9

Epokowe tournee ,,Niebieskich”:

1 stycznia 1935 r., dwa dni po historycznym zwycięstwie 1:0 nad Bayernem Monachium, Ruch Hajduki Wielkie pokonuje w Stuttgarcie tamtejszy VFB 5:4, prowadząc sensacyjnie już do przerwy 5:2! Koncert w Stuttgarcie zagrali: Wilimowski, który popisał się hattrickiem oraz Peterek strzelec 2 goli. Przypominam że Ruch Chorzów to jedyny polski klub, który zdołał pokonać Bayern Monachium!

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

10

Legendy polskiego futbolu:

1 stycznia 1900 r. we Lwowie urodził się Mieczysław Batsch, legendarny polski napastnik. ,,Niechaj zwycięstw wciąż seria nowa wieńczy łuki twoich bram, strzelaj bramki na chwałę Lwowa, Pogoń niechaj żyje nam” – tak brzmi fragment przedwojennego hymnu Pogoni Lwów, czterokrotnego mistrza Polski, drużyny 19 reprezentantów Polski. Mieczysław Batsch jest jednym z symboli najlepszego okresu „Pogoniarzy”. Przygodę z piłką zaczynał w uczniowskim klubie Hellada Lwów, jednak jako 16-latek przeszedł do Pogoni i jest powszechnie uważany za jej wychowanka. Razem z Wacławem Kucharem i Józefem Garbieniem tworzył słynne ofensywne trio Pogoni w jej najlepszym okresie przed powstaniem ligi polskiej (tytuły mistrzowskie w latach 1922, 1923, 1925, 1926). Niezwykle przebojowy, waleczny, świetnie wyszkolony technicznie, z nosem do strzelania goli – to wszystko zjednało mu szerokie grono entuzjastów w całym kraju. Był członkiem reprezentacji olimpijskiej, która przygotowywała się do występu na igrzyskach w Antwerpii w 1920 r. (do startu nie doszło wskutek wojny polsko-bolszewickiej). W 1924 r. do Paryża już pojechał, jednak tam Polacy zakończyli udział w turnieju po porażce 0:5 z Węgrami. Jako rezerwowy był obecny na pierwszym historycznym meczu Polaków w Budapeszcie (18 grudnia 1921 r.), a zadebiutował ostatecznie 2 grudnia 1923 r. z Rumunią (remis 1:1). W sumie w reprezentacji zagrał 11 razy i strzelił osiem goli, w tym aż cztery w wygranym 7:1 meczu z Finlandią (Poznań, 8 sierpnia 1926 r.). Z koszulką z orłem na piersi pożegnał się 12 września 1926 r. – Polska wygrała z Turcją 6:1, a Batsch dwa razy trafił do siatki rywali. Debiutował i żegnał się z reprezentacją w swoim ukochanym Lwowie. Po zakończeniu kariery w 1929 r. grywał w Oldboyach Lwów, był także członkiem Sądu Koleżeńskiego LKS Pogoń Lwów. Znalazł czas na naukę i w 1931 r. ukończył Wydział Mechaniczny Politechniki Lwowskiej. Pracował w okręgowej dyrekcji PKP we Lwowie, po wojnie to samo robił w Przemyślu i Medyce. Tuż przy nowej granicy z ZSRR codziennie obserwował odjeżdżające do Lwowa pociągi, jednak sam nigdy nie zdecydował się pojechać do miasta swojej młodości. Do pięknych lwowskich czasów miał okazję wrócić na chwilę w 1957 r. Odbył się wtedy w Warszawie z okazji jubileuszu 50-lecia kariery sportowej Wacława Kuchara mecz byłych zawodników Pogoni z Polonią Warszawa. Zmarł 27 września 1977 r. w Przemyślu i tam został pochowany.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

11

Cules pamiętają:

1 stycznia 2014 r. w wieku 90 lat zmarł Josep Seguer, wspaniała legenda Blaugrany. Josep Seguer całe swoje życie spędził grając w FC Barcelonie. W 1940 roku dołączył do młodzieżowych rezerw Barçy, zaś w 1943 roku awansował do pierwszej drużyny, gdzie spędził czternaście sezonów. Seguer występował najczęściej na pozycji pomocnika i zdobył wszystkie najważniejsze tytuły z Barçą w latach 40-tych. Być może stało się to dlatego, że miał wielką zdolność do przystosowywania się do każdej pozycji. Ponadto był zarówno silny jak i utalentowany. Przeciwnikom zawsze bardzo trudno było przewidzieć jego następny ruch. Jego przydomek ,,Diesel” wziął się od niesamowitej ilości przebiegniętych kilometrów podczas każdego spotkania. Jego umiejętności i wytrzymałość sprawiły, że stał się filarem legendarnej drużyny ,,Pięciu Pucharów’’. W sezonie 1942/43 został wypożyczony do Granollers, sezon później wrócił do pierwszego zespołu Barcelony, w którym grał przez 14 lat(1943-1957), rozegrał 495 spotkań i zdobył 133 gole. Seguer z Barçą pięciokrotnie wygrywał Primera Division, czterokrotnie Puchar Hiszpanii, dwa razy Copa Latina oraz dwa Copa Eva Duarte. W 1959 roku zakończył karierę piłkarską i rozpoczął pracę jako trener. Początkowo występował jako zastępca Salvadora Artigasa, jednak na początku sezonu 1969/1970 pierwszy trener został zwolniony i to właśnie Seguer objął to stanowisko, jednak prowadził Dume Katalonii tylko w 11 meczach. Zastąpił go Vick Buckingham a Seguer został jego asystentem. Będąc trenerem Villareal w trzeciej lidze odkrył talent Roberta, który grał później dla Barçy i Valencii. W latach 80-tych na stałe zamieszkał w L’Hospitalet de L’Infant, gdzie założył penye Barcelony i został jej pierwszym prezydentem. W kwietniu 2013 r. na krótko przed śmiercią Seguera prezydent Rosell oddał mu hołd, odwiedzając go w domu wypełnionym trofeami i pucharami zdobytymi w ciągu całej kariery.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

12

Zapomniane El Clasico:

1 stycznia 1932 r. FC Barcelona zremisowała na „Camp de Les Corts” z Realem Madryt 1:1 w 6 kolejce Primera Division. Pierwszego gola dającego prowadzenie Blaugranie strzelił znakomity napastnik Angel Arocha w 68 minucie. Do remisu na 12 minut przed końcem doprowadził Luis Regueiro z rzutu karnego. Ten remis uplasował Dume Katalonii na 4 pozycji, tracąc 4 punkty do prowadzącego Espanyolu.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

Debiut legendarnej Katalońskiej ,,La Brujy”:

1 stycznia 1921 r. znakomity prawoskrzydłowy Vicenç Piera zadebiutował w pierwszej drużynie Blaugrany. Młodziutki Vicenç zastąpił wówczas kontuzjowanego Paulino Alcantare i w swoim debiucie przeciwko Arenas de Getxo strzelił 2 gole! To był mecz towarzyski wygrany ostatecznie przez Barçe 3:1. Od tamtego dnia Piera grał we wszystkich meczach Barçy aż do przejścia na piłkarską emeryturę.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

1

@DTMisTheBest Ależ bezwzględnie!

8

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Życzę wam nie tylko zwycięstw swojej ulubionej/ukochanej drużyny, ale również dużo radości i spełnienia piłkarskich marzeń. Niech w Nowym Roku wasze ulubione drużyny przynoszą wam same zwycięstwa, a ulubione piłkarskie momenty będą niezapomniane. Życzę wam w Nowym Roku nie tylko dużo piłkarskiej rozrywki, ale również wiele okazji do wspólnego kibicowania z przyjaciółmi i rodziną.

10

@FCBparasiempre
Zanim na środku obrony Manchesteru United rządzili Rio Ferdinand i Nemanja Vidić, zanim nawet przyszedł do klubu Jaap Stam, o sile linii defensywnej „Czerwonych Diabłów” decydowało dwóch twardych jak skała Anglików — Gary Pallister i Steve Bruce. Ten drugi od dziecka był jednak kibicem Newcastle United. W lipcu 2019 r. mając niemal 60 lat, po raz pierwszy zaczął pracować dla ukochanych „Srok”. Stephen Roger Bruce, bo tak brzmi jego pełne imię i nazwisko, urodził się w Sylwestra 1960 roku. Miejsce jego narodzin — Corbridge to wieś położona około 25 kilometrów na zachód od Newcastle upon Tyne. Ojciec Steve’a — Joe był miejscowy, matka Sheenagh pochodziła z Irlandii Północnej. Od dzieciństwa Steve przejawiał duży talent piłkarski i wielką miłość do Newcastle United. Zawsze byłem chłopakiem z Newcastle i jako dziecko wślizgiwałem się pod kołowrotkiem, aby dostać się na mecz i zaoszczędzić przy tym szylinga czy ile tam to wtedy było. Oni byli moją drużyną; szedłem na mecz, aby im kibicować, a jako rdzenny mieszkaniec Newcastle (oryg. „Geordie” – gwarowe określenie mieszkańca Newcastle) masz to we krwi, podążasz za klubem tak jak dziś– mówił w jednym z wywiadów w 2006 roku, gdy był przymierzany do roli trenera „Srok”. Mały Stevie marzył o grze w koszulce w biało-czarne pasy, ale „Sroki” nigdy nie zdecydowały się go zaangażować. Jak wielu chłopców z tego regionu zaczynał w Wallsend Boys Club. Gdy będąc nastolatkiem, trafił do reprezentacji szkół z Newcastle, wydawało się, że kariera piłkarska stoi przed nim otworem. Tak łatwo jednak nie było. Młodego gracza z burzą rudych loków odrzuciło nie tylko Newcastle, ale też Sunderland, Derby County i Southport. Powodem nie był oczywiście kolor włosów Steve’a, ale zbyt małe umiejętności. Kiedy Bruce już niemal porzucił marzenia o zawodowej grze w piłkę i przygotowywał się do podjęcia pracy w stoczni jako hydraulik, otrzymał nieoczekiwaną propozycję. Gary Summers, trener trzecioligowego Gillingham miał okazję obserwować Bruce’a podczas jednego z młodzieżowych turniejów i postanowił zaprosić go na testy do klubu. Te okazały się pomyślne i Steve został zawodnikiem „The Gills”. Pierwsze dwa sezony spędził w rezerwach klubu i choć został przesunięty z pomocy do obrony, to zdobywał nadzwyczaj dużo goli. Pomysł zrobienia z Bruce’a defensora był autorstwa szefa wyszkolenia młodzieży Billa Collinsa. ,,Bill Collins miał na mnie ogromny wpływ. Jedna osoba miała największy wpływ na moją karierę, to był właśnie on. Nie tylko ze względu na swoją wiedzę piłkarską, ale także sposób, w jaki jego rodzina opiekowała się mną jako młodym chłopakiem — zaledwie osiemnastolatkiem – 300 mil od domu”— wspominał po latach „Brucie”. W seniorskiej drużynie Steve zadebiutował w sezonie 1979/1980. O początku zwracała uwagę jego „żywiołowa” (jak mówili życzliwi Bruce’owi) gra. Niektórzy określali ją mianem brutalnej. W pierwszych ośmiu meczach w pierwszej drużynie Bruce otrzymał osiem żółtych kartek. Z czasem jednak jego zaangażowanie zostało docenione. Na koniec sezonu został wybrany graczem roku w Gillingham. Po kilku latach spędzonych w tym klubie zaczął wzbudzać zainteresowanie mocniejszych „firm” na rynku transferowym. W kwietniowym meczu z Newport County w tak niefortunny sposób próbował odebrać piłkę rywalowi, że złamał sobie nogę. Marzenia o transferze trzeba było odłożyć. Po powrocie po kontuzji Bruce zagrał dobrze w dwóch ćwierćfinałowych meczach Pucharu Anglii z Evertonem. Zawodnikiem zainteresował się ówczesny trener Newcastle, Arthur Cox. Bruce’owi niedane jednak było wtedy wrócić w rodzinne strony. Cox stracił pracę w NUFC i temat transferu upadł. Zamiast do Newcastle Steve trafił do Norwich. W pierwszym meczu sezonu, w pierwszej minucie po wejściu na boisko strzelił samobójczą bramkę.

Z każdym kolejnym meczem było coraz lepiej, bo „Brucie” był nie tylko skuteczny w defensywie, ale także pod bramką rywali. W rozgrywkach Pucharu Ligi zdobył 3 bramki. Na koniec sezonu wybrano go najlepszym zawodnikiem klubu, ale Norwich spadło z ligi. Okres drugoligowego czyśćca trwał tylko sezon. „Kanarki” wróciły do First Division, Bruce został kapitanem zespołu i stał się niezastąpiony w linii obrony Norwich. Po latach został wybrany do Galerii Sławy Norwich City (Norwich City Hall of Fame). Pod koniec 1987 roku pozyskaniem Bruce’a zainteresowało się kilka mocniejszych klubów. Na czoło rywalizacji wysunął się Manchester United. Norwich początkowo zaakceptowało ofertę opiewającą na 800 tysięcy funtów, by nieoczekiwanie zażądać od „Czerwonych Diabłów” kwoty o 100 tysięcy wyższej. Negocjacje utknęły w martwym punkcie. Bruce’owi na tyle mocno zależało na tym transferze, że zastrajkował i odmówił dalszej gry na Carrow Road. Władze Norwich uznały, że „z niewolnika nie ma pracownika” i za 825 tysięcy sprzedały Bruce’a do United. Kontrakt z klubem z Old Trafford został podpisany 17 grudnia 1987 roku, tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia i dwa tygodnie przed 27. urodzinami obrońcy z charakterystycznych przekrzywionym nosem. Już dwa dni później zadebiutował w wygranym meczu z Portsmouth. Do końca rozgrywek opuścił zaledwie jeden mecz, a United wywalczyło wicemistrzostwo. Decydujące zdarzenia dla przyszłości Bruce’a i całego Manchesteru miało miejsce w sierpniu 1989. Do klubu przyszedł wówczas Gary Pallister, młodszy o pięć lat i wyższy o 10 centymetrów, ale równie nieustępliwy środkowy obrońca. Gary Neville w 2006 roku określił współpracę Pallistera i Bruce’a jako „najlepsze partnerstwo w historii United”. Być może starszy z braci Neville’ów nieco przesadził, ale faktem jest, że era sukcesów drużyny Fergusona rozpoczęła się od momentu, w których na środku defensywy królował duet Bruce-Pallister. W 1990 United zdobyło Puchar Anglii, rok później Puchar Zdobywców Pucharów, aż wreszcie w 1993 pierwsze od 26 lat mistrzostwo kraju. Kampania 1990/1991 to czas, w którym Bruce popisał się niezwykłym, jak na obrońcę, osiągnięciem – w lidze zdobył 13 bramek, a we wszystkich rozgrywkach aż 19. W mistrzowskim sezonie 1992/1993 często zastępował w roli kapitana Bryana Robsona. Prawdziwy dzień chwały Bruce’a miał miejsce 10 kwietnia 1993 roku. Manchester musiał wygrać z Sheffield Wednesday, aby zapewnić sobie tytuł mistrzowski. Długo jednak przegrywał 0:1. Dwie celne główki Bruce’a — w 86. i 90. (właściwie już w 96.) minucie — dały jednak podopiecznym Fergusona zwycięstwo i tak długo wyczekiwany tytuł. Szalona radość menadżera United i jego asystenta, Briana Kidda zapisała się w dziejach, jako jeden z najbardziej kultowych momentów w dziejach Premier League. 3 maja, po spotkaniu z Blackburn, ostatnim domowym meczu sezonu, Bruce i Robson wspólnie unieśli do góry okazały puchar. Kolejne lata przyniosły następne sukcesy – dublety w sezonach 1993/1994 i 1995/1996. O ile jednak za pierwszym razem Bruce znów był pierwszoplanowym graczem zespołu (rekordowe w jego karierze 62 mecze we wszystkich rozgrywkach, do tego 7 goli), to w drugim przypadku jego pozycja nieco osłabła (39 spotkań na wszystkich frontach), a etatowym kapitanem był już wówczas Cantona. Po zwycięskim finale FA Cup, w którym Bruce nie wystąpił, Francuz chciał odstąpić swoje prawo pierwszeństwa do podniesienia pucharu doświadczonemu obrońcy, ale ten odmówił. Po sezonie 35-letni Bruce odszedł z United do Birmingham City, kończąc tym samym najlepszy etap w swojej karierze. W Birmingham Bruce był najlepiej zarabiającym zawodnikiem, ale często popadał w konflikty z trenerem Trevorem Francisem. Nieporozumienia były podsycane przez plotki, jakoby Bruce miał zastąpić Francisa na ławce trenerskiej. Po dwóch sezonach Steve przeniósł się do Sheffield United. Tam zagrał tylko w 11 meczach, ostatni raz – z Sunderlandem 28 listopada 1998 roku. Cieniem na pełnej sukcesów karierze Bruce’a kładzie się brak choćby jednego występu w pierwszej reprezentacji Anglii. Najbardziej liczył na to za kadencji Bobby’ego Robsona w 1987 roku. Po pewnym czasie doszło do rozmowy między obrońcą a trenerem. Bruce tak relacjonował to spotkanie: ,,On wstał do mnie i powiedział: »Powinienem był powołać Cię do reprezentacji«. Było mi to miło usłyszeć, jednak ciągle nie zadebiutowałem… Zawsze będę lekko zawiedziony z tego powodu”.

Kariera trenerska Bruce’a nie od początku układała się dobrze. Rozpoczął ją od klubu, w którym skończył swoją przygodę jako aktywny piłkarz. W Sheffield United panował, zdaniem Steve’a, bałagan, a budżet na transfery był zbyt niski, aby myśleć o awansie do Premier League. Po jednym sezonie pracy trenerskiej Bruce chciał porzucić tę profesję, ale dał się namówić na prowadzenie Huddersfield, a później Wigan i Crystal Palace. Z żadną z tych drużyn nie osiągnął jednak sukcesu. Jego los odmienił się, gdy został szkoleniowcem Birmingham City w 2001 roku. Pracę rozpoczął od serii kilkunastu meczów bez porażki. Drużynie udało zakwalifikować się do play-offów. W finale po rzutach karnych Birmingham City pokonało Norwich i po raz pierwszy od 16 lat awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej. Po początkowych problemach w Premier League „Blues” zaczęli wygrywać w najodpowiedniejszym do tego momencie. Jeszcze na początku kwietnia BCFC zajmowało 17 miejsce w tabeli i istniało poważne zagrożenie, że osunie się w tabeli jeszcze niżej. Cztery kolejne zwycięskie mecze, w których 5 bramek zdobył Christophe Dugarry – mistrz świata z 1998 i Europy z 2000 roku – pozwoliły na spokojne utrzymanie. Miejsce 13. zadowoliło kibiców, tym bardziej że po raz pierwszy od 70 lat klub znalazł się w tabeli wyżej niż lokalny rywal – Aston Villa. W 2004 roku Steve Bruce był głównym kandydatem do objęcia stanowiska trenera Newcastle. Freddy Shepherd, prezes Newcastle United chciał zapłacić 3 miliony funtów rekompensaty klubowi z Birmingham, później podwyższając ofertę. Bruce został w Birmingham, choć „Sroki” chciały go zatrudnić ponownie w 2006 roku. Ostatecznie znów do przenosin nie doszło, ale w tym czasie Bruce miał inne powody do zmartwienia. Birmingham City zajęło 18. miejsce na koniec sezonu i spadło z ligi, chociaż w składzie drużyny znajdowali się tacy piłkarze, jak Emile Heskey, Nicky Butt, Mario Melchiot, Walter Pandiani, Matthew Upson, Muzzy Izzet, czy Jermaine Pennant. Kibice domagali się zwolnienia Bruce’a. Szefostwo klubu jednak nie ugięło się pod tymi żądaniami i pozostawiło byłego obrońcę Manchesteru na stanowisku. Bruce odwdzięczył się za zaufanie i ponownie wprowadził klub do Premier League. Jesienią 2007 roku na skutek nieporozumień z nowymi władzami klubu Bruce rozpoczął negocjacje z Wigan Athtelic, które prowadził już w 2001 roku. Po pewnych formalnych problemach udało mu się podpisać kontrakt z klubem. Bez spektakularnych sukcesów z tym klubem przeniósł w 2009 roku do Sunderlandu. Przygoda z „Czarnymi Kotami”, jak zwykło się nazywać klub ze Stadium of Light trwała 2 i pół roku. W ciągu pierwszych 18 miesięcy pracy Bruce kupił trzynastu i sprzedał aż 15 zawodników. Prezes Niall Quinn wydawał się zadowolony z tych ruchów Bruce’a. Podpisując z trenerem nowy kontrakt w lutym 2011 r., powiedział: ,,W ciągu zaledwie 18 miesięcy zmienił nasz skład nie do poznania, wprowadzając fantastycznie utalentowanych graczy. Uosabia etos pracy zespołowej i znaczenie koleżeństwa w tworzeniu wspaniałego ducha wspólnoty wśród graczy i personelu”. W listopadzie tego samego roku Bruce został jednak zwolniony z posady trenera. Jak twierdził w wywiadach, jedną z przyczyn utraty pracy była sympatia, jaką żywił do głównego rywala Sunderlandu – Newcastle United. Na kolejną ofertę pracy czekał aż do czerwca 2012 roku. Hull City miało wielkie ambicje i Bruce dobrze dostosował się do tych oczekiwań. Awans do Premier League, finał Pucharu Anglii, w którym klub Bruce’a prowadził już 2:0 z Arsenalem, by polec 2:3, gra w Lidze Europy – wydawało się, że pod wodzą niedoszłego hydraulika drużynę Hull czekają same sukcesy. Niestety w 2015 roku drużyna zajęła dopiero trzecie miejsce od końca i spadła z ligi. Bruce, już nie po raz pierwszy w trenerskiej karierze otrzymał szansę naprawienia swoich błędów i nie został zwolniony. Hull w kampanii 2015-2016 zakwalifikowało się do baraży i znów uzyskało awans do najwyższej ligi. Bruce podjął jednak niespodziewaną decyzję o odejściu z klubu. Niektórzy uważali, że był sfrustrowany brakiem transferów, ale pojawiły się też głosy, że po cichu liczył na fotel selekcjonera reprezentacji – pusty po odejściu Hodgsona.

Od października 2016 do października 2018 roku Bruce prowadził Aston Villę. W jednym z meczów krewki kibic zawiedziony słabą grą klubu rzucił w Bruce’a kapustą. To pożałowania godne wydarzenie przelało chyba czarę goryczy. Bruce został zwolniony 3 października 2018 roku. W styczniu 2019 roku objął Sheffield Wednesday. W wywiadzie dla „The Telegraph” udzielonym na początku roku opowiadał o 2018 jako o „najgorszym roku swego życia”. Trudno mu się dziwić – w ciągu 12 miesięcy zmarli oboje rodzice Bruce’a, on sam musiał stoczyć walkę z chorobą nowotworową, a na dodatek został wyrzucony z „The Villans”. W wywiadzie Bruce niezwykle szczerze przyznawał, że nie spędzał odpowiednio dużo czasu ze swoimi rodzicami, będąc pochłoniętym pracą. Odniósł się też do swojej choroby: ,,Kiedy usłyszałem słowo»rak«, byłem w strzępach. Spanikowałem, myślę, że każdy tak robi, to było bardzo przerażające, okropne. Na szczęście czerniak się nie rozprzestrzenia. Będą mnie nadal monitorować, mam blizny na twarzy, na plecach. Dobrze, że nigdy nie martwiłem się o mój dobry wygląd”. Z Sheffield nie udało mu się uzyskać awansu do Premier League. W połowie lipca opuścił „Sowy”, aby objąć Newcastle United, klub, któremu kibicował od dziecka i którego szkoleniowcem miał szansę zostać już przynajmniej trzy razy. Na pierwszych zdjęciach zrobionych w nowej pracy nie wygląda na zadowolonego, ale być może zdaje sobie sprawę, jak ciężkie zadanie go czeka. Z pewnością jednak się nie podda. Steve Bruce był i jest twardzielem.

Osiągnięcia zespołowe:

Manchester United

3x mistrzostwo Anglii (1993, 1994, 1996)

1x Superpuchar UEFA (1992)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1991)

3x Puchar Anglii (1990, 1994, 1996)

1x Puchar Ligi Angielskiej (1991)

3x Superpuchar Anglii (1990, 1993, 1994)

Norwich City

1x Puchar Ligi Angielskiej (1985)

10

@FCBparasiempre
Panie i Panowie, 84 lata kończy dziś Alex Ferguson. Kiedy 8 maja 2013 roku Alex Ferguson ogłosił, że po sezonie kończy z futbolem, piłkarski świat się zatrzymał. Przecież odchodził największy menadżer w historii dyscypliny, człowiek, którego sepleniący szkocki akcent już na zawsze będzie kojarzyć się ze słynną „suszarką”. W trakcie 27 lat w Manchesterze United prowadził tę drużynę w 1500 spotkaniach, co jest absolutnym rekordem. Żeby zrozumieć etos pracy Szkota, trzeba cofnąć się do Wielkiej Brytanii z czasów tuż po II wojnie światowej. Ulice pełne kataryniarzy, piosenkarzy i sprzedawców owoców. Gdzieś w tle migoczące stoczniowe żurawie. I ciągłe odgłosy stoczni. Właśnie tak wyglądało Govan, dzielnica Glasgow, w której dorastał Alexander Chapman Ferguson. Urodził się w Sylwestra 1941 roku, kilkanaście dni po tym, jak Japonia zaatakowała Pearl Harbor. Wielka Brytania była już w stanie wojny, jednak największy zbrojny konflikt w dziejach, nie miał bezpośredniego wpływu na dzieciństwo małego Szkota. Imię otrzymał po ojcu, który należał do klasy robotniczej. Pracował jako ochroniarz w sklepie, później także jako stoczniowiec. Był człowiekiem skrytym, jednak niezwykle impulsywnym. To właśnie po nim późniejszy menadżer Manchesteru United odziedziczył tę cechę charakteru. Matkę Lizzie Ferguson opisywał jako „kamień naszego życia”. Była kobietą niezwykle silną, uwielbiała tańczyć. „Pochodzenie nigdy nie powinno stanowić przeszkody w osiągnięciu sukcesu. Skromne początki w życiu mogą czasem pomóc raczej niż zaszkodzić. Jeśli przyjrzeć się ludziom, którzy odnoszą sukces, warto spojrzeć na to, czym się zajmowali ich rodzice, by zrozumieć, skąd u ich dzieci taka energia i motywacja” – Alex Ferguson w swojej autobiografii wydanej przez Wydawnictwo Literackie. Ferguson lubił powtarzać, że człowiek jest tym, kim są jego rodzice. Doskonale rozumiał fakt, że to właśnie oni mają największy wpływ na życie potomka. Tak jak w wielu rodzinach w tamtym czasie, Fergusonów nie było stać na wystawne życie, jednak nigdy też nie głodowali. Nie mieli telewizora, ani własnego samochodu. ,,Zawsze mieliśmy co jeść, nigdy nie chodziliśmy na wagary, byliśmy czyści” – opowiadał po latach Alex Ferguson. Mieszkał we wspólnym pokoju z młodszym bratem Martinem. To właśnie jego kilkadziesiąt lat później mianuje szefem skautów Manchesteru United, a brat odwdzięczy się wynalezieniem dla klubu Ruuda van Nistelrooya czy Diego Forlana. Wróćmy jednak do Govan. Chłopców uczono prostych zasad, w myśl których postępowali przez całe życie. Ich matka w obawie przed wejściem w złe towarzystwo, zapisała synów do młodzieżowych organizacji charytatywnych. Nie przynosiło to jednak zamierzonych skutków, ponieważ Alex i Martin co jakiś czas wracali do domu ze śladami bójki na twarzy. A wszystko przez impulsywny charakter Szkota, który od najmłodszych lat, twardo stał przy swoim zdaniu. Martin wspominał, że jego brat kochał rywalizację, ale nienawidził przegrywać. Zdarzało się też, że podkradał pieniądze, żeby grać z kolegami w karty. Od najmłodszych lat Alex Ferguson był zakręcony na punkcie piłki nożnej. Podobnie jak większość Govan od dziecka był „niebieski”. Kibicował Rangersom, choć jego ojciec potajemnie kochał się w drugiej drużynie z Glasgow-Celticu. Miłości do zielono-białych nie odziedziczył też drugi z potomków Alexandra, więc w trakcie Old Firm Derby w domu państwa Ferguson, musiało dochodzić do ciekawej wymiany zdań. Chłopcy wspólnie chodzili na Ibrox podziwiać swoich idoli. Później wracali na ulice i grając z kolegami, wyobrażali sobie, że są jednymi z nich. W tym przypadku nie różnili się od miliardów dzieci z innych zakątków świata. Duży wpływ na młodego, uczęszczającego do szkoły średniej Alexa miał Douglas Smith, który włączył go do drużyny Drumchapel Amatuers. To właśnie on wychował m.in. Kenny’ego Dalglisha, Paddy’ego Creranda czy Davida Moyesa, który później zastąpi Alexa Fergusona na stanowisku trenera United. Smith swoim podopiecznym wpajał twarde zasady moralne, które pokrywały się z wizją wychowywania dzieci przez Alexandra seniora. Były to: dyscyplina, dobre zarządzanie czasem, nieprzeklinanie, duch sportowy, a także duch walki. Wiele z tych cech Alex przekazywał swoim podopiecznym. Być może wyjątkowa barcelońska noc 1999 roku miała swój początek już w latach 50. w Glasgow…

Wkrótce po szesnastych urodzinach Ferguson odszedł z Drumchapel, żeby grać w amatorskim, aczkolwiek legendarnym Queen’s Park. To najstarsza szkocka drużyna, która dwukrotnie grała w finałach Pucharu Anglii. Już sama możliwość kopania piłki na słynnym Hampden, była dla młodego Fergusona wielką nobilitacją. Tak dużą, że jak przystało na kluby amatorskie, grę stawiał ponad zarobki. Za występy w The Hoops nie dostawał ani centa. Pieniądze zarabiał na praktykach w narzędziowni Wickman’s. Tam też zasłynął jako prowodyr strajku praktykantów, domagając się większych pensji. Po sześciu tygodniach strajk zakończył się fiaskiem. Grał na pozycji napastnika. Szybko przeszedł przez młodzieżowe szczeble, by kilkanaście miesięcy później zadebiutować już w rozgrywkach seniorskich. Było to miesiąc przed jego siedemnastymi urodzinami. Drużyna Queens Park udała się na mecz do dalekiego Stranraer. W trakcie tamtego spotkania odebrał kolejną cenną lekcję. Kiedy w przerwie poskarżył się trenerowi, że został ugryziony przez lewego obrońcę przeciwnika, usłyszał w odpowiedzi, że ma odwdzięczyć się tym samym. Niestety źródła nie podają, czy Ferguson posłuchał rady trenera. Wiadome jest, że strzelił bramkę po solowym rajdzie, jednak jego drużyna przegrała 1:2. Po zawstydzającej porażce cała drużyna wymknęła się ze stadionu i przeszła przez tory kolejowe, czekając na pociąg do Glasgow. Ostatecznie w Queen’s Park spędził trzy sezony. Pozostawił po sobie 15 zdobytych goli a także opinię zawodnika, który… unikał treningów. ,,Dwóch czy trzech z nas dobrze biegało na ćwierć mili. Niektórym się to nie podobało. Zaczynając bieg, szukaliśmy wzrokiem pozostałych, ale na torze nie było nikogo. Chowali się w tunelu albo gdzieś indziej i dołączali do nas na trasie, gdy trochę już przebiegliśmy. Alex był zawsze jednym z nich. Nie wyróżniał się też jako zawodnik. Ale to był dobry chłopak” – wspominał wspólne czasy w Queen’s Park, bramkarz Bill Pinkerton. Skuszony obietnicą regularnych występów w First Division, Alex Ferguson podpisał kontrakt z drużyną St. Johnstone. Tam szybko zrozumiał, że został oszukany. Obietnica w gry w pierwszym składzie szybko stała się mrzonką, gdy do klubu mającego swoją siedzibę w Perth dołączył Jimmy Gauld. Szkot dalej pracował w narzędziowni, jednak przeniesiono go do innego zakładu. Żeby dostać się na trening, dwa razy w tygodniu musiał przesiadać się z autobusów do taksówek, a następnie pociągu. Podróż była długa, umilały ją jedynie żarty z kolegami z zespołu. I także w tym przypadku, klub złamał dane wcześniej słowo. Alexowi obiecano, że St. Johnstone będzie zwracać pieniądze za dojazdy, które były bardzo kosztowne. Jak nie trudno się domyślić, nic takiego nie miało miejsca. W ostatniej kolejce sezonu 1961/1962 doszło do spotkania Dundee United z drużyną Fergusona. Dundee do wygrania ligi wystarczał remis, który również satysfakcjonował „Świętych” – dawał im utrzymanie w lidze. Przed meczem jeden z piłkarzy St. Johnstone zaproponował po trzydzieści funtów dla każdego piłkarza Dundee, w zamian za podział punktów. Trzeba wiedzieć, że była to niezła suma, w wysokości tygodniowych zarobków. Ofertę odrzucono, choć zdaniem Iana Ure, byłego obrońcy United, nie wszyscy piłkarze w tamtym meczu grali zgodnie z przyjętymi standardami i zasadami moralnymi. W tym spotkaniu grał także Ferguson. Zdobył nawet gola głową, jednak sędzia go nie uznał. Zdaniem Alexa- niesłusznie. Dundee wygrało 3:0 i mogło cieszyć się z mistrzostwa Szkocji, a St. Johnstone musiało pogodzić się ze spadkiem z ligi. Co prawda „Święci” szybko wrócili do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak bez znacznego udziału Alexa, którego kariera zdecydowanie zwolniła. Z tamtym okresem wiąże się jednak pewna ciekawa anegdota. Zniechęcony brakiem występów w pierwszej drużynie Ferguson, poprosił dziewczynę brata, żeby zadzwoniła do klubu, udając jego matkę i poinformowała trenera, że Alex zachorował na grypę. Było to dzień przed spotkaniem drużyny rezerw z ukochanymi Rangersami na Ibrox. Trener szybko odkrył spisek i wysłał telegram do rodzinnego domu z prośbą o jak najszybszy kontakt. Okazało się, że część piłkarzy faktycznie zachorowała na grypę. Rodzice się wściekli, a ich potomek stawił się w hotelu, oczekując na mecz. Kiedy wspólnie z bratem przychodzili na Ibrox podziwiać piłkarzy w niebieskich koszulkach, wiele razy Alex wyobrażał sobie, jak pakuje piłkę do bramki rywala. Tak też było i w tamtym spotkaniu. Trzykrotnie pokonał bramkarza Rangersów, czarując do tego stopnia, że o jego wyczynie wspomniała telewizja. Miał wtedy już ponad 20 lat i spełnił jedno ze swoich dziecięcych marzeń, z jedną różnicą. To Rangersi byli ofiarą. St. Johnstone wygrali to spotkanie 3:2, a obecny na trybunach papa Ferguson, przez całe 90 minut czytał książkę. Tego dnia przyszły menadżer „Czerwonych diabłów” odebrał kolejną lekcję, która przyda mu się w kontaktach z piłkarzami. Kiedy zapytał ojca o swój występ, usłyszał jedynie „okej”. Po latach zrozumiał, że dzięki temu nie popadł w samozachwyt. I wielokrotnie podobne chwyty stosował na Davidzie Beckhamie czy Cristiano Ronaldo. Mniej więcej w tym samym czasie poznał Cathy Holding – kobietę, która na zawsze odmieniła jego życie. Kobietę, która spędziła całe życie z najbardziej utytułowanym menadżerem w historii futbolu, nazywając jego dyscyplinę „głupią grą”.

Związek z Cathy uświadomił Fergusonowi, który już wtedy zarabiał dobre pieniądze, że najwyższy czas podążać za własnymi marzeniami i spróbować dostać się Rangersów. Zanim jednak do tego doszło, odebrał kolejną, niezwykle cenną lekcję… Latem 1964 roku podpisał kontrakt z Dunfermline. Ekipa z regionu Fife robiła wrażenie w Szkocji. Pod przewodnictwem Jocka Steina zaliczyła przygodę w Pucharze Miast Targowych w sezonie 1962/1963, gdzie wyeliminowała Everton, a w kolejnej rundzie potrafiła ograć na własnym boisku Valencię 6:2. Kiedy Ferguson przechodził na East End Park, Stein był już trenerem Hibernianu. Pozostawił po sobie spuściznę, która tak zainspirowała Alexa, że schemat powielał w każdym klubie, w którym pracował jako menadżer. Jock Stein był wizjonerem. Doskonale wiedział, że klub piłkarski nie może opierać się jedynie na zagranicznych, ani nawet krajowych transferach. Rozumiał biznes tego sportu i doskonale wiedział, że z ekonomicznego punktu widzenia lepiej jest wychowywać własnych piłkarzy, niż kupować. Wiedział też, że lokalni gracze, zawsze będą bardziej zżyci z kibicami i poświęcą więcej dla zwycięstwa drużyny. Znajome, prawda? Grając w Dunfermline, Ferguson ostatecznie porzucił pracę w narzędziowni, na rzecz całkowitego skupienia się na futbolu. Gdy zostałem pełnoetatowym piłkarzem, byłem zdecydowany, by pozostać w futbolu. Jako praktykant w narzędziowni wstawałem z łóżka i wskakiwałem do zatłoczonego autobusu do Hillington, w którym każdy palił fajki. Potem mogłem kupić swój pierwszy samochód i codziennie rano jeździć do Dunfermline w świeżym powietrzu – co za odmiana! – wspominał po latach, cytowany w książce „Futbol cholera jasna! Patricka Barclaya. To właśnie w trakcie pobytu w tym klubie zdecydował, że zrobi licencję trenerską. W klubie panowała rodzinna atmosfera. Piłkarze znali się doskonale, bo w większości awansowali do pierwszego zespołu z drużyny juniorów. Wszyscy zarabiali takie same pieniądze, a po treningach spotykali się w kinowej kafejce, by za pomocą pieprzniczek i solniczek dyskutować o taktyce. Oczywiście, jednym z najbardziej zaangażowanych w dyskusje był Alex Ferguson. I ta atmosfera miała bezpośrednie przełożenie na postawę na boisku. Duży wkład w grę drużyny miał Ferguson, który właśnie w tym historycznym szkockim mieście grał najlepszy futbol w karierze. Strzelał regularnie i zadebiutował w europejskich pucharach. Było to w szwedzkim Goteborgu, w meczu przeciwko Orgryte. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, a z racji zwycięstwa w pierwszym starciu (4:2), to Szkoci awansowali dalej. Następnie odprawili Stuttgart, by przegrać w trzeciej rundzie z Athletikiem Bilbao po dodatkowym meczu. W debiutanckim sezonie w „The Pars” miał szansę na Puchar Szkocji, jednak jego zespół przegrał z Celtikiem prowadzonym przez Steina (2:3). Ferguson cały mecz przesiedział na ławce, w międzyczasie w dość ostrych słowach komentując decyzję trenera. Po meczu zażądał nawet transferu, jednak klub nie wyraził na to zgody. W marcu 1966 roku Alex Ferguson poślubił Cathy. Ślub odbył się w sobotę rano, a już po południu Szkot był w na boisku w starciu z Hamilton Academical. Co więcej, następnego dnia zameldował się w hotelu, gdzie wspólnie z resztą drużyny przygotowywał się do rewanżowego meczu 1/4 finału Pucharu Miast Targowych. Tam strzelił nawet dwie bramki Realowi Saragossie, jednak Dunfermline odpadło po dogrywce. Mając dwadzieścia pięć lat, uzyskał dyplom trenera, szkoląc się wcześniej w centrum treningowym reprezentacji Szkocji w pobliżu Largs. Dzielił tam pokój z Jimem McLeanem, a uczył ich Bobby Seith. ,,Alex i Jim byli dobrymi uczniami. Już wtedy można było odnieść wrażenie, że daleko zajdą. Zawsze chętnie analizowali różne rzeczy, chcieli się uczyć i zadawali pytania” – wspomina Seith. Tam odebrał kolejną lekcję. Wpajano mu zasady, że warto dopasowywać strategię do piłkarzy, nie odwrotnie. Rok 1967 był ostatnim w Dunfermline. Zanim odszedł z tego klubu, zdążył jeszcze w barwach reprezentacji Szkocji odbyć tournée po świecie. Była to reprezentacja złożona z piłkarzy występujących tylko w lidze szkockiej. Coś na wzór reprezentacji Polski na turniejach w Tajlandii. Spotkań tych nie zalicza mu się jednak do oficjalnych statystyk, choć zdaniem Fergusona zupełnie nie słusznie. Do Glasgow trafił po głośnym, wartym 65 tysięcy funtów transferze. Już pierwszego dnia po podpisaniu kontraktu , Alex Ferguson musiał mierzyć się z przeszkodami. Pierwszą, choć z pozoru niewinną, było pytanie dyrektora klubowego o ślub z Cathy. Ferguson, który był protestantem, idealnie pasował w wizję klubu, który opierał się właśnie na ludziach tego wyznania. Cathy zaś była katoliczką, co nie odpowiadało wielu osobom związanymi z „The Gers”. Co ciekawe, dopiero pierwszym katolikiem, który reprezentował barwy Rangersów po I wojnie światowej, był Mo Johnston. Choć drużyna z niebieskiej części Glasgow była wymarzonym klubem Alexa, którym kibicował od dziecka, czas spędzony na Ibrox był niezwykle trudny. Niedługo po jego przyjściu do klubu w niezbyt elegancki sposób zwolniono trenera Scota Symona, co nie spodobało się impulsywnemu Fergusonowi do tego stopnia, że sam chciał wymierzyć sprawiedliwość włodarzom klubu i zażądać transferu. Do protestu jednak nie doszło. W zamian za to, Ferguson strzelił dwie bramki FC Koeln w Pucharze Miast Targowych. W pierwszym sezonie gry w Rangersach, nasz bohater był najlepszym strzelcem zespołu. Atmosfera w klubie nie była jednak najlepsza. Pogorszyła ją utrata w ostatnim meczu sezonu mistrzostwa Szkocji, które zdobył największy rywal z drugiej części miasta. Rangersi przegrali decydujące spotkanie na własnym boisku z Aberdeen, a kibice ze złości wybili szyby w szatni. Czekając kilka godzin na wsparcie, Alex Ferguson miał dużo czasu na przeanalizowanie słów Jocka Steina, który był trenerem Celtiku. Przed decydującym spotkaniem wypowiedział się dla prasy, że mistrzostwo jest już w rękach Rangersów i to tylko oni sami mogą je oddać. Tę zagrywkę psychologiczną Alex będzie praktykował później wiele razy. Nauki Steina przyszły menadżer „Czerwonych Diabłów” chłonął jak gąbka. Miał na to wiele okazji, ponieważ często spotykali się wspólnie z żonami na kolacjach, w miejscowych restauracjach. W barwach „The Gers” nie grał zbyt dużo. Nie zgadzając się odejść z klubu, ściągnął na siebie gniew trenera, który przeniósł go do zespołu rezerw. Co prawda Alex miał szansę na rehabilitację w finale Pucharu Szkocji przeciwko Celtikowi w 1969 roku, jednak zawalił tam gola. Rangersi przegrali 0:4, a kozłem ofiarnym uznano właśnie Fergusona. To starcie było jego ostatnim w pierwszej drużynie tego klubu. W następnym sezonie przeniesiono do go trzeciego zespołu, gdzie trenował praktycznie samotnie. Zdarzało się, że wyjeżdżał na mecze tak niskiego szczebla i nawet nie wchodził na boisko. Doskonale wiedział, że jego dni na Ibrox są policzone. Klub, który kochał za dziecka, co chwilę wystawiał go na pośmiewisko.

Zdaniem niektórych była to kara za ślub z katoliczką. Fergusona niesłusznie oskarżano, że jego pierwszy syn Martin był ochrzczony w kościele katolickim. Żeby zrozumieć powagę sytuacji, trzeba przypomnieć sobie, że tamte czasy pełne były konfliktów na tle wyznaniowym. Inni twierdzili, że Alex nie poradził sobie z presją ogromnej kwoty transferowej. Sam Ferguson stwierdził po latach, że jego walka o akceptację przebiegała trudniej, niż powinna. Choć Alex Ferguson miał propozycję transferu do Nottingham Forrest, zdecydował się na przenosiny do występującego w Second Division Falkirk. Grał tam dla swojego byłego menadżera z Dunfermline – Williego Cunnighama. Drużyna szybko awansowała do wyższej ligi, a Ferguson kilka razy pokazał partnerom, co oznacza jego gniew. W przerwie meczu Pucharu Szkocji na Ibrox pobił się z Johnem McLaughanem, który popełnił błąd przy golu dla Rangersów. W tym czasie menadżer, jak gdyby nigdy nic, opierał się łokciem o ścianę, czekając na rozstrzygnięcie bokserskiego pojedynku. Rozdzieliło ich dopiero kilku młodszych zawodników. W następnym sezonie przeniesiono do go trzeciego zespołu, gdzie trenował praktycznie samotnie. Zdarzało się, że wyjeżdżał na mecze tak niskiego szczebla i nawet nie wchodził na boisko. Doskonale wiedział, że jego dni na Ibrox są policzone. Klub, który kochał za dziecka, co chwilę wystawiał go na pośmiewisko. Choć Alex Ferguson miał propozycję transferu do Nottingham Forrest, zdecydował się na przenosiny do występującego w Second Division Falkirk. Grał tam dla swojego byłego menadżera z Dunfermline – Williego Cunnighama. Drużyna szybko awansowała do wyższej ligi, a Ferguson kilka razy pokazał partnerom, co oznacza jego gniew. W przerwie meczu Pucharu Szkocji na Ibrox pobił się z Johnem McLaughanem, który popełnił błąd przy golu dla Rangersów. W tym czasie menadżer, jak gdyby nigdy nic, opierał się łokciem o ścianę, czekając na rozstrzygnięcie bokserskiego pojedynku. Rozdzieliło ich dopiero kilku młodszych zawodników. Następnym razem furię okazał w meczu pożegnalnym Arthura Hamiltona. Kiedy jego kolega z boiska, niejaki Ford, niecelnie podał piłkę, wystawił się na gniew Alexa. ,,Fergie przebiegł sprintem przez całe boisko, żeby mnie opieprzyć, a gra toczyła się dalej. Wbijał mi palec w twarz. Nie podobało mi się to co mówił i nie podobał mi się ten palec, więc mu trochę oddałem” – opowiadał uczestnik zajścia. Temperament i kontuzje ostatecznie zgasiły karierę Fergusona. Przed końcem zdążył jeszcze zagrać killa spotkań w Ayr, by ostatecznie zawiesić piłkarskie buty ma kołku. Miał 33 lata i był już ojcem trójki synów. W 1974 roku powrócił do Falkirk, żeby podpisać swój pierwszy kontrakt trenerski z East Stirlingshire.

7

0

@LukaszFan No właśnie! Z tymi latynosami, to nigdy nic nie wiadomo, w każdej chwili moga coś zmajstrować. A takie pozwalanie przez zarząd, jak w przypadku Neymara, który sobie latał na urodziny do siostrzyczki, to woła o pomste do nieba......!!!

10

Pięć szwów nad okiem:

Obecnie ciężko usłyszeć o wybrykach piłkarzy Barçy w Sylwestrową noc, lecz zupełnie inaczej było przed laty, gdy klub reprezentowali tacy zawodnicy jak Neymar czy bohater naszego tekstu- Romario. Brazylijczyk pojawił się co prawda na pierwszym treningu w 1995 r. a w jego przypadku było to dość rzadkim wydarzeniem, ponieważ z każdego pobytu w Brazylii wracał spóźniony. Niestety i tym razem nie obyło się bez skandalu, gdyż nad prawym okiem Romario widniało pięć szwów. Według relacji Brazylijczyka, podczas Sylwestra w Rio de Janeiro został trafiony puszką piwa i nie był zdolny do treningów przez kilka dni. Johan Cruijjf pozostał jednak nieugięty, mając w pamięci zbliżający się mecz z Realem Madryt i napastnik wziął udział w popołudniowym rozruchu. W międzyczasie Romario uciął w wywiadach plotki transferowe i zdementował pogłoski o planowanej wymianie na Denisa Bergkampa. Obiecał również wypełnić obowiązujący go kontrakt i dopiero wtedy wrócić do Brazylii. Niestety już po trzech dniach menedżer piłkarza oświadczył Joanowi Gaspartowi że rodzina Romario już nie chce wracać do Barcelony i piłkarz pragnie odejść. Gaspart jednak nie zgodził się na żadne negocjacje przed El Clasico. Cała sytuacja rozsadziła drużynę od środka i Blaugrana przegrała 5 stycznia z Realem 5:0! Dwa dni później Romario przeszedł do Flamengo za 4,5 mln euro, mówiąc że nigdy już nie wyjedzie z Brazylii żeby grać w piłke. Nie spełnił jednak kolejny raz danego słowa i w 1996 r. trafił do Valencii. Później zwiedził jeszcze Katar, USA i Australie ale już nigdy nie osiągnął poziomu gry z FC Barcelony. Ach ci Brazylijczycy, oni żyją w innym świecie…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Marusek No widzisz! To był kapitalny bramkarz i miał niepowtarzalny życiorys. Szkoda że nie widziałem go przynajmniej w telewizji bo z pewnością uznałbym go za najlepszego bramkarza świata w historii. Z tych co oglądałem na żywo ta największe wrażenie robili na mnie Dino Zoff i Buffon.

2

@FCBparasiempre
Przed kolejnym Alf Ramsey poprosił Banksa na krótką rozmowę w cztery oczy. Bramkarz przestraszył się, bo dokładnie rok wcześniej w taki sam sposób (wówczas Anglicy byli na tourne po Meksyku) trener poinformował go o śmierci ojca. Tym razem była to radosna nowina. Dzwonili z Buckingham Palace aby poinformować, że Banksowi przyznano Order of the British Empire! Była to wspaniała dawka motywacji przed meczem z Brazylią. W nocy z 6 na 7 czerwca najdłużej śpiący Anglik przespał może dwie godziny. Meksykanie urządzili „kocią muzykę” pod oknami hotelu, wdarli się także do środka i dobijali się do drzwi pokoju Banksa oraz Alexa Stepneya! Dopiero ściągnięta naprędce dodatkowa ochrona wyrzuciła natrętnych Meksykanów. Brazylijczycy w pierwszym meczu pokonali 4:1 Czechosłowację, a wszystkich czarował Pele, będący w apogeum swoich możliwości. Na stadionie w Guadalajarze zebrało się 72 tysiące widzów (według innych źródeł 66 tysięcy). Po zaledwie dziesięciu minutach Jairzinho przedarł się prawym skrzydłem i dośrodkował do Pelego. „Król futbolu” strzelił głową i krzyknął „gol”, będąc przekonanym, że Banks nie obroni. Reszta jest historią, dokładnie opisaną na początku tego artykułu. Parada ta stała się znakiem rozpoznawczym Banksa, mimo że Anglicy ostatecznie przegrali – w 59. minucie Jairzinho znów został sam na prawym skrzydle i tym razem mocnym strzałem nie dał szans „Banksy’emu”. Anglia przegrała 0:1, ale wciąż miała wszystko w swoich rękach – trzeba było jedynie wygrać z Czechosłowacją w ostatnim grupowym meczu. I Anglicy uczynili to – wygrali 1:0 po golu Alana Clarke’a z karnego, choć Czechosłowacy sprawili im sporo kłopotów. Po meczu z Brazylią Alf Ramsey pozwolił piłkarzom spotkać się z rodzinami. Ursula z dziećmi były akurat w Anglii, ale Banks mógł się pochwalić mamie i cioci Dorothy swoim OBE. Któż by się spodziewał wtedy, że mecz z Czechosłowacją to ostatni występ Banksa na mistrzostwach świata… Ćwierćfinał z RFN był zaplanowany na niedzielę 14 czerwca w samo południe (jak większość spotkań podczas tego mundialu). W piątek Alf Ramsey pozwolił piłkarzom na wypicie jednego piwka do kolacji. Na nieszczęście Banks z tego skorzystał… Podczas pisania swojej autobiografii nie pamiętał już, czy butelkę otworzono przy nim, czy nie… Faktem jest, że pół godziny po wypiciu tego piwa poczuł się bardzo źle. Neil Phillips, reprezentacyjny lekarz, stwierdził lekkie zatrucie, ale zapewnił, że do rana wszystko będzie w porządku. Noc była ciężka, większą jej część „Banksy” spędził w łazience, ale rano czuł się na tyle dobrze, że pełen optymizmu wsiadł w autobus wiozący ich z Guadalajary do Leonu (tam miał się odbyć mecz z Niemcami Zachodnimi). W czasie drogi znowu się pogorszyło, a leki w ogóle nie pomagały. Droga dłużyła się w nieskończoność, a po dotarciu na miejsce Banks od razu poszedł do łóżka. Potem większość czasu spędzał w toalecie, na nieszczęście swojego współlokatora Alexa Stepneya. Rano w dniu meczu wydawało się być lepiej. Trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem Alf Ramsey i Harold Shepherdson wzięli Banksa na placyk przed hotelem i zrobili lekki trening. Intensywność była na poziomie 80-latka, ale „Banksy” wykonywał wszystkie ćwiczenia i można było poczuć lekki optymizm. Poszedł do pokoju i liczył, że się jeszcze godzinkę prześpi i będzie gotowy do gry. Nic z tego. Po kilkunastu minutach choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Trener zwołał odprawę w hotelowym lobby i podjął ostateczną decyzję – w bramce zagra Peter Bonetti. Załamany i bardzo słaby Banks został w hotelu. Transmisja w meksykańskiej telewizji odbywała się z 50-minutowym poślizgiem. Banks widział bramki Alana Mullery’ego i Martina Petersa; wierzył, że zagra z kolegami w półfinale. Jakieś 25 minut przed końcem regulaminowego czasu gry, kiedy w telewizji Anglia wciąż prowadziła 2:0, drzwi jego pokoju otworzyły się i zobaczył smutnych kolegów.

– Jak się skończyło?

– Przegraliśmy 2:3 po dogrywce – powiedział Bobby Moore.

– Nie chrzań, ile było? – wściekł się Banks, myśląc, że robią sobie z niego żarty.

– To koniec Banksy, jedziemy do domu – dodał smutny Alan Ball.

– Chłopaki, dajcie spokój, nie jestem w nastroju do żartów!

Za chwilę do pokoju wszedł Bobby Charlton, a łzy kapały mu po policzkach. Gordon Banks zrozumiał, że to nie są głupie żarty i Anglia naprawdę odpadła. Banks zerknął na telewizor, gdzie Anglia wciąż prowadziła 2:0. Wyłączył go natychmiast i nigdy później nie obejrzał dalszej części tego meczu. Niektórzy obwiniali o porażkę rezerwowego bramkarza Petera Bonettiego. Na pewno nie było mu łatwo w ostatniej chwili wskoczyć do składu na tak ważny mecz. Mógł się lepiej zachować przy strzale Beckenbauera w 68. minucie (piłka przeszła mu pod brzuchem), ale przy pozostałych dwóch bramkach nie miał wiele do powiedzenia, a i sporo wybronił. Gordon Banks pisze w autobiografii, że ponoć Ramsey dramatyzował po meczu: „dlaczego ze wszystkich moich zawodników akurat Banks musiał zachorować!?”. Nigdy nie dowiemy się, co by było, gdyby nie wypił tego przeklętego piwa. Oczywiście pojawiły się teorie spiskowe o specjalnym podtruciu Banksa. Ale przecież inni zawodnicy też pili to piwo, a tylko on zachorował. Chyba raczej dopadł go zwyczajny pech. A Niemcy w półfinale po epickim boju przegrali z Włochami 3:4.

Dwa razy w swojej historii Stoke City było naprawdę wielkie. Po raz pierwszy w sezonie 1946/1947, kiedy to w ostatnim meczu sezonu stracili tytuł mistrzowski. Po raz drugi na początku lat 70. pod wodzą Tony’ego Waddingtona. Gordon Banks miał przyjemność być w tej drugiej drużynie. Przeszedł tam, bo wierzył w potencjał tej drużyny. Zaczął się on realizować w sezonie 1970/1971. Wygrana 5:0 z Arsenalem (26 września 1970 r.) zwiastowała, że klub jest na dobrej drodze. W marcu 1971 r. Stoke przegrało z Manchesterem United, a publiczność na Victoria Ground zgotowała owację na stojąco George’owi Bestowi, który ograł pięciu rywali, posadził Banksa „na tyłku” i trafił do siatki. Best był już wtedy coraz bardziej celebrytą, a coraz mniej piłkarzem, ale wciąż potrafił pokazać szczyptę piłkarskiego geniuszu. Zaledwie dwa miesiące później panowie znów się spotkali – tym razem w Belfaście, podczas meczu Irlandia Północna vs Anglia. George Best strzelił wtedy swoją najlepszą bramkę, która nie została uznana. Kiedy Banks podrzucił piłkę, aby ją daleko wykopać, Best uprzedził go i sprytnym kopnięciem przelobował bramkarza, a następnie głową skierował piłkę do bramki. Oczywiście nawet po wielu latach panowie nie zgadzali się w ocenie tej sytuacji – Banks twierdził, że słusznie nie uznano gola, Best natomiast nie dopatrywał się tam złamania przepisów. Przy okazji Banks podkreślił, że nigdy nie oceniał Besta za jego pozaboiskowe wybryki. Dla niego zawsze był to piłkarski true genius. Mimo pojedynczych spektakularnych zwycięstw (jak to z Arsenalem), Stoke nie miało szans na mistrzostwo. Co innego krajowe puchary. W sezonie 1970/1971 dotarli do półfinału FA Cup, gdzie czekał na nich właśnie Arsenal. W pierwszym meczu na Hillsborough padł remis 2:2 po zaciętym boju, potrzebna była powtórka. W niej lepsi byli już „Kanonierzy”, wygrywając 2:0. Rok później mieliśmy deja vu – znowu Stoke trafiło na Arsenal w półfinale i znowu odpadło po powtórce (1:1 i 1:2). Nawet po wielu latach Banks nie mógł przeboleć tych porażek. Upłynął już regulaminowy czas gry i wiedziałem, że po wykonaniu rzutu wolnego sędzia skończy mecz. Wyszedłem więc do piłki, żeby ją złapać i zaklepać zwycięstwo 2:1 oraz awans do finału. Jednak wpakował się mi w plecy John Radford, przez co wypuściłem piłkę i koledzy musieli wybijać na rzut rożny. Po nim Arsenal strzelił na 2:2. Do dzisiaj nie mam pojęcia, dlaczego sędzia nie zagwizdał oczywistego faulu na mnie. Prawdziwy kryminał, do dzisiaj ta rana ropieje. Nie tylko ja się czułem oszukany, podobnie Widzieli to wszyscy zawodnicy Stoke – wspominał po wielu latach końcówkę pierwszego półfinału z 1971 r. Banks (cytat z książki „Gordon Banks 1937:2019”). Rok później „Garncarze” również zostali skrzywdzeni i znów był w to zamieszany John Radford. W powtórce strzelił zwycięskiego gola z ewidentnego spalonego, ponieważ arbiter liniowy wziął za obrońcę… sprzedawcę programów meczowych, który kręcił się w pobliżu murawy. Kiedy w 2011 r. Gordon Banks jako honorowy prezes Stoke City (objął tę funkcję w 2000 r. po śmierci Stanleya Matthewsa) oglądał kolejny finał FA Cup z udziałem „The Potters” (niestety przegrany 0:1 z Manchesterem City), wciąż nie mógł przeboleć tych dwóch półfinałowych porażek z Arsenalem. Gordon Banks i spółka wreszcie jednak wywalczyli swoje upragnione trofeum – był to Puchar Ligi w sezonie 1971/1972. Potrzebowali na to aż 12 spotkań, a w półfinale z West Hamem mierzyli się aż cztery razy (mecz, rewanż + dwie powtórki)! Pierwszy mecz odbył się 8 grudnia, a czwarty 26 stycznia. W tym ostatnim starciu „Garncarze” wygrali 3:2, a w finale czekała Chelsea. „The Blues” byli faworytem, ale Stoke wygrało 2:1, a decydującą bramkę strzelił 35-letni George Eastham. 4 marca 1972 r. miał 35 lat i 161 dni, stał się wówczas najstarszym zdobywcą tego trofeum. Banks do swojej gabloty dorzucił drugi Puchar Ligi (pierwszy zdobył w 1964 r. z Leicester). Dla Stoke było to pierwsze (i jedyne, jak do tej pory) trofeum krajowe, więc świętowanie w mieście trwało bardzo długo. Sezon 1971/1972 to był w ogóle maraton dla „The Potters”; rozegrali 67 meczów o stawkę, nie wliczając towarzyskich. Banks zmęczył się okrutnie tym sezonem, ale był on dla niego bardzo udany, bo dziennikarze wybrali go najlepszym zawodnikiem rozgrywek. Po raz drugi w historii ta prestiżowa nagroda powędrowała do bramkarza, wcześniej w 1956 r. dostał ją Bert Trautmann. Trzeci był Pat Jennings, który został uhonorowany w 1973 r.

Banks przed sezonem 1972/1973 był pełen optymizmu. Uważał, że „Garncarzy” stać na wygranie ligi i namówił Geoffa Hursta transfer do Stoke. Zaczęło się obiecująco. 21 października 1972 r. przegrali wprawdzie na Anfield 1:2, ale już za kilka dni można było te punkty odrobić. Dzień po starciu z „The Reds” Banks pojawił się na Victoria Ground, aby przejść drobne zabiegi u fizjoterapeuty. Był trochę poobijany po meczu. Chciał po tym szybko wrócić do domu swoim Fordem Consulem, aby spędzić popołudnie z rodziną. Jechał krętą i wąską drogą, przed nim wlókł się stary samochód. Zniecierpliwiony Banks zdecydował się na manewr wyprzedzania. Zjechał na prawy pas i nagle z przodu pojawił się pojazd. Nacisnął hamulce z całej siły, chwilę później usłyszał huk rozbijanego szkła i „światło zgasło”. Po trzech dniach opatrunki zdjęto i swoim lewym okiem Banks mógł zobaczyć, jak pokiereszowaną ma twarz. Zaczęła się powolna rehabilitacja. Był wciąż podstawowym bramkarzem reprezentacji, więc jego kontuzja poruszyła media, Tony Waddington musiał zorganizować kilka konferencji prasowych, fotoreporterzy czatowali też pod domem Banksa w Madeley Heath. Po sześciu tygodniach Banks oznajmił trenerowi, że chciałby wrócić do treningów. Po początkowych postępach w prawym oku, nagle stracił tam wzrok całkowicie. Mimo wszystko próbował wrócić do gry, trener dał mu 6 miesięcy na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji. Po tym okresie zaprosił go do gabinetu i zapytał, czy może grać.

– Tony, jesteś świetnym trenerem. Zawsze byłeś w porządku wobec mnie, więc ja chcę być w porządku wobec ciebie. Myślę, że obaj dobrze wiemy, jaka jest odpowiedź.

– Obserwowałem cię podczas treningów. Myślę, że wciąż jesteś w stanie dla nas grać.

– Jestem w stanie , ale nie na takim poziomie, jak do tej pory. A nie chcę grać za zasługi, to byłoby nieuczciwe wobec ciebie, klubu, a przede wszystkim wobec samego siebie.

Działo się to latem 1973. Kariera bramkarska Gordona Banksa właśnie dobiegła końca. Klub zachował się wspaniale wobec Banksa. Dał mu pracę w roli trenera młodzieży i zorganizował pożegnalny mecz. Przyjechali wszyscy koledzy z mistrzowskiej reprezentacji i kilka gwiazd zza granicy. W barwach Stoke wystąpili Bobby Charlton i Eusebio. W 1976 r. do Banksa zadzwonili z Ameryki. Fort Lauderdale Strikers z Florydy chcieli go zatrdnić. – Tylko tam potrzebowali ślepego bramkarza – mówił po latach Banks. Ale pieniądze dawali dobre, poziom nie był najgorszy, a i życie na Florydzie nie do pogardzenia. 26 meczów, 29 puszczonych goli – najmniej w lidze. „Strikers” odpadli w play-offach z New York Cosmos, a Banks został wybrany najlepszym bramkarzem ligi. W przerwie między jednym a drugim sezonem w Ameryce, zagrał jeden mecz ligowy w barwach irlandzkiego St. Patrick’s Athletic F.C. Wciąż miał to coś, ale dobiegał już czterdziestki. Postanowił zakończyć z graniem na dobre. Tony Waddington obiecał Banksowi, że zawsze może wrócić do pracy w Stoke, ale w międzyczasie sam zrezygnował. Banks nie miał więc do czego wrócić w Stoke, ale udało mu się zaczepić w Port Vale. Niedługo potem przeniósł się do Telford, gdzie został pierwszym trenerem. Skończyło się kompromitacją… Trudno stwierdzić, czy bardziej dla Banksa, czy dla klubu. Stanęło na tym, że odsunięty od prowadzenia drużyny Banks sprzedawał w kiosku bilety na mecze tej półamatorskiej drużyny! Po tych wątpliwej przyjemności przygodach Banks zniechęcił się do trenowania i rozpoczął pracę przedstawiciela handlowego w branży motoryzacyjnej. Założył też Gordon Banks Hospitality Company, która przy okazji finału Pucharu Anglii 1987 r. wpędziła go w kłopoty. Część piłkarzy, która dostała od FA bilety na ten mecz, zwyczajnie je sprzedała. Banks odkupił te wejściówki na rynku i zaoferował swoim klientom. FA uznała jednak, że mistrz świata łamie zasady fair play i czerpie korzyści ze sprzedaży biletów, które powinny być darmowe. Za karę przez siedem lat nie dostał ani jednego biletu na finały Pucharu Anglii. Jednocześnie jego firma dealerska zaczęła podupadać, co wpędziło powiązaną z nią Gordon Banks Hospitality Company w kłopoty finansowe. Z pomocą ruszył Leicester, który zorganizował specjalny mecz pokazowy dla swojej legendy (z którą się tak brzydko pożegnał w 1967 r.). Kiedy Banks stanął trochę na nogi, zaangażował się w sprzedaż paneli do basenów. Działał w tym biznesie z Rogerem Huntem i Tonym Greenem, przez chwilę współpracował też z nimi Ronnie Simpson z legendarnej ekipy Celtiku. Cały czas też udzielał się w eventach rocznicowych mistrzów świata z 1966 r. Emeryturę spędził w domku na wsi. Od 2015 r. chorował na raka nerki. Zmarł we śnie w nocy z 11 na 12 lutego 2019 r. w Stoke-on-Trent.

Gordon Banks zagrał przeciwko Polsce dwa razy w barwach reprezentacji Anglii. W klubowej rywalizacji nie było mu dane mierzyć się z polskimi drużynami, bo jego Leicester i Stoke jako ligowe średniaki raczej „nie wychylały nosa” poza Wyspy Brytyjskie. Ale możemy sobie wyobrazić, że gdyby nie fatalny wypadek samochodowy, zagrałby 17 października 1973 r. na Wembley przeciwko Polsce. Czy puściłby pod brzuchem strzał Jana Domarskiego, który dał drużynie Kazimierza Górskiego awans na MŚ w RFN? Tego nie dowiemy się nigdy. Bohaterem dzięki temu został polski bramkarz Jan Tomaszewski, który 12 lutego 2019 r. żegnał Banksa takimi słowami: „Anglicy już nigdy nie będą mieli takiego bramkarza. Był nie tylko wybitnym piłkarzem, ale też skromnym człowiekiem. Spotkałem się z nim kilka razy na różnych uroczystościach i nigdy nie dał po sobie poznać, że jest wielką gwiazdą. Każdego traktował jak równego sobie. Odszedł nie tylko fenomenalny bramkarz, ale przede wszystkim człowiek – mówił „Tomek” na łamach „Przeglądu Sportowego”. Anglia wciąż czeka na takiego bramkarza, który dorówna legendzie Gordona Banksa.

2

@FCBparasiempre
Biedny Harold Shepherdson nie miał wyjścia i na kilka minut przed rozpoczęciem półfinału z Portugalią biegał wokół Wembley w poszukiwaniu kiosku. Jednocześnie Ramsey kazał kapitanowi Bobby’emu Charltonowi opóźniać, ile się da, wyjście na mecz. Na szczęście przedłużył się występ zespołu muzycznego na murawie.



Często wyobrażam sobie, jaką minę musiał mieć sprzedawca, który dosłownie na minutę przed półfinałem, zobaczył u siebie zziajanego członka sztabu reprezentacji, który chciał jak najszybciej kupić gumę Beechnut. Ledwo żywy Shepherdson w ostatniej chwili dopadł do Banksa w tunelu i wręczył mu tę nieszczęsną gumę. Bramkarz mógł wykonać swój zwyczajowy rytuał (zawsze odrywał trzy osobne kawałki) i rozpocząć walkę o finał mistrzostw świata.

– Jest i Gordon Banks, żuje gumę i wygląda na niezwykle zrelaksowanego! – mówił komentator meczu, kiedy Banks jako ostatni wybiegał na murawę. Gdyby tylko wiedział, jaki właśnie stres przeżył bramkarz i cały sztab reprezentacji…

A mecz faktycznie był piękny, zwłaszcza w porównaniu do bijatyki z Argentyną. W 30. minucie strzelał Roger Hunt, bramkarz portugalski zblokował to uderzenie, ale Bobby Charlton przytomną dobitką zza pola karnego wyprowadził Anglię na prowadzenie. Kilka minut później Banks w świetnym stylu obronił uderzenie Eusebio z woleja. Kiedy w 80. minucie świetnym uderzeniem z pierwszej piłki trafił do siatki Bobby Charlton, wydawało się, że jest po meczu. Dwie minuty później Banks popełnił błąd – wyszedł do dośrodkowania, ale zaliczył „pusty przelot” i piłka po główce rywala zmierzała do siatki. Ręką zatrzymał ją Jack Charlton. Do jedenastki podszedł Eusebio. „Banksy” z Alfem Ramseyem analizował przed meczem sposób strzelania karny przez „Czarną Perłę z Mozambiku”. Wychodziło, że zawsze strzelał w prawy róg bramkarza. Alan Ball też pokazywał Banksowi, że strzał pójdzie w prawo. Jednak wtedy do Eusebio podszedł portugalski kapitan Mario Coluna i coś mu szepnął do ucha. Eusebio kiwnął głową. Banks był pewny, że Portugalczyk zmienił zdanie. Poszedł więc w swój lewy róg, a piłka spokojnie wpadła do siatki z jego prawej strony… Była to pierwsza bramka stracona przez Anglię na tych mistrzostwach. Udało się jednak utrzymać prowadzenie 2:1 do końca. W drugim półfinale Republika Federalna Niemiec zwyciężyła ze Związkiem Radzieckim w takich samych rozmiarach. Finał został zaplanowany na 30 lipca 1966 r. na godz. 15.00. Na Wembley oczywiście. Tego dnia „Banksy” z kolegami wybrał się rankiem na spacer, a po powrocie próbował czytać gazetę. Nic z tego – kompletnie nie rozumiał zdań, które miał przed oczami. Harold Shepherdson tym razem zadbał o gumę do żucia. Stojąc podczas prezentacji zwróciłem uwagę, jak idealnie uporządkowaną fryzurę miał Alan Ball. Jak czerwone były jego włosy. Jak był dużo niższy ode mnie. Pomiędzy włosami widać mu było piegi. Zastanawiałem się, czy w ogóle wie, że na czubku głowy też ma piegi. O tym właśnie myślał „Banksy” tuż przed najważniejszym meczu w swoim życiu. Anglicy przede wszystkim nie chcieli za szybko stracić bramki, ale nie udało im się tego uniknąć. Ray Wilson za krótko wybił dośrodkowanie, piłka trafiła pod nogi Helmuta Hallera, który mocnym strzałem z kilkunastu metrów pokonał Banksa. Sześć minut później wyrównał Geoff Hurst, niemal kopiując swojego gola z ćwierćfinału z Argentyną. W 78. minucie strzałem z bliska Martin Peters dał Anglikom prowadzenie 2:1 i prawie 100 tysięcy ludzi na Wembley rozpoczęło świętowanie. Jednak Niemcy zawsze grają do końca – Wolfgang Weber w 89. minucie strzałem z bliska wyrównał i konieczna była dogrywka. Według Banksa gol w ogóle nie powinien zostać uznany – w bramkowej akcji piłkę zagrał ręką Karl-Heinz Schnellinger, co zresztą sędziemu Gottfried Dienstowi ze Szwajcarii sygnalizowali to tuż przed bramką Bobby Moore i Martin Peters. W 101. minucie padł jeden z najsłynniejszych goli w historii piłki nożnej. Właściwie w ogóle nie wiadomo, czy piłka po strzale Geoffa Hursta przekroczyła linię bramkową, ale azerski (wówczas sowiecki) sędzia boczny Tofiq Bahramov wskazał na środek boiska. Wzbudził tym wielką radość Anglików i gorące protesty Niemców. Do dziś jest to chyba najsłynniejszy człowiek futbolu z Azerbejdżanu, jego imieniem nazwano narodowy stadion w Baku, wydał także dwie książki autobiograficzne. A wszystko dzięki tej kontrowersyjnej decyzji. W 120. minucie Geoff Hurst dobił Niemców, ustalił wynik finału na 4:2 i stał się pierwszym w historii (i jak do tej pory jedynym) autorem hat-tricka w finale MŚ. Do dzisiaj ciężko mi uwierzyć, że w 120 minucie tak ciężkiej gry, Bobby Moore potrafil nie tylko spokojnie przyjąć w naszym polu karnym rozpaczliwe dośrodkowanie Niemców, ale jeszcze popatrzeć do przodu i posłać bardzo dokładne długie podanie do Geoffa Hursta, który strzelił gola. Kto jeszcze byłby w stanie tak się zachować w ostatniej minucie dogrywki w finale MŚ?

W momencie triumfu w mistrzostwach świata Gordon Banks miał 28 lat. To nie był zaawansowany wiek, zwłaszcza jak na bramkarza. Z wielką dawką pozytywnej energii wrócił do Leicester, mimo że z „Lisami” nie miał możliwości walki o najwyższe cele (w lidze kręcili się przeważnie w środku tabeli). Trochę to dziwne, że najlepszym angielskim bramkarzem nie interesował się wówczas klub z topu, ale Banks był zadowolony ze swojego pewnego miejsca w bramce drużyny z Filbert Street. Jego problemem było jednak to, że coraz bardziej żądny gry stawał się zdolny 18-letni wychowanek „Lisów” Peter Shilton. W pewien wtorkowy wieczór w kwietniu 1967 r. trener Leicester Matt Gillies zaprosił Banksa na rozmowę: „Gordon, rozmawiałem z zarządem na twój temat. Doszliśmy do wniosku, że najlepsze lata są już za tobą i powinieneś odejść.” Banksa zamurowało. Dopiero co wygrał mistrzostwo świata z reprezentacją, w sześciu meczach puścił zaledwie trzy gole, a tutaj mówią mu, że jest za słaby na klub ze środka tabeli First Division. Jego żona Ursula nie mogła w to uwierzyć. Koledzy z drużyny nie byli jednak bardzo zdziwieni. Richie Norman, jeden z najlepszych kolegów Banksa z drużyny, powiedział mu, że niespełna 18-letni Shilton postawił zarządowi ultimatum: albo będzie grał w pierwszym składzie, albo odchodzi. Banks nie miał pretensji do ambitnego młokosa. Miał je do zarządu za to, że się ugiął pod jego presją. Trafił na listę transferową. Cena: 50 tys. funtów. Pytały o niego Manchester United i Liverpool, na przejście do West Hamu namawiali go jego koledzy z reprezentacji: Bobby Moore, Martin Peters i Geoff Hurst. Ostatecznie konkretną ofertą złożyło Stoke City. Banks zdecydował się – postrzegał Stoke jako drużynę środka tabeli z potencjałem na więcej. Zapytał, czy zarząd zamierza mu zapłacić jakąś odprawę za siedem lat gry. – Zdecydowaliśmy, że nic ci nie zapłacimy – oznajmił mu Matt Gillies. Zdenerwowany Banks trzasnął drzwiami i rzucił tylko do czekającego menedżera Stoke, że z transferu nici. – Ja to załatwię – powiedział Tony Waddington, który przyjechał załatwić transfer. Ostatecznie okazało się, że Leicester zapłaci Banksowi 2000 funtów jako loyalty payment. Po tym zdecydował się odejść. Dopiero po latach dowiedział się, że tę kasę wyłożyło Stoke… 22 kwietnia 1967 r. (zaledwie 12 dni po ostatnim występie w barwach „Lisów”) Banks zadebiutował w nowej drużynie (wówczas byłe możliwe transfery w trakcie rundy). Stoke przegrało na wyjeździe z Chelsea 0:1. Tony Waddington był jednak optymistą i zapewniał Banksa, że najlepsze dopiero przed nim i całą drużyną. Drużyna budowana z doświadczonych zawodników radziła sobie całkiem nieźle, meldując się przez dwa kolejne sezony w czołówce. 1 marca 1969 r. Stoke grało na wyjeździe z Sunderlandem i na 15 minut przed końcem Banks dostał kolanem w głowę od Malcolma Moore’a. Nie mógł kontynuować gry, nie było wówczas zmian, więc do bramki wszedł napastnik David Herd. „Dajcie mi bluzę Gordona. Nie puszczę ani jednego gola!” Kiedy Gordon obudził się w szpitalu, dowiedział się od pielęgniarki, że ma ostry wstrząs mózgu. Chwilę później pojawił się Frank Mountford, były zawodnik i działacz Stoke. „Jak się spisał Herdy? Faktycznie nie puścił ani jednego gola? – zapytał Banks. „Tak, jednego nie puścił. Puścił cztery!” – odpowiedział Frank.

Stoke w latach 60. było średniakiem ligi angielskiej, ale na początku 70. sytuacja zaczęła się zmieniać. Jednym z ciągnących zespół do góry był Gordon Banks. Cały czas imponował formą, a przecież zbliżał się mundial w Meksyku, gdzie „Dumni Synowie Albionu” mieli bronić tytułu mistrzów świata. Był to ostatni wielki turniej Banksa, jak się później okazało. Anglia trafiła do grupy z Brazylią, Czechosłowacją i Rumunią. Kiedy w maju wylatywali do Meksyku, kończyła się działalność The Beatles (definitywny koniec grupy ogłoszono 30 grudnia 1970 r.). Banks czuł, że kończy się era – podobnie mogło być za chwilę z wielką reprezentacją Anglii, mistrzami świata. W 1968 r. po raz pierwszy zagrali w finałach Euro, we Włoszech zdobyli brązowe medale. Jednak ta wspaniała generacja piłkarzy była coraz starsza i Meksyk jawił się jako ostatnia szansa na zdobycie czegoś wielkiego. Plan przygotowań obejmował mecze towarzyskie z Kolumbią w Bogocie i z Ekwadorem w Quito. Przed nimi Anglicy zatrzymali się na dwa tygodnie w Guadalajarze, aby przyzwyczajać się do tropikalnych warunków. Trenowali niezwykle ciężko, a 32-letni Banks był w życiowej formie. Reprezentację Anglii zakwaterowano w hotelu El Tequendama, ponoć najlepszym w mieście. Takiej biedy, jak w stolicy Kolumbii, Banks nie widział od czasów swojego wojennego dzieciństwa. Alf Ramsey nakazał pić wodę tylko z butelek otwieranych w obecności Anglików, piłkarze nie mogli też wychodzić na spacery daleko od hotelu. Wszystko po to, aby uniknąć kłopotów, co się jednak nie udało. 20 maja 1970 r. Anglia wygrała 4:0 z Kolumbią w Bogocie, zagrały także rezerwy w nieoficjalnym meczu. Po nim Bobby Moore, Bobby Charlton, Nobby Stiles i Peter Thompson poszli na zakupy do sklepu z biżuterią „Green Fire”, który mieścił się w hotelowym lobby. Kupili prezenty dla swoich kobiet i wyszli, po czym wybiegła menedżerka Clara Padilla i stwierdziła, że w sklepie brakuje bransoletki o wartości 600 dolarów. Anglicy powiedzieli, że nie mają z tym nic wspólnego, podpisali stosowne oświadczenia. Wydawało się, że sprawa jest zamknięta. Cztery dni później Anglicy wygrali 2:0 w Quito z Ekwadorem po golach Francisa Lee i Briana Kidda. Podobnie jak w Kolumbii, rezerwowi zagrali z ekwadorskimi ligowcami mecz nieoficjalny. Wrócili do Bogoty do El Tequendama Hotel, aby się trochę zrelaksować przed powrotem do Meksyku. Podczas oglądania filmu w hotelu, dwóch miejscowych urzędników podeszło do Bobby’ego Moore’a. Gdzieś go zabrali. – Nothing special – pomyślał Banks. Jako kapitan drużyny Moore wiele razy był gdzieś proszony, choćby do wywiadów dla lokalnych mediów. Kiedy jednak wszyscy byli już na lotnisku i chcieli wsiadać do samolotu, kapitana ciągle brakowało. Okazało się, że został aresztowany za kradzież bransoletki wartej 600 dolarów. Oskarżyła go Claudia Padilla. Co więcej – twierdziła, że pomógł mu w tym Bobby Charlton! Moore został w kolumbijskim więzieniu, a reszta drużyny wyleciała do Meksyku. Samolot był gruchotem, do tego doszły straszne turbulencje i piłkarze postanowili napić się alkoholu dla uspokojenia. Sir Alf Ramsey kategorycznie tego zabraniał, ale udało się poza jego wiedzą załatwić kilka małych wódek i soków od obsługi samolotu. Jeff Astle przesadził z alkoholem i wszyscy widzieli, jak zataczał się po wyjściu z samolotu. Jeszcze w Anglii udzielił wywiadu, w którym mówił, jak bardzo lubi piwo. Meksykańskiej prasie było w to graj: – Przyleciała Anglia – drużyna pijaków i złodziei – grzmiał magazyn „Esto”. W sprawę Bobby’ego Moore’a zaangażował się nawet premier Harold Wilson, który chciał dzwonić do prezydenta Kolumbii. Ostatecznie Kolumbijczycy nie znaleźli cienia dowodu na kradzież – Clara Padilla twierdziła, że widziała, jak Moore zwinął ją do lewej wewnętrznej kieszeni marynarki. Problem w tym, że w angielskich marynarkach… nie było wówczas lewej wewnętrznej kieszeni. Kolumbijczycy wypuścili w końcu kapitana reprezentacji Anglii, ale z pewnością nie były to wymarzone przygotowania dla obrońców tytułu. Dopiero jakiś czas potem Anglicy odkryli, że 8 miesięcy wcześniej pewna gwiazda Hollywood również została oskarżona o kradzież w „Green Fire”. Wówczas jej agenci zapłacili, aby sprawa nie nabrała rozgłosu. Dla Moore’a i Ramseya honor był jednak ważniejszy niż święty spokój i udowodnili fałszywość oskarżenia. Przed rozpoczęciem turnieju Alf Ramsey miał jeszcze smutny obowiązek „odpalenia” sześciu zawodników z szerokiego składu. Co ciekawe, jednym z nich był młody Peter Shilton, który zajął miejsce Banksa w Leicester. Alf Ramsey nalegał, aby Anglicy mieli swojego kucharza, a nawet swój autobus i swojego kierowcę. Spotkało się to wówczas z niechęcią miejscowych, którzy oskarżali Brytyjczyków o arogancję. Na początek był mecz z Rumunią 2 czerwca w Guadalajarze. Meksykanie wrogo odnosili się do Anglików – wszyscy pamiętali dramatyczny mecz z Argentyną w 1966 r. Anglia wygrała 1:0 po golu Geoffa Hursta w meczu bez większej historii.

3

@FCBparasiempre
W czasie treningu wielu piłkarzy skupia się na szlifowaniu swoich dobrych stron. Oczywiście też to robiłem, ale równie dużo czasu poświęcałem pracy nad swoimi bolączkami. Zawsze miałem problemy z dośrodkowaniami z lewej strony [właśnie takie dośrodkowanie wypuścił podczas finału z Manchesterem – przyp. BB] i chciałem zmierzyć się ze swoimi demonami. Spędziłem godziny podczas treningów, aby trenować wyjścia do dośrodkowań z lewej strony. Myślałem nad pracą nóg, ustawieniem, techniką chwytu. Pracowałem też nad różnymi sposobami piąstkowania, analizowałem, co jest najlepsze w danej sytuacji. Po puszczonych golach w meczu, całą sobotnią noc i prawie całą niedzielę głowiłem się, co można było zrobić lepiej. Gordon Banks był typem człowieka, którego niepowodzenia tylko motywują do jeszcze cięższej pracy. Końcówka sezonu 1962/1963 w klubie była bardzo smutna, jednak właśnie wiosną 1963 zaczęła się wielka przygoda Banksa z reprezentacją Anglii. Miał już za sobą występy w młodzieżówce i powołania do „jedynki” (spotkanie z Portugalią, po którym pędził do Leicester na mecz PZP), ale 6 kwietnia 1963 r. wreszcie zadebiutował w bramce pierwszej reprezentacji Anglii. Szansę dał mu nowy selekcjoner Alf Ramsey, który wprowadził swoje porządki do pracy z kadrą. Jego poprzednik Walter Winterbottom uważał się jedynie za przewodniczącego komitetu, a wybór zawodników do kadry traktował jako kompromis różnych poglądów. Ta metoda średnio się sprawdziła, za Waltera Winterbottoma Anglia skompromitowała się na mundialu w Brazylii, przegrywając 0:1 z amatorami z USA, zanotowała także dwie spektakularne porażki z Węgrami (3:6 na Wembley i 1:7 w Budapeszcie), niczego nie ugrała na czterech kolejnych turniejach o mistrzostwo świata. Alf Ramsey jednoosobowo podejmował decyzje i brał za nie całkowitą odpowiedzialność. Na początku był pewien opór ze strony działaczy, naciskali na niego zwłaszcza przed wyborem ostatecznej kadry na mundial 1966, ale postawił na swoim. Wiedział, czego chce i jak to osiągnąć, a Gordon Banks był ważnym elementem jego układanki. Debiut przypadł w prestiżowym meczu ze Szkocją na Wembley w ramach British Home Championship, najstarszym turnieju piłkarskim, który powstał w 1884 r. (dziesięć lat przed pierwszym meczem piłkarskim na ziemiach polskich). Jak sama nazwa wskazuje, w rozgrywkach brały udział Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna. 6 kwietnia 1963 r. Anglia przegrała na Wembley z niesionymi dopingiem tysięcy Szkotów gośćmi 1:2. – Wiedziałem, że przebudowali ten stadion. Ale nie miałem pojęcia, że przenieśli go do zasranego Glasgow! – skomentował atmosferę tego meczu Jimmy Graves. Banks mimo porażki wypadł dobrze i 8 maja 1963 r. zagrał na Wembley przeciwko Brazylii. Tym razem jeszcze nie spotkał się z Pele, który akurat leczył kontuzję. Alf Ramsey ostrzegał go przed rzutami wolnymi w wykonaniu skrzydłowego Pepe. Jak to zazwyczaj bywa, właśnie Pepe strzelił jedyna bramkę dla gości z wolnego (padł remis 1:1). Selekcjoner „zjechał” bramkarza za tego wolnego, ale i tak dał mu zagrać jeszcze pięć razy w tym roku. „Banksy” wystąpił w niezwykle prestiżowym meczu Anglia vs Reszta Świata (23 października 1963 r.), rozegranym z okazji 100-lecia the Football Association. Była to okazja do spotkania z legendarnym Lwem Jaszynem, który okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem, non stop żartującym na temat realiów życia w Związku Sowieckim. Sezon ligowy 1963/1964 dla Leicester zakończył się bez wielkiej historii, „Lisy” zajęły 11. miejsce w tabeli, a z Pucharu Anglii wyeliminował ich Leyton Orient. Jednak sezon 1963/1964 to także czwarta edycja Pucharu Ligi, uboższego krewnego Pucharu Anglii. Tak jak i dzisiaj, cieszy się on dużo mniejszym prestiżem niż Premier League czy FA Cup, ale zawsze jest to jakaś okazja do zdobycia trofeum… Gordon Banks był z pewnością zadowolony z wyeliminowania West Hamu, gdzie miał kolegów z reprezentacji (6:3 dla Leicester w półfinałowym dwumeczu). W finale też był mecz i rewanż – po 1:1 na Victoria Ground w Stoke-on-Trent, „Lisy” zwyciężyły na Filbert Street 3:2. 23 kwietnia 1964 r. Leicester City zdobył swoje pierwsze trofeum w historii (klub powstał w 1884 r. jako Leicester Fosse FC)! Rok 1964 to także kolejne siedem meczów w reprezentacji Anglii, w tym zwycięstwo 10:0 nad USA w Nowym Jorku (Alf Ramsey traktował to jako zemstę za porażkę na MŚ 1950, dlatego Anglicy nie mieli litości i zaaplikowali Amerykanom dwucyfrową liczbę goli) i udział w „małym Pucharze Świata” w Brazylii. Banksa ominęła druga okazja do zagrania przeciwko Pelemu – akurat w meczu z Brazylią trener postawił na Tony’ego Waitersa. Kiedy niedługo później Santos FC przyjechał na tournée do Anglii, miał zagrać na Filbert Street z Leicester. Z powodu złych warunków pogodowych mecz odwołano, a Santos FC zagrał na Craven Cottage w Londynie z Fulham. Banks stracił trzecią szansę zmierzenia się z „królem futbolu! Wtedy myślał, że już nigdy nie będzie takiej okazji. Co się jednak odwlecze… W pierwszej części sezonu 1964/1965 Banksowi zaprzątały głowę negocjacje w sprawie zwiększenia tygodniówki. Jako pierwszy bramkarz reprezentacji i doświadczony ligowiec miał prawo oczekiwać znacznej podwyżki, ale ostatecznie stanęło w grudniu na 60 funtach tygodniowo. Władze Leicester City oglądały każdego pensa kilka razy i nie płaciły zawodnikom tyle, ile wiele innych klubów First Division. To był też jeden z powodów, dlaczego „Lisy” nie zdobywały trofeów, a kolejny sezon przyniósł tylko znowu rozczarowania – 18. miejsce w lidze i odpadnięcie z Pucharu Anglii po meczu z Liverpoolem (późniejszym zdobywcą FA Cup). Udało się jedynie dotrzeć do finału Pucharu Ligi, gdzie jednak lepsza okazała się

Chelsea FC.

W 1965 r. Gordon Banks rozegrał siedem meczów w reprezentacji, co było zadziwiającą regularnością – tyle samo rozegrał w 1963 i 1964 r. Trzeba jednak dodać, że wśród tych 21 spotkań nie było żadnego o naprawdę wielką stawkę. Początek sezonu 1965/1966 Banks stracił z powodu złamania nadgarstka w sparingu z Northampton Town. Kolejny sezon klubowy raczej do zapomnienia: 7. miejsce w lidze i odpadnięcie z obydwu pucharów po porażkach z Manchesterem City. To jednak nie było istotne – zbliżała się impreza życia Gordona Banksa. W 1966 r. Anglia zagrała dwa razy z Polską: 5 stycznia na Goodison Park i 5 lipca – w próbie generalnej – na Stadionie Śląskim w Chorzowie. W obydwu meczach Banks zagrał i miał ciekawe obserwacje: Kibice na stadionie gorąco oklaskują spektakularne parady, jednocześnie zupełnie nie doceniają na pozór łatwych obron, które wynikają z odpowiedniego ustawienia. Świetnym przykładem jest mecz Anglia – Polska, rozegrany na Goodison Park w styczniu 1966 r. Podczas pierwszej połowy Roger Hunt wykonał swój popisowy numer i uderzył bardzo mocno z dystansu, piłka jednak leciała w środek bramki. Polski bramkarz Marian Szeja wybił się wysoko w górę i spektakularną paradą przeniósł piłkę nad poprzeczką. Ta niezwykle efektowna i akrobatyczna obrona została nagrodzona owacją na stojąco przez kibiców na stadionie Evertonu. Kilka minut później miałem podobny strzał, uderzał z takiej samej odległości polski napastnik Sadek. Przewidziałem, gdzie poleci piłka, czekając na nią w odpowiednim miejscu. Wyskoczyłem lekko do góry i złapałem ją bez problemu, w ogóle nie rzucając się na ziemię. Widownia w ogóle nie zareagowała, była zupełna cisza. Polak swoją paradą sprokurował rzut rożny dla rywala, ja wykonałem na pozór prostą interwencję i mogłem od razu rozpocząć nową akcję swojej drużyny. 5 lipca 1966 r. Anglia w generalnej próbie przed mundialem na własnych boiskach mierzyła się z Polską na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wyspiarze lądowali na lotnisku w Katowicach i Gordon Banks nawet nie zorientował się, że mecz odbył się w innym mieście. Było to jedno z tych spotkań, w których nikt nie chciał odnieść kontuzji, więc bez wielkiej historii (Anglia wygrała 1:0). Bardziej w pamięć przyszłego mistrza świata wrył się przytłaczający obraz stolicy Górnego Śląska. Po wyjściu z samolotu od razu zauważyliśmy, jak naprawdę wygląda życie za żelazną kurtyną. Nawet w słonecznym lipcu Katowice wydawały się szare i złowieszcze. Panorama miasta prezentowała się ponuro i niebezpiecznie, wszędzie straszyły nas brudne bloki i dymiące kominy, fabryki, szyby kopalniane i koła zębate. Ludzie wyglądali bardzo biednie, a te kilka aut, które udało nam się zauważyć, zdawały się należeć do dawno minionej epoki. Jimmy Graves przyglądał się temu chwilę, po czym zwrócił się do Alfa: – Ok, Alf, wykonałeś plan. Teraz zabierz nas szybko do samolotu i wracajmy do domu! Szczęśliwie nikt z Anglików nie doznał w tym meczu kontuzji i bez problemów dotarli do ojczyzny. Za sześć dni Gordon Banks i spółka mieli rozpocząć walkę o mistrzostwo świata.

– Football is coming home – mówili Anglicy podczas Euro 2020, mówiło się tak również podczas MŚ w 1966 r. Zanim jednak turniej w ogóle się rozpoczął, organizatorzy przeżyli wielki stres. Złota Nike, nagroda dla mistrzów świata w piłce nożnej, 20 marca 1966 r. została skradziona. Była wystawiona w Westminster Central Hall przy okazji wystawy rzadkich znaczków. Złota Nike zniknęła, mimo że znajdowała się za specjalną gablotą i chroniło ją pięciu strażników! W ten feralny dzień popełniono błąd. Najważniejszy z czuwających przy symbolu mistrzów miał wolne, a pozostali raczyli się filiżanką typowej angielskiej herbaty z mlekiem. W tym czasie złodziej wkradł się tylnymi drzwiami i – jak podają źródła – miał sporo czasu na dokonanie zuchwałego czynu. O tym, że Nike nie ma na swoim miejscu, strażnicy dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Czemu się jednak dziwić, skoro herbata z mlekiem taka dobra… (Damian Bednarz, „Pies, który uratował mistrzostwa świata”). Rząd brytyjski poruszył niebo i ziemię, aby znaleźć trofeum przed startem turnieju. Aresztowano podejrzanego o kradzież Edwarda Bletcheya, na wszelki wypadek wykonano też wierną replikę Złotej Nike. Oryginału wciąż jednak nie było. Od wielkiej kompromitacji ratował Anglików…pies Pickles. Zapakowane w gazetę trofeum leżało sobie w żywopłocie ogrodowym w Belulah Hill w południowym Londynie. Tydzień po kradzieży na paczkę natrafił przypadkiem spacerujący tam pies Pickles. Jego właściciel, David Corbett, obawiał się, że w środku może być bomba (były to czas aktywności irlandzkich bojówkarzy z IRA). Odważył się jednak rozpakować znalezisko i o wszystkim zawiadomił policję. Bohaterski pies Pickles został zaproszony na bankiet po zdobyciu mistrzostwa świata przez gospodarzy. Niestety, zaledwie rok później udusił się zaplątaną smyczą podczas pościgu za kotem. Anglia jako gospodarz wszystkie mecze rozgrywała na Wembley. Selekcjoner Alf Ramsey najpierw wytypował 40 zawodników, z których na trzy tygodnie przed pierwszym meczem wybrał ostateczną 22-osobową kadrę na mundial. Gordon Banks był oczywiście pewniakiem, jego zmiennikami zostali Ron Springett (Sheffield Wednesday) i Peter Bonetti (Chelsea). Nie było nigdy wcześniej jakiejkolwiek ceremonii otwarcia turnieju sportowego, która mogłaby się równać z inauguracją MŚ 1966. Pogoda dopisała: błękitne niebo i ciepły słoneczny wieczór. Na stadionie zgromadziły się tysiące kibiców z całego świata, była Królowa i Książę Edynburga. Świat futbolu z zapartym tchem czekał na rozpoczęcie tego, co później nazwano pierwszym nowoczesnym turniejem o Puchar Świata. Gordon Banks i spółka o godz. 19.30 grali mecz otwarcia z Urugwajem. Rywale głównie się bronili, „Banksy” nie miał dużo roboty i mógł podziwiać umiejętności techniczne Latynosów, zwłaszcza napastnika Penarolu Pedro Rochy. „Urusi” zaprezentowali typowy antyfutbol, mimo gwizdów publiczności grali na czas i „dowieźli” do końca korzystne dla nich 0:0. Nie na to liczyło 87 tysięcy kibiców zgromadzonych na Wembley. W bazie w Hendon Hall Hotel rozpoczęły się przygotowania do drugiego meczu z Meksykiem. Trener Alf Ramsey stwierdził, że z Urugwajem źle pracowały skrzydła i zmienił Johna Connelly’ego na Martina Petersa oraz Alana Balla na Terry’ego Paine’a. 16 lipca 1966 r. Anglicy znowu bili głową w mur. Wreszcie w 37. minucie Bobby Charlton rozpoczął bieg z piłką od połowy boiska, a że nie miał pomysłu, komu podać, huknął z lewej nogi na bramkę Ignacio Calderona. Piłka wpadła tuż obok słupka i była to jedna z najpiękniejszych bramek tych mistrzostw. Wynik na 2:0 ustalił Roger Hunt w 75. minucie, dobijając piłkę odbitą przez bramkarza z kilku metrów. Ten sam zawodnik strzelił dwie bramki 20 lipca 1966 r. w ostatnim meczu grupowym z Francją. Anglia bez większych problemów awansowała do fazy pucharowej z pierwszego miejsca w grupie A, a Gordon Banks mógł się cieszyć z czystego konta w każdych z trzech meczów.

Anglicy zrobili swoje, a dużo większe emocje były w innych grupach. Odpadli dwukrotni mistrzowie świata Brazylijczycy (kontuzjowany Pele nie mógł im pomóc). Sensację sprawiła Korea Północna, która wyrzuciła za burtę Włochów. Gordon Banks oglądał to wszystko w telewizji, ponieważ mistrzostwa świata po raz pierwszy były transmitowane na żywo. W ćwierćfinale zaczynały się schody, bo na Anglików czekała Argentyna. Latynosi jeszcze w latach pięćdziesiątych zyskali przydomek „Aniołów o brudnych twarzach” (odsyłam do świetnej książki Jonathana Wilsona o tym tytule), ale po odejściu generacji świetnych piłkarzy zaczęli uprawiać „antyfutbol”. Po prostu dążyli do zwycięstwa za wszelką cenę, często kosztem ducha fairplay. Argentyńczycy grali bardzo agresywnie, ale kartek jeszcze wówczas nie było. W 35. minucie niemiecki sędzia Rudolf Kreitlein usunął z boiska kapitana Argentyny Antonio Ubaldo Rattina. Powód? Ciągłe kłótnie z arbitrem i kwestionowanie jego decyzji. Ponoć sędzia nawet nie rozumiał słów Rattina, ale miał mu wystarczyć sam wyraz jego twarzy. Argentyńczyk nie chciał zejść z boiska, zaczęła się wielka awantura, interweniować musiała policja. W końcu po 10 minutach można było wznowić grę, ale wydarzenie to wpłynęło na dalszą grę. Anglicy wygrali 1:0 po bramce Geoffa Hursta w 78. minucie. Po meczu posypały się kary – federacja Argentyny dostała najwyższą dopuszczalną wówczas grzywnę, czyli tysiąc franków szwajcarskich. Rattin został zawieszony na cztery mecze, a jego koledzy Ferreiro (za próbę pobicia Kreitleina) i Onega (za oplucie działacza FIFA) na trzy. Od razu pojawiła się teoria spiskowa, że Europa dyskryminuje Amerykę Łacińską. W drugim ćwierćfinale Anglik Finney wyrzucił z boiska dwóch Urugwajczyków i dwukrotni mistrzowie świata ulegli Niemcom 0:4. A jeśli dodamy do tego polowanie na kości Brazylijczyków (w fazie grupowej) przez Żeczewa z Bułgarii czy Moraisa z Portugalii, to wszystko zaczyna do siebie pasować. Żadnego spisku Europy (w szczególności Niemców i Anglików) nikt nie udowodnił, ale faktem jest, ze mecz ten miał wielki wpływ na antagonizm angielsko-argentyński, który eskalował w latach osiemdziesiątych. Alf Ramsey zabronił Cohenowi wymienić się koszulką z Gonzalezem, a po meczu powiedział: – Nasz najlepszy futbol nadejdzie w starciu z odpowiednim rywalem – zespołem, który będzie grał w piłkę, a nie zachowywał się jak zwierzęta. Pomijając całą otoczkę meczu (w Argentynie piłkarze byli witani przez prezydenta, żywiono więc ogólne poczucie krzywdy), wystąpiła w nim po raz pierwszy złota jedenastka Anglików. W meczach grupowych Alf Ramsey jeszcze szukał optymalnego zestawienia i ostatecznie takim okazała się jedenastka, która wybiegła przeciwko „Albicelestes”: Banks – Cohen, J. Charlton, Moore, Wilson – Stiles, R. Charlton, Peters – Ball, Hurst, Hunt. Geoff Hurst w tym meczu wystąpił po raz pierwszy w wyjściowej jedenastce i to jego bramka zapewniła awans do półfinału. A trzeba pamiętać, że zastąpił uwielbianego Jimmiego Greavesa, kontuzjowanego w meczu grupowym z Francją. Według mnie przyczyną wszystkich kłopotów było spotkanie się dwóch drużyn bardzo różniących się pod względem kultury futbolu. Niby obie te kultury grały według tych samych zasad, ale już interpretacja tych zasad był zupełnie inna. Stąd się wzięły wszystkie kłopoty i kontrowersje. W półfinale na Anglików czekała Portugalia z genialnym Eusebio, która w ćwierćfinale „urwała się ze stryczka” w starciu z fenomenalną Koreą Północną. Jeśli ktoś by mnie zapytał, który mecz z moim udziałem w reprezentacji był najpiękniejszy pod względem istoty futbolu, bez wahania wskazałbym na półfinał z Portugalią. 26 lipca 1966 r. na Wembley Alf Ramsey po raz pierwszy wystawił skład tak sam jak w poprzednim meczu. Tuż przed rozpoczęciem spotkania sporo stresu przeżył Gordon Banks. Był to czas, kiedy bramkarze nie używali jeszcze rękawic (Banks czynił to wyjątkowo, kiedy grano w deszczu i błocie). Zawsze przed meczem żuł gumę, aby mieć w ustach dużo śliny i móc spluwać na dłonie (stały rytuał bramkarzy, także po wprowadzeniu do użytku rękawic bramkarskich). Zawodnicy mieli już wychodzić na boisko, kiedy Banksy poprosił Harolda Shepherdsona (asystent Ramseya) o gumę.

– Nie mam żadnej – odpowiedział Shepherdson.

– Harold, ja muszę mieć gumę!

– Co się dzieje? – wkroczył Ramsey, widząc zdenerwowanie Banksa. Kiedy poznał przyczynę, kazał Haroldowi lecieć po gumę.

– A gdzie ja teraz do cholery kupię gumę do żucia?!

– Nie wiem, ja jestem trenerem, a nie pierdolonym właścicielem kiosku!

Zrobiło się nerwowo, aż wreszcie Jack Charlton przypomniał sobie, że przy jednej z bram Wembley jest kiosk.

– Gordon po prostu musi mieć tę gumę – powiedział Ramsey. – Zapierdalaj po nią!

4

@FCBparasiempre
Na mecze Chesterfield FC chodziło średnio 9 tysięcy ludzi. Gordon Banks pojawił się tam w marcu 1953 r. i zagrał we wspomnianych sześciu meczach. Musiał zrobić dobre wrażenie, bo zaproszono go na pierwszy trening przed nowym sezonem w lipcu. Menedżer Ted Davison zaproponował mu półprofesjonalny kontrakt – miał trenować we wtorki i czwartki wieczorem oraz być do dyspozycji w sobotę na mecz, drużyny młodzieżowej bądź rezerwowej. Wielu nastolatków podpisywało takie kontrakty i nigdy potem nie zaistnieli w poważnej piłce, poza tym Chesterfield grał w zaledwie trzeciej lidze, ale Gordon był tak szczęśliwy, jakby właśnie dołączył do Manchesteru United. W tym momencie marzenie o karierze zawodowego piłkarza znów stało się realne, poza tym 3 funty tygodniowo za dwa treningi i mecz to lepsza opcja niż 3 funty za pięć dni ciężkiej harówy na budowie. Dobre występy w drużynie młodzieżowej sprawiły, że „Banksy” szybko trafił do rezerw i mógł zdobywać kolejne szlify w dorosłym futbolu. Była to też dobra szkoła dla jego psychiki, bo rezerwy Chesterfield – mówiąc delikatnie – nie stanowiły zbyt dobrego zespołu. W sezonie 1954-1955 wygrali zaledwie 3 spotkania z 42 rozegranych, a młody bramkarz puścił w nich aż 122 bramki. Nie były to najlepsze statystyki, ale jednocześnie te występy stanowiły świetne przetarcie, bo większość meczów bardziej przypominała treningi strzeleckie. Podczas spotkania z rezerwami Leeds Gordon Banks po raz pierwszy zagrał przeciwko prawdziwej futbolowej gwieździe. Potężny walijski napastnik John Charles (potem zaliczył kilka świetnych lat w Juventusie) dochodził właśnie do siebie po kontuzji i trener wystawił go w rezerwach. Walijczyk zanotował hat-tricka w tym wygranym przez Leeds 5:0 meczu, ale jednocześnie powiedział Gordonowi kilka ciepłych słów na temat jego występu. Kolejne spotkanie z piłkarskim idolem miało miejsce w zupełnie innej scenerii. „Banksy” na treningi do Chesterfield wyruszał ze swojego Cattclife, a następnie w Sheffield spotykał się z Paulem Brownem (były zawodnik Sheffield United) i razem jechali dalej. Pewnego dnia po drugiej strony ulicy zauważyli Teda Burgina, bramkarza United i wielkiego idola młodego Gordona. Oglądając parady Burgina z trybun Bramall Lane, uważał go za superbohatera i nadczłowieka. Teraz uciął sobie z nim krótką pogawędkę i zobaczył faceta mówiącego ze specyficznym miejscowym akcentem, przypominającego mu agenta ubezpieczeniowego, który od czasu do czasu odwiedzał jego rodziców. Od tej pory widziałem Burgina, mojego wielkiego bramkarskiego idola, w zupełnie innym świetle – jako zwykłego faceta, zmierzającego na obiad do baru z rybą i frytkami. W tamtym momencie, na przedmieściach mojego miasta, dotarło do mnie, że zawodowi piłkarze to zwykli śmiertelnicy. Przestałem już ich idealizować. Może byłoby przesadą powiedzieć, że skończyły się czasy niewinności, ale ważna część mojego dzieciństwa właśnie umarła. Gordon Banks po prostu przeszedł na drugą stronę rzeki – przestał podziwiać wielkich piłkarzy, bo sam zaczął stawać się jednym z nich. Świetnie radził sobie w młodzieżowej drużynie Chesterfield, która w sezonie 1955/1956 niespodziewanie dotarła do finału młodzieżowego Pucharu Anglii. Rywalem był Manchesterem United, słynne „Busby Babes”, które wygrywały te rozgrywki latach 50. hurtowo. Finał składał się z dwumeczu, w pierwszym starciu 18-letni Banks miał okazję wystąpić przed 34 tysiącami kibiców na Old Trafford. Przytłoczeni zawodnicy Chesterfield przegrywali już 0:3, ale w końcówce Manchester zwolnił i skończyło się dającym nadzieję wynikiem 3:2 dla gospodarzy. W rewanżu, przy 14 tysiącach widzów (na mecze pierwszej drużyny chodziło średnio o 5 tysięcy mniej…), mecz zakończył się remisem 1:1. Tytuł trafił do Manchesteru, ale Banks i jego koledzy mogli posmakować futbolu przez duże „P”. Dobre występy w rezerwach i drużynie młodzieżowej zbliżały Banksa do debiutu w „jedynce”, który ostatecznie nastąpił w listopadzie 1958 r. Nowy menedżer Duggie Livingstone nie był zadowolony z formy Rona Powella, który właśnie zbliżał się do jubileuszu 300-setnego występu w bramce Chesterfield FC. Po meczu „Sheffield Green ‘Un napisał: Debiutant Gordon Banks zanotował bardzo solidny występ w bramce”. Spałem dobrze tej nocy, mogę was zapewnić. Banks wystąpił w zremisowanym 2:2 meczu z Colchester United. W nocy przed debiutem nie mógł spać, dlatego dopiero po nim odreagował cały ten stres. Od tej pory zaczął grać regularnie i Ron Powell musiał cierpliwie czekać na swój występ nr 300. Po sezonie, w którym „Banksy” wywalczył przebojem miejsce w pierwszym składzie, pełen nadziei czekał na nowe rozgrywki. Nie planował żadnych zmian, jednak życie bywa zaskakujące. Latem 1959 r. przyjechał na trening i Duggie Livingstone zaprosił go do gabinetu. 23 występy w lidze i 3 w pucharze wystarczyły, aby Banksem zainteresowało się pierwszoligowe Leicester City. Oferowali 7 tysięcy funtów. Duggie Livingstone powiedział wprost, że nie chce go sprzedawać i wiąże z jego grą dla Chesterfield FC wielkie nadzieje. Decyzja jednak należała do młodego bramkarza. Po krótkiej chwili wahania podpisał przygotowany kontrakt, gwarantujący mu pensję 15 funtów na tydzień. Byliśmy już wtedy z Urszulą małżeństwem i mieszkaliśmy w Treeton, małej górniczej wiosce nieopodal Chesterfield. Kiedy wróciłem do domu, nagle uzmysłowiłem sobie, że podjąłem decyzję o swojej przyszłości bez konsultacji z nią. Ale nie musiałem się martwić, bo była zachwycona:

– Ile będą ci płacić? – zapytała Urszula.

– Lepiej usiądź – odpowiedziałem. Wziąłem głęboki oddech: – Piętnaście funtów tygodniowo! – powiedziałem triumfalnie. Urszula klasnęła w ręce i porwała mnie do tańca. Zatańczyliśmy wkoło kuchni, aby uczcić nasze szczęście. Urszula to była pierwsza, największa i jedyna życiowa miłość Gordona Banksa. W 1955 r. upomniało się o niego wojsko i wyjechał do Zachodnich Niemiec w ramach służby w Royal Corps of Signals. Grał w reprezentacji swojego regimentu i zdobył Puchar Renu. Największą zdobyczą była jednak Urszula – młoda i piękna Niemka, w której zakochał się bez pamięci. Uczucie było odwzajemnione, więc niebawem przyjechała do niego do Anglii. W 1959 r. byli już małżeństwem. Banks przybył do Leicester w lipcu 1959 r. i był pod wrażeniem bazy treningowej – wreszcie poczuł, że jest w klubie naprawdę profesjonalnym. Na pierwszych zajęciach poproszono zawodników o przygotowanie się do sesji zdjęciowej dla prasy. Banks zobaczył w szatni sześć zielonych koszulek: jak to, przecież barwy „Lisów” są niebiesko-białe?! Szybko dotarło do niego, że to są bluzy bramkarskie i jest zaledwie jednym z sześciu bramkarzy w kadrze zespołu. Doświadczeni Johnny Anderson i Dave MacLaren mieli walczyć o pozycję numer jeden, a „Banksy” był wśród czwórki młokosów, która miała walczyć o pozostanie w klubie na dłużej. Menedżer Matt Gillies był pod wrażeniem treningów i czterech meczów towarzyskich w wykonaniu nabytku z Chesterfield i już w pierwszej kolejce wystawił go w zespole rezerw. Oznaczało to, że jest numerem dwa, tuż za plecami Dave’a MacLarena, który wystąpił przeciwko West Hamowi. Gordon Banks zachował czyste konto w rezerwach przeciwko Southend United (mecz zakończył się bezbramkowym remisem). 9 września 1959 r. Leicester City podejmował na Filbert Street Blackpool w obecności 28 tysięcy widzów. W programie meczowym widniało nazwisko Dave’a MacLarena, jednak zmagał się on z kontuzją i ostatecznie nie był w stanie wystąpić. Zastąpił go Banks i wypadł bardzo dobrze, a mecz zakończył się remisem 1:1. Debiutant jedynie żałował, że nie miał okazji zagrać przeciwko wielkiemu Stanleyowi Mathewsowi, który akurat niezbyt dogadywał się z trenerem Ronem Stuartem, grał mało i niebawem przeszedł do Stoke City. Trzy dni później wystąpił na St. James’ Park przeciwko Newcastle (porażka 0:2) i musiał ustąpić wracającemu do zdrowia MacLarenowi. Jednak w kolejnych pięciu meczach Leicester straciło aż 14 goli, a menedżer Matt Gillies widział przyczynę w słabszej formie bramkarza. Gordon Banks znowu wszedł do gry. Nie uchronił zespołu przed porażką 2:3 z Manchesterem City na wyjeździe, następnie przyszedł remis 2:2 na Filbert Street z Arsenalem i wysoka porażka 1:6 z Evertonem na Goodison Park. Problem nie leżał w bramkarzu, lecz w całej drużynie, bo Banks grał dobrze i zachował miejsce w składzie do maja 1960 r. Nie był to najlepszy sezon Leicester City, klub zakończył ligę dopiero na 12. miejscu. Był to jednak świetny sezon w wykonaniu Banksa, który zaczynał jako jeden z czterech pretendentów do miejsca numer 3 w hierarchii bramkarzy, a skończył jako bezsprzeczny numer 1. Ostatecznym potwierdzeniem jego pozycji było sprzedanie latem 1960 r. Andersona i MacLarena. Sezon 1960/1961 w lidze zakończył się 6. miejscem – dużo lepiej niż rok wcześniej, ale też bez wielkich rewelacji. Choć z pewnością na uwagę zasługuje wygrana nad późniejszym mistrzem Tottenhamem na White Hart Lane 3:2. Jednak zdecydowanie dużo bardziej godna uwagi była przygoda „Lisów” z Pucharem Anglii. Przedstawiciele First Division zaczynali od trzeciej rundy, w której Leicester bez większych problemów pokonał Oxford United 3:1, a w czwartej 5:1 Bristol City. Natomiast od piątej rundy zaczęła się prawdziwa droga przez mękę i seria powtórzonych meczów (pewien przeżytek Pucharu Anglii, który trwa do dzisiaj, na co narzekał ostatnio Jürgen Klopp). W pierwszym meczu z Birmigham City padł remis 1:1, więc dopiero w powtórce na Filbert Street „Lisy” zapewniły sobie awans (2:1). W ćwierćfinale najpierw padł bezbramkowy remis z Barnsley, by cztery dni później wygrać na wyjeździe 2:1. W półfinale na „Lisy” czekał klub z rodzinnego miasta Banksa – Sheffield United. Po dwóch bezbramkowych remisach, dopiero w trzecim starciu udało się awansować po zwycięstwie 2:0. A tam czekał już świeżo upieczony mistrz Tottenham, z którym „Lisy” wygrały w lidze 3:2. W sobotę 6 maja 1961 r. na Wembley zgromadziło się 100 tys. kibiców. Dużo kontrowersji wzbudziła decyzja menedżera „Lisów” Matta Gilliesa – odstawił on od składu najlepszego napastnika drużyny, Walijczyka Kena Leeka, który trzy dni przed meczem wypił kilka piw za dużo. Zastąpił go rezerwowy Hughie McIlmoyle i nie uniósł ciężaru tego spotkania. Gordon Banks daje do zrozumienia w swojej autobiografii, że Matt Gillies popełnił błąd; z Kenem Leekiem w ataku mieliby dużo większe szanse na sukces. Walijczyk w ostatnim meczu sezonu wygranym 3:2 z Birmingham City strzelił jedną bramkę i od dwóch gazet dostał najwyższą notę za występ. Następnie poprosił o transfer i przeszedł do Newcastle United. Matt Gillies pokrętnie się tłumaczył przed zarządem z odstawienia Leeka na Wembley; mówił o obniżce formy napastnika. Mleko się jednak rozlało, Puchar Anglii zdobył Tottenham, pokonując gładko Leicester 2:0 po bramkach Bobby’ego Smitha i Terry’ego Dysona. Porażka w finale Pucharu Anglii to coś okropnego. Kiedy przegrywaliśmy w lidze, nie mogłem się doczekać następnego spotkania i szansy na rewanż. Nie ma natomiast takiej możliwości po meczu finałowym. Depresja i rozczarowanie siedzi w tobie przez długie tygodnie. Oprócz pragnienia indywidualnej i zespołowej chwały, chcieliśmy zdobyć puchar dla naszych kibiców, którzy dawali nam niesamowite wsparcie przez cały sezon.

Rozczarowanie przegranym finałem na Wembley chyba faktycznie było duże, bo sezon 1961/1962 zakończył się dla Leicester bez większej historii. W lidze zajęli dopiero 14. miejsce, a w FA Cup potknęli się już na pierwszej przeszkodzie w postaci Stoke City (porażka 2:5 w powtórzonym meczu). Ten sezon był jednak szczególny pod tym względem, że Banks miał okazję jedyny raz zaprezentować się w europejskich pucharach z Leicester. Tottenham zdobył dublet, więc wystartował w Pucharze Europejskich Mistrzów Klubowych, a do Pucharu Zdobywców Pucharów trafił finalista, czyli Leicester. W pierwszej rundzie „Lisy” bez większych problemów poradziły sobie z północnoirlandzkim Glenavon FC, w drugiej trafiły na Atletico Madryt. Na Filbert Street gospodarze długo prowadzili 1:0, by stracić gola w 89. minucie. W rewanżu porażka 0:2 (mimo że Banks obronił karnego wykonywanego przez Enrique Collara) odarła Wyspiarzy ze złudzeń i uzmysłowiła im siłę futbolu kontynentalnego. Pucharowa przygoda Gordona Banksa była krótka i nieudana, na swoją legendę zapracował później w reprezentacji Anglii. Zresztą jego początki w narodowym zespole są dość mocno powiązane z dwumeczem z Hiszpanami. W 1961 r. zagrał dwa mecze w kadrze U-23 przeciwko Walii i Szkocji. Powołał go Walter Winterbottom, prowadzący reprezentację Anglii przez 15 lat bez większych sukcesów. Dwa tygodnie przed pierwszym meczem z Altetico Matt Gillies zawołał Banksa do swojego gabinetu:

– Dobre wieści, Gordon – powiedział. – Walter Winterbottom powołał cię na mecz z Portugalią. Radość szybko zmieniła się w zakłopotanie, kiedy okazało się, że mecz z Portugalią i z Atletico jest tego samego dnia (25 października 1961 r.). „Banksy” wpadł na szalony pomysł – zagra dwa mecze jednego dnia! Mecz Anglia-Portugalia był zaplanowany na godz. 14:30, czyli powinien skończyć się ok. godz. 16.30. Drogę z Londynu do Leicester można przebyć w dwie godziny, także „Banksy” mógłby pojawić się na Filbert Street o 18.30. Początek starcia z Atletico Madryt był zaplanowany na 19:30, więc miałby całą godzinę na przygotowanie się do meczu! Ostatecznie Walter Winterbottom pozostawił Banksa na ławce i stamtąd bramkarz obserwował wschodzącą gwiazdę 19-letniego Eusebio (Anglia wygrała 2:0). Już dwadzieścia minut po ostatnim gwizdku sędziego był w swoim starym Fordzie, pędząc na północ. Dotarł do Leicester na pół godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego meczu pucharowego, był więc jeszcze czas na rozgrzewkę. Ciekawostką jest fakt, że następny raz Leicester grało w europejskich pucharach dopiero w sezonie 1997/1998 i w pierwszej rundzie Pucharu UEFA znowu odpadło po dwumeczu z Atletico. Hat-trick został skompletowany w sezonie 2016/2017, kiedy to niespodziewany mistrz Anglii został wyeliminowany w ćwierćfinale Ligi Mistrzów znowu przez „Atleti”. Sezon 1961/1962 zakończył się kolejnym rozczarowaniem dla Banksa, liczył bowiem na wyjazd na mundial do Chile. Mimo że Walter Winterbottom powołał dwóch bramkarzy z Sheffield, żaden z nich nie był Banksem (do Ameryki Południowej pojechali Ron Springett i Alan Hodgkinson). Anglia zaliczyła kolejny nieudany mundial (porażka w ćwierćfinale z Brazylią 1:3) i zbliżała się era selekcjonera Alfa Ramseya, który niespodziewanie sięgnął po mistrzostwo Anglii z Ipswich Town w 1962 r. Sezon 1962/1963 zaczął się od porażki na Craven Cottage 1:2, w dodatku w tym meczu „Banksy” złamał nos. Szybko jednak wrócił do gry i w kwietniu pojawiła się nawet szansa na dublet: „Lisy” były na czele tabeli i dotarły do półfinału Pucharu Anglii. Po ciężkiej zimie, kiedy to wiele meczów przekładano, rozgrywki gnały w szalonym tempie. 27 kwietnia 1963 r. na stadionie Hillsborough w rodzinnym Sheffield, przy 65 tysiącach widzów na trybunach, Banks i spółka mierzyli się z rosnącym w siłę Liverpoolem Billa Shankly’ego. Zgodnie z niedzielnym wydaniem „News of the World” Liverpool oddał 34 strzały na bramkę. My oddaliśmy tylko jeden. Ten występ przeciwko Liverpoolowi był moim najlepszym w całej karierze, jeśli chodzi o futbol klubowy. Nigdy wcześniej ani później nie byłem też tak zapracowany podczas meczu. „Lisy” wygrały 1:0 i awansowały do finału FA Cup. Niestety końcówka sezonu nie była zbyt dobra. Banks z powodu kontuzji opuścił trzy spotkania (pauzowało też wtedy z powodu urazów trzech innych kluczowych zawodników) i Leicester zanotowało serię trzech porażek. „Lisy” skończyły ligę na rozczarowującym 4. miejscu, więc jedyną szansą na trofeum pozostał FA Cup. W finale na Wembley 25 maja 1963 r. rywalem Leicester był Manchester United. „Czerwone Diabły” prowadziły 2:0 po bramkach Szkotów Denisa Lawa i Davida Herda, ale dziesięć minut przed końcem kontaktowego gola strzelił Ken Keyworth. Nadzieje „Lisów” pogrzebał jednak w 85. minucie nie kto inny, jak Gordon Banks. Wypuścił piłkę z rąk po dośrodkowaniu Johnny’ego Gilesa i David Herd wbił ją do pustej bramki, ustalając wynik spotkania na 3:1 dla Manchesteru. Nasze rozczarowanie, jeśli to w ogóle możliwe, było jeszcze większe niż po porażce ze Spurs dwa lata wcześniej. Wtedy byliśmy skazywani na porażkę i polegliśmy po dzielnej walce, ale tym razem faworytem było Leicester. Wszyscy zagraliśmy bardzo źle i nasz wielki dzień zakończył się „klapą”. Jak powiedział podczas kolacji nasz kapitan, Colin Appleton: – Dostaliśmy dziś ważną lekcję, chłopaki. Ale, jasna cholera, nie mam pojęcia, do czego nam to potrzebne!

10

@FCBparasiempre
Świat zawdzięcza Anglikom najpoważniejszą z tych niepoważnych rzeczy na świecie – piłkę nożną. Wyspiarze wymyślili futbol ale świat szybko ich przegonił. Tylko raz zostali mistrzami świata, w dodatku przy pomocy „ścian” na własnych boiskach. Ale nawet wtedy byłoby to niewykonalne, gdyby w bramce nie mieli najlepszego angielskiego bramkarza w historii. 28-letni Gordon Banks zyskał wówczas przydomek „Banks of England”. Pisano, że kiedy on strzeże bramki „Dumnych synów Albionu”, jest ona bezpieczna niczym pieniądze w Bank of England. Niecały rok po zdobyciu mistrzostwa świata Leicester City sprzedało go do Stoke, bo podobno jego forma miała być już tylko gorsza. A on pojechał na jeszcze jeden mundial, wykonał paradę stulecia i otrzymał Order of the British Empire. Po fatalnym wypadku i stracie jednego oka w wieku 34 lat zajął się trenerką, ale dał się jeszcze namówić na grę w Stanach Zjednoczonych, gdzie wybrano go bramkarzem roku. – Starzejesz się Banksy, kiedyś łapałeś takie piłki – powiedział Bobby Moore i poklepał Banksa po plecach. Była pierwsza połowa meczu Brazylii z Anglią w Guadalajarze, druga kolejka fazy grupowej MŚ 1970. Kilkanaście sekund wcześniej Jairzinho przedarł się prawym skrzydłem i dośrodkował spod linii końcowej idealnie na głowę Edsona Arantesa de Nascimento, czyli po prostu wielkiego Pelego. „Król futbolu” wyskoczył wysoko i z całą siłą, niezwykle precyzyjnie, po koźle, posłał piłkę głową do siatki. Nie dało się tego zrobić lepiej, więc uniósł ręce do góry i krzyknął „Golo!”. Gola jednak nie było. Gordon Banks jakimś cudem zdołał podbić piłkę, otarła się ona jeszcze o poprzeczkę i wyszła na rzut rożny. Obrona ta została uznana za paradę 100-lecia FIFA. Co ciekawe, sam główny bohater bardziej cenił inne swoje interwencje: „Obrona główki Pelego jest powszechnie uznawana za moją najlepszą paradę w życiu ale czy faktycznie była najlepsza? To są zawsze subiektywne oceny. Obroniłem ten strzał w bardzo ważnym meczu, oglądanym przez widzów na całym świecie. Dzień później patrzyłem na nagłówki gazet, a tam widniało moje nazwisko z komentarzem „bramkarz światowej klasy”. Do takiej oceny przyczynił się także Alf Ramsey, który dzień po meczu mówił o mnie dziennikarzowi Brynowi Butlerowi: „Ten występ to kontynuacja, nie kulminacja, jego wspaniałej pracy i rozwoju na przestrzeni lat”. Jestem oczywiście bardzo dumny z tej interwencji i sprawiła mi ona masę satysfakcji, ale bardziej cenię obronę z meczu z 1971 r. pomiędzy Stoke City i Manchesterem City na Victoria Ground [Banks obronił wtedy główkę z bliskiej odległości w wykonaniu Walijczyka Wyna Daviesa – przyp. BB]. Każdy grający w tym meczu zawodnik Stoke powie wam, że to była moja najlepsza interwencja. Ale jeśli zapytacie Rodneya Marsha, to wskaże na obronę główki Francisa Lee podczas meczu na Maine Road w 1972 r. Jeszcze co innego powie Jimmy Graves – dla niego najlepszą interwencją było wyłapanie „bomby” Alana Gilzeana z sześciu metrów na White Hart Lane. Jimmy lubi opowiadać, że zaraz po tej interwencji podszedł do Alana Gilzeana i szepnął mu: „Gdybym był tobą, Gilly, poddałbym się. Ja już dawno odpuściłem, bo mimo wielu prób nigdy nie pokonałem Banksa”. Która obrona była więc najlepsza? Strzału Pelego, Francisa Lee, Wyna Daviesa czy Alana Gilzeana? Piękno futbolu polega właśnie na tym, że każdy może mieć swoją opinię. Przypadkowo spotkany w pubie facet może wymienić jeszcze inną sytuację! Kiedy słyszymy słowa „Gordon Banks”, od razu kojarzymy go z tą główką Pelego. Po tym meczu „Banksy” zagrał jeszcze w trzecim meczu grupowym z Czechosłowacją (zwycięstwo 1:0) i zakończył turniej. Jak się potem okazało – był to jego ostatni mecz na mistrzostwach świata. W ćwierćfinale przeciwko RFN nie wystąpił z powodu zatrucia żołądkowego, a jego koledzy przegrali po dogrywce 2:3. Nie zagrał już nigdy na wielkiej imprezie, a Anglia nigdy niczego już nie wygrała.

Gordon Banks urodził się 30 grudnia 1937 r. Abbeydale (dzielnica Sheffield). Miał trzech starszych braci – Davida, Michaela i Johna. Biedny John, zwany przez wszystkich „naszym Jackiem”, cierpiał na wadę szpiku kostnego i poruszał się o kulach. Pewnego dnia ojciec poprosił go, aby zaniósł do domu dzienny utarg z jego sklepu. Niepełnosprawnego chłopaka napadli bandyci, okradli i mocno pobili. „Nasz Jack” zmarł kilka tygodni później w szpitalu, a dla młodego Gordona było to bardzo ciężkie przeżycie i pierwsze doświadczenie śmierci kogoś bliskiego. Do tej pory dzieciństwo przyszłego mistrza świata było szczęśliwe, choć biedne. Ojciec pracował w odlewni stali, matka zajmowała się domem, czasem dorabiała sprzątaniem w domach najbogatszych mieszkańców miasta. Rodzina Banksów mieszkała w robotniczej dzielnicy Tinsley, na północno-wschodnich przedmieściach Sheffield, przy drodze wylotowej na Rotherham. Najwcześniejsze wspomnienia małego Gordona to dymiące kominy fabryk i mama, myjąca nieustannie okna. Pył z pobliskich kopalń i hut unosił się w powietrzu, więc okna w domu otwierało się bardzo rzadko. Niestety trzeba było je często myć, choć była to syzyfowa praca – i tak były cały czas brudne. Sheffield dość mocno ucierpiało podczas niemieckich nalotów w czasie drugiej wojny światowej, więc lata czterdzieste i wczesne pięćdziesiąte do łatwych nie należały. W pierwszej lidze występowały wówczas aż dwie drużyny z miasta: Wednesday i United. Młody Gordon kibicował obydwu, ale na meczach bywał rzadko – po prostu nie było go stać na bilety. Oprócz futbolu pasjonował się kinem i pociągami, potrafił obserwować je godzinami. Generalnie Banksowie wiedli życie typowej angielskiej rodziny robotniczej z Midlands; w sobotę cała rodzina jadła na obiad tradycyjną rybę z frytkami, w niedzielę ojciec szedł do pubu wychylić kilka kufli ze znajomymi, a po powrocie zasiadał z rodziną do uroczystego Yorkshire Pudding. A od poniedziałku znowu „harówa” w odlewni stali. Kiedy Gordon miał 11 lat, jego ojciec rzucił ciężką, kiepsko płatną pracę i postanowił założyć własny biznes. Kupił dwie stare ciężarówki i chciał zajmować się transportem, ale kilka miesięcy spędził głównie na reperowaniu tych starych gratów. Zrezygnowany w końcu je sprzedał i założył nielegalny punkt bukmacherski. Jego synowie musieli stać na czatach, aby urzędnik czy policjant nie przyszedł i nie zaczął zadawać niewygodnych pytań. Biznes, mimo że nielegalny (a może właśnie dzięki temu), zaczął przynosić niezłe dochody i można było się przeprowadzić z szarej szeregówki w Tinsley do domu jednorodzinnego w Catcliffe, wiosce leżącej pomiędzy Sheffield i Rotherham. Przechodzi tam linia kolejowa na stylowych wiaduktach. Właśnie pod łukiem tego wiaduktu otworzył swój punkt zakładów sportowych Banks senior. Był to teren zaprzyjaźnionego policjanta, więc nie było obawy, że ktoś będzie przeszkadzał w dobrze prosperującym biznesie. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie wspomniany wyżej wypadek „naszego Jacka”. Największymi idolami młodego Banksa zawsze byli bramkarze. Podczas nielicznych wizyt na meczach w Sheffield pasjonował się grą Szkota Dave’a McIntosha z Wednesday i Teda Burgina z United. Znał też i cenił świetnego Berta Trautmanna, któremu uroku dodawał jego życiorys – niemiecki lotnik wzięty do niewoli zdecydował się zostać na Wyspach; początkowo wyzywany od „nazistów” i „morderców”, zyskał serca angielskich kibiców kapitalną grą dla Manchesteru City. Na wyobraźnię Gordona działał także George Farm z Blackpool, kolega klubowy legendarnego Stanleya Mathewsa. W końcu w wieku 14 lat „Banksy” sam wreszcie stanął na bramce: został wybrany do szkolnej reprezentacji miasta i zagrał siedem meczów dla Sheffield Schoolboys. Po tych siedmiu występach trener nagle odstawił go od składu bez słowa wyjaśnienia. Została mu więc gra w swojej szkole, którą zresztą rok później skończył. Jak szczerze przyznaje, nie ciągnęło go za bardzo do nauki, więc w wieku 15 lat zakończył edukację i rozpoczął pracę w punkcie sprzedaży węgla. Miałem piętnaście lat, wciąż rozwijałem się fizycznie i przewalanie węgla osiem godzin dziennie sprawiało, że w weekend nie miałem na nic siły. Kochałem futbol, ale w soboty nie byłem w stanie grać – chodziłem popatrzeć na mecze lokalnych drużyn (zarabiałem trzy funty tygodniowo, część tej kwoty oddawałem mamie, więc dalej nie miałem pieniędzy na bilety na Wednesday bądź United). Pewnego sobotniego popołudnia wybrałem się na mecz Millspaugh. Stałem przy linii i czekałem na rozpoczęcie, aż nagle podszedł do mnie ich trener. – Ty młody chyba grałeś dla Sheffield Schoolboys, prawda? – zapytał. – Nasz bramkarz się nie zjawił, może chciałbyś zabronić? Mecz zakończył się remisem 2:2, a Banks wypadł na tyle dobrze, że trener zaproponował mu regularną grę dla Millspaugh. Po kilku miesiącach przeszedł do grającego w Yorkshire League (był to wówczas najwyższy poziom amatorski, piąta liga) zespołu Rawmarsh Welfare. Pierwszy jego występ skończył się porażką 2:12, drugi 1:3 i mu podziękowano. Porzucił marzenie o karierze piłkarskiej, zamienił stanowisko w punkcie sprzedaży węgla na pracę pomocnika murarza i zastanawiał się, co dalej. Znowu poszedł na mecz Millspaugh i historia zatoczyła koło – podstawowy bramkarz nie przyszedł, zagrał „Banksy” i już został w drużynie. Od poniedziałku do piątku podawał cegły, w soboty grywał dla Millspaugh i tak powoli toczyło się jego życie w Sheffield. Plusem ciężkiej fizycznej pracy było to, że jego muskulatura prezentowała się coraz lepiej. Masz potencjał, aby stać się dobrym bramkarzem. Chciałbym cię zaprosić na testy do młodzieżowego zespołu Chesterfield. Zostało sześć meczów do końca sezonu i jeśli pokażesz się z dobrej strony, będziemy mogli porozmawiać o kontrakcie – zagadnął go elegancki pan po jednym z meczów dla Millspaugh. Pojawiła się nowa iskierka nadziei na zawodowa karierę.

8

0

@Zbyszard A te całe tl;rd to co to jest do jasnej chaliery...

1

@Safrani No to jestem ciekaw z jakiego konkretnie powodu przyszedł ci do głowy akurat Ruch?

0

@NeroTFP1 Dokładnie bez dwóch zdań! Ja z kolei od ładnych wielu lat nie moge pojąć jakim cudem polskie zespoły a zwłaszcza Ruch Hajduki nie uczestniczyły w prestiżowym Copa Mitropa? To była wówczas ogromna strata dla polskiego futbolu...

1

@misterio Ach tak! To faktycznie nie jest video z 1984! Nie mam pojęcia z jakiego powodu wstawiłem nieodpowiednie video?

12

@FCBparasiempre
23 grudnia Ruch Hajduki Wielkie rozegrał kontrolne spotkanie z reprezentacją Szarleja, które wygrał 7:0. Sparing był konieczny w celu zachowania rytmu meczowego zawodników przed jednym z najważniejszych wyjazdów zagranicznych klubu w jego przedwojennej historii. 30 grudnia 1934 r. Ruch miał się zmierzyć w Monachium z Bayernem a dwa dni później z VFB Stuttgart. Ekipa Ruchu wyjechała do Bawarii w ligowym składzie: Tatuś w bramce, Wadas, Kacy lub Rurański w obronie, w pomocy Dziwisz, Badura, Zorzycki lub Panhirsz oraz Urban, Giemsa, Peterek, Wilimowski i Wodarz w ataku. Rezerwowymi byli Kubis, bramkarz Krömer, Nowakowski oraz naturalnie trener Gustav Wieser. Z ramienia Polskiego Związku Dziennikarzy Sportowych odział śląski reprezentował redaktor Edmund Karaś, który tak oto zrelacjonował ten mecz: „W niedziele w południe z pieśnią na ustach przybyliśmy autobusem do stadionu Bayernu. Pogoda doskonała, aczkolwiek boisko wskutek deszczu, jaki padał w dniu poprzednim, było rozmokłe. Gdy przybyliśmy do szatni ogarnia nas wszystkich podniecenie, lecz gdy dowiadujemy się z ust kierownika drużyny że ekipa gra w ,,byczym” składzie: Tatuś, Rurański, Kacy, Dziwisz, Badura, Zorzycki, Urban, Giemsa, Peterek, Wilimowski, Wodarz, wiara w nasze siły nas nie opuściła. Według wzrostu wybiega drużyna Ruchu na boisko. Gromkie trzykrotne ,,Cześć” Ślązaków, witają Bawarczycy długotrwałemi oklaskami. Po chwili później idą Bawarczycy. Bez ceremonii powitalnych Wodarz dokonuje w towarzystwie sędziego i kapitana drużyny Bawarczyków Szneidra wyboru boiska. Ruch gra przeciwko wiatrowi i słońcu a więc w warunkach mniej korzystnych od Bawarczyków. Gre rozpoczyna Ruch i przez 10 minut demonstruje ładną gre. Bawarczycy cofają się do defensywy i powtarza się znów ten sam obraz gry, co w meczu z Bawarczykami w Wielkich Hajdukach(porażka 1:2 z 8 grudnia). Ślązacy, znając już taktykę przeciwnika, przeszli do defensywy by umożliwić naszemu atakowi rozwinięcie się w polu przeciwnika. Taktyka taka okazała się doskonałą bowiem Bawarczycy, trzymając się swego systemu gry defensywnej, popsuli w ten sposób swe szyki, gdyż Ruch zmusił ich do gry ofensywnej. W połowie pierwszej części gry przeciwnicy kilkukrotnie poważnie zagrażają bramce Ruchu i w 21 minucie na skutek nastrzelonej ręki Dziwisza, sędzia dyktuje rzut karny. Wśród niesłychanego napięcia czekano na wykonanie rzutu, który w 99 procentach zwykle się udaje. Piłka ostro strzelona leci płasko nad ziemią w prawy róg bramki. Na trybunach jakby zagrzmiało. Wszystko krzyczy ,,T…o…r”, lecz Tatuś skokiem pantery odbija piłke wzdłuż linii autowej w pole. Był to pierwszy wypadek by doskonałemu strzelcowi Szneidrowi nie udało się strzelić gola z karnego. Sytuacja jaka wynikła po rzucie karnym, pobudza obie drużyny do jeszcze intensywniejszej gry. Ataki Bawarczyków są co prawda liczniejsze a ton nadaje im doskonały kierownik ataku, Gaesler. Najgroźniejsza była lewa strona ataku gdzie Simenstreiter ma szereg pięknych momentów. Wprost z brawurą pracowały jednak nasze linie defensywne a bramkarz Tatuś miał tak doskonałe momenty iż raz po raz oklaskiwano jego brawurową gre.

Z ataku naszego cofa się jedynie Giemsa i dzięki jego pracowitości i z jego właśnie inicjatywy wychodzi szereg ataków. Nadzieje w powodzenie naszego ataku zawiodły, bowiem okazało się że Giemsa miał za ciasny but i na 10 minut przed przerwą wyrzuca oba buty poza obręb boiska, grając w skarpetkach. Giemsa jakby odżył i miał wraz z Urbanem szereg dobrych momentów. Pilnuje ich jednak dobrze doskonały obrońca Heitkampf. Pod koniec przerwy Polacy znów są w ofensywie. Prawie że w ostatniej minucie przed przerwą piłke otrzymuje Giemsa, biegnie z nią na prawem łączniku, oddaje daleko ponad głowami do Wilimowskiego i już zdawało się że Wilimowski strzeli gola. Widzi jednak że Peterek stoi na lepszej pozycji przed bramką Finga i ostrem strzałem pasuje do Peterka. Piłka wsunięta do bramki z odległości 8 metrów. Polacy prowadzą 1:0 i cieszą się niebywałym sukcesem. Uśmiechnięta drużyna Ruchu wybiega do szatni. Przy wejściu oblega ją moc kibiców domagając się autografu. Po przerwie Ruch rozpoczął grać defensywnie, podobnie jak to czynili Bawarczycy na meczu w Wielkich Hajdukach. Giemsa przeszedł do pomocy i siłą rzeczy więcej z gry mieli przeciwnicy. Szereg ich zagrań likwiduje nasza obrona, dokąd potrafili się jedynie przedrzeć. Wyprowadziło to z równowagi Bawarczyków do tego stopnia że ,,potracili oni głowy” i napotykając na skuteczny opór Polaków załamali się we wszystkich prawie liniach. Ruch zerwał się od razu do ataku i tylko dzięki brawurowej obronie bramkarza Finga, Polacy nie mogli wykorzystać szeregu dogodnych momentów do zdobycia gola. W dodatku nasze linie defensywne do tego stopnia uniemożliwiły przedarcie się napadowi Bawarczyków że już na przedpolu nie stanowili oni groźnych przeciwników dla Ruchu. W dodatku z niebywałem powodzeniem bronił bramki Tatuś. W meczu tym wyróżniła się cała drużyna i trzeba zaznaczyć że wygrała ona ten mecz dzięki doskonałej taktyce, polegającej na tem, by przyciągnąć drużynę bawarską do ofensywy i by umożliwić naszemu atakowi należyte rozwinięcie się. Troche słabiej wypadła gra Zorzyckiego, natomiast Tatuś, Kacy, Rurański, Dziwisz, Giemsa i Wilimowski byli najlepsi.

U Bawarczyków wyróżnił się w napadzie Gaesler, w pomocy nowo nabyty Knap a w obronie również nowonabyty Bader, który przewyższał Heitkampfa o całą klase. Troche stonniczo ustosunkował się do Polaków sędzia Thalmajer. Podyktował on rzut karny zbyt pochopnie i w szeregu wypadkach wydawał orzeczenia krzywdzące Ruch. Przy zejściu drużyny Ruchu z boiska publiczność zgotowała jej owacje. Przy opuszczaniu boiska F.C. Bayern, na ulicach miasta gracze Ruchu spotykali się z wielką sympatją Bawarczyków. Przed hotelem gromadziły się tłumy ciekawych. W międzyczasie przesłano już drogą telefoniczną sprawozdanie z meczu do polski, bowiem na wynik meczu czekał przedewszystkim śląski świat sportowy. O godzinie 18 przyjmowano całą eskspedycje Ruchu na kolacji wydanej przez Bayern. O godz. 19 drużyna Ruchu i kierownictwo przyjęte zostało w wielkiej Sali ,,Künstlerhausu”. Drużyne polską przywitał w serdecznych słowach dr. Ettinger, który na końcu swego przemówienia wzniósł toast na cześć prezydenta Rzeczypospolitej oraz marszałka Polski, poczem odegrano hymn Polski. Za przyjęcie podziękował w imieniu drużyny Ruchu oraz obecnego ministra konsula Monachium dr. Lesiewicza mgr. Baranowski i na końcu wzniósł toast na cześć kanclerza Rzeszy. Cała drużyna Ruchu obdarowana została orginalnemi kubkami do piwa z napisem ,,F.C. Bayern Ruchowi”. Następnie drużyna polska odśpiewała swoją pieśń klubową. O godzinie 23 drużyna polska, żegnana niezwykle żywiołowo, opuściła salę ,,Künstlerhausu”. Radościom z okazji zwycięstwa naturalnie nie było końca, Ślązacy musieli je należycie ,,oblać”, tem bardziej że piwo monachijskie dobrze im smakowało. Nic też dziwnego iż mimo usilnych próśb kierownictwa, szereg najbardziej zapalonych wyłamało się i na swój sposób obchodziło zwycięstwo. W poniedziałek rano nie obeszło się naturalnie bez kataru. O godz. 13, żegnana serdecznie przez dr. Ettingera drużyna Ruchu opuściła Monachium, udając się na kolejny mecz do Stuttgartu.” Do dzisiaj zachowało się niezwykle cenne źródło z tego wydarzenia, przechowywane w muzeum Bayernu a konkretnie lista obecnych. Kameradschaftsabend, czyli braterski wieczór, od tego rozpoczyna się karta księgi pamiątkowej, pod którą podpisali się obecni na przyjęciu. Widać sygnatury zawodników Ruchu, niemieckich włodarzy i graczy, redaktora Karasia, polskiego konsula, trenera Wiesera oraz kierownictwa ,,Niebieskich”. Słowem prawdopodobnie wszystkich obecnych a widnieje tam 378 podpisów, w tym graczy TSV 1860 Monachium. Na następnej stronie zaprezentowana jest pierwsza strona księgi pamiątkowej. Niemiecka prasa podkreślała że piłkarze Ruchu wygrali zasłużenie, mieli doskonałe wyszkolenie techniczne i lepszy start do piłki. Dziennikarze podkreślali bardzo dobrą taktykę a także ofiarność piłkarzy. ,,Der Kickers” jako najlepszych zawodników wskazał Rurańskiego oraz Dziwisza, ,,München”- bramkarza Tatusia. Jedynie dr. Beker z tygodnika ,,Fussball” napisał o wyjątkowo defensywnej taktyce, która przyniosła sukces polskiej drużynie. Praktycznie cała niemiecka prasa ogólnokrajowa a czasami nawet lokalna, odnotowała wynik mistrza Polski. Pamiętajmy! Jak dotąd żadna inna polska drużyna nie pokonała Bayernu Monachium…

11

Czy polscy kibice zdają sobie sprawe, który polski klub jako jedyny pokonał Bayern Monachium i to ,,w jaskini lwa”!? No chyba nie bardzo? Chyba już wiecie gdzie można się tego dowiedzieć? No to czytajcie!
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@NeroTFP1
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

11

Grande Espectacolo El Clasico:

30 grudnia 1984 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 3:2 w 18 kolejce Primera Division. Gole strzelali: Gerardo w 25 minucie, Migueli w 53 oraz Esteban Vigo w 79 dla Barçy; Sanchis w 30 minucie i Butragueño w 89 dla Królewskich. Zwycięstwo to pozwoliło umocnić się Blaugranie na pierwszym miejscu w tabeli z sześciopunktową przewagą nad Realem Madryt.



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

4

@FCBparasiempre
I tak wracamy do Santa Fe, gdzie rok wcześniej rozpoczął się marsz po mistrzostwo kraju. W hotelu ,,Conquistador” Bielse dopadły wątpliwości. Jego metody wymagały wiary a on właśnie ją stracił. ,,Zamknąłem się w pokoju – opowiadał potem – zgasiłem światła, zaciągnąłem zasłony i zrozumiałem co naprawdę znaczą słowa wypowiadane czasem tak lekko: »Chce umrzeć«. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem co się dzieje. Cierpiałem jako kibic i cierpiałem jako profesjonalista”. Zadzwonił do żony Laury. ,,Zderzyłem się wówczas z argumentem, który dla wielu byłby nie do odparcia” – opowiadał. Ich córka była poważnie chora. Przez kilka miesięcy balansowała między życiem a śmiercią. To wtedy naprawdę przeżywał emocjonalne piekło. ,,Czy to że chciałbym się teraz zapaść pod ziemie w związku z jednym przegranym meczem ma jakikolwiek sens? – pytał. Wiedział już że nie ma ale ważniejsze było coś innego. ,,Rozumowanie było bez zarzutu – mówił. – ale moje cierpienie z powodu porażki domagało się jakiegoś usprawiedliwienia”. W ten sposób Bielsa doszedł do tego na czym polegał kryzys. To co się stało w meczu z San Lorenzo nie było zwykłą porażką a on zakwestionował coś więcej niż swoje umiejętności trenerskie. Dobór słów nie był przypadkowy. On nie szukał rozwiązania problemu tylko usprawiedliwienia filozofii, którą żył i którą jego drużyna miała wyrażać na boisku. ,,Jeśli trzeba będzie przemyśleć cały projekt, zrobimy to razem. Poszukamy nowego sposobu i nowej metody, jeśli się okaże że nie czujemy się na siłach osiągnąć tego co zamierzyliśmy sobie przed rozpoczęciem sezonu”- powiedział. Bielsa wyznaczał więc nową droge. Problemem nie było to że posunął się zbyt daleko ale to że nie posunął się wystarczająco daleko. ,,Wciąż pod wpływem emocjonalnego szoku narodził się nowy sposób rozumienia taktyki. Od jakiegoś czasu miałem kilka koncepcji na temat jednostek i ich wkładu w zbiorowy wysiłek ale nie wcielałem ich w życie ponieważ wiązały się ze zbyt dużą liczbą rotacji na boisku. Porażki jakich doznaliśmy pozwoliły nam teraz odświeżyć strukturę dużyny a zarazem odnowić całą koncepcje a to za sprawą całej serii zmian pozycji”- opowiadał Bielsa. Ta skomplikowana fraza jest dla Bielsy czymś typowym. Mówiąc prościej, chodziło o to by zespół poznał zwyczaje przeciwnika i przez rotacyjny system krycia indywidualnego wywarł na niego presje. Przykładowo jeśli rywale rozpoczynają rozgrywanie akcji od podanie środkowego obrońcy do prawego obrońcy, drużyna Bielsy będzie naciskać na środkowego obrońcę i postara się przeciąć to podanie. Llop wspomina ten czas jako pełen nerwów: ,,Marcelo próbował znaleźć właściwą taktykę, więc całymi dniami gadaliśmy i gadaliśmy”. W Santa Fe zremisowali 0:0 ale był to dopiero początek. Tydzień później pokonali 1:0 Rosario Central w meczu przerwanym na 2 minuty przed końcem z powodu awantury na trybunach. ,,Najważniejszą różnicą było przygotowanie fizyczne. Newell’s przypominało traktor, który rozjeżdża wszystkich przeciwników. Ten zespół zadusiłby każdego, to był ten pomysł Bielsy, dodanie wściekłego pressingu do istniejącego już stylu Newell’s. Kiedy z nimi grałeś, wracałeś do szatni w poczuciu że nie tylko oszołomili cię podaniami ale też zabiegali na śmierć”- mówił Simon. Rewolucja nabierała tempa. Żona Saldañi zgineła w wypadku samochodowym ale on grał dalej, znajdując oparcie w Bielsie i w sile drużyny. Dobre wyniki pojawiły się także w Copa Libertadores. Do końca fazy grupowej Newell’s pozostało niepokonane odnosząc także ważne, gdyż katartyczne wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z San Lorenzo a im lepiej szło Bielsie, tym uważniej analizowano jego metody i częściej stawiano pytanie: na czym polega jego nowy styl? Czy trener Newell’s jest ,,bilardistą” czy ,,menottistą”? ,,Bielsy nie da się zestawić ani z Bilardo ani z Menottim. Był taktykiem ofensywnym. Proszę zauważyć, słowa »taktyk« często używa się na określenie trenera, który myśli negatywnie, skupia się na obronie a przecież taktyka nie polega tylko na defensywie i blokowaniu najmocniejszych stron przeciwnika. Bielsa to właśnie udowodnił. Był mieszanką tamtych dwóch, połączył obie szkoły”- wspominał Llop.

Z pewnością tak właśnie widział to sam trener. ,,Słuchałem ich przez 16 lat. Osiem lat Menottiego, dla którego najważniejsze było inspirowanie oraz osiem Bilardo, dla którego najważniejsza była funkcjonalność – mówił po objęciu posady selekcjonera w 1998 roku. – Starałem się wziąć od nich to, co najlepsze”. Komentarze Menottiego i Bilardo były zgodne z stereotypami na temat tych szkoleniowców. ,,Bielsa to młodzieniec z problemami. Ma swoje idee i wie jak je wprowadzić w życie ale różnimy się już w punkcie wyjścia. On sądzi że futbol jest przewidywalny, ja myśle kompletnie inaczej”- opowiadał Menotti. Bilardo z kolei uważał iż Bielsa po prostu go naśladuje. ,,Podzielam jego rozumowanie bo przypomina to, co robiliśmy w 1986 – mówił. – Ma mnóstwo taśm z nagraniami oponentów, zupełnie jak ja wtedy”. Z pewnością znajdą się tacy, którzy będą zdania że jego treningi(zwłaszcza tych 120 piątkowych powtórzeń) były z ducha Bilardo, co nie musi przecież oznaczać że podejście Menottiego do ćwiczeń z piłkarzami było szczególnie artystyczne, z drugiej strony jednak przekonanie Bielsy o konieczności atakowania przy każdej nadarzającej się okazji było z pewnością z ducha Menottiego. Kiedy sam próbował zdefiniować swoją filozofie, mówił że sprowadza się do czterech pojęć: permanentne skupienie, mobilność, rotacja i coś jeszcze, co trudno przełożyć a jest jednym z klasycznych terminów Bielsy. W muzyce ,,repenitizacion” to określenie oznaczające wykonanie utworu bez jego wcześniejszego ćwiczenia, nie jest całkowitym zdaniem się na wyobraźnie, gdyż dopuszcza czytanie nut ale w odniesieniu do futbolu z pewnością zawiera pewien stopień improwizacji w połączeniu z uważnością. Jest to innymi słowy pojęcie podsumowujące sprzeczny, wydawałoby się, ze zdrowym rozsądkiem idealizm filozofii ,,bielsista”, oczekiwanie od piłkarzy że będą w kółko robić coś po raz pierwszy; paradoks sygnalizujący wspaniałą bezcelowość tego, co starał się osiągnąć. ,,To co możliwe zostało już dokonane – mówił podczas pracy w Newell’s. – My próbujemy niemożliwego”. Kiedy Llop opowiadał o rozgrywaniu ,,mistycznych meczów” i konieczności wiary w trenera, mówił właśnie o tym: W przypadku Bielsy zawsze miało się wrażenie iż chodzi mu tyleż o wygrywanie meczów, co o osiągnięcie absolutu. Oto dlaczego otacza go atmosfera kultu. Jak wielu jego rówieśników z Ameryki Południowej, Bielsa był pod wrażeniem gry reprezentacji Holandii z pierwszej połowy lat 70-tych ale bardziej bezpośredni wpływ wywarł na niego Urugwajczyk Oscar Tabarez, trener, którego pragmatyzm wydawał się pozostawać w dziwnej sprzeczności z jego własnym idealizmem. ,,Piłka nożna opiera się na czterech fundamentach, jak to ujął Oscar Tabarez. Na obronie, na ataku, na tym, jak przechodzisz z ataku do obrony. Chodzi o to by te przejścia odbywały się w sposób jak najbardziej płynny”- mówił Bielsa. Podczas Clausury w sezonie 1991/92 Newell’s przegrało tylko raz i dwupunktową przewagą w tabeli odebrało tytuł Velezowi Sarsfield. W Copa Libertadores z kolei piłkarze Bielsy pokonali Defensor Sporting i awansowali do ćwierćfinału, gdzie jeszcze raz musieli się zmierzyć z San Lorenzo. Rany po tamtym 0:6 były wciąż świeże ale tym razem ograli ich w Rosario 4:0 a cały dwumecz zakończyli wynikiem 5:1. W półfinale czekała kolumbijska America de Cali. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1 ale już w 5 minucie drugiego meczu po rzucie wolnym i główce Pochettino Argentyńczycy objeli prowadzenie. Mecz był bardzo zacięty i ostry a atmosfera na trybunach do tego stopnia przepełniona wrogością że samo wejście na stadion stanowiło ciężkie przeżycie. Newell’s się broniło ale rzut karny w ostatniej minucie przyniósł Americe wyrównanie i o dalszych losach obu drużyn musiała zdecydować seria jedenastek. Piłkarze z Cali dwukrotnie nie trafili w sytuacji, gdy gol zapewniał im awans do finału a w końcu Norberto Scoponi obronił strzał Orlando Maturany i z wynikiem 11:10 Newell’s awansowało dalej, choć zanim drużyna mogła myśleć o finale, najpierw musiała bezpiecznie opuścić boisko. Kolumbijscy kibice byli wściekli a trafiony z trybun jakimś przedmiotem Berizzo miał rozbitą głowe. Finał przeciwko FC São Paulo z Raim i Cafu w składzie także skończył się rzutami karnymi ale tym razem Newell’s przegrało. Bielsa wyraźnie wyczerpany emocjonalnym wynikiem związanym z prowadzeniem drużyny, której kibicował w stylu, który rozpropagował, zrezygnował z posady. ,,Próbowaliśmy go przekonać żeby tego nie robił ale był kompletnie wypompowany. Chciał nawet odejść wcześniej ale odwiedziliśmy go z Martino w domu i namówiliśmy żeby został, jednak miesiąc czy dwa później i tak podał się do dymisji. Być może uważał że jego epoka dobiegła końca, że nie będzie już w stanie powtórzyć tak dobrego wyniku. Ja w każdym razie chciałem żeby został i wiedziałem jak wielkie znaczenie ma dla Newell’s. Kiedy odszedł musieliśmy się bronić przed spadkiem. To było straszne”- opowiadał Llop.

11

@FCBparasiempre
Marcelo Bielsa raczej nie przejdzie do historii futbolu jako wielki trener. Trzy mistrzostwa Argentyny i złoty medal olimpijski to w sumie niezbyt imponujące osiągnięcia jak na tyle lat kariery. Jako teoretyk futbolu jest wszakże jednym z najważniejszych. Jego dziwactwa jak okulary na sznurku, skomplikowana składnia, precyzja, z jaką dochodził do ławki rezerwowych w Athletic Bilbao w dokładnie 13 krokach, sposób w jaki przysiadał podczas meczów na przenośnej lodówce w Marsylii albo pamiętna scena gdy oznaczył na swoich butach miejsca, którymi jego zdaniem piłkarze powinni uderzać piłke a potem przez kilka dni chodził zostawiając wszędzie ślady kredy, łatwo pozwalają uczynić z niego karykaturę i zapomnieć jak wielką rolę odegrał w historii światowego futbolu. Nie będzie przecież przesadą stwierdzenie że od czasu przejścia Brazylii na gre czwórką obrońców na przełomie lat 50-tych i 60-tych żaden z mieszkańców Ameryki Południowej nie miał tak wielkiego wpływu na piłkarską taktykę jak Marcelo Bielsa w pierwszej dekadzie XXI wieku. Od dziecka miał w sobie coś z intelektualisty, był poważny a zarazem pełen uporu i pasji. Towarzyszący mu pewien idealistyczny rys wydawał się dziwny u nastolatka i irytujący u dorosłego. W końcu zaczęto na niego mówić „El Loco” bo nawet w decyzji o zostaniu piłkarzem było coś, co odróżniało go od otoczenia. Pozostali członkowie rodziny zostawali wszak prawnikami lub politykami albo łączyli prawo z polityką. Jego brat Rafael pełnił funkcje ministra spraw zagranicznych za czasów prezydentury Nestora Kirchnera, zaś siostra Maria Eugenia wybrała karierę architekta i była zastępczynią gubernatora prowincji Santa Fe. Piętnastoletni Marcelo był do tego stopnia zdeterminowany w myśleniu o karierze zawodniczej że wyprowadził się z domu i zamieszkał w klubowym internacie Newell’s Old Boys. Inna sprawa(to coś, co będzie się powtarzać w przyszłości) że nie wytrzymał tam długo, po 2 dniach został wyrzucony, gdyż nie chciał parkować swojej dwusuwowej pumy poza terenem ośrodka. Nawet jeśli buntował się przeciwko rodzinie, wpływu jaki na niego wywarła nie da się przecenić. W bibliotece jego dziadka znajdowało się ponad 30 tysięcy książek a Marcelo żywił podobny szacunek do wiedzy i samorozwoju, prenumerując w pewnym momencie ponad 40 czasopism z całego świata i gromadząc niebywałą, zawierającą tysiące nagrań kolekcje meczów. Wśród niezliczonych anegdot na jego temat jest i opowieść o tym, jak podczas mistrzostw Europy w 1996 r. wychodził z hotelu coraz wcześniej i wcześniej, z nadzieją że w nieodwiedzonych dotąd kioskach znajdzie inne gazety. Co również dla niego charakterystyczne, nie uważa swojej obsesji za niezwykłą, zawsze wydaje się raczej zaskoczony, gdy ktoś spróbuje mu uświadomić że są ludzie, którzy niekoniecznie przez całe dnie ślęczą nad DVD z rozegranymi już meczami. Swego czasu zapytany jak zamierza spędzić okres świąteczno-noworoczny, odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną że przez 2 godziny dziennie ma zamiar się gimnastykować a w ciągu kolejnych 14 będzie oglądał mecze. Z czasem rozwinął zresztą zdolność śledzenia transmisji dwóch meczów jednocześnie. ,,Ja studiuje futbol, oglądam video, czytam i analizuje”- podsumował. Urodził się w Rosario w czerwcu 1955 r. jako syn Rafaela(prawnika kibicującego Rosario Central) i Lidii(szkolnej nauczycielki). Zdaje się iż głównie na przekór ojcu związał się z Newell’s, podobnie zresztą jak jego brat. W piłke grał niemal od chwili, gdy nauczył się chodzić ale od najwcześniejszych lat zaczął również czytać na jej temat. Matka kupowała mu egzemplarze ,,El Grafico” a potem je indeksowała. Czy można powiedzieć że to matka rozpoczęła proces taksonomizacji futbolu, który Bielsa miał później doprowadzić do skrajności? ,,Wpływ matki na moje życie był przemożny. Żaden wysiłek nie był dla niej wystarczający”- opowiadał. Silna i niezwykle pracowita wymagała od dzieci tego samego.

W świecie futbolu zdania na jego temat są podzielone ale zarówno jego apologeci, jak i krytycy przyznają że jest niezmordowanym pracoholikiem, który oczekuje od innych porównywalnego zaangażowania. ,,Z początku wydawał się ciężkim a nawet wkurzającym typem przez ten swój upór i nieprzyjmowanie do wiadomości zdania innych ale w końcu zobaczyłem w nim geniusza. Potrafi przekonać do biegania i do harówki, widać to zarówno w czasie meczów, jak i treningów jego drużyn. Wie więcej niż ktokolwiek w tym świecie. Należy do absolutnej elity. Jeśli pozna się go bliżej, nie sposób go nie pokochać”- opowiadał Fernando Llorente, który grał u Bielsy w Athletic Bilbao. Wysiłek i dyscyplina nie wystarczyły by zrobić z niego piłkarza. Jako obrońca nieźle radził sobie z piłką ale brakowało mu szybkości. W Newell’s rozegrał tylko 4 mecze, po czym klub zdecydował się nie przedłużać z nim umowy. Miał 21 lat i przez kolejne 4 błąkał się po niższych ligach, studiując zarazem agronomie i wychowanie fizyczne. W wieku 25 lat przeprowadził się do Buenos Aires, gdzie objął posade trenera miejskiej drużyny akademickiej. Pedanteria z jaką podjął nowe obowiązki była uderzająca. Obejrzał 3 tysiące grających w piłke studentów, po czym wybrał 20 z nich a co przy tym charakterystyczne, w trakcie treningów korzystał ze słownika i przemawiał do piłkarzy używając formalnego zaimka ,,usted”. Traktował ich jak zawodowców i pilnował by naprawdę solidnie trenowali. Wielu z nich wspominało później nową ,,powagę” jaka wraz z jego bytnością pojawiła się w podejściu do zajęć a już w tamtym momencie można było zauważyć przywiązanie młodego trenera do wertykalnej gry i przenoszenia piłki jak najszybciej do przodu. Futbolem uczelnianym zajmował się przez 2 lata a potem wrócił do Rosario, gdzie zaczął pracować z drużynami młodzieżowymi Newell’s. W przekonaniu iż z dala od dużych miast musi kryć się wiele nieodkrytych piłkarskich talentów, podzielił mape Argentyny na 70 sektorów a potem zaczął je metodycznie odwiedzać, pokonując swoim „Fiatem 147” dobrze ponad 8 tysięcy kilometrów(samolotów unikał z lęku przed lataniem). Wreszcie w 1990 r. w klubie uznano że jest wystarczająco kompetentny do podjęcia pracy z pierwszą drużyną(miał wówczas 35 lat). Zastąpił Jose Yudice, który pojawił się tu w 1987 roku by rok później wygrać z Newell’s Campeonato. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć że Yudica był niezbędnym ogniwem przejściowym w drodze do podejścia, które Argentyńczycy nazywają „Bielsista”, bardziej pragmatycznym od następcy, łagodniejszym i skromniejszym zarówno w zachowaniu, jak i w ambicjach. Pierwsza dawka „Bielsizmu” mimo wstępu z czasów Yudiki była bowiem naprawdę silna. ,,Kiedy przyszedł Marcelo zmiana okazała się radykalna. Znaliśmy go oczywiście, gdyż pracował z rezerwami, więc nie był jakimś przybyszem z innej planety ale przeprowadził tu rewolucje dużo większą od tej, którą zrobił Yudica. Najpierw byłem sceptyczny. Jak Gerardo Martino i inni starsi piłkarze uważałem że zmian jest za dużo. Szybko się jednak zorientowałem że to najlepsze co mogło się wydarzyć w Newell’s i popierałem go z zamkniętymi oczami. Wiedzieliśmy że dzięki jego pomysłom będziemy zwyciężać. Wiedzieliśmy też iż w rezerwach trenowali świetni piłkarze, przyzwyczajeni już do jego sposobu gry. Zajęcia zmieniły się dramatycznie. Dziś nie brzmi to już szokująco ale wtedy była to prawdziwa niespodzianka. Wszystkie sesje były krótkie ale bardzo intensywne. Prawie przez cały czas ćwiczyliśmy z piłką, cały czas pracowaliśmy nad taktyką. Zaczynaliśmy o różnych porach, trzech, czterech piłkarzy robiło ćwiczenia w strefach, przykładowo ,,piątka”, ,,czwórka” i ,,ósemka” pracowały wspólnie a innym razem robiły to ,,piątka”, ,,trójka” i ,,jedenastka”. Młodsi zawodnicy byli już z tym oswojeni ale dla nas to była kompletna nowość”- opowiadał były pomocnik Newell’s Juan Manuel Llop. Ponieważ mecze rozgrywano najczęściej w niedziele, poniedziałki piłkarze mieli wolne a we wtorek i w środe rano pracowali z trenerem od przygotowania fizycznego. Bielsa w tym czasie zamykał się w swoim gabinecie i oglądał mecze kolejnych przeciwników na video. Praca nad taktyką zaczynała się w środe po południu. ,,Młodzi piłkarze musieli czytać gazety i przygotowywać szczegółowe dossier na temat rywala. To był sposób na to żeby poczuli się bardziej zaangażowani i żeby uczyli się lepiej rozumieć futbol”- opowiadał Llop. Później Bielsa pokazywał im filmy. Nigdy całe mecze, jedynie wybrane momenty i sekwencje żeby podkreślić kluczowe punkty. W czwartek po południu odbywała się gra treningowa. ,,Graliśmy krótko ale z taką intensywnością jakby to naprawdę był mecz Primera. Niezwykłe to było. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Druga jedenastka była ustawiona jak nasz kolejny przeciwnik a naszym zadaniem było ją pokonać, wygrać mecz. Porażka w czwartek nie wchodziła w gre”- mówił Llop.

Piątek poświęcano na szczegółowe przygotowania do meczu. Bielsa ćwiczył z drużyną 120 schematów różnych sytuacji ofensywnych i 120 defensywnych. ,,Chodziło w tym wszystkim o ruch, skoordynowany ruch zawodników. Piłka ma być tutaj, ty masz się ustawić tutaj a ty masz pobiec tam, jeśli oni będą grać na spalonego, nie dacie się złapać a jeden z was będzie mógł wyjść za ich linie. To było bardzo ale to bardzo szczegółowe”- tłumaczył Llop. No i trzeba przyznać że to działało a przynajmniej działało czasami. W sezonie 1990/91 rozgrywki ligowe po raz pierwszy podzielono na dwie części, Aperture i Clausure a zwycięzcy obu rozgrywali mecz decydujący o mistrzostwie kraju. Dla Newell’s Apertura rozpoczęła się przeciętnie. Wygrali 1:0 z Platense i zremisowali na wyjeździe z Argentinos Juniors ale potem przegrali u siebie z Huracanem. Przed wyjazdem na czwarty mecz z Union Santa Fe, posada Bielsy była zagrożona. ,,Krążyło sporo plotek, gdyż początek nie był udany. Nie wiem czy zostałby zwolniony po czwartej kolejce czy później ale gdybyśmy po takim kiepskim starcie dalej szli tą drogą, kto wie co by się wydarzyło. Marcelo miał opinie dziwaka, jego metody budziły wątpliwości, więc wszyscy chcieli wiedzieć czy mu się uda. Gdybyśmy przegrali ten czwarty mecz pewnie byłby to koniec Bielsy, któż to wie? Jednak wygraliśmy ten mecz 3:1. Wystartowaliśmy i już się nie zatrzymaliśmy”- opowiadał dalej Llop. W następnych miesiącach Newell’s przegrało już tylko raz i skończyło Aperture z dwoma punktami przewagi nad River Plate. Santa Fe zaś odegrało jeszcze ważniejsza role w rozwoju Bielsy. Zwycięstwo w Aperturze oznaczało że Newell’s przez pół sezonu w zasadzie nie miało o co grać(to powód, dla którego w kolejnych latach za mistrzów kraju uznawano zarówno tych, którzy wygrali Aperure, jak i tych, którzy wygrali Clausure, bez konieczności organizowania dodatkowego meczu). Odprężona drużyna zakończyła Clausure na ósmym miejscu a pierwsze zajeli Boca Juniors. ,,To nie było normalne. Nie było przecież tak że nam nie zależało albo że oszczędzaliśmy się na finał z Boca. Przeciwnie, kiedy już mieliśmy z nimi grać, byliśmy bardzo ostrożni bo wiedzieliśmy że nie jesteśmy w dobrej formie. Powiedziałbym iż zachowaliśmy większą czujność niż zwykle i to dobrze, gdyż inaczej mogłaby nas zgubić nadmierna pewność siebie. To była nasza szansa wygrać mecz na Bombonerze i przejść do historii argentyńskiego futbolu. To na pewno spowodowało że zagraliśmy szybciej i lepiej niż przez reszte sezonu”- opowiadał Llop. Mecz w Rosario zakończył się zwycięstwem Newell’s 1:0 ale przed rewanżem w La Boca była to minimalna zaliczka. Obie drużyny musiały zagrać w osłabieniu, gdyż(jakkolwiek wydaje się to dziwaczne) akurat pomiędzy meczami o mistrzostwo kraju rozpoczynała się Copa America i do reprezentacji powołano Fernando Gamboe i Dario Franco z Newell’s oraz Diego Latorre, Blasa Giunte i Gabriela Batistute z Boca. Boca miała przewagę. Cristian Domizzi i Juan Simon obejrzeli czerwone kartki a na 9 minut przed końcem meczu Gerardo Reinoso zdobył gola dla gospodarzy. Newell’s jednak lepiej strzelało rzuty karne. Trafiło trzykrotnie a Boca tylko raz. ,,To był mój najlepszy mecz w życiu. W dodatku graliśmy w błocie, mistyczne przeżycie”- wspominał Llop. Newell’s było więc zwycięskie ale ich forma gdzieś odpłynęła a w trakcie Apertury sezonu 1991/92 zrobiło się jeszcze gorzej. Przez cały rok 1991 wygrali tylko 9 razy. Zdaniem Llopa problemem stało się zmęczenie. ,,Przy metodach Bielsy było ono nie uniknione. Nie tylko fizyczne ale także mentalne i emocjonalne, gdyż przy tak intensywnej rywalizacji trudno przez cały czas grać na tym samym poziomie. Ludzie nie są jednakowi, nie wszyscy myślą tak samo i reagują w ten sam sposób a styl Bielsy, jego sesje treningowe wymagają stałości i stąd czasem biorą się kłopoty. Mieliśmy drużynę, która świetnie pasowała do jego koncepcji ale kiedy odszedł w 1993 i 1994 roku walczyliśmy o utrzymanie. Człowiek jest istotą, która w pewnym momencie musi się zrelaksować. Nie chodziło o to ze przestaliśmy się starać, po prostu odpuszczaliśmy trochę bo czuliśmy się wyczerpani. Na początku Clausury presja była już ogromna. Zaczeliśmy wprawdzie od wygranej u siebie 2:0 z Quilmes ale potem nadszedł pogrom 0:6 z rąk San Lorenzo w pierwszym meczu fazy grupowej Copa Libertadores. Wstydze się tego meczu do dzisiaj jak mało którego. Nic nam nie wychodziło, kompletnie nic. Bielsa zmienił stopera. Mauricio Pochettino był świetny na tej pozycji ale musiałem zająć jego miejsce bo naprawdę nas łomotali a myśmy nie wiedzieli jak zareagować”- ciągnął dalej Llop.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?