FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
@FCBparasiempre
17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.
Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1- oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucil mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…
6
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@Kuba_1 A można po polsku? Bo nie każdy rozumie tą chińszczyzne
0
@Destroyer_of_Worlds Skoro ustawa tak uznaje, to ja nadal uważam że to jest swego rodzaju skandal!
0
@Destroyer_of_Worlds Po pierwsze Puchar UEFA nie istnieje ale co najistotniejsze pokazywanie polskich klubów na arenie międzynarodowej to jest priorytet, w którym właśnie mowa w tym artykule, który przytoczyłeś, więc dlaczego nie transmitują wszystkich meczów?
0
@kuz Skoro to prawa Viaplay to dlaczego pozwalają na jeden mecz a na drugi nie pozwalają? Gdzie tu logika?
0
@Dr Joint No to chyba powinny być uwzględnione? I nic z tym nie zrobią?
0
To jest swego rodzaju skandal że nie transmituje się meczu polskiego klubu w europejskich pucharach na otwartej antenie(w tym wypadku Lecha Poznań) a jednocześnie transmituje się Lige Mistrzów. Jeśli dobrze pamiętam to mecze Legii Warszawa były wszystkie transmitowane w Lidze Mistrzów, więc w czym problem transmitować ,,Kolejorza"?
11
Fantastyczne rekordy Blaugrany:
17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0! w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu w meczu o punkty. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był wówczas nie tylko znakomitym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii.
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
2
Mamy to!!! Bravissimo Lechu Poznań! Naprzód Kolejorz! Dziękujemy ci Lechu Poznań za punkty dla polskiego futbolu.
1
@Danny Gaucho Tak samo warto zaznaczyć że wówczas rozgrywano zdecydowanie mniej meczów oficjalnych. Gdyby za czasów Alcantary istniała Primera Division, to nie byłby on gorszy od Messiego w ilości goli a kto wie czy nawet nie lepszy? Poza tym miał kilkuletnią przerwe w graniu dla Barcy ponieważ wyjechał do Filipin.
8
@FCBparasiempre
16 marca 1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował, na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie, kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany. Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana. Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52 minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz Puchar Ligi. ,,Było wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie. Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów, uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”- przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie, który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom. Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu, tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju. Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo! Musicie być jak Widzew!”.
To co wyprawiał wówczas Widzew w Europie przechodzi ludzkie pojęcie, zwłaszcza że grał już bez Bońka, który odszedł do Juventusu. Czegoś takiego nie dokonał żaden Polski klub i raczej już nie dokona. Ja osobiście jako gówniarz oglądałem ten mecz w Polskiej telewizji i byłem wówczas tak szczęśliwy i dumny że nie zapomnę tego do końca życia! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią ,,tamtego” Widzewa to polecam książke ,,Wielki Widzew”.
Gorąco pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa!
8
Mija 40 lat od spektakularnego wyczynu w dziejach polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
8
Zapomniane legendy FC Barcelony:
16 marca 1930 r. urodził się Ramón Villaverde, urugwajski pomocnik. Zakup Urugwajczyka z Kolumbijskiego Millonarios F.C. był jednym z największych transferów FC Barcelony lat 50-60 z poza Europy. Grał najczęściej w środku pomocy albo na skrzydle ale nawet grając na skrzydle często schodził do środka, gdzie w pełni wykorzystywał swój niezwykły talent do czytania gry. Podobnie jak wielu latynoamerykańskich graczy w jego czasach, Villaverde miał potężny strzał i niesamowitą kontrolę, w tym niezwykłą umiejętność omijania przeciwników bez pozornie nawet dotykania piłki. On i galicyjski napastnik Luis Suárez doskonale się rozumieli, podczas gdy jego fani i koledzy szczególnie cenili jego prosty, przyziemny charakter. Był także wspaniale zdyscyplinowany, jeśli chodzi o swój potencjał, co wydatnie pokazał w sezonie 1963/64, kiedy zgodził się spędzić ostatni rok swojego kontraktu na wypożyczeniu w Racing Santander, mówiąc: „Nie jestem jeszcze za stary na piłkę nożną, ale jestem za stary, by grać dla Barçy”. Villaverde w barwach Blaugrany zdobył 151 goli, zdobywając 2 mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Hiszpanii.
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Monix10
10
Czy wiecie że…
16 marca 1920 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie ze Slavią Praga na Camp del Carrer Industria, wygrane nie bez trudu 3:2. Był to pierwszy mecz w historii z drużyną z Europy środkowowschodniej.
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
7
Rekordy ,,La Pulgi”
16 marca 2014 r. Lionel Messi strzela hattricka w meczu La Liga z Osasuną, czym bije rekord klubowy Blaugrany należący do Paulino Alcantary(395 goli). Niektóre źródła błędnie podają 369 goli Alcantary. Tutaj oficjalnie: https://www.fcbarcelona.com/en/card/648422/paulino-alcantara
@Symson
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
10
Wobec takiej historii, cule nie może przejść obojętnie:
16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
8
Czy wiemy że:
15 marca 1892 r. narodził się jeden z najpopularniejszych klubów na świecie. Liverpool Football Club mógłby się nigdy nie narodzić, gdyby nie jedna postać. W roku 1892 powstał spór o najem, w efekcie czego Everton opuścił Anfield, a prezes klubu John Houlding został wspólnie z garstką fanów i tylko trzema zawodnikami z pierwszego zespołu. Jednak był zdecydowany tworzyć historię piłki nożnej w mieście. Utworzył więc od podstaw nowy klub, wybrał nazwę Liverpool... i stworzył legendę. Nawet on sam nie mógł przewidzieć jak udany będzie jego plan. Po ponad 120 latach, The Reds jest jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie, 19-krotni Mistrzowie Kraju, 8-krotni zwycięzcy FA Cup, 9-krotni zwycięzcy Pucharu Ligi, 6-krotni zdobywcy Pucharu Europy i 3-krotni zdobywcy Pucharu UEFA.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@Lionel_Messi10 To już w tym roku kwalifikacje do World Cup USA Canada Mexico? Nie za wcześnie, przeszło 3 lata do imprezy?
10
Blaugrana w Lidze Mistrzów:
15 marca 1995 r. FC Barcelona przegrała w Paryżu z tamtejszym PSG 2:1 w ćwierćfinale rewanżowego starcia w Lidze Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Gole dla PSG zdobyli Rai i Guerin; honorowe trafienie dla Barçy zaliczył Bakero. W pierwszym meczu na Camp Nou padł wynik 1:1. Jak widzimy już wówczas PSG mocno zalazło nam za skóre. Niejako ciekawostką jest fakt iż bramki Barçy strzegł wówczas Carles Busquets(ojciec Sergio).
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Niedoceniane legendy futbolu:
14 marca 1955 r. urodził się Daniel Bertoni, napastnik. Mistrz świata z 1978 r., 3-krotny zdobywca Copa libertadores oraz zdobywca Pucharu Interkontynentalnego z 1973 r. Bertoni jest wychowankiem Quilmes Atlético Club. To w jego barwach zadebiutował w 1971 roku w drugiej lidze argentyńskiej mając zaledwie 16 lat. W 1973 roku Bertoni przeniósł się do innego klubu ze stolicy- Independiente. Od razu zaczął grać w podstawowym składzie i jeszcze w tym samym roku wywalczył Copa Libertadores (wystąpił w obu meczach z Colo Colo Santiago). Niedługo potem zdobył kolejne trofeum – Puchar Interkontynentalny, w którym to Independiente pokonało 1:0 Juventus Turyn. Rok później Bertoni znów wystąpił w finale Pucharu Wyzwolicieli, a Independiente tym razem okazało się lepsze od São Paulo FC. W 1975 klub po raz trzeci z rzędu powtórzył ten sukces pokonując Unión Española Santiago. Od tego czasu Bertoni nie osiągał już sukcesów z Independiente na arenie międzynarodowej, lecz na krajowej, gdy w latach 1977 i 1978 wywalczył z nim mistrzostwo fazy Nacional. Latem 1978 Bertoni opuścił ojczyznę i wyjechał do Europy. Jego pierwszym klubem na tym kontynencie była hiszpańska Sevilla FC. Pierwszy sezon miał mniej udany, gdy zdobył tylko 8 goli w lidze, a z Sevillą zajął 11. pozycję, ale w kolejnym zagrał już dużo lepiej zdobywając 16 bramek i zostając najlepszym strzelcem zespołu, który zakończył na 8. miejscu w tabeli.
W 1980 roku Bertoni wyjechał do Włoch. Przez pierwsze 4 sezony grywał we Fiorentinie. W 1982 roku osiągnął z nią wicemistrzostwo Włoch (zdobył 9 goli), ale z czasem tracił miejsce w składzie i w swoich dwóch ostatnich sezonach w klubie z Florencji opuścił prawie 30 ligowych spotkań, a w ostatnim (1983/1984) zajął z nim 3. miejsce. W 1984 roku Bertoni przeszedł do SSC Napoli, gdzie w linii ataku grał ze swoim rodakiem, Diego Maradoną, jednak z klubem nie osiągnął większych sukcesów. W sezonie 1986/1987 Daniel grał w Udinese Calcio, w którym zdobył zaledwie jednego gola i spadł z nim do Serie B. Po tamtym sezonie zakończył piłkarską karierę w wieku 32 lat. W reprezentacji Argentyny Bertoni zadebiutował w 1974 roku. W 1978 roku został powołany przez selekcjonera Césara Luisa Menottiego do kadry na Mistrzostwa Świata, których gospodarzem była Argentyna. Tam występował w podstawowym składzie w ataku u boku Mario Kempesa oraz Leopoldo Luque. Już w pierwszym meczu przeciwko Węgrom zdobył zwycięskiego gola, ustalającego wynik meczu na 2:1. Grał we wszystkich meczach, także w finałowym z Holandią, gdy w 116. minucie pokonał Jana Jongbloeda i Argentyna wygrywając 3:1 została mistrzem świata. W 1982 roku Bertoni ponownie znalazł się w kadrze "Albicelestes" na mistrzostwa świata, tym razem był to mundial w Hiszpanii. Tam podobnie jak 4 lata wcześniej był podstawowym zawodnikiem kadry i grał we wszystkich meczach, jednak Argentyna nie obroniła mistrzostwa i odpadła już w drugiej rundzie przegrywając 1:2 z Włochami oraz 1:3 z Brazylią. Podobnie jak na mundialu w Argentynie tak i tu zdobył 2 gole, oba w grupowych meczach: z Węgrami (4:1) oraz Salwadorem (2:0). Po tym turnieju Bertoni zakończył reprezentacyjną karierę. W kadrze przez 8 lat wystąpił łącznie w 31 meczach i zdobył w nich 12 goli.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
7
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Wszystkiego najlepszego panie Zygmuncie! 14 marca 1946 r. urodził się Zygmunt Anczok. Zygmunt Anczok uważany jest za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki nożnej. Karierę piłkarską rozpoczął w 1959 roku w Sparcie Lubliniec, w którym występował do 1963 roku. Następnie przeniósł się do Polonii Bytom, z którym odnosił spore sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Ból głowy związany z obsadą lewej obrony był całkowicie obcy selekcjonerowi reprezentacji Polski na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dysponowali bowiem w swoich szeregach jednym z najlepszych specjalistów od gry na tej flance defensywy na świecie- Zygmuntem Anczokiem. Potwierdzeniem tej pozycji w międzynarodowym futbolu było powołanie zawodnika grającego wówczas w Polonii Bytom do reprezentacji Europy przez Seppa Herbergera na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna rozgrywany w Moskwie przy stu tysiącach widzów. Akurat w tamtym starciu zagrał on na prawej stronie obrony. Zyskał jednak bardzo pozytywne recenzje a dodatkowo zdobył na własność piłke, którą rozegrano spotkanie i zebrał na niej autografy swoich kolegów z boiska. A było od kogo zbierać. U jego boku wystąpili między innymi Bobby Charlton, Gerd Müller, Dragan Dżajič, Christo Bonew czy Giacinto Facchetti. On sam zmienił Jeana Djorkaeffa(ojca przyszłego mistrza świata- Youriego) po przerwie. W tym gronie mistrzów i medalistów najważniejszych imprez Anczok nie był postacią anonimową. O jego sile zdołali się już wcześniej przekonać Garrincha, Pele czy Allan Ball.
,,Anczok w szybkim tempie wyrósł nam na obrońcę klasy doprawdy już międzynarodowej. Nazywanie go ,,polskim Facchettim” jest już uzasadnione. Anczok jest na tą chwile najlepszym naszym piłkarzem”- pisali dziennikarze po meczu reprezentacyjnym z Anglią, gdy stanowił mur nie do przebicia dla dumnych synów Albionu. Wielkie wrażenie robiła jego elegancja, szybkość i wytrzymałość ale przede wszystkim dalekie ofensywne wypady, rzadkie jeszcze wtedy u zawodników na jego pozycji. Sam wziął ten styl od Facchettiego, którego podglądał dzięki… nielegalnie oglądanej czechosłowackiej telewizji. Znakomita wydolność pozwalała mu bez szwanku dla drużyny wracać do swojej formacji, gdzie już z wielką pieczołowitością zajmował się przeciwnikiem. Swoimi występami w kadrze przeciwko Brazylii, Argentynie czy Anglii wywołał tak wielkie wrażenie że już jako 20-latek został pierwszym w historii Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”. Ten elegancki, dystyngowany wręcz obrońca był autorem ,,psikusa” zrobionego sędziemu Padureanu na pomeczowym bankiecie. Rumuński arbiter w starciu z Bułgarią wyraźnie forował rywali. Anczok udał że ostrzy nóż i pokazał sędziemu kilka wyzywających gestów. Podobno ten nieomal wybiegł z sali… Duże sukcesy odnosił także ze swoim klubem na arenie międzynarodowej. W 1965 r. z Polonią Bytom zdobył Puchar Rappana. Brał udział w obu spotkaniach finałowego dwumeczu przeciwko Lokomotiwowi Lipsk. Kilka miesięcy później przyczynił się do sukcesu w rozgrywkach Interligi oraz Pucharu Ameryki, czyli prestiżowych turniejach organizowanych w USA dla europejskich zespołów. Po powrocie do kraju kibice z Bytomia nieśli na rękach cały zespół, od dworca aż do stadionu.
Na pierwsze(i jedyne) mistrzostwo Polski w karierze musiał jednak poczekać do przenosin w szeregi Górnika Zabrze. Złoto udało mu się zdobyć w sezonie 1971/72. Był to zresztą szczęśliwy dla niego rok. Kilka miesięcy po triumfie w lidze odniósł swój największy sukces reprezentacyjny. Razem z zespołem trenowanym przez Kazimierza Górskiego zdobył mistrzostwo Olimpijskie. Anczok czuwał nad lewą stroną w każdym z 7 meczów tego turnieju. Niewiele później musiał jednak zakończyć poważną karierę. Wielokrotne kontuzje kości śródstopia uniemożliwiły mu wyjazd na Mistrzostwa Świata w RFN. W tym samym czasie zagrał po raz ostatni w Ekstraklasie. Swój bilans zamknął na 232 meczach i czterech medalach(złoto, srebro i dwa razy brąz). Zdobył także Puchar Polski z Górnikiem. Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r., a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
8
Prawdziwi cules kultywują pamięć:
14 marca 1909 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze spotkanie na stadionie będącym jej własnością o nazwie Camp del Carrer Indústria, popularnie nazywanym La Escopidora, czyli spluwaczka (nazwa wzięła się od małego rozmiaru stadionu). Niewiele wcześniej klub z pomocą lokalnego biznesmena zakupił grunty przy Carrer de la Industria(obecnie Carrer de Paris). Był to pierwszy w mieście stadion z dwupiętrową trybuną a jego pojemność wynosiła około 6 tysięcy miejsc. Pierwszym rywalem na otwarcie stadionu była FC Catala, z którą Blaugrana zremisowała 2:2 w ramach Mistrzostw Katalonii. Gole dla Barçy strzelili: legendarny Katalończyk Roma Forns oraz Anglik Charles Wallace.
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
9
@FCBparasiempre
Zaangażowanie, szybkość, spryt, pracowitość, determinacja, wytrzymałość. Mały, zadziorny wojownik ze świetnym dryblingiem. Gość biegający w obie strony z dyndającymi dredami. Jego magiczny wizerunek dobudowywały noszone w trakcie meczów okulary. Te elementy wywoływały w każdym nastolatku zachwyt. Młody chłopak chciał być właśnie kimś takim, jak Edgar Davids, czyli popularny holenderski Pitbull. Na wizerunek piłkarza składa się nie tylko samo kopanie futbolówki. Edgar Davids miał idealny pijarowy image. Aparycja taka, że zaproszenia do reklam same wpływały do skrzynki. W żadnym wypadku nie wątpię w umiejętności piłkarskie Holendra, jednak w tym przypadku choroba oczu, której się nabawił, przyniosła korzyść dla jego wizerunku. Jego zawadiacka boiskowa gra, luzacko-cwaniacki styl bycia, połączony do tego z wyglądem zewnętrznym – zbudował mu nazwisko. Okulary, które nosił dźwignęły go na biegun oryginalności i niepowtarzalności. Uzyskał w ten sposób coś specyficznego, odrębnego. Styl jedyny w swoim rodzaju, zdobyty tylko dzięki zwykłemu przedmiotowi na nosie. To był dość duży cios. Martwiłem się i sądziłem, że to może być koniec mojej gry w piłkę. Okazało się jednak, że jest opcja: nosić okulary. To było początkowo dziwne. Okulary często parowały, musiałem się nauczyć w nich grać, ale nie sądzę, żeby miało to wpływ na moją grę. Edgar Davids miał wybór. 1999 rok był w jego karierze przełomowym. W prawym oku nastąpiły pewne komplikacje, spowodowane wcześniejszymi operacjami, wynikającymi ze zdiagnozowania jaskry. Holender musiał zaryzykować. Z pewnością dziś nie żałuje swojej decyzji. Dzięki temu pograł jeszcze w piłkę przez piętnaście kolejnych lat. Największy jego sukces to niewątpliwie wygrana Ligi Mistrzów z Ajaxem w 1995 roku. Jednak dzięki temu, że tuż przed przełomem wieków zdecydował się grać w okularach, to później zdobył jeszcze dwa mistrzostwa Włoch z Juventusem, wziął udział w przegranym finale Ligi Mistrzów przeciwko Milanowi , zaliczył także przygodę w wielkiej Barcelonie Rijkaarda i zagrał w najbardziej prestiżowej lidze świata – przywdziewając barwy londyńskiego Tottenhamu. W towarzyskim meczu przeciwko Belgii, 4 września 1999 roku – Edgar Davids po raz pierwszy pokazał się światu w specjalnych goglach. Będąc młodym chłopakiem, byłem przekonany, że zawodnik zakłada je po prostu, dla szpanu. Taka już logika kilkuletniego dziecka. Wielu z was z pewnością myślało podobnie. Był „fajnym” zawodnikiem, bo nosił kolorowe okulary i basta. Miał „superowy” wizerunek. Małolat się zastanawiał jakim cudem one mu nie spadają? Pomocnik zakładał je, ponieważ mecze w słońcu mogłyby spowodować u niego uszkodzenie nerwu wzrokowego, a nawet trwałą ślepotę. Jaap Stam żartował z Pitbulla: „Chodź Edgar, gramy przecież w piłkę nożną, to nie jest czas na narty”. Niższy o 21 centymetrów defensywny pomocnik, tylko spojrzał z pogardą na dryblasa i posłał w jego kierunku kilka niecenzuralnych słów. Przegrał w finale Ligi Mistrzów dwa razy z Seedorfem. Zapytany o to, czy ten śmiał się kiedykolwiek z tego i wyszydzał, odpowiedział, że Seedorf po prostu wie kim jest Davids, a obaj panowie się szanują.
W okularach ochronnych zwykliśmy widywać koszykarzy: Tony’ego Parkera, Lakersów: Kareema Abdul-Jabbara, Jamesa Worthy’ego, Kurta Rambisa, ale też: Bo Outlawa, Hakeema Olajuwona, Horace’a Granta, Thurla Baileya, Amer’e Stoudemire’a, Kirka Hinricha. Widzimy więc – gogle w połączeniu z koszykówką kierują nasze skojarzenia na kilku świetnych zawodników, których image został zbudowany przez ten przedmiot. W piłce ręcznej mamy przede wszystkim Karola Bieleckiego oraz nieco mniej znanego Rui Silvę. Futbol to z kolei królestwo jednego pana – Edgara Davidsa. Rządy totalitarne. Pomocnik tak mówił o podwójnym znaczeniu okularów: ,,Po pierwsze to coś, co zapewnia mi bezpieczeństwo. Po drugie coś, co sprawia, że jestem w pewnym stopniu kimś wyjątkowym”. Davids nie był zwykłym, grzecznym piłkarzem. Żaden zawodnik bez boiskowych jaj nie skrytykowałby tak dosadnie selekcjonera reprezentacji, w trakcie trwania wielkiego turnieju (konkretnie EURO 1996): „Hiddink powinien przestać wsadzać głowę w dupy niektórych piłkarzy”. Odpowiedź trenera przyszła bardzo szybko: pakuj się chłopie. Ze Szkocją zagrał całe spotkanie, ale ze Szwajcarią wszedł z ławki. Edgar powiedział, to co myślał i sromotną klęskę 1-4 z Anglią oglądał już w telewizji. Podobnie jak odpadnięcie Holandii w rzutach karnych, w ćwierćfinale z Francją. Jeden moment zakończył ten konflikt. Pitbull pojechał na turniej mistrzostw świata w 1998 roku. Kiedy pomocnik strzelił zwycięską bramkę, w 1/8 z Jugosławią, szczerze wyściskał się z Hiddinkiem. Selekcjoner zapewne wspomina ten serdeczny gest do dziś, gdyż czuć było w nim szczerość i ulgę. We Francji Oranje zajęli czwarte miejsce, ulegając w batalii o medal z fenomenalną Chorwacją. Najgorsze miejsce dla sportowca było traumą tamtej reprezentacji. Dwa lata później, na mistrzostwach Europy we własnym kraju (współorganizatorem była Belgia), Holandia również odpadła w półfinale, przegrywając w traumatyczny sposób z Włochami, kiedy tamci przez niemal cały mecz (od 34. minuty) grali w dziesiątkę i nie strzelili aż pięciu rzutów karnych (2 w regulaminowym czasie i 3 w serii jedenastek). Po turnieju, w ramach małej osłody, Holender został wybrany do najlepszej drużyny EURO 2000. Tajemnicą jest, dlaczego takie zbiorowisko gwiazd nie zdołało zakwalifikować się na mundial do Korei i Japonii. Kiedyś, podczas relaksu w domu Zidane’a w Turynie, Davids wykopał piłkę na ogródek: – Może zagramy meczyk? – zasugerował Holender. – Jesteś popieprzony, tylko byś grał i grał – padła riposta Francuza. Na pytanie, czy boi się w ogóle w życiu czegokolwiek odpowiedział, że sytuacji, w której stoi na wysokim budynku bez spadochronu. Miał piłkę w każdym pomieszczeniu swojego domu i podbijał ją między innymi, myjąc zęby. Thierry Henry mówił, że widział jak Pitbull chodził po domu i żonglował, w międzyczasie robiąc sobie na przykład herbatę. Davids – zawodnik, który sprawiał, że Litmanen czy Zidane mogli bez obaw zapędzać się pod pole karne przeciwnika. On już zajął się sprawami „na tyłach”. Dusza artysty ujawniała się w momentach sporów z własnym ja. Edgar w niespodziewanych momentach zapisywał na karteczkach swoja przemyślenia. To też człowiek, który w tunelu szydził ze stojącego naprzeciwko Davida Beckhama.
Będąc dzieckiem, jeszcze w Surinamie – koledzy obwieścili go pseudonimem: pirania. Marcelo Lippi nazwał go swoją jednoosobową maszynownią. Sam Davids natomiast najbardziej lubił przydomek Pitbull, który nadał mu w Ajaksie Luis Van Gaal. Ten sam holenderski trener przemianował go z lewoskrzydłowego lub ofensywnego pomocnika na prawdziwą ikonę pozycji numer „6”, klasycznego, choć nietuzinkowego ŚPD. Krąży legenda, jakoby Davids miał podejść w jednym z barów do siedzącego tam Richarda Krajicka – zwycięzcy Wimbledonu z 1996 roku, mówiąc: ,,Jestem Edgar Davids, wkrótce o mnie usłyszysz.” Zasłynął także bójką z Cosminem Contrą w piątej minucie… towarzyskiego turnieju przedsezonowego TIM Trophy, w 2002 roku. Na atak Rumuna zareagował złapaniem go za kark. Sędzia wykluczył obu panów. W szatni doszło do prawdziwej wojny. Według różnych relacji: to Contra rozbił Holendrowi łuk brwiowy i nieźle go pookładał, bądź to Holender uwolnił grad ciosów i kopnięć na ciało Rumuna. Do dziś nie wiadomo. Skłaniam się jednak ku tej drugiej wersji, gdyż po latach, kiedy Davids dołączył do Tottenhamu, Contra przemówił: ,,Jego nowy klub powinien wiedzieć, że to gwałtowny człowiek, który może żywić urazę. Wywyższa się, jest arogancki, mając innych za nic. Wierzy, że jest kimś ważniejszym i bardziej specjalnym, niż jest w rzeczywistości. To psychopata. Śmiem więc przypuszczać po tej wypowiedzi Contry, że w tamtej niewyjaśnionej bójce w szatni, to właśnie on był tym pokrzywdzonym.” Edgar Davids rozmienił się na drobne, kompromitując się (a być może udowadniając po prostu swoją porywczość) w Barnet. Holender został grającym asystentem trenera Marka Robsona w sezonie 2012/2013. Jeszcze w grudniu zwolniono Anglika, a Pitbull został grającym trenerem. Cały świat zastanawiał się, czego tam szuka tak utytułowany zawodnik. Prawda jest taka, że właściciel zespołu dowiedział się, że Edgar mieszka w północnym Londynie. Postanowił złożyć mu propozycję. Holender w L’Equipe tak tłumaczył swoją decyzję: ,,Tam była infrastruktura rodem z Premier League lub Championship. Cztery trawiaste boiska, dwie sztuczne nawierzchnie nowej generacji, biuro, siłownia i mające powstać w kolejnym sezonie trybuny na 8000 miejsc. Więc się zgodziłem i szybko zapragnąłem grać.” Człowiek uzależniony od futbolu przystał na propozycję i spuścił Barnet z League Two (odpowiednik czwartej ligi). Zasłynął natomiast pewnym incydentem, gdy podczas jednego z przegranych spotkań zauważył fanów Barnet, którym zepsuł się autokar. Zabrał ich więc do na piwo i hot-doga, kierując się do najbliższej stacji benzynowej.To był jednak jeden z nielicznych pozytywnych gestów Davidsa w przygodzie z tym zespołem. Sodówka uderzyła mu totalnie do głowy. Chciał, by wołać na niego „mister”. To oddalało zawodników od trenera. Piłkarze bali się go lub kompletnie nie rozumieli. Wystawiał się na różnych pozycjach. Był egoistą, choć zapewniał, że zależy mu na dobrych wynikach klubu. Pewnego dnia wystawił się na środku obrony, ale tego dnia akurat Barnet wygrał. Davids wsiadł w swojego Astona Martina, razem z butelką szampana za najlepszego gracza meczu i po prostu odjechał. Spóźnił się też na przedsezonowe przygotowanie o tydzień, ze względu na sesję dla „Playboy Mansion”. Piłkarze, dla których kiedyś był idolem – nagle zaczęli go nienawidzić, mieć dość. Wielu zawodników z niższych lig, którym przyszło się z nim mierzyć, straciło do niego szacunek. Już nie był słynnym Edgarem Davidsem w magicznych okularach, a zadufanym w sobie burakiem.
W sezonie po spadku, grając na poziomie piątej ligi (Conference Premier) – Davids zapragnął grać w koszulce z numerem jeden, sugerując, że to będzie nowy trend i z czasem inni pomocnicy zaczną wybierać tę cyfrę. W trzech, spośród ośmiu pierwszych spotkań – ujrzał czerwone kartki. W styczniu frustracja się nasiliła i zrezygnował z funkcji trenera Barnet. Ci w sezonie 2014/15 awansowali z powrotem do Division Two, a obecnie spokojnie trzymają się w środku tabeli. Holender ma też od 1999 swoją markę odzieżową – Monta Heritage. Okularów jednak w niej nie zakupimy, ale są tam produkty odzieżowe. Cena jednak przeraża. Wiadomo – nazwisko. Jeśli chcecie nabyć dziwaczne spodnie za 300, 500 czy 700 euro od Davidsa, to ten sklep jest właśnie dla was. Edgar Davids się nigdy nie patyczkował. W trakcie jednego z programów na żywo w SkySports wypowiedział się o jednym z meczów w niedzielnej lidze, jeszcze przed pracą w Barnet: ,,Kumpel zapytał mnie czy nie zagram w meczu niedzielnej ligi. Zgodziłem się. Pierwsza połowa była okej, ale pomyślałem – jestem pier***ny Edgar Davids. Nie chcę, żeby ludzie mówili: grałem dziś przeciwko Davidsowi. To dobry zawodnik. Chciałem, żeby mówili tak: grałem przeciwko pie***mu Edgarowi Davidsowi, a ten zakładał mi kanały. W drugiej połowie liczyłem. Założyłem sześć kanałów i asystowałem przy golu. Wygraliśmy.” Edgar Davids. Piłkarz jedyny w swoim rodzaju. Magiczna postać w okularach. Pirania, jednoosobowa maszynownia, Pitbull. Idol dzieciństwa.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Ajax
Mistrzostwo (3x) – 1993-94, 1994-95, 1995-96
Puchar Holandii (2x) – 1992-93, 2006-07
Superpuchar Holandii (4x) – 1993, 1994, 1995, 2007
Liga Mistrzów (1x) – 1994-95
Puchar UEFA (1x) – 1991-92
Superpuchar UEFA (1x) – 1995
Puchar Interkontynentalny (1x) – 1995
Juventus
Mistrzostwo (3x) – 1997-98, 2001-02, 2002-03
Superpuchar Włoch (2x) – 2002, 2003
Puchar Intertoto (1x) – 1999
Inter
Puchar Włoch (1x) – 2004-05
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
Mistrzostwo Świata – 4 miejsce – 1998
Osiągnięcia Indywidualne:
Jedenastka Mistrzostw świata – 1998
Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000
FIFA 100
7
Barwne legendy futbolu:
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
9
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
13 marca 1979 r. urodził się Arkadiusz Głowacki. Obok Ibrahimovicia, Buffona czy Diego Forlana, Głowacki był jednym z ostatnich uczestników Mundialu w 2002 r., który 16 lat później nadal występował w najwyższej lidze krajowej. Po sezonie 2017/18 twardy jak skała defensor a zarazem rekordzista Wisły Kraków w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie zdecydował się powiedzieć ,,pas”. Od zawsze imponował przede wszystkim twardą, inteligentną i skuteczna grą w defensywie. Zdarzało się jednak iż w decydujących fragmentach zawodziły go nerwy. Szczególnie głosy o słabej odporności psychicznej ,,Głowy” nasiliły się po eliminacjach MŚ 2006 i jego(dość efektownym) samobójczym trafieniu z Anglią. Mawiano że rzadkie są mecze, by nie przytrafiła mu się przynajmniej jedna z trzech rzeczy: samobój, kontuzja lub czerwona kartka. Dziś z perspektywy 14 lat okazało się jak mało trafne były takie żarciki. W kategorii najtrudniejszych rywali wśród obrońców już praktycznie od dekady Głowacki figuruje na pierwszych lokatach. Jego twarda gra, umiejętność rywalizacji bark w bark często skutecznie studziły zapędy ofensywne rywali. Od 2017 r. jest już rekordzistą Wisły Kraków w liczbie występów w Ekstraklasie. Wyprzedził na tej pozycji Władysława Kawule. Zajmuje też 4 miejsce w tabeli wszechczasów pod względem rozegranych starć w najwyższej lidze ze wszystkich piłkarzy. Do podium zabrakło mu 17 meczów. Na 6 miejscu uplasował się zaś w klasyfikacji występów w jednym klubie w Ekstraklasie. Do poprzedzających go Barczaka oraz Brychczego, zabrakło mu odpowiednio: siedmiu i ośmiu spotkań.
Wśród członków TOP-10 Klubu 300 pod tym względem osiągniętych sukcesów ,,Głowa” ustępuje swą kolekcją wyłącznie Szołtysikowi. 6-krotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski, 3 razy był wicemistrzem kraju. Do tego doszły 2 Puchary Polski oraz jeden Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę dla Obrońcy Sezonu w edycjach 2008/09 i 2013/14. Wystąpił też we wszystkich meczach Wisły w pamiętnej kampanii w Pucharze UEFA zakończonej na ⅛ finału. Po drodze pomógł w wyeliminowaniu między innymi AC Parmy czy Schalke 04. Ponad dwie dekady grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym Debiutował w maju 1997 w barwach Lecha Poznań. Później stał się filarem Wisły Kraków. Z wyłączeniem 2 sezonów spędzonych w barwach tureckiego Trabzonsporu nie było od edycji 2000/01 rozgrywek by nie rozegrał przynajmniej 12 meczów! Po abdykacji Łukasza Surmy stał się najstarszym zawodnikiem w Ekstraklasie. Był też ostatnim zawodnikiem, który mógł się pochwalić medalem piłkarskich mistrzostw Polski zdobytym w XX wieku a także golem strzelonym w minionym stuleciu. Podczas konferencji prasowej w maju 2018, gdy ogłaszał swój rozbrat z futbolem, poleciały łzy, tak głównemu bohaterowi, jak i części zgromadzonych dziennikarzy. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. Jerzy Engel zabrał go na Mundial w 2002 r. W Korei ,,Głowa” wystąpił w starciu z USA, zakończonym wygraną 3:1. Po raz ostatni dał mu szanse gry Franciszek Smuda w towarzyskiej konfrontacji z Węgrami w listopadzie 2011 roku.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
8
@FCBparasiempre
13 marca 1932 r. urodził się Edward Szymkowiak. Przez wielu uznawany jest za pierwszego z wielkich polskich bramkarzy w dziejach światowego futbolu. Wiele jego rekordów pobiły dopiero odległe pokolenia, sporo zaś jeszcze czeka na poprawienie… Szymkowiak dla przyszłych następców w tym fachu poprzeczke zawiesił wysoko. Starcia Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze miały na przełomie lat 50-tych i 60-tych olbrzymi ładunek emocjonalny. W 1960 r. na boisku spotkali się aktualni mistrzowie oraz wicemistrzowie Polski. Drużyny nie szczędziły sobie ostrej gry. Arbiter Maciarz podyktował łącznie aż 4 rzuty karne. Jedną dla Polonii(wykorzystaną przez Liberde) oraz 3 dla Górnika. Do pierwszej z nich podszedł Ernest Pohl. Sędzia jednak po jego strzale zarządził powtórkę. Tę drugą ,,jedenastke” na gola chciał zamienić Roman Lentner. Trzecia próba padła natomiast udziałem Erwina Wilczka. Po zakończeniu meczu wynik brzmiał jednak… 3:0 dla Polonii Bytom. Wszystkie rzuty karne wybronił bowiem Szymkowiak! Dokonał przy tym zresztą nie lada sztuki. Przy karnym Lentnera rzucił się w przeciwną strone ale zdołał jeszcze wykonać szpagat i wybił piłke nogą. ,,W tym dniu nie było na ,,Szymka” sposobu. Jeszcze kilkakrotnie napastnicy Górnika mieli świetne sytuacje podbramkowe ale polonista łapał wszystkie strzały. Świetnie spisywał się zarówno na linii bramkowej, jak i przedpolu. Szymkowiak był głównym bohaterem meczu, nie tylko dlatego że świetnie bronił swej świątyni ale również i dlatego że zupełnie wyprowadził z równowagi napastników Górnika. Doszło w końcu do tego że stracili oni wszelka nadzieje aby strzelić w tym meczu gola i przy stanie 2:0 zrezygnowali z walki”- tak pisał o nim Katowicki ,,Sport” po tym występie. Rzuty karne w tak ważnych spotkaniach były zresztą jego wielką specjalnością. Znakomicie potrafił wygrywać te wojny psychologiczne nawet z najbardziej renomowanymi przeciwnikami. Kiedyś w spotkaniu reprezentacji wybronił karnego wykonywanego przez jednego z najlepszych piłkarzy Europy w tym czasie- Ferenca Puskasa. Za czołowego bramkarza świata uważał go też kolega po fachu Villiam Schrojf, wicemistrz Świata z kadrą Czechosłowacji z 1962 r. W Ekstraklasie pan Edward był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 20 sezonów na tym szczeblu rozgrywek. Do dziś jego wynik przebił wyłącznie Łukasz Surma. Został też założycielem Klubu 300. Trzechsetny mecz rozegrał w 1965 r. Rekordzistą pod względem występów w elicie pozostał jeszcze przez kolejne 6 lat. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym grał w 3 klubach: Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Polonii Bytom i w każdym z nich minimum raz zdobył mistrzostwo kraju. Jego wynik pod tym względem pobił dopiero Maciej Szczęsny(mistrzostwo w czterech klubach). Łącznie 5 razy stawał na najwyższym podium rozgrywek krajowych. Tyle samo razy zdobył srebro i dołożył dwa brązowe krążki. Do tego doszły dwa Puchary Polski. Sam 4 razy uznawany był za Piłkarza Roku w Polsce w klasyfikacji katowickiego ,,Sportu” ,,Złote buty”. Wraz ze Staszkiem Oślizłą jest rekordzistą tego zestawienia. Dwukrotnie też znajdował się w TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. Znakomicie też pokazał się na arenie międzynarodowej. Z Polonią Bytom w 2 sezonach z rzędu osiągnął finał Pucharu Rappana. Drugi z nich przyniósł mu triumf w finale przeciwko Lokomotivowi Lipsk. W pierwszym spotkaniu tego dwumeczu nie grał z powodu kontuzji i bytomianie przegrali aż 0:3. W drugim(już z nim na bramce) drużyna ewidentnie poczuła się pewniej. Ostatecznie wygrała 5:1! Choć kilkanaście sekund przed końcem rywale mieli na nodze strzał na wage dogrywki ale Szymkowiak znalazł się na posterunku i obronił tę próbe w doskonałym stylu. Nic dziwnego że po spotkaniu reporter ,,Trybuny”, Z. Dutkowski napisał: ,,Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak.” Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w oficjalnych europejskich całosezonowych rozgrywek klubowych przeprowadzonych pod egidą UEFA. Również w reprezentacji zapisał piekną karte. W dwóch okresach(1962-1963 i 1965-1967) był rekordzistą w liczbie występów w kadrze. Ostatecznie zakończył grę z orłem na piersi z dorobkiem 53 meczów. Wśród jego kolegów po fachu przewyższył go pod tym względem dopiero Jan Tomaszewski. Do dziś oprócz ,,Tomka” wyprzedzili Szymkowiaka jeszcze tylko dwaj golkiperzy znani z XXI wieku: Artur Boruc i Jerzy Dudek. Pozostaje on natomiast jedynym bramkarzem, który dwukrotnie nosił miano olimpijczyka(w 1952 i 1960). Oprócz niego z przedstawicieli innych pozycji taki wyczyn padł udziałem jeszcze tylko Szymanowskiego , Gorgonia, Maszczyka, Laty, Kmiecika i Deyny. W pierwszym podejściu został bohaterem starcia z Danią. ,,Szymkowiak w bramce zdobył sobie uznanie publiczności doskonałymi interwencjami w najcięższych momentach”- odnotował ,,Dziennik Bałtycki”. W obu próbach skończyło się jednak tylko na fazie grupowej. Szymkowiak był także jednym z największych bohaterów meczu przeciwko ZSRR. Doskonałą postawą przyćmił swego konkurenta z drugiej strony boiska, uznawanego za najlepszego golkipera świata- Lwa Jaszyna. ,,Szymek fruwał w powietrzu imponując zwłaszcza w pierwszym kwadransie niezwykle trudnymi interwencjami. Również po przerwie, dzięki wspaniałemu refleksowi, zapobiegł wielokrotnie katastrofie”- pisała ,,Trybuna Ludu”. Wagę jego postawy docenił sam kapitan drużyny i zarazem zdobywca dubletu w tamtym spotkaniu- Gerard Cieślik. Po końcowym gwizdku podbiegł i ucałował z wdzięczności swego bramkarza. ,, Dużo miałem w tym meczu roboty, Śliska piłka nie chciała się kleić do rąk. Zawaliłem bramke bo nie wyczułem intencji strzelca. Myślałem bowiem ze strzał pójdzie w krótki róg a tymczasem stało się odwrotnie. Przy zmianie pozycji do interwencji poplątały mi się ręce i piłka niepotrzebnie wpadła mi do siatki. Myślę że ten błąd podarują mi kibice bo przecież wygraliśmy mecz”- komentował Szymkowiak swa gre. Kariere zakończył w 1969 w wieku 37 lat. Potem trenował drużyny młodzieżowe Polonii Bytom. Zmarł w 1990 roku. Dziś jego imie nosi stadion Polonii. Przed wejściem znajduje się pomnik Szymkowiaka w pozie efektownej robinsonady. Wielu uznaje go nawet dziś za najlepszego bramkarza wszechczasów w Polsce.
5
Zapomniane ale wybitne legendy polskiego futbolu:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
12
Przypadki niepokornego Bułgara:
13 marca 1998 r. Stoiczkow odszedł na dobre. Już 22 lipca 1997 van Gaal na treningu kazał Bułgarowi włożyć koszulke w spodenki, co bardzo nie spodobało się nieposłusznemu napastnikowi. Dwa miesiące później Christo poprosił o transfer, mówiąc że ,,tylko Cruijff uczył go gry w piłke”. Na jednym z treningów Stoiczkow dla żartu założył okulary asystenta trenera ale nie wzbudziło to zachwytu van Gaala. Na przestrzeni sezonu piłkarz wymieniał z Holendrem ,,uprzejmości” aż w końcu poleciał do ojczyzny bez zgody szkoleniowca. Na pożegnalnej konferencji Bułgara nie pojawił się nikt z przedstawicieli klubu. ,,Dziś jego krzesło jest puste a kiedy mnie pozyskał do klubu, siedział w pierwszym rzędzie”- skomentował Bułgar brak prezydenta Nuñeza. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czemu wielcy piłkarze Barcelony z reguły opuszczają klub kuchennymi drzwiami, odpowiedział ostro: ,,Tacy piłkarze pozostawiają w cieniu malutkich”, mając oczywiście na myśli prezydenta i trenera.
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
0
@kamyk_23 Ha! do Kaliforni.... Nie każdy ma takie warunki by emigrować na drugi koniec świata. Poza tym o 12 w południe też się pracuje, no chyba że jest się już na emeryturze?