FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
Blaugrana w Lidze Mistrzów:
14 lutego 2012 r. FC Barcelona pewnie pokonała na wyjeździe Bayer Leverkusen 1:3 w 1/8 Champions League. Gole dla gości zdobyli: Alexis Sanchez(41 i 55 minuta) oraz Messi w 88 minucie. Honorowe trafienie dla gospodarzy zanotował Kadlec w 52 minucie.
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
1
@MixtapeJa również...
9
Grande Espectacolo El Clasico:
14 lutego 1999 r. FC Barcelona pokonała w klasyku Real Madryt 3:0 w ramach 22 kolejki Primera Division. Gole dla Blaugrany zdobyli: dwie Lusi Enrique oraz jedną(w drugiej połowie) Rivaldo. Czerwoną kartke w tym meczu zarobił nie kto inny jak Roberto Carlos. Był to drugi sezon pod wodzą Luisa van Gaala i drugi z kolei wywalczony tytuł mistrza Hiszpanii. Przy okazji chciałbym przypomnieć iż w owym sezonie w barwach FC Barcelony zadebiutował Patrick Kluivert a w meczu Ligi Mistrzów zadebiutował z kolei Xavi Hernandez.
Popatrzmy:
Jakieś lobuzy łajdaki usuneli tego jutuba!
@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
8
Wyczyn godny podziwu:
14 lutego 1960 r. FC Barcelona odnotowała jedno z największych zwycięstw w swojej historii, pokonując w 22 kolejce Primera Division UD Las Palmas aż 8:0! W dodatku aż 5 goli(!) w tym meczu ,,huknął” znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Pozostałe trafienia zaliczyli Sucu, Verges i Olivella. Jeśli się nie myle, to więcej niż 5 goli w jednym meczu La Liga dla Barçy strzelił tylko genialny Ladislao Kubala.
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
8
Feliz cumpleaños panie Hans:
14 lutego 1953 r. urodził się Hans Krankl, austriacki napastnik. Do Barcelony przybył w 1978 r. i już w pierwszym sezonie gry zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego snajpera La Liga(29 goli). Z FC Barceloną sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów. Na krótko przed finałem tego pucharu, miał wypadek samochodowy, w którym poważnie ucierpiał. Mimo kłopotów ze zdrowiem zdecydował się zagrać w finale i nawet strzelił decydującego gola w dogrywce. W kolejnym sezonie Krankl zaczął grać gorzej i popadł w konflikt z trenerem. ,,Moim jedynym problemem jest trener Joaquim Rife, który wymaga ode mnie rzeczy nadprzyrodzonych”- żalił się później Hans. W styczniu 1980 r. opuścił więc Blaugrane i wyjechał do Austrii. Po kilku miesiącach gry w ojczyźnie stwierdził iż może wrócić do Barcelony jeżeli zmieni się trener i znacząco wzmocni się drużyna. Krankl wrócił więc na krótko do Barcelony lecz tylko na początek sezonu 1980/81 po czym na dobre pożegnał się z Dumą Katalonii.
@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
6
@FCBparasiempre
,,Byłem królem… A wy pierwsi, bezduszni idioci, przyznacie, że byłem królem…” – to pierwsze słowa głównego bohatera filmu ,,Heleno”, poświęconemu najbardziej zapomnianej legendzie brazylijskiego futbolu. Powyższe słowa idealnie odzwierciedlają jego osobowość. Nie wiadomo, co u Heleno De Freitasa było większe – samouwielbienie czy talent do piłki nożnej. Między innymi te dwie cechy sprawiają, że jest on jedną z najbardziej fascynujących postaci w historii piłki nożnej. Każda epoka czy też dziesięciolecie brazylijskiego futbolu ma swój symbol. Najpierw był Arthur Friedenreich smarowany pudrem ryżowym, aby żadnego białego człowieka w Brazylii nie kuła w oczy świadomość gry z czarnym. Lata przedwojenne to – według legendy – bosonogi Leonidas, któremu na mundialu we Francji w 1938 roku kroku dotrzymywał jeden z najbardziej kontrowersyjnych zawodników w historii polskiej piłki nożnej, czyli Ernest Otto Prandella, bardziej znany jako Ernest Wilimowski. Na innym mundialu, w Szwecji, dwadzieścia lat później narodziła się legenda Pelégo. Niespełna osiemnastoletni gracz Santosu wraz z kolegami zdobył pierwsze dla Brazylii mistrzostwo świata, spełniając obietnicę z dzieciństwa, kiedy to słuchający w radio – jak napisał urugwajski poeta Eduardo Galeano – ,,najbardziej donośnej ciszy w historii futbolu” – dziesięcioletni Edson Arantes do Nascimento, wtedy zwany jeszcze Dico poprzysiągł zemstę i zdobycie upragnionego przez Brazylijczyków Pucharu Julesa Rimeta. Później Brazylia miała swoich kolejnych idoli: destrukcyjnego w swym radosnym i beztroskim sposobie bycia Garrinchę, niespełnionego Zico, niepokornego Romario, walczącego z nadwagą nie tak skutecznie jak z rywalami Ronaldo, nonszalanckiego w swojej radości z grania Ronaldinho, aż po dzisiejszą gwiazdkę, czyli Neymara. Niestety, w dyskusji o największych wirtuozach brazylijskiego piłkarstwa zapomina się o jednej postaci. Być może dlatego, że najlepszy moment jego kariery przypadł na czasy niepokoju o byt, a nie niepokoju o mecz, czyli okres II wojny światowej. Być może o bohaterze mojego tekstu zapomniano, ponieważ w odróżnieniu od Pelégo czy Ronaldo niczego wielkiego nie wygrał. Niespełnienie. To właśnie wraz z nieprzeciętnym talentem wykreowało jego legendę. W 1937 roku prezes Botafogo Carlito Rocha, będąc na Copacabanie, zwrócił uwagę na pewnego młodzieńca, który całkiem sprawnie żonglował…pomarańczami. Rocha błyskawicznie sprowadził młodziana do swojego klubu. W 1939 roku De Freitas zadebiutował w dorosłej drużynie Botafogo. W ciągu dziewięciu lat gry dla ,,Fogão”, Heleno w 235 meczach strzelił 209 goli. Niemal każdego fetował tańcząc sambę. Jego gra również miała w sobie coś z tańca, coś ze sztuki. Eduardo Galeano tak wspomina jedną z jego wielu bramek: ,,Heleno odwrócony plecami do bramki rywala, przyjął piłkę na pierś. Obrócił się, nie pozwalając futbolówce upaść, cały czas balansując nią na klatce piersiowej, wyginając się niczym gimnastyk. Między nim a bramką znajdowali się wszyscy obrońcy Flamengo – wydawać by się mogło, że jest ich nieskończenie wielu. Heleno przechylił się zatem do tyłu i nienaturalnie wygięty, z piłką na sobie wbiegł między zaskoczonych obrońców, nie wiedzących czy faulować czy odpuścić. Uczynili to drugie, a De Freitas spokojnie umieścił piłkę w siatce i wydał z siebie okrzyk radości, niczym lew, król zwierząt. Jednym z atutów urodzonego w 1920 roku Heleno bez wątpienia była pewność siebie. To dzięki niej mógł brylować na salonach Rio de Janeiro. Nazywano go ,,królem Rio”. Był przedstawicielem piłkarskiej inteligencji. Słuchał jazzu, czytywał Szekspira i Dostojewskiego. Jego ojciec był właścicielem ogromnej plantacji kawy, dzięki czemu dzieciństwo Heleno nie wpisywało się w kanon biednego, skromnego, pełnego wyrzeczeń okresu, charakterystycznego dla wielu gwiazd brazylijskiej piłki nożnej. Wyższe wykształcenie (studia prawnicze), elokwencja i świadomość swojej siły sprawiała, że przyciągał wiele kobiet. Grając przez krótki czas w kolumbijskim Atlético Junior, poznał laureata Literackiej Nagrody Nobla z 1982 roku, autora ,,Stu lat samotności” Gabriela Garcíę Márqueza , który pisał o nim: ,,Jako piłkarz Heleno pluł ogniem i lodem jednocześnie-był kimś więcej niż napastnikiem. Cały czas dawał innym powody, by mówili o nim źle.
Jeszcze jeden cytat od Galeano: ,,Miał twarz Rudolfa Valentino i temperament wściekłego psa. Na boisku był zwierzęciem. Pewnej nocy w kasynie, przegrał wszystkie pieniądze jakie miał. Następnej nocy, Bóg jeden wie gdzie to było – przegrał swoją chęć do życia.” De Freitas nie znosił sprzeciwu i bylejakości. Przed rozpoczęciem jednego z kolejnych sezonów w Botafogo, Heleno postanowił wpłynąć na poczynania swoich kolegów przemową motywacyjną. ,,Król Rio” wjechał na murawę boiska treningowego na motocyklu, po czym zarzucił piłkarzom ,,Fogão” brak zaangażowania, ambicji i przeciętność. Jedną z obsesji Heleno było zdobycie mistrzostwa stanu Rio de Janeiro z Botafogo. Niestety, nigdy mu się ta sztuka nie udała. Po kolejnej porażce w 1947 roku, De Freitas zdemolował szatnię, a jego ręce ociekały krwią. Koledzy z zespołu, trener Flávio Costa oraz prezes Carlito Rocha coraz częściej mieli dość fochów i wybuchów Heleno, który właśnie z tego powodu doczekał się pseudonimu ,,Gilda”, na cześć równie kapryśnej postaci granej przez Ritę Hayworth w filmie o tym samym tytule. Pewnego dnia Costa wytknął bohaterowi tekstu bumelanctwo. Po treningu Heleno podszedł do trenera i…wymierzył do niego z pistoletu. Na całe szczęście, w magazynku nie było żadnego naboju. Prezes w 1948 roku zdecydowali, że Heleno musi opuścić Botafogo. Sprzedano go do Boca Juniors Buenos Aires. De Freitas źle znosił nieobecność żony Ilmy i dziecka. Dodatkowo dokuczał mu chłód stolicy. Heleno zdarzało się trenować… w płaszczu. Podczas pobytu w Argentynie podobno miał mieć romans z Evą – żoną dyktatora Juana Perona. W 1949 de Freitas chciał wrócić do Botafogo, jednak prezes Rocha nie był zainteresowany powrotem czupurnego gwiazdora i Heleno związał się z Vasco da Gama. W końcu zdobył upragnione mistrzostwo stanowe, jednak wtedy niewiele już zostało z blasku ,,króla Rio”. Uzależnienia od alkoholu, papierosów i eteru oraz niechęć przed podjęciem leczenia przeciwko kile wyniszczały jego organizm. Podobny los spotka później kolejnego bożyszcza Botafogo: kochającego życie, czerpiącego z niego pełnymi garściami. Nazywano go Garrincha…
Heleno De Freitas tak jak, chociażby George Best nigdy nie dostąpił zaszczytu gry na mistrzostwach świata. II wojna światowa niewątpliwie zabrała mu dwie okazje ku temu, aby wystąpić w najbardziej prestiżowych rozgrywkach. Nie było mu również dane wygranie Copa America. W 1945 roku został nawet królem strzelców imprezy wraz z Argentyńczykiem Norberto Méndezem. Niestety, w finale lepsi okazali się ,,Albicelestes”. Rok później Brazylia ponownie musiała zadowolić się srebrem. Innym niezrealizowanym marzeniem Heleno był występ na mundialu rozgrywanym w jego ojczyźnie. Niestety w 1950 roku był on już cieniem samego siebie. Na dodatek selekcjonerem reprezentacji Brazylii był znienawidzony przez gwiazdora Flávio Costa. Wielu kibiców uważa jednak, że z Heleno na boisku zamiast króla strzelców turnieju Ademira, nie doszłoby do tragedii, którą Brazylijczycy nazywają ,,Maracanãzo”. Rok po klęsce brazylijskiej reprezentacji na Maracanie, Heleno dostąpił zaszczytu wystąpienia na tym legendarnym obiekcie, już w barwach klubu América. Na murawie wyglądał na zagubionego i rozkojarzonego. W 35 minucie sędzia wyrzucił go z boiska po brutalnym faulu na jednym z przeciwników. W ten sposób pożegnał się z futbolem. Choroba psychiczna i poczucie niespełnienia nękały jego umysł i duszę. Z chorobą nie radził sobie tak dobrze jak z rywalami na boisku czy też kobietami na bankietach. Na prośbę rodziny w 1953 roku został umieszczony w ośrodku leczniczym w Barbacenie. Tam również pokazywał, jak bardzo trudny miał charakter. Kiedy dowiedział się z radia, że Brazylia, bez niego, w końcu zdobyła upragniony Puchar Świata, podjął nieudaną próbę samobójczą, odpalając kilkanaście papierosów naraz. Innym razem chciał się zabić, połykając wycinki z gazet, będące ozdobą jego pokoju i dowodem na to, że człowiek, którym dziś zawładnął obłęd, kiedyś władał milionami serc w całej Brazylii. Bóg chyba bacznie obserwował jego poczynania, bowiem zabrał go do siebie zaledwie rok po historycznym triumfie ,,Canarinhos”. Miał 39 lat. Szkoda, że nie spełnił innych jego próśb, bo tak wielki piłkarz jak Heleno De Freitas bez wątpienia na to zasłużył.
4
Zapomniany król:
@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
1
@Comentateiro O to fajniutko :) Troche ci zazdroszcze bo Kolejorza zawsze lubiłem i będę lubiał....
10
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
12 lutego 1958 r. w Trzebiechowie urodził się Krzysztof Pawlak. W latach 1983-1987 był podstawowym obrońcą polskiej reprezentacji. Był też filarem obrony Lecha Poznań w latach 1980-1988 – zdobył z nim 2 mistrzostwa Polski i 3 puchary kraju. Sport był w jego życiu tak ważny, że o tydzień przełożył ślub, żeby tylko zagrać w Łodzi przeciwko Widzewowi. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Kaliszu, w drużynie Calisii. W wieku 17 lat przeniósł się do poznańskiej Warty, a edukację kontynuował w V LO w Poznaniu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Hannę Kijewską, siostrę legendy poznańskiego basketu, Eugeniusza Kijewskiego. Po pięciu latach gry dla Zielonych, na początku 1980 roku przeniósł się do Kolejorza. W niebiesko-białych barwach zadebiutował 9 marca tego roku w wygranym 2:0 meczu z bydgoskim Zawiszą. W tym spotkaniu swój debiut zaliczył również trener Wojciech Łazarek, który od początku stawiał na „Gogusia” (tak Pawlaka nazywali koledzy z drużyny). Pawlak grał na prawej obronie, choć zdarzało mu się występować na stoperze lub w pomocy. W barwach Lecha rozegrał 281 spotkań, w tym m.in. 232 w I lidze i 10 w europejskich pucharach, zdobył w nich 19 goli. Z Lechem dwukrotnie został mistrzem Polski i trzy razy sięgnął po Puchar Polski. Odszedł w 1988 roku do belgijskiego Lokeren, by po półrocznym pobycie w tym klubie przenieść się do szwedzkiego Trelleborga. Do kraju wrócił w 1993 roku do Warty, z którą awansował i jeszcze przez rok występował w I lidze. Rozegrał 31 spotkań w reprezentacji narodowej (zdobył nawet bramkę przeciwko Indiom). Debiutował w meczu z Rumunią w Krakowie w 1983 r. Wystąpił na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986 roku (zagrał przeciwko Portugalii i Anglii) i był pierwszym lechitą, który rozegrał mecz na MŚ. Po raz ostatni wystąpił w reprezentacji w meczu eliminacji Mistrzostw Europy z Węgrami w Budapeszcie (1987 r., przegrana 3:5). W 1986 roku ukończył poznański AWF i uzyskał uprawnienia trenerskie. Pierwszą samodzielną pracę trenerską podjął w Sokole Pniewy, później pracował z Wartą Poznań i GKS-em Bełchatów, z którym w 1996 roku dotarł do finału Pucharu Polski. W tym samym czasie selekcjonerem reprezentacji został Antoni Piechniczek, który swoim asystentem mianował właśnie Pawlaka. Gdy eliminacje do MŚ we Francji były już przegrane, Pawlak zastąpił w ostatnim meczu zdymisjonowanego Piechniczka. W czerwcu 1997 wygrał 4:1 z Gruzją i jest jedynym selekcjonerem kadry, który może się pochwalić stuprocentową skutecznością zwycięstw. Od lipca 1997 roku do marca 1998 prowadził Kolejorza, ale wyniki zespołu nie były zadowalające. Potem prowadził m.in. KP Konin, Polonię Środa Wielkopolska i Kanię Gostyń.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
1
@mekston To bardzo miłe z twojej strony że mnie oznaczasz w swoich komentarzach i bardzo ci za to dziękuje, jednak z drugiej strony nie będę akceptował tej ,,chińszczyzny", w tym wypadku języka angielskiego, gdyż zwyczajnie go nie znam i nie toleruje na tej stronie. Bardzo mi przykro i w związku z tym nie będę się odnosił do komentarzy w obcych językach(wyjątkiem jest przetłumaczenie na polski język) ani też dawał zielonych herbów siłą rzeczy.
Wprawdzie tutaj przetłumaczyłes tekst ale mimo wszystko nadal jest jakieś obce słowo goat
10
Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:
12 lutego 1909 r. urodził się Bernabe Ferreyra. W czasach, gdy za piłkarzy nie płacono jeszcze wielkich pieniędzy argentyńskie River Plate sięgnęło głęboko do kieszeni, żeby pozyskać Bernabé Ferreyra. Transfer za 23 000 funtów okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ gwiazda Tigre (45 goli w 43 meczach) przez siedem lat była główną strzelbą Los Millonarios (187 goli w 185 meczach!). Co zaskakujące, zawodnik o przydomku „El Mortero Rufino” lub „La Fiera” zagrał tylko cztery razy w reprezentacji kraju i ani razu nie zdołał pokonać bramkarza rywali „Albicelestes”. Czy Ferreyra był więc aż tak dobry? Słynny argentyński napastnik, Jose Manuel Moreno, twierdzi, że tak: ,,Bernabé był wyjątkowym zawodnikiem: przy nim przeciwnicy musieli pracować dwa razy ciężej niż przy innych zawodnikach. Dla nas, partnerów z drużyny, sprawiał, że wszystko stawało się łatwiejsze. Jednak jako człowiek zawsze znaczył więcej. Bernabé zasłużył na ogromne pieniądze, jakie otrzymał, ale nie potrafił ich przy sobie zatrzymać. Dawał je innym ludziom, nie prosząc o nic w zamian. Kiedy on uścisnął twoją dłoń, mogłeś być pewny, że znalazłeś przyjaciela na całe życie.”
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon
8
Epokowe wydarzenie w dziejach Blaugrany:
12 lutego 1929 r. ,,nasz'' ukochany klub zagrał pierwszy w historii mecz w Primera Division. Inauguracyjny sezon La Ligi rozpoczął się 10 lutego 1929 r. Dwa dni później Duma Katalonii rozegrała pierwszy historyczny mecz na Campos de Sport del Sardinero w Santander, pokonując tamtejszy Racing 0:2. Mecz toczył się w fatalnych warunkach atmosferycznych, więc trybuny były niemal puste. Blaugrana zagrała w eksperymentalnym zestawieniu uwzględniającym zawodników z rezerw. Legendarny Josep Samitier, nominalny ofensywny pomocnik wystąpił z tego powodu na środku obrony. Pierwsze historyczne 2 gole dla Barcy strzelił Katalończyk Manuel Parera Penella. Pięć dni później Blaugrana rozegrała pierwszy ligowy mecz u siebie, przegrywając z Realem Madryt 1:2. W ten sam dzień również na Les Corts odbyło się drugie spotkanie ligowe pomiędzy barcelońską Europą a Arenas de Getxo(5:2). Na oba mecze obowiązywał jeden bilet za 3 pesety.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Compadre
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
1
@Mixtape Słuchaj, ja swego czasu nawet za Guardioli, kiedy przegrywali z kimś tam mistrzostwo to już się wkurzałem a najbardziej za Valverde i Setiena. Teraz już się nie wkurzam, gdyż przywykłem do takiej gry w ostatnich miesiącach i nie robi to na mnie jakiegoś większego zdenerwowania. Co najwyżej jest mi smutno i żal mi jest ,,mojego" klubu i niektórych piłkarzy. W ,,naszej" Barcuni to właściwie nic nie funkcjonuje idealnie czy też porządnie. Pomijając już kwestię bardzo przeciętnego i niedoświadczonego na arenie międzynarodowej Xaviego, to bez przerwy są kontuzjowani piłkarze, brak zrozumienia i koncentracji pomiędzy nimi, nie przemyślane, w efekcie nie trafione transfery. Sztab medyczny oraz psychologiczny leży i kwiczy! Ktoś musi za to odpowiadać! Kto zatrudniał tych wszystkich ludzi odpowiedzialnych za prawidłowe funkcjonowanie klubu? Kto zatrudniał 34-letniego piłkarza(czytaj Lewandowski) na 4 lata do klubu o całkowicie innym profilu niż Bayern Monachium, gdzie czuł się jak ryba w wodzie? Ostatecznie za to wszystko odpowiada Joan Laporta. Owszem, ja też chciałem żeby ponownie został prezydentem jak za czasów Rijkaarda i Guardioli, gdyż to wówczas funkcjonowało wyśmienicie. Teraz jednak kompletnie nie funkcjonuje i mam wrażenie że pan Laporta tylko dobrze się bawi swoim stanowiskiem, które mu nie przeszkadza. Pamiętaj że ryba zawsze psuje się od głowy. Pies jest pogrzebany w prezydencie i jego doświadczonej i profesjonalnej świcie. Począwszy od Bartomeu a skończywszy na ,,dzisiejszym" Laporcie instytucja klubu jest rujnowana na każdej płaszczyźnie a przynajmniej nie prosperuje należycie. W takich okolicznościach nawet najlepszy trener na świecie nie zdobędzie Ligi Mistrzów, co najwyżej mistrzostwo Hiszpanii. Uwierz mi, dopóki nie zmieni się zarząd na czele z prezydentem nie będzie sukcesów w Lidze Mistrzów, co najwyżej sporadycznie na krajowym podwórku...
0
@Mixtape Jak widzisz sama wiara nie wystarczy aby wygrywać mecze i odnosić sukcesy jak dawniej. Tutaj w ,,naszym" klubie potrzeba czegoś zdecydowanie innego! czego? o tym napisze ci jutro bo musze raniutko wstać do roboty. dobranoc.
0
@Mixtape Obyś miał racje, gdyż z tym ,,pewne zwycięstwo" to mam duże wątpliwości po ostatnich konfrontacjach z Granadą i ostatnio z ,,naszą" grą...
7
@FCBparasiempre
Juventus i Napoli to dwa kluby, które pokazują różnice między bogatą północą a biednym południem Włoch. Są to kluby pełne przeciwieństw i nikomu o zdrowych zmysłach nie przychodzi do głowy, by w jakimś stopniu łączyć je ze sobą. Zdarzają się jednak wyjątki od tej reguły, czego świetnym przykładem jest Ciro Ferrara, legenda zarówno SSC Napoli, jak i Juventusu. Syn ortopedy i gospodyni domowej urodził się 11 lutego 1967 roku w dzielnicy Neapolu, Posillipo, która słynie z wielu restauracji serwujących choćby owoce morza. Młodego Ciro jednak nie interesował wówczas splendor tych lokali, lecz to, gdzie i jak można uprawiać sport. Przyszła legenda włoskiego futbolu zaczynała nie od piłki kopanej. Ferrara, zanim odkrył piłkę nożną, uprawiał regularnie koszykówkę i pływanie, jednak gdy dowiedział się o testach w zespole Vomero, postanowił spróbować swoich sił w nowej dla siebie dyscyplinie sportu. Rodzice nie podzielali entuzjazmu Ciro. Wyznawali zasadę „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Powiedzieli swojemu synowi, że musi zdobyć wykształcenie, by móc później realizować się w swojej piłkarskiej pasji. Syn państwa Ferrara ukończył więc studia, zdobywając wykształcenie księgowego. Później zapisał się do ISEF, czyli polskiego odpowiednika Akademii Wychowania Fizycznego. Kariera sportowa Ferrary została jednak zahamowana przez syndrom Osgooda-Schlattera. Choroba ta objawia się bólem w okolicy guzowatości kości piszczelowej, który nasila się przy aktywności sportowej. U Ciro Ferrary skutkiem tej przypadłości było przymusowe wylądowanie na wózku inwalidzkim. Na szczęście udało się mu wyleczyć i zacząć znakomitą karierę piłkarską. Z racji pochodzenia, naturalnym ruchem na start poważnej, piłkarskiej kariery Ciro Ferrara trafił do Napoli, które w latach 80. XX wieku miało swój najlepszy czas w historii. Maradona, Careca, czy Giordano działali na wyobraźnię młodych piłkarzy z Neapolu jak najlepszy magnes. Ciro przybył do klubu spod Wezuwiusza w 1984 roku i przez kolejne 10 lat tworzył swoją historię w Napoli, zdobywając rzecz jasna pamiętne mistrzostwo kraju w 1987 roku, pokonując choćby swój przyszły klub, Juventus. Zanim jednak trafił do Turynu (w momencie transferu na Stadio Delle Alpi), Ferrara rozegrał 247 spotkań, w których zdobył 12 goli. Już wtedy wyróżniał się sporą charyzmą i umiejętnością dostosowania się do zmian taktycznych. Był również twardy i zdecydowany w swoich zagraniach defensywnych. Nieprzypadkowo Zbigniew Boniek, czy Ryan Giggs określili go jako jednego z obrońców, przeciwko któremu grało się im najtrudniej w karierze. To właśnie na czasy gry Ferrary w Neapolu przypada największy międzynarodowy sukces tego zespołu. Wszyscy kibice obecnego klubu Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego mają w pamięci sezon 1988/1989, kiedy to drużyna wywalczyła trofeum za zwycięstwo w Pucharze UEFA. W drodze do finału Azurri pokonali m.in. Juventus, czyli przyszły klub bohatera tego tekstu. Ciro niejako przyczynił się do finałowego zwycięstwa, ponieważ jego gol na 2:1 w drugim meczu finału (pierwszy Napoli wygrało na własnym stadionie, 2:1) praktycznie zamknął rywalizację. Ostateczny wynik 3:3 sprawił, że to właśnie drużyna z Włoch sięgnęła po Puchar UEFA.
Rok 1994 był przełomowy dla Ferrary, ponieważ wtedy trafił on do Juventusu. Nie pierwszy raz, zarówno w przeszłości, jak i obecnie ma to miejsce, klub z Turynu podkupił wyróżniającego się piłkarza rywala. Wtedy Juventus stawał się hegemonem na arenie międzynarodowej, co potwierdzały kolejne awanse klubu do finałów Ligi Mistrzów. Ekipa złożona z takich postaci, jak Del Piero, Montero, czy Peruzzi była wprost stworzona do robienia rzeczy wielkich. Ważnym elementem dla tej ekipy, jak i samego Ciro w Juventusie była osoba jej trenera, Marcello Lippiego. Lippi, który znał Ferrarę z czasów Napoli, pomyślał, że będzie to idealny kandydat na prawego obrońcę w jego drużynie. Wiele o tym, jaki stosunek łączył Ferrarę i Lippiego mówi to, że ikona włoskiego calcio, jaką jest Lippi, szybko mianowała kapitanem właśnie prawego obrońcę Juventusu. Szybko też i klub zyskał na tym, ponieważ mając dwie takie postaci w dowództwie, łatwiej było osiągać wielkie sukcesy. Rzeczywistość w europejskich pucharach okazała się jednak brutalna dla Juve i Ferrary, ponieważ lata 90. były czasem dla „Starej Damy” koszmarem. Poza jednym wygranym finałem przeciwko Ajaksowi zespół Lippiego przegrał trzy kolejne mecze o Puchar Europy z rzędu. To było bardzo trudne doświadczenie dla Ferrary, któremu jak każdemu piłkarzowi z tamtej drużyny przypadł w udziale ten dramat. Szczególnie trudno zrozumieć kibicom Juventusowi fakt, że w finałach z Borussią Dortmund w 1997 i z Realem w 1998 roku zespół z Turynu przegrał. Patrząc na kadry i potencjał rywali w tamtym okresie śmiało możnaby rzec, że Juventus miał lepszych piłkarzy. Real był po jednym z najsłabszych sezonów w latach 90, natomiast Borussia z całym szacunkiem nie była uważana za rywala, który może pokonać w znakomitym stylu znacznie lepszy kadrowo Juventus. XXI wiek jeśli chodzi o Puchar Mistrzów, również był trudny dla Ferrary i zespołu. Jeden półfinał i porażka w finale z Milanem sprawił, że Juventus bardzo długo męczył się później w tych rozgrywkach. Po tym zdarzeniu Ciro Ferrara zagrał jeszcze dwa lata, jednak z czasem stawał się mniej znaczący w kadrze Juve. Ferrarę i Lippiego łączyła wieloletnia znajomość i współpraca. Trener Juventusu i późniejszy selekcjoner mistrzów świata z 2006 roku pomyślał sobie, że warto wprowadzić do swojego sztabu właśnie zaufanego człowieka i byłego kapitana, którym był Ferrara. Tak oto, rzecz jasna przy ukończeniu kursów trenerskich, został współpracownikiem Lippiego. Zanim jednak o tym, warto przyjrzeć się jego karierze w reprezentacji. Posiadając trzyletni staż w Serie A, piłkarz staje się ukształtowanym i doświadczonym zawodnikiem. W przypadku niektórych to doświadczenie jest już na tyle duże, by trafić do reprezentacji kraju. Tak było z 20-letnim Ferrarą, który po trzech latach gry w Napoli, trafił do reprezentacji Włoch, prowadzonej wówczas przez Azeglio Viciniego. Zauważył on potencjał w bardzo młodym obrońcy Napoli, który już rok później pojechał z drużyną na EURO 1988. Później kolejni selekcjonerzy zwracali uwagę na talent Ferrary, jednak w czasach jego młodości byli jeszcze lepsi piłkarze od niego, co sprawiało, że zagrał znacznie mniej, niż mógłby. Jego czas w kadrze, podobnie zresztą jak w Turynie, był naznaczony symbolem porażki. Włosi, w trakcie kariery Ferrary, co oczywiście nie jest jego winą, odpadli w półfinale swojego mundialu w 1990 roku i stracili złotego gola w meczu o mistrzostwo Europy 2000 roku. Nie wliczam w to mundialu 1994, ponieważ nie znalazł się wówczas w kadrze na turniej. Kariera Ferrary w kadrze zakończyła się na 49 meczach, w 2000 roku. Z pewnością mogła obfitować w znacznie większe sukcesy, ale sam finał mistrzostw Europy, czy mundial w swoim kraju mógł sprawić, że przeżył ciekawe chwile jako reprezentant kraju.
Kariera trenerska Ferrary nie wyszła mu tak, jak ta piłkarska. O ile początek w sztabie Lippiego był niezwykły, bo zdobył z nim tytuł mistrza świata, tak już samodzielna praca byłego piłkarza Juventusu i Napoli powinna być traktowana w ramach tych do zapomnienia. Po dwóch latach przerwy od mundialu w Niemczech, Ferrara ponownie dołączył do sztabu reprezentacji, ponownie współpracując z Lippim, który przejął kadrę po Roberto Donadonim i nieudanym dla Włochów EURO 2008. Pierwszą samodzielną pracą Ferrary był Juventus. Co prawda był tam trenerem tymczasowym po zwolnieniu Claudio Ranieriego, ale wiele mówi jednak to, że zaufano wówczas dość świeżemu w branży człowiekowi. Później nie wiodło się mu zbyt dobrze. Przejął co prawda kadrę młodzieżową Italii, ale nie był to jakiś czas, który można wspominać z utęsknieniem. Następnie w 2012 roku na krótko przejął Sampdorię, by zakończyć na ten moment karierę trenerską w chińskim Wuhan Zall.
6
Wybitne legendy włoskiego futbolu:
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11
0
Po erze Messiego FC Barcelona nie potrafiła wygrać z Granadą(3 remisy) ani też z Xavim, więc konfrontacja zapowiada się bardzo ciekawie. Poza tym może dojść do historycznego pojedynku w Primera Division dwóch Polaków, jeśli na boisku pojawi się Kamil Jóźwiak...
0
@FcPortoFan1999 No cóż, ,,Wolnoć Tomku w swoim domkmu"...
0
No prosze! ,,Nasza kochana" Argentina(U-23) gra z Brazylią o 21.30 a zdaje się iż pierwotnie mieli grać bodaj o północy!? W związku z tym mecz Argentyny i równie ,,kochanej" Barcuni nakładają się na siebie i to w dodatku z niedzieli na poniedziałek, kiedy trzeba wstawać o 5.30 do roboty. Ciężkie jest życie kibica...
7
@FCBparasiempre
11 lutego 1965 r. urodził się Ryszard Cyroń, napastnik. ,,Koledzy mi mówią że gdybym w wieku niespełna 27 lat nie wyjeżdżał z Górnika do Niemiec, w naszej ekstraklasie zdobyłbym więcej goli niż Lubański a może i Pohl. No ale w Niemczech też udawało się coś ciekawego zrobić. Na przykład strzelać gole Khanowi, który stał w bramce Bayernu Monachium. Pochodzę z Mikulczyc a dla chłopaków stamtąd Górnik to była piłkarska świątynia. Grałem w Sparcie Zabrze w trzecioligowym klubie i tęsknie patrzyłem na tego wielkiego sąsiada. Doceniałem to, co mam bo jako 16-latek grałem w pierwszym zespole. Motywacji mi nie brakowało, gdyż wiedziałem że Górnik zawsze ma Sparte na oku i że jak będę się wyróżniał, to do niego trafie”- opowiada Cyroń, mieszkający 300 lat w Niemczech. W 1983 r. mocno zaczął trzecioligowy sezon: cztery mecze i 4 gole. Tylko że właśnie w tym czwartym występie złamał kość śródstopia. ,,To był dla mnie bardzo trudny moment bo Górnik, jeśli w ogóle istniała jakaś szansa, nagle mocno się odemnie oddalił. Był dopiero sierpień a ja sezon już mogłem spisywać na straty”- zwraca uwagę Cyroń. W styczniu, kiedy dopiero zaczynał pracę nad odbudowaniem formy, wydarzył się cud. Do Sparty zadzwonił Jan Szlachta, najważniejszy człowiek w Górniku, z konkretnym komunikatem: ,,Chcę mieć w swoim klubie tego młodego napastnika Cyronia, więc zapraszam na rozmowe”. ,,Działacz Sparty, który następnego dnia zawiózł mnie do gabinetu Szlachty, był chyba tak samo podekscytowany jak ja a na pewno mocno przestraszony. Przed spotkaniem udzielił mi tylko jednej wskazówki: ,,Rysiek, ty zdajesz sobie sprawę, do kogo idziemy? Gdy będziemy u niego w biurze, lepiej w ogóle się nie odzywaj”. Pod drzwiami czekaliśmy z pół godziny a po dopuszczeniu nas przed oblicze Szlachty zdawało mi się że ,,rozmowa” trwała jakieś 10 sekund. W zasadzie chodziło tylko o to że wcześniej podpisałem wstępny kontrakt z Szombierkami Bytom. Nie paliłem się do takich przenosin ale kusiło mnie granie w 1 lidze. Szlachta błyskawicznie zmienił moje plany: ,,Ty jesteś chłopak z Zabrza, nie będziesz po Bytomiu jeździł. Bierzemy cię do Górnika. Zapraszam jutro na trening do Huberta Kostki”. Słowa Szlachty miały moc sprawczą. Powiedział jak ma być i w jednej chwili cała reszta stała się tylko formalnością”- wyjaśnił Cyroń. Tej pierwszej wiosny po kontuzji, zagrał w 9 meczach Górnika i strzelił 3 gole. Całkiem obiecujący początek. W następnym sezonie wystąpił we wszystkich ligowych spotkaniach, zwykle w podstawowym składzie. Zdobył już 7 goli, co uczyniło go najlepszym snajperem drużyny. Najważniejsze że Górnik został mistrzem Polski! W ostatnim meczu gwarantującym tytuł, Górnik pokonał w Łodzi Widzew 2:1. Do przerwy było 1:0 dla gospodarzy a korespondencyjnie walcząca o tytuł Legia prowadziła w Szczecinie. W tym momencie w wirtualnej tabeli to ona była mistrzem. Ostatecznie zremisowała z Pogonią 1:1, natomiast zabrzanie zabrali się do roboty a Widzew zaskakująco stracił ochote do walki. Wyrównał Cyroń i wypracował zwycięskiego gola, którego zdobył Komornicki.
Górnicy mieli już bardzo mocną paczke, w ofensywie z Pałaszem i Zgutczyńskim a za chwile mieli być jeszcze mocniejsi. Na fali sukcesu ludzie zawiadujący Górnikiem nie pożałowali pieniędzy na wzmocnienie siły ognia. Zatrudnili nieprzeciętnie utalentowanego Jana Urbana oraz krnąbrnego, lecz bardzo dobrego napastnika Andrzeja Iwana. Dla Cyronia nie musiały to być dobre informacje, gdyż perspektywa gry w wyjściowym składzie stawała się mocno niepewna. ,,Wcale nie czułem się zepchnięty na bocznice. Ucieszyłem się że będę w jednej drużynie z takimi gośćmi. Jak się ma 20 lat człowiek jest zadowolony że ma się od kogo uczyć a nie że grozi mu ławka. W tym pierwszym mistrzowskim sezonie pokazałem że umiem strzelać gole. Nie zaczynałem od zera. Cieszyłem się na te rywalizacje, byłem w najlepszym polskim klubie”- argumentuje pan Ryszard. Rzeczywiście nie przepadł, choć to raczej inni byli na świeczniku. W pierwszym rzędzie reprezentanci a on w kadrze narodowej praktycznie nie zaistniał. ,,Jeżeli chodzi o reprezentacje, to słusznie kiedyś ocenił to mój kolega z boiska Jacek Grembocki, stwierdzając że tylko przeleciałem w niej przez szatnie. Byłem na zgrupowaniu w beskidzkiej Wiśle, w Izraelu ale wszystkiego uzbierało się dwa towarzyskie występy za czasów trenera Łazarka. Nie brakowało wtedy w Polsce dobrych napastników. Stawiano na tych lepszych. Nie mam powodów żeby obrażać się na fakty”- mówi Cyroń. Z górnikiem zdobywał 4 kolejne tytuły mistrza Polski a indywidualnie zaliczył godną podziwu serie: w każdym z tych czterech sezonów strzelił w ekstraklasie co najmniej 13 goli. Zauważyła go Bundesliga i odezwał się Hamburger SV. ,,To był jednak zły moment, gdyż jesienią 1991 walczyłem z kontuzją łąkotki. Doszedłem do siebie i wróciłem do gry. Tyle ze byłem przygotowany na polska lige a nie na niemiecką. Do Zabrza przyjechał jednak trener HSV Schock. Wygraliśmy z Ruchem 4:2 a ja strzeliłem 2 gole i Schock oświadczył że nie wraca do Hamburga bez Cyronia. Pojechałem tam w listopadzie i po 4 tygodniach treningów z HSV nie mogłem chodzić bo taki to był dla mnie przeskok; a że trochę kosztowałem, od razu pojawiły się w niemieckich gazetach komentarze że niewypał, że się nie nadaje i tak dalej. Szkoda że tak nagle to się wszystko zadziało. Powinienem był zostać w Górniku do końca sezonu, zbudować solidną forme po kontuzji i dopiero wtedy iść na transfer do Niemiec”- przyznaje. Z Zabrzem pożegnał się 24 listopada meczem z Widzewem(1:0) a już 6 dni później zadebiutował w HSV w ligowym meczu z Schalke. Gospodarze wygrali w Hamburgu 2:1 a bohaterem był Polak, tyle że inny- Jan Furtok, zdobywca obydwu zwycięskich goli. Furtok z Cyroniem tworzyli wówczas polski atak HSV. Pilkarzem tego klubu w tamtych czasach był także Matysik, dawny kolega Cyronia z szatni Górnika. Rodacy wprowadzili nowego kolege do zespołu. Było mu dzięki temu łatwiej ale problem zrobił się wiosną po zmianie na stanowisku trenera. Drużyne objął Coordes. Jak na ironie w debiutanckim meczu nowego trenera Cyroń strzelił swojego jedynego gola w barwach HSV a jednak Coordes uznał że nie będzie go potrzebował w składzie na następny sezon. Po zakończeniu sezonu zadzwonił do niego Rudi Wojtowicz, były reprezentant Polski i piłkarz Szombierek. Kończył akurat karierę w Fortunie Düsseldorf. ,,Już po rozpoczęciu rozgrywek zaproponował mi przenosiny do Düsseldorfu. Wcześniej do drużyny dołączył też Buncol a trenerem po dwóch latach ponownie został Ristić. Zgodziłem się i była to moja najlepsza decyzja po wyjeździe z Polski”- ocenił Cyroń.
Fortuna nie od razu wróciła do elity. Potrzebowała trzech sezonów, przeszła swoisty czyściec bo po roku spadła nawet na trzeci poziom rozgrywkowy. W 1995 r. Fortuna zameldowała się w Bundeslidze. Cyroń wracał do niej mając już ponad 30 lat ale nie przeszkodziło mu to z 9 golami być najlepszym snajperem zespołu. ,,Gdy Fortuna grała w 3. Bundeslidze mogłem wrócić do Hamburga ale Ristić przekonywał mnie żebym został bo buduje nową ekipe i potrzebuje mnie w składzie. Zostałem i w tej III lidze strzeliłem 25 goli. Pewnych meczów nigdy nie zapomnę. Po powrocie w 1995 do Bundesligi pokonaliśmy u siebie Bayern Monachium 3:1 w pucharze Niemiec a ja(chociaż wszedłem z ławki rezerwowych) strzeliłem gola. Później zremisowaliśmy w lidze na jego stadionie 2:2 i też trafiłem do siatki. W obu przypadkach pokonywałem Olivera Khana”- zaznacza z satysfakcją. Górnika z Fortuną jednak nawet nie próbuje porównywać. ,,Górnik to jest moje życie. Do Niemiec pojechałem zarobić. Wszyscy wiemy że tam możliwości były i ciągle są zupełnie inne. W Niemczech spędziłem już ponad 30 lat, jednak to, co przeżyłem w Zabrzu ma największą wartość. I jeszcze jedno wam powiem. Dla mnie indywidualnie 4 mistrzowskie tytuły z Górnikiem nie znaczą tyle, ile moje zdjęcie wśród wielkich klubowych sław na stadionie przy Roosvelta. To najcenniejsza rzecz jaka mnie w piłkarskim życiu spotkała”- kończy opowieść nasz bohater.
5
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Sysia11
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
8
@FCBparasiempre
W jego przypadku nie chodziło tylko o znalezienie się wśród innych wyjątkowych talentów, zainspirowanie własnym geniuszem grupy bardzo dobrych piłkarzy do tego by osiągnęli wielkość. Maradona potrzebował raczej być centralną postacią, wokół której gromadzą się i na której głównie muszą polegać inni. Nie chodziło przy tym jedynie o jego techniczne sztuczki, o te wszystkie ,,gambetas”, rzuty wolne czy gole ale także o to ze stawał się dla swoich drużyn inspiratorem i organizatorem. Z innych legend futbolu chyba tylko Cruyff(choć w odmienny sposób) imponował na boisku równie chłonnym taktycznie mózgiem. Podobnie jednak jak krzywdzące byłoby przedstawianie drużyny mistrzów świata z 1986 r. jako Maradony i reszty zespołu, nie można mówić o Napoli jako o argentyńskim hetmanie i dziesięciu pionkach. Występowali tam przecież inni gracze na wysokim poziomie, zwłaszcza po tym jak przed sezonem pomundialowym sprowadzono Andree Carnavale, który stworzył fenomenalny tercet ofensywny z Maradoną i Bruno Giordano. Na środku obrony grał Ciro Ferrara a w pomocy Fernando de Napoli i Salvatore Bagni. Tyle że wszyscy oni, jakkolwiek utalentowani, nie byliby w stanie grać o mistrzostwo kraju bez Maradony. To on pozwolił im uwierzyć ze wszystko jest możliwe, tak samo jak to zrobił w reprezentacji Argentyny. Z Maradoną u szczytu formy Napoli wygrało ,,scudetto” w sezonie 1986/87, po raz pierwszy w historii klubu, zapewniając sobie tytuł po remisie 1:1 w przedostatniej kolejce z Fiorentiną. W takiej sytuacji trudno się dziwić zainteresowaniu ,,camorry” sukcesami Napoli. Być może jej członkowie postępowali w tym przypadku jak zwykli lokalni biznesmeni uradowani triumfem drużyny ale w następnym sezonie sytuacja wokół klubu zaczęła budzić dużo większe wątpliwości. Do drużyny dołączył Brazylijczyk Careca, wraz z Maradoną i Giordano tworząc słynny tercet Ma-Gi-Ca. Rozgrywki zaczeli fenomenalnie a kiedy 10 kwietnia pokonali Inter 1:0 mieli już 4 punkty przewagi w tabeli, później jednak nie zdołali wygrać żadnego z ostatnich 5 meczów i zostali wyprzedzeni przez Milan Sacchiego, który pokonał ich 3:2 na San Siro na 3 kolejki przed końcem sezonu. Nie ma oczywiście na to żadnych dowodów ale całe Włochy huczały od pogłosek że ,,camorra” w obawie przed wielkimi stratami kontrolowanych przez nią bukmacherów w przypadku ponownego zdobycia mistrzostwa przez Napoli, zmusiła drużynę do odpuszczenia rywalizacji. Maradona dementował te pogłoski mówiąc że ,,ludzie… gadają bzdury”. Sam obwiniał sędziów, swoje problemy z krzyżem ale także kolegów z drużyny, którzy po porażce z Fiorentiną zaczeli się domagać zwolnienia Bianchiego. Sam nigdy nie był wielkim zwolennikiem tego trenera, mówił iż ,,zaczął eksperymentować” i ponosił znaczną część odpowiedzialności za kryzys formy ale zarazem uważał protesty piłkarzy za źle pomyślane, gdyż zmierzały do uczynienia z Bianchiego męczennika.
Zgodnie z przewidywaniami Argentyńczyka kibice w kolejnych meczach zaczeli skandować nazwisko trenera a po zakończeniu sezonu klub przedłużył z nim kontrakt. Pewny swojej pozycji Bianchi pozbył się z drużyny 6 piłkarzy. Wówczas Maradona powiedział prezesowi Ferlaino że nie zamierza dłużej pracować z tym trenerem i ze ma do wyboru albo jego, albo Bianchiego. Prezes nie dał się jednak zaszantażować. Przypomniał po prostu Maradonie że w grudniu przedłużył kontrakt z klubem do 1993 r. i na jego mocy zarabia 5 milionów dolarów rocznie. Informacje na temat żądań piłkarza zniechęciły do niego wielu kibiców. Powracające kłopoty ze zdrowiem spowodowały że ,,La pelusa” zaczął mniej trenować. Choć z pewnością chodziło mu o profilaktykę mającą zapobiec poważniejszym urazom, nie złagodziło to podejrzeń że niedawny idol Neapolu szuka sposobu na odejście z klubu. Drużyna zakończyła kolejny sezon na drugim miejscu w tabeli ale straciła do Interu aż 11 punktów i ani przez moment nie wyglądało na to że może poważnie włączyć się do walki o mistrzostwo. Później przyszedł triumf w Pucharze UEFA, po dwumeczu ze Stuttgartem, w trakcie którego Maradona wywalczył kontrowersyjnego karnego ale w czerwcu 1989 r. podczas meczu z Pisą piłkarz opuścił boisko z kontuzją uda a rozwścieczeni kibice wybuczeli siedzące w loży dyrektorskiej Claudie i córjke Maradony Dalme a także jego agenta Coppole. Argentyńczyk był oburzony i wściekły. Wielu wiązało jego nierówną forme z imprezowym stylem życia, o którym powszechnie wiedziano pomimo panującej w mediach zasady by o nim nie pisać. Maradona był coraz mocniej przekonany ze padł ofiarą spisku. Presja jaką odczuwał już w pierwszych latach kariery w Argentynie, tutaj rozwinęła się w paranoje. Pewnego razu wykorzystał telewizyjny show, którego był gospodarzem, do ataku na krytykujące go media, przy innej okazji próbował wepchnąć gazete do ust rozmawiającego z nim dziennikarza. Gdy sezon się skończył, wrócił do Esquina, deklarując że jego stopa więcej we Włoszech nie postanie. Oczywiście mówienie o spisku było absurdalne, choć stało się nieusuwalnym elementem narzekań Maradony na cały świat. Prawdą jest jednak iż wokół piłkarza działy się rzeczy dziwne i niepokojące. Ktoś uszkodził jeden z jego samochodów i włamał się do mieszkania jego siostry, niczego nie zabrał, choć poprzestawiał sprzęty. Czy były to ostrzeżenia ze strony camorry? Maradona nie miał co do tego wątpliwości. Kiedy powiedział że zamierza zostać w Argentynie, odpowiedź z Neapolu nadeszła błyskawicznie. Uważano że złamał umowę. Kibice i dziennikarze zaczeli rozdmuchiwać ekscesy z jego udziałem, czego z pewnością by nie robili, gdyby siedział cicho i po prostu dobrze grał w pilke. Na łamach ,,Il Mattino” ukazało się stare zdjęcie Maradony w towarzystwie rodziny Giuliano z podpisem: ,,Trudno sobie wyobrazić by ktokolwiek chciał się narazić camorrze, porywając się na jej idola”. Istnieją liczne interpretacje tych wydarzeń ale zdaniem Jimmy’ego Burnsa to sama camorra przywoływała Maradone do porządku.
Z niechęcią, czując się związany umowami(zarówno tymi podpisanymi, jak i być może niepisanymi) Maradona wrócił więc do Neapolu. Zanim to jednak zrobił, poślubił Claudie w trakcie ekstrawaganckiej ceremonii w katedrze w Buenos Aires. Była to jeszcze jedna wizerunkowa katastrofa. Przepych wesela, na które sprowadzono ponoć prostytutki z całego świata a dla zwiększenia wrażeń rozdawano kokainę, kontrastował ze strajkiem pracowników transportu publicznego, protestujących przeciwko zbyt niskim płacom. Termin faktycznie nie był najszczęśliwszy ale Maradonę, który dokonywał właśnie aktu ostatecznego odcięcia się od nizin społecznych, nic to nie obchodziło. Zwłaszcza iż nadal go fetowano. Kandydat na prezydenta Carlos Menem, którego kampanię wyborczą prowadził zresztą Cyterszpiler, zabiegał o jego poparcie. Po powrocie do Włoch Maradona kompletnie nie nadawał się do gry. Jego kondycja była tak fatalna że na godzine przed meczem Pucharu UEFA z Wettingen w listopadzie 1989 r., nowy trener Alberto Bigon odstawił go od składu. W odpowiedzi Maradona kolejny raz stwierdził że jest ofiarą spisku. Miesiąc później oznajmił z kolei ze losowanie mundialu zostało ustawione, na co sekretarz generalny FIFA Sepp Blatter odrzekł że jest ,,albo głupi, albo podły”. Mimo tych wszystkich awantur Napoli już w drugiej kolejce znalazło się na pierwszym miejscu w tabeli Serie A i utrzymywało tę pozycje aż do lutego, kiedy wyprzedził je Milan. Im bliżej kolejnych mistrzostw świata, tym bardziej Maradona koncentrował się na grze a jego forma rosła. Wiosną miewał momenty doskonałej formy. Wygrana 4:2 z Bolonią przy jednoczesnej porażce Milanu z Veroną oznaczała powrót na szczyt w przedostatniej kolejce a 1:0 u siebie z Lazio w ostatnim meczu sezonu przypieczętowało tytuł. Niezależnie od wszystkich skandali zrobił to jeszcze raz. Ażeby uświadomić miare jego sukcesu, wypada zauważyć że Napoli, po dwóch ,,scudetti” wywalczonych podczas jego pobyty w klubie, aż do sezonu 2022/23 nie powtórzyło tego osiągnięcia.
13
,,Boski Diego” w Neapolu:
Wyjątkowość tego gracza, kiedy porównać go z innymi kandydatami do miana piłkarza wszechczasów polega niewątpliwie na tym że niemal samodzielnie poprowadził przeciętny klub do mistrzostwa kraju i to w czasach gdy pieniądze nie tyle miały wpływ na sukces, co o nim rozstrzygały. Nie znaczy to oczywiście że był lepszy niż Pele, Di Stefano, Cruyff, Messi czy Puskas ale z pewnością był inny od nich wszystkich.
Pozostałą część tej frapującej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11
6
@FCBparasiempre
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec( zawodowy podoficer) wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym.
Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek.
Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem goli. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie.
Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.
4
Wielkie legendy polskiego futbolu:
@Sysia11
@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
0
@Comentateiro Legenda trenerska Lecha Poznań??? No bez przesady! A co on z tym Lechem takiego wygrał(?) bo nie przypominam sobie?
10
Feliz cumpleaños panie Jose!
11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11
9
Był sobie… nieprzeciętny piłkarz:
10 lutego 1926 r. urodził się Danny Blanchflower, pomocnik. Jeśli przeciętny kibic piłki nożnej usłyszy o Irlandii Północnej, natychmiast pomyśli o George’u Beście. Jednak Ulster wydał na świat wielu znakomitych piłkarzy. Jednym z nich był Danny Blanchflower, uchodzący za gracza kompletnego, wszechstronnie wyszkolonego i inteligentnego na boisku. Zawodową karierę zaczynał w Barnsley w skąd dwa lata później trafił do Aston Vila (148 gier i 10 goli). Następnie został zawodnikiem Tottenhamu, w którym zapracował na miano klubowej ikony (337 występów i 15 goli). To właśnie on jako kapitan drużyny poprowadził Tottenham do dwóch triumfów w Pucharze Anglii i zdobył pierwsze dla londyńskiej drużyny trofeum na arenie międzynarodowej – Puchar Zdobywców Pucharów. W reprezentacji zagrał 56 razy i strzelił dwa gole.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11
0
Panie Julianie Alvarez, pan jesteś w gorącej wodzie kąpany...