11

Wybitne postacie Dumy Katalonii:

Dokładnie 40 lat temu w Barcelonie zmarł Rossend Calvet y Mata. Rzadko się zdarza, mówiąc o klubie piłkarskim, aby mówić o osobowości kogoś, kto nie jest zawodnikiem, trenerem ani menedżerem ale uczciwie należałoby zrobić wyjątek dla Rossenda Calveta i Maty(nazwiska być może mało znanego młodszym pokoleniom kibiców Barçy) ze względu na to, jak wiele ten człowiek zrobił dla FC Barcelony, dosłownie ryzykując życie, by bronić jej w bardzo niebezpiecznych okolicznościach i nieustannie pracując za kulisami, by zapewnić jej przetrwanie. Calvet był kluczową postacią w najbardziej niebezpiecznym okresie, z jakim kiedykolwiek zmagała się Barça: hiszpańskiej wojny domowej a jego poświęcenie odegrało kluczową rolę w przyszłości klubu, za co wszyscy kibice Blaugrany powinni być mu dozgonnie wdzięczni. Calvet urodził się w Barcelonie w 1896 roku, zaledwie trzy lata przed założeniem klubu, któremu poświęcił swoje życie. Był wybitnym sportowcem w biegach długodystansowych i przełajowych(wielokrotnie zdobywał tytuł Mistrza Hiszpanii, wygrywając pierwszą edycję biegu „Jean Bouin” w 1920 roku, który stał się klasykiem) a także jednym z pionierów hiszpańskiego dziennikarstwa sportowego. W 1917 roku rozpoczął pracę w biurach FC Barcelona, obejmując ostatecznie stanowiska Sekretarza Technicznego i Sekretarza Generalnego. To właśnie tam wpływ Calveta zaczął odgrywać kluczową rolę. W lipcu 1936 roku wybuchła hiszpańska wojna domowa a działalność klubu została poważnie zakłócona. Rozgrywki krajowe zostały gwałtownie przerwane a raczej nigdy nie zostały wznowione a większość członków, uwikłana w wojenną zawieruchę, przestała płacić składki. W obliczu tak poważnych problemów, wiosną 1937 roku, tuż przed wybuchem niewielkiej wojny domowej w szeregach republikanów na ulicach Barcelony, która sprawiła, że stolica Katalonii stała się jeszcze bardziej niegościnnym miejscem, klub zamierzał przyjąć ofertę tournée po Meksyku(która później rozszerzyła się również na Stany Zjednoczone). Były baseballista Barcelony mieszkający w Meksyku, biznesmen Manuel Mas Soriano, skontaktował się z bramkarzem Blaugrany Iborrą i złożył mu atrakcyjną ofertę(z opłaconymi kosztami podróży i zakwaterowania oraz znaczną sumą pieniędzy). Klubem tymczasowo zarządzał Komitet Pracowniczy, ponieważ jego zarząd padł ofiarą straszliwych i tragicznych okoliczności, które ogarnęły kraj, w tym śmierci prezydenta Josepa Sunyola na froncie w Guadarramie oraz wyparcia tradycyjnych liderów Barcelony, należących do klasy „posiadaczy”, z powodu rewolucyjnego klimatu. Wyprawa, składająca się z 20 osób, wyruszy drogą morską z Barcelony w maju 1937 roku. Poprowadzi ją Rossend Calvet, jako delegat, wraz z trenerem, Irlandczykiem Patrickiem O. Connellem, opiekunem i menadżerem sprzętu Modesto Amorósem, masażystą Ángelem Mur Navarro(podobnie jak sam Calvet z sekcji lekkoatletycznej klubu) oraz piłkarzami: José Iborrą, Joan Babotem, Ramónem Zabalo, Josep Argemí, Fernando García, Domènec Balmanya, Josep Escolà, Martí Ventolrá, Miquel Gual, Félix Los Heros „Tache”, Juli Munlloch, Esteve Pedrol, Joaquín Urquiaga, Juan Rafa, Josep Pagés i Josep Bardina. Szczegóły podróży i tournée dostarczyłyby wystarczająco dużo materiału, by napisać nie jedną a kilka powieści. Tutaj ograniczymy się do odnotowania, że wyprawa trwała pięć miesięcy i pod względem sportowym, zaowocowała rozegraniem 14 meczów, z dziesięcioma zwycięstwami i czterema porażkami. Kilku zawodników skorzystało z okazji, by nie wracać do Hiszpanii, niektórzy zostali w Meksyku a inni przenieśli się do Francji po powrocie do Europy. Romantycznym punktem kulminacyjnym była historia miłosna, która rozkwitła między prawoskrzydłowym Barçy, Martím Ventolrą a siostrzenicą prezydenta Meksyku Lázaro Cárdenasa i która zakończyła się małżeństwem(trzy dekady później a konkretnie w 1969 roku, syn pary, José, grał w reprezentacji Hiszpanii, reprezentując Meksyk). W kategoriach ekonomicznych trasa przyniosła czysty zysk w wysokości 12 900 dolarów, kwotę, którą Calvet roztropnie zdeponował w paryskim banku i która po zakończeniu konfliktu miała być bardzo przydatna Barcelonie do żmudnej odbudowy klubu.

Po powrocie do strefy republikańskiej, Rossend Calvet oddał klubowi z Barcelony jeszcze dwie znaczące przysługi. Pierwsza z nich miała miejsce, gdy bomby lotnictwa Franco zniszczyły klub towarzyski Barça, mieszczący się wówczas na pierwszym piętrze budynku przy ulicy Consell de Cent 333, w nocy 16 marca 1938 roku. Dozorca, Josep Cubells, inni pracownicy i sam Calvet zabrali się do pracy, ratując trofea, proporce, fotografie i bezcenne dokumenty spod gruzów, ratując w ten sposób, z wielkim narażeniem życia, znaczącą część historii Dumy Katalonii. Kilka miesięcy później, w styczniu 1939 roku, gdy wojska nacjonalistyczne wkroczyły do Barcelony po załamaniu się oporu republikanów, Rossend Calvet po raz kolejny dzielnie i odważnie bronił interesów swojego ukochanego klubu, gdy zwycięskie wojsko próbowało zająć stadion „Camp de Les Corts”, aby zainstalować tam zajezdnię samochodową. Namiętna elokwencja Calveta przekonała dowódcę o wartości i niemal świętej naturze tego obiektu sportowego, dzięki czemu zarówno boisko, jak i trybuny zostały zabezpieczone. W czerwcu wszystko było gotowe do ponownego otwarcia Coliseum w Barcelonie. W pierwszych miesiącach wojny Calvet zrobił już coś podobnego, sprzeciwiając się przejęciu stadionu przez CNT(Narodową Konfederację Pracy), jako czołowa postać wspomnianego Komitetu Pracowniczego, który wypełnił próżnię władzy w klubie. Przez wiele lat Calvet pełnił funkcję doradcy prawnego FC Barcelony, zajmując się licznymi dokumentami i odwołaniami kierowanymi do hiszpańskich władz sportowych, zawsze dążąc do zaciętej obrony interesów klubu. Był tak głęboko zaangażowany w klub, że poślubił córkę Manuela Torresa, pieszczotliwie zwanego „L'Avi Torres”, bramkarza na stadionie Les Corts, prawdziwej instytucji dla kibiców Blaugrany. Zasłużony hołd został mu oddany we wrześniu 1954 roku podczas meczu z niemieckim Stuttgartem, który był jednocześnie inauguracją oświetlenia stadionu. Tam, na samym boisku, urodził się jego syn, Rossend Calvet i Torres, który również piastował w klubie bardzo odpowiedzialne stanowisko, kierując jego sekcjami sportowymi. Od połowy lat 60-tych na emeryturze, odznaczony tytułem „Mecenas of Merit”(zaszczyt dostępny dla niewielu kibiców FC Barcelony), zmarł w 1986 roku w wieku 90 lat.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Lionel_Messi10 Te "come" to oznacza że przechodzi do Barcuni?

13

Genialny Luis Nazario de Lima:

13 kwietnia 1997 r. FC Barcelona pokonała na Vicente Calderon Atletico Madryt 2:5 w ramach 33 kolejki Primera Division. Ronaldo, rozegrał w Blaugranie tylko jeden sezon, 1996-97 ale wystarczyło to, aby wykazać się wysoką jakością i umiejętnością strzelania goli. Łącznie strzelił 47 goli, z czego 5 z rzutów karnych, co przyczyniło się do zdobycia tytułów PZP, Pucharu Hiszpanii i Superpucharu Hiszpanii. Cztery z jego występów były znakomite a tyle samo goli zdobył w meczu ligowym, ostatni z nich miał miejsce podczas wizyty na Vicente Calderón 13 kwietnia 1997 r. Kiko z Atlético otworzył wynik spotkania już na początku meczu ale Iván de la Peña wyrównał wspaniałym golem i od tej chwili rozpoczął się festiwal strzelecki Brazylijczyka, który jeszcze przed przerwą strzelił na 1:2, a w drugiej połowie strzelił jeszcze dwa gole. W raporcie ,,El Mundo Deportivo” trzy bramki Ronaldo zostały opisane w następujący sposób:

Pierwszy gol „w 42. minucie De la Peña oddał daleki strzał w kierunku Ronaldo, Provan nie zdołał dosięgnąć piłki a Brazylijczyk trafił w podstawę słupka od środka i umieścił ją w siatce” (1-2). W drugiej połowie, w 58. minucie: „Guardiola przejął piłkę a Figo wykonał wspaniałą asystę pod bramką, dzięki czemu Ronaldo udało się pokonać Molinę ” (1-3). Wreszcie trzeci, który dał wynik 2-4 na piętnaście minut przed końcem, po tym jak „ Santi oddał rzut karny Figo i również zarobił bilet do szatni, będąc już wcześniej ukaranym żółtą kartką. Ronaldo wykorzystał rzut karny ”. Dysponując liczebną przewagą, Barça zdominowała końcówkę meczu i podwyższyła wynik na 2-5 po tym, jak Figo zdobył gola po podaniu Ronaldo, po wspaniałym rajdzie obu drużyn z jednego pola na drugie. Kiko otworzył wynik w 13. minucie. Po trzecim golu, którego zdobył z rzutu karnego, Ronaldo potraktował „butifarra” („bananem”, jak go nazywał) trybuny, na których zgromadzili się radykalni fani czerwono-białych drużyn, którzy obrażali go przez cały mecz. „Kierowali w moją stronę a także w stronę mojej dziewczyny, bardzo poważne obelgi” – wyjaśnił Brazylijczyk po wyjściu z szatni. „Nigdy nie jest miło być obrażonym, chociaż mogę to zrozumieć, ponieważ ich drużyna przegrywała i zrozumiałe było, że byli źli”. Ale zabrakło mu cierpliwości: „Poświęciłem im gola i dałem im też banana. To było spontaniczne. Nie mogłem się powstrzymać”. Odnosząc się do tych incydentów z trybun, menedżer Blaugrany Bobby Robson był nieco ironiczny: „Widzieli, że Ronaldo jest wielkim zagrożeniem i reagowali w ten sposób za każdym razem, gdy otrzymywał piłkę”. Był to czwarty hat-trick Brazylijczyka w barwach FC Barcelony, po golach zdobytych przeciwko Valencii (3:2), Zaragozie (4:1) w lidze i samemu Atlético (5:4) w Pucharze. Był to również jego jedyny sezon, gdyż latem spakował walizki i wyjechał do Włoch, gdzie przez pięć kolejnych sezonów grał w Interze Mediolan.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Zapomniane i szalone El Clasico:

13 kwietnia 1916 r. FC Madrid zremisował na Estadio O’Donnell w Madrycie z FC Barceloną 6:6(!) po dogrywce, w ramach powtórzonego meczu półfinałowego Pucharu Króla. W tym spotkaniu Barça ponownie powitała jednego ze swoich najcenniejszych zawodników, bramkarza Lluísa Bru(niespokrewnionego ze wspomnianym Paco), który do czasu przybycia Ricardo Zamory zasłużył na reputację jednego z najlepszych bramkarzy. Po spektakularnym zwycięstwie 4:0 na słynącym z trudności terenie Athleticu Bilbao, kibice w Bilbao zadedykowali mu ten czterowiersz: „Nawet do samego Świętego Piotra / może zwracać się nieformalnie / Katalończyk Luis Bru / w bramce”. Paulino Alcántara, z trzema golami, i Santiago Bernabéu, z czterema, byli bohaterami swoich drużyn w trzecim meczu. Sędzia, José Ángel Berraondo(były piłkarz i dyrektor Realu Madryt ), podyktował trzy rzuty karne przeciwko Blaugranie. Bru obronił dwa(niektóre źródła podają, że jeden skierował głową na wyjeździe), ale ostatni, w 117. minucie, gdy Barça wygrywała 5-6, skutkował remisem i czwartym meczem. Przypomne tylko że Trzy(!) z czterech meczów rozegrano w Madrycie, mimo protestów FC Barcelony. Powtórke drugiego meczu opisze w rocznice, która przypadła już 2 dni później.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

18

Po stokroć Feliz cumpleaños Tarzanie!

Panie i Panowie, szanowni cules, Carles Puyol Saforcada kończy dzisiaj 48 lat! Wznieśmy toast za żywą legendę Blaugrany.

Wszyscy go znamy i wszyscy kochamy. Przy okazji urodzin Carlesa przypomnę ciekawy okres w jego życiu dotyczący Figo. Otóż Luis Figo dla Carlesa był przede wszystkim pierwszym idolem z pierwszych lat pobytu w Barcelonie. Figo trafił do Barçy latem 1995 r. a ,,Tarzan” kupował w tamtym czasie wszystkie lokalne gazety sportowe, wycinał jego zdjęcia i umieszczał w specjalnym albumie aby się nie pogniotły. Siedemnastoletni Katalończyk był wówczas przekonany że treningi w La Masii to tylko piękny epizod w jego życiu i po powrocie do domu będzie mógł udekorować tymi fotkami swój pokój w La Pobla. Dla ,,Puiego” największym dowodem jego umiejętności było to że Johan Cruijff chciał go mieć u siebie pomimo obecności w składzie tak znakomitych piłkarzy jak Stoiczkow oraz Laudrup. Gdy w sezonie 1999/2000 Carles przebił się wreszcie do pierwszego składu, Portugalczyk miał już status wielkiej gwiazdy, był jednym z kapitanów i grał pierwsze skrzypce u kolejnych trenerów Barçy. To właśnie Figo obok Guardioli oraz Rivaldo był futbolistą, któremu Puyol przyglądał się ze szczególna uwagą. ,,Udzielił mi wielu trafnych wskazówek podczas moich początków w pierwszej drużynie”- mówił ,,Pui”. – »Powiedział po portugalsku: ,,Kiedy masz piłke młody, to nie komplikuj sobie życia i zawsze szukaj najprostszych rozwiązań«. Starałem się go słuchać”. Tarzanowi w Portugalczyku imponowała nie tylko świetna technika czy bajeczna wizja gry ale również wielka wola walki i stawianie dobra zespołu ponad wszystko inne.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Piłkarze, którzy grali na dwóch Mistrzostwach Świata w różnych reprezentacjach narodowych:

Piłka nożna i polityka czasami idą ręka w rękę. W historii, z różnych powodów, zdarzało się, że piłkarze grali na Mistrzostwach Świata w różnych reprezentacjach. Przyjrzymy się kilku najbardziej uderzającym przykładom.

LUIS MONTI I ATILIO DEMARÍA

Pierwszymi piłkarzami, którzy reprezentowali różne reprezentacje narodowe na Mistrzostwach Świata, byli Luis Monti i Atilio DeMaría. Obaj wystąpili w koszulce Argentyny podczas pierwszych w historii Mistrzostw Świata w Urugwaju w 1930 roku. Cztery lata później zdobyli mistrzostwo, grając dla Włoch w turnieju w 1934 roku.

JOSÉ EMILIO SANTAMARÍA

Podobny przypadek do poprzednich. Santamaría został powołany przez Urugwaj na Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Ponownie, osiem lat później, grał z Hiszpanią na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 roku.

FERENC PUSKAS

Jeden z najlepszych piłkarzy w historii Węgier. Reprezentował swój kraj na Mistrzostwach Świata w 1954 roku a osiem lat później, w Chile w 1962 roku grał w reprezentacji Hiszpanii jako weteran.

JOSÉ ALTAFINI

Przypadek Altafiniego jest dość niezwykły. Piłkarz zdobył mistrzostwo z Brazylią na Mistrzostwach Świata w 1958 roku, na których zadebiutował niejaki Pelé. Cztery lata później, w Chile w 1962 roku założył koszulkę Azzurri włoskiej reprezentacji.

PROSINECKI, JARNI I ŠUKER

Wojna na Bałkanach sprawiła, że wielu piłkarzy grało w barwach Jugosławii na Mistrzostwach Świata we Włoszech w 1990 roku, a później w reprezentacji Chorwacji w 1998 roku. Dotyczy to Roberta Jarniego, Davora Šukera(który został powołany, ale nie zadebiutował w 1990 roku) i Roberta Prosineckiego. Przypadek Prosineckiego jest dość znaczący, ponieważ jest on jedynym piłkarzem, który strzelał gole dla różnych reprezentacji narodowych w historii Mistrzostw Świata. Dokonał tego w barwach Jugosławii w 1990 roku i Chorwacji w 1998 roku. Na koniec zostawiliśmy wyjątkowy przypadek w historii piłki nożnej. Dejan Stanković zagrał na trzech mistrzostwach świata w różnych reprezentacjach, co jest wyczynem nieporównywalnym z żadnym innym. Urodzony w Belgradzie, został powołany do Jugosławii w 1998 roku, do Serbii i Czarnogóry w 2006 roku a w końcu do Serbii w 2010 roku.

@Szalik
@shaun
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360

10

Pionier hiszpańskiej piłki nożnej:

Kiedy mówimy o Real Racing Club de Santander, niewątpliwie mamy na myśli klub pionierski. Kantabryjska drużyna, jak zobaczymy poniżej, zawsze pojawia się jako pierwsza w niezliczonych historycznych wydarzeniach hiszpańskiej piłki nożnej. Kantabryjski klub miał zaszczyt być jednym z założycieli ligi hiszpańskiej. W sezonie 1928-1929 był jednym z 10 klubów tworzących Pierwszą Dywizję: Arenas de Getxo, Athletic Club de Bilbao, FC Barcelona, Athletic Club de Madrid, RCD Espanyol, CD Europa, Real Madrid FC, Real Sociedad, Real Unión Club de Irún i sam Racing de Santander. Dokładnie rok wcześniej, w obliczu wyraźnej potrzeby stworzenia ligi z najlepszymi klubami w kraju, wyłoniły się dwie równoległe ligi. Były to dwie odrębne grupy klubów. Po jednej stronie byli „minimaliści”, którzy opowiadali się za utworzeniem rozgrywek ligowych tylko dla drużyn, które były mistrzami Hiszpanii( Athletico Club, Real Madryt, Real Sociedad, FC Barcelona, Real Unión de Irún i Arenas de Getxo ). Po drugiej stronie byli „maksymaliści”, którzy opowiadali się za ligą z najlepszymi drużynami z całej Hiszpanii. W ten sposób, równolegle z Ligą Mistrzów, czyli Ligą Sześciu Zespołów, narodziła się Hiszpańska Liga Piłkarska, początkowo składająca się z dziewięciu drużyn, z późniejszymi trzema kolejnymi. Ta „Najwyższa Liga”, jak ją powszechnie nazywano, pozostała niekompletna, ponieważ nie wszystkie drużyny rozegrały taką samą liczbę meczów. Co ciekawe, w momencie zawieszenia rozgrywek na czele tabeli znajdował się Racing Santander. Pozostałe drużyny to: RCD Espanyol, Athletic Madryt, Real Sporting, Sevilla FC, Valencia FC, Iberia Sport Club, Real Murcia, RC Celta de Vigo, CA Osasuna, Deportivo Alavés i Real Unión de Irún(dodany później). Co więcej, klub z Kantabrii był pierwszym reprezentantem Hiszpanii w półoficjalnych rozgrywkach europejskich. Pionierem był Racing, który brał udział w Turnieju Kolonialnym w Paryżu w 1931 roku. Kantabryjska drużyna reprezentowała Hiszpanię po zajęciu drugiego miejsca w lidze po wycofaniu się Athletic Club de Bilbao, ówczesnego mistrza. Trzy lata później klub Santander był również pierwszym w hiszpańskiej ekstraklasie, który pozyskał zagranicznych zawodników. Byli to Meksykanie Manuel Alonso Pría i Luis de la Fuente Hoyos.

Racing Santander, mimo że nie poprzestał na tym, może pochwalić się również tym, że był jednym z faworytów w pierwszym meczu transmitowanym w telewizji w Hiszpanii. Miało to miejsce 24 października 1954 roku na stadionie Santiago Bernabéu a zmierzyły się ze sobą Real Madryt, gospodarze, i zielono-biało-czerwoni. Ale ci, którzy sądzą, że pionier hiszpańskiej piłki nożnej zadowoli się tym, co już zostało wspomniane, są w błędzie. Racing po raz kolejny był pierwszym zespołem, który umieścił reklamę na swojej koszulce. W 1981 roku zielono-biali założyli koszulkę „Teka” w zamian za 10 milionów peset. W tym samym sezonie, ale nieco później, Real Madryt dodał do swojej koszulki kolejną markę sprzętu AGD – Zanussi. Wreszcie w 1991 roku kantabryjski klub jako pierwszy został zarejestrowany jako publiczna spółka akcyjna(Sociedad Anónima Deportiva), co miało wyznaczyć przyszłość współczesnej piłki nożnej. Jak widać, Racing de Santander utorował drogę pozostałym klubom w naszym kraju, stając się wielkim pionierem hiszpańskiej piłki nożnej.

@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

17

Genoa FC i jej niewiarygodna klątwa:

Genoa FC to jeden z najważniejszych klubów włoskiej piłki nożnej. Genueńczycy byli pierwszymi wielkimi dominatorami włoskiej piłki nożnej, zdobywając trzy pierwsze mistrzostwa ligi i pięć z sześciu pierwszych. Co więcej, mogą poszczycić się tym, że są najstarszym klubem we Włoszech, założonym w 1893 roku. W sumie Genoa zdobyła 9 tytułów mistrzowskich, co plasuje ją na czwartym miejscu wśród najbardziej utytułowanych klubów we Włoszech. Tylko trzej giganci(Juventus, AC Milan i Inter) przewyższają ich pod tym względem. W tym miejscu musimy jednak skupić się na tym, co nazywamy „klątwą Genui”, ponieważ ich ostatnie Scudetto zostało zdobyte w 1924 roku. Jak wielu z Was wie, Włoska Federacja Piłkarska symbolicznie przyznaje każdemu klubowi gwiazdkę(po włosku Stella) za każde 10 tytułów mistrzowskich zdobytych w historii klubu. Gwiazdki te umieszczane są nad herbami i dumnie eksponowane na koszulkach klubów. Niestety Genoa utknęła na 9 tytułach mistrzowskich i wygląda na to, że ta gwiazda nigdy nie nadejdzie, ponieważ od ostatniego mistrzostwa minęło ponad sto lat. Jeśli chodzi o Puchar Włoch, Genoa również nie może czuć się zbyt pewnie. Ich jedyny puchar zdobyła w odległym sezonie 1936-1937. Byli również wicemistrzami w latach 1939-1940. Włosi zmagali się więc z długą posuchą w zdobywaniu tytułów. Na poziomie europejskim ich największym osiągnięciem był awans do półfinału Pucharu UEFA w sezonie 1991-1992. To ich najbliższy kontakt z trofeum w ostatnich dekadach.

Genua i Sampdoria rozgrywają jedne z najbardziej emocjonujących derbów we włoskiej piłce nożnej. Oba kluby grają na stadionie Luigi Ferraris, który może pomieścić 36 000 widzów. Zanim Sampdoria powstała w 1946 roku, ich rywalami były Gimnástica Sampierdarenese(założona w 1899 roku) i Andrea Doria Genova (założona w 1900 roku). Połączenie tych dwóch klubów dało początek Sampdorii. Kto wie, czy ta susza, klątwa czy też seria pecha Genoi wkrótce się skończy, ale pewne jest, że jest to jeden z najbardziej osobliwych(i dramatycznych) przypadków w historii piłki nożnej.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@mr Barca Przypominają się szkolne lata. Choć ja nie byłem wcale gruby, to jednak niemal zawsze stałem na bramce...

13

Najgrubszy bramkarz w historii futbolu:

Jego olbrzymia waga nie przeszkadzała mu w karierze piłkarskiej. Ba! Zdobył nawet Puchar Anglii. William Foulke nie na darmo nosił przydomek „Fatty” (Grubas), ważył wszak 150 kg. Jego życie trwało niestety tylko 42 lata. Poznajcie historię najbarwniejszego bramkarza w historii brytyjskiej piłki nożnej. Urodził się 12 kwietnia 1874 roku w Dawey, w Anglii. Po skończeniu szkoły występował w drużynie, która powstała w jego zakładzie pracy. Profesjonalną karierę rozpoczął w klubie Blackwell Colliery. Szybko przeniósł się do Sheffield United za kwotę 20 funtów. W nowym klubie zadebiutował 1 września 1894 roku. Trzy lata później mógł się cieszyć z wicemistrzostwa kraju, a Foulke ze swoimi kolegami mógł się dodatkowo cieszyć rekordem najlepszej defensywy w kraju. To między innymi dzięki jego wspaniałej postawie między słupkami, Sheffield mogło walczyć o tytuł najlepszej jedenastki w Anglii. Nie umknęło to uwadze ówczesnego selekcjonera reprezentacji Anglii, który powołał „Fatty’iego” na mecz przeciwko Walii (4:0). Mecz ten był jedynym w kadrze naszego bohatera.

Kolejny sezon przyniósł mu mistrzostwo, a dziennikarze zaczęli nazywać Williama „największym bramkarzem na świecie”. Foulke dysponował ogromną siłą, w meczu przeciwko Liverpoolowi w 1898r. podniósł za nogi George’a Allana i trzymał go w taki sposób, że jego głowa wisiała zaraz nad murawą. Podczas finałowego meczu FA Cup 1902, sędzia Tom Kirkham niesłusznie uznał gola dla Southamptonu. „Fatty” Foulke będąc niezadowolony z tego powodu, wpadł nagi do pokoju sędziów. Przerażony arbiter schował się w szafie. Mecz powtórzono i zawodnicy Sheffield United wznieśli w górę trofeum, wygrywając 2:1. W barwach klubu z Bramall Lane, William Foulke rozegrał ponad 350 meczów. Jego wynagrodzenie wynosiło 4 funty tygodniowo (zwykły pracownik w tamtych czasach zarabiał 1 funta). W roku 1905 przeszedł za 50 funtów do Chelsea. Foulke z miejsca stał się ulubieńcem kibiców i przez jakiś czas był nawet kapitanem „The Blues”. Ciągle przybierał na wadze. Jedna z anegdot głosi, że „Fatty” przybył pewnego razu jako pierwszy na posiłek Chelsea. W momencie, gdy koledzy pojawili się w stołówce… nie było już nic do zjedzenia! W ekipie z Londynu rozegrał zaledwie 35 spotkań, po czym przeniósł się za 50 funtów do Bradford City. Zakończył tam swoją karierę piłkarską. Rzekomym powodem tego kroku był fakt, że Foulke był coraz mniej sprawny. Mówi się, że przy wzroście 195 cm, „Fatty” ważył około 150-160 kg. Był jedną z najbarwniejszych postaci angielskiej piłki. Wśród jego dokonań można znaleźć m.in.: złamanie poprzeczki podczas jednego z meczów w Bradford, siadanie na rywalach, czy podtapianie ich w kałuży. Zmarł 1 maja 1916 r. Jako przyczynę śmierci bramkarza, podaje się marskość wątroby.

@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

12

Wybitne legendy futbolu:

12 kwietnia 1941 r. urodził się Robert Moore, mistrz świata z 1966 r. oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z 1965 r. Moore jako pierwszy angielski piłkarz został uznany przez BBC za Sportową Osobowość Roku, udekorowano go również Orderem Imperium Brytyjskiego a zespoły rockowe śpiewały o nim piosenki. Został zapamiętany jako stoper-król obrony! Po śmierci Moore’a w 1993 r. wielki Franz Beckenbauer powiedział: ,,Bobby był moim idolem. Jestem dumny że mogłem grać przeciwko niemu’’. Pele nazwał go największym obrońcą, przeciwko któremu miał okazję wystąpić, dodając: Koszulka, którą założył na mecz z Brazylią w 1970r. jest do dziś moim najcenniejszym trofeum’’. Fotografia półnagich Moore’a i Pelego, dwóch piłkarskich geniuszy ściskających się i wymieniających koszulkami po przegranym przez Anglików ćwierćfinale mistrzostw świata w Meksyku- obiegła cały świat stając się jednym z najsłynniejszych zdjęć w historii sportu. Mówi się że każdy angielski piłkarz marzy o tym by wejść po schodach słynnego Wembley do loży królewskiej i z rąk Jej Królewskiej Mości przyjąć trofeum i gratulacje. Bobby Moore należy do szczęśliwców, którym to marzenie spełniło się aż trzykrotnie, gdy w latach 60-tych odbierał z rąk Królowej Elżbiety Puchar Anglii, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Puchar Rimeta za zdobycie z reprezentacją mistrzostwa świata. W jednym z wywiadów przyznał szczerze że trudno mu uwierzyć że te godności stały się jego udziałem: ,,Natura nie obdarzyła mnie specjalnym talentem. Zwątpiłem nawet czy ambicja zostania zawodowym piłkarzem kiedykolwiek się urzeczywistni. Zanim klub West Ham United otworzył mi drogę do kariery, zamierzałem poświęcić się pracy kreślarza lub drukarza’’. Mimo iż Moore był jednym z najlepszych stoperów w historii futbolu to szybkość, przyspieszenie czy zwrotność nigdy nie były jego atutami. Jeśli chodzi o talenty motoryczne to nawet u szczytu kariery pozostawał graczem co najwyżej średniej klasy. Tym co jego grze nadawało wyjątkowość było opanowanie, zdolność konstruktywnego myślenia, przegląd sytuacji na boisku oraz umiejętność przewidywania zachowania napastników przeciwko którym grał. Ten gość ma 3 pary oczu-mówili specjaliści. ,,Opanowanie Bobby’ego było czymś nadzwyczajnym, już jako dziecko był taki. Nigdy nie odczuwał stresu nawet podczas najważniejszych spotkań. Przeciwnie, wtedy grał lepiej, królował na boisku’’-napisał w swoich wspomnieniach sir Geoff Hurst-kolega Moore’e z reprezentacji. Spokój czy umiejętność czytania gry pozwalały mu nie tylko na precyzyjne wślizgi w najwłaściwszym momencie i bycie dokładnie tam, gdzie wymagał tego interes drużyny ale także na uruchamianie napastników długimi dokładnymi podaniami. Pierwsze buty piłkarskie dostał w wieku 8 lat i w tym czasie mecze rozgrywał na porytych dołami i pokrytych śmieciami klepiskach londyńskiego przedmieścia „Barking”. W 1956r. został zawodnikiem West Ham. Założył koszulkę z numerem 6, z którym grał do końca kariery. W 2008r. klub zdecydował że w trykocie z tym numerem nie zagra już żaden inny piłkarz gdyż jest to numer na zawsze zastrzeżony dla legendarnego stopera. W 1962 Moore został powołany do reprezentacji Anglii szykującej się do mistrzostw świata w Chile, w których zagrał we wszystkich meczach a rok później został kapitanem drużyny. ,,Ta drużyna była pełna wielkich postaci ale mimo to było jasne że to on będzie kapitanem’’- wspomina Hurst podkreślając iż swoim zachowaniem Bobby wprowadzał na boisku porządek i dyscyplinę. ,,Nigdy się nie wydzierał, nie był agresywny, niczego nie wymuszał. Jeśli mu się coś nie podobało okazywał to spoglądając pogardliwie gdzieś w bok i wszyscy wiedzieli o co chodzi’’.

Jako kapitan w 1966 doprowadził Anglię do tytułu Mistrza Świata! Cały świat patrzył na wzruszający moment, gdy Bobby odbiera Puchar z rąk Królowej Elżbiety. To wtedy stał się narodową ikoną. W 1968 zdobył z Anglią brązowy medal mistrzostw Europy a w 1970 był jej kapitanem podczas mundialu w Meksyku. Nie był to dla Moore’a rok szczęśliwy-Anglia nie obroniła tytułu a w dodatku tuż przed imprezą, podczas zgrupowania w Kolumbii został oskarżony o kradzież biżuterii w hotelowym sklepie i przez cztery dni przebywał w areszcie domowym. Bobby dołączył do drużyny już w Meksyku i potwierdził że jest najlepszym stoperem świata. Świadczy choćby o tym jego słynna(wciąż oglądana przez kibiców na You Tube)interwencja w meczu z Brazylią przeciwko szarżującemu w polu karnym Jairzinho. Wykonana z elegancją, niebywałym spokojem i chirurgiczną precyzją przeszła do legendy futbolu zyskując miano wślizgu doskonałego. Mimo niepowodzenia na Mundialu w 1970 Moore nadal miał pewne miejsce w kadrze. Reprezentacyjną karierę zakończył w 1973 meczem z Włochami. Dla Anglii rozegrał w sumie 108 spotkań w tym 90 jako kapitan, schodząc z murawy jako pokonany zaledwie 17 razy! W 1974 po 18 latach gry Bobby za 25 tys. funtów odszedł z West Hamdo Fulam-lokalnego rywala z niższej ligi. Karierę sportową zakończył 4 lata później w USA. W 1993 Moore ogłosił że jest poważnie chory mimo to 3 dni potem komentował mecz Anglii na Wembley. Zmarł tydzień później na raka w wieku 51 lat. ,,Mój kapitan, mój lider, moja prawa ręka. Był duchem i sercem zespołu. Opanowany piłkarz, któremu ufałem jak nikomu innemu. Bez niego Anglia nie byłaby mistrzem świata!’’-powiedział o nim sir Alf Ramsey. W 2003 Angielski Związek Piłki Nożnej uznał Moore’a za najznakomitszego angielskiego gracza 50-lecia. Cztery lata później jego pomnik z brązu stanął przed głównym wejściem stadionu Wembley. Pod nim umieszczono napis: ,,Piłkarz bez skazy. Król obrońców. Nieśmiertelny bohater z 1966 roku. Pierwszy Anglik, który uniósł do góry Puchar Świata. Ulubieniec East Endu. Największa legenda West Ham United. Narodowy skarb. Mistrz Wembley. Nadzwyczajny kapitan. Dżentelmen wszechczasów’’. Robert Moore zmarł 24 lutego 1993 r. w Londynie.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Gdzie diabeł nie może tam… Messiego pośle:

12 kwietnia 2011 r. FC Barcelona zapewniła sobie awans do półfinału Ligi Mistrzów, wygrywając na wyjeździe z Szachtarem Donieck 1:0. Blaugrana zagrała zacięty mecz, pokonując przeszkody postawione przez Szachtar Donieck, który mimo straty w pierwszym meczu dzielnie walczył o zwycięstwo. Trzy tysiące kilometrów od Doniecka, Sir Alex Ferguson, który również zaryzykował we wtorek z Manchesterem United, określił ten okres sezonu mianem „skrzypiącego tyłka”. Luźne tłumaczenie idiomu( „skrzypiący tyłek” ) odnosi się do skrzypiącego odgłosu wydawanego na siedzeniu, gdy ktoś jest niespokojny. Niepokój, który pojawia się w kluczowym momencie rozgrywek. Dlatego Guardiola wystawił swój najsilniejszy skład, dodając Afellaya, który dodał ataku pazura. Szachtar nie odpuszczał i pomimo znaczących braków w obronie Lucescu dał z siebie wszystko polegając w dużej mierze na swoich brazylijskich zawodnikach. W ósmej minucie Valdés obronił kluczową interwencję po strzale Douglasa Costy z bliskiej odległości, po efektownym podaniu Jadsona. Stadion był w stanie wysokiej presji a Barcelona z trudem radziła sobie z jej odreagowaniem. Na szczęście wynik pierwszego meczu nieco ją uspokoił, w przeciwnym razie byłby to koszmar. Minął kwadrans zanim drużyna Guardioli zbliżyła się do bramki Piatowa, co zbiegło się ze zmianą piłki, jedyną, której brakowało presji w tym meczu. Od tego momentu Barça zaczęła gromadzić posiadanie piłki, choć nie stwarzała realnego zagrożenia i zawsze była czujna na rosnącą agresję Szachtara. Ukraińcy grali szybko skrzydłami i zagrażali Jadsonowi w środku pola. W miarę upływu minut, początkowy atak gospodarzy osłabł, choć nie zniknął całkowicie. Barcelona rozpoczęła swoją typową grę opartą na posiadaniu piłki a Messi wystawił Piatowa na próbę. Bramkarz miał trudniej, gdy po pół godzinie gry Afellay perfekcyjnie dośrodkował z lewej strony do Adriano, ale obrońcy wybili piłkę, gdy bramkarz był już w defensywie. Chwilę później FC Barcelona była bliska zdobycia pierwszego gola, gdy do bramki wszedł Messi. Argentyńczyk podał piłkę pod kosz, ale Piatow popisał się znakomitą interwencją, uniemożliwiając zdobycie gola. Argentyńczyk nie zmarnował kolejnej okazji. Oddał płaski strzał, dając Barcelonie prowadzenie 0:1. Messi zadebiutował w europejskich pucharach w Doniecku w 2004 roku i to właśnie tam strzelił swojego rekordowego gola. Historyczny gol dla kibiców Blaugrany, jego 48. bramka w tym sezonie. Messi strzelił go w 42. minucie swojego 45. meczu. Argentyńczyk wciąż powiększa swój dorobek. Tuż przed przerwą Jadson ponownie wystawił na próbę umiejętności Valdésa. Brazylijczyk popisał się perfekcyjnym rzutem wolnym, który kataloński bramkarz obronił fenomenalną interwencją.

W drugiej połowie William stwarzał problemy, ale nie potrafił znaleźć skutecznego strzelca. Barça dobrze rozgrywała piłkę od tyłu, kontrolując jej posiadanie a Messi w 58. minucie przedarł się przez obronę. Rzucił się do przodu jak błyskawica, posyłając wspaniałe podanie do Afellaya, którego strzał został znakomicie obroniony przez Piatowa a następnie posłał piłkę obok bramki po strzale Alvesa. Kolejne fale ataków brazylijskich piłkarzy Szachtara dodały meczowi emocji. Guardiola wykorzystał okazję, aby zarządzać minutami swoich zawodników, zmieniając Pedro na Xaviego, Milito na Piqué, a Jeffrena na Villę. W końcówce zmęczenie dało o sobie znać a Valdés po raz kolejny znakomicie obronił potężny strzał Mkhitaryana. Chwilę później Messi, Alves i Pedro, którego strzał był wysoki, omal nie strzelili drugiego gola. Szachtar miał jednak najwyraźniejszą okazję po strzale głową Boliwijczyka Moreno, który mógł doprowadzić do wyrównania na siedem minut przed końcem. Ukraińcy próbowali, z wielką determinacją, do ostatniego tchu. Donbass Arena będzie jednym z obiektów Euro 2012; być może zagrają tam również Hiszpanie. To stadion, który ma wiele wspomnień z hiszpańskiej piłki nożnej, dzięki sukcesom FC Barcelony na tym stadionie i pierwszemu wyjazdowemu zwycięstwu Guardioli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Pożegnanie z europejskimi pucharami:

W środę 12 kwietnia 1978 roku Johan Cruyff rozegrał swój ostatni mecz w europejskich pucharach dla FC Barcelony. Był to rewanżowy mecz półfinału Pucharu UEFA, gdzie PSV wyeliminowało Blaugrane z finału, który musiał rozegrać w dwumeczu z Bastią, co pozbawiło Johana szansy na pożegnanie się z klubem i zdobycie Pucharu UEFA. Holendrzy obronili prowadzenie 3-0 z pierwszego meczu, przegrywając na Camp Nou 1:3 z drużyną prowadzoną na boisku przez Cruyffa i trenowaną przez Michelsa. Obecność Michelsa, Neeskensa i Cruyffa w katalońskiej drużynie sprawiła, że atmosfera na ,,Philips Stadion” podczas pierwszego meczu była piekielna. Pod koniec meczu holenderski trener Blaugrany narzekał, że „goniąc Cruyffa jak psy myśliwskie, gnali za nim w obu meczach”, natomiast trener PSV Kees Rijvers nie przebierał w słowach, krytykując idola swojego kraju, opisując go jako „doskonałego aktora w polu karnym, wirtuoza w sztuce wywalczania rzutów karnych”. W pierwszym meczu Cruyff doświadczył jednego z najbardziej wrogich warunków, z jakimi zetknął się w swojej europejskiej karierze, będąc wygwizdywanym przez kibiców za każdym razem, gdy dotykał piłki. Ledwo wszedł do gry a Barça została zmiażdżona przez Holendrów, którzy wygrali 3-0 i dodatkowo stracili Neeskensa w meczu rewanżowym z powodu kartek.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik

11

@FCBparasiempre
12 kwietnia 1974 r. urodził się brazylijski lewy obrońca Sylvio Mendes Campos Júnior, powszechnie znany jako Sylvinho (czasami alternatywnie pisany jako Silvinho ), brazylijski menedżer piłkarski i były zawodnik, obecnie zarządzający reprezentacją Albanii w piłce nożnej. Wcześniej lewy obrońca, karierę rozpoczął w Corinthians. Został podpisany przez Arsenal w 1999 roku i przez dwa sezony w klubie był popularnym zawodnikiem. Odszedł do Celty de Vigo z La Liga, zanim dołączył do FC Barcelona w 2004 roku, z którym zdobył między innymi Ligę Mistrzów UEFA w 2006 i 2009 roku. Wrócił do Anglii, aby spędzić swój ostatni sezon jako zawodnik w Manchesterze City w latach 2009–10. Po objęciu stanowiska menadżerskiego przez krótki czas pracował we francuskim klubie Lyon i brazylijskiej drużynie Corinthians, zanim w 2023 roku został trenerem reprezentacji Albanii, która następnie zakwalifikowała się do UEFA Euro 2024. Urodzony w São Paulo w Brazylii Sylvinho rozpoczął karierę w Corinthians w 1994 r. Z Timão Sylvinho wygrał Copa do Brasil w 1995 r. Z Corinthians zwyciężył także w 1998 r. w najwyższej klasie rozgrywkowej Brazylii, Campeonato Brasileiro Série A. Sylvinho również wygrał Campeonato Paulista w 1995, 1997 i 1999 razem z Corinthians. W 1999 roku został pierwszym brazylijskim zawodnikiem, który podpisał kontrakt z angielskim klubem Arsenal, z którym podpisał kontrakt przed rywalem z północnego Londynu, Tottenhamem Hotspur, który złożył mu liczne oferty. Wkrótce stał się pierwszym wyborem na lewej obronie, wypierając wieloletniego ulubieńca fanów Nigela Winterburna.

Na początku swojego pierwszego sezonu doznał porażki, kiedy nie wykorzystał rzutu karnego w rzutach karnych, gdy Arsenal odpadł z Pucharu Ligi z Middlesbrough a sezon zakończył się porażką 4:1 w rzutach karnych z tureckim klubem Galatasaray w Pucharze UEFA 2000 Finał, choć tym razem nie przyjął rzutu karnego. Podczas swojego drugiego sezonu w klubie został zastąpiony przez Ashleya Cole'a. Strzelał gole przeciwko Sheffield Wednesday, Charlton Athletic i Chelsea. Strzelił także dwa gole w Lidze Mistrzów dla Arsenalu przeciwko Sparcie Praga i Spartakowi Moskwa. W sezonie 2000–2001 Sylvinho znalazł się w Drużynie Roku PFA. Podczas swojej pracy w Arsenalu Sylvinho był zarejestrowany na podstawie portugalskiego paszportu, co pozwalało na uznanie go za obywatela Unii Europejskiej i zwolnienie go z wymogów dotyczących pozwolenia na pracę. Brytyjskie służby imigracyjne zbadały ważność tego dokumentu, zanim Sylvinho przeprowadził się do Celta Vigo, gdzie został sklasyfikowany jako obywatel Brazylii. Sylvinho powiedział po transferze do Celty, że nie miał pojęcia, że jest zarejestrowany w Arsenalu jako obywatel Portugalii i powiedział, że była to wyłącznie decyzja kierownictwa klubu. W 2001 roku przeniósł się do Celty Vigo, gdzie grał przez trzy lata, strzelając gola w lidze przeciwko Barcelonie 26 stycznia 2003 roku, swojemu przyszłemu klubowi. Stał się popularną postacią wśród fanów klubu, pomagając drużynie po raz pierwszy w historii zakwalifikować się do Ligi Mistrzów w sezonie 2003–2004. Sylvinho uzyskał hiszpański paszport w 2004 r., wydany mu po trzyletnim pobycie w Hiszpanii. Pozwoliło mu to ominąć ograniczenia dotyczące zawodników spoza UE w La Liga. W 2004 roku, po opłaceniu transferu w wysokości 2 milionów euro, podpisał kontrakt z FC Barcelona, z którą wygrał trzy krajowe ligi w latach 2005, 2006 i 2009 a także Ligę Mistrzów w latach 2006 i 2009. Po serii dobrych występów w 2008 r. otrzymał przedłużenie do 2009 r.

Zagrał cały mecz w zwycięstwie FC Barcelony 2:0 nad obrońcą tytułu Manchesterem United w finale Ligi Mistrzów UEFA 2009, przed zawieszonym Erikiem Abidalem , który trzy lata wcześniej był niewykorzystanym rezerwowym w finale. To był jego ostatni mecz w katalońskim klubie. Manchester City odwiedził Camp Nou 19 sierpnia 2009 roku i po pokonaniu Barcelony 1:0 w towarzyskim meczu, prowadził rozmowy na temat dołączenia Sylvinho do nich pod koniec miesiąca, łącząc się tym samym z rodakiem Robinho. 24 sierpnia 2009 roku ogłoszono, że podpisał kontrakt z City na zasadzie wolnego transferu z rocznym kontraktem. Zadebiutował przeciwko Scunthorpe United w Pucharze Ligi. Po raz pierwszy w lidze wystąpił 12 grudnia 2009 roku w meczu przeciwko Bolton Wanderers po nieobecności kontuzjowanego Wayne'a Bridge'a. Swojego pierwszego gola dla Manchesteru City strzelił w wygranym 4:2 meczu ze Scunthorpe w Pucharze Anglii 24 stycznia 2010 roku spektakularnym uderzeniem z dystansu. W dniu 8 czerwca 2010 roku ogłoszono, że kontrakt Sylvinho wygasł i że opuści klub wraz z Benjani Mwaruwari, Jackiem Redshawem, Karlem Moore'em i Martinem Petrovem.

Po otrzymaniu swojego pierwszego międzynarodowego powołania w 1997 roku pod wodzą Mario Zagallo na mecz z Rosją, Sylvinho dołączył do kadry Brazylii na Złoty Puchar CONCACAF w 1998 roku, podczas którego ostatecznie zajęli trzecie miejsce i tym samym zdobył z drużyną brązowy medal. Następnie zadebiutował w reprezentacji Brazylii w towarzyskim meczu z Walią w Cardiff 23 maja 2000 roku, który zakończył się zwycięstwem 3:0. Cztery dni później zagrał w towarzyskim meczu z Anglią w Londynie, który zakończył się remisem 1:1. Następnie wystąpił w sumie w 6 występach w reprezentacji, będąc rezerwowym dla Roberto Carlosa na lewym obrońcy. Jego ostatni występ w reprezentacji Brazylii miał miejsce 28 marca 2001 w meczu eliminacyjnym do Mistrzostw Świata przeciwko Ekwadorowi. W dniu 7 lipca 2011 r. Sylvinho ogłosił, że odchodzi z piłki nożnej. Został zatrudniony jako zastępca menedżera Cruzeiro 27 września 2011 r. Po pracy w Sport Recife i Náutico wrócił do Corinthians 5 lipca 2013 r. jako zastępca menedżera w Tite. W dniu 13 grudnia 2014 roku został mianowany asystentem trenera Roberto Manciniego przez włoski klub Inter Mediolan. W dniu 20 lipca 2016 roku dołączył do reprezentacji Brazylii jako asystent Tite po raz kolejny. 9 kwietnia 2019 r. został mianowany menadżerem reprezentacji Brazylii do lat 23 przed Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w 2020 r. ale nie objął kierownictwa. 19 maja 2019 roku ogłoszono, że Sylvinho zastąpi Bruno Génésio w Olympique Lyonnais. Rodak Juninho Pernambucano, ikona klubu, został dyrektorem ds. piłki nożnej. W swoim debiucie na stanowisku menedżerskim seniorów 9 sierpnia wygrał 3:0 z Monako a tydzień później zwyciężył u siebie 6:0 z Angers. Nie wygrał już więcej meczów w następnych siedmiu meczach ligowych i został zwolniony 7 października 2019 roku po porażce 1:0 z rywalem Saint-Étienne w derbach Rodanu. 23 maja 2021 roku ogłoszono powrót Sylvinho do Corinthians jako nowego menadżera w ramach kontraktu do końca następnego roku. Tydzień później w swoim debiucie przegrał u siebie 1:0 z Atlético Goianiense po niewykorzystanym rzucie karnym. 3 lutego 2022 roku, zaledwie po trzech meczach nowego sezonu, został zwolniony po porażce 1:2 u siebie z rywalem Santosem. W dniu 2 stycznia 2023 roku Albański Związek Piłki Nożnej ogłosił, że osiągnął porozumienie z Sylvinho w sprawie objęcia funkcji nowego głównego trenera reprezentacji Albanii i że Pablo Zabaleta i Doriva dołączą do niego jako asystenci trenerów. Siedem dni później został oficjalnie mianowany głównym trenerem i podpisał 18-miesięczny kontrakt, którego celem była kwalifikacja do UEFA Euro 2024. Zadebiutował 27 marca w przegranej 1:0 na wyjeździe z Polską w kwalifikacjach, ale później poprowadził drużynę do finałów, remisując 1:1 z Mołdawią 17 listopada. Czterema zwycięstwami, trzema remisami i tylko pierwszą porażką Albania wygrała grupę, wyprzedzając Czechy w bezpośrednim pojedynku; Sylvinho otrzymał Złotą Odznakę Orła z rąk premiera Albanii Edi Ramy. Sylvinho, szybki, niezawodny i utalentowany technicznie lewy obrońca, był znany szczególnie ze swoich nakładających się przebiegów a także umiejętności dośrodkowań lewą nogą; posiadał również dobrą świadomość taktyczną, atrybuty defensywne i koncentrację, co umożliwiło mu również grę jako pomocnik a czasami nawet skrzydłowy.

7

11

Premiery Dumy Katalonii:

12 kwietnia 1925 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy w historii mecz z klubem z Ameryki Południowej. Przeciwnikiem był Nacional Montevideo a mecz na ,,Camp de Les Corts” zakończył się wynikiem 2:2 po dwóch golach legendarnego Josepa Samitiera. Naturalnie był to mecz towarzyski. Warto wspomnieć iż w ekipie ,,Urusów” zagrał(i strzelił jednego z goli) słynny napastnik Hector Scarone, który rok później występował w barwach… Blaugrany.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Dzień, w którym Maradona zagrał w błocie aby uratować chore dziecko:

Legenda Diego Armando Maradony jest powszechnie znana ale oprócz jego błyskotliwej gry na boisku, „El Pelusa” jest również bohaterem niezliczonych opowieści i anegdot. Jego nałogi doprowadziły go do popełnienia niezliczonych błędów, ale jego skromne serce pozostawiło po sobie wzruszające historie, które poruszają nas do dziś. Jeden z najbardziej uderzających przykładów miał miejsce w 1985 roku, kiedy młody Maradona dopiero co przybył do Włoch. Neapol oszalał na punkcie jego transferu a Maradona był tak uwielbiany, że stadion San Paolo był wypełniony po brzegi w każdą niedzielę. Dwadzieścia pięć kilometrów dalej, w miejscowości Acerra, zdesperowany ojciec skontaktował się z Pietro Puzone, pomocnikiem Napoli pochodzącym z tego regionu. Jego syn był chory, cierpiał na deformację podniebienia, która szpeciła mu twarz i potrzebował pilnej operacji w Szwajcarii. Zdesperowany, by uratować syna Lukę, Gennaro(tak nazywano odważnego ojca) skontaktował się z Napoli z prośbą o pomoc klubu. Zaproponował zorganizowanie meczu charytatywnego na stadionie San Paolo w celu zebrania funduszy, ale klub Partenopei odrzucił jego prośbę. Wydawało się, że pomysł nie zostanie zrealizowany, ale kiedy historia dotarła do Diego, wszystko się zmieniło. Maradona był zdeterminowany, by pomóc rodzinie i próbował przekonać klub. Argentyńczyk ponownie spotkał się z odmową ze strony prezesa Corrado Ferlaino ale Maradona ostatecznie sprzeciwił się swojemu szefowi, aby mu pomóc. Maradona, Puzone i kilku jego kolegów z drużyny zgodziło się rozegrać mecz, a dzień po zwycięstwie nad Lazio, 12 piłkarzy Napoli udało się do Acerry, aby rozegrać mecz na stadionie miejskim. 25 stycznia 1985 roku, ku zdumieniu kibiców, Maradona i jego koledzy z drużyny rozgrzewali się na błotnistym parkingu, przygotowując się do meczu na swoim lokalnym boisku. Napoli Maradony miało grać z Acerraną. Boisko nie było w najlepszym stanie ale Maradona nie przejmował się błotem i ryzykiem kontuzji. Numer 10 pokazał swoją skromność i(wspominając czasy gry na ziemnych boiskach w Argentynie) wziął udział w meczu charytatywnym, który dziś byłby nie do pomyślenia. Najlepszy piłkarz na świecie ryzykował kontuzję w meczu towarzyskim ale myśl o uratowaniu małego Luki była dla niego ważniejsza niż ewentualne konsekwencje, jakie mógł ponieść jego klub.

Maradona i Puzone zorganizowali mecz 12-osobowy , aby nie był on uznawany za mecz piłki nożnej i tym samym uniknąć potencjalnych sankcji ze strony Napoli i FIFA. Napoli pokonało Real Acerrana 4:0 dwoma golami Maradony a jego drugi gol przypominał gola, którego strzelił Anglii w Meksyku w 1986 roku. Ale najważniejsze w tym meczu było to, że ludzie mogli cieszyć się oglądaniem swojego idola, pomagając jednocześnie chłopcu. Diego przekazał 15 z 20 milionów lirów zebranych tego zimnego, deszczowego popołudnia, dzięki czemu zdesperowany ojciec mógł poddać syna operacji. Osiemnaście lat później Luca mógł podziękować mu za ten gest w programie telewizyjnym i dziś żyje zdrowo i szczęśliwie, wspominając idola, który uratował mu życie. Tego popołudnia, pośród błota i bagna, objawił się prawdziwy Maradona: ziemski bóg z cnotami i wadami, który jednak z pokorą i miłością do piłki wyciągał rękę do wszystkich, którzy prosili go o pomoc.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

O jes! Gol Brentford. Pięknie i bravissimo!

16

Espanyol zapomniał już, jak się pokonuje Dume Katalonii:

Od ostatniego zwycięstwa Espanyolu, FC Barcelona zdobyła 10 tytułów a Espanyol dwukrotnie spadł do Drugiej Ligi. Barça jest największym klubem w Barcelonie i Katalonii. A RCD Espanyol jest jego największym lokalnym rywalem. Różnica między tymi dwoma klubami jest obecnie bardzo duża ale nie zawsze była tak duża. Kibice Espanyolu pamiętają kilka pamiętnych zwycięstw na Camp Nou. Na przykład zwycięstwo 3:1 w sezonie 1981/82, po golach Magureguiego i Lauridsena. Ostatnie zwycięstwo Espanyolu na stadionie Barçy miało miejsce 21 lutego 2009 roku, po dwóch golach Ivána de la Peñi (2:1). Od tego czasu Barça nie przegrała nawet ze swoim rywalem w La Liga. Nadal są niepokonani na stadionie RCD w najważniejszych hiszpańskich rozgrywkach. Barça i Espanyol mierzyły się ze sobą 179 razy w La Liga a bilans spotkań wyraźnie przemawiał na korzyść Blaugrany: 105 zwycięstw, 34 porażki i 40 remisów (347 bramek do 184). Co więcej, Barça świętowała swoje dwa ostatnie tytuły mistrzowskie na stadionie RCDE, po zwycięstwach, które głęboko rozczarowały Espanyol. Po legendarnym golu Ivána, Duma Katalonii wygrała Puchar Króla, La Ligę, Ligę Mistrzów, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar UEFA i Klubowe Mistrzostwa Świata w 2009 roku – najlepszym w swojej historii. Espanyol, sobotni rywal Barcelony, jest w kryzysie. Wykorzystują dobrą grę w pierwszej połowie. Zajmują dziesiąte miejsce z 38 punktami, połowę drużyny Hansiego Flicka. W meczu na Cornellà Barcelona wygrała 2:0. Derby Cornellà-El Prat miały druzgocący wpływ na drużynę Manolo Gonzáleza, która przeżywała złotą erę pod wodzą nowego właściciela Alana Pace'a. Kibice marzyli o Europie, nawet jeśli miała to być tylko Liga Europy. Dziś kibice Espanyolu zdają sobie sprawę, że obecny sezon nie będzie miał szczęśliwego zakończenia ale zwycięstwo na Camp Nou byłoby najlepszym pocieszeniem po trzech miesiącach trudności. Espanyol zakończył rok 2025 z 31 000 kibiców, w porównaniu z 26 800 kibicami Barcelony. Choć ich baza kibiców jest stosunkowo niewielka, są oni lojalni, a klub szczyci się tym, że jest „wspaniałą mniejszością” Katalonii.

Derby Cornellà-El Prat miały druzgocący wpływ na drużynę Manolo Gonzáleza, która przeżywała złotą erę pod wodzą nowego właściciela Alana Pace'a. Kibice marzyli o Europie, nawet jeśli miała to być tylko Liga Europy. Dziś kibice Espanyolu zdają sobie sprawę, że obecny sezon nie będzie miał szczęśliwego zakończenia ale zwycięstwo na Camp Nou byłoby najlepszym pocieszeniem po trzech miesiącach trudności. Tymczasem Barça mierzy się z derbami, myśląc o rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów z Atlético. Po porażce 0:2 na Camp Nou, drużyna Hansiego Flicka będzie potrzebowała cudu na Metropolitano. Sobotni mecz to dla lidera ligi raczej przeszkoda niż wzmocnienie. Na osiem kolejek przed końcem sezonu Barça ma sześć punktów przewagi nad Realem Madryt, swoim odwiecznym rywalem. Starcie z Espanyolem może być trudnym meczem dla Flicka, który będzie musiał zdecydować, czy dać odpocząć kluczowym zawodnikom, którzy mają teraz ciężki okres. Espanyol również nie ma wiele do stracenia, ale jest zdeterminowany, by odnieść pierwsze zwycięstwo na Camp Nou od 17 lat. Ich ostatnie zwycięstwo u siebie na tym stadionie ma jeszcze dłuższą historię. Miało ono miejsce w 2007 roku, gdy trenerem Espanyolu był Ernesto Valverde a FC Barcelonę prowadził Frank Rijkaard. Od tego czasu Blaugrana zdobyła 10 tytułów mistrza La Liga, a Espanyol dwukrotnie spadał do Second Division.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

Lets go Brentford! Lests go!

8

@FCBparasiempre
Wychodzisz na mecz z jasnym celem. Przegrać jak najmniej. Zdarzało ci się już w tych eliminacjach dostać lanie 0:13 czy 0:8, ale są to wyniki do zaakceptowania. Nie wiesz że za chwilę wydarzy się tragedia. Twoja drużyna zapisze się w kartach historii przez najwyższą porażkę w meczu międzynarodowym. Przegrywasz 0:31! Z Australią w strefie Oceanii było jak z młodszym bratem, któremu strzelasz 20 goli a on ci żadnego. Z tą jednak różnicą że on nie potrafi jeszcze liczyć, więc cieszy się po prostu że z Tobą kopie. 22:0 z Tonga, 17:0 z Wyspami Cooka, 16:0 z Wyspami Cooka, 13:0 z Wyspami Salomona. To kilka wyników ,,Socceroos” do feralnego spotkania z Samoa Amerykańskimi w 2002 roku. Tylko Nowa Zelandia potrafiła im się przeciwstawić. Licząc od lat 90. do dziś – zagrali z Australią 18 razy. 15 razy przegrali, raz zremisowali i dwa razy w słodkim stylu, bo w finałach pucharu kontynentu, wygrali po 1:0. Samoa Amerykańskie to połączenie największej wyspy, która nazywa się Tutuila i sześciu mniejszych wysepek na Oceanie Spokojnym. Jest to terytorium nieinkorporowane Stanów Zjednoczonych. Mieszka tam ponad 50 tysięcy ludzi. 11 kwietnia 2001 roku. Reprezentanci Amerykańskiego Samoa są po dwóch porażkach w swoich debiutanckich eliminacjach do mundialu. 0:13 i 0:8. Pierwszy raz w historii mają zmierzyć się z wielką Australią, która dwa dni wcześniej rozprawiła się z Tonga 22:0. W 1987 roku na turnieju Południowego Pacyfiku przegrali 0:20 z Papuą-Nową Gwineą, ale kto by to pamiętał. Przyznaję, że nieco patetycznie napisałem we wstępie, że nie wiedzieli o zbliżającej się tragedii. Mogli się jednak domyślać. Dlaczego? Zabroniono grać niemal wszystkim podstawowym zawodnikom. Zażądano od nich paszportu amerykańskiego. Tylko bramkarz, Nicky Salapu, spełniał to kryterium. Australia w tamtej chwili głośno debatowała o opuszczeniu swojej strefy eliminacyjnej. Potrzeba było argumentów. Właśnie dlatego wpakowali reprezentacji Tonga 22 gole. Piłkarze Samoa Amerykańskiego ostatecznie nie dostają pozwolenia na grę, co wielu określa mianem spisku. Młodsi zawodnicy mają szkolne egzaminy, więc ich też nie da rady powołać. Zbierają zespół dzieciaków ze średnią wieku 18 lat i trzema 15-latkami w składzie. Nie wszyscy w życiu w ogóle zagrali w spotkaniu 90-minutowym. Nie mają najmniejszego pojęcia o taktyce i nie potrafią skakać do główek.

Nicky Salapu był największą gwiazdą tamtego zespołu. Jako jedyny mógł zagrać. Po porażce wielokrotnie z niego żartowano, jednak prawda jest taka, że gdyby nie on, to skończyłoby się na 50 straconych bramkach. Nawet zainteresowało się nim kilka zagranicznych klubów. Twierdził jednak, że do tego meczu w ogóle nie powinno dojść i że niepotrzebnie kompletowali zupełnie przypadkowy zespół. Czy był zawstydzony klęską? Miał bardzo wysokie ambicje: ,,Chcę być jak Fabien Barthez. Znasz gościa, który gra w Manchesterze United? mam jego rękawice z autografem, ale nie są oryginalne. Cieszyłem się grą. Nie czuję się zawstydzony, bo każdy z nas się czegoś nauczył. Jeśli moglibyśmy wystąpić pierwszym składem, to mogłoby być 0:5, 0:6. Bez moich najlepszych obrońców nic nie mogłem zrobić.” Tony Langkilde, menedżer zespołu, miał żal do federacji, samych Australijczyków i przede wszystkim do mediów, które niepochlebnie wypowiadały się o umiejętnościach piłkarzy Samoa Amerykańskiego, nie przedstawiając do tego prawdziwej wersji zdarzeń. Efektowną porażkę trzeba było sprzedać. Nieważne, że prawie nikt z podstawowej kadry nie mógł zagrać: ,,Prawdopodobnie od początku celowali w rekord i nic nie byliśmy w stanie zrobić. Mogliby ustąpić, przecież nie potrzebowali tych bramek. Przeszkadza nam, że ludzie się odwracają i mówią, że nie powinno nas być w tym turnieju. Nie rozumieją, dlaczego nie mamy tak silnego zespołu i nie znają problemów, które musieliśmy pokonać.” Tablica pokazuje 32:0. Stracony gol co 2 minuty i 45 sekund. Przegrani leżą wykończeni na murawie. Dali z siebie tyle, ile mogli. Byli po prostu bezradni. Często mylnie mówi się o wyniku 32:0. Nawet FIFA się pogubiła. Wszystko przez osobę, która ręcznie zmieniała liczbę bramek na tablicy wyników. Jednego gola sędzia Ronan Leaustic nie uznał z powodu spalonego. Padały one jednak tak szybko, że można było się pomylić. ,,Nikt nie rozumiał! ani widzowie, ani dziennikarze, ani ludzie, którzy ręcznie obsługiwali tablicę wyników. To było nadzwyczajne. usłyszałem odgłosy za drzwiami naszej szatni. Otworzyłem je i zobaczyłem dziennikarzy! Szybko zorientowałem się, że coś się dzieje. konieczne było wyjaśnienie i podanie prawidłowego wyniku” – mówił dla France Football. Zostali ewidentnie oszukani w sprawie paszportów. To przecież sprawa na olbrzymią aferę. To jednak całkowicie nie ten typ ludzi. Po prostu to zaakceptowali, nadal wesoło tańczyli i zaczęli się modlić o pozytywny rezultat. ,,Ci chłopcy akceptowali wszystko z godnością. Nie walczyli o swoje prawa tak, jak powinni. Powiedziałem do komisarzy FIFA, że ci oni i tak zamierzają się jakimś cudem zebrać. Zapytałem – czy takiego właśnie meczu chcecie? wynik nic dla nich nie znaczy” – mówił David Smith.

David Smith zajmował się sprawami organizacyjnymi. Pełnił rolę łącznika pomiędzy reprezentacjami. Był zdumiony radością, jaką prezentowali goście z Samoa. Potrafili się świetnie bawić i to po totalnym blamażu, co czytamy w wypowiedzi łącznika. Przegrali 0:31, ale to nie przeszkodziło im rozerwać się wieczorem w Coffs Harbour, gdzie odbył się mecz: ,,Przegrali w fatalnym stylu, ale stanęli w szeregu z rękami na ramionach kolegów i śpiewali. Są fantastycznymi śpiewakami. Gdyby to był konkurs śpiewu, to wszyscy inni by się poddali. Świetni ludzie, świetne głosy, ale w piłkę grać nie umieli. byli fatalni, okropni. Rezerwy z siódmej ligi amatorskiego zespołu by ich pokonały. Byli to jednak najlepsi ludzie, jakich poznałem.” Dobrze znacie scenę z filmu „Ucieczka do zwycięstwa”. Punktem kulminacyjnym jest mecz, który rozgrywają między sobą alianccy więźniowie i drużyna niemiecka. Jeńcy tworzą plan, by uciec w przerwie, jednak ostatecznie wychodzą na murawę i w drugiej połowie ogrywają we wspaniałym stylu Niemców. Piłkarze z Samoa Amerykańskiego przegrywali do przerwy 0:16, ale nawet nie myśleli o ucieczce. Sędzia by się pewnie nie pogniewał, bo w notesie powoli brakowało miejsca na zapisywanie kolejnych strzelców: ,,Samoańczycy nie próbowali uciekać w przerwie! Pod koniec pierwszej połowy zdałem sobie sprawę, że nie mam już zbyt wiele miejsca do notowania strzelców bramek. Po wznowieniu australijski gracz zapytał mnie, czy wziąłem flipchart!”. Archie Thompson strzelił w tamtym spotkaniu 13 goli! Dla reprezentacji zdobył 28 goli, z czego niemal połowę stanowiły te z pojedynku z Samoa. Na pytanie zadane przez Four Four Two, czy dostał cztery piłki, odpowiedział: ,,Nie, tylko jedną a powinienem! Powinienem był się dowiedzieć, czy tak można.” Australia swoje mecze eliminacyjne do mistrzostw świata i kontynentu gra z drużynami azjatyckimi od 2006 roku, a to spotkanie było jednym z największych argumentów do opuszczenia federacji Oceanii. Gdyby nie to, kat Amerykańskiego Samoa zapewne uzbierałby w kadrze tych goli jeszcze więcej. Bardzo ucieszył się z rekordu, jakim było 13 goli jednego zawodnika w meczu międzypaństwowym, jednak pytał, czy jest sens gry z takimi zespołami: ,,Pobicie rekordu świata jest spełnieniem marzeń. Tylko musisz widzieć też z kim gramy i pytać, czy jest sens. To strata czasu. Ich zawodnicy byli na koniec uśmiechnięci. Niewiele więcej mogli zrobić. Myślę, że chcieli w ogóle wyjść z połowy. Reprezentanci Samoa Amerykańskiego oddali jeden celny strzał na bramkę. W 86. minucie. Michael Petkovic jednak obronił. Dopiero w 2011 roku wygrali swój pierwszy mecz. 2:1 z Tonga. O pracy trenera Thomasa Rongena z tą kadrą opowiada dokument Next goal wins. Gwiazdą reprezentacji był Nicky Salapu. Ten sam, który puścił 31 bramek z Australią. W obronie grał też Jaiyah Saelua, pierwszy transseksualista w eliminacjach MŚ. Od tego czasu futbol na tej wyspie się rozwija. W eliminacjach do mundialu w Rosji byli bardzo bliscy przejścia pierwszej fazy eliminacyjnej. Pokonali dwie ekipy – Tonga i Wyspy Cooka. Wyprzedziła ich tylko drużyna Samoa. Zmobilizowali się po tym, jak na całym świecie ich wyśmiewano. Rekord ten utrzymywał się do lipca 2015 roku. Wtedy to reprezentacja Fidżi pokonała Mikronezję 38:0 w Igrzyskach Pacyfiku. Kilka dni później Vanuatu wygrało z nimi jeszcze więcej. 46:0. Bramkarz otwarcie przyznał dziennikarzowi Guardiana, że pierwszy raz na tej pozycji zagrał trzy tygodnie wcześniej. 0:30 z Tahiti, 0:38 z Fidżi, 0:46 z Vanuatu. Da się być gorszym od Samoańczyków. Piłkarze tej reprezentacji odetchnęli z ulgą. Od tamtej chwili nie byli już najgorsi.

7

13

Żywe legendy rodzimego futbolu:

11 kwietnia 1963 r. urodził się Waldemar Fornalik. Człowiek-legenda Ruchu, „Waldek King”, wieloletni zawodnik i trener Niebieskich, którego chorzowscy kibice do dziś darzą ogromnym szacunkiem. Obecnie ze świecą szukać piłkarza, który byłby tak przywiązany do barw klubowych, by spędzić w nim całą karierę. Waldemar Fornalik występował na pozycji obrońcy – jako stoper lub po lewej stronie, czasem jako defensywny pomocnik. Choć rozegrał w lidze 233 mecze (zdobył 4 bramki), to nie przełożyło się to na grę w najważniejszej drużynie w kraju – reprezentacji Polski. Życie napisało dla niego inny scenariusz. Fornalik raz przywdział koszulkę z orzełkiem na piersi, ale było to spotkanie nieoficjalne. W 1993 roku PZPN wysłał do Stanów Zjednoczonych... drużynę Ruchu, która 29 września wystąpiła w sparingu z Meksykiem (0:0, k. 4-3) pod szyldem… Polski B. Zgodę na to wydał ówczesny selekcjoner pierwszej reprezentacji Andrzej Strejlau. Mecz rozegrano na ,,Coliseum Stadion” w Oakland. W polskim zespole pojawili się m.in. Piotr Lech, Jacek Bednarz, Michał Probierz i Dariusz Gęsior. W reprezentacji Fornalik zadebiutował po wielu latach ale jako selekcjoner. Został nim 10 lipca 2012 roku. Na pierwszy mecz w nowej roli czekał do 15 sierpnia. Nie wypadł on okazale. Biało-czerwoni przegrali w kiepskim stylu towarzyskie starcie z Estonią (0:1) na ,,A. Le Coq Arena” w Tallinie. Fornalik pracował z reprezentacją przez ponad rok. Głównym celem był awans do mistrzostw świata w Brazylii w 2014 roku. Tej misji „Waldek King” i spółka nie zdołali podołać. Po raz ostatni w roli trenera drużyny narodowej wystąpił 15 października 2013 roku w spotkaniu z Anglią (0:2) na stadionie Wembley w Londynie, które zakończyło nieudane eliminacje mundialu. Polska zajęła dopiero czwarte miejsce w grupie. Po nieudanej przygodzie z kadrą – choć tu głosy są podzielone – wydawało się, że kariera trenerska Fornalika niechybnie dobiegnie końca. Jednak ci, którzy przedwcześnie skreślali go jako szkoleniowca, musieli posypać głowy popiołem. Trener nie czuł się wypalony. Wrócił do Ruchu Chorzów (pracował w nim już wcześniej), a potem przeniósł się do Gliwic. I to był strzał w dziesiątkę. Z Piastem sięgnął w 2019 roku po mistrzostwo Polski. ,,Gdybym tego głodu nie czuł, nie byłoby tego wszystkiego, co wydarzyło się po reprezentacji. U nas często pokutuje takie przekonanie, że trener koło sześćdziesiątki to już jest stary trener. (...) Dzisiaj często jesteśmy zachwyceni tym, że młody trener ma ileś tam lat a nie patrzymy na doświadczenie i na to, kto jak pracuje. Oczywiście nie ma reguły, nie chcę nikogo krytykować ani nikomu ubliżać”- wypowiadał się pan Waldemar. Fornalik stał się więc ponownie „Waldkiem Kingiem”. Czas pokaże, jak potoczy się jego kariera trenerska. Jedno nie ulega wątpliwości – ten szkoleniowiec nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Sukcesy: Mistrz Polski z Ruchem Chorzów jako piłkarz (1989) 3. miejsce w I lidze (ekstraklasie) z Ruchem Chorzów jako piłkarz (1983) Mistrz Polski z Piastem Gliwice jako trener (2019) Wicemistrz Polski z Ruchem Chorzów jako trener (2012) 3. miejsce z Ruchem Chorzów jako trener (2010) 3. miejsce w ekstraklasie z Piastem Gliwice jako trener (2020)

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Legendy polskiego sportu:

11 kwietnia 1911 r. urodził się Ryszard Koncewicz, polski piłkarz, trener, działacz piłkarski, selekcjoner reprezentacji Polski, żołnierz. Ryszard Koncewicz przyszedł na świat siedem lat przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Z całą rodziną mieszkał na Łyczakowie we Lwowie, niedaleko miejsca nazywanego dzisiaj Cmentarzem Orląt Lwowskich. Był niewysokim mężczyzną, 162 centymetry wzrostu. Na obrońcę się nie nadawał, ale na rozgrywającego jak najbardziej. Został juniorem polskiego klubu piłkarskiego Lechia Lwów. Występował w nim aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Jak tylko rozpoczęła się agresja Niemiec na Polskę zaciągnął się do wojska. Został wcielony do 40. pułku Piechoty Dzieci Lwowskich. Uzyskał stopień podpułkownika. Skierowano go do obrony Warszawy. Po jej kapitulacji trafił do niewoli. Do końca wojny przebywał w kilku obozach jenieckich. W oflagu IIC Woldenberg założył konspiracyjny klub piłki nożnej, KS Lwów. „Zawsze mówił ze swadą, posługując się piękną polszczyzną, z delikatnym lwowskim akcentem. Była to naprawdę osobowość wyjątkowa” - pisał Michał Listkiewicz, członek Stowarzyszenia Woldenberczyków. Po zakończeniu działań wojennych rozpoczął pracę szkoleniową. W roku 1945 miał już 34 lata. Był to moment, w którym wybrał pracę trenera. Nie chciał rozstawać się z piłką nożną. Jego celem było stworzenie - jak byśmy dzisiaj powiedzieli - „narodowego modelu gry”. Tak ocenił Koncewicz jakość pracy szkoleniowej w polskiej piłce nożnej na silesiasport.pl: „Liczyli na szczęście lub przypadek. Tak grać nie wolno. Trzeba zawsze prowadzić otwartą grę”. Pracował w Ruchu Chorzów. Zdobył z nim mistrzostwo Polski w 1951. Później przeszedł do Polonii Bytom, z którą w 1954 wywalczył tytuł mistrza naszego kraju. Jednak jego nowatorskie, ale z drugiej strony ostre, metody pracy nie znalazły uznania w oczach podopiecznych. Mimo niewątpliwych sportowych sukcesów. „Bardzo wymagający trener miał, w opinii zawodników, trudny charakter. Z Polonii został wydalony za względu na skargi piłkarzy w zarządzie. Czuli się przez niego strofowani i atakowani” - można było przeczytać na silesiasport.pl. Na szczęście władze innych klubów nie przestraszyły się tej opinii.

W roku 1956 przeszedł do Legii Warszawa, z którą wygrał ligę oraz zdobył puchar kraju. Później trenował jeszcze Gwardię Warszawa. W niej zakończył współpracę z klubami. W roku 1948, z racji nowatorskiego podejścia do kwestii szkoleniowych oraz organizacyjnych, został zaproszony do współpracy przez ówczesnego selekcjonera Polski Wacława Kuchara. Połączenie pracy w reprezentacji z działalnością w klubach wyszło tylko na dobre. W roku 1950 po raz pierwszy prowadził drużynę narodową samodzielnie. Władze naszej piłki poszły za ciosem i powołały Koncewicza na szefa Rady Trenerów Związku. Od tego czasu był jeszcze ośmiokrotnie proszony o zajęcie się zespołem narodowym. Pracował z przerwami aż do roku 1970. Był coraz bliżej stworzenia profesjonalnego systemu zarządzania drużyną narodową. Strzałem w przysłowiową dziesiątkę było prowadzenie zespołów klubowych i reprezentacji w tym samym czasie. Koncewicz dostrzegł wszystkie bariery we współpracy terenu z reprezentacją. Tak wypowiadał się, o problemach jakie napotkał, w książce „Piłka Nożna” autorstwa Stefana Grzegorczyka, Jerzego Lechowskiego oraz Mieczysława Szymkowiaka: „Ujemny wpływ na pracę selekcjonera wywierają nie najlepiej układające się stosunki na linii klub – reprezentacja. Mimo słownych deklaracji trenerów klubowych o uznaniu priorytetu reprezentacji, dla wielu z nich nadal bliższe są interesy własnego klubu. Trzeba też powiedzieć, że właściwą selekcję utrudnia wciąż nie najlepsza praca zawodników w zespołach klubowych. Dla potrzeb reprezentacji jest to za mało”. Drugą bolączką była postawa samych reprezentantów na zgrupowaniach. Trener jako osoba hołdująca twardym zasadom, postanowił to zmienić. Udało się to po sławnej „Aferze Kuflowej”. W roku 1962 Polska przegrała mecz z wicemistrzami świata Czechosłowacją (1:2). Po nim wszyscy udali się na obiad. Czołowa gwiazda naszej drużyny Ernest Pohl do posiłku zamówił dwa piwa. Koncewicz poprosił kelnera o odniesienie ich do baru. Pohl jednak zapłacił i wypił na oczach całej drużyny. W dodatku skomentował całe zajście: „Jestem dorosły i nikt nie będzie zabraniał mi wypicia po meczu butelki piwa. Dzieci i ryby głosu nie mają”. Selekcjoner nałożył na niego trzymiesięczną dyskwalifikacje. Ale to nie był koniec. Ówczesnym prezesem PZPN był Marian Ryba, który wziął te słowa do siebie. Pohl nie zagrał w drużynie narodowej przez kolejne dwa lata. „Mało kto pamięta, że przed erą Górskiego był Koncewicz’" - wspominał Jerzy Engel na silesiasport.pl. Pod koniec lat sześćdziesiątych Koncewicz pomału kończył już wielokrotną współpracę z drużyną Polski. Selekcjonerem reprezentacji U21 został Kazimierz Górski. „Koncewicz zawsze wiedział czego chce, jak trzeba pracować w klubach i w PZPN, ale bardzo często napotykał, z różnych względów, bariery nie do sforsowania. Przetarł jednak szlaki innym. Niemal wszyscy zawodnicy, z których korzystał później Górski wyszli spod jego ręki (…) Kostka, Oślizło, Anczok, Deyna, Maszczyk, Ćmikiewicz, Szołtysik, Lubański, Gadocha” - wspominali autorzy w książce „Piłka Nożna”. Koncewicz do roku 1980 był wiceprezesem PZPN ds. szkolenia. W historii naszej reprezentacji jest rekordzistą. Ryszard Koncewicz zmarł 15 marca 2001 r. w Warszawie.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

9

FC Sevilla przycina skrzydła Dumie Katalonii:

11 kwietnia 2015 r. Sevilla zacieśniła walkę o tytuł mistrza La Liga remisując 2:2 z FC Barceloną w meczu, który początkowo wyglądał bardzo korzystnie dla podopiecznych Luisa Enrique, zdobywając dwie bramki w ciągu pierwszej połowy godziny. Jednak Sevilla odwróciła losy meczu, zmniejszając przewagę Barçy nad Realem Madryt w lidze do zaledwie dwóch punktów. Był to jeden z najtrudniejszych wyjazdowych meczów Blaugrany w sezonie, jednak Barça narzuciła swoją wolę wspaniałą pierwszą godziną, w której utrzymała absolutną kontrolę nad grą i wypracowała sobie dwubramkową przewagę, która wydawała się nie do pokonania dla całkowicie zdezaktywowanej Sevilli. Jednak strzał z dystansu Banegi zmienił wszystko i Sevilla, pobudzona fantastyczną atmosferą i intensywnością typową dla drużyny wschodzącej, która nie przegrała u siebie od 14 miesięcy, odwróciła losy meczu pod każdym względem. Po kilku najlepszych okresach Barcelony w ostatnich tygodniach, mecz przerodził się w rewolucję Sevilli. Barcelona traciła opanowanie w miarę upływu minut, a Sevilla ostatecznie zapewniła sobie remis, który wydawał się zwycięstwem dzięki bramce Gameiro. Barça, zapomniawszy o dwóch świetnych golach Messiego i Neymara nie potrafiła zareagować i straciła dwa punkty, zbliżając się do ligowej stawki Realu Madryt, który kilka godzin wcześniej odniósł pewne zwycięstwo nad Eibarem.

Nikt nie spodziewał się takiego meczu po spektakularnym początku Barcelony. Podopieczni Luisa Enrique spowolnili Sevillę od pierwszej minuty i tuż przed upływem kwadransa wyszli na prowadzenie dzięki efektownemu golowi Messiego, który po raz kolejny, dzięki swojej popisowej akcji, podwyższył wynik na 0:1. Otrzymał podanie od Neymara w polu karnym, opanował piłkę i perfekcyjnie umieścił ją w siatce. Sevilla nie dawała oznak życia a Barça świetnie się bawiła. Do tego stopnia, że zazwyczaj nieuchwytny Neymar ponownie trafił do siatki pięknym rzutem wolnym, którego Sergio Rico nie zdołał obronić. Minuty pełne wina i róż dla Barcelony, która nagle stanęła naprzeciw rozszalałej Sevilli, która rzuciła się do ataku, gdy niepilnowany Banega spróbował szczęścia, oddając potężny strzał z dystansu w 37. minucie, którego nie zdołał obronić Bravo. Sevilla mogła nawet wyrównać przed przerwą, ale zadanie to zostawiła na drugą połowę, w której nabrała pewności siebie i rozczarowała Barcelonę. Luis Enrique szukał Xaviego na ławce rezerwowych i wpuścił na boisko rozgniewanego Neymara, ale bezskutecznie. Sevilla ruszyła do ataku i wyrównała po dobrze rozegranej akcji Reyesa, który dośrodkował do Vidala, który wrzucił piłkę w pole karne a Gameiro podwyższył wynik na 2:2. Remis był odzwierciedleniem dobrej gry Sevilli a Barça, która bardzo się starała w ostatnich minutach, żałowała zmarnowanych szans, zwłaszcza ze strony nieobliczalnego Suáreza, i opuszczała twierdzę Pizjuán z poczuciem, że tytuł mistrzowski mógł być praktycznie pewny.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Skromne zwycięstwo w PZP:

11 kwietnia 1979 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou KSK Beveren 1:0 w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów. Jedynego gola na wage zwycięstwa zdobył Carles Rexach z rzutu karnego w 65 minucie.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Feliz cumpleaños panie Thiago!

11 kwietnia 1991 r. urodził się Thiago Alcantara. Z pochodzenia jest Brazylijczykiem, jego ojciec Mazinho zdobył z Canarinhos mistrzostwo Świata w 1994 r. W tym samym roku cała rodzina przeniosła się do Hiszpanii, gdzie Mazinho jeszcze przez kilka lat grał w piłke a synowie przyjęli hiszpańskie obywatelstwo. Thiago był wyróżniającym się zawodnikiem młodzieżowych drużyn Blaugrany i już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole. Wszyscy wiemy kto pozwolił mu zadebiutować w FC Barcelonie i jak potoczyły się dalej jego losy…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

7

Wyjątkowy przypadek w historii Mistrzostw Świata:

Giuseppe Bergomi to jeden z najwybitniejszych włoskich piłkarzy w historii. Obrońca spędził całą karierę w Interze Mediolan; jest on zresztą drugim piłkarzem z największą liczbą oficjalnych występów w barwach tego klubu(757), ustępując jedynie Javierowi Zanettiemu (858). Zaliczył również 81 występów w reprezentacji Włoch, strzelając 6 goli. Dziś jednak skupimy się na jego bezprecedensowym wyczynie z reprezentacją. Bergomi brał udział w czterech Mistrzostwach Świata. Pierwszy, rozegrany w Hiszpanii w 1982 roku, okazał się ogromnym sukcesem, a tytuł zdobyła reprezentacja Włoch. Grał również w edycjach 1986, 1990 i wreszcie 1998 we Francji. Co najciekawsze, włoski zawodnik nigdy nie rozegrał meczu kwalifikacyjnego do turnieju finałowego w żadnej z tych edycji. W 1982 roku Bergomi zadebiutował bezpośrednio w fazie finałowej. W 1986 roku włoska reprezentacja awansowała jako obrońcy tytułu. W 1990 roku „Azzurri” awansowali bezpośrednio jako gospodarze. Wreszcie, na Mistrzostwach Francji w 1998 roku, mimo że zawodnik był już poza grą w reprezentacji, w ostatniej chwili został powołany do kadry. W swojej długiej karierze Giuseppe Bergomi odnosił również wielkie sukcesy na szczeblu klubowym. Z Interem Mediolan zdobył mistrzostwo Serie A, Puchar Włoch, Superpuchar Włoch i trzy Puchary UEFA. Co ciekawe, dwa z trzech finałów europejskich, które wygrała ta drużyna, odbyły się w Rzymie i Mediolanie. W ciągu ponad 20 lat gry w pierwszej drużynie Interu dzielił szatnię z jednymi z najlepszych piłkarzy wszech czasów, takimi jak Walter Zenga, Lothar Matthäus, Andreas Brehme, Jürgen Klinsmann, Dennis Bergkamp, Ruben Sosa, Iván Zamorano i Ronaldo Nazário. Zawiesił buty na kołku w 1999 roku w wieku 36 lat i, jak wspomniano we wstępie, był piłkarzem z największą liczbą występów w historii klubu do 2011 roku, kiedy to został wyprzedzony przez Argentyńczyka Javiera Zanettiego. W barwach Nerazzurrich strzelił 28 goli. Cztery występy Bergomiego na Mistrzostwach Świata bez konieczności rozgrywania meczów kwalifikacyjnych czynią go wyjątkowym i bardzo ciekawym przypadkiem. Zobaczymy, czy komuś uda się go prześcignąć lub przynajmniej mu dorównać, choć wydaje się to mało prawdopodobne.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

7

@FCBparasiempre
10 kwietnia 1973 r. urodził się Roberto Carlos, Mistrz Świata 2002(Korea;Japonia); Wicemistrz Świata 1998(Francja); 2-krotny zdobywca Copa América: 1997, 1999 oraz 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów: 1998, 2000, 2002(z Real Madryt). Ten wiecznie uśmiechnięty, dysponujący niesamowicie potężnym uderzeniem z dystansu Brazylijczyk był synonimem nowoczesnego lewego obrońcy, włączającego się do akcji ofensywnych. Myślisz „lewy obrońca”, mówisz „Roberto Carlos”. Myślisz „Roberto Carlos”, mówisz „Real Madryt”. Ten zawodnik był związany z klubem z Santiago Bernabeu aż przez 11 lat i zawsze będzie kojarzony z naszym klubem. Urodził się 10 kwietnia 1973 roku w Sao Paulo. Ciekawe jest pochodzenie jego imienia. Otóż zostało nadane mu na cześć znanego brazylijskiego piosenkarza. Chyba nikt nie spodziewał się na początku, że ten właśnie chłopiec będzie o wiele, wiele sławniejszy i rozpoznawany pod każdą szerokością geograficzną. Jak wielu Brazylijczyków, Roberto Carlos pochodził z biednej rodziny a futbol pomagał mu zapomnieć o wielu codziennych kłopotach i biedzie. Jego przygoda z futbolówką rozpoczęła się w wieku 14 lat, w 1987 roku, kiedy zapisał się niewielkiego klubu Uniao Sao Joao Arras. W 1992 roku przeniósł się do Atletico Mineiro Belo Horizonte a w 1993 roku trafił do znanego brazylijskiego klubu – Palmeiras Sao Paulo i pomógł mu w zdobyciu dwóch tytułów mistrza Brazylii w 1993 i 1994 roku. Niewiele później w Europie Massimo Moratti postanowił, że uczyni Inter Mediolan wielkim klubem zdobywającym wiele trofeów, na co najlepszą metodą było uruchomienie dużej gotówki na transfery. Dzięki temu filigranowy lewy obrońca rodem z Brazylii trafił do światowej stolicy mody. W klubie z Mediolanu Carlos trafił pod opiekuńcze skrzydła angielskiego trenera Roya Hodgsona, ale zabawił tam tylko jeden, ale udany sezon, ponieważ zagrał w nim w 30 spotkaniach i strzelił 6 bramek. Po tym jednym jedynym sezonie w Mediolanie, Brazylijczyk przeniósł się do Madrytu, gdzie na dobre rozwinął skrzydła. Za tym transferem stał Fabio Capello, który w Madrycie długo nie wytrzymał, bo tylko sezon. Jak się później okazało, o wiele dłużej pozostał wierny barwom „Królewskich” Roberto Carlos. Debiut lewego obrońcy przypadł na dzień 31 sierpnia 1996 roku i był to mecz rozgrywany w La Corunii, przeciwko tamtejszemu Deportivo. Pierwszy sezon w Madrycie zakończył się zdobyciem mistrzostwa Hiszpanii, a już po dwóch latach Brazylijczyk miał na swoim koncie triumf w Lidze Mistrzów, którą zresztą wygra jeszcze dwa razy: w 2000 i 2002 roku. Podczas gry w Realu, Roberto Carlos stał się najlepszym lewym obrońcą na świecie i świetnie wywiązywał się zarówno ze swoich obowiązków w defensywie, jak i w ofensywie. Efektowne rajdy z piłką po lewej flance, atomowe strzały z dystansu i świetnie wykonywane rzuty wolne stały się jego znakiem firmowym. Zdobywał z Realem kolejne trofea, przetrwał erę „Galacticos”, zmieniali się kolejni trenerzy, a on ciągle cieszył się ich zaufaniem. Co ważne ciągle cieszył się grą, a kibice często mogli zauważyć jego szeroki od ucha do ucha uśmiech podczas meczów. W przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie miał opinii balangowicza – wręcz przeciwnie, często był stawiany za wzór profesjonalizmu, przyzwoitości i nigdy nie był uczestnikiem jakichkolwiek skandali. Może dlatego przez cała swoją karierę cieszył się dobrym zdrowiem, niewielką ilością kontuzji i być może dlatego gra w piłkę do dziś, mimo 37 lat na karku. Roberto Carlos był wierny Realowi bardzo długo. Grał z wieloma piłkarzami, którzy już zakończyli kariery, jak Mijatović, Sanchiz, Suker, Helguera, był świadkiem eksplozji talentu Raula, przetrwał erę „Galacticos” i grał także z wieloma młodymi piłkarzami, którzy grają w Madrycie do dnia dzisiejszego, m.in. Marcelo – swoim następcom. Brazylijczyk zachował się także bardzo profesjonalnie w momencie odejścia z Madrytu. Do ostatniej chwili nie chciał przyznać, że to dyrekcja klubu nie chciała spełnić jego wielkiego marzenia, czyli zakończenia kariery w białej koszulce „Królewskich”. Przyznał to dopiero po przejściu do nowego klubu – Fenerbahce Stambuł .

W klubie z Madrytu rozegrał aż 475 meczów i strzelił 62 gole. Zapadł w pamięć wszystkim, a wielu uważa go za najlepszego w historii futbolu lewego obrońcę. W 2007 roku odszedł do Turcji, a na lotnisku w Stambule został przywitany jak król. Wiele tysięcy fanatycznych tureckich kibiców zgotowało mu przywitanie godne najlepszego piłkarza świata. Także w tym klubie dawał z siebie wszystko, ale nie zapomniał o Realu. W sezonie 2009/2010 gdy często mówiło się o brakach na pozycji lewego obrońcy, Roberto Carlos deklarował, że z chęcią wróci do swojego „domu”, na Santiago Bernabeu choćby tylko na rok, by pomóc swojemu ukochanemu klubowi. Jednak nikt z dyrekcji klubu, ani sztabu szkoleniowego nie był zainteresowany pozyskaniem Brazylijczyka, wobec czego wrócił do swojej ojczyzny. W styczniu 2010 zasilił Corinthians, gdzie występował razem z Ronaldo. Na początku lutego 2011 jego zespół niespodziewanie odpadł z Copa Libertadores już w pierwszej fazie turnieju (przegrana z kolumbijskim Deportes Tolima), a kibice uznali Roberto Carlosa za jednego z najbardziej winnych porażki. Twierdzono, że kontuzja, która wykluczyła obrońcę z rewanżowego meczu, była przez niego symulowana w celu uniknięcia odpowiedzialności za ewentualną porażkę. Pogróżki kierowane pod jego adresem spowodowały, że kilka dni później poprosił klub o rozwiązanie z nim kontraktu mającego obowiązywać do końca 2011 roku i 11 lutego odszedł z Corinthians. W sumie rozegrał dla Corinthians 61 meczów i zdobył 5 goli. Dzień później przyjął ofertę gry w Andży Machaczkała, dagestańskim klubie występującym w lidze rosyjskiej, podpisując kontrakt do końca sezonu 2012/13. 29 września 2011 otrzymał ofertę poprowadzenia swojego zespołu jako trener, przyjął je i stał się następcą Gadżi Gadżajewa. Ostatni mecz w barwach Andży rozegrał pod koniec 2011. Kontrakt z klubem obowiązywał go do czerwca 2013, lecz umożliwiał mu przedwczesne przejście na sportową emeryturę. W marcu został skreślony ze składu drużyny[4]. Były Galacticos został wówczas jedynie asystentem trenera w Andży W piłce klubowej Roberto Carlos osiągnął bardzo wiele. Wygrał z Realem praktycznie wszystkie możliwe trofea, a i z reprezentacją Brazylii na niwie reprezentacyjnej nie ma się czego wstydzić. Imponujący jest jego dorobek w kadrze – aż 132 mecze i 11 goli. Wiele jego bramek jest do tej pory wspominanych przez kibiców, jak choćby tak strzelona w 1997 roku podczas towarzyskiego meczu z Francją. Brazylijczyk uderzył bardzo mocno piłkę obok muru, i gdy zdawało się, że nie ma prawa trafić do siatki i minie bramkę w bardzo dalekiej odległości, ta zatoczyła łuk i zatrzepotała w siatce. Wszyscy kibice na stadionie, przed telewizorami i stojący w bramce „Tricolores” Fabian Barthez byli zdumieni i trwali przez pewien czas w tym osłupieniu. Rzuty wolne i strzały z dystansu były największą bronią filigranowego Brazylijczyka – rekord prędkości uderzonej przez niego piłki wynosi 178 km/h, a piłkarze rywali stojący w murze, często na widok Carlosa rozpędzającego się do piłki przed uderzeniem z rzutu wolnego, czynili znak krzyża i modlili o zachowanie życia. Tak długa gra na wysokim poziomie nie byłaby możliwa, gdyby nie profesjonalizm, dbanie o siebie i zaangażowanie na treningach. Na pewno pod tym względem Roberto Carlos może być wzorem dla wielu młodych piłkarzy dopiero zaczynających przygodę z piłką. Jego odejście z klubu w takich, a nie innych okolicznościach pokazuje, jak bezwzględna czasem potrafi być polityka prowadzona przez Real. Nie był on pierwszym zasłużonym dla klubu zawodnikiem, który został pożegnany w nieprzyjemnych okolicznościach – warto przypomnieć odejścia Hierro, Salgado, Helguery czy Luisa Figo. Tak czy owak Brazylijczyk jest chyba najwybitniejszym lewym obrońcą w historii futbolu a z pewnością najbardziej ofensywnym.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?