FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
W pogoni za historycznym mistrzostwem:
26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na „Estadio Montjuïc” w 14 kolejce Primera Division, umacniając się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid. Blaugrana już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem było pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii! Gole przeciwko Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz niemiecki prawy obrońca Emil Walter(47 m.).
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
0
@Bernard777 Specjalnie wszyscy polecieli na koniec świata żeby promować jakieś piwo? Bardzo dziwne...
0
@Bernard777 To jest wogóle prawdziwe zdjęcie!? Bo jestem potężnie zaskoczony że oni razem się spotkali... no właśnie gdzie, po co i na co???
2
@ranger3120 Był taki klub ale kruciutko! https://en.wikipedia.org/wiki/Club_Espa%C3%B1ol_de_Madrid
12
Wiekopomny triumf w Copa Del Rey:
26 maja 1910 roku FC Barcelona pokonała na „Estadio Tiro del Pichon” Espanyol de Madrid 3:2 w finale Pucharu Króla i po raz pierwszy w dziejach sięgnęła po ten puchar. Gole zdobywali: Charles Wallace, Carles Commamala i Jose Rodriguez dla Blaugrany oraz dwa Buylla dla Espanyolu. Ekipa Blaugrany wystawiła w tamtym finale następujący skład: Sola, Bru, Peris, Grau, Forns, Jose Rodriguez, bracia Wallace i Commamala a także Amechazurra, który był pierwszym zawodowym piłkarzem klubu. Po powrocie do Barcelony drużyna została powitana przez rozentuzjazmowany tłum, który zgromadził się na przystanku przy „Passeig de Gracia” żeby zobaczyć swoich mistrzów. Następnie piłkarze, szefowie klubu i władze miasta pojechali do „Cafe Torino” aby wygłosić tam tradycyjne przemowy i świętować zwycięstwo jak należy przy kieliszku wina. Wśród przybyłych na celebracje zwracała uwagę obecność najważniejszej osoby klubu, ówczesnego prezydenta Otto Gmelina, znanego jako „Wielki Otto” ze względu na potężną sylwetke.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@adi7adi8 A to szkoda że nie później troszke bo ja w robocie bede. Ale dzięki za informacje.
10
@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.
Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.
„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu) a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.
W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu; Górnik prowadził już do przerwy 3:0 a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.
7
Mecze, które wstrząsnęły światem:
@Safrani
@shaun
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No własnie kiedy i o której godzinie najbardziej mnie interesuje.......?
0
Z kim zagra nasza Igunia w drugiej rundzie French Open? Kiedy i o której godzinie? Może ktoś wie?
9
@FCBparasiempre
25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych goli”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny CA San Lorenzo del Almagro, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii. 18 kwietnia 1948 roku Isidro Lángara grał na stadionie „La Corredera” w León w meczu Pucharu Generalísimo, w którym jego drużyna, Real Oviedo, zmierzyła się z gospodarzami, Cultural y Deportiva Leonesa. Był to ostatni mecz prawdziwej legendy piłki nożnej, której postać została uratowana od zapomnienia przez różne media po zakończeniu sezonu 2010/11 i pobiciu rekordu Cristiano Ronaldo w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie La Liga. Ronaldo pobił rekord należący wcześniej do Zarry i Hugo Sáncheza, ale nie udało mu się tego samego dokonać, strzelając trzy gole(słynne „hat tricki” ) w trzech kolejnych meczach, wyczyn Lángary dokonał w 9., 10. i 11. kolejce sezonu 1934/35, strzelając odpowiednio trzy gole Atlético Madryt, trzy Valencii i cztery Espanyolowi. Mimo upływu czasu, Lángara ustanowił pewne rekordy, które nadal dobrze wytrzymują porównanie z obecnymi a niektóre z nich wydają się wręcz trudne do pobicia. Tamtego popołudnia, które ostatecznie oznaczało jego pożegnanie, było prawdziwym odzwierciedleniem tego, co robił przez całą swoją sportową karierę: strzelał gole, jako że był autorem 2 z 4 bramek zdobytych przez drużynę Oviedo a dwie kolejne spośród wielu, z których teraz, ponad sześćdziesiąt lat później, mogłyby być nie lada odkryciem dla młodych fanów, nieświadomych wyczynów piłkarzy z innych czasów, którzy dziś byliby medialnymi „gwiazdami”. Piłkarska historia Lángary rozpoczęła się pod koniec 1930 roku, kiedy to, za pośrednictwem ówczesnych „pośredników”, do dyrektorów Realu Oviedo dotarła wieść o młodym mężczyźnie z Tolosy, który zaczynał przyciągać uwagę lokalnej piłki nożnej niezwykłą siłą, z jaką uderzał piłkę. Zorganizowano dla niego proces w stolicy Księstwa, aby zweryfikować te twierdzenia. Ten chłopak, który, jak prawie wszyscy w tamtych czasach, łączył pracę z grą w piłkę nożną w swojej wiosce i okolicach, marząc od dzieciństwa o dorównaniu bohaterom z Antwerpii, nazywał się Isidro Lángara Galarraga i urodził się 15 maja 1912 roku w Pasajes Ancho (Guipúzcoa). Podróżując do Asturii, natychmiast udowodnił, że jego strzał jest przerażający. Jeden z bramkarzy niebieskiej drużyny powiedział, że uderzał z dużo większą siłą niż Félix Sesúmaga, ówczesny pierwowzór napastnika. Trener Oviedo, Irlandczyk Patricio O'Connell, potrzebował zaledwie kilku minut, aby zarekomendować jego zakontraktowanie, stwierdzając, że jest on „nieoszlifowanym diamentem ”. Lángara szybko spełnił pokładane w nim nadzieje; wręcz przeciwnie, 18-latek, który zadziwił wszystkich podczas próby, jaką przeszedł, zadebiutował oficjalnie zaledwie kilka dni później, robiąc to, co miał robić przez resztę swojego sportowego życia: strzelając gole. 7 grudnia 1930 roku rozgrywki Second Division rozpoczęły się meczem Realu Oviedo z Athletic Madryt, zakończonym wynikiem 4:1, po dwóch golach naszego bohatera. Jego pierwszy sezon zakończył się zdobyciem 15 bramek w 18 meczach ligowych w 2. lidze, pomimo nacisków ze strony dyrektorów, którzy naciskali na niego, aby nie grał na pozycji środkowego napastnika (pozycja zajmowana przez mieszkańca Wysp Kanaryjskich o nazwisku Álamo, dla którego wolał tę pozycję). Stało się tak wbrew opinii pana O'Connella, co było głównym powodem, dla którego Irlandczyk nie kontynuował trenowania drużyny w kolejnym sezonie. Pomimo odejścia O'Connella, zdrowy rozsądek wziął górę i w sezonie 1931/32, swoim pierwszym od początku, Lángara został środkowym napastnikiem drużyny, ugruntowując swoją pozycję, nawet na szczeblu krajowym. Oprócz strzelenia 22 bramek w 16 meczach ligowych (oraz wielu innych w Mistrzostwach Regionalnych i turnieju pucharowym), mając zaledwie 19 lat i grając tylko w Drugiej Lidze, zaliczył swój pierwszy występ w reprezentacji. Choć prawdą jest, że ówczesny zwyczaj włączenia lokalnego zawodnika do kadry mógł odegrać pewną rolę, biorąc pod uwagę, że Oviedo gościło jedyny mecz naszej reprezentacji w tym roku (24 kwietnia 1932), fakt, że trener José María Mateos wybrał Lángarę, gdy w drużynie Oviedo grali inni zawodnicy o większym talencie i większym nazwisku w świecie piłki nożnej (jak napastnicy Gallart i Galé, odpowiednio z Espanyolu i Realu Madryt), jest dobrym przykładem szumu, jaki rodowity Gipuzkoa już wzbudził swoją strzelecką wirtuozerią i przerażającymi strzałami, których obawiali się bramkarze drużyny przeciwnej. I oczywiście, strzelił gola w swoim debiucie w reprezentacji.
W tamtym sezonie drużyna z Oviedo była o krok od awansu do 1. ligi, co udało jej się osiągnąć dopiero w sezonie 1932/33, więc spodziewano się, że wpływ zawodnika z Lángara, który ponownie osiągnął więcej niż imponujące wyniki strzeleckie (24 gole w 18 rozegranych meczach ligowych), będzie znacznie większy. Jego nieobecność w reprezentacji w czterech meczach po debiucie, rozegranych między kwietniem a majem 1933 roku, na rzecz Elícegui (który, podobnie jak on, grał w drugiej lidze w Athletic Madryt), wywołała ożywioną debatę na temat tego, kto powinien zająć to miejsce w reprezentacji. We wrześniu 1933 roku zorganizowano nawet mecz towarzyski w Oviedo pomiędzy ich klubami, gdzie rywalizacja między Oviedo a Atlético Madryt zeszła na dalszy plan w starciu Lángary z Elícegui. Tego popołudnia padło osiem goli, a obaj zawodnicy byli jedynymi strzelcami, choć bilans bramkowy był daleki od równowagi: Lángara 7 - Elícegui 1. W Pierwszej Lidze, skuteczność Lángary w strzelaniu goli była niezwykła, przewyższając nawet oczekiwania. The Blues stworzyli potężną linię ataku, nazywaną „Electric ”, w której Casuco, Gallart, Herrerita i Emilín zapewniali doskonałe wsparcie, pozwalając napastnikowi osiągać znakomite wyniki. W sezonie 1933/34, oprócz strzelenia 24 goli w 8 meczach Mistrzostw Regionalnych i 9 w 6 meczach Pucharu, jego 27 bramek w 18 meczach ligowych Pierwszej Ligi zapewniło mu pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców. Z tak imponującymi statystykami, drzwi do reprezentacji narodowej praktycznie stanęły przed nim otworem, a pod wodzą Amadeo Garcíi Salazara, Lángara nie zawiódł w kluczowych meczach, które czekały Hiszpanię. W eliminacjach do Mistrzostw Świata 1934 we Włoszech, Hiszpania walczyła o miejsce z Portugalią: pierwszy mecz, rozegrany na hiszpańskiej ziemi (11 marca 1934 roku), zakończył się wynikiem 9:0 a Lángara strzelił pięć z tych bramek. W rewanżu, tydzień później, Hiszpania wygrała 2:1, a Lángara ponownie strzeliła obie bramki. Ten młody człowiek, który miał wkrótce skończyć 22 lata, miał szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej. Jednak Mussolini nagle przerwał passę Hiszpanii, a wraz z nią Isidro Lángary. Po debiucie na Mistrzostwach Świata 27 maja w Genui, gdzie Lángara strzeliła dwa gole i wygrała 3:1 z Brazylią, cztery dni później w meczu z Włochami we Florencji belgijski sędzia Baert gwałtownie przekreślił nadzieje hiszpańskiej drużyny, pomimo ich lepszej gry na boisku. Po remisie 1:1, szwajcarski sędzia Mercet przypieczętował zwycięstwo w powtórce, tym razem bez Lángary, który, podobnie jak jego koledzy z drużyny Zamora, Ciriaco, Fede, Lafuente, Iraragorri i Gorostiza, doznał kontuzji w poprzednim meczu, który przerodził się w zaciętą walkę, kończącą się skromnym zwycięstwem Włochów nad bohaterską reprezentacją Hiszpanii. Przyjęcie w Hiszpanii bohaterów, którzy ulegli naciskom Mussoliniego i zdobyli tytuł mistrza świata, było triumfalne, choć po tym, co się wydarzyło, nic nie było pocieszeniem. Następne sezony potwierdziły, że Lángara jest dwukrotnie najlepszym strzelcem hiszpańskiej pierwszej ligi (bronił koszulki trzeciego zawodnika Oviedo w obu ligach, dysponując prawdopodobnie najlepszą linią ataku w kraju) i niekwestionowanym zwycięzcą reprezentacji narodowej. W lipcu 1936 roku zawodnik z Lángara w szczytowym okresie swojej kariery zaprezentował liczby, które mówiły same za siebie. Średnia bramek we wszystkich oficjalnych rozgrywkach znacznie przekraczała jedną bramkę na mecz:
- W Mistrzostwach Regionalnych: 73 gole w 32 meczach.
- W Pucharze: 16 bramek w 15 meczach.
- W Drugiej Lidze: 61 bramek w 52 meczach. Więcej niż odpowiednio ratyfikowane na najwyższym szczeblu:
- Strzelił 81 goli w 61 meczach pierwszej ligi, w których wystąpił (pudłował tylko raz) w ciągu trzech sezonów, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem trzech mistrzostw.
- A w 12 występach w reprezentacji Hiszpanii (od 1934 roku zagrał we wszystkich meczach reprezentacji Hiszpanii, z wyjątkiem dogrywki z Włochami w ramach MŚ) strzelił nie mniej niż 17 goli.
Miał 24 lata a faszyzm ponownie stanął mu na drodze, tym razem z dużo większą siłą niż za pierwszym razem, kiedy uniemożliwił mu awans do półfinału mistrzostw świata z Hiszpanią: wybuch wojny domowej sparaliżował wszystkie rozgrywki krajowe i działalność hiszpańskiej drużyny, która nie mogła wyjechać na mistrzostwa świata w 1938 roku. W rzeczywistości Lángara nie mógł już powtórzyć udziału w mistrzostwach świata (następna II wojna światowa zawiesiła mistrzostwa świata do 1950 roku), ani nie zagrał już w reprezentacji Hiszpanii. Wraz z wybuchem wojny domowej, podobnie jak wielu innych, jego sytuacja zależała od miejsca, w którym się znajdował po wybuchu konfliktu. W rzeczywistości, będąc na terytorium republikańskim, początkowo oskarżono go o walkę z rewolucją 1934 roku (został powołany do wojska w Asturii), jednak po wyjaśnieniu sprawy dołączył do drużyny promowanej przez rząd baskijski, aby zebrać fundusze. Znalazł się w niespodziewanie powstałej sytuacji politycznej a ponieważ chciał tylko grać w piłkę nożną, planowana trasa po Francji wydawała się początkowo dobrym rozwiązaniem, licząc na szybkie rozwiązanie konfliktu. Później, gdy wojna nie zakończyła się tak szybko, jak niektórzy przewidywali, trasa została rozszerzona na całą Europę. Grali w Czechosłowacji, Polsce, Danii, ZSRR a nawet dotarli aż do Anglii, gdzie ostatecznie nie zagrali z przyczyn politycznych. W tej grupie piłkarzy, obok Langary, znajdowała się duża część ówczesnej reprezentacji Hiszpanii (Blasco, Pedro i Luis Regueiro, Zubieta, Muguerza, Cilaurren, Aedo, Areso,…), co sprawiało, że ich mecze były bardzo oczekiwane. W obliczu przedłużającej się wojny, której przebieg coraz bardziej wskazywał na zwycięstwo strony frankistowskiej, większość reprezentacji zdecydowała się na wyjazd do Meksyku, gdzie Kraj Basków miał w pełni zademonstrować swój potencjał a Lángara był jego gwiazdą, strzelając bramkę za bramką. Był w centrum uwagi drużyny, a jego sława przekroczyła Atlantyk. Wszyscy chcieli zobaczyć tego napastnika z przerażającym strzałem, którego but został zbadany przez sędziego po jednym z jego goli przeciwko ZSRR, będącym efektem jednego z jego potężnych uderzeń, zdumionego siłą strzału. Po zakończeniu wojny upragniony powrót do Hiszpanii okazał się niezwykle skomplikowany z powodu potencjalnych represji ze strony zwycięzców wobec tych, którzy zbiegiem okoliczności byli po przeciwnej stronie, nawet jeśli zajmowali się tylko piłką nożną. Lángara trafił następnie do argentyńskiej piłki nożnej, do San Lorenzo de Almagro, gdzie po raz kolejny od pierwszego dnia udowodnił swoją skuteczność. 21 maja 1939 roku zmęczony Isidro Lángara, który krótko wcześniej przybył do portu po długiej podróży, zadebiutował na starym stadionie Gasómetro w meczu San Lorenzo z River Plate, strzelając aż cztery gole, wszystkie w pierwszej połowie w nieco ponad pół godziny. „Cyklon Boedo” wygrał 4:2 a nowy napastnik, którego pojawienie się na boisku wywołało nieco komiczne, ale i niepokojące wrażenie ze względu na zły stan fizyczny po podróży, natychmiast podbił serca kibiców San Lorenzo. Wśród osób, które oglądały debiut na trybunach Gasómetro, był młody kibic River Plate, który wiele lat później wyrównał rekord najskuteczniejszego strzelca w najważniejszych ligach trzech różnych krajów: Alfredo Di Stéfano. Po strzeleniu 35 bramek w pierwszym sezonie ligowym, do którego dołączył późno i bez formy, Lángara stał się gwiazdą brazylijskiej trasy San Lorenzo, która trwała od grudnia 1939 do stycznia 1940 roku. Argentyńczycy pokonali takie drużyny jak Flamengo, Botafogo i Vasco da Gama. Stworzono nawet drużynę łączoną z najlepszymi zawodnikami z każdego klubu, aby rzucić wyzwanie San Lorenzo, ale wynik był ten sam: dzięki spektakularnej grze Lángary, bramka za bramką, San Lorenzo wróciło do domu niepokonane. W kolejnym sezonie Lángara strzelił 34 gole i znalazł się na szczycie listy strzelców. Jego statystyki nieco spadły w kolejnych sezonach, co ukoronowało jego czteroletnią przygodę w lidze argentyńskiej ze 113 golami w 121 meczach (według danych z San Lorenzo Golden Book zebranych przez Manuela Sarmiento Birbę w jego książce „Yo Isidro Lángara” ). To tylko potwierdziło jego reputację świetnego strzelca, z jaką się tu pojawił. W 1943 roku pragnienie powrotu do Hiszpanii doprowadziło go do zakończenia kariery w Argentynie, choć różne okoliczności opóźniły jego powrót. Jego następnym przystankiem był Meksyk, gdzie był idolem po grze w reprezentacji Kraju Basków i gdzie rok wcześniej odbył tournée z San Lorenzo, strzelając 23 z 42 bramek drużyny w dziesięciu meczach. Wyjechał do Meksyku z zamiarem pożegnania się z przyjaciółmi przed powrotem do Hiszpanii, ale ostatecznie dołączył do Club España, gdzie grał przez trzy lata, strzelając 105 bramek w 80 meczach ligowych. Wolniejszy, bardziej techniczny styl gry bardzo mu odpowiadał, ponieważ jego imponująca budowa ciała zaczynała słabnąć. Zdobył również dwa kolejne tytuły króla strzelców ligi. W ten sposób udało mu się zostać królem strzelców lig w trzech różnych krajach (trzy razy w Hiszpanii, raz w Argentynie i dwa razy w Meksyku), czego dokonali po latach Di Stéfano (w Argentynie, Kolumbii i Hiszpanii) lub Romario (w Brazylii, Holandii i Hiszpanii). Pozycja Lángary była tak znacząca, że (jako anegdotę) wystarczy wspomnieć, że jego byli koledzy z Realu Oviedo opowiadali, jak pisali do niego listy, nie mając na kopercie innego adresu niż ISIDRO LÁNGARA (MEKSYK). I docierali do celu bez najmniejszego problemu! Mimo że miał 34 lata i nie był już tym samym zawodnikiem, który opuścił Hiszpanię dekadę wcześniej, Lángara w końcu wrócił do ojczyzny, by grać w sezonie 1946/47, strzelając imponujące 18 bramek w rozgrywkach ligowych, w których rozegrał 20 meczów. Było to dalekie od 34 bramek Zarry, ale zbliżone do wyników innych najlepszych strzelców tamtych czasów (przewyższyli go tylko Pruden z Realu Madryt z 25 bramkami, Méndez z Gijón i Calvo z Espanyolu z 19 bramkami). Został nawet powołany do reprezentacji Hiszpanii na mecz z Irlandią w Dublinie 2 marca 1947 roku, choć oglądał mecz z ławki rezerwowych; Zarra był wówczas niekwestionowanym podstawowym zawodnikiem.
Jego powrót do hiszpańskiej piłki nożnej był nie lada wydarzeniem. Choć powrót do Oviedo był, rzecz jasna, triumfalny, wzbudził on podobne zainteresowanie w miejscach, w których grał, niezależnie od kwestii politycznych. Cień Lángary ciążył nad drużyną Oviedo, a zastąpienie go stało się obsesją po wznowieniu rozgrywek po wojnie domowej. Po powrocie Lángary, The Blues mieli w składzie kwartet napastników najwyższej klasy: obok Lángary byli weteran Chas oraz młodzi Echevarría i Cabido. W rezultacie Chas i Cabido zostali wypożyczeni – pierwszy do Caudal de Mieres, a drugi do Deportivo de La Coruña. Lángara później zauważył, że nie ma sensu go sprowadzać z powrotem, skoro Echevarría był od niego lepszy. W sezonie 1947/48 jego udział był znacznie mniejszy (rozegrał zaledwie 9 meczów ligowych, w których zdobył jednak 5 bramek). W wieku 36 lat wrócił do Meksyku, gdzie próbował swoich sił jako trener w Puebli, jednak bez większych sukcesów. Pomimo nieuniknionych rozbieżności między źródłami, z dokładnością do kilku bramek, jego 322 gole w 291 meczach w czołowych ligach Hiszpanii, Argentyny i Meksyku w ciągu ponad dekady (z wyjątkiem wojny, kiedy był u szczytu formy) mówią same za siebie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nigdy nie grał w „dużych” klubach, przyzwyczajonych do zdobywania tytułów. Dla porównania, jego naturalny następca na pozycji środkowego napastnika w hiszpańskiej piłce nożnej, Telmo Zarra, strzelił 252 gole w 278 meczach ligowych. W ciągu dwóch sezonów w klubie Lángara przekroczył 100 goli (104) w hiszpańskiej Pierwszej Lidze, nie musząc grać w 100 meczach (rozegrał ich tylko 90). Można by argumentować, że kariera piłkarska Lángary, mimo że pełna znaczących sukcesów, nie osiągnęła szczytu, na jaki zasługiwała. Okoliczności burzliwej epoki, w której żył, nie sprzyjały jego sukcesom. Biorąc pod uwagę, że porównywanie różnych epok nie ma większego sensu i że nigdy nie dowiemy się, jak postacie z innych czasów sprawdziłyby się w dzisiejszej piłce nożnej, ani jak dzisiejsze postacie sprawdziłyby się w piłce nożnej dekady temu, fakt, że Lángara wciąż znajduje się w niektórych rankingach statystycznych, mimo że żył w tak odmiennych czasach pod każdym względem (media, brak nagród takich jak Złota Piłka czy Złoty But itd.), wyraźnie pokazuje, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych strzelców w historii piłki nożnej; jego liczby to potwierdzają.
6
Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Zbyszard No tyle tylko że na dzień dzisiejszy, tak jak to opisałem, nie jest mi aż tak bardzo potrzebny ten porządny internet, biorąc pod uwage że mam programy Canal+ plus pakiet Elevenów...
0
@Zbyszard W dzień jakoś nie tną ale od godziny powiedzmy 20-tej mocno tną i to nawet w jakości SD. Nie raz się mocno wkurwiałem i to wszystko wyłączałem w pizdu! Teraz mam to gdzieś! A internet mam do przeglądania i pisania o mojej pasjonującej historii futbolu...
15
@FCBparasiempre
Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea, wielka legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.
Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Juventus Turyn
1x Puchar Europy (1985)
1x Superpuchar UEFA (1984)
1x Puchar UEFA (1977)
1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)
1x Puchar Interkontynentalny (1985)
7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)
2x Puchar Włoch (1979, 1983)
Reprezentacja:
1x Mistrzostwo Świata (1982)
11
To był bardzo dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Wielkim grzechem byłoby o nim zapomnieć:
@Szalik
@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Zbyszard Wiesz co, ja to kompletnie sie na tym nie znam ale z tego speedtest.net pisze coś takiego: Pobierz Mbps 1.67 a po prawej stronie Prześlij Mb/s 7.46
A co to oznacza to nie mam bladego pojęcia?
14
Wybitne legendy futbolu:
25 maja 1953 r. w Chacabuco urodził się Daniel Passarella, środkowy obrońca; Mistrz Świata z 1978 i 1986(jako rezerwowy) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny. Fruwający „Gran Capitan”-tak go nazywano. Szybki i zwinny, był stoperem prawie nie do przejścia. Lecz prawdziwych cudów dokonywał w powietrzu. Nawet wyżsi o głowę rywale nie mieli tam cienia szans! W roku 1974 w Argentynie na Estadio Monumental miał się rozpocząć mecz na szczycie-słynne El Classico pomiędzy River Plate a Boca Juniors. Tymczasem w szatni River rozgrywała się scena, która do siebie siedzącego w kącie niewysokiego, szczupłego chłopaczka i zaszczycił go pytaniem, o jakim tylko marzyć mogłyby setki jego rówieśników: ,,Czy miałbyś odwagę zagrać tego wieczoru przeciwko Boca?’’ ,,Tak jeśli dopisze panu odwaga, by mnie wystawić’’-brzmiała zuchwała odpowiedź. Szatnia zamarła. Wszystkich poraził niebywały tupet smarkacza. Sam Rossi poczuł się lekko dotknięty ale przypomniał sobie siebie sprzed półwiecza i pomyślał że ten chłopak musi mieć charakter nie lada i osobowość niepowszednią. Nestor Rossi nie miał syna. I kiedy tak spoglądał na młodego zuchwalca, dostrzegł w jego wzroku hardość. I pokochał go właśnie od tego pierwszego wejrzenia miłościa niemal ojcowską. Podją decyzję: tak, sprawdzę go! I nie pomylił się. A tym chłopcem był Daniel Alberto Passarella, późniejszy mistrz świata, wielki kapitan reprezentacji, najlepszy argentyński obrońca wszechczasów! Daniel pierwsze kroki stawiał w amatorskim Argentino Chacabuco, marząc o karierze w którejś ze słynnych drużyn stołecznych. Jednak ojciec poradził mu by wcześniej przetarł szlaki na nieco skromniejszym poziomie. I tak w wieku 18 lat trafił do trzecioligowego Sarmiento Junin, gdzie grał do 1973 roku. Tam właśnie wypatrzyli go wszędobylscy szperacze River Plate. Oficjalny debiut ligowy Passarelli nastąpił 14 kwietnia 1974 roku w wyjazdowym meczu z Rosario Central, przegranym 0-1. Niebawem nastąpiła w River zmiana trenera. Funkcję obją Angel Labruna, podobnie jak Rossi jedna z legend klubu i argentyńskiej piłki. Początkowo nie doceniał on Passarelli wystawiając go na lewej obronie, gdyż etatową parę stoperów stanowili Perfumo i Artico. Dopiero kontuzja jednego z nich otworzyła prowincjuszowi drogę do pełnej kariery. Daniel robił ogromne postępy. Zwrócił na niego uwagę kolejny wybitny trener-Cesar Luis Menotti powołując go do młodzieżowej drużyny na turniej w Tulonie w 1975r. Argentyna wygrała tę imprezę a rej wodzili w niej Passarella,Tarantini, Gallego,Trobbiani,Valencia i Valdano; jak się niebawem okazało przyszli mistrzowie świata. Passarella zadebiutował w reprezentacji w zwycięskim meczu z ZSRR 1-0 w Kijowie. Menotti wiedział że ma w ręku prawdziwy skarb. W 1978 Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, zaś do pierwszego takiego tryumfu w historii poprowadził ją właśnie Passarella-najlepszy obrońca turnieju, kapitan zespołu i jego absolutny lider. To wtedy zrodził się ów przydomek: ,,Gran Capitan’’ czyli Wielki Kapitan. Był natchnieniem drużyny, jej moralną ostoją i niekwestionowanym przywódcą. Wszyscy nawet Kempes i Ardiles jego polecenia wykonywali bez szemrania. To on w momentach trudnych krzepił ducha, podnosił morale i zagrzewał do walki. Przy wzroście zaledwie 173 cm odznaczał się niepospolitą siłą i stalową twardością. Brzmi to niewiarygodnie ale nigdy nie przegrał z nikim pojedynku główkowego! Przed nim tak sprężyście skakali chyba tylko dwaj inni fenomenalni zawodnicy-paragwajczyk Erico oraz węgier Kocsis. Daniel nie tylko niezawodnie bronił ale równie skutecznie atakował. Oprócz zabójczych główek dysponował potwornie silnym uderzeniem z obu nóg. Bezbłędnie wykonywał rzuty karne i wolne ale strzelał też przy każdej okazji nieraz z 30-40 metrów a i tak piłka wyłamywała bramkarzowi ręce! Dla River w 258 spotkaniach zdobył 99 goli co stanowi niepobity rekord wszechczasów! W barwach tego klubu był pięciokrotnym mistrzem kraju. W 1982r. Za kwotę 2,5 mln dolarów przeniósł się do włoskiej Fiorentiny, w której rozegrał 109 spotkań strzelając 22 gole. Natomiast w 1986r. zawitał do mediolańskiego Interu(44 spotkania i 9 goli). W 1988r.wrócił na stare śmieci do River i tam zakończył swoją karierę piłkarza.
W reprezentacji rozegrał 77 spotkań zdobywając w niej 22 gole. W 1982r. Argentyna nie zdołała obronić tytułu ponieważ odpadła w ćwiećfinale mimo iż Passarella grał dobrze na tym turnieju zdobywając nawet 2 gole. W 1986r. mógł zostać podwójnym mistrzem świata. Nowy trener Carlos Bilardo widział go w wyjściowym składzie ale w Meksyku stoper rozchorował się i nie mógł wystąpić w żadnym meczu. Przestał też być kapitanem ponieważ Bilardo przyznał tę funkcję Maradonie i nie wpłyneło to najlepiej na wzajemne relacje obu piłkarzy. W roku 1989 Passarella został trenerem River Plate, którego poprowadził do sukcesów m.i. do pięciokrotnego mistrzostwa Argentyny. W 1994 powierzono mu już reprezentację Argentyny a rok później wygrał igrzyska panamerykańskie i wszystko zdawało się iść jak po maśle lecz raptem w wypadku zginął jego syn Sebastian i tragedia ta odcisneła piętno na psychice Daniela. Stał się jeszcze bardziej nieprzejednany i zacięty aż w końcu zamknął się w sobie. Zawodników traktował szorstko, wprowadził nerwową atmosferę i swojego najlepszego gracza, pomocnika Redondo wyrzucił z kadry za noszenie zbyt długich włosów. Na mistrzostwach świata w 1998r. doszła ledwie do ćwiercfinału choć uchodziła za faworyta czego efektem była rezygnacja Passarelli jako selekcjonera. Potem układało się różnie. Z reprezentacją Urugwaju nie odniósł sukcesów, podobnie jak z brazylijskim Corinthians czy włoską Parmą ale z drużyną Monterrey zdobył mistrzostwo Meksyku. Bez powodzenia prowadził też swój River Plate, w którym został nawet prezesem. Wydawało się to godnym uwieńczeniem kariery, jednak błędna polityka transferowa sprawiła iż 33-krotny mistrz Argentyny po raz pierwszy w dziejach spadł do 2 ligi. Była to klęska bezprzykładna. Wściekli kibice wylegli na ulice Buenos Aires, zdemolowali stadion a na prezesa posypały się złorzeczenia. Jak widać Danielowi wiodło się bardzo różnie zatem niech pozostanie w naszej pamięci przede wszystkim jako wielki wojownik, żelazny obrońca fruwający na wysokości pierwszego piętra oraz charyzmatyczny lider drużyny mistrzów świata- po prostu „Gran Capitan”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
0
@Zbyszard Modem nazywa sie Megafon 4G +
0
@Zbyszard No właśnie nie mam zielonego pojęcia? Korzystam z bezprzewodowego internetu z modemu na karte sim. Tak mnie kiedyś nauczył braciszek...
1
@Zbyszard Ale tylko pod warunkiem że to jest porządny i jakiś szybki internet bo ja z tego co pisze to nie daje rady ciągnąć z tego strumyka...
13
,,Ostatnie tango” Pepa Guardioli:
25 maja 2012 r. FC Barcelona pokonała w finale Copa del Rey Athletic Bilbao 3:0 i zdobyła 26-ty w historii Puchar Hiszpanii. To był ostatni z 14 pucharów Guardioli w roli szkoleniowca Blaugrany i jednocześnie ostatni mecz w tej roli. Finał na rozebranym niedawno Vicente Calderon miał jednostronny przebieg. Wynik ustalono już po 25 minutach za sprawą dwóch trafień Pedro(3 i 25 m.) i jednego gola Messiego(20 minuta).
Składy obu drużyn:
FC Barcelona: Pinto - Adriano, Mascherano, Pique, Montoya - Iniesta, Busquets, Xavi (81. Fabregas) - Pedro (87. Thiago Alcantara), Messi, Alexis Sanchez (71. Keita) Rezerwowi: Valdes, Bartra, Keita, Thiago Alcantara, Fabregas, Tello, Afellay
Athletic Bilbao: Iraizoz - Aurtenetxe, Amorebieta, Ekiza, Iraola - De Marcos (46. A. Herrera), Martinez- Gomez, Muniain, Susaeta (46. Perez)- Llorente (73. Toquero)
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
2
@Bernard777 Nawet sobie nie wyobrażasz jaki ja jestem szczęśliwy niemal od roku, kiedy to wykupiłem pakiet Canal+! Jeszcze 2 lata temu włóczyłem się po knajpach niemal żebrząc o konkretny kanał żeby oglądać ukochana Barcunie ale w końcu los sie do mnie uśmiechnął, dostałem stałą prace i w końcu stać mnie na Canal+! A raptem 2, 3 lata temu posiadanie Canal+ było to dla mnie niebotycznym marzeniem niemal nie do spełnienia...
1
@Adran360 No i to rozumiem!
9
Chelsea „wyjaśniona” w trzecim meczu:
Dokładnie 60 lat temu FC Barcelona rozgromiła Chelsea FC 5:0 w trzecim(dodatkowym) meczu półfinałowym o Pucharu Miast Targowych, po golach Fuste(5 i 74 m.), Zaballa(18 m.) oraz Rife(43 i 50 m.). Podobnie jak w obecnym formacie Ligi Mistrzów, mecz odbył się w dwóch spotkaniach, z których pierwsze miało miejsce na Camp Nou. Pierwotnie mecz miał się odbyć na Stamford Bridge 20 kwietnia, ale menedżer Tommy Docherty zaaranżował przełożenie. Później przyznał, że prosił londyńską straż pożarną o zalanie boiska przed meczem, aby opóźnić spotkanie, ponieważ chciał dać swoim zawodnikom czas na regenerację po kontuzji. Mecz przeniesiono na Camp Nou tydzień później. Chelsea straciła gola w pierwszej połowie, ale dobrze spisała się w obronie. Podobnie jak w meczu sprzed trzech tygodni, cała ta ciężka praca poszła na marne, gdy Barça podwoiła przewagę, strzelając gola w końcówce, co znacznie utrudniło Chelsea zadanie na Stamford Bridge. Rewanż na Stamford Bridge rozegrał się na boisku wciąż przepełnionym wodą. Nawierzchnia nie odpowiadała Katalończykom, którzy mieli problemy z płynną grą. Chelsea atakowała ale nie potrafiła strzelić goli potrzebnych do awansu do finału. Po tym, jak obrońca Eladio Silvestre został wyrzucony z boiska za brutalne uderzenie Johna Hollinsa, Blaugrana była mistrzynią własnego upadku w szaleńczych ostatnich dwudziestu minutach gry. Barça słynąca wówczas, podobnie jak dziś, z ofensywy, zdołała odnieść sukces tam, gdzie Chelsea nie dała rady. Trafili piłkę do własnej bramki nie raz, ale dwa razy, doprowadzając do remisu w dwumeczu. Pierwszy gol padł po strzale głową Charliego Cooke'a, który odbił się od obrońcy pomocnika Francisco Gallego. Ojciec byłego bramkarza Liverpoolu, Pepe Reiny, Miguel, również bramkarz, zakpił sobie z uderzenia Petera Housemana, wbijając piłkę do siatki. To doprowadziło do remisu 2:2.
Władze piłkarskie testowały różne opcje rozstrzygania meczów zakończonych remisem. Dogrywka nie weszła do przepisów piłkarskich jeszcze przez kilka sezonów a rzuty karne były przyznawane tylko w ciągu standardowych 90 minut gry. Mecz musiał zostać rozstrzygnięty przez jedyną dostępną wówczas opcję: trzecie spotkanie a miejsce spotkania ustalono rzutem monetą. Mecz wrócił do Hiszpanii, ale miał się odbyć dopiero 25 maja, dziewięć dni po zakończeniu sezonu angielskiego. Niektórzy piłkarze mają tendencję do bycia „na plaży” na długo przed końcem sezonu, nie mówiąc już o jego zakończeniu. Jak się okazało, mecz okazał się dla Chelsea sporym rozczarowaniem. Przegrali decydujący mecz 5:0. W ciągu 270 minut gry padło 9 goli, wszystkie autorstwa FC Barcelony a w dwumeczu Katalończycy wygrali 7:2.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Kolejny Puchar do gabloty Blaugrany:
25 maja 1952 r. FC Barcelona zdobywa 10-ty(i drugi z rzędu) w swojej historii Puchar Króla Hiszpanii(wówczas Puchar Generalisimo). W zaciętym finałowym meczu Barça pokonała po dogrywce Valencie CF 4:2 na „Estadio de Chamartain”. Gole dla Blaugrany zdobyli Jorge Vila Soler(72 minuta), Basora(40 minuta), Kubala(96 minuta) oraz Cesar Rodriguez(119 minuta). Barça rozpoczęła mecz a piłka szybko trafiła do Pasieguito, który przerzucił ją wysoko nad Badenesem. Środkowy napastnik Valencii wyprzedził katalońską obronę, popędził w kierunku bramki i potężnym strzałem prawą nogą pokonał Ramalletsa. Niespodziewany gol został przyjęty owacją na stojąco, co zapowiadało emocjonujący mecz. Pierwsza prawdziwa szansa Blaugrany, która na początku zmagała się z łączeniem podań, nadeszła po biegu Basory. Posłał długie dośrodkowanie do Manchóna, ale skrzydłowy zmarnował dobrą pozycję i strzelił wysoko. Chwilę później César Rodriguez główkował po rzucie wolnym Basory, minimalnie obok bramki. Po trzynastu minutach Valencia myślała, że strzeliła kolejnego gola, ale gol nie został uznany, ponieważ sędzia uznał, że poprzedził go faul Badenesa. Gra potoczyła się następująco: Seguí dośrodkował a Ramallets przechwycił piłkę. Badenes wywarł presję na Ramalletsa, zmuszając go do utraty posiadania piłki. Gago, w dobrej pozycji, posyła piłkę do siatki, ale sędzia już odgwizdał faul. Następnie Pasieguito wbiega do środka, zmuszając katalońskiego bramkarza do interwencji i rzucając się pod jego nogi. Gra toczy się dalej a obrońcy i pomocnicy FC Barcelony nie wyglądają na zbyt skutecznych. W dwudziestej minucie strzał Badenesa trafia w poprzeczkę. Po tym Barça cieszy się krótką chwilą dominacji, stwarzając kilka groźnych okazji dla Quique. César uderza głową w słupek po rzucie wolnym Kubali. Ten sam zawodnik oddaje następnie wysoki strzał. W dwudziestej ósmej minucie, po uderzeniu Kubali, Quique obronił strzał a ten sam pomocnik dośrodkowuje słabym, ale celnym strzałem. Rzut rożny dla Barcelony, wykonany przez Seguí. Badenes uderza głową mocno i celnie, pozostawiając Ramallets bezbronnym. W tym momencie mecz toczył się pod dyktando Valencii, która mocno naciskała zdobywając kilka kolejnych rzutów rożnych. Jeden z nich został skierowany głową z ziemi przez Badenesa, co skutkowało kolejnym rzutem rożnym. Ten rzut rożny doprowadził do kilku naprawdę niebezpiecznych sytuacji, z którymi ostatecznie poradził sobie Mariano Gonzalvo. Po tych napiętych minutach Barça zaatakowała w poszukiwaniu goli i po kilku interwencjach Quique po strzałach Césara, Kubali i Basory, pierwsza bramka dla Blaugrany padła w końcu tuż przed przerwą. Minęło czterdzieści minut, gdy Manchón, który tymczasowo zamienił się pozycjami z Basorą, pobiegł prawą flanką. Po minięciu Asensiego podał piłkę do Césara, który szybko ją oddał. Manchón kontynuował swój bieg i wykonał długie dośrodkowanie, które Basora skierował głową w dalszy róg bramki, poza zasięgiem Quique. Od tego momentu Barça zaczęła grać płynną piłką. Zaczęliśmy oglądać prawdziwą FC Barcelonę, ale wtedy sędzia zagwizdał na przerwę.
Druga połowa rozpoczęła się od rajdu Césara Rodrigeuza, po którym potężny strzał Kubali zmusił Quique do szybkiej interwencji. Barça kontynuowała dobrą grę, rozpoczętą w ostatnich minutach pierwszej połowy a która nasiliła się, gdy Asensi, kontuzjowany, przesunął się na skrzydło, zmuszając Valencię do kilku zmian w formacjach. Z Blaugraną panującą nad meczem, Quique popełnił niecelne wybicie, jeden z niewielu błędów tego popołudnia a Mir skierował piłkę głową do siatki, kończąc akcję. Bramkarz Valencii wielokrotnie interweniował, przechwytując strzały napastników Barcelony, którzy stwarzali sobie liczne okazje, zwłaszcza Kubali i Césara. W dwudziestej piątej minucie wyrównano. Akcja rozpoczęła się od przejęcia piłki przez Kubalę, gdy Puchades nie zdołał jej wybić. Piłka dotarła do Basory za linią obrony, który precyzyjnie dośrodkował a Vila głową skierował piłkę do bramki. Gago marnuje znakomitą okazję do zdobycia gola, strzelając prosto w Ramalletsa, gdy ten jest całkowicie niekryty. FC Barcelona naciera, Basora uderza półwolejem, który przelatuje tuż nad poprzeczką. Chwilę później Quique odbija strzał Césara, po tym jak Kubala próbuje go przelobować. Na minutę przed końcem César uderza potężnym strzałem w bramkę. Wszyscy myślą, że finał jest już rozstrzygnięty, z wyjątkiem sędziego, który sygnalizuje spalonego Kubali. Badenes przejmuje piłkę i podaje do Ramalletsa, który broni ją z wyraźną premedytacją. Dogrywka jest już przesądzona.
Rozpoczyna się dogrywka z dominacją Blaugrany. Valencia jest wyraźnie zmęczona a jej zespół, wyraźnie sfrustrowany, stracił wszelką wiarę w zwycięstwo. Pięć minut po rozpoczęciu dogrywki César zagrywa prostopadłe podanie do niepilnowanego Kubali i mocnym strzałem lewą nogą przypieczętowuje zwycięstwo, strzelając trzeciego gola dla Barçy. W końcówce pierwszej połowy dogrywki Mariano Gonzalvo doznał kontuzji, ale szybko wrócił na boisko a jego miejsce zajął Basora. W drugiej połowie dogrywki Valencia zmarnowała kolejną szansę na wyrównanie, gdy dośrodkowanie Pasieguito przeleciało tuż przed bramką. Valencia miała kolejną okazję, którą również zmarnowała a kolejne decydujące akcje zakończyły się dopiero strzałem Kubali, który zmusił Quique do interwencji a ten wybił piłkę na rzut rożny. W trakcie tej akcji bramkarz Valencii doznał kontuzji i został zastąpiony przez Lópeza. Rzut rożny, wykonany przez Basorę i strzelony głową przez Césara, był czwartym golem FC Barcelony, uniemożliwiając powtórkę, ponieważ Valencia nie zdołała wyrównać. Gdy piłka wróciła na środek boiska i rozpoczęła się pierwsza akcja, sędzia Rivero zagwizdał po raz ostatni. Duma Katalonii zatriumfowała!
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Adran360 W jakimś większym czy mniejszym stopniu żałuje że nie urodziłem się w Łodzi czy choćby w Zabrzu...
1
@Adran360 Cudowna sprawa bo ja jestem całym sercem i całą duszą za "Xeneizes"! I to jest dla mnie gigantyczne pocieszenie...
1
@Lionel_Messi10 No to się pokłócimy w tym temacie, gdyż River w Argentynie to mój wróg naczelny!
9
@FCBparasiempre
24 maja 1962 roku, Stadion Chilijskiego Przedsiębiorstwa Tytoniowego; Santiago Wanderers – Brazylia.
Mamy przyjemność przedstawić czytelnikowi trzy różne sceny. Wszystkie łączy wspólny mianownik: Roberto Bolaño występuje w nich jako bramkarz broniący rzut karny. Czytelnik, na podstawie udostępnionych informacji musi wskazać, która z tych sytuacji jest prawdziwa. Zalecamy uważną lekturę. Dziękujemy za udział w zabawie.
1. Pewnego czerwcowego dnia 1980 roku na kempingu „Estrella de Mar w Castelldefels”, tuż przy autostradzie Roberto Bolaño rozpoczyna swoją zmianę jako nocny stróż. Towarzyszą mu dwaj przyjaciele, którzy właśnie przylecieli z Meksyku: Ulises Lima i Arturo Belano, poeci tak jak on. Żeby się nie nudzić przynieśli ze sobą karty i parę butelek mezcalu. Niedługo zaczną tworzyć niezwykle emocjonalne manifesty, drwić z Octavio Paza, recytować apokaliptyczne Sonety Nicanora Parry i zadawać sobie zagadki. Przedtem jednak Roberto wyciąga z Budki wartowniczej piłkę, przywołuje przyjaciół i ustawia się jako bramkarz między dwiema Sosnami przy wjeździe na kemping. W telewizorze rozbrzmiewa melodia programu „Informe semanal”. Bolaño wskazuje Belano i spojrzeniem wyzywa go na pojedynek. Młody poeta nie unika wyzwania. Ulises Lima z bezpiecznej odległości obserwuję, jak Bolaño broni strzał Belano, wykonując spektakularną paradę.
2. Kilka dni przed pierwszym meczem na mundialu w 1962 roku reprezentacja Brazylii zatrzymuje się w „Via Retiro”, zaledwie 50 metrów od domu rodziny Bolaño w Quilpe. Po południu Brazylijczycy pojadą do Valparaiso żeby rozegrać towarzyskie spotkanie z Santiago Wanderers. Rankiem mały Roberto znowu ucieka ze szkoły ze swoimi przyjaciółmi żeby zobaczyć trening Pelego, Garrinchy, Vavy, Didiego, Zagallo i spółki. Kiedy sesja się kończy chłopcy otaczają i nagabują piłkarzy. Największym zainteresowaniem cieszy się Pele ale Roberto zawsze był zafascynowany Vavą. Chcąc zwrócić jego uwagę, Ciągnie go za koszulkę aż zawodnik przystaje i na niego Spogląda. Roberto pokazuje mu podniszczoną piłkę a Vava daje mu znak żeby stanął między słupkami. Napastnik uderza delikatnie i Roberto łapie piłkę, po czym rzuca się na ziemię. „Obroniłem karnego Vavy! Obroniłem karnego Vavy!", krzyczy uradowany Bolaño".
3. Wiosną 1998 roku przy „Carrer del Lloro 17” w miasteczku Blanes Roberto Bolaño wysłuchuje wreszcie próśb swojego syna Lautaro; bierze piłkę i wychodzi na ulicę aby z nim pograć. Jest zmęczony, pisał przez całą noc a oprócz tego wczoraj zmarnował dzień z powodu wizyty Herralde i Vili-Matasa. Powinien wrócić do pisania powieści ale syn nalega tak bardzo że nie potrafi mu odmówić. Zaglądają do sklepu z grami strategicznymi a potem docierają na promenadę. Roberto staje plecami do Morza Śródziemnego i rozkłada ramiona. Lautaro chwyta piłkę, ustawia ją starannie i bierze rozbieg. Bolaño udaje się ją musnąć ale piłkę przylatuje nad nim i spada na piasek na plaży.
Drogi czytelniku, dziękuję, że dotarłeś do końca. Z przykrością musimy jednak poinformować że brakuje nam niezbędnych elementów aby wykazać prawdziwość którejkolwiek z tych trzech scen. Próbowaliśmy uwzględnić szczegóły, być wiarygodni ale postać Bolaño wymyka nam się z rąk. W ramach rekompensaty, dla wzbogacenie lektury tekstów, zostawimy takie oto zdanie chilijskiego pisarza i bramkarza: „Gol samobójczy jest gestem niezależności. W ten sposób wyjaśniasz kolegom i publiczności że grasz inaczej".
David Garcia Cames.