0

@Danny Gaucho No i co z tego? Wówczas nie było żadnych europejskich pucharów, superpucharów a zwłaszcza ligi a mecze towarzyskie były traktowane na równi z mistrzostwami Katalonii. Absolutnie w niczym to nie umniejsza geniuszu Paulino Alcantary. Same statystyki nie zawsze wystarczają do wyrobienia sobie opinii o piłkarzu, trzeba jeszcze mieć wiedze historyczną...

9

Kochani cules, pamiętajmy o wybitnej legendzie:

25 lutego 1912 r. w barwach FC Barcelony zadebiutował genialny snajper Paulino Alcantara. Pochodzący z Filipin zawodnik miał wówczas tyko… 15 lat 4 miesiące i 18 dni(!), gdy rozegrał spotkanie o Mistrzostwo Katalonii przeciwko S.C. Catala. Mecz zakończył się wynikiem 9:0 a Paulino ustrzelił w debiucie hattricka! Do dziś jest najmłodszym piłkarzem, jaki kiedykolwiek zagrał oficjalnie w barwach Blaugrana. Nie wolno zapominać że Paulino Alcantara strzelił w swojej karierze dla Dumy Katalonii aż 395 goli w 399 spotkaniach! Rekord tych goli pobił dopiero Leo Messi. W pierwszych latach kariery pomógł Blaugranie wygrać Copa del Rey i Mistrzostwo Katalonii w 1913 r. oraz dołożył jeszcze jedno mistrzostwo Katalonii w 1916. Tuż po zdobyciu tego ostatniego trofeum rodzice Alcantary zdecydowali się na powrót do Filipin rzecz jasna z synem. On sam nie czując jeszcze wielkiej więzi z klubem nie protestował zbytnio. Po powrocie do kraju Cervantesa, Paulino spotkał się w klubie z Jackiem Greenwellem, który wcześniej był jego kolegą z drużyny a teraz miał za zadanie poprowadzić Barçe do sukcesów jako trener. Jednak mimo powrotu supertalentu do składu, Barça nie odnosiła sukcesów a nawet nie wygrywała spotkań. Powodem było złe ustawienie Alcantary gdyż grał na pozycji… defensora! Dopiero po wymuszeniu na Greenwellu ustawienia Filipińczyka w ataku w Katalonii rozpoczął się pierwszy złoty okres. W 1919 roku zdobyli mistrzostwo Katalonii a także dotarli do finału Copa del Rey lecz tam przegrali 2:5 z Arenas Club de Getxo. Rok następny był jeszcze lepszy od poprzedniego gdzie Blaugrana zdobyła dublet czyli Mistrzostwo Katalonii i Copa del Rey! Paulino Alcantara wydatnie przyczynił się w zdobyciu tego drugiego pucharu, gdy w finale z Athletic Bilbao strzelił 2 gole! W 1919 roku podczas meczu Pucharu Króla: Barçy z Realem Sociedad, Paulino przeszedł do historii za sprawą jednej z bramek. Kopnięta przez niego futbolówka wpadła do siatki rywali rozrywając ją i zatrzymała się dopiero… na ochroniarzu. Uderzenie było tak potężne, iż mężczyzna przez dobre kilka minut leżał oszołomiony na murawie. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało a FC Barcelona wygrała to spotkanie 6:0. Łącznie w swojej karierze Paulino Alcantara zdobył dla Blaugrany 5 mistrzostw Katalonii oraz 2 Puchary Króla.



@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sysia11

7

@FCBparasiempre
Raul Gamez spoglądał na skórzaną sofę pełną okruchów po bułeczkach ale albo ich nie zauważał albo nie robiły na nim wrażenia. Usiadł, rozprostował swój płaszcz z wielbłądziej wełny i machnął lewą ręką, na której zwracał uwagę wielki sygnet. Był wysoki i nawet po 70-tce sprawiał wrażenie władczego. Jego twarz pokrywały zmarszczki, na każdym policzku czas wyżłobił dwie głębokie bruzdy. To człowiek, który wiele przeszedł i który wie, co to przemoc. W 1986 r., jako jeden z przywódców ,,barra” Velezu, pojechał na mistrzostwa świata do Meksyku. Podczas meczu Argentyna-Anglia zrobiono mu zdjęcie na jednej z dolnych trybun Estadio Azteca. Jest pół nagi a w zaciśniętej w pięść dłonie ma biało-niebieską koszulke, gotów do uderzenia pucułowatego blondyna w trykocie z napisem ,,Viva England”. Inny blondyn na drugim planie również bez koszulki poczuł chyba przed chwilą siłę ciosu Gameza. Ma przymknięte oczy i wargi wykrzywione tak ze wydaje się iż za chwilę wepchnie do nosa swój cienki wąsik. Od tamtej pory Raul przeszedł metamorfozę i w 1992 r. został wiceprezesem pogrążonego w kłopotach finansowych klubu a później dwukrotnie wybierano go na prezesa Velezu. Umawianie się z kimś takim w ,,Starbacksie” na Avenida Corrientes wydaje się dość absurdalne ale czyż nie ma czegoś absurdalnego również w postaci chuligana, który nie tylko trafia do klubowego zarządu ale jeszcze odnosi tam sukcesy? Inna rzecz że choć sam odrzucił przemoc, zdarzyło mu się paść jej ofiarą. Cztery dni po rozmowie z Jonathanem Wilsonem został porwany przez uzbrojony gang. Napastnicy zmusili go by wraz z przyjacielem usiadł na tylnym siedzeniu własnego samochodu i zaczeli go wieźć do miejsca, gdzie miał być przetrzymywany do czasu wpłacenia okupu. Nie jest to niestety nieznane zjawisko w Buenos Aires. Z drugiej strony bandyci z pewnością mogli trafić na łatwiejszego przeciwnika. Kiedy samochód zwolnił, mijając policyjną kontrole prędkości, Gamez zdołał otworzyć drzwi i wyskoczyć. Policjanci ruszyli w pościg i uratowali drugiego więźnia a Raulowi opatrzono rozbitą głowe. Kiedy tego wieczora występował w telewizyjnych serwisach informacyjnych był niemal niewidoczny spod bandaży zasłaniających mu twarz i dłonie. Napad, jak mówił, nie miał nic wspólnego z futbolem. Kiedy w 1991 r. zostawał wiceprezesem klubu, wziął odpowiedzialność za całą sekcje piłkarską. Zaczynał, jak mówi ,,od zera”. Planował robić przy tym wszystko jak należy. ,,Pamiętam jak powiedziałem do prezesa Racingu iż zamierzam pukać zanim wejde do piłkarzy – opowiadał. – Chciałem traktować ludzi z szacunkiem. Nie tak jak robiła Boca, której przedstawiciele bez przerwy opowiadali dziennikarzom że chcą kupić Chilaverta, więc musiałem mu płacić 10 tys. dolarów ekstra żeby wciąż czuł się zadowolony”. W sezonie 1991/92 Velez zajął drugie miejsce w Clausurze, rok później skończył Aperture na 6 miejscu. ,,Wiedzieliśmy że materiał jest dobry ale ta praca przerastała Manere, który postanowił zrezygnować. Tymczasowym trenerem został jego asystent Roberto Mariani. Wygrał 4 mecze i 2 zremisował. Fantastycznie. Pilkarze chcieli z nim dalej pracować ale za każdym razem, kiedy ze mną o tym rozmawiali miałem wątpliwości. Dlaczego o to proszą? Zaprzyjaźnili się czy co? Może on nie pracuje wystarczająco ciężko?”- wspominał Gamez. Odmówiło mu kilku trenerów, w tym Bielsa, później jednak pewien ,,farmaceuta, kibic Velezu i przyjaciel większości z nas” zasugerował zwrócenie się do Carlosa Bianchiego. Jako piłkarz późniejszy szkoleniowiec był legendą klubu, niezmordowanym napastnikiem, który w 324 meczach strzelił dla zespołu rekordowe 206 goli. Zanim jeszcze zadebiutował jako 18-latek w lipcu 1967, pomagał ojcu, który prowadził kiosk z gazetami. W 1969 r. zdobył już 9 goli w lidze a zawzięty Velez prowadzony przez Manuela Giudice zdobył mistrzostwo kraju. Było to jedyne mistrzostwo Argentyny w karierze piłkarskiej Bianchiego, choć zostawał on jeszcze królem strzelców ligi Nacional w 1970 a rok później także Metropolitano. W 1973 r. przeprowadził się do Francji, gdzie również imponował skutecznością. W ciągu 7 lat pięciokrotnie był najlepszym strzelcem, 3 razy w Reims i dwa razy w PSG. Później trenował Reims i Nice ale gdy w grudniu 1992 r. skontaktował się z nim Gamez, od ponad 2 lat pozostawał bez pracy.

W pierwszych 6 kolejkach następnego sezonu Velez stracił tylko jednego gola w zremisowanym 1:1 meczu z Boca Juniors. Wynik tamtego meczu zmieniono jednak w związku z rozróbami na trybunach na 1:0 dla ekipy Raula. ,,Jako zespół Velez wciąż nie miał określonej tożsamości – opowiadał Gamez. – Inne kluby słyneły albo z ładnej gry albo z siły albo z postawy defensywnej. Velez nigdzie tu nie pasował. Nie miał stylu. Dopiero Bianchi mu go nadał”. Najpierw jednak Ricardo gareca odszedł do Independiente a Oscar Ruggeri wybrany w 1991 pilkarzem roku Ameryki Południowej został sprzedany do Ancony, która(jak mówił Gamez) ,, zbankrutowała zanim zdążyła nam zapłacić”. ,,Właśnie tak się zaczęło a 2 lata później ogrywaliśmy już AC Milan w Pucharze Interkontynentalnym”. W 19 meczach Clausury zespół strzelił wprawdzie tylko 23 gole ale co ważniejsze stracił zaledwie siedem. Nawet jeśli prawdą jest że to Bianchi zdefiniował współczesny styl zespołu, Spinetto ów postrach ,,la nuestra” z pewnością by go zaakceptował. Mistrzostwo wywalczone w 1994 r. otwarło drogę do występów w Copa Libertadores, gdzie Velez dotarł do finału spotykając się tam z liczącym na trzecie trofeum z rzędu FC São Paulo. Po doskonałej grze Jose Luisa Chilaverta w bramce o losach pojedynku miały rozstrzygnąć rzuty karne. Paragwajczyk najpierw obronił strzał Palhinhi, później zaś sam wykorzystał jedenastke i klub zdobył swój pierwszy międzynarodowy puchar. Trzy miesiące później drużynę czekała wyprawa do Tokio na mecz Pucharu Interkontynentalnego z prowadzonym przez Fabio Capello AC Milanem, drużyną Baresiego, Maldiniego, Desailly’ego, Bobana i Savičevicia. Pewny strzał Trotty z rzutu karnego dał w 50 minucie prowadzenie ekipe Bianchiego a 7 minut później Assad przejął niedokładne podanie do tyłu Costacurty, wyminął Sebastiano Rossiego i trafił do siatki z niezwykle ostrego kąta. Półtora roku po zaledwie drugim w dziejach mistrzostwie Argentyny Velez był formalnie najlepszym klubem świata. Nawet jeśli do tytułu tego przywiązywano większe znaczenie w Ameryce Południowej niż w Europie a w jego wyjściowej jedenastce występowało aż 7 wychowanków. Velez wydawał się więc w tamtym czasie wzorem jeśli idzie o zarządzanie klubem. Nie dość że kontrolował wydatki, co w czasach koniunktury pierwszych lat prezydentury Menema naprawdę było rzadkością, to jeszcze wygrywał. W sezonie 1995/96 zarówno Aperture jak i Clausure. ,,Byliśmy skromni. Trzymaliśmy agentów z dala od klubu, co zwykle utrudnia zarządom życie. Teoretycznie łatwo być uczciwym człowiekiem ale w klubie piłkarskim bywa to niezwykle skomplikowane. Zwłaszcza teraz”- tłumaczył Gamez. Osiągnięcia Bianchiego rzecz jasna zwróciły uwagę bogatszych klubów i jego odejście stało się nieuniknione. Przyjął oferte AS Romy i przeniósł się do Serie A od początku sezonu 1995/96. W trakcie ostatnich kolejek ligi argentyńskiej Velez prowadzil jego asystent Osvaldo Piazza, choć na jedno finałowe spotkanie Bianchi wrócił jeszcze by cieszyć się z drużyną kolejnym tytułem. Fundamenty pod następne sukcesy zostały położone w 1998 roku, kiedy zespół prowadził już Marcelo Bielsa. Velez wygrał Clausure po raz kolejny. Fenomen Bianchiego nie polegał skądinąd na jakimś taktycznym nowatorstwie. Chodziło raczej o sposób, w jaki siła jego osobowości inspirowała zawodników. Choć często powtarzał że trener nie może ,,być gwiazdą”, mówił również o tym że szkoleniowcy powinni ,,kultywować el liderazgo”, co oznaczało dlań dużo więcej niż ,,przywództwo”, raczej coś, co łączy przywództwo z kultem osobowości. Kiedy formułował 10 ,,niepisanych” recept na sukces w zawodzie trenera opublikowanych w czasopiśmie ,,Managment Deportivo” ani słowem nie wspominał o ustawieniu czy strategii boiskowej. Jego teoria w całości dotyczyła motywowania zawodników i dbania o spójność klubowej struktury. ,,Otaczaj się ludźmi inteligentnymi”- radził. Jeden raz tylko wydawało się iż jest bliski określenia jakiejś zasady dotyczącej gry swoich drużyn. Podzielił się wtedy przekonaniem że w piłke należy grać najprościej jak się da. ,,Rozkaz to rozkaz i musi być jasny ale trzeba go wydawać z taktem”- powiadał. A członek klubowego zarządu wychwalał jego zdolność do formułowania prostych i jasnych instrukcji. ,,Chodziło o to żeby toaleta była w łazience a kuchenka w kuchni”- mówił. Był więc przywódcą, którego największym talentem były zdolności przywódcze.

W tamtych czasach nie dominował tylko jeden styl. Kiedy Velez prezentował filozofie wysiłku i solidności, River Plate pozostawało wierne ideałom z przeszłości. Kiedy w 1988 r. Passarella wrócił do drużyny miał 35 lat. Wcześniej(zanim odszedł do Fiorentiny) spędził tu 8 sezonów a teraz uchodził już za najwybitniejszego obrońcę w dziejach Argentyny. Gdy po wyborach prezesa klubu w grudniu 1989 z funkcji trenera zrezygnował Reinaldo Merlo to właśnie Passarella( niezależnie od braku doświadczenia w roli szkoleniowca) był naturalnym kandydatem na jego następcę. Jak się okazało, słusznie, gdyż położył fundamenty pod dekade sukcesów. ,,Podszedłem do tego ze spokojem, który nawet mnie samego zaskoczył”- opowiadał później. Tracąc punkt do Independiente na półmetku sezonu 1989/90. River rozkręcił się w drugiej fazie rozgrywek i wygrał lige z przewagą 7 punktów. Na łamach ,,El Grafico” Juvenal określił tę drużynę jako ,, precyzyjną jak chirurg, chłodną, dokładną, skuteczną i bezbłędną”. Był to także zespół grający pressingiem w drugiej linii, głównie dzięki obecności dwóch ,,Pac-manów”, Leonardo Astrady i Gustavo Zapaty, którzy łykali piłke jak bohaterowie tej starej gry komputerowej. Passarella wygrał Aperture w sezonach 1991/92 i 1993/94 a kolejny raz zrobił to rok później jego następca Carlos Babington. Po części ich sukces był efektem względnej zamożności klubu i szerokiej ławki rezerwowych a po części eksplozji talentu dwóch wychowanków, którzy stanowili o obliczu ofensywy. Ariel Ortega był szybką, pomysłową i świetnie dryblującą współczesną wersją ,,dziesiątki”, Hernan Crespo zaś zapalczywym i silnym urodzonym snajperem. W dodatku w 1994 roku do River wrócił jeszcze Enzo Francescoli, który w ciągu 7 europejskich lat zdążył grać w Racingu Paryż, Olimpique Marsylia, Cagliari i Torino. Miał wprawdzie 33 lata i nie był już taki szybki ale jego piłkarski mózg wciąż działał błyskawicznie. Po trzech tytułach w ciągu trzech lat rok 1995 przyniósł jednak rozczarowanie. River zakończyło Clausure 1994/95 dopiero na 10 miejscu, po rzutach karnych przegrało półfinał Copa Libertadores z kolumbijskim Atletico Nacional a Aperture 1995/96 ukończyło na miejscu 7. Babingtona zastąpił wówczas były napastnik River Ramon Diaz, co było kolejną odważną decyzją, zważywszy że dopiero co skończył gra w Yokohama Marinos i nie miał żadnego doświadczenia trenerskiego. Po tym jak kiepsko rozpoczęła się Clausura 1995/96 było jasne że drużyna skupi się na Libertadores. Po zwycięstwie nad Universidad de Chile w brutalnym półfinale River pierwszy raz od dekady awansowało do finału. Ich rywalem, podobnie jak w 1986 roku była America de Cali, której groziła czwarta porażka w czwartym w historii klubu finale. Jedynego gola pierwszego meczu strzelił Antony de Avila mimo ostrego kąta cudownie przerzucając piłke nad Germanem Burgosem ale wieczór na El Monumental należał do Crespo. Najpierw szarżując na murawie pełnej konfetti dopadł do dośrodkowania Ortegi, później zaś wykorzystując błąd bramkarza naciskanego przez tego ostatniego, główkował do pustej bramki po dośrodkowaniu Francescoliego. River w końcu zdobyło swoje drugie Copa Libertadores i zrównało się z Boca Juniors. Po finale Crespo odszedł wprawdzie do Parmy ale river ściągnęło na jego miejsce równie skutecznego Marcelo Salasa i przez następne półtora roku było nie do zatrzymania grając zresztą bardziej zespołowo, nie stawiając na momenty indywidualnego geniuszu. Kiedy w październiku 1996 r.pokonali Gimnasi y Esgrima z Jujuy 3:0, oznaczało to że w pierwszych 9 meczach sezonu strzelili 25 goli(!) i to mimo że pierwszy z nich zremisowali bezbramkowo z Gimnasia y Esgrima z La Platy. W ,,Clarin” Juvenal nazywał ich wówczas ,,La Maquiną” lat 90-tych. ,,To River prosi się o spojrzenie z szerszej perspektywy a jego taktyka odwołuje się do historycznych wartości. Tu nie chodzi tylko o detale takie jak stałe fragmenty gry czy krycie. Chodzi o szukanie wygranej już na połowie rywala i o sięganie po nią nie dzięki popychaniu, łapaniu za koszulki czy wpadaniu na przeciwnika ale dzięki grze w piłke”- pisał Juvenal. River wygrało więc oczywiście tamtą Aperture , podobnie jak Clausure i Aperture w 1997 r. Kiedy rok później Salasa sprzedano do Lazio, na jego miejsce sprowadzono już kolumbijskiego napastnika Juana Pablo Angela i w latach 1999-2000 klub wywalczył kolejny dublet tytułów. W sumie gdy na początku kolejnej dekady Diaz odchodził z klubu, miał na koncie 4 tytuły mistrzowskie. Piąty zdobył po swoim powrocie w sezonie 2001/02.

6

4

Można powiedzieć że w końcu ,,nasza kochana" Barcunia bardzo mile nas zaskoczyła, jednak pamiętajmy że te 4:0 to nie mała w tym zasługa bardzo wysoko grającej defensywy Getafe...

7

@FCBparasiempre
Torino FC to klub, którego historia jest naznaczona śmiertelnym piętnem. Większość fanów włoskiej piłki nożnej zna tragiczne wydarzenia z 4 maja 1949 roku, gdy w katastrofie lotniczej na wzgórzu Superga śmierć poniosła niemal cała drużyna „Granaty”. Nie każdy kibic jednak wie, że blisko 20 lat później, klub z Turynu znów dotknęła śmiertelna tragedia. „Byki” straciły pod kołami samochodu swoją wielką gwiazdę i jedną z najbarwniejszych postaci ówczesnego Calcio. Teraz opowiem o tamtym wydarzeniu. Ten tekst to historia Luigi Meroniego. Urodził się on 24 lutego 1943 roku w miejscowości Como w Lombardii. Gdy miał dwa lata, zmarł jego ojciec i ciężar wychowania dzieci spadł na barki jego matki Rosy. Poza Luigim samotna matka opiekowała się także jego bratem Celestino oraz siostrą Marią. Rosa starała się wychowywać swoje pociechy w duchu konserwatywnych, powojennych Włoch. Co tydzień prowadziła dzieci do kościoła. Ascetyczne i bogobojne życie, to jednak nie było to, co pociągało małego Luigiego. Malec przejawiał zainteresowanie sztuką, lubił malować. Często też przysparzał matce problemów wychowawczych. Innym hobby Gigiego było granie w piłkę. Kopał ją w lokalnej drużynie parafialnej. Gdy podrósł, poszedł do pracy w miejscowej fabryce jedwabnych krawatów. Z futbolówką przy nodze radził sobie na tyle dobrze, że w wieku osiemnastu lat został wypatrzony przez grający w Serie B klub z Como. W swoim debiutanckim sezonie zagrał 26 razy i zdobył trzy gole. Nie zgrzał jednak tam miejsca na zbyt długo. Przykuł uwagę działaczy Genoa, którzy szukali wzmocnień do swojego klubu. W tamtym sezonie triumfowali w rozgrywkach na drugim szczeblu i szykowali zespół do gry w Serie A. Początkowo pełnił jedynie rolę zmiennika. Miejsce w pierwszym składzie wywalczył sobie dopiero w kolejnej kampanii. Niezła dyspozycja młodziana nie uszła uwadze mediów. Dodatkowo Gigi wyróżniał się swoim wyglądem. Zapuścił brodę, a ciemne włosy spływały mu po plecach. Widać było wyraźną inspirację modą beatników i zdobywającym coraz większą popularność ruchem hippisowskim. W konserwatywnej i katolickiej Italii, w której przejawy tej ideologii młodzieńczego buntu, nie były tak wyraźne, jak chociażby w USA, taki styl uchodził za kontrowersyjny. Gdy Edmondo Fabri powołał go do reprezentacji Włoch B, pierwsze co zrobił, to nakazał Meroniemu odwiedzić zakład fryzjerski. Gigi kategorycznie odmówił. Dodatkowo w czasie kontroli antydopingowej wykryto w jego organizmie obecność amfetaminy. Skończyło się na pięciomeczowej dyskwalifikacji. Swoje poza boiskowe grzeszki, Meroni naprawiał świetną dyspozycją na boisku. Wpadł w oko działaczom Torino, którzy zapragnęli ściągnąć niepokornego gracza do siebie. Tam miał trafić pod skrzydła Nereo Rocco. Trenera, który słynął z prowadzenia swoich drużyn twardą ręką. Jego metody doprowadziły wcześniej AC Milan do zdobycia Scudetto oraz triumfu w Pucharze Europy. Teraz przyjął misję odbudowy dawnej potęgi „Granaty”, która nadal nie mogła odnaleźć się po katastrofie samolotowej z 1949 roku.

Jeśli jednak ktoś sądził, że Rocco zdoła zmienić krnąbrnego piłkarza w ministranta, który będzie się kładł spać po pacierzu i pił ciepłe mleko, to mocno się przeliczył. W Turynie Meroni wynajął sobie mieszkanie na poddaszu, gdzie spędzał czas z licznymi kochankami, malując i słuchając jazzu. Często gościł na łamach bulwarówek. Nosił zatknięte na czubek nosa okulary przeciwsłoneczne i uwielbiał jeździć autami z odkrytym dachem. Stylówką przypominał bardziej studentów protestujących na ulicach Paryża w 1968 roku lub dzisiejszych hipsterów. Jego romans z mającą polskie korzenie Cristiną Understadt bulwersował włoskie matrony, a zarazem sprawiał, że żył nim i śledził go cały półwysep Apeniński. Życie na kocią łapę z Cristiną mogło spowodować, że opinia publiczna byłaby przeciwna jego powołaniu do reprezentacji. W związku z tym piłkarz przez długi czas utrzymywał, że dziewczyna jest jego siostrą. Jakiś czas później Understadt zostawiła piłkarza i związała się z dużo starszym od niej mężczyzną, pracującym w branży filmowej. To jednak nie koniec tej telenoweli jak ulał pasującej do ekspresyjnych południowców i ich porywczych charakterów. Los jeszcze raz połączył oboje kochanków, gdy Cristina znudzona aktualnym mężem, postanowiła znów rzucić się w ramiona skrzydłowego Torino. Równie mocno co Cristina, Luigiego kochały trybuny na Stadio Comunale. Meroni szybko kupił serca fanów, dzięki swoim fantastycznym dryblingom i gracją, z jaką poruszał się po murawie. W czasach mody na siermiężne i mało widowiskowe catenaccio, atrakcyjna gra Gigiego była prawdziwą ucztą dla oka. Między innymi dzięki jego dobrej dyspozycji „Byki” zakończyły sezon na trzecim miejscu. Do piłkarza przylgnął zaś przydomek „La Farfalla Granata”, co oznaczało „Bordowego motyla”. Innym pseudonimem Meroniego, był „Calimero”. Imię to nosił kurczak z popularnej kreskówki, który na głowie nosił połówkę skorupki od jajka. Luigi wziął sobie chyba to przezwisko zbyt mocno do serca, gdyż pewnego razu wyszedł na spacer z żywym kurczakiem na smyczy. Kulminacją wędrówki był moment, gdy Gigi próbował na środku rynku założyć skonsternowanemu ptakowi kąpielówki. Drugi sezon w Torino nie był już tak owocny. „Granata” uplasowała się dopiero na dziesiątej pozycji. Meroni nadal pozostawał jednak najjaśniejszym punktem zespołu. Dzięki temu doczekał się w końcu upragnionego powołania do pierwszej reprezentacji „Squadra Azzura”. Nadal jednak nie zgodził się na obcięcie włosów, chociaż Fabri wciąż nalegał. W kadrze zadebiutował w meczu z Francją w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata w Anglii. Gdy krótko przed wspomnianym Mundialem, drużyna Fabriego mierzyła się w towarzyskim spotkaniu z Argentyną w Turynie, Meroni zmienił w przerwie meczu Sandro Mazzolę. Mazzola, którego ojciec Valentino, był kapitanem „Grande Torino” z lat 40. i zginął na wzgórzu Superga, został wygwizdany przez turyńską publiczność. Fani „Byków” mieli mu za złe odwrócenie się od drużyny ojca i grę w barwach Interu. Mieli za to nowego idola, który dodatkowo strzelił Argentyńczykom gola.

Dobry występ przeciwko „Albicelestes” zaowocował powołaniem na Mundial. W Anglii Meroni wystąpił jedynie w spotkaniu z ZSRR, przegranym przez Włochów 0-1. Dodatkowo sensacyjna porażka w ostatnim meczu z Koreą Północną sprawiła, że Włosi musieli wracać do domu już po fazie grupowej. Wielu fanów, niechęć Fabriego do wystawiania skrzydłowego Torino w pierwszym składzie, zrzucała na karb odmowy ścięcia włosów przez Luigiego. Prawdą było jednak, że selekcjoner podchodził do niepokornego piłkarza z dystansem, gdyż ten często nie wywiązywał się z zadań taktycznych. Meroni traktował boisko niczym płótno, na którym malował i nie wyobrażał sobie, by ktoś miał mu nakazywać, co ma robić. Grał tak, jak mu podpowiadały serce i dusza. Wkrótce po mistrzostwach zaczęły pojawiać się pogłoski, jakoby Gigi miał zmienić barwy na biało-czarną koszulkę odwiecznych rywali z Juventusu. Oferta opiewająca na 750 milionów lirów była propozycją nie do odrzucenia. Czyżby? Sprawy w swoje ręce wzięli fani „Byków”. Większość z nich pracowała w fabryce Fiata, której właścicielami była rodzina Agnellich, wspierająca Juventus. Zaczęły pojawiać się pogłoski, że w przypadku transferu „Bordowego motyla” do Juve, rozpoczną się strajki. Protestowano przed domami włodarzy obu klubów. Do transakcji ostatecznie nie doszło.

15 października 1967 roku. Torino zwycięża Sampdorię 4-2. Gigi otrzymuje wiadomość, że małżeństwo Cristiny zostanie unieważnione i znów będą mogli być razem. Bordowa część Turynu kocha swoją gwiazdę. Czyż nie jest to idealny moment do tego, żeby się napić? Drużyna zjada jeszcze wspólny, pomeczowy obiad i piłkarze mogą się rozejść do domów. Meroni namawia kolegę z drużyny, Fabrizio Polettiego, by skoczyli jeszcze do pobliskiego lokalu „Zambona”, na lampkę czerwonego wina. Na ulicach już zmierzcha, młodzieńcom mocno się spieszy, by zacząć świętowanie. Postanawiają przebiec zatłoczoną ulicę w niestrzeżonym miejscu… Gdy wszystko układa się w twoim życiu po twojej myśli, możesz spodziewać się najgorszego. Pędzący samochód zahacza o Polettiego i piłkarz kończy lekko poturbowany. Mniej szczęścia ma biegnący za nim Meroni. Prowadzony przez dziewiętnastoletniego Attilio Romero Fiat 124 Cupe, wyrzuca Gigiego w powietrze, ten spada na sąsiedni pas jezdni i zostaje zahaczony przez pojazd nadjeżdżający z drugiej strony ulicy, który ciągnie go dobre 50 metrów po asfalcie. „Bordowy Motyl” ma zmiażdżoną klatkę piersiową, połamane nogi, uszkodzenia miednicy i głowy. Gdy wezwany ambulans długo nie przyjeżdża na miejsce wypadku, świadkowie zdarzenia sami postanawiają zawieźć poszkodowanych do najbliższego szpitala. Jest już jednak za późno. Początkowo media donosiły o tym, że Meroni przeżyje. O 22:50 stwierdzono zgon. Attilio Romero jest rozdygotany i całkowicie załamany. Ludzie pocieszają go i mówią mu, że całe zdarzenie to nie jego wina. Przecież Meroni i Poletti przebiegli w miejscu, w którym nie było ani sygnalizacji świetlnej, ani pasów. Młody student jeszcze kilka godzin wcześniej oglądał zwycięstwo Torino nad Sampdorią. Jak mogło być inaczej? Przecież jest posiadaczem karnetu na mecze „Granaty”. Nad łóżkiem ma powieszony plakat… Luigiego Meroniego. Tego samego, którego przed chwilą śmiertelnie potrącił… Tydzień później odbywają się derby Turynu. Przed meczem kibice rzucają z trybun czerwone róże, te tworzą swoisty dywan na prawym skrzydle murawy. Na skrzydle, po którym biegałby Luigi. „Byki” gromią „Starą Damę” 4-0. Hat-trickiem popisał się Nestor Combin, który uparł się, by grać, pomimo wysokiej gorączki. W trakcie meczu publiczność, w tym Romero, skanduje „Gigi! Gigi!”. Kilka dni po pogrzebie „Bordowego motyla” jeden z fanów rozkopuje jego grobowiec, gdyż nie dowierza, że jego idol mógł umrzeć. Zaledwie 18 lat po katastrofie na wzgórzu Superga, Torino FC zostaje ponownie dotknięte ostrzem kostuchy. Co ciekawe pilot samolotu, który rozbił się w 1949 roku o ścianę bazyliki, nazywał się Pierluigi Meroni. Przenieśmy się jeszcze na chwilę do roku 2000. Torino zwołuje konferencję prasową. Ma zostać na niej przedstawione nazwisko nowego prezesa klubu. Prawdopodobnie zostanie nim 52-letni rzecznik prasowy Fiata. Tak też w istocie się staje. Tym człowiekiem jest…Attilio Romero. Swoją funkcję sprawuje do 2005 roku, czyli do momentu, w którym klub bankrutuje i upada.

7

1

@Mixtape No nie rozpędzaj się tak gdyż możemy sobie nabić potężnego guza! :)

0

Przed dzisiejszym starciem nasuwa się pytanie(nie pierwsze zresztą w tym sezonie): Czy te męczarnie skończą się kolejną stratą punktów i kolejnymi kontuzjami?

14

Etihad Stadium zdobyte:

24 lutego 2015 r. FC Barcelona pokonała Manchester City 1:2 w pierwszym meczu 1/8 Ligi Mistrzów. W lutym Blaugrana znów grała dobrze. ,,W pewnym momencie nie wyglądało to obiecująco. Fundamentem postępu była praca ale także wzajemny szacunek i solidarność na boisku. Między piłkarzami nie dochodziło do żadnych kłótni”- powiedział wówczas Iniesta. Bohaterami meczu byli zdobywca obu goli Luis Suarez i bramkarz ter Stegen. Niemiec powiedział po tym meczu dla DAZN: ,,Zwycięstwo w Lidze Mistrzów jest naszą wielką obsesją. Wystarczy nie tracić goli, gdyż w ataku mamy tak fantastycznych zawodników że zawsze coś strzelą. Musimy pamiętać jak pragmatycznie grał Real w poprzedniej edycji i robić to samo”. Barça mogła wygrać nawet wyżej ale Messi zmarnował i karnego i łatwą dobitke głową. Z kolei Luis Suarez został oskarżony po meczu o to że ugryzł Demichelisa, lecz w przeciwieństwie do mundialu w 2014 r. i zajścia z Chiellinim, tym razem brakowało świadków a kamery zajścia nie pokazały.


@Sysia11
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

2

@Culer9002 Moim skromnym zdaniem jednak wygra Bundeslige, choć wolałbym aby to Borussia wygrała, gdyż to mój jedyny niemiecki klub, który lubie i którego akceptuje

11

Spektakularne wydarzenie z historii ,,La Roja”:

24 lutego 1993 r. sześciu piłkarzy Barçy wystąpiło w pierwszym składzie reprezentacji Hiszpanii. W erze trenerskiej Guardioli zawodnicy Dumy Katalonii stanowili ważne ogniwo w drużynie narodowej i wielokrotnie zdarzało się iż większość graczy pierwszego składu stanowili piłkarze Blaugrany. 15 lat wcześniej desygnowanie do gry w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata 6 piłkarzy Barçy było jednak niezwykłym wydarzeniem. Na dodatek w 79 minucie meczu z Litwą na boisko wszedł siódmy zawodnik Blaugrany Thomas Christiansen, grający wówczas w Barcelonie B. Już 3 minuty po wejściu na plac gry strzelił piętą pięknego gola. Na murawie miał zastąpić Bakero ale wskutek błędu na kartce przekazanej arbitrowi technicznemu zmienił Julio Salinasa.



@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sysia11

1

@norbi77 Dokładnie tak jak piszesz. Ricardo Carvalho przytrzymywał Valdesa ale słynny ,,łysy" Collina był na to ślepy! Bardzo przeżyłem wówczas ten dwumecz o czym zresztą napisze 8 marca w rocznice tego rewanżu.

8

Pierwszy oficjalny mecz FC Barcelony przeciwko Jose Mourinho:

23 lutego 2005 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Chelsea FC 2:1 w ramach pierwszego starcia 1/8 Ligi Mistrzów. W 32 minucie samobójczego gola strzelił Beletti i goście wyszli na prowadzenie. Z kolei w 55 minucie za niebezpieczny atak na Victora Valdesa, czerwoną kartke ujrzał Didier Drogba. Blaugrana wciąż jednak biła głową w mur i Frank Rijkaard zdecydował się na wpuszczenie na boisko ,,jokera” w postaci Argentyńczyka Maxi Lopeza, sprowadzonego do klubu zaledwie miesiąc wcześniej. Roszada ta okazała się zbawienna bowiem Maxi odmienił losy meczu, zdobywając gola w 66 minucie i prezentując oryginalną ,,cieszynke” imitującą ruchy kurczaka. W 73 minucie mocnym strzałem z pola karnego gola zdobył genialny Samuel Eto’o i Barça ostatecznie wygrała ten mecz, lecz 2 tygodnie później przegrała pechowo w rewanżu, w wyniku czego odpadła z rozgrywek. Po meczu Mourinho głośno wyrażał oburzenie pracą szwedzkiego arbitra Friska i podburzał kibiców ,,The Blues” przeciwko niemu. Friskowi w kolejnych tygodniach grożono śmiercią, przez co 12 marca ogłosił zakończenie kariery sędziowskiej.





@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Kessie
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

10

,,Pyrrusowe” El Clasico:

23 lutego 1941 r. FC Barcelona pokonuje na Estadio Chamartin Real Madryt 1:2 w przedostatniej kolejce Primera Division, po golach Jose Bravo i Mariano Martina. Honorowego gola dla gospodarzy zanotował Barinaga. Jednak to zwycięstwo na niewiele się zdało bo w końcowej tabeli Blaugrana uplasowała się dopiero na 4 pozycji.



@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sysia11

1

@FCBMati10 Owszem tekst ten pochodzi z książki Jonathana Wilsona, jednak nie z ,,Odwróconej piramidy" a z ,,Aniołowie o brudnych twarzach". Akurat ,,Piramidy" nie posiadam ale jak tylko będę miał możliwość to ją nabędę. Dzięki śliczne za porade :)

7

@FCBparasiempre
22 lutego 1953 r. meczem Peru-Boliwia(0:1) zainaugurowano 22 edycje Copa America. Impreza miała się odbyć w Paragwaju, lecz znów powtórzyła się historia z 1924 roku. Paragwaj znękany wyniszczającymi wojnami i równie przewlekłymi niepokojami wewnętrznymi, nie stanął jeszcze na nogach. Słowem znów nie było warunków aby ten biedny kraj był w stanie zorganizować impreze o takiej randze. W efekcie CONMEBOL postanowił przenieść rozgrywki gdzie indziej. Wybór padł na stolice Peru, Lime. Gospodarze grający wówczas chyba najbardziej radosny i widowiskowy futbol na kontynencie, zdawali sobie sprawę iż peruwiańscy artyści przy wszystkich swych walorach grzeszą niefrasobliwością i dość powierzchownym stosunkiem do skomplikowanych zagadnień taktycznych. Dlatego zaangażowali europejskiego trenera, który tę wesołą gromadke uroczych lekkoduchów zagonił do katorżniczej pracy podczas półrocznego zgrupowania, mającego wymusić żelazną dyscyplinę. W rezultacie zespół został dobrany niezwykle starannie. Mistrz świata Urugwaj, potraktował turniej w Limie eksperymentalnie, mając przed sobą perspektywę obrony tytułu w Szwajcarii w 1954 r. Postanowiono więc sprawdzić nowy zaciąg młodszych piłkarzy, stanowiących bezpośrednie zaplecze pierwszej kadry. Jak zwykle bitną drużynę przysłała Boliwia. Dzielni górale szczycili się fenomenalnym technikiem Victorem Ugarte, który z roku na rok gruntował swą wysoką międzynarodową reputacje. Z kolei najsłabszy Ekwador nie miał nic do stracenia i może to właśnie nastawienie przyniosło mu dwa remisy, z których ten z Paragwajem był doprawdy zaszczytny. Wicemistrzowie świata, Brazylijczycy już nieco otrząsnęli się po szoku Maracany, po drodze pocieszając się tytułem mistrza turnieju Panamerykańskiego w 1952. Nadal grali wielcy rutyniarze: Danilo, Bauer i Zizinho a momentami również Ademir, lecz pozycje starych asów atakowała równie zdolna a może nawet zdolniejsza generacja. Obrońcy Djalma Santos i Nilton Santos mieli w niedalekiej przyszłości utworzyć parę dwukrotnych mistrzów świata, Do tych zaszczytów miał poprowadzić Canarinhos genialny dyrygent Valdir Pereira zwany Didi. Geniusz strategiczny pomocnika Fluminense w roku 1953 dopiero dojrzewał, lecz jego przebłyski potrafili dojrzeć przenikliwi obserwatorzy. Na prawym skrzydle pojawił się ktoś, kto udanie wypełnił luke pomiędzy Tesourinha a Garrinchą a mianowicie Julio Botelho, który podobnie jak oni był fenomenem dryblingu. Brazylia odzyskiwała pewność siebie i z takim składem była pewna zwycięstwa. Lecz oto znów, podobnie jak w 1949, na jej drodze pojawił się utrapiony Paragwaj. Cztery lata wcześniej był on o włos od pozbawienia Canarinhos niemal stuprocentowego tytułu a i tak swoją postawą zaimponował wszystkim. Tym razem ekipa ,,Guarani” postanowiła nie zaniedbać niczego, co mogłoby ja przybliżyć do upragnionego celu jakim był Puchar Ameryki.

Turniej w Limie stał pod względem sportowym przynajmniej na takim poziomie, na jakim leży stolica Peru. Wszystkie mecze przebiegały w atmosferze zażartej walki i obfitowały w niezliczone przykłady ambicji graniczącej z poświęceniem. Nawet skazani na pożarcie outsajderzy nie sprzedawali tanio skóry. Doświadczyli tego pewni siebie gospodarze w meczu otwarcia ulegając lekceważonej Boliwii. W tych mistrzostwach naprawdę nie było mocnych. Każdy prędzej czy później znajdował swojego pogromcę. Rozsierdzone Peru odegrało się na Brazylii, pokonując ją przy aplauzie 55 tys. widzów jednym golem. Chile po 3 golach nieuchwytnego Moliny pokonało 3:2 Urugwaj ale za to uległo gładko Paragwajowi 0:3. Brazylia uznała jednobramkową wyższość Peru, wcześniej w identycznym stosunku pokonując Urugwajczyków. Przed ostatnim teoretycznie meczem turnieju(Peru-Urugwaj) sytuacja była jasna. Paragwaj i Brazylia zgromadziły po 8 punktów, Peru i Chile miały ich po 7. Choćby najskromniejsze zwycięstwo dawało gospodarzom absolutny triumf i nawiązanie do pamiętnych dni glorii z 1939 r. Sprawa wydawała się przesądzona. ,,Celestes” grali wprawdzie nieźle ale gdzież im tam było do mistrzów świata z 1950. Jednak noc decydującego starcia okazała się jedną z najczarniejszych w dziejach peruwiańskiego futbolu. Na nic zdały się trudy wielomiesięcznego forsowanego zgrupowania i dyscyplinujące nauki. ,,Inkowie” ruszyli z ogromnym rozmachem odkryci jak na uroczystej paradzie. Ich cyrkowe popisy spotkały się ze stoicką obojętnością betonowej pary Gonzalez-Martinez. Cała drużyna Celestes zgromadziła się na własnej połowie skutecznie odpierając szaleńcze lecz nieskoordynowane ataki. Za to z rzadka, bez pardonu, wypuszczała ,,zatrute strzały”. Szybki skrzydłowy Pelaez dwukrotnie pokazał niefrasobliwej obronie peruwiańskiej jaki numer ma naszyty na błękitnej koszulce. Jeszcze Romero dobił osłupiałych gospodarzy na 0:3! Ten zaskakujący rezultat diametralnie odwrócił sytuacje. Na placu boju pozostały z dorobkiem 8 punktów Paragwaj i Brazylia. Dokładnie 1 kwietnia zmierzyły się one w dodatkowym(de facto finałowym) meczu. Ten bój Davida z Goliatem zelektryzował publiczność Paragwajczycy wyszli na boisko z taką determinacją, jakby mieli walczyć o życie. Brazylijczycy skupieni w równie zaciętym milczeniu. Rozgorzała twarda, bezlitosna batalia, w trakcie której nikt nie odstawił nogi. Trzeszczały kości ale obyło się bez przelewu krwi. Ozdobą tego dramatycznego meczu były iście homeryckie pojedynki, jakie toczyli najlepsi ,,cabezadores”, czyli główkarze obu zespołów- Herrera i Baltazar. Paragwajczyk w 98 przypadkach na 100 skakał wyżej ale dwukrotnie dał się wywieźć w pole i tyleż razy Riquelme wyciągał piłke z siatki. Jednak Herrera nie miał powodów do wstydu. Baltazar głową strzelał silniej i celniej niż nogą. Paragwajczycy byli wszakże o jedno trafienie lepsi. Bramkarza Castilho pokonali Atilio Lopez, wspomagający napastników Manuel Gavilan oraz uderzający jak grom Ruben Fernandez. Gdy brytyjski sędzia Dean odgwizdał koniec meczu przy stanie 3:2, ,,Guarani” pośród wiwatów wykonali runde honorową niemal pijani ze zmęczenia i bezgranicznego szczęścia. Powrót do kraju był jednym pasmem triumfów. Na lotnisku oczekiwały bohaterów narodowych nieprzebrane tłumy a na ulice wyległa chyba cała ludność Asuncion.

7

,,Guarani” po raz pierwszy i jak dotąd ostatni(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):

@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Lionel_Messi10 Nie rozumiesz mnie :) Ja wiem że to jest mocna reprezentacja ale chodzi mi o to że Nigeria gra inny futbol niż będą grali przeciwnicy Argentyny na Copa America! Nie widze większego sensu przygotowywać się do Copy w ,,afrykańskim" stylu"...

0

@FCBparasiempre Ośmiele się z tobą niezgodzić! Choćby Nigeria była mistrzem świata to i tak prezentuje kompletnie odmienny styl gry od latynoskiego. Co do Salwadoru to jeszcze bym się zgodził w kontekście jak to ująłeś ,,sprawdzenia młodych" ale Nigeria??? W końcu to przygotowania do Copa America a nie do Puchar Konfederacji...

4

@FCBparasiempre
Kolejna wielka innowacja Hirschla a zarazem jeszcze jedna wskazówka że wiązał swoją przyszłość z Gimnasią w stopniu o wiele większym niż wydawało się Guttmannowi, polegała na płaceniu zawodnikom pensji tej samej wysokości aby mieli ,,wspólne poczucie poświęcenia”. Warto dodać iż oprócz podstawowej gaży wyjściowa jedenastka otrzymywała także pewien procent ze sprzedaży biletów. W efekcie zamiast kwoty między 120 a 300 peso miesięcznie gracze pierwszej drużyny(podobnie zresztą jak i trener) zarabiali powyżej 700 peso. Wszystko układało się znakomicie aż do końca września, kiedy to podczas 26 kolejki(sezon składał się z 34 kolejek) Gimnasia rozgrywała wyjazdowy mecz z Boca Juniors. Do przerwy podopieczni Hirschla prowadzili 2:1 ale po wznowieniu gry sędzia odgwizdał wyjątkowo kontrowersyjnego karnego dla gospodarzy a gdy zdołali wyrównać, uznał dla nich trzeciego gola, tym razem ze spalonego. Gracze Gimnasii byli wściekli ale choć władze ligi przyznały im racje, zawieszając arbitra, wynik meczu nie uległ zmianie. W następnej kolejce Gimnasia wygrała z Independiente ale to, co wydarzyło się później podczas meczu z San Lorenzo było jeszcze gorsze niż zdarzenia sprzed 2 tygodni. Kiedy piłkarze Hirschla przegrywali 2:1, wydawało się że sędzia przyzna im karnego. Ostatecznie jednak arbiter zdecydował że przewinienie miało miejsce przed polem karnym a wkrótce potem uznał gola dla San Lorenzo, choć bramkarz Gimnasii przekonywał iż zatrzymał piłke na linii. Rozbici piłkarze Gimnasii usiedli na boisku na znak protestu a zanim sędzia przerwał mecz, rywale strzelili im kolejne 4 gole. Następne 2 mecze, z River Plate i Racingiem, na 5 i 4 kolejki przed końcem rozgrywek zakończyły się porażką podopiecznych Hirschla a szanse na tytuł przepadły. Piłkarze i kibice Gimnasii uważali że zostali obrabowani przez dwóch sędziów. W tamtym sezonie Gimnasia strzeliła 90 goli(!) o cztery więcej niż druga w rankingu najskuteczniejszych Boca i zbierała powszechne komplementy za swój ofensywny futbol. Choć trzeba jednak przyznać że straciła 55 goli, najwięcej z czołowych siedmiu drużyn. Sympatia fanów była po jej stronie. Wielu zdawało sobie sprawę że Wielka Piątka jest zbyt mocna, nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność tłumów ale także zaplecze polityczne, które mogło wywierać wpływ na arbitrów. O tym iż sędziowie bali się siegać po gwizdek w trudnych momentach świadczy fakt że w całych rozgrywkach 1933 roku podyktowano tylko 34 rzuty karne. Guttmann jednak twierdził że Hirschl i jego Gimnasia nie byli aż tak niewinni. ,,Miał pewien sławny albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł. Dawał bramkarzowi kolczasty pierścień żeby przebić piłke rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”- opowiadał o swoim rodaku. Czyżby chodziło o tę samą ciężką piłke namoczoną i z upchniętym do środka drugim kawałkiem skóry, która po przeprowadzce Hirschla do River Plate stała się częścią legendy Bernabe Ferreyry? River, któremu spodobał się ofensywny styl Hirschla, w ramach swojego programu inwestycji szukał właśnie trenera specjalisty. Zatrudnił Węgra w 1934 roku. Hirschl zaczął stopniowo( a przynajmniej tak twierdził) ustawiać defensywę w litere M, przesuwając jednego ze środkowych pomocników do tyłu, choć nie tak głęboko by stał się jak w Anglii trzecim obrońcą ale raczej by zajął pozycję cofniętego rozgrywającego, jak to było już przyjęte w krajach naddunajskich, piłkarza, który uczestniczy w grze obronnej ale zarazem pomaga kreować gre z głębi pola. Po roku sprowadził za sobą Minelle z Gimnasii i powierzył mu właśnie te role. Niezależnie od tego czy zaczynał od blefu czy nie, sukcesów trenerskich Hirschla nie sposób kwestionować. W 1936 roku, kiedy system rozgrywek argentyńskich przechodził jeszcze jedną dziwaczną reformę, zdobył z River Plate Copa Campeonato, czyli w gruncie rzeczy wygrał lige, choć jej rozgrywki polegały na tym że każdy z zespołów grał z innymi drużynami tylko raz. Jego piłkarze wygrali 13 z 17 meczów, strzelając przy okazji 49 goli. Miał przy tym wielkie zaufanie do młodych zawodników. Wielki Adolfo Pedernera debiutował u niego jako 16-latek, w 1935 r. W tym samym sezonie 18-letni Jose Manuel Moreno występował regularnie w pierwszym składzie po lewej stronie formacji ofensywnej żeby wkrótce grać już z równym powodzeniem na każdej pozycji u boku środkowego napastnika. Moreno dorastał w La Boca, kibicował Boca Juniors i bardzo chciał występować w tej drużynie ale po nieudanych testach nie dostał propozycji kontraktu. Obiecał sobie wówczas że w Boca pożałują tej decyzji i gdy tylko złamany nos skłonił go do przerwania dobrze zapowiadającej się kariery bokserskiej, przeniósł się do River Plate. Jego wielkie chwile nadeszły w trakcie tournée po Brazylii w 1934 r., kiedy wykazał się niemal nadludzką pewnością siebie. ,,Spokojnie chłopaki – miał powiedzieć przed meczem z Vasco da Gama. – Strzelimy im Piątke jak nic. Popatrzcie tylko na gościa, który ma mnie kryć. Jest strasznie brzydki, mam zamiar zdrowo go pogonić”. Jak powiedział, tak się stało: River wygrało 5:1.

Pedernera z kolei dorastający w Avellanedzie był fanem Racingu ale jego ojciec, który zaczął oswajać go z piłką, jak tylko syn skończył cztery lata, grał w River Plate. Podobnie jak Moreno, chłopak również wiele się nauczył od Ferreyry. W 1938 r. niepewny jeszcze miejsca w wyjściowej jedenastce, został dopuszczony przez napastnika do wykonywania rzutu wolnego. Próbował podkręcić piłke ale źle trafił i bramkarz obronił bez trudu. Ferreyra wziął go wtedy na strone. ,,Jeśli bijesz wolnego – powiedział – wal z całej siły a nie rób jakichś cyrków, dobra?” ,,Oczywiście wziąłem to sobie do serca – opowiadał Pedernera. – Zawsze kiedy ustawiałem piłke do rzutu wolnego miałem w pamięci co mi radził Bernabe”. Przy innej okazji Pedernera wspominał, jak Ferreyra pojawił się kiedyś w szatni z poobijanymi i posiniaczonymi nogami, skopany przez pilnującego go obrońcę. ,,To wszystko przez Watsona Huttona- narzekał. – Przez tego faceta, co wymyślił piłke…” Od tamtej pory Ferreyra schodził coraz głębiej do środka boiska, oddalając się od obrońców rywali i szukając miejsca, gdzie miałby więcej swobody. To właśnie w tej roli cofniętego atakującego miał brylować także Pedernera, operujący ostatecznie jak reżyserzy gry z lat 20-tych. Był ,,Adolfo Divino”, boskim Adolfo, pilotem ,,La Maquiny”. Zdolnym zarówno do oddania piekielnie silnego strzału niemal bez zamachu, jak do rozegrania piłki z klepki z Moreno albo do precyzyjnego podania na dobieg w kierunku Labruny albo(jak to zrobił podczas pewnego niezapomnianego meczu z San Lorenzo) do zamarkowania podania a potem delikatnego podcięcia piłki nad bramkarzem. Moreno i Ferreyra stworzyli zabójczy duet. W 1936 roku ten drugi był najlepszym strzelcem River Plate w Campeonato, zdobywając 15 goli w 17 meczach a z kolei w Copa de Honor najwięcej goli(13) zdobył ten pierwszy. Rok później, gdy rozgrywki ligowe wróciły do bardziej standardowej formuły, Moreno strzelił 32 a Ferreyra 25 goli. River zaś sięgnęło po mistrzostwo kraju, zdobywając w sumie 106 goli(!) przegrywając tylko 3 z 34 meczów i osiągając sześciopunktową przewagę nad równie bramkostrzelnym Independiente, którego liderem był wówczas genialny paragwajski napastnik Arsenio Erico. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawe tak świetnie przygotowana jak wybitne River Plate – pisało ,,El Grafico”, podkreślając rolę Hirschla w tamtym sukcesie. – Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”. Mając już zapewniony tytuł, River grało z Boca w przedostatniej kolejce żądne rewanżu nie tylko za dwie wcześniejsze porażki w tym sezonie(w lidze i meczu towarzyskim) ale także za cały okres ,,starszeństwa”(terminem tym Argentyńczycy opisują sytuacje, w której jedna drużyna stale dominuje nad drugą). W brzydkim i pełnym awantur meczu piłkarze Hirschla wygrali 3:2 a przemoc z boiska przeniosła się na trybuny. Wysiłki Isaaca Caswella, angielskiego sędziego sprowadzonego specjalnie po to, by mecz nie wymknął się spod kontroli spełzły na niczym. Piłkarze przeszli na zawodowstwo w 1931 r. ale arbitrzy nie poszli ich śladem i w latach 30-tych poziom sędziowania stawał się przedmiotem coraz głośniejszej krytyki. W 1932 r. na przykład, kiedy Vicente de Angelis nie uznał gola Estudiantes, przegrywającego 1:0 w meczu z przewodzącym tabeli River Plate, wściekli piłkarze rzucili się na niego. De Angelis uciekł do szatni a kiedy 15 minut później wrócił by wznowić gre, przyznał im racje, co wywołało plotki że prezydent Estudiantes sterroryzował go przy pomocy pistoletu. Bramkę na 1:1 nazwano ,,El gol de la casilla”, golem z szatni. AFA wykazując się znaną już anglofilią(Lub kulturowym uzależnieniem, zależy jak na to patrzeć), uznała że rozwiązaniem problemu sędziów będzie zwrot w stronę Wielkiej Brytanii i ściągnięcie stamtąd arbitrów, którzy wyznaczaliby standardy i nauczali fachu argentyńskich kolegów. Awantury wśród publiczności zdarzały się w argentyńskiej piłce od zarania. Jak trzeźwo zauważył Caswell, zmiana podejścia arbitrażu wymagała czasu. Punkt zwrotny zdaniem angielskiego arbitra nadszedł we wrześniu 1938 r., kiedy podczas meczu Boca-Racing usunął z boiska awanturującego się Roberto Cherro. Choć kibice obrzucili sędziego kamieniami, sam piłkarz został zawieszony na miesiąc. ,,Moja zdecydowana postawa w trakcie tego meczu – wspominał Caswell- i fakt że wymusiłem dyscyplinę, nie zważając ani na sławę piłkarza, ani na znaczenie klubów, zrobiły wielkie wrażenie i odmieniły sytuacje”. Anglik wrócił do kraju w 1940 roku otoczony powszechnym szacunkiem.

W sezonie 1938 River strzeliło 105 goli w 32 meczach ale to nie wystarczyło. Independiente z wciąż znakomitym Erico zdobyło aż 115 goli(!) zapewniając sobie mistrzostwo kraju dzięki zwycięstwu 8:2(!) nad Lanus w ostatniej kolejce. Choć Erico strzelał jak na zawołanie, prawdziwą gwiazdą drużyny był Antonio Sastre, piłkarz, o którym Cesar Luis Menotti mówił że w życiu nie widział lepszego, umieszczając go w 1980 roku na szczycie swojej listy pięciu najwybitniejszych Argentyńczyków wszech czasów. Sastre mógł grać na wielu pozycjach i to czyniło go aż tak niebezpiecznym. Kiedy rywale skupiali się na napastnikach, Erico i jego partnerze Vicente de la Macie, on schodził po piłke do środka, rozbijając tradycyjne ustawienie i kreując gre. Sastre, jak wielu innych, został zauważony w barwach klubu Progresista, mającym swoją siedzibę w Avellanedzie w dzielnicy La Mosca. W Independiente zadebiutował w 1931 r. zastępując kontuzjowanego Lalina jako lewy atakujący, najwyraźniej pod wpływem sugestii Seoanego, którego miejsce miał ostatecznie zająć. Wysoki i silny, mógł zostać klasycznym środkowym napastnikiem ale przeniósł się na lewą stronę po tym, jak Independiente kupiło znakomitego urugwajskiego snajpera Roberto Portę. Jego największym kapitałem okazała się więc uniwersalność. W sumie rozegrał w Independiente 340 meczów i zdobył 112 goli, pomagając drużynie wygrać lige w 1938 a w 1941 przeniósł się do brazylijskiego São Paulo, gdzie oprócz 3 tytułów mistrza kraju doczekał się pomnika na swoją cześć. ,,Gdyby kiedykolwiek ustanowiono Nagrode Nobla w dziedzinie futbolu, nie mam wątpliwości iż cała Brazylia głosowałaby na Sastrego”- mówił prezes klubu Pedroso. Hirschl odszedł z River Plate z tytułem wicemistrzowskim za sezon 1938, wrócił na krótko do Gimnasii a potem zaczął prace z Rosario Central. Kiedy w 1939 roku jego nowi podopieczni przegrali 6:0 z River, Węgier mówił że to efekt jego pracy: ,,Przybyłem osobiście by zebrać owoce mojego nauczania. Tych 6 goli strzelili przecież moi chłopcy”. Później pracował w San Lorenzo, Banfield i ponownie w San Lorenzo aż nagle w 1944 roku jego kariera w Argentynie została gwałtownie przerwana. Protokół z odbytego 13 stycznia posiedzenia komisji dyscyplinarnej AFA wspomina w punkcie siódmym porządku obrad iż prezydent Banfield Florencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiana Gualco przed meczem Banfield z Ferro we wrześniu 1943 r.(mecz zakończył się wynikiem 1:1 a Gualco w nim nie zagrała). Wśród osób wymienionych jako biorące udział w próbie oszustwa był także węgierski trener, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą 2 tysięcy peso. Hirschl znalazł się w grupie 9 osób skazanych za sportową niemoralność i został dożywotnio pozbawiony możliwości prowadzenia jakiejkolwiek bezpośredniej lub pośredniej działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Karę anulował 10 maja Generalny Inspektorat Sprawiedliwości ale związana z nią niesława pozostała. Pozbawiony możliwości pracy w Argentynie, Hirschl najpierw przeniósł się do Brazylii, gdzie prowadził Cruzeiro, później zaś objął urugwajski Peñarol, z którym wywalczył 2 mistrzostwa kraju i w którym dokonał rewolucji taktycznej, umożliwiającej zdaniem wielu późniejszy niespodziewany sukces Urugwaju na mistrzostwach świata w Brazylii w 1950 r. Historyk Atilio Garrido, autor książki ,, Maracanazo: a historia secreta”, twierdzi iż tylko panujący w kraju antysemityzm uniemożliwił Hirschlowi poprowadzenie w tamtym turnieju drużyny narodowej, choć prostsze wydaje się tłumaczenie że jego związki z Peñarolem były źle widziane przez reprezentantów wywodzących się z rywalizującego z tym klubem Nacionalu. W 1951 r. Hirschl zrezygnował z pracy trenerskiej w związku z pogarszającym się stanem zdrowia(za co winił stres wywołany uprawianiem tego zawodu). Utrzymywał jednak związki ze światem futbolu, zajmował się wyszukiwaniem talentów dla kilku klubów, między innymi dla Milanu. Na ławkę trenerską powracał dwukrotnie. Najpierw w 1956 r. w Peñarolu, później zaś(na prośbe prezydenta klubu Antonio Libertiego) w River Plate w 1961 r., gdzie jednak dopadły go ponowne oskarżenia o udział w ustawianiu meczów przed laty. Kampanie na ten temat rozpoczął ówczesny redaktor ,,El Grafico” Dante Panzeri, którego same brzmienie głosu wystarczyło(wedle słów Hirschla) by poczuć się źle. Zmarł w 1973 r. i został pochowany na cmentarzu żydowskim w miasteczku La Tablada, wchodzącym w skład metropolii Buenos Aires.

Mimo wszystkich zastrzeżeń trudno nie uznać go za geniusza w argentyńskim futbolu wyprzedzającego swoją epoke o całe lata. Taktyczne innowacje, które wiodły go do największych sukcesów, doceniono dopiero w 1939 r. Owszem, Hirschl był(jak powiadał Guttmann) kawałem skurczybyka, pytanie tylko na czym owo bycie skurczybykiem polegało. Czy na tym że blefował opowiadając o zainicjowaniu zmian taktycznych wcześniej niż to się naprawdę wydarzyło, czy może na ukrywaniu przez 4 lata tego co faktycznie zrobił? Tak czy inaczej, to właśnie on wprowadził argentyńską taktykę w ere nowożytną.

9

@FCBparasiempre
Człowiek, który wprowadził River Plate i generalnie rzecz biorąc argentyński futbol w nowoczesność, czyli postawił przed nim kwestię taktyki, nazywał się Imre Hirschl. Europejski futbol zmieniał się wówczas po wprowadzeniu w 1925 r. przepisu o spalonym i związanego z tym rozwoju w Anglii ustawienia znanego jako W.M. Europa Środkowa nie przejmowała się aż tak bardzo wprowadzeniem do gry trzeciego obrońcy i powierzeniem mu roli stopera ale i tutaj w ciągu drugiej dekady XX stulecia środkowy pomocnik zaczał grać bliżej własnej bramki(choć zachowywał wciąż sporą część odpowiedzialności za kreowanie gry) i w latach 30-tych ustawiana w literę M obrona(mylnie nazywana ,,systemem W”) zaczęła się przyjmować na całym kontynencie. Najbardziej wyrafinowane debaty o taktyce toczono wówczas w kawiarniach Austrii i Węgier, gdzie intelektualiści stosowali do analizy wydarzeń boiskowych te same narzędzia pojęciowe, przy pomocy których rozmawiali o polityce, muzyce czy literaturze. I to właśnie znad Dunaju wyruszyła przez Atlantyk druga fala pionierów, która zrewolucjonizowała futbol południowoamerykański, dając zaszczepionej przez Brytyjczyków miejscowej interpretacji tego sportu zastrzyk nowego taktycznego rygoru. O ile pierwszą falę tworzyli młodzi Brytyjczycy, szukający za oceanem przygody i poprawy ekonomicznego losu, ta druga składała się w większości z Żydów uciekających przed rosnącym w Europie antysemityzmem. Jako się rzekło, człowiekiem, który sprawił że argentyńskie drużyny otwarły się na system W-M był węgierski Żyd nazwiskiem Imre Hirschl, tajemnicza postać, której w 1932 r. powierzono funkcje trenera Gimnasia y Esgrima La Plata, choć wcześniej nie miał wielkiego doświadczenia w pracy z czołowymi drużynami. Powszechnie uważa się że wchodził w skład ekipy Ferencvaros, która zrobiła w Argentynie furorę podczas tournée w1929 r., wiele argentyńskich źródeł zapewnia nawet iż zadebiutował w tym klubie w 1916 r. a zakończył karierę piłkarską wkrótce po podróży za ocean jako 29-latek. Problem w tym że w klubowym muzeum Ferencvarosu nie ma ani jednego dokumentu, który mógłby to potwierdzić. Wygląda na to że Hirschl nie zagrał tu ani jednego meczu. Nie przypominał go sobie także podczas rozmowy w 2014 r. Ferenc Rudas, 92-letni, najstarszy żyjący wówczas piłkarz Ferencvarosu. Hirschl był więc człowiekiem znikąd. Jeśli jak przekonuje historyk Jose Luis Romero, Argentyna była krajem, w którym można było znaleźć sobie nową tożsamość, mało kto zrobił to równie skutecznie jak ów przybysz z Węgier. Wydaje sięprawdą ze Hirschlurodził się 11 czerwca 1900 r. w Apostag ale niemal wszystko inne, co opowiedział Argentyńczykom na swój temat było kłamstwem. Jego córka Gabriela mówi że ojciec rzadko wracał do przeszłości ale że słyszała opowieść o tym jak w ślad za braćmi wyruszył podczas I wojny światowej do Palestyny, gdzie zataił swój wiek ażeby zaciągnąć się do wojska brytyjskiego. Gabriela posiada wielka kolekcję wycinków z argentyńskiej, brazylijskiej i urugwajskiej prasy. Z niektórych tekstów o ojcu wynika że grał w Ferencvarosie, z niektórych że występował w Athletic Club Budapeszt, inne z kolei twierdzą że był zawodnikiem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy York, zdarzają się też wzmianki o jego związkach z paryskim Racing Club. Jedna z urugwajskich gazet z 1949 roju(pracował w tym czasie w Peñarolu) upierała się nawet że był ,,jednym z najlepszych piłkarzy świata”. Na żadne z tych twierdzeń nie ma dowodów. Jeśli Hirschl w ogóle grał w piłke, to w najlepszym wypadku na poziomie półprofesjonalnym. Przede wszystkim był sprzedawcą a przejściowo również udziałowcem w będącej własnością jego krewnych firmie produkującej salami, do której w 1928 r. należały również cztery sklepy w Budapeszcie. Wyemigrował w 1929 i 20 września tegoż roku zameldował się w jednym z hosteli w Santos, portowym mieście w pobliżu São Paulo. Do Brazylii dostał się statkiem z Cherbourga. Wkrótce został asystentem w klubie Palestra Italia(w przyszłości znanego jako Palmeiras), najpierw u boku innego Węgra, Jenö Medgyessyego a później jego następcy, słynnego Urugwajczyka Humberto Cabeliego. Wedle historyka Fernando Gallupo po odejściu Medgyessyego Hirschl w 1929 r. prowadził drużynę w dwóch meczach ligi Paulista, wygrywając z Portuguesą 2:1 i przegrywając 1:4 z Corinthians. Ostatecznie Palestra zajęła wówczas 3 miejsce.

Jednak w pierwszych miesiącach 1930 r. Hirschl był już bezrobotny i kiedy pod koniec czerwca bądź w lipcu spotkał w São Paulo innego węgierskiego Żyda Bele Guttmanna, powiedział mu że szuka pracy. Guttmann był wówczas piłkarzem Hakoah, drużyny, która odbywała tournée po obu Amerykach żeby propagować ideologię muskularnego judaizmu. ,,Powiedział że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, gdyżma silne ręce i mocny uchwyt – opowiadał legendarny trener Benfiki. – postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miałem cholernie dobry masaż”. Hirschl został więc masażystą w Hakoah i podróżował z tą drużyną przez kolejny miesiąc w drodze do Argentyny. Tak to przynajmniej wygląda w opowieści Guttmanna. Wersja Hirshla a raczej wersje, gdyż wydaje się ze zawsze opowiadał tę samą historie na różne sposoby, różniła się fundamentalnie. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletil Club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz. Odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy. Byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do USA, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”- mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna”. Hirschl twierdził iż był lewym łącznikiem i że w Hakoah grywał na wszystkich 5 ofensywnych pozycjach ale gdyby tak było to Guttmann, który od 1928 r. był właśnie zawodnikiem nowojorskiego zespołu Hakoah, z pewnością by o tym wiedział, kiedy spotkali się w São Paulo. Inna sprawa że po latach Hirschl opowiadał że z Guttmannem grali razem jeszcze na Węgrzech. W czerwcu 1938 r. dziennikarz ,,La Tribuna” zapytał go wprost, czy wystąpił kiedykolwiek w jakimś meczu w Argentynie. ,,Tak – odpowiedział. – W Rosario, naszym rywalem był chyba Nacional. Pamiętam dobrze że grałem jako środkowy napastnik a obrońcą był Lecea. Skończyło się 1:1 a gola dla Hakoah zdobył mój kolega Grünfeld”. W Rosario ekipa Hakoah rozegrała 3 mecze i wszystkie zremisowała 1:1, Hirschl miał więc na myśli najprawdopodobniej spotkanie z Newell’s Old Boys, gdzie Lecea występował przed przeprowadzką do Independiente. Barwy New York Hakoah faktycznie reprezentowali Jozsef i Leo Grünfeld. Być może Hirschl rzeczywiście wystąpił w tym meczu, zastępując jednego z podstawowych zawodników. ,,Pod koniec tournée zaczęło nam brakować pieniędzy, więc w Buenos Aires powiedzieliśmy mu dowidzenia. Wyjechaliśmy z miasta a on został i zaczął rozpowiadać ze był w Hakoah asystentem trenera a ponieważ widywano go z nami, historia brzmiała prawdopodobnie i szybko znalazł prace”- opowiadał Guttmann. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć iż Guttmann również często zmyślał ile wlezie a co ważniejsze, był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty. ,,Jego prawdziwym celem – kontynuował swoja opowieść o Hirschlu – było jak najszybciej wylecieć z roboty, dostać solidną odprawę i z tych pieniędzy opłacić żonie i dziecku podróż z Budapesztu a jak w tym fachu najłatwiej stracić prace? Żonglując składem najbardziej jak się da. Tyle że kibice uznali że jest wybitnym ekspertem, co spowodowało iż zmienił zdanie i skupił się na futbolu jako prawdziwy trener”. Mimo porażki w pierwszych trzech meczach sezonu 1932 i wygrania jedynie trzech z pierwszych 16 meczów, Gimnasia skończyła rozgrywki na solidnym 7 miejscu. Nic dziwnego że kolejny sezon zaczęła z impetem, wygrywając pierwsze pięć meczów i zajmując pozycję lidera tabeli na półmetku, także dzięki świetnej formie napastnika Arturo Naona. Na początku Hirschl wydawał się skryty i zamknięty w sobie a prasa nie poświęcała mu wiele uwagi, skupiając się przede wszystkim na meczach ,,grandes”. ,,To co się dzieje w Gimnasii jest zdumiewające – zauważal autor jego portretu w ,,El Grafico” w maju 1933 r. – Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie – jego wpływ jest oczywisty”. Węgier jednak komentował skromnie: ,,Po pierwsze nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy jak w Argentynie nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne co mi pozostaje, to go wykorzystać”.

Z artykułu wynika że przed rozpoczęciem pracy Hirschl obejrzał 3 mecze Gimnasii a potem powiedział zarządowi że zespół wydaje się niezły i że nie potrzebuje żadnych pieniędzy na transfery. Obiecał iż jeśli go zatrudnią, w 1933 roku będzie walczył o mistrzostwo kraju. Dostał prace ale wkrótce doszło do napięć, gdyż część zawodników pierwszego zespołu zastąpił piłkarzami, którzy wcześniej uchodzili za rezerwowych. ,,Zarząd protestował – czytamy w ,,El Grafico” – bo uważał tych graczy za beznadziejnych ale w kontrakcie Hirschla zapisano że ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji, więc postawił na swoim a dziś jest oczywiste iż jego obietnica umieszczenia Gimnasii w gronie drużyn ubiegających się o tytuł została spełniona”. Ci ,,beznadziejni” piłkarze to Arturo Naon, wciąż najlepszy strzelec w historii Gimnasii, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atilio Herrera, którzy wkrótce stworzą trzon zespołu znanego jako ,,El Expreso”. Największą gwiazdą spośród podopiecznych Hirschla stał się jednak Jose Maria Minella, z początku środkowy napastnik, który zwrócił na siebie uwagę już jako 16-latek, grając w lokalnej drużynie z rodzinnego Mar del Plata podczas zwycięskiego meczu z załogą krążownika HMS Repulse, zorganizowanego w 1925 r. z okazji wizyty w Argentynie księcia Walii, późniejszego króla Edwarda VIII. Minella dołączył do Gimnasii w 1928 r. i strzelił 11goli w 37 meczach ale podczas długiego posezonowego tournée w latach 1930-31 musiał założyć koszulke z numerem 5 z powodu kontuzji Pedro Chalu i nigdy już nie wrócił do ofensywy, redefiniując za to pozycję środkowego pomocnika. ,,Historia będzie się dzielić na czasy przed Minellą i po Minelli”- twierdził Juvenal, najbardziej znany ekspert od taktyki piłkarskiej wśród argentyńskich dziennikarzy. Z Montañezem po prawej i Angelem Miguensem po lewej stronie Minella był sercem formacji opisywanej jako ,,Las tres Ms.” ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem ze wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo”- opowiadał Hirschl. Mając w pamięci słowa Guttmanna, trudno nie zachować ostrożności podczas lektury tych wynurzeń. Granica między głębią słów geniusza a komunałami naciągacza zawsze jest cienka. W pewnym momencie można nawet odnieść wrażenie że Hirschl sam wyjaśnia jak taki naciągacz działa: ,,Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”. Ale może nasze podejrzenia są niesprawiedliwe, może to prosta mądrość handlarza wędlinami pozwoliła Hirschlowi zrozumieć że najlepsze efekty osiągnie, pozwalając zawodnikom wierzyć w marzenia. Z pewnością był wyjątkowo charyzmatyczny. Na każdej fotografii z drużyną widać jak dominuje nad piłkarzami nie tylko ze względu na wzrost ale także dlatego że zawodnicy dosłownie spijają z jego ust każde słowo. Gabriela wspomina że w bankach, sklepach czy na dworcach kolejowych przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie publiczność samym sposobem mówienia. W końcu jednak trzeba odrzucić wątpliwości. Jakiekolwiek były powody, dla których Hirschl podjął prace w Gimnasii(a tylko świadectwo Guttmanna sugeruje że nie były do końca szlachetne), szybko okazał się bardzo inspirującym trenerem. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego – mówił.- Piłkarze musieli być w dobrej formie. Żeby osiągnąć ten cel musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od 11 ludzi aby robili dokładnie to samo. Dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele”. Wprowadził więc do treningów ,,elementy szwedzkiej i amerykańskiej gimnastyki” a także mieszankę sprintów i biegów długodystansowych a nawet koszykówki. Kiedy uznał że Delovo i Naon nie muszą trenować, ich przygotowanie do meczów ograniczył do ciepłych kąpieli i masaży. ,,Intensywność zajęć zależy od ich terminu – tłumaczył. – Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”. Przyznajmy iż brzmi to zaskakująco nowocześnie. Opisując zwycięstwa ,,El Expreso” nad Independiente i San Lorenzo, ,,El Grafico” zauważył iż doszło do nich między innymi dzięki lepszej wytrzymałości drużyny Hirschla. Inna sprawa że jakkolwiek Węgier miał słuszność podkreślając specyfikę i wirtuozerie gry ,,criollo”, to jego rodak Guttmann osiągnął później lepsze wyniki z São Paulo, gdzie wprowadził bardziej bezpośredni styl gry z większą koncentracją na podaniach niż indywidualnych umiejętnościach.

7

Węgierski sklepikarz, który zrewolucjonizował argentyński futbol:

@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11

0

@Lionel_Messi10 Jak dla mnie to zdecydowanie za cieniutcy ci sparingpartnerzy. Meksyk, Kolumbie czy nawet Urugwaj, to są porządne ekipy do przetarcia...

10

Nieco zapomniane legendy futbolu:

22 lutego 1969 r. urodził się duński napastnik Brian Laudrup. W marcu 2004 roku znalazł się na liście 125 najlepszych piłkarzy stulecia FIFA ogłoszonej przez Pelégo. Brian Laudrup urodził się w rodzinie o piłkarskich tradycjach. Jego ojciec i brat również byli piłkarzami. Karierę piłkarską rozpoczął w Brøndby IF wkrótce przenosząc się do niemieckiego Uerdingen. Już po jednym sezonie w tym klubie kupił go Bayern Monachium. Jego udane występy w zespole "Bawarczyków" poskutkowały transferem do zespołu Serie A-Fiorentiny. We Włoszech reprezentował również barwy Milanu, jednak w żadnym z tych klubów mu się nie wiodło. W lipcu 1994 opuścił Włochy i został zawodnikiem Glasgow Rangers, któremu pomógł w skompletowaniu dziewięciu z rzędu mistrzostw Szkocji (podczas pobytu Laudrupa w drużynie The Gers wygrywali ligę trzykrotnie). W 1998 Brian przeniósł się do Chelsea F.C., lecz nie rozegrał w barwach The Blues zbyt wielu spotkań i po kilku miesiącach odszedł do FC Kopenhaga. Rodzinne problemy spowodowały, że w 1999 odszedł do Ajaksu Amsterdam, w którym po jednym spędzonym sezonie zakończył profesjonalną karierę z powodu kontuzji. Dziś grywa wspólnie z równie popularnym bratem Michaelem w oldbojach Lyngby BK. Laudrup był kluczowym graczem reprezentacji Danii, w której rozegrał 82 spotkania i strzelił 21 bramek. Pomógł jej w zdobyciu Mistrzostwa Europy w 1992, grał także na Euro 1996 i w Mistrzostwach Świata 1998.



@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

10

Epokowe starcia Dumy Katalonii, które przeszły do historii:


22 lutego 2006 r. Barça pokonała na Stamford Bridge Chelsea 2:1 w ramach 1/8 Ligi Mistrzów. Przed pierwszym starciem w Londynie stadion ,,The blues” ironicznie był nazywany ,,Stamford Beach”, gdyż murawa była niezwykle zaniedbana i spore połacie trawy posypano piaskiem. Wydawało się to celowym zabiegiem pana Mourinho , mającym na celu osłabienie atutów Blaugrany w grze piłką po ziemi. W 36 minucie meczu nastoletni wówczas Messi przeprowadził rajd prawym skrzydłem, ograł Robbena i został brutalnie sfaulowany przez Asiera del Horno. Sędzia Hauge nie zawahał się i wyrzucił za ten faul Baska z boiska. Pomimo osłabienia, to gospodarze wyszli na prowadzenie, gdy w 59 minucie do własnej siatki po rzucie wolnym trafił Thiago Motta. Za to w 71 minucie Barça wyrównała, również za sprawą bramki samobójczej, której sprawcą był John Terry. W 79 minucie zwycięskiego gola strzelił niezawodny Samuel Eto’o. Był to jednocześnie gol numer 300 w Pucharze Europy/Ligi Mistrzów. Rewanż na Camp Nou nie był aż tak udany, jednak remis 1:1 wystarczył do awansu do ćwierćfinału. Mieliśmy wówczas ekstra ,,paczke”, Marquez z Puyolem czyścili niemal wszystko a Ronaldinho z Eto’o i częściowo już z Messim, dokonywali dzieła zniszczenia!


Przypomnijmy sobie te historyczne chwile:




Zlikwidowali tego jutuba więc wklejam drugiego:


@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sysia11

1

Z tak słabiutkim Napoli wypuszczamy z rąk niemal pewną wygraną. Wielka szkoda tego straconego gola. Teraz na Estadio Luis Companys w rewanżu może się wszystko zdarzyć, zwłaszcza że mecz dopiera za 3 tygodnie. No ale dopóki piłka w grze...
Mimo wszystko dobrej nocki życze.

0

@vangoor Dokładnie! On powinien grać u ,,nas" a nie u ,,białych"!

5

Panie i panowie dzisiaj 36 lat kończy Angel Di Maria, znakomity argentyński skrzydłowy, mistrz świata i mistrz Ameryki Południowej. Takiego skrzydłowego dawno Argentyna nie miała(bodaj od czasu Daniela Bertoniego) i może długo nie mieć…

0

@Kwasiak98 Zgadza się, w 2017 r. również w 1/8

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?