1

@Gary No może deczko przesadziłem ale ogólnie ich nienawidze! Oczywiście chodzi mi o futbol. Jedynego, którego lubie to jak na razie Marco Reus...

1

@FcPortoFan1999 I bardzo dobrze! J***ć szwabów! zawsze i wszędzie!

12

@FCBparasiempre
Niektóre finały Ligi Mistrzów są jak świeże wyroby polskiej kinematografii. Więcej szumu związanego z otoczką i zapowiedziami, aniżeli dobrego seansu. Na całe szczęście futbol dostarczył nam też wiele wybitnych finałowych produkcji spod szyldu najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek w Europie. Dzisiaj przypomnimy sobie jedną z nich. Mowa tutaj o decydującym starciu Champions League z 2008 roku, w którym na rosyjskim stadionie Łużniki w Moskwie zmierzyły się ze sobą Chelsea FC oraz Manchester United. Manchester trafił do grupy F, gdzie jego przeciwnikami były takie zespoły jak AS Roma, Dynamo Kijów oraz Sporting CP. Chelsea natomiast prowadziła zmagania w zestawieniu oznaczonym literką B. CFC rywalizowało z Schalke, Rosenborgiem i Valencią. Oba kluby wygrały swoje grupy i do fazy pucharowej przystępowały w roli faworytów całych rozgrywek. United w 1/8 nie bez problemów pokonało w dwumeczu Olympique Lyon, natomiast Chelsea pewnie poradziła sobie z greckim Olympiakosem. Komplikacje zaczęły się od ćwierćfinałów. Londyńczycy przegrali pierwsze, wyjazdowe spotkanie z Fenerbahçe 1:2 i w rewanżu musieli gonić wynik. Koniec końców udało się wygrać 2:0 i przejść do półfinałów, gdzie przyszło im zagrać z Liverpoolem. Manchester z kolei w 1/4 spokojnie ograł Romę (2:0 i 1:0) i w walce o bilet do Moskwy trafił na FC Barcelonę. Przesądzające o awansie do finału pojedynki stały na bardzo wysokim poziomie. Manchester najpierw zremisował na Camp Nou z „Blaugraną”, by potem w rewanżu wygrać 1:0 po fantastycznym golu Paula Scholesa. Zwycięstwo „Czerwonych Diabłów” było w pełni zasłużone. Chelsea oraz Liverpool napisały wspaniałą historię, grając dwumecz, który postrzegany jest jako ikoniczny. W mieście Beatlesów padł remis 1:1, natomiast rewanż na Stamford Bridge należał do absolutnie zwariowanych. Po regulaminowych 90 minutach utrzymywał się wynik 1:1, więc potrzebna była dogrywka. W niej padły aż trzy bramki, z czego dwie dla gospodarzy, co ostatecznie przesądziło o tym, że na wielki finał poleciała drużyna Chelsea. Nigdy przedtem dwie ekipy z Anglii nie spotkały się na finiszu Ligi Mistrzów. Według bukmacherów minimalnym faworytem był Manchester United, który zaledwie kilkanaście dni wcześniej zapewnił sobie mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli właśnie team z Londynu jedynie o dwa punkty. „The Blues” niechybnie więc pałali żądzą rewanżu za przegrane trofeum. Warto odnotować, że sezon wcześniej United także zgarnęło ligowy tytuł, znów finiszując tuż przed Chelsea. Wówczas jednak z nieco bardziej okazałą, sześciopunktową przewagą. Chelsea FC przez niemalże cały sezon 2007/2008 prowadził niedoświadczony Avram Grant, który we wrześniu 2007 roku zastąpił na stanowisku trenera samego Jose Mourinho. Portugalczyk po słabszej serii wyników został zwolniony przez Romana Abramowicza. Obrzydliwie bogaty oligarcha dzisiaj jest naturalnie kojarzony ze swoim klubem, natomiast w tamtych latach był on jeszcze dość nowym właścicielem. Rosjanin kupił Chelsea w 2003 roku za kwotę 140 milionów funtów i postanowił zrobić z niej potęgę, wydając na start ogromne pieniądze na nowych zawodników, a także zatrudniając Mourinho, który stanowił wtedy niezwykle łakomy kąsek na rynku trenerów. Wystarczy wspomnieć, że słynący z ciętego języka szkoleniowiec obejmował „The Blues” tuż po tym jak niespodziewanie wygrał Champions League prowadząc FC Porto. Kolejne sukcesy – już w Anglii – przyszły bardzo szybko. W premierowym sezonie jako opiekun Chelsea zdobył mistrzostwo Premier League. Rok później powtórzył ten wyczyn. Nigdy jednak nie zdołał wprowadzić zespołu do finału Ligi Mistrzów. Pierwszego w jego dziejach. Tego, co nie udało się Mourinho, dokonał Grant. Izraelczyk piastował funkcję dyrektora sportowego w klubie, zanim przejął schedę po „The Special One”. Co ciekawe, ze względu na fakt, iż nie posiadał on licencji UEFA Pro, do protokołu meczowego wpisywany był Steven Clark, były asystent Jose. Mający polskie korzenie Grant świetnie zaczął przygodę z nową funkcją. Dość powiedzieć, że przegrał tylko jedno z pierwszych 18 spotkań. ,,Mourinho uwielbiał być w centrum uwagi, ale w tym pozytywnym sensie. Ja jestem inny. Widzę siebie jako reżysera, a gwiazdami są piłkarze”- Avram Grant.

Po drugiej stronie na ławce trenerskiej siedział niebywale doświadczony, legendarny już Sir Alex Ferguson. Szkot pragnął jeszcze raz w swojej arcybogatej karierze sięgnąć po uszaty puchar, bowiem pomimo wielu osiągnięć, zaledwie jedno trofeum Ligi Mistrzów przez ponad 22 lata pracy na Old Trafford mogło uderzać w jego ambicję. Los chciał, by akurat w 2008 roku wypadała okrągła, 50. rocznica katastrofy lotniczej w Monachium, w której zginęło wielu zawodników Manchesteru oraz inne osoby związane bądź też niezwiązane z United (pracownicy klubu, dziennikarze, załoga samolotu). Miało to być dodatkową mobilizacją w batalii z Chelsea. ,,Oczywiście było to bardzo wzruszające, ponieważ obchodzono 50-tą rocznicę katastrofy lotniczej w Monachium. Sir Alex Ferguson na pewno uświadomił to piłkarzom”- Bobby Charlton w wywiadzie dla The Guardian. Finał rozpoczął się w środę, 21 maja o godzinie 20:45 (22:45 czasu lokalnego) przy widowni liczącej 69,5 tys. osób. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie nie obyło się bez znaczących roszad w składzie. Nominalny gracz środka pola Chelsea Michael Essien ustawiony został na prawej stronie defensywy, bowiem Avram Grant pragnął zabezpieczyć tę pozycję kimś lepiej broniącym od Juliano Bellettiego. Reprezentant Ghany w kilku spotkaniach w końcówce sezonu również sprawował tę funkcję. Kłopoty United polegały na kontuzji Park Ji-Sunga, którego w wyjściowej jedenastce zastąpił Owen Hargreaves. Grający najczęściej na prawej flance Ronaldo tym razem wszedł w rolę lewego pomocnika, tam, gdzie występował właśnie nieobecny Koreańczyk. Taki manewr miał sprawić, że błyskotliwy skrzydłowy będzie wygrywał więcej bezpośrednich pojedynków z Essienem, który jak już zostało wspomniane, nie posiadał wielkiego doświadczenia z gry na boku obrony. Patrice Evra ujawnił kiedyś, co w szatni tuż przed wyjściem na murawę powiedział im Ferguson tamtego pamiętnego wieczoru. Francuski lewy obrońca rozegrał cały mecz, prezentując się naprawdę nieźle. ,,Wszyscy siedzieliśmy w szatni, kiedy wszedł Ferguson. Jak zwykle muzyka ucichła. Można było usłyszeć, jak upadają szpilki. Potem powiedział: „Już wygrałem, nie musimy nawet grać”. Zamurowało nas. Co on gada? przecież to spotkanie się nawet nie rozpoczęło. Potem boss zwrócił się do mnie: „Spójrzcie na Patrice’a. Ma 24 rodzeństwa. Wyobraźcie sobie, co musiała robić jego mama, żeby wykarmić tyle dzieci”. Potem pokazał na Rooneya. „Dorastał on w jednej z najtrudniejszych części Liverpoolu”. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że ma na myśli społeczność. Nie byliśmy tylko zbieraniną piłkarzy. Mieliśmy inne pochodzenia, inne religie, ale tam wtedy staliśmy się jednością. Po przemówieniu Fergusona wszystkich dopadła gęsia skórka”. Warto odnotować, że na ławce rezerwowych Manchesteru siedział wówczas Tomasz Kuszczak. Trzeba jednak Polakowi oddać, że w tamtej edycji Ligi Mistrzów nie był jedynie statystą. Urodzony w Krośnie Odrzańskim Kuszczak wystąpił w pięciu meczach grupowych. Innymi słowy– dorzucił nawet pokaźną cegiełkę. ,,Chelsea miała w składzie wielkie gwiazdy, ale według mnie to Manchester United był bardziej zgraną drużyną. Można było poczuć u nich prawdziwego ducha zespołu”- Lubos Michel, arbiter meczu finałowego. Potyczka na Łużnikach zaczęła się dość niemrawo, ale już w 26. minucie podopieczni Fergusona wyszli na prowadzenie. Precyzyjne dośrodkowanie Wesa Browna na gola zamienił Ronaldo, który wykorzystał niedokładne krycie… tak, tak – Michaela Essiena. 23-letni wówczas gwiazdor uderzył kapitalnie głową obok bezradnie patrzącego na piłkę Petra Cecha. Kilka chwil później piłkarze w czerwonych koszulkach mieli jeszcze dwie znakomite sposobności do podwyższenia wyniku, ale Cech najpierw doskonale obronił strzał Téveza z bliskiej odległości, a potem jeszcze lepiej zachował się przy dobitce Michaela Carricka. Chelsea odpowiedziała bramką tuż przed gwizdkiem obwieszczającym koniec pierwszej odsłony gry. Essien postanowił huknąć zza pola karnego, futbolówka odbiła się jeszcze od dwóch graczy United i szczęśliwie wpadła pod nogi Franka Lamparda. Kapitan zespołu nie zawiódł i z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania.

Na drugą połowę Manchester wyszedł ze zmienionym ustawieniem 4-5-1. Hargreaves został przesunięty do środka, natomiast Rooney zbiegł na prawe skrzydło, pozostawiając osamotnionego Téveza w ataku. Oba zespoły nie stworzyły sobie już wielu okazji do rozstrzygnięcia wyniku. Najbliżej tego był Didier Drogba, którego próba zza pola karnego zatrzymała się na słupku. Na rosyjskiej ziemi do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano dogrywki. Dodatkowe 30 minut przyniosło masę emocji. W poprzeczkę trafił Lampard, a Rayan Giggs nie wykorzystał niesamowitej okazji, gdy piłkę niechybnie lecącą do bramki w ostatniej chwili wybił John Terry. Na kilka minut przed zakończeniem dogrywki fatalnie zachował się Didier Drogba. Główna strzelba CFC wdała się w pyskówkę z Nemanją Vidiciem, by po chwili uderzyć Serba w twarz. Sędzia nie mógł podjąć innej decyzji i pokazał mu czerwoną kartkę. Było więc jasne, że główna strzelba londyńskiego giganta nie weźmie udziału w konkursie jedenastek, na które po 120 (i czterech doliczonych) minutach gry zaprosił wszystkich wspomniany Lubos Michel. Rzuty karne, które wykonywano późno w nocy, bez cienia wątpliwości zapisały się złotymi zgłoskami we wszelkich księgach o historii piłki nożnej. Wielu kibiców nie zna okoliczności, jakie sprawiły, że(jak się mogło wydawać) minimalną przewagę przed kluczową próbą nerwów miała Chelsea. Ponoć Avram Grant kumplował się z pewnym wykładowcą ekonomii na uniwersytecie w Izraelu. Ten z kolei znał Ignacia Palacios-Huertę, baskijskiego ekonomistę specjalizującego się w badaniach nad karnymi. Przez długie lata analizował on tysiące strzelanych i bronionych jedenastek. Przesłał więc Grantowi swoje oparte na wnikliwych statystykach zapiski. Można w nich było przeczytać między innymi o zwyczajach Edwina Van der Saara. Holenderski golkiper według wszelkich obserwacji rzucał się w swoje prawo, kiedy stawał naprzeciwko prawonożnego zawodnika, natomiast w swoje lewo, gdy piłkę na „wapnie” ustawił gracz lewonożny. Miało to stanowić przewidzenie mimowolnych instynktów strzelca, który woli uderzać w „naturalną stronę” zamiast w przeciwległy róg, co wymaga nieco większego trudu. Prócz tego Ignacio w raporcie wyraźnie zaznaczył, że większość karnych, które bronił Van der Saar było strzelanych na średniej wysokości (około metr nad murawą). Z tego względu piłkarze Chelsea powinni kierować futbolówkę albo po ziemi, albo mocno w górę, pod samą poprzeczkę. Kolejną bardzo interesującą informację przekazaną przez Baska stanowiły zwyczaje największej gwiazdy United, Cristiano Ronaldo. Ignacio wyraźnie zaznaczył w przekazanych notatkach: „Ronaldo najczęściej zatrzymuje się tuż przed strzałem. Jeśli to robi, to zazwyczaj (85 procent) kieruje piłkę w prawą stronę bramkarza”. Analityk dodał także, że wychowanek ojczystego Sportingu lubi w ostatniej chwili zmienić decyzję co do kierunku, więc golkiper nie powinien robić zbyt pochopnych ruchów na linii i odpowiednio wyczekać reprezentanta Portugalii. Ostatnią istotną kwestią przekazaną przez Ignacio była naprawdę przydatna statystyka. Otóż okazało się, że to drużyna, która rozpoczyna konkurs karnych, częściej wychodzi z nich zwycięsko (60 procent przypadków). Prawdopodobnie jest to związane z presją, jaka spoczywa na rywalu, który strzela jako drugi i ciąży na nim odpowiedzialność – musi doprowadzić do wyrównania lub też pomóc zespołowi wyjść na prowadzenie. Rozpoczął Manchester dzięki wygraniu rzutu monetą. Kapitan Rio Ferdinand zadecydował, że to jego koledzy zaczną te niebywale stresujące zawody. Carlos Tévez nie pozostawił złudzeń – pewny gol i 1:0 dla United. Prawonożni zawodnicy „The Blues” konsekwentnie strzelali w lewą stronę bramkarza, co pozwalało im zdobywać kolejne bramki. Gdy do piłki podszedł Ronaldo – tak jak przewidziano w raporcie Ignacio – zatrzymał się tuż przed strzałem i uderzył w prawą stronę bramkarza. Cech spokojnie wyczekał CR7 i skutecznie interweniował. Z podanych wskazówek wyłamał się tylko Ashley Cole. Jest on lewonożny i wybrał lewą stronę bramkarza, czyli swoją naturalną. Piłka uderzona mocno po ziemi otarła się o rękawice Van der Saara i szczęśliwie zatrzepotała w siatce.

Gdy rezultat karnych wynosił 4:4, stało się jasne, że jeżeli podchodzący do wykonania swojej jedenastki John Terry trafi, to puchar pojedzie do Londynu. Wybitny defensor również uderzył w lewą stronę broniącego, ale poślizgnął się i trafił w słupek. Manchester wrócił do gry, a emocje właściwie zaczęły się na nowo. Przyszedł czas na „nagłą śmierć”. Jeśli rywal trafi, a ty nie – odpadasz. Wytrzymał Anderson, wytrzymał Salomon Kalou i wytrzymał Rayan Giggs. Przyszła pora na Nicolasa Anelkę. Wielki bramkarz, jakim na pewno był Edwin Van der Saar, nie mógł nie zorientować się w dotychczasowej taktyce rywala. Wszystkie karne strzelane w lewo. Postanowił sprowokować Francuza, siódmego piłkarza Chelsea podchodzącego tej nocy do punktu oznaczonego białą kropką. Pokazał palcem swoją lewą stronę bramki, dając Anelce do zrozumienia, że wie, gdzie ten uderzy. Wszystko wskazuje na to, że napastnik spanikował i wybrał prawą stronę bramkarza, w dodatku obrał wysokość, o jakiej przestrzegał Ignacio – tę, na której najczęściej Holender broni. Tym razem też obronił. Manchester United w dramatycznych okolicznościach wygrał Ligę Mistrzów. Nie zostało udowodnione, że piłkarze Chelsea naprawdę kierowali się zaleceniami Ignacia Palaciosa-Huerty przy strzelaniu karnych. Patrząc jednak na ich przebieg – można bez dwóch zdań stwierdzić, iż jest to wielce prawdopodobne. Wśród padającego deszczu świat obserwował szaleńczo cieszących się piłkarzy United i zapłakane, posępne twarze zawodników Chelsea. Rozrywające serca obrazki to zwłaszcza sceny, na których płacze John Terry, a pociesza go jego przyjaciel – Frank Lampard. Tak blisko John… Było naprawdę tak blisko. Jedno uderzenie dzieliło go od zapewnienia swojemu ukochanemu klubowi tego elitarnego trofeum. ,,Gdy podchodziłem do karnego, wiedziałem jaka presja na mnie ciąży. Wszystko zależało od mojego strzału. To, co się wydarzyło będzie prześladować mnie do końca życia”– powiedział Terry zaraz po finale, gdy jeszcze łzy nie zdążyły dobrze zaschnąć na jego policzkach. Frapujący fragment możemy przeczytać w autobiografii Franka Lamparda, która swoją premierę miała na dwa lata przed finałem na Łużnikach. Bramkostrzelny pomocnik zawarł w niej uwagę, że John Terry często ślizgał się przy wykonywaniu jedenastek. Frank przywołał mecz z Euro 2004, na którym w ćwierćfinale doszło do serii rzutów karnych pomiędzy Anglią a Portugalią. ,,Poślizgnął się i pomyślałem wtedy, że przegramy, ale ostatecznie padł gol. Na treningach w Chelsea John próbuje czasami powtórzyć ten strzał, razem z poślizgiem. Raz jest gol, raz nie ma”- Frank Lampard w książce „Tottaly Frank”. Najbardziej w tym wszystkim zastanawia fakt, że gdy przyjrzymy się próbie Terry’ego w spotkaniu z Portugalią, ciężko jest dostrzec tam jakiekolwiek poślizgnięcie. Dla sympatyków Chelsea czas na przyjemniejsze fragmenty. Chelsea cztery lata po przegranej w Moskwie dopięła swego – w 2012 roku również po serii jedenastek wygrała z Bayernem Monachium i mogła włożyć do gabloty pierwszy Puchar Europy w historii klubu. John Terry w finale nie wystąpił przez wzgląd na uraz, ale był niewątpliwie kluczowym elementem zespołu w tamtym czasie. W sezonie 2011/2012 rozegrał łącznie 44 spotkania. Manchester United w przeciągu trzech lat od triumfu nad Chelsea dwa razy ponownie gościł w decydującym meczu Champions League i dwa razy musiał uznać wyższość wielkiej Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę – w 2009 i 2011 roku. Dzisiaj Manchester i Chelsea są w różnych położeniach. Na Old Trafford pomimo świetnej kadry wciąż brakuje dobrego stylu i przede wszystkim satysfakcjonujących wyników. Pewnie na kolejny europejski finał z udziałem tych drużyn przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie wciąż musimy żyć wspomnieniami z tego wyjątkowego pojedynku sprzed kilkunastu lat.

12

Genialny rudy szczyl debiutuje w reprezentacji:

Po ledwie kilku występach w drużynie Ruchu Wielkie Hajduki(pięć meczów, siedem strzelonych goli(!)) kapitan związkowy reprezentacji Polski, Józef Kałuża postanowił powołać Ernesta Wilimowskiego do kadry narodowej. Debiut ,,Eziego” w reprezentacji Polski nastąpił 21 maja 1934 roku na stadionie „Idraetspark” w Kopenhadze przeciwko drużynie Danii, gdzie biało-czerwoni ulegli gospodarzom 4:2. Ernest Wilimowski mając wówczas 17 lat i 332 dni został najmłodszym w historii reprezentantem Polski. Wilimowski bardzo szybko zadomowił się w kadrze, dla której rozegrał łącznie dwadzieścia dwa oficjalne mecze, strzelając w nich dwadzieścia jeden goli! Tak oto wspominał tamte czasy Kazimierz Górski: „Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z „trybuny drzewnej”. Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po dupie. Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska. Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć.”

@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@AnalizaTV Słuchaj no użytkowniku albo jak to się u nas mówi: gościu! Nie znam cie i nie wiem o co ci konkretnie chodzi z tym komentarzem co mi odpisałeś ale powiem ci szczerze że odebrałem to jako: "nie wpie*****j mi się między wódke a zakąske!". Jak masz coś do mnie to napisz mi to otwarcie i szczerze!

11

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

21 maja 1969 r. FC Barcelona przegrała finałowy pojedynek w Pucharze Zdobywców Pucharów z amatorskim wówczas Slovanem Bratysława 2:3. Mecz odbył się na „St. Jakob Stadium” w Bazylei w obecności około 19 tys. widzów. Stadion w Szwajcarii po raz kolejny okazał się nieszczęśliwy(poprzednio Barça przegrała tu finał Pucharu Europy w 1961 r.). Amatorzy ze Słowacji mieli w swoich szeregach miedzy innymi mechaników, prawników i inżynierów ale już w 2 minucie spotkania objeli prowadzenie. W 50 minucie przy stanie 3:1 dla Slovana, Carles Rexach strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego(bramkarz rywali twierdził iż oślepiły go światła), lecz Blaugrana nie była w stanie zdobyć już wyrównującego gola. Przewidziano nawet, w razie ewentualnego remisu, termin meczu rewanżowego w Lozannie dwa dni później ale niestety nie doszło do niego. Ten finał był ostatnim oficjalnym meczem kapitana Ferrana Olivelli, któremu zorganizowano jeszcze spotkanie pożegnalne 6 września. Trzeba przyznać że Słowacy zawsze mieli dobrych piłkarzy a nawet bardzo dobrych jeśli wspomnimy zwłaszcza Josefa Bicana. Zresztą jak się przekonała Barça, amatorów też mieli znakomitych.



@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@AnalizaTV Z jakiej okazji ten komentarz, skoro dzisiaj ten piłkarz nie obchodzi urodzin a ni też rocznicy śmierci?

11

@FCBparasiempre
Morze Karaibskie było jeszcze spowite ciemnościami a zegarek wskazywał 4:49, gdy stojący w porcie w Castries(St. Lucia) liniowiec Lady Nelson(nazwany tak na cześć Frances Nelson, żony admirała Horatio Nelsona) zatrząsł się. Ugodziła go torpeda wystrzelona przez grasującego w tym rejonie Atlantyku U-boota 161. Statek o wyporności niemal 8 tys. ton, jeszcze zanim nastał świt, częściowo zatonął w płytkich przybrzeżnych wodach. A jednak 10 marca 1942 roku nie był ostatnim dniem „życia” okrętu zbudowanego w stoczni w Birkenhead. Uratował on jeszcze wielu ludzi, a nawet zdołał się nieco zasłużyć dla piłki nożnej. Szczęście w nieszczęściu, że torpeda trafiła Lady Nelson w porcie, a nie na pełnym morzu, i że nie spowodowała zniszczeń, które uniemożliwiłyby naprawę. Z mozołem udało się połatać liniowiec, by mógł dopłynąć do amerykańskiej stoczni w Mobile, gdzie poddano go dalszym pracom remontowym. Po wykonaniu niezbędnych reperacji kanadyjski rząd (bo statek pływał pod kanadyjską banderą) zdecydował, że Lady Nelson będzie służyć jako okręt szpitalny. Aż do czasu nastania pokoju transportowała rannych, unikając już skutecznie torped, pocisków artyleryjskich, min i innych niebezpieczeństw czyhających na morzu. Po wojnie wracali do domów na jej pokładzie jeńcy wojenni, a wraz z nimi ludzie szukający szczęścia z dala od swoich rodzinnych stron. W tej ostatniej grupie znalazł się poddany Jej Królewskiej Mości Llloyd Lindbergh Delapenha. 21 maja 1927 roku to ważna data w historii ludzkości. Tego dnia amerykański lotnik Charles Lindbergh po 33,5 godzinach lotu wylądował w Paryżu, stając się pierwszym człowiekiem w historii, który samotnie pokonał samolotem Atlantyk. Ten wspaniały wyczyn wzbudził ogólnoświatowe zainteresowanie. Wieść o sukcesie Lindbergha dotarła także na Jamajkę. Pod wielkim wrażeniem tego dokonania byli także Josephine i Lester Delapenhowie. Małżonkowie postanowili, że swojemu synowi, urodzonemu 20 maja 1927 roku, czyli w dniu, w którym Amerykanin wyleciał z Nowego Jorku do Francji, nadadzą drugie imię Lindbergh– na cześć Charlesa. Cóż za zrządzenie losu, że ich potomek(tak jak pionier lotnictwa) też musiał pokonać Atlantyk, by przejść do historii. Lindy(bo tak go nazywano) od najmłodszych lat przejawiał sportowe zdolności. Uprawiał liczne dyscypliny: piłkę nożną, golf, lekkoatletykę, krykiet, pływanie, nurkowanie, gimnastykę czy boks. Był tak zaangażowany, że podczas trwających półtora dnia szkolnych zawodów sportowych potrafił rywalizować w 16 konkurencjach. Ta nieprawdopodobna aktywność nastolatka skłoniła organizatorów do wprowadzenia nowej zasady, według której jeden uczestnik mógł wziąć udział w maksymalnie 4 konkurencjach. Serce chłopaka najmocniej biło dla piłki nożnej, lecz na Jamajce nie miał większych szans na to, by zostać kimś więcej niż lokalną gwiazdą. Futbol w ojczyźnie reggae traktowany był amatorsko, jako hobby, a nie jako praca. Szansę na prawdziwą karierę stwarzał wyjazd do Anglii. Ale jak marzyć o zostaniu profesjonalistą, będąc czarnoskórym nastolatkiem, mieszkającym na karaibskiej wyspie, położonej 4,5 tys. mil od Wielkiej Brytanii? W dodatku żyjąc na świecie dopiero co podnoszącym się ze zgliszcz po II wojnie światowej? W świecie, w którym wiele drzwi dla czarnych było zamkniętych? Jednak Lindy, tak jak Charles Lindbergh, urodził się, by pokonywać bariery. Za namową Kena Dunleavy’ego, angielskiego mistrza sportu mieszkającego na Jamajce, pod okiem którego trenował, wsiadł na pokład Lady Nelson i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, kiedy dokładnie Lindy Delapenha przybył do Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie było to październiku lub listopadzie 1945 roku (niektóre źródła wskazują, że okręt dotarł do Anglii już w 1946 roku). Wiadomo natomiast, że statek dopłynął do portu w Southampton oraz to, że podróżowali nim żołnierze, którzy podczas II wojny światowej trafili do japońskiej niewoli. Byli to między innymi jeńcy wykonujący niewolniczą i katorżniczą pracę przy budowie słynnego mostu na rzece Kwai (tę dramatyczną historię ukazuje słynny film „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana). Gwoli ścisłości – w rzeczywistości konstrukcja nie powstała na Kwai, lecz na rzece Mae Khlung.

,,To była noc. Nie miałem, dokąd pójść- wspominał Delapenha w rozmowie z Fae Ellington. – ale żołnierze, którzy ze mną podróżowali, dali mi wiele dobrych rad. Mówili, gdzie mam iść, co powinienem zrobić”– opowiadał podczas wywiadu. Plan był prosty. Lindy trzymał w ręku list rekomendacyjny wystawiony przez Dunleavy’ego. Po dopłynięciu do Wysp miał go pokazać Tomowi Whittakerowi, menedżerowi Arsenalu. Tak też uczynił. Wziął udział nawet w meczu sparingowym rezerw The Gunners z Bedford Town. Zawodnikiem londyńskiego klubu jednak nie został. ,,Miałem testy w Arsenalu i poszło mi dobrze. Whittaker był pod wrażeniem. Powiedziałem mu, że wciąż muszę odbyć służbę wojskową. Wtedy on stwierdził, że kiedy ją zakończę, powinienem wrócić i się z nim porozmawiać” – relacjonował Delapenha w 2014 roku. Jamajczyk przystąpił więc do Korpusu Treningu Fizycznego (Physical Training Corps – PTC), który – jak sądził – będzie dla niego dobrym miejscem, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zresztą to przypuszczenie było niebezpodstawne, ponieważ w PTC miejsce znajdowali świetni sportowcy, choćby sir Stanley Matthews, pierwszy zdobywca Złotej Piłki France Football. Kolejnym etapem była służba wojskowa w Królewskich Walijskich Fizylierach, z którymi stacjonował w Egipcie i Grecji. W armii miłość do sportu nie opuściła Lindy’ego. Grał w krykieta, piłkę nożną, hokeja na trawie, uprawiał lekkoatletykę, brał nawet udział w zawodach nurkowych. ,,Pułkownik dowodzący moim batalionem darzył mnie wielkim szacunkiem. Wysłał mnie do Palestyny na trening wychowania fizycznego w gazie. Spośród 60 osób biorących udział w tym programie okazałem się najlepszy i zdobyłem odznakę instruktora. Potem zostałem instruktorem treningu fizycznego królewskich fizylierów w Fayid w Egipcie”– opowiadał Delapenha w wywiadzie, którego udzielił ,,Jamaica Observer”. W 1947 roku, gdy wojna domowa w Mandacie Palestyny zbliżała się do końca, Lindy Delapenha wrócił do Wielkiej Brytanii z nadzieją na rozpoczęcie prawdziwej kariery piłkarskiej. Ale niewiele brakowałoby, a chłopak zostałby lekkoatletą. Wojskowi zwierzchnicy polecili go powiem Brytyjskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, by reprezentował Imperium w nadchodzących Igrzyskach Olimpijskich w lekkiej atletyce. – To nie było to, czego chciałem. Chciałem być piłkarzem – wspominał tamte lata Delapenha. Jamajczyk odrzucił więc propozycję zostania olimpijczykiem. Wyczyny piłkarskie Delapenhi w wojsku nie pozostały niezauważone. Dostrzeżono go jeszcze w trakcie pobytu w Egipcie. Na jego talencie poznał się człowiek, który współpracował z profesjonalnymi klubami piłkarskimi w Anglii i polecał im zawodników. Podobno Lindy przekonał go do siebie swoją grą przeciwko drużynie złożonej z niemieckich jeńców wojennych. Skaut dał mu listy rekomendacyjne do dwóch ekip: Chelsea i Portsmouth. Jamajczyk skierował swoje kroki do The Pompeys. ,,Wybrałem portsmouth, ponieważ mój najlepszy przyjaciel z wojska, człowiek nazwiskiem Horner, tam mieszkał. Powiedział: „zamieszkaj ze mną i moją rodziną” – wspomniał Delapenha. Testy w Portsmouth wypadły pomyślnie. Menedżer Bob Jackson zaproponował przybyszowi z Karaibów kontrakt. To było wielkie wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden zawodnik z Jamajki, będącej wtedy częścią Indii Zachodnich, nie podpisał umowy z profesjonalnym klubem z Anglii. W dodatku The Pompeys grali w First Division. Ba, w sezonach 1948-49 i 1949-50 zdobywali mistrzostwo. Wielkimi gwiazdami tamtej ekipy byli Peter Harris czy Duggie Reid. Marzenie Delapenhi o zostaniu profesjonalnym piłkarzem ziściło się 13 listopada 1948 roku. Wtedy po raz pierwszy zagrał dla Portsmouth. Był to mecz przeciw Blackpool. Zagrał 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. Delapenha nie miał jednak dużego wkładu w oba tytuły mistrzowskie The Pompeys. W drodze po pierwszy tytuł wystąpił zaledwie dwukrotnie. W kolejnym sezonie, zakończonym triumfem w lidze, zagrał pięć razy. Do tego dołożył jedno spotkanie w Pucharze Anglii. W sumie dla Portsmouth uzbierał 8 gier, w których strzelił 1 gola. Pewnie zaliczyłby więcej meczów w ekipie z Fratton Park, gdyby nie kontuzje. Nikt jednak nie może mu odebrać tego, że został pierwszym czarnoskórym piłkarzem mogącym poszczycić się mistrzostwem Anglii.

W kwietniu 1950 roku przygoda Delapenhi z ekipą prowadzoną przez Jacksona dobiegła końca. Zgłosiło się bowiem po niego Middlesbrough FC. Menedżer tego klubu David Jack zwrócił uwagę na Jamajczyka kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu ligowego, w którym Portsmouth ograło jego zespół 5:1. Delapenha rozegrał wówczas dobre zawody i tym samym zapadł w pamięć szefa Boro. The Pompeys otrzymali za niego 6000 funtów. Przeprowadzka na północ stała się faktem. Został pierwszym czarnoskórym piłkarzem Middlesbrough. Na Ayresome Park Jamajczyk spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in.: reprezentanta Anglii Wilfa Manniona, bramkostrzelnego Szkota Alexa McCrae’a czy włoskiego golkipera Rolando Ugoliniego. Jack odważnie postawił na chłopaka z Indii Zachodnich. A ten na boisku zostawiał serce. Co ciekawe, przestały go trapić problemy zdrowotne, bo tuż przed transferem do Middlesbrough przeszedł zabieg usunięcia zakrzepu krwi, jaki utworzył się w jego udzie. Tak więc już będąc w pełni sił 9 września 1950 roku strzelił swojego pierwszą bramkę dla Boro. Gol musiał smakować wybornie, ponieważ zdobył go przeciw Arsenalowi, który przecież kiedyś nie zaoferował mu kontraktu. Sezon 1950/51 zakończył z 8 trafieniami w 40 ligowych spotkaniach. Delapenha w sezonach 1951/52, 1953/54 i 1955/56 był najlepszym strzelcem Middlesbrough. W sumie dla klubu z Ayresome Park zanotował 93 trafienia w 270 meczach ligowych na poziomie First Division oraz Second Division (od sezonu 1954/55 Boro grali na zapleczu). Co ciekawe, będąc zawodnikiem Middlesbrough, znajdował także czas na to, by pograć zawodowo w krykieta w Horden Cricket Club. Kibice Middlesbrough uwielbiali Lindy’ego. Nie tylko dlatego, że był czołowym piłkarzem ich drużyny, ale także dlatego, że odrzucił oferty Manchesteru City i Manchesteru United. Dlaczego nie zdecydował się na transfery do żadnego z tych klubów? Powodem była niejaka Joan, miejscowa nauczycielka, która zdobyła serce Delapenhi. Kobieta nie chciała się przeprowadzać. A zakochany w niej piłkarz nie zamierzał postępować wbrew jej woli. W 2016 roku Fae Ellington w wywiadzie zapytała Lindy’ego Delapenhę o transfer do United. Emerytowany piłkarz przyznał, iż nie żałuję, że do niego nie doszło. Jak słusznie zauważył, gdyby trafił na Old Trafford, mógłby wsiąść z innymi piłkarzami Czerwonych Diabłów do samolotu, który 6 lutego 1958 roku rozbił się w Monachium… W tamtej katastrofie zginęło 8 zawodników. W 1955 roku do pierwszej drużyny Middlesbrough dołączył niejaki Brian Clough, człowiek który dwadzieścia kilka lat później jako menedżer dwukrotnie wygra z Nottingham Forest Puchar Europy. Cloughie – jak nazywali go przyjaciele – miał smykałkę do strzelania goli. W ciągu nieco ponad pięciu sezonów spędzonych na Ayresome Park zaliczył ponad 200 trafień. Lindy i młodszy od niego o 8 lat Clough zaprzyjaźnili się. Czasem, biorąc ze sobą bramkarza Petera Taylora, jeździli poobijanym kasztanowym Fordem Anglią należącym do Delapenhi na mecze do Newcastle lub Carlisle. A pewnego razu Jamajczyk podwiózł przyszłego menedżera Forest i jego dziewczynę Barbarę do Stockton-on-Tees, gdzie para miała wybrać pierścionek zaręczynowy. Gdy już zaparkowali, dziewczyna wysiadła z auta, a za nią ukochany. Niespodziewanie drzwi wysłużonego auta odczepiły się od reszty i zostały w ręku Clougha. Na szczęście, to zabawne, aczkolwiek trochę niezręczne zdarzenie, nie miało wpływu na dalsze losy zakochanych. Pobrali się w 1959 roku i przeżyli razem 45 lat. Rozłączyła ich dopiero śmierć Briana. Inna pamiętna historia z Delapenhą i Cloughem w rolach głównych wydarzyła się podczas towarzyskiego meczu Middlesbrough z Sunderlandem rozgrywanego w październiku 1957 roku na Ayresome Park. Było to ważne spotkanie, bo pierwsze, podczas którego użyto sztucznego oświetlenia na tym stadionie. 27 tys. fanów obserwowało, jak Clough został sfaulowany w polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Delapenha. Uderzył bardzo mocno i precyzyjnie. Piłka wpadła do bramki przy samym słupku, ale nie zatrzymała się wewnątrz, lecz wyleciała przez dziurę w siatce. Choć w rzeczywistości padł gol, to wyglądało, jakby strzelec chybił. Lindy już miał zacząć świętować, gdy arbiter pokazał, że bramkarz rozpocznie z „piątki”…

1958 rok. Czas coraz częściej kontuzjowanego Delapenhi w Middlesbrough dobiegł końca. Piłkarz następną przystań znalazł w Mansfield Town. Jamajczyk grał w podstawowym składzie The Stags, strzelał sporo goli, ale drużynie generalnie brakowało jakości. O ile w sezonie 1958/59 jeszcze udało się uratować przed spadkiem z Third Division (trzeci poziom rozgrywkowy), o tyle po kolejnym degradacja stała się faktem. Nawet na czwartym froncie nie szło zbyt dobrze. Ekipa z Nottinghamshire kampanię 1960/61 zakończyła dopiero na 20. lokacie spośród 24 zespołów. W marcu 1961 roku Delapenha przeszedł do Hereford United. Dla tej drużyny zagrał tylko w 11 spotkaniach. A jego ostatnim klubem w Anglii był Burton Albion, któremu pomógł wygrać w 1964 roku Southern League Cup, strzelając zwycięskiego gola w finale tych rozgrywek. Rok 1964 roku to także czas powrotu Lindy’ego na Jamajkę. Tam grał jeszcze w Boys’ Town oraz w Realu Mona. W międzyczasie pracował jako trener piłki nożnej i lekkiej atletyki w Wolmer’s Schools, czyli w szkole, którą niegdyś ukończył. Po zawieszeniu butów na kołku zarabiał na życie jako…instruktor sportu w Związku Producentów Cukru. Potem przez kilka miesięcy sprzedawał ubezpieczenia. Wreszcie trafił do Jamaica Broadcasting Corporation, gdzie został komentatorem, a następnie dyrektorem redakcji sportowej stacji. Joan, która nie chciała przeprowadzać się do Manchesteru, w latach 50. (ślub wzięli prawdopodobnie w 1952 lub 1953) została żoną Lindy’ego. Doczekali się trójki dzieci: syna Paula (zmarł na raka w 1997), oraz córek Marie Claire oraz Lindy. Marie Claire w 1980 roku zajęła II miejsce w konkursie piękności Miss Jamaica World, a w 2008 roku jej córka, czyli wnuczka Lindy’ego, Brittany Lyons wygrała ten tytuł. 9 stycznia 2007 roku Joan Delapenha zmarła. Lindy bardzo przeżył jej śmierć. ,,Irytowało mnie to, że moja żona narzekała, że za każdym razem, gdy wyjmuję wodę z lodówki, trochę rozlewam. Wstawała i chodziła za mną, nawet w środku nocy, żeby się upewnić, że jej nie wylałem. Chciałbym, żeby była tutaj, żeby to robiła teraz”– przytaczał słowa Delapenhi dziennikarz ,,Jamaica Observer” Tony Robinson. Mąż przeżył Joan o 10 lat. Do wieczności odszedł 26 stycznia 2017 roku. W 2021 roku Delapenha pośmiertnie otrzymał medal za mistrzostwo Anglii w sezonie 1949/50 (tego sezonu, jak pamiętamy, nie dokończył w Portsmouth, bowiem w kwietniu odszedł do Middlesbrough).

10

@FCBparasiempre
Zwykły chłopak z przedmieść Madrytu może się stać bohaterem Hiszpanii. Takim przypadkiem jest Iker Casillas. Legendarny bramkarz rozkochał sobie cały kraj i kibiców piłkarskich z całego świata. Najmniej lubiącą osobą Casillasa jest prezydent jego ukochanego klubu. Jak bramkarz stał się fenomenem dla wszystkich oraz kretem dla niektórych? Iker Casillas urodził się 20 maja 1981 roku w Madrycie jako pierwsze dziecko fryzjerki Mari Carmen i urzędnika w ministerstwie edukacji Jose Luisa. Nadanie imienia Iker było oddaniem hołdu rodzinie Jose Luisa z Kraju Basków. Iker ma także siedem lat młodszego brata Unaia. Od początku Casillasa ciągnęło do bycia bramkarzem. W wieku czterech lat dostał swoje pierwsze rękawice bramkarskie. Pewnego dnia jeden ze starszych kolegów Casillas przeczytał, że Real Madryt robi testy chłopcom z rocznika ’81. Dlatego ojciec Casillasa zabrał go w czerwcu 1990 na testy do klubu. We wrześniu ,,Królewscy” zadzwonili do niego z informacją, aby przyszedł na rozegranie małego spotkania. Była to ważna próba w karierze młodego gracza. Z dwustu piłkarzy wyselekcjonowano grupę osiemnastu zawodników. W tym gronie znalazł się Casillas. Odkrywcą talentu hiszpańskiego bramkarza był jego trener Antonio Mezquita. Młodzieniec rozwijał się szybko w ,,Los Blancos”. Pierwszy poważny sukces Iker odniósł w zespole Infantil A. Razem ze zespołem zwyciężył w Paryżu w zawodach Nike Premier Cup, czyli w europejskich rozgrywkach mistrzowskich dla młodzików. W ciągu pięciu spotkań Casillas przepuścił jedynie jedną bramkę (w finale). W sezonie 1995/1996 Hiszpan razem z drużyną Cadete B jedzie na Klubowe Mistrzostwa Świata U-15 do Boliwii. Ekipa Realu wygrywa rozgrywki na oczach aż 45 tysiącach osób na trybunach. Casillas rozegrał świetne spotkanie, a jeden z komentatorów nazwał wówczas Ikera „nadzwyczajnym bramkarzem” oraz „czarodziejem”. Później błyskawicznie przeskakuje dwa roczniki Realu. W sezonie 1998/1999 został włączony do ekipy Tercery. Ówczesny trener Luis Palmero powiedział, że wtedy najlepszymi cechami Casillasa są: technika, szybkość oraz opanowanie. Koniec listopada 1997 roku, środek dnia, zajęcia z rysunku w szkole Canaveral w Mostoles. Dyrektor szkoły wzywa do siebie Ikera Casillasa. Mówi szesnastoletniemu chłopakowi że jedzie do Trondheim. Oczywiście nie chodzi na wyjazd na zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich na obiekcie Granasen, tylko na Ligę Mistrzów. Powodem wyjazdu młodego Hiszpana na LM była kontuzja Santiago Canizaresa na treningu. Z powodów proceduralnych do Norwegii nie mógł polecieć Raul Valbuena. Casillas nie broni jednak meczu z Rosenborgiem Trondheim. W nagrodę, w grudniu 1998 roku jedzie z pierwszą drużyną na Klubowe Mistrzostwa Świata, ale jedzie jako trzeci bramkarz i cały turniej spędził na trybunach. Casillas debiutuje w pierwszej drużynie podczas towarzyskiego starcia z Atletico Madryt. Spotkanie 2:0 wygrywa lokalny rywal. Wreszcie nadszedł czas na debiut w lidze. 12 września 1999 roku Hiszpan broni w spotkaniu na wyjeździe z Athletic Bilbao. Co ciekawe Baskom kibicuje Jose Luis, czyli ojciec Ikera. Mecz zakończył się remisem 2:2. Casillas popełnił błąd przy pierwszym trafieniu. Hiszpan przesunął się zbyt prawą stronę bramki, zaniedbując drugą stronę. Gola z wolnego strzelił Julen Guerrero. Bramkarz nie miał natomiast szans przy samobóju Geremiego. Casillas spisał się lepiej niż dobrze. Zanotował aż 10 interwencji. Casillas był chwalony za debiut w prasie i przez graczy Królewskich. Sam zawodnik przyznawał, że umierał z nerwów. Już trzy dni później Casillas zadebiutował w Lidze Mistrzów przeciwko Olympiakosowi Pireus (3:3). Mimo to po czterech meczach ówczesny trener John Toshack przesuwa Ikera do Castilli. Młodzieniec uważa, że nie wykorzystał swojej pierwszej szansy. Po kilku spotkaniach nowym szkoleniowcem Królewskich został Vicente del Bosque. Po kompromitacji z Realem Saragossa (1:5), w meczu z Racingiem Santander na bramce stoi Iker. Trzy mecze i zaledwie jeden punkt – oto bilans del Bosque w pierwszych starciach. Pozycja szkoleniowca była słaba, a porażka mogła sprawić, że Hiszpan będzie zwolniony. Trener chwali Casillasa mówiąc: ,,To piłkarz, który ciągle się uczy, ale jego występy każą nam myśleć, że rozwój idzie w dobrym kierunku”. Bramkarz w spotkaniu z Racingiem notuje wspaniały występ, dzięki czemu ratuje remis Realowi, a także posadę del Bosque. 24 maja 2000 roku na Stade de France nastąpiło święto futbolu dla całej Hiszpanii. Po raz pierwszy w historii dwie ekipy z tego państwa zagrały w finale Ligi Mistrzów. Real Madryt zagrał z Valencią CF. Spotkanie okazało się kaszką z mlekiem dla Królewskich. Iker Casillas został najmłodszym w historii bramkarzem, który wystąpił oraz zwyciężył w finale Ligi Mistrzów i ogólnie czwartym najmłodszym graczem w finale LM po tercecie z Ajaxu Amsterdam z 1995 roku (Nwakwo Kanu, Patrick Kluivert oraz Clarence Seedorf). Na żywo z trybun sukces Ikera oglądała jego rodzina, mi.in. rodzice oraz brat.

Od tamtego momentu Real gra lepiej, a Casillas występuje w pierwszym zespole regularnie. Ówczesny sezon zakończył się zdobyciem Ligi Mistrzów, piątym miejscem w lidze oraz półfinałem Copa del Rey. W 27 spotkaniach Iker wpuścił tylko 25 goli. Wyjątkowe było starcie przeciwko Barcelonie z 6 lutego, gdzie Real pewnie pokonał 3:0 Katalończyków, a Iker został najmłodszym bramkarzem w historii El Clasico. Po meczu dostaje owacje na Santiago Bernabeu. Po sezonie Iker jako rezerwowy jedzie na Euro 2000. Przed europejskim czempionatem debiutuje w kadrze (3 czerwca przeciwko Szwecji). Następny sezon to potwierdzenie Casillasa jako bramkarza numer jeden w Realu. W sezonie 2001/2002 stał się rezerwowym graczem, broni mało, a klub na stulecie przegrał na Santiago Bernabeu w finale Pucharu Hiszpanii. W lidze Los Merengues byli trzeci. Real awansował jednak do finału Ligi Mistrzów. W meczu przeciwko Bayerowi w podstawowej „11” wychodzi Cesar Sanchez. Ten jednak w trakcie spotkania doznaje kontuzji. Od 67 minucie na boisku przebywa Iker. Casillas wybronił Los Blancos trofeum, notując w ostatniej minucie trzy fantastyczne parady. Koniec meczu, Iker płacze ze szczęścia. Później powiedział, że nigdy nie zapomni tego wieczoru. Po rozgrywkach klubowych poleciał do Japonii oraz Korei Południowej na finały mistrzostw świata. Kolejny pech Canizaresa (upuszczenie flakonika perfum na stopę) wykorzystał Casillas. Rozgrywki 2002/2003 to czas, w którym Real zanotował sezon bez trofeum, ale Casillas ustabilizował miejsce w podstawowej „11” drużyny z Madrytu. W 2003 roku Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) wybrała Casillasa drugim najlepszym bramkarzem świata. Kolejne lata są chude dla Realu. Królewscy z Ikerem w bramce nie wygrali żadnego trofeum w sezonach 2004/2005 i 2005/2006. W listopadzie 2005 roku Casillas przedłużył kontrakt z Realem o pięć lat, czym zakłamuje kłam plotkom, że może odejść z drużyny Los Blancos. Sezon 2006/2007 jest udany dla Królewskich. Po czterech latach przerwy Los Blancos zdobyli mistrzostwo Hiszpanii. Rok później Real broni tytułu a Casillas zdobywa Trofeo Zamora (trofeum, dla bramkarza, którzy przepuścił najmniej bramek w lidze hiszpańskiej). W 36 spotkaniach wpuścił zaledwie 32 strzały. Co wydaje się szokujące, Casillas tylko raz wywalczył Trofeo Zamora. Tyle samo, co Miguel Reina, Juan Carlos Ablanedo, Pedro Jaro czy Bono, czyli zawodnicy dużo gorsi od zawodnika z Mostoles. Dla porównania Victor Valdes, który przez kilka lat przegrywał w kadrze z Casillasem czterokrotnie zagarnął Trofeo Zamora. Rok 2008 to szczytowy okres kariery Ikera. Hiszpania wygrywa mistrzostwa Europy, a Casillas jest kapitanem drużyny. Bez wątpienia Iberyjczyk był najlepszym bramkarzem Euro 2008. Nie byłoby triumfu La Furja Roja, gdyby nie Casillas. Najlepszym przykładem jest starcie ćwierćfinałowe. Bramkarz obronił w konkursie jedenastek karne wykonywane przez Daniele de Rossiego oraz Antonio di Natale. Casillas przyznał się, że w rzutach karnych zdawał się na intuicję. W latach 2008 do 2011 roku IFFHS (Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu) wybierała Hiszpana najlepszym bramkarzem świata. Casillas staje się powoli legendą klubu, kadry, a nawet całego futbolu. 11 lipca 2010 roku Hiszpania została nowym mistrzem świata. Puchar z ziemskim globem i malachitową podstawą jako pierwszy podniósł Iker Casillas. W ćwierćfinałowym spotkaniu z Paragwajem obronił rzut karny. Pomógł mu w tym Jose Reina. Do jedenastki przygotowywał się Oscar Cardozo. Reina jako gracz Liverpoolu F.C. dwa razy został pokonany przez Paragwajczyka w ćwierćfinale Ligi Europy przeciwko SL Benfice. Bramkarz angielskiego klubu kazał Casillasowi rzucić się w lewo. Efekt to obroniona jedenastka. Hiszpan udowodnił, że obrony rzutów karnych doprowadził niemal do perfekcji. Z finału wielu kibiców zapamiętało świetną obronę Casillasa jednego z strzałów Arjena Robbena. W 2011 roku Iker zdobywa Puchar Króla. Dzięki temu Casillas zdobywa wszystkie najważniejsze trofea piłkarskie. W kampanii 2011/2012 zaczynają się kłopoty Ikera. Jose Mourinho odebrał Casillasowi opaskę kapitana Realu. Hiszpan był w konflikcie z trenerem. Później Portugalczyk oskarżał Casillasa o bycie kretem, który miał przekazywać tajne informacje nt. taktyki itp. Miał to mówić swojej partnerce, późniejszej żonie, dziennikarce Sarze Carbonero. Lepiej było w kadrze. W całym turnieju Euro 2012 Hiszpan stracił jedynie jedyną bramkę. Po starcie gola w pierwszym meczu gracz Realu Madryt pozostał niepokonany przez 509 minut. Jest to najlepszy wynik w historii mistrzostw Europy. Do tego Hiszpan został pierwszym graczem w piłce nożnej, który trzykrotnie zrzędu jako kapitan puchar mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Powolny koniec Ikera zaczął się 23 stycznia 2013 roku. W trakcie meczu Copa del Rey z Valencią doznaje kontuzji, która wyklucza go na półtora miesiąca. Kupiony zostaje groźny konkurent, notujący dobry okres w Sevilli FC Diego Lopez. Rywal Casillasa gra świetnie, więc do końca sezonu Casillas nawet nie wącha murawy. Iker był gotów nawet opuścić swój ukochany klub. Jednak wcześniej zrobił to Jose Mourinho. Jakie były relacje pomiędzy Hiszpanem a Portugalczykiem? Podczas ostatniego sezonu Mourinho w Madrycie, właściwie nie rozmawialiśmy. Nic nie mówiłem, bo to on był trenerem. Potem doznałem jednak kontuzji, podczas której słuchałem tylko jaki to jestem zły, fatalny i niedobry. Po latach relacje pomiędzy oboma panami poprawiły się. Jose Mourinho powiedział nawet, że są z Casillasem przyjaciółmi.

Nowym szkoleniowcem został Włoch Carlo Ancelotti. Hiszpan broni tylko lub aż w Lidze Mistrzów. Real w sezonie 2013/2014 zdobywa upragnioną decimę (10. trofeum Pucharu Europy). W finale pokonali rywala za miedzy Atletico 4:1 (po dogrywce). Po raz pierwszy w karierze Casillas jako kapitan Realu Madryt podniósł do góry „uszatkę”. Latem 2014 roku konkurentem w bramce Ikera został rewelacyjnie spisujący się na Mundialu w Brazylii Keylor Navas. Początek sezonu dla Casillasa był słaby. Na pierwszych czternaście celnych uderzeń przepuścił aż osiem bramek. Casillas gra w kratkę, raz lepiej (grudzień 2014), raz gorzej (mecz z Atletico, luty 2015). Końcówka sezonu należała do Navasa. To z nim Real, osiągał lepsze wyniki. Casillas chciał zostać w Realu, nawet jako rezerwowy. Jednak Florentino Perez był innego zdania. Według włodarza Los Blancos to Casillas miał chrapkę na odejście. Kłopoty bramkarza przeczuwał były prezydent „Królewskich” Ramon Calderon, który powiedział: ,,W 2002 roku Perez przedłużył z nim umowę tylko pod presją kibiców, bo tak naprawdę chciał się go pozbyć i kupić Gianluigiego Buffona, jako najbardziej galaktycznego spośród bramkarzy”- Ramon Calderon, były prezydent Realu Madryt. W taśmach, które opublikował „El Confidencial” wynikały, że 2006 i 2008 roku prezes Realu Florentino Perez nazwał Casillasa niezbyt bystrym oraz pierwszym ogromnym oszustwem Królewskich. Forma bramkarza zaczęła słabnąć, wielu kibiców odwróciło się od „Boskiego Ikera”. Golkiper powiedział, że odchodzi dla dobra swojego oraz Realu. Dlatego latem 2015 roku Hiszpan został graczem FC Porto. W portugalskiej ekipie Hiszpan pokazuje, że nadal jest dobrym bramkarzem. W 156 spotkaniach przepuścił tylko 116 bramek, w aż 74 spotkaniach zachował czyste konto. 23 kwietnia 2018 roku były bramkarz Realu Madryt został Hiszpanem z największą liczbą spotkań. W meczu z Vitorią Setubal „Boski Iker” zagrał 1004. mecz w historii, wyprzedzając w klasyfikacji swojego dawnego druha z Realu i reprezentacji Raula. Łącznie Casillas zagrał 1048 seniorskich starć. Wszystko w FC Porto szło dobrze, aż do 1 maja 2019 roku. Podczas treningu Casillas źle się poczuł. Ostre kłucie w klatce piersiowej okazało się zawałem serca. Iker wyszedł jednak z tego zwycięską ręką, jak na murawie. Ostatecznie hiszpański zawodnik zakończył karierę 4 sierpnia 2020 roku. W 2020 roku Casillas zamierzał wystartować w wyborach na prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Mimo deklaracji legendy piłki nożnej nigdy do startu nie doszło. Może domniemywać, że przeszkodą okazała się pandemia koronawirusa. W grudniu 2020 roku Casillas wrócił do „Los Blancos”. Były bramkarz został zastępcą dyrektora generalnego Fundacji Realu Madryt. W 2022 roku Casillas zawarł „pakt z diabłem”. Były gracz jest prezesem drużyny 1K Futbol Club. Ta drużyna rywalizuje w Kings League, której założycielem jest były gracz FC Barcelony Gerard Pique. Są to rozgrywki siedmioosobowej piłki nożnej, w której udział biorą influencerzy, byli piłkarze czy zawodnicy wybrani w drafcie. Kapitanami innych drużyn w tej lidze są, chociażby Sergio Aguero czy znany dziennikarz Gerard Romero. Idolami Ikera Casillasa w trakcie kariery byli: Paco Buyo (trenował go Mezquita), Juanjo Valencia oraz Peter Schmeichel. W 2012 roku hiszpański gwiazdor futbolu doczekał się niezwykłego upamiętnienia. W rodzinnym Mostoles Casillas dostał swoją ulicę. Avenida De Iker Casillas liczy 1914 metrów. W latach 2016-2021 Casillas był żonaty ze wspomnianą wcześniej Sarą Carbonero. W 2014 roku urodził się syn Ikera, Martin a dwa lat później na świat przyszedł Lucas Casillas. Starszy potomek Casillasa występuje w juniorskiej drużyny Realu. W 2005 roku w trakcie jednej z reklam Iker Casillas powiedział: „Nie jestem galaktyczny, jestem z Móstoles”. Te słowa mówią o nim wszystko. Hiszpan to zwykły człowiek, bez gwiazdorskich pasji. Ciężka praca, skromność i talent doprowadziły Casillasa do piłkarskiego Edenu.

15

FC Barcelona gromi na „szóstke”!

20 maja 2007 r. Duma Katalonii pokonała Atletico Madryt 0:6 na Vicente Calderon. Blaugrana, prowadzona z ławki przez Franka Rikjaarda, rozgromiła Atlético, strzelając 6 goli na wyjeździe drużynie prowadzonej przez Meksykanina Javiera Aguirre'a. Historyczne zwycięstwo, o czym świadczyły ostatnie gwizdy kibiców biało-czerwonych w stronę swoich zawodników. FC Barcelona, walcząca o pierwsze miejsce, potrzebowała zwycięstwa, jeśli chciała pójść w ślady Realu Madryt, który na kilka godzin przed meczem pokonał Recreativo de Huelva 2:3 na stadionie Nuevo Colombino. Zespół Franka Rikjaarda, którego celem było odniesienie zwycięstwa, od początku był zmotywowany a w jego składzie znaleźli się: Víctor Valdés, Gianluca Zambrotta, Lilian Thuram, Carles Puyol i Gio w obronie, Xavi, Edmilson i Deco w pomocy a także Messi, Ronaldinho i Eto'o w ataku. Javier Aguirre z kolei wystawił na mecz z drużyną culé następujący skład: El „ Pichu” Cuellar, w wieczór, którego nie chce wspominać, stanął na czele drużyny, Seitaridis, Zé Castro, Eller i Antonio López stanowili część defensywy, Maniche, Luccin, Galletti i Jurado byli pomocnikami a Petrov i Fernando Torres uzupełnili jedenastkę meksykańskiego trenera. Mimo porażek, nie trzeba było długo czekać, aby ujawnić przewagę Blaugrany. Dopiero w 38. minucie Leo Messi wyprowadził Barcelonę na prowadzenie po asyście Kameruńczyka Samuela Eto'o. Problemy piłkarzy „Los Colchoneros” zaczęły się wkrótce pojawiać, ponieważ dwie minuty po stracie gola Portugalczyk Maniche, filar pomocy, opuścił boisko z powodu kontuzji, co zmusiło Argentyńczyka Maxiego Rodrígueza do wejścia na boisko. Dwie minuty później Barça uciszyła Vicente Calderón, strzelając kolejnego gola. Dwa gole w ciągu pięciu minut postawiły ich na drodze do zwycięstwa, które jednak zostało przedłużone do przerwy. Bramkę zdobył obrońca Gianluca Zambrotta, po niefortunnym wyjściu z boiska bramkarza biało-czerwonych, Cuéllara . Prowadzenie powiększyło się tuż przed przerwą, gdy Samuel Eto'o ponownie trafił do siatki tuż przed przerwą. Barça schodziła na przerwę z trzybramkową przewagą, przy akompaniamencie gwizdów kibiców Atlético skierowanych w stronę swoich zawodników. Pomimo wyniku, Barcelona nie była w najlepszej formie, a bramki padły po niedokładności Atlético. Ronaldinho chciał przyłączyć się do akcji i dzięki akcji kombinacyjnej na skraju pola karnego zdobył czwartą bramkę dla Barcelony. Leo Messi, typowym dla Argentyńczyka strzałem podciętym, oraz Andrés Iniesta całkowicie przełamali czerwono-białą obronę i zaprzepaścili niewielkie nadzieje drużyny Atlético, strzelając odpowiednio piątego i szóstego gola. Dzięki temu zwycięstwu Barça pozostała w walce o tytuł mistrzowski, który ostatecznie zdobył Real Madryt, w sezonie legendarnego Tamudazo. Zespół Franka Rikjaarda zajął drugie miejsce w tabeli, ex aequo z Realem Madryt, zdobywając 76 punktów a Atlético Madryt znalazło się na szóstym miejscu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Pożegnanie Van Gaala:

,,Amigos de prensa, yo me voy, felicidades”(Przyjaciele dziennikarze, odchodzę, gratulacje). To było pierwsze zdanie skierowane przez Holendra do przedstawicieli mediów na jego ostatniej konferencji prasowej 20 maja 2000 r. Od pierwszego dnia w Barcelonie prowadził z nimi wojne, której nie mógł wygrać. Van Gaal zrezygnował również dlatego że solidaryzował się z prezydentem Nuñezem opuszczającym klub z końcem sezonu. Holender chciał ,,po raz kolejny wyczyścić szatnie ale otoczenie na to nie pozwoliło”. Niektórzy(jego zdaniem) nie rozumieli że ,,FC Barcelona jako klub jest ponad wszystkimi a grupa zawodników powinna być zawsze ważniejsza niż indywidualności”. Przez trzy lata zdobył 2 mistrzostwa Hiszpanii ale tylko raz udało mu się przejść faze grupową Ligi Mistrzów(odpadł z Valencią w półfinale).

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@FcPortoFan1999 Nawet nie wiedziałem że dzisiaj jest ten finał! Z drugiej strony dobrze że się nie nakręcam na ten finał bo i tak bym nie obejrzał. Te polsatowskie dziady zakodowały go, więc niech spadają...!

12

„Salid y divertiros”:

20 maja 1992 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy(i zarazem ostatni) w historii Puchar Europy Mistrzów Klubowych. W finałowym meczu pokonała po dogrywce Sampdorie Genua 1:0. ,,Salid y divertiros”(pol. ,,Idźcie i bawcie się”)- tak powiedział Ś.p. Johan Cruijff do swoich piłkarzy przed decydującym starciem z Sampdorią na Londyńskim Wembley. Spotkanie było naprawdę ciekawe a o końcowym wyniku musiała zadecydować dogrywka. Do 111 minuty gole nie padły ponieważ dobrze dysponowani tego dnia byli bramkarze obu zespołów. Najlepszą sytuacje Barça stworzyła w drugiej połowie, gdy genialne podanie Laudrupa do Stoiczkowa zakończyło się strzałem Bułgara w słupek. W zespole włoskim dwie okazje sam na sam z Zubizarretą zmarnował Gianluca Vialli. Wreszcie nadeszła 21 minuta dogrywki. Eusebio Sacristan został sfaulowany około 25 metrów od bramki przez Invernizziego. Bakero trącił piłke, do której podbiegł Koeman i z całej siły kropnął ją tuż przy samym słupku bramki bezradnego Pagliuci. Sukces stał się faktem. Puchar jako pierwszy wzniósł w góre Alexanco, który przyszedł na dekorację w koszulce numer 4 należącej do Koemana. Był to symboliczny gest kolegów z drużyny, którzy chcieli uhonorować trzynastoletni staż Alexanco w barwach Dumy Katalonii i jego ogromne zasługi dla chwały klubu.

Przypomnijmy to epokowe wydarzenie:



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@AnsuLamine No oby, oby!

1

Mój Manchester City i to "mój"(!) zapewnił Arsenalowi tytuł mistrzowski w najgorszym meczu jaki oglądałem w ich wykonaniu. Ech Pepito, daj ty już sobie i przy okazji mnie spokój z "Obywatelami" bo lepiej już napewno nie będzie a nerwów i niepowodzeń będzie coraz więcej...

13

Kultowy ,,Les Corts”:

Kochani cules, 20 maja 1922 r. odbyła się inauguracja legendarnego stadionu ,,Camp de Les Corts”. Trybuny nie były jeszcze całkowicie ukończone. Dostępnych było 20 tysięcy miejsc. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami takich gwiazd jak Samitier, Alcântara, Zamora, Sagi Barba, Piera czy Sancho. Na początku boisko nie miało trawy ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Pierwszy mecz przy ,,Les Corts” FC Barcelona rozegrała przeciwko Szkockiej drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierowego gola na tym słynnym obiekcie zdobył genialny Paulino Alcântara. Stadion przy ,,Les Corts” jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20-te. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany ale i tak w pewnym momencie i to okazało się niewystarczające…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

9

@FCBparasiempre
W historii meczów piłkarskich są takie wydarzenia, które powodują, że chciałoby się cofnąć w czasie, aby móc je zobaczyć na własne oczy. Gdyby była taka możliwość to przeniósłbym się do 19 maja 1938 roku, na okres 90 minut, na Górny Śląsk i na stadion położony w Wielkich Hajdukach. Wcześniej musiałbym jednak kupić bilet, bo inaczej przed meczem nie było szans na załatwienie wejściówki. W czasach przedwojennych piłkarze rozgrywali szereg meczów towarzyskich. Do rangi wielkiego święta aspirował mecz reprezentacji Śląska. Dla każdego śląskiego piłkarza był to zaszczyt móc reprezentować swój region i niebiesko – białe barwy z naszytym na koszulce Śląskim orłem. Oto historia niezwykłego meczu Wolverhampton Wanderers – reprezentacja Śląska. W lidze angielskiej czas końcowych rozstrzygnięć, na czele ligi Arsenal, tuż za nim popularne „Wilki” z jednym punktem straty. 9 kwietnia 1938 roku Wolverhampthon podejmował Leicester City i rozbił go aż 10:1(!) co do dzisiaj jest rekordowym zwycięstwem tej drużyny w lidze. Po cztery gole zdobyli 16 letni lewoskrzydłowy Dicky Dorsett i Dennis Westcott. Po meczu popularne „Lisy” złożyły skargę do Montague Lyons, członka w Izbie Gmin Leicester, że manager drużyny Wolverhampthon major Frank Buckley wstrzykiwał piłkarzom gruczoły małpy. Lyons zażądał, aby Minister Zdrowia Walter Elliot wszczął śledztwo w tej sprawie. Mimo, że śledztwo nie wykazało żadnych naruszeń, ministrowie Partii Konserwatywnej nakazali zaprzestania tych praktyk. Działacze Ligi Angielskiej przeprowadzili własne śledztwo i postanowili, że każdy Klub czy zawodnik na zasadzie dobrowolności może przyjmować różne gruczoły. Major Frank Buckley po tym wydarzeniu był krytykowany za to, że jego metody są zbyt rewolucyjne. Prasa pisała o nim: „Buckley jest bowiem zwolennikiem metod ultra-nowoczesnych. W ciągu ostatniej zimy wzbudził on wielką sensację, ogłaszając, iż gracze „Wolves” poddani zostaną specjalnej kuracji hormonowej, która w porozumieniu z wybitnymi lekarzami polegała na karmieniu swych pupilów preparatami z gruczołów! Dieta ta podziałać miała nadzwyczajnie: „Wilki” wygrali osiem spotkań pod rząd”. Dodatkowo na boisku treningowym zainstalowano urządzenie do podawania piłek. Specjalne treningi z tym urządzeniem miał bramkarz Scott, który wyłapywał wyrzucane z tego urządzenia piłki w różnych kierunkach. Buckley jak typowy wojskowy nie znosił sprzeciwu, stosowanie nowoczesnych metod po prostu wymuszał na swoich zawodnikach. Ostatecznie na koniec sezonu ligi angielskiej Wolverhampthon został wicemistrzem kraju i zakontraktował mecze towarzyskie z drużynami z kontynentu: reprezentacją Pragi (łączona drużyna Slavii i Sparty), reprezentacją Budapesztu oraz reprezentacją Śląska. W pierwszym meczu w Pradze „Wilki” przegrały aż 0:4, porażkę przypisywano zmęczeniu długą podróżą. W kolejnym meczu w stolicy Węgier padł remis 0:0. Piłkarze Wolverhampthon wyjechali z Budapesztu pociągiem specjalnym i przyjechali do Katowic we wtorek 17 maja o godzinie 18:34 i zakwaterowali się w hotelu „Monopol” w Katowicach. Przyjechała prawdziwa wataha wilków: prezydent Klubu Cadwallader z córką, manager Klubu mjr Buckley z żoną, trenerzy Davies i Bradford, masażysta Fowler, redaktor: „Daily Telegraph” p. Forcey, 15 zawodników, kierownik jednego z londyńskich biur podróży p. Miklos i jego sekretarki p. Cade i panna Sharpe.

Tymczasem w Wielkich Hajdukach(od kwietnia 1939 roku Chorzów), stolicy piłkarskiej Górnego Śląska, gdzie panującym królem był hajducki Ruch, odbywały się przygotowania do meczu z Wolverhampthon. Zarząd Śląskiego OZPN poinformował, że ze względów technicznych przedsprzedaż biletów trwać będzie tylko do dnia 16 maja 1938 roku. Dystrybucja biletów w przedsprzedaży była rozprowadzana w wielu punktach: Firma Sport, ul.8 Maja 22 w Katowicach, U Bienia – skład likierów, ul. Pocztowa 2 w Chorzowie, kiosk gazet Karaś, ul. M. Piłsudskiego w Wielkich Hajdukach, Drogeria Predelok, Tarnowskie Góry (Rynek), skład tytoniowy Tatarczyk, ul. Sobieskiego w Rybniku, „Sport” Gajduszek, ul. 3 Maja w Bielsku, biuro podróży „Orbis” w Sosnowcu oraz biuro podróży „Orbis“ w Krakowie. Bilety sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, ok. 30 tysięcy sprzedanych biletów w pierwszych dniach sprzedaży zmusiło organizatorów do podjęcia zdecydowanych działań. Mecz miał się odbyć na stadionie, na którym obecnie swoje mecze rozgrywa Ruch Chorzów, stadion ten w 1938 roku był największym i najpiękniejszym stadionem w Polsce, mógł pomieścić na trybunach 50 tysięcy widzów, kiedy jednak wykorzystało się bieżnię stadionu, pojemność mogła być powiększona nawet do 70 tysięcy widzów. Działacze Śląskiego OZPN podjęli zatem decyzję o rozłożeniu ławek i krzeseł na bieżni stadionu aby powiększyć liczbę miejsc o 10 tysięcy. Razem na tym meczu mogło się pojawić zatem ok. 60 tysięcy kibiców. W dniu zawodów sprzedaż biletów odbywała się w Wielkich Hajdukach przy ul. Chorzowskiej, róg Ratuszowej na parterze w gmachu Banku Ludowego oraz w dwóch następnych oknach domów parterowych. Organizatorzy meczu codziennie w prasie informowali o szczegółach dotyczących dodatkowych miejsc kupowania biletów, zamknięcia części dróg dojazdowych oraz parkingów dla samochodów, motocykli, furmanek, rowerów i innych środków lokomocji. Parkingi te mieściły się na placu Ulricha (dojazd ul M. Piłsudskiego). To tak informacyjnie jakby ktoś, kiedyś podróżował swoim wehikułem czasu i szukał miejsca parkingowego. Jedną z kluczowych informacji administracyjnych było wydłużenie o 3 godziny przekraczania granicy do Niemiec na przejściach granicznych w Rudzie, Łagiewnikach, Chorzowie, Orzegowie i Szombierkach. W dniu meczu jako przedsmak głównego dania zaplanowano spotkanie Chorzów vs. Gliwice o godzinie 16:00. 19.05.1938 rok, godzina 14:00. Na otwarcie kas stadionu Ruchu Wielkie Hajduki oczekiwały tłumy kibiców, którzy nie zdołali zakupić biletów w przedsprzedaży. Pojawiły się również dodatkowe patrole Policji, które pilnowały porządku przed meczem. Na pół godziny przed meczem Chorzowa z Gliwicami wszystkie miejsca na trybunie głównej, wszystkie miejsca stojące na trybunach były zapełnione, pozostało część wolnych miejsc siedzących na bieżni stadionu. Pojawił się silny wiatr, który mógł zwiastować ciężką grę lub burzę. Ani jedno, ani drugie nie nastąpiło, była idealna pogoda do grania. Mecz pomiędzy drużynami Chorzowa i Gliwic rozgrzał tylko trochę kibiców (wynik 3:2 dla Gliwic). Przed godziną 18.00 na stadionie zjawiło się od 30 do 40 tysięcy widzów (ta duża rozbieżność wynikała z pochodzenia prasy, która tę liczbę zawyżała lub zaniżała). Tuż przed rozpoczęciem meczu, kiedy jeszcze kończył się przedmecz na boisku pojawiła się drużyna „Wilków”, która oklaskami została przywitana przez śląską publiczność. Przed głównym meczem organizatorzy skropili wodą całe boisko i odświeżyli linie boiskowe. Jako pierwsi na boisko wbiegli piłkarze Wolverhampthon ubrani w żółte koszulki, czarne spodenki i czarne getry w żółte paski. Bramkarz wystąpił w zielonej koszulce. Drużyna angielska wybiegła w następującym składzie: Alex Scott – Bill Morris, Jack Taylor, Tom Smalley – Tom Galley, Joe Gardiner, Ted Maguire – Horace Wright, John Kirkham, Bryn Jones, Dickie Dorset. Kiedy na murawie boiska pojawiła się reprezentacja Śląska ubrana w białe koszulki i niebieskie spodenki publiczność zgotowała im wrzawę, którą było słychać w promieniu paru kilometrów. Bramkarz reprezentacji Śląska był ubrany w granatowa koszulkę. Kapitan związkowy Śląskiego OZPN p. Lubina ustalił następujący skład drużyny reprezentacji Śląska: Mrugała (AKS Chorzów) – Giemsa (Ruch W.Hajduki), Kinowski (AKS) – Bendkowski (AKS), Piec II (Naprzód Lipiny), Dytko (Dąb Katowice), Piec I (Naprzód Lipiny), Piontek (AKS), Wostal (AKS), Wilimowski (Ruch), Wodarz (Ruch). Jako rezerwowi: Tatuś z Ruchu, Stolarczyk z AKS-u, Cebula ze Śląska Świętochłowice i Niedurny z Policyjnego KS Katowice. Piontek opuścił boisko w 80 minucie meczu z powodu drobnego urazu. Godzina 18:00. Prasa śląska bardzo szczegółowo zrelacjonowała przebieg tego niezwykłego spotkania. Pisała ona: „Pierwsze minuty gry rozpoczęły się żywym tempem, przy czym Anglicy grają system „W“ a mianowicie daleko wysuniętym do przodu napastnikiem środkowym. Gra jest wyrównana, a Ślązacy pierwsi strzelają na bramkę przeciwników, jednak bezskutecznie”. Już w 5 minucie meczu Ernest Wilimowski strzelił pierwszego gola.

Prasa pisała: „Widzów ogarnął istny szał. Bito brawa, krzyczano a czapki rzucano w powietrze”. Gracze śląscy atakują bramkę raz za razem, raz z pustej bramki wybił obrońca, raz piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła w ręce Alexa Scotta bramkarza popularnych „Wilków”. Do trzech razy sztuka i 2:0 dla reprezentacji Śląska. Prasa pisała: „W 12 minucie Ślązacy zdobywają drugą bramkę, co znowu wprowadza widzów w istny szał i tę drugą bramkę strzelił Wilimowski, który był najlepszym graczem obu drużyn. Dytko podał piłkę prostopadle w kierunku bramki a gdy piłka dobiegła do Wodarza, ten od razu przedłużył podanie i oddał ją Wilimowskiemu, który strzelił obok wybiegającego z bramki Anglika”. Piłkarze Wolverhampthon zaczęli indywidualnie kryć „Eziego” Wilimowskiego, który stosował wiele pomysłowych trików, z którymi zawodnicy „Wilków” nie umieli sobie poradzić. Obraz meczu zmieniła przypadkowa akcja Horace’a Wrighta: „Bramkę tę zawinił Mrugała. Bardzo ostro strzelił do bramki Wright i Mrugała wypiąstkował piłkę tak nieszczęśliwie, że poleciała ona wprost na głowę Wrighta, który główką umieścił ją w bramce”. 2:1. Gra jest niezwykle szybka z obu stron, choć inicjatywę cały czas mają ślązacy, dobre zawody rozgrywał Wostal, ale królem meczu był Ernest Wilimowski, który z podania Pieca w 36 minucie meczu w zamieszaniu podbramkowym ulokował po raz trzeci piłkę w bramce. Niespodziewanie inicjatywę przejmują piłkarze Wolverhampthon, którzy najpierw za sprawą Maguire, a później Kirkhama na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy wyrównują stan meczu na 3:3. Przerwa. O drugiej połowie meczu prasa pisała: „Po przerwie Anglicy rozpoczynają grać dość ostro. Zespół śląski, jakby opadł na siłach, co wyraża się zwolnieniem tempa gry. Przez pierwsze 15 minut nie ma specjalnie ciekawych momentów. Dopiero w 20 minucie gry następuje kilka pokazowych zagrań Anglików i w tym to okresie dochodzi do incydentu pomiędzy prawo skrzydłowym gości i Dytką. Ten ostatni zostaje dwukrotnie spoliczkowany”. Sędzia zdarzenia nie zauważył. Edmund Giemsa pomścił kolegę z drużyny chwilę później, kiedy skasował prawoskrzydłowego „Wilków”. W 78 minucie meczu Gerard Wodarz legenda hajduckiego Ruchu zdobył wspaniałym strzałem bramkę na 4:3, jednak do wyrównania doprowadził Horace Wright na 3 minuty przed końcem spotkania. Prasa podsumowała te zawody: „Publiczność zachwycona. Mecz był wspaniałym pokazem kunsztu piłkarskiego (…) Zaletą Anglików, to przede wszystkim dobra kondycja i dokładne opanowanie techniczne, natomiast nie było u nich widać błyskotliwych akcyj i zagrań, którymi zwłaszcza w pierwszym okresie i pod koniec imponowała drużyna Śląska, a specjalnie jej atak. Publiczność opuszczała boisko bardzo zadowolona, bo przyznać trzeba, że był to jeden z najciekawszych meczów, jakie w tym sezonie oglądaliśmy na boiskach śląskich” (…) Anglicy pokazali futbol dobrej marki: szybki, na wysokim poziomie (…) Specjalnie podobał się niezawodny stoping w każdej pozycji i idealne odbieranie piłek”. Śląski Okręgowy Związek Piłki Nożnej za przyjazd Wolverhampton Wanderers zapłacił 10 tysięcy złotych, reklama i organizacja tego meczu kosztowały dodatkowe 5 tysięcy złotych. Jednak na sprzedaży biletów zarobiono ponad 40 tysięcy złotych. Prasa oprócz szczegółowych wyliczeń pokusiła się o różnego rodzaju podsumowania: O piłkarzach „Wilków” prasa pisała: „Opis piłkarzy angielskich musimy zacząć od ich niezgrabnych spodenek. Smukli, świetnie wyrobieni gimnastycznie chłopcy, w długich po kolana spodenkach, o kroju z czasów występów pierwszych sportowców z Eton, co działo się blisko sto lat temu, tracą na swym wyglądzie bardzo wiele. Ale w spodenkach tak fatalnego kroju występują nie tylko piłkarze, ale wszyscy sportowcy angielscy”. O najlepszym zawodniku meczu prasa pisała: ,,Zaszczytny wynik dla zespołu śląskiego, to w znacznej mierze zasługa Wilimowskiego. „Ezi“ zagrał pierwszorzędnie. Był najlepszym z 22 graczy. Demonstrował zagrania na jakie zdobyć się może tylko piłkarz najwyższej klasy światowej. Wniósł on do ataku śląskiego, moment inicjatywy i niezwykłej pewności. Zaskoczyło to nie tylko Anglików ale również naszą drużynę i publiczność. Wilimowski jest niewątpliwie graczem bardzo wielkiej klasy, ale nigdy nie wiadomo kiedy zechce zagrać dobrze. Są przecież mecze, zwłaszcza mecze ligowe, na których „Ezi” wypada jak ostatni „patałach”. O wywiadzie z Majorem Frankiem Buckleyem prasa pisała: „Anglicy byli bardzo zaskoczeni dobrą grą drużyny śląskiej. Mjr. Buckley oświadczył, że nie spodziewał się, by Polacy posiadali tak dobrych piłkarzy. Kilku graczy z tych, którzy grali w reprezentacji Śląska (według opinii kierownika Wolverhamptonu) znalazłoby niezłe posady w zawodowych zespołach pierwszej ligi angielskiej (…) zwłaszcza lewa strona: Wilimowski – Wodarz. Pochwalił też dobrą grę środkowego pomocnika Pieca II, którego uważa za gracza bardzo wartościowego, natomiast zganił obronę za nieczystą w jego pojęciu grę. W sumie mjr Buckley był zaskoczony doskonałą grą Polaków”.

O imprezie w Sali Koła Towarzyskiego w Katowicach prasa pisała: „Po meczu odbył się bankiet na część gości angielskich i niemieckich (drużyna Gliwic). Zebrali się gracze czterech drużyn i grupka zaproszonych gości (…) Drużyna angielska otrzymała w upominku piękną płaskorzeźbę, a poszczególni gracze wartościowe upominki (…) Prezes angielskiego Klubu podziękował za miłe przyjęcie dając wyraz przekonaniu, że piłkarstwo polskie ma przed sobą wielką przyszłość (…)”. O transmisji radiowej prasa pisała: „Jeżeli Polskie Radio decyduje się na transmisję ze Śląska, to musi to być impreza szczególnej wagi (…) nadano co prawda reportaż, ale władze Referatu Sport. Polskiego Radia w Warszawie (…) zdecydowały iż może go przeprowadzić tylko jeden z „fachowców” warszawskich (…) O zastrzeżeniach dziennikarzy prasa pisała: „Przydałyby się tylko telefony na stadionie, aby sobie można było zaoszczędzić wyścigu do najbliższej restauracji (zwłaszcza w czasie przerwy) celem nadania wiadomości do redakcji”. W drużynie Wolverhampthon awizowano przyjazd do Wielkich Hajduk doskonałego obrońcy „Wilków” i reprezentacji Anglii Stana Cullisa, który ostatecznie nie dotarł na mecz z drużyną z Górnego Śląska. Cullis miał blisko, bo 5 dni wcześniej miał zagrać w meczu reprezentacji w Niemcami w Berlinie. Nie zagrał, bo został wykluczony z reprezentacji przed meczem. Dlaczego tak się stało? Stan Cullis był jedynym piłkarzem angielskim, który odmówił wykonania nazistowskiego salutu, które wykonali jego koledzy z drużyny. Wydarzenie to, do dzisiaj jest czarną kartą w historii angielskiego futbolu. Wolverhampton Wanderers z Cullisem w składzie w kolejnym sezonie w 1939 roku przeżyło tzw. „The Double Horror” kiedy zamiast podwójnej korony „Wilki” zaliczyły wicemistrzostwo i przegrały finał FA Cup z Portsmouth. Kiedy po zakończeniu II Wojny Światowej odradzała się piłka nożna działacze Wolverhampton powierzyli mu kierowanie drużyną. Cullis przez 16 lat będąc managerem doprowadził klub do największych sukcesów w jego historii (3 mistrzostwa Anglii, 2 puchary Anglii i 4 zwycięstwa w meczach o Tarczę Wspólnoty) i stał się wspaniałą legendą tego Klubu. Jego imieniem nazwana jest jedna z trybun stadionu Molineux, a przed nią stoi pomnik upamiętniający Stana Cullisa. Dla niektórych piłkarzy reprezentacji Śląska było to przetarcie przed zbliżającym się meczem reprezentacji Polski z Irlandią, które zakończyło się zwycięstwem Biało-Czerwonych 6:0. Niecałe trzy tygodnie później kolejnym etapem był wyjazd na Mistrzostwa Świata, w których Polska spotkała się z Brazylią (5 czerwca 1938 roku). W pierwszym składzie w tym meczu zagrało pięciu zawodników (Wodarz, Wilimowski, Piontek, Piec, Dytko) dwóch kolejnych siedziało na ławce rezerwowych (Giemsa, Piec), jeden z nich z powodu kontuzji został w domu (Wostal) a jeden (Cebula) nie pojechał ponieważ PZPN nie miał wystarczających środków aby wysłać wszystkich rezerwowych na mistrzostwa. W sumie 9 zawodników, którzy byli w składzie reprezentacji Śląska w starciu z Wolverhampton Wanderers.

7

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

19 maja 1910 r. w Warszawie urodził się Władysław Szczepaniak. Jeden z najlepszych obrońców w latach 30-tych i kapitan naszej reprezentacji w jej debiucie na mistrzostwach świata. Jako młody chłopiec, już w wolnej, niepodległej Polsce, zainteresował się sportem. Zimą jeździł na własnej roboty prymitywnych łyżwach, a kiedy pogoda pozwalała, to z upodobaniem kopał piłkę. Kiedy miał 13 lat zmarł mu ojciec. Szybko musiał dorosnąć i pomagać matce. Do zespołu Polonii dołączył w 1926 r. Początkowo grywał jako napastnik. Ligowy debiut zaliczył 8 lipca 1927 r. w przegranym 0:3 meczu z Czarnymi we Lwowie. Swojego pierwszego gola strzelił w wygranym 4:3 derbowym pojedynku z Legią 21 lipca. Premierowy sezon zakończył z trzema golami na koncie, a w kolejnej ligowej kampanii dorzucił sześć trafień. Później został przesunięty do pomocy, gdzie radził sobie również bardzo dobrze. 17 sierpnia 1930 r. w meczu z ŁKS-em strzelił swojego pierwszego hat-tricka w lidze, a Polonia wygrała 4:2. W 1935 r. występował już jako obrońca. Dzięki swojemu doświadczeniu w ofensywie miał niesamowitą intuicję i zawsze potrafił interweniować w odpowiednim momencie. Nie zdarzały mu się jakieś rażące błędy i do końca kariery utrzymywał równy, wysoki poziom. W reprezentacji debiutował w 1930 r. w meczu ze Szwecją. Na igrzyskach w Berlinie wystąpił w spotkaniu o brąz z Norwegią. Na mistrzostwach świata we Francji był kapitanem a ogółem w tej roli rozegrał aż 18 spotkań. Imponował wszechstronnością na boisku, był dobrze wyszkolony technicznie i mimo nieco atletycznej budowy był dość szybki. Mimo że w trakcie jego kariery nie brakowało ostrych spięć i nawet usunięć z boiska, to zawsze mówiono o nim jako o człowieku z klasą. Przed wojną nie zdołał ze swoim ukochanym klubem zdobyć mistrzostwa. Podczas okupacji grał w konspiracyjnych rozgrywkach w drużynach Piaseczna i Radości. W pierwszej powojennej edycji mistrzostw Polski spełnił swoje wielkie marzenie. Polonia dość nieoczekiwanie sięgnęła po tytuł a Szczepaniak wystąpił we wszystkich meczach. Jest rekordzistą stażu w ekstraklasie. Jego pierwszy mecz od ostatniego dzieliło 19 lat i 331 dni. Po zakończeniu kariery pracował w Gwardii, Polonii (wygrana w Pucharze Polski w 1952 r.) i Pogoni Grodzisk. Krótko trenował jeszcze kilka podwarszawskich klubów, ale najwięcej czasu poświęcił wychowaniu młodych piłkarzy Czarnych Koszul. W różnym okresie od końca lat 50. do 70. był trenerem juniorów, juniorów młodszych i trampkarzy. Cieszył się niezwykłą estymą i poszanowaniem. W Reprezentacji rozegrał 34 mecze. Zmarł 6 maja 1979 r. w Warszawie.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

11

Przykre pożegnanie z ,,Latającym Holendrem”:

19 maja 1996 r. zarząd FC Barcelony zwolnił z funkcji trenera Johana Cruijffa. Decyzje podjęto tuż po tym jak Blaugrana zremisowała z Espanyolem 1:1, tracąc w 87 minucie gola i zarazem matematyczne szanse na mistrzostwo. Przed poinformowaniem Cruijffa o zakończeniu współpracy działacze skontaktowali się już z Bobby Robsonem. Holender był wściekły i nie chciał przywitać się z Gaspartem mówiąc ,,Czemu podajesz mi rękę Judaszu” po czym dodał jeszcze: ,, W Barçy jeden puszcza muzykę a reszta tańczy, nie poszedłbym z nim na piwo”. Prosił o wsparcie dla drużyny i nowego trenera, ,,wprowadzonego do drużyny, której nie może ułożyć pod siebie wobec przedłużenia kontraktów przez kilku graczy”. Po kolejnym meczu na Camp Nou kibice zwrócili się przeciwko prezydentowi Nuñezowi, którego przywitały białe chusteczki a oklaskami żegnali Jordiego Cruijffa kierując na niego sympatie, którą darzyli jego ojca.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Ostatnie El Clasico na słynnym ,,Les Corts”:

19 maja 1957 r. FC Barcelona gromi na „Estadio Camp de Les Corts” Real Madrid aż 6:1(!) w ramach ¼ Copa del Rey. Aż cztery(!) gole w tym meczu(co niezwykle rzadko zdarza się w El Clasico) zdobył znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez a pozostałe dwa zdobyli Kubala i Villaverde. To było ostatnie El Clasico na legendarnym „Camp de Les Corts”. Następne odbywały się głównie na Camp Nou. Przypomnijmy zatem składy z tego epokowego wydarzenia:

FC Barcelona: Ramallets, Olivella, Biosca, Segarra, Gensana, Verges, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Tejada.

Real Madrid: Alonso, Torres, Marquitos, Lesmes, Santisteban, Zarraga, Joseito, Mateos, Di Stefano, Rial, Gento.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

11

Feliz cumpleaños panie Jose!

Dzisiaj swoje 70 urodziny obchodzi Jose Ramon Alexanco, obrońca, kapitan i jedna z legend FC Barcelony. Choć pochodzi z Barakaldo a swoją karierę zaczynał w barwach Los Leónes, to głównie kojarzony jest z Dumą Katalonii. Spędził kilkanaście lat jako piłkarz ekipy z Katalonii, zdobył pierwsze trofeum Ligi Mistrzów w historii klubu (wtedy jeszcze Puchar Europy). Rozegrał 276 spotkań ligowych w barwach Blaugrany, więcej niż choćby Pep Guardiola. Od wielu lat był niekwestionowanym liderem zespołu, także w negocjacjach z pracodawcami a z jego zdaniem liczyli się wszyscy prezesi Blaugrany. Na dowód jego niezwykłej roli w klubie przytocze taki oto fakt: W czasie wszystkich wyjazdów FC Barcelony tylko Alexanco otrzymywał w hotelu ,,jedynke”, samodzielny pokój należny pierwszemu wśród równych. Podczas finału Pucharu Europy z Sampdorią, Johan Cruijff wpuścił go na boisko na końcowe minuty dogrywki. Na Wembley te kilka minut na murawie były czymś więcej, niż tylko udziałem w walce dla utrzymania korzystnego rezultatu. Te minuty stały się piękną nagrodą dla wspaniałego gracza a jego nazwisko napisane zostało wśród zdobywców najcenniejszego trofeum. Cztery miesiące później Alexanco obchodził swoje 36 urodziny a więc zdążył w ostatniej chwili swojej kariery sięgnąć po wspaniałą nagrodę.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@EzioAuditoreDF Że co???

1

Komentarz usunięty

11

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

18 maja 1920 r. urodził się Rene Alejandro Pontoni, posągowo zbudowany napastnik z Cordoby, który renome uzyskał grając w Newell’s Old Boys a szczyt sławy osiągnął w latach 1945-48 w CA San Lorenzo de Almagro gdzie przeszedł za 100 tysięcy pesos. Grając właśnie w San Lorenzo, obrońca Boca Juniors de Zorzi wkraczając desperackim wślizgiem, rozłupał mu noge dosłownie w drzazgi. To był praktycznie koniec wielkiej kariery, choć potem Pontoni był jeszcze idolem w klubach kolumbijskich. W reprezentacji w latach 1942-47 rozegrał 20 spotkań, strzelając 19 goli i 3-krotnie pod rząd zdobywając Copa America(1945, 1946 i 1947). W lidze uzbierał 132 gole. Ten okaz zdrowia niebywałą finezje techniczną łączył z potęgą strzału i bezbłędnym zmysłem do wyrafinowanej gry kombinacyjnej. Rene Pontoni zmarł mając zaledwie 63 lata, 14 maja 1983 r. w Santa Fe.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@EzioAuditoreDF Żartujesz? A Schuster to co? Źle napisałeś powinno być Ter Stegen!

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?