FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Safrani Skąd masz pewność że już nie w tym awansują?
1
@tadzik447 Naturalnie że jest komu kibicować w Polsce. Ja na przykład kibicuje Widzewowi a ponadto sympatyzuje z "Kolejorzem" i "Niebieskimi"
0
@tadzik447 To też prawda! I co w w związku z tym...?
1
@Safrani To prawda, zgadza się, więc życzmy temu klubowi wszystkiego najlepszego i rychłego powrótu do Ekstraklasy!
11
Czy wiemy że…
20 kwietnia 1923 r. PZPN został przyjęty do rodziny FIFA (Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej). Wydarzenie to oznaczało, że piłkarska reprezentacja Polski miała prawo występować na wszelkich imprezach mistrzowskich organizowanych przez FIFA.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Kiedy Real Sociedad był blisko finału Pucharu Europy:
Sezon 1982-1983 był historyczny dla Realu Sociedad. Txuri-Urdin przeżywali złoty wiek, zdobywając mistrzostwo ligi dwa lata z rzędu. Ten sukces zapewnił im miejsce w Pucharze Europy, gdzie minimalnie ominął finał. W pierwszej rundzie Real Sociedad pokonał islandzki Vikingur łącznym wynikiem 4:2. Warto zauważyć, że w tamtym czasie rozgrywki od początku rozgrywały się w dwumeczach. Bramki dla drużyny z San Sebastián zdobyli Satrustegui i Uralde, którzy zdobyli po dwa gole. Kolejny przeciwnik był trudniejszy: historyczny Celtic Glasgow. Na Atotxa Real Sociedad odniósł solidne zwycięstwo 2:0, ponownie po golach Satrústegui i Uralde . W rewanżu, rozegranym w Szkocji, gospodarze triumfowali 2:1. Kolejny gol Uralde okazał się kluczowy dla awansu do kolejnej rundy. W ćwierćfinale musieli udać się do Portugalii, aby zmierzyć się ze Sportingiem CP. Baskowie ponieśli minimalną porażkę (1:0). Musieli odrobić straty na Atotxa. Real Sociedad, dopingowany przez własną publiczność, wygrał 2:0 dzięki bramkom Larrañagi i Jose Mari Bakero . Real Sociedad awansował do półfinału. Wtedy do gry wkroczył niemiecki Hamburg. W pierwszym meczu, rozegranym w San Sebastián 6 kwietnia 1983 roku, wynik brzmiał 1:1. Rolf dał Niemcom prowadzenie w 58. minucie, ale gospodarze wyrównali po golu Gajate w 73. minucie. Mając jeszcze wszystko do rozegrania Real Sociedad udał się do Niemiec. Wszystko było przeciwko nim, ponieważ oprócz niekorzystnego wyniku z powodu zasady bramek na wyjeździe, drużynie Txuri-Urdin brakowało kluczowych zawodników: środkowych obrońców Gajate i Kontabarrii a także Zamory (rozgrywającego drużyny) i Satrústeguiego, swojego najskuteczniejszego strzelca. Mimo wszystko drużyna San Sebastián walczyła zaciekle z fizycznie silniejszym przeciwnikiem. Do przerwy wynik pozostał 0:0. To właśnie wtedy doszło do incydentu, który wkrótce potem mógł okazać się decydujący. Jeden z liniowych doznał kontuzji i musiał zostać zmieniony. Wszystkie gole padły w drugiej połowie. W 75. minucie Jacobs wyprowadził Hamburg na prowadzenie, ale Real Sociedad szybko zareagował i wyrównał bramką Diego Álvareza w 80. minucie. Potem nastąpiła akcja, która przesądziła o losach meczu. Po rzucie rożnym dla gospodarzy, po kilku dobitkach, Von Heesen strzelił gola na 2:1, który ostatecznie okazał się decydujący. Chociaż nie ma wyraźnego zapisu wideo, wygląda na to, że niemiecki zawodnik umieścił piłkę w siatce Arconady, będąc na pozycji spalonej. Rezerwowy sędzia liniowy nie widział tego w ten sposób, przez co Real Sociedad był o krok od gry w finale Pucharu Europy. Jedynym pocieszeniem dla tego historycznego pokolenia piłkarzy jest fakt, że ich rywal, Hamburg, ostatecznie został mistrzem tej edycji.
@Szalik
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
13
Kareta i hattrick asyst Luisa Suareza:
Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona przerwała serię porażek z Deportivo, odnosząc miażdżące zwycięstwo 8:0 na „El Riazor”, utrzymując prowadzenie w tabeli (79 punktów) na cztery kolejki przed końcem La Liga. Blaugrana przerwała serię jednego remisu i trzech porażek z rzędu w czterech poprzednich meczach. Wybitny występ Luisa Suáreza wyróżnił się zdobywając cztery gole i zaliczając trzy asysty dla Rakiticia, Neymara i Messiego, który również błyszczał, asystując przy dwóch z czterech goli Urugwajczyka. Suárez zbliża się do trofeum Pichichi(31) Ronaldo, zdobywając 30 goli w 34 meczach. Podopiecznym Luisa Enrique pozostały już tylko cztery mecze do zdobycia tytułu mistrzowskiego, ale aby tego dokonać, muszą zachować zimną krew w meczach ze Sportingiem (u siebie), Betisem (na wyjeździe), Espanyolem (u siebie) i Granadą (na wyjeździe). Deportivo rozpoczęło mecz defensywnie, rozstawiając się na własnym polu karnym, jakby już wygrali i bronili prowadzenia w doliczonym czasie gry. Ta sytuacja była korzystna dla Barcelony, która desperacko potrzebowała goli, aby wyjść z dołka. Blaugrana stworzyła swoją pierwszą szansę już po sześciu minutach, po podaniu Iniesty do Suáreza, ale napastnik nie był czujny przed bramką i posłał strzał w boczną siatkę; to było pierwsze ostrzeżenie. Messi dał im drugie ostrzeżenie po dziesięciu minutach, strzałem, który Manu z trudem wybił na rzut rożny. Po tym rzucie rożnym padł pierwszy gol w meczu. Rakitić dośrodkował piłkę na bliższy słupek, gdzie Luis Suárez tym razem nie mógł spudłować. Urugwajczyk otrząsnął się z potknięcia Sidneia i z łatwością umieścił piłkę w siatce (0:1, 11. minuta). Obrońca Deportivo domagał się faulu, ale sędzia De Burgos Bengoetxea go nie zauważył. Galicyjczycy zaczęli stwarzać większe zagrożenie po stracie gola i Celso Borges miał dwie niemal następujące po sobie okazje na wyrównanie, ale brak skuteczności Kostarykańczyka i celność Bravo uniemożliwiły reakcję.
A jeśli jest coś, co wiedzą mniejsze zespoły, to to, że jeśli będą wyrozumiałe w starciu z większymi drużynami, ich szanse na osiągnięcie czegokolwiek pozytywnego znacznie się zmniejszą. Dokładnie tak się stało. Luis Suárez strzelił kolejnego gola po wspaniałym podaniu Messiego z pierwszej piłki. Argentyńczyk jednym dotknięciem podał piłkę między środkowymi obrońcami Deportivo, co dało Urugwajczykowi szansę na zdobycie gola, który perfekcyjnie pokonał nadbiegającego Manu(0:2, 24. minuta). Przed udaniem się do szatni Luis Suarez mógł przypieczętować zwycięstwo i zapewnić sobie zwycięstwo trzema punktami, ale nie potrafił dosięgnąć zdrową nogą świetnego podania Alvesa w kierunku bliższego słupka. Barcelona przypieczętowała zwycięstwo już na początku drugiej połowy. W pierwszym ataku w drugiej połowie Luis Suárez popisał się swoimi umiejętnościami rozgrywania akcji, posyłając wspaniałe podanie do Rakiticia, który zaskoczył obronę, zdobywając trzeciego gola tego popołudnia (0:3, 47. minuta). Siedem minut później Barcelona ponownie zaatakowała, zdobywając trzeciego gola Suáreza, kolejnego prostopadłego podania Messiego między środkowymi obrońcami (0:4, 52. minuta). Deportivo kontynuowało poszukiwania bramki dla Bravo, ale to Barcelona, a konkretnie zawodnik wieczoru, Luis Suárez, nieustannie atakowała. Były napastnik Liverpoolu strzelił piątego gola, czwartego w meczu, po znakomitej asyście Neymara w kontrataku (0:5, 64. minuta). Ale Urugwajczyk jest też hojny i chciał podzielić się serią strzelecką na Riazor z Messim i Neymarem, dwoma pozostałymi członkami zabójczego trio „MSN”. Suárez asystował Messiemu na 6:0 w 73. minucie. Zanim odwdzięczył się Neymarowi, Bartra strzelił pięknego gola w 79. minucie, podwyższając wynik na 7:0. Następnie Brazylijczyk przypieczętował pogrom, dobijając piłkę do wspaniałego podania urugwajskiego napastnika (8:0 w 80. minucie). Kryzys Blaugrany zakończył się porażką 0-8 na wyjeździe z Riazor, przynajmniej do następnego meczu ligowego w ten weekend ze Sportingiem, którego będą gościć na Camp Nou.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@papikkuchta To raczej sędziowie wspólnie z Jose "rozczytali" ten mecz na swoją korzyść...
13
,,Zbrodnia w biały dzień”:
20 kwietnia 2010 r. FC Barcelona przegrała na San Siro 3:1 z Interem Mediolan w ramach pierwszego meczu półfinału Ligi Mistrzów. Kilka dni przed spotkaniem ruch lotniczy w Europie został sparaliżowany przez erupcje islandzkiego wulkanu. Blaugrana musiała zmienić swoje plany i udać się do Mediolanu autokarem, co odbiło się na jej formie fizycznej. Sporo kontrowersji wzbudziło sędziowanie trójki arbitrów z Portugalii, którzy popełnili błędy przy dwóch golach dla gospodarzy a w końcówce nie podyktowali ewidentnego karnego na Danim Alvesie. Jak ustaliła później prasa, arbiter główny Olegario Benquerença był dawnym wspólnikiem trenera Jose Mourinho, z którym miał prowadzić przed laty interesy w portugalskiej miejscowości Leira. To niesłychane w jaki sposób UEFA dobiera ,,bezstronnych sędziów”. Nie pierwszy i nie ostatni raz robią ,,nasz” klub w ciula! A najgorsze że do dzisiaj się to wcale nie zmieniło…
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Pierwsza oficjalna wizyta FC Barcelony w San Sebastián:
Oficjalne mecze Realu Sociedad i FC Barcelony na północy kraju sięgają 1919 roku, ponad wieku temu. To właśnie w niedzielę 20 kwietnia na „Atotxa” Barça rozstrzygnęła swój pierwszy poważny mecz z drużyną z San Sebastián, mecz, który przekroczył granice honoru i prestiżu: ćwierćfinał Pucharu Króla. Kilku zawodników z pierwszego składu wyróżnia się a nazwiska te przetrwały próbę czasu. Należą do nich Agustí Sancho, Emili Sagi-Barba i Paulino Alcántara. Pierwsza wizyta Blaugrany w San Sebastián rozpoczęła się w czwartek, 17 kwietnia, kiedy drużyna wyjechała pociągiem do Kraju Basków. Podróż była pełna przygód, naznaczona niepowodzeniami, w tym wykolejeniem pociągu na stacji „Etxarri Aranatz”. Mimo to drużyna dotarła do celu i odniosła pewne zwycięstwo 3:1, które w połączeniu z wygraną 6:0 w pierwszym meczu na stadionie Industria Street zapewniło Dumie Katalonii awans do półfinału. Pomimo straty gola Mariano Arrate, katalońska drużyna wyrównała wynik przed przerwą dzięki bramce Vicença Martíneza. W drugiej połowie Alcántara i Martínez ponownie zapewnili sobie zwycięstwo, które zarówno lokalna, jak i katalońska prasa uznała za sprawiedliwe. Zatem, według „La Voz de Guipúzcoa” Barça zasłużyła na zwycięstwo, ponieważ „wywalczyła zasłużone zwycięstwo, w uczciwej grze”, dodając, że „Katalończycy wygrali, ponieważ są lepszymi zawodnikami od naszych; wiedzą, jak grać lepiej. Ich linia ataku jest godna podziwu; dośrodkowują z wielką precyzją, a zawodnicy odbierający piłkę są zawsze dobrze ustawieni. Stąd ich niezaprzeczalna przewaga. Co więcej, ich obrona jest znakomita. Barcelona to świetna drużyna, szybka, zdecydowana w kluczowych momentach, ambitna, ale nieuciekająca się do przemocy”. Na trybunach „El Pueblo Vasco” panowała jednomyślność: „Barcelona wygrała mecz, ponieważ jest drużyną o wiele lepszą od naszej i zagrała godnie podziwu. Ich linia ataku jest nie do pobicia. Nie można chcieć więcej a Sancho to pomocnik, który budzi respekt”. Dla „La Vanguardii” gra Blaugrany była „matematyczną kombinacją”.
Na „Estadio Atotxa” obecność kontyngentu katalońskich żołnierzy z Pułku Piechoty Sycylijskiej była godna uwagi. Mecz mogli obejrzeć dzięki kibicom FC Barcelony, którzy podróżowali z drużyną(zamożnym kibicom), którzy opłacili bilety dla żołnierzy. Sam klub również dołożył swoją cegiełkę, pokrywając część kosztów biletów. W Realu Sociedad Fernández, lewy pomocnik, nie prezentował się najlepiej, ponieważ w noc poprzedzającą mecz pełnił dyżur w koszarach. Następnie Barça zmierzyła się w półfinale z Sevillą. Wygrali oba mecze, oba rozgrywane w Madrycie (3:4 i 0:3), co pozwoliło na ograniczenie kosztów podróży obu drużyn. W finale, rozegranym 18 maja 1919 roku, również w Madrycie, drużyna Greenwella przegrała z Arenas de Getxo w dogrywce. Mecz zakończył się remisem 2:2 po regulaminowym czasie gry a Arenas strzelił trzy gole w dogrywce.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Szalik
10
@FCBparasiempre
Gdy w 1993 roku Diego Maradona przybył do Rosario, by reprezentować barwy miejscowego Newell’s Old Boys, rozentuzjazmowany dziennikarz z lokalnych mediów oznajmił, że jest szczęśliwy, iż klub z jego miasta pozyskał najlepszego piłkarza na świecie. W odpowiedzi Boski Diego miał stwierdzić, że najlepszy piłkarz globu już grał w Rosario i nazywał się Tomas Carlovich. Kogo miał na myśli Maradona? W latach 70-tych ubiegłego wieku w Anglii grał niejaki Robin Friday. Niepokorny Anglik był nazywany w swojej ojczyźnie najlepszym piłkarzem, którego nigdy nie widziało się na oczy. Tomas Felipe Carlovich ma w Argentynie tę samą opinię. Najlepszego zawodnika, którego grę rzadko kto miał okazję ujrzeć na własne oczy. Jednakże w odróżnieniu od swojego europejskiego odpowiednika, nie utopił kariery w morzu alkoholu i innych używek. Tomas Carlovich nie był też jednym z tych krnąbrnych chłopców. Autsajderów, którzy byli mądrzejsi od całego świata i wybrali złą drogę na szczyt. Owszem, ten syn jugosłowiańskiego imigranta przez całe życie chadzał własnymi ścieżkami, ale nie wynikało to ze zbyt wybujałego ego, czy konfliktowego charakteru tego chłopaka z biednych dzielnic Rosario. Wręcz przeciwnie. ,,El Trinche”(widły), jak nazywa się Carlovicha w ojczyźnie, był ekstremalnie nieśmiały. Nigdy nie pragnął sławy i celowo unikał furtek, które mogły mu otworzyć bramę do wielkiej kariery. Kochał tylko grę w piłkę i to była jedyna rzecz, na której mu zależało. Mimo to zdołał podbić serca kibiców we wszystkich klubach, w których występował. Idealnie wpisał się w rolę piłkarza, który jest bardziej bohaterem ludowych legend i barowych opowieści niż realnym boiskowym herosem. Szczególnie że nie zachowało się zbyt wiele namacalnych materiałów, które dokumentowałyby jego grę. Tę znamy jedynie z ustnych przekazów argentyńskich kibiców, które zapewne z czasem uległy licznym nadinterpretacjom i przekłamaniom. Argentyńczycy wiedzą jednak swoje. Wielu z nich, zapytanych o najlepszego piłkarza w historii swojej ojczyzny nie wskazałoby na Messiego ani Maradonę. Nie byłby to nawet Kempes czy Batistuta. Wymieniliby Tomasa Felipe Carlovicha, kolejny dowód na to, że w Kraju Tanga uwielbiają futbol przepełniony mistycyzmem i romantycznymi opowieściami.
Już samo ustalenie daty urodzin Tomasa Felipe Carlovicha nie jest łatwą sprawą. Co prawda angielska Wikipedia datuje ją na 20 kwietnia 1949 roku, lecz gdy wrzucimy personalia piłkarza w wyszukiwarkę, to ukazuje nam się 19 kwietnia 1946 roku. Natomiast Jonathan Wilson w swojej książce „Aniołowie o brudnych twarzach” celuje w rok 1948. Nie do końca jasne jest również pochodzenie przydomka piłkarza. Najczęściej można się natknąć na wyjaśnienie, jakoby pseudonim „El Trinche”(widły, widelec) był pochodną wyglądu chłopaka. Wysokiego młodzieńca, na dwóch szczupłych i długich nogach. Takiej etymologii swojej ksywy zaprzecza jednakże sam Carlovich. Jak już wspomniałem, w jego żyłach płynęła bałkańska krew. Ojciec(Mario Karlović) przybył do Ameryki Południowej z Chorwacji. Sam Tomas ma jeszcze sześciu braci. Młodzian od piętnastego roku życia reprezentował barwy Rosario Central. Występując w tym klubie, zdołał nawet zadebiutować w argentyńskiej ekstraklasie. Według jednej z anegdot, pewnego dnia Rosario miało jechać na mecz wyjazdowy do Buenos Aires, ale El Trinche przybył na zbiórkę zespołu sporo przed czasem. Gdy minął kwadrans, znudzony Carlovich stwierdził, że nie chce mu się dłużej czekać na resztę zespołu i wrócił do swojej dzielnicy, by pograć w piłkę ze znajomymi. Tak zakończył się jego epizod w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wkrótce zaczął grać w klubach z niższego szczebla. Nie był szybki, ale brak dynamiki nadrabiał bajeczną techniką. Jego popisowym numerem było zakładanie rywalom podwójnej siatki. Najpierw przodem a później tyłem. Wszystko po to, by zabawiać zgromadzoną publiczność. Legenda miejska głosi, że w kontrakcie miał przewidzianą premię za wykonanie tego tricku w czasie meczu. Musicie przyznać, że takie zagranie to dość zuchwały ruch, cechujący raczej graczy o olbrzymiej pewności siebie. Natomiast El Trinche był do tego stopnia nieśmiałym chłopakiem, że gdy trafiał do nowej drużyny, to początkowo przebierał się przed treningami w pomieszczeniu gospodarczym. Cóż, podobno Lionel Messi robił tak samo, gdy trafił do La Masii. Dodatkowo Carlovich był osobą mocno przywiązaną do swoich rodzinnych stron. Otwarcie przyznawał, że źle się czuje, kiedy zbyt długo przebywa z dala od domu rodzinnego. Uwielbiał spędzać czas, grając w piłkę z kolegami z sąsiedztwa, łowiąc ryby lub polując. O jego przywiązaniu do najbliższych niech świadczy fakt, że pewnego razu celowo złapał czerwoną kartkę, by móc jechać, złożyć życzenia swojej rodzicielce z okazji Dnia Matki. Chociaż z pochodzenia był Jugosłowianinem, to ciężko było doszukać się w nim cech charakterystycznych dla typowego Jugola. Ognisty temperament pokazywał jedynie na boisku. Inna z legend mówi, że gdy Carlovich kolejny raz został ukarany czerwonym kartonikiem, to publiczność ubłagała arbitra, by anulował karę i pozwolił im dalej podziwiać El Trinche w czasie gry.
Mecz, który utrwalił legendę Carlovicha, odbył się w kwietniu 1974 roku, kiedy to przygotowująca się do wyjazdu na mistrzostwa świata w RFN kadra narodowa pod wodzą Vladislao Capa miała rozegrać spotkanie kontrolne z reprezentacją miasta Rosario. El Trinche reprezentował wówczas barwy Central Cordoba, klubu, w którym rozegrał łącznie ponad 200 spotkań i grę w jego barwach określał najpiękniejszym wyborem, jakiego dokonał w swoim życiu. Był jedynym piłkarzem z tego zespołu, który został powołany do łączonej drużyny Rosario. Poza nim miasto miało reprezentować pięciu graczy Newell’s i pięciu z Rosario Central. Typowa zbieranina, która po raz pierwszy spotkała się na godzinę przed meczem i miała odegrać rolę chłopców do bicia dla argentyńskich kadrowiczów. Na murawę w biało-błękitnych trykotach wybiegli m.in. Carlos Babington, Rene Houseman czy Miguel Angel Brindisi. Sprawy przybrały jednak niespodziewanego obrotu. Już na początku spotkania El Trinche popisał się swoją popisową podwójną siatką, zakładając ją legendarnemu obrońcy Independiente Francisco Sa. Kadra narodowa nijak nie potrafiła sobie poradzić z szalejącym, długowłosym młodzieńcem, który przednio się bawił, co rusz ośmieszając kwiat ojczystej piłki nożnej. Do przerwy podopieczni Capa przegrywali 0-3 a poddenerwowany selekcjoner miał nakazać zdjęcie z boiska Carlovicha, by uniknąć dalszej kompromitacji. Ostatecznie mecz skończył się wygraną Rosario 3-1. Dzięki temu spotkaniu El Trinche przeszedł w świadomości miejscowych kibiców do legendy. Pomógł w tym zapewne fakt, że wspomniany sparing był jedynie relacjonowany w radiu. Nie zachowały się żadne materiały filmowe, które by zweryfikowały prawdziwość opowieści o nadludzkim występie bożyszcza ludu. Natomiast ta nadludzkość była zapewne cementowana przez lata w czasie pogawędek klasy robotniczej w barach czy rodzinnych spotkaniach przy grillowanej wołowinie. Sławetny występ Carlovicha nie zaowocował jego transferem do lepszego klubu. Przede wszystkim dlatego, że El Trinche nie pragnął trafić do świata wielkiej piłki. Gra na wysokim poziomie, pod presją oczekiwań kibiców pozbawiała go radości czerpanej z uprawiania futbolu. Kiedyś wypowiedział się w następujący sposób: ,,Kiedyś mieliśmy mnóstwo boisk a teraz nie ma ich prawie wcale. Wiecie, dlaczego tak lubiłem grać na ulicach? Bo człowiek, który wychodzi na murawę i widzi przed sobą 60 czy 100 tysięcy widzów, nie może cieszyć się grą. Po prostu nie może grać, w ogóle. Ci wszyscy ludzie na trybunach, ich oczekiwania, ich obelgi…”- Tomas Carlovich.
Mimo gry w niższych ligach, przed mistrzostwami świata w 1978 roku Cesar Luis Menotti pragnął przetestować Carlovicha w drużynie narodowej. El Trinche nie przyjechał jednak na konsultacje. Tłumaczył się tym, że udał się na ryby, rzeka wezbrała i nie miał jak powrócić na brzeg. Odmówił także Pelemu, który chciał ściągnąć Argentyńczyka do New York Cosmos. Na zawsze pozostał chłopakiem z ludu, symbolem radości czerpanej z ulicznej gry. Uosobieniem sloganu Against Modern Football. Może właśnie z tego powodu jego sława, jakby na przekór pragnieniom Carlovicha, wyprzedzała go aż tak bardzo? Może gdyby zdecydował się na grę dla Boca lub River Plate stałby się tylko jednym z wielu? Do jego nieformalnego fan klubu zaliczali się nie tylko Maradona czy Menotti. Jose Pekerman, były selekcjoner reprezentacji Argentyny oraz Kolumbii, powiedział kiedyś: ,,Był najpiękniej grającym chłopakiem, jakiego widziałem. Rozkochał w sobie wszystkich, którzy go widzieli.” Z Kolei Aldo Poy, reprezentacyjny napastnik, który także urodził się w Rosario, mówił: ,,To niepojęte, że on nigdy nie zagrał na najwyższym poziomie. Miał niezwykłe umiejętności techniczne. Nigdy nie widziałem takiego rozgrywającego jak on. Był trochę powolny, ale nadrabiał inteligencją.” Dziś określa się jego styl gry jako krzyżówkę Fernando Redondo z Juanem Romanem Riquelme. Po zakończeniu kariery Tomas Felipe Carlovich zmagał się z osteoporozą, która zaatakowała jego biodra. Kibice z Rosario zorganizowali dwa mecze charytatywne, w czasie ich trwania zbierali pieniądze na leczenie swojego idola, który po odwieszeniu butów na kołku pracował jako murarz. Podczas jednego z nich dziennikarz zapytał El Trinche, czy gdyby mógł przeżyć życie jeszcze raz to, czy coś by w nim zmienił. Wzruszony, były piłkarz odpowiedział łamiącym się głosem: ,,Nie, proszę pana, proszę mnie o to nie pytać. O nie, tylko nie to. Chciałem po prostu być z ludźmi, których kocham a wszyscy są tutaj w Rosario.” Jakiś czas temu w Hiszpanii wystawiono sztukę teatralną pod tytułem: „El Trinche, najlepszy piłkarz świata.” Ilu zawodników może się pochwalić tym, że historię ich życia ukazano na deskach teatru?
8
,,El Trinche” lepszy od ,,Boskiego El Diego”? Tak stwierdził sam „El Pelusa”! O kim mowa? a tego to już dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@MoralnyKarzel
@shaun
@Sysia11
2
@Adran360 Założe się że w żadnej polskiej telewizji nie bedzie transmisji tylko na internetach?
10
Cenny remis na Stadio Olimpico:
19 kwietnia 1975 r. reprezentacja Polski zremisowała bezbramkowo z Włochami na stadionie olimpijskim w Rzymie w ramach eliminacji Euro 1976. Jeśli dziś używamy określenia „grupa śmierci”, zwykle mamy na myśli to, że w wyniku losowania w eliminacjach lub finałach jakiegoś turnieju trafiło na siebie kilka mocnych drużyn. Jak jednak nazwać sytuację, gdy w rywalizacji o awans do mistrzostw Europy muszą się mierzyć aktualni wicemistrzowie świata, świeżo upieczeni brązowi medaliści mundialu i piłkarze z kraju, który wcześniej dwa razy sięgnął po Złotą Nike? Taka właśnie historia przydarzyła się w połowie lat 70-tych Holendrom, Włochom i biało-czerwonym. Z grupy piątej promocję mogła dostać tylko jedna z tych potęg a Polacy długo byli na dobrej drodze do sukcesu. Zaczęli kwalifikacje od dwóch zwycięstw nad Finlandią a w Rzymie nie dali się pokonać wielkiej Italii. W tym meczu w naszej kadrze pierwszy raz w historii zagrał piłkarz z zagranicznego klubu: Robert Gadocha był już wtedy zawodnikiem FC Nantes.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
El Clasico na remis:
19 kwietnia 2003 r. Real Madrid remisuje w 30. Kolejce Primera Division 1:1. Był to emocjonujący mecz na Bernabéu, który zakończył się remisem po golach Ronaldo (15') i Luisa Enrique (31'). Luis Enrique strzelił gola po dobitce Casillasa, dzieląc się punktami. Real Madryt miał 61 punktów a Barcelona 37, która przeżywała trudny okres, zajmując dwunaste miejsce w La Liga. W tym roku Real Madryt zdobył mistrzostwo Hiszpanii z 78 punktami a Barcelona zajęła szóste miejsce z 56 punktami. Najbardziej osobliwym aspektem tego meczu była sprzeczka, która wybuchła po tym, jak Zidane uderzył Puyola. Luis Enrique wściekle zaprotestował do sędziego a „Zizou” rzucił się na Asturyjczyka, uderzając go w twarz, co wywołało bójkę w derbach, która na szczęście nie przerodziła się w eskalację.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Przed nami ostra jazda, tak więc zapinamy pasy i oglądamy bezpośredni pojedynek o mistrzostwo Anglii!
Vamos The Cityzens!
12
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
19 kwietnia 1989 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe 2:1 CSKA Sofia w rewanżowym spotkaniu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola strzelił Lineker, po czym w drugiej połowie wyrównał Stoiczkow. Zwycięskiego gola zdobył Guillermo Amor na 9 minut przed końcem meczu. W pierwszym meczu na Camp Nou Blaugrana nie bez trudu wygrała 4:2. W tamtym dwumeczu w barwach CSKA błyszczał Christo Stoiczkow, który strzelił Katalończykom łącznie 3 gole. Trzeba również pamiętać iż był to pierwszy sezon Johana Cruijjfa w roli trenera Dumy Katalonii. Dodam jeszcze że zanim Barça dotarła do półfinału i finału tych rozgrywek, to niemal cudem przeszła w II rundzie ,,Kolejorza” pokonując go w dwumeczu dopiero po rzutach karnych(!) 5:4
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Blaugrana w europejskich pucharach:
19 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan drużyny Josep Maria Fuste.
Tryumfy Blaugrany w Copa del Rey:
19 kwietnia 1978 r. FC Barcelona po raz 16-ty w historii zdobyła Puchar Króla. W finale rozgrywanym na Santiago Bernabeu pokonała UD Las Palmas 3:1. Gole dla Barçy zdobyli: Rexach(9 minuta(rzut karny) i 27 minuta), oraz Asensi(14 minuta).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Debiuty legend:
19 kwietnia 1956 r. zadebiutował w barwach Blaugrany znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Debiut przypadł na towarzyskie spotkanie z Associação Atlética Portuguesa zakończone bezbramkowym remisem.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
@FCBparasiempre
Rivaldo Vitor Borba Ferreira urodził się 19 kwietnia 1972 r. w Jardim Paulista w pobliżu Recife. Stwierdzenie, że jak wiele brazylijskich legend musiał wychowywać się w trudnych warunkach, nie do końca jest zgodne z prawdą. Tak ciężko jak on miało bowiem niewielu z nich. Niedobór witamin w dzieciństwie naznaczył go na całe życie nienaturalnie wykrzywionymi nogami i sztuczną szczęką. Gdybym przyszedł na świat w Rio de Janeiro czy São Paulo, to wszystko byłoby łatwiejsze. Moje nogi do dziś nie są całkiem proste z powodu braku odpowiedniej diety, gdy byłem dzieckiem. Oprócz tego wszyscy moi przyjaciele mieli problemy z zębami. Prawda jest taka, że byliśmy niedożywieni, a piłka była dla mnie jedyną szansą na ucieczkę z tego piekła – wspominał. Za jedyny pozytyw tamtego otoczenia należy uznać sąsiedztwo plaży, gdzie młody Ribo każdego ranka sprzedawał turystom pamiątki. Wciąż jednak wierzył, że stanowi to jedynie wstęp do lepszego życia. W tych marzeniach wspierał chłopaka ojciec Romildo, który zdawał sobie sprawę, że kluczem do wyjścia z biedy siedmioosobowej rodziny jest piłkarski sukces jednego z jego trzech synów. Dlatego tuż po pracy Rivaldo robił to, co kochał najbardziej, żonglował i bawił się piłką. Ojciec przyszłego reprezentanta kraju nie doczekał jednak spełnienia swoich marzeń, gdyż zginął w wypadku samochodowym, w okresie, gdy jego potomek przybliżał się do debiutu w seniorskiej piłce. Był to wielki cios dla 16-letniego chłopca, który na ponad miesiąc porzucił futbol. Do porządku jednak doprowadziła go matka, przypominając jak wielkie nadzieje pokładał w nim Romildo. Wziął sobie te słowa mocno do serca, a miłość do ojca dodawała mu sił przez cała karierę. ,,Nigdy nie myślałem, że będę taki dobry. Gdy miałem dziesięć lat, zobaczyłem Zico w telewizji, ale nie sądziłem, że dojdę aż tak daleko. W końcu pochodziłem z północno-wschodniej Brazylii(większość legend tego kraju pochodzi z południowej części kraju). Tata zawsze był u mego boku – na ulicy, na plaży, wszędzie. To on pomógł mi stać się profesjonalistą i teraz zawsze gram dla niego” – opowiadał. Powrócił więc do treningów, a jego pierwszym klubem było Paulistano. Na stadion tego klubu musiał jednak iść ponad 15 kilometrów w jedną stronę, gdyż na bilet autobusowy nie było go stać. Mimo tych wyrzeczeń zarówno tam, jak i w dwóch następnych klubach nie postrzegano go jako przyszłą gwiazdę. ,,Kiedy grałem w Santa Cruz albo Mogi Mirim, powiedzieli mi, że nie jestem tym najlepszym. Nikt we mnie nie wierzył. Mówili, że inni będą wielkimi gwiazdami”. Sytuacja zaczęła się powoli zmieniać po transferze do Corinthians, gdzie trafił w wieku 19 lat. Można by rzec, że to w klubie z Sao Paulo rozpoczęła się jego profesjonalna kariera, gdyż to tam wreszcie zaczął zarabiać przyzwoite pieniądze oraz grać regularnie. Nie nosił jednak koszulki Timao zbyt długo i już po jednym sezonie zasilił szeregi lokalnego rywala, Palmeiras. Tam świętował swój pierwszy sukces, którym było mistrzostwo Brazylii. Dwukrotnie równie triumfował w mistrzostwach stanu Sao Paulo, gdzie wbił swojemu poprzedniemu klubowi trzy bramki. Pobyt w Verdão naznaczył zdobyciem 60 bramek w 87 meczach. Choć wciąż nie był uznawany za wielką gwiazdę w swojej ojczyźnie, to stawało się powoli jasne, że o Rivaldo wkrótce upomni się Europa. Jako pierwszy zainteresowanie przejawiał Werder Brema. Włodarze niemieckiego klubu nie byli jednak w stanie zapłacić oczekiwanej kwoty odstępnego za Brazylijczyka w wysokości pięciu milionów marek, co ostatecznie zakończyło temat transferu. Więcej szczęścia mieli przedstawiciele hiszpańskiego Deportivo La Coruña. Jeśli sympatycy Depor zastanawiali się, czy nowy nabytek zdoła spełnić ich oczekiwania, to lewonożny geniusz szybko pozbawił ich złudzeń. Choć największy sukces w historii tego klubu nastąpił tuż po jego odejściu, to zdaniem wielu okazał się najlepszym piłkarzem historii klubu. Imponujące 21 bramek w 41 meczach zapewniło klubowi z Galicji trzecie miejsce w tabeli La Liga, a Rivaldo prawdopodobnie po raz pierwszy w karierze znajdował się na ustach wszystkich. W Hiszpanii czuł się jak ryba w wodzie, bo raczej w żadnej topowej lidze tamtych lat zawodnicy ofensywni nie mieli takiej swobody w swoich poczynaniach. Dość szybko Deportivo stało się zbyt ciasne dla Brazylijczyka i po zaledwie jednym sezonie ponownie zmienił klub.
Nowym pracodawcą Rivaldo została FC Barcelona, która po sezonie 1996/1997 starała się znaleźć następcę innego geniusza rodem z Ameryki Południowej, Ronaldo. Nie da się ukryć, że zadanie to nie należało do najłatwiejszych, ale ówcześni włodarze Blaugrany nie po raz pierwszy udowodnili, że znają się na swojej robocie. Choć transfer ofensywnego pomocnika kosztował niemal 24 miliony euro, to okazał się niewątpliwie udaną inwestycją. Niektórzy zawodnicy po przyjściu do Barcelony muszą mierzyć się z presją, z jaką nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. Ja przybyłem do Barçy z małego klubiku, jakim przy Blaugranie jest Deportivo. Już na starcie musiałem udowodnić swoją wartość, więc po prostu koncentrowałem się na kontynuowaniu tego, co pokazywałem na boisku w koszulce Los Blanquiazules. Ronaldo odszedł do Interu, więc wszyscy zaczęli mnie z nim porównywać. Ja tego jednak nie chciałem, bo nie miałem zamiaru być jego kopią. Pragnąłem napisać w Barcelonie swoją własną historię – wspominał początek kariery w Katalonii. Z dzisiejszej perspektywy z całą pewnością możemy stwierdzić, iż reprezentant Brazylii osiągnął swój cel. Choć występując na pozycji ofensywnego pomocnika nie strzelał tyle, co Romário czy Ronaldo, to wielokrotnie potrafił odmienić oblicze meczu. Jednym ze spotkań, które najbardziej zapadło kibicom w pamięć, było rozegrane 17 czerwca 2001 r. starcie z Valencią. Była to ostatnia kolejka rozgrywek, a zawodnicy Barcelony potrzebowali zwycięstwa, żeby zakwalifikować się do eliminacji przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Największa gwiazda stanęła tamtego wieczoru na wysokości zadania i dwukrotnie wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. Rubén Baraja jednak nie zamierzał odpuścić. Na każde trafienie Brazylijczyka odpowiadał własnym. Późniejszego wyczynu rywala już jednak nie był w stanie powtórzyć. Chwilę przed końcowym gwizdkiem sędziego Rivaldo przyjął na klatkę piersiową piłkę zagraną przez Franka de Boera i następnie dzięki niesamowitemu uderzeniu przewrotką umieścił ją tuż przy słupku bramki strzeżonej przez Santiago Cañizaresa. Takich zagrań nie ćwiczy się na treningach. W takich chwilach trzeba polegać przede wszystkim na instynkcie. Widzisz nadlatującą piłkę i w mgnieniu oka uzmysławiasz sobie, że nadaje się ona do tego, żeby uderzyć ją w ściśle określony sposób. Zdobycie tego gola było niesamowitym uczuciem. Trafienie to było nie tylko najwyższej urody, ale miało też wielką wagę, gdyż dzięki niemu zakwalifikowaliśmy się do Ligi Mistrzów – wspominał tamto trafienie. Świetne występy nie pozostały niezauważone i wkrótce Rivaldo został obsypany szeregiem nagród indywidualnych. Najważniejszymi z nich była Złota Piłka France Football oraz nagroda Piłkarza Roku FIFA w 1999 r. To wszystko w połączeniu z obfitym dorobkiem trofeów drużynowych – Superpuchar Europy (1997), dwa mistrzostwa kraju (1998, 1999) oraz Puchar Króla (1998) – wydawało się zaledwie początkiem udanej kariery. W 2002 r. jednak opuścił Hiszpanię na rzecz Włoch. Powodem transferu do AC Milan był rzekomo konflikt z trenerem Louisem van Gaalem i brak zaangażowania. Decyzja ta okazała się fatalna w skutkach. Choć Rivaldo zdołał sięgnąć z nowym klubem po trofeum Ligi Mistrzów, to już do końca kariery nie nawizał do wielkiej formy z czasów gry w Barcelonie. Już po jednym sezonie w Mediolanie powrócił do rodzimego Cruzeiro, skąd dość szybko przeniósł się do Olympiakosu Pireus, gdzie udało mu się zatrzymać na kilka lat. Z greckim klubem zdobył trzy mistrzostwa i dwa krajowe puchary. Trzykrotnie wygrywał również plebiscyt na najlepszego piłkarza ligi. W końcu uznał jednak, że pora na kolejną zmianę klubu i na sezon związał się z AEK Ateny. Kolejny przystanek w karierze był jeszcze bardziej zaskakujący. Zawodnik z Jardim Paulista zasilił bowiem klub Bunyodkor Taszkent z Uzbekistanu. Tam miał spokojnie zarobić na piłkarską emeryturę, lecz ostatecznie sporo dołożył do tego interesu. ,,Właściciele klubu zaproponowali mi znakomitą umowę partnerską. Mój brazylijski klub, Mogi Mirim, miał wysyłać swoje największe piłkarskie talenty do Bunyodkoru. Otrzymałem zapłatę za pierwszy rok kontraktu, ale potem… już ani grosza. Tymczasem wkręciłem się w interes tak bardzo, że zacząłem inwestować w niego własne pieniądze. Skończyło się jednak na tym, że inni brazylijscy piłkarze musieli koczować u mnie w domu, bowiem klub nie płacił rachunków za hotele. Na dłuższą metę nie dało się funkcjonować w ten sposób, więc moja pula pieniędzy na ten biznes szybko się skończyła” – mówił. Po opuszczeniu Uzbekistanu zaliczył jeszcze kilka mniej lub bardziej udanych transferów, by 15 marca 2014 r. zakończyć karierę. Ze sportowej emerytury jednak na krótko powrócił, chcąc pomóc w trudnej sytuacji swojemu klubowi, Mogi Mirim EC.
Ciężko pisać o karierze Rivaldo bez wspomnienia o jego występach w narodowych barwach. Historia ta, choć piękna i naznaczona sukcesami, wpisała się niestety w trend, który świetnie podsumowuje całą jego karierę. Nigdy bowiem nie został należycie doceniony przez kibiców, którzy nieustannie go krytykowali. Działo się tak nawet po zwycięskim turnieju Copa América w 1999 r. i eliminacjach do mundialu w 2002 r., gdzie w obu przypadkach był najlepszym strzelcem rozgrywek. Szansą na zmianę tego stanu rzeczy wydawały się jedynie dobre występy na nadchodzących mistrzostwach świata. I świetną formą na azjatyckim turnieju z pewnością zdołał zaimponować. Brazylia dotarła do wielkiego finału, gdzie wygrała 2:0 z Niemcami, a Rivaldo zaliczył w tym turnieju pięć trafień. Lepszym dorobkiem mógł się jedynie pochwalić Ronaldo. Przegrany mundial to fatalne uczucie. W 1998 r. dotarliśmy do finału, ale do domu wróciliśmy bez Pucharu Świata. Brazylijczycy nie wybaczają takich rzeczy, gdyż tutaj liczy się tylko pierwsze miejsce. W innych krajach kibice będą celebrować zajęcie drugiej, trzeciej czy nawet czwartej pozycji, ale nie w Brazylii. Z tego właśnie powodu w 2002 r. każdy nasz mecz i trening poprzedzało wiele rozmów. Byliśmy zdeterminowani, żeby wygrać dla naszych rodzin i dla wszystkich Brazylijczyków. Wiele przeszliśmy i nie mieliśmy zamiaru znów cierpieć – wspominał azjatycki mundial. Świetne występy zapewniły pomocnikowi miejsce w najlepszej jedenastce turnieju, lecz jeśli liczył na zdobycie większego uznania w oczach rodaków, to szanse na osiągnięcie tego celu koncertowo zmarnował. Dziś bowiem bardziej od jego znakomitej gry pamięta się jego obrzydliwą symulkę, jaką zaprezentował w trakcie grupowego starcia z Turcją. Wspomniany incydent rozpoczął rzut rożny, który wykonać miał reprezentant Brazylii. Wówczas Hakan Ünsal kopnął piłkę w kierunku czekającego na nią w narożniku boiska zawodnika i trafił w jego kolano. Choć siła uderzenia nie wydawała się zbyt mocna, to Rivaldo padł teatralnie na murawę, trzymając się jednocześnie za twarz. Za swój wybryk Turek otrzymał czerwoną kartkę, a sam poszkodowany zebrał wiele krytycznych opinii. ,,Z jednej strony nie zrobiłbym tego ponownie, lecz z drugiej nie żałuję swojego zachowania. Ta symulka była pokłosiem tego, że turecki piłkarz kopnął we mnie piłkę. Tak się nie robi i należała mu się za to czerwona kartka. Nie twierdzę, że zachowałem się fair, ale to był mundial, a Turek chciał coś zmajstrować przeciwko mnie. Za takie błędy płaci się wysoką cenę” – tłumaczył. Nie powinniśmy jednak postrzegać kariery zawodnika w narodowych barwach jedynie przez pryzmat tego incydentu. Niewielu zawodników osiągnęło na tym polu więcej niż on, a sami Brazylijczycy do dziś nie są w stanie nawiązać do gry i sukcesów tamtej kadry. W tym miejscu musimy zadać sobie standardowe pytanie: czy zawodnik, który i tak osiągnął wszystko, o czym piłkarz może marzyć, mógł mieć jeszcze lepszą karierę? Nie wiemy i niestety nigdy się tego nie dowiemy. Być może po odejściu z Milanu zaczął rozmieniać swoją karierę na drobne, ale ciężko mieć do niego pretensje. Przygoda z piłką dała mu tak wiele, że nietrudno mi zrozumieć, dlaczego starał się ją kontynuować jak najdłużej. Miejmy nadzieje, że na długo pozostanie w naszej pamięci i swoją historią zainspiruje jeszcze niejednego chłopca do spełnienia najskrytszych marzeń.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Palmeiras
1x mistrzostwo Brazylii (1994)
FC Barcelona
2x mistrzostwo Hiszpanii (1998, 1999)
1x Superpuchar UEFA (1998)
1x Puchar Hiszpanii (1998)
AC Milan
1x Liga Mistrzów (2003)
1x Superpuchar UEFA (2004)
1x Puchar Włoch (2003)
Olympiakos Pireus
3x mistrzostwo Grecji (2005, 2006, 2007)
2x Puchar Grecji (2005, 2006)
Bunyodkor Taszkent
3x mistrzostwo Uzbekistanu (2008, 2009, 2010)
Sao Paulo FC
1x Copa Sudamericana (2012)
Reprezentacja:
1x Mistrzostwo Świata (2002)
1x Copa America (1999)
1x Puchar Konfederacji (1997)
Vicemistrzostwo świata (1998)
Osiągnięcia indywidualne:
Złota Piłka (1999)
Piłkarz Roku FIFA (1999)
2x Piłkarz Roku w Brazylii (1993, 1994)
Król strzelców Copa America (1999)
Król strzelców Ligi Mistrzów (2000)
Król strzelców ligi uzbeckiej (2009)
Najlepszy Piłkarz Copa America (1999)
Srebrny but mistrzostw świata (2002)
Piłkarz Roku Primera Division (1999)
FIFA 100
4x Obcokrajowiec Roku greckiej ligi (2005, 2006, 2007, 2008)
6
Feliz cumpleaños panie Rivaldo!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani
13
@FCBparasiempre
Jeden z trenerów FC Barcelony jest nie tylko wzorem do naśladowania dla świata piłki nożnej a nawet dla świata biznesu, ale także ikoną katalońskiego nacjonalizmu, który fantazjuje na temat rozpadu narodu hiszpańskiego. „Pep Guardiola jest filozofem” – oświadczył szwedzki napastnik Zlatan Ibrahimović przed swoim pełnym jadu odejściem z FC Barcelony, opisując swoją skomplikowaną relację z trenerem Blaugrany. Pomimo pejoratywnego tonu wypowiedzi(„filozof” jako synonim osoby o dziwacznych i pokrętnych poglądach), nie powinniśmy zapominać że Gustavo Bueno stwierdził na I Forum Félixa Martialaya że wszyscy jesteśmy filozofami, więc termin „filozof” należy traktować jedynie jako opis: Pep Guardiola jest filozofem o bardzo konkretnej filozofii (nikt nie jest filozofem w oderwaniu od kontekstu), którą musimy rozwikłać. 4 grudnia 2010 roku FC Barcelona grała w Pampelunie z Club Atlético Osasuna. Pomimo ostrzeżeń zalecających wcześniejszy wyjazd, trener Barçy nalegał, aby drużyna wyjechała w dniu meczu, co było trudne, ponieważ z powodu strajku kontrolerów ruchu lotniczego nie mogli polecieć samolotem, co zmusiło ich do połączenia podróży pociągiem i autobusem. W rezultacie jego drużyna dotarła na stadion z trzyminutowym opóźnieniem(20:00) i mecz mógł się rozpocząć dopiero 45 minut później. Zgodnie z regulaminem Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej, mecz, który FC Barcelona wygrała 3:0 bez większych problemów, mógł zostać zakwestionowany, ponieważ dopuszczalne jest jedynie półgodzinne opóźnienie rozpoczęcia meczu. Jednak ich przeciwnicy nie uznali tego za stosowne. Pomimo zwycięstwa, które potwierdziło, że FC Barcelona to kwintesencja hiszpańskiej drużyny, najlepsza drużyna na świecie ostatnich lat i ta, która gra najwspanialszą piłkę nożną, konferencja prasowa po meczu była istnym festiwalem narzekań Guardioli, z których niektóre wydawały się nie na czasie i odnosiły się do podróży na mecz. „Pochodzimy z małego kraju o nazwie Katalonia, który jest wysoko w hierarchii i mamy bardzo niewielki wpływ” – stwierdził trener Barcelony w komentarzu, o którym poinformowała agencja prasowa EFE. Chociaż sam Guardiola próbował się wycofać 7 grudnia 2010 roku, stwierdzając, że „nie zamierzałem, aby miało to wydźwięk polityczny”, ci, którzy śledzili intelektualną ścieżkę ikony Barcelony, wiedzą, że takie oświadczenia rzeczywiście miały intencje polityczne. Były one wyraźną narracją o byciu ofiarą, typową dla ideologii(katalońskiego separatyzmu), która uważa Katalonię za uciskaną przez rzekomo madryckocentryczny centralizm, sprawowany nad „peryferyjnymi” regionami hiszpańskiego narodu. Nie należy zapominać, że w zeszłym sezonie, na konferencji prasowej po meczu Ligi Mistrzów rozegranym w Kijowie na Ukrainie między Dynamem Kijów a FC Barceloną 10 grudnia 2009 roku, który zakończył się remisem 1:1, Guardiola stwierdził: „Jesteśmy krajem z własnym językiem”, po tym, jak ukraiński dziennikarz zapytał go o używanie przez trenera Barcelony języka katalońskiego na konferencjach prasowych. To stwierdzenie wyraża całą filozofię, niczym innym jak tą, którą głosił Johann Theophilus Fichte w swoich „Przemówieniach do narodu niemieckiego”(1807): że Niemcy, posiadające własną kulturę i język, mimo że nie utworzyły jeszcze państwa narodowego, powinny koniecznie nim się stać. Zgodnie z maksymą Fichtego, Katalonia, mimo że jest krajem „nie mającym dużego wpływu”, ponieważ „jest wysoko”, ma już własny język i kulturę, odmienne od hiszpańskich, i dlatego powinna stać się państwem niezależnym od Hiszpanii. Co ciekawe, ukraińscy dziennikarze, którzy przeżyli secesję swojego kraju od byłego Związku Radzieckiego, pochwalili „dowcip” Guardioli, ponieważ natychmiast potraktowali go jako argument na rzecz używania języka ukraińskiego zamiast rosyjskiego – wspólnego języka byłych republik radzieckich, znacznie ważniejszego ze względu na liczbę użytkowników. Idąc tym tokiem rozumowania, Ukraina również jest krajem z własnym językiem i kulturą, całkowicie odrębnym od Rosji, co w konsekwencji uzasadnia jej secesję. Jednakże, ponieważ język i kultura niemiecka były obecne również w innych częściach Europy, ideologia Fichtego o Państwie Kulturalnym implikowała aneksję( Anschluss ) innych państw, takich jak Austria czy Czechosłowacja, tak jak naziści przeprowadzili to w latach poprzedzających II wojnę światową. Zgodnie z tymi ideami, kataloński nacjonalizm zawsze dążył do utworzenia tzw. „krajów katalońskich”, które obejmują nie tylko Katalonię, ale całe śródziemnomorskie wybrzeże Hiszpanii, od Walencji i Balearów po Murcję, w tym Aragonię. Dążenie to jest promowane jako „imperializm kataloński” od czasów baz w Manresie z 1892 roku, proklamowanych przez Prata de la Ribę i Francisco Cambó, które dążyły do narzucenia języka katalońskiego w Katalonii, pomimo jego znikomego znaczenia w porównaniu z językiem uniwersalnym, takim jak hiszpański. Guardiola, jak już zauważyliśmy, rutynowo prowadzi konferencje prasowe po katalońsku, lekceważąc hiszpański.
Na stadionie FC Barcelony przed meczami często odbywają się demonstracje „Krajów Katalońskich”, co jest wyraźnym przejawem ich długo oczekiwanego „Anschlussu”, czyli oddzielenia Hiszpanii od reszty kraju, który chcą przejąć i przyznać niepodległemu narodowi katalońskiemu. Nie należy również zapominać o buczeniu króla Hiszpanii przez niektórych kibiców Barçy, zachęcanych przez katalońskie organizacje separatystyczne, podczas ważnych wydarzeń piłkarskich, takich jak finał Pucharu Króla w 2009 roku. Jeśli w zeszłym sezonie Guardiola podsumował swoją filozofię na konferencji prasowej w Kijowie, to ten sam sezon 2009-2010 naznaczony był bolesnymi insynuacjami pod adresem tego, co katalońscy separatyści nazywają „La Mesetą”(Mesetą Centralną), w tygodniach po jego wykluczeniu z klubu za kwestionowanie autorytetu sędziego Closa Gómeza podczas meczu Unión Deportiva Almería – FC Barcelona 6 marca 2010 roku, który zakończył się remisem 2:2. Insynuacje te wynikały z najgłębszej ideologii katalońskich separatystów, która wskazuje na niższość rasową Hiszpanów z „Mesety” jako oczywistą przyczynę upadku Hiszpanii w XIX wieku. „Rasa katalońska”(jak pisze profesor Francisco Caja w swojej książce o tym samym tytule, „La raza Catalana: El núcleo doctrinal del catalanismo” wydanej przez „Encuentro” w 2010 roku), uważana za bardziej „europejską”, miałaby być odpowiedzialna za zwycięstwo w Hiszpanii i jej ożywienie. Kataloński nacjonalista Pompeyo Gener stwierdził już w 1900 roku, że Katalończycy są „Aryjczykami” (w przeciwieństwie do tych z „La Meseta”, tych „po drugiej stronie Ebro”), a zatem to oni powinni przewodzić dekadenckiej Hiszpanii ze względu na przewagę tego, co uważali za niższą rasę płaskowyżu. Jednak katalońskie idee separatystyczne są tolerowane, a nawet akceptowane przez tych, którzy zawsze są najbardziej przeciwni FC Barcelonie. Tak jest w przypadku Alfredo Relaño, dyrektora gazety AS, który stale potępia istnienie tego, co nazywa „Villarato”, mając na myśli prezesa Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej, Ángela Maríę Villara, wspieranego przez dyrektorów Barcelony w celu utrzymania swojej władzy a w konsekwencji zapewnienia katalońskiej drużynie wyraźnych preferencji ze strony federacji i organów sędziowskich. Jednak Relaño, tak zdeterminowany, by potępić ten urojony spisek, chętnie przyjmuje katalońskie zasady separatystyczne i staje się ich wspólnikiem. Dlatego też w swoim artykule „Madryt i Barça, zawsze te dwie drużyny”, opublikowanym w czasopiśmie „AS” 30 grudnia 2010 r., stwierdza, że bezpośredni pojedynek Realu Madryt i FC Barcelony, w jaki przekształciła się First Division League, to „duopol, z pewnością, ale odzwierciedla on istotę tego kraju, z dwoma megamiastami, które reprezentują również dwa sposoby postrzegania państwa: centralistyczny lub federalistyczny”. Jak widać, Relaño w całości chłonął propagandę katalońskiego separatyzmu, który utożsamia Madryt z centralizmem i uciskiem reszty Hiszpanii, której piłkarskim odpowiednikiem byłby Real Madryt, „drużyna Franco”. Jednak Real Madryt nigdy nie był „drużyną Franco”(wystarczy spojrzeć na wyniki Copa del Generalísimo, aby zobaczyć, że jego zwycięzcami były właśnie dwie „peryferyjne” drużyny, Athletic Bilbao i FC Barcelona), ani klub nie bronił wyłącznie centralizmu ani istoty narodu hiszpańskiego. Dla przykładu, Sevilla FC była pierwszą drużyną, która umieściła hiszpańską flagę na plecach swoich koszulek, co na swój sposób naśladowała FC Barcelona, umieszczając katalońską flagę regionalną w tym samym miejscu na swojej koszulce. Wręcz przeciwnie, można stwierdzić, sądząc po buczeniu króla Hiszpanii i katalońskich demonstracjach separatystycznych na jego stadionie, że historycznie FC Barcelona była związana nie z tendencjami federalistycznymi, lecz separatystycznymi wobec narodu hiszpańskiego, co wyraża jej motto „Więcej niż klub”. Co ciekawe, to właśnie w erze demokratycznej Real Madryt odniósł swoje największe sukcesy ligowe: łącznie 15 tytułów mistrzowskich(z 31 w historii) od śmierci Franco, w porównaniu z 11 tytułami FC Barcelony. Również w erze demokratycznej, w wyniku rozwoju wspólnot autonomicznych Hiszpanii, Madryt przeszedł drogę od roli jedynie stolicy administracyjnej do pozycji motoru napędowego gospodarki Hiszpanii (rola ta wcześniej przypadała Katalonii), przyciągając kapitał ludzki i duże firmy uciekające przed zjawiskami tak ściśle związanymi z katalońskim separatyzmem, takimi jak immersja językowa i prześladowanie języka hiszpańskiego, wspólnego języka naszego narodu. Zatem musimy stwierdzić, że Pep Guardiola jest niewątpliwie filozofem. Ale, jak już powiedzieliśmy, filozofem z wyraźnym przymiotnikiem: kataloński filozof separatystyczny.
9
Kataloński filozof separatystyczny:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Ogorinho1974 Jaki ten świat mały a do tego nierzadko smutny...
8
@FCBparasiempre
18 kwietnia 2015 r., „Parque Alfredo Victor Viera; Racing-Nacional.
Życie przecieka nam przez miejsce, moje drogi, czas płynie, nie oglądając się za siebie i starzejemy się nie zdając sobie z tego sprawy aż robi się już za późno na prawie wszystko nie sądzisz? Nie patrz na mnie tak głupkowato, wiem że masz tylko 10 lat, wiem jestem twoim dziadkiem ale co mam zrobić, prawie 90 lat na karku, pomarszczony jak rodzynka, żółty jak stara fotografia, bliżej mi do martwych niż żywych, bliżej mi do miejsca, do którego odszedł Eduardo Galeno niż do tego stadionu, popatrz no, jestem taki stareńki że nie pamiętam kiedy przyszedłem tu ostatni raz, w latach 60. 70. czy 80-tych? Czy byłeś już wtedy na świecie? Kto to wie... My, ludzie jesteśmy nikim bez naszych wspomnień, słyszysz? Bez pamięci jesteśmy tylko kawałem starego mięsa... Ale czas nam je zżera i jedynie co możemy zrobić, to patrzeć jak znikają... Dasz wiarę że Eduardo Galeano kiedyś na mnie nasikał? Nigdy nie zapomnę jak zaczęły na mnie spadać kropelki a ja pomyślałem że jakiś gamoń rozlewa na mnie bo ja wiem, piwo albo wino albo jakiś napój orzeźwiający ale wtedy spadł na mnie ciepły śmierdzący strumień i kiedy spojrzałem w górę zobaczyłem na trybunie jego twarz, twarz małego Eduardo Galeano, nie wiem ile mógł mieć lat, na pewno był młodszy od ciebie, może cztery albo pięć, nie więcej, patrzył na mnie z wyrazem ulgi i strachu, wiesz? Nie mógł już wytrzymać i odlał się tam, gdzie stał i od tego sikania zaczęła się nasza przyjaźń, od tamtej pory nawiązałem znajomość z jego ojcem i wujem, dwoma wariatami, którzy przynosili małego na stadion już jako niemowlaka, owiniętego w koce, wyobraź to sobie... Wiesz że jego przodkowie byli w kierownictwie Trójkolorowych w jednym z najwspanialszych okresów w historii klubu? A ja przeżywałem wspaniałe okresy, uwierz mi, to jedyny pozytyw z prawie stuletniego życia... Pamiętam że jego wuj Conrado opowiadał mu historię z meczów, które w latach 40-tych przyniosły sławę takim piłkarzom jak obaj Anibale: Ciocca i Paz, o golach Atilio... O dokonaniach Santamarii, Ambroice'a, Rinaldo Martino w latach 50-tych. O wyczynach Ciengramosa, Mangi i Cubilli, dowodzącego drużyną marzeń w latach 60-tych. Ale nie myśl sobie że Eduardo był jednym z tych fantastycznych kibiców, którzy patrzą tylko na naszych, o nie, od najmłodszych lat zawsze powtarzał że ekscytował się golami Schiaffino i Abbadie, chociaż grali w Peñarolu, właśnie taki był, był żebrakiem pięknej gry, który pielgrzymował po trybunach w oczekiwaniu na jakąś ładną akcję, tylko tyle, rozumiesz? I nie żeby nie walczył o nasz herb, kiedy był mniej więcej w twoim wieku, musieliśmy go wyciągać z niejednej bijatyki... Bronił a to Luisa Artime, a to Rinaldo Martino... Kim są ci panowie? Może kiedyś ci o tym wszystkim opowiem, mój drogi... Dla ciebie to teraz tylko puste nazwiska... Ale dla takiego starca jak ja to nazwisko niosące mnóstwo wspomnień, momentów, goli, uścisków... Życia... „Historia człowieka, tak samo jak historia futbolu jest podróżą od przyjemności do obowiązków"- cóż za piękne słowa, prawda? Napisał je on, Eduardo Galeano… I ta przyjaźń, która zaczęła się od sikania, zakończy się teraz, kiedy sędzia gwizdnie i wszyscy zamilkniemy na minutę aby oddać mu hołd...
Gdyby nie chodziło o jego pożegnanie, nie przyszedłbym tutaj, na stadion Racingu, jaka szkoda że w tej kolejce nie gramy u siebie żeby pożegnać go na „Centenario” jak na to zasłużył, prawda? Nie znałeś go, jesteś jeszcze bardzo mały ale on widział cię parę razy. Jak ja się cieszyłem że jeden z naszych największych pisarzy poznał mojego pierwszego wnuka! Nawet sobie nie wyobrażasz... Zauważ że senatorowie z Szerokiego Frontu zaproponowali w poniedziałek żeby zwołać Zgromadzenie Ogólne w hołdzie dla mistrza pióra. Czytałeś list pożegnalny Nacionalu? Nie? To co z ciebie za kibic? Naprawdę jesteś moim wnukiem? Musisz go przeczytać, zrób to dla mnie. Jest zatytułowany „Żegnaj Trójkolorowy!". Przeczytaj go, klub napisał że Galeano był „człowiekiem silnie utożsamiającym się z ideologią" i „kontrowersyjnym", ale który pisarz tak naprawdę taki nie jest? Dzisiaj, mój drogi nawet ci, którzy się z nimi nie zgadzali zatrzymują się żeby oddać cześć jego pamięci, ta minuta ciszy nie będzie smutna tylko dla nas, lecz także dla wszystkich kibiców na świecie bo niewielu tak pięknie pisało o piłce i o Nacionalu, zwróć uwagę że kiedy musiał uciekać, śledził wszystkie mecze z Hiszpanii, wszystkie, wyobrażając sobie gole Moralesa... Jak pomyślę że już nigdy więcej nie zobaczę go na trybunach... „Do widzenia Trójkolorowy!", pożegnano się w liście... Patrz, wychodzą już piłkarze i sędziowie... Widzisz jak błyszczy piłka? Ile to już lat nie przychodzę na trybuny! Nie przeżywam tego momentu! Zapomniałem już o łaskotaniu w brzuchu, kiedy wszystko ma się za chwilę rozpocząć, kiedy wszystko jeszcze może się zdarzyć, ty też to czujesz? Tak? Mój wnuk! To jest najlepsze w futbolu, ten moment, zanim piłka zacznie się toczyć, chociaż dzisiaj będzie smutno, stadion pogrążony w ciszy, bez przyśpiewek kibiców, przypomina cmentarz... Zobacz, piłkarze ustawiają się już na obwodzie koła, Przygotuj się mój drogi na pożegnanie Wielkiego kibica, znakomitego pisarza, człowieka pióra... Przyjaciela, który odszedł i zostawił nam tę ciszę. Słyszysz ją? Posłuchaj dobrze tej ogłuszającej ciszy, bolesnej, rozdzierającej, posłuchaj tej pustej ciszy bez jego słów. Słyszysz ją? Słyszysz? Odszedł od nas Eduardo Galeano i teraz możemy tylko wstać, wstaję cały „Parque Alfredo Victor Viera” żeby pożegnać go w tej ciszy. Słyszysz ją? Słyszysz ją w środku? Żadnego kaszlnięcia, żadnego oddechu pośród tej ciszy, cały kraj płacze, cały świat oddaje hołd pisarzowi, który otworzył żyły Ameryki Łacińskiej i wydobył swój najlepszy atrament, człowiekowi, który zarabiał na chleb imając się najróżniejszych zajęć: był posłańcem, malarzem, robotnikiem w fabryce, stenotypistą, kasjerem w banku, grafikiem... Ale przede wszystkim świat żegna pisarza, który powiedział że futbol, nasz futbol był zwierciadłem świata; pisarza, któremu nie zadrżała ręka, kiedy wskazywał grzechy bogaczy, kiedy powiedział że pieniądze kupiły duszę futbolu, naszego futbolu... Zapamiętaj ten moment na zawsze drogi wnuku, zapamiętaj że dzisiaj graliśmy pierwszy mecz bez niego, bez Eduardo Galeano...
Miguel Angel Ortiz.
6
Minuta ciszy:
@Szalik
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
7
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 kwietnia 1954 r. w Opatowie urodził się Włodzimierz Mazur. Koledzy z boiska mówili, że był silny jak tur a uda miał jak ze stali. Obok Andrzeja Jarosika to największa legenda Zagłębia Sosnowiec. Przygodę z piłką rozpoczynał w Górniku Kazimierz. Wyróżniającego się młodego zawodnika zauważyło Zagłębie. Do klubu trafił jako 16-latek. Szybko poznano się na jego talencie i przepowiadano mu świetlną przyszłość. Mówiło się, że ma być następcą Jarosika. To był piłkarz kompletny. Jego technice też nic nie brakowało. Miał dobrą lewą i prawą nogę. Umiał się zastawić i uderzyć z daleka. Zgadzam się jednak z tym, że wyróżniał go niesamowity instynkt – mówił Jerzy Dworczyk, który w latach 70. grał razem z Mazurem w ataku. W krótkim czasie stał się ulubieńcem kibiców, którzy okrzyknęli go królem Sosnowca. Mimo sukcesów nie zadzierał nosa, nie wywyższał się. Był normalnym człowiekiem. Nigdy nie odmawiał znajomym w potrzebie. Nawet kiedy w sezonie 1976/77 został królem strzelców z 17 bramkami na koncie, to nadal potrafił wyjść na piwko ze starymi przyjaciółmi. Koledzy wspominali, że nawet jak trochę przesadził z piciem, to na drugi dzień niczego nie było po nim widać. Swoją grą przyciągał ludzi na stadion. To głównie jego chciano oglądać. Z Zagłębiem dwukrotnie świętował zdobycie pucharu Polski (1977 i 1978). W sumie dla klubu rozegrał 319 spotkań (282 w lidze) i strzelił 100 bramek (79 w lidze). Jego talent i umiejętności zostały dostrzeżone przez Jacka Gmocha, który dał mu szansę debiutu w reprezentacji 31 października 1976 w wygranym 5:0 meczu z Cyprem.
Zabrał go również na mistrzostwa świata do Argentyny. Zagrał tylko w jednym meczu z gospodarzami. Kiedy przegraliśmy 0:2, Gmoch rzucił w stronę ławki rezerwowych: Włodek, rozbieraj się. Dres zaczął rozbierać Włodek Lubański, ale trener szybko doprecyzował, że chodzi mu o Włodka Mazura. To on miał odmienić losy meczu. Nie odmienił. W pamięci kibiców zapisał się jednak rok później. W meczu z Holandią w ramach eliminacji do Euro 1980 Mazur wykonywał rzut karny. Napastnik Zagłębia położył bramkarza na ziemi i lekkim strzałem posłał piłkę w sam środek bramki. Po tamtym meczu odebrał talon na samochód. W 1983 r. wyjechał do Francji, gdzie grał dla Stade Rennais. Dwa lata później jednak wrócił do kraju i zagrał jeszcze kilka spotkań dla Zagłębia. Karierę kończył w Górniku Wojkowice. Jako zawodnik Zagłębia był wzorem dla młodszych kolegów, garnęli się do niego, podglądali, jak kopie piłkę i jak się zachowuje na boisku. Chciał być trenerem ale niestety dobrze zapowiadającą się kariera została przerwana. 1 grudnia 1988 r. wyszedł z domu, żeby zrobić zakupy. Upadł przed sklepem i już nigdy nie odzyskał przytomności. Zmarł w wieku 34 lat. Jest Patronem Akademii Zagłębia, w której trenuje blisko pół tysiąca młodych adeptów piłki nożnej. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 3 gole.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 No Chelsea pokrzyżowała a Bayern(?) to niby z jakiego powodu...
Że niby Bayern nie awansował do finału? bo nie pamietam już tego
13
Skromna ale jednak porażka:
18 kwietnia 2012 r. FC Barcelona przegrała w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów na Stamford Bridge z tamtejszą Chelsea 1:0. Smaczkiem konfrontacji w półfinałach było to że Roman Abramowicz czynił stałe podchody pod Pepa Guardiole. Wedle Guillema Balague latem 2011 r. proponował katalońskiemu trenerowi nawet 15 milionów euro rocznej pensji i czteroletni kontrakt. Zdając sobie sprawę że pieniądze to nie wszystko, nakłaniał też do podjęcia pracy w Londynie zaprzyjaźnionego z Pepem Bagiristaina, który w 2010 r. odszedł ze stanowiska dyrektora sportowego Barçy ale Guardiola oświadczył że gdy odejdzie z Barcelony, będzie chciał przez rok odpocząć od futbolu. Pierwszy mecz londyńczycy wygrali 1:0, co jednak nie zmieniło powszechnej opinii że zdecydowanym faworytem do awansu pozostaje Blaugrana. Ekipa Roberto di Matteo, który wciąż miał jedynie tymczasowy kontrakt, zagrała perfekcyjnie w obronie. Angielska prasa pisała nawet o linczu Katalończyków w Londynie, co było jednak grubą przesadą. Barça oddała 24 strzały a Chelsea jeden. Posiadający przygniatającą przewagę goście trafiali w słupek(Pedro) i w poprzeczke(Alexis Sanchez), Cole wybił piłke z linii bramkowej a Čech też musiał się kilka razy solidnie napracować. Di Matteo wykazał się jednak trenerskim nosem, nie zdejmując z boiska Drogby, który na początku meczu kilka razy cierpiał z bólu po starciach z defensorami Blaugrany i to właśnie on strzelił zwycięskiego gola. Guardiola zaszokował wszystkich na konferencji pomeczowej, mówiąc że niezależnie od wyniku rewanżu jego zespół już jest zwycięzcą tego sezonu…
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
14
Spektakularne gole ,,La Pulgi”:
18 kwietnia 2007 roku, Leo Messi zdobył niesamowitego gola podczas meczu Pucharu Króla z Getafe. Argentyńczyk otrzymał na własnej połowie piłke od Xaviego i przebiegł z nią pół boiska, ogrywając po drodze kilku rywali, mijając bramkarza i strzelając gola niemal do złudzenia przypominającego trafienie Diego Maradony przeciwko Anglii na Mundialu w Meksyku, nazwanego ,,golem stulecia”. Niestety ten piękny gol Messiego nie przyczynił się do wygrania trofeum, ponieważ w rewanżu Blaugrana przegrała z Getafe 4:0 i w efekcie odpadła z rozgrywek.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11