0

@FCBparasiempre
Już po dziesięciu minutach wiedziałem, że nie odrobimy strat z Chorzowa. Wasi piłkarze zniechęcili moich zawodników do gry, ponadto kadrowicze, a to Bransch, Kurbjuweit, Weise, Ducke, Vogel i Stein odczuwali jeszcze skutki sobotniego meczu w Tiranie i nie zagrali na swoim normalnym poziomie – tłumaczył po meczu trener Hans-Joachim Meyer na łamach Trybuny Robotniczej. W kolejnej rundzie Ruch trafił na Honvéd Budapeszt. Węgierski futbol w ciągu ostatnich lat dość sporo stracił na znaczeniu w Europie. Jednak fakt, że reprezentacja zdołała się zakwalifikować do finałów Euro ’72, sprawiał, że nie wolno było Węgrów lekceważyć. Ruch był jesienią w znakomitej formie. Pewnie liderował ligowej stawce i zanotował tylko jedną porażkę (1:3 z Szombierkami). Do Budapesztu zespół jechał w dobrych nastrojach dzięki ligowej serii trzech zwycięstw z rzędu. Na miejscu jednak polscy napastnicy razili nieskutecznością, dzięki czemu Węgrzy po dwóch trafienia László Pusztaia pewnie wygrali 2:0. Jan Benigier dodatkowo po latach narzekał na bardzo mocne żółte światło, które bardzo przeszkadzało jemu i jego kolegom. Chorzowianie jednak zaprezentowali się z na tyle dobrej strony, że belgijski sędzia Vital Loraux prognozował, że jeśli w rewanżu zagrają beż nerwów, to powinni wygrać dość spokojnie. Spokoju próżno było szukać po meczu w wypowiedziach trenera Vičana. Niestety bez ataku nie da się dziś grać nowoczesnego futbolu. Nie wykorzystaliśmy 4-5 pewnych pozycji. Nie wyróżniam w swoim zespole nikogo. W polu graliśmy nieźle, ale niestety nieskutecznie – oceniał szkoleniowiec. Lepszej gry po wicemistrzach Polski spodziewali się też Węgrzy. Prasa zauważała, że chorzowianie oddali sporo strzałów, ale w większości niecelnych. Rozczarowany postawą Ruchu był trener József Mészáros. Myślałem, że Ruch zaprezentuje się lepiej. Takie też było nastawienie moich zawodników, którzy przed spotkaniem z Polakami czuli duży respekt. Potem okazało się, że przy bardziej skutecznej grze mogliśmy wygrać 3:0 lub jeszcze wyżej. Choć wiem, że Ruch nie zagrał dziś najlepiej, to jednak sądzę, że po rewanżowym spotkaniu w Chorzowie, właśnie my awansujemy do finałowej ósemki – mówił węgierski szkoleniowiec. Rewanż miał się odbyć 12 grudnia. Cztery dni wcześniej Ruch bezbramkowo zremisował na wyjeździe z Legią i z przewagą trzech punktów nad Stalą Mielec został mistrzem jesieni. Nastroje przed spotkaniem z Honvédem były raczej stonowane. Wierzono, że chorzowski zespół stać na odrobienie strat, ale jednocześnie zauważano, że nie będzie to takie łatwe. Przede wszystkim narzucić swój sposób gry. Zmusić Węgrów do przyjęcia gry szybkiej, połączonej z częstymi zmianami pozycji. A więc atak non stop. Obrona Honvédu nie robi wrażenia trwałego monolitu. Następnie niezbędne jest wyłączenie z gry Kocsisa. I trzecie, bardzo istotne: zwiększyć skuteczność strzałową. Powrót Joachima Marksa jest w tym względzie dużym wzmocnieniem. Reasumując – zadanie trudne, lecz realne – radził na łamach Piłki Nożnej Mieczysław Szymkowiak. Trzy dni przed meczem Vičan zebrał swoich zawodników w znanym ośrodku w Kamieniu koło Rybnika. Tam w spokoju chciał przygotować ich do decydującego pojedynku z Węgrami.

Początek grudnia był dość mroźny, więc oprócz dobrego wejścia w mecz i narzucenia swojego stylu, kluczowym elementem był też właściwy dobór obuwia. Na oblodzonym boisku trudno grać w zwykłych butach. Polscy piłkarze, którzy zwykle z zazdrością patrzyli na sprzęt, jakim dysponowali rywale, tym razem okazali się sprytniejsi. Przed meczem zgłosili się do klubowego szewca i poprosili o przygotowanie butów ze skórzanymi wkrętami. Te wkręty skórzane charakteryzowały się tym, że po kilku minutach biegania w takiej zmarzlinie skóra się ściera z kołków, a gwoździe nabijane zostają. Można było wtedy uzyskać doskonałą przyczepność. Jedynym problemem byli sędziowie. Wychodziliśmy na boisko w butach na kołkach metalowych. Sędziowie sprawdzili. Było ok. Dopuścili nas do gry. Ruch zgodnie ze swoim zwyczajem wybiegał na koło i dopiero potem się ustawiał, pozdrawiając kibiców. Po pozdrowieniu kibiców była króciutka rozgrzewka, no i my w tym czasie pozmienialiśmy buty. Przez pierwsze minuty Honvéd był dla nas partnerem do gry, ale za chwilę myśmy grali, a oni się ślizgali – opowiadał w swojej biografii Jan Benigier. Honvéd przyjechał do Chorzowa głównie po to, by bronić dwubramkowej zaliczki. Jednak nie od dzisiaj wiadomo, że 2:0 to bardzo niebezpieczny wynik. Wyjście na boisko z defensywnym nastawieniem nie sprawdziło się w przypadku Węgrów najlepiej. Równorzędnym rywalem dla chorzowian byli tylko przez pierwsze pół godziny gry. Trzeba jednak odnotować, że po strzale głową Mihálya Kozmy piłka trafiła w poprzeczkę. Pierwszy szyki obronne Madziarów złamał Józef Bon w 34. minucie silnym uderzeniem z 18 metrów. Do końca pierwszej odsłony wynik nie uległ zmianie i do szatni Ruch schodził przy jednobramkowym prowadzeniu. Przerwę zawodnicy spędzili głównie na szykowaniu obuwia. Trzeba było od nowa kombinować, przekręcać kołki a przecież za dużo butów nie mieliśmy, kołków też nie za wiele. Niektórzy mieli pół metalowe, pół skórzane – mówił Benigier. W drugiej połowie worek z bramkami pierwszy rozwiązał rozgrywający znakomity mecz Józef Kopicera. Później trafiali jeszcze Marx i Bula, a w 72. pięknym uderzeniem bezpośrednio z rzutu rożnego wynik na 5:0 ustalił Kopicera. W rozmowie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego zawodnik wspominał, że przy drugim jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego bramkę zapisano Joachimowi Marxowi, ale ten później zarzekał się, że piłki wcale wówczas nie dotknął. Ruch zdeklasował Honvéd i utarł nosa szkoleniowcowi rywali. Oni byli pewni, że przejdą. Na mecz w Chorzowie przylecieli sobie czarterem, a następnie zażądali szampana i kawioru. Zemściliśmy się i zamiast tamtych rzeczy, dostali tylko wodę i sandwiche – wspominał Marx. Benigier z kolei podkreślał, że dzięki odpowiedniemu obuwiu mieli zupełnie inny komfort psychiczny. Wtedy wiesz, że się zatrzymasz, obrócisz, wykonasz to, co zamierzasz. Największy komplement powiedział nam trener Vičan, który stwierdził, że wierzył w nasze zwycięstwo, ale że awansujemy, to już nie bardzo. Tymczasem udowodniliśmy mu, że mamy charakter – opowiadał napastnik. Swoją grą chorzowianie wzbudzili uznanie nie tylko wśród 10 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców. Ich klasę doceniano również na łamach prasy. Kibice zgotowali piłkarzom długotrwałą owację, dziękując im w ten sposób za wspaniały pokaz nowoczesnego futbolu, poparty wyjątkową skutecznością. Jeśli wziąć pod uwagę współczynnik trudności, stworzony przez anormalne warunki gry, to widzowie byli świadkami wspaniałego widowiska piłkarskiego – pisano w Sporcie. Wyeliminowanie Węgrów oznaczało, że po raz pierwszy w historii polski klub znalazł się w gronie ośmiu najlepszych drużyn Pucharu UEFA. Jak dotąd najdalej w tych rozgrywkach dotarła warszawska Legia – 1/8 finału w sezonie 1968/69. Po przeprowadzonym 17 stycznia losowaniu okazało się, że rywalem chorzowian w walce o ćwierćfinał będzie Feyenoord.

Holendrzy w drugiej rundzie odprawili warszawską Gwardię, więc spotkanie z polskim futbolem nie było dla nich niczym nowym. Inna sprawa, że Ruch prezentował dużo wyższy poziom niż zespół z Warszawy. Po świąteczno-noworocznym odpoczynku piłkarze wznowili treningi już 3 stycznia. Z dnia na dzień Vičan aplikował swoim zawodnikom coraz większe obciążenia. Był zdania, że zespół niczego tak naprawdę jeszcze nie wygrał i po latach nikt nie pamięta drugich czy trzecich miejsc. Nie chciał niczego zostawiać przypadkowi i dbał o najmniejsze szczegóły z odnową biologiczną i załatwianiem spraw pozasportowych włącznie. Jeszcze przed losowaniem trener podkreślał, że dużo będzie zależało od przebiegu przygotowań. W rozgrywkach pucharowych nawet z teoretycznie słabszym przeciwnikiem trzeba grać dobrze. Będę bardziej zadowolony, jeśli nasze przygotowania przebiegać będą bez zakłóceń i kontuzji. Wówczas będzie można myśleć o awansie do półfinału – mówił słowacki szkoleniowiec. W ramach przygotowań do wznowienia sezonu planował wybrać się z drużyną na zgrupowanie do Jugosławii, ale wyjazd ten ostatecznie nie doszedł do skutku. Zamiast nad Adriatyk Ruch udał się do RFN, gdzie rozegrał sparingi z Fortuną Düsseldorf i Stuttgarter Kickers. W kraju chorzowianie rozegrali mecz kontrolne z Piastem Gliwice i AKS Niwka. Pierwszy raz na boiska w oficjalnym meczu wrócili 27 lutego w wygranym łatwo 5:0 spotkaniu z Uranią Ruda Śląska w Pucharze Polski. Mecz z Feyenoordem zaplanowano na godzinę 17:00 w środę 6 marca. Rozgrywki ligowe miały ruszyć w weekend, więc starcie z Holendrami było pierwszym poważnym testem dla chorzowian. I to od razu takim, w którym miejsca na błędy było bardzo mało. Do meczu piłkarze w spokoju przygotowywali się w Kamieniu. Vičan nie mógł jednak skorzystać ze wszystkich zawodników. Józef Bon był zawieszony, a Joachim Marx ciągle odczuwał skutki urazu, którego doznał w meczu z Uranią i jego występ nie był pewny. Ostatecznie jednak napastnik zdążył się wykurować i wybiegł na boisko w pierwszej jedenastce. 30 tys. kibiców było świadkami znakomitego początku w wykonaniu Ruchu. Przed pierwsze pół godziny mieli ogromną przewagę. Na bramkę Holendrów sunął atak za atakiem, ale między słupami świetnie spisywał się Eddy Treytel. Chorzowscy napastnicy trzykrotnie dochodzili do sytuacji sam na sam, ale nie byli w stanie ich wykorzystać. Nie wykorzystano żadnej, gdyż zawodnikom w rażący sposób dokuczał brak obycia meczowego. Po zimowej przerwie nie mają opanowanych odruchów, które na polu karnym przeciwnika decydują o powodzeniu akcji, brakuje tak potrzebnej precyzji w strzałach. Zagraniczne tournée nie zniwelowało mankamentów – oceniał po meczu Antoni Piontek na łamach Piłki Nożnej. Holendrzy przede wszystkim skupiali się na zamurowaniu dostępu do własnej bramki i rozbijaniu ataków Polaków. Świetnie się ustawiali i grali z żelazną konsekwencją. Ruch nie był w stanie narzucić im swojego stylu gry i z ciężko wypracowanej przewagi niewiele tak naprawdę wynikało. Bez przesady można użyć sformułowania, że jest to „antyfutbol” i to w najbardziej wysublimowanej formie – pisał o grze Feyenoordu Piontek w Piłce Nożnej. Cierpliwa gra gości została nagrodzona w 77. minucie spotkania. Wtedy to świeżo wprowadzony na boisko Lex Schoenmaker płaskim strzałem z bliskiej odległości pokonał Piotra Czaję. ,,Ruch stanął przed ciężką próbą, ale szczęśliwie udało się wyrównać tuż przed końcowym gwizdkiem. Strzelcem gola był najlepszy tego dnia w drużynie Niebieskich Zygmunt Maszczyk. Na chorzowian podziałało to jak zimny prysznic, ale przecież w tym momencie nie zrezygnowali jeszcze z walki. Przypuścili desperacki szturm uwieńczony powodzeniem w 90. minucie gry. Bula sprytnie wyegzekwował rzut wolny. Marx przedłużył podanie do Maszczyka, który z kilku metrów dopełnił formalności. Na zwycięską bramkę zabrakło już czasu” – pisano o reakcji na straconego gola w prasie.

Po meczu sporo zarzutów płynęło w stronę sędziego Kennetha Burnsa z Anglii, który miał faworyzować zespół gości. Niektórym nie podobały się jego pomeczowe wypowiedzi. Obie drużyny walczyły fair, zresztą rzadko dochodziło do twardych, bezpośrednich starć. Zespół Feyenoordu sprawiał wrażenie znacznie bardziej dojrzałego i sądzę, że Polacy byli bezsilni, nie mogli dokonać niczego więcej – mówił po końcowym gwizdku angielski arbiter. Vičan, który rzadko wypowiadał się na temat pracy sędziów, tym razem zarzucał Burnsowi, że przekroczył chyba zasady obiektywizmu i zasugerował, że mógł być zafascynowany sławą Feyenoordu. Przyczyn remisu doszukiwał się jednak w tym, że Ruch dopiero wracał do gry po przerwie zimowej, a rywale ciągle byli w rytmie meczowym. W konfrontacji z tak silnym przeciwnikiem należało się spodziewać, że wyjdą na wierzch wszystkie mankamenty zespołu, które nierzadko dawały o sobie znać, nawet w okresie szczytowej formy Niebieskich. A cóż dopiero w sytuacji, kiedy my dopiero sposobimy się do trudów sezonu, a Holendrzy, toczący bez przerwy ligowe potyczki, są niemal u szczytu formy, obyciem meczowym wyraźnie przewyższają naszych piłkarzy – oceniał słowacki trener. Przed rewanżem w dużo lepszej sytuacji byli piłkarze Feyenoordu. Ruch przed wyjazdem do Rotterdamu rozegrał dwa spotkania – jedno w lidze z Polonią Bytom (0:0) i w pucharze z Garbarnią Kraków (3:0). 17 marca miał być jeszcze rozegrany mecz z Zagłębiem Sosnowiec, ale zdecydowano się go przełożyć i wszystko podporządkować rewanżowemu starciu z Holendrami. Przygotowania jednak nie przebiegały bez zakłóceń. W meczu z Garbarnią urazów doznali Bula i Wasilewski (choć obaj zdołali wyleczyć się do meczu). Fatalną informacją była też kontuzja Benigiera, który nie mógł lecieć z drużyną do Rotterdamu. Jego miejsce w składzie zajął Stefan Herisz. Po krótkim zgrupowaniu zespół wyczarterowanym samolotem udał się do Holandii. Na De Kuip początkowo role nieco się odwróciły. Zmuszeni do ataku pozycyjnego gospodarze nie potrafili przebić się formacje obronne chorzowian. Piłkarze Ruchu zagrali niezwykle dojrzale i z dużym spokojem. Tym razem to ich cierpliwość została wynagrodzona i to całkiem szybko. Już w 19. minucie Joachim Marx otrzymał podanie z drugiej linii, przebiegł kilkanaście metrów i uderzył na bramkę Treytela. Piłka odbiła się po drodze od Joopa van Daele i myląc bramkarza, wpadła do siatki. Do przerwy mimo usilnych starań Holendrów wynik nie uległ już zmianie. Sytuacja zmieniła się dziesięć minut po wznowieniu gry. Wtedy to w polu karnym wślizgiem interweniował Marian Ostafiński. Prowadzący spotkanie Franz Wöhrer z Austrii uznał, że Theo de Jong był faulowany i wskazał na jedenasty metr. Lex Schoenmaker zamienił karnego na gola i wszystko zaczęło się od początku. Po meczu nie brakowało opinii, że arbiter pospieszył się z decyzją o podyktowaniu jedenastki. Trener Holendrów Wiel Coerver przyznał, że karny był problematyczny, a występujący wówczas w holenderskim SC Telstar były gracz Szombierek Jerzy Wilim wprost twierdził, że sędzia skrzywdził chorzowian. Dla mnie rzut karny był prezentem sędziego, ale jestem przekonany, że prędzej czy później podyktowałby on jedenastkę. Arbiter brał wyraźnie stronę Feyenoordu – mówił na łamach prasy Polak. Stracony gol podciął skrzydła Polakom, ale dzielenie stawiali opór Holendrom. W zespole Feyenoordu występowali m.in. Wim Rijsbergen, Wim Jansen, Willem van Hanegem i Theo de Jong, którzy kilka miesięcy później zagrają w finale mistrzostw świata. Żaden z nich jednak nie znalazł sposobu na chorzowską obronę i żeby wyłonić zwycięzcę, potrzebna była dogrywka. Biednych zawsze biją. Najgorzej arbiter nie sędziował, aż doszło do dogrywki. Chodziło o to, że padał deszcz i przed rozpoczęciem doliczonego czasu gry myśmy zostali na boisku, a piłkarze holenderscy zeszli do szatni i wrócili za jakieś 20 minut przebrani w suche stroje. I ruszyli na nas, jakby każdy z nich połknął pół butli tlenu – wspominał po latach Piotr Czaja. Nadzieje Polaków na wygraną prysnęły już w pierwszych minutach dogrywki. Po celnym uderzaniu głową de Jonga zrobiło się 2:1 dla gospodarzy. To wyraźnie odebrało wiarę bardzo zmęczonym zawodnikom Ruchu. Widząc zrezygnowanie w szeregach chorzowian, Holendrzy zaatakowali raz jeszcze i w 94. minucie Schoenmaker trafił na 3:1 i ustalił wynik meczu.


1

@FCBparasiempre
Lata 70-te to piękny czas dla polskiego futbolu. Reprezentacja grała jak równy z równym z najlepszymi ekipami na świecie. Zdobyliśmy złote medale na igrzyskach w Monachium i srebrne na mistrzostwach świata w RFN. Potrafiliśmy zdeklasować w Chorzowie Holendrów, a polscy piłkarze wzbudzali respekt i zyskali sobie szacunek w całym piłkarskim świecie. Nieco w cieniu sukcesów drużyny Kazimierza Górskiego kolejne złote rozdziały do swojej bogatej historii dopisywał chorzowski Ruch. To właśnie zespół z Chorzowa był tym, który w 1968 r. przerwał wspaniałą serię Górnika Zabrze i zakończył pięcioletni okres dominacji lokalnego rywala w lidze. Później do głosu doszła też warszawska Legia ale Ruch wcale nie odstawał. W 1970 r. klub obchodził 50-tą rocznicę powstania. Jubileusz ten uświetniło zdobycie przez drużynę Tadeusz Forysia tytułów wicemistrzowskich. Jednak kiedy w następnym sezonie stało się jasne, że mistrzostwa nie uda się zdobyć, to trener ustąpił ze stanowiska jeszcze przed końcem rozgrywek. Działacze postanowili powierzyć zespół fachowcowi z zagranicy. Nie bez wpływu na tę decyzję były sukcesy, jakie Legia odnosiła pod wodzą Jaroslava Vejvody, a Górnik pod batutą Gézy Kalocsaya. Włodarze oddali drużynę w ręce Słowaka Michala Vičana. Nie był to jednak pierwszy lepszy Słowak, lecz wielkiej klasy fachowiec. Miał za sobą występy w reprezentacji Czechosłowacji i był jednym z najbardziej znanych graczy Slovana Bratysława. To właśnie jako trener Slovana zdobył uznanie w Europie. W 1969 r. jego zespół jako pierwszy zza żelaznej kurtyny triumfował w europejskich rozgrywkach. 21 maja w finale Pucharu Zdobywców Pucharów na St. Jakob-Stadion w Bazylei pokonali 3:2 Barcelonę. Słowak zaprowadził w klubie nowe porządki. Dzięki swoim znajomościom załatwił piłkarzom sprzęt najlepszej jakości od Pumy. Nie było też problemów ze znalezieniem klasowych sparingpartnerów. Od samego początku stawiał na bardzo ciężkie treningi i chciał wypracować u swoich podopiecznych automatyzmy, żeby nic ich nie mogło zaskoczyć na boisku. Mieliśmy tylko biegać. Sto metrów, dwieście metrów, trzysta metrów. Ciężko było, a Vičan tylko popędzał: „szybciej, szybciej”. Potem wracaliśmy do ośrodka, wykąpaliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Zaraz potem trener zrobił odprawę i wyjaśnił, jaka jest jego idea pracy – wspominał początki obozu treningowego w Trzyńcu Antoni Piechniczek. Przez dwa tygodnie fundował swoim zawodnikom poranne biegowe treningi interwałowe, a popołudniami intensywne zajęcie z piłkami. Niektórzy, zwłaszcza starsi zawodnicy mieli problemy, żeby wytrzymać takie obciążenia. Szybko jednak okazało się, że jego metody są skuteczne i zdobył u swoich piłkarzy bardzo duży autorytet. Może trochę się go nawet bali, ale jednocześnie szanowali, a sam trener też zyskiwał przy bliższym poznaniu. Dla niego nie istniało coś takiego jak życie rodzinne, tylko futbol. Był strasznie wymagającym, ale jednocześnie uczuciowym człowiekiem. Jak byliśmy na wyjeździe, to chodził po wszystkich pokojach i z każdym rozmawiał, ale był też bardzo wymagający. Jego treningi, które wprowadził były na ten czas rewelacyjne – wspominał Joachim Marx w wywiadzie dla naszego portalu.

Pierwszy sezon chorzowian w lidze pod wodzą Słowaka nie był imponujący. Ruch rozgrywki zakończył na czwartym miejscu, co stanowiło mały krok naprzód w porównaniu z poprzednią kampanią. W samym zespole nie doszło do żadnych rewolucyjnych zmian. Trener oceniał przydatność zawodników, których miał do dyspozycji w walce o odzyskanie tytułu. Niektórzy starsi piłkarze, tacy jak Antoni Nieroba czy Antoni Piechniczek przymierzali się powoli do zakończenia kariery i spróbowania swoich sił w roli szkoleniowców. Czwarta pozycja to było jednak za mało dla ambitnego Słowaka, więc w klubie musiało pojawić się kilku nowych graczy. Wiosną 1972 r. w zespole zadebiutowali przychodzący z Piasta Gliwice Józef Kopicera i Józef Bon, którego sprowadzono z Hutnika Kraków.



Po zakończeniu sezonu w Chorzowie zameldowali się kolejni nowi zawodnicy. Konrad Bajgier z bytomskiej Polonii zajął miejsce Jana Rudnowa na prawej obronie, a kończącego karierę Antoniego Nierobę miał zastąpić Marian Ostafiński, który zdecydował się opuścić Stal Rzeszów po tym, jak ta spadła do II ligi. Kolejnym wzmocnieniem był Jan Benigier, który przyszedł z bydgoskiej Zawiszy, a także Janusz Żmijewski. Ten ostatni jednak nie zrobił w Chorzowie wielkiej kariery. Zbliżał się już do końca kariery, a przy swoim trybie życia i zamiłowaniu do zabawy u trenera Vičana zwyczajnie nie był w stanie na dobre zaistnieć. Jesienią Ruch stanął przed szansą zaprezentowania się w europejskich pucharach. Po wylosowaniu w pierwszej rundzie tureckiego Fenerbahçe nastroje w klubie były optymistyczne i wszyscy spodziewali się łatwej przeprawy. Turecki futbol ciągle był jeszcze wówczas na peryferiach wielkiej, europejskiej piłki. Po łatwej wygranej 3:0 w Chorzowie przyszedł czas na rewanż w Stambule, gdzie Turcy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony przed swoimi fanatycznymi kibicami. Polaków jednak bardziej chyba wtedy interesowała możliwość zarobienia na sprzedaży zabranych z kraju kryształów i przegrali 0:1. W drugiej rundzie trafili na Dynamo Drezno. Porażka 0:1 na własnym boisku znacząco ograniczyła szanse na awans. Zespół z NRD miał w swoich szeregach kilku reprezentantów i postawił chorzowianom bardzo twarde warunki. W Dreźnie Dynamo pewnie wygrało 3:0 i Ruch mógł skupić się na lidze. Pierwszy raz w moim życiu spotkałem się z obrońcą, który mnie tak pilnował, że miał pianę w ustach. I to nie jest przenośnia. Teraz po latach myślę, że coś brali. To nie było normalne – wspominał mecz z Niemcami Jan Benigier. Falstart w europejskich pucharach był cenną lekcją, której owoce Ruch miał zebrać w kolejnym sezonie. Po odpadnięciu z Pucharu UEFA bardzo dobrze prezentowali się w lidze. Rundę jesienną zakończyli na drugim miejscu w tabeli i tylko stosunkiem bramek ustępowali lokalnemu rywalowi z Zabrza. Zimą drużyna wyjechała na tournée do Ameryki Południowej, ale wiosną w lidze prezentowała się nieco słabiej. Przez moment wypadli nawet poza czołową piątkę. Pojawiły się zarzuty, że treningi Vičana są dla zawodników zbyt obciążające.

Ruch zawsze grał słabiej wiosną niż jesienią. Przyczyną nie są ani ciężkie ćwiczenia, ani wyjazd do Ameryki. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Ci sami piłkarze za rok będą zbierali wyłącznie pochwały – odpowiadał na krytykę słowacki szkoleniowiec. Czas miał pokazać, że Vičan okaże się dobrym prorokiem. Sezon 1972/73 Ruch Chorzów zakończył na drugim miejscu. O sile drużyny, która miała jesienią bardzo dobrze zaprezentować się w Europie, stanowiła trójka złotych medalistów olimpijskich z Monachium, czyli Marian Ostafiński, Zygmunt Maszczyk i Joachim Marx. Oprócz nich jednak w zespole nie brakowało innych utalentowanych piłkarzy. Partnerem twardo i dobrze grającego głową Mariana Ostafińskiego na środku defensywy był Jerzy Wyrobek, który mimo skromnych warunków fizycznych znakomicie potrafił się ustawiać i imponował orientacją na boisku. Na bokach obrony grali wspomniany już wyżej Konrad Bajgier, który miał za sobą występy z Polonią Bytom w amerykańskiej Interlidze i dobrze spisywał się również w ofensywie oraz szybki i zwrotny Piotr Drzewiecki, który całą swoją karierę spędził w Ruchu, ale któremu kontuzje uniemożliwiły pełne wykorzystanie talentu. Między słupkami niepodważalną pozycję miał ocierający się o występy w reprezentacji Piotr Czaja. W drugiej linii obok znakomitego, zawsze dającego z siebie sto procent Zygmunta Maszczyka, występował często Józef Bon. Obaj świetnie się uzupełniali. Bon oprócz szybkości budził podziw nieustępliwością i zaangażowaniem. Za kreowanie akcji odpowiedzialny był Bronisław Bula. Ten filigranowy, obdarzony cudowną techniką i zmysłem do gry kombinacyjnej piłkarz był jednym z filarów zespołu. Świetnie spisywał się w roli reżysera gry, a trener Górski przy wyborze rozgrywającego miał nie lada orzech do zgryzienia, ale ostatecznie jednak wybrał Deynę. Przez brak sukcesów z reprezentacją Bula jest dzisiaj trochę niedoceniany poza Chorzowem, choć przez lata udowadniał, że piłkarzem jest naprawdę wybitnym. Kolejnym ważnym ogniwem zespołu był Józef Kopicera. Z powodzeniem występował zarówno w ataku, jak i w drugiej linii. Miał fenomenalnie ułożoną lewą nogę, a jego dośrodkowania z rzutów różnych zawsze były bardzo groźne. Kilka razy udało mu się nawet zdobyć bramki bezpośrednio z kornerów. W ataku błyszczał bardzo szybki i obdarzony świetnym instynktem strzeleckim Joachim Marx. Najczęściej partnerował mu równie szybki Jan Benigier, a pierwszym zmiennikiem obu napastników był utalentowany Stefan Herisz. Nowy sezon podopieczni trenera Vičana zaczęli bardzo dobrze. W pierwszych pięciu kolejkach ligowych strzelili rywalom aż 16 bramek. Cztery razy wygrali i raz zremisowali. Ich rywalem w pierwszej rundzie Pucharu UEFA był niemiecki zespół Wuppertaler SV. W szeregach rywali próżno było szukać wielkich nazwisk, ale czwarte miejsce na finiszu Bundesligi w poprzednim sezonie musiało budzić respekt. Z szacunkiem do rywali podchodzili także piłkarze. Trudno było wówczas o jakieś wartościowe informacje o przeciwniku, więc nie wiadomo było, czego można się spodziewać po Niemcach. Zwłaszcza że niemiecka piłka była wówczas w ścisłej europejskiej czołówce. Polski futbol jednak wcale nie był gorszy. W Chorzowie Ruch zagrał bez kompleksów i pewnie wygrał 4:1. Wynik już w 8. minucie otworzył Bula, a tuż po przerwie Marx podwyższył na 2:0. Na niespełna 20 minut przed końcem kontaktowego gola zdobył z rzutu karnego Jürgen Kohle, ale już chwilę później trzecią bramkę dla Ruchu zdobył świeżo wprowadzony na boisko Herisz. Wynik w 79. minucie ustalił Maszczyk. ,,Komplet widzów (40 tysięcy) na stadionie Ruchu obserwował gładkie zwycięstwo lidera polskiej ekstraklasy nad zachodnioniemiecką drużyną. W drużynie gospodarzy grali jak z nut Marx, Bula, Wyrobek i Ostafiński” – pisano w prasie po spotkaniu.

Również trener Vičan, zazwyczaj powściągliwy w pochwałach, chwalił występ Marksa i Buli. Rewanż wydawał się formalnością. Trzybramkowa zaliczka sprawiła, że chorzowianie udali się do RFN w dobrych nastrojach, ale jednocześnie nie zamierzali lekceważyć rywali. Zrobiono nam wycieczkę przed meczem. Powozili nas i zaproponowali, tylko nie wiem, kto to był z ich strony, abyśmy im dali wygrać. Przekonując nas, że mamy premię za przejście do następnej rundy, a nie za wygranie tego konkretnego meczu. Oni natomiast wiedzieli, że na stadion przyjdzie masa ludzi i ich wygrana z polskim zespołem robi im niesamowicie dobrą robotę, jeśli chodzi o tzw. wizerunek – wspominał Benigier. Piłkarze jednak nie mieli zamiaru godzić się na żadne układy. Od początku więc ruszyli do ataku i starali się kontrolować mecz. W 8. minucie na listę strzelców wpisał się Benigier i wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jednak w 32. minucie niemiecki zespół zdołał wyrównać i rozpoczęło się strzelanie na całego. Do przerwy padły jeszcze trzy bramki i do szatni Ruch schodził, prowadząc 3:2. Krótko po przerwie zrobiło się 3:3, a gdyby Czaja nie obronił karnego w 58. minucie, mogłoby zrobić się nerwowo. Kiedy Bula strzelił na 4:3, stało się już raczej jasne, że to Ruch przejdzie dalej. Niemcy jednak grali do końca i zdołali wbić jeszcze dwie bramki. Ostatecznie wygrali 5:4, a kibice z pewnością na długo zapamiętali to widowisko. Najszczęśliwsi byli kibice. Zobaczyli dziewięć wspaniałych bramek. Mimo że odpadli, cieszyli się niesamowicie. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy dobry krok w kierunku budowy bardzo mocnego Ruchu Chorzów – opowiadał Benigier. W drugiej rundzie los sprawił, że rywalem chorzowskiego zespołu znowu będą Niemcy. Tym razem trafili na trzykrotnych mistrzów Oberligi NRD drużynę Carl-Zeiss Jena, która w poprzednim sezonie ukończyła rozgrywki na drugiej pozycji. W składzie miała kilku reprezentantów kraju, a w Chorzowie wszyscy dobrze pamiętali porażkę z drezdeńskim Dynamem sprzed roku. Dodatkowo pod znakiem zapytania stał występ Maszczyka i Marksa. Obaj mieli początkowo jechać z reprezentacją do Londynu, gdzie ważyły się losy eliminacji do mistrzostw świata, ale w ligowym spotkaniu z warszawską Gwardią doznali urazów, przez które musieli pauzować kilkanaście dni. W ubiegłym tygodniu obu chorych piłkarzy wizytował lekarz PZPN. Maszczykowi dwukrotnie już ściągano wodę z kolana, mimo to wysięk stale się powtarza. Marx nadal chodzi w bucie gipsowym i dopiero w najbliższych dniach ma zapaść decyzja, kiedy będzie mógł wznowić zajęcia – pisał na łamach Piłki Nożnej Janusz Jeleń. Ostatecznie jednak obaj piłkarze zdołali się wyleczyć i 24 października w pierwszym składzie wybiegli na boisko. Mimo przewagi własnego boiska Ruch dał się zepchnąć do defensywy. Pierwsze pół godziny gry przebiegało pod dyktando gości i to oni byli bliżej strzelenia bramki. Świetnie jednak spisywali się Ostafiński i Wyrobek, który w pewnym momencie uratował zespół, wybijając piłkę z pustej bramki. Dobre zawody rozgrywał też Czaja, który popisał się kilkoma klasowymi interwencjami. Przełamanie nadeszło w końcu w 38. minucie, kiedy Benigier dał Ruchowi prowadzenie. Gospodarze w sposób nietuzinkowy wyegzekwowali rzut wolny. Marx zagrał sprytnie do tyłu. Bula oddał mocny strzał i wypuszczoną przez bramkarza piłkę posłał Benigier nieuchronnie do siatki – pisano o pierwszej bramce. Po zmianie stron chorzowianie poszli za ciosem i już nie pozwolili rywalom na zbyt wiele. W 64. minucie po strzale Kopicery było już 2:0, a wynik na dziesięć minut przed końcem ustalił Bula. Na stadionie zgromadziło się 30 tys. kibiców, którzy z uznaniem oklaskiwali grę swoich ulubieńców. Ruch pewnym zwycięstwem potwierdził swoje wysokie aspiracje, ale żeby przypieczętować awans, trzeba jeszcze było osiągnąć korzystny wynik w rewanżu. W Jenie tym razem obyło się bez strzeleckiego festiwalu. Jedynym, na co stać było gospodarzy była bramka strzelona przez Bernda Branscha. Ruch co prawda przegrał 0:1, ale najważniejszy był awans do najlepszej szesnastki.


1

,,Niebiescy" w bólach ale jednak konsekwentnie zmierzają do Ekstraklasy! W związku z przypadającą rocznicą zwycięstwa Ruchu w ćwierćfinale Pucharu Europy z AS Saint Etienne 3:2, przedstawiam wam historie klubu z początku lat 70-tych. Dla zainteresowanych cały artykuł w odpowiedzi na mój komentarz.

,,Niebiescy” pod przywództwem Michala Vičana:

16

Futbol jakiego nie znaliście:

Komunistyczne władze NRD stworzyły swego rodzaju taśmę produkującą sportowców. W procesie tym nie liczyły się zasady czy przyzwoitość. Ważne było tu i teraz. Sukcesy tylko umacniały przekonanie, że postępowanie to jest właściwe. Co jednak, gdy sportowcy łamali narzucane reguły? Wówczas mogło dojść do tragedii… i doszło. Posłuchajcie historii piłkarza, który opuszczając granice Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wydał na siebie wyrok. Był nim Lutz Eigendorf. 5 marca 1983 roku. Lutz, wówczas gracz Eintrachtu Brunszwik, wracał do domu po meczu. W pewnym momencie naprzeciwko jego Alfy Romeo pojawiła się ciężarówka. Pędziła prosto na niego. Jej kierowca dodatkowo go oślepił światłami. Eigendorf chcąc uniknąć czołowego zderzenia zjechał z drogi. Niestety samochód uderzył w drzewo. Dwa dni później sportowiec zmarł w szpitalu. Ktoś mógłby pomyśleć – wypadek jakich wiele. Nie do końca. Eigendorf nie był zwykłym piłkarzem. Kilka lat wcześniej grał w Dynamie Berlin i uchodził za jednego z najbardziej utalentowanych zawodników swojego pokolenia. W 1979 roku wyjechał ze swoją drużyną na spotkanie z 1. FC Kaiserslautern. Nie wiadomo czy już wcześniej to planował, czy działał pod wpływem chwilowego impulsu, ale po wspomnianym meczu odłączył się od ekipy mistrza NRD, wsiadł do taksówki i wrócił do Kaiserslautern. Chciał zostać i grać dla „Die roten Teufel”. Działacze tego klubu przystali na jego propozycję, ale UEFA w związku z ucieczką z ojczystego kraju, nałożyła na niego karę rocznej dyskwalifikacji. Czy po upływie dwunastu miesięcy mógł zacząć normalną grę i życie? Nie. Dynamo Berlin było klubem milicyjnym. Chlubą Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej i jej szefa – Ericha Mielke. Gdy wspomniany jegomość dowiedział się, co zrobił Eigendorf (do tamtej chwili jeden z jego ulubionych graczy) wpadł w szał. W ciągu kilku dni, kilku agentów „Stasi” zostało wysłanych do RFN. Tam śledzili każdy krok „zdrajcy”. Aż do 1983 roku.

Śmierć Lutza nie była przypadkowa. Podejrzenia, że agenci tajnych służb maczali w niej palce okazały się trafne. W 1990 roku otwarto akta Służby Bezpieczeństwa NRD. Spora część dokumentów dotyczących Eigendorfa została co prawda zniszczona, ale te które się zachowały dobitnie wskazywały na udział „Stasi” w śmierci futbolisty. Po wielu, wielu latach jeden z byłych agentów otwarcie przyznał, że dostał rozkaz zlikwidowania Lutza. Po jego odmowie poczyniono więc kroki, by w inny sposób zabić „zdrajcę ojczyzny”.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

1

@Kessie Valencia nie istnieje na wyjazdach więc ja obstawiam gładkie 3:0

11

Blaugrana w europejskich pucharach:

5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.



@Monix10
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi

0

@TransferMAN A co to znaczy te XD?

0

Oj panie Xavi, my tak pana kochaliśmy a teraz tylko wzdychamy na pana słowa i czyny. Quo vadis ,,Generale"?

6

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

Swoje 70-te urodziny obchodzi dzisiaj Paweł Janas, obrońca, zdobywca 3 miejsca na MŚ España 1982. ,,Główkowałem w kierunku naszej bramki, licząc że Józek Młynarczyk w razie czego złapie. Nie zauważyłem że zrobił pare kroków do przodu. Piłka go przelobowała i wpadła. Tak swój żywot dla reprezentacji zakończył Stadion Dziesięciolecia. Mogę chyba mówić, że dzięki mnie”- gorzko żartuje Janas. To był mecz z Finlandią 17 kwietnia 1983 r., który miał odpowiednio nakręcić Polaków w walce o awans do finałów mistrzostw Europy. Najgorsze że po samobóju Janasa Polacy stracili moc, siłę, szybkość, entuzjazm; dosłownie wszystko! Jedyny polski medalista mistrzostw Świata, który później awansował na mundial z Biało-Czerwonymi też w roli selekcjonera, gole strzelał bardzo rzadko a dla narodowej drużyny tylko raz, w towarzyskim meczu z Libią(5:0) w sierpniu 1979. W tamtych czasach środkowi obrońcy nie zapuszczali się z taką odwagą pod bramke rywali. Janas w polskiej lidze uzbierał łącznie 2 gole, oba jeszcze w czasach gry w Widzewie. Głowa zawiodła go tylko w tym niefortunnym meczu z Finlandią. Bardzo możliwe(choć wtedy nikt tego tak nie oceniał) że feralnym swojakiem zamknął nie tylko stadion ale również sobie dostęp do kadry. Następnie było jeszcze spotkanie z ZSRR, towarzyskie 45 minut ze Szwajcarią i na tym koniec. Janas grał wówczas we Francji, lecz wcale mu to nie pomagało w zatarciu złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, gdyby występował w naszej ekstraklasie, wszyscy na co dzień widzieliby że jest w wysokiej formie. Nad Sekwaną go cenili ale tylko tam.

Gdy więc Antoni Piechniczek montował ekipe na mundial w Meksyku, najpierw w eliminacjach a potem w ostatnich miesiącach przed turniejem, akurat tego medalisty z poprzednich mistrzostw nie brał pod uwagę. ,,Mógłbym się z tym łatwo pogodzić, w końcu byłem już po trzydziestce, tyle że ja wciąż trzymałem poziom na miare kadry. Mój problem polegał na tym, że ani selekcjoner, ani nikt z jego sztabu nie pofatygował się do Francji by zobaczyć, co sobą prezentuje, pogadać na mój temat z trenerem Guy Roux”- tłumaczył się Janas. Był przecież filarem defensywy Auxerre, które liczyło się w Ligue 1. W sezonie 1983/84 było trzecie, w następnym czwarte i w tym bezpośrednio przed mundialem- siódme. W Polsce jednak na nikim nie robiło to wrażenia. ,, Kilka lat temu Piechniczek wysłał mi pocztą swoją biografie. Otworzyłem a tam odręcznie napisana dedykacja z przeprosinami że mnie wtedy nie powołał do Meksyku. Nie ma co przepraszać, czasu nie cofniemy”- macha ręką Janas. Po latach sam na mistrzostwa Świata w Niemczech nie powołał filarów reprezentacji a mianowicie Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. Upiera się że to co innego, bo wtedy byli w kiepskiej formie. Sprawdzał ich w meczach towarzyskich i mieli szanse się wykazać… ,,Ja takiej szansy nie dostałem, choć byłem uznawany za jednego z czołowych obrońców w lidze francuskiej! Można to zweryfikować nawet dzisiaj”- argumentuje Janas.

Nie było go też w ekipie na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. ,,Wytypowano mnie do grupki zawodników, która ma być w pogotowiu, gdyby ktoś wypadł z kadry. Polecieliśmy nawet do Korei Północnej z młodzieżówką U-23 żeby w sparingach utrzymać rytm meczowy. I na tej wycieczce się skończyło bo z drużyny Kazimierza Górskiego jednak jakoś nikt nie chciał wypaść”- wspomina Janas. Z kolei w Legii został dłużej niż wymagał tego czas zasadniczej służby wojskowej. ,,Po 2 latach byłem gotów wrócić do Widzewa, jednak prezes Sobolewski sam mnie prosił, bym tego nie robił. Gdybym wrócił Legia wyrównałaby sobie tę strate powołując innego młodego widzewiaka”- zaznacza. W Legii przygotowywał się do turnieju życia. Przeszedł szlak bojowy z drużyną Piechniczka zaakcentowany dwoma bezcennymi zwycięstwami nad NRD(1:0 w Chorzowie, 3:2 w Lipsku) w kwalifikacjach. Występ na Mundialu w Hiszpanii dał mi sportowe spełnienie, które obejmuje całą karierę. Medal mistrzostw Świata, i to w sytuacji, w której zagrałem we wszystkich meczach, sprawia że już zawsze będę mówił o tym z największa satysfakcją”- zapewnia Janas. Po powrocie do Polski jeszcze półtora sezonu spędził w Legii. ,,Dałem się namówić Jurkowi Engelowi, który wtedy prowadził drużynę”- przypomina. Ostatni mecz zagrał jednak u Andrzeja Strejlała. W finale Pucharu Polski z Lechem Poznań boisko opuścił już w 5 minucie z powodu kontuzji. Zastąpił go młody Marek Jóźwiak, który w kolejnych sezonach miał być nowym filarem defensywy Legii. Natomiast Janas został wtedy przy Łazienkowskiej jako uczący się trener, który już 7 lat później poprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.


@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@AssisMoreira

0

@P33ck A ty znowu swoje zaczynasz....?

2

Wybitne legendy rodzimego futbolu:

Swoje 80-te urodziny obchodzi dzisiaj Janusz Żmijewski, znakomity napastnik, który swoim dryblingiem czarował na boisku. Przygodę z piłką zaczynał w OKS Otwock. Kiedy miał 17 lat zwrócił na siebie uwagę działaczy Legii. Macierzysty klub dostał wówczas za niego komplet piłkarskich strojów i kilkanaście par butów. Żmijewski trafił do zespołu juniorów, gdzie sumiennie trenował pod okiem Wacława Kuchara. Wkrótce dostał powołanie na centralne zgrupowanie kadry juniorów i razem z kadrą juniorów pojechał na turniej UEFA do Portugalii, gdzie Polska zajęła drugie miejsce. Po powrocie do kraju trener Górski włączył go do pierwszej drużyny. 23 kwietnia 1961 r. zadebiutował na ligowych boiskach w spotkaniu z Zawiszą Bydgoszcz (2:2). W drugiej części sezonu coraz częściej pojawiał się na boisku, a 3 września w meczu z Lechem strzelił swoje dwie pierwsze bramki. Szybko stał się ważnym elementem zespołu i coraz bardziej imponował skutecznością. Kwestią czasu było powołanie do reprezentacji. Pierwszy raz w biało-czerwonych barwach Żmijewski zagrał 1 listopada 1965 r. w przegranym 1:6 meczu z Włochami. Debiutu więc pewnie nie wspomniał zbyt miło. Dwa lata później dostał drugą szansę. W eliminacjach mistrzostw Europy dał prawdziwy popis swoich umiejętności w meczu z Belgią na stadionie Heysel. Strzelił wówczas trzy gole(!) a obecni na meczu uczestnicy kursu trenerskiego z Afryki nagrywali mecz, a potem pokazywali go w swoich krajach, stawiając Żmijewskiego jako wzór skrzydłowego.

Kiedy w 1968 r. do Polski przyjechali wirtuozi z Brazylii i w meczu na Stadionie Dziesięciolecia wygrali z nami 6:3, to właśnie Żmijewski strzelił chyba najładniejszą bramkę w tamtym spotkaniu. Wszedł w pole karne z piłką przy nodze i mijając trzech obrońców, pokonał brazylijskiego bramkarza. W 1970 r. przed wylotem na rewanżowy mecz półfinału Pucharu Europy z Feyenoordem podczas kontroli na Okęciu znaleziono przy Władysławie Grotyńskim i przy Żmijewskim dolary. O zdarzeniu poinformowano generała Zygmunta Huszczę, który poręczył za zawodników i ostatecznie mogli wylecieć z kraju. Po powrocie Żmijewskiego zdyskwalifikowano i oddano pod kuratelę koła Związku Młodzieży Socjalistycznej przy klubie. Przewodniczącym koła był Andrzej Badeński, który był przyjacielem Żmijewskiego. Resocjalizacja polegała na zwiedzaniu stołecznych knajp i graniu w pokera. W czasie jednej z nocnych gier piłkarz wygrał nawet od znanej aktorki volkswagena garbusa. Kiedy Legia zwróciła się z zapytaniem, czy Żmijewski zrozumiał swój błąd i czy można mu zaufać, Badeński za niego poręczył i piłkarz mógł zagrać w meczu ze Standardem Liège. Kiedy pojawił się na boisku, wzbudził wielki aplauz publiczności, a w 20. minucie strzelił bramkę, podwyższając na 2:0 i Legia nie dała już sobie wydrzeć zwycięstwa, awansując do ćwierćfinału.

Z warszawskim klubem był związany przez 11 sezonów. Rozegrał dla Wojskowych 236 meczów w lidze i strzelił 60 goli. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo (1969 i 1970) i dwukrotnie Puchar Polski (1964 i 1966). W 1972 r. opuścił Warszawę i przeniósł się do Ruchu. Potem zaliczył jeszcze dwa sezony w Avii Świdnik i również dwa w barwach warszawskiej Polonii. Oprócz tego występował jeszcze w Pogoni Siedlce i Elektroniku Piaseczno, aż w końcu w 1978 r. wyjechał do Kanady. Tam aż do połowy lat 90-tych występował w klubach polonijnych. Z reprezentacją pożegnał się 9 listopada 1969 r. w wygranym 3:0 meczu z Bułgarią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 7 goli.




8


Wybitne legendy futbolu:

4 marca 1951 r. urodził się Kenny Dalglish, 3-krotny zdobywca Pucharu Europy Mistrzów Klubowych-1978,1981,1984(z FC Liverpool); Zdobywca Superpucharu Europy-1977(z Liverpoolem) oraz 6-krotny Mistrz Anglii-1979,1980,1982,1983,1984,1986.

Kenny Dalglish to przez wielu określany jako najlepszy gracz w historii Liverpoolu. Kenny bowiem w każdym meczu pokazywał wspaniałą grę i był postrzegany jako szczególny zawodnik w zespole. „Jego geniusz nie pokazuje tylko jego własnych zdolności, ale także pozwala stworzyć świetną grę całej drużyny” – powiedział o nim Bob Paisley, trener, który przeprowadził transfer Dalgisha w sierpniu 1977 roku. Gdy Kevin Keegan przenosił się z Liverpoolu do Hamburga za 500 000 funtów wcześniej zakupiony zawodnik, Dalglish postrzegany był jako zmiennik za tego właśnie zawodnika. Liczono, że poprowadzi on klub do nowych sukcesów. Król Kenny szybko stał się bohaterem zespołu. Późniejsza współpraca z Ianem Rushem stworzyła prawdopodobnie najpiękniejszy duet w historii angielskiej piłki. Kapitalna wręcz gra Dalglisha połączona z twórczym stylem Rusha dała efekt, jaki mogą stworzyć tylko prawdziwe piłkarskie legendy. W 1978 roku zdobył on bramkę w rozgrywkach Pucharu Europy. Gol ten, strzelony przeciwko Bruges na Wembley był jednym z podstawowych przykładów tego, jak może on zatrzymać przeciwników, a w końcu zadać śmiertelny cios. Wraz z Rayem Clemence, Alanem Hansenem, Graeme Sounessem i Billy Liddellem został laureatem jednego z najwyższych brytyjskich odznaczeń – MBE. Pewne jest, że jeżeli Dalglish miałby na swoim koncie tylko grę dla Liverpoolu już byłby bohaterem na Anfield. Jednak sukcesy zdobyte z klubem na pozycji menadżera gwarantują mu bezsprzeczny status legendy. Po ośmiu wspaniałych latach gry na Anfield, w 1985 roku otrzymał propozycję zostania pierwszym graczem i zarządzającym jednocześnie.

W przeciągu 5 lat został trenerem roku trzy razy i dwa razy poprowadził Liverpool do sukcesu w Pucharze Anglii. Przez następne kilka lat regularnie zdobywał wraz z drużyną jeszcze inne wspaniałe trofea. Dalglish doprowadził również do transferów wielu wspaniałych graczy, włączając do nich Johna Barnesa, Petera Beardleya czy młodego Jamiego Redknappa. Jednym z jego sukcesów w samej drużynie było doprowadzenie do piłkarskiego rozwoju wspaniałego gracza Alana Hansena i ustanowienia go kapitanem zespołu. Alan odwdzięczył się za wiarę Dalglisha w jego talent i pokazywał jedne z najpiękniejszych wystąpień w historii Anfield Road. Mówiąc o transferach w tamtym okresie warto wspomnieć zakup przez Dalglisha Johna Aldidge. Zastąpił on bowiem legendę Liverpoolu Iana Rusha, podobnie, jak Dalglish kiedyś zastępował Keegana. Wstrząsające wydarzenia na Hillsborough 15 kwietnia 1989 roku były jednocześnie końcem Dalglisha w Liverpoolu jak i w końcu z piłką nożną. Dalglish próbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie z tej sytuacji, jednak owe wydarzenia przerastały tego wrażliwego człowieka. Dlatego też w 1991 roku zrezygnował ze stanowiska trenera twierdząc że napięcie i smutek po tragedii Hillsborough są ponad jego możliwości. Skutek odejścia można porównać tylko z opuszczeniem klubu przez Billa Shanklly’ego. Niewielu wówczas dyskutowało na temat samych powodów tego odejścia, głównie bowiem panowało przerażenie, że jeden z najlepszych okresów w historii klubu właśnie się kończył. Dla zawodników Dalglish był osobą, która zaraziła ich pasją i radością gry w piłkę. Coś takiego można było przeżyć jeszcze tylko za czasów Billa Shankly’ego. Jego kierownicze sukcesy udowodniły że jego kariera na Anfield nie była żadnym przypadkiem. W swojej karierze był także trenerem klubu Newcastle United. Jako kierownik spędził również stosunkowo krótki okres w Celticu. Obecnie odpoczywa od futbolu będąc na piłkarskiej emeryturze.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

13

O krok o spadku:

4 marca 1934 r. FC Barcelona zakończyła rozgrywki ligowe na… 9 pozycji z 10 zespołów w tabeli(z ligi spadała jedna drużyna). Na najgorszy sezon w historii złożyło się kilka czynników. Jednym z nich była rozpoczęta sezon wcześniej przebudowa składu. Ponadto plaga kontuzji i kryzys instytucjonalny, który skończył się dymisją prezydenta Joana Comy. Barça w tamtym sezonie przegrała wszystkie mecze wyjazdowe a wygrała osiem u siebie, tracąc jedynie 2 punkty w meczu z Realem Madryt. Co ciekawe od trzeciego miejsca w tabeli Blaugrane dzieliło zaledwie 3 punkty, co świadczyło o bardzo wyrównanej walce.


@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj

0

@Mroziu Z tego co wcześniej czytałem to chyba jest już ,,nasz"

0

@BoganTeż to właśnie chciałem napisać że Osimhen to taki drugi Eto'o a kto wie czy jak by do nas trafił nie byłby jeszcze lepszy od Samuela?

0

Uważam że tacy zawodnicy jak Di Lorenzo, Politano a zwłaszcza Osimehn powinni trafić do ,,naszego" klubu a przynajmniej jeden z nich. Gdyby nie kłopoty finansowe kto wie czy tak by się nie stało? No ale dobrze że przynajmniej trafił do nas ten Vitor Roque. Może ktoś w końcu zacznie seryjnie strzelać te gole jak przystało na taki klub jak FC Barcelona.

7

@FCBparasiempre
3 marca 1965 r. w Niszu urodził się Dragan Stojkovič, legendarny pomocnik i tam stawiał pierwsze kroki w futbolu. Dobra gra w klubie sprawiła, że otrzymał pierwsze powołania do reprezentacji juniorskich, a później był w kadrze na IO oraz mecze eliminacji Mistrzostw Świata. Już wtedy wzbudził zainteresowanie jednego z największych klubów byłej już Jugosławii – Crvenej Zvezdy. W 1982 roku dał pierwszy wielki wywiad jugosłowiańskiemu magazynowi sportowemu Tempo. Było to podczas zgrupowania młodzieżowej reprezentacji. Miał wtedy 18 lat, był uczniem liceum ekonomicznego. Jak wspomina do dziś od zawsze fascynowała go też filozofia. Tych, z którymi się utożsamiał wymieniał w pierwszej kolejności Epikura i Demokryta. Darko Šarenac w tym wywiadzie zapytał Dragana, czy zostanie nowym Cruyffem? ,,Nie chce być kimś innym. Pozostanę Piksim. A kto to jest Piksi, co to znaczy? Wszyscy mnie tak nazywają, bo to mój ulubiony bohater z kreskówki [Pixie i Dixie]. Codziennie o 19:15 siadam przed telewizorem. Nie mam wtedy czasu dla rodziny, dziewczyny, kumpli i innych spraw. Jeśli mogę prosić, to chciałbym żeby w tytule tego wywiadu było napisane Piksi”. Z jednej strony można by nie brać tego na serio, ot jakiś młodzieńczy żart. Z drugiej strony dziś nazwalibyśmy to pewnie kreowaniem wizerunku, a czas pokazał jak przydomek Piksi stał się jednoznacznym skojarzeniem nie tylko dla kibiców z Jugosławii. W miarę szybko został kapitanem Czerwonej Gwiazdy. Na boisku i poza nim był niekwestionowanym liderem tej cudownej grupy jugosłowiańskiej piłki. Technika, ale i niekonwencjonalne pomysły sprawiły, że wielu kibiców kojarzy go właśnie z takimi sytuacjami. Gol bezpośrednio z rzutu rożnego w derbach z Partizanem, proszę bardzo. Dla Jugosławii Piksi był jednym z kluczowych piłkarzy lat 90′. Gdyby nie kontuzje powinien zrobić większą karierę w Europie. Przez lata wielu kibiców, ekspertów zastanawiało się dlaczego reprezentacja Chorwacji odnosi więcej sukcesów od zdawałoby się „identycznej” czy bardzo podobnej (warunki fizyczne, mentalność, wyszkolenie techniczne) kadry Serbii. Po rozpadzie Jugosławii możemy mówić o dwóch ścieżkach „jugosłowiańskiej szkoły futbolu”. Serbowie pozostali wierni wieloletnim tradycjom, Chorwaci zaś dorzucili coś jeszcze, o czym wielu w Belgradzie zapomina. Chciałbym napisać – patriotyzm, jednak wielu z czytelników mogłoby to inaczej zinterpretować. Coś podobnego, bardziej emocjonalnego, namiętnego z przywiązaniem i odpowiedzialnością się z tym wiążącą. Przywiązanie do barw narodowych, które już od pierwszego meczu kadry z drużyną USA zakorzeniło się nie tylko w kibicach, ale również w piłkarzach. Z czego to wynika? Chorwaci od wielu lat, można powiedzieć od zawsze dążyli do odrębności, odróżnienia się od „braci prawosławnej wiary”. Czy to poprzez język, kulturę, sport… Chorwaci w ostatnim ćwierćwieczu zdobyli wicemistrzostwo świata (2018) oraz brązowy medal MŚ (1998), dla porównania Jugosławia/Serbia i Czarnogóra/Serbia tylko raz wyszła z grupy na Mundialu, chociaż za każdym razem „na papierze” posiadała mocny zespół, być może nawet mocniejszy niż sąsiedzi. Mieli indywidualności, Chorwaci mieli drużynę złożoną z indywidualności. Chociaż Piksi wiele lat spędził poza Europą zawsze podkreślał swoje przywiązanie i miłość do Serbii. W jednym z ostatnich wywiadów mówił: „Mieszkałem wiele lat zagranicą, ale to tu odczuwam te emocje. Tu jest moje miejsce i jeśli będzie trzeba oddam życie za Serbię”. Zawsze przy wypowiadaniu takich górnolotnych słów trzeba brać je z dystansem. Tu jednak pojawia się słowo klucz „emocje”. Coś czego poprzednim selekcjonerom nie udało się wykrzesać z kadry. W Serbii większy wpływ na skład kadry mieli działacze i menadżerowie, którzy dla swoich wpływów i podniesienia wartości zawodników wpychali ich często na siłę do składu. To zjawisko niestety w dalszym ciągu obecne w bałkańskim futbolu. W takiej sytuacji, drużyna była na drugim, trzecim miejscu, a oczekiwania z awansem do każdej wielkiej imprezy były porównywalne ze znanym z Polski „dmuchaniem balonika”, z którego jak zwykle nie wychodziło nic dobrego. Mógłbym wymienić jeszcze kilka cech wspólnych, które nas łączą bardziej z Serbami, aniżeli z Chorwatami. To zostawię na przyszłość. Należy sobie zadać pytanie czy Piksi będzie w stanie i(co ważniejsze) czy będzie miał możliwość realizowania w pełni swojej wizji prowadzenia drużyny narodowej. Tak długo trwające negocjacje mogą świadczyć również o tym, że nie chodziło o pieniądze ale właśnie o dobro drużyny i swobodę działania. W Crvenej Zveździe spędził 4 sezony jako piłkarz, po czym przeniósł się do Olympique Marsylia. Los sprawił, że to właśnie te drużyny w następnym sezonie zmierzyły się w finale Pucharu Mistrzów we włoskim Bari. Podczas serii rzutów karnych Piksi jakoś odmówił strzelania w serii rzutów karnych. We Francji oraz Włoszech nie pokazał tego by udowodnić, że jest gwiazdą. Wiele można zrzucić na kontuzje. Do Czerwonej Gwiazdy wrócił po zakończeniu kariery. Na wiele sposobów wykorzystywał swoje kontakty nabyte w Japonii. Pierwszym takim momentem był pożegnalny mecz Piksiego. Do Japonii przyleciał zespół z Belgradu, a na murawie kibice mogli zobaczyć m.in. Nemanję Vidića. W 2005 objął stanowisko prezesa Czerwonej Gwiazdy. Na koszulkach pojawili się japońscy sponsorzy(Toyota, Sharp). Do czerwono-białych trafili też japońscy piłkarze. Zrezygnował z powierzonej mu funkcji w październiku 2007 roku. Od 2008 roku prowadzi tę drużynę, w której barwach zdobył 57 goli. W 2010 roku zdobył z klubem pierwsze w historii mistrzostwo Japonii.


6

@FCBparasiempre
Zico przyszedł na świat w 1953 roku a był wychowywany przez portugalskiego piekarza Jose, który kibicował Flamengo. Ale najwięcej zawdzięcza chyba przenikliwości... radiowca. Bez niego chłopak, który jest już mężczyzną w słusznym wieku, mógłby nie zostać wielkim piłkarzem. Gdy Zico miał trzynaście lat, zainteresował się nim Celso Garcia, reporter z radia, który – jak się okazało – otworzył mu drzwi do Flamengo. Tam zaczął testy. W dorosłej drużynie też szybko poszło. Dowód? W wieku 18 lat miał 22 mecze i strzelił 20 goli. A nie grał bynajmniej w środku ataku. Nie było mu jednak łatwo na początku w walce z rywalami. Niektórzy ironicznie nazywali go nawet... kurczakiem (por. galinho, zdrobnienie od galo), bo był po prostu wątły. Dostał ksywę "Galinho de Quintino", dlatego że Quintino Bocaiuva to dzielnica Rio, w której się wychował. Jeśli chodzi o sukcesy z Flamengo, to długo można wymieniać. Cztery tytuły mistrzowskie w kraju, siedem triumfów w mistrzostwach stanu Rio. Po kilka razy w tych rozgrywkach zdobywał koronę króla strzelców. Mało? No to przypomnijmy, że triumfował jeszcze w Copa Libertadores (a to była pierwsza wiktoria Flamengo w Copa). Później było jeszcze zwycięstwo w Pucharze Interkontynentalnym. Pewne 3:0 z Liverpoolem. A dorobek reprezentacyjny to 72 mecze i 52 gole. Neymar, Pele, Ronaldo, Romario są co prawda lepsi, ale to żadna ujma. To nawet przywilej być wymienianym w takim towarzystwie. Było ich trzech, a każdy zasłużył się na tyle, że do dziś są wspominane ich występy. Zico, Gabriel Barbosa i Adriano to bohaterowie Flamengo, którzy zapewniali tej drużynie splendor. Łączą ich nie tylko sukcesy. Chodzi też o symbolikę. Gracze określani kolejno jako Król, Książę i Cesarz wkładali w różnych okresach koszulki z numerami 9 i 10. Z nimi wiąże się uznanie i pewien mit. Skupmy się jednak na Zico. Dość szybko zaczął oswajać się z tą "dychą", bo już w szkółce piłkarskiej w 1968 roku. A nr 9 miał na koszulce od 1971. To wtedy przebił się do pierwszej drużyny. Mecz przeciwko Vasco da Gama w Taca Guanabara 29 lipca 1971 był jego debiutem. Dodajmy, że zakończony wygraną 2:1. Ta "dziesiątka" na plecach to, szczególnie w Ameryce Południowej, coś zgoła kultowego. Dlatego nie może zaskakiwać, że ten, który uchodzi za największego idola w historii Flamengo, wrócił do "dychy" w 1974 roku, bo wtedy jego pozycja była już naprawdę mocna.

Czytając opinie kibiców Flamengo można dowiedzieć się, że Zico, jak to zostało przez nich określone, "stworzył emblematyczną koszulkę z numerem 10 we Flamengo". To on dał klubowi światowy rozgłos. A owa "dziesiątka" stanowiła dla niego dodatkową motywację i inspirowała do rzeczy wielkich. To wymowne, że właśnie z tą "dychą" miał tak istotny wkład w największe osiągnięcia klubu, z którym w dodatku tak bardzo się utożsamiał. To wtedy wygrał Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1981, a nie zapominajmy o tytułach Campeonato Brasileiro. Sława Zico rosła stopniowo, ale stać go było od początku na piękne gesty. Nie popadał w samozadowolenie, twardo stąpał po ziemi i nie cierpiał na megalomanię. Dowód? Gdy na Maracanie miał 6 kwietnia 1979 wystąpić "Król futbolu" w meczu charytatywnym z Atletico Mineiro, to Zico oddał Pelemu "dziesiątkę" Flamengo. A o co grano? Na szczytny cel. Dochód przeznaczono dla dotkniętych przez ulewy w stanie Minas Gerais. Kataklizm był taki, że zginęło 246 osób, a tysiące straciły dach nad głową. Wirtuozów podziwiało 140 tys. Brazylijczyków, a wynik końcowy to 5:1 dla Flamengo. Trzy gole strzelił Zico. Co ciekawe, Pele nie zdobył bramki, choć miał sposobność. Odmówił jednak strzelania z karnego. Wnikliwy badacz dziejów Flamengo, historyk futbolu Mauricio Nevesa przekonuje, że gdy Zico dostał już numer 10, to oddał go na krótko tylko dwa razy: raz Pelemu, a w 1983, gdy grał już w Udinese i wrócił do kraju, by wystąpić w pożegnalnym meczu bramkarza Raula. "Dziesiątkę" dostał Tita, a Zico wystąpił z numerem 11. Zico był często określany jako "biały Pele", co jest bardzo wymowne. To piękna egzemplifikacja jego wielkości. Trzy razy został najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej, a działo się to w latach: 1977, 1981, 1982. W 1983 werdykt "World Soccer" ucieszył go najbardziej, wszak został najlepszym piłkarzem na świecie. Złotej Piłki jednak nie zdobył, bo... nie mógł. Do 1995 dostawali je tylko gracze z Europy. Po mundialu 2014 otwarto na Maracanie muzeum, w którym są pamiątki z mistrzostw świata. Także takie związane z trzema największymi w brazylijskim futbolu, którzy zadziwiali glob przez lata. Trzeba tu zrobić istotne zastrzeżenie: dwaj pierwsi byli niekwestionowanymi artystami, a Zico? On jednak budził wątpliwości estetów i zapamiętałych romantyków. Paweł Gunia, skaut Anderlechtu Bruksela, je rozwiewa. Brazylijczycy najbardziej cenią to, jak zawodnik kopie piłkę. To jest dla nich ważniejsze od... dryblingów. Zico umiał kopnąć ją jak wirtuoz. Nie dziwmy się zatem, że na Maracanie postawiono pomnik legendarnemu piłkarzowi Flamengo. Został tak upamiętniony gol, którego strzelił w 1982 podczas hiszpańskiego mundialu w meczu z Australią. Figura z brązu przedstawiająca Zico jest przy schodach wejściowych.

W 1980 doszło do rewolucji w brazylijskiej piłce. Selekcjonerem został 49-latek z Minas Gerais, który zyskał uznanie jako trener klubowy, prowadząc efektownie grające Atletico Mineiro z Belo Horizonte i Gremio Porto Alegre. Mowa o Tele Santanie . Stawiał na przygotowanie techniczne i granie "swojego futbolu", unikał dostosowywania ustawienia do rywali. Kierował się zasadą: perfekcja w każdym zagraniu i brak taktycznych rygorów. Przedkładał zespół nad indywidualności. Patrzył na poziom wyszkolenia piłkarzy i ich regularność, nie zważając na siłę fizyczną i wybieganie w takim stopniu jak poprzednik Claudio Coutinho. Jednocześnie, mimo że zasadniczy, to na pewno nie był pragmatyczny. Przeciwnie, kochał piękno futbolu. Znakiem rozpoznawczym jego Brazylii była fenomenalna druga linia złożona z Falcao, Cerezo, Zico i Socratesa . Z nią to była zjawiskowa drużyna. Bartłomiej Rabij, ekspert od latynoskiej piłki, pisał w książce "Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu" tak: "To, co wymyślił Santana na mundialu 1982 było futbolowym cudem. Bo jego drużyna grała wprost cudownie, lekko, bajecznie i przyjemnie dla oka. Między genialną Brazylią z 1970 a drużyną Pepa Guardioli z lat 2008-2012 tylko Brazylia Tele Santany grała równie widowiskowy futbol. Pewnie, że ktoś może dorzucić Holandię, może Ajax z Cruyffem i Keizerem, może Milan Sacchiego, ale pisząc wprost: Brazylia grała na początku lat 80. futbol zjawiskowy". Tamta Brazylia miała dwóch kreatywnych defensywnych pomocników (Cerezo i Falcao), dwóch graczy schodzących na flanki (Eder obsadzał wtedy lewą, a Socrates lubił działać w centralnej strefie boiska). Był też duet napastników, a jako cofnięty grał właśnie Zico. Z kolei na szpicy Serginho Chulapa. Ta drużyna nie miała tylko chyżego środkowego napastnika, była za to grupa "naturalnych" ofensywnych pomocników, brakowało natomiast prawoskrzydłowego i prawego pomocnika. Santana grał va banque i oddawał prawą stronę rywalom. Dopiero później dostrzegł niedoskonałości swojej koncepcji. Brazylia do dziś z trudem wspomina klęskę z Urugwajem z 1950, ale to, co działo się w 1982, gdy zespół z Ameryki Południowej odpadł już w drugiej fazie grupowej, także jest zadrą, która wciąż uwiera. To był mecz, w którym pięknej Brazylii z Zico, Falcao, Socratesem wystarczał, by awansować do półfinału remis z Włochami a przegrała 2:3. Rossi strzelił wszystkie gole dla rywali. Po latach Zico i Rossi znaleźli się w galerii sław FIFA wraz z Karlem Heinzem-Rummenigge i Ronaldo. Niemiec to mistrz Europy z 1980 roku i dwukrotny wicemistrz świata, do niedawna prezes Bayernu Monachium, a trafił do galerii dopiero jako czwarty z tego kraju. Wcześniej ten zaszczyt spotkał: Franza Beckenbauera, Gerda Muellera oraz Lothara Matthaeusa. I tak dołączył do Brazylijczyka Pelego, Argentyńczyka Diego Maradony oraz Holendra Johana Cruyffa. Ronaldo był dwa razy mistrzem świata, a Zico zajął tylko trzecie miejsce na mundialu 1978, ale wiele razy był mistrzem Brazylii. Tak tłumaczono ten wybór. A Rossi to mistrz świata z 1982, król strzelców oraz najlepszy zawodnik turnieju. Galeria sław otwarta przez FIFA w 2011 roku ma siedzibę w meksykańskiej miejscowości Pachuca, w której w 1901 roku założono pierwszy w tym kraju piłkarski klub. Znajduje się tam również muzeum futbolu.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej Zico nie próżnował. Jeśli chodzi o najciekawszy punkt w jego życiorysie, to można wskazać wizytę w siedzibie Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) w Zurychu, która miała miejsce w 2015. Wtedy zapewniał, że poważnie rozważa włączenie się do walki o stanowisko prezydenta tej organizacji. Starając się przekonać do siebie prominentów z FIFA, dodawał, że "ma wystarczająco dużo wiedzy, by zaproponować zmiany, które "uzdrowią atmosferę wokół organizacji". Deklarował też, że zamierza wprowadzić zmiany, które zostaną przez wszystkich przyjęte z aprobatą. Podkreślał, że zrobił karierę na boisku i poza nim, więc futbol nie ma dla niego żadnych tajemnic. Dobrze wie, jakie rozwiązania są niezbędne. Tłumaczył, że na jego korzyść działa to, iż nigdy nie był związany z żadną frakcją FIFA, że jest kimś z zewnątrz, kto nigdy nie miał udziału w wątpliwych projektach. A kibice znają go tylko jako piłkarza i trenera, więc nie myślą o nim jako o działaczu, bo nigdy nim nie był. Gdy składał tę pamiętną wizytę w siedzibie FIFA i przedstawiał plan działań, to spotkał się z ówczesnym prezesem Seppem Blatterem. Ten Brazylijczyk był twardy i stanowczy, zdobył się na ostrą krytykę systemu wyborów szefa FIFA wskazując, że każdy kandydat musi mieć poparcie minimum pięciu federacji narodowych. Przy okazji Zico zdradził, że nie zdobył na razie poparcia ani jednego (także Brazylii), ale liczył, że do terminu zgłaszania kandydatur uda mu się to zrobić. Wiemy dobrze, co z tego wyszło. Wtedy był już trenerem Indian Club Goa i, jak sam mówił, nie miał za dużo czasu na wojaże po świecie i zdobywanie poparcia. Może to dobrze dla niego, bo mimo dobrych chęci pewnie miałby niewielkie szanse, by oczyścić skorumpowaną organizację. Był taki czas, gdy we Flamengo kwestionowano niezwykły rekord Leo Messiego . Przypomnijmy, o co dokładnie chodziło w tej sprawie. Historyk Bruno Lucena zaskoczył wszystkich w 2012 twierdząc, że Zico strzelił najwięcej goli w jednym roku, czyli 1979. Był jeszcze grudzień, więc Leo dołożył jeszcze dwa trafienia zamykając temat, ale ustalenia tego historyka są ciekawe. Tym bardziej, że wielu twierdziło, iż Messi gonił za rekordem Gerdem Muellerem . Niemiecki napastnik strzelił 85 goli w ciągu roku (1972), czyli mniej niż Zico. Co więcej, Brazylijczyk stracił część sezonu przez kontuzję. Lucena utrzymuje więc, że gdyby grał przez cały rok, to przekroczyłby granicę stu goli! Tak czy inaczej Zico to jeden z piłkarzy wszech czasów. Będąc pomocnikiem zdobył 647 bramek w rozgrywkach klubowych i ponad 50 dla reprezentacji Brazylii. Zico postanowił z kolegami podczas pandemii zachęcić rodaków do współpracy i przekazywania pieniędzy na pomoc dla przeludnionych faweli. Z inicjatywy Paulo Roberto dziewiętnastu byłych piłkarzy nagrało specjalny film, by przekonać rodaków do darowizn. Falcao przypomniał, że reprezentacja Brazylii z 1982 roku była znana z kreatywności i jedności, więc apelował o podobne działania w pandemii, by pomóc krajowi. Biały Pele został legendą Flamengo i reprezentacji Brazylii, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie jest doceniany w takim stopniu, na jaki zasłużył. Grał w piłkę z rozwagą, ale też finezją. Po zakończeniu kariery nie zatracił się w nałogach, umie nadal trzeźwo myśleć. Jest już ostatnim z wielkiej trójki. Odeszli Pele i Garrincha. Cieszmy się z Brazylijczykami, bo obchodzi 70. urodziny.

8

Wyjątkowe legendy futbolu:

Dokładnie 70 lat kończy dziś Arthur Antunes Coimbra. O wspaniałej brazylijskiej legendzie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.

@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Symson
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

7

Wybitne legendy nie tylko węgierskiego futbolu:

3 marca 1922 roku w Budapeszcie urodził się Nandor HIDEGKUTI (właściwie Nandor Kaltenbrunner). Był jedną z gwiazd złotej węgierskiej jedenastki - drużyny, która na początku lat 50. XX wieku zapoczątkowała nową erę w futbolu. Niepokonanej przez cztery lata, ogółem w 32 kolejnych meczach! Do legendy przeszły zwycięstwa Węgier nad Anglią - 6-3 w Londynie jesienią 1953 roku i 7-1 w Budapeszcie kilka miesięcy później. Hidegkuti to mistrz olimpijski z Helsinek (1952), wicemistrz świata (1954), wybitny strzelec i genialny drybler. Pytany o najlepszych piłkarzy, których spotkał na boisku, odpowiadał: bramkarz - Gyula Grosics, obrońca - Djalma Santos, pomocnik - Jozsef Bozsik, napastnik - Ferenc Puskas. Jesienią 1953 roku futbolowy świat wstrzymał oddech - Węgrzy upokorzyli na Wembley niepokonanych u siebie Anglików, trzy z sześciu goli strzelił Nandor Hidegkuti. Dwadzieścia lat później bohater niezwykłego meczu został trenerem Stali Rzeszów. I poniósł klęskę. Był jedną z gwiazd Aranycsapat - złotej węgierskiej jedenastki, prawdopodobnie najlepszej piłkarskiej drużyny XX wieku. A już na pewno najlepszej spośród tych, które nie zdobyły mistrzostwa świata. W bramce stał Gyula Grosics, w obronie grali Gyula Lorant, Jeno Buzanszky i Mihaly Lantos, w pomocy - Jozsef Bozsik i Jozsef Zakarias, w ataku Sandor Kocsis, Laszlo Budai, Nandor Hidegkuti, Zoltan Czibor i najsłynniejszy z nich Ferenc Puskas. Kres zjawiskowej drużyny nastąpił w 1956 roku, po tym, jak sowieckie czołgi zdławiły budapeszteńską rewolucję. Ale Węgrzy mieli już za sobą jeden dramat - dwa lata wcześniej przegrali w finale mistrzostw świata z Niemcami. W meczu, który przeszedł do historii pod nazwą "Cudu w Bernie". Dla rządzących krajem komunistów, wykorzystujących istnienie złotej jedenastki do celów propagandowych, to był cios. Piłkarze wracali do domów chyłkiem, pod osłoną nocy. Sugerowano, że sprzedali mecz za kilka mercedesów. Bramkarza Grosicsa oskarżono o zdradę i szpiegostwo. Do dziś żyje jeszcze tylko on i Buzanszky, który nie tak dawno odwiedził Warszawę. Hidegkuti dorastał w ubogiej dzielnicy Budapesztu, ale pochodził z arystokratycznej rodziny i naprawdę nazywał się Kaltenbrunner. Komuniści zmieniali jednak zawodnikom nazwiska na bardziej węgierskie. ,,Trener Gustav Sebes nazywał się Scharenpeck i miał pochodzenie żydowskie. Puskas to Purczeld, Lorant - Lipovics, Budai - Bednarik, Lantos – Lendenmayer”- przypomina Stefan Szczepłek, dziennikarz "Rzeczpospolitej", który w "Mojej historii futbolu" opisuje jak Sebes zagrał na nosie ideologom broniącym socjalistycznej ojczyzny przed burżuazją. Polecił nakręcenie propagandowego filmu, na którym matka Hidegkutiego przedstawiona jest jako przodownica pracy w cegielni. Mało kto jednak wie, że Hidegkuti posiadał wyraźny polski rodowód. O jego śmierci, 14 lutego 2002 roku, poinformowały wszystkie najważniejsze media sportowe świata a poważne brytyjskie gazety wydrukowały obszerne wspomnienia.


@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

9

El Clasico w cieniu skandalu:

3 marca 2001 r. Real Madryt zremisował w 25 kolejce La Liga z FC Barcelona na Bernabeu 2:2. Jednak ten klasyk powinien był zakończyć się wygraną Blaugrany. Dlaczego tak się nie stało? Otóż sędzia Losantus Omar anulował prawidłowo strzelonego gola w ostatniej minucie przez Rivaldo. Asystent głównego zasygnalizował pozycję spaloną trzech piłkarzy Barçy, choć żaden z nich nie brał udziału w grze a piłka uderzona przez Brazylijczyka odbiła się od nogi Ivana Helguery. Ani hiszpański obrońca, ani Iker Casillas nie protestowali, zupełnie nie spodziewając się iż gol nie zostanie uznany. Rivaldo stracił tym samym hattricka, gdyż wcześniej dwukrotnie odpowiadał na trafienia Raula Gonzaleza. Królewscy utrzymali 9 punktów przewagi nad Dumą Katalonii, która w praktyce straciła szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Po meczu El Mundo Deportivo grzmiało ,,Kradzież stulecia”. No cóż, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz ,,niezależni sędziowie” robią nas w c***a.




@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj

0

@TheNekro94 Jak mam to rozumieć?

12

Wszystkiego najlepszego ,,Murzynie”. Zdrowia, szczęścia i słodyczy cała Polska tobie życzy! Wiecie kto ma ksywe ,,Murzyn”? Większość kibiców Widzewa zapewne wie a przynajmniej powinna. Dzisiaj 67 lat kończy Zbigniew Boniek, postać, której nie musze chyba nikomu przedstawiać. Jednak jaki miał charakterek niedawny jeszcze prezes PZPN, to nie każdy sobie z tego zdaje sprawę. Otóż ,,Murzyn” swego czasu(jako piłkarz) grając w Widzewie, z kilkoma kolegami sprzedał mecz, w którym grał po raz pierwszy(i bodaj ostatni) jako…. środkowy obrońca! W przerwie meczu, pomocnik Widzewa, Ś.p. Krzysztof Surlit omal nie zatłukł Bońka na śmierć! Zdarzenie to miało miejsce w meczu z Pogonią Szczecin w kwietniu 1978 r. w 27 kolejce ekstraklasy(ówczesnej pierwszej ligi). Jeśli ktoś nie wierzy to odsyłam zainteresowanych do książki ,,Wielki Widzew”-rozdział VI.

@AssisMoreira
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@DaPidejpi
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj

1

No musze się przyznać iż z taką a nie inną wyjściową jedenastką to nie liczyłem nawet na remis z Realem Madryt. To zdumiewające że Barca bez czterech podstawowych i najlepszych swoich piłkarzy może wygrać z najsilniejszym rywalem w Hiszpanii i to przez większość meczu tylko się broniąc. No to teraz jeśli w rewanżu na Camp Nou zmarnujemy tą zaliczke z pierwszego meczu i w efekcie odpadniemy to będziemy największymi frajerami sezonu. Mam nadzieje że do czegoś takiego nie dojdzie...

8

Epokowe mecze w historii polskiego futbolu:

Dokładnie 40 lat temu, Widzew Łódź pokonał FC Liverpool 2:0 na stadionie ŁKS-u w ćwierćfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Są takie mecze, które zapewniają miejsce w historii. Dla Widzewa właśnie takim spotkaniem było to z 2 marca 1983 roku. Już awans do ćwierćfinału Pucharu Europy zespołu prowadzonego przez Władysława Żmudę był największym osiągnięciem w historii klubu. W nagrodę Włodzimierz Smolarek i spółka dostali szansę sprawdzenia swoich umiejętności na tle najlepszej drużyny Europy, bo za taką uznawany był wówczas naszpikowany gwiazdami europejskiej piłki Liverpool. The Reds triumfowali w tych rozgrywkach trzykrotnie w poprzednich sześciu sezonach a w tym czasie po puchar sięgały tylko angielskie kluby. Dlatego przed dwumeczem żaden z ekspertów nie dawał Widzewowi najmniejszych szans na końcowy sukces. Zainteresowanie starciem na stadionie ŁKS-u było ogromne. Kibice wypełnili nie tylko trybuny. Co odważniejsi wspinali się na maszty oświetleniowe, inni zajmowali miejsca na hałdach śniegu odgarniętego z płyty boiska. Wszyscy chcieli na żywo zobaczyć nie tylko wielkiego rywala, ale także wielką sensację z udziałem mistrzów Polski. I z całą pewnością nie zawiedli się. Wiadomo było że tamten sezon to pożegnanie Boba Paisleya, ówczesnego trenera Liverpoolu. Wszystko było ekscytujące. Po losowaniu była więc radość i podniecenie, lecz teraz tylko obawa przed kompromitacją. W dodatku na 5 dni przed meczem piłkarzy Widzewa zaatakowała epidemia grypy.

Pojawiły się plotki że piłkarze symulują żeby uprzedzić ewentualny atak prasy po wysokiej porażce. ,,Nie było żadnego symulowania. Kilku podstawowych zawodników, sześciu, może siedmiu naprawdę było poważnie chorych”- wspominał Tadeusz Świątek. We wtorek dzień przed meczem piłkarze spotkali się z trenerem na stadionie ŁKS i odbyli trening. Żmuda przywiózł ze sobą sporo materiału do przemyśleń. Zawodnicy mieli do niego duże zaufanie. Odprawa taktyczna była w przypadku tego mistrza analizy znacznie ważniejsza niż w innych klubach. Żmuda bardziej niż większość szkoleniowców wierzył w sprawczą siłę rozgryzania przeciwnika. Działacze Widzewa nazywali go nawet ,,Profesorem Tutką”. ,,Miał niezwykłą umiejętność rozpracowywania rywali. Potrafił wyjątkowo celnie opisać słabe i mocne strony. Był znakomity taktycznie. Przedstawiał zawodnika ze szczegółami, jakie ruchy najczęściej wykonuje, w którą stronę się obraca i można było na tym polegać”- opisywał Mirosław Myśliński. Szkoleniowiec Widzewa został ugoszczony przez rywali, obejrzał i nagrał mecz wyjazdowy Liverpoolu z Manchesterem U. ,,Z powrotem jechałem autokarem klubowym z Liverpoolem, rozmawiałem z trenerem Paisleyem. Pytałem go o różne rzeczy a on nawet nie zapytał o pogode w Łodzi. Byli tacy pewni siebie! Asystent Paisleya był wcześniej w Łodzi ale obserwował Widzew zaledwie 10 minut i jak mówią widzewiacy zapytał gdzie w okolicy można napić się piwa”- opowiadał Władysław Żmuda. ,,To była fantastyczna drużyna. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami”- przyznawał Krzysztof Kamiński. Piłkarze Widzewa na grząskim i lekko zmrożonym boisku na pewno zaskoczyli rywali atakiem od pierwszych minut. Jeszcze w pierwszej połowie bliscy zdobycia gola byli Grębosz i Tłokiński. Jednak to Liverpool był bliższy celu, jeśli za taki uznać wywiezienie z Łodzi choćby punktu.

W pierwszej połowie Ronnie Whelan strzelił nawet gola ale jugosławiański sędzia odgwizdał spalonego. Po przerwie strzelił Tłokiński, który zgodnie ze wskazówkami Żmudy trzymał się blisko Grobbelaara. Bramkarz z Zimbabwe wypuścił piłke z rąk po dośrodkowaniu Grębosza i Tłokiński z 10 metrów wbił ją do pustej bramki. Natomiast Wiesław Wraga, malutki skrzydłowy, ten sam, który tak fantastycznie wszedł do zespołu w rundzie jesiennej, teraz zaczynał mecz na ławce rezerwowych. Na boisku pojawił się w 70 minucie w miejsce Filipczaka a 10 minut później po dośrodkowaniu Grębosza strzelił głową z 16-tu metrów. Właśnie on, piłkarz, który mierzył zaledwie 167 cm., najniższy na boisku! Młynarczyk zachował czyste konto. Był to kolejny fantastyczny mecz tego bramkarza. ,,Myślę że Józek był wtedy najlepszym na swojej pozycji na świecie. Oczywiście nasza prasa pisała że Dasajew jest najlepszy ale to była bzdura. W tym meczu idealnie pokazał się na tle Grobbelaara. Ten również uchodził za znakomitego bramkarza ale jednak Józek był klase wyżej”- mówił Tadeusz Świątek. Ostatecznie Widzew z dwubramkową przewagą z pierwszego meczu nie mógł być niczego pewnym w rewanżu a tym bardziej nie był faworytem na Anfield Road.

Pozdrowienia dla wszystkich ,,czerwonoarmistów”!


@AssisMoreira
@Symson
@DaPidejpi
@Symson
@Lionel_Messi10
@patataj
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB

8

Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:

2 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Voolverhampton Wanderers aż 2:5 w ramach ćwierćfinału Pucharu Mistrzów Klubowych i awansowała do półfinału. 4 gole(!) z rzędu w tym meczu strzelił genialny napastnik Sandor Kocsis a piątą dołożył Villaverde. Niestety w półfinale Barça opadła po dwumeczu z Realem Madryt. Wówczas w ekipie Królewskich prym wiódł Alfredo di Stefano, który swego czasu podpisał przecież kontrakt z Blaugraną lecz ówczesna ,,sprawiedliwa federacja hiszpańskiego futbolu zrobiła swoje”. To jednak już historia na oddzielny artykuł(komentarz).





@Monix10
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

9

Czy wiecie że….

2 marca 1981 r. Enrique Castro Gonzalez(napastnik Barçy zwany Quini) został porwany przez trzech zamaskowanych mężczyzn. Po meczu z Alicante, w którym Quini strzelił 2 gole, został on uprowadzony przez trzech sprawców. W czasie gdy jego los był nieznany, Blaugrana zdobyła tylko jeden punkt i przegrała 3 mecze, tracąc szanse na mistrzostwo La Liga. Po 23 dniach Quini został uwolniony a FC Barcelona zajęła dopiero 5 miejsce w La Liga. Czyja to była sprawka i w jakim celu to chyba nie trudno się domyśleć? Jednak ,,białasom” i tak nie udało się zdobyć mistrzostwa. Tym razem ,,oliwa okazała się sprawiedliwa”…



@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj

10

Zapomniane El Clasico:

2 marca 1952 r. FC Barcelona pokonała na Camp de Les Corts Real Madryt 4:2 w ramach 25 kolejki Primera Division. Hattrickiem w tym meczu popisał się genialny Cesar Rodriguez, natomiast pierwszego gola dla Barçy strzelił napastnik Jordi Vila Soler. Po tym zwycięstwie Duma Katalonii nie oddała już prowadzenia do końca rozgrywek i ostatecznie po raz 5 w historii wygrała mistrzostwo Hiszpanii!



@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj

14

Pamięć o nim nigdy nie zaginie:

Panie i Panowie, kochani sympatycy futbolu, 102 lat temu urodził się Kazimierz Górski! Wszyscy doskonale go znamy więc pochylmy się w zadumie ku pamięci wielce zasłużonego rodaka…


@Ogorinho1974
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?