FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Chudini123 Akurat przed meczem nie należy jeszcze nikogo oceniać. Jednak Sergi Roberto właśnie już od wielu miesięcy nie daje drużynie odpowiedniej jakości(wyjątkiem mecz z Napoli) a poza tym często łapie kontuzje a miesiące i lata mijają...
3
@Chudini123 No to w takim razie ja z kolei jestem ciekaw co powiesz wówczas, gdy Sergi Roberto nie strzeli gola(?) albo co gorsza zawali gola?
9
Towarzysko z Canarinhos:
17 marca 1993 r. reprezentacja Polski zremisowała na Estádio Santa Cruz w Ribeirão Preto z Brazylią 2:2. Wyjazd na towarzyski mecz do Brazylii polskim piłkarzom miał załatwić sam... Lech Wałęsa. Nowy prezydent Polski w 1990 roku gościł w Gdańsku João Havelange'a, a ówczesny prezydent FIFA miał zadeklarować gotowość jego rodaków do starcia z biało-czerwonymi. Do spotkania doszło trzy lata później i zakończyło się ono niespodziewanym remisem. Choć trzeba przyznać, że gospodarze, którzy rok później cieszyli się ze zdobycia tytułu mistrzów świata, całkowicie dominowali na boisku. Tym większa była radość podopiecznych Andrzeja Strejlaua, dla których remis na gorącym terenie, po wielogodzinnej, wyczerpującej podróży do Ameryki Południowej, był wymarzonym rezultatem. Na mecz zostało powołanych szesnastu zawodników. Do jedenastu z polskiej ligi na lotnisku w Anglii mieli dołączyć „stranieri”: Roman Kosecki, Jacek Ziober, Piotr Czachowski, Marek Koźmiński i Robert Warzycha. Selekcjoner po raz kolejny doświadczył, że nie ma roboty lekkiej, łatwej i przyjemnej. W dzień odlotu w siedzibie PZPN zameldował się Kowalczyk w towarzystwie trenera Legii, Janusza Wójcika oraz klubowego lekarza, którzy oznajmili, że występ napastnika warszawskiego klubu jest niemożliwy z powodu kontuzji pachwiny. Z kolei Roman Szewczyk powiadomił selekcjonera, że do Brazylii nie poleci, bowiem jego żona spodziewa się narodzin dziecka. Obolały na zbiórce kadry stawił się bramkarz wrocławskiego Śląska, Adam Matysek. Wszystko przez to, że podczas meczu wrocławian z Szombierkami Bytom linie były wysypane niegaszonym wapnem i nasz golkiper mocno się… poparzył.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
8
@FCBparasiempre
Swego czasu zachwycał swoją grą w Interze Mediolan. Nigdy jednak nie było mu spieszno do piedestału, dlatego teraz już jest postacią zapomnianą, odświeżaną poprzez film z jego kapitalnym rzutem wolnym w meczu z Bologną ale lewej nogi Urugwajczyka bali się wszyscy. Alvaro Alexander Recoba Rivero, tak brzmi jego pełne nazwisko. Nie wychowywał się podobnie jak większość południowoamerykańskich piłkarzy w biednych fawelach, gdzie piłka była jedynym ratunkiem. On wychowywał się w stolicy Urugwaju, Montevideo. Mieście, w którym mieści się ogromna większość klubów z tamtejszej elity. On zawsze miał jednak jeden cel – Danubio, inaczej „Dunaj”, czyli zespół założony w stolicy malutkiego kraju z Ameryki Południowej przez dwójkę braci bułgarskiego pochodzenia. Klub dużo mniejszy niż m.in. Nacional jednak bardzo znaczący nie tylko na mapie Urugwaju. W tamtejszym regionie jest uznawany za prawdziwą wylęgarnię talentów. W czasach juniorskich reprezentowali jego barwy m.in. Marcelo Zalayeta, Diego Forlan, czy Edinson Cavani. Ale żaden z nich nie jest tak kochany tam jak Recoba. Chłopak z dzielnicy De Maronyas, ściśle powiązanej z Danubio FC, od malutkiego był zakochany w biało-czarnych barwach i w jego szeregi wstąpił w wieku dziewięciu lat. A tam szybko zobaczyli, że nie tylko spełnili marzenie wiernego kibica, ale zyskali niebywały talent. Dla miejscowych fanów jest legendą, bowiem nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. Jeszcze przed emeryturą wrócił na Estadio Jardines Del Hipodromo, by cieszyć fanów swoją grą. I to w nim kochano najbardziej – Dla niego liczyła się tylko czysta gra, jak w piosence „Czysta Gra”. Od samego początku błyszczał niewiarygodnymi umiejętnościami. Potrafił wyczyniać cuda lewą nogą, na boisku często zwyczajnie się bawił, bo taki był jego cel. Grał na pozycji ofensywnego pomocnika, jednak w typowym starym stylu, jako „wolny elektron”. Bieganie, czy walka wręcz nie była dla niego stworzona. Gdy w czasach juniorskich strzelał niewiarygodne ilości bramek, wszyscy zaczęli marzyć o tym, by stał się najlepszym na świecie. Najmniej zainteresowany tym, był sam Recoba. Nie dlatego, że był leniem. Jego głowę zajmowało tylko granie w piłkę. Choć nigdy nie ukrywał, że z treningami fizycznymi mu nie po drodze. W końcu w 1994 roku osiągnął swój cel i dotarł do pierwszej drużyny. Miejscowi kibice wspominali, że ten młodzian, wtedy 18-letni z marszu wszedł do pierwszego składu i stał się prawdziwym liderem. Błyszczał już od pierwszych spotkań i uznawano, że w pojedynkę utrzymał Danubio w najwyższej klasie rozgrywkowej. Od razu skierował na siebie oczy wszystkich skautów mocniejszych klubów i nie tylko. Zowiem zaledwie rok po debiucie w seniorskiej piłce Hector Nunez powołał go do pierwszej reprezentacji, dając zagrać w dwóch meczach towarzyskich. W debiutanckim meczu z Hiszpanią zmienił Enzo Francescoliego, poniekąd mając od niego powoli przejmować rolę dyrygenta w ekipie „Los Charruas”. Kolejną szansę Recoba dostał półtora roku później, jednak zaliczył trzy bramki w dwóch meczach z Japonią i Chinami. Pewne miejsce zyskał w 1997 roku. Rok wcześniej Danubio stało się dla niego zbyt małe i skusił się na ofertę Nacionalu, absolutnego potentata w tamtejszej piłce. W ciągu zaledwie półtora roku strzelił dla tego klubu 68 bramek w 58 występach. W 1997 roku wystąpił też w trzech meczach na Copa America, strzelając bramkę Wenezueli. Po tym zapracował sobie na transfer zagraniczny.
Za 4,5 miliona dolarów przeniósł się do Interu Mediolan. Polecił go tam Sandro Mazzola, legenda „Nerazzurri”. 31 sierpnia 1997 roku. Nadszedł wielki dzień. Ruszył kolejny sezon Serie A. Na San Siro przyjechała Brescia z Markiem Koźmińskim w składzie. W pierwszej jedenastce gospodarzy wybiega debiutujący Ronaldo. Inter jednak długo męczy się z rywalem. Na dodatek ponad kwadrans przed końcem asystę Andrei Pirlo wykorzystuje Dario Hubner i wyprowadza przyjezdnych na prowadzenie. Minutę wcześniej Luigi Simoni wprowadza na boisko Alvaro Recobę, który zmienia Maurizio Ganza. W 80 minucie Benoit Cauet zagrywa piłkę do środka pola. Urugwajczyk z „20” na plecach wprowadza futbolówkę w kierunku bramki przeciwnika i potężnym strzałem z ponad 25 metrów w samo okienko nie daje szans Giovanniemu Cervone. Debiut wydawałoby się wymarzony, gdyby jeszcze jego zespół wygrał. Ale to przecież nie był koniec jego popisów. W 85 minucie zostaje sfaulowany w środku pola. Do piłki podchodzi sam poszkodowany, a do bramki ma ponad 30 metrów. Mimo debiutu nikt nie miał wątpliwości, kto powinien uderzać. Recoba potężnie uderza w drugie okienko bramki Cervone i daje trzy punkty w debiucie swojemu zespołowi, przyćmiewając debiut wielkiego Ronaldo. Francesco Moriero podkłada kolano i udaje, że czyści lewego buta Urugwajczyka. Ale w składzie „Nerazzurri” obok Ronaldo jest jeszcze m.in. Youri Djorkaeff, Diego Simeone, czy Ivan Zamorano. Rok później trafia do stolicy mody również Roberto Baggio, czy Nicola Ventola. Dla słabego fizycznie Recoby zwyczajnie brakuje miejsca. Co jakiś czas dostaje okazjonalne szanse wejścia na boisko. Tak jak w styczniu 1998 roku, gdy po kilku miesiącach bez gry, zmienia 20 minut przed końcem Francesco Moriero. Inter przegrywa od samego początku i niemiłosiernie męczy się z Empoli. W 82 minucie sprawy w swoje nogi bierze więc Recoba i strzałem prawie z połowy boiska doprowadza do remisu. W całym swoim pierwszym sezonie uzbierał 19 występów, ale łącznie zaledwie 650 minut. Strzelił w tym czasie pięć bramek i zanotował dwie asysty. W międzyczasie pojechał jednak na Puchar Konfederacji, gdzie rozegrał pięć spotkań, strzelając bramkę Republice Południowej Afryki. Kadra pod wodzą Victora Pua zajęła ostatecznie na turnieju czwarte miejsce. W kolejnej kampanii również nie był w stanie wywalczyć miejsca w składzie i z początkiem nowego roku wybrał się na półroczne wypożyczenie do Venezii. Tam grał prawdziwe koncerty. 19 spotkań, 10 bramek i tyle samo asyst, w tym hattrick i asysta w meczu z Fiorentiną. Mało tego, skarcił też Inter. Gdy ten przyjechał na Stadio Pierluigi Penzo, Recoba już w pierwszej minucie zaliczył asystę przy golu Sergio Volpiego. Trzy minuty później podchodzi do piłki ustawionej na 25 metrze i lewą nogą uderza w poprzeczkę, a następnie futbolówka odbija się od pleców Sebastiena Freya i wpada do siatki. Ostatecznie „Arancianoverdi” wygrywają 3:1. Dzięki „El Chino” zespół przestał okupować sam dół ligowej tabeli i nagle z beniaminka skazywanego na ponowny spadek do Serie B, skończył sezon w połowie stawki. Po bardzo owocnym pół roku w Wenecji nadszedł czas na powrót do Mediolanu.
Tam, choć początek sezonu miał ciężki, kolejnymi bramkami, zyskał zaufanie Marcello Lippiego. Cały sezon zakończył z 10 bramkami na liczniku i 12 asystami. To jednak nic w stosunku do następnego sezonu, gdy grał tuż za plecami Christiana Vieriego. We wszystkich rozgrywkach rozegrał 41 spotkań, strzelił 15 bramek i dorzucił 11 asyst. W Pucharze UEFA władował też dwie bramki w dwumeczu z Ruchem Chorzów, w rewanżu mając udział przy wszystkich trzech trafieniach. Przeżywał piękne chwile, a zakochany w nim był Massimo Moratti, który zaoferował mu pięcioletni kontrakt z czterema milionami zarobków rocznych. Żaden piłkarz na świecie nie zarabiał wtedy takich pieniędzy. Problem był jednak w tym, że cała ekipa z San Siro zawodziła na całej linii. Kibice spodziewali się wielkich triumfów, a dostawali m.in. odpadnięcie w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów z Helsingborgiem. Początek sezonu 2001/2002 Recoba spędził jednak na zawieszeniu za sfałszowanie swoich dokumentów. Oczywiście w taki sposób, by występować w Serie A jako Włoch. Zapewne w jego lewych papierach maczał palce też sam klub. Na boisko wrócił na początku grudnia. I na dzień dobry zaliczył dwie asysty w meczu z Atalantą. Do końca sezonu regularnie grał, a Inter wyłożył się na ostatniej prostej, tracąc tytuł mistrzowski po porażce z Lazio w ostatniej kolejce sezonu. Z praktycznie pewnego mistrza kraju, spadł nagle na trzecie miejsce w tabeli. Sam „El Chino” cieszył się m.in. z awansu na mistrzostwa świata, gdy w rewanżowym meczu z Australią zaliczył dwie asysty. Sam Urugwajczyk zgodził się w końcu też na obniżkę pensji, gdy włoski klub przeżywał kryzys finansowy. W oczach Massimo Morattiego był doskonały, a prezes patrzył na niego przez różowe okulary. Ale Recoba miał coraz mniej spotkań, w których ciągnął za uszy swój zespół. Choć miewał momenty, gdy bawił się grą, a wszystkim opadały „kopary”. Jak w meczu z Lecce, gdy założył „sombrero” w polu karnym i strzelił bramkę. Wielki miał też sezon 2002/2003. Ale cały Inter wyglądał wtedy kapitalnie. Zdobył vicemistrzostwo i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie uległ Milanowi „bramkami na wyjeździe”, co brzmi kuriozalnie, bowiem obydwie ekipy grają na tym samym stadionie. Takie jednak zasady wyrzuciły „Nerazzurri” za burtę. Sam Urugwajczyk w sezonie strzelił 12 bramek i miał 16 asyst. W kolejnym sezonie coraz bardziej zaczęły mu jednak doskwierać kłopoty zdrowotne, przez co stracił sporo spotkań. I tak zaliczył jednak 11 bramek. Później było coraz gorzej. Wypadał co chwilę, dodatkowo przez pół roku nie był w stanie wrócić na boisko. Gdy grał, nadal miewał mecze, w których potrafił decydować o punktach. Mecz z Romą, 3:3 – bramka i dwie asysty, rewanż z Benficą w 1/8 finału LM, wygrana 4:3 i ponownie bramka i dwie asysty „El Chico”. Chievo Verona – bramka i asysta dały zwycięstwo 2:0. I ten wspaniały mecz na początek 2005 roku, gdy został wpuszczony na boisko na 13 minut przed końcem. Zaliczył bramkę, asystę, a jego zespół odwrócił wynik z 0:2, na 3:2. W sezonie 2005/2006 wchodził dużo mniej, a nawet jeżeli był w pełni, sił głównie okupował ławkę rezerwowych. A gdy zdarzało się wychodzić w pierwszym składzie, to często z opaską kapitańską na ramieniu, przy nieobecnościach Javiera Zanettiego. A i wtedy zdarzało się wygrywać mecze, m.in. z Lazio, przy dwóch bramkach i asyście i zwycięstwie 3:1. Inter w końcu zdobył wtedy upragnione Scudetto. Obronił go zresztą w następnej kampanii, ale z coraz mniejszym udziałem Recoby.
Po tym sezonie Urugwajczyk odszedł do Torino na wypożyczenie. Tam szkoleniowcem był Walter Novellino, który miał ponownie go wskrzesić. Za wiele jednak ugrać się nie udało. Bramka i dwie asysty w Serie A to wynik zdecydowanie odbiegający od jego normy, nawet w sezonach, gdy większość czasu był kontuzjowany. Jego czas we Włoszech dobiegł końca. Jeden sezon został jeszcze w Europie, przechodząc do greckiego Panioniosu, ale i tam furory nie zrobił. W styczniu 2010 roku zdecydował się powrócić do domu i podpisał kontrakt z Danubio, gdzie w końcu odbudował się fizycznie i był w stanie zagrać kilkanaście spotkań bez żadnych problemów, choć jego forma strzelecka uleciała. Kibice jednak i tak go kochali, miał bowiem mnóstwo lukratywnych ofert, ale zdecydował, że to czas na powrót do domu. W końcu dla niego, chłopaka stąd liczyła się tylko piłka. Miłości kibiców do niego nie zmienił nawet powtórny transfer do Nacionalu, gdzie spędził jeszcze cztery lata, jednak w dwóch ostatnich był już cieniem samego siebie. Zdobył jednak razem z klubem dwa razy mistrzostwo. Mając 39 lat na karku, zdecydował się odwiesić buty na kołek. W 2021 roku zdecydował się rozpocząć pracę trenera. Najpierw był asystentem, a następnie samodzielnie przejął zespół rezerw Nacionalu. Na jego mecz pożegnalny zebrała się cała świta na czele z Riquelme, Zanettim i ….. dwoma kolejnymi prezydentami Urugwaju. W swoim kraju nadal jest wielbiony, o czym wspominał m.in. Luis Suarez, który powtarzał, że Recoba to jego idol. Technicznie był jednym z najlepszych na świecie, jednak bieganie zdecydowanie nie należało do jego mocnych stron. Brakowało szybkości, siły, wytrzymałości, co przełożyło się też na kolejne kontuzje. Cień pada jednak na jego poczynania w reprezentacji. Kadra sukcesy zaczęła obchodzić, gdy on odchodził, a dowodził Forlan, Suarez i Cavani. Zagrał w trzech meczach mistrzostw świata, ale jego ekipa pożegnała się po nich z turniejem w Korei i Japonii. Na Copa America zagrał tylko w sześciu meczach. Na wygrany turniej w 1995 roku nie pojechał. Podobnie na ten w 1999 roku, gdzie Urugwaj przegrał dopiero w finale z Brazylią. Podobnie w 2004 roku, gdy jego koledzy zajęli trzecie miejsce. Zagrał w 1997, gdy Urugwaj poległ już w grupie oraz 10 lat później, docierając do czwartego miejsca.
7
,,El Chino” kończy dziś 48 lat:
@Sysia11
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
9
Wybitne postacie włoskiego futbolu:
17 marca 1939 r. urodził się Giovanni Luciano Giuseppe Trapattoni, były piłkarz i trener. Jako zawodnik z sukcesami grał w latach 60-tych w A.C. Milan, gdzie dwukrotnie zdobywał Puchar Mistrzów i mistrzostwo Włoch. Poza tym zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Interkontynentalny oraz Puchar Włoch. Giovanni Trapattoni jako piłkarz zapracował na status legendy Milanu. Był też pilnym studentem Nereo Rocco, szkoleniowca, który poprowadził Rossonerich do wielkich sukcesów w latach 60-tych. Nie mogło zatem zaskakiwać, iż „Trap” trenerską karierę również zaczął właśnie na San Siro. Wydawało się to wręcz naturalne. Jednak władze klubu jakoś nie potrafiły udzielić mu pełnego zaufania. Panowało przekonanie, że Milan potrzebuje bardziej doświadczonego szkoleniowca, przy którym Trapattoni powinien się jeszcze trochę podszkolić. Tymczasem Włoch nie chciał dłużej czekać. Przeniósł się więc na ławkę trenerską Juventusu i w ciągu zaledwie dekady wygrał ze „Starą Damą” wszystko. Z taktycznego punktu widzenia Trapattoni ogromnie wpłynął na rozwój futbolu. Spopularyzował system gry zwany ,,zona mista”, oparty na proaktywnej obronie i szybkiej wymianie podań po odzyskaniu piłki. Na swój sposób „Trap” łączył więc to, co najlepsze w tradycyjnym catenaccio, którego sam uczył się od Rocco, a także ,,michelsowskim” futbolu totalnym. W jego Juventusie nie brakowało agresywnych twardzieli pokroju Claudio Gentile czy też wybieganych harpaganów w stylu Antonio Cabriniego, ale najbardziej emblematyczną postacią dla „Starej Damy” byli jednak elegancki libero Gaetano Scirea. W 1983 roku Juve przegrało jednak finał Pucharu Europy z Hamburgerem SV, co skłoniło „Trapa” do taktycznych korekt, w efekcie których turyńczycy dwa lata później zgarnęli najcenniejsze kontynentalne trofeum. Po drodze wygrywając także Puchar UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów i szereg mistrzowskich tytułów w Serie A. Absolutna dominacja. Zresztą w oparciu o gwiazdy Juve została również skonstruowana reprezentacja Włoch, która w 1982 roku zwyciężyła na mistrzostwach świata. Przez wiele lat Giovanni Trapattoni mógł uchodzić nawet za najwybitniejszego kolekcjonera międzynarodowych trofeów w piłce klubowej. Zaczął od fenomenalnej kadencji w Juventusie, gdzie zwyciężył kolejno w Pucharze UEFA, Pucharze Zdobywców Pucharów i Pucharze Europy, a pod jego wodzą błyszczeli tacy gracze jak choćby Michel Platini, Gaetano Scirea, Paolo Rossi czy Zbigniew Boniek. Potem był Inter Mediolan i kolejny europejski sukces, tym razem w Pucharze UEFA i na dokładkę powrót do Juventusu, choć generalnie niezbyt udany, to uświetniony kolejną wygraną, raz jeszcze w Pucharze UEFA. Ponadto zdobywał siedem mistrzostw Włoch (1977-78, 1981-82, 1984, 1986, 1989), mistrzostwo Niemiec (1997), mistrzostwo Portugalii (2005), mistrzostwo Austrii (2007), dwa Puchary Włoch (1978/79, 1982/83), Puchar Niemiec (1997/98), Puchar Ligi Niemieckiej (1997), Superpuchar Europy (1984), Puchar Interkontynentalny (1985). Co tu dużo gadać, doskonały dorobek a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie niespodziewana porażka „Starej Damy” w finale Pucharu Europy w 1983 roku.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
6
@FCBparasiempre
17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.
Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…
5
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
9
Fantastyczny rekord Blaugrany:
17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0(!) w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu w meczu o stawke. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był wówczas nie tylko znakomitym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii.
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
8
Wybitne postacie argentyńskiego futbolu:
16 marca 1938 r. urodził się Carlos Salvador Bilardo, były argentyński piłkarz, trener i ginekolog. Jako zawodnik pełnił funkcję pomocnika i większość swojej kariery spędził w San Lorenzo de Almagro i Estudiantes de La Plata w latach 60-tych. Bilardo z reprezentacją Argentyny wygrał mistrzostwo świata na mundialu Mexico 1986 a we Włoszech w 1990 r. wicemistrzostwo. Bilardo nazywano ,,El narigon”- Wielki nos ale Bilardo miał jeszcze coś, co wyróżniało go w futbolowym środowisku. Skończył studia medyczne i został lekarzem. Pracował w najlepszych klubach: Estudiantes , Deportivo Cali, San Lorenzo, FC Sevilla i Boca Juniors. W tych dwóch ostatnich trenował Maradone. Jest jedną z najwybitniejszych postaci argentyńskiego futbolu ale we własnym kraju doceniono go dopiero, kiedy doprowadził kolumbijskie Deportivo do finału Copa Libertadores, po czym federacja kolumbijska powierzyła mu funkcje trenera reprezentacji. Kiedy Argentyna przegrała mundial w Hiszpanii, Bilardo jako trener mistrzowskiego Estudiantes w lidze Metropolitano, stał się naturalnym kandydatem na trenera kadry i był nim przez 8 lat.
Jego szkoła futbolu nazywana bilardizmo, nakazywała zawodnikom wykonywanie poleceń trenera i trzymanie się nakreślonych przez niego planów meczu. Z kolei Menottismo, szkoła Menottiego dawała graczom większą swobode ale mimo tych reguł Bilardo nie ograniczał piłkarzy i Argentyna pod jego wodzą grała w Meksyku bardzo ładnie, widowiskowo, strzelała sporo goli. Kiedy już zdobyła tytuł, w szatni na Estadio Azteca Bilardo się rozpłakał i jak twierdzi w swojej książce Maradona, powtarzał tylko nazwisko swojego mistrza, słynnego, nieżyjącego wówczas trenera Estudiantes Osvaldo Zubeldii. To on jako pierwszy trener w Argentynie rozpoczynał przygotowania do meczu od zebrania informacji na temat każdego zawodnika w drużynie przeciwnika i jej stylu. Bilardo przestrzegał tych zasad i w pewnym stopniu także dzięki temu, podczas mundialu we Włoszech doszedł z Argentyną do finału. Drużyna grała wtedy znacznie słabiej niż w Meksyku. Zwykle opanowany, nie wytrzymał, kiedy w finale mundialu w Meksyku Burruchaga strzelił gola na 3:2 a wszyscy piłkarze Argentyny przez minute się cieszyli. Bilardo krzyczał na nich, przeklinał, groził, kazał cofnąć się napastnikom a wszystko to miało być jasnym przekazem: ,,Co z tego że prowadzicie jednym golem. To jest finał mistrzostw świata, do końca meczu pozostało aż 5 minut a po drugiej stronie boiska stoją Niemcy”.
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
7
@FCBparasiempre
Kolejny Puchar Narodów Europy rozgrywany był cztery lata później w Hiszpanii ale już w atmosferze ważnych zmian. U progu lat 60-tych, niemal w jednym czasie dokonano zmiany warty na najwyższych szczeblach w FIFA i UEFA. Prezydentem FIFA został wybrany Anglik sir Stanley Rous a na szefa UEFA mianowano Szwajcara Gustava Wiederkehra. Obaj przyczynili się do uatrakcyjnienia rozgrywek o Puchar Delaunaya. Każdy z nich na swój sposób. Szwajcar był gorącym orędownikiem przekształcenia nieformalnych zawodów kontynentalnych w oficjalne Mistrzostwa Europy. Dążył do tego aby nowo powstałej imprezie nadać znacznie większą rangę. Swoją koncepcje wzorował na modelu rozgrywania mistrzostw świata, gdzie system meczów grupowych umożliwiał wszystkim uczestnikom wykazanie się w większej liczbie gier, niż gwarantował to mniej sprawiedliwy i bardziej drastyczny system pucharowy. Wiederkehr usiłował za wszelką cene przywrócić znaczenie meczom międzypaństwowym, gdyż pozostawały one w cieniu klubowej rywalizacji, której prestiż zapewniała gra o dużą stawkę. W 1964 r. tych ambitnych planów nie udało się zrealizować ale już cztery lata później Szwajcar mógł wcielić je w życie. W końcu za namową Rousa Anglicy przystąpili do mistrzostw Starego Kontynentu. Z wielkiej Brytanii nie wystartowała tylko Szkocja. Mimo to liczba uczestników w stosunku do premierowych eliminacji znacząco wzrosła. Chęć uczestnictwa w zawodach zgłosiło 29 federacji z grona 32 członków zrzeszonych w UEFA. Zabrakło jedynie Finlandii, wspomnianej Szkocji i… co wzbudziło najwięcej kontrowersji, ekipy RFN. Niemcy byli akurat w przededniu inauguracji Bundesligi. Zaaferowani przygotowaniami do nowej formuły ligowych rozgrywek, zrezygnowali z batalii o udział w Pucharze Narodów Europy. Tym razem, ze względu na większą liczbę uczestników, rozszerzono kwalifikacje do trzech zasadniczych rund. W 1/16 finału znalazło się 13 par(wolny los uzyskał ZSRR, Luksemburg oraz Austria) ale z uwagi na wykluczenie Grecji przez UEFA, mecze rozegrano pomiędzy 24 uczestnikami. Do wyłonienia zwycięzców potrzebowano jednak 25 spotkań. Zacięte boje Bułgarii z Portugalią przyniosły w dwumeczu rezultat remisowy i o wszystkim miało zadecydować dodatkowe spotkanie na neutralnym terenie w Rzymie. Tam minimalnie lepsi okazali się Bułgarzy po golu Asparuchowa. Wszystkich jednak elektryzowała potyczka Anglików z Francuzami. Po remisie w Sheffield w uprzywilejowanej sytuacji byli piłkarze francuscy. Anglicy pojechali jednak do Paryża z podniesionym czołem i z nowym trenerem Alfem Ramsey’em. Debiut okazał się fatalny. Porażka 2:5 była niezwykle bolesna. Nauczyciele futbolu wystąpili w roli uczniów. Francuzi zagrali osłabieni brakiem Raymonda Kopy, lecz nie przeszkodziło im to w pewnym zwycięstwie. W 1/8 nie zabrakło więc Francji, ale zabrakło Polski. Biało-czerwoni nie sprostali Irlandii północnej, solidarnie przegrywając oba mecze po 0:2. Piłkarze z Belfastu znaleźli swoich pogromców już w 1/8 finału a przeciwnikiem był nie byle kto, gdyż przyszli mistrzowie, Hiszpania. Remis w Bilbao i porażka gospodarzy w Belfaście dały awans Hiszpanii. Z kolei obrońca tytułu miał znacznie trudniejsze zadanie. W 1/8 trafił na Włochów. W Moskwie gospodarze wygrali dość pewnie 2:0. W Rzymie osiągnęli zaś satysfakcjonujący remis, choć wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby Mazzola wykorzystał rzut karny. Rosjanie i z tej opresji wyszli obronną ręką… Lwa Jaszyna. Natomiast w ćwierćfinale ,,Sborna” poradziła sobie ze Szwecją, remisując na wyjeździe 1:1 i pewnie wygrywając w Moskwie 3:1. Czołową stawkę uzupełnili Węgrzy, w pobitym polu zostawiając Francję. Mimo nieustannie napiętych stosunków na linii Hiszpania-ZSRR gospodarze turnieju nie mogli już stwarzać żadnych trudności. Jako organizatorzy turnieju finałowego musieli przedstawić odpowiednie gwarancje rządowe, a także wizowe dla pozostałych uczestników mistrzostw. Arenami finałów były dwa stadiony- Camp Nou i Santiago Bernabeu. Na stołecznym obiekcie pierwszą parę półfinałową stworzyli Hiszpanie z Węgrami. W zespole gospodarzy obok znamienitych gwiazd FC Barcelony i Realu Madryt wystąpił młody Bask, Jose Angel Iribar. Miał być w hiszpańskiej bramce następcą Ricardo Zamory, ale wówczas nikt nie śmiał o tym nawet marzyć. Iribar był najmłodszym bramkarzem turnieju. W chwili debiutu liczył sobie 21 lat i 109 dni. Naprzeciwko niego grał nastoletni Węgier, który strzelając mu gola, został na długi czas najmłodszym zdobywcą gola w całej historii mistrzostw Europy. Ferenc Bene dokonał tej sztuki w wieku 19 lat i 182 dni. Gol ten nie zapewnił jednak Madziarom gry w wielkim finale. Hiszpanie okazali się silniejsi. Długo prowadzili po strzale Peredy głową. Chwila dekoncentracji kosztowała ich jednak utratę dodatkowych nerwów w dogrywce. Tam największym spokojem wykazał się Amancio i to dzięki niemu wybrańcy trenera Villalongi zagrali w wielkim finale. W drugim półfinale ZSRR podejmował Danię. Nadzieje pokładane w skuteczności napastnika Madsena okazały się tym razem płonne. Strzelali tylko przeciwnicy i to aż trzykrotnie, w skutek czego awansowali do finału. ,,Niezależnie od mojej opinii są mistrzami Europy. Awansując powtórnie do finału udowodnili że mają wyjątkowe umiejętności. Węgrzy byli wspaniali ale w finale to Rosjan należy się obawiać”. Tymi słowami Jose Villalonga komplementował rywali przed decydującym starciem. Nie udało się zagrać przed czterema laty, teraz więc nadarzała się znakomita okazja do zademonstrowania swoich umiejętności. Dotyczyło to jednych i drugich, choć to Hiszpanie byli gloryfikowani za grę klubowych drużyn w europejskich pucharach. Villalonga znał swój fach. To nie kto inny jak on stał za pierwszymi sukcesami Realu Madryt na europejskiej arenie. Dwukrotnie doprowadził ,,Królewskich” do triumfu w Pucharze Europy. Trybuny Estadio Santiago Bernabeu wypełniły się po brzegi. W loży honorowej miejsce zajął generał Franco. Starcie gigantów oraz dwóch laureatów Złotej Piłki. Z jednej strony Lwa Jaszyna, z drugiej Luisa Suareza. Albert Szesterniew przeznaczony był do opieki nad Suarezem. Jednak już na początku meczu dał się ograć Suarezowi. Wszystko miało miejsce w okolicach pola karnego. Po chwili Hiszpanie strzelili pierwszego gola. Dośrodkowanou adresowanym do Peredy nie zdołał zapobiec Szesterniew. Rosjanin nie opanował piłki, na co Pereda zareagował natychmiastowym strzałem, posyłając piłkę z kilku metrów pod poprzeczkę. Zawodnicy ,,Sbornej” wzięli się szybko do odrabiania strat i zaledwie po 2 minutach nastąpiła szybka odpowiedź. Piłke spod własnej bramki wybijał Jaszyn. Ta trafiła wprost do Mudrika, który po długim rajdzie wzdłuż linii bocznej przerzucił ją na drugą stronę boiska do lewoskrzydłowego Chusainowa. Strzał z 15 metrów kompletnie zaskoczył Iribara. Wynik remisowy utrzymał się do przerwy. Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. W końcu nadeszła 84 minuta. Oczekującą na dogrywke widownie ubiegł Marcelino. Całą akcje zainicjował jednak strzelec pierwszego gola Pereda. Podciągnął do końcowej linii boiska i dośrodkował do Marcelino, który wyskoczył wyżej od radzieckich obrońców. Strzał głową był na tyle precyzyjny, że futbolówka ugrzęzła w lewym dolnym rogu bramki. Jaszyn nawet nie drgnął. W ten sposób Hiszpania zdobyła tytuł najlepszej drużyny w Europie.
6
Puchar Europy Narodów część 2:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
Vamos ,,Niebiescy"! Vamos(!) po utrzymanie w Ekstraklasie!
0
@FcPortoFan1999 Jeszcze przyjdzie na nich kiedyś czas. Wzorowe zarządzanie, brak długów i porządne transfery. To wszystko musi zagrać żeby zdobyć majstra. Na to potrzeba cierpliwości i czasu...
0
@FcPortoFan1999 No zapewne będzie nam dane ale raczej nie prędko...
0
@FcPortoFan1999 Nie ma problemu, da się zrobić...
9
Przed nami Wielkie Derby Górnego Śląska po raz 123:
Stadion Śląski ma bardzo bogatą historię w polskiej piłce klubowej. Jeden z dłuższych rozdziałów na kartach chorzowskiego obiektu zapisali czternastokrotni mistrzowie Polski: Ruch Chorzów i Górnik Zabrze. Wielkie Derby Śląska przykuwały uwagę kibiców, a rolę gospodarza pełnili nawet zabrzanie. Historia największych derbów Śląska na chorzowskim gigancie rozpoczęła się w sierpniu 1956 roku, kiedy ligowe starcie drużyn z Chorzowa i Zabrza obejrzało na żywo ponad 60 tysięcy kibiców. Mecz ten odbył się dokładnie dwa tygodnie po uroczystym otwarciu Stadionu Śląskiego. Był to pierwszy dzień z ligą na tym obiekcie, chociaż nie zupełnie pierwsze spotkanie. W premierowej kolejce rundy jesiennej na Stadionie Śląskim zaplanowano dwa mecze. Najpierw na murawę wybiegły jedenastki drugoligowego AKS-u Chorzów i Cracovii, a dwie godziny później - Ruchu i Górnika. Zabrzanie byli wówczas beniaminkiem pierwszej ligi, ale w Chorzowie w pierwszej połowie radzili sobie nadspodziewanie dobrze. Prowadzili 1:0 po trafieniu Edwarda Jankowskiego, by ostatecznie przegrać 1:2. Jedną z bramek dla Niebieskich zdobył Gerard Cieślik. Było to dopiero drugie spotkanie derbowe o punkty pomiędzy obiema drużynami. Dwa lata później obie drużyny ponownie spotkały się na śląskim gigancie, ale tym razem gospodarzem był Górnik. W Zabrzu wymieniano murawę, dlatego mecze w roli gospodarza rozgrywali albo w Gliwicach, albo w Chorzowie, na obiektach Ruchu lub na Stadionie Śląskim. Obie drużyny plasowały się w czołówce ligowej tabeli, ale październikowy mecz nie zawiódł tylko fanów Górnika. Ruch mógł liczyć cały czas na Cieślika, który dał prowadzenie. Zabrzanie mieli jednak więcej gwiazd w tamtym czasie. Ernest Pol, Roman Lentner, Ginter Gawlik i Stefan Floreński sprawili, że Górnik wygrał 2:1. Największą frekwencję odnotowano na derbowym spotkaniu w 1968 roku. To był zresztą najważniejszy mecz, jaki rozegrano pomiędzy obiema ekipami na Stadionie Śląskim – decydował bowiem o mistrzostwie Polski. Górnik nie miał już szans na obronę tytułu, ale miał spory wpływ na to, kto będzie kolejnym mistrzem. Wygraną z Ruchem torował drogę Legii Warszawa, o ile ta nie przegra ze Stalą Mielec. Kilkanaście dni przed tym meczem większość biletów rozprowadzono w przedsprzedaży. Chętnych do zobaczenia derbowego spotkania było tak wielu, że musiano spotkanie przenieść z ulicy Cichej na Stadion Śląski.
W szeregach chorzowian zabrakło Antoniego Nieroby, w Górniku Henryka Latochy, Erwina Wilczka i kontuzjowanego Włodzimierza Lubańskiego. Na ten mecz Niebiescy czekali osiem lat. Świętowanie zaczęło się już właściwie w 75. minucie, kiedy Eugeniusz Faber zdobył trzecią bramkę. Wtedy złoty medal był już w kieszeni chorzowian i radości gospodarzy nie zmąciła nawet bramka Zygfryda Szołtysika. Dla Ruchu był to dziesiąty tytuł mistrzowski w historii. – Jestem tak rozemocjonowany, że trudno mi na gorąco mówić o meczu, który zakończył się naszym wielkim sukcesem. Wydaje mi się, że w końcówce sezonu moi podopieczni odzyskali dawny wigor i to w poważnym stopniu zaważyło na ostatnich wynikach – cieszył się po końcowym gwizdku Teodor Wieczorek, szkoleniowiec „Niebieskich”. Gratulacje chorzowskiej drużynie składał także trener pokonanych – Geza Kolocsay. – Tytuł dostał się w godne ręce. Chorzowianie byli najrówniejszym zespołem sezonu, o czym najlepiej świadczy fakt, że przegrali tylko dwa mecze – stwierdził Węgier. Stadion Śląski pękał wówczas w szwach, a oficjalnie mecz obejrzało 80 tysięcy kibiców. Co ciekawe, trzy dni po pamiętnym finale ligi Ruch i Górnik spotkały się ponownie na tym obiekcie. Tym razem w finale Pucharu Polski. I tak jak bohaterowie piłkarscy na boisku byli nieco zmęczeni, bo tym razem Górnik wygrał 3:0, tak i na trybunach było widać przesyt. Kolejny wielki mecz o ogromną stawkę w wykonaniu tych dwóch firm obejrzało tym razem zaledwie 8 tysięcy kibiców. Hat-trickiem w tym spotkaniu popisał się Włodzimierz Lubański. Mecz pucharowy był jednak niechlubnym wyjątkiem pod względem frekwencji, bo wszystkie inne spotkania derbowe gromadziły na Stadionie Śląskim kilkudziesięciotysięczną widownię. W 1962 roku meczem Ruch – Górnik uczczono święto pracy w popularnym „kotle czarownic”. Spotkanie oglądało około 75 tysięcy kibiców. Ogromnych emocji związanych z derbami nie umniejszył nawet fakt, że Niebiescy w ligowej tabeli plasowali się na dalszym miejscu. Chorzowianie przygotowywali się do tego meczu na specjalnym zgrupowaniu w Świerklańcu, intensywnie pracowali również zabrzanie. Rok później, chociaż frekwencja była już niemal dwukrotnie mniejsza, to derby znowu dostarczyły wielu sportowych wrażeń, a faworyzowany Górnik ponownie na Stadionie Śląskim sobie nie poradził.
W 1970 roku doszło w Chorzowie do kolejnego pojedynku w finale Pucharu Polski. Zainteresowanie spotkaniem było ogromne, a na trybunach pojawiło się około 50 tysięcy widzów. Na szczęście, zaplanowano bezpośrednią transmisję telewizyjną. Lepiej w nowy sezon weszli górnicy, którzy wygrali 3:1. Zwycięstwem zabrzan zakończyło się także ostatnie derbowe spotkanie obu ekip na Stadionie Śląskim. Zabrzanie w 2009 roku wygrali 1:0 po golu Adama Banasia, ale na koniec sezonu nie uniknęli degradacji. Derby obejrzało ponad 40 tysięcy kibiców, chociaż do ostatniej chwili spotkanie było zagrożone z powodu… zalegającego i wciąż padającego śniegu. Murawa przygotowana została przez zarządcę stadionu, ale za trybuny odpowiadał chorzowski klub. Ruch zakupił pięćset łopat, mnóstwo soli i piasku. Odśnieżać pomagali nawet kibice, którzy przyszli na Stadion Śląski ćwiczyć doping, a przy okazji mieli wkład w organizację spotkania. Rok wcześniej w Chorzowie wygrał z kolei Ruch 3:2, a atmosfera była równie podniosła. Kibice tworzyli specjalne strony internetowe poświęcone derbom, wykupiono billboardy na ulicach śląskich miast. Ostatni raz tylu widzów oglądało ligowe spotkanie w 1984 roku! Zaplanowano bogaty program artystyczny przed pierwszym gwizdkiem, a spotkanie swoim występem uświetniła między innymi... Doda.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
6
@FCBparasiempre
16 marca 1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował, na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie, kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany. Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana. Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52 minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz Puchar Ligi. ,,Było wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie. Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów, uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”- przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie, który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom. Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu, tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju. Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo! Musicie być jak Widzew!”.
To co wyprawiał wówczas Widzew w Europie przechodzi ludzkie pojęcie, zwłaszcza że grał już bez Bońka, który odszedł do Juventusu. Czegoś takiego nie dokonał żaden Polski klub i raczej już nie dokona. Ja osobiście jako gówniarz oglądałem ten mecz w Polskiej telewizji i byłem wówczas tak szczęśliwy i dumny że nie zapomnę tego do końca życia! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią ,,tamtego” Widzewa to polecam książke ,,Wielki Widzew”.
Gorąco pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa!
5
Spektakularny wyczyn w dziejach polskiego futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
9
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
Dokładnie 30 lat temu FC Barcelona pokonała w fazie grupowej Ligi Mistrzów Spartak Moskwa 5:1(1:1) na Camp Nou. W grupie A faworytem do zwycięstwa była oczywiście Blaugrana, której głównym problemem pozostawał wciąż obowiązujący limit trzech obcokrajowców w meczu. Cuyff miał w składzie Koemana, Laudrupa, Stoiczkowa i Romario, więc wybór był trudny a jeden gwiazdor każdorazowo obrażony. Najpierw padło na Stoiczkowa, choć to właśnie 2 gole Bułgara w rewanżowym meczu drugiej rundy kwalifikacji z Austrią Wiedeń zapewniły Barcie awans do fazy grupowej. W drugim meczu na ławce zasiadł Romario, w trzecim Laudrup, podobnie jak i w czwartym. Właśnie mecz tej serii, wygrany ze Spartakiem 5:1 był pierwszym, w którym popis dał duet rywalizujących ze sobą na boisku ale przyjaźniących się szczerze poza nim(Stoiczkow został chrzestnym dziecka Romario) napastników. W piątym znowu na trybunach zasiadł Stoiczkow a w szóstym Laudrup. Jak widać nietykalny był tylko Koeman.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
9
Zapomniane legendy FC Barcelony:
16 marca 1930 r. urodził się Ramón Villaverde, urugwajski pomocnik. Zakup Urugwajczyka z Kolumbijskiego Millonarios F.C. był jednym z największych transferów FC Barcelony lat 50-60 z poza Europy. Grał najczęściej w środku pomocy albo na skrzydle ale nawet grając na skrzydle często schodził do środka, gdzie w pełni wykorzystywał swój niezwykły talent do czytania gry. Podobnie jak wielu latynoamerykańskich graczy w jego czasach, Villaverde miał potężny strzał i niesamowitą kontrolę, w tym niezwykłą umiejętność omijania przeciwników bez pozornie nawet dotykania piłki. On i galicyjski napastnik Luis Suárez doskonale się rozumieli, podczas gdy jego fani i koledzy szczególnie cenili jego prosty, przyziemny charakter. Był także wspaniale zdyscyplinowany, jeśli chodzi o swój potencjał, co wydatnie pokazał w sezonie 1963/64, kiedy zgodził się spędzić ostatni rok swojego kontraktu na wypożyczeniu w Racing Santander, mówiąc: „Nie jestem jeszcze za stary na piłkę nożną, ale jestem za stary, by grać dla Barçy”. Villaverde w barwach Blaugrany zdobył 151 goli, zdobywając 2 mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Hiszpanii.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
12
Czy wiecie że…
16 marca 1920 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie ze Slavią Praga na Camp del Carrer Industria, wygrane nie bez trudu 3:2. Był to pierwszy mecz w historii z drużyną z Europy środkowowschodniej.
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
14
Rekordy ,,La Pulgi”
Dokładnie 10 lat temu Lionel Messi strzela hattricka w meczu La Liga z Osasuną, czym bije rekord klubowy Blaugrany należący do Paulino Alcantary(395 goli). Niektóre źródła błędnie podają 369 goli Alcantary. Tutaj oficjalnie: https://www.fcbarcelona.com/en/card/648422/paulino-alcantara
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
11
Wobec takiej historii, żaden cule nie może przejść obojętnie:
16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.
@AssisMoreira
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
6
@FCBparasiempre
FC Barcelona nie kupowała Maradony tylko ze względów sportowych. Prezydent Josep Lluis Nuñez uważał iż dzięki nowym możliwościom, które pojawiły się po śmierci Franco zespół z Katalonii może stać się globalną marką. Maradona znany już na całym świecie idealnie wpisywał się w tę strategie, co oznaczało skądinąd udział w jeszcze większej liczbie wyczerpujących meczów towarzyskich. Sam piłkarz nie krył ogromnych ambicji. Po przylocie do Katalonii był, wedle relacji skrzydłowego Lobo Carrasco, ,,niewinny i głodny… chciał pożerać cały świat, co mnie trochę przerażało”. Na początku była więc seria świetnych występów, szczególnie w trakcie wyjazdowej wygranej z 4:2 z Crveną Zvezdą, kiedy to belgradzka widownia zgotowała mu aplauz gdy opuszczał boisko ale już w jej trakcie zaczęło dochodzić do pierwszych spięć. Maradona zatrudnił jako osobistego trenera, mieszkającego w Barcelonie Argentyńczyka Fernando Signoriniego, co rzecz jasna nie spodobało się sztabowi medycznemu jego nowego klubu. Niepokojono się także liczbą członków rodziny i przyjaciół, którzy zasiedlili przygotowany dla niego dom, tak zwanym klanem Maradony. Mówiono o niekończących się imprezach, o braniu narkotyków, o awanturach w nocnych klubach, atmosferze braku dyscypliny i rozluźnienia obyczajów. Dziesięć lat później Maradona przyznał że to podczas pobytu w Barcelonie po raz pierwszy sięgnął po kokainę. ,,Kiedy w to wchodzisz – tłumaczył – w gruncie rzeczy chciałbyś powiedzieć ,,nie”, ale potem słyszysz swój głos mówiący ,,tak”. Wydaje ci się iż będzie potrafił to kontrolować że wszystko będzie OK… a potem sprawy się komplikują”. Był wówczas twarzą kampanii antynarkotykowej. Na boisku sprawy też nie układały się najlepiej. Wedle jego własnych słów miał kłopoty z dostosowaniem się do ,,furii” hiszpańskiej piłki. Inni zawodnicy byli dużo lepiej przygotowani fizycznie a on wciąż nie potrafił podporządkować się zaleceniom trenera Udo Lattka, podczas treningów każącego im biegać z piłkami medycznymi, jak mówił, im ważniejszy mecz, tym cięższa piłka. W ciągu pierwszych 6 miesięcy w Barcelonie zdobył tylko 6 goli, w grudniu zaś zachorował na żółtaczke. Pierwsze Boże Narodzenie z dala od ojczyzny przeżył bardzo boleśnie. ,,Boję się samotności jak cholera”- powiedział ,,Marce”. Jego stosunki z Nuñezem pozostawały napięte po tym, jak prezydent skrytykował go za zaproszenie kolegów z drużyny do paryskiej knajpy po wygranym meczu towarzyskim z PSG ale klub zrobił wiele by zadowolić swoją supergwiazdę. Był to jeden z oczywistych powodów zastąpienia Lattka Menottim. Nowy szkoleniowiec zaś niemal od razu zdecydował o przeniesieniu godziny treningów z przedpołudniowej na piętnastą, dużo bardziej odpowiadającą argentyńskiemu stylowi życia. Nie był to jednak udany sezon. FC Barcelona zajęła 4 miejsce w lidze z 15 punktami straty do mistrzowskiego Athletic Bilbao, przegrała z Aston Villą w Superpucharze Europy i odpadła z Pucharu Zdobywców Pucharów po meczu z nienajsilniejszą przecież Austrią Wiedeń. Nastroje mogły poprawić nieco występy w Copa del Rey, gdzie Barça doszła do finału, choć tuż przed nim doszło do kolejnej kontrowersji z udziałem Maradony. Argentyńczyk wraz z Schusterem zostali zaproszeni do występu w meczu pożegnalnym legendarnego Paula Breitnera. Problem w tym że ów mecz miał się odbyć na 4 dni przed finałem Pucharu Króla i choć Breitner wysyłał po Maradone prywatny samolot, Nuñez zabronił mu podróży do Monachium. Argentyńczyk nie miał zamiaru posłuchać ale klub odmówił wydania mu paszportu przechowywanego wraz z dokumentami reszty zespołu. Maradona uznał to za niedopuszczalne ograniczenie wolności i nie tylko skomentował to nie przebierając w słowach ale rozwścieczony rozwalił kilka pucharów w klubowym gabinecie z trofeami. Dzień później grupa kibiców zaatakowała go po zakończeniu treningu. Niezależnie od tego zamieszania Barça pokonała jednak Real Madryt w finale 2:1 a Maradona wypracował gola strzelonego przez Victora.
Zwycięstwo nie poprawiło mu jednak humoru. Krytykował sędziów za to że nie chronią utalentowanych piłkarzy przed atakami rywali i narzekał iż kiepska realizacja transmisji telewizyjnych umożliwia faulowanie poza kamerami. Jego krytycy, których w Hiszpanii nie brakowało mówili że symulował i rozdmuchiwał rzekome faule. W tym samym czasie Menotti wdał się w publiczną polemikę z trenerem Athletic Bilbao, Javierem Clemente. W czwartej kolejce kiedy Barça spotykała się z drużyną z Bilbao, atmosfera była wyjątkowo napięta. Rankiem w dniu meczu Maradona odwiedził w miejscowym szpitalu chłopca potrąconego przez samochód. Kiedy wychodził, młody pacjent powiedział: ,,Diego, bądź ostrożny, będą na ciebie polować”. Jak zawsze przesądny, Argentyńczyk uznał to za przepowiednie. Mecz początkowo przebiegał po myśli Blaugrany. Katalończycy prowadzili 3:0. Później doszło jednak do nieprzyjemnego incydentu, którego konsekwencje okazały się dramatyczne. Schuster szukający rewanżu za faul i kontuzje jeszcze z ubiegłego sezonu sfaulował Andoniego Goikoetxee, po czym zachwycony tłum zaczął skandować nazwisko Niemca. Maradona widząc narastającą furie obrońcy Athleticu, powiedział mu żeby się uspokoił ale kilka minut później Goikoetxea wszedł ostrym wślizgiem w jego noge łamiąc mu lewą kostke. ,,Zabrania się być artystą”- napisano na pierwszej stronie dziennika ,,Marca”. Początkowo zapowiadało się że dla Maradony oznacza to koniec sezonu ale(ciężko pracując z Olivą) zdołał wrócić do gry już po 3 miesiącach, w swoim stylu uświetniając pierwszy występ dwoma golami w wygranym 3:2 meczu z FC Sevillą. Trzy kolejki później Barça znów spotkała się z Athletikiem. ,,Bronca” odezwała się po raz kolejny, gdyż Maradona zdobył obydwa gole a Katalończycy wygrali 2:1. Na wygranie ligi nie wystarczyło czasu. FC Barcelona zakończyła rozgrywki na 3 miejscu. Aby móc wystąpić w marcowym ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem United, Maradona dostał zastrzyk przeciwbólowy ale grał słabo i musiał zejść z boiska na 20 minut przed końcem. Wybuczany przez widownie siedział w szatni i płakał. Zmiana scenerii nie przyniosła zmiany oczekiwań publiczności. Jego stosunki z Nuñezem pogorszyły się po raz kolejny, kiedy piłkarz udzielił wywiadu Jose Marii Garcii, dziennikarzowi krytycznemu wobec prezydenta klubu. Nuñez zareagował sugestią że żółtaczka Maradony to efekt wystawnego trybu życia. Czując że ma coraz więcej fanów przeciwko sobie, Argentyńczyk uznał iż musi odejść a Cyterszpiler aż zacierał ręce na myśl że będzie mógł się tym zająć. Poza wszystkim Maradona potrzebował pieniędzy. Przed końcem pobytu piłkarza w Barcelonie First Champion Productions(tak teraz nazywała się firma Maradona Productions) przynosiła straty. Kontuzje i niepowodzenia w walce o tytuły obniżyły wartość marketingową zawodnika, reklamę McDonalda trzeba było kręcić od pasa w góre, tak żeby nie widać było gipsu, przepadł milion dolarów zainwestowany w film biograficzny a styl życia Maradony do tanich nie należał. Bez przerwy kupował nowe samochody, nie tylko dla siebie ale także dla pozostałych członków ,,klanu”. Kiedy Nuñez odmówił pokrycia czeku wystawionego przez Olive a Cyterszpiler(prowokując prezydenta klubu) zaczął mówić o odejściu, doszło do kolejnego zaognienia konfliktu. Czara goryczy przelała się jednak w następnym finale Copa del Rey, gdzie rywalem Barçy znów był Athletic. W tygodniu poprzedzającym mecz Maradona i Clemente ścierali się na łamach prasy a napięta atmosfera zamieniła się we wrogą, gdy kibice Athleticu zaczeli buczeć podczas przedmeczowej minuty ciszy ogłoszonej w związku ze śmiercią 2 fanów Blaugrany, którzy zgineli w wypadku samochodowym. Athletic wygrał 1:0 a po ostatnim gwizdku Maradona do reszty stracił panowanie nad sobą. Jak później stwierdził, czuł się sprowokowany przez baskijskiego obrońcę Jose Nuñeza, z którym wcześniej starł się twarzą w twarz, a który teraz pokazał mu znak wiktorii ale trudno to potraktować jako usprawiedliwienie brutalnego ataku na Miguela Angela Sole. Rezerwowy Athleticu wybiegł właśnie na boisko by cieszyć się z wygranej, kiedy Maradona rzucił się na niego kopiąc go w twarz i obalając na ziemie. Wywołało to regularną bójke nie tylko z udziałem kopiących się nawzajem piłkarzy obu drużyn ale także rezerwowych, policjantów, dziennikarzy i kibiców, którzy wdarli się na boisko. Argentyńczyk był jednym z 6 graczy zdyskwalifikowanych później na 3 miesiące(ukarano po 3 z każdej drużyny). ,,Po meczu rzuciłem się na nich ponieważ przez cały czas bili nas i zaczepiali aż w końcu jeden z nich pokazał mi 2 palce i gówno wpadło w wentylator… Napieprzaliśmy się wszyscy na środku boiska… Bogu dzięki że Migueli i reszta chłopaków stanęli w mojej obronie, gdyż inaczej chyba by mnie zabili”- tłumaczył Maradona w autobiografii.
Po rezygnacji Menottiego nowym trenerem FC Barcelony został Terry Venables a Maradone sprzedano za 13 milionów dolarów do Napoli, dzięki czemu stał się pierwszym piłkarzem w historii, który dwukrotnie zmienił klub bijąc transferowy rekord świata. Presja pod jaką miał się znaleźć w Neapolu nie była jednak mniejsza niż w Argentynie czy Katalonii. Jeśliby je porównać była wręcz większa. Lądując we Włoszech w lipcu 1984 r. najpierw udał się na Capri, później podróżował bocznymi drogami żeby uniknąć tłumów, w końcu zaś przyleciał na stadion San Paulo helikopterem, prawdziwy mesjasz zstępujący z nieba, którego nadejście entuzjastycznie przyjmowały tysiące wiernych a ponieważ FC Barcelona zażądała 600 tysięcy dolarów zadatku, ponoć złożyły się na niego tysiące Neapolitańczyków przekazując drobne sumy do miejscowego towarzystwa budowlanego. To ostatnie można zresztą potraktować jako ilustracje tego, jak bardzo zależało mieszkańcom miasta na ściągnięciu Maradony do klubu albo tego, w jakim stopniu klub i miasto znajdowały się w kleszczach camorry. Trudno tu o twarde dowody ale biograf Maradony Jimmy Burns należy do grupy wielu autorów kwestionujących dobrowolność tamtej zbiórki. Cyterszpiler szybko się przekonał ze panujące w Neapolu reguły kompletnie różnią się od tych, które dotąd poznał. Na ulicach sprzedawano mnóstwo produktów z wizerunkiem jego podopiecznego, od kaset po papierosy. Kiedy próbował nad tym zapanować tłumacząc że wszystko co nosi twarz Maradony powinno uzyskać licencje, został ostrzeżony przez camorrę, handlarze pracują pod opieką mafii i płacą jej prowizje. W końcu strony doszły do porozumienia. W końcu strony doszły do porozumienia. First Champion Productions zachowało prawa do reklam i marketingu ale na rynku lokalnym rządziła camorra…
7
,,Boski” Diego w Barcelonie i transfer do Napoli:
@Sysia11
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
10
Czy wiemy że:
15 marca 1892 r. narodził się jeden z najpopularniejszych klubów na świecie. Liverpool Football Club mógłby się nigdy nie narodzić, gdyby nie jedna postać. W roku 1892 powstał spór o najem, w efekcie czego Everton opuścił Anfield, a prezes klubu John Houlding został wspólnie z garstką fanów i tylko trzema zawodnikami z pierwszego zespołu. Jednak był zdecydowany tworzyć historię piłki nożnej w mieście. Utworzył więc od podstaw nowy klub, wybrał nazwę Liverpool... i stworzył legendę. Nawet on sam nie mógł przewidzieć jak udany będzie jego plan. Po ponad 120 latach, The Reds jest jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie, 19-krotni Mistrzowie Kraju, 8-krotni zwycięzcy FA Cup, 9-krotni zwycięzcy Pucharu Ligi, 6-krotni zdobywcy Pucharu Europy i 3-krotni zdobywcy Pucharu UEFA.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
0
@KrychaFCB No właśnie w Ligue 1. Jednak jak pokazuje historia, Liga Mistrzów to zupełnie inna bajka...
1
@tribo No ja akurat w tych latach nie szalałem za jakimś klubem, jedynie za reprezentacją Argentyny...... :)
10
Blaugrana w Lidze Mistrzów:
15 marca 1995 r. FC Barcelona przegrała w Paryżu z tamtejszym PSG 2:1 w ćwierćfinale rewanżowego starcia w Lidze Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Gole dla PSG zdobyli Rai i Guerin; honorowe trafienie dla Barçy zaliczył Bakero. W pierwszym meczu na Camp Nou padł wynik 1:1. Jak widzimy już wówczas PSG mocno zalazło nam za skóre. Niejako ciekawostką jest fakt iż bramki Barçy strzegł wówczas Carles Busquets(ojciec Sergio).
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz