14

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

12 lutego 1958 r. w Trzebiechowie urodził się Krzysztof Pawlak. W latach 1983-1987 był podstawowym obrońcą polskiej reprezentacji. Był też filarem obrony Lecha Poznań w latach 1980-1988 – zdobył z nim 2 mistrzostwa Polski i 3 puchary kraju. Sport był w jego życiu tak ważny, że o tydzień przełożył ślub, żeby tylko zagrać w Łodzi przeciwko Widzewowi. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Kaliszu, w drużynie Calisii. W wieku 17 lat przeniósł się do poznańskiej Warty a edukację kontynuował w V LO w Poznaniu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Hannę Kijewską, siostrę legendy poznańskiego basketu, Eugeniusza Kijewskiego. Po pięciu latach gry dla Zielonych, na początku 1980 roku przeniósł się do Kolejorza. W niebiesko-białych barwach zadebiutował 9 marca tego roku w wygranym 2:0 meczu z bydgoskim Zawiszą. W tym spotkaniu swój debiut zaliczył również trener Wojciech Łazarek, który od początku stawiał na „Gogusia” (tak Pawlaka nazywali koledzy z drużyny). Pawlak grał na prawej obronie, choć zdarzało mu się występować na stoperze lub w pomocy. W barwach Lecha rozegrał 281 spotkań, w tym m.in. 232 w I lidze i 10 w europejskich pucharach, zdobył w nich 19 goli. Z Lechem dwukrotnie został mistrzem Polski i trzy razy sięgnął po Puchar Polski. Odszedł w 1988 roku do belgijskiego Lokeren, by po półrocznym pobycie w tym klubie przenieść się do szwedzkiego Trelleborga. Do kraju wrócił w 1993 roku do Warty, z którą awansował i jeszcze przez rok występował w I lidze. Rozegrał 31 spotkań w reprezentacji narodowej (zdobył nawet bramkę przeciwko Indiom). Debiutował w meczu z Rumunią w Krakowie w 1983 r. Wystąpił na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986 roku (zagrał przeciwko Portugalii i Anglii) i był pierwszym lechitą, który rozegrał mecz na MŚ. Po raz ostatni wystąpił w reprezentacji w meczu eliminacji Mistrzostw Europy z Węgrami w Budapeszcie (1987 r., przegrana 3:5). W 1986 roku ukończył poznański AWF i uzyskał uprawnienia trenerskie. Pierwszą samodzielną pracę trenerską podjął w Sokole Pniewy, później pracował z Wartą Poznań i GKS-em Bełchatów, z którym w 1996 roku dotarł do finału Pucharu Polski. W tym samym czasie selekcjonerem reprezentacji został Antoni Piechniczek, który swoim asystentem mianował właśnie Pawlaka. Gdy eliminacje do MŚ we Francji były już przegrane, Pawlak zastąpił w ostatnim meczu zdymisjonowanego Piechniczka. W czerwcu 1997 wygrał 4:1 z Gruzją i jest jedynym selekcjonerem kadry, który może się pochwalić stuprocentową skutecznością zwycięstw. Od lipca 1997 roku do marca 1998 prowadził Kolejorza, ale wyniki zespołu nie były zadowalające. Potem prowadził m.in. KP Konin, Polonię Środa Wielkopolska i Kanię Gostyń.

@Szalik
@Symson
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB

11

@FCBparasiempre
,,Byłem królem… A wy pierwsi, bezduszni idioci, przyznacie, że byłem królem…” – to pierwsze słowa głównego bohatera filmu ,,Heleno”, poświęconemu najbardziej zapomnianej legendzie brazylijskiego futbolu. Powyższe słowa idealnie odzwierciedlają jego osobowość. Nie wiadomo, co u Heleno De Freitasa było większe – samouwielbienie czy talent do piłki nożnej. Między innymi te dwie cechy sprawiają, że jest on jedną z najbardziej fascynujących postaci w historii piłki nożnej. Każda epoka czy też dziesięciolecie brazylijskiego futbolu ma swój symbol. Najpierw był Arthur Friedenreich smarowany pudrem ryżowym, aby żadnego białego człowieka w Brazylii nie kuła w oczy świadomość gry z czarnym. Lata przedwojenne to – według legendy – bosonogi Leonidas, któremu na mundialu we Francji w 1938 roku kroku dotrzymywał jeden z najbardziej kontrowersyjnych zawodników w historii polskiej piłki nożnej, czyli Ernest Otto Prandella, bardziej znany jako Ernest Wilimowski. Na innym mundialu, w Szwecji, dwadzieścia lat później narodziła się legenda Pelégo. Niespełna osiemnastoletni gracz Santosu wraz z kolegami zdobył pierwsze dla Brazylii mistrzostwo świata, spełniając obietnicę z dzieciństwa, kiedy to słuchający w radio – jak napisał urugwajski poeta Eduardo Galeano – ,,najbardziej donośnej ciszy w historii futbolu” – dziesięcioletni Edson Arantes do Nascimento, wtedy zwany jeszcze Dico poprzysiągł zemstę i zdobycie upragnionego przez Brazylijczyków Pucharu Julesa Rimeta. Później Brazylia miała swoich kolejnych idoli: destrukcyjnego w swym radosnym i beztroskim sposobie bycia Garrinchę, niespełnionego Zico, niepokornego Romario, walczącego z nadwagą nie tak skutecznie jak z rywalami Ronaldo, nonszalanckiego w swojej radości z grania Ronaldinho, aż po dzisiejszą gwiazdkę, czyli Neymara. Niestety, w dyskusji o największych wirtuozach brazylijskiego piłkarstwa zapomina się o jednej postaci. Być może dlatego, że najlepszy moment jego kariery przypadł na czasy niepokoju o byt, a nie niepokoju o mecz, czyli okres II wojny światowej. Być może o bohaterze mojego tekstu zapomniano, ponieważ w odróżnieniu od Pelégo czy Ronaldo niczego wielkiego nie wygrał. Niespełnienie. To właśnie wraz z nieprzeciętnym talentem wykreowało jego legendę. W 1937 roku prezes Botafogo Carlito Rocha, będąc na Copacabanie, zwrócił uwagę na pewnego młodzieńca, który całkiem sprawnie żonglował…pomarańczami. Rocha błyskawicznie sprowadził młodziana do swojego klubu. W 1939 roku De Freitas zadebiutował w dorosłej drużynie Botafogo. W ciągu dziewięciu lat gry dla ,,Fogão”, Heleno w 235 meczach strzelił 209 goli. Niemal każdego fetował tańcząc sambę. Jego gra również miała w sobie coś z tańca, coś ze sztuki. Eduardo Galeano tak wspomina jedną z jego wielu bramek: ,,Heleno odwrócony plecami do bramki rywala, przyjął piłkę na pierś. Obrócił się, nie pozwalając futbolówce upaść, cały czas balansując nią na klatce piersiowej, wyginając się niczym gimnastyk. Między nim a bramką znajdowali się wszyscy obrońcy Flamengo – wydawać by się mogło, że jest ich nieskończenie wielu. Heleno przechylił się zatem do tyłu i nienaturalnie wygięty, z piłką na sobie wbiegł między zaskoczonych obrońców, nie wiedzących czy faulować czy odpuścić. Uczynili to drugie, a De Freitas spokojnie umieścił piłkę w siatce i wydał z siebie okrzyk radości, niczym lew, król zwierząt. Jednym z atutów urodzonego w 1920 roku Heleno bez wątpienia była pewność siebie. To dzięki niej mógł brylować na salonach Rio de Janeiro. Nazywano go ,,królem Rio”. Był przedstawicielem piłkarskiej inteligencji. Słuchał jazzu, czytywał Szekspira i Dostojewskiego. Jego ojciec był właścicielem ogromnej plantacji kawy, dzięki czemu dzieciństwo Heleno nie wpisywało się w kanon biednego, skromnego, pełnego wyrzeczeń okresu, charakterystycznego dla wielu gwiazd brazylijskiej piłki nożnej. Wyższe wykształcenie (studia prawnicze), elokwencja i świadomość swojej siły sprawiała, że przyciągał wiele kobiet. Grając przez krótki czas w kolumbijskim Atlético Junior, poznał laureata Literackiej Nagrody Nobla z 1982 roku, autora ,,Stu lat samotności” Gabriela Garcíę Márqueza , który pisał o nim: ,,Jako piłkarz Heleno pluł ogniem i lodem jednocześnie-był kimś więcej niż napastnikiem. Cały czas dawał innym powody, by mówili o nim źle.

Jeszcze jeden cytat od Galeano: ,,Miał twarz Rudolfa Valentino i temperament wściekłego psa. Na boisku był zwierzęciem. Pewnej nocy w kasynie, przegrał wszystkie pieniądze jakie miał. Następnej nocy, Bóg jeden wie gdzie to było – przegrał swoją chęć do życia.” De Freitas nie znosił sprzeciwu i bylejakości. Przed rozpoczęciem jednego z kolejnych sezonów w Botafogo, Heleno postanowił wpłynąć na poczynania swoich kolegów przemową motywacyjną. ,,Król Rio” wjechał na murawę boiska treningowego na motocyklu, po czym zarzucił piłkarzom ,,Fogão” brak zaangażowania, ambicji i przeciętność. Jedną z obsesji Heleno było zdobycie mistrzostwa stanu Rio de Janeiro z Botafogo. Niestety, nigdy mu się ta sztuka nie udała. Po kolejnej porażce w 1947 roku, De Freitas zdemolował szatnię, a jego ręce ociekały krwią. Koledzy z zespołu, trener Flávio Costa oraz prezes Carlito Rocha coraz częściej mieli dość fochów i wybuchów Heleno, który właśnie z tego powodu doczekał się pseudonimu ,,Gilda”, na cześć równie kapryśnej postaci granej przez Ritę Hayworth w filmie o tym samym tytule. Pewnego dnia Costa wytknął bohaterowi tekstu bumelanctwo. Po treningu Heleno podszedł do trenera i…wymierzył do niego z pistoletu. Na całe szczęście, w magazynku nie było żadnego naboju. Prezes w 1948 roku zdecydowali, że Heleno musi opuścić Botafogo. Sprzedano go do Boca Juniors Buenos Aires. De Freitas źle znosił nieobecność żony Ilmy i dziecka. Dodatkowo dokuczał mu chłód stolicy. Heleno zdarzało się trenować… w płaszczu. Podczas pobytu w Argentynie podobno miał mieć romans z Evą – żoną dyktatora Juana Perona. W 1949 de Freitas chciał wrócić do Botafogo, jednak prezes Rocha nie był zainteresowany powrotem czupurnego gwiazdora i Heleno związał się z Vasco da Gama. W końcu zdobył upragnione mistrzostwo stanowe, jednak wtedy niewiele już zostało z blasku ,,króla Rio”. Uzależnienia od alkoholu, papierosów i eteru oraz niechęć przed podjęciem leczenia przeciwko kile wyniszczały jego organizm. Podobny los spotka później kolejnego bożyszcza Botafogo: kochającego życie, czerpiącego z niego pełnymi garściami. Nazywano go Garrincha…

Heleno De Freitas tak jak, chociażby George Best nigdy nie dostąpił zaszczytu gry na mistrzostwach świata. II wojna światowa niewątpliwie zabrała mu dwie okazje ku temu, aby wystąpić w najbardziej prestiżowych rozgrywkach. Nie było mu również dane wygranie Copa America. W 1945 roku został nawet królem strzelców imprezy wraz z Argentyńczykiem Norberto Méndezem. Niestety, w finale lepsi okazali się ,,Albicelestes”. Rok później Brazylia ponownie musiała zadowolić się srebrem. Innym niezrealizowanym marzeniem Heleno był występ na mundialu rozgrywanym w jego ojczyźnie. Niestety w 1950 roku był on już cieniem samego siebie. Na dodatek selekcjonerem reprezentacji Brazylii był znienawidzony przez gwiazdora Flávio Costa. Wielu kibiców uważa jednak, że z Heleno na boisku zamiast króla strzelców turnieju Ademira, nie doszłoby do tragedii, którą Brazylijczycy nazywają ,,Maracanãzo”. Rok po klęsce brazylijskiej reprezentacji na Maracanie, Heleno dostąpił zaszczytu wystąpienia na tym legendarnym obiekcie, już w barwach klubu América. Na murawie wyglądał na zagubionego i rozkojarzonego. W 35 minucie sędzia wyrzucił go z boiska po brutalnym faulu na jednym z przeciwników. W ten sposób pożegnał się z futbolem. Choroba psychiczna i poczucie niespełnienia nękały jego umysł i duszę. Z chorobą nie radził sobie tak dobrze jak z rywalami na boisku czy też kobietami na bankietach. Na prośbę rodziny w 1953 roku został umieszczony w ośrodku leczniczym w Barbacenie. Tam również pokazywał, jak bardzo trudny miał charakter. Kiedy dowiedział się z radia, że Brazylia, bez niego, w końcu zdobyła upragniony Puchar Świata, podjął nieudaną próbę samobójczą, odpalając kilkanaście papierosów naraz. Innym razem chciał się zabić, połykając wycinki z gazet, będące ozdobą jego pokoju i dowodem na to, że człowiek, którym dziś zawładnął obłęd, kiedyś władał milionami serc w całej Brazylii. Bóg chyba bacznie obserwował jego poczynania, bowiem zabrał go do siebie zaledwie rok po historycznym triumfie ,,Canarinhos”. Miał 39 lat. Szkoda, że nie spełnił innych jego próśb, bo tak wielki piłkarz jak Heleno De Freitas bez wątpienia na to zasłużył.

@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik

12

Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:

12 lutego 1909 r. urodził się Bernabe Ferreyra. W czasach, gdy za piłkarzy nie płacono jeszcze wielkich pieniędzy argentyńskie River Plate sięgnęło głęboko do kieszeni, żeby pozyskać Bernabé Ferreyra. Transfer za 23 000 funtów okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ gwiazda Tigre (45 goli w 43 meczach!) przez siedem lat była główną strzelbą ,,Los Millonarios” (187 goli w 185 meczach!). Co zaskakujące, zawodnik o przydomku „El Mortero Rufino” lub „La Fiera” zagrał tylko cztery razy w reprezentacji kraju i ani razu nie zdołał pokonać bramkarza rywali „Albicelestes”. Czy Ferreyra był więc aż tak dobry? Słynny argentyński napastnik Jose Manuel Moreno, twierdził że tak: ,,Bernabé był wyjątkowym zawodnikiem: przy nim przeciwnicy musieli pracować dwa razy ciężej niż przy innych zawodnikach. Dla nas, partnerów z drużyny, sprawiał, że wszystko stawało się łatwiejsze. Jednak jako człowiek zawsze znaczył więcej. Bernabé zasłużył na ogromne pieniądze, jakie otrzymał, ale nie potrafił ich przy sobie zatrzymać. Dawał je innym ludziom, nie prosząc o nic w zamian. Kiedy on uścisnął twoją dłoń, mogłeś być pewny, że znalazłeś przyjaciela na całe życie.” Był jednym z najwybitniejszych strzelców Ameryki Południowej lat 30-tych XX wieku i jednym z najwybitniejszych w historii argentyńskiego futbolu. Przez całą swoją karierę sportową nazywany był „El Mortero de Rufino” ze względu na wielką siłę swoich strzałów i „zaciekły „za ducha walki. Ferreyra był pierwszą wielką gwiazdą klubu River Plate i jednym z pierwszych zawodników profesjonalnej ery argentyńskiej piłki nożnej, który osiągnął tak dużą popularność. Zagrał w czterech filmach, wspominano go w tangach a w jego rodzinnym mieście znajduje się klub sportowy i ulica nosząca jego imię. Według IFFHS strzelił 232 gole w 228 meczach w turniejach First Division, osiągając średnio 1,01 gola na mecz(!), podobnie jak Valeriano López i Arthur Friedenreich, jedyni trzej piłkarze w Ameryce Łacińskiej, którzy strzelili więcej goli niż rozegranych meczów. Bernabé Ferreyra grał jako środkowy napastnik, ponieważ w tamtym czasie koszulki nie miały numerów a zawodnicy wyróżniali się lokalizacją. Argentyński piłkarz nie tylko miał siłę w oddawaniu strzałów, ale także wyróżniał się inteligencją w zakresie rozprowadzania gry i szybkiego dryblingu. Kronika tamtych czasów podaje, że większość jego goli była wynikiem bardziej niż bajecznej siły strzału, szybkości umysłu i zdecydowanego działania, aby rozwiązać sytuację nieoczekiwanym i bez wahania strzałem piłki.

@Szalik
@Sysia11
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB

10

@FCBparasiempre
12 lutego 1950 roku, Metropolitano. Atletico Madryt-Real Madryt.

Wejściówka na mecz była wydrukowana na cienkim i wyblakłym papierze złożonym na pół. W piątek o 11:00 Lucientes wezwał ją do gabinetu pod pretekstem, jakiejś sprawy związanej z niedzielnym dodatkiem. Redaktor naczelny „Informaciones” wcisnął jej bilet, jakby wręczał paczkę zapałek, które nie były mu już potrzebne. Taki miał sposób bycia, całkowicie pozbawiony elegancji czy powagi. Żeby nie być gorsza, Josefina Carabias udała, że z roztargnieniem chowa wejściówki do notesu, w którym miała zapisane numery telefonów do rzeźnika, sprzedawcy węgla czy do sklepu spożywczego. Po czym dziennikarka od tak pożegnała się z szefem i wyszła z gabinetu. Jednakże ta wejściówka nie była taka jak bilety, które Lucientes zwykł jej dawać żeby poszła na stadion i zapełniała kolumny w gazecie; to była wejściówka na derby Atletico - Real Madryt, najbardziej wyczekiwany mecz w stolicy. Reporterkę bawiła myśl bagatelizowania tego papierka, który nosiła w torebce razem z innymi przedmiotami o małej wartości, jak naboje do pióra, nożyczki czy szminka. Szczerze mówiąc, uważała że to nic takiego, ale kelner z kawiarni, do którego obowiązkowo chodziła codziennie na śniadanie nie podzielał jej zdania. Kiedy pokazała mu bilet, chłopak o mało nie padł z wrażenia: „Święta dziewico! Jak ja bym chciał mieć taki sam, panienko! Proszę go strzec jak oka w głowie”. To samo usłyszała u fryzjera, w kiosku i w kolejce do autobusu. Za każdym razem, gdy wyjmowała wejściówkę wszystkich obecnych ogarniały emocje i zazdrość. W takiej sytuacji nie dało się nie czuć zaciekawienia dziwnie urzekającą mocą biletu, na który Josefina zaczęła patrzeć innymi oczami. Wyjmowała go co pół godziny i delikatnie gładziła, wciągając się w tę grę, która(bez względu na to, jak była absurdalna) wydawała się bardzo zabawna. Doszło wręcz do tego, że robiło jej się żal mijanych na ulicy wyprostowanych jak struna kobiet, które mogą posiadać futro z norek albo hotele w górach, ale nigdy nie będą miały takiej wejściówki na Metropolitano jak ona. Jednakże w dniu meczu to uczucie uprzywilejowania nagle wyparowało. Na stadionie nie było ani jednego miejsca. Ilu ludzi! Josefina, drobna, lecz energiczna i zawsze zdeterminowana, utorowała sobie przejście między kibicami, aby dostać się na swoje stanowisko. Na szczęście tym razem Lucientes zachował się jak należy, załatwiając jej miejsce na trybunie głównej. Stamtąd będzie wszystko dobrze widoczne. Na mecz przyszła przygotowana niczym na swoje najlepsze batalie: spódnica do kolan, krótkie włosy, aby nie przeszkadzały jej w pisaniu, usta umalowane na czerwono, twarz przypudrowana i wisienka na torcie: notes przyciśnięty do klatki piersiowej. Kiedy wyciągała pióro, dziennikarka zdobywała status monarchini. Nikt nie śmiał jej przeszkadzać. Ta kobieta, z boiskiem leżącym u jej stóp, była żywym ogniem. Bez przerwy robiła notatki, kręcąc przy tym szyją z szybkością ptaka, aby uchwycić działanie w poprzedzającym momencie gry. Dynamiczna, pełna życia, wulkan energii: taka była Josefina Carabias. Kobieta, która w młodości sprzeciwiła się rodzicom i uciekła z domu, aby w Madrycie studiować prawo, niczym jakikolwiek chłopiec, któremu by na to pozwolono. Kobieta, która setki razy obładowana książkami przemierzała korytarze Ateneo, gdzie przeprowadzała wywiady z Pio Baroją, Miguelem de Unamuno, a nawet z samym Manuelem Azañą. Kobieta, która w czasie wojny domowej uciekła do Francji a potem samotnie wychowywała córke Carmen, ponieważ jej mąż siedział w więzieniu. Ta sama kobieta, która dzięki swej bezgranicznej determinacji, została pierwszą hiszpańską reporterką utrzymującą się ze swojego zawodu.

A teraz pionierka Josefina siedziała na derbach Madrytu, które wzbudzały w niej tak niewielkie zainteresowanie. Lubiła byki, arenę, „banderillas” i bogato zdobione stroje torreadorów a nie murawę, korki i śmieszne krótkie spodenki. Jej uwagi nie przyciągało nawet to, że tego popołudnia na boisku mierzyły się ze sobą drużyny znajdujące się w zupełnie odmiennej sytuacji. Pesymizmowi Realu Madryt, który nie zdobył mistrzostwa od czasów Republiki, przeciwstawiała się świeżość Atletico, tornado, które niszczyło przeciwników raz dwa. Potwierdził to pierwszy gol strzelony przez Mujice przed upływem 20 minut gry. Na ławce „Colchoneros" Helenio Herrera z arogancją zacisnął dłoń w pięść. Był trenerem na fali a jego oczy błyszczały nieustraszonością kogoś, kto zamierza napisać od nowa historię futbolu. Wszystko, co Carabias wiedziała o piłce nożnej, usłyszała od swoich sąsiadów na trybunie a dzięki wprawnemu uchu wyłapującemu akustykę stadionu, przekonała się że kobiety również bardzo intensywnie przeżywały to, co działo się na boisku. Każdemu, kto by się jej nawinął, mogłaby rzucić że ta gadka, jakoby one chodziły na stadion żeby kontrolować mężów, była wierutną bzdurą. Chociaż wystrojone, w futrach i kapeluszach, kibicki siadały na stadionie aby cieszyć się z goli, gwizdać na przeciwników i zżymać się na sędziego a nie po to, żeby je podziwiano. Chciały się oderwać od codziennych trosk domowego ogniska, zerwać łańcuchy rutyny a cała reszta, poczynając od własnego stroju czy sukienki sąsiadki, była im absolutnie obojętna. Losy meczu rozstrzygnęły się zdumiewającą łatwo. Kiedy Juncosa strzelił piątego gola po wybornym podaniu Ben Barka, przypieczętowując fiestę „Colchoneros", jedna z kibicek Atletico podwinęła dół sukienki i nachyliła się w stronę placu gry: "Ha! Nie mieliście szans nawet na remis... Co za pośmiewisko! Wasze zdziwione gęby widać na kilometr!"- wykrzyknęła radośnie. Niewątpliwie ta kibicka wróci do domu w doskonałym nastroju i z odnowionymi siłami rozpocznie nowy tydzień i być może w tym tkwił sekret fascynacji, jaką wywoływała w ludziach wejściówka na mecz, pomyślała Josefina, zbierając rzeczy; tylko ci czy ci niektórzy ją zdobyli, mieli realną szansę aby na kilka dni zamienić swoją egzystencję w coś lżejszego i znośniejszego a w tamtych czasach to nie było mało.

Marcel Beltran

@Safrani
@shaun
@Szalik

12

Hattrick genialnego Kubali w meczu o hokejowym wyniku:

12 lutego 1956 r. FC Barcelona w niecodziennym wyniku 6:4 pokonuje na „Camp de Les Corts” Hercules Alicante w 20 kolejce Primera Division. Hattrickiem popisuje się genialny Ladislao Kubala. Pozostałe gole zdobywają: Gustau Biosca, Andres Bosch Puyol oraz Francisco Sampedro. Na 10 kolejek przed końcem rozgrywek Blaugrana zajmowała pierwszą pozycje z taką sama ilością punktów co drugi w tabeli Athletic Bilbao, jednak na finiszu lepsi okazali się Baskowie, wyprzedzając Dume Katalonii dosłownie o jeden punkt.

@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary

2

Iga, Igunia! Nie rób nam tego złego, co by na dobre nie wyszło! Vamos! Igunia!

4

12

Panie i Panowie, szanowni cules, oto epokowe wydarzenie w dziejach Dumy Katalonii:

12 lutego 1929 r. ,,nasz'' ukochany klub zagrał pierwszy w historii mecz w Primera Division. Inauguracyjny sezon La Ligi rozpoczął się 10 lutego 1929 r. Dwa dni później Duma Katalonii rozegrała pierwszy historyczny mecz na ,,Campos de Sport del Sardinero” w Santander, pokonując tamtejszy Racing 0:2. Mecz toczył się w fatalnych warunkach atmosferycznych, więc trybuny były niemal puste. Blaugrana zagrała w eksperymentalnym zestawieniu uwzględniającym zawodników z rezerw. Legendarny Josep Samitier, nominalny ofensywny pomocnik wystąpił z tego powodu na środku obrony. Pierwsze historyczne 2 gole dla Barcy strzelił Katalończyk Manuel Parera Penella. Pięć dni później Blaugrana rozegrała pierwszy ligowy mecz u siebie, przegrywając z Realem Madryt 1:2. W ten sam dzień również na Les Corts odbyło się drugie spotkanie ligowe pomiędzy barcelońską Europą a Arenas de Getxo(5:2). Na oba mecze obowiązywał jeden bilet za 3 pesety.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

11

@FCBparasiempre
Don Camilo Jose Cela, ówczesny książę don Filip Burbon oraz don Jesus Gil y Gil razem w loży honorowej na Calderon- ktoś da więcej? Na pewno gdyby „Los Merengues” posadzili ich na swoim okazałym Bernabeu, gazety pisałyby na pierwszych stronach że to zjawisko stratosferyczne, no wiecie, użyliby tych wszystkich przymiotników, jakie marni dziennikarze rezerwują dla tych „los merengones", jednak tutaj na naszym terenie trzymamy się bardziej przyziemnych określeń i mówię to ja, „socio rojiblanco" od 8 roku życia, od kiedy to moja rodzina opuściła Vigo aby zarabiać na życie w stolicy. Mnóstwo wycierpiałem na tym skromnym stadionie. Chodź spotkało mnie też trochę radości ale tego zimnego popołudnia 11 lutego 1990 roku nie przyszliśmy na „Calderon” żeby cierpieć, tylko świętować pół wieku Atletico Aviacion. Tak jest. Calderon był ubrany na galowo. Z rozmachem. Po męsku. Elegancko. Sąsiedzi musieli z zazdrościć toczyć pianę. Mieliśmy w loży nie mniej, nie więcej tylko samego noblistę, który miał wykonać honorowe kopnięcie piłki. Mieliśmy również księcia Filipa we własnej osobie, który nie pierwszy raz okazywał sympatię dla naszych barw pogardzając tymi białymi a także dona Jesusa Gila y Gila, jeszcze zanim stał się arogantem, który wylądował w więzieniu... Do czego zmierzam: my nie zwykliśmy zaczynać meczów tak odświętnej atmosferze. Nie bez kozery nazywają nas „el pupas" czyli frajerami. Od pierwszej minuty obgryzamy paznokcie, bo wiemy że może być tylko gorzej o wiele gorzej ale czasem, rzadko bo rzadko kończy się fetą. To oznacza bycie kibicem atleti. Małymi literami: atleti. Te wielkie niech będą zarezerwowane dla sąsiadów ale tego popołudnia honorowe kopnięcie miał wykonać laureat Nagrody Nobla. Człowiek, który podczas prezentacji swojej książki „Jedenaście opowiadań o piłce nożnej" powiedział: „Intelektualista powinien interesować się wszystkim, co żywe a futbol właśnie taki jest". Futbol był żywy dla ludu, dla nas, kibiców; ale my nie potrafiliśmy tak ładnie tego ująć. Ten człowiek ubierał futbol w słowa. Zamieniał go w coś więcej niż grę, zamieniam go w opowieść. „Futbol ogłupia tylko tego, kto sam jest prostakiem"- to też jego słowa. Do tych wszystkich mądrali, którzy uważają że piłka nożna niewiele znaczy. A macie! Chociaż niewykluczone że myślał inaczej, kiedy schodził z loży a kibice zaczeli go poklepywać. Ludzie chcieli go dotknąć. Ja też. Cela zszedł po schodach a ja mogłem przybić mu piątkę i nasze oczy się spotkały, tylko na chwilę ale wiem że mnie zobaczył, rozumiecie? Nie jestem pewien czy mnie rozpoznał, raczej nie mogłem na to liczyć, ten człowiek miał wspaniałe życie, poznał mnóstwo osób; trudno powiedzieć czy mnie pamiętał, czy pamiętał nasze meczyki na patiu. Są ludzie, którzy zrywają z korzeniami i na zawsze opuszczają rodzinne strony a inni, tacy jak ja wciąż odczuwają nostalgię. Moje dzieciństwo w Vigo wspominam jak pobyt w raju. Głód ani ubóstwo nie miały znaczenia. Byłem najszczęśliwszym dzieciakiem na świecie. Byłem nim do 8 roku życia, kiedy mój ojciec znalazł pracę tu, w Madrycie. To wtedy zapisał mnie do socios Atleti ale w moim sercu zawsze będzie miejsce na błękitne barwy Celty. „Niech żyje Hiszpania i La Coruña i papryczki padron!- napisał Cala. - Niech żyje Celta Vigo i don George Washington!" „Niech żyje!"- odpowiadam.

Cela miał taką smykałkę do kopania jak do pisania a literackie kopniaki rozdawał z taką samą radością jak te, które dawaliśmy sobie w piszczele w szkole „Bellas Vistas”. Ani na jednej przerwie nie zamienialiśmy kopania piłki na skakanie przez kozła, zabawę w chowanego czy „petanke”; chcieliśmy grać przeciwko księżom i dać im do wiwatu na boisku. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak ojciec Borras zakasywał sutannę przed meczem. Gdy piłka zaczynała się toczyć, dokonywała dziwnych cudów: ludzi wiary zamieniała w zwykłych zawodników a będę dzieciaków w królów patia... To były czasy... W połowie lat 20-tych rodzina Celi przeprowadziła się do stolicy i Camilo zaczął się uczyć u pijarów. W Vigo mówiono że był zdrajcą bo kibicował Racingowi Madryt. Cela urodził się w La Coruñi i sympatyzował z Deportivo ale jego ojciec założył Real Fortuna Football Club, który później połączył się z Realem Vigo Sporting Club i tak powstała moja „Celtiña" a ja wiem że barw dziedziczonych po ojcu nie zmienia się na żadne inne. Nie można ich sprzedać. Są bezcenne. Miłość do klubu przypomina miłość do kobiet: Celta jest tą pierwszą miłością, której się nie zapomina a Atleti- żoną, z którą dzieli się łóżko do końca życia. Przez pierwsze lata w Madrycie przed wojną bardzo tęskniłem za Celtą. Później zapomniałem trochę o piłce nożnej, musiałem pracować. Sprzedawałem zapałki i paczki papierosów a w lepszych miesiącach gazety. Wiele razy marzyłem o spotkaniu Celi na ulicach miasta ale Madryt to nie Vigo. Straciłem go z oczu, aż wiele lat później opublikował „Rodzinę Pascuala Duarte" i od tamtej pory podążałem za nim w jego książkach aż nasze drogi znowu się przecięły tamtego odległego 11 lutego 1990 roku. Kiedy Cela wszedł na murawę i rozpoczął się żenujący spektakl, który miał uczcić pół wieku Atletico Aviacion. Co za pantomima... Niepotrzebny zbytek. Kiedy zobaczyłem zniżającego się spadochroniarza, obawiałem się najgorszego i tak było: lądując, potknął się i zarył w ziemię. Spadochron, w kolorach flagi narodowej spadł na niego owijając go jak kołdrą. Jestem pewien że Cela musiał powstrzymywać śmiech. Widział to ze środka boiska, gdzie stał razem z kapitanami obu drużyn Futre i Garitano, w oczekiwaniu na sygnał sędziego aby wykonać honorowe kopnięcie i popisał się: podbił piłkę prawą stopą a później, po kilku żonglerkach kopnął ją lewą. Coś takiego. Nasz ostatni laureat Nagrody Nobla swojego najpopularniejszego strzału nie oddał w żadnym wierszu, tylko na stadionie Primera Division... Po honorowym kopnięciu Cela musiał się uwolnić od ostrego krycia reportera Juana Carlosa Rivero, który czekał z boku boiska z mikrofonem w dłoni. „Co pan poczuł zamieniając biuro na piłkę?", zapytał. „Cóż w jakiś sposób... Jestem bardzo zadowolony"- odparł Cela. Nie wiem czy czuł się tak samo przez resztę meczu w loży siedząc między donem Jesusem Gilem a księciem Filipem. Poza tym mecz nie był specjalnie interesujący. Najciekawsze z tego wszystkiego była możliwość zobaczenia piłkarzy atleti na własnym stadionie w niebieskich strojach wyjazdowych. Przez chwilę się zastanawiałem czy by do niego nie podejść, przywitać się, przypomnieć mu kim jestem. Bałem się jednak że o niczym nie będzie pamiętał. Opuszczając Calderon porwany przez falę kibiców pomyślałem o jednym z jego cytatów. „Kilkaset tysięcy Hiszpanów wybiega w poniedziałki z domów, potrącając staruszków i nie żegnając się z żoną ani dziećmi, nie jedząc nawet śniadanie ani się nie myjąc, żeby w porę upolować tak upragnioną gazetę „Hoja del Lunes" i ja zrobiłem to samo następnego dnia. Zawsze byłem jednym z tych Hiszpanów. Jednym z tych z sercem złamanym na pół.

Miguel Angel Ortiz.

@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Zbyszard Dla mnie wcale nie lepiej. Jak coś jest interesującego to czyta się jednym tchem bez jakiś tam akapitów...

1

@Zbyszard Ale z jakiego powodu? W czym to pomoże?

0

@Zbyszard Znaczy się co? Jeszcze bardziej porozdzielać cały tekst?

13

@FCBparasiempre
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec( zawodowy podoficer) wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym.

Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek.

Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem goli. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie.

Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.

@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@shaun
@Szalik

0

@esem91 Daria Abramowicz jest psychologiem Iguni, więc nie wiem o co ci chodzi?

13

Towarzyski mecz, który przerodził się w brutalne widowisko:

11 lutego 1900 roku FC Barcelona zmierzyła się z lokalnym rywalem FC Catala. Catala wystawiła drużynę złożoną z Katalończyków a sam mecz okazał się punktem zwrotnym, łamiąc pewne ograniczenia, które dotyczyły piłki nożnej w tamtych czasach. Blaugrana wygrała ten mecz 4:0, trzy gole zdobył w nim Arthur Witty a jednego dołożył Gamper. Jednak wynik ten został osiągnięty po wyjątkowo bolesnym starciu, w którym jedna drużyna nie odpuszczała drugiej nawet na chwile a Anglicy i Szkoci najwyraźniej odtwarzali swoje historyczne pozaboiskowe bitwy. Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy grający w barwach Barçy Harris wyciął Golda, jednego ze szkockich zawodników Cataly. Było to jedno z najostrzejszych wejść, do których doszło na katalońskiej ziemi. Gold się podniósł i choć kulał, zdołał obrzucić Harrisa gradem ciosów. Wówczas pozostali piłkarze zaczeli się okładać pięściami a brutalność osiągnęła taki poziom że lokalne demonstracje anarchistyczne wyglądały przy tym meczu jak rodzinny piknik. Zarówno Harris, jak i Gold zostali wyrzuceni przez sędziego z boiska a reszta zawodników ledwo dala rade opanować się aż do końcowego gwizdka. Kiedy opadły już meczowe emocje, Witty’ego zaczęło gryźć sumienie. W końcu to on był kapitanem FC Barcelony i czuł się odpowiedzialny za to, co wydarzyło się na boisku. To dlatego złożył rezygnację. Została ona jednak odrzucona prze rade nadzorczą klubu. Zamiast tego Blaugrana oświadczyła ze nie rozegra z Catalą żadnego meczu przez okrągły rok…

@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary

0

Igunia, na miłość Boską(!) co się z tobą dzieje!?

5

14

Feliz cumpleaños panie Jose!

11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

14

Prestiżowe starcie w Copa America w cieniu skandalu:

Dokładnie 80 lat temu gospodarze, reprezentacja Argentyny podejmowała w ostatnim meczu turnieju 19-tej edycji Copa America reprezentacje Brazylii. Albicelestes wygrali te spotkanie 2:0 po dwóch golach wybitnego napastnika Norberto Mendeza. Argentyna triumfowała, jednak ten mecz zakończył się wielkim skandalem, o czym pisałem tutaj: https://www.fcbarca.com/la-rambla/dyskusja-16430765#comment-16430765

@Szalik
@Sysia11
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB

17

Wybitne postacie polskiego futbolu:

10 lutego 1939 r. urodził się Władysław Jan Żmuda, pomocnik i obrońca, wychowanek Slavii Ruda Śląska, z której trafił do Śląska Wrocław i tam, od awansu do ekstraklasy w 1964 roku zaczęła się piłkarska droga na najwyższym krajowym poziomie. Co prawda kontuzje przeszkodziły mu w kontynuowaniu gry, ale jednocześnie stanowiły przepustkę do nowej roli, bo jeszcze jako zawodnik, w 1968 roku, ukończył AWF w Warszawie i czeski trener, grających wówczas w II lidze wrocławian, Jozef Stanko od 1970 roku korzystał ze wsparcia grającego asystenta. Pół wieku temu zaczęła się więc wielka trenerska przygoda. W sezonie 1971/1972, już po zakończeniu kariery piłkarskiej, Władysław Żmuda przejął szkoleniowe stery i zbudował drużynę, która w 1973 roku wywalczyła awans do ekstraklasy. Rok później, pierwszy raz w historii klubu, wrocławski zespół z Januszem Sybisem na czele stanął na podium i wywalczył prawo gry w europejskich rozgrywkach. Po wyeliminowaniu w rundach wstępnych Pucharu UEFA drużyn GAIS Goteborg i Antwerp FC, wrocławianie trafili na FC Liverpool, który maszerował po trofeum. Na wypełnionym kibicami Stadionie Olimpijskim w 10-stopniowym mrozie Anglicy wygrali 2:1, a o meczu sprzed 45 lat do dzisiaj wrocławscy kibice i piłkarze opowiadają legendy. Idąc za ciosem podopieczni Władysława Żmudy na krajowych boiskach zdobyli Puchar Polski w 1976 roku i mistrzostwo kraju w 1977 roku, a w międzyczasie dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europy Zdobywców Pucharów, w którym po remisie 0:0 u siebie 0:2 przegrali rewanż z SSC Napoli.

Po sukcesach odniesionych we Wrocławiu Władysław Żmuda wrócił w rodzinne strony, ale ani jako trener Górnika Zabrze w latach 1977-1980 (spadek z ekstraklasy i powrót do niej), ani grającego w II lidze GKS-u Katowice w sezonie 1980/1981 nie sięgnął po sukcesy. Na swój czas i miejsce trafił natomiast w Widzewie, w którym pracując w latach 1981-1984 zdobył mistrzostwo Polski, dwa wicemistrzostwa kraju, Puchar Polski oraz dotarł do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Zespół ze Zbigniewem Bońkiem w ćwierćfinale wyeliminował wówczas FC Liverpool, a zakończył rywalizację remisem 2:2 z Juventusem Turyn, który u siebie wygrał 2:0 i to zespół wszedł do finału. Kolejny powrót w rodzinne strony, połączony z pracą dydaktyczną na AWF Katowice, zakończył się degradacją Ruchu Chorzów – choć na samym finiszu rundy wiosennej w 1987 roku Władysław Żmuda nie siedział już na trenerskiej ławce. Wrócił na nią jako trener GKS-u Katowice i w latach 1988 oraz 1989 doprowadził drużynę z Bukowej do tytułów wicemistrza Polski, a po tunezyjskim epizodzie, podczas którego w 1991 roku z Esperance Tunius wywalczył dublet, wrócił na dwa sezony do Widzewa, który po awansie do ekstraklasy sięgnął po trzecie miejsce w kraju i w wrócił na europejskie stadiony, a następnie do pracy na katowickiej AWF. Doczekał się wielu wyróżnień, z których najbardziej ceni sobie tytuł Trenera Wszech Czasów Śląska Wrocław nadany w 2012 roku podczas otwarcia poświęconej mu wirtualnej wystawy w stolicy Dolnego Śląska. Nie zmieniło to jednak człowieka, który z typową dla siebie skromnością podsumował 2019 rok. ,,Zadowolony jestem z minionego roku, szczególnie jeżeli chodzi o zdrowie, ale także z tego, że chodząc na mecze piłki nożnej, bo to jest moja pasja, mogłem się cieszyć z dobrych występów drużyn, którym kibicuję” – mówi Władysław Żmuda. ,,Najbliższe są mi: Śląsk Wrocław, Widzew Łódź, Górnik Zabrze i GKS Katowice, ale kibicuję też Piastowi Gliwice, „po sąsiedzku”, a Ruch Chorzów również nie jest mi obcy i ściskam kciuki za jego awans. Cieszę się też z występów mojej Slavii, na której IV-ligowe mecze na rudzkim stadionie, zaglądam regularnie. Pasuje mi to, że wszystkie mecze u siebie „biało-niebiescy” grają w sobotę o 11.00 i to nie koliduje z terminami spotkań innych śląskich drużyn, które też mogę oglądać i emocjonować się ich występami. Miałem sporą satysfakcję, gdy na 100-lecie mojego macierzystego klubu zorganizowany został mecz Slavia – Górnik. Ciekawe było także jesienne spotkanie Górnika z Piastem. Miałem być na grudniowym meczu Śląska z Legią, bo zostałem oficjalnie zaproszony. Z powodów pogodowych i zdrowotnych nie skorzystałem jednak i po tym co się tam działo na trybunach nie żałuję”. Przez te wydarzenia następny mecz z Lechem Śląsk rozgrywał bez udziału publiczności i planowane na ten dzień spotkanie pokoleń, na które też byłem zaproszony, zostało odwołane. Byłem również zaproszony na Wigilię Widzewa, ale tych przedświątecznych spotkań było za dużo i skupiłem się na tych najbliżej domu. Uczestniczyłem w gali 100-lecia Slavii czy spotkaniu opłatkowym Klubu Wybitnego Piłkarza Śląska, gdzie mogłem spotkać kolegów zawodników i trenerów z moich czasów jak i tych dużo młodszych. W towarzystwie Stanisława Oślizły, Jana Benigiera, Piotra Czai, Henryka Latochy, Eugeniusza Lercha, Zdzisława Podedwornego czy Krzysztofa Bizackiego, Radosława Gilewicza, Mariusza Śrutwy, Mirosława Widucha i Jana Wosia była więc okazja do złożenia piłkarskich życzeń na rok 2020. ,,Ważne, żeby Górnik się utrzymał, a Piast wywalczył awans do europejskich pucharów i przełamał barierę pierwszej rundy, pnąc się jak najwyżej” – życzy Władysław Żmuda. ,,Awansów życzę także GKS-owi Katowice i Ruchowi Chorzów oraz innym śląskim drużynom ze szczebla centralnego. Dużo jest tych oczekiwań i gdyby te marzenia kibiców spełniły się w 80 procentach to byłoby super. Natomiast Slavii, która ma swoje IV-ligowe problemy, życzę, żeby poszła za ciosem i jako zdobywca Pucharu Polski na szczeblu Podokręgu Katowice pokonywała kolejne przeszkody już na szczeblu Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Mówiąc krótko wszystkim zespołom życzę poprawy w grze”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?