FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
@FCBparasiempre
Kiedy ktoś pyta nas o pierwszy piłkarski mundial, to myślimy od razu o 1930 roku. Urugwajczycy pokonali w finale Argentynę 4:2, zostając debiutanckim, historycznym mistrzem świata. Niewielu pasjonatów futbolu wie jednak o zmaganiach, które miały miejsce w 1909 roku w Turynie. Rozegrano tam nieoficjalny mundial. Szczególnie interesujące jest to, że główną rolę odegrała w nim pewna… amatorska drużyna górników. Nie doszłoby do tych rozgrywek, gdyby nie Sir Thomas Lipton. Przyszedł on na świat w Gorbals w 1850 roku. W wieku 10 lat opuścił szkołę, a pięć lat później wylądował w Ameryce. Początkowo pracował jako robotnik rolny w Wirginii i Południowej Karolinie, a później zatrudnił się w sklepie spożywczym w Nowym Jorku. Na amerykańskiej ziemi zrodziła się w nim smykałka do biznesu. Po kilku latach powrócił do Glasgow, gdzie otworzył własny sklep, który zaczął przynosić mu spore zyski. W ciągu 10 lat Lipton stał się milionerem, kupując zakłady przetwórstwa mięsnego w Ameryce i plantacje herbaty w Sri Lance (jeżeli do tej pory nie powiązaliście nazwiska postaci z tym napojem, to teraz wasze wątpliwości zostały rozwiane). Był on niezwykle innowacyjny w branży herbacianej. Sprzedawał różne mieszanki tego produktu do wielu krajów. Używał specjalnych pojemników, dzięki czemu herbaty zachowywały świeżość. Jego firma podchwyciła też pomysł, który zrodził się w 1904 roku w głowie kupca, Thomasa Sullivana. Przebywał on wtedy w Nowym Jorku i postanowił pakować herbatę w pojedyncze jedwabne torebeczki, żeby stały się próbkami dla klientów. Dzięki temu dzisiaj parzymy herbatę w podobny sposób. Motto filozofii biznesowej Liptona brzmiało: ,,Pracuj ciężko, postępuj uczciwie, bądź przedsiębiorczy, sprawuj ostrożny osąd, reklamuj się swobodnie, ale rozsądnie.” Lipton był pasjonatem sportu. W 1909 roku otrzymał od włoskiego ambasadora bardzo ciekawą propozycję. Poproszono go, aby wsparł organizację turnieju, w którym wzięłyby udział zespoły pochodzące z różnych krajów. Milioner oczywiście opowiedział się za tym pomysłem, a wiosną tego samego roku w Turynie odbył się piłkarski turniej.
W mistrzostwach rozegranych w stolicy Piemontu nie wzięły jednak udziału reprezentacje narodowe, a kluby. Byli to mistrzowie Niemiec – Stuttgarter Sportfreunde, mistrzowie Szwajcarii – FC Winterthur, włoska drużyna określana jako Torino XI (stworzyli ją najlepsi zawodnicy Juventusu i Torino) oraz piłkarze, którzy przybyli z Wielkiej Brytanii. Okoliczności wyboru drużyny z Wysp nie są do końca jasne. Jedna z teorii zakłada, że Lipton kazał zaprosić do Turynu Woolwich Arsenal FC, czyli dzisiejszy Arsenal. Ostatecznie doszło jednak do pomyłki i do Włoch udali się piłkarze West Auckland FC. Tłumaczy się to identycznymi skrótami nazw obu ekip – WAFC. Przybycie West Auckland do Włoch było bardzo zaskakujące, ponieważ drużynę tworzyli amatorzy, którzy na co dzień pracowali jako górnicy. Startujące w turnieju drużyny musiały same pokryć koszty podróży, sprzętu sportowego itp. To w jaki sposób zarabiający grosze brytyjscy górnicy zdołali dotrzeć do stolicy Piemontu? Prawdopodobnie musieli wydać wszystkie zarobione w życiu pieniądze. Część z nich zmuszona była dać pod zastaw własne domy. Cztery drużyny rozpoczęły więc walkę o trofeum imienia Liptona, który ufundował puchar. 11 kwietnia 1909 roku i pierwsza seria spotkań: West Auckland pokonali niespodziewanie Stuttgarter Sportfreunde 2:0. W drugim starciu Torino XI przegrało z FC Winterthur 1:2. Gospodarze pokonali Niemców w meczu o trzecie miejsce. Górnicy z Wysp sprawili w finale kolejną niespodziankę, pokonując rywali ze Szwajcarii 2:0. W ten sposób zostali oni pierwszymi nieoficjalnymi mistrzami świata i to nawet nie tracąc bramki! Warto zwrócić uwagę, że rezerwowym piłkarzem Auckland był wtedy Jack Greenwell, który grał i trenował później w Barcelonie. Na ławce trenerskiej ustanowił rekord, który później pobity został dopiero przez Johanna Cruyffa. Greenwell prowadził Blaugranę przez siedem sezonów z rzędu. W tym czasie sięgnął po pięć mistrzostw i dwa puchary kraju.
Pełny skład West Auckland FC z mundialu 1909 roku: Jimmy Dickinson, Rob Gill, Jack Greenwell, Rob Jones, Tom Gill, Charlie „Dirty” Hogg, Ben Whittingham, Douglas Crawford, Bob Guthrie, Alf „Tot” Gubbins, Jock Jones, David „Ticer” Thomas, Tucker Gill (Skład pochodzi z książki „The History of the English Football League: Part One–1888-1930”). Drugi turniej o puchar Liptona rozegrano w Turynie dwa lata później. Podobnie jak w 1909 roku, zmierzyły się ze sobą cztery drużyny. Były to: West Auckland FC, FC Zurich, Juventus i FC Torino. W pierwszym meczu górnicy znów pokonali Szwajcarów 2:0, a Juventus poradził sobie ze swoim lokalnym rywalem. W finale za faworytów uznawano oczywiście piłkarzy Starej Damy. Doszło jednak do jeszcze większej sensacji niż w 1909 roku. West Auckland rozbił przeciwników aż 6:1. Później zdecydowano, że był to ostatni turniej o trofeum Liptona, dlatego puchar trafił na stałe do klubu górników. Krótko potem drużyna popadła w ogromne kłopoty finansowe i musiała prosić o pomoc właścicielkę miejscowego hotelu Wheatsheaf, który służył jako główna kwatera klubu. Pani Lancaster w zastaw wzięła… puchar Liptona. Długi udało się spłacić dopiero w 1960 roku. Owa Pani wciąż znajdowała się w świetnej kondycji fizycznej. Miała twardą rękę do interesów, wobec czego właściciele klubu musieli zapłacić wyższą kwotę od tej, która została ustalona w 1911 roku. Niestety trofeum zostało skradzione w 1994 roku. Pomimo starań policji i wyznaczonej nagrody za znalezienie pucharu, już nigdy nie udało się go odzyskać. Dzisiaj w klubowej gablocie znaleźć można jedynie replikę. Widnieje ona również w herbie klubu. Trofeum udało się odtworzyć na podstawie zachowanych zdjęć i materiałów wideo.
,,Związek z wygranymi mistrzostwami świata z pewnością dodaje trochę prestiżu dla naszego klubu. Wszyscy w wiosce wciąż o tym mówią i przypominają mi każdego dnia kiedy tu przyjeżdżam. Jest to genialne i powinno być świętowane, ale teraz chcemy napisać własną historię” – mówił w 2014 roku właściciel klubu Peter Dixon. Pełny skład West Auckland FC z 1911 roku: J Robinson, Tom Wilson, Charlie Cassidy, Andy „Chips” Appleby, Michael Alderson, Bob „Drol” Moore, Fred Dunn, Joes Recastle, Bob Jones, Bob Guthrie, Charlie „Dirty” Hogg, T Riley, John Warick. Oczywiście turniej rozegrany w 1909 roku miał jedynie nieoficjalny charakter. Nie każdy ma odwagę, żeby tyle poświęcić dla sławy (nawet jeśli kończy się ona kłopotami finansowymi). Jestem przekonany, że z historią turnieju z 1909 roku powinni zapoznać się wszyscy, którzy kochają niesamowite futbolowe opowieści. Jeśli ktoś z was znajdzie się kiedyś przypadkowo we wsi West Auckland w hrabstwie Durham, to spytajcie koniecznie lokalnych mieszkańców – kto był pierwszym piłkarskim mistrzem świata. Z pewnością nie usłyszycie, że Urugwaj. Mieszkańcy West Auckland z wielką pewnością siebie i dumą przekonują wszystkich, że mistrzostwo świata wygrane w 1966 roku przez Anglię wcale nie jest najważniejszym osiągnięciem narodowego futbolu. W 1982 roku powstał film ,,The World Cup: A Captain’s Tale”, który opowiada o zmaganiach dzielnych górników z 1909 i 1911 roku.
8
Górnicy pierwszymi mistrzami świata:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@mekston O!!! A to tego nie wiedziałem! Dzieki ślicznie za wiadomość :) Tak czy siak Leo powinien sobie postrzelać z tym Curacao...
8
Blaugrana w europejskich pucharach:
21 marca 1984 r. FC Barcelona poległa na Old Trafford 3:0 w rewanżowym pojedynku ćwierćfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów. Co prawda w pierwszym meczu Blaugrana wygrała 2:0, lecz w rewanżu nie miała nic do powiedzenia wobec takich przeciwników jak Robson, Wilkins, Stapleton czy Whiteside.
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Symson
@Monix10
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Sensible
@Ogorinho1974
@patataj
@MesQueUnClub96
1
@Lionel_Messi10 Z Panamą to raczej hattricka nie strzeli bo to nie jest słabiutki zespół do bicia. Natomiast z tym Curacao to może i 5 władować. Ale że Argentyna gra z jakimś Curacao? To nie jest czasem jakaś amatorska reprezentacja typu San Marino?
9
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
21 marca 1979 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou w meczu rewanżowym Ipswich Town 1:0 w ramach ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. Upragnionego gola dającego awans(w pierwszym meczu Ipswich wygrało 2:1) strzelił legendarny defensor Migueli. Przypomne iż w zespole Ipswich występował wówczas znany i waleczny obrońca Terenc Butcher oraz znakomity holenderski pomocnik Arnold Müren.
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
11
Pamiętamy i nigdy nie zapominamy:
Feliz cumleaños panie Ronaldzie! Z okazji 60 urodzin
Feliz cumpleaños panie Ronaldo! Z okazji 43 urodzin
Feliz cumpleaños panie Jordi! Z okazji 34 urodzin
Cóż za legendy Barcy obchodzą dzisiaj urodziny! To trzeba uczcić…
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Zapamiętajmy mości cules:
20 marca 2012 r. Lionel Mesi ustanowił klubowy rekord goli o stawke w wygranym 5:3 meczu La Liga z Granada FC. Argentyńczyk zdobył wówczas hattricka dzięki czemu najpierw wyrównał a później pobił rekord należący do Cesara Rodrigueza wynoszący 232 gole. Swoją drogą trzeba przyznać iż pochodzący z Leon Cesar, był naprawdę genialnym snajperem. Przypomne tylko iż w czasach Cesara Rodrigueza nie rozgrywano tylu meczów o stawke co dzisiaj i nie było żadnych Superpucharów czy klubowych mistrzostw Świata.
Popatrzcie tylko:
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
1
@FcPortoFan1999 A tak na serio, to mieliśmy wówczas najlepszego w dziejach futbolu główkarza(Kocsis), genialnych napastników Luisa Suareza i Eulogio Martineza oraz kapitalnego bramkarza Ramalletsa. No i dotarliśmy do półfinału Pucharu Mistrzów!
9
Zapomniane(ale nie przez cules) El Clasico:
20 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madrid 3:1 w ramach 26 kolejki Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali znakomici snajperzy, Sandor Kocsis i Eulogio Martinez oraz Ramon Alberto Villaverde. Honorowego gola dla Królewskich zanotował wielki Alfredo Di Stefano. Tym samym Duma Katalonii zrównała się punktami z Królewskimi i już nie oddała prowadzenia do końca rozgrywek wyprzedzając Real Madrid lepszym bilansem pojedynków bezpośrednich, triumfując po raz 8 w historii mistrzostw Hiszpanii.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@DaPidejpi
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@patataj
@MesQueUnClub96
3
Mamy To! Zwycięstwo, 3 punkty i mistrzostwo na wyciągnięcie ręki. Jednak z drugiej strony jestem w jakimś stopniu rozczarowany grą Barcy we wczorajszym meczu. Mnóstwo strat i to porażających strat oraz niedokładności i nieporozumień. Mieliśmy też niemało szczęścia że to wygraliśmy. Troche zaskakujący był to Klasyk, z mnóstwem niewykorzystanych dogodnych sytuacji na gola. Nie możemy grać w taki sposób jak wczoraj bo w przeciwnym razie nigdy nie zaistniejemy w europejskich pucharach, nie mówiąc o tryumfie. W przyszłym sezonie musimy wiele w tej kwestii pozmieniać...
1
@Pawel13sz Przecież nie musimy wygrywać Ligi Mistrzów od razu, żeby nie wyrzucali ,,naszego" trenera...
0
@Sensible A któż to taki tak przepowiedział? A może to jest kłamstwo i ten ktoś napisał już to co się wydarzyło do tej pory? To znaczy to się jeszcze nie spełniło ale jeśli chodzi o Napoli to nawet byłbym wniebowzięty, gdyby sięgneli po puchar Ligi Mistrzów w tym roku.
0
Ogladałem tylko końcowe minuty meczu PSG-Renne. Widziałem również niecelny strzał Messiego. Co tam sie stało że psg przegrało i że Messi nic nie strzelił?
16
Przed nami Grande Espectacolo el Clasico po raz 287 w historii i po raz 186 w Primera Division. Czas poprawić statystyki na polu ligowym(77 zwycięstw Realu, przy 73 Barçy; gole 298 do 296 na korzyść Realu) i sięgnąć po 27 tytuł mistrza Hiszpanii! Vamos Barça! Vamos a ganar!
8
@FCBparasiempre
Joe Gaetjens to jeden z bohaterów amerykańskiego filmu pt. „Gra ich życia” z 2005 roku. Główną postacią jest tam jednak bramkarz Frank Borghi, grany przez Gerarda Butlera a punktem kulminacyjnym jest właśnie sensacyjny mecz USA-Anglia. Opuścił on rodzinną wyspę i udał się na studia do odległych Stanów Zjednoczonych. Został tam wysłany przez rodziców, którzy marzyli tylko o tym, aby ich syn otrzymał szansę na godne życie. Chłopak połączył edukację z największą pasją – piłką nożną. Już jako dzieciak zdradzał swój nieprzeciętny talent. Miłość zaprowadza go na największe piłkarskie stadiony, a on sam stał się bohaterem. American dream? Szczęśliwe zakończenie? Nie tym razem. Główny bohater zginął w tajemniczych okolicznościach. Oto opowieść o Joe Gaetjensie.
Haiti jest najstarszym niepodległym państwem Ameryki Środkowej. W XVIII wieku była to kolonia francuska a ludność lokalną jawnie wykorzystywano do niewolniczej pracy na plantacjach kawy i cukru. W 1790 roku wybuchło powstanie, w wyniku którego po 24 latach ciężkich walk, dawniej zwana Hispaniola uzyskała niepodległość. Ciekawym jest również fakt, iż w ciągu 100 lat, jeszcze nie tak dawno bujnie zalesiony kraj, utracił niemal 100% swojego drzewostanu. W stolicy Haiti, w mieście Port-au-Prince, 19 marca 1924 roku na świat przyszedł Joe Gaetjens. Pochodził ze stosunkowo zamożnej rodziny. Jego ojciec był Belgiem, a matka pochodziła z Haiti. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał w miejscowej drużynie Etoile Haitienne, gdzie już jako nastolatek miał się wyróżniać. Jego znakiem rozpoznawczym były strzały głową. Kilkanaście lat później dzięki bramce zdobytej tą częścią ciała na stałe zapisze się w historii futbolu. Etoile to drużyna, która w latach 40. dwukrotnie triumfowała w krajowych rozgrywkach. Podobno młody ciemnoskóry zawodnik w wieku juniorskim wystąpił w dorosłej reprezentacji swojego kraju. Należy jednak pamiętać, iż dzielą nas lata świetlne od tego, co działo się w piłce nożnej dawniej i dziś. Nie dało się wyżyć z futbolu, zwłaszcza w tak biednym państwie jak Haiti. Podobnego zdania byli rodzice Joego, którzy postanowili wysłać syna na studia do Stanów Zjednoczonych. W 1947 roku Joe Gaetjens rozpoczął naukę na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Młody i ambitny chłopak z pewnością nie spodziewał się, że dokładnie 10 lat później w jego rodzinnym kraju dojdzie do gwałtownych zmian, za które przyjdzie mu zapłacić własnym życiem (nie uprzedzajmy faktów).
Joe nie porzucił jednak marzeń o karierze piłkarskiej. Pracował na zmywaku w lokalnej restauracji, by jakoś się utrzymać w obcym kraju. Aspekt finansowy nie był jednak jedynym, dla którego zdecydował się na wybór akurat tej restauracji. Właściciel lokalu posiadał także drużynę piłkarską – Brookhattan. Nietrudno zgadnąć, iż Haitańczyk postanowił spróbować swoich sił w tym zespole. Z miejsca stał się gwiazdą i najlepszym napastnikiem klubu. Nie uszło to uwadze amerykańskich trenerów, którzy także postanowili dać mu szansę. Należy pamiętać, iż w tamtych czasach przepisy były dużo bardziej liberalne niż dziś. Piłkarz został włączony do kadry Stanów Zjednoczonych, choć nie miał nawet amerykańskiego obywatelstwa. Zgodnie z ówczesnymi przepisami, wystarczyło złożyć wniosek (bardziej oficjalnie „poczynić starania”) o przyznanie obywatelstwa, by zawodnik mógł reprezentować dany kraj. Niektóre źródła podają informację, że Gaetjens nie zrobił nawet i tego. Miał jedynie… obiecać, że wystąpi o obywatelstwo. Pomijając wszelkie okoliczności, w jakich znalazł się w reprezentacji USA, faktem jest, że wraz z drużyną narodową poleciał na mistrzostwa świata do Brazylii. W tym samym roku został również królem strzelców American Soccer League w barwach Brookhattan. Młody chłopak musiał oderwać się na kilka tygodni od książek (i naczyń, na których zmywanie zapewne też miał coraz mniej czasu), by wyruszyć w najpiękniejszą podróż swojego życia. To już było jak spełnienie marzeń. Nie wiedział jednak, że przejdzie do historii.
Mistrzostwa świata w 1950 roku były pierwszymi po II wojnie światowej. Najważniejszy piłkarski turniej globu zorganizowano po 12 latach przerwy. To właśnie od tej edycji oficjalnie Puchar Świata przekształcono w piłkarskie mistrzostwa świata. Na potrzeby tej imprezy wybudowano najsłynniejszy stadion piłkarski świata – Maracanę – który w czasach swojej świetności mógł pomieścić nawet 200 tysięcy(!) kibiców. Niektórzy historycy sprzeczają się i twierdzą, że jest to liczba przekłamana. Mówi się o nieco ponad 150 tysiącach. Nawet ta mniejsza liczba i tak robi wrażenie. Organizacja tego przedsięwzięcia niosła ze sobą pewne trudności. Nie wszystkie państwa były gotowe (lub chętne) na tak odległą podróż. Już po wywalczeniu awansu, z turnieju wycofały się reprezentacje Szkocji i Turcji. W sumie w Brazylii wystąpiło 13 drużyn. Jak powszechnie wiadomo, w decydującym spotkaniu (nie było typowego meczu finałowego, ale tak się złożyło, że ostatni mecz grupy finałowej decydował o ostatecznym zwycięstwie) Urugwaj nieoczekiwanie pokonał gospodarzy i zdobył mistrzostwo. Nie była to jedyna wielka niespodzianka tych mistrzostw. Stany Zjednoczone nie miały zbyt trudnego zadania, aby znaleźć się w gronie finalistów w 1950 roku. Jankesi, po zwycięstwie odniesionym nad Kubą, obok Meksyku otrzymali zaproszenie na udział w turnieju jako przedstawiciele strefy Ameryki Północnej. Teoretycznie nie dokonali niczego wielkiego. Zajęli ostatnie miejsce w grupie. Za Hiszpanią, Anglią i Chile. Z jednym zwycięstwem i dwiema porażkami zakończyli swój udział w turnieju. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że zwyciężyli z Synami Albionu. Anglicy zaczęli zgodnie z planem. Pokonali 2:0 Chilijczyków i drugi mecz z USA miał być formalnością. Amerykanie w porównaniu z drużyną angielską wyglądali jak zlepek amatorów. I… rzeczywiście nimi byli. Kraj z największymi tradycjami piłkarskimi, któremu zawdzięczamy tak wiele, od przepisów gry po popularyzację piłki nożnej, pierwszy raz postanowił wystąpić w mistrzostwach świata. W składzie miał takich zawodników jak:Alf Ramsey (który 16 lat później doprowadzi Anglików jako trener do upragnionego triumfu), Wilf Mannion z Middlesbrough, czy Stan Mortensen z Blackpool. A jednak przegrali. Nieważny jest styl gry, gdyż to wynik idzie w świat. Zdanie to doskonale obrazuje mecz, który dosłownie wstrząsnął piłkarskim światem. W jednym momencie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie w Belo Horizonte oszalało. Pierwszy i jedyny gol padł w 37. minucie. Bramkę po strzale głową (nie mogło być inaczej) zdobył jedyny czarnoskóry zawodnik w ekipie USA. Joe Gaetjens był na ustach wszystkich kibiców.
Pomimo usilnych prób, Anglikom nie udało się wyrównać. Mogli pluć sobie w brodę, że nie wystawili do gry pierwszego zdobywcy Złotej Piłki, czarodzieja dryblingu, Stanleya Matthewsa.
Gol przeciwko Synom Albionu dał rozgłos Haitańczykowi w jego rodzinnym kraju i w Europie. W Stanach Zjednoczonych nie zrobił takiej furory, gdyż zwyczajnie sport ten nie był na tyle popularny. Wszystkim trudno było uwierzyć w to sensacyjne zwycięstwo USA. Podobno ludzie zastanawiali się, czy w druku nie popełniono błędu, a wynik zamiast 0:1 nie powinien brzmieć 10:1… Po zakończeniu edukacji Joe Gaetjens postanowił wrócić w rodzinne strony. Próbował w międzyczasie kontynuować piłkarską karierę we Francji. Grał w takich zespołach jak RC Paris i Olimpique Ales, lecz bez większych sukcesów. Reprezentował także Haiti, a po zawieszeniu butów na kołku, zajął się fachem trenerskim i prowadzeniem pralni chemicznej. Założył rodzinę i doczekał się trójki potomstwa. W 1957 roku już po powrocie zawodnika do Haiti, rządy na wyspie przejął Francois Duvalier. Władzę dyktatorską sprawował dożywotnio (do 1971 roku), był także kluczową postacią kultu religijnego voodoo. Joe Gaetjens nie interesował się polityką. Jego rodzina jednak aktywnie wspierała przeciwników dyktatora. Dwóch braci byłego piłkarza uciekło na Dominikanę, gdzie wraz z innymi przygotowywali plan obalenia Duvaliera. Joe nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Wywiad śledczy prezydenta spowodował, że nazwisko Gaetjens znalazło się w kręgu jego zainteresowań. Rankiem, 8 lipca 1964 roku aresztowano bohatera z Maracany. Tu ślad się urywa… Ciała byłego zawodnika reprezentacji Stanów Zjednoczonych nigdy nie odnaleziono. Po siedmiu latach od aresztowania, bracia zaginionego podjęli próby rozwikłania sprawy. W akcję zaangażował się m.in. Clive Toye – człowiek, który sprowadził słynnego Pelego do drużyny New York Cosmos. Udało się ustalić, że Joe trafił do Fort Dimanche, znanego pod niechlubną nazwą jako „fort śmierci”. Tam najprawdopodobniej kilka dni później został rozstrzelany. Śmierć poniósł za to, że jego rodzina brała udział w spisku przeciwko dyktatorowi. Sam nigdy nie interesował się polityką. Zapewne myślał, że nie poniesie konsekwencji za działania swoich bliskich. Być może sądził, że reputacja znanego sportowca w tym pomoże. Prawdy jednak już nigdy się nie dowiemy…
8
Kat Anglików:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Zwycięski i bardzo szczęśliwy remis:
19 marca 1986 r. FC Barcelona zremisowała w rewanżowym spotkaniu w Turynie z Juventusem 1:1 w ramach ćwierćfinału Pucharu Europy. Jak się okazało był to remis zwycięski, bowiem w pierwszym meczu Barça wygrała skromnie 1:0. W rewanżu w pierwszej połowie Juve mogło, a nawet powinno strzelić kilka goli lecz niemiłosiernie pudłował Marco Pacione, w tym między innymi na pustą bramke! W 30 minucie w jednej z nielicznych akcji Blaugrany Victor dośrodkował piłke na drugi słupek do Archibalda. Szkot oddał strzał z ostrego kąta a piłke do własnej bramki wpakował bramkarz Tacconi. Gospodarze doprowadzili do remisu po strzale Platiniego tuż przed przerwą. W drugiej części meczu dało o sobie znać lepsze przygotowanie fizyczne Barçy więc włosi próbowali zaskoczyć rywali strzałami z dystansu jednak nie przyniosło to już żadnego skutku. ,,Szczerze życzę Barcelonie żeby przejęła od nas pałeczke i zdobyła Puchar Europy”- powiedział po meczu trener Juventusu Giovanni Trapattoni. No cóż, jak wiemy nie udało się wówczas zdobyć tego cennego pucharu(porażka ze Steauą) a przecież było tak bardzo blisko…
Wspomnień czar:
@Monix10
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj
5
@FCBparasiempre
Francesco Toldo
Mecz 5. kolejki Serie A w sezonie 2002/03, Inter – Juventus, 19 października 2002 roku, stadion San Siro w Mediolanie
Włoch podczas swojej kariery raczej nie miewał ofensywnych zapędów. Ale gdy jego Inter w doliczonym czasie gry przegrywał z odwiecznym rywalem, Juventusem, postanowił wejść w pole karne i spróbować strzelić gola. Rzut rożny, piłka zagrana przed bramkę, ogromne zamieszanie i wielka radość zawodników Interu. Na początku gol został zapisany Francesco Toldo. Dziś uznaje się, że to jednak Christian Vieri, który także walczył o oddanie strzału, jest autorem tego trafienia. Inne zdanie ma sam Toldo. ,,Vieri musnął piłkę, ale ja dotknąłem ją ostatni i zremisowaliśmy. Bobo wtedy walczył o tytuł króla strzelców, ale to ja doprowadziłem do wyrównania” – powiedział w wywiadzie dla Radio Anch’ioSport.
Luis Enrique „Neco” Martínez
Mecz towarzyski, Polska – Kolumbia, 30 maja 2006 roku, Stadion Śląski w Chorzowie
Zaplanowany na 30 maja 2006 roku mecz z Kolumbią był przedostatnim sprawdzianem Biało-Czerwonych przed zbliżającymi się Mistrzostwami Świata w Niemczech. Spotkanie z Los Cafeteros miało wprawdzie towarzyski charakter, ale obserwowaliśmy je dość uważnie, ponieważ na mundialu czekał nas pojedynek z inną południowoamerykańską drużyną, Ekwadorem. Przegraliśmy z Latynosami 1 do 2, ale wynik mało kto już pamięta. Wszyscy bowiem wspominają sytuację z 64. minuty, kiedy kolumbijski bramkarz „Neco” Martínez tak wykopał piłkę spod własnej bramki, że ta przelobowała naszego Tomasza Kuszczaka i wpadła do siatki. Za polskim bramkarzem ten błąd ciągnął się bardzo długo. Przylgnęła do niego nawet niewybredna ksywka „Puszczak”.
Andrés Palop
Mecz 1/8 finału Pucharu UEFA w sezonie 2006/07, Szachtar – Sevilla, 15 marca 2007 roku, Stadion Olimpijski w Doniecku
16 maja 2007 roku po emocjonującym meczu na Hampden Park z Espanyolem Sevilla sięgnęła po swój drugi Puchar UEFA. Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie golkiper Andaluzyjczyków Andrés Palop. I nie mówimy tu tylko o udanych interwencjach, ale przede wszystkim o bramce, jaką zdobył w 1/8 finału tamtych rozgrywek. Rywalem Sevilli był wówczas Szachtar. W Hiszpanii padł remis 2:2. Rewanż w Doniecku zapowiadał się zatem niezwykle ciekawie i w istocie taki był. W 83. minucie Ukraińcy wyszli na prowadzenie 2 do 1. Awans mieli już na widelcu, ale w doliczonym czasie gry zagrana przez Daniego Alvesa z rzutu rożnego piłka trafiła na głowę Palopa, który chwilę wcześniej pobiegł w pole karne, by ratować sytuację. Strzegący bramki ekipy z Donbasu Bohdan Szust był bezradny wobec strzału hiszpańskiego golkipera. Rezultat 2:2 oznaczał dogrywkę, w której Sevilla zdobyła kolejnego gola i to ona przeszła do następnej rundy. W ćwierćfinale wyeliminowała Tottenham i w półfinale – Osasunę, a w meczu o puchar – jak wspomnieliśmy – okazała się minimalnie lepsza od Espanyolu.
Paul Robinson
Mecz 30. kolejki Premier League w sezonie 2006/07, Tottenham – Watford, 17 marca 2007 roku, stadion White Hart Lane w Londynie
Piłkarski świat mówił jeszcze o wyczynie Palopa w meczu z Szachtarem, a tymczasem kolejny bramkarz zdobył gola. Tym razem ta sztuka udała się Paulowi Robinsonowi z Tottenhamu. W 63. minucie potyczki z Watfordem Koguty miały rzut wolny. Sytuacja była zupełnie niegroźna, ponieważ cała rzecz działa się prawie 90 metrów od bramki przeciwnika. Piłkę wykopał Robinson. Najprawdopodobniej chciał ją zagrać do któregoś z napastników, jednak żaden z nich nie miał szans do niej dojść. Niedotknięta przez nikogo po drodze futbolówka odbiła się przez golkiperem Watfordu Benem Fosterem i wylądowała w siatce. Był to trzeci gol bramkarza w historii Premier League(po Schmeichelu i Bradzie Friedelu). ,,Naprawdę nie wiedziałem, czy był to rzut wolny bezpośredni czy pośredni. Nie chciałem więc od razu świętować, by nie wyjść na klauna, na wypadek gdyby sędzia nie uznał gola” – wspominał swój wyczyn Robinson. – Mam w domu cały zestaw z tamtego spotkania, rękawice, buty i piłkę – przyznał na łamach oficjalnej strony internetowej Tottenhamu.
Daniel Aranzubia
Mecz 24. kolejki La Liga w sezonie 2010/11, Almería – Deportivo, 20 lutego 2011 roku, Estadio de los Juegos Mediterráneos w Almeríi
Przed Aranzubią było kilku bramkarzy, którzy zdobywali bramki w hiszpańskiej ekstraklasie, choćby Toni Prats czy wspomniany Chilavert. Ale to właśnie Bask jako pierwszy strzelił w La Lidze gola z gry. Dokonał tego w 24. kolejce sezonu 2010/11, gdy jego ówczesny klub, Deportivo, mierzył się w wyjazdowym meczu z Almeríą. Upływała już czwarta i ostatnia minuta doliczonego czasu gry, a na tablicy wyników widniał rezultat 1:0 dla gospodarzy. Arbiter pozwolił gościom wykonać ostatni rzut rożny. Pablo Álvarez dośrodkował, do piłki wybiegł bramkarz Almeríi Diego Alves. Nie zdołał jednak jej chwycić, bo uprzedził go Aranzubia. Ku wielkiej rozpaczy Almeriensistas wpadła do bramki.
Rogério Ceni
Mecz 16. kolejki Campeonato Paulista w sezonie 2011, São Paulo – Corinthians, 27 marca 2011 roku, stadion Morumbi w São Paulo
Niekwestionowany król strzelających bramkarzy. Niemal całą karierę spędził w São Paulo FC, dla którego zaliczył 131 trafień z rzutów karnych i wolnych. Dzięki temu znalazł się na 9. miejscu na liście najlepszych strzelców w historii klubu, wyprzedzając m. in. Raía czy Carecę. Setnego gola zdobył w derbach São Paulo z Corinthians na legendarnym stadionie Morumbi. Była to piękna bramka, bez wątpienia godna jubileuszu. Ceni zdobył ją, uderzając z rzutu wolnego w samo okienko.
Asmir Begović
Mecz 10. kolejki Premier League w sezonie 2013-14, Stoke – Southampton, 2 listopada 2013 roku, Brittania Stadium w Stoke-on-Trent
Znalazł się Księdze Rekordów Guinessa jako autor gola z najdalszej odległości. Miejsce w gronie rekordzistów świata dała bramka zdobyta z 97,5 jarda (około 89,1 m). Strzelił ją naszemu Arturowi Borucowi podczas meczu ligowego. Bośniak nie miał zamiaru przelobować Polaka, po prostu bardzo mocno wykopał piłkę. – To miłe uczucie, ale po prostu miałem szczęście. Trochę szkoda mi Boruca. Była to długa piłka, pomógł wiatr, nieprzyjemnie się odbiła. W takich sytuacjach nie jest miło być bramkarzem […] Nie chciałem świętować z szacunku do niego [do Boruca – red.] – opisywał swoją bramkę Begović. Jak dotąd, jest to jedyna bramka w karierze tego golkipera.
Boubacar „Copa” Barry
Mecz finałowy Pucharu Narodów Afryki 2015, Wybrzeże Kości Słoniowej – Ghana 0:0 po dogr. karne 9:8, 8 lutego 2015 roku, Estadio do Bata w Bacie
Copa udowodnił, że można przeżyć chwilę chwały, gdy nie gra się już pierwszych skrzypiec. Na Puchar Narodów Afryki rozgrywany w 2015 roku w Gwinei Równikowej jechał jako rezerwowy, bo miejsce w podstawowych składzie Słoni wywalczył sobie Sylvain Gbohouo. W trakcie półfinałowego meczu z Demokratyczną Republiką Kongo podstawowy bramkarz odniósł jednak kontuzje. W finale z Ghaną selekcjoner Hervé Renard musiał więc postawić na Barry’ego. Mecz o złoto był nudny. Emocje przyniosły dopiero „jedenastki”. Iworyjczycy nie wykorzystali dwóch pierwszych karnych i to Czarne Gwiazdy były bardzo blisko tytułu. Ale potem to Ghańczycy dwa razy spudłowali i po udanych próbach zawodników Wybrzeża stan się wyrównał. Rozstrzygnięcie zapadło dopiero w 11 serii, podczas której doszło do pojedynku bramkarzy. Brimah Razak strzelił źle i Copa zdołał odbić piłkę. Po chwili przed szansą stanął Barry. Trafił i w ten oto sposób Wybrzeże Kości Słoniowej po raz drugi w swojej historii sięgnęło po Puchar Narodów Afryki.
Oscarine Masuluke
Mecz 11. kolejki ABSA Premiership, Baroka – Orlando Pirates, 30 listopada 2016 roku, Old Peter Mokaba Stadium w Polokwane
O Masuluke pewnie nigdy nie usłyszelibyśmy w Europie, gdyby nie cudowna bramka, którą zdobył 4 lata temu. Jego klub, Baroka FC, grał wówczas z Orlando Pirates. Zgodnie z oczekiwaniami Buccaneers (przydomek Orlando) prowadzili. Nie zdołali jednak dowieźć zwycięstwa do końca, ponieważ w szóstej minucie doliczonego czasu gry Masuluke piękną przewrotką wpakował piłkę do siatki i dał swojej drużynie remis. Gol był nie tylko efektowny ale(jak się później okazało) także istotny w końcowym rozrachunku, bowiem walcząca o utrzymanie Baroka wyprzedziła właśnie o jeden punkt Highlands Park, który spadł bezpośrednio do niższej ligi (Baroka trafiła do baraży, które wygrała). Trafienie bramkarza znalazło się na liście nominowanych do Nagrody Puskása (otrzymuje ją autor najpiękniejszego gola w roku kalendarzowym). Trofeum przypadło jednak Olivierowi Giroud. Masuluke zajął drugie miejsce, wyprzedzając m. in. Mario Mandžukicia czy Nemanję Maticia.
Alberto Brignoli
Mecz 15. kolejki Serie A, Benevento – Milan, 3 grudnia 2017 roku, Stadio Ciro Vigorito w Benevento
Na naszej liście nie mogło zabraknąć człowieka, którego gol zakończył serię 14 porażek z rzędu. Taka niechlubna historia przydarzyła się w 2017 roku ekipie Benevento. Drużyna ze Stadio Ciro Vigorito w 15. kolejce sezonu 2017/18 podejmowała Milan. Do ostatnich chwil wydawało się, że Milan będzie kolejnym zespołem, który zainkasuje komplet punktów w pojedynku z Gli Stregoni. Porażce z mediolańczykami zapobiegł jednak Alberto Brignoli, który w doliczonym czasie gry skorzystał z dobrego dośrodkowania Danilo Cataldiego i pięknym szczupakiem pokonał Gianluigiego Donnarummę. To był przełom, mimo że Benevento nie zdołało opuścić ostatniego miejsca w tabeli i spadło do Serie B.
Andrzej Witan
Mecz 34. kolejki Fortuna I Ligi, GKS Katowice – Bytovia Bytów, 18 maja 2019 roku, Stadion GKS w Katowicach
Andrzej Witan to bohater tragiczny – niezależnie od tego, co zrobił, i tak nie uniknął katastrofy. 18 maja 2019 roku pojechał ze swoją Bytovią do Katowic na mecz z GieKSą. Był to ostatni akord sezonu. Ani bytowianie, ani katowiczanie nie mogli być pewni utrzymania, ale w lepszej sytuacji znajdowali się gospodarze, którym do pozostania w Fortuna I Lidze wystarczył 1 punkt. Goście, chcąc myśleć o uniknięciu degradacji, musieli zwyciężyć. GKS grał źle, ale niemal do samego końca utrzymywał upragniony remis. „Bytovia atakowała rozpaczliwie, a GKS prowadzony przez Dariusza Dudka doprowadzał swoich kibiców do białej gorączki, na przykład wtedy, gdy jego zawodnicy gromadnie stawali na linii bramkowej przy własnym rzucie rożnym, co kończyło się groźną kontrą rywali” – pisał w o postawie ekipy ze Śląska „Dziennik Zachodni”. W końcu GieKSa się doigrała. W doliczonym czasie gry Bytovia wywalczyła rzut wolny. Piłkę wprost na głowę Witana posłał Filip Burkhardt. Golkiper gości zachował się jak rasowy napastnik – uderzył mocno i precyzyjnie. Ekipa z województwa pomorskiego zaczęła się cieszyć, ale wkrótce ta radość zamieniła się w rozpacz. Zawodnicy dowiedzieli się bowiem, że Wigry Suwałki, inna drużyna bijąca się o utrzymanie, wygrała swój mecz z Rakowem Częstochowa i to właśnie ona pozostała w Fortuna I Lidze kosztem Bytovii i GKS-u.
8
@FCBparasiempre
Pat Jennings
Mecz o Tarczę Dobroczynności FA: Manchester United – Tottenham Hotspur 3:3, 12 sierpnia 1967, stadion Old Trafford w Manchesterze
W 1967 roku, w meczu o Tarczę Dobroczynności (dziś Tarcza Wspólnoty) stanęły naprzeciw siebie dwie znakomite marki: Manchester United (mistrz) oraz Tottenham Hotspur (triumfator Pucharu Anglii). Na murawie nie brakowało gwiazd. Czerwone Diabły miały Bobby’ego Charltona i George’a Besta, zaś w barwach Kogutów brylowali Jimmy Greaves czy Alan Mullery. Ale po meczu prasa rozpisywała się głównie nie o nich, lecz o bramkarzach. Bohaterem mediów stał się bowiem golkiper londyńczyków Pat Jennings, który tak wykopał piłkę spod własnej bramki, że zaskoczył swojego vis-à-vis Alexa Stepneya. Mecz zakończył się rezultatem 3:3. Nie było dogrywek, karnych, rewanżów, powtórzenia spotkania ani rzucania monetą. Trofeum po prostu przyznano obu drużynom. W 1971 roku Stepney tak opisywał swój błąd: ,,Wyszedłem z linii na wypadek, gdyby któryś z nich [zawodnicy Tottenhamu Alan Gilzean i Bill Foulkes – red.] wyskoczył do piłki. Minęli się jednak z nią, a ona odbiła się od mokrej murawy. Spodziewałem się, że wpadnie w poślizg, ale nie! Musiała trafić w kawałek darni albo coś takiego i ku zdumieniu każdego przeleciała nad moją głową i wpadła do siatki” – wspominał.
René Higuita
Mecz fazy grupowej Copa América 1989, Kolumbia – Wenezuela 4:2, 3 czerwca 1989 roku, Estádio Fonte Nova w Salvadorze
Higuitę, zwanego El Loco (wariat), kojarzymy przede wszystkim ze słynnego kopnięcia skorpiona (ang. scorpion kick). Ale Kolumbijczyk umiał też strzelać bramki z rzutów karnych i wolnych. W swojej karierze zdobył ponad 40 goli, z czego 3 dla reprezentacji. Która z nich była najważniejsza? Wybieramy trafienie przeciwko Wenezueli podczas Copa América 1989. Higuita nie zrobił wówczas niczego niesamowitego. Po prostu pewnie wykorzystał „jedenastkę”, otwierając wynik meczu. Rzadko jednak zdarza się, by na turniejach rangi mistrzowskiej na listę strzelców – nawet jeśli chodzi tylko o rzut karny – wpisywał się bramkarz. Było to ostatnie trafienie El Loco dla Los Cafeteros.
Michelangelo Rampulla
Mecz 22. kolejki Serie A w sezonie 1991/92, Atalanta – Cremonese 1:1, 23 lutego 1992 roku, Stadio Comunale w Bergamo
Nad Wisłą Rampullę kojarzą przede wszystkim fani Juventusu, którzy pamiętają go jako zmiennika Angelo Peruzziego. Natomiast miejsce w historii włoskiej piłki zyskał dzięki golowi strzelonemu w meczu przeciwko Atalancie. Zimą 1992 roku urodzony na Sycylii bramkarz występował w broniącym się przed spadkiem Cremonese. Jego drużyna przed 22. kolejką zajmowała przedostatnie miejsce w tabeli. Szansą na podreperowanie dorobku punktowego był pojedynek z ekipą z Bergamo. W końcówce pierwszej połowy gospodarze wyszli na prowadzenie po karnym wykorzystanym przez Carecę Biancheziego. Mijały kolejne minuty, a wynik się nie zmieniał. Gdy wydawało się, że La Dea odniesie zwycięstwo, Cremonese w doliczonym czasie wywalczyło rzut wolny. Dośrodkował Alviero Chiorri, z piłką minął się Fabrizio Ferron, a za nim czekał już Rampulla, który głową skierował futbolówkę do siatki. Był to pierwszy gol bramkarza z gry w historii Serie A.
Jorge Campos
Mecz 31. kolejki Primera Division de México w sezonie 1995/96, Cruz Azul – Atlante 1:1, 21 marca 1996 roku, Estadio Azteca w Mexico City
Dzięki takim ludziom jak Campos kochamy latynoski futbol. Zazwyczaj występował jako bramkarz, ale spełniał się też w roli napastnika. Mecz przeciwko Cruz Azul zaczął na pozycji golkipera. Na początku drugiej połowy dał się pokonać Brazylijczykowi Pintado. Słynny Javier Aguirre, będący wtedy trenerem Atlante, szukając sposobu na zmianę niekorzystnego rezultatu, zdecydował się na niecodzienną zmianę. Zdjął z boiska gracza z pola a w jego miejsce wpuścił rezerwowego bramkarza. Z kolei Camposa przesunął do ataku. Fortel zadziałał. Na 5 minut przed końcem biegający w przodzie ,,El Inmortal” fantastycznymi nożycami doprowadził do wyrównania.
Jens Lehmann
Mecz 20. kolejki Bundesligi w sezonie 1997/98, Borussia Dortmund – Schalke, 19 grudnia 1997 roku, Westfalenstadion w Dortmundzie
Chyba każdy piłkarz BVB i Schalke marzy o tym, by zostać bohaterem Revierderby. Podczas tej rywalizacji narodziło się wiele wspaniałych historii, a jedną z najpiękniejszych napisał w grudniu 1997 roku Jens Lehmann. To był piątkowy wieczór. Strzelanie w derbach Zagłębia Ruhry rozpoczął w 26. minucie pomocnik Borussii Rosjanin Vladimir But. Wyrównanie przyszło dopiero na kwadrans przed końcem za sprawą innego Rosjanina, Denisa Kljujewa. Königsblauen z remisu cieszyli się jednak tylko kilka chwil, bo Andreas Möller pokonał Lehmanna z rzutu wolnego. Starając się o drugiego gola, ekipa z Gelsenkirchen wywalczyła w doliczonym czasie gry rzut rożny. Piłka po zagraniu Olafa Thona trafiła pod nogi Thomasa Linke, który zgrał ją przed bramkę. A tam czekał już golkiper Schalke. Futbolówkę chciał jeszcze złapać Stefan Klos, ale Lehmann go uprzedził i zapewnił swojej ekipie jeden, ale jakże prestiżowy punkt. ,,To była spontaniczna decyzja. Pomyślałem, że mogę coś zmienić. Z nikim tego nie uzgadniałem ani nikt mnie o to nie prosił” – opisywał swoje trafienie Lehmann. Co ciekawe, był to dla niego drugi gol w Bundeslidze. Pierwszego zdobył w marcu 1995 roku z rzutu karnego. Wtedy jego Schalke wygrało z TSV 1860 aż 6 do 2.
Jimmy Glass
Mecz 46. kolejki Division Three w sezonie 1998/99, Carlisle United – Plymouth Argyle, 8 maja 1999 roku, Brunton Park w Carlisle
W kwietniu 1999 roku Jimmy Glass został wypożyczony ze Swindon do Carlisle United. Ekipa z Kumbrii grała wtedy w Division Three (czwarty poziom rozgrywkowy) i rozpaczliwie broniła się przed spadkiem. Na dodatek miesiąc wcześniej Tony Caig, dotychczasowy pierwszy bramkarz ekipy, odszedł do Blackpool. Dwa pierwsze mecze z Glassem w składzie The Cumbrians zremisowali. By uniknąć degradacji, w ostatniej kolejce musieli więc wygrać na własnym stadionie z Plymouth. Gdy zegar wybijał 90. minutę pojedynku, na tablicy widniał wynik 1 do 1. Kibice Scarborough, bezpośredniego rywala Carlisle do utrzymania, już zaczęli świętować pozostanie w lidze. Kilka chwil później stało się coś niesamowitego. Glass powędrował w pole karne, bo jego drużyna wywalczyła rzut rożny. Dobre dośrodkowanie wykonał Graham Anthony. Piłka spadła na głowę Scotta Dobie, ale jego strzał obronił bramkarz Plymouth James Dungley. Z dobitką zdążył jednak Glass. Piłka wpadła do siatki, a kibice Carlisle momentalnie wpadli na murawę Brunton Park, by cieszyć się z utrzymania. W ten oto dramatyczny sposób The Cumbrians uniknęli degradacji kosztem Scarborough. Po latach telewizja Sky Sports nakręciła film dokumentalny o tamtych wydarzeniach. Produkcja nosi wymowny tytuł: Jimmy Glass: The Great Escape, czyli „Jimmy Glass: Wielka Ucieczka”. Rzeczywiście była to wielka ucieczka Glassa i jego kolegów przed spadkiem.
José Luís Chilavert
Mecz 16. kolejki Primera División w sezonie 1999/00, Vélez Sársfield – Ferro Carril, 28 listopada 1999 roku, Estádio José Amalfitani w Buenos Aires
Najsłynniejszy piłkarz rodem z Paragwaju oraz jeden z najlepszych golkiperów lat 90-tych w Ameryce Południowej, a może nawet i na świecie. Słynął nie tylko z silnego charakteru i umiejętności bronienia, ale także ze zdolności do zdobywania goli. Do siatki trafiał z rzutów karnych i wolnych. Jest pierwszym i jak dotąd ostatnim bramkarzem w profesjonalnym futbolu, który skompletował hat-tricka. Dokonał tego 21 lat temu w meczu przeciwko Ferro Carril Oeste. Paragwajczyk, który wtedy grał w Vélez Sársfield, wykorzystał pewnie trzy „jedenastki” a jego ekipa wygrała tamto spotkanie 6:1. Ktoś może powiedzieć, że to były tylko rzuty karne. Z drugiej strony trafienie trzy razy z „wapna” w jednym meczu to niełatwa sprawa. Pewne jest jedno: miejsca Chilavertowi w futbolowych annałach nikt już nie zabierze.
Hans-Jörg Butt
Mecz I fazy grupowej Ligi Mistrzów w sezonie 2000/01, Hamburger SV – Juventus, 13 września 2000 roku, Volksparkstadion w Hamburgu
Mecz II fazy grupowej Ligi Mistrzów w sezonie 2001/02, Bayer – Juventus, 12 marca 2002 roku, BayArena w Leverkusen
Mecz fazy grupowej Ligi Mistrzów w sezonie 2009/10, Juventus – Bayern, 8 grudnia 2009 roku, Stadio Olimpico w Turynie
Stosunkowo niewielu piłkarzy może pochwalić się strzeleniem gola Juventusowi, broniąc barw trzech różnych klubów. Na tej wąskiej liście jest jeden bramkarz – Hans-Jörg Butt. Swoje pierwsze trafienie przeciwko Starej Damie zanotował we wrześniu 2000 roku. To był istny rollercoaster. Wynik otworzył defensor Juve Igor Tudor. 11 minut później wyrównał Tony Yeboah. Dwie kolejne bramki zdobył dla Włochów Filippo Inzaghi i gdy wydawało się, że trzy punkty pojadą do Turynu, do głosu doszli hamburczycy. Najpierw Mehdi Mahdavikia trafił na 2:3, a w 72. minucie był remis, bo rzut karny wykorzystał Butt. Wkrótce mieliśmy już 4:3, ponieważ van der Sara pokonał Niko Kovač. Wynik spotkania na 4:4 ustalił w samej końcówce Inzaghi. Kolejny raz urodzony w Oldenburgu golkiper ukąsił z „jedenastki” turyńczyków 12 marca 2002 roku. Był już wtedy zawodnikiem Bayeru Leverkusen a gola numer trzy w rywalizacji ze Starą Damą zaliczył w 2010 roku jako gracz Bayernu. Butt to bezapelacyjnie najskuteczniejszy strzelec wśród bramkarzy występujących w najlepszych ligach Starego Kontynentu.
Peter Schmeichel
Mecz 10. kolejki Premier League w sezonie 2001/02, Everton – Aston Villa, 20 października 2001 roku, Goodison Park w Liverpoolu
Schmeichel na angielskiej ziemi zdobył dwa gole. Choć to nie lada wyczyn, żadne z tych trafień nic dało jego drużynom. Gdy reprezentował Czerwone Diabły, strzelił w 1995 roku na Old Trafford efektowną bramkę Rotorowi Wołgograd, ale jego zespół i tak odpadł z Pucharu UEFA. 6 lat później, występując już w Aston Villi, pokonał na Goodison Park golkipera Evertonu Paula Gerrarda. Był to pierwszy gol bramkarza w historii Premier League. I chyba to trafienie należy uznać za najważniejsze w karierze Duńczyka. ,,Widziałem wcześniej w telewizji, jak bramkarze strzelają gole ale nigdy nie zdarzyło się to w meczu, podczas którego byłem trenerem. Mam nadzieję, że więcej tego nie zobaczę. Patrzysz na Schmeichela, jak bierze udział w takich sytuacjach – a robi to często – i trzymasz kciuki, zastanawiając się, czy za chwilę zadziała Prawo Soda(prawo, które mówi, że jak coś ma pójść nie tak, to tak się stanie)” – skomentował bramkę Schmeichela Walter Smith, ówczesny menedżer Evertonu.
15
Najsłynniejsze gole strzelone przez bramkarzy:
Golom zdobytym przez bramkarzy zazwyczaj towarzyszy właściwy temu wydarzeniu dramatyzm. Może to wyglądać tak, że drużyna ma niekorzystny rezultat, a do końca meczu zostało już tylko kilka chwil. Nie ma już zatem nic do stracenia. Stały fragment gry, więc w pole karne rywala, z nadzieją na cud, wędruje golkiper. Po chwili piłka trafia do człowieka z rękawicami na rękach, a potem następuje wybuch radości strzelca i szok obrońców, którzy dopuścili do straty bramki. Ale to tylko jeden scenariuszy, w których bramkarz trafia do siatki. Zapraszam na listę 24 słynnych goli strzelonych przez tych, których głównym zadaniem jest łapanie piłek. Czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia od tworzącego tę listę. Co istotne, znaleźli się na niej zarówno bramkarze, dla których zdobywanie goli było sprawą incydentalną (lub nawet przypadkową), jak i bramkarze, którzy wielokrotnie pokonywali swoich kolegów po fachu. W przypadku tych pierwszych sprawa jest dość klarowna. O tym, czy dany golkiper znalazł się w zestawieniu, decydowały okoliczności, w jakich zdobył gola. Liczył się np. ciężar gatunkowy meczu, konsekwencje lub uroda gola, rozgłos, ewentualnie fakt bycia pierwszym, który w danych rozgrywkach tego dokonał. A jeśli chodzi o seryjnych strzelców w rękawicach, mających na koncie wiele istotnych zdobyczy, wybrałem konkretne mecze, dzięki którym zostali szczególnie zapamiętani. Każde z tych trafień jest na swój sposób szczególne, dlatego nie zdecydowałem się na uszeregowanie ich(załóżmy) w kolejności od mniej znanych do najsłynniejszych. W zestawieniu zastosowałem więc porządek chronologiczny.
Całość w odpowiedzi na mój komentarz.
@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
12
(Nie)zapomniany Górnik:
18 marca 1970 r. Górnik Zabrze pokonał Lewskiego Sofia 2:1 w rewanżowym starciu ¼ Pucharu Zdobywców Pucharów. Po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w Sofii piłkarze Górnika rozpoczęli przygotowania do spotkania rewanżowego. Dzięki zarejestrowanym przez Telewizję Polską fragmentom pierwszego meczu mogli oni dokładnie przeanalizować najważniejsze sytuacje – trzy bramki Lewskiego oraz groźne sytuacje stworzone przez napastników bułgarskich na przedpolu Kostki. Analiza ta miała na celu przede wszystkim poprawienie gry obronnej. Nastroje w drużynie były bojowe, wszyscy piłkarze Górnika zapowiadali, że zrobią wszystko, by wywalczyć przepustkę do grona czterech najlepszych klubowych zespołów w Europie. Piłkarze Lewskiego do Chorzowa udali się samolotem na dwa dni przed meczem. Wcześniej od nich na rewanż udali się kibice. Wyruszyli oni w drogę specjalnym pociągiem już w niedzielę (mecz miał miejsce w środę). Była to pierwsza w historii bułgarskiego futbolu eskapada kibiców na wielki mecz. Już ten fakt świadczy jak wielka była waga tego spotkania. Awans do półfinału PZPE nie przyszedł zabrzanom łatwo. Musieli walczyć rzuciwszy na szalę wszystkie swoje siły i umiejętności. Z dużym wysiłkiem zdobywali każdy metr, a im bliżej znajdowali się bramki Lewskiego – tym trudniej było o piłkę. Bułgarzy wnosili do gry ogromnie dużo ambicji, nieustępliwości i poświęcenia. Trener Czakarow w porównaniu z sofijskim meczem nie tylko wprowadził do zespołu trzech nowych zawodników, ale obrał także zupełnie inną taktykę. Jego zawodnicy grali systemem 1-4-4-2 a w chwilach naporu Górnika ściągali do obrony jeszcze Peszewa, pozostawiając w środku tylko trzech zawodników.
Taka taktyka dość długo okazywała się skuteczną. Co prawda w 7 minucie górnicy zdołali wymanewrować obronę Lewskiego szybką wymianą piłki i Szołtysik precyzyjnym strzałem zdobył bramkę, jednak sędzia dopatrzył się pozycji spalonej. Decyzja ta mocno zdeprymowała i tak już bardzo nerwowych górników. Cóż z tego, że nacierali z furią i nie żałowali ani nóg, ani płuc. Większego pożytku z tego nie było, tym bardziej, że atakowali praktycznie wyłącznie przez środek, gdzie panowało największe zagęszczenie nóg przeciwników. Po upływie ok. 30 minut gry zabrzanie zrozumieli, że rozmokła murawa nie sprzyja zbyt kombinacyjnej grze. Wówczas to zaczęli atakować flankami i pod bramką Lewskiego od razu zrobiło się gorąco. Na przeszkodzie w strzeleniu bramki dwukrotnie stanął Kamenski, a raz poprzeczka po główce Kuchty. Gdy wszyscy myśleli już o przerwie Lubański ruszył w pogoń za straconą zdawało się już piłką, wygrał kolejno pojedynki biegowe z Peszewem, Żeczewem oraz Iwkowem i nie namyślając się wiele strzelił nie do obrony zza linii pola karnego. To był właśnie wielki Włodek Lubański, przez wiele minut niewidoczny, ale umiejący zdobyć się w krytycznym dla swojej drużyny momencie na niebywałą szarżę i odmienić losy spotkania. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie bramka Lubańskiego podniosła na duchu zabrską jedenastkę. Ujawniło się to zaraz po przerwie, kiedy to górnicy stali się na 16 minut całkowitymi dominatorami, pieczętując swoją przewagę golem wypracowanym przez Szołtysika a strzelonym przez Banasia.
Wydawało się, że górnicy nie będą mieli żadnych problemów z odniesieniem zwycięstwa. Stało się jednak inaczej. Zbyt krótkie wybicie piłki przez Oślizłę pozwoliło na strzelenie bramki przez Janko Kiryłowa. Bramki, która znów postawiła znak zapytania nad końcowym wynikiem. Na szczęście podopieczni trenera Matyasa po chwili niepewności wrócili do równowagi i znów zaczęli zagrażać bramce Lewskiego. Znów jednak na przeszkodzie do zdobycia bramki albo stawał Kamenski, albo niezdecydowanie zabrzan, albo poprzeczka. W końcówce trener Lewskiego próbował odmienić jeszcze losy spotkania rzucając wszystkie siły w atak. Manewr ten spalił jednak na panewce. Defensywa Górnika ze spokojnym Oślizłą na czele nie dała się zaskoczyć. Ostatecznie zwycięstwo przypadło drużynie lepszej, która mogła wygrać zdecydowanie wyżej gdyby miała trochę więcej szczęścia. 100 000 widzów na Stadionie Śląskim mogło rozpocząć świętowanie zwycięstwa.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
1
Jak dawniej za dziecka wołałem ,,Lassie wróć", tak teraz będe wołał: Messi, legendo wróć! Wróć i dopomóż udręczonym cules
8
Legendy polskiego futbolu:
18 marca 1971 r. urodził się Jerzy Brzęczek. Jako pomocnik reprezentował barwy takich zespołów, jak między innymi Lech Poznań, Górnik Zabrze, Tirol Innsbruck, Maccabi Hajfa czy Sturm Graz. Podczas Letnich Igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku Brzęczek pełnił funkcję kapitana kadry olimpijskiej, z którą wywalczył srebrny medal, czym na stałe zapisał się w historii polskiego futbolu. Wraz z końcem kampanii 2008/2009 zakończył piłkarską karierę i rozpoczął pracę jako asystent trenera Polonii Bytom, gdzie doskonalił swój warsztat, by na początku 2010 roku objąć funkcję pierwszego szkoleniowca Rakowa Częstochowa. W klubie spod Jasnej Góry spędził cztery lata, po czym 17 listopada 2014 roku przejął pieczę nad ekstraklasową drużyną Lechii Gdańsk. W latach 2015-2017 prowadził zespół GKS-u Katowice, z kolei edycję rozgrywek 2017/2018 spędził w Płocku, gdzie wraz z tamtejszą Wisłą zakończył ligowe zmagania na 5. miejscu. W lipcu 2018 roku Jerzy Brzęczek został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji Polski, a jego głównym zadaniem było zapewnienie Biało-Czerwonym udział na Euro 2020. 7 września 2018 roku zadebiutował w nowej roli, remisując 1:1 w wyjazdowym meczu z Włochami w ramach Ligi Narodów UEFA. W eliminacjach do europejskiego czempionatu Polacy osiągnęli wyznaczony cel i z dorobkiem 25 punktów zdobytych w 10 meczach awansowali na turniej z pierwszego miejsca w grupie. Łącznie pod wodzą Jerzego Brzęczka kadra rozegrała 24 spotkania, notując w tym czasie 12 zwycięstw, 5 remisów i 7 porażek.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Tak to kiedyś bywało:
18 marca 1987 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Dundee United 1:2 w rewanżowym spotkaniu ¼ Pucharu UEFA. Do 85 minuty Blaugrana prowadziła 1:0 i odrobiła w ten sposób straty z pierwszego meczu na Tannadice Park. W samej końcówce Szkoci strzelili 2 gole i niespodziewanie awansowali do półfinału. Na trybunach pojawiły się głosy nawołujące do zwolnienia prezydenta Nuñeza i przywrócenia do składu Schustera. Duma Katalonii do dzisiejszego dnia ma z Dundee United najgorszy bilans spośród wszystkich drużyn, z którymi spotykała się w europejskich pucharach a mianowicie 4 mecze i 4 porażki! Wypada tylko żałować że Szkoci tak cienko przędą w Scottish Premiership, więc chyba nie prędko będzie okazja do rewanżu…?
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
@LS Rosyjskim, tylko i wyłącznie rosyjskim! Gdyby niemieckim to podejrzewam że było by mi teraz o niebo lepiej pod każdym względem...
0
@Kuba_1 Dla mnie problem ja nie panimaju jak się przetłumacza?
3
@Jaro1279 Jeśli chodzi ci o język angielski to oczywiście jak najbardziej nie panimaju! to znaczy znam kilka słów ale to za mało żeby coś zrozumieć
8
@FCBparasiempre
17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.
Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1- oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucil mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…
6
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson