0

@Bernard777 Oj niekoniecznie. Oj żebyś się nie zdziwił... :)

1

@Lionel_Messi10 No i super! Dzięki za informacje

0

@Lionel_Messi10 A co z Romero? Bo to chyba on zszedł z jakimś urazem z boiska w niedziele?

10

Niedokończony rywalizacja ze Sportingiem:

Puchar Króla w 1924 roku, wówczas nazywany Pucharem Hiszpanii, przyniósł Sportingowi niemiłą niespodziankę. Czerwono-biały klub trafił na FC Barcelonę w ćwierćfinale i w trzecim(dodatkowym) meczu przegrał 1:3. Już w ćwierćfinale(6 kwietnia) Sporting poniósł porażkę 2:0 w Katalonii, na stadionie Les Corts. Tydzień później, tym razem na korzyść asturyjskiej drużyny, na El Molinón, który zgromadził rekordową frekwencję, padł ten sam rezultat. W związku z tym RFEF (Królewski Hiszpański Związek Piłki Nożnej) nakazał rozegranie meczu powtórkowego na neutralnym boisku. Uzgodniono, że odbędzie się on na stadionie Metropolitano w Madrycie 16 kwietnia 1924 roku. Data ta przeszła do historii jako niesprawiedliwość, jakiej doznał Sporting, oraz jako pierwszy i jedyny raz, kiedy klub z Gijón opuścił boisko przed końcowym gwizdkiem. Wtedy właśnie, jak opisała to ówczesna prasa, odśpiewano niesławne „oburzenie na Metropolitano”. Sędzią meczu został Luis Colina z Madrytu, który był również prezesem Narodowego Stowarzyszenia Sędziów a nawet prowadził reprezentację narodową w jednym meczu, który sędziował trio: José Rosich, Julián Olave i sam Colina. Kibice Sportingu Gijón zmobilizowali się na mecz. Niektórzy kibice przyjechali pociągiem specjalnie z Gijón a asturyjska społeczność stolicy dołączyła do tej rosnącej fali wsparcia na początku stulecia. Mecz rozpoczął się od szaleństwa Blaugrany, która zaatakowała zawodników Sportingu bardzo brutalnie a sędzia nie odgwizdał faulu. Kibice nie mogli uwierzyć własnym oczom, ale kroplą goryczy były dwa akty agresji ze strony piłkarza Barçy, Pepe Planasa. Pierwszą ofiarą był Arcadio Suárez a następnie Manolín Argüelles, co wywołało oburzenie wśród tłumu na trybunach, wśród którego znajdowała się również znacząca część społeczności asturyjskiej zamieszkującej Madryt. Co więcej, sędzia, przy wyniku 1:1 niespodziewanie nie uznał gola Manolo Meany po strzale zza pola karnego, mimo że między zawodnikami nie doszło do kontaktu. Zamiast możliwego wyniku 2:1, wynik zmienił się na 1:3 po rzucie rożnym, kiedy bramkarz Gijón, Amadeo, został ewidentnie popchnięty. Piłkarze Sportingu, oburzeni, postanowili opuścić boisko.

Policja musiała chronić sędziego przed furią tłumu z powodu jego skandalicznego zachowania. Przez godzinę Sporting pozostawał zamknięty w szatniach, odmawiając wyjścia. Piłkarze FC Barcelona domagali się przerwania meczu z powodu wycofania się Sportingu, ale obecne na miejscu władze starały się przekonać obie strony, że mecz powinien być kontynuowany bez zakłócania porządku publicznego. Po godzinnych negocjacjach osiągnięto porozumienie, zgodnie z którym obie drużyny miały wyjść na boisko i rozegrać pozostałe dziesięć minut meczu. Nie było to możliwe, ponieważ sędzia odmówił wyjścia, twierdząc, że upłynęło zbyt dużo czasu a ponadto, że kibice go poważnie znieważyli. W rezultacie mecz zakończył się wynikiem 1:3 na korzyść FC Barcelony. Kontrowersje nasiliły się, a prezes Królewskiego Asturyjskiego Związku Piłki Nożnej, Avelino Blanco, wysłał list protestacyjny, który wraz z doniesieniami prasowymi opisującymi zdarzenie, doprowadziły do tego, że prezes Narodowej Komisji Sędziowskiej, Luis Colina, został ukarany przez tę samą komisję, której przewodniczył, miesięcznym zakazem sędziowania jakichkolwiek meczów. Niestety, nie było możliwości powtórzenia meczu ani rozegrania pozostałych minut, czego domagał się Sporting, za pośrednictwem RFAF (Królewskiej Andaluzyjskiej Federacji Piłkarskiej). Wynik pozostał bez zmian a FC Barcelona awansowała do półfinału Pucharu Króla, który ostatecznie wygrał Real Unión de Irún. Był to jedyny przypadek, gdy drużyna Sportingu zeszła z boiska przed zakończeniem meczu.

@shaun
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

0

@mmaciass A no rzeczywiście :) Nawet nie zwracałem szczególnej uwagi na niego. Ja Barcunie pokochałem dopiero w 2004 roku ale Argentyne już w 1986 r. a spodobała mi się już 4 lata wcześniej na mundialu w Hiszpanii.

11

Remontada Blaugrany:

Dokładnie 40 lat temu FC Barcelona dokonuje remontady, odrabia straty z pierwszego meczu i pokonuje IFK Göteborg 3:0 w półfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Hattrickiem w tym spotkaniu popisał się Pichi Alonso, lecz bohaterem został Urruti, o czym za chwile. Ponieważ w pierwszym meczu Szwedzi również wygrali 3:0, o awansie zadecydowały rzuty karne, które Katalończycy wygrali 5:4. Na Camp Nou zasiadło wówczas 100 tysięcy ludzi a cena najtańszych biletów odpowiadała dzisiejszym czterem euro dla socios i siedmiu euro dla pozostałych kibiców. Niemiec Schuster z początku nie był powołany na ten mecz z powodu gorączki ale ostatecznie prosto z łóżka udał się na stadion i zagrał w podstawowym składzie. Najlepszy mecz dla Barçy rozegrał Pichi Alonso, który strzelił 3 gole dające dogrywke i rzuty karne a w nich bramkarz Urruti obronił decydującą ,,jedenastke” Nilsona, która mogła dać awans IFK a następnie sam strzelił gola! Błąd Mordta i gol Victora Muñoza dały szczęśliwą przepustke do finału. ,,Jeżeli nasz dwumecz byłby podstawą opowiadania, to edytor wyrzuciłby je do kosza, uważając iż finał historii jest zbyt wydumany”- podsumował ,,dramatyczny spektakl” trener Katalończyków Terry Venables.

Przeżyjmy to jeszcze raz:



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Spektakularny debiut:

Zaledwie kilka godzin przed El Clásico na Bernabéu, FC Barcelona zatrzymała się w hotelu Barajas w stolicy Hiszpanii. Na łóżku, oglądając mszę świętą, siedzieli bramkarze FC Barcelony, Salvador Sadurní(pierwszy zawodnik) i Pere Mora(rezerwowy), ponieważ był niedzielny poranek i nie było wielu innych opcji. Nagle drzwi do pokoju się otworzyły i wszedł holenderski trener, Rinus Michels, wraz z dwoma trenerami przygotowania fizycznego. Michels zapytał: „Sadurní, jak się czuje twój łokieć?”. Bramkarz pokręcił głową; wiedział, że nie będzie mógł zagrać w tym meczu. Trener Barçy zakończył rozmowę bez słowa: „ No cóż, Mora, zagrasz ”, słowa, które utkwiły w pamięci Valentíego Mory, gdy ze wzruszeniem wspominał mecz, w którym zadebiutował w pierwszej drużynie FC Barcelony. Bramkarz w zabawny i anegdotyczny sposób wyjaśnia, że nawet nie wiedział, że Sadurní, z którym spędził cały dzień, jest kontuzjowany: „Cholera, człowieku, mogłeś mi powiedzieć, że boli cię łokieć, wtedy mógłbym się przygotować a ty teraz zrzucasz winę na mnie...”. Mora długo toczył wewnętrzną walkę, by przekonać samego siebie, że jest fizycznie i technicznie przygotowany do gry w tym meczu. Jego jedynym wyzwaniem był on sam; musiał czuć pewność siebie co do swojego talentu: „Doszedłem do wniosku, że nie powinienem rozpamiętywać tego, co może pójść nie tak, ale skupić się na pozytywach. Ta filozofia dała mi pewność siebie, by stawić czoła takiemu wyzwaniu”. Ale jednocześnie dla bramkarza był to wyścig z czasem. Ten mecz był szansą, na którą czekał przez tyle lat; to był moment, by udowodnić, że jest godzien tej pozycji. „Miałem ogromną odpowiedzialność do udźwignięcia, ponieważ musiałem też dobrze zagrać; nie mogłem sobie pozwolić na porażkę tego dnia. Jeśli ja zawiodę, lub jeśli zawiedzie drużyna, cała wina spadnie na mnie i to będzie koniec mojej kariery”. Urodzony w Tarragonie bramkarz nie chciał nic powiedzieć swojej rodzinie; Chciał zabrać go sam, żeby mógł skupić się na meczu: „Dowiedzieli się, kiedy włączyli telewizor i zobaczyli, jak wychodzę. Nic im nie powiedziałem, bo myślałem, że ich to zdenerwuje i nie chciałem z nikim rozmawiać; chciałem zabrać go sam, więc nie powiedziałem ani słowa”. Chociaż pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:2, Mora martwił się, że Real Madryt ma jeszcze szansę na odrobienie strat; jednak druga połowa zamieniła się w festiwal goli dla katalońskiego klubu. 17 lutego 1974 roku na Bernabéu można było zobaczyć ikoniczną postać Holendra Johana Cruyffa w barwach FC Barcelony, który niedawno przeszedł do hiszpańskiej ligi z Ajaxu. Obecność Cruyffa można było podsumować jednym słowem: „szacunek”. „Ludzie czuli do niego ogromny szacunek. Każdy stadion, na którym graliśmy, był pełen; ludzie marzyli o tym, żeby zobaczyć na żywo spektakularną grę Cruyffa ”. Dzięki cierpliwości i poświęceniu Mory, który od dzieciństwa dążył do gry w klubie swoich marzeń, bramkarz zadebiutował w niezwykłym meczu, o którym mówi się do dziś, ponad 50 lat później. Zwycięstwo 5:0 na Bernabéu było w tamtych latach nie do pomyślenia, ponieważ Duma Katalonii przez czternaście lat czekała na pokonanie Realu Madryt, niekwestionowanego lidera hiszpańskiej piłki nożnej. Kibice Realu Madryt uznali wyższość Blaugrany, wstając z miejsc i bijąc im brawo. W tym samym roku Valentí Mora spełnił jednocześnie dwa marzenia: grę w pierwszym zespole Barçy i zdobycie mistrzostwa ligi.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Szalik
@1LY0

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

15 kwietnia 1960 r. urodził się Marek Filipczak, napastnik, mistrz Polski z 1982. Gdy wiosną 1983 Widzew w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Mistrzów pokonał w Łodzi Liverpool 2:0, niespodzianka wisiała w powietrzu. Rewanż w Anglii zaczął się jednak dla Widzewa najgorzej jak mógł. W 15 minucie w szesnastce niefortunnie ręką zagrał właśnie Filipczak. Rzut karny dla gospodarzy i 1:0. Widzew wyrównał po karnym Tłokińskiego za faul na Włodku Smolarku. Gospodarze do awansu nagle potrzebowali jeszcze aż 3 goli. Na początku drugiej połowy Widzew prowadził już 2:1! I to była właśnie bohaterska rola Filipczaka. Tym razem dostał piłke z głębi pola od Tadeusza Świątka i prawą stroną sprintem ruszył na bramke w natrętnym towarzystwie Alana Kennedy’ego; tego samego, który nastrzelił go w ręke w 15 minucie. Tym razem Anglik nie miał szans by go powstrzymać. ,,Myślałem tylko o tym że musi być z tego gol. Próba ogrywania bramkarza była ryzykowna, zwłaszcza że skrócił kąt. Widziałem też że Smolarek biegnie środkiem i będzie miał praktycznie pustą bramke. Dostał ode mnie piłke i trafił!”- relacjonował Filipczak. Tak zapisywał się w historii Widzewa. Nawet gdy już opuścił Łódź i grał w innych polskich klubach, nawyki niezłomnego widzewiaka zostały mu we krwi. Na treningu potrafił docisnąć kolegę tak że trzeszczały kości i pękały ortaliony. ,,Nie oszczędzał mnie, nie było zmiłuj: ,,Młody, ucz widzewskiego charakteru, przyda ci się w życiu.” I rzeczywiście się przydawał, jestem mu za te ,,widzewskie” lekcje wdzięczny”- opowiada Jerzy Brzęczek, który jako nastolatek zetknął się z Filipczakiem w Olimpii. Choć był ważnym piłkarzem Widzewa, miał typowy dla widzewskiej drużyny charakter i należał do bohaterów z Anfield, to jednak dość szybko się z tym klubem rozstał. Spędził w nim tylko 3 lata a potem na solidnym poziomie grał jeszcze przez wiele sezonów. ,,Grałem w trzecioligowej Polonii Warszawa, był chyba mecz z Borutą w Zgierzu. Wygraliśmy 5:0, strzeliłem pierwszego gola. Akurat oglądał mnie Zbigniew Tąder, trener młodzieży z Widzewa, znany z wyszukiwania dobrze rokujących zawodników dla łódzkiego klubu”- opowiada pan Marek. Kilka dni później był na lekcjach w szkole, gdy przyszła wiadomość że musi pilnie jechać do Łodzi. Chciał z nim osobiście porozmawiać prezes Sobolewski. Grający do tej pory na trzecioligowym poziomie 21-letni piłkarz po takiej informacji z trudem mógł pozbierać myśli. Widzew był topowym klubem, już pokazał się w Europie, zdobywał właśnie swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Oczywiście Filipczak do Łodzi pojechał, nie było się nad czym zastanawiać.

,,Spotkanie z prezesem trwało zaledwie 2 minuty. Pan Sobolewski spojrzał na mnie uważnie, chwilę pomilczał i rzucił: ,,Dobrze wyglądasz, może być z ciebie niezły piłkarz: Zaprosił mnie na pierwszy trening przed nowym sezonem a współpracownikom polecił by załatwili wszystkie kontraktowe formalności. Klamka zapadła, zostałem piłkarzem Widzewa! Znajomi pukali się w głowę. ,,Filpczak idzie do Widzewa? Serio? Eee, gdzież on tam sobie poradzi…”. Takie słyszałem komentarze. Moja mama też nie dowierzała a mnie bardzo pasowała wyprowadzka z domu. Mieszkaliśmy w 5 osób na 60 metrach. Wiem ze ludzie muszą często żyć na mniejszym metrażu ale jeżeli była okazja na przenosiny to chciałem skorzystać. Transfer do Widzewa był mi więc na ręke z wielu powodów”- relacjonował Filipczak. W mistrzowskim Widzewie trudno było się odnaleźć jakiemukolwiek nowicjuszowi z trzeciej ligi. Przecież grały w nim takie asy jak Żmuda, Boniek czy Smolarek. Przed nowym sezonem klub nie ograniczył się tylko do sprowadzenia nikomu nieznanego Filipczaka. Przyszedł też Lonka, ważny ofensywny gracz Polonii Bytom, który w Widzewie kompletnie się nie odnalazł i to właśnie za niego Filipczak najpierw wchodził w końcówkach. W tej roli został bohaterem meczu z Bałtykiem Gdynia. Wcześniej zaliczył tylko kwadrans z Legią. W Gdyni tez wystąpił kilkanaście minut i zaraz po wejściu strzelił wyrównującego gola. Pierwszy raz w pierwszym składzie pojawił się w meczu z Lechem, gdzie dwa razy pokonał Piotra Mowlika a Widzew wygrał 2:0! W istotny sposób zapisał się w szalonym starciu z Legią w Warszawie, w którym dwa razy trafił do siatki. Widzewiacy prowadzili 2:0 i 3:2 ale ostatecznie przegrali 3:5. Później Filipczak strzelał gole w zwycięskich meczach Szombierkom, Pogoni i Śląskowi ale na koniec panami sytuacji byli wrocławianie. To był ten słynny finisz sezonu, kiedy w ostatnim meczu Śląsk przegrał u siebie z Wisłą 0:1 a Tadeusz Pawłowski nie wykorzystał rzutu karnego, co decydowało o zaprzepaszczeniu szansy na mistrzostwo. W związku z tym Widzew do obrony tytułu potrzebował wyjazdowego remisu z Ruchem Chorzów. Przegrywał przy Cichej 0:1 i wyrównał Filipczak. Razem ze Smolarkiem z 10 golami był najlepszym snajperem Widzewa. W następnym sezonie zespół świetnie radził sobie w Pucharze Europy. Zanim w ćwierćfinale odprawił z kwitkiem Liverpool, w pierwszej rundzie zmierzył się z maltańskim Hiberniansem. Kwestia awansu rozstrzygnęła się już na Malcie. Łodzianie wygrali 4:1 a Filipczak ustrzelił pierwszego hattricka w europejskich pucharach w historii Widzewa. W półfinale Widzew grał z Juventusem. W Turynie Filpczaka zabrakło ponieważ leczył kontuzje. ,,Graliśmy z Lechem w Poznaniu i już na początku meczu skręciłem noge, trzeba było ja zagipsować. Do meczu z Juventusem było 10 dni. Nie miałem szans żeby w nim zagrać. Za to na rewanż chciałem za wszelka cene być gotowy, choć ciągle dużo ryzykowałem. Zagrałem ale do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Prawdopodobieństwo że w drugiej połowie strzelimy co najmniej 4 gole i awansujemy do finału, radykalnie zmalało. Dlatego w szatni sam poprosiłem o zmiane żeby nie pogłębić urazu. Dobrze zrobiłem bo i tak parę lat mi zajęło żeby znowu swobodnie grać lewą nogą”- opisuje pan Marek. Dlaczego w końcu rozstał się z Widzewem? ,,Przyszedł Darek Dziekanowski. Było nas pięciu do grania w ataku a ja trzeci rok miałem gorszy bo nie mogły się ode mnie odczepić kłopoty zdrowotne. Z kolei bardzo zabiegał o mnie trener Waligóra w Bałtyku Gdynia, no i Widzew się zgodził. Odszedłem, choć nie miałem na to najmniejszej ochoty, zresztą po pierwszym dniu chciałem wracać ale skoro Widzew już mnie nie chciał, inaczej ułożyłem sobie dalszą karierę. Po Gdyni był Mielec a potem Poznań”- podsumowuje Filipczak. Na koniec kariery całkiem solidnie pograł jeszcze w lidze norweskiej. Dobrze się tam zaadoptował, więc został i mieszka do dziś.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

11

Wielki Górnik:

22 kwietnia 1970 roku Górnik Zabrze, jako jedyny w historii polski klub piłkarski, awansował do finału europejskiego pucharu. Zabrzanie w trzecim meczu półfinałowym pokonali AS Romę dzięki... rzutowi monetą i awansowali do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Górnik Zabrze po raz ostatni mistrzem Polski został w 1988 roku. Łącznie zabrzanie tytuł najlepszej drużyny w kraju wywalczyli aż 14 razy. I choć w XXI wieku kibice klubu ze Śląska dwukrotnie musieli przełknąć gorycz spadku z Ekstraklasy, a najwyższym miejscem na koniec sezonu jest czwarte sprzed dwóch lat, Górnik pozostaje jednym z najważniejszych klubów w naszym kraju. Również za sprawą pięknej historii. W latach 60. zabrzańska jedenastka nie miała sobie równych w kraju. Od 1963 do 1968 roku nieprzerwanie zdobywała mistrzowski tytuł. W 1969 roku zabrzanie ustąpili pola warszawskiej Legii, ale sięgnęli po Puchar Polski, dzięki czemu zyskali prawo gry w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów, wówczas drugich najważniejszych rozgrywkach w europejskiej piłce klubowej. Zespół dowodzony przez trenera Michała Matyasa tworzyły legendy polskiego futbolu, z Włodzimierzem Lubańskim na czele. Znakomitych zawodników nie brakowało zresztą w żadnej formacji. Dostępu do bramki bronił legendarny Hubert Kostka, a obroną dowodzili kapitan Stanisław Oślizło i późniejszy filar "Orłów Górskiego" Jerzy Gorgoń. W pomocy brylował Zygfryd Szołtysik, a ze skrzydła piłki Lubańskiemu dogrywał Jan Banaś. Zabrzanie nie byli nowicjuszami na europejskich arenach. Dwa lata wcześniej dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych, czyli poprzednika Ligi Mistrzów.

Walkę w PZP rozpoczęli od pewnego wyeliminowania Olympiakosu Pireus. W Grecji zremisowali 2:2, mimo że prowadzili dwoma golami, by w rewanżu nie pozostawić rywalom złudzeń. Zabrzanie wygrali aż 5:0 a bohaterem dwumeczu był pomocnik Erwin Wilczek, który łącznie zdobył trzy bramki. W listopadzie 1969 roku Górnik mierzył się z innym znanym zespołem. Zabrzanie oba mecze z Glasgow Rangers wygrali po 3:1 a skutecznością popisywał się Lubański, który trzykrotnie pokonywał szkockiego bramkarza. Ćwierćfinałowym rywalem Polaków był natomiast Lewski Sofia, który postawił Górnikowi ciężkie warunki w obydwu marcowych spotkaniach. W Bułgarii to gospodarze zwyciężyli 3:2, jednak na Stadionie Śląskim w Chorzowie lepsi okazali się zabrzanie, którzy po golach Lubańskiego i Banasia wygrali 2:1. Dzięki większej liczbie bramek zdobytych na wyjeździe do półfinału awansował Górnik, którego kolejnym rywalem miała być słynna AS Roma, prowadzona przez uważanego wówczas za najlepszego trenera na świecie Helenio Herrerę. Wspomniana zasada goli na wyjeździe sprawiła zresztą, że... piłkarze i kibice Górnika przez chwilę byli przekonani o tym, że to rzymianie awansowali do wielkiego finału. Jak do tego doszło? 1 kwietnia 1970 roku w Rzymie padł remis 1:1 a drogę do włoskiej bramki znalazł Banaś. Dwa tygodnie później na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim zasiadło 100 tysięcy kibiców spragnionych historycznego awansu polskiej drużyny do finału europejskiego pucharu. Niestety, już w jedenastej minucie na prowadzenie wyszli przyjezdni. Kostka obronił rzut karny wykonywany przez słynnego później trenera Fabio Capello, jednak wobec dobitki Włocha był już bezradny. Decyzja hiszpańskiego arbitra Ortiza de Mendebila o podyktowaniu jedenastki po starciu Rainera Kuchty z Elvio Salviorim była zresztą kontrowersyjna, a pogodzić się z nią nie mógł ówczesny prezes Górnika Erwin Wyra. ,,Niech Pan zobaczy, jak reagują kibice. Jeśli to się tak skończy, nie będziemy mogli Pana obronić” - miał powiedzieć Hiszpanowi w przerwie meczu.

Napór Górnika trwał, ale piłka nie chciała wpaść do włoskiej siatki. Wyrównać udało się dopiero w 90. minucie, po tym jak Lubański wykorzystał rzut karny. Gorgoń został sfaulowany w okolicach linii pola karnego. Hiszpański sędzia zastanawiał się, czy podyktować rzut wolny, czy też karny. Na jego decyzję wpłynął... Wilczek, który zaprowadził arbitra za rękę i postawił piłkę na jedenastym metrze. Celny strzał Lubańskiego dał upragnioną dogrywkę. Legendarny napastnik już w czwartej minucie tej części meczu pokazał klasę. Lubański trafił do siatki niemal z zerowego kąta, przy linii autowej. Niemal cały stadion (za wyjątkiem ponad dwóch tysięcy kibiców z Włoch) wpadł w euforię, jednak była ona przedwczesna. Już w doliczonym czasie gry do wyrównania doprowadził Francesco Scaratti, a wielu polskich fanów zaczęło opuszczać trybuny, będąc przekonanymi o awansie Włochów. ,,Myśleliśmy, że odpadliśmy”- wspominał po latach Włodzimierz Lubański. Wszyscy, łącznie ze stadionowym spikerem byli bowiem przekonani, że rzymianie przeszli dalej dzięki dwóm wyjazdowym bramkom. Zasada "podwójnie liczonych" wyjazdowych goli nie miała jednak wówczas zastosowania w przypadku bramek zdobytych w dogrywce, co oznaczało, że obie ekipy muszą spotkać się raz jeszcze, na neutralnym gruncie. 22 kwietnia 1970 roku jedenastki Górnika i Romy wyszły na boisko stadionu w Strasbourgu, aby ostatecznie rozstrzygnąć losy awansu do finału. Nie wszystko we Francji udawało się po myśli zabrzańskich graczy. ,,Przed wyjazdem na mecz czekaliśmy dwie godziny na autokar a on nie przyjeżdżał... „- wspominał Oślizło. Okazało się, że kierowca... zapomniał o polskiej drużynie, chociaż funkcjonowała teoria, że "pomógł" w tym uwielbiający gry psychologiczne z rywalami Herrera. Na szczęście, Polacy w końcu dotarli na Stade de la Mainau. Ze względu na awarię oświetlenia spotkanie przerwano już w pierwszej minucie. Piłkarze wrócili do gry, a zabrzanie objęli prowadzenie w 40. minucie po golu Lubańskiego zza pola karnego. Niestety, w drugiej połowie znowu dał o sobie znać arbiter, tym razem Francuz Roger Machin, który w 56. minucie podyktował problematyczną jedenastkę. Polakom wydawało się, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Capello wykonał jednak rzut karny. Niestety, tym razem Włoch się nie pomylił. Zabrzanie w przekroju całego meczu przeważali. Podobnie było w dogrywce, jednak więcej bramek kibice w Strasbourgu już nie zobaczyli. O awansie do finału zadecydował więc... rzut monetą. Machin zaprosił do siebie kapitanów obu drużyn. Ostatecznie Oślizło postawił na reszkę, co okazało się szczęśliwym wyborem. Kilkadziesiąt sekund później cały polski zespół mógł zaczął świętowanie.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

0

@nicniewiem Atletico jak najbardziej było do przejścia ale z jakością naszych piłkarzy trudno było przypuszczać że dotarli by do finału. Nie z taką defensywą a nawet nie z takim trenerem schematycznym...

12

Ciężka przeprawa z „txuri-urdin” na Camp Nou:

15 kwietnia 2017 r. FC Barcelona z trudem zdobyła trzy punkty w meczu z Realem Sociedad(3:2), przerywając serię dwóch porażek. Dwa gole Messiego i asysta dla Alcácera były najważniejszymi momentami dla podopiecznych Luisa Enrique. Real Sociedad rozegrał mocną drugą połowę ale zmarnował szansę na wyrównanie z powodu słabego wykończenia. Blaugrana wciąż traci trzy punkty do Realu Madryt, lidera ligi i już myśli o środowym meczu, w którym będzie musiała przeżyć kolejną magiczną noc, podobną do tej przeciwko PSG, aby odrobić stratę 3-0 z Juventusu w pierwszym meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Luis Enrique zdecydował się wystawić Alcácera w pierwszym składzie, aby zastąpić zawieszonego Neymara, uzupełniając ofensywny trio u boku Messiego i Suáreza. Eusebio również wystawił swoją najsilniejszą jedenastkę, zdeterminowany, by zapewnić sobie zwycięstwo. Pierwsi swoje zamiary zasygnalizowali piłkarze „txuri-urdin”, a Oyarzabal miał dwie dobre okazje na zdobycie pierwszej bramki w pierwszych minutach meczu, ale raz Piqué, a raz Ter Stegen stanęli na drodze między piłką a siatką. Mecz okazał się bardzo emocjonujący dla kibiców, a wymiana ciosów zakończyła się wieloma golami, choć trenerzy nie mieli tyle frajdy. Barcelona rozegrała dwa mecze bez strzelenia gola, z Malagą i Juventusem a także straciła pięć bramek. Coś, do czego Blaugrana nie jest przyzwyczajona. Messi przerwał tę negatywną passę po pierwszym kwadransie, strzelając nisko z dystansu, którego Rulli nie zdołał dosięgnąć (1:0, 16. minuta). Ten pierwszy gol napełnił Barcelonę pewnością siebie, a drużyna zaczęła lepiej kontrolować tempo gry i budować bardziej rozbudowane akcje. W obliczu tej nowej sytuacji Real Sociedad zaczął mieć problemy, tracąc swój najcenniejszy atut: piłkę. W 35. minucie Camp Nou było świadkiem najbardziej szalonego zakończenia pierwszej połowy sezonu. Messi strzelił drugiego gola po dobitce Rulliego po niebezpiecznym strzale Luisa Suáreza (2:0, 36. minuta). W innych okolicznościach i z inną drużyną mecz mógłby się zakończyć, ale nic nie mogłoby być dalsze od prawdy. Íñigo Martínez przerwał dobrze zagraną akcję Realu Sociedad strzałem z ostrego kąta, który odbił się od Umtitiego i wpadł do siatki (2-1, 42. minuta). Różnica się zmniejszyła, ale Barça nie dała się zastraszyć i w kolejnej akcji ofensywnej Paco Alcácer wykorzystał świetne podanie prostopadłe Messiego, powiększając przewagę (3-2, minuta 44). Ale szaleństwo na tym się nie skończyło i Real Sociedad zdołał się odrobić straty i zredukować stratę do jednego gola w doliczonym czasie gry. Xabi Prieto pokonał Ter Stegena strzałem z pierwszej piłki po podaniu prostopadłym Williana José za plecami obrońców(3:2, 46. minuta). Kibice Camp Nou byli świadkami czterech bramek w zaledwie dziesięć minut.

Real Sociedad rozpoczął drugą połowę z dobrej strony i stopniowo sprowadzał rywali na ziemię, jednak brak precyzji dał o sobie znać, tak jak miało to miejsce w pierwszej rundzie na Anoeta. Wejście Iniesty dało Barcelonie niezbędny spokój w grze. Zawodnikiem, którego poświęcono, był André Gomes, który rozegrał kolejny słaby mecz. Luis Suárez miał szansę na zdobycie czwartego gola w końcówce ale Rulli popisał się znakomitą interwencją w sytuacji sam na sam. Teraz Barcelona skupia się tylko na jednym: rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów z Juventusem w przyszłą środę, gdzie będzie chciała dokonać kolejnego epickiego powrotu. Cokolwiek się stanie, będą musieli zostawić to za sobą i zacząć od nowa, ponieważ w przyszły weekend zagrają o połowę mistrzostwa w Clásico na Bernabéu z Realem Madryt.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

,,Żabojady ugotowane”:

15 kwietnia 2015 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe PSG 1:3 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. W meczu tym w ekipie gospodarzy zabrakło Ibrahimovicia, który w rewanżu z Chelsea dostał czerwoną kartke. Kluczowym momentem spotkania była kontuzja Thiago Silvy z 21 minuty, lidera obrony gospodarzy. Zmienił go pauzujący długo David Luiz, który stał się najsłabszym punktem obrony PSG. Luis Suarez znakomicie wyczuł co w trawie piszczy i stale ustawiał się na pojedynki z Brazylijczykiem. Efektem były 2 gole Urugwajczyka i zwycięstwo Blaugrany. Trzeciego gola a w zasadzie pierwszego w kolejności zdobył Neymar.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Fog_W_1899 Mam wystarczająco lat żeby trzeźwo oceniać sytuacje naszego klubu. Statystyki nie wygrywają Ligi Mistrzów a pisząc o De Jongu miałem na myśli całokształt jego poziomu gry w Barcie. Jakość takich zawodników i po części trenera nie pozwoli nam na wygranie Ligi Mistrzów, co najwyżej półfinał. To było tylko Atletico a gdzie dopiero Arsenal, Bayern czy PSG? Z czym do ludzi?

10

Legendy Blaugrany:

15 kwietnia 1941 r. urodził się Josep Maria Fuste Blanch, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony oraz były szef sekcji weteranów Blaugrany. W wieku 20 lat został wypożyczony do Osasuny, gdzie zaliczył swój debiut w Primera Division. Jego kariera na środku pomocy Barçy trwała 10 lat i zaowocowała dwoma Pucharami Miast Targowych oraz trzema Pucharami Króla. Z reprezentacją Hiszpanii zdobył też mistrzostwo Europy w 1964 r. Po zakończeniu kariery został zawodnikiem a następnie trenerem i ostatecznie szefem drużyny weteranów, która regularnie grała mecze pokazowe, w tym także poza granicami Hiszpanii.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Fog_W_1899 No i co teraz powiesz cwaniaku? Mamy drugą najsilniejszą ofensywe? Wszyscy nadają się na Lige Mistrzów? Tak, tak, na czele z De Jongiem to oni się nadają, tak jak ty do cwaniakowania...

10

Historia niesprawiedliwości:

Dokładnie 110 lat temu FC Barcelona opuściła boisku kwestionując decyzje sędziego. Działo się to w czwartym półfinałowym meczu o Puchar Króla z FC Madrid. Po jednym zwycięstwie każdej ze stron u siebie(stosunek bramkowy, ani też gole na wyjeździe nie miały wtedy znaczenia) w Madrycie padł remis… 6:6(!) po dogrywce. Dwa dni później obie drużyny spotkały się ponownie w Madrycie. Przy stanie 3:2 w dogrywce dla FC Madrid(późniejszy Real), sędzia uznał kolejnego gola gospodarzom lecz Blaugrana domagała się odgwizdania faulu na ich bramkarzu Bru, który został odepchnięty i nie mógł interweniować. Piłkarze Barçy w proteście zdecydowali się zejść z boiska i w efekcie sędzia zakończył mecz wynikiem 4:2. Trzeba również pamiętać że przed meczem FC Barcelona zaprotestowała przeciwko obecności w składzie rywali Zabalo, który nie grał w poprzednich meczach. Według Katalończyków był on zawodnikiem Realu Union de Irun, więc nie powinien znaleźć się na boisku. Sędzia Berraondo jednak nie miał żadnych zastrzeżeń i pozwolił zawodnikowi grać. Z powodu tego incydentu Hiszpańska Federacja Piłki Nożnej zabroniła drużynom z Madrytu rozgrywania spotkań w Copa del Rey a Duma Katalonii powróciła do tych rozgrywek dopiero w edycji 1918/19. Na koniec przytocze wypowiedź legendarnego Paulino Alcantary, który tak oto wspominał w swoim pamiętniku półfinałowe starcia: ,,Graliśmy przez ponad 3 godziny przed zapaloną i wrogą publicznością. Nasza dominacja była tak duża, że gdyby referee nie odstąpił tak dalece od przepisów, nasz triumf byłby bezdyskusyjny. Nigdy nie zapomnę krętactw tego kłamcy Berraondo”. Barça, zdyskwalifikowana przez hiszpańską federację, została entuzjastycznie przyjęta na dworcu Passeig de Gràcia, zwłaszcza przez bramkarza Paco Bru. Trudno nie oprzeć się wrażeniu że to właśnie od tamtego 15 kwietnia, Madrid obrał ścieżke ,,po trupach do celu!”.

@Adran360
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
@1LY0

0

@beter2 Akurat miałem na myśli Belettiego a zwłaszcza Sylvinho ale nie wiem czy byliby dostępni od nowego sezonu. Tak czy inaczej Liga Mistrzów z panem Flickiem nie wypala a i w La Liga bywają niekiedy ciężary...

0

Żadna wiara nie pomoże, jeśli na Lige Mistrzów dysponuje się tragiczną defensywą i nieskuteczną ofensywą. Jeśli tak wychwalany trener tego nie ogarnia to trzeba jemu podziękować i postawić na kogoś innego, gdyż z takim trenerem to raczej nigdy nie wygramy Ligi Mistrzów...

0

@lucca87 Jak widzisz mądralo, tak, na serio! Możemy wygrać nawet 4:1? Mamy mocną top kadre? Kocopoły i głupoty to ty wypisujesz! Pogadamy jak dorośniesz i nabierzesz doświadczenia i pokory. Na razie to jesteś jeszcze głupim gówniarzem...

0

@NeroTFP1 Skoro jesteś taki pewny to ile postawiłeś i jaki będzie wynik?

12

Czy wiemy że:

14 kwietnia 1912 roku odbyło się spotkanie założycielskie brazylijskiego klubu FC Santos. Miejscem zebrania był budynek „Concordia” znajdujący się na ulicy Rosario 18. Uczestnicy mitingu dosyć długo deliberowali nad nazwą jaka powinna zostać nadana klubowi. Jeden z nich Edmundo Jorge de Araujo rzucił propozycję aby brzmiała ona Santos Football Club. I ten pomysł zdobył większość głosów. Kapitanem zespołu futbolowego okrzyknięto Sizinio Patusca. On wskazał kolor strojów jaki powinni przywdziewać gracze drużyny. Zaproponował aby były to niebieski i biały. W tych barwach rozegrany został debiutancki pojedynek. W czerwcu tego samego roku odbył się mecz towarzyski. Santos FC zmierzył się z teamem skleconym z lokalnych graczy nie zrzeszonych w klubie, ale pochodzącymi z tego portowego miasta. Zakończył się on tryumfem powstałego w kwietniu zespołu 2:1. Pierwsza oficjalna potyczka miała miejsce we wrześniu. Przeciwnikiem był także powstały niedawno Santos Athletic Club, który do dnia dzisiejszego występuje pod nazwą Clube dos Ingleses. Także okraszono go tryumfem. Tym razem było to 3:2. Wtedy wykuło się powiedzenie, któremu hołdują nowe pokolenia grających w Santos FC piłkarzy. ,,Tecnica e Disciplina”(technika i dyscyplina) - brzmi od tamtych czasów motto zespołu. Po pierwszym roku działalności zarządzający stwierdzili, że barwami strojów meczowych będą czarny i biały. I w tych kolorach występują po dzień dzisiejszy. Już w 1913 roku Santos FC wywalczył pierwsze trofeum. Drużyna wygrała lokalny turniej piłki nożnej pod nazwą „Campeonato Santista”. Najważniejszy moment w dziejach klubu przyszedł 3 lata później. Znaleźli stadion, na którym po dzień dzisiejszy rozgrywają swoje pojedynki. Nazywał się wtedy Estadio Vila Belmiro. Pierwszy mecz na obiekcie rozegrano 12 października 1916 roku. Przeciwnikiem był Ipiranga Futebol Clube. Pojedynek zakończył się zwycięstwem gospodarzy 2:1. Pierwszego gola dla FC Santos zdobył Adolfo Millon Junior. Od 1933 roku budowla nosi imię Urbano Caldeira. To człowiek, który całe swoje życie poświęcił drużynie z Santosu. Był jego piłkarzem, później trenerem a na koniec prezydentem.

Na tym stadionie rozpoczął się marsz ku sławie. Do dnia dzisiejszego klub jest 22 krotnym mistrzem stanu Sao Paulo. Trzy razy tryumfował w Copa Libertadores, odpowiedniku europejskiej Ligi Mistrzów. Wywalczył dwa razy czempionat Brazylii. Pięć razy puchar kraju. W swoim dorobku ma jeszcze wiele innych trofeów. Jednak nie było by ich gdyby nie jeden piłkarz. Najlepszy futbolista w historii. Edson Arantes do Nascimento znany na całym globie jako Pele. To dzięki niemu Santos FC stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów Brazylijskich. To on spowodował, że jego klub jest w gronie najwybitniejszych drużyn w historii Ameryki Południowej. ,,Czym byłby Santos bez Pele i Pele bez Santosu? Nie można sobie wyobrazić jednego bez drugiego”- napisał na Twitterze król futbolu w dniu swoich 80 urodzin.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@FcPortoFan1999 Pytam bo do ogladania tv to mam słaby internet. Natomiast nic mi nie wiadomo o Kanale Zero na tv. Ciekawe na jakiej platformie nadaja bo raczej chyba nie na ogólnodostepnej?

1

@FcPortoFan1999 Akurat takich telewizji to ja nie oglądam. To są wyłącznie internetowe telewizje?

14

Żywe legendy polskiego futbolu:

54 lat kończy dzisiaj ,,Kowal”! 14 kwietnia 1972 r. w Warszawie urodził się Wojciech Kowalczyk. Cudowne dziecko polskiego futbolu i bohater jednej z najbardziej ,,amerykańskich” opowieści w rodzinnym sporcie. Szerzej nieznany napastnik, wyciągnięty z amatorskiego zespołu, który poskromił włoskich gwiazdorów. Później pan Wojciech został jeszcze wicemistrzem olimpijskim i odniósł szereg sukcesów. Na zawsze pozostał jednak przede wszystkim ,,napastnikiem od Sampdorii”. Żeby zrozumieć skale zjawiska, trzeba by przypomnieć czym była Sampdoria Genua na początku lat 90-tych w światowym futbolu a była to drużyna lidera najsilniejszej ligi świata- Serie A(później zresztą w cuglach zdobyła ten tytuł przed Juventusem) i obrońca trofeum w Pucharze Zdobywców Pucharów. Z gwiazdami pokroju Pagliuki, Vierchovoda, Manciniego i Viallego. Mimo to Legia zdołała ich ograć w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. W pierwszym meczu pokonała genueńczyków 1:0 po trafieniu Dariusza Czykiera. W rewanżu na wyjeździe, skazywana na pożarcie Legia wyszła na prowadzenie 2:0. Swoimi dwoma golami zapewnił jej to właśnie Kowalczyk. Ostatecznie skończyło się remisem 2:2, co dało Legii awans do półfinału elitarnych rozgrywek, ostatniego w historii występów polskich drużyn. ,,Kowal” miał wtedy 18 lat i 341 dni, jednocześnie będąc najmłodszym zdobywcą dubletu w Pucharze Zdobywców Pucharów wśród zawodników klubów Ekstraklasy.

W całej historii występów polskich zespołów na kontynentalnej arenie młodszy od niego okazał się tylko Jerzy Musiałek z Górnika Zabrze ale on 2 gole strzelił w mniej liczącym się Pucharze Rappana. Wrażenie wywołane tym wyczynem było ogromne. Kowalczyk zdobył nagrodę Odkrycia 1991 Roku według ,,Piłki Nożnej”. Nie była to zresztą jego ostatnia nagroda indywidualna w karierze. W 1993 został Piłkarzem Roku według katowickiego ,,Sportu”. Pomiędzy tymi triumfami został też Piłkarzem Roku według ,,Piłki Nożnej”. Zrzekł się jednak tego tytułu z powodu konfliktu z PZPN-em. Na tym nie wyczerpała się lista jego kontrowersyjnych zachowań bowiem słynął z niepokornego charakteru. Dla wielu trenerów była to przeszkoda w prowadzeniu Kowalczyka. Janusz Wójcik kupował go jednak w stu procentach. Nie taił się że ,,Kowal” był jego ulubionym piłkarzem. Tę więź podsyciły Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Reprezentacja kierowana przez ,,Wójta” zdobyła na nich srebrny medal. Kowalczyk natomiast z dorobkiem 6 goli został wicekrólem strzelców. W każdym z meczów fazy pucharowej aż po finał, minimum raz wpisywał się na liste strzelców. W tym czasie był już etatowym piłkarzem Legii Warszawa. Z Wojskowymi dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. Przy drugim z tych tytułów jego udział był już jednak szczątkowy. ,,Kowal” zagrał w zaledwie 5 meczach ponieważ został wykupiony przez hiszpański Real Betis Balompie. Na jego koncie znajduje się też wicemistrzostwo kraju. Legia w tamtym sezonie w tabeli zajęła pierwsze miejsce ale decyzją PZPN za niesportowe zachowanie została przesunięta lokate niżej. Sam Kowalczyk nigdy się z tym nie pogodził i tak jak wtedy, tak i dziś należy do piłkarzy najgłośniej protestujących przeciwko tym rozstrzygnięciom. Do tego doszły Puchar oraz Superpuchar Polski. W Ekstraklasie strzelił łącznie 42 gole. Przy jego niezbyt wielkiej liczbie występów dało to przyzwoitą średnią 0.34 gola na mecz.

Pomimo to nigdy nie udało mu się zostać królem strzelców najwyższej polskiej ligi. Koronę mógł założyć dopiero na Cyprze, gdzie występował w Anothosisie Famagusta, znów pod wodzą swojego ulubionego trenera, Janusza Wójcika. Tam dwukrotnie został mistrzem kraju(raz w barwach APOELU Nikozja), a także 2 razy wywalczył krajowy puchar. Ponadto przez długi czas występował w Hiszpanii. W reprezentacji Polski zagrał 39 razy strzelając 11 goli, w tym w debiucie ze Szwecją, w wieku 19-tu lat. Jego karierę przerywały konflikty z selekcjonerami, szczególnie z Piechniczkiem. W pełni zaufał mu dopiero Wójcik. Po jego odejściu już nigdy nie zagrał w zespole narodowym. Kariere zakończył nieco przedwcześnie w wieku 32 lat. Dały o sobie znać problemy z nadwagą i nie do końca sportowym trybem życia. Niepokorny, wielki indywidualista również po zakończeniu kariery chodził własnymi ścieżkami. Wraz z Krzysztofem Stanowskim napisał mocną biografie ,,Kowal. Prawdziwa historia”. Był również ekspertem Polsatu, jednak został zwolniony z powodu skandalizujących wpisów na twitterze. Obecnie rzadko pojawia się w środowisku piłkarskim. Na Legii, gdzie niegdyś z powodu swojego stylu gry i charakteru był uwielbiany, obecnie należy do persona non grata z racji kontrowersyjnych wypowiedzi.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Wspomnień czar:

14 kwietnia 2014 r. FC Barcelona zdobyła młodzieżową Lige Mistrzów. Rozgrywki te powstały w wyniku ewolucji projektu ,,Next-Gen Series” i patronat nad nim objęła UEFA. Sezon 2013/14 był debiutancki i rywalizowały w nim 32 zespoły podzielone na identyczne grupy jak te w ,,dorosłej” Lidze Mistrzów. Młodzi piłkarze podróżowali wraz ze starszymi kolegami i grali mecze grupowe w tych samych terminach, zazwyczaj o wcześniejszych porach, na mniejszych, bocznych boiskach(w Barcelonie areną zmagań było Mini Estadi). W fazie pucharowej przeprowadzono już jednak osobne losowanie i rozgrywano tylko jeden mecz. Barça reprezentowana przez drużynę Juvenil A pokonała 4:2 FC Kopenhage oraz 4:1 Arsenal i awansowała do turnieju finałowego rozegranego w dniach 11-14 kwietnia w szwajcarskim Nyonie. W półfinale Blaugrana ograła 1:0 Schalke po golu Munira a w finale pewnie pokonała Benfice 3:0 po 2 golach Munira i jednym trafieniu Rodrigo Tarin. To właśnie pochodzący z Maroka Munir był największą gwiazdą całych rozgrywek, strzelając 11 goli i notując 5 asyst. Ja tylko przypomnę iż w tamtej ,,złotej” ekipie grał choćby nasz niedawny skrzydłowy Adama Traore.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Fog_W_1899 Zmienie zdanie, zwróce honor i sie pokajam jak wejdziemy przynajmniej do finału Ligi Mistrzów...

0

@Fog_W_1899 To jest polska strona kibiców Barcy a nie katalońska, więc należy się szacunek dla Polaka, czego ewidentnie redakcji brakuje i chyba tobie troche też...

13

Dublet „La Pulgi” na „Ciutat de Valencia”:

14 kwietnia 2012 r. FC Barcelona odniosła nieznaczne zwycięstwo 2:1 nad Levante, co dało jej cztery punkty straty do Realu Madryt przed El Clásico na Camp Nou. Rywalizacja o tytuł mistrzowski wciąż trwa po jedenastym z rzędu zwycięstwie Blaugrany, choć silna gra Levante niemal przekreśliła ich nadzieje. Barça musiała odrabiać straty, po raz kolejny za sprawą dwóch goli Messiego, przeciwko Levante, które prezentowało się bardzo solidnie i sprawiło gościom poważne kłopoty swoją dobrze zorganizowaną grą w obronie. Potrzebując zwycięstwa po zwycięstwie Realu Madryt, podopieczni Guardioli wyszli na boisko zdeterminowani, by rozstrzygnąć mecz, który przerodził się w ciężką walkę. To był dynamiczny mecz między dwoma zaciętymi drużynami. Pedro i Thiago mieli kilka szans przeciwko dobrze zorganizowanej drużynie Levante, uniemożliwiając Barcelonie grę z ich typową dla siebie płynnością. Thiago Alcántara miał najdogodniejsze okazje dla gości, oba strzały głową. Levante wytrwale przetrwało burzę, czekając na swoje szanse w kontratakach. Okazja nadarzyła się już w 21. minucie, po pierwszym rzucie rożnym dla Levante. Valdés źle wybił piłkę a Busquets obronił strzał Juanfrana rękami. Barkero wykorzystał rzut karny w 22. minucie , ustalając wynik na 1:0 i dodając jeszcze więcej napięcia do meczu. Tym wynikiem szanse Barcelony na walkę z Realem Madryt o tytuł mistrzowski praktycznie zniknęły. Levante wzmocniło tym samym swoje zaskakujące aspiracje do europejskich pucharów. Wynik 1-0 wzmocnił pozycję Levante, ale nie zastraszył Barcelony, choć zespołowi Guardioli brakowało silnego środka pola w meczu z drużyną, która z powodu braku miejsca zmuszała ich do gry skrzydłami. Jednak Barça utknęła w środku pola, również nie zdołała przebić się na zewnątrz boiska, gdy Levante czuło się coraz pewniej z upływem minut. Levante mogło strzelić drugiego gola w 37. minucie, kiedy Pedro López zakończył kontratak płaskim, mocnym strzałem, który minął bramkę. Adriano otrzymał żółtą kartkę za faul na Valdo.

Na początku drugiej połowy Xaviego zastąpił Cuenca, otwierając przestrzeń na prawym skrzydle, co okazało się decydujące. Pedro ustąpił również miejsca Inieście. Próbując odrobić straty, Barça rzuciła się do przodu, nieustannie atakując bramkę Munúi, zamieniając swój napór w oblężenie. Obrońcy Levante odpowiedzieli z opanowaniem i rozpoczęli kontrataki. Jeden z takich ataków, prowadzony przez Koné i Barkero w 52. minucie, był niezwykle groźną akcją, którą Puyol udaremnił, wyjaśniając nieporozumienie między Thiago a Mascherano. Ponieważ Levante było jak mur, Barça postawiła na strzały z dystansu. Adriano sprawdził Munúę w 59. minucie, ale bramkarz popisał się znakomitą interwencją. Cesc również próbował, ale, jak można było się spodziewać, to Messi uratował Barçę przed remisem i zapewnił wyrównującego gola. Argentyńczyk znalazł swoje miejsce na skraju pola karnego. Zagrał z Alexisem i oddał podkręcony strzał lewą nogą, pokonując Munúę w 64. minucie. Mur pękł, ale pęknięcie pojawiło się szybko , zaledwie po sześciu minutach. Cuenca nadbiegł z prawej strony i w szamotaninie z Botelho obaj upadli na ziemię. Sędzia liniowy zasygnalizował Teixeirze Vitienesowi rzut karny, co spotkało się z gwałtownym protestem piłkarzy Levante. Rzut karny, jeden z tych rzadko przyznawanych i zawsze kontrowersyjnych, ale Messi wykorzystał go, ustalając wynik na 2:1 dla Barcelony . Argentyńczyk ma teraz 41 goli, co dorównuje trofeum Pichichi Cristiano Ronaldo i rekordowi Ronaldo w liczbie strzelonych bramek w 10 kolejnych meczach. Duma Katalonii ustabilizowała grę i dopiero pod presją w ostatnich minutach Xavi Torres wystawił Valdésa na próbę. Wynik końcowy brzmiał 1:2, co sprawiło, że sobotnie „Clásico” pozostaje równie ważne jak zawsze w końcowym rozrachunku La Liga.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@lucca87 Poza Yamalem, Pedrim, Olmo i Ferminem, których wymieniłeś, to na poziom Ligi Mistrzów, tak serio, to są słabi piłkarze. Poza tym nigdy w życiu bym nie postawił na wynik 1:4, no chyba że sędzia doprowadzi do tego że będziemy grać z przewagą jednego zawodnika, bądź podyktuje nam 2 rzuty karne z kapelusza.
My mamy naprawde dobrą kadre? Owszem ale tylko i wyłącznie na Hiszpanie...!

11

Dopełnienie formalności:

14 kwietnia 2009 r. FC Barcelona zremisowała na wyjeździe z Bayernem Monachium 1:1 w rewanżowym starciu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów. Bayern Monachium zremisował z Barçą, częściowo rekompensując druzgocącą porażkę w Hiszpanii w ubiegłym tygodniu, ale i tak odpadł z Ligi Mistrzów. Franck Ribery dał Bayernowi prowadzenie w 47. minucie ale Barça odpowiedziała strzałem Seydou Keity, który wyrównał w 73. minucie. Wydawało się, że Bayern będzie musiał dokonać cudu aby odrobić znaczną stratę 4-0 przed własną publicznością na Allianz Arenie, ale jak można było się spodziewać, dla klubu z Bundesligi okazało się to posunięciem zbyt wygórowanym. Bayern dokonał czterech zmian w składzie drużyny, która w zeszłym tygodniu poniosła porażkę w Hiszpanii. Lucio i Philipp Lahm wzmocnili obronę, zastępując Breno i Massimo Oddo, podczas gdy Jose Ernesto Sosa wszedł na skrzydło za Hamita Altintopa a Andreas Ottl zastąpił Bastiana Schweinsteigera. Blaugrana straciła Thierry'ego Henry'ego z powodu gorączki a Keita dostał zielone światło. Eric Abidal zastąpił zawieszonego Rafaela Marqueza. Jeśli Bayern chciał wygrać mecz, musiał szybko strzelić bramkę i miał ku temu okazję w szóstej minucie, kiedy Sosa ograł Abidala i dośrodkował ale Luca Toni z ośmiu metrów nieprzekonująco przestrzelił. Minutę później Toni umieścił piłkę w siatce ale chorągiewka sędziego liniowego była już dawno podniesiona, uniemożliwiając mu zdobycie gola. Następnie reprezentant Włoch podał piłkę do Francka Ribery'ego, którego strzał z krawędzi pola karnego przeleciał tuż nad poprzeczką, dając gospodarzom dobry początek meczu. Barça potrzebowała czasu, aby wejść w mecz ale ich pierwsza fala presji zbiegła się z kilkoma atakami Messiego. W 34. minucie podał do Samuela Eto'o ale strzał kameruńskiego piłkarza został zablokowany przez Lucio. Następnie Daniel Alves strzelił nad poprzeczkę a następnie Martin Demichelis wykonał decydujący wślizg, uniemożliwiając Messiemu zdobycie gola. Bayern skutecznie przetrwał pierwszą burzę i wrócił na drugą stronę boiska, gdzie Toni po dośrodkowaniu Van Bommela posłał piłkę wysoko nad poprzeczką.

Gospodarze objęli prowadzenie już dwie minuty po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy Ze Roberto podał piłkę pod nogi Ribery'ego, który przerzucił piłkę na prawą nogę i strzelił wysoko w bramkę Victora Valdesa. Mimo że ich ogólna przewaga została ledwie zniweczona przez gola, duma Barcelony była wciąż zagrożona i piłkarze pokazali tego wieczoru, że nie chcą dać się pokonać. Sędzia Roberto Rosetti odrzucił wniosek o rzut karny, gdy Mark van Bommel siłą woli sprowadził Andresa Iniestę na ziemię. Umiejętna wymiana podań doprowadziła do wyrównania przez Barçe w 73. minucie, kiedy to ich sprytne dotknięcie piłki rozbiło obronę Bayernu a Keita wykończył akcję z 25 metrów. Iniesta, Eto'o i Xavi Hernandez wspólnie dali Keicie szansę na rozstrzygnięcie meczu i zapewnienie podopiecznym Pepa Guardioli półfinałowego dwumeczu z Chelsea.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?