FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
7
Historia pierwszego celebryty Calcio:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@AbelKabel Z taką jakością kadry to dałbym sobie co najmniej paznokcia uciąć że nie zdobylibyśmy jednocześnie 3 pucharów a już zwłaszcza LE, gdzie przeciwnicy są zdecydowanie silniejsi niż w La Liga. Ponadto nie zgodze się do końca z tobą że LE nie powinna przeszkadzać w mistrzostwie Hiszpanii. Owszem nie powinna jeśli posiada się wysokiej jakości kadre a tu niestety tego brakuje ,,naszej" kochanej Barcuni
11
Wyjątkowe wydarzenie:
Dokładnie 30 lat temu sześciu piłkarzy Barçy wystąpiło w pierwszym składzie reprezentacji Hiszpanii. W erze trenerskiej Guardioli zawodnicy Dumy Katalonii stanowili ważne ogniwo w drużynie narodowej i wielokrotnie zdarzało się iż większość graczy pierwszego składu stanowili piłkarze Blaugrany. 30 lat wcześniej desygnowanie do gry w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata 6 piłkarzy Barçy było jednak niezwykłym wydarzeniem. Na dodatek w 79 minucie meczu z Litwą na boisko wszedł siódmy zawodnik Blaugrany Thomas Christiansen, grający wówczas w Barcelonie B. Już 3 minuty po wejściu na plac gry strzelił piętą pięknego gola. Na murawie miał zastąpić Bakero ale wskutek błędu na kartce przekazanej arbitrowi technicznemu zmienił Julio Salinasa.
@Symson
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Sensible
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@patataj
1
@AbelKabel Owszem finansowo może nie wyjdzie ale dałbyś gwarancje że wygralibyśmy Lige Europejską i jeszcze jednocześnie mistrzostwo Hiszpanii, które jest absolutnym priorytetem?
0
Nie ogladałem wczorajszego rewanżu z Manchesterem i pierwszego meczu(jedynie skrót) też nie ogladałem z różnych przyczyn. Jedną z tych przyczyn jest późna(jak dla mnie) godzina rozpoczęcia meczu ale główną przyczyną jest brak lub bardzo ograniczony dostęp do transmisji. Nie jestem w stanie ocenić tego dwumeczu z Manchesterem ale uważam że odpadnięcie z rozgrywek wyjdzie nam tylko na dobre. Mamy do zgarnięcia Puchar Króla a priorytetem jest mistrzostwo Hiszpanii, które jest dużo bardziej prawdopodobne niż sięgnięcie po Puchar Ligi Europy. Im szybciej odpadliśmy tym o niebo łatwiej zdobyć majstra La Liga. W mojej opinii w tym sezonie nie utrzymalibyśmy trzech srok za ogon...
1
@pt9 Pamiętam to jak dziś. W dodatku nagrywałem ten dwumecz na płyte dvd. Po rewanżu byłem tak wściekły że mało nie zniszczyłem szafek w kuchni...
Pieprzony sędzia!
13
Pierwszy oficjalny mecz FC Barcelony przeciwko Jose Mourinho:
23 lutego 2005 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Chelsea FC 2:1 w ramach pierwszego starcia 1/8 Ligi Mistrzów. W 32 minucie samobójczego gola strzelił Beletti i goście wyszli na prowadzenie. Z kolei w 55 minucie za niebezpieczny atak na Victora Valdesa, czerwoną kartke ujrzał Didier Drogba. Blaugrana wciąż jednak biła głową w mur i Frank Rijkaard zdecydował się na wpuszczenie na boisko ,,jokera” w postaci Argentyńczyka Maxi Lopeza, sprowadzonego do klubu zaledwie miesiąc wcześniej. Roszada ta okazała się zbawienna bowiem Maxi odmienił losy meczu, zdobywając gola w 66 minucie i prezentując oryginalną ,,cieszynke” imitującą ruchy kurczaka. W 73 minucie mocnym strzałem z pola karnego gola zdobył genialny Samuel Eto’o i Barça ostatecznie wygrała ten mecz, lecz 2 tygodnie później przegrała pechowo w rewanżu, w wyniku czego odpadła z rozgrywek. Po meczu Mourinho głośno wyrażał oburzenie pracą szwedzkiego arbitra Friska i podburzał kibiców ,,The Blues” przeciwko niemu. Friskowi w kolejnych tygodniach grożono śmiercią, przez co 12 marca ogłosił zakończenie kariery sędziowskiej.
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Monix10
@Sensible
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Symson
@DaPidejpi
11
El Clasico na pocieszenie cules:
23 lutego 1941 r. FC Barcelona pokonuje na Estadio Chamartin Real Madryt 1:2 w przedostatniej kolejce Primera Division, po golach Jose Bravo i Mariano Martina. Honorowego gola dla gospodarzy zanotował Barinaga. Jednak to zwycięstwo na niewiele się zdało bo w końcowej tabeli Blaugrana uplasowała się dopiero na 4 pozycji.
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj
8
@FCBparasiempre
22 lutego 1953 r. meczem Peru-Boliwia(0:1) zainaugurowano 22 edycje Copa America. Impreza miała się odbyć w Paragwaju, lecz znów powtórzyła się historia z 1924. Paragwaj znękany wyniszczającymi wojnami i równie przewlekłymi niepokojami wewnętrznymi, nie stanął jeszcze na nogach. Słowem znów nie było warunków aby ten biedny kraj był w stanie zorganizować impreze o takiej randze. W efekcie CONMEBOL postanowił przenieść rozgrywki gdzie indziej. Wybór padł na stolice Peru, Lime. Gospodarze grający wówczas chyba najbardziej radosny i widowiskowy futbol na kontynencie, zdawali sobie sprawę iż peruwiańscy artyści przy wszystkich swych walorach grzeszą niefrasobliwością i dość powierzchownym stosunkiem do skomplikowanych zagadnień taktycznych. Dlatego zaangażowali europejskiego trenera, który tę wesołą gromadke uroczych lekkoduchów zagonił do katorżniczej pracy podczas półrocznego zgrupowania, mającego wymusić żelazną dyscyplinę. W rezultacie zespół został dobrany niezwykle starannie. Mistrz świata Urugwaj, potraktował turniej w Limie eksperymentalnie, mając przed sobą perspektywę obrony tytułu w Szwajcarii w 1954. Postanowiono więc sprawdzić nowy zaciąg młodszych piłkarzy, stanowiących bezpośrednie zaplecze pierwszej kadry. Jak zwykle bitną drużynę przysłała Boliwia. Dzielni górale szczycili się fenomenalnym technikiem Ugarte, który z roku na rok gruntował swą wysoką międzynarodową reputacje. Z kolei najsłabszy Ekwador nie miał nic do stracenia i może to właśnie nastawienie przyniosło mu dwa remisy, z których ten z Paragwajem był doprawdy zaszczytny. Wicemistrzowie świata, Brazylijczycy już nieco otrząsnęli się po szoku Maracany, po drodze pocieszając się tytułem mistrza turnieju Panamerykańskiego w 1952. Nadal grali wielcy rutyniarze: Danilo, Bauer i Zizinho a momentami również Ademir, lecz pozycje starych asów atakowała równie zdolna a może nawet zdolniejsza generacja. Obrońcy Djalma Santos i Nilton Santos mieli w niedalekiej przyszłości utworzyć parę dwukrotnych mistrzów świata, Do tych zaszczytów miał poprowadzić Canarinhos genialny dyrygent Valdir Pereira zwany Didi. Geniusz strategiczny pomocnika Fluminense w roku 1953 dopiero dojrzewał, lecz jego przebłyski potrafili dojrzeć przenikliwi obserwatorzy. Na prawym skrzydle pojawił się ktoś, kto udanie wypełnił luke pomiędzy Tesourinha a Garrinchą a mianowicie Julio Botelho, który podobnie jak oni był fenomenem dryblingu. Brazylia odzyskiwała pewność siebie i z takim składem była pewna zwycięstwa. Lecz oto znów, podobnie jak w 1949, na jej drodze pojawił się utrapiony Paragwaj. Cztery lata wcześniej był on o włos od pozbawienia Canarinhos niemal stuprocentowego tytułu a i tak swoją postawą zaimponował wszystkim. Tym razem ekipa ,,Guarani” postanowiła nie zaniedbać niczego, co mogłoby ja przybliżyć do upragnionego celu jakim był Puchar Ameryki.
Turniej w Limie stał pod względem sportowym przynajmniej na takim poziomie, na jakim leży stolica Peru. Wszystkie mecze przebiegały w atmosferze zażartej walki i obfitowały w niezliczone przykłady ambicji graniczącej z poświęceniem. Nawet skazani na pożarcie outsajderzy nie sprzedawali tanio skóry. Doświadczyli tego pewni siebie gospodarze w meczu otwarcia ulegając lekceważonej Boliwii. W tych mistrzostwach naprawdę nie było mocnych. Każdy prędzej czy później znajdował swojego pogromcę. Rozsierdzone Peru odegrało się na Brazylii, pokonując ją przy aplauzie 55 tys. widzów jednym golem. Chile po 3 golach nieuchwytnego Moliny pokonało 3:2 Urugwaj ale za to uległo gładko Paragwajowi 0:3. Brazylia uznała jednobramkową wyższość Peru, wcześniej w identycznym stosunku pokonując Urugwajczyków. Przed ostatnim teoretycznie meczem turnieju(Peru-Urugwaj) sytuacja była jasna. Paragwaj i Brazylia zgromadziły po 8 punktów, Peru i Chile miały ich po 7. Choćby najskromniejsze zwycięstwo dawało gospodarzom absolutny triumf i nawiązanie do pamiętnych dni glorii z 1939 r. Sprawa wydawała się przesądzona. ,,Celestes” grali wprawdzie nieźle ale gdzież im tam było do mistrzów świata z 1950. Jednak noc decydującego starcia okazała się jedną z najczarniejszych w dziejach peruwiańskiego futbolu. Na nic zdały się trudy wielomiesięcznego forsowanego zgrupowania i dyscyplinujące nauki. ,,Inkowie” ruszyli z ogromnym rozmachem odkryci jak na uroczystej paradzie. Ich cyrkowe popisy spotkały się ze stoicką obojętnością betonowej pary Gonzalez-Martinez. Cała drużyna Celestes zgromadziła się na własnej połowie skutecznie odpierając szaleńcze lecz nieskoordynowane ataki. Za to z rzadka, bez pardonu, wypuszczała ,,zatrute strzały”. Szybki skrzydłowy Pelaez dwukrotnie pokazał niefrasobliwej obronie peruwiańskiej jaki numer ma naszyty na błękitnej koszulce. Jeszcze Romero dobił osłupiałych gospodarzy na 0:3! Ten zaskakujący rezultat diametralnie odwrócił sytuacje. Na placu boju pozostały z dorobkiem 8 punktów Paragwaj i Brazylia. Dokładnie 1 kwietnia zmierzyły się one w dodatkowym(de facto finałowym) meczu. Ten bój Davida z Goliatem zelektryzował publiczność Paragwajczycy wyszli na boisko z taką determinacją, jakby mieli walczyć o życie. Brazylijczycy skupieni w równie zaciętym milczeniu. Rozgorzała twarda, bezlitosna batalia, w trakcie której nikt nie odstawił nogi. Trzeszczały kości ale obyło się bez przelewu krwi. Ozdobą tego dramatycznego meczu były iście homeryckie pojedynki, jakie toczyli najlepsi ,,cabezadores”, czyli główkarze obu zespołów- Herrera i Baltazar. Paragwajczyk w 98 przypadkach na 100 skakał wyżej ale dwukrotnie dał się wywieźć w pole i tyleż razy Riquelme wyciągał piłke z siatki. Jednak Herrera nie miał powodów do wstydu. Baltazar głową strzelał silniej i celniej niż nogą. Paragwajczycy byli wszakże o jedno trafienie lepsi. Bramkarza Castilho pokonali Atilio Lopez, wspomagający napastników Manuel Gavilan oraz uderzający jak grom Ruben Fernandez. Gdy brytyjski sędzia Dean odgwizdał koniec meczu przy stanie 3:2, ,,Guarani” pośród wiwatów wykonali runde honorową niemal pijani ze zmęczenia i bezgranicznego szczęścia. Powrót do kraju był jednym pasmem triumfów. Na lotnisku oczekiwały bohaterów narodowych nieprzebrane tłumy a na ulice wyległa chyba cała ludność Asuncion.
9
,,Guarani” po raz pierwszy i jak dotąd ostatni(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@patataj
3
@Lionel_Messi10 No w końcu zgolił te brode, która go postarzała! A kiedy on ja zgolił, dzisiaj?
12
Nieco zapomniane legendy futbolu:
22 lutego 1969 r. urodził się duński napastnik Brian Laudrup. W marcu 2004 roku znalazł się na liście 125 najlepszych piłkarzy stulecia FIFA ogłoszonej przez Pelégo. Brian Laudrup urodził się w rodzinie o piłkarskich tradycjach. Jego ojciec i brat również byli piłkarzami. Karierę piłkarską rozpoczął w Brøndby IF wkrótce przenosząc się do niemieckiego Uerdingen. Już po jednym sezonie w tym klubie kupił go Bayern Monachium. Jego udane występy w zespole "Bawarczyków" poskutkowały transferem do zespołu Serie A-Fiorentiny. We Włoszech reprezentował również barwy Milanu, jednak w żadnym z tych klubów mu się nie wiodło. W lipcu 1994 opuścił Włochy i został zawodnikiem Glasgow Rangers, któremu pomógł w skompletowaniu dziewięciu z rzędu mistrzostw Szkocji (podczas pobytu Laudrupa w drużynie The Gers wygrywali ligę trzykrotnie). W 1998 Brian przeniósł się do Chelsea F.C., lecz nie rozegrał w barwach The Blues zbyt wielu spotkań i po kilku miesiącach odszedł do FC Kopenhaga. Rodzinne problemy spowodowały, że w 1999 odszedł do Ajaksu Amsterdam, w którym po jednym spędzonym sezonie zakończył profesjonalną karierę z powodu kontuzji. Dziś grywa wspólnie z równie popularnym bratem Michaelem w oldbojach Lyngby BK. Laudrup był kluczowym graczem reprezentacji Danii, w której rozegrał 82 spotkania i strzelił 21 bramek. Pomógł jej w zdobyciu Mistrzostwa Europy w 1992, grał także na Euro 1996 i w Mistrzostwach Świata 1998.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
13
Epokowe starcia Dumy Katalonii, które przeszły do historii:
22 lutego 2006 r. Barça pokonała na Stamford Bridge Chelsea 2:1 w ramach 1/8 Ligi Mistrzów. Przed pierwszym starciem w Londynie stadion ,,The blues” ironicznie był nazywany ,,Stamford Beach”, gdyż murawa była niezwykle zaniedbana i spore połacie trawy posypano piaskiem. Wydawało się to celowym zabiegiem pana Mourinho , mającym na celu osłabienie atutów Blaugrany w grze piłką po ziemi. W 36 minucie meczu nastoletni wówczas Messi przeprowadził rajd prawym skrzydłem, ograł Robbena i został brutalnie sfaulowany przez Asiera del Horno. Sędzia Hauge nie zawahał się i wyrzucił za ten faul Baska z boiska. Pomimo osłabienia, to gospodarze wyszli na prowadzenie, gdy w 59 minucie do własnej siatki po rzucie wolnym trafił Thiago Motta. Za to w 71 minucie Barça wyrównała, również za sprawą bramki samobójczej, której sprawcą był John Terry. W 79 minucie zwycięskiego gola strzelił niezawodny Samuel Eto’o. Był to jednocześnie gol numer 300 w Pucharze Europy/Ligi Mistrzów. Rewanż na Camp Nou nie był aż tak udany, jednak remis 1:1 wystarczył do awansu do ćwierćfinału. Mieliśmy wówczas ekstra ,,paczke”, Marquez z Puyolem czyścili niemal wszystko a Ronaldinho z Eto’o i częściowo już z Messim, dokonywali dzieła zniszczenia!
Przypomnijmy sobie te historyczne chwile:
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
0
@pt9 A konkretnie? jaki i czyj mental?
0
Przychodze z roboty i jaki wynik widze(nie miałem możliwości ogladania)? 2:5!!! Coż to się do cholery staneło na Anfield Road że Liverpool prowadząc 2:0, przegrał aż 2:5!?
11
Czy wiemy że:
Dokładnie 130 lat temu powstał Argentyński Związek Piłki Nożnej założony przez szkockiego imigranta Alexandra Watsona Huttona. Argentyński związek jest najstarszym w Ameryce Południowej oraz jednym z najstarszych na świecie. Od 1912 jest członkiem FIFA, a od 1916 członkiem CONMEBOL.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
12
Niechlubne pojedynki w Lidze Mistrzów:
21 lutego 2007 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Liverpoolem 1:2. Całe barcelonismo liczyło na to, że Blaugranie jako pierwszej uda się przełamać swoistą klątwe i wygrać Lige Mistrzów dwa razy pod rząd. Sprawy się jednak mocno skomplikowały po pierwszym meczu z ,,The Reds”. Chociaż już w 14 minucie Deco wyprowadził Barçe na prowadzenie, to przyjezdnym udało się odwrócić losy spotkania. Tuż przed przerwą fatalny błąd popełnił Valdes, który poślizgnął się na linii bramkowej i w efekcie sam strzelił sobie gola, jednak trafienie zapisano Bellamy’emu. W 74 minucie Bellamy dograł piłke do Johna Arne Riise i norweski obrońca wyprowadził Liverpool na prowadzenie. Wprawdzie w rewanżu podopieczni Rijkaarda wygrali 0:1 ale nie wystarczyło to do awansu.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
10
Zapomniane El Clasico:
21 lutego 1954 r. FC Barcelona rozgromiła na Les Corts Real Madryt 5:1 w 22 kolejce Primera Division. Gole dla Dumy Katalonii strzelali: Tejada(2), Cesar Rodriguez, Moreno oraz Manchon. Honorowe trafienie dla Królewskich zaliczył Di Stefano. To zwycięstwo pozwoliło zrównać się punktami z prowadzącymi ,,Los Blancos”, jednak na koniec sezonu to niestety Królewscy cieszyli się z mistrzostwa Hiszpanii wyprzedzając Blaugrane czterema punktami.
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
8
@FCBparasiempre
Finlandia kojarzona jest ze sportami zimowymi. Zapewne każdy z nas pamięta wspaniałych skoczków narciarskich, jakimi byli Nykänen czy Ahonen. Narodowym dobrem „krainy tysiąca jezior” jest także reprezentacja hokeja, której wielką gwiazdą był Raimo Helminen. Gdzie tu miejsce na piłkę nożną, zapytacie? Takowe zawsze się znajdzie. Kadra narodowa, mimo że nigdy nie awansowała na żaden z wielkich turniejów, doczekała się świetnego piłkarza. Był nim Jari Litmanen, któremu zapewne nawet narty nie przeszkadzałyby w zdobywaniu przepięknych bramek. Miasto Lahti położone jest w odległości mniej więcej 100 km od stolicy kraju, Helsinek. W tym miejscu urodził się najprawdopodobniej najlepszy piłkarz w historii fińskiej piłki. Jari wychowywał się w sportowej rodzinie. Zarówno jego ojciec, jak i matka mieli do czynienia z piłką. Zapewne to pod ich wpływem połknął bakcyla i zdecydował się na tę dyscyplinę. Rozdarty pomiędzy miłością do hokeja, a piłki nożnej, Jari zdecydował się na futbol. W wieku 16 lat zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w Finlandii, grając przez trzy lata dla Reipas – trzykrotnego mistrza kraju oraz siedmiokrotnego zdobywcy pucharu krajowego. W późniejszym czasie zaliczył krótkie epizody w HJK oraz MyPa. Podczas finałowego meczu pucharu ligi w 1992, swą dobrą grą przykuł uwagę klubów zagranicznych. Zachwycony jego umiejętnościami był między innymi skaut Ajaxu Amsterdam, Ton Pronk. Całkiem odmiennego zdania był Louis van Gaal, który po pierwszych treningach chciał odesłać Fina do domu. Duchem opatrznościowym Jariego okazał się Gerard van der Lem, asystent trenera, który bardzo go lubił i tym samym stawał w jego obronie. ,,Odesłanie go z powrotem to zbyt surowa reakcja. On jest tutaj dopiero kilka dni, w całkiem nowym środowisku” – podsumował Gerard van der Lem. Okazało się, że wcześniej Litmanen mógł trafić do rumuńskiego Dynama Bukareszt, jednak do finalizacji transferu nie doszło. Zainteresowane nim były także PSV czy Leeds. Jednak nawet potężna Barcelona nie potrafiła doprowadzić do podpisania kontraktu z młodym Finem. To właśnie Ajax Amsterdam wygrał wyścig o podpis Jariego. Pierwszy sezon nie należał do najłatwiejszych. Na szpicy klubu z Amsterdamu występował Dennis Bergkamp, którego ciężko było wygryźć ze składu, dlatego też Jari sporo spotkań rozegrał w drużynie rezerw. Szansa nadeszła w kolejnym sezonie, gdy Dennis opuścił Holandię, przenosząc się do Interu Mediolan. Jego następcą miał być Dan Peterson, jednak doznał urazu, który wykluczył go z gry. Van Gaal dał szansę młodemu Litmanenowi, a ten ją wykorzystał i nie oddał już miejsca w podstawowej jedenastce. Nie marnował ani chwili, lecz zaczął ciężko pracować nad rozpoznawalnością swojego nazwiska. Przypomnę zawodników, którzy rozgrywali wielkie mecze dla Ajaxu: Marco Van Basten, Johan Cruyff, Frank Rijkaard, Ronald Koeman, Edgar Davids czy Clarence Seedorf. Historia tego klubu jest wypełniona legendarnymi nazwiskami, rozpoznawalnymi na całym świecie. Pośród nich, samych Holendrów, możemy wymienić piłkarza z małej Finlandii – Litmanena, który każdemu powinien kojarzyć się z tym zespołem. Jari nazywany był „profesorem” ze względu na swoją niesamowitą świadomość gry. Wdarł się na europejską scenę piłkarską w sezonie 1993/94 dzięki strzeleniu niesamowitej liczby 26 goli w sezonie, i to na pozycji cofniętego napastnika. Jego zespół zdobył tytułu mistrzowski, a Litmanen zdobył nagrodę najlepszego piłkarza w Holandii. Ajax był niepokonany przez cały ligowy sezon na długo, zanim podobne osiągnięcie powtórzył Arsenal. Po pokonaniu Rody Kerkrade drużyna wygrała ligę, wyprzedzając PSV Eindhoven, w którym pierwsze skrzypce grał Brazylijczyk Ronaldo. Kibice Ajaxu po czasie musieli zamienić tekst w swojej piosence, którą było „Volare” na „Litmaneeen, oh oooh, Litmaneeen, ohoohooh”. Podsumowując, Jari podczas swojej całej kariery aż ośmiokrotnie wybierany był piłkarzem roku w Finlandii przez dziennikarzy, a przez fiński związek piłki nożnej aż dziewięciokrotnie!
W swoim trzecim sezonie w Ajaxie stał się kluczową postacią zespołu, a klub obronił tytuł mistrzowski. Wspólnie z takimi piłkarzami jak Edwin van der Sar, Kanu czy Marc Overmars dotarł do finału Pucharu Europy, w którym zmierzyć mieli się z wielkim Milanem w Wiedniu na Ernst Happel Stadion. Litmanen wystąpił w nim do siedemdziesiątej minuty i został zmieniony przez Patricka Kluiverta, który okazał się gwiazdą tego wieczoru, strzelając bramkę na wagę zwycięstwa w 85 minucie spotkania. Kolejnym mistrzostwem klub mógł pochwalić się w sezonie 1995/96. Ekipa Ajaxu dotarła także po raz kolejny do finału europejskich rozgrywek, a gol Litmanena pozwolił jej odrobić jednobramkową stratę jeszcze w pierwszej połowie meczu. Po dogrywce i karnych Holendrzy musieli jednak uznać wyższość Juventusu. W roku 1995 Jari zajął trzecie miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki”, wyprzedzili go jedynie Jürgen Klinsmann i grający w Milanie Liberyjczyk, George Weah. Za Litmanena wpływało wiele ofert, jednak ten nie wybierał się tak szybko poza granicę kraju tulipanów. Zespół opuścili m.in. Edgar Davids czy Michael Reiziger, Ajax oddał tytuł PSV, a czwarty sezon Jariego okazał się rozczarowaniem. ,,Atmosfera w Ajaksie jest ważniejsza niż pieniądze we Włoszech. Nie sądzę, abym gdziekolwiek indziej miał lepsze życie niż w Amsterdamie, więc zostaję. Zawdzięczam wszystko temu miejscu, to jest mój klub”– mówił Jari. Trzeba jasno sobie powiedzieć – tą wypowiedzią Litmanen zaskarbił sobie na zawsze wdzięczność. Był ich bohaterem do samego końca, czyli do 1999 roku, kiedy to opuścił Ajax na rzecz Barcelony. Siedem sezonów w Holandii zakończył świetnym dorobkiem 91 bramek w 159 meczach ligowych. Przenosiny Littiego na Camp Nou były wielkim krokiem w jego dotychczasowej karierze: po raz kolejny mógł trenować pod okiem byłego trenera Ajaxu, czyli van Gaala. W FC Barcelonie nie wiodło mu się najlepiej. Zyskał przydomek „piłkarza ze szkła” ze względu na liczne kontuzje. Ulotne przebłyski geniuszu pozwoliły mu zagrać tylko 21 spotkań w barwach blaugrany. Zwolnienie van Gaala i przybycie Lorenzo Serra Ferrera, który był wcześniej trenerem Betisu, również miało niekorzystny wpływ na Jariego. Zmiana trenera oznaczała zamknięcie rozdziału pod tytułem „Fin w Barcelonie”, zanim rozpoczął się on na dobre. Jako chłopiec Jari marzył o grze w barwach The Reds. Uwielbiał oglądać swoich idoli, którymi byli Kevin Keegan i Kenny Dalglish. Pozycja w Barcelonie, z której był niezadowolony, stworzyła szansę przejścia do ulubionego klubu z dzieciństwa. Gerard Houlier, ówczesny trener Liverpoolu gotów był wyciągnąć pomocną dłoń w stronę Jariego, którego kariera stanęła w miejscu. Dwa razy prosić nie było trzeba. Pogłoska stała się faktem – Litmanen trafił do Premier League. Dietmar Hamann, były reprezentant Niemiec, który po kilku sezonach gry w Bayernie Monachium przeniósł się na Wyspy, ciepło wspominał zawodnika z Finlandii. Jego wizja gry była niewiarygodna. Nie był najszybszy, gdy do nas przyszedł, ale jego debiut z Aston Villą był jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek widziałem w koszulce Liverpoolu. Według kibiców z Liverpoolu Jari nie dostawał tylu szans, ile powinien dawać mu Houlier i jego asystenta Phil Thompson. Pomimo drobnych urazów, których doznawał, często miał większy czy mniejszy wpływ na losy spotkania. Przeważnie jednak zasiadał na ławce rezerwowych, co zaczęło być częstym powodem frustracji. Litmanena zabrakło podczas trzech ważnych finałów w zwycięskim sezonie 2000/01, właśnie z powodu kontuzji. Fin stanowił ważne ogniwo zespołu w Lidze Mistrzów w następnym sezonie 2001/02. Zaledwie kilka dni po niebywałej bramce z trzydziestu metrów przeciwko Tottenhamowi zdobył kolejnego świetnego gola, tym razem przeciwko Dynamo Kijów w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Zapunktował również przeciwko Romie w ważnym meczu na Anfield. Houlier wrócił wówczas na ławkę trenerską po operacji (miał sześciomiesięczną przerwę po ataku serca, pierwsze problemy zdrowotne dawały o sobie znać już podczas pracy w PSG). Kolejną bramkę Litmanen strzelił w meczu rewanżowym przeciwko Bayerowi Leverkusen. Liverpool nie zdołał jednak pokonać „Aptekarzy”. Po zaciętym boju ekipa, której kapitanem był Michael Ballack wygrała 4:2. Porażki tej nie można jednak nazwać wstydliwą – odpadli przecież z finalistą rozgrywek, który uległ w finale Realowi Madryt 1:2. Po zakończeniu sezonu pożegnano się z Litmanenem. Wrócił do Ajaxu, prowadząc go na drodze do półfinału Ligi Mistrzów.
Człowiekiem, który uratował moją karierę był Jari Litmanen. Był niesamowicie zaangażowany w to co robił. Mieliśmy wtedy trzech napastnikow: Machlas, Mido i ja. Jari mówił, co robić, trenował a przede wszystkim starał się, abym był lepszy na boisku. Sprawiał, że inni grali po prostu lepiej – Zlatan Ibrahimović. Późniejsza kariera to tułanie się po Finlandii, Niemczech czy Szwecji. Rzadko kiedy, jeśli w ogóle można spotkać gracza takiego kalibru, tej klasy i z taką pokorą, jaką posiadał Litmanen. Zaliczył niesamowite występy dla swojej reprezentacji, grając w niej ponad dwie dekady. W 2009 roku pisarz Paul Simpson stwierdził, że kariera tego zawodnika nie pokazała całości jego talentu. W zupełności zgadzam się z tą opinią. Kto wie, jak wyglądałaby przygoda Jariego, gdyby nie nękające go kontuzje. Nic nie zmienia jednak faktu, że jest on i przez najbliższe lata będzie największą gwiazdą fińskiej piłki.
Sukcesy:
Mypa Kuovola:
1 x Puchar Finlandii (1992)
AFC Ajax Amsterdam:
5 x mistrzostwo Holandii (1994, 1995, 1996, 1998, 2004)
3 x Puchar Holandii (1993, 1998, 1999)
3 x Superpuchar Holandii (1993, 1994, 1995)
1 x Puchar Ligi Mistrzów UEFA (1995)
1 x Superpuchar Europy (1995)
1 x Puchar Interkontynentalny (1995)
Liverpool FC:
1 x Puchar Anglii (2001)
1 x Puchar Ligi Angielskiej (2001)
1 x Tarcza Wspólnoty (2001)
1 x Puchar UEFA (2001)
1 x Superpuchar Europy (2001)
HJK Helsinki
1 x mistrzostwo Finlandii (2011)
1 x Puchar Finlandii (2011)
8
Gwiazda fińskiego futbolu kończy dziś 52 lata(wiecie gdzie czytać):
@Symson
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@patataj
@AssisMoreira
@Sensible
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj
1
@LS Doskonale o tym pamietam! w dodatku byłem wściekły w jaki sposób Cupiał potraktował żywą polska legende. Ach szkoda gadać...
14
Pamiętamy!?
Dokładnie 20 lat temu Wisła Kraków zremisowała na wyjeździe z Lazio Rzym 3:3! Piłkarze Wisły Kraków stoczyli niesamowity bój z Lazio Rzym w czwartej rundzie Pucharu UEFA. Dziś brzmi to jak abstrakcja, ale wówczas gracze czołowej włoskiej drużyny z obawą podchodzili do spotkania z „Białą Gwiazdą”. I mieli rację, bo na boisku nie było widać wielkiej różnicy w klasie tych drużyn. W Wiecznym Mieście piłkarze Wisły poszli z gospodarzami na wymianę ciosów i na Stadio Olimpico kibice zobaczyli grad goli. Podopieczni Henryka Kasperczaka byli nawet bliscy wygranej, bo w pewnym momencie prowadzili 3:2. Bramkarz Luca Marchegiani dwukrotnie faulował wiślaków w polu karnym, a jedenastki na gole zamieniał Maciej Żurawski. Jedną bramkę dołożył też Kalu Uche i dopiero wyrównujący gol Enrico Chiesy w 71. minucie uratował rzymian przed porażką. Zespół z Krakowa był w dobrej sytuacji przed rewanżem, bo awans do ćwierćfinału Pucharu UEFA dawało nie tylko zwycięstwo, ale także remisy 0:0, 1:1 lub 2:2. Spotkanie odbyło się dopiero 5 marca, gdyż włoscy działacze, powołując się na fatalny stan murawy, doprowadzili do jego przełożenia (pierwotnie miało się odbyć 27 lutego). W nowym terminie nie było wiele lepiej, płyta, z której z trudem usunięto śnieg i lód, była nierówna, co sędzia Stuart Dougal ze Szkocji przypłacił złamaniem kostki. Mecz udało się dokończyć pod okiem arbitra technicznego. Minimalnie lepsze okazało się Lazio (2:1, gole Fernando Couto i Enrico Chiesy oraz Marcina Kuźby) i Wisła zakończyła udział w Pucharze UEFA na 1/8 finału.
Gole: 1:0 Nikola Lazetić 22, 1:1 Kalu Uche 39, 2:1 Mariusz Jop 44 (samob.), 2:2 Maciej Żurawski 50 karny, 2:3 Maciej Żurawski 63 karny, 3:3 Enrico Chiesa 71.
Lazio: Luca Marchegiani - Massimo Oddo, Fernando Couto, Sinisa Mihajlović, Giuseppe Pancaro, Nikola Lazetic (61' Cesar), Dino Baggio (73' Dejan Stanković), Fabio Liverani, Diego Simeone (55' Claudio Lopez), Stefano Fiore, Enrico Chiesa
Wisła: Angelo Hugues - Marcin Baszczyński, Arkadiusz Głowacki, Mariusz Jop, Maciej Stolarczyk - Kalu Uche, Paweł Strąk, Mauro Cantoro (75 Mirosław Szymkowiak), Kamil Kosowski - Marcin Kuźba, Maciej Żurawski (77 Daniel Dubicki)
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
4
Jeśli jeszcze nie było to dzisiaj 43 lata kończy ,,król" Artur Boruc. Wszystkiego najlepszego panie Arturze w dniu urodzin. Dziękujemy panu za godne reprezentowanie białoczerwonych barw na arenie międzynarodowej.
13
Ciekawostki:
20 lutego 2010 r. Josep Guardiola rozegrał swój setny mecz na ławce rezerwowych jako trener FCB. Blaugrana pokonała wówczas Racing Santander 4:0 a największą gwiazdą wieczoru był młodziutki Thiago Alcantara- syn Mazinho, mistrza Świata z 1994 r. W pierwszych stu spotkaniach Guardiola zanotował aż 71 zwycięstw i był to drugi najlepszy wynik w historii klubu. Rekordzistą jest Helenio Herrera, który w pierwszych stu meczach wygrał 72 razy, tyle że Pep przegrał w tym samym czasie o 6 meczów mniej.
A jak to wygląda na dzień dzisiejszy jeśli chodzi o Barçe Xaviego ?
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
14
Wyjątkowe legendy futbolu:
19 lutego 1954 r. urodził się Sócrates Brasileiro Sampaio de Souza Vieira de Oliveira, legenda brazylijskiego futbolu. Z dwóch mistrzostw świata nie przywiózł medalu, tylko raz otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika kontynentu, futbolem - jak sam mówił - zajął się przypadkowo, bo nigdy się nim nie interesował. Brazylijczycy jednak uważają go za jednego z najlepszych graczy, którzy nosili kanarkową koszulkę reprezentacji, a dla kilku pokoleń kibiców na świecie Socrates był synonimem piłkarza wirtuoza. Choć miał aż 193 cm wzrostu, z piłką wyczyniał cuda. Jego podania rozbrajały najszczelniejsze defensywy. - Wybierał optymalne rozwiązania, wiedział, gdzie pobiegnie kolega i rywal. Imponował nieszablonowym dryblingiem - wspomina Stefan Majewski. Słynął z zagrań piętą. Pele uważał, że Socrates grał lepiej tyłem niż większość przodem. - Na boisku zachowywał się dostojnie. Grał czysto. Rywalizowanie z nim było przyjemnością. Mało biegał, ale imponował inteligencją i wyszkoleniem technicznym - mówi Zbigniew Boniek. Obaj Polacy grali przeciw Socratesowi w 1/8 finału MŚ w 1986 r. Przegraliśmy wtedy 0:4. Socrates wyżej od sukcesów na boisku cenił te, które odniósł poza nim. Historia Socratesa nie jest typową opowieścią o brazylijskim piłkarzu, który wychował się w faweli, szybko rzucił szkołę, a młodość spędził na ulicy, uganiając się boso za zdartą piłką. Jego ojciec życie spędził z nosem w książkach, dorobił się olbrzymiej biblioteki, najstarszemu synowi podsuwał dzieła antycznych filozofów. - Moi młodsi bracia nazywają się Sofokles i Sostenes. To o ojcu mówi wszystko - wspominał Socrates. Sam między treningami czytywał nie tylko greckich filozofów, ale i dzieła Machiavellego oraz Hobbesa. Fascynowali go Che Guevara, John Lennon i Fidel Castro. Dlatego jeden z sześciu synów Socratesa otrzymał imię po kubańskim dyktatorze. Gdy matka spytała go, czy nie obawia się, że imię Fidel może być dla dziecka obciążeniem, spytał ją tylko, gdzie była, kiedy ojciec wybierał imię dla niego. Jak na lewicowca przystało, wprowadził w klubie "demokrację Corinthians". Brazylią rządziła wówczas wojskowa dyktatura, a Socrates uważał, że szefowie klubu traktują piłkarzy jak generałowie obywateli. Wymusił na działaczach, by decyzje podejmowano, głosując. Zaczęło się od spraw błahych, każdy - od sprzątaczki po prezesa - decydował, kiedy drużyna zje obiad i jakich piłkarzy sprowadzić. Później zawodnicy decydowali, czy wyjdą na boisko w koszulkach z napisem "democracia", czy wypisanym wezwaniem do udziału w wyborach.
Wtedy zaprzyjaźnił się z Luizem Inácio Lulą da Silvą, sławnym działaczem związkowej opozycji, prezydentem kraju po obaleniu wojskowej dyktatury. Razem brali udział w demonstracjach przeciw torturowaniu więźniów politycznych. W 1984 r. przed 1,5 mln ludzi Sokrates obiecał, że jeśli dojdzie do wolnych wyborów, odrzuci propozycję gry we Włoszech. Wtedy jeszcze się nie udało i Socrates na rok przeniósł się do Fiorentiny. Był krytykiem współczesnego futbolu. Tłumaczył, że coraz lepiej zbudowani fizycznie piłkarze mają na boisku mniej miejsca, grają z pierwszej piłki, przez co mecze są coraz brzydsze. - W 1970 r. zawodnik biegał ok. 4 km w każdym meczu, teraz prawie cztery razy więcej. Inne sporty dostosowały się do zmian, a w piłce wciąż obowiązują te same przepisy. Dziś powinno się grać dziewięciu na dziewięciu - uważał Socrates. Nie oszczędzał też selekcjonerów reprezentacji Brazylii. Na mundialu w 2002 r. defensywne pomysły trenera Luiza Felipe Scolariego nazwał "kupą g.". Na mistrzostwach świata w RPA kibicował Hiszpanom, bo uważał, że prowadzona przez Dungę reprezentacja Brazylii wyrzekła się korzeni. - Zwycięstwo nie może być celem samym w sobie. Artyzm i piękno to także część tej gry - mówił, a rodacy słuchali kapitana ostatniej reprezentacji "Canarinhos", która swą grą wprowadzała kibiców w ekstazę.
Brazylia z 1982 r. uchodzi do dziś za najlepszy zespół, który nie zdobył mistrzostwa świata. I jest przez rodaków cieplej wspominana od grających nudno zwycięzców mundialu z 1994 r. Brazylia, uważana za faworyta turnieju w Hiszpanii, potrzebowała remisu z Włochami, by awansować do półfinału. Choć na 20 minut przed końcem było 2:2, dowodzeni przez Socratesa "Canarinhos" nie zrezygnowali z ataków. Włoch Paolo Rossi zdobył swoją trzecią bramkę i Brazylijczycy przegrali 2:3. Cztery lata później odpadli w ćwierćfinale po rzutach karnych z Francją, a pierwszej jedenastki nie wykorzystał Socrates. - Nie ubolewałem nad porażkami, jestem dumny, że grałem na dwóch mundialach i byłem częścią fantastycznego zespołu z 1982 r. - mówił. Po zakończeniu kariery pisał felietony, w których rzadko zajmował się futbolem. Bardziej interesowały go polityka i ochrona środowiska. Choć skończył medycynę i otworzył klinikę, zdrowiem nigdy się nie przejmował. Od 13. roku życia palił kilka paczek papierosów dziennie, dziennikarzom opowiadał, że tysiące razy próbował rzucić nałóg, ale determinacji starczało mu na kilka godzin. - Umrę na raka lub rozedmę płuc - mówił kilka lat temu. Zabił go jednak alkohol. Jego przyjaciele opowiadają, że niezależnie od tego, ile w siebie wlał, nigdy nie był pijany. Socrates zaprzeczał, że jest alkoholikiem, ale przyznawał, że "lubi łyknąć sobie rano i po południu". W ostatnich tygodniach miał problemy z wątrobą, czekał na przeszczep.
Grał w Botafogo (1974-78), Corinthians (1978-84), Fiorentinie (1984-85), Flamengo (1988-89) i Santosie (88-89). W 2004 r., po 50. urodzinach, zagrał kilka minut w meczu amatorskiego angielskiego Garforth Town. W reprezentacji wystąpił 60 razy, strzelił 22 gole. Miesięcznik "World Soccer" uznał go za 61. spośród najlepszych piłkarzy w dziejach.
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@patataj
13
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
19 lutego 1931 r. w Nowym Bytomiu urodził się Marceli Strzykalski, waleczny i dysponujący niespożytymi siłami pomocnik. Wychowywał się w Nowym Bytomiu, dzielnicy Rudy Śląskiej. Jego sąsiadem z podwórka był Lucjan Brychczy. Przygodę z piłką zaczynał jeszcze w czasach okupacji. Kiedy w 1945 r. rodzice przeprowadzili się do Bobrka, Marceli próbował swoich sił w Szombierkach, ale nie zrobił tam na nikim wrażenia. Jako młody piłkarz był zawodnikiem śląskich klubów – Pogoni Nowy Bytom i Bobrka Bytom. Później przeniósł się do Sosnowca, choć proponowano mu grę w hutniczym Baildonie, ale działacze Zagłębia powiedzieli mu, że klub wkrótce zostanie rozwiązany, więc Strzykalski wybrał występy w Sosnowcu. W 1951 r. trafił do Garnizonowego WKS Kielce. Oprócz gry w piłkę próbował swoich sił w sportach walki. Kiedy grał w Bytomiu, to zimą po zakończeniu sezonu przychodził na halę i walczył na zapaśniczej macie. W Kielcach zgłosił na treningi bokserskie, bo jako sportowiec nie musiał wtedy brać udziału w ćwiczeniach młodego rocznika. W klubie brakowało boksera wagi ciężkiej, więc Strzykalski sporo przybrał na wadze, żeby osiągnąć odpowiedni limit i nawet stoczył kilka oficjalnych walk. Z Kielc przeniesiono go do Krakowa, gdzie został zawodnikiem Wawelu.
W 1953 r. pod okiem trenera Artura Waltera zespół zdobył nieoczekiwanie wicemistrzostwo Polski, mając w składzie takich graczy jak Edmund Kowal, Czesław Uznański, Eugeniusz Piechaczek czy właśnie Strzykalski. Nie mogło być tak, że Okręgowy Wojskowy Klub Sportowy, jakim wówczas był Wawel, jest lepszy od klubu centralnego, jakim była Legia. Wawel rozwiązano, a najlepsi jego piłkarze trafili do Warszawy. Wśród nich był też Strzykalski. Na debiut w ekstraklasie w barwach nowego klubu musiał jednak czekać do 17 października, kiedy to wystąpił w meczu z ŁKS-em. Zaprezentował się na tyle dobrze, że trener János Steiner stawiał na niego konsekwentnie do końca sezonu. Rok później, kiedy Legia pod wodzą Węgra sięgała po tytuł mistrzowski i po puchar Polski, to Strzykalski był jednym z ważniejszych ogniw drużyny. Sukces ten powtórzył w kolejnej kampanii, ciekawostką jest fakt, że w meczu z Odrą Opole 15 kwietnia 1956 r. przez kilka minut zastępował w bramce opatrywanego Szymkowiaka. W Legii razem z Edmundem Zientarą stworzył najlepszą klubową parę pomocników. Na Łazienkowskiej występował do 1963 r. Zagrał dla klubu w 162 meczach i zdobył 15 goli. Grał twardo i czasami ostro. Zdarzało się, że sędziowie wyrzucali go z boiska, ale swoją walecznością zdobył serca kibiców. Po odejściu z Legii grał jeszcze przez rok dla Warszawianki. W biało-czerwonych barwach pierwszy raz wystąpił w 1952 r. jeszcze jako zawodnik Wawelu. Wystąpił w wygranym 3:0 meczu z NRD, a w 58. minucie został zmieniony przez Czesława Suszczyka. To właśnie ten piłkarz blokował mu miejsce w kadrze przez kolejne lata. Na szansę w reprezentacji czekał cztery lata, kiedy trener Koncewicz wystawił go zremisowanym 0:0 meczu Norwegią. W drużynie narodowej występował z mniejszym lub większymi przerwami do 1961 r., kiedy to zagrał w starciu z RFN, które Polacy przegrali 0:2. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
11
Mecz w cieniu katastrofy:
19 lutego 1958 roku Manchester United powrócił z piekła. W trzynasty dzień po katastrofie w Monachium miał miejsce przełożony mecz piątej rundy Pucharu Anglii z Sheffield Wednesday. W zimny, lutowy wieczór na Old Trafford zebrało się 60 tysięcy oddanych fanów „Czerwonych Diabłów”. Wielu z nich miało na sobie biało-czerwone szaliki owinięte czarnymi wstęgami. Większość płakała. Kibice otrzymali programy meczowe bez wpisanego składu gospodarzy i to spiker zawodów zachęcał obecnych do własnoręcznego wypełnienia dokumentu. Asystent sir Matta Busby’ego – Jimmy Murphy – który podjął się misji odbudowania klubu podczas czasowej absencji bossa, do ostatnich chwil przed meczem kompletował skład. Po latach wspominał zakontraktowanie Stana Crowthera: ,,Eric Houghton był managerem w villa w tym czasie i powiedział stanowi, ze my się nim interesujemy. Stan nie chciał opuszczać aston villa, ale Eric zabrał go na Old Trafford na mecz z Sheffield Wednesday. Po drodze powiedział mu, ze chciałby, żeby Stan pomógł nam, ale ten odparł, ze nie wziął ze sobą stroju. „Nie martw się, mam twoje buty w bagażniku” – powiedział Eric. Spotkaliśmy się o 17.30 i godzinę przed rozpoczęciem meczu Stan podpisał kontrakt! Cytat ten pokazuje dobitnie, w jaki sposób była budowana jedenastka United. Gdyby nie pomoc managerów z całej Anglii, zapewne ciężko byłoby doprowadzić nie tylko do tego spotkania, ale i tak rychłej odbudowy klubu. Z pośród graczy, którzy przeżyli katastrofę lotniczą, w tym meczu wybiegł tylko bramkarz Harry Gregg i obrońca Bill Foulkes. Junior Ian Greaves, który zastępował Rogera Byrne’a, powiedział po meczu: ,,Pamiętam, że w szatni było bardzo cicho. Przebierałem się w miejscu, gdzie zwykle siedział Roger. Miałem na sobie jego koszulkę…”.
Nowym graczem w składzie był również Shay Brennan – Irlandczyk, który nie mógł sobie wymarzyć lepszego debiutu. To właśnie jego dwie bramki znacząco przyczyniły się do zwycięstwa Manchesteru United. Trzecią dołożył Alex Dawson. „Czerwone Diabły” grające ku czci swoich zmarłych kolegów, niesione dopingiem publiczności zdemolowały rywala z Sheffield 3:0. Jednak tego wieczoru nie wynik był najważniejszy. Rozdarte bólem i cierpieniem serca fanów radowały się jednocześnie, ponieważ ich klub(wielki Manchester United) nie upadł. Nawet po tak wielkiej tragedii, dzięki pomocy swoich rywali, podniósł się i pokazał światu, że był, jest i będzie wielki, a jego czerwone niczym krew ofiar koszulki wzbudzać będą strach wśród konkurentów przez lata.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Kultowy stadion Dumy Katalonii:
19 lutego 1922 r. rozpoczęto budowę słynnego stadionu Blaugrany: Camp de Les Corts. FC Barcelona kupiła za 960 tysięcy peset tereny na końcu ulicy Les Corts i 19 lutego 1922 rozpoczęła tam budowę nowego stadionu na 25 tysięcy osób, który zainaugurowano 20 maja tego samego roku. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami zwłaszcza takich zawodników jak Samitier, Alcântara, czy Zamora. Na początku boisko nie miało trawy, ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Obiekt powstał około kilometra od zbudowanego trzy dekady później Camp Nou, pomiędzy istniejącymi do dziś ulicami Numancia, Travessera de les Corts, Vallespir i Marques de Sentmenat. W uroczystości uczestniczyło około 2,5 tys. kibiców, wśród nich Joan Gamper oraz przedstawiciele innych klubów katalońskich i hiszpańskich, między innymi Athleticu Bilbao i Realu Madryt. Pierwszy mecz przy Les Corts FC Barcelona rozegrała przeciwko drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierową bramkę zdobył nie kto inny jak Paulino Alcântara. Stadion przy Les Corts jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany. Kolejne rozbudowy nie były jednak w stanie zmienić faktu, że był on za mały na potrzeby rosnącego w siłę zespołu. 21 kwietnia 1957 roku remisem 1:1 zakończyło się spotkanie Barcelony z Sewillą, które było jednocześnie ostatnim meczem na stadionie w Les Corts. W 1966 roku został on ostatecznie zburzony, a w jego miejscu znajduje się dziś Parc de Les Corts.
@Sensible
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
12
Wspaniałe legendy futbolu:
18 stycznia 1967 r. urodził się Roberto Baggio, m.in. wicemistrz świata z 1994 r. oraz zdobywca ,,Złotej Piłki France Football” z 1993 r. Początki kariery Roberto to rok 1981 i klub Vicenza. W sezonie 1984/1985 razem z zespołem awansował do Serie B, strzelił w nim 12 bramek w 29 meczach. Po roku zadebiutował w Serie A meczem z Sampdorią, który odbył się 21 września 1986 roku. Pierwszego gola zdobył grając przeciw Napoli 10 maja 1987. Przełom nastąpił w sezonie 1987/1988. Baggio zdobył w nim 9 goli i został powołany na mecz towarzyski Włochów z Holendrami. Miało to miejsce w listopadzie 1988 roku. W natępnym sezonie Roberto Baggio osiągnął z Fiorentiną finał Pucharu UEFA, w finale tym doznał porażki z innym zespołem z Italii - Juventusem. W 1990 roku we Włoszech odbywał się Mundial a Baggio znalazł się w kadrze. Niestety nie wystąpił w pierwszych dwóch spotkaniach. W pierwszym swoim występie przeciwko Czechosłowacji zdobył przepięknego gola, uznawanego za jednego z najpiękniejszych w historii mistrzostw. Włosi przegrali półfinał z Argentyną i mundial ukończyli na trzeciej pozycji. Po mistrzostwach Roberto przeszedł do Juventusu Turyn. W pierwszym sezonie zdobył 14 goli w 33 spotkaniach. W następnym sezonie w 32 meczach Serie A udało mu się strzelić 18 bramek. W sezonie 1992/1993 Baggio sięgnął z Juventusem po Puchar UEFA. Zdobył w tych rozgrywkach w 9 meczach 6 goli. W lidze z kolei osiągnął jeszcze lepszy wynik strzelając 21 goli w 27 spotkaniach.
W następnym sezonie zdobył swoją setną bramkę we włoskiej pierwszej lidze. Uwieńczeniem sukcesów i znakomitej gry było otrzymanie przez Roberto Baggio "Złotej Piłki" dla najlepszego piłkarza Europy. Na mundialu w Stanach Zjednoczonych Baggio stanowił o sile włoskiej reprezentacji. Uważany za najlepszego wówczas piłkarza świata Baggio, prezentował się znakomicie i zdobył w tym turnieju pięć goli, a Włosi dotarli aż do finału, w którym zmierzyli się z Brazylijczykami. W regulaminowym czasie żadnemu zespołowi nie udało się strzelić gola, konieczny był konkurs rzutów karnych. Baggio przestrzelił najważniejszą jedenastkę i tytuł Mistrzów Świata przypadł "Canarinhos". Nie strzelony karny przez(zdaniem wielu) najlepszego piłkarza owego czasu i całych mistrzostw, stał się jednym z najsłynniejszych i najważniejszych nietrafień w historii piłki nożnej. W 1995 wciąż w Juventusie Turyn osiągnął w końcu mistrzostwo Włoch. Kontuzja nie pozwalała mu wejść na maksymalne obroty. W Juventusie pojawiła się nowa gwiazda - Alessandro del Piero, a Baggio musiał wybierać – zostać w drużynie tracąc 1/3 swoich dotychczasowych dochodów, albo odejść. Wybrał drugie rozwiązanie. Zdecydował się na AC Milan, z którym także sięgnął po Mistrzostwo Italii. W 1997 zdecydował się przejść do Bolonii. 22 strzelone gole pozwoliły mu znaleźć się w kadrze Włoch na Mistrzostwa Świata we Francji w 1998 roku. Na tym mundialu zdobył dwie bramki. W ćwierćfinale jego reprezentacja natknęła się na późniejszych mistrzów świata Francuzów. W meczu konieczna była dogrywka, Baggio nie wykorzystał w niej stuprocentowej okazji, niecelnie strzelając z woleja, milimetry obok lewego słupka francuskiej bramki. Mimo wykorzystania jedenastki przez Roberto w konkursie rzutów Karnych Włosi odpadli.
Po Mistrzostwach trafił do mediolańskiego Interu. Baggio podpadł tam w konflikt z trenerem, a drużyna wylądowała w jego pierwszym sezonie w nowym klubie na 8. miejscu. Roberto zmienił klub - w 2000 roku stał się zawodnikiem Brescii, gdzie zakończył karierę (2004 rok). W między czasie odrzucił oferty takich gigantów jak Real Madryt, czy Arsenal Londyn. W pierwszym sezonie Baggio wraz z Brescią zajął najwyższe w historii klubu 7. miejsce. Dawało to klubowi możliwość gry w Pucharze Intertoto, w którego finale Brescia w przegrała z Paris Saint Germain. Na kolejne Mistrzostwa Świata już nie pojechał, nie został powołany przez Giovanniego Trapattoni'ego. Baggio, w ostatnim meczu w barwach Brescii zmierzył się z Milanem, była to ostatnia kolejka sezonu 2003/2004, zaś Milan świętował swoje 17-te mistrzostwo Włoch. Ostatni mecz w reprezentacji swojego kraju Roberto Baggio zaliczył 28 kwietnia 2004 roku przeciwko Hiszpanom. Trzykrotnie był wicekrólem strzelców włoskiej Serie A. W lutym 2005, już po zakończeniu zawodowej kariery piłkarskiej wystąpił w meczu charytatywnym na rzecz ofiar azjatyckiego tsunami na Camp Nou w Barcelonie. W marcu 2004 roku Pele umieścił go na liście "FIFA 100" - 100 jego zdaniem najlepszych piłkarzy w historii futbolu.
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
10
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 lutego 1950 r. w Radomsku urodził się Jan Benigier, napastnik. Pierwsze piłkarskie lekcje pobierał w zespołach Stali i Czarnych w rodzinnym Radomsku. Jako 16-latek trafił do Hali Sportowej Łódź, gdzie pod okiem trenera Leszka Jezierskiego wywalczył z kolegami tytuł mistrza Polski juniorów. Po pół roku zaliczył debiut w II-ligowym Starcie. Z Łodzi przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie od 1970 r. występował dla Zawiszy. Dobre występy nad Brdą zaowocowały transferem na Śląsk. Do Ruchu ściągnął go czeski trener Michal Vičan. W Chorzowie współtworzył jedną z najlepszych drużyn lat 70. w polskiej piłce klubowej. Trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski (1974, 1975 i 1979) i raz po puchar Polski (1974). Chorzowska drużyna świetnie radziła sobie również w europejskich pucharach. W Pucharze UEFA odpadła w ćwierćfinale po ciężkim, zakończonym dogrywką boju z Feyenoordem, a w Pucharze Europy w tej samej fazie pechowo odpadli z AS Saint-Étienne. Kazimierz Górski powoływał go do kadry, ale głównie na mecze nieoficjalne. Znalazł się nawet w szerokiej kadrze piłkarzy na mistrzostwa świata w Niemczech, ale na mundial nie pojechał. Sam wspominał, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wielka jest konkurencja na jego pozycji, ale po cichu liczył, że w końcu przyjdzie jego czas. W oficjalnym meczu zadebiutował 24 marca 1976 r. z Argentyną. Latem pojechał z kadrą na igrzyska olimpijskie w Montrealu. Tam wystąpił jednak tylko w jednym spotkaniu. W wygranym 3:2 pojedynku z Iranem wszedł na boisko w 65. minucie, zmieniając Kazimierza Kmiecika. To był jego ostatni występ w kadrze, których uzbierał w sumie ledwie cztery. W Ruchu grał do 1980 r. Później swoim Polonezem wyjechał do Belgii, gdzie został zawodnikiem RFC Seraing, ale po dwóch latach wrócił do Chorzowa. Karierę kończył w bytomskiej Polonii, choć dał się jeszcze namówić na występy w Przemszy Siewierz. Pracował jako trener w GKS Tychy, Szombierkach Bytom, Polonii Bytom czy Rymerze Niedobczyce. Ukończył szkołę trenerów PZPN w Warszawie.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson