika. Jego znakomita forma wzbudziła zainteresowania wielu skautów z różnych zakątków Francji.

„Tito” miał tak dużo ofert na dołączenie z wielu drużyn, że nie mógł się zdecydować. W końcu wybór padł na Le Mans FC. Miasto z Kraju Loary było bardzo atrakcyjne dla Drogby z dwóch powodów. Słynęło z dobrej szkółki piłkarskiej i posiadało prestiżowy uniwersytet, do którego Didier ostatecznie się zapisał. Został studentem pierwszego roku rachunkowości. Miał więc zabezpieczenie, że gdyby nie wyszła mu przygoda z piłką to i tak zdobędzie wykształcenie, które pozwoli mu w przyszłości znaleźć dobrze płatny zawód. Drogba w nowym klubie miał olbrzymie problemy z kontuzjami. Jego urazy znacznie opóźniły jego debiut w dorosłej piłce. Młodemu piłkarzowi nie pomagało także prowadzenie niezdrowego trybu życia. Iworyjczyk nie stronił od śmieciowego jedzenia i imprez nocnych. „Tito” po czasie zrozumiał, że aby się podnieść po kontuzjach i wrócić do gry na najwyższym poziomie musi zrezygnować z pokus z okresu dojrzewania. Momentem przełomowym w życiu Didiera były narodziny jego syna Isaaca. Jego pierworodny syn spowodował, że Drogba stał się bardziej odpowiedzialnym człowiekiem. „Narodziny Isaaca był kluczowe. Odbudowały mnie”. Drogba, mając niespełna dwadzieścia jeden lat, w końcu zadebiutował w seniorach. Pobyt w pierwszej drużynie Le Mans był jednak dla niego średnio udany. Przez cztery lata gry na drugim poziomie rozgrywkowym w 64 meczach zanotował 12 bramek. Mimo słabszej dyspozycji „Tito” wzbudzał zainteresowanie zespołów z Ligue 1. W rundzie wiosennej sezonu 2001/2002 Drogba dołączył do klubu Guingamp. Drużyna z Bretanii zapłaciła Le Mans 80 tysięcy funtów. Pierwszą rundę w nowych barwach napastnik z Afryki miał słabą. W 11 spotkaniach strzelił raptem trzy bramki. Kolejny sezon w wykonaniu Afrykańczyka był dużo lepszy. Po przepracowaniu całego okresu przygotowawczego w lecie Didier strzelał w nowych rozgrywkach gola za golem. Jego wyborna dyspozycja uplasowała ekipę „czerwono-czarnych” na wysokim siódmym miejscu. Jak na skromne warunki klubu z Bretanii był to wynik ponad stan. Na atakującego z Abidżanu zwróciła uwagę cała Francja. Drogba postanowił wykonać kolejny krok w swojej karierze i odszedł do legendarnej Olympique Marsylii. Zespół z Lazurowego Wybrzeża najlepsze lata miał już za sobą, lecz ciągle był uznaną marką. Na południu Francji Didier znów potwierdził swoją niesamowitą klasę. W kampanii 2003/2004 Iworyjczyk doprowadził swój zespół do finału Pucharu UEFA, w którym Marsylia nieznacznie przegrała z mocną Valencią 0:2. Ligue 1 powoli stawała się dla „Tito” za słabą ligą. Drogba robił znaczne postępy, zdobywając coraz więcej bramek. Iworyjczyk został najlepszym graczem całych rozgrywek. Wiedział, że późno zadebiutował w seniorach i teraz musi szybko piąć się po piłkarskiej drabinie. Po zaledwie dwunastu miesiącach „Tito” postanowił zmienić miejsce zamieszkania, przenosząc się na Stamford Bridge. Trenerem Chelsea był wówczas Jose Mourinho, który zakochał się w umiejętnościach Afrykańczyka. To wtedy zaczęła powstawać potęga klubu z Londynu, pompowana pieniędzmi przez miliardera Romana Abramowicza. „The Blues” w tamtym okresie mieli największe możliwości finansowe na świecie i sprowadzali zawodników, którzy byli gwiazdami swoich lig. Za Drogbę, który we Francji miał udane raptem dwa lata, Chelsea zapłaciła aż 24 mln funtów. Didier w Anglii musiał nauczyć się nowej filozofii „The Special One”. Iworyjczyk chętnie przyswajał nowe wiedzą od Portugalczyka, który rozwinął go na wielu płaszczyznach. Drogba zaczął pracować dla drużny w defensywie. Bardzo dużo biegał na boisku i starał się jako pierwszy obrońca naciskać na rywala. Był także znakomitym asystentem i świetnym snajperem. W swoich dwóch premierowych sezonach nad Tamizą Drogba sięgnął po dwa tytuły Premier League. Chelsea wygrała mistrzostwo Anglii po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat. „Tito” zapisał się więc w annałach Londyńczyków już na początku swojej przygody za granicą.

Po owocnych dwóch latach Didiera w Anglii Iworyjczyk dostał powołanie na zbliżające się MŚ w Niemczech. Wybrzeże Kości Słoniowej napakowane takimi graczami jak Drogba, bracia Toure, Emmanuel Eboue, Bakari Kone, czy Didier Zokora debiutowało na piłkarskim czempionacie. „Słonie” w silnej grupie z Holandią, Argentyną i Serbią i Czarnogórą zdołali jednak pokonać tylko tych ostatnich, a Afrykańczyk zanotował na swoim koncie raptem jedną bramką. Gola strzelił w starciu z reprezentacją „Albicelestes”. Iworyjczycy musieli się pożegnać z turniejem już po pierwszej fazie mistrzostw. Na kolejnych turniejach nie było wcale lepiej. Drogba jako piłkarz reprezentacyjny może w ostatecznym rozrachunku czuć się zawodnikiem niespełnionym. Awansował co prawda na mundial jeszcze dwukrotnie, ale za każdym razem, WKS nie potrafił wyjść z grupy. Nigdy nie udało mu się wygrać także Pucharu Narodów Afryki. W 2006 roku „Słonie” przegrały w finale z Egiptem, natomiast sześć lat później w meczu o złoto, Wybrzeże uległo sensacyjnie Zambii.

Mimo wspomnianych klęsk Drogba był dla swojego kraju postacią pomnikową. „Tito” w Wybrzeżu Kości Słoniowej pełnił nie tylko rolę piłkarza, ale gdy trzeba było, potrafił się również wcielić w postać mediatora. Nawoływał często polityków z Abidżanu do zaprzestania wojen i skupieniu się na poprawie sytuacji ekonomicznej w kraju. Jego rodacy słuchali jego słów jak świętość. To on tak naprawdę w niektórych momentach stawał się głową państwa. Wydawało się także, że Drogba będzie musiał obejść się smakiem z wygraniem Ligi Mistrzów. Dla Chelsea Iworyjczyk zdobył wszystkie możliwe najważniejsze puchary. Brakowało tego najcenniejszego. „The Blues” kilkukrotnie próbowali wygrać Champions League. Jednak zawsze im czegoś brakowało. Najbliżej byli w 2008 roku, kiedy w decydującym meczu na Łużnikach przegrali po rzutach karnych z Manchesterem United.Na szczęście dla Londyńczyków historia podboju Ligi Mistrzów zakończyła się happy endem. Dziewiętnasty maja 2012 roku to data wspominana z nostalgią przez każdego fana drużyny z zachodniej części Londynu. Tego dnia mecz finałowy Pucharu Europy został rozegrany na Allianz Arenie w Monachium między Bayernem a Chelsea. Bawarczycy byli nieoficjalnym gospodarzem tego spotkania i jednocześnie faworytem do końcowego tryumfu. Bayern dominował przez większą część spotkania. Jednak Monachijczycy otworzyli swoje konto bramkowe dopiero w 83 minucie. Thomas Muller po dośrodkowaniu Toniego Krosa strzelił pod poprzeczkę bramki Petra Czecha. Wydawało się, że Chelsea w tym momencie jest na łopatkach. „The Blues” byli słabsi, a Bayern w końcu skruszył mur Londyńczyków. W losy odwrócenia meczu wierzył tylko jeden zawodnik. Dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Drogba po świetnej centrze z rzutu rożnego Juana Maty zdobył historycznego gola. Iworyjczyk ruszył w kierunku bliższego słupka bramkarza i silnym uderzeniem głową nie dał szans Manuelowi Neuerowi. „Tito” tym samym doprowadził do dogrywki. W niej Didier jednak mógł zostać czarnym bohaterem. To on sfaulował w polu karnym rozpędzonego Franka Ribery’ego. Na szczęście jego przewinienia nie wykorzystał Arjen Robben. Dodatkowe 30 minut nie przyniosło więc rozstrzygnięcia. O zwycięstwie w stolicy Bawarii miały zadecydować rzuty karne. W nim jedenastki lepiej strzelali goście. Świetnie bronił Czech, a decydującego karnego wykorzystał Drogba. Po ośmiu latach przygody na Stamford Bridge „Tito” mógł nareszcie zostać piłkarzem spełnionym w piłce klubowej. Po sezonie 2011/2012 „The Blues” nie zdecydowali się przedłużyć kontraktu ze swoją gwiazdą. Drogba nie zamierzał kontynuować swojej kariery w żadnej z topowych lig. Wybrał kierunek bardzo egzotyczny. Zasilił drużynę Shanghai Shenhua. W drużynie z Chin występował ze swoim starym znajomym Nicolasem Anelką. Na dalekim Wschodzie Didier grał jednak tylko przez pół roku. W jedenastu spotkaniach trafiał do siatki przeciwnika ośmiokrotnie. Klub z Azji miał problemy, żeby wypłacać swoim zawodnikom pensję na czas i Drogba wrócił na Stary Kontynent. Iworyjczyka skusiły pieniądze z ligi tureckiej. Drogba odszedł do najbardziej utytułowanego klubu znad Bosforu Galatasaray Stambuł. W największym mieście w Turcji spędził udane półtora roku. Wygrał mistrzostwo kraju, puchar i superpuchar Turcji. Niestety największą bolączką dla Drogby stanowili zagorzali pseudokibice. Chuligani tureccy skandowali w kierunku Afrykańczyka skandaliczne rasistowskie przyśpiewki, czego Drogba nie mógł zaakceptować. Przed sezonem 2014/2015 „Tito” zaczął ponownie flirtować z „The Blues”. Drogba po raz drugi został napastnikiem Londyńczyków, podpisując roczną umowę. Didier postanowił wrócić na stare śmieci, gdyż stery ekipy ze Stamford Bridge znowu objął Jose Mourinho. W stolicy Anglii miał to być ostatni taniec obu panów. Zawodnicy „The Blues” spełnili oczekiwania kibiców i w maju 2015 roku mogli świętować po raz piąty w historii tryumf w rozgrywkach Premier League. Didier nie był już tak samo bramkostrzelny jak za swojej pierwszej kadencji nad Tamizą. Natomiast swoją charyzmą i osobowością dołożył ważną cegiełkę do odzyskania mistrzostwa przez Chelsea. U schyłku swojej kariery Drogba pragnął zasmakować życia w Stanach Zjednoczonych. W przeszłości do ligi MLS trafiali tacy zawodnicy jak David Beckham, Thierry Henry czy Robbie Keane. Iworyjczyk chciał być więc kolejny piłkarzem, którego gwiazda rozbłyśnie za oceanem. Doświadczony zawodnik mimo solidnego wieku nie odstawał poziomem od swoich rywali. Dla drużyny Montreal Impact strzelał bramki w dalszym ciągu jak na zawołanie. Ostatecznie Didier karierę zakończył w 2018 roku w klubie Phoenix Rising, występującej w rozgrywkach USL. Po zawieszeniu butów na kołku Drogba bardzo zaangażował się w pomoc charytatywną. Założył fundację mającą jego imię, która wspiera mieszkańców Wybrzeża Kości Słoniowej. „Tito” uczestniczy także w akcjach, walczących w zapobieganiu wirusowi HIV, który na jego kontynencie do dzisiejszego dnia sieje spustoszenie. Afrykańczyk jest także współwłaścicielem klubu Phoenix Rasing. Klub z Arizony chciałby w przyszłości wprowadzić do Major League Soccer. Drogba obok Samuela Eto’o, Rogera Milli, Georga Weaha czy Mohameda Salaha należy do najlepszych piłkarzy reprezentujących Afrykę. W barwach „The Blues” Iworyjczyk na przestrzeni dziewięciu sezonów zdobył aż 14 trofeów. Didier strzelał bramki w decydujących momentach, kiedy drużyna najbardziej go potrzebowała. Drogba jest jednym z nielicznych graczy, którzy zrobili wielką karierę, pomimo późnego debiutu w dorosłej piłce. Iworyjczyk posiadał bardzo mocną psychikę i osobowość, która pozwoliła mu najpierw wyjść ze skrajnej biedy, następnie uporać się z ciężkimi kontuzjami, odejść zagranice i zostać legendą londyńskiej Chelsea. Można tylko żałować, że nie wygrał niczego z reprezentacją narodową. Jednak w jego ojczyźnie „Tito”, na zawsze zapisze się wielkimi zgłoskami jako wielki piłkarz, a może przede wszystkim wielki człowiek, który potrafił walczyć z dyktaturą w swoim kraju.

Osiągnięcia klubowe:

Olympique Marsylia

Finalista Pucharu UEFA (1x) – 2003/04

Chelsea

Mistrzostwo Anglii (4x) – 2004/05, 2005/06, 2009/10, 2014/15

FA Cup (4x) – 2006/07, 2008/09, 2009/10, 2011/12

Puchar Ligi Angielskiej (3x) – 2004/05, 2006/07, 2014/15

Superpuchar Anglii 2x – 2005, 2009

Liga Mistrzów (1x) – 2011/12

Galatasaray

Mistrzostwo Turcji (1x) – 2012/13

Puchar Turcji (1x) – 2013/14

Superpuchar Turcji (1x) – 2013

Phoenix Rising

Mistrzostwo zachodniej konferencji (1x) – 2018

Osiągnięcia Indywidualne:

Najlepsza Jedenastka Pucharu Narodów Afryki (3x) – 2006, 2008, 2012

Najlepszy strzelec Pucharu Narodów Afryki (1x) – 2012

Piłkarz roku w Afryce (2x) – 2006, 2009

Piłkarz roku Chelsea (1x) – 2013

Piłkarz roku Wybrzeża Kości Słoniowej (3x) – 2006, 2007, 2012

Piłkarz roku Ligue 1 (1x) – 2003/04

Gol roku Ligue 1 (1x) – 2003/05

Drużyna gwiazd MLS (1x) – 2016

Onze d’Or (1x) – 2004

Król strzelców Premier League (2x) – 2006/07, 2009/10

Król asyst Premier League (1x) – 2005/06

Piłkarz roku w Turcji (1x) – 2013)

Najlepszy piłkarz finału Ligi Mistrzów (1x) – 2013

Król strzelców Pucharu UEFA (1x) – 2003/05

1

@FcPortoFan1999 Czy mam talent to kwestia dyskusyjna ale prawda jest taka że większość tych tekstów pochodzi z czasopism, książek i internetu. Krótko mówiąc to nie są moje autorskie artykuły. Z drugiej jednak strony, z tego co się orientuje, to przy pisaniu książki sportowej właśnie korzysta się z obcych źródeł, gdyż takie książki wymagają faktów bo w końcu człowiek to nie komputer i nie jest w stanie wszystkiego zapamiętać. Naturalnie jakiś tam mały procent tych komentarzy zawiera też i moje własne przemyślenia.

0

@FcPortoFan1999 Chciałem i właśnie od roku już pisze. Oczywiście nie codziennie, gdyż nie mam na to czasu...

0

@FCBparasiempre
Nazajutrz prasa pisała o nim jako o architekcie piłki nożnej i niezrównanym magiku. Wielu fanów chciało go pożegnać, a Racing zaoferował udostępnienie swoich obiektów do ceremonii pogrzebowej. Rodzina wybrała jednak kameralny pogrzeb. Pochowany został w piątek na cmentarzu w La Plata w najtańszej trumnie. Gazeta Crónica zwracała uwagę, że w jego ostatniej drodze towarzyszyło mu tylko dziewięć osób. Nie było nikogo z klubów, w których grał, żadnego przedstawiciela federacji i co grosza zabrakło też jego kolegów z boiska. Jedyną osobą spoza rodziny był Pedro Prospitti. Corbatta nikogo nie obwiniał za swoje problemy. Tylko kilka razy odnosił się do swoich nieudanych małżeństw, ale przez lata utarło się, że stał się ofiarą chcących go wykorzystać ludzi. Jednak na każdym etapie swojego życia spotykał osoby, które chciały dla niego dobrze. Jego druga żona usilnie próbowała wyrwać go ze szpon nałogu, Sívori chciał mu dać zajęcie, żeby znowu czuł się ważny, wiele osób próbowało przemówić mu do rozsądku, wielu też chciało, żeby nauczył się pisać. To alkohol go zrujnował, wielu też korzystało z jego hojności. Żaden z klubów nie potrafił wymóc na nim odpowiedniej dyscypliny i to już od najmłodszych lat. Corbatta w czasach swojej największej świetności, kiedy grał na prawym skrzydle, ciągle uciekał przed rywalami. Jego życie poza boiskiem to też ciągła ucieczka. Uciekał z La Plata, uciekał z Avellaneda, uciekał z Dock Sud, uciekał z Buenos Aires, uciekał z Kolumbii. Kiedy tylko mógł, to uciekał jak najdalej od swoich problemów. Problemy jednak, zamiast znikać, mnożyły się. Nigdzie nie znalazłem informacji o podejmowanych próbach leczenia. Być może gdyby zdecydował się na leczenie w ośrodku zamkniętym, mając silne oparcie w rodzinie, to udałoby mu się wyjść na prostą. Żeby nie kończyć w takim smutnym nastroju, myślę, że warto przytoczyć kilka anegdot z Corbattą w roli głównej. Często swoim znakomitym dryblingiem wyprowadzał przeciwników z równowagi. W meczu z Urugwajem tak kręcił obrońcą Pepe Sasíą, że ten, kiedy go sfaulował i powalił na ziemię, uderzył go w twarz, wybijając mu przedniego zęba. Innym razem w meczu z Independiente urugwajski obrońca Alcides Silveira tak bardzo dawał mu się we znaki swoją ostrą grą, że Corbatta w pewnym momencie schował się za kordon służb porządkowych otaczających boisko.



Kiedy przed jednym z meczów dowiedział się, że Héctor Sosa obchodzi w tym dniu urodziny, powiedział mu, że nie ma prezentu, ale dogra mu dwie bramki. I rzeczywiście Sosa strzelił dwa gole po wypieszczonych centrach Omara. W czasie jednego z przedmeczowych zgrupowań uciekł, żeby spotkać się z dziewczyną i wrócił o 6:00 rano całkowicie pijany na kilka godzin przed meczem z Independiente. Kiedy Tita Mattiusi zobaczyła go w tym stanie, wrzuciła go pod zimny prysznic, ale niewiele to pomogło, więc powtórzyła tę czynność jeszcze dwukrotnie. Mimo to kiedy Corbatta się ubierał, ciągle kręciło mu się w głowie i miał problem z zawiązaniem sznurówek. Kiedy wychodził na boisko, powiedział do Beléna, żeby mu nie podawał, bo nie widzi piłki. Ale on mnie zignorował. Ciągle dogrywał mi piłkę, a ja przysięgam, widziałem ją podwójnie, próbowałem ją zatrzymać klatką piersiową… Zatrzymałem jedną piłkę, a druga, ta prawdziwa, minęła mnie obok. Po chwili nie wiem jak, założyłem siatkę kryjącemu mnie obrońcy i nagle się obudziłem i wszystko minęło. Strzeliłem dwie bramki, grałem jak bestia, wygraliśmy – opowiadał Corbatta po latach. W czasie jego pobytu w General Roca wybrał się z kolegami do Buenos Aires. Po drodze zatrzymali się, żeby w jednym z barów obejrzeć mecz Racingu, który grał z Vélez. Kiedy weszli do środka i kiedy ludzie zorientowali się, że w lokalu zjawił się wielki Corbatta, to nie przestawaili go witać i przytulać. Wszyscy chcieli go zobaczyć i dotknąć. Corbatta był zdenerwowany wśród fanów. Poprosił mnie o papierosy i moczył śliną palce, żeby zwilżyć włosy i założyć ja za ucho. Zawsze miał ten tik. W pewnym momencie Racing dostał rzut karny, a ludzie zaczęli do niego krzyczeć „Wejdź, Loco!”. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ten facet był naprawdę świetny – opowiadał Fernando Bertuzzi. Podobnych historii jest całe mnóstwo. Wszędzie, gdzie się pojawiał, wzbudzał wielki entuzjazm wśród miłośników futbolu. Każdy, kto spotkał go na swojej piłkarskiej drodze, wspomina go jako wybitnego gracza. Wielu zwracało uwagę na jego precyzję i niesamowitą kontrolę nad piłką, którą porównał kiedyś do kobiety: ,,Jeśli masz kobietę i ją uderzysz, to co się stanie? Pewnie pomyślisz, że już więcej z tobą nie zostanie… Dlatego zawsze ją pieściłem, to była moja miłość, jak mógłbym ją uderzyć… Dlatego zawsze miałem ją przy sobie, robiłem z nią szalone rzeczy, ale nikt nie mógł mi jej zabrać. Inne rzeczy opuszczały mnie dość łatwo, ale nie piłka.”

Dzisiaj czasy są zupełnie inne i na alkohol w sporcie już dawno nie ma miejsca. Świadomość społeczna problemu też jest coraz większa. Coraz więcej jest miejsc, gdzie można szukać pomocy. Istnieją różnego rodzaju poradnie, grupy wsparcia czy wspólnoty AA. Kiedy Corbatta zmagał się z nałogiem, to wszystko dopiero przebijało się do świadomości zwykłych ludzi. Podobnych do Corbatty było wielu piłkarzy. Zastanawiające jest też to, że wśród zawodników, którzy popadli w alkoholizm tak wielu było skrzydłowymi. Mieli ogromny talent i często pochodzili ze społecznych nizin. Gra w piłkę pozwalała im poznać inny, nie zawsze lepszy świat. Często osamotnieni nie do końca radzili sobie z presją otoczenia. Szukali pocieszenia w alkoholu i stopniowo popadali w uzależnienie. Kiedy otoczenie starało się im pomóc, to niestety często bywało już za późno. Choć z drugiej strony przecież na trzeźwość nigdy nie jest za późno. Jest ona jednak dużym darem i nie każdemu jest dane jej dostąpić ale warto próbować.

0

@FCBparasiempre
Kiedy pewnego razu rozmawialiśmy z zawodnikami Rangers de Talca, chilijskiej drużyny, która przyjechała na mecz towarzyski, Corbatta zaczął opowiadać o swoim golu przeciwko Chile w 1957 r., kiedy dryblował kolejnych rywali. Chłopaki patrzyli na niego, jakby był jakimś wariatem, który fantazjuje. Dopóki im go nie przedstawiłem. „To Oreste Omar Corbatta” – powiedziałem im. Nie mogli w to uwierzyć – wspominał z uśmiechem Meñica. W lutym 1972 r. ze stanowiska trenera Tiro Federal ustąpił Jorge Miranda, a władze klubu postanowiły, że zastąpi go Raimundo Orsi, który parę miesięcy wcześniej świętował 70. urodziny. W 1928 r. był ważną częścią argentyńskiej reprezentacji na igrzyskach w Amsterdamie, a w 1934 r. razem z włoską drużyną narodową został mistrzem świata. Jako trener dużą wagę przywiązywał do dyscypliny, ale zgodził się na powrót Corbatty do zespołu. Kierownictwo Tiro miało nadzieję, że dwie postacie z tak bogatą przeszłością pomogą w odbudowie drużyny. Obaj panowie nie wytrzymali jednak ze sobą nawet miesiąca. Życie Corbatty w General Roca był ciągłą walką z wolnym czasem. Z braku innych zajęć często wędrował od jednego baru do drugiego. Dobrze czuł się w biedniejszych częściach miasta, gdzie miał nawet mieć dziewczynę, która go odwiedzała. Znajomi wspominali też, że chodził po ulicach bardzo lekko ubrany, mimo że na dworze było zimno. Zadbali więc o niego i podarowali mu ciepłą kurtkę, w której przechodził całą zimę, a także inne części garderoby. Nie potrzebował też dużo, żeby się upić, bo bywało, że wystarczały mu dwie szklanki wina. Jeden z jego znajomych Fernando Bertuzzi wspominał, że kiedy jedli posiłek w kantynie, to jeden z pracowników zapytał go, czy ten, który jest z nim, to ten sławny Corbatta. Kiedy Bertuzzi potwierdził, że to on, pewien mężczyzna zapytał, czy może do nich przyjść i się przywitać. Okazało się, że był on właścicielem lokalu i przyniósł ze sobą butelkę szampana. Po chwili inny mężczyzna, który siedział przy sąsiednim stoliku, postawił drugą butelkę i tego samego wieczora zaprosił Corbattę i jego znajomych do siebie na grilla. Z imprezy wrócili dopiero po trzech dniach. Po rozstaniu z Tiro Federal z Omarem skontaktował się Juan Agapito Torres. Był on prezesem klubu Colonia Confluencia i chciał, żeby Corbatta dołączył do zespołu. Jako emerytowany nauczyciel pracował w dziale sportowym gazety Sur Argentino i razem z żoną mieszkał na farmie w Neuquén, około 50 kilometrów na zachód od General Roca. Starsza małżeństwo na farmie uprawiało drzewa migdałowe, jabłonie i orzechy włoskie, a Omar miał mieć do dyspozycji mały pokoik i zapewnione wyżywienie. Od wejścia trzeba było przejść około sześciuset metrów do domu, obok którego stał garaż, a za nim mały pokoik z dwoma łóżkami i łazienką. Mieszkałem tam z Corbattą przez pięć miesięcy – opowiadał Juan Carlos Vortisch, były zawodnik Colonia Confluencia. Trenerem zespołu był znany w okolicy Ariste Omar Mendoza. Każdy z graczy oczywiście pracował, a futbol był dla nich tylko dodatkiem. Trenowali wieczorami trzy razy w tygodniu przy słabym świetle. W meczach Corbatta ograniczał się do dogrywania piłek partnerom z zespołu. Héctor Zuñigą był najlepszym strzelcem w 1972 r., a ja zająłem drugie miejsce w klasyfikacji. To wszystko dzięki pomocy Corbatty, który zawsze wystawiał nam piłkę z przodu. Nie biegał, ale potrafił fenomenalnie dograć piłkę – wspominał Vortisch.



Mimo że mieszkali razem, to nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu. Vortisch, jako że pracował, musiał wstawać przed świtem, kiedy Corbatta jeszcze spał. W pracy spędzał cały dzień, więc widywali się głównie na treningach. Omar, który nie pracował, wstawał po południu, jadł przygotowany dla niego posiłek i wracał do pokoju. Jednak jeszcze przed zachodem słońca opuszczał farmę i szedł dwa kilometry do centrum miasta. Tam zwykle odwiedzał położoną przy Avenida Argentina cukiernię El Ciervo, gdzie zaprzyjaźnił się z Juanem Biondim, który był kierownikiem lokalu.

,,Był moim idolem. Kiedy przyjechał do Neuquén i pojawił się w cukierni, porozmawialiśmy i zaczął przychodzić prawie codziennie. Został na obiad, ale ponieważ nie miał peso, nie miał z czego zapłacić, więc zaprosiłem go do domu”– opowiadał Biondi. Corbatta szybko stał się atrakcją cukierni. Klienci coraz częściej zaczynali odwiedzać lokal, podchodzili do stolika, przy którym siedział Omar i robili sobie z nim zdjęcia, a piłkarz opowiadał o swoich największych wyczynach. Co wieczór podawano mu jakiś drobny posiłek, potem wypijał kilka kieliszków wina i czekał do czwartej nad ranem, kiedy Biondi zamykał lokal i odwoził go swoim fiatem 600 na farmę. Biondi kibicował Independiente de Neuquén, który był jednym z najsilniejszych klubów w okolicy. Próbował namawiać Omara, żeby się tam przeniósł, a kiedy zbliżał się mecz pomiędzy Independiente a Colonią, powiedział koledze w żartach, że jeśli strzeli im bramkę, to nie ma po co do niego wracać. Colonia była zespołem, który dopiero trzeci sezon rywalizował w lokalnej lidze, a Independiente zmierzało po mistrzostwo. Wystarczyło tylko, że wygrają w pojedynku z Colonią. Piłka nożna to jednak sport, w którym ten malutki często potrafi pokonać tego wielkiego. I tak też było tym razem. Mieliśmy rzut rożny i Corbatta poszedł go wykonać. Uderzył jak bogowie i strzelił gola olimpijskiego [tak w Ameryce Południowej określa się bezpośrednie trafienie z rzutu rożnego – przyp. red.]. Pokonaliśmy ich, a oni chcieli się pozabijać – mówił Vortisch. Wieczorem następnego dnia Corbatta jak zwykle pojawił się przed cukiernią, ale nie wszedł do środka. Czekał po drugiej stronie ulicy i nie był pewny, czy może wejść, ale Biondi go zauważył i wyszedł go przywitać. ,,Śmiałem się do rozpuku i kiedy do niego podszedłem, to się wyściskaliśmy. „To było ciasteczko grubasku. Gdybym zagrał piłkę prosto w ręce bramkarza, to nawet by nie zauważył” – powiedział mi. Facet był naprawdę dobry”– wspominał Biondi. Corbatta był lokalną gwiazdą i mimo że w meczach na tym poziomie często trzeszczały kości, to on cieszył się specjalnymi względami. Grał z opuszczonymi getrami, bez ochraniaczy, ale nie obawiał się kontuzji, bo dla rywali gra z kimś takim, jak Corbatta była najwspanialszą rzeczą, jaka mogła ich spotkać w czasie przygody z piłką. Obojętnie czy był akurat w El Ciervo, czy w jakimś innym lokalu, to zawsze znajdował kogoś, kto postawił mu drinka czy jedzenie. Przebywanie między ludźmi pozwalało mu choć na chwilę zapomnieć o jego osobistych problemach. Najbardziej przeżywał fakt, że nie ma kontaktu z dziećmi. Dopóki przebywał wśród znajomych, to o tym nie myślał, ale kiedy kładł się na łóżko na farmie Torresów, to wszystkie koszmary wracały ze zdwojoną siłą. Osamotniony coraz bardziej pogrążał się w swoim osobistym piekle, a cały świat rozpadał mu się na kawałki. To wszystko męczyło go tak bardzo, że coraz częściej kończył, wymiotując w łazience. Kiedy pracownik Torresa wchodził do pokoju, żeby posprzątać i posłać łóżko, już na wejściu ogarniały go mdłości. W końcu Torres stwierdził, że nie może dłużej trzymać go w klubie, co wiązało się też z koniecznością opuszczenia farmy. Od tego czasu zaczęła się prawdziwa tułaczka Corbatty po małych lokalnych klubach. Po odejściu z Colonia Confluencia poznał Pedro Prospittiego, który miał za sobą występy w San Lorenzo i Independiente. Był uzależniony od hazardu i alkoholu i podobnie jak Corbatta uwielbiał nocne życie. Prospitti przenosił się akurat do rodzinnego miasta Allen położonego około 20 kilometrów od General Roca, gdzie miał grać w klubie Unión Progresista. Omar wybrał się tam razem z nim i występował w zespole przez półtora miesiąca. Polubili się z Prospittim i często razem się upijali, rozmawiając o piłce i życiu w Kolumbii, które obojgu z nich się podobało. Nigdzie jednak Corbatta nie zabawił dłużej, niż przez parę miesięcy. Kiedy grał w Independiente w Río Colorado, musiał razem z kolegami dorabiać przy pracach murarskich. Z kolei, kiedy przebywał w Villa Regina, został zatrudniony w miejskim kabarecie, gdzie miał przyciągać klientów. Zbliżał się już do czterdziestki, więc wystarczyło, że ktoś zapewnił mu dach na głową i ciepły posiłek, a Omar był gotowy, żeby tam grać i tak mijały mu kolejne miesiące. Niestety coraz bardziej się przy tym staczał, aż w końcu wylądował na ulicy. Na początku 1975 r. był już bezdomnym, ale szczęśliwie odnalazło go wówczas trzech pracowników plantacji owoców. Zabrali go do położonego 400 kilometrów na południe od Buenos Aires miasta Benito Juárez. Tam znalazł zatrudnienie w klubie Defensores de Mariano Moreno, który zapewnił mu też mały pokoik, w którym mieściło się tylko łóżko. Corbatta nie miał niczego, był bez pieniędzy i dokumentów, nie potrafił gotować, a jeśli nie chodził głodny, to tylko dzięki swojemu sąsiadowi, którym był Tulio Fauret pracujący wówczas w zarządzie klubu. Wkrótce potem zamieszkał razem z Tulio, który pomógł mu wyrobić nowe dokumenty i zameldował pod swoim adresem, gdzie mieszkał razem z bratem i ojcem. Z Tulio bardzo się zżył i kiedy opuszczał Benito Juárez, robił to z wielkim żalem. W sierpniu 1976 r. pojawił się w magazynie El Gráfico razem z bramkarzem José Perico Pérezem, któremu strzelał karnego na boisku Racingu. To był jego pierwszy powrót do byłego klubu. Znowu mógł założyć biało-błękitną koszulkę i zobaczyć się z Titą Mattiusi, która była opiekowała się młodymi graczami, którzy mieszkali na stadionie. Spotkał się też z Pedro Dellachą, który był trenerem drużyny i z Juanem Carlosem Giménezem, który szkolił zespoły rezerw. Po wojskowym zamachu stanu w marcu 1976 r. wiele w Argentynie się zmieniło. Zmiany nie ominęły też Racingu. W wyniku zmian na kierowniczych stanowiskach w klubie pojawił się Horacio Rodríguez Larreta. Ten sam, który gościł Omara w swojej willi kilkanaście lat wcześniej. Po objęciu rządów w klubie w 1977 r. kiedy tylko dowiedział się, gdzie Corbatta przebywa, postanowił ściągnąć go do Racingu. Omar miał pomagać Giménezowi w pracy z rezerwami. Wrócił do klubu niemal po piętnastu latach i zamieszkał w pokoju bardzo podobnym do tego, który zajmował jako 19-latek. W 1979 r. stanowisko trenera w klubie objął Omar Sívori, dla którego Corbatta był bardzo bliską osobą. Uważał go nawet za najlepszego piłkarza znakomitej argentyńskiej reprezentacji z 1957 r. Sívori chciał wykorzystać niesamowitą precyzję strzałów Corbatty do szkolenia bramkarzy. W pierwszych dniach pracy Sívoriego w klubie faktycznie Corbattę widziano na boisku treningowym z bramkarzami. Niestety nie trwało to długo, bo bardzo szybko okazało się, że Omar, zamiast pomagać w szkoleniu, odsypiał swoje nocne wycieczki. Z kolei w porze popołudniowych zajęć, Corbatta wychodził już na miasto. Dzień zwykle zaczynał od szklaneczki wina, a potem kolejnej. Kiedy kładł się na łóżku w swoim pokoiku i patrzył na puste ściany, nie potrafił tego znieść i wolał wyjść. Najczęściej można go było spotkać w barze Paraguayo. Miałem restaurację w Avellaneda, a naprzeciwko był bar. Ilekroć wyglądałem przez okno, widziałem Corbattę siedzącego i pijącego wino, aż zasnął. Potem prosiłem szwagra, żeby wsadził go do samochodu i odzwiózł go do Tity – wspominał były kolega z reprezentacji Walter Jiménez. Zwykle przebywał wśród bliskich znajomych, których traktował jak rodzinę. Kiedy jakiś dziennikarz prosił go o chwilę rozmowy, towarzysze doradzali mu, że powinien brać pieniądze za wywiad, ale Corbatta w ogóle nie przywiązywał do nich wagi. Dzielił się tym, co miał, bo tak nauczyła go matka.

Pieniądze zostały stworzone, żeby przychodzić i odchodzić, a nie po to, żeby je mieć. Ze złotem czy bez złota umierasz tak samo. Na tamten świat nie możesz zabrać pieniędzy. Nauczyłem się tego sam, nie nauczyli mnie tego w szkole, bo chodziłem tylko do drugiej klasy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tacy sami na tym świecie, ale też bardzo równi na tamtym – mówił. Cieszył się, że może mieszkać na stadionie i że tak wielu ludzi go rozpoznaje. Oprócz swoich towarzyszy z baru miał też bardzo dobry kontakt z młodymi chłopakami, którzy grali dla Racingu i tak, jak on, mieszkali na stadionie. To były jednak ciężkie czasy dla klubu i warunki mieszkaniowe nie były rewelacyjne. Spał w dzień i wychodził w nocy, więc w ciągu tygodnia mieliśmy z nim niewielki kontakt. Widywaliśmy go zwłaszcza w weekendy. Miał złote serce. Był rewelacyjnym facetem w bardzo dobrym nastroju. Nie miał praktycznie niczego, ale tym, co miał, zawsze potrafił się dzielić. Był człowiekiem o bardzo dobrych uczuciach. Jeśli miałeś jakiś problem, to Loco zawsze był przy tobie, martwił się i doradzał – wspominał José Luis Clavero, który jako junior mieszkał tuż obok Corbatty. Sam Corbatta też bardzo ciepło wypowiadał się o Clavero, który często się nim opiekował, kiedy był chory. Od czasu do czasu, kiedy widział juniorów trenujących na bocznym boisku, to podchodził do nich i udzielał wskazówek, jak powinni uderzać karne. Niestety ciągle pogrążał się w nałogu i żadne namowy ze strony znajomych nie były w stanie tego zmienić. Bywało, że po swoich nocnych wyjściach wracał w takim stanie, że nie potrafił dojść do swojego pokoju i zasypiał na stole do masażu w szatni gości, obok której miał swoje lokum. W latach osiemdziesiątych Corbatta coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Narzekał na bóle w prawej nodze, która mu puchła. Nie przestawał jednak pić, bo, jak sam mówił, wszędzie, gdzie się pojawiał, częstowano go alkoholem. Potrafił znikać na kilka dni, a kiedy wracał na stadion, mówił, że zatrzymał się u przyjaciela. Czasami nie było go trochę dłużej, a jego młodsi koledzy z klubu dowiadywali się potem, że trafił do szpitala. Pewnego razu, kiedy Clavero wszedł do pokoju Omara, zobaczył go leżącego zakrwawionego na łóżku. Okazało się, że potrącił go samochód, więc szybko przewieziono go do szpitala. Wizyty w szpitalach wkrótce stały się coraz częstsze. W lutym 1983 r. został znaleziony przez przechodniów w ciężkim stanie, kiedy leżał na ulicy. Trafił do szpitala Fiorito, gdzie po przeprowadzonych badaniach okazało się, że oprócz marskości wątroby spowodowanej alkoholizmem miał też muszycę. Jest to infekcja wywoływana przez larwy muchówek żywiące się tkanką gospodarza. Zdołał wyzdrowieć, ale rok później po raz kolejny trafił do szpitala. Ciągle sprawiała mu problemy jego prawa noga, która wiele razy była atakowana przez wrzody. Po kolejnej wizycie na szpitalnym oddziale w 1988 r. żartował nawet, że zastanawia się nad zakupem szpitalnego łóżka. To wtedy dowiedział się o zwycięstwie Racingu w Supercopa Sudamericana, co bardzo go ucieszyło. Wyglądał jednak coraz słabiej i wydawało się, że coraz mniej jest w nim chęci do życia. Rzadko widywałem kogoś tak opuszczonego. Chciałem z nim porozmawiać, ale znalazłem człowieka pustego, bez sił, bardzo brudnego i bez chęci do życia – mówił gazecie Crónica jeden z pracowników szpitala. W końcu zaopiekowały się nim jego siostry, które postanowiły ściągnąć go do La Plata. Przez kilka miesięcy mieszkał na przemian u jednej i u drugiej, do czego zmusiły go niemal siłą. Stan jego zdrowia był jednak coraz gorszy i pod koniec 1991 r. trafił do polikliniki San Martín. Tam miał czekać na operację, która miała przedłużyć mu życie, ale wyniszczony organizm w końcu się poddał. Corbatta zmarł w czwartek 5 grudnia 1991 r. o godzinie 7:30. Po jego śmierci pojawiły się pogłoski, że miał mieć amputowaną prawą nogę, ale to nieprawda. Noga faktycznie była w kiepskim stanie i wdało się zakażenie, ale wyniszczał go też rak gardła, spowodowany przez wiele lat palenia tytoniu i nadużywania alkoholu. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci wskazano nieurazowe zatrzymanie krążenia i oddechu.

0

@FCBparasiempre
Po rozstaniu z Omarem Silvia próbowała na nowo ułożyć sobie życie i związała się z innym mężczyzną. W 1971 r. przeprowadzili się do Chascomús, gdzie Corbatta stawiał pierwsze kroki w poważnej piłce. W połowie lat siedemdziesiątych Silvia wybrała się do Buenos Aires i spotkała z Omarem. Przygotowała byłemu mężowi ubranie i pieniądze i umówili się rano na śniadanie w hotelu Los Vascos. Mimo wczesnej godziny Corbatta dzień zaczął od lampki wina, Silvia nie miała już nawet siły się na niego złościć. To było jedno z ich ostatnich spotkań. Niestety z dziećmi Omar nie miał już później praktycznie żadnego kontaktu. Iliana wspominała, że kiedyś razem z matką i bratem pojechali do Buenos Aires, żeby załatwić jakieś urzędowe sprawy. Spotkała wtedy ojca, ale nie chciała się z nim przywitać. Ciągle miała do niego żal. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Silvia utrzymywała potem kontakt z Titą Mattiusi, która później opiekowała się Omarem i pytała ją, jak sobie radzi jej mąż. Corbatta z kolei prosił Titę o przygotowanie kartek świątecznych dla dzieci i napisanie im, że je kocha. Kiedy w telewizji rozmawiali o tacie, albo gdy był jakiś reportaż, to mama zawsze robiła głośniej. Mama i mój brat go uwielbiali. Siadali i wiedzieli, kim jest tata – wspominała Iliana. Sama była zła na ojca i miała do niego żal. Gdy Wall zapytał ją, jak długo ta złość w niej siedziała, Iliana odparła: ,,Dopóki nie zostałam matką. Ale było już wtedy za późno. Jeszcze żył, kiedy Kimei, moja pierwsza córka, urodziła się w kwietniu 1991 r. Chciałabym móc mu powiedzieć: „Spójrz, to Twoja wnuczka”. Bardzo chciałabym z nim porozmawiać. Jednak tak się nie stało, bo nie wiedziałam, jak mnie przyjmie. Miałam mętlik w głowie”– opowiadała z żalem Iliana. Pięć miesięcy po swoim ostatnim meczu w barwach San Telmo Corbatta rozpoczął kolejny etap swojej piłkarskiej przygody. Pewnego majowego wieczoru 1971 r. zjawił się na stacji Retiro i wsiadł do autobusu firmy El Valle, który zabrał go ponad tysiąc kilometrów na południowy zachód od Buenos Aires. Celem podróży było położone w północnej Patagonii miasto General Roca, gdzie miał zostać zawodnikiem klubu Tiro Federal. Klubowi działacze od czasu do czasu odwiedzali Buenos Aires, gdzie szukali wzmocnień zespołu. Najczęściej ich celem byli już doświadczeni, odstawieni na boczny tor gracze, którzy jednak ciągle mogliby wnieść sporo do drużyny. Poza nimi rozglądano się też za młodymi chłopakami, którym nie poszczęściło się w zespołach z czołówki. Corbatta nie zaliczał się raczej ani do jednej, ani do drugiej grupy piłkarzy. Mimo to, kiedy trener Jorge Miranda dowiedział się, że Omar jest bez klubu, zapragnął mieć go w swojej ekipie. To jednak nie było takie proste, bo najpierw trzeba było ustalić, gdzie Corbatta obecnie przebywa. Zadanie to powierzono Raúlowi Moralesowi, który jako były dziennikarz miał spore znajomości w stołecznym regionie. Nie szukał jednak tylko Omara, ale rozglądał się za innymi wzmocnieniami. Pierwszym piłkarzem, którego udało mu się znaleźć był napastnik Eduardo Rosciglione, który jako 29-latek grał dla drużyny z sąsiedztwa. Razem z nim Morales udał się kilka przecznic dalej, do sklepu obuwniczego, gdzie Rosciglione przedstawił mu José Zagariego, 25-letniego obrońcę, który grał w Deportivo Español. Dopiero później udało im się dotrzeć do Corbatty. Morales twierdził, że znalazł go na stadionie Racingu, gdzie miał mieszkać, ale Rosciglione zdecydowanie temu zaprzeczył. Według niego Omara znaleźli w dzielnicy Mataderos na rogu ulic Murguiondo i Avenida del Trabajo (która dzisiaj nosi imię Evy Perón), gdzie w barze na stacji benzynowej grał w karty i raczył się winem. Corbatta nie odrywając się od gry, wysłuchał propozycji i zapytał o pieniądze. Morales nie był w stanie podać konkretnej kwoty, ale zapewnił go, że klub opłaci mu podróż, wyżywienie i zakwaterowanie na miejscu. Omar się wahał i odparł, że jeśli nie będzie pieniędzy, to nigdzie się nie wybiera. Wtedy spróbował przekonać go Rosciglione, który bardzo liczył na jego towarzystwo w czasie podróży. Loco, chodźmy na kilka dni, zobaczmy, jak to wygląda, a jeśli nam się to nie spodoba, to przynajmniej będziemy mieć dobre wakacje – przekonywał Rosciglione. To wystarczyło. Corbatta stwierdził, że w sumie nie ma niczego do stracenia i dwa dni później on, Morales, Zagari i Rosciglione wyruszyli do General Roca. Położone w prowincji Río Negro miasto General Roca znajdowało się na peryferiach wielkiego futbolu. Piłkarskie życie kraju koncentrowało się wokół Buenos Aires, a jeśli jakaś klasowa drużyna trafiła w te strony, to przeważnie podczas przedsezonowych przygotowań. Kierownictwo klubu było bardzo podekscytowane, że udało im się sprowadzić gracza z tak dużym nazwiskiem. Liczyli, że Corbatta stanie się lokalną gwiazdą, przyciągnie na stadion więcej kibiców i zwróci uwagę krajowej prasy na ten region. Dla miejscowych piłkarz stał się namiastką wielkiego futbolowego świata. Mimo że nie mieli telewizji, to doskonale wiedzieli, kim jest Omar i wielu znało jego historię. Kiedy dowiedzieli się, że Corbatta przybył do miasta, to niemal oszaleli ze szczęścia i nie mogli w to uwierzyć. Corbatta zamieszkał w pensjonacie, który prowadziła Corina Navarro. Była ona wdową i po śmierci męża na tyłach domu zbudowała kilka pokoi do wynajęcia, co miało zapewnić utrzymanie jej i ósemce jej dzieci. Pierwszą rzeczą, jaką trzeba było zapewnić Omarowi, były piłkarskie buty, bo tradycyjnie już swoich nie posiadał. Jego prezentacja w nowej drużynie odbyła się w siedzibie klubu przy ulicy Tucumán. Corbatta wyjaśniał, że ustalił z trenerem Mirandą, że nie będzie grał na skrzydle, ale w środku. Powiedział też, że oprócz gry na boisku będzie pomagał w szkoleniu. Dodatkowo opowiadał o najlepszych latach kariery, występach w reprezentacji i znakomitym turnieju w Limie.

,,Corbatta, kiedy przybył, był bardzo zniszczony, ale zaczął grać i zajął moje miejsce”– wspominał Norberto Berlatto. Trener Miranda dobrze jednak zdawał sobie sprawę ze słabości Corbatty i poprosił Berlatto, żeby zawsze był gotowy do gry, bo nie wiadomo było, kiedy Omar zgłosi niedyspozycję. Czasami grał całą połowę, a innym razem już po pół godziny nie był w stanie dalej grać i konieczna była zmiana. Pierwszy raz w błękitno-białej koszulce nowego klubu zagrał w miniturnieju, który zorganizowano z okazji przybycia nowych graczy. W niedzielę 16 maja 1971 r. ulice General Roca się wyludniły i wszyscy udali się na stadion. W imprezie oprócz Tiro Federal wzięły też udział zespoły Italia Unida, Círculo Italiano i Pacífico. Tiro najpierw wygrało z Pacífico 3:0, a potem w finale rozbiło 5:1 Italię Unida, która wcześniej 1:0 pokonała Círculo Italiano. Corbatta bramki co prawda nie zdobył, ale swoją grą wzbudził zachwyt kibiców i miejscowej prasy. Corbatta, fundamentalny element zespołu. Wielkie otwarcie. Zawsze bez krycia. Grał i tworzył grę. Kiedy uderzał, to jego strzały były jak pół gola, a kiedy chciał wejść z głębi, to robił to od ręki. Do tego wszystkiego dołożył dwa lub trzy genialne zagrania, które uświetniły ten znakomity występ – pisano po meczu na łamach kroniki Río Negro. Ciągle jednak brakowało oficjalnego potwierdzenia, że cała trójka dołączy do klubu. Piłkarze oczekiwali regularnej pensji, a także premii i nagród dla siebie. Bez tego nie zamierzali zostać w General Roca. Prezes Himerio Martínez nie mógł im jednak tego zapewnić. Jedyne, co mógł zaoferować to zakwaterowanie, wyżywienie i kilka diet. Żeby przekonać ich do pozostania, zaproponował im normalną pracę. Musieli tylko się zdecydować, co chcieliby robić. Mieli do wyboru pracę na dworcu kolejowym, gdzie liczyliby skrzynki jabłek przygotowywane do transportu, mogli też jako cywile wykonywać prace biurowe na komisariacie albo pracować jako kasjerzy w banku. Zawodnicy stwierdzili jednak, że jeśli mają pracować, to wolą wrócić do Buenos Aires. Wtedy Martínez wymyślił, że w trójkę mogą prowadzić sklep obuwniczy, gdzie głównym magnesem dla klientów miał być oczywiście Corbatta, ale ten pomysł też szybko upadł. Wreszcie prezes zaprosił ich do swojego biura, żeby podjęli ostateczną decyzję. Rosciglione i Zagari poszli tam sami, bo Corbatta wyjaśnił im, że nie może im towarzyszyć, ponieważ musiał zjeść przygotowanego dla niego indyka na farmie. Kiedy obaj stanęli przed prezesem, ten zapytał, czemu wreszcie się nie zgodzą zostać, tak, jak Omar, który podjął już decyzję. To dlatego Corbatta nie poszedł z nimi – już wcześniej dogadał się z prezesem. Rosciglione i Zagari jeszcze tej samej nocy udali się na dworzec, żeby wrócić do stolicy. Omar ich odprowadził, a na pytanie dlaczego chce zostać, odpowiedział, że oni obaj mają przecież rodziny, a on sam praktycznie nie ma do czego wracać. Tito Federal było amatorskim zespołem, choć zdyscyplinowany i bardzo ambitny trener Jorge Miranda próbował narzucić zawodnikom nieco bardziej profesjonalny rygor. Dbał o przygotowanie fizyczne i dietę piłkarzy, a także bardzo dużą wagę przywiązywał do meczowej taktyki. Drużyna trenowała jednak tylko dwa razy w tygodniu, wieczorami, kiedy większość zawodników skończyła swój dzień pracy, więc szkoleniowcowi ciężko było wykrzesać maksimum z piłkarzy. Corbatta na treningach się nie przemęczał. Trochę pobiegał i pograł z kolegami, a potem ruszał w swój rajd po miejscowych barach i knajpach. W klubach grywały lokalne zespoły, a na parkietach królowały tango, milonga, bolero, cumbia i rock’n’roll. Omara jednak najczęściej można było spotkać przy barze, gdzie raczył znajomych swoimi opowieściami. Obojętnie czy odwiedzał akurat cukiernię, kawiarnię czy kręgielnię, to zawsze znajdował się ktoś, z kim mógł porozmawiać o piłce i kto zapraszał go na jedzenie czy drinka. Miranda starał się pilnować swoich graczy i często incognito przechadzał się po barach, a kiedy spotkał jakiegoś swojego zawodnika, natychmiast odsyłał go do domu. Pomagało mu w tym dwóch niepijących napastników Carlo Carosanti i Cacho Montoto, którzy szczególną uwagę mieli zwracać na Corbattę. Kiedy któryś z nich spotykał Omara, to odwoził go do pensjonatu Coriny Navarro. Nie zawsze było to proste, bo czasami piłkarz się upierał, żeby jeszcze chwilę zostać. Koledzy jednak pozostawali niewzruszeni i zabierali kolegę do domu. Miranda kontrolował Corbattę nawet w pensjonacie. Często pilnował go wieczorami, próbując nie spać, ale Omar nawet wtedy potrafił się wymknąć. Czekał, aż trener zaśnie lub samochód, który go odstawił, odjedzie i wtedy ponownie wychodził. Trener próbował go przekonać do zmiany zachowania. Uświadamiał go, że musi być bardziej odpowiedzialny, jeśli chce dalej grać w drużynie. Jednak uzależniony Corbatta nawet jeśli wiedział, że robi źle, nie był w stanie przeciwstawić się nałogowi. Mecze w General Roca często obfitowały w brutalne starcie i przepychanki. Podczas towarzyskiego meczu z San Martín de Cipolletti sędzia wyrzucił z boiska jednego z zawodników tej drużyny, ale ten nie miał zamiaru opuszczać murawy. W końcu musiała pomóc mu policja. Zaczęły się przepychanki, a kiedy jeden z graczy Tiro został powalony na ziemię, rozpoczęła się regularna bijatyka. Równocześnie walka wywiązała się też między kibicami. Nie był to odosobniony przypadek i nieraz zdarzało się, że najbardziej krewcy piłkarze kończyli mecz w policyjnym areszcie. Dla Omara takie zachowania były czymś niespotykanym, ale zawsze starał się trzymać z dala od tych bijatyk.

,,To była najlepsza rzecz na świecie, nie można było zobaczyć go wśród walczących”– mówił kolega Corbatty z zespołu Ángel Travecino. We wrześniu 1971 r. wzmianki prasowe o występach Omara były już coraz rzadsze. Jego pozycja w zespole zmalała, a odpuszczanie treningów, które przecież nie były jakoś wielce wyczerpujące, stało się u niego czymś powszednim. Coraz rzadziej też pojawiał się na boisku, a jego gra pozostawiał coraz więcej do życzenia. Gdy grał, sprawiał wrażene zagubionego wśród rywali i kolegów z zespołu. Jego nocne wycieczki pozostawiały w jego organizmie kolejne ślady, których nie sposób było ukryć przed trenerem. W końcu jego brak zdyscyplinowania spowodował, że Miranda stracił cierpliwość. Był zmęczony ciągłym pilnowaniem piłkarza, zarówno w nocy, jak i przed meczami, na które czasem potrafił się spóźniać. 5 października poinformowano, że decyzją trenera Corbatta został odsunięty od drużyny. Trzy dni później gazeta Rio Negro poinformowała, że Omar został ostatecznie zwolniony z klubu, a jako przyczynę tej decyzji podano niewłaściwe postępowanie. Wyrzucenie z Tiro Federal oznaczało też, że klub przestał płacić za jego zakwaterowanie. Corbatta jednak nie znalazł się na bruku. Był tak dobrym człowiekiem, że pozwoliłam mu zostać przez jakiś czas, dopóki nie znajdzie innego miejsca do życia – mówiła po latach Corina Navarro. Była ona jedną z niewielu osób, które Omar darzył naprawdę dużym szacunkiem. Według Alejandro Walla była dla niego niemal jak matka. Sama również starała się na niego wpłynąć i kiedy widziała go pijanego już przed południem czy rano, to nie przebierała w słowach. Raz, po jednym z takich spięć Corbatta, żeby jej nie denerwować, zatrzymał się u znajomego i został tam przez parę dni, dopóki nie doszedł do siebie. Corina, żeby utrzymać dzieci, przygotowywała dla gości domowe posiłki, a także sok jabłkowy i sos pomidorowy. Z winorośli rosnącej w ogrodzie robiła wino muskatowe. W ugniataniu winogron i rozlewaniu napoju pomagały jej dzieci, które ciągle były jeszcze małe. Najstarszy z nich – Beto – był kelnerem w barze, gdzie Corbatta nie musiał płacić za jedzenie. Dzięki temu obaj panowie stworzyli opartą na zaufaniu relację. Omar spędzał też czas z innymi dziećmi Coriny. Stał się niemal członkiem jej rodziny. Kiedy ona gotowała gulasz z makaronem, Corbatta opiekował się najmłodszą córką Gabrielą. Zmieniał jej pieluchy, kołysał do snu na krześle i przygotowywał wodę do kąpieli. Pomagał też w innych pracach domowych. Robił zakupy, mył podłogi, ale dobrze czuł się też w kuchni, gdzie obierał ziemniaki, kroił cebulę i siekał paprykę na kolację. W weekendy czasem spędzali czas na grillowaniu nad jeziorem Pellegrini w Cinco Saltos, gdzie w cieplejsze dni zażywali też kąpieli. Kiedyś musieliśmy obciąć parę spodni z jagnięcej skóry, bo nie miał kąpielówek. Był wspaniałym partnerem, bardzo go kochałam – wspominała Corina. Szukając nowego klubu, Corbatta pomyślał o zespole Argentinos del Norte. Kiedy pierwszy raz grał przeciwko tej drużynie, to rywale przez cały mecz go obrażali, kopali i popychali. Po każdym meczu spotykali się we własnym gronie, czasem też z rodzinami, żeby wspólnie się najeść i wypić drinka. Omar pewnego razu poszedł się z nimi spotkać. Wyszedł do niego jeden z zawodników Raúl Villar, który był przekonany, że Corbatta chce wyrównać stare rachunki. Jednak Omar powiedział mu, że się za nimi stęsknił i że są łajdakami, więc powinien grać razem z nimi. Villar zaprosił go do środka i razem z innymi piłkarzami do późna rozmawiali. Argentinos del Norte było klubem biedniejszej części miasta. Trenowali na pustej parceli parę przecznic od obiektu Tiro Federal. Mieli tylko trzy małe reflektory do oświetlenia boiska, ale drugim, głównym źródłem światła było oświetlenie z terenu lokalnego rywala. Tak więc, kiedy Tiro Federal kończyło trening, to Argentinos del Norte też musiało, bo robiło się potem zbyt ciemno. Corbatta ciągle mieszkał w pensjonacie Coriny, ale nie zawsze wracał na noc. Często do późna grywał z kolegami w bilard, albo odwiedzał dom Oscara Corradiniego – jednego z największych piłkarzy z tego regionu. Corbatta potrafił zasnąć na stole bilardowym przy bufecie. Mój zmarły ojciec codziennie dawał mu pieniądze na jedzenie i prosił, żeby nie myślał o piciu. Czasem się zastanawiam, czy traktowaliśmy go tak, jak na to zasługiwał. Był przecież legendą – mówił po latach wyraźnie poruszony Villar. Ci, którzy pamiętają pobyt Corbatty w General Roca, zauważają, że był bardzo przyjacielski i otwarty. Każdy chciał choć trochę poprzebywać w jego towarzystwie, ale nie zawsze wychodziło to Omarowi na dobre. Rodolfo Meñica, który grał w zespole Italia Unida wspominał, że Corbatta często ich odwiedzał w przygotowanych przez klub pokojach, mimo że byli przecież boiskowymi rywalami. Godzinami potrafił wtedy rozmawiać o futbolu. Nie mówił o swoim życiu osobistym, małżeństwach, dzieciach czy przepuszczonych pieniądzach. Nigdy też nie komentował polityki, nie rozmawiał o muzyce czy kinie, nie oglądał telewizji ani radia. Od czasu do czasu mówił o kobietach albo dzielił się ogólnymi życiowymi refleksjami, ale jedyną rzeczą, o której mógł rozmawiać cały czas, była piłka nożna.

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?