12

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 stycznia 1958 r. urodził się Roman Wójcicki, silny środkowy obrońca imponujący warunkami fizycznymi. Jeden z czołowych polskich defensorów w latach 80-tych. Przygodę z piłką zaczynał w rodzinnej Nysie, gdzie w wieku 11 lat zapisał się do miejscowej Stali. Początkowo grał jako napastnik, ale z czasem został przesunięty do obrony. Regularnie czynione postępy spowodowały, że zaczęły się nim interesować większe kluby. W 1975 r. trafił do Odry Opole. Dość szybko włączono go do kadry seniorów, a w lidze zadebiutował 24 lipca 1977 r. w meczu z Polonią Bytom. Dobra postawa w lidze zaowocowała powołaniem do reprezentacji do młodzieżowej, a niedługo później do seniorskiej. 12 kwietnia 1978 r. wystąpił w wygranym 3:0 meczu z Irlandią w Łodzi. Jacek Gmoch dostrzegł w nim potencjał i postanowił zabrać na mistrzostwa świata do Argentyny. Wójcicki nie zagrał tam jednak ani minuty. Wiosną 1980 r. trafił do Śląska Wrocław. Dla Odry rozegrał 82 spotkania i zdobył osiem bramek. W Śląsku dopiero od nowego sezonu zaczął regularne występy. Zawsze grał bardzo ambitnie i potrafił się znakomicie ustawiać. W 1982 r. z kolegami z drużyny zajął drugie miejsce w lidze. Dobra forma zaowocowała kolejnym powołaniem na dużą imprezę. Tym razem Antoni Piechniczek widział dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w Hiszpanii. Do pierwszej jedenastki jednak było jeszcze daleko. Duet Żmuda-Janas spisywał się bardzo dobrze i Wójcicki praktycznie cały turniej przesiedział na ławce rezerwowych. Wystąpił tylko w drugiej połowie meczu o III miejsce z Francją, w którym zmienił Waldemara Matysika. Po mistrzostwach przeszedł do Widzewa. Z łódzkim klubem związany był przez cztery lata. Zaliczył 113 spotkań, w których zdobył 11 goli. Największym jego osiągnięciem było dotarcie z kolegami do półfinału Pucharu Europy, w którym musieli uznać wyższość Juventusu. Czas spędzony w Łodzi Wójcicki wspomina jednak bardzo dobrze i podkreśla, że obok występów z orzełkiem na piersi, był to najpiękniejszy okres w jego karierze. Z Widzewem dwukrotnie był wicemistrzem Polski (1983 i 1984) i dwukrotnie zajmował trzecie miejsce (1985 i 1986). Brak mistrzostwa mógł sobie osłodzić zdobytym w 1985 r. Pucharem Polski. W 1984 r. został laureatem Złotych Butów w plebiscycie ,,Sportu”. Po mistrzostwach świata w Meksyku, w których był jednym z filarów naszej reprezentacji, wyjechał do Niemiec. Grał w FC 08 Homburg a w 1989 r. został zawodnikiem Hannoveru, z którym w 1992 r. zdobył Puchar Niemiec. Karierę kończył w TSV Havelse 1912, gdzie przez cztery lata był grającym trenerem. Później trenował zespoły z niższych lig niemieckich. Z kadrą pożegnał się w przegranym 0:3 meczu z Anglią 3 czerwca 1989 r. Czasami zarzucano mu małą zwrotność i niedostatki techniczne, przez co miał problemy ze zwinnymi zawodnikami, ale jego szybkość biegowa, siła uderzenia i waleczność rekompensowały te braki. W Reprezentacji Polski rozegrał 62 mecze, strzelając 2 gole.

Przy okazji pragnę pozdrowić wszystkich ,,Czerwonoarmistów”.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

15

Czy wiecie że:

Michael Laudrup jest jedynym piłkarzem, który grał dla Realu Madryt, gdy Królewscy pokonali FC Barcelonę 5:0, i dla Barçy, gdy ta wygrała z Realem również w takim samym stosunku. Miało to miejsce w dniu 7.01.1995 (Real – FC Barcelona 5:0) oraz 8.01.1994 (FC Barcelona – Real 5:0).

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@AssisMoreira

4

@Safrani No ja akurat wówczas nie kochałem Barcuni. Pokochałem ją dopiero w 2004 roku i w gruncie rzeczy nic a nic nie żałuje tych lat pod wodzą Rijkaarda a zwłaszcza Pepito Guardioli. Jednakże mocno doceniam "Drem Team" boskiego Johana...

9

Fantastyczny ,,Dream Team” i cudowna ,,La manita”:

8 stycznia 1994 r. FC Barcelona pokonała Real Madryt 5:0! Było to jedno z najlepszych El Clasico w historii i prawdopodobnie najlepszy mecz ,,Dream Teamu’ Johana Cruyffa. Hat-tricka ustrzelił w tym spotkaniu Romario a do historii przeszedł jego pierwszy gol, w którym zastosował trik ,,cola de vaca’’, pozbywając się krycia Alkorty. W 49 minucie drugiego gola ze wspaniałego rzutu wolnego strzelił Koeman. 7 minut później Butragueño miał najlepszą okazje do zdobycia gola dla Realu ale trafił prosto w Zubizarrete. Chwile później drugiego gola świętował Romario i losy meczu zostały rozstrzygnięte. W końcówce trzeciego gola dorzucił Romario(pamiętny ,,no-look pass” Laudrupa) a Ivan Iglesias ustalił wynik meczu. ,,Mam nadzieję że na kolejny taki wynik nie będziemy musieli czekać kolejne 20 lat”- wyraził nadzieje Cruyff, gdyż taki sam wynik padł dokładnie 20 lat wcześniej w Madrycie. Prawie wykrakał bowiem na kolejną ,,La manite” przyszło ,,nam” czekać… prawie 17 lat.

Popatrzmy:



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

„Złoty” laureat po raz czwarty z rzędu:

7 stycznia 2013 r. Lionel Messi został pierwszym piłkarzem, który aż czterokrotnie odbierał nagrodę ,,Złotej Piłki” dla piłkarza roku na świecie a w dodatku dokonał tego w czterech edycjach z rzędu! Choć w 2012 r. odbyły się mistrzostwa Europy wygrane przez Hiszpanów, komentatorzy podkreślali że do tego sukcesu przyczynił się kolektyw i ciężko wyróżnić jednego zawodnika. Messi natomiast dokonywał przez cały rok rzeczy niezwykłych, wymazując z tablic liczące sobie kilkadziesiąt lat rekordy strzeleckie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Andy19 Ale ja wchodząc tutaj widze same komentarze, nie mam pojęcia i nie widze żadnego artykułu, o którym wspominasz....?

1

@Marusek Z tak słabymi ostatnio Baskami to i ja te 3:0 biore w ciemno! :)

10

Pewne trzy punkty na „Camp de Les Corts”:

W niedziele 7 stycznia 1951 r. FC Barcelona pokonuje Atletico Madryt 3:0 w 17-tej kolejce Primera Division. Dublet w tym meczu zaliczył Katalończyk Estanislao Basora(54 i 79 minuta). Trzeciego gola dołożył genialny snajper Cesar Rodriguez w 47 minucie. Po tej kolejce Duma Katalonii uplasowała się dopiero na 17 pozycji w tabeli, tracąc zaledwie 4 punkty do prowadzącego Athletic Bilbao. Na zakończenie zmagań o mistrzostwo Hiszpanii Blaugrana zajęła 4 miejsce, ze stratą 5 punktów do… Atletico Madryt.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@AssisMoreira
@Bernard777
@Adran360

1

@Bernard777 Luca Zidane? Syn Zinedina? Ale zaraz, o co chodzi? To ojciec jest Francuzem a syn kim? Algierczykiem?

0

@Andy19 Naprawde nigdy nie słyszałeś o hiszpańskim piłkarzu Juan Mata? No to bardzo dziwne, biorąc pod uwage to że kibicujesz naszej Barcuni od 2005 r. Przecież wówczas Mata grał w Valencii i był bardzo znany w Primera Division...........

10

To był „nasz” pierwszy trener:

7 stycznia 1917 r. Anglik John Barrow zadebiutował jako pierwszy w historii trener FC Barcelony. Anglik został zatrudniony przez Joana Gampera. Barrow był byłym zawodnikiem i kapitanem FC Barcelony. Po raz pierwszy poprowadził Blaugrane w meczu Pucharu Katalonii przeciwko Internacional Barcelona(0:0). Barça została później wykluczona z tych rozgrywek za udział nieuprawnionego do gry w tym spotkaniu Argentyńczyka Juana Garchitoreny. Regulamin nie pozwalał wówczas na udział obcokrajowców w tych rozgrywkach. Natomiast Barrow nie zdążył wygrać z Barçą żadnego trofeum, po 4 miesiącach został zwolniony z powodu problemów alkoholowych. Miejsce Barrowa zajął inny Anglik – Jack Greenwell.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974

11

@FCBparasiempre
Podczas mistrzostw świata w Niemczech Messi nie odegrał wielkiej roli ale w FC Barcelonie jego znaczenie rosło z każdym miesiącem. Jeśli ktokolwiek jeszcze żywił wątpliwości, czy ma do czynienia z wielkim zawodnikiem, musiał zostać przekonany w trakcie sezonu 2006/07. W zremisowanym 3:3 meczu z Realem na Camp Nou Argentyńczyk zaliczył hattricka a w półfinale Copa del Rey z Getafe zdobył gola, który musiał skłaniać do porównań z Maradoną, nawet gdyby strzelec nie urodził się nad La Platą. Wszystko zaczęło się mniej więcej w środku boiska, Xavi podał na prawo do stojącego przy linii bocznej Messiego. Argentyńczyk minął jednego rywala, potem założył siatke drugiemu, gwałtownie przyspieszył a po jakichś 25 metrach znalazł się naprzeciwko kolejnych dwóch przeciwników(trzeci, daremnie starający się go dogonić próbował choćby złapać go za koszulke) ale tych także wyminął, wpadł w pole karne, objechał bramkarza i z ostrego kąta podciął piłke nad usiłującym jeszcze interweniować obrońcą. Jeśli zamierzał po prostu powtórzyć słynną akcje Maradony w meczu z Anglią, wyszło mu coś więcej niż doskonała imitacja. Bilardo i Maradona podkreślali zresztą że boiskowe otoczenie było inne. Przez dwadzieścia kilka metrów biegu Messi nie był atakowany; nawet jeśli mieli racje, skojarzenia z legendarną akcją wciąż czynią gola wyjątkowym. Inna sprawa że zazdrośnie strzegąc wyższości oryginału, Maradona i Bilardo nieświadomie przywołali inny wczesny mit argentyńskiej piłki: o piłkarzu, który strzelił cudownego gola po indywidualnej akcji a wracając na własną połowe, zacierał pozostawione przez siebie ślady w boiskowym pyle by nikt nigdy nie powtórzył tego aktu wirtuozerii. Sam Messi zadedykował gola Maradonie, przebywającemu wówczas na leczeniu w klinice psychiatrycznej. 6 tygodni po tym, jak odtworzył jednego z goli strzelonych Anglikom przez Maradone, skopiował też drugiego, wbijając piłke do siatki ręką w zremisowanym 2:2 meczu z Espanyolem. „To Diego! – krzyczał wówczas argentyński komentator. – Nie mówcie mi że nie. Dla mnie to Diego. To ten sam człowiek… Narodził się na nowo. Nie wierze w reinkarnacje ale… on naprawdę narodził się na nowo. Nie może być aż tylu zbiegów okoliczności. Nikt mi nie wytłumaczy że dwie rzeczy mogą się powtórzyć w sposób naprawdę, ale to naprawdę identyczny”. Gole z Getafe i Espanyolem stanowiły ostateczne potwierdzenie: wszyscy zestawiali już Messiego z Maradoną. Niezależnie jednak od gambet potwierdzających jego geniusz, nie był to dla Messiego i FC Barcelony udany sezon. Jego cudowny gol z Getafe padł w trakcie meczu wygranego 5:2. Odrobienie strat przez rywali wydawało się niemożliwe, więc przed rewanżem Argentyńczyk dostał wolne. Barça, wbrew wszelkim oczekiwaniom przegrała jednak 0:4. Gole tracone w końcówkach spotkań z Espanyolem i Betisem również okazały się kosztowne: Katalończycy stracili wówczas mistrzostwo kraju gorszą różnicą goli.

Po rezygnacji Pekermana nowym selekcjonerem został ponownie Alfio Basile, który dopiero co wygrał z Boca Aperture i Clausure. W tym czasie zdołał już posiwieć ale jego długie, zaczesywane do tyłu włosy opadały aż za kołnierzyk. Po profesorskim z wyglądu Pekermanie wydawało się to zapowiadać zejście na ziemie, jednak Basile nie zmienił wiele, jeśli idzie o styl gry. Drużyna wciąż występował w klasycznym argentyński ustawieniu 4-3-1-2, z Javierem Macherano jako „piatką”, Cambiasso i Veronem jako dobrze zbalansowaną parą otaczających go pomocników i Riquelme jako „enganche” za plecami duetu Messi-Crespo. Przez 17 dni Copa America w Wenezueli grali znakomicie, o wiele lepiej niż którakolwiek z drużyn wygrywających te rozgrywki pod Basile na początku lat 90-tych. Rzut karny Eddiego Johnsona zapewnił wprawdzie Amerykanom prowadzenie w 9 minucie inauguracyjnego meczu w Maracaibo ale już 2 minuty później Argentyna wyrównała: Crespo wykorzystał wahanie bramkarza Kellera przy opadającym w pole karne rzucie wolnym Riquelme. Po godzinie gry Riquelme dostrzegł Messiego w tłoku przed 16 metrem a precyzyjne zagranie piłkarza Barçy trafiło do wychodzącego na pozycje Crespo, który strzelił z pierwszej piłki obok bezradnego Kellera. Na ławce trenerskiej Basile, robiący wrażenie rozpiętą niemal do mostka koszulą w fioletowe-białe paski, uniósł zaciśnięte pięści w geście triumfu, dokładnie takich goli oczekiwał od składu, który wybrał. Rezerwowy Aimar strzelił głową trzeciego gola a kolejny ze zmienników, Tevez, wpadł między zmęczonych obrońców USA i ustalił wynik na 4:1. W kolejnym meczu również trzeba było zacząć od odrabiania strat: Edixon Perea przedłużył piętą strzał jednego z kolegów po rzucie wolnym sprzed pola karnego i Kolumbijczycy prowadzili 1:0. W 20 minucie Crespo wykorzystał karnego po faulu na Messim ale przy okazji nabawił się kontuzji i musiał opuścić boisko, na którym pojawił się Diego Milito. Dwa gole Riquelme(główka po dośrodkowaniu Zanettiego i jeszcze jeden fantastyczny rzut wolny) pozwoliły Argentynie prowadzić do przerwy 3:1. Nadzieje Kolumbii odżyły dzięki główce Castrillona po rzucie wolnym z lewej strony boiska ale już w doliczonym czasie gry Milito ustalił wynik meczu na 4:2. Pewni awansu Argentyńczycy wystawili przeciwko Paragwajowi rezerwowy skład ale i tak wygrali 1:0. Ćwierćfinałowym przeciwnikiem było Peru a futbol w wykonaniu Argentyńczyków był jeszcze lepszy niż dotąd, w przypadku Messiego i Riquelme hipnotyczny wręcz, z jednej strony skrzący się od gambet, z drugiej od pauz przed kolejnymi rozrywającymi peruwiańską obrone podaniami. Wydając się niemal nieprawdopodobne że przez 45 minut utrzymał się wynik bezbramkowy ale w przerwie Basile wprowadził Teveza na miejsce Milito i efekt tej zmiany był niemal natychmiastowy. W 47 minucie Tevez podał do Riquelme, który znalazł sobie miejsce do oddania strzału i uderzył tuż przy słupku z dwudziestu kilku metrów. Później Tevez trafił w poprzeczkę po dośrodkowaniu Zanettiego a mniej więcej po godzinie gry Messi strzelił drugiego gola dla Argentyny, będącego efektem popisowej akcji Riquelme, który przyjął podanie od Verona, obrócił się, zaczekał a następnie wyłożył piłkę graczowi FC Barcelony jak na tacy. Nie był to Zresztą koniec popisów: Tevez i Messi dwukrotnie wymienili podania z klepki, peruwiański bramkarz obronił strzał Leo ale był bezradny wobec dobitki Mascherano a 40 metrowy rajd Teveza zakończył się drugą w tym meczu bramką Riquelme. To prawda, rywalem było nie najsilniejsze Peru ale koncert piłkarzy Basile w drugiej połowie spełnił marzenia wszystkich argentyńskich tradycjonalistów. W półfinale czekał Meksyk, który zdążył już ograć Brazylię w fazie grupowej i rozgromić Paragwaj 6:0 w ćwierćfinale. Zaczął dobrze: Guardado trafił w słupek w pierwszej połowie a Mary Castillo w poprzeczkę na początku drugiej ale w końcu i ten zespół musiał skapitulować. Najpierw Gabriel Heinze wyskoczył do piłki długo opadającej w pole karne po rzucie wolnym Riquelme a później nastąpił kolejny błysk geniuszu Leo, równy wszystkim, jakie zaprezentował do tej pory, choć zarazem kompletnie inny. Heinze wybił długą piłkę na wolne pole do Teveza, który od razu zagrał ją na prawą stronę do wchodzącego w pole karne Messiego. Gracz Blaugrany zaś po prostu podciął ją nad bramkarzem Oswaldo Sanchezem, wyleciała wysoko w górę a potem raptownie opadła, grzęznąc w siatce ale jej trajektoria wydawała się równie nieprawdopodobna, jak naturalność, z jaką została zagrana. Wynik spotkania ustalił z rzutu karnego Riquelme ale wydarzeniem wieczoru był gol Messiego, skłaniający Basile do pytania, czy po czymś takim piłka nożna może stać się jeszcze lepsza. „Czy mamy zwinąć manatki i zająć się czymś innym? - chrypiał argentyński selekcjoner. - Czy jest coś jeszcze, co moglibyśmy zrobić? Czy po zobaczeniu takiej bramki powinniśmy w ogóle dalej grać w piłke?". Jednak gol, jakkolwiek piękny, to jeszcze nie wszystko: zanim Argentyna mogła po raz 15-ty świętować zdobycie Copa America musiała jeszcze pokonać Brazylię Dungi. Drużyna, która(po przegranej z Meksykiem na inaugurację) okazała się równie nieustępliwa, jak jej szkoleniowiec, gromiąc Chile w ćwierćfinale i pokonując po rzutach karnych Urugwaj w półfinale. Już w czwartej minucie meczu Baptista dostał długie podanie od Elano, zmienił kierunek biegu, umożliwiając sobie strzał prawą nogą i huknął w samo okienko. Na 5 minut przed przerwą skrzydła Argentyńczykom podciął samobójczy gol Ayali to dośrodkowaniu Dani Alvesa a w 69 minucie prawy obrońca Brazylii dopadł do podania Wagnera Love i ustalił wynik meczu. Po raz kolejny w historii swoich występów na wielkich turniejach Argentyna pokazała fantastyczny futbol i znów nie wystarczyło to do wygranej.

Jeśli w sezonie 2006/07FC Barcelonie nie szło najlepiej, to następny okazał się jeszcze gorsze. O Ronaldinho, który najlepsza lata kariery miał już za sobą mówiono że wywiera zły wpływ na drużynę i w końcu sprzedano go do AC Milan. Z posadą trenera rozstał się z kolei Frank Rijkaard a na jego miejsce przyszedł(ku zaskoczeniu wielu obserwatorów) niedoświadczony Josep Guardiola. Jedna z pierwszych ważnych decyzji młodego szkoleniowca było, wbrew stanowisku klubowego zarządu wyrażenie zgody na wyjazd Messiego do Pekinu, gdzie odbywały się kolejne Igrzyska Olimpijskie i gdzie Argentyńczyk miał leczyć rany zadane przez Brazylijczyków w Wenezueli. Nie była to łatwa decyzja ale okazała się słuszna, nie tylko z perspektywy Messiego i Argentyny ale także klubu, któremu zapewniła wdzięczność a co za tym idzie: lojalność zawodnika. Reprezentacja Olimpijska Argentyny była skądinąd bardzo silna. Wielu jej członków sięgnęło po młodzieżowe mistrzostwo świata w 2005 roku. Znaleźli się wśród nich Messi i Riquelme, który wrócił tymczasem do Boca a do składu został włączony jako jeden z trzech starszych zawodników. To właśnie duet Messi-Riquelme rozszczelnił obronę Wybrzeża Kości Słoniowej w meczu na inaugurację a kolejne wygrane(z Australią i Serbią) zapewniły Argentyńczykom awans do ćwierćfinału z Holandią. Tam nieporozumienie w obronie Holendrów pozwoliło Messiemu strzelić pierwszego gola dla Albicelestes a później(choć Bakkal zdołał wyrównać) jego świetne podanie umożliwiło Angelowi Di Marii zdobycie zwycięskiej bramki w dogrywce. Półfinał z Brazylią kompletnie nie przypominał ciężkiego boju dorosłych drużyn sprzed roku. Płynna wymiana podań w 52 minucie stworzyła nieco wolnej przestrzeni dla Di Marii a jego dośrodkowanie zamienił na gola Aguero, który szybko dołożył drugiego gola, w końcu zaś Riquelme wykorzystał jedenastke i ostateczny wynik można uznać za rewanż za to, co wydarzyło się w Maracaibo. Mecz o złoty medal był powtórką finału z 1996 roku, kiedy to Argentyna w pojedynku z Nigerią dwukrotnie obejmowała prowadzenie by ostatecznie przegrać 2:3. Tym razem jednak Di Maria wyprowadził Argentyńczyków na prowadzenie po solowej akcji i sprytnym wykończeniu a potem udało się uniknąć wpadek w obronie i zwyciężyć 1:0. Był to początek złotej ery Messiego. Prowadzona przez Guardiolę FC Barcelona przeżywała najlepszy okres w historii klubu a Argentyńczyk odgrywał w nim kluczową rolę, dodając szczyptę indywidualizmu i nieprzewidywalności do statecznej i często przewidywalnej tiki-taki. Grał w środku jako „fałszywa dziewiątka", po raz pierwszy występując na tej pozycji w ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów w 2009 roku, wygranym z Bayernem aż 6:2(!) a już wkrótce stając się jej symbolem. W finale z Manchesterem United zaczął z kolei na prawej stronie i po 10 minutach zszedł do środka kompletnie konfundując rywali. W tym meczu wygranym przez Barce 2:0 zdobył drugiego gola w nietypowy dla siebie sposób a mianowicie strzałem głową. Były i inne fantastyczne mecze z jego udziałem: wygrane 5:0 pierwsze El Clasico z Realem Jose Mourinho w listopadzie 2010 roku, 7:1 z Bayerem Leverkusen, w którym to meczu strzelił 5 goli będąc w trakcie serii 9 spotkań, w których zdobył 21 goli i sezonu 2011/12, w którym zaliczył w sumie 50 trafień w lidze. W kolejnym sezonie zebrał ich 46. W tamtym czasie to, co nadzwyczajne, u niego wydawało się całkowicie normalne, choć śledząc jego wyczyny w klubie Argentyńczycy wciąż się zastanawiali czy będzie w stanie powtórzyć swoje wyczyny w reprezentacji? Z daleka od Katalonii, od środowiska, które nie tylko go stworzyło ale wydawało się także stworzonym dla niego...

8

4

@FcPortoFan1999 Tak po prawdzie to powinna się tym zajmować redakcja. Właśnie tym, w czym ją wyręczam a nie tylko bieżącymi "pierdółkami"...

2

@FcPortoFan1999 Szczerze? Zupełnie mnie to nie kręci! Ale bardzo ci dziękuje za to wyróżnienie.

13

„Penya Solera”:

„La Rambla” od początku XX wieku była jednym z centrów barcelonizmu w mieście. Przy tym deptaku nieopodal fontanny „Canaletes” znajdował się bar „Solera”, w którym grupka kibiców klubu często spotykających się w tym lokalu postanowiła utworzyć zorganizowane Stowarzyszenie aby wspierać swoją drużynę. I tak w 1944 roku powstała „Penya Solera”, pionierska organizacja wśród penyi blaugrana. Jej utworzeniu sprzyjała sytuacja społeczno-polityczna. W czasach powojennych Barça musiała Znieść wiele ingerencji ze strony frankistowskich władz, które zmusiły klub do zmiany nazwy i herbu. Wszystko to odegrało kluczową rolę w utworzeniu penyi, która chciała być stowarzyszeniem wspierającym klub w tym trudnym okresie. W tym celu podejmowano wiele działań takich jak organizacja wyjazdów na mecze pierwszej drużyny. W swoim lokalu przy pasażu ,,Mendez Vigo" będę usytuowanym przed siedzibą klubu, jej członkowie spotykali się i dyskutowali o bieżących sprawach Barcy albo grali w domino. Wśród popularyzatorów penyi wyróżniają się takie osobowości barcelonizmu jak Josep Samitier, Jaume Ramon czy Evarist Arrayan, do których w późniejszym czasie dołączyli tak legendarni piłkarze jak Mariano Martin, Cesar Rodriguez, Antoni Ramallets czy Gustau Biosca. Potem doszedł jeszcze Nikolau Casaus, założyciel „Penyi Germanor Barcelonista d' Igualda”, który został jednym z dyrektorów klubu. Początkowo, jak już zostało wspomniane, „Penya Solera” miała siedzibę przy pasażu „Mendes Vigo”; później przeniosła się do budynku przy ulicy Trafalgar, potem na „Torre Urquinaona” i wreszcie do lokalu przy ,,Pelai i Avenir”, wtedy jeszcze znanej jako ,,Porvenir”. W latach 50-tych penya przeżywała moment największej świetności. Od 1952 roku funkcjonowała oficjalnie jako „Penya Barcelonista Solera”. Przyczyniła się do utworzenia filii o takiej samej nazwie w całym kraju i stała się przykładem dla wszystkich innych podobnych barcelońskich stowarzyszeń. Spośród jej działań wyróżnia się przede wszystkim rozdawanie zabawek, była to akcja organizowana co roku w Święto Trzech Króli, kiedy piłkarze pierwszej drużyny odwiedzali osierocone dzieci w przytułku Durant. Penya zajmowała się również bardziej ludycznymi aspektami życia, jak choćby wtedy, gdy z okazji karnawału niektórzy z jej członków przebrali się i zrobili rundę po kilku kabaretach. Po drodze zabrali ze sobą porzuconego osła, którego sprowadzili do miasta a kiedy udało im się wsadzić zwierzę na platformę Fiata 500 topolino, zawieźli je aż do siedziby penyi, mieszczącej się wtedy przy placu „Urquianona”. Gdy dotarli na miejsce wciągnęli osła do środka mimo oburzenia sąsiadów. Po okresie intensywnej działalności i rozległych wpływów „Penyi Solera” rozpoczął się jej schyłek zakończony rozwiązaniem stowarzyszenia w latach 90-tych XX wieku.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

8

Football to musi być football!

Zima na przełomie 1962 i 1963 roku była najmroźniejszą na Wyspach od połowy XVIII wieku. Potężne, jak na brytyjskie warunki opady śniegu, pięciometrowe zaspy, sztormy, huraganowe wiatry i temperatury spadające poniżej -20 stopni Celcjusza sparaliżowały Anglię, Szkocję i Walię! Zerwane linie wysokiego napięcia, zamknięte drogi, pokryte lodem rzeki i jeziora. Morze zamarzające nawet półtorej kilometra od lądu i pokrywa lodowa na Tamizie tak gruba, że urządzono na niej rajd samochodowy. Ceny świeżej żywności rosnące w zastraszającym tempie, pękające rury wodociągowe. Pogoda na którą nikt na Wyspach przygotowany być nie mógł. W tych warunkach ucierpiały oczywiście także wszelkie dyscypliny sportowe. Wstrzymane zostały rozgrywki ligi rugby, pomiędzy grudniem i marcem odwołano wszystkie 94 zawody wyścigów konnych. Ucierpiała też piłka nożna. Zamarznięte boiska, odwołane mecze, paraliż rozgrywek zarówno ligowych jak i pucharowych. Z zaplanowanych na 5 stycznia 32 meczów trzeciej rundy Pucharu Anglii sezonu 1962/63, w terminie rozegrano tylko 3. Pozostałe 29 spotkań przekładano łącznie 261 razy (mecz pomiędzy Lincoln City i Coventry City odwołano rekordowe 15 razy). Aż 66 dni potrzeba było aby rozegrać wszystkie mecze trzeciej rundy. Kluby, pozbawione wpływów z biletów, ich głównego źródła utrzymania, podejmowały desperackie kroki mające na celu rozmrożenie boisk. W czasach gdy podgrzewane płyty boiska były rzadkością, a sztuka utrzymania murawy raczkowała, próby doprowadzenia boisk piłkarskich do stanu używalności były przeważnie dość prymitywne. Pługi śnieżne, potężne dmuchawy, granulkowane rozmrażacze a nawet ogień! Zdesperowani właściciele klubów gotowi byli spróbować wszystkiego. W Norwich próbowano rozmrozić murawę przy „Carrow Road” za pomocą wojskowych miotaczy ognia, ta jednak zamieniła się w błoto, a następnie szybko zamarzła. Wrexham pokryło swoje boisko grubą warstwą piachu i rozgrywało mecze przypominające bardziej piłkę plażową. Więcej szczęścia miało Leicester City, które przed sezonem położyło na stadionie nową murawę. Mieszanka nawozów sztucznych i środków chwastobójczych weszła w reakcję chemiczną, produkując dość dużo ciepła. To plus kilkadziesiąt beczek po oleju napełnionych płonącym koksem pozwoliło drużynie z Leicester rozegrać większość meczów w terminie. Inne kluby poległy w nierównej walce. W Halifax boisko zamieniono w lodowisko, a następnie pobierano opłaty za korzystanie z niego. Wiele klubów postanowiło opuścić niegościnną ojczyznę by móc w przyzwoitych warunkach rozegrać choćby kilka sparingów. Drużyna Chelsea poleciała na Maltę. Kilka sparingów i gier kontrolnych poprawiło piłkarzom humory. Te szybko się jednak zepsuły, kiedy powrót na Wyspy okazał się niemożliwy z powodu zamkniętych lotnisk. Inne kluby, jak Manchester United, Wolverhampton, czy Coventry postanowiły pozostać bliżej domów i udały się do wyjątkowo ciepłej tamtej zimy Irlandii. Różnych sposobów walki z zamarzniętymi boiskami imali się również zawodnicy. Przed meczem z Ipswich Town (sensacyjnym mistrzem z poprzedniego sezonu, czytaj: Jak hartował się Alf Ramsey) , Gordon Banks, bramkarz Leicester City, świadomy tego, że część boiska znajdująca się w cieniu jednej z trybun zaczęła zamarzać, ubrał przed meczem dwa różne buty z rożnymi rodzajami korków. Miękkimi, na pokrytą błotem część murawy i twardymi gumowymi, z wystającymi z nich główkami gwoździ na połowę zamarzniętą. Dwa buty do pary włożył pod pachę, poczekał na losowanie stron boiska, następnie założył drugi but pasujący do panujących w wylosowanej bramce warunków. W przerwie zmienił oczywiście obydwa buty. Ograniczone do treningów kluby popadały w tarapaty finansowe. Niemożliwość rozgrywania meczów na własnych stadionach (Blackpool na przykład nie rozegrało w roli gospodarza żadnego meczu między 15 grudnia i 2 marca) pozbawiała prezesów głównego źródła dochodów. Środków do życia brakowało też tym piłkarzom, których zarobki uzależnione były od premii meczowych. W tej sytuacji Angielski Związek Piłki Nożnej postanowił udzielić potrzebującym klubom nieoprocentowanych pożyczek. Widmo bankructwa zaglądało w oczy również firmom bukmacherskim, które z powodu paraliżu rozgrywek każdego tygodnia traciły miliony klientów. Zdesperowani bukmacherzy powołali specjalną, składającą się z ludzi futbolu, dziennikarzy, a nawet polityków komisję, która, począwszy od 26 stycznia 1963 roku aż do połowy marca, kiedy to rozgrywki zaczęły powoli wracać do terminarza, przewidywała wyniki meczów, a następnie podawała je do publicznej wiadomości. Trzecia runda pucharu Anglii sezonu 1962-63, zakończyła się ostatecznie 11 marca 1963 roku, meczem na Ayresome Park, w którym Middlesbrough pokonało Blackburn Rovers 3:1. Trwała rekordowe 66 dni. Sensacją rozgrywek o najstarsze piłkarskie trofeum Świata stali się piłkarze Leicester City, którzy tak dobrze opanowali grę na zamarzniętych boiskach, że po wygraniu dziewięciu kolejnych meczów ligowych i pucharowych ochrzczeni zostali „Królami Lodu”. Boiska angielskie odtajały jednak w połowie marca i „Królowie” tuż przed finałem na Wembley przegrali kolejne cztery mecze ligowe. 25 maja 1963 roku, dwa tygodnie później niż pierwotnie zaplanowano, piłkarze Leicester wybiegli na idealnie przygotowaną murawę Wembley. Naprzeciwko nich stanęli zawodnicy Manchesteru United. Miękka zielona płyta boiska wyraźnie nie służyła „Królom Lodu”, którzy ulegli „Czerwonym Diabłom” Matta Busby’ego. Sezon, w którym angielska piłka stanęła przed jednym z największych wyzwań w swojej historii dobiegł końca.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Marusek No poza Cracowią to były wówczas najsilniejsze ekipy, tak więc poniekąd taką Superlige stworzyli...

11

@FCBparasiempre
Walery Łobanowski, syn młynarza i gospodyni domowej, urodzony w katolickie święto Trzech Króli 1939 roku, w dzieciństwie uchodził za prymusa. W przeciwieństwie do wielu dzisiejszych idoli udało mu się pogodzić naukę z grą w piłkę, zyskał bowiem dyplom uczelni technicznej. Pierwszym dużym krokiem w karierze piłkarskiej Walerego stało się dołączenie do Dziecięco-Młodzieżowej Szkoły Sportowej nr 1 z polecenia trenera Nikołaja Czajki. Stamtąd w ciągu kilku lat, zaliczając po drodze kijowską futbolową szkołę młodzieży, trafił do słynnego Dynama Kijów. Jednak musiał zaczekać na szansę w profesjonalnym futbolu. Lata treningów w szkółce ,,Biło-sinich” zaprocentowały dopiero 29 maja 1959 roku. Mecz z wielkim, aczkolwiek przeżywającym wtedy trudny okres w swojej historii, CSK MO (dziś CSKA) Moskwa. Po pierwszej połowie Kijowianie są niemal pewni porażki, gdyż przegrywają 3:0. Trener Wiaczesław Sołowiow decyduje się zdjąć w przerwie Aleksandra Kolcowa i daje szansę debiutu pewnemu 20-latkowi – Waleremu Łobanowskiemu. W ten oto sposób zapoczątkowana została legenda. „Metr”, jak z uwagi na czerpiących z jego wzorcowego warsztatu następców mówi się o Łobanowskim, piłkarzem wspaniałym nie był. Ledwie raz wywalczył mistrzostwo Związku Radzieckiego. Sukces ten osiągnął w barwach Dynama Kijów w 1961 roku. Podopieczni Wiaczesława Sołowiowa jako pierwsza drużyna spoza Moskwy zostali mistrzami Kraju Rad. Również w stolicy ukraińskiej SRR dopisał do swojego dorobku trzy lata później krajowy puchar, ale nie wybiegał na boisko. Wyróżniał go drybling oraz wytrenowane z wielkim mozołem rzuty rożne. Te cechy zapewniły mu szacunek kibiców, strach u rywali. Posiadł rzadką zdolność do pokonywania bramkarzy przeciwników, kopiąc piłkę wprost z narożnika boiska. Reprezentował barwy jedynie trzech klubów: Dynama, Czernomorca Odessa i Szachtara Donieck. Nie wytrzymał konkurencji w kadrze narodowej. Na początku lat 60. rozegrał jedyne dwa mecze towarzyskie dla „Sbornej”: debiut z Austrią oraz drugi i ostatni występ z Polską. W obu wyszedł od pierwszej minuty, lecz po murawie Stadionu Dziesięciolecia biegał jedynie przez godzinę. Zastąpił go bowiem Gienadij Krasnicki. Ze swojego macierzystego klubu odszedł skonfliktowany ze szkoleniowcem Wiktorem Masłowem. Obu panów poróżniła kwestia pozycji „Łobana” na placu gry. Trener oczekiwał od niego większej przydatności w defensywie. Po dezercji z ulicy Gruszewskiego, zawodnik udał się na Krym. Azyl znalazł w Czernomorcu Odessa, który z jego usług korzystał przez dwa sezony. Walery miał spory udział w dojściu do półfinału Pucharu Związku Radzieckiego przez „Marynarzy” w 1966 r. W czterech spotkaniach aż pięciokrotnie wpakował piłkę do siatki przeciwników. Z kopaniem piłki Łobanowski pożegnał się w Szachtarze Donieck, którego barwy przywdziewał w ciągu dwóch lat. W każdym z klubów fani żegnali go z żalem, ale to nie kopanie futbolówki dało mu poczesne miejsce w księgach, nie tylko rosyjskich. Prawdziwą, nieśmiertelną sławę zapewnił mu warsztat trenerski. Za linią boczną spędził ponad połowę swojego życia. Debiutował w Dnipro Dniepropietrowsk jeszcze przed trzydziestką. Z ligowego średniaka uczynił ekipę groźną dla najlepszych w Kraju Rad, prezentując ofensywny, acz odpowiedzialny styl gry. Charakteryzowało go również analityczne podejście do szkolenia. Nie pozostawiał wiele przypadkowi. W trzecim roku pracy wywalczył awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, po czym szturmem wspiął się wraz z podopiecznymi na szóstą pozycję. W zespole początkowo panowała rodzinna atmosfera, a gracze zwracali się do trenera przyjaźnie, bez nadmiernego dystansu. Nie oznacza to jednak, że Łoban miał trudności z zaprowadzeniem porządku w szatni. Znalazł złoty środek w relacjach z zawodnikami. W 1973 roku zaliczył pierwszy powrót na stare śmieci, choć w odmiennej roli. W obliczu sukcesów nad Dnieprem, zgłosiło się po „Metra” kijowskie Dynamo, gdzie zastąpił Aleksandra Sewidowa. Co ciekawe „Biło-sini” zgodzili się na wspólną pracę dwójki przyjaciół. Na początku w tandemie z Walerym ekipą kierował Oleg Bazylewicz, sprawujący też funkcję kierownika drużyny. Przejął tym samym na siebie wiele spraw organizacyjnych.

Ów krok rządzącego w Dynamie twardą ręką Władymira Szczerbickiego, I sekretarza Komunistycznej Partii Ukrainy (KPU)wydawał się ryzykowny, ale odwaga została sowicie wynagrodzona. Piłkarzy ze stolicy Łobanowski szkolił prawie do końca swych dni, przeplatając tę pracę z obejmowaniem sterów kadr narodowych Związku Radzieckiego, Ukrainy oraz ZEA i Kuwejtu. W parze z długim stażem poszły sukcesy. „Biało-niebiescy” pod skrzydłami Łobanowskiego w krótkim czasie z kontynentalnego średniaka przeistoczyli się w jedenastkę siejącą popłoch w konfrontacjach z europejskimi tuzami. Firmowymi zagraniami „Dynamowców” stały się crossowe podanie do napastnika i zmiany tempa gry. Podpieczni „Pułkownika” nie tylko ustanowili rekord ZSRR w liczbie mistrzowskich tytułów (trzynaście, w tym aż osiem w „erze Łobanowskiego), ale też odnieśli ogromne sukcesy. Niecałe dwa lata pracy wystarczyły, by z Rudakowem w bramce, a przede wszystkim słynnym dyrygentem środka pola Olegiem Błochinem triumfowali w Pucharze Zwycięzców Pucharów, dokładając krajowy dublet. Kluczowymi ogniwami byli też świetni Władimir Oniszczenko, Anatolij Końkow. Z kwitkiem odprawili, chociażby Eintracht Frankfurt czy PSV Eindhoven, w finale pokonali zaś 3:0 Ferencvaros Budapeszt. Pod naporem radzieckiej jedenastki padł także potężny Bayern Monachium w Superpucharze Europy. Oparty na mistrzach świata zespół nie potrafił zatrzymać Błochina, który w dwumeczu strzelił trzy gole. Szczelna obrona i czyste konta Rudakowa dopełniły obrazu meczów. W konsekwencji genialnego sezonu Olegowi Błochinowi przyznano Złotą Piłkę. Nasz bohater otrzymał szansę pokierowania reprezentacji na igrzyskach olimpijskich w Montrealu. Turniej piłkarski IO miał wtedy w krajach socjalistycznych znacznie większą wagę niż dziś. Misja „Zwycięstwo” zakończyła się niepowodzeniem. „Sborna” w półfinale nie sprostała Niemcom ze Wschodu, na których szyjach zawisły ostatecznie złote krążki. Także miejsce na mistrzostwach Europy nie przypadło w udziale Związkowi Radzieckiemu, pokonanemu przez Czechosłowację. Przyczyny niepowodzeń wskazywał Błochin: ,,Nie wystarczyło nam szybkości, świeżości, zwinności i koordynacji. Byłem dosłownie wyczerpany treningami”. Reżim treningowy narzucony przez „Łobana” odbijał się negatywnie na zdrowiu zawodników. Znana jest historia Władimira Muntiana, który zjawił się na obozie jako rekonwalescent po kontuzji kolana. Trener nie zważając na zalecenia lekarzy, kazał pomocnikowi ćwiczyć z pełnym obciążeniem. Muntian nie wytrzymał i krzyknął w twarz trenerowi: „Jak możecie tak postępować z piłkarzami?”. Nie przyniosło to pożądanego efektu a piłkarz poniósł konsekwencje wzburzenia: wyrzucono go ze zgrupowania. Po powrocie do pracy w klubie Łobanowski stanął w obliczu buntu po katastrofalnym sezonie 1975/76. Drużyna dążyła do pozbycia się duetu szkoleniowców. Atmosferę podsyciło odejście Wiktora Matwijenki i Władimira Troszkina. Sierpień 1976 roku, siedziba Sportowego Komitetu Ukrainy. Wszyscy zawodnicy Dynama na miejscu przedstawili żądanie zwolnienia Łobanowskiego i Bazylewicza. Krótko potem Bazylewicz rozpoczął pracę wyłącznie na własny rachunek w Dynamie Mińsk. Sam Walery zrozumiał swój błąd dopiero po latach, żałował wręcz, że nie porozmawiał szczerze z zawodnikami. Inny dowód na konserwatyzm „Metra” to wciąż żywa historia o tym, jak po celnym i widowiskowym zagraniu piętą Leonid Burjak został ofiarą gniewu trenera. Po kilku latach zaproszono go do pracy z kadrą w obliczu eliminacji Euro ’84. Mimo pozornie dobrych wyników w tabeli grupowej „Sborna” uplasowała się za Portugalią, z którą przegrała jedyny mecz.

Drugi, bijący swym blaskiem po oczach okres prosperity Dynama Łobanowskiego przypadł na środek lat 80. Wciąż w biało-niebieskiej koszulce biegał Oleg Błochin, w ofensywie brylował Igor Biełanow, a opaska kapitańska należała do Anatolija Demianienki. Powtórka sprzed dekady w postaci podniesienia Pucharu Zdobywców Pucharów doszła do skutku 2 maja 1986 w Lyonie. Ubaldo Fillol, strzegący bramki Atletico Madryt skapitulował trzykrotnie po strzałach Zawarowa, Błochina i Jewtuszenki. Walery dostał wtedy trzecią szansę od krajowej federacji. Ze Związkiem Radzieckim pomiędzy 1986 a 1990 rokiem pojawił się na trzech wielkich turniejach. Z dwóch mundiali nie przywiózł wielu miłych wspomnień. W Meksyku poległ na pierwszej przeszkodzie po fazie grupowej – Belgii, zaś na włoskiej ziemi poniósł klęskę w grupie, plasując się na ostatnim miejscu za Kamerunem, Argentyną i Rumunią. Z Włoch jako aktualny mistrz i zdobywca pucharu ZSRR dla Dynama prawie bezpośrednio przeniósł się na Bliski Wschód, do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przeprowadzka spowodowana była nieudanym turniejem, ale również zmianami politycznymi w ojczyźnie trenera. Sześcioletni pobyt w egzotycznych stronach szkoleniowiec podzielił po równo między szkolenie dwóch kadr: ZEA i Kuwejtu. Z tym drugim zespołem udało mu się wspiąć na trzeci stopień podium w Igrzyskach Azjatyckich, m. in. dwukrotnie pokonując silniejszą w teorii. Koreę Południową. Na ostatnie lata życia i kariery powrócił do korzeni. Trafił na równie świetne pokolenie graczy jak kiedyś. Zrobił z Dynama ukraińskiego hegemona, wywalczył pięć mistrzostw kraju z rzędu, dokładając trzy puchary Ukrainy. Ślad odcisnął też w Lidze Mistrzów dochodząc z pokoleniem Szowkowskiego, Szewczenki, Rebrowa do najlepszej czwórki Starego Kontynentu 1998/99. Ostatnim etapem kariery „Łobana” została reprezentacja niepodległej Ukrainy. Przed 62-latkiem postawiono zadanie awansu na południowokoreańsko-japoński mundial. W grupie eliminacyjnej z prowadzoną przez siebie drużyną ustąpił „Orłom Engela”. Przegrywając z naszą kadrą 3:1 u siebie, zanotował jedyną porażkę. Drugie miejsce premiowało Ukrainę do baraży, gdzie nie dali jej szans Niemcy (2:5 w dwumeczu). Łobanowski żył piłką i umarł przez piłkę. 7 maja, kiedy jego ukochane Dynamo wygrało z Metalurgiem Zaporoże, przeszedł udar mózgu. Po paru dniach znów jego organizm nie wytrzymał i ostatecznie 13 maja 2002 „Metr” odszedł ze świata żywych. Pośmiertnie przyznano mu najwyższy tytuł w państwie -„Bohatera Ukrainy”. Od 2003 roku po dziś rozgrywa się Memoriał Walerego Łobanowskiego. Na początku grały w nim kluby, teraz konfrontują się ze sobą narodowe młodzieżówki. W jedynej edycji, przeznaczonej dla pierwszych reprezentacji (2005 r.) udział wzięli ówcześni podopieczni Pawła Janasa. Polscy piłkarze ograli po 3:2 Serbię i Czarnogórę oraz w finale Izrael. Ukraińcy przegrali z tą drugą ekipą w pierwszym meczu po serii rzutów karnych 3:5. Ostatecznie prowadzeni przez ucznia mistrza Łobanowskiego, Olega Błochina zajęli trzecią lokatę, udowadniając wynikiem 2:1 swą wyższość nad Serbami. Rekordy osiągnięć znakomitego szkoleniowca pozostają nieosiągalne dla jego rodaków. Może dorówna mu pewnego dnia były podopieczny „Metra” Andrij Szewczenko?

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Dynamo Kijów

1x mistrzostwo ZSRR (1961)

1x Puchar ZSRR (1964)

Osiągnięcia trenerskie:

Wicemistrz Europy (1988)

Brązowy medalista Igrzysk Olimpiskich (1976)

Puchar Zdobywców Pucharów (1975, 1986)

Superpuchar Europy (1975)

8x mistrzostwo ZSRR (1974, 1975, 1977, 1980, 1981, 1985, 1986, 1990)

6x Puchar ZSRR (1974, 1978, 1982, 1985, 1987, 1990)

5x mistrzostwo Ukrainy (1997, 1998, 1999, 2000, 2001)

3x Puchar Ukrainy (1998, 1999, 2000)

Osiągnięcia indywidualne:

Mistrz Sportu ZSRR (1960)

Zasłużony Trener Sportu ZSRR (1975)

Zasłużony Trener Sportu Ukrainy (1975)

Rubinowy Order UEFA (2003)

Jego imieniem nazwany jest Stadion Dynama Kijów.

7

Najwybitniejszy przedstawiciel wschodnioeuropejskiej myśli szkoleniowej:

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Sysia11 No fajno ale żeby było jasne to oprócz słowa goals, to nic nie rozumiem z tej chaliernej chińszczyzny!

9

Polska Liga Piłki Nożnej:

W roku 1927 nastąpił rozłam w polskiej piłce. Wskutek licznych zastrzeżeń odnośnie systemu rozgrywek PZPN o tytuł piłkarskiego mistrza Polski obowiązującego w latach 1921-1926, z inicjatywy lwowskich klubów piłkarskich: Pogoni, Czarnych i Hasmonei w grudniu 1926 roku doszło w Krakowie do konferencji porozumiewawczej 13 polskich klubów piłkarskich. Oprócz klubów ze Lwowa wzięły w niej udział: Polonia, Legia i Warszawianka, Warta Poznań, ŁKS i Turyści (Union Touring) z Łodzi, Wisła Kraków, 1. FC Katowice, Ruch Chorzów oraz Toruński KS. W efekcie postanowień konferencji, 6 stycznia 1927 roku powołano do życia ogólnokrajową Polską Ligę Piłki Nożnej zwaną wówczas Ligą. Powstała ona bez zgody Polskiego Związku Piłki Nożnej. PZPN, jak w poprzednich latach, zorganizował własne nieligowe Mistrzostwa Polski. Z tego powodu udziału w Lidze odmówiła Cracovia uważana wówczas za jeden z najsilniejszych polskich klubów. Wzięła ona udział w oficjalnych rozgrywkach - kadłubowych z braku najlepszych drużyn. Na jej miejsce do ligi dokooptowano Jutrzenkę Kraków. 18 grudnia 1927, a więc już po zakończeniu rozgrywek, PZPN ustąpił i zaakceptował od nowego sezonu system ligowy. Cracovię dołączono do Ligi w następnym sezonie.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Bardzo pewne zwycięstwo w europejskich pucharach:

6 stycznia 1959 r. FC Barcelona pokonała FC Basel 5:2 na Camp Nou w ramach rewanżowego starcia 1/8 Pucharu Miast Targowych. Dublet zaliczył znakomity Węgier Zoltan Czibor. Pozostałe gole zdobyli: Ramon Alberto Vilaverde, Evaristo de Macedo oraz Hermes Gonzalez. Pierwszy mecz ćwierćfinałowy odbył się dopiero 7 maja, o czym postaram się napisać.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Trudna przeprawa na „San Mames”:

6 stycznia 2021 r. FC Barcelona ograła na wyjeździe Athletic Bilbao 3:2 i awansowała na 3. miejsce w tabeli La Liga. Podopieczni Ronalda Koemana przegrywali już od 3. minuty, ale później sprawy w swoje ręce wzięli Leo Messi i Pedri. Argentyńczyk do swojego dorobku dopisał w środowy wieczór 2 gole. Athletic wyszedł na prowadzenie już w 3. minucie po znakomitej kontrze i kapitalnym zachowaniu Inakiego Williamsa. Baskowie zmusili Barcelonę do odrabiania strat, a goście podjęli rękawicę. Co prawda Simon zatrzymał strzał Desta, ale już w 14. minucie skapitulował. Bramka Pedriego na 1:1 obciąża konto defensywy Athletiku, która zbagatelizowała zagranie Messiego w stronę Frenkiego de Jonga. Holender zdążył do futbolówki i wystawił ją Pedriemu do pustej bramki. Młody środkowy pomocnik ściągnięty z Las Palmas wyłożył z kolei piłkę Messiemu na złotej tacy w 38. minucie. Argentyńczyk wykorzystał zagranie piętką Pedriego i do przerwy było 1:2. Duma Katalonii przejmowała kontrolę nad spotkaniem. W drugiej połowie Barça mogła szybko podwyższyć prowadzenie, ale najpierw sędzia nie uznał gola Messiego, a następnie kapitan Blaugrany trafił w słupek. Drugiej bramki argentyński piłkarz doczekał się w 62. minucie, kiedy dostał piłkę od Antoine'a Griezmanna i uderzeniem od poprzeczki trafił do siatki Athleticu. Gospodarze w samej końcówce zaliczyli jeszcze trafienie kontaktowe po błędzie Messiego. Gol Ikera Muniaina na 2:3 nie dał im jednak żadnego punktu. Komplet oczek trafił na konto FC Barcelony, która dzięki zwycięstwu uplasowała się na trzeciej pozycji ze stratą 5 punktów do Realu Madryt.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

(Nie)zapomniani trenerzy Blaugrany:

6 stycznia 1943 r. urodził się Terence Frederick Venables, trener FC Barcelony w latach 1984-87. Anglik zyskał sławe jako szkoleniowiec Crystal Palace oraz Queens Park Rangers i został zarekomendowany prezydentowi Nuñezowi przez Bobby’ego Robsona. Prowadził Blaugrane w 116 meczach, 64 z nich wygrywając. W 1985 r. zdobył z klubem pierwszy po 11 latach tytuł mistrza Hiszpanii a rok później Puchar Ligi. Ostatni rok pracy Venablesa był już kompletnie nieudany i nawet nie czekano do zakończenia wszystkich rozgrywek, tylko z miejsca znaleziono dla niego następcę, Luisa Aragonésa, który poprowadził zespół aż do zakończenia sezonu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Pożegnanie katalońskiej ikony:

6 stycznia 1936 r. legendarny Josep Samitier rozegrał ostatni pożegnalny występ w koszulce FC Barcelony. Miało to miejsce w meczu towarzyskim z Arenas de Getxo wygranym przez Barçe 5:2. Hattrickiem w tym spotkaniu popisał się właśnie Samitier, godnie żegnając się z Dumą Katalonii.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@blakkudium Żaden sędzia im nie pomoże. Baskowie na dzień dzisiejszy prezentują poziom zbliżony do naszej Ekstraklasy...

12

Hattrick Alexisa:

5 stycznia 2014 r. FC Barcelona nie miała żadnych problemów w meczu 18. kolejki Primera Division z Elche CF. Mistrzowie Hiszpanii wygrali 4:0 (2:0) i wrócili na pierwsze miejsce w tabeli. Bohaterem spotkania był Alexis Sanchez, który zdobył trzy bramki. Kibice na Camp Nou czekali na powrót Leo Messiego, który wznowił już treningi po kontuzji, ale Gerardo Martino dał odpocząć gwieździe w spotkaniu z Elche. Na ławce rezerwowych mecz 18. kolejki Primera Division rozpoczął też Neymar. Pod ich nieobecność znakomicie spisał się Alexis Sanchez, który zdobył trzy bramki. Szczególnej urody było ostatnie trafienie Chilijczyka. Były zawodnik Udinese idealnie przymierzył z rzutu wolnego i ustalił wynik spotkania. Strzelanie na Camp Nou Alexis rozpoczął już w 7. minucie po znakomitym podaniu Jordiego Alby. Trafił do siatki także w 61. minucie. W 16. minucie na listę strzelców wpisał się Pedro, który wykorzystał znakomitą asystę Cesca Fabregasa. Blaugrana pewnie wygrała i wróciła na pierwsze miejsce w tabeli.



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

@FCBparasiempre
5 stycznia 1959 r. urodził się Marek Majka, pomocnik i napastnik. We Freiburgu spisywał się tak dobrze że klub postanowił nie przedłużać kontraktu z występującym na jego pozycji Joachimem Löwem. W 2. Bundeslidze Majka miał być kluczowym piłkarzem i nie zawiódł. To, że Majka z drugoligowego wówczas Piasta Gliwice trafił kiedyś akurat do Górnika Zabrze, zawdzięcza nie tyle swojemu wyborowi, co… wielkiej polityce. W Górniku rządził Jan Szlachta, wpływowy działacz partyjny w przemyśle górniczym. Z Piastem mocno związany był Zbigniew Messner, dawny prezes klubu a wtedy już członek Biura Politycznego KC PZPR i późniejszy premier. Z Gliwic do Zabrza piłkarze bezpośrednio raczej nie przechodzili ale jeśli taka była wola partyjnych notabli, w mig znikały wszelkie przeszkody. Majka przyznaje że miał inny plan. ,,Dogadałem się ze Stalą Mielec, która akurat spadła do drugiej ligi ale szykowała się na szybki powrót. Kiedy jednak po przyjeździe z rozmów w Mielcu usłyszałem że jest zgoda Piasta na przenosiny do Górnika, wolałem już nic nie kombinować.”-wyjaśnia pan Marek. Odzywał się już dzwonek alarmowy dla futbolowej przyszłości 24-letniego pomocnika. Jeżeli chciał poważniej zaznaczyć swoją obecność w piłce, jak najszybciej musiał się ewakuować z drugiej ligi. Miał się zresztą na kim wzorować. Wcześniej do Piasta przymierzał się 2 lata starszy Matysik z gliwickiego Carbo. Już nawet trenował z nową drużyną ale w ostatniej chwili zmienił plany bo zgłosił się po niego Górnik. Rówieśnikiem Majki w Piaście był Buncol ale w podobnym czasie co Matysik rozstał się z gliwickim klubem, tyle że przeniósł się do Ruchu Chorzów. Mineły 3 lata i Matysik z Buncolem byli podstawowymi graczami reprezentacji Polski, która zdobyła medal na mistrzostwach świata w Hiszpanii a Majka wciąż biegał po drugoligowych trawnikach. Możliwość gry w Górniku spadła mu jak z nieba, tym bardziej że za chwile miał się zacząć świetny czas w historii klubu, nawiązujący do tłustych lat 60-tych, kiedy Górnik również seryjnie sięgał po ligowe tytuły. ,,Pewnie nie byłoby tej oferty, gdyby nie dobra przygoda Piasta w Pucharze Polski. Doszliśmy aż do finału, w którym przegraliśmy dopiero z rewelacyjną Lechią Gdańsk. Wyróżniałem się w każdym meczu, co zostało docenione. Wystąpiłem tylko w końcówce, no ale finał był zaliczony. To były dla mnie szalone dni. Zdawałem mature, akurat przed meczem był egzamin z matematyki. Piłke musiałem pogodzić z nauką.”- wspomina Majka. W Górniku Majka pojawił się jeszcze za czasów trenera Podedwornego ale potem nastała era Huberta Kostki. Legendarny bramkarz uchodził za zamordyste, który potrafił wycisnąć z piłkarzy ostatnie krople potu, lecz dla Majki tamta współpraca wcale nie jest wspomnieniem koszmaru. Górnik grał wtedy najbardziej ofensywny i skuteczny futbol w Polsce. W 1985 r. zdobył mistrzostwo kraju a potem 3 kolejne. Rządził w lidze, choć konkurencja była zacna: Legia, Widzew, Lech, GKS Katowice, Śląsk Wrocław… Zabrzanie nie umieli jednak odpowiednio przełożyć krajowych wyników na Europe, przede wszystkim dlatego że trafiali na bardzo trudnych rywali.

W 1985 był nim Bayern Monachium. W drużynie mistrza Niemiec gwiazda obok gwiazdy ale i Górnik miał świetny skład, pół reprezentacji Polski. Kibice wierzyli że ten mocny Górnik będzie umiał postawić się wielkiemu faworytowi. Owszem, postawił się ale i tak przegrał na ,,Śląskim” 1:2. W takiej sytuacji trudno było liczyć na udany rewanż, jednak w Monachium na początku powiało sensacją. W 17 minucie po podaniu Zgutczyńskiego na bramke uderzył Majka i Jen-Marie Pfaff musiał wyciągać piłke z siatki! Górnik potrzebował jeszcze jednego gola, tymczasem dał się zaskoczyć strzałem z blisko 30 metrów i był już remis. Po przerwie Bawarczycy trafili jeszcze 3 razy, lecz wbrew temu, co sugerował wynik(1:4), Górnik wcale aż tak nie ustępował rywalowi. Niemieccy dziennikarze zgodnie uznawali że najgroźniejszym piłkarzem w polskiej drużynie był Majka. Ten mecz w przyszłości na pewno mu pomógł bo przez wnikliwych obserwatorów w Niemczech został zapamiętany. Niepozornego chłopaka z Polski, który hardo szczypał wielki Bayern, nie należało lekceważyć. W tych czasach w kadrze narodowej przynajmniej próbowany był niemal każdy piłkarz górnika, lecz akurat nie Majka. Mimo że na każdym kroku potwierdzał walory twardo grającego, szybkiego prawego pomocnika, który potrafi nie tylko wypracować koledze dobrą pozycje do strzału ale i sam celnie uderza. ,,Kiedyś byłem w reprezentacji polski B i to cała moja przygoda z kadrą. W młodzieżówce, jeszcze jako zawodnik Piasta, też pojawiłem się na konsultacji, lecz tylko dlatego że akurat zaproszono wyłącznie drugoligowców. Następne powołanie nie przyszły.”- podkreśla pan Marek. W takim razie na mundial w Meksyku też nie pojechał, w przeciwieństwie do aż sześciu zabrzan. Po mistrzostwach Piechniczek przestał być selekcjonerem a za chwile zastąpił Ćmikiewicza w roli trenera Górnika. ,,Gdy przyszedł Piechniczek, do końca rundy jesiennej było 5 meczów. Strzeliłem w nich 6 goli i jeszcze przy paru innych miałem swój udział.”- podkreśla Majka. Były selekcjoner mógł chyba pożałować że tak skutecznego piłkarza, który nie był przecież napastnikiem, nie przetestował w kadrze. Z okazji nie skorzystał również jego następca Wojciech Łazarek. ,,Na początku chętnie wysyłał powołania do nieoczywistych zawodników. Wszyscy pamiętamy mecz z Koreą Pólnocną(2:2), w którym w naszej drużynie zagrało w sumie aż 20 piłkarzy! Szkoda że nie zasłużyłem choćby na jedną malutką szanse.”- przyznaje nasz bohater. Gdy zdobył z Górnikiem czwarte z rzędu mistrzostwo, wyjechał do Niemiec. Nie mógł przypuszczać że jego rozstanie z klubem z Roosvelta zadziała jak klątwa: od tamtej pory aż do dzisiaj zabrzanie nie sięgnęli po tytuł. ,,Po wyjeździe z Polski zostałem piłkarzem S.C. Freiburg. To był zespół złożony z generalnie z młodszych piłkarzy, bez istotnych osiągnięć, więc moje trofea z Polski i występy w europejskich pucharach coś znaczyły ale na boisku musiałem pokazać na co mnie stać.”- podkreśla pan Marek. Udało mu się to bardzo szybko, gdyż gola strzelił już w debiucie a w całym sezonie było ich 10. Freiburg liczył się nawet w walce o awans do 1. Bundesligi, ostatecznie zajął 5 miejsce, wówczas najwyższe w dziejach klubu. W drużynie grał Joachim Löw ale późniejszy selekcjoner po sezonie odszedł ponieważ był po kontuzji i klub nie przedłużył z nim kontraktu, ponadto na jego pozycji całkiem nieźle radził sobie Majka. W drugim sezonie goli strzelił jeszcze więcej bo aż 11 i to tylko w 24 meczach. ,,Wszystkie gole zdobyłem jesienią. Ostatni raz zagrałem na początku marca, jeszcze na długo przed końcem sezonu bo doznałem kontuzji. Podczas biegu zerwałem więzadła poboczne. Jakimś cudem grałem do końca meczu, choć wydarzyło się to w pierwszej połowie. Później nie mogłem dojść o własnych siłach do autokaru.”- relacjonuje Majka. Chyba każdy piłkarz z Polski w takiej sytuacji wolałby się leczyć właśnie w Niemczech, tymczasem jego uraz właściwie zdiagnozowali znajomi lekarze z Górnika i Piekar Śląskich. ,,Dobrze że poprosiłem o tą konsultację bo wcześnie we Freiburgu sądzili że tylko naciągnąłem więzadła. Gdybym od razu poddał się operacji, do gry wróciłbym znacznie szybciej. Kolejny sezon tez miałem zepsuty. Chociaż wróciłem do pełnej sprawności, w tamtej samej nodze pojawił się duży kłopot z pachwiną i znowu 3 miesiące z głowy! Klub nie chciał przedłużyć ze mną kontraktu. Obawiał się że znowu mogę się rozsypać. Odszedłem i okazało się że grałem jeszcze 5 lat bez żadnych problemów.”- wspomina Majka. Kariere kończył jako grający asystent trenera w Carbo Gliwice, z którym wywalczył awans do 3 ligi. Właśnie w tym ostatnim klubie ustanowił swój strzelecki rekord sezonu: 16 goli, pomimo iż nie był typowym napastnikiem, lecz snajperskim instynktem potrafił zawstydzić nie jednego łowce goli.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?