FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@kinioo Nie no, na co ten zarząd czeka? Już dawno powinni tego partacza kopnąć w dupe i wyjebać na zbity pysk z naszego klubu! Co za bezczelny typek!
0
@TheNekro94Wiesz chociaż kim był Manoel Francisco dos Santos? Jednym z geniuszy futbolu! Niemal w pojedynke wygrał mistrzostwo świata!
0
@Puyolex Od razu widać że nie znasz historii futbolu tylko XXI wiek...
0
Jedenastka wszechczasów według FCBparasiempre(w nawiasie zastępcy):
Lew Jaszyn(Vladimir Beara), Nilton Santos(Giacinto Facchetti), Beckenbauer(Passarella), Jose Nasazzi(Blankenburg), Djalma Santos(Cafu), Manoel Francisco dos Santos(Di Stefano), Maradona(Cruijff), Platini(Xavi), Zidane(Valdir Pereira), Pele(Luis Nazario de Lima), Messi(Cristiano Ronaldo)
7
@FCBparasiempre Fabio Capello urodził się 18 czerwca 1946 r. w Pieris, małym miasteczku leżącym w połowie drogi między Udine i Triestem. Na jego dzień składały się dom, szkoła i piłka nożna. Grał w miejscowej drużynie amatorskiej. Tam, jako szesnastolatka, wypatrzył go Paolo Mazza, znany łowca talentów związany z drużyną SPAL Ferrara. Po rozmowach z Guerrino – ojcem Fabio – uzgodniono, że młody Capello zasili SPAL, a na konto zespołu z Pieris wpłyną dwa miliony lirów. I wtedy pojawił się Gipo Viani – twórca potęgi Milanu. Sprawa była prosta – chciał mieć Fabio w Milanie. Viani nie spodziewał się jednak, że zostanie odesłany z kwitkiem… “Przykro mi. Dogadałem się już z przedstawicielami SPAL. Dałem im słowo. Moje słowo“. Guerrino Capello nie dał się przekonać. Do dziś Fabio Capello z uśmiechem wspomina swe słynne “nie-przejście” do Milanu. Przeprowadził się do Ferrary. Pierwszy rok spędził w zespole Primavery. W kolejnym zadebiutował w Serie A. Łącznie zagrał cztery mecze, ale w międzyczasie zajmował się nauką. Dostał się na geometrię. SPAL spadło do Serie B, ale Mazza zadbał by w drugiej lidze zespół nie zabawił długo. Gdy w sezonie 1965/66 ekipa z Ferrary wróciła do Serie A Capello był już pewnym punktem drugiej linii. Dziewiętnastoletni pomocnik był również wyznaczony jako pierwszy do strzelania jedenastek. Drużyna nie miała wielkich gwiazd, ale była zwarta i to starczyło by się utrzymać. Kolejny sezon nie był już tak udany. Capello doznał kontuzji kolana i stracił połowę rozgrywek. SPAL bez niego nie dało rady utrzymać się w elicie. Jednak talent z Pieris nie musiał już grać w Serie B. Zgłosiła się po niego Roma. Nowy trener Romy Oronzo Pugliese dostał od działaczy wiele gwiazd. Do stołecznej drużyny przybyli Jair, Scaratti, Pelegalli, Taccola. Tą grupę uzupełniły jeszcze młode talenty: Cordova, Capellini, Ferrari i właśnie Capello. Debiutancki sezon w Rzymie nie był łatwy. Fabio znów miał problemy zdrowotne i zagrał tylko 11 spotkań. Latem jednak Roma zmieniła trenera. Przybył wielki Helenio Herrera. Zaufał umiejętnościom Capello. Pomógł mu się rozwinąć. “Jako gracz zawdzięczam mu wiele. Uwierzył we mnie. Nauczył mnie wielu rzeczy. Dzięki niemu dojrzałem taktycznie” – wspomina Fabio. W lidze rzymska jedenastka nie osiągnęła nic szczególnego. Zaledwie ósme miejsce osłodziło jednak kibicom zdobycie Pucharu Włoch. Swój wkład w ten sukces zaliczył również Capello. W ostatnim meczu grupy finałowej wbił dwa gole Foggii. Zdobycie Coppa Italia dawało kibicom Romy nadzieje na wielkie triumfy. Jednak kolejny sezon ligowy przyniósł zaledwie 11 miejsce. Lecz stołeczni kibice mieli jeszcze nadzieje, Roma zmierzała bowiem po Puchar Zdobywców Pucharów. W półfinale trafiła na Górnika Zabrze. Po remisie 1:1 w Rzymie Capello z kolegami pojechali do Zabrza. Już w 9′ Fabio stanął przed wielką szansą – karny dla Romy! Ustawił piłkę, kopnął…Hubert Kostka obronił. Dobitka Capello była już skuteczna. Wydawało się, że Roma jest w finale. Ale w ostatniej minucie karnego wykorzystał Lubański. Dogrywka. Górnik szybko wyszedł na prowadzenie za sprawą Lubańskiego, Roma nie poddała się i w 120′ wyrównała. Nie było wówczas zasady goli strzelonych na wyjeździe i nie strzelało się karnych po dogrywce. Obie drużyny czekał baraż na neutralnym boisku. W Strasburgu do przerwy prowadzili Polacy (gol Lubańskiego). Jednak w 57′ sędzia podyktował karnego dla Włochów. Capello podszedł do piłki i wyrównał wynik. Oba zespoły nie strzeliły już goli i o awansie decydował rzut monetą. Fortuna okazała się szczęśliwa dla Górnika. A dla Capello przygoda z Romą się skończyła. Zmienił się zarząd klubu i Fabio wraz ze Spinosim i Landinim, znalazł się na wylocie. Herrera protestował, ale zarząd się nie ugiął i cała trójka odeszła z Romy. Fausto Landini wspominał potem: “Fabio to mózg drugiej linii. Jego charakter powodował, że był prawdziwym liderem. Na boisko wchodził tylko po to by wygrać. Nie było z nim dyskusji podczas meczu – to on rządził. A poza boiskiem był najspokojniejszym chłopcem świata“. Capello nie musiał długo czekać na angaż. Od razu zgłosił się Juventus. Działaczy Bianconerich urzekła prostota z jaką grał, inteligencja taktyczna i wyraźny ciąg na bramkę. Podobnie jak w Romie stał się filarem, na którym opierała się gra całej drużyny. Przy okazji Fabio podglądał metody pracy Cestmira Vyckpalka, którego określał mianem “wielkiego psychologa”. Juventus dotarł do finału Pucharu UEFA, lecz przegrał. Capello przez sześć lat bronił biało-czarnych barw. Trzy razy sięgnął z tym zespołem po scudetto. Zagrał też ponownie w finale europejskiego pucharu. Tym razem tego najważniejszego. Jednak znów Włosi zeszli z boiska pokonani – Puchar Mistrzów pojechał do Amsterdamu. Pobyt w Turynie przyniósł Capello jeszcze jeden zaszczyt. W maju 1972 roku zadebiutował w reprezentacji Włoch. W błękitnej koszulce udało mu zapisać się na kartach historii. W listopadzie 1973 Włosi grali z Anglią na Wembley. Dotąd nigdy nie udało im się wygrać na Wyspach. Tym razem było jednak inaczej. Squadra Azzurra zwyciężyła 1:0, a gola zapewniającego ten historyczny triumf strzelił właśnie Capello. Przygoda z Juventusem skończyła się wraz z objęciem posady trenera przez Giovanniego Trapattoniego. Trap miał własną wizję drużyny i Capello się w niej nie mieścił. Trapattoni nie potrzebował geniusza drugiej linii – szukał kogoś od czarnej roboty. Poprosił Milan o Benettiego. W zamian oddał Capello. Fabio przeniósł się do Mediolanu i przez dwa lata grając u boku Gianniego Rivery był podstawowym graczem Rossonerich. Zdobył Coppa Italia. Później jego gwiazda zaczęła blaknąć. Dopadły go kontuzje. Stracił miejsce w podstawowym składzie w sezonie, w którym Milan wywalczył swoje dziesiąte scudetto. Kolejny rok zaczął słabo. Grał bardzo mało. Wiosną 1980 roku Fabio stwierdził, że nie ma już nic do zaoferowania jako piłkarz. Jego piłkarski ekspres zajechał już do stacji końcowej. Swój ostatni mecz rozegrał na Stadio Olimpico przeciwko Lazio. Trener Giacomini wpuścił go na 20 minut. Po tym meczu zawiesił buty na kołku. Jednak nie pożegnał się z piłką. Milan mu nie pozwolił. Od razu objął posadę opiekuna Allievi – jednej z młodzieżówek Milanu. Rok później odniósł pierwszy sukces na ławce trenerskiej. Wraz z ekipą Beretti Rossonerich wywalczył tytuł mistrzowski. W międzyczasie świetnie sobie radził również w roli telewizyjnego eksperta i często był zapraszany do studia podczas relacji meczów piłkarskich. Od 1982 do 1986 r. był trenerem Primavery Milanu. Z tą drużyną zdobył Puchar Włoch i dotarł do finału Mistrzostw Włoch. W roku 1986 został asystentem Nilsa Liedholma. Rok później zastąpił go na ławce Milanu. Na przełomie marca i kwietnia 1987 r. Milan w 4 meczach zdobył tylko jeden punkt (porażki z Brescią, Sampdorią i Avellino, remis z Fiorentiną). Liedholm podszedł do Gallianiego i powiedział: “Mam już dość. Potrzeba nowego trenera. Macie go pod ręką. Capello jest gotowy“. Szwed miał rację. Capello doprowadził Milan do piątego miejsca i wygrał baraż z Sampdorią o miejsce w Pucharze UEFA. A potem opuścił zespół. “Już nie będę trenował zespołów piłkarskich. Chciałbym zostać menadżerem“. Berlusconi zatrudnił więc Sacchiego, ale nie zapomniał o Fabio. Powierzył mu stanowisko menadżera nowopowstałej Grupy Sportowej Mediolanum. Obejmowała cztery dyscypliny: hokej, rugby, siatkówkę i baseball. Pod rządami Capello Mediolanum osiągnęło spore sukcesy. Rugbiści wywalczyli scudetto, którego brakowało dotąd Mediolanowi. W tym samym czasie Fabio dokształcał się: język angielski, organizacja przedsiębiorstw… Nic nie było związane z futbolem. Ale nie dał o sobie zapomnieć. Gościnnie komentował mecze. W 1991 r. Sacchi zdecydował się objąć kadrę Włoch. Berlusconi potrzebował nowego trenera. Nie musiał szukać daleko… Był 19 czerwca 1991 roku. Capello pojawił się na konferencji prasowej i powiedział: “Jestem dumny, że mogę kontynuować pracę Arrigo Sacchiego, najodważniejszego trenera na świecie“. Przez pięć lat Capello prowadził Milan. Zadziwił wszystkich. Panucci i Boban byli postrzegani jako dwa najtrudniejsze charaktery w Milanie. Capello okiełznał je i wykorzystał dla dobra drużyny. Wyprowadził na sam szczyt Dejana Savicevica. Imponował umiejętnością rozwiązywania problemów: w finale Ligi Mistrzów ’94 nie mógł skorzystać z Van Bastena (kontuzja) oraz Baresiego i Costacurty (kartki). Bukmacherzy nie widzieli innego wyjścia niż wygrana Barcelony. Capello miał inne plany – zestawił skład, opracował taktykę i rozgromił Katalończyków. Był prawdziwym skarbem Milanu. Podobnie jak Sacchi wygrał scudetto już w pierwszym sezonie pracy. A potem wywalczył jeszcze trzy mistrzostwa, Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i trzy Superpuchary Włoch – bilans iście królewski. Z opinią wybitnego szkoleniowca opuścił Milan i został trenerem Realu Madryt. Ze sobą zabrał Panucciego. W Hiszpanii potwierdził swoje walory i doprowadził Królewskich do tytułu mistrzowskiego. Wszystko stało przed nim otworem. Jednak hiszpańska przygoda potrwała zaledwie rok. “Miałem problemy z prezydentem Sanzem. Za wszelką cenę chciał żeby grał jego syn. Nie toleruję wtrącania się w moją pracę. Gdyby nie to, zostałbym w Madrycie. Lecz odchodzę“. Capello wrócił do Włoch i nie musiał długo czekać na nową pracę. Zadzwonił do niego Berlusconi i poprosił by Fabio przywrócił świetność Milanowi. Zgodził się, ale okazało się to wielkim błędem. Nie znalazł wspólnego języka z drużyną, która podzieliła się na dwa obozy. Jeden z nich stanowiła ‘Stara Gwardia’ – ludzie, którzy święcili sukcesy z Capello podczas jego poprzedniej przygody z Milanem. Drugi obóz stanowili młodzi lecz niekoniecznie dobrzy i niezbyt pasujący do koncepcji trenera gracze ściągnięci do klubu pod nieobecność Capello. Sezon zakończył się kiepsko. Dziesiąte miejsce w lidze i porażka w finale Coppa Italia. Capello odszedł jednak z klasą. Nie szukał wymówek, całą winę wziął na siebie. Udał się na urlop i poświęcił się nowej pasji – grze w golfa. Odpoczynek Capello potrwał jeden sezon. Później zgłosił się Franco Sensi i zaproponował posadę trenera Romy. Sensi miał wielkie ambicje – chciał odzyskać scudetto dla Romy. Capello się zgodził. Jednak zanim odniósł sukces, musiał zapanować nad swymi graczami. Tak jak to zrobił w Milanie, a potem w Realu. Pierwszy sezon zakończył na 6. miejscu i wprowadził Romę do Pucharu UEFA. Kolejny przyniósł wyczekiwane scudetto. Roma zachwycała swoją grą a Capello po raz kolejny wyciągnął rękę do Panucciego. Nie wyszły jednak plany podbicia Ligi Mistrzów. W kolejnym sezonie Roma znów liczyła się w walce o tytuł mistrzowski i po pasjonującym finiszu udało jej się w ostatniej kolejce przeskoczyć prowadzący w tabeli Inter. Jednak to samo udało się Juventusowi i Capello musiał zadowolić się drugim miejscem. Przed sezonem 2002/2003 zespół nie został wzmocniony i Capello otwarcie mówił, że postara się zakwalifikować do Pucharu UEFA. Nie spodobało się to Sensiemu, ale zamiast poszukać wzmocnień dla drużyny zaczął krytykować Capello. Roma grała bardzo chimerycznie, ale i tak zdołała dojść do drugiej fazy grupowej Ligi Mistrzów. W sezonie 2003/2004 Capello poprowadził Romę do wicemistrzostwa. Po zakończeniu rozgrywek nieoczekiwanie podpisał trzyletni kontrakt z Juventusem. Nieoczekiwanie -gdyż jeszcze kilka miesięcy wcześniej podkreślał, że nigdy nie zasiądzie na ławce Bianconerich. Capello nie mógł się jednak oprzeć wyzwaniu, jakie stanowiło zastąpienie Marcello Lippiego w Turynie. W kolejnych dwóch sezonach zdobył dwa mistrzostwa kraju, a jego drużyna pozostawała na czele Serie A nieprzerwanie przez 76 kolejek. Kibice jednak zarzucali mu kiepski styl odnoszonych zwycięstw, a także mieli za złe odsunięcie na boczny tor takich symboli Juventusu jak Tacchinardi czy Del Piero. Nieudana była też przygoda Bianconerich pod wodzą Capello w Europie – zespół dwukrotnie odpadał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Po wybuchu afery Calciopoli zdecydował, że nie ma czego dłużej szukać w Juventusie i odszedł, by ponownie objąć stery Realu. Z Królewskimi zdobył mistrzostwo Hiszpanii, jednak kilka dni po zakończeniu rozgrywek został zwolniony. W 2008 roku zatrudniony został na stanowisku selekcjonera reprezentacji Anglii. Awansował z nią na mundial, na którym drużyna z Wysp odpadła w 1/8 finału. Mimo to pozostał na stanowisku aż do 2012 roku, gdy podał się do dymisji po tym, jak nie zgodził się z decyzją Federacji o odebraniu Terry’emu opaski kapitana. Z Anglii przeprowadził się do Rosji, gdzie również podjął się funkcji trenera reprezentacji narodowej. Udało mu się zakwalifikować do Mistrzostw Świata 2014, nie osiągnął na nich jednak oszałamiających wyników. W lipcu 2015 roku strony postanowiły się rozstać. Przez dwa lata pozostawał bezrobotny by w 2017 roku podjąć się szkolenia Jiangsu Suning, Spędził w Chinach niespełna rok i w kwietniu 2018 roku ogłosił definitywne zakończenie kariery trenerskiej. Od tamtej pory realizuje się jako komentator.
12
Legendy futbolu:
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
8
Blaugrana w Copa del Rey:
18 czerwca 1981 r. FC Barcelona zdobyła 19 tytuł Pucharu Hiszpanii w historii. Blaugrana pokonała w finale Sporting Gijon 3:1 po dwóch golach Quiniego i jednym Estebana . Finał krajowego pucharu był ostatnią okazją do godnego pożegnania legend: Rexacha i Helenio Herrery, którzy po tym sezonie zakończyli kariery, odpowiednio zawodniczą i trenerską. Napastnik nie mieścił się już w pierwszym składzie i ostatni mecz oficjalny zagrał w ćwierćfinale tych rozgrywek. Herrera w wywiadzie pomeczowym stwierdził że potyczka jego drużyny była tysiąc razy lepsza od tej z finału Pucharu Europy w Paryżu pomiędzy Realem a Liverpoolem. Po dobrym występie Quiniego w finale szkoleniowiec był przekonany że handicap związany z porwaniem napastnika sprawił iż Duma Katalonii nie wygrała Primera Division. Skład Barçy z tego finału: Artola, Jose Ramos, Olmo, Alexanco, Paco Martinez (65 m. Tente Sanchez), Zuviria, Simonsen, Schuster, Esteban, Estella, Quini.
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@patataj
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Symson
@Lionel_Messi10
9
@FCBparasiempre Dwa razy w historii Mistrzostwa Świata odbyły się w Meksyku (1970 i 1986 r.). Resztę turniejów dostawały, zazwyczaj na przemian, Europa i Ameryka Południowa. Od jakiegoś czasu mówiło się, że czempionat powinien dotrzeć na nowe tereny. Pomimo faktu, że obywatele Stanów Zjednoczonych znacznie bardziej niż soccer, jak w swoim kraju mówią na piłkę nożną, cenią choćby hokej, futbol amerykański, koszykówkę czy baseball, na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku bardzo chętnie przyglądali się piłkarskim zmaganiom. W walce o organizację Mundialu 1994 zaangażował się sam prezydent Ronald Reagan. Głównymi rywalami USA były Maroko i Brazylia. Po raz kolejny, tak jak w 1986 roku, ostrymi przeciwnikami organizacji turnieju w Kraju Kawy byli Pele, trzykrotny Mistrz Świata i João Havelange, prezydent FIFA. Ostatecznie w lipcu 1988 roku światowa federacja ogłosiła, że 15. edycję największego sportowego święta zorganizują Stany Zjednoczone. W eliminacjach wzięła udział zdecydowanie rekordowa wówczas liczba drużyn – 132 państwa. Wśród nich znalazło się aż 16 debiutantów, w tym m.in. San Marino, Wyspy Owcze, Burundi, Namibia. Polska zajęła dopiero czwarte miejsce w grupie z Norwegią, Holandią, Anglią, Turcją i San Marino, zdobywając raptem osiem punktów. Wielkim zaskoczeniem było odpadnięcie ojców futbolu, Anglików. Kwalifikacje przerosły też Duńczyków, nomen omen świeżo upieczonych Mistrzów Europy. Drugi raz z rzędu na światowy czempionat nie awansowali Francuzi. Tym razem w niesłychanych okolicznościach. Na dwie kolejki przed zakończeniem eliminacji piłkarze znad Loary przewodzili swojej grupie (za nimi plasowali się Szwedzi, Bułgarzy, Austriacy, Finowie i Izraelczycy) i do awansu wystarczył im zaledwie jeden punkt w starciach z Izraelem i Bułgarią. Wydawało się, że zadanie postawione przed podopiecznymi Gerarda Houlliera jest dziecinnie proste, biorąc ponadto pod uwagę, że oba mecze rozgrywali przed własną publicznością, a Izrael był zdecydowanym outsiderem grupy. To właśnie w starciu z Izraelem Francuzi jeszcze w 83. minucie prowadzili 2:1, by ostatecznie przegrać 2:3. Podkreślmy, że był to jedyny komplet punktów wywalczony przez izraelskich zawodników w walce o mundial. W ostatnim spotkaniu eliminacji, na Parc des Princes gospodarze remisowali 1:1 z Bułgarią i na 20 sekund (!) przed końcem regulaminowego czasu gry wykonywali rzut wolny pod bramką rywali. Ginola zaliczył fatalne podanie, piłkę przejęli Bułgarzy i po serii podań uruchomili Emila Kostadinova, a ten atomowym strzałem od poprzeczki zapewnił swojej ekipie zwycięstwo i bilety do Stanów Zjednoczonych. Wielkie problemy z wywalczeniem awansu miała Argentyna. Mistrzowie Świata z 1978 i 1986 roku w niczym nie przypominali drużyny, która nie tak dawno nie miała sobie równych. To i tak nic w porównaniu do tego, jakie problemy dotyczyły w tym czasie największą gwiazdę ekipy znad La Platy, Diego Maradonę. Argentyńczykowi zostało udowodnione zażywanie kokainy, choć wcześniej przysięgał na życie swoich córek, że nigdy nie zażywał środków odurzających. Śledztwo prowadzone przez jego klub, Napoli, oraz niezależne śledztwo policyjne dowiodły, że Maradona pochłaniał biały proszek z taką samą regularnością, z jaką zaliczał nocne orgie z prostytutkami. Bardzo szybko został ochrzczony Maracocą, objęty nadzorem policyjnym i dzień w dzień pracowało z nim dwóch psychologów, mających za zadanie wyleczyć go z uzależnienia. Kolejne kłopoty, z którymi musiał mierzyć się w tym samym czasie, sprowadził na siebie de facto już w 1990 roku. Przed półfinałowym starciem mundialu na Półwyspie Apenińskim z gospodarzami imprezy, kibice wygwizdali argentyński hymn. Zbliżenie kamery na Maradonę idealnie pokazało, że ten wyszeptał w tym czasie soczyste „skurwysyny”. Po tym zagraniu przeciwko niemu stanęli kibice niemal wszystkich włoskich klubów. Niemal wszystkich, bo rzecz jasna w Neapolu był stale uwielbiany. I to trwało do czasu. Kiedy wyrzekł się nieślubnego dziecka z jedną z jego mieszkanek, urokliwą Cristiną, odwróciła się od niego konserwatywna część miasta. Kiedy zaczął opuszczać treningi, przechodzić obok meczów i publicznie narzekać na klub, cierpliwość stracili pozostali fani. Cały świat, poza Argentyną, podejrzewał, że to już koniec Maradony. Ten coraz rzadziej pojawiał się na boisku i tył w tempie niegodnym zawodowego sportowca. Jego stałą domeną było powiedzenie: „Najbardziej potrzebuję tego, by mnie potrzebowali”. W Neapolu był już niepotrzebny, w związku z czym usilnie próbował zmienić klub. Zainteresowanie wyraziła Sevilla, jednak włoscy działacze nie chcieli puszczać Diego za bezcen. Wówczas do akcji wkroczyły dwie najwyżej postawione osoby w FIFA, Sepp Blatter i Joao Havelange. Doskonale zdawali sobie sprawę, że Maradona musi wrócić do reprezentacyjnej dyspozycji, bo od niego w dużej mierze zależy sukces medialny i marketingowy Mistrzostw Świata w Stanach Zjednoczonych. Havelange zwrócił się do zarządu Napoli słowami: „Maradona jest członkiem naszej rodziny, którą zawiódł i został za to ukarany. Odcierpiał jednak swoje i teraz rodzina musi zrobić wszystko, aby pomóc mu powrócić na swoje łono”. Ci po takich namowach zgodzili się na transfer Diego do Sevilli. Tam nie był jednak takim zawodnikiem jak kiedyś i po sezonie musiał ponownie zmienić klub. Wrócił do ojczyzny, do Newell’s Old Boys. W międzyczasie dostał policzek od trenera kadry narodowej. Alfio Basile nie powołał go na mecze eliminacyjne, po czym dumny i obrażony Maradona stwierdził, że nigdy więcej nie zagra w reprezentacji prowadzonej przez Basile. Kibice domagali się powołań dla swojego bohatera zwłaszcza po kompromitującej porażce 0:5 z Kolumbią, poniesionej w dodatku przed własną publicznością. Nadmieńmy tylko, że ten mecz stał się dla wielu kibiców znakomitą okazją, by uznać Los Cafeteros za jednych z faworytów turnieju w USA. W kolejnych linijkach przekonacie się, że miało to fatalne konsekwencję dla zawodników z północno-zachodniej części Ameryki Południowej.
Wracając do Maradony, pomimo zapowiedzi w kierunku trenera Basile, wrócił do kadry na międzykontynentalny dwumecz barażowy przeciwko Australii i bardzo pomógł w zwycięstwie 1:0 i remisie 1:1, przyczyniając się do wywalczenia awansu na mundial. Tragiczne wydarzenie towarzyszyło eliminacjom w strefie afrykańskiej. Katastrofy lotniczej uległ samolot, którym na mecz z Senegalem leciało m.in. 18 zawodników reprezentacji Zambii. Wszyscy obecni na pokładzie ponieśli śmierć. „Miedziane pociski” miały duże szanse na historyczny awans na mundial. Do dziś zambijscy kibice wspominają tę drużynę jako najlepszą w historii. Zambia dograła kwalifikacje w atmosferze smutku i zadumy. Zmiennicy nie byli w stanie wywalczyć przepustki do USA. Mistrzostwa Świata w 1994 roku rozegrano na dziewięciu imponujących, gigantycznych stadionach w dziewięciu miastach: Pasadena, Stanford, Pontiac, East Rutherford, Dallas, Chicago, Orlando, Foxborough i Waszyngtonie. System rozgrywek był taki sam jak w dwóch poprzednich edycjach. Dwudziestu czterech uczestników – USA (gospodarz), Niemcy (aktualny Mistrz Świata), Belgia, Bułgaria, Grecja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Norwegia, Rosja, Rumunia, Szwajcaria, Szwecja, Włochy, Argentyna, Boliwia, Brazylia, Kolumbia, Meksyk, Kamerun, Maroko, Nigeria, Arabia Saudyjska i Korea Południowa – zostało podzielonych na sześć czterozespołowych grup, z których awans do fazy pucharowej wywalczały dwie najlepsze ekipy każdej z nich oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Doszło do kilku istotnych zmian. Od tej serii Mistrzostw Świata za zwycięstwo przyznawano nie dwa, a trzy punkty. Ponadto sędziowie założyli kolorowe stroje, trenerzy w każdym meczu mogli przeprowadzić trzy zmiany i zastąpić kontuzjowanego bramkarza golkiperem rezerwowym. Podział na grupy, wyłoniony podczas losowania w Las Vegas w grudniu w 1993 roku, prezentował się następująco:
Grupa A: Kolumbia, Rumunia, Szwajcaria, USA
Grupa B: Brazylia, Kamerun, Rosja, Szwecja
Grupa C: Boliwia, Hiszpania, Korea Południowa, Niemcy
Grupa D: Argentyna, Bułgaria, Grecja, Nigeria
Grupa E: Irlandia, Meksyk, Norwegia, Włochy
Grupa F: Arabia Saudyjska, Belgia, Holandia, Maroko
Piłkarskie emocje, rozgrywane w dniach 17 czerwca – 17 lipca 1994 roku, zainaugurowało starcie obrońców tytułu, Niemców, z Boliwią. Chwilę przed nim odbyła się huczna ceremonia otwarcia, podczas której głos zabrał prezydent Stanów Zjednoczonych, Bill Clinton. Na scenie pojawiły się gwiazdy amerykańskiej estrady, z Dianą Ross na czele, a w niebo wypuszczono setki balonów w narodowych barwach. Nasi zachodni sąsiedzi wygrali 1:0, jednak nie zaprezentowali się zbyt dobrze. Faza grupowa była o niebo lepsza niż cztery lata wcześniej. Można z niej wyciągnąć masę ciekawostek. Zacznijmy od grupy E, gdzie każda z drużyn zdobyła po cztery punkty przy identycznym bilansie bramkowym, wynoszącym okrągłe zero. Do domu wrócić musieli Norwegowie, ponieważ po ich stronie widniała najmniejsza liczba strzelonych goli (słownie: jeden). Kibice z niecierpliwością oczekiwali meczów Meksyku, nie ze względu na poziom sportowy tej ekipy, a fakt, że w jej bramce stał Jorge Campos, właściciel najbardziej ekstrawaganckiego stroju w dziejach mundiali. Amerykanie zaproponowali FIFA rozgrywanie niektórych spotkań na hali. Międzynarodowa organizacja wyraziła zgodę na ten swoisty test z zastrzeżeniem, że należy zastosować naturalną murawę. Konsekwencją tej decyzji był imponujący obiekt Silverdome w Pontiac. Hala mieszcząca 77,5 tys. widzów spisała się na medal, jednak w przyszłości zrezygnowano z podobnych praktyk. Poniżej zdjęcie wykonane przed starciem USA ze Szwajcarią, zakończonym wynikiem 1:1. Do historycznych wydarzeń doszło w grupie B. Rosja pokonała Kamerun aż 6:1 a pięć goli dla zwycięzców strzelił Oleg Salenko. Do dzisiaj pozostaje to niedoścignionym osiągnięciem. Napastnik Sbornej nigdy nie był wyborowym snajperem, a sześć bramek zdobytych na boiskach w USA (do wspomnianych pięciu trafień dorzucił gola w meczu ze Szwecją) jest jego całkowitą zdobyczą w narodowych barwach. Przy okazji dały mu tytuł Króla Strzelców Mundialu, który dzielił razem z Bułgarem, Christo Stoiczkowem. Zapewne nikt nie spodziewał się takich rozstrzygnięć. Po latach Salenko zasilił szeregi Pogoni Szczecin, jednak jego pobyt w naszej lidze był wielkim nieporozumieniem. Jedyną bramkę dla Kamerunu zdobył natomiast Roger Milla, stając się najstarszym strzelcem gola w dziejach Mistrzostw Świata. W dniu starcia z Rosją liczył sobie 42 lata i 39 dni. Maradona, którego kojarzono już bardziej z pozaboiskowych wybryków niż z piłkarskich czarów, mówił na kilka miesięcy przed mundialem, że jego jedyną motywacją w życiu jest zbliżający się turniej w Stanach Zjednoczonych. Poddał się indywidualnym treningom i związał się z dietetykiem, Danielem Cerrinim, dzięki czemu w niespełna pół roku zrzucił wagę z 92 na 76,8 kg. Kibice dostrzegli efekty jego ciężkiej pracy i wyrzeczeń w meczach z Grecją (4:0) i Nigerią (2:1). Po tym drugim starciu został zaproszony na kontrolę antydopingową. Udał się na nią z uśmiechem na twarzy, dając pielęgniarce prowadzić się za rękę. Po przeanalizowaniu składu jego moczu nie było mu już do śmiechu. Próbki zawierały wiele niedozwolonych substancji, m.in. efedrynę, norefedrynę, pseudoefedrynę, metaefedrynę. Wyrok mógł być tylko jeden – dyskwalifikacja i przedwczesny powrót do domu. W taki sposób zakończyła się międzynarodowa kariera jednego z najlepszych zawodników, jakich świat miał okazję podziwiać. Oczywiście, w swoim stylu, nie zgadzał się z wynikami badań, otwarcie przyznając, że padł ofiarą zorganizowanej akcji swoich przeciwników. Mówił: „Odcięto mi nogi”. Sytuację argentyńskiego wirtuoza fenomenalnie opisał Eduardo Galeano w Blaskach i cieniach futbolu: „Zagrał, wygrał, siknął, przegrał”.
Argentyna nie potrafiła poradzić sobie bez swojego kapitana i odpadła z rozgrywek po porażce 2:3 z Rumunią w 1/8 finału. Wiele gazet określiło sytuację Maradony mianem dramatu. Prawdziwy dramat spotkał jednak Andresa Escobara. Wspomniane wcześniej zwycięstwo 5:0 z Argentyną w eliminacjach podsyciło apetyty kolumbijskich kibiców na sukces w USA. Na turnieju Los Cafeteros zawiedli, odpadając w fazie grupowej. Głównym winowajcą uznano właśnie Escobara, autora samobójczego trafienia w przegranym 1:2 starciu przeciwko gospodarzom. Po powrocie do kraju zawodnik udał się do klubu nocnego, gdzie rozpoznał go człowiek, który prawdopodobnie przegrał wielkie pieniądze, stawiając na Kolumbię w zakładach bukmacherskich. Wyciągnął broń i oddał kilka strzałów w kierunku zawodnika. Te okazały się śmiertelne. Do 1/8 finału awansowały: Rumunia, Szwajcaria, USA, Brazylia, Szwecja, Niemcy, Hiszpania, Nigeria, Bułgaria, Argentyna, Meksyk, Irlandia, Włochy, Holandia, Arabia Saudyjska i Belgia. Na tej fazie rozgrywek swój udział w turnieju zakończył Michał Listkiewicz. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, jak cztery lata wcześniej, pełnił rolę sędziego liniowego. We Włoszech dotarł do wielkiego finału, rozgrywki w Ameryce musiał opuścić przez swojego głównego arbitra, Kurta Röthlisbergera, który nie odgwizdał ewidentnego faulu w polu karnym Niemców, pomagając im tym samym w zwycięstwie 3:2 nad Belgią. Nasz rodak też ma zapewne tę sytuację na sumieniu, bo miała miejsce na jego połowie. Do ćwierćfinałów awansowała tylko jedna ekipa spoza Europy – Brazylia. Canarinhos trafili na Holandię. Pojedynek z Oranje, a przede wszystkim jego druga połowa, był jednym z najciekawszych widowisk amerykańskich rozgrywek. Europejczycy potrafili wstać z kolan i wyrównać stan rywalizacji, mimo, że przegrywali już dwiema bramkami. Ostateczny cios zadali jednak potomkowie Pelego i dzięki zwycięstwu 3:2 awansowali do fazy medalowej. Warto odnotować, że po bramce Bebeto na 2:0 strzelec bramki, w asyście Romario i Mazinho, zaprezentował gest, który od tej pory powtarzają świeżo upieczeni tatusiowie lub ich koledzy. Kilka dni przed ćwierćfinałem napastnikowi Deportivo La Coruna urodził się syn Mattheus i to jemu postanowił zadedykować swoje trafienie. Dziś popularna „kołyska” jest chlebem powszednim na arenach całego świata, w 1994 roku była nowością zainaugurowaną właśnie przez trójkę brazylijskich zawodników. Na pozostałych stadionach również gościła wielka, emocjonująca piłka. Włosi pokonali Hiszpanię 2:1, Szwecja po 120 minutach remisowała z Rumunią 2:2 i dopiero rzuty karne udowodniły wyższość Skandynawów. Nadal trwał piękny sen Bułgarów, rozpoczęty kilka miesięcy wcześniej w Paryżu. Stoiczkow i spółka sensacyjne wyeliminowali Niemców, wygrywając 2:1 Do niespodzianek nie doszło w półfinałach. Włosi po dwóch golach Roberto Baggio pokonali Bułgarię 2:1, a Brazylia za sprawą Romario wygrała 1:0 ze Szwecją. Mecz o trzecie miejsce okazał się jednostronny widowiskiem. Szwecja pokonała Bułgarię aż 4:0. Mimo porażki Bułgarzy byli bardzo entuzjastycznie witani w swoim kraju. Wielki finał nie był porywającym spektaklem. Włosi obawiali się zagrać z Brazylią, prezentującą do tej pory zdecydowanie najlepszą piłkę, w otwarte karty. Bezbramkowy remis po regulaminowym czasie gry utrzymał się również w dogrywce. Wobec tego Mistrza Świata musiał wyłonić konkurs rzutów karnych. W nich najbardziej zawiódł ten, który miał największy udział w awansie do finału, Roberto Baggio. Włoch przestrzelił decydującą jedenastkę. Brazylijczycy zadedykowali swój triumf zmarłemu dwa miesiące wcześniej Ayrtonowi Sennie. Jeden z najlepszych kierowców F1 w historii uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas wyścigu w San Marino. W kadrze zwycięskiej ekipy figurował niespełna 18-letni Ronaldo Luís Nazário de Lima, o którym przed mundialem wypowiadał się asystent Carlosa Parreiry, legendarny Mario Zagalo: „Zwróćcie uwagę na tego chłopaka. To będzie następny Pele”. W Stanach Zjednoczonych nie było mu jednak dane powąchać murawy. W znakomitej książce Ronaldo! Wensley Clarkson wspomina słowa Pedro Biala, reportera brazylijskiej telewizji, korespondenta meczów z Mistrzostw Świata: „Ronaldo był wtedy bardzo dziecinny. Pamiętam go jedzącego hamburgery i oglądającego się za każdą przechodzącą obok ładną dziewczyną”. Brazylijscy kibice nie mieli jednak wątpliwości, że młokos stanie się niebawem najlepszym piłkarzem na świecie. Amerykanie z wielką precyzją podawali liczbę osób na każdym spotkaniu. Finalnie mecze z perspektywy trybun obejrzało 3 567 415 widzów, co daje znakomitą średnią 69 tys. widzów na mecz. Pokazali, że, pomimo słabej orientacji w sprawach stricte piłkarskich, są w stanie przygotować znakomity turniej, który utkwił w pamięci setkom milionów ludzi na całym świecie. Opakowali go znakomicie. Znacznie inny punkt widzenia przedstawił mi jednak Michał Listkiewicz, mający przyjemność być w centrum rozgrywek: „Mundial w 1994 roku był bardziej jak Disneyland. Do dzisiaj piłka w USA nie cieszy się jakąś większą popularnością i dla Amerykanów turniej był pewnego rodzaju egzotyką. W ogóle nie było czuć tych Mistrzostw. Tak jakby przyjechał cyrk, pokazał widowisko i pojechał”.
10
Soccer w stylu Hollywood:
Mistrzostwa Świata w Stanach Zjednoczonych odbyły się w iście amerykańskim stylu: z pompą, przepychem, rozmachem, na oczach rekordowej publiczności. Nie zabrakło również akcji rodem z Hollywood – wyreżyserowanych sytuacji, pozytywnych bohaterów, czarnych postaci, tragicznych scenariuszy. Wszytko pomimo faktu, że Amerykanie o piłce nożnej wiedzieli bardzo niewiele, a sam turniej miał pomóc w promowaniu tej dyscypliny w kraju Jankesów. O upadku Maradony, tragedii Escobara, fantastycznej Bułgarii, powrocie na tron Canarinhos i barwnych postaciach oraz wydarzeniach Mundialu 1994 poczytacie w poniższym tekście.
@patataj
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Sensible
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Symson
2
A był to przegrany finał Pucharu Katalonii z Club Esportiu Europa 1:3. ,,Tarzan" wszedł w 75 minucie za Molista.
0
@Gaucho Ja też tak myślałem, zwłaszcza że jeszcze wówczas nie ,,zakochałem się" w Barcuni więc siłą rzeczy nie śledziłem jej meczów :)
8
To dopiero było partidazo Rivaldo!
17 czerwca 2001 r. w meczu z Valencią Rivaldo ustrzelił hattricka. W ostatniej kolejce Primera Division FC Barcelona walczyła o miejsce premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Brak awansu oznaczałby spore straty finansowe i pogłębienie kryzysu sportowego. Los chciał iż w ostatniej kolejce na Camp Nou przyjechała Valencia CF zajmująca właśnie czwarte miejsce gwarantujące eliminacje do Ligi Mistrzów. Już w 4 minucie Rivaldo otworzył wynik meczu świetnym golem z rzutu wolnego. W 25 minucie wyrównał Ruben Baraja, lecz tuż przed przerwą Rivaldo firmowym strzałem ,,spod siebie” lewą nogą z 25 metrów ponownie pokonał Santiago Canizaresa. Tuż po zmianie stron odpowiedział Baraja i znów to Valencia cieszyła się z czwartego miejsca w tabeli. Rivaldo miał w drugiej połowie kilka szans z rzutów wolnych, lecz przeważnie trafiał w mur. Wreszcie w 89 m. Ronald de Boer posłał wysoką piłke w strone pola karnego, po czym Rivaldo przyjął ją na klatke piersiową na linii szesnastego metra i wykonał spektakularną przewrotkę, umieszczając futbolówkę tuż przy słupku bramki bezradnego Canizaresa. Estadio Camp Nou niemal eksplodowało z radości. Swoją drogą ciekawe kiedy my się doczekamy kogoś takiego jak Rivaldo, strzelającego gole z przewrotki?
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
4
@Ogorinho1974 Dzięki śliczne, tylko szczerze muszę zaznaczyć że to nie jest mój osobisty tekst tylko zaczerpnięty akurat z internetu. Natomiast większość artykułów zamieszczam z książek, które czytam.
0
@Lionel_Messi10 A coż to za kocur? Bo poza tym że jest ,,nasz" to nic mi o nim nie wiadomo? Widziałeś go w jakimś meczu?
9
@FCBparasiempre Jeszcze dobrze nie zakończył się Mundial w 1950 roku, gdy świat zaczął dostrzegać piłkarską potęgę reprezentacji Węgier. Piłkarze Gusztava Sebesa przez ponad cztery lata zachwycali swoimi umiejętnościami, w związku z czym byli murowanymi kandydatami do zdobycia Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że piłka bywa przewrotna i zaskakująca ale też i nie rzadko zmanipulowana oszustwami. Zapoznajcie się z kulisami Mundialu w Szwajcarii, by dowiedzieć się, dlaczego zdecydowani faworyci nie sięgnęli po złoto. Gospodarza piątej edycji Mistrzostw Świata poznaliśmy już pod koniec 1950 roku. FIFA, założona w 1904 roku, otrzymała dwie oferty organizacji czempionatu – od Szwajcarii i Szwecji. W związku z obchodami 50-lecia istnienia organizacji postanowiono, że gospodarzem Mundialu będzie Szwajcaria, kraj, w którym znajduje się siedziba FIFA. Szwecja dostała zapewnienie, że turniej zorganizuje cztery lata później. Pewny udział w Mistrzostwach Świata w 1954 mieli gospodarze, Szwajcarzy, i obrońcy tytułu, Urugwajczycy. Do obsadzenia pozostało jeszcze 14 miejsc. Chęć udziału w rozgrywkach zgłosiło 45 państw. W eliminacjach podzielono je na grupy lub pary. Warto odnotować trzy ciekawostki. Pierwsza dotyczy dwumeczu Hiszpania – Turcja. Zdecydowanym faworytem był kraj z Półwyspu Iberyjskiego, co udowodnił w pierwszym spotkaniu, wygrywając 4:1. W rewanżu lepsi byli jednak Turcy, którym do zwycięstwa wystarczył jeden gol. Wynik dwumeczu brzmiał więc 4:2 dla Hiszpanii, jednak wówczas bilans bramkowy nie był brany pod uwagę. Zarządzono zatem dodatkowy, dogrywkowy mecz na neutralnym terenie. Barw faworytów bronił niekwestionowany gwiazdor Barcelony, Laszlo Kubala. Węgierski uciekinier został bohaterem poranka w dniu, w którym rozegrano trzeci mecz. Do hotelu Hiszpanów dotarł bowiem tajemniczy telegram o treści: „Zwracamy uwagę Federacji Hiszpanii na sytuację Kubali”. Działacze obawiali się, że to depesza od FIFA, więc nie wystawili swojej gwiazdy. Po czasie podejrzewano, że telegram przysłali Węgrzy, bowiem nikt w FIFA nie podpisał się pod tym czynem. W Rzymie padł remis 2:2. Przy takiej sytuacji konieczne było losowanie. W roli losującego wystąpił 14-letni Luigi Franco Gemma. Wylosował Turcję. Przybysze znad Bosforu byli tak wniebowzięci, że w czerwcu zabrali młokosa do Szwajcarii i opłacili mu wszelkie koszty pobytu i naocznego uczestnictwa w Mundialu. Na wzór poprzedniego turnieju, w ramach eliminacji brytyjskie ekipy (Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna) mierzyły się w rozgrywkach British Home Championship. Wielkim wydarzeniem było starcie odwiecznych rywali, Szkotów i Anglików. Na Hampden Park w Glasgow zgromadziło się ponad 134 tys. kibiców. Bój zakończył się zwycięstwem Synów Albionu 4:2. Mimo to obie ekipy awansowały na Mundial. Szkoci, w przeciwieństwie do poprzednich eliminacji, nie unieśli się dumą i pojechali do Szwajcarii mimo zajęcia „dopiero” drugiego miejsca w grupie. Trzecia ciekawostka dotyczy Polaków. Eliminacyjny dwumecz mieliśmy rozegrać z Węgrami. Działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej wraz ze wszystkimi najważniejszymi głowami w państwie stwierdzili, że nie ma najmniejszych szans na sukces z bodaj najlepszą drużyną na świecie i w obawie przed pogromem oddali oba mecze walkowerem. Co ciekawe, do opinii publicznej nie dotarła informacja o wycofaniu drużyny narodowej z eliminacji, o co bardzo dobrze zadbały ówczesne władze, mające kontrolę nad środkami masowego przekazu. Gazety rozpisywały się za to o trzyletnim planie odbudowy polskiego piłkarstwa, w myśl którego w 1956 roku polska reprezentacja miała być równie dobra jak bratankowie znad Dunaju. Ostateczny skład Mistrzostw Świata w 1954 roku prezentował się następująco: Szwajcaria, Urugwaj, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Anglia, Francja, Węgry, Włochy, Szkocja, Turcja, Republika Federalna Niemiec, Jugosławia, Brazylia, Meksyk i Korea Południowa. Turniej został rozegrany w dniach 16. czerwca – 4. lipca. Niekwestionowanym faworytem do zwycięstwa w rozgrywkach była reprezentacja Węgier. Złota Jedenastka (z węgierskiego Aranycsapat), prowadzona przez Gusztava Sebesa, przypominała rozpędzony walec. Walec, który nie miał litości dla swoich przeciwników. Madziarze wygrywali mecz za meczem, a kwintesencją ich znakomitej gry były dwa mecze przeciwko Anglii. 25.11.1953 roku na Wembley Grosics, Buzanszky, Lorant, Lantos, Hidegkuti, Bozsik, Zakarias, Budai, Kocsis, Puskas i Czibor przeszli do historii jako pierwsza drużyna, która ograła ojców futbolu na ich terenie. Zwycięstwo w rozmiarze 6-3 było najmniejszym wymiarem kary. Podrażnieni Brytyjczycy momentalnie zażądali rewanżu. Doszło do niego na trzy tygodnie przed Mundialem, 23.05.1954 r. w Budapeszcie. Jeśli zwycięstwo 6:3 na Wembley możemy nazwać upokorzeniem Synów Albionu, to jak nazwać triumf Węgrów 7:1 w swojej stolicy? Przy okazji była to najwyższa porażka reprezentacji Anglii w historii. Węgrzy budzili wielki respekt i bojaźń w szeregach przeciwników, czego jednym z dowodów było wspomniane wycofanie się Polski z eliminacji. Za sukcesami drużyny stał bardzo charyzmatyczny Gusztav Sebes. Jest znakomitym potwierdzeniem tezy, że nie trzeba być wielkim piłkarzem, by zostać wielkim trenerem. Stosunek Sebesa do piłki nożnej, zwłaszcza do taktyki i wyszkolenia indywidualnego, był wręcz fanatyczny. Za jego czasów Węgrzy byli objęci Żelazną Kurtyną i piłkarze mieli bezwzględny zakaz opuszczanie kraju w celu zmiany pracodawcy. Przytoczony wyżej Kubala uciekł z Węgier, przez co często rzucano mu pod nogi kłody. Takie gwiazdy jak Puskas, Czibor, Kocsis, Hidegkuti w dzisiejszych czasach już dawno byliby wytransferowani do czołowych klubów w Europie. Sytuacja polityczna po II Wojnie Światowej na to nie pozwalała, więc stanowili o sile drużyn z Budapesztu. Dla ekipy narodowej było to jednak zbawienne. Spójrzmy, jak wyglądają przygotowania zespołów narodowych. Piłkarze przyjeżdżają na zgrupowania zaledwie kilka dni przed ważnym meczem. Tuż przed wyjazdem na wielki międzynarodowy turniej przebywają ze sobą zazwyczaj dwa, czasem trzy tygodnie. Sumując, przy dobrych wiatrach w ciągu roku trenują wspólnie przez nieco ponad miesiąc. U Sebesa było inaczej. Swoich zawodników miał rozrzuconych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, więc często zwoływał ich na treningi. Można uznać, że węgierska kadra funkcjonowała niemal jak klub. Klub z najlepszymi piłkarzami na świecie. Sebes nie przywiązywał wagi do panujących trendów, rzadko rozpracowywał grę przeciwników, skupiał się jedynie na swoim planie. Jego zawodnicy byli znakomitymi uczniami i wykonywali jego polecenia bez najmniejszego zarzutu. Ich zgranie było tak idealne, że gdyby przy wyprowadzaniu akcji ofensywnych zasłonięto im oczy, prawdopodobnie skutecznie by ją sfinalizowali. Kluczowym elementem układanki był rozgrywający, Nándor Hidegkuti. Jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że Złota Jedenastka traciła całkiem sporo bramek. Cóż z tego, skoro z reguły strzelała ich znacznie więcej? Podczas treningów Madziarze skupiali sporą wagę na zmienność pozycji, czym później totalnie dezorientowali przeciwników. Często ćwiczyli znacznie cięższymi piłkami, dzięki czemu operowanie normalną futbolówką podczas meczu było dla nich pestką. Ich szkoleniowiec był często porównywany do niezwykle troskliwego dziadka. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę myślał tylko o piłce nożnej. Przechadzał się po Budapeszcie i zarażał swoją pasją młodych chłopaków. Gdy widział, że łapie ich rezygnacja, pokazywał im swoje notesy, w których pieczołowicie rozpisywał ustawienie Aranycsapat. To bardzo działało na wyobraźnię dzieciaków, więc szybko brali się do roboty. Znane są przypadki noszenia przez Sebesa kanapek, którymi częstował adeptów futbolu tuż po obejrzeniu ich osiedlowych pojedynków. W Szwajcarii testowano nowy format rozgrywek. 16 drużyn zostało podzielonych na cztery grupy, w grupach dwie drużyny otrzymywały status rozstawionych, a pozostałe nierozstawionych. „Papierowi faworyci” rozgrywali mecze tylko z ekipami pozornie słabszymi. Trzeci grupowy mecz, w formie bezpośredniego barażu, rozgrywać miały tylko te ekipy, które zgromadziły tę samą liczbę punktów. Z grupy A awans uzyskali Brazylijczycy i Jugosłowianie, z grupy C Urugwajczycy i Austriacy, a z grupy D Anglicy i Szwajcarzy. Najważniejsze, z perspektywy finalnych rozstrzygnięć, były wydarzenia w grupie B. Los skojarzył ze sobą Węgry, Turcję, Niemcy i Koreę Południową. Dwa pierwsze narody były rozstawione. Madziarze ze względu na zdobyte dwa lata wcześniej Mistrzostwo Olimpijskie i fakt, że ostatnią porażkę międzynarodową ponieśli 14 maja… 1950 r. (!), kiedy ulegli Austrii 3:5. Turkom uprzywilejowaną pozycję zapewniło jedynie zwycięstwo z Hiszpanią w eliminacjach. Na początek RFN pokonała Turcję 4:1, a Węgrzy, zgodnie z przewidywaniami, zabawili się z Koreą, wygrywając 9:0. W drugiej kolejce Turcy rozgromili Koreańczyków 7:0, a Madziarze podejmowali Niemców. W tym momencie ujawnił się geniusz niemieckiego szkoleniowca, Seppa Herbergera. Przed Mundialem Herberger nie miał w swoim kraju dobrej prasy. Mało kto pokładał nadzieję w jego ekipie. Był często krytykowany za selekcję zawodników, a ta nie była zbyt prosta do wykonania, gdyż profesjonalna liga piłkarska w RFN jeszcze nie istniała. Bundesliga powstała dopiero w 1962 roku. Niemiecki trener przemierzał więc cały kraj w poszukiwaniu kandydatów do gry. Był prawdziwym pasjonatem. W prowadzonych przez siebie dzienniczkach miał zapiski o setkach, jeśli nie o tysiącach piłkarzy, którym bacznie się przyglądał. Powiedzenia, które często przypisujemy naszemu Trenerowi Tysiąclecia, Kazimierzowi Górskiemu, były przez Niemca używane na długie dekady przed sukcesami reprezentacji Polski lat 70′. Herberger był zresztą dla Górskiego jednym ze wzorów do naśladowania. W grupowym starciu przeciwko Węgrom wykazał się, jak się później okazało, majstersztykiem. Wiedząc, że jest skazany na porażkę, wypuścił w bój pięciu swoich rezerwowych zawodników. Wprawdzie przegrał 3:8, ale tak naprawdę odniósł niepodważalne zwycięstwo. Po pierwsze, wzbudził wśród Madziarzy niezwykłą, ale i zgubną pewność siebie. Po drugie, ukrył przed Sebesem swoje najważniejsze ogniwa. Po trzecie, poznał naocznie najmocniejsze i najsłabsze strony Aranycsapat. I wreszcie po czwarte, Werner Liebrich bezpardonowo potraktował największą gwiazdę przeciwników, Ferenca Puskasa, przez co ten nie mógł wystąpić w ćwierćfinale i półfinale, a do dzisiaj mówi się, że nie był w pełni sił także na finał. Zachodnia prasa nie dostrzegała zamierzonych zagrań Herbergera, więc nie pozostawiła na nim suchej nitki. „Der Spiegel” pisał: „Wygląda na to, że przyszedł czas, by zdradzieckiego trenera Herbergera powiesić na jabłoni”. Węgrzy wyszli z grupy mając na koncie dwa zwycięstwa przy niespotykanym nigdy wcześniej i nigdy później bilansie bramkowym 17:3. Drugą drużynę z awansem z grupy B wyłonił baraż pomiędzy Niemcami Zachodnimi a Turcją, pewnie wygrany przez tych pierwszych 7:2. W fazie pucharowej los otworzył dla podopiecznych Herbergera istną autostradę do nieba. RFN trafiła na niezbyt wymagających rywali i po zwycięstwie z Jugosławią 2:0 i z Austrią 6:1 zameldowała się w wielkim finale. Diametralnie inną drogę o najważniejsze piłkarskie trofeum na świecie mieli Węgrzy. W ćwierćfinale mierzyli się z niezwykle mocnymi Wicemistrzami Świata, Brazylijczykami. Mecz został ochrzczony mianem Bitwy pod Bernem. Iskrzyło najpierw na boisku, a później poza boiskiem. Gra była niezwykle atrakcyjna, ale jednocześnie bestialska. Brutalnych, wręcz chamskich fauli było znacznie więcej niż goli i ciekawych zagrań. Znamienne jest, że w czasach, w których sędziowie pozwalali piłkarzom na bardzo dużo pod kątem nieczystej gry, aż trzech zawodników zostało przez arbitra, Arthura Ellisa, przedwcześnie odesłanych do szatni. Wśród „szczęśliwców” znalazło się dwóch graczy Canarinhos (Nilton Santos i Humberto) i jeden Węgier (József Bozsik). Regularna jatka rozpoczęła się jednak dopiero w szatni, tuż po zakończeniu widowiska. Ferenc Puskas, który z powodu kontuzji cały mecz przesiedział na ławce, chwycił za szklaną butelkę i wycelował nią w twarz Pinheiro. Reszta zawodników i działacze obu ekip w momencie do siebie doskoczyli. Słychać było odgłosy uderzeń i tłuczonego szkła, polała się krew, a po wszystkim Węgrzy dumnie stwierdzili, że wynik starcia na pięści był bardzo zbliżony do rezultatu osiągniętego na boisku – 4:2. Pod względem sportowym jeszcze cięższy sprawdzian czekał Madziarzy w półfinale. Ich przeciwnikami byli Mistrzowie Świata, Urugwajczycy. Mecz, przez wielu uznawany na najlepszy w historii Mistrzostw Świata, miał niebywale zacięty przebieg i był swoistą wymianą ciosów. Piłka zmierzała od jednego do drugiego pola karnego i z powrotem. Na bramki Hidegkutiego i Czibora Urugwajczycy odpowiedzieli dopiero w ostatnim kwadransie gry za sprawą dubletu Hohberga. Urodzony w Argentynie zawodnik tak mocno przeżył wyrównujące trafienie, że zaraz po nim na dłuższą chwilę stracił przytomność. Finalistę musiała wyłonić dogrywka. Węgrzy rozwiali wszelkie wątpliwości. Niezawodny Kocsis dwukrotnie umieścił piłkę w siatce, dzięki czemu jego drużyna wygrała 4:2. W meczu o trzecie miejsce górą, dzięki zwycięstwu 3:1 z Urugwajem, okazali się Austriacy. Oczy całego świata były jednak zwrócone na Berno i wielki finał między RFN a Węgrami. Fritz Walter, niemiecki kapitan, brał udział w II Wojnie Światowej. Podczas pobytu na południu Europy nabawił się malarii. Od tej pory był wręcz uczulony na słońce i wysoką temperaturę. Przekładało się to na jego boiskową dyspozycję, która stricte zależała od panujących warunków atmosferycznych. Kiedy te były typowo wakacyjne, Walter sprawiał wrażenie nieobecnego i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Jego prawdziwy kunszt był widoczny podczas spotkań granych w deszczu przy niskiej temperaturze powietrza. Dzięki niemu w terminologii naszych zachodnich sąsiadów do dzisiaj funkcjonuje pojęcie „Pogoda Fritza Waltera”. Właśnie w takich warunkach, przy deszczu i panującym ziąbie, przyszło Niemcom mierzyć się z Węgrami w meczu o Mistrzostwo Świata. Poza umiejętnościami typowo piłkarskimi wszelkie znaki na niebie przemawiały za RFN. Znacznie prostsza droga do finału, niewiarygodnie zmęczeni Węgrzy i ich zgubna pewność siebie po grupowym zwycięstwie 8:3 oraz zdecydowanie lepsze przygotowanie do panujących warunków atmosferycznych składały się na swoisty handicap dla piłkarzy Herbergera. Pod pojęciem lepszego przygotowania do warunków atmosferycznych kryje się obecność Adolfa Dasslera, współzałożyciela firmy Adidas. Dassler dostarczał obuwie swoim rodakom, dzięki czemu został dokooptowany do szerokiego sztabu reprezentacji. Na finałowy mecz przygotował coś, czego wcześniej świat nie widział – buty z wkręcanymi korkami. Reprezentanci Niemiec znacznie lepiej poruszali się na grząskiej murawie. Mimo to oponenci już po ośmiu minutach prowadzili 2:0 za sprawą bramek Puskasa i Czibora. Od tej pory to nasi zachodni sąsiedzi doszli do głosu, czego efektem było wyrównanie, do którego doprowadzili w zaledwie dziesięć minut. Gole strzelali Morlock i Rahn. Podrażnieni Węgrzy dążyli do ponownego wyjścia na prowadzenie. Z minuty na minutę grało im się coraz ciężej. W nogach mieli trudy pojedynków ćwierć- i półfinałowych oraz niebywale ciężki grunt w Bernie. Dodatkowo Herberger nakazał Horstowi Eckelowi stać się cieniem Hidegkutiego i nie odpuszczać go ani na krok. „Plaster” bardzo ciążył węgierskiemu rozgrywającemu, przez co nie mógł rozwinąć skrzydeł i natchnąć swojej drużyny do walki. Sześć minut przed końcem meczu stało się coś, co przed meczem, a jeszcze bardziej przed samym turniejem, wydawało się niemożliwe. Gola na 3:2 zdobył Helmud Rahn i Niemcy sięgnęli po swoje pierwsze Mistrzostwo Świata. Przerwali zarazem węgierską passę 32 kolejnych meczów bez porażki. Finał z Węgrami został ogłoszony jako najlepszy mecz w historii reprezentacji Niemiec. Nie przebił tego nawet półfinałowy mecz z Brazylią na Mundialu 2014. Miał także bardzo duży wydźwięk emocjonalny i patriotyczny. Po wojnie kraj został, zresztą całkiem słusznie, obciążony różnorakimi sankcjami. Piłkarski sukces spowodował, że mieszkańcy RFN znów poczuli dumę, czego najlepszym dowodem jest krążące wówczas hasło wir sind wieder wer (znów jesteśmy kimś). Powracających do kraju zawodników witały setki tysięcy osób. Wśród nich był niespełna 9-letni Franz Beckenbauer, który zamarzył sobie, że w przyszłości też przywiezie do swojego kraju Złotą Nike. Każdy z zawodników będących w turniejowej kadrze otrzymał skuter Goggo-Motorroler. Bestsellerem na zachodzie stały się kasety z komentarzem radiowego sprawozdawcy szwajcarskiego finału, Herberta Zimmermanna. Mecz z Węgrami relacjonował z wielkimi, rzadko spotykanymi emocjami. Do dzisiaj jego słowa są przypominane na antenach TV oraz radia i nadal budzą wspaniałe wspomnienia. Zgoła odmienny wydźwięk miało wywalczone przez Węgrów wicemistrzostwo. Rodacy tuż po końcowym gwizdku zaczęli oskarżać piłkarzy o sprzedanie meczu finałowego. Spekulowano, że Niemcy za oddanie spotkania zaoferowali każdemu piłkarzowi Sebesa po mercedesie. Powrót zawodników do kraju był bardzo niespokojny. Aby uniknąć ewentualnych zamieszek, zespół lądował nocą w miejscowości Tata, skąd rządowe samochody odwoziły piłkarzy do domów pod osłoną nocy. Emocje jeszcze długo nie opadły. Gdy po Mundialu kilku niemieckich piłkarzy zachorowało na żółtaczkę, Węgrzy zaczęli podejrzewać ich o stosowanie dopingu. Szerzej o tym ,,zdumiewającym finale” opisze w rocznice tego wydarzenia. Porażka w finale Mistrzostw Świata była tak naprawdę początkiem końca Złotej Jedenastki. Drużyny uznanej za zdecydowanie najlepszą w historii piłki nożnej.
10
Aranycsapat(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):
@DaPidejpi
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
11
Ludzie oddani ,,naszemu” klubowi:
16 czerwca 1970 r. Jose Luis Romero podpisał kontrakt z FC Barceloną. Hiszpan nie zrobił wielkiej kariery w stolicy Katalonii, skąd szybko wypożyczono go do jego poprzedniego klubu CE Sabadell FC. Po zakończeniu kariery został współpracownikiem trenera Barçy Luciena Müllera w sezonie 1979/80 a w 1983 r. po zwolnieniu Udo Lattka prowadził Blaugrane jako pierwszy trener przeciwko Salamance. W latach 1986-89 był sekretarzem technicznym w klubie. W tym okresie po jednym z treningów do jego biura wszedł rozpłakany 16-letni Josep Guardiola, który usłyszał plotke iż jest zbyt wątły i jest to jego ostatni sezon w La Masii. Romero pofatygował się na trening juniorów i spostrzegł że młodziutki Pep ma oczy dookoła głowy i na trzy możliwości podania zawsze wybiera tą czwartą. Po tym co zobaczył powiedział Guardioli że dopóki on jest sekretarzem technicznym nikt go nie wyrzuci z La Masii!
@patataj
@DaPidejpi
@Symson
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Sensible
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
9
Blaugrana w Copa del Generalisimo:
16 czerwca 1957 r. FC Barcelona zdobywa po raz 12-sty w historii Puchar Hiszpanii. W finale rozgrywanym na Estadio Olimpico w Barcelonie pokonuje w derbach Espanyol 1:0 po golu Sampedro w 80 minucie. Barça wystąpiła w następującym składzie: Ramallets, Olivella, Brugue (Rodri), Segarra (Gràcia), Verges, Gensana, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Sampedro.
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@patataj
7
@FCBparasiempre 15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36 edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna ,,squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. Canarinhos polegli 9.06.1973 w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Malo kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg. Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o Estadio Capwell w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosławiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami. W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opieke nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera. Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50. Metrowym rajdzie wjechał z piłka do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:
ARGENTYNA: Goycochea – F.Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta
MEKSYK: Campos – R.Ramírez, Suárez, J.Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L.García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves
11
Pasja milionów, nie tylko w Ameryce Południowej(opis w odpowiedzi na mój komentarz)
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Symson
@Lionel_Messi10
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
8
Czy wiemy(pamiętamy) że...
15 czerwca 1974 r. reprezentacja Polski w swoim pierwszym meczu na MŚ w RFN pokonała Argentyne 3:2 po 2 golach Grzegorza Laty i jednym Andrzeja Szarmacha. To było jedyne zwycięstwo z Albicelestes na Mundialu. Kolejna okazja jeszcze w tym roku.
15 czerwca 1982 r. podczas piłkarskich mistrzostw świata w Hiszpanii padł najwyższy rezultat w historii turniejów finałowych (Węgry – Salwador 10:1).
15 czerwca 1969 r. po rozegranym meczu Honduras-Salwador w el. do MŚ 1970 r. wybuchła wojna miedzy Hondurasem a Salwadorem, nazwaną „wojną futbolową”. Taki sam tytuł nosi książka Ryszarda Kapuścinskiego właśnie o tej wojnie.
@Ogorinho1974
@patataj
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Pawel13sz
15
Panie i Panowie, 15 czerwca 1883 r. urodził się Henri Delaunay, wybitna postać w świecie piłki nożnej. Owszem, czekaliśmy dodatkowy rok na UEFA EURO 2020 ale upłynęło 30 lat, zanim spełniło się pierwotne marzenie Francuza o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. „Niewielu mężczyzn pozostawiło tak wyraźny ślad, samą siłą swojej osobowości, w tak uniwersalnej działalności jak piłka nożna, jak Henri Delaunay”. (Pięćdziesiąt lat książki UEFA, 2004) Pierwszy sekretarz generalny UEFA, Francuz Henri Delaunay, zajmuje znaczącą pozycję w historii organizacji, nie tylko jako pionierski duch, który wniósł kluczowy wkład w narodziny europejskiego organu zarządzającego, ale także poprzez swoją rolę jako katalizatora tworzenia Mistrzostwa Europy. Urodzony w Paryżu w 1883 roku Henri Delaunay był oddanym entuzjastą piłki nożnej, który od najmłodszych lat uczynił z gry swoją pasję. W młodym wieku 20 lat został mianowany sekretarzem Etoile des Deux Lacs, wiodącego francuskiego klubu tamtych czasów, i objął stery jako prezes klubu, gdy miał 26 lat. Umiejętności Delaunaya jako administratora zostały już zauważone na szczeblu krajowym w międzyczasie – w 1906, gdy miał zaledwie 23 lata, został mianowany sekretarzem generalnym nowego Francuskiego Komitetu Międzyfederacyjnego, prekursora Francuskiego Związku Piłki Nożnej (FFF), który powstał w 1919 roku. Henri Delaunay, człowiek o mocnym autorytecie, obdarzony wrodzoną wrażliwością i wyostrzonym humorem, był ekspertem od piłki nożnej i jej praw, co było szczególną pomocą w jego roli sędziego we Francji. W 1920 roku światowa organizacja piłkarska FIFA poprosiła go o zasiadanie w nowym komitecie konsultacyjnym ds. Przepisów Gry, który ostatecznie został przemianowany na Komitet Sędziowski FIFA. Następnie skompilował pierwszą serię decyzji dotyczących interpretacji przepisów. Delaunay pielęgnował marzenie o zorganizowaniu europejskich zawodów dla drużyn narodowych, aby rozwinąć tożsamość i atrakcyjność narodowej gry drużynowej. Dał także impuls do rozpoczęcia Mistrzostw Świata FIFA. Na Kongresie FIFA w Amsterdamie w 1928 r. odegrał kluczową rolę w przyjęciu decydującej rezolucji „o zorganizowaniu zawodów, które byłyby otwarte dla reprezentatywnych drużyn wszystkich zrzeszonych stowarzyszeń narodowych”. Inauguracyjne finały mistrzostw świata miały nastąpić w 1930 roku. Delaunay stał się przełomową postacią w powstaniu UEFA w czerwcu 1954 roku, pełniąc rolę kluczowego lidera w działaniach na rzecz utworzenia grupy składającej się z europejskich federacji narodowych. Decyzja FIFA z 1953 roku o autoryzacji kontynentalnych federacji piłkarskich utorowała drogę do narodzin nowego europejskiego organu na spotkaniu 28 krajowych federacji w Bazylei w Szwajcarii następnego lata. Kadencja Henriego Delaunaya jako sekretarza generalnego UEFA była niestety krótka. Jego śmierć w listopadzie 1955 oznaczała, że nie będzie mógł pomóc UEFA w stawianiu pierwszych niepewnych kroków; nie widział też spełnienia swojego wieloletniego marzenia o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. W konsekwencji, kiedy w lecie 1960 roku w końcu rozpoczęły się Mistrzostwa Europy , wypadało, aby trofeum nosiło imię człowieka, który tak wytrwale walczył o stworzenie zawodów.
@Sensible
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
15 czerwca 1920 r. w Krakowie urodził się Władysław Gędłek, jeden z czołowych piłkarzy Cracovii po wojnie i filar jej defensywy. Był wychowankiem krakowskiego klubu Krowodrza. W czasie okupacji brał udział w konspiracyjnych rozgrywkach a terenie Krakowa. Po wojnie związał się z Cracovią, z którą w 1947 r. skutecznie walczył o prawo gry w ekstraklasie. W reaktywowanej lidze zgromadzili taką samą liczbę punktów, co Wisła, ale okazali się od nich lepsi w dodatkowym, decydującym o tytule meczu i mogli świętować mistrzostwo. Był to ostatni triumf krakowskiego klubu w lidze. Przez kolejne pięć sezonów był podstawowym zawodnikiem drużyny i jednym z najlepszych obrońców w kraju. Znakomicie radził sobie w grze w powietrzu i dysponował dobrym, długim wykopem. Dobrze spisywał się w sytuacjach podbramkowych i miał niezły start do piłki. Był świetnie wyszkolony technicznie i bardzo sprytnie potrafił się ustawiać. Już w tamtych latach zaczynał grać ofensywnie. Stworzył swój własny styl gry i trudno go było do kogokolwiek porównywać. Pierwszy raz narodowe barwy reprezentował w wyjazdowym meczu z Rumunią (porażka 1:2) 8 maja 1949 r. Od tego czasu stał się podstawowym obrońcą i często występował razem z klubowym kolegą Tadeuszem Parpanem. To Gędłek trzymał w ryzach i kierował naszą defensywą na igrzyskach w Helsinkach. Mimo pechowego występu naszych reprezentantów, jego klasę doceniono za granicą. Był kandydatem do występu w drużynie „reszty świata” w 1953 r. Gędłek był osobą bardzo towarzyską, uśmiechniętą i lubianą przez wszystkich. Tym większym szokiem dla całego piłkarskiego środowiska była informacja o jego samobójczej śmierci. Odszedł 28 lutego 1954 r. ledwie kilka godzin po sparingowym meczu Cracovii.
@Roni/VEB
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
9
Feliz cumpleaños Michael! Z okazji 58 urodzin.
15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
9
Wybitne legendy futbolu:
14 czerwca 1943 r. w Amsterdamie urodził się Petrus Johannes Keizer, fenomenalny lewoskrzydłowy, Wicemistrz Świata-1974, 3-krotny pod rząd Zdobywca Pucharu Mistrzów-1971,1972 i 1973, Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1972, 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1972 i 1973 oraz 6-krotny Mistrz Holandii. Na Petera Johannesa kibice mówili po prostu ,,Piet’’. Jego osoba stanowi przykład długoletnich związków tylko z jednym klubem. Przez 15 lat grał bowiem tylko w Ajaxie a w czasie jego największych sukcesów w latach 70-tych był jego głównym lewoskrzydłowym. Tworzył znakomity duet z Johanem Cruyffem, zwany też ,,królewską parą’’, w której istotnym elementem był Keizer, czyli Cesarz…..
Piet rozegrawszy w Ajaxie 364 spotkania strzelił 146 goli. W 1972 r. jako kapitan Ajaxu wznosił zdobyty po raz wtóry Puchar Europy. W finałowym meczu z Interem Mediolan to on za każdym razem precyzyjnie podawał a Cruyff bezlitośnie te podania wykorzystywał. Dwa lata później Keizer z reprezentacją Holandii został wicemistrzem świata ale u Michelsa wystąpił tylko w jednym meczu ze Szwecją. Gra w ataku Ajaxu w tym samym czasie, w którym występował Cruyff była dla Pieta zarówno wielkim szczęściem, jak i przekleństwem. Pozostawał bowiem zawsze w cieniu wielkiego kolegi, choć nie brakuje ekspertów, którzy twierdzą iż nie był piłkarzem gorszym od samego Cruyffa a w kwestii podań i rozegrania piłki-nawet lepszym. Kaizer nie był jednak ulubieńcem trenera Michelsa. Ponoć gdy ten odszedł do FC Barcelony, piłkarz uczcił ten fakt tańcem na stole. Swego czasu był członkiem rozległego sztabu szkoleniowego Ajaxu, określanym mianem konsultanta ds. szkoleniowych. Współpracował m.in. z Martinem van Geelem, Aronem Winterem i Frankiem De Boerem a rola Keizera sprowadzała się do nadzorowania skautów.
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
3
@FCBparasiempre Wszystkie poprzednie edycje Mistrzostw Świata wygrały ekipy prowadzone przez swoich rodaków. Idąc tym tropem, szansę na triumf w Rosji już na starcie straciły Egipt, Arabia Saudyjska, Iran, Maroko, Australia, Dania, Peru, Nigeria, Szwajcaria, Meksyk, Belgia, Panama i Kolumbia, które postawiły na zagranicznych szkoleniowców. A propos szkoleniowców. Na dzień przed rozpoczęciem sportowych zmagań doszło do niecodziennej sytuacji. Julen Lopetegui, opiekun reprezentacji Hiszpanii, ogłosił, że porozumiał się z Realem Madryt i po turnieju pożegna się z kadrą, choć trzy tygodnie wcześniej przedłużył kontrakt z hiszpańską federacją piłkarską. Ta zadziałała błyskawicznie i za brak lojalności i załatwianie interesów za jej plecami zwolniła go w trybie natychmiastowym. Oczywiście nie było czasu na poszukiwania nowego bossa, zatem stery w La Roja przejął dotychczasowy dyrektor sportowy, Fernando Hierro. Rozgrywki toczyły się w dniach od 14 czerwca do 15 lipca. Z uwagi na bardzo dużą powierzchnię Rosji, rozciągającej się ze wschodu na zachód na długość niemal 13 tys. km, FIFA zastrzegła, że turniej musi zostać rozegrany jedynie na części europejskiej. Miało to wyeliminować długie podróże pomiędzy miastami. Mecze odbywały się zatem na 12 stadionach w 11 miastach: Moskwie (Łużniki i Otkrytije Ariena), Sankt Petersburgu, Kaliningradzie, Kazaniu, Niżnym Nowogrodzie, Samarze, Wołgogradzie, Sarańsku, Rostowie, Soczi i Jekaterynburgu. Budżet przeznaczony na organizację wynosił rekordowe 20 mld dolarów. Wraz z realizacją prac sukcesywnie go zmniejszano. Ostatecznie wyniósł 14,2 mld dolarów, a i tak jest najwyższym w historii Mundiali. Kiedy tylko ogłoszono ceny wejściówek, od razu rozpoczęło się narzekanie, że i one nigdy nie były tak wysokie. Nie będąc obywatelem Rosji, najtańszy bilet można było nabyć za 105 dolarów. Biorąc pod uwagę, że w tej cenie zawierało się wyrobienie FAN ID, swoistej legitymacji kibica, działającej na zasadach wizy, ponadto upoważniającej do darmowego przejazdu pociągiem pomiędzy miastami-gospodarzami i otwierającej wiele drzwi (m.in. do muzeum FIFA, komunikacji miejskiej, okolicznościowych wystaw), fani szybko zorientowali się, że tak naprawdę „czysty” koszt wejściówek na mecze jest bardzo niski. Kibice Sbornej nie robili sobie większych nadziei. W przedmundialowych ankietach uznawali swój zespół za najgorszy w całej stawce, na to samo wskazywały ranking FIFA i kursy u bukmacherów. Tymczasem podopieczni Stanisława Czerczesowa rozgromili na dzień dobry Arabię Saudyjską 5:0. Zgodnie z oczekiwaniami karty w grupie rozdawał Urugwaj. Podopieczni Oscara Tabareza z kompletem punktów i bez straconej bramki zameldowali się w 1/8 finału. Razem z nimi awans wywalczyli gospodarze, wygrywając jeszcze z Egiptem 3:1. Golkiper Faraonów, Essam El Hadary, został najstarszym piłkarzem w dziejach Mistrzostw Świata. W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę przeciwko Arabii Saudyjskiej liczył sobie 45 lat i 161 dni. Mimo porażki 1:2 okrasił swój występ obroną rzutu karnego. Warto odnotować, że bramkarz był starszy od trzech turniejowych trenerów – Roberto Martineza (Belgia, 44 lata i 11 miesięcy), Mladena Krstajicia (Serbia, 44 lata i 3 miesiące) oraz Aliou Cisse (Senegal, 42 lata i 3 miesiące). Fenomenalnie rozpoczęły się rozgrywki grupy B. Na początek Iran, po naprawdę bardzo dobrym meczu, rzutem na taśmę pokonał Maroko 1:0. Chwilę później rozległ się gwizdek sędziego spotkania Portugalia – Hiszpania. Kto oglądał, ten bez wątpienia zgodzi się, że powinno kandydować do najlepszego starcia turnieju. Zwroty akcji, iberyjska wymiana ciosów w najlepszym wykonaniu i grad goli. Skończyło się 3:3, a wszystkie bramki dla Mistrzów Europy zdobył Cristiano Ronaldo, stając się najstarszym strzelcem hat-tricka w historii mistrzostw (33 lata i 130 dni). Oprócz tego dołączył do zacnego grona zawodników, którzy zaliczyli co najmniej jedno trafienie w czterech kolejnych edycjach czempionatu. Wcześniej tej sztuki dokonali jedynie Uwe Seeler, Pele i Miroslav Klose. Walka o awans była bardziej zażarta niż mogliśmy się spodziewać i trwała dosłownie do ostatniej sekundy meczu Iran – Portugalia. Ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami, w fazie pucharowej zameldowali się giganci z Półwyspu Iberyjskiego. W grupie D awans wywalczyły drużyny z Europy. W starciu Francji z Australią po raz pierwszy w historii skorzystano z pomocy video assistant referee (VAR), po czym podyktowano rzut karny dla Trójkolorowych. W jednym z najnudniejszych starć turnieju, między Danią a Francją, padł wynik 0:0. Dopiero kilkanaście dni później okazało się, że był to jedyny mecz, w którym kibice nie oglądali goli. Bardzo pozytywne wrażenie pozostawili po sobie piłkarze Peru. Swoim radosnym, pozbawionym bojaźni futbolem skradli serca milionów fanów na całym świecie. Przy odrobinie szczęścia mogli zagrać na nosie faworytom i wyjść z grupy. Do ostatniej chwili na włosku wisiał awans do fazy pucharowej reprezentacji Argentyny. Po remisie 1:1 z Islandią i sromotnej porażce 0:3 z Chorwacją, która bezapelacyjnie zdominowała grupowe rozgrywki, Albicelestes poczuli dotyk noża na gardle. Starcie z Nigerią musieli wygrać, a nastroje w ekipie były grobowe. Media donosiły, że trener Jorge Sampaoli stracił szacunek w szatni i drużyną w pojedynkę dyryguje Messi. Ostatecznie wyszarpali trzy punkty z rąk drużyny z Afryki po zwycięstwie 2:1 i awansowali do 1/8 finału. Niestety, z paskudnej strony stale pokazywała się legenda światowej piłki i samych Mistrzostw Świata, Diego Maradona. Obrazki z jego udziałem obiegały internet szybciej niż jakiekolwiek inne. Boski Diego, ewidentnie będąc pod wpływem środków odurzających, zasypiał w loży honorowej, prezentował wulgarne gesty i awanturował się. Warto wspomnieć, że trener Chorwatów, Zlatko Dalić, odesłał do domu Nikolę Kalinicia, który podczas meczu z Nigerią, obrażony za posadzenie na ławce, odmówił wejścia na murawę. Bez niespodzianek obyło się w grupie E. Brazylia i Szwajcaria wyszły z niej bez większych problemów. Zapamiętaliśmy przede wszystkim teatralne popisy Neymara oraz zachowanie Szwajcarów z meczu przeciwko Serbii. Nie od wczoraj kadra Helwetów stanowi zlepek piłkarzy urodzonych w różnych częściach Europy. Gole w starciu z Serbią strzelali pochodzący z Albanii Granit Xhaka i urodzony w Kosowie Xherdan Shaqiri. Serbowie z obydwoma krajami nie mają dobrych relacji, wobec czego w Kaliningradzie często wypominali szwajcarskim piłkarzom ich pochodzenie. Po skierowaniu piłki do siatki Xhaka i Shaqiri zaprezentowali w ich kierunku gest albańskiego orła, co zostało uznane za prowokację. Obu zawodnikom groziło zawieszenie na dwa mecze, jednak ostatecznie FIFA wycofała się z tego pomysłu. Czwarty raz w XXI wieku panujący Mistrz Świata nie zdołał wyjść z grupy. Los Francuzów z 2002 roku, Włochów z 2010 roku i Hiszpanów z 2014 roku podzielili Niemcy. Po porażce z Meksykiem w niektórych miastach kraju z Ameryki Północnej, pod uporem wiwatujących kibiców, zatrząsnęła się ziemia. Joachim Löw objął niemiecką kadrę w 2006 roku. Od tej pory z każdego wielkiego turnieju zawsze przywoził medal. Mundial w 2018 roku był więc pierwszym, z którego wracał z pustymi rękoma. Jednocześnie pierwszym od 1938 roku, w którym Niemcy odpadli już po pierwszej fazie rozgrywek. A propos Meksyku i jego kibiców. Codziennie z Moskwy i innych miast-gospodarzy docierały do nas zdjęcia kreatywnych fanów, przybyłych do Rosji z różnych zakątków świata. Wielką pomysłowością popisała się grupka Meksykanów, od dawna planujących wspólny wypad na czempionat. Jeden z nich odpadł na ostatniej prostej, tłumacząc, że na wyjazd nie zgodziła się jego żona. Koledzy okazali się bezlitośni – zabrali ze sobą kartonową podobiznę swojego przyjaciela, przybraną w koszulkę z napisem: „Żona mi nie pozwoliła”. Mieli ją przy sobie non stop. Od samego losowania wiadome było, kto wywalczy awans z grupy G. Belgia i Anglia wykonały swoje zadanie. Stawką bezpośredniego starcia, gdy jedni i drudzy byli już pewni wyjścia, była łatwiejsza drabinka pucharowa. Co ciekawe, w uprzywilejowanej pozycji miał być… przegrany. Trenerzy wystawili rezerwowe składy, a znacznie mniej starali się Anglicy, przegrywając 0:1 po pięknej bramce Januzaja i jeszcze piękniejszej zabawie z piłką Batshuayia. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z reprezentacją Polski. Po wylosowaniu Senegalu, Kolumbii i Japonii w naszym kraju wybuchła bezpodstawna euforia i rozbudziły się marzenie na powtórzenie sukcesów z 1974 i 1982 roku. Dyskusje nad trójką na środku obrony, kontuzja Kamila Glika i w końcu porażka na dzień dobry z Senegalem okazały się być początkiem końca drużyny Adama Nawałki. Jeszcze mocniej na ziemię sprowadzili nas Kolumbijczycy, a zwycięstwo na otarcie łez z Japonią, po beznadziejnie brzydkim meczu i graniu w ostatnim kwadransie „niskim pressingiem”, jeszcze bardziej rozwścieczyło kibiców. Zapamiętamy ciągnące się minuty Kuby Błaszczykowskiego przy linii bocznej i parodystyczną próbę symulowania kontuzji przez Grosickiego. Więcej o mundialowym występie Polaków przeczytacie w artykule Wróciliśmy z turnieju, do którego nie pasowaliśmy. Pierwszy raz w historii o wyjściu z grupy zadecydowała tabela fair play. Japończycy okazali się w niej lepsi od Senegalczyków i obok Kolumbii wywalczyli awans. Ciekawą statystyką z fazy grupowej jest fakt, że wszystkie drużyny z czwartego miejsca (Egipt, Maroko, Australia, Islandia, Kostaryka, Niemcy, Panama i Polska) strzeliły po dwa gole. Po raz pierwszy od 1982 roku w fazie pucharowej zabrakło miejsca dla reprezentantów Afryki. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to dwaj współcześni gladiatorzy futbolu, którzy prawdopodobnie nie spełnią już marzenia o triumfie na Mistrzostwach Świata. W Rosji odpadli tego samego dnia. W 1/8 finału Argentyna po znakomitym widowisku przegrała z Francją 3:4, a Portugalia uległa Urugwajowi 1:2. Kylian Mbappe został pierwszym nastoletnim zdobywcą dubletu od czasów Pelego w 1958 roku. Po raz siódmy z rzędu swój udział na tej fazie rozgrywek zakończył Meksyk, przegrywając z Brazylią 0:2. Wielką niespodziankę sprawili gospodarze. Sborna zagrała z Hiszpanią jak równy z równym i po remisie 1:1 wyeliminowała dwukrotnych Mistrzów Europy po serii rzutów karnych. Kraj momentalnie opanowało takie szaleństwo, że na przełomie marca i kwietnia możemy spodziewać się wzrostu liczby urodzeń. Stanisław Czerczesow odebrał nawet telefon z gratulacjami od samego Władimira Putina. Wielkie emocje towarzyszyły pojedynkowi Belgii z Japonią. Zapewne po bezbarwnej jak „Czarny kwadrat na białym tle” pierwszej połowie wiele osób poszło spać, ale tym co przetrwali, piłkarze obu ekip zaserwowali większe pobudzenie niż Tussipect z Red Bullem. Najpierw dwukrotnie ukąsili Azjaci, ale Belgowie nie dopuścili do sensacji. Gole Vertonghena i Fellainiego doprowadziły do remisu, a fatalnie rozegrany przez Japończyków rzut rożny przerodził się w zabójczą kontrę kwartetu Courtois-De Bruyne-Meunier-Lukaku, z zimną krwią sfinalizowaną przez Chadliego. Szwecja pokonała 1:0 Szwajcarię, a Anglicy i Chorwaci potrzebowali konkursu rzutów karnych, by wyeliminować Kolumbię i Danię. Ćwierćfinał okazał się murem nie do przeskoczenia dla Rosjan, którzy po 120-minutowej walce przegrali z Chorwacją w serii jedenastek. Udział w najlepszej ósemce i tak jest najlepszym osiągnięciem Sbornej od 1970 roku. Francja pokonała Urugwaj 2:0, udowadniając swój mundialowy patent. Był to bowiem jej 10. mecz z rzędu bez porażki w starciach przeciwko ekipom z Ameryki Południowej. W tych samych rozmiarach Anglicy pokonali Szwedów i na Wyspach Brytyjskich zapanowała euforia. Kibice co rusz intonowali piosenkę „Football’s coming home” z pamiętnego dla nich Euro 1996 i zaczęli wierzyć w sukces na rosyjskiej ziemi. Wielkim zainteresowaniem w ich kraju cieszył się element rozpoznawczy trenera Garetha Southgate’a – będąca swoistym talizmanem kamizelka. W czasie Mundialu jej sprzedaż na Wyspach wzrosła o ponad 35%. Grono półfinalistów uzupełnili Belgowie. Po naprawdę rewelacyjnym widowisku pokonali Brazylię 2:1. Tym samym, po raz pierwszy od 1930 roku, do najlepszej czwórki turnieju nie przebrnęli Niemcy lub Brazylijczycy. Przypominający partię szachów półfinał Francja – Belgia padł łupem Trójkolorowych. Po bramce Umtitiego wygrali 1:0. Znacznie ciekawiej było w Moskwie, gdzie Chorwacja podejmowała Anglię. Miałem przyjemność oglądać ten mecz w jednym z największych sportowych pubów w Budapeszcie, w 95% opanowanym przez angielskich kibiców. Na początku spotkania w ekstazę wprowadziło ich trafienie Trippiera. Chwilę później fenomenalnej okazji nie wykorzystał Kane. Zaprzepaszczona szansa zemściła się w drugiej połowie, gdy do wyrównania doprowadził Perisić. Do wyłonienia finalisty niezbędna okazała się dogrywka. Dla przybyszy z Bałkanów był to trzeci kolejny mecz z dodatkowymi 30 minutami. Wydawało się zatem, że to oni będą mieli cięższe nogi i polegną, tymczasem gol Mandżukicia wprowadził ich do wielkiego finału. Anglicy się nie załamali. Wciąż głośno śpiewali i zgodnie powtarzali, że i tak czują się wygranymi tego Mundialu. W finale pocieszenia lepsi byli Belgowie, którzy pokonali w Sankt-Petersburgu Anglię 2:0. Fani Czerwonych Diabłów również uznali trzecie miejsce na świecie za przeogromny sukces, tłumnie witając swoich bohaterów w Brukseli. Z reguły wielki finał jest jedną, wielką, nudną piłkarską klapą. Tym razem było zupełnie inaczej. Na moskiewskich Łużnikach Francuzi i Chorwaci stworzyli najlepsze finałowe widowisko w historii. Młodość, polot i finezja królowała nad doświadczeniem i żelazną dyscypliną. Mbappe znów dorównał Pelemu i jako drugi nastolatek zaliczył trafienie w starciu o złoto. Goli było znacznie więcej, bo aż sześć. Francuzi wygrali 4:2 i po raz drugi zostali Mistrzami Świata. Didier Deschamps dołączył do Franza Beckenbauera oraz Mario Zagallo i, podobnie jak oni, sięgnął po tytuł zarówno jako piłkarz jak i trener. Nad Moskwą rozpętała się solidna burza, a na niego i jego podopiecznych polał się nie tylko deszcz z nieba, ale i obfity deszcz złotego konfetti. Jeśli zsumujemy łączny czas gry Chorwatów i podzielimy go przez 90 minut, otrzymamy osiem pełnych meczów Mistrzostw Świata rozegranych na jednym turnieju. To kolejny rekord, nikt w dziejach Mundiali nie rozegrał więcej minut od podopiecznych Dalicia. I oni zostali moralnymi zwycięzcami tego turnieju. W Zagrzebiu i innych chorwackich miastach i wioskach również można spodziewać się kwietniowego baby boomu. Bez wątpienia Mistrzostwa Świata były jednymi z najlepszych w historii. Rosja wypadła znakomicie, jej wizerunek na całym globie uległ wyraźnemu ociepleniu. Cieszę się, że mogłem wziąć w nich czynny udział. Zachęcam do przeczytania moich relacji z Kaliningradu i Sankt Petersburga, w których opisałem m.in. przyjazność i otwartość Rosjan, samą organizację turnieju i zastosowane środki bezpieczeństwa: Na Mundialu padło 169 goli, o dwa mniej niż na rekordowych w tym aspekcie czempionatach w 1998 i 2014 roku. Ponad 1/3 z nich padła po stałych fragmentach gry, co pokazuje, w jakim kierunku idzie dzisiejszy futbol. Biorąc pod uwagę również dogrywki, aż 10 zdobyto po upływie regulaminowego czasu gry. Najwięcej, po 12 goli, strzelili piłkarze Tottenhamu i Paris Saint-Germain. 45 padło w fazie pucharowej, co jest nowym rekordem. Królem Strzelców został Harry Kane, autor 6 trafień. Żartowano, że ten tytuł powinien trafić do zawodnika o nazwie „Own Goal”, bowiem oglądaliśmy aż 12 goli samobójczych. W tym aspekcie podwojono dotychczasowy rekord, osiągnięty w 1998 roku. Podyktowano aż 29 rzutów karnych (22 z nich zamieniono na gola), o 11 więcej niż w rozgrywkach w 1990, 1998 i 2002 roku. Część z nich była pokłosiem interwencji VAR. Trzeba przyznać, że technologia wideo-asystenta wypadła bardzo dobrze i przekonała do siebie wielu krytyków.
4
@FCBparasiempre Do walki o organizację 21. edycji światowego czempionatu stanęło sześć krajów. Do siedziby FIFA wpłynęły cztery oferty: rosyjska, angielska oraz portugalsko-hiszpańska i belgijsko-holenderska. Oficjalną decyzję podjęto 2 grudnia 2010 roku. W pierwszym głosowaniu z marzeniami o goszczeniu u siebie najlepszych reprezentacji pożegnali się Anglicy. Tę informację przyjęto na Wyspach Brytyjskich jak cios w serce. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej brytyjskie media informowały że w uczciwej walce kandydatura Anglii jest nie do pokonania a w celu wywierania presji na Komitecie Wykonawczym do Zurychu polecieli David Beckham, książę William i premier David Cameron. Delegacja wracała do kraju z poczuciem wyrolowania. W drugim głosowaniu Rosja zgromadziła większość głosów i to jej przypadł zaszczyt organizacji mistrzostw. Ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter, poinformował że głosujący sugerowali się planem powierzenia turnieju krajom, które nigdy wcześniej nie pełniły roli gospodarza. Taki zabieg miał na celu pokazanie wielkiej piłki na nowych terenach. Napisałem w liczbie mnogiej, bowiem tego samego dnia ogłoszono, że w 2022 roku Mundial zawita do Kataru. Międzynarodowe media od razu zaczęły węszyć spisek, że wybór gospodarzy już dawno został zaklepany, bo FIFA sprzedała Rosjanom i Katarczykom prawo do organizacji turniejów. W 2012 roku rosyjski dziennikarz sportowy Igor Rabinier wydał książkę pt. „Jak Rosja dostała Mistrzostwa Świata w futbolu 2018. Śledztwo sportowo-polityczne”. Co ciekawe, jej pierwotny tytuł „Czy Rosja kupiła mistrzostwa świata w futbolu 2018?” nie przeszedł przez szpony państwowej cenzury. Rabinier pisze w niej o licznych spotkaniach Blattera z prezydentem Władimirem Putinem. Do pierwszego miało dojść już w 2001 roku. W kolejnych latach szef FIFA był zapraszany przez jedną z najbardziej wpływowych głów państw do prezydenckiej rezydencji w Nowo-Ogarowie. Spotkania obu panów stawały się coraz częstsze i nasiliły się w latach 2008-2012. W międzyczasie Putin zdążył publicznie nazwać Blattera „swoim drogim przyjacielem”. Zaledwie kilka chwil po ogłoszeniu gospodarza Mundialu 2018, wspomnianego 2 grudnia 2010 roku, rosyjski władca pojawił się znienacka w Zurychu na konferencji prasowej, na której podkreślał: „To zwycięstwo jest absolutnie niespodziewane. Jesteśmy zaszczyceni, że wygraliśmy tę trudną i uczciwą walkę”. Jego przemówienie było znacznie dłuższe i, co szczególnie ciekawe, w całości wypowiedziane po angielsku. Prezydent Rosji bardzo rzadko udziela publicznych wypowiedzi w obcym języku. Dla węszycieli teorii spiskowej stanowiło to kolejne potwierdzenie przypuszczeń, że już od dawna wiedział o fakcie wygrania wyścigu o czempionat, przez co dokładnie przygotował się do wypowiedzi. Najgorzej wieść o zwycięstwie Rosji przyjęto w Anglii. Dzień po ogłoszeniu wyników okładki największych brytyjskich gazet grzmiały o oszustwie, korupcji, skandalu i ustawce. Wyspiarze wynajęli nawet grupy detektywistyczne zatrudniające byłych agentów wywiadu MI6, którzy mieli zdobyć dowody na oszustwo i wywołać wielki, międzynarodowy skandal. Ostatecznie nie udało im się znaleźć oznak rzekomych przekrętów. Gdzieniegdzie mówi się, że Rosja Mundialu nie kupiła, a wykorzystała stare, dobre znajomości. Na tym polu wykazać mieli się przede wszystkim rosyjscy oligarchowie, żyjący w bardzo dobrych relacjach z Putinem. Komitet organizacyjny był znakomicie przygotowany, a czołową rolę odegrał właściciel Chelsea, Roman Abramowicz. Podczas Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki w 2010 roku właściciel Chelsea został nakryty przez jednego z agentów MI6 na prywatnej rozmowie z Blatterem. Już wtedy w głowach Anglików zapaliło się światło ostrzegawcze. W eliminacjach do Mistrzostw Świata wystartowało aż 208 reprezentacji narodowych. Po niezłym występie na Euro 2016 reprezentacja Polski została ogłoszona zdecydowanym faworytem grupy, w której przyszło jej się mierzyć z Danią, Rumunią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią. Choć zbieranie punktów czasami rodziło się w bólach, Biało-Czerwoni zajęli pierwsze miejsce i po 12 latach nieobecności wrócili na Mundial. Finałową stawkę uzupełnili: Rosja, jako gospodarz, oraz Arabia Saudyjska, Australia, Iran, Japonia, Korea Południowa, Egipt, Maroko, Nigeria, Senegal, Tunezja, Kostaryka, Meksyk, Panama, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Peru, Urugwaj, Anglia, Belgia, Chorwacja, Dania, Francja, Hiszpania, Islandia, Niemcy, Portugalia, Serbia, Szwajcaria i Szwecja. Panama i Islandia wywalczyły awans po raz pierwszy w historii, ponadto licząca niespełna 340 tys. mieszkańców Islandia została najmniejszym państwem, jaki kiedykolwiek wystąpił na światowym czempionacie. Zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, drużyny zostały podzielone na osiem czterozespołowych grup:
Grupa A: Arabia Saudyjska, Egipt, Rosja, Urugwaj
Grupa B: Hiszpania, Iran, Maroko, Portugalia
Grupa C: Australia, Dania, Francja, Peru
Grupa D: Argentyna, Chorwacja, Islandia, Nigeria
Grupa E: Brazylia, Kostaryka, Serbia, Szwajcaria
Grupa F: Korea Południowa, Meksyk, Niemcy, Szwecja
Grupa G: Anglia, Belgia, Panama, Tunezja
Grupa H: Japonia, Kolumbia, Polska, Senegal
11
Marsylianka na Łużnikach:
Organizacja Mistrzostw Świata w 2018 roku została powierzona największemu państwu na świecie, Rosji. Pomimo tego, że wybór gospodarza wywołał masę wątpliwości i podejrzeń, nikt po zakończeniu imprezy nie narzekał na poziom jej organizacji. Co więcej, szerokie grono fachowców i kibiców uznało turniej za najlepszy w historii. Czym zaskakiwał? W jakich rankingach okazał się bezapelacyjnie wyjątkowy? Jak spisały się nowe technologie, po raz pierwszy zastosowane podczas meczów tej rangi? Dlaczego nie tylko Francuzi, którzy okazali się najlepsi, zostali powitani w swoim kraju jak zwycięzcy? Tego dowiecie się w odpowiedzi do tego komentarza.
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj
11
Początek ciężkich czasów:
Dyktatura Miguela Primo de Rivery w latach 20-tych prześladowała liczne instytucje. Rozwiązano na przykład Mancomunitat de Catalunya(instytucja opowiadająca się za autonomią Barcelony). Zamknięto także wiele stowarzyszeń i organizacji. To samo w 1925 r. spotkało stowarzyszenie chóralne Orfeo Catala, założone w 1891 r. i zamknięte z nakazu rządu. To zdarzenie spowodowało iż FC Barcelona postanowiła zorganizować mecz w hołdzie chórowi. Wybrano dzień 14 czerwca 1925 r. a rywalem Barçy był Club Esportiu Jupiter. Żeby przyciągnąć więcej widzów na Estadio Camp de Les Corts, Arthur Witty, jeden z założycieli klubu, zaprosił zespół muzyczny ze statku floty angielskiej, który zacumował w barcelońskim porcie. Przed rozpoczęciem meczu zespół odegrał Marsz Królewski(hiszpański hymn), przywitany przez 14 tysięcy obecnych na trybunach kibiców głośnymi gwizdami. Reakcja ta zepsuła nastroje angielskich muzyków, którzy zaczeli co raz bardziej fałszować. Następnie zespół wykonał ,, God save the Queen". Królewski hymn brytyjski według jednych źródeł wysłuchany został przy godnej szacunku ciszy a według innych przy ogłuszającym aplauzie barcelońskich kibiców. Dwa dni później klub dostał komunikat od Rządu Cywilnego, w którym zawiadamiano o wszczęciu postępowania za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu, ,,oznaczające oscentacyjną niechęć do Hiszpanii". Postępowanie opierało się na raporcie przygotowanym przez komendantów policji. Ostatecznie ówczesny gubernator cywilny miasta Joaquim Milans de Bosch, przesłał list do FC Barcelony, komunikując w nim o zawieszeniu wszelkiej działalności klubu na 6 miesięcy(później kare zredukowano na 3 miesiące). Dwa dni później w siedzibie Barçy zjawiła się policja żeby zamknąć i zapieczętować drzwi lokalu. Zawieszenie działalności klubu pociągneło za sobą odejście ze stanowiska Joana Gampera i wygnanie go z kraju, co w efekcie po kilku latach skutkowało popełnieniem samobójstwa przez niego. Później założyciel Barcy przyznał iż dzień, w którym policja zamkneła siedzibe przy Placa de Teatre, był ,,najsmutniejszym w moim życiu". Po jego przymusowym odejściu funkcję prezydenta klubu objął arystokrata Arcadi Balaguer, bliski przyjaciel króla Alfonsa XIII.
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@patataj
8
Wcale im się nie dziwie, gdzie oni znajdą na już takiego snajpera jak Robert? Nawet za 100 milionów mogą nie znaleźć takiej strzeleckiej legendy.