12

Bitwa o Santiago:
2 czerwca 1962 miała miejsce tzw. "Bitwa o Santiago". W drugiej kolejce fazy grupowej mistrzostw świata w Chile gospodarze zmierzyli się z Włochami w meczu, który przeszedł do historii jako "najbardziej przerażający, obrzydliwy i haniebny pokaz futbolu w historii" i jednocześnie zainspirował wprowadzenie żółtych i czerwonych kartek. To był od początku bardzo brutalny mundial. W meczu otwarcia Muhamed Mujić z Jugosławii złamał nogę Eduarda Dubinskiego z ZSRR. Uraz przyczynił się u niego do rozwinięcia mięsaka, który doprowadził do jego przedwczesnej śmierci siedem lat później. Mujić nie wyleciał nawet z boiska. W sumie przez pierwsze dwa dni turnieju trzech zawodników złamało nogę. ,,Zespoły obawiają się wczesnego powrotu do domu i zapominają, że to tylko gra. Z każdego z czterech stadionów docierają informacje o przemocy, złych manierach i poważnych kontuzjach”– pisał brytyjski "Telegraph". "Express" poszedł dalej: ,,Wszystko wskazuje na to, że turniej przemienia się w krwawą jatkę. Relacje z meczów brzmią jak korespondencje z frontu”. Spotkanie Włochy – Niemcy zostało opisane jako "wojenne manewry". W pierwszej kolejce Włosi zremisowali z Niemcami 0:0. W drugiej nie mogli sobie pozwolić na porażkę, jeśli chcieli zachować szanse na wyjście z grupy. Zadanie mieli jednak niełatwe – grali z gospodarzami, na oczach 66 tysięcy fanatycznych kibiców w stolicy Chile, Santiago. Przed turniejem włoska prasa zaszła im za skórę. W "La Nazione" i "Corriere della Sera" pojawiły się artykuły mocno krytykujące stan przygotowań w kraju, który zaledwie dwa lata wcześniej przeżył największe trzęsienie ziemi w historii ludzkich pomiarów. W jego wyniku zginęły tysiące ludzi, a cztery z ośmiu stadionów stały się niezdalne do użytku. "W Santiago nie działają telefony, taksówki są tak rzadkie jak wierni mężowie a za telegram do Europy płaci się ręką i nogą. Panują tu niedożywienie, analfabetyzm, alkoholizm i bieda, a prostytucja jest na porządku dziennym" – pisali Antonio Ghiredelli i Corrado Pizzinelli. Ich korespondencje tak rozwścieczyły Chilijczyków, że dziennikarze musieli ratować się ucieczką z kraju. Jeden z argentyńskich reporterów został wzięty za Włocha i dotkliwie pobity. Nawet takie tło nie tłumaczy jednak boiskowych wydarzeń. ,,Mecz, który za chwilę państwo zobaczą, najgłupszy, najbardziej przerażający, obrzydliwy i haniebny pokaz piłki nożnej, być może w całej historii tej gry” – mówił brytyjski komentator BBC David Coleman we wstępie do swojej relacji.

Mundial w Chile nie był pokazywany na żywo w Europie. Skomentowane relacje były wysyłane za Ocean samolotem. Dopiero cztery lata później MŚ w Anglii transmitowano na żywo do wielu innych krajów. Początkowo do prowadzenia spotkania wyznaczono sędziego z Hiszpanii. Po proteście Włochów zmieniono go na doświadczonego Anglika, Kena Astona. Sędziował on jednak stronniczo. Nie dostrzegał fauli i prowokacji gospodarzy, nie zauważył nawet, gdy Leonel Sanchez (syn zawodowego boksera) lewym sierpowym złamał nos kapitana Italii, Humberto Maschio. Obwiniał później za to niedoświadczonych sędziów liniowych. Tymczasem już po czterech minutach Aston wyrzucił z boiska pierwszego z Włochów, Giorgio Ferriniego. Ten odmówił zejścia. Musiała interweniować uzbrojona policja. Od tego momentu na boisku zapanowała już zupełna samowolka. Mnożyły się niewiarygodnie brutalne ataki, choć po latach obie drużyny twierdziły, że one się tylko broniły. W drugiej połowie z boiska wyleciał Mario David. Grający w dziewiątkę Włosi nie byli w stanie utrzymać bezbramkowego remisu. Przegrali 0:2 po golach Jaime Ramireza w 73. i Jorge Toro w 87. minucie. Komentujący spotkanie Coleman był w szoku, że zostało dokończone. Sędzia Aston naciągnął w nim ścięgno Achillesa i nie poprowadził już żadnego meczu ani na tym, ani na kolejnych mundialach. Zasiadł za to w Komisji Sędziowskiej FIFA i był głównym szefem arbitrów na MŚ 1966, 1970 i 1974. Był pomysłodawcą wprowadzenia żółtych i czerwonych kartek (pierwszy raz pojawiły się na mundialu w Meksyku 1970). Być może przekonało go do tego wspomnienie z Santiago... ,,Spodziewałem się trudnego meczu, ale nie aż takiego... Przyszło mi do głowy, by go przerwać, ale obawiałem się, co wówczas stałoby się z włoskimi zawodnikami. Wiedziałem tylko, że nie doliczę do tego nawet minuty!”– wspominał. W trzeciej kolejce RFN wygrało z Chile 2:0, co dla Włochów oznaczało pożegnanie z turniejem. Niechęć chilijsko-włoska jeszcze wzrosła. Jeden z lokalnych działaczy oskarżył Azzurrich o grę pod wpływem narkotyków. Rywale nazwali gospodarzy kanibalami, a w Rzymie wysłano wojsko do ochrony chilijskiego konsulatu. Chile doszło do półfinału, w którym przegrało z późniejszym triumfatorem, Brazylią. Trzecie miejsce to najlepszy wynik w historii tego kraju. Cały turniej do końca obfitował jednak w agresywne faule i boiskowe bijatyki. Zresztą, zdrowie zawodników nie było priorytetem dla FIFA jeszcze przez długie lata. Za to przemowa komentatora BBC przeszła do historii. Coleman kończył: ,,Nacje te spotkały się po raz pierwszy i miejmy nadzieję, że ostatni. Jeśli mistrzostwa świata przetrwają w obecnej formie, to należy coś zrobić z drużynami grającymi w ten sposób. Powinny one być natychmiast usuwane z rywalizacji”.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Zapomniane legendy światowego futbolu:

2 czerwca 1904 r. w Pradze urodził się František Plánička, legendarny czeski bramkarz. Jest jedną z największych legend czechosłowackiego futbolu i uchodzi za jednego z najlepszych bramkarzy w historii futbolu. Graczem Slavii Praga był w latach 1923-1938, pełnił funkcję kapitana zespołu. Wielokrotnie był mistrzem Czechosłowacji(1925, 1929, 1930, 1931, 1933, 1934, 1935, 1937) a w 1938 triumfował także w prestiżowym Pucharze Mitropa. W barwach Slavii rozegrał 969 meczów. Bronił w golfie, którego gruba wełna łagodziła upadki. Często wychodził na boisko w czapce z daszkiem ażeby wyglądać na wyższego. Miał bowiem niewiele ponad 170 cm wzrostu ale był bardzo skoczny. W reprezentacji Czechosłowacji zagrał 73 razy. Debiutował 17 stycznia 1926 r. w meczu z reprezentacją Włoch a ostatni raz zagrał w 1938 roku. Wielokrotny kapitan, w tej roli poprowadził Czechosłowację do wicemistrzostwa świata w 1934. Cztery lata później w meczu z Brazylią na mundialu we Francjii doznał kontuzji i był to jego ostatni reprezentacyjny występ. Wielokrotnie nagradzany, w 1985 został uhonorowany nagrodą fair play UNESCO.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Półfinał na piątke:

2 czerwca 1957 r. FC Barcelona „rozjeżdża” Real Sociedad na „Estadi d'Atotxa” 1:5 w ramach pierwszego półfinału Copa del Generalisimo. Po dwa gole zdobyli Justo Tejada i Eulogio Martinez, jedno trafienie zaliczył Urugwajczyk Ramón Alberto Villaverde. Co ciekawe, tydzień później rewanż na „Camp de Les Corts” zakończył się rezultatem… również 5:1 dla Blaugrany.

@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Swoisty debiut:

2 czerwca 1952 r. FC Barcelona po raz pierwszy w swojej historii rozegrała mecz z Manchesterem City. Był to mecz towarzyski wygrany przez Barçe 5:1. Jednocześnie w tym meczu zadebiutował legendarny lewy obrońca Sigfrid Gracia, strzelając jednego z goli. Wówczas ,,The Citizens” nie byli tak silną ekipą jak dziś a do tego w Blaugranie ,,szalał” Kubala więc nie można się dziwić takiemu wynikowi.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@FcPortoFan1999 No zgadza sie!

0

@FcPortoFan1999 No niby racja ale do 23.00 jednak mogą pograć spokojnie...

0

@Nazio_87 Polecam. Czyta się z wielką ciekawością i z radością...

0

@FcPortoFan1999 Oj żebyś sie nie zdziwił...

1

@Nazio_87 Zgadza się, mam!

11

Drugi w historii angielski finał Champions League:

Wewnątrzkrajowy finał wzbudził u mieszkańców Zjednoczonego Królestwa olbrzymi głód zobaczenia go na żywo. Bilety z drugiej ręki kosztowały nawet 35 000 funtów. Prawdę powiedziawszy po wyznaczeniu Madrytu na miejsce finału mieszkańcy tego miasta mogli liczyć jeśli nie na derby to na obecność przynajmniej jednego zespołu ze stolicy Hiszpanii w zbiorze drużyn, które przystąpią do decydującego starcia. Przecież na ostatnich 10 finalistów Ligi Mistrzów 7 pochodziło ze stolicy Hiszpanii. Ale skoro nic z tego nie wyszło, to zaczęli masowo wyjeżdżać z miasta na cały weekend lub spoglądali z rozbawieniem na słaniających się nie tylko z powodu upału Anglików. Faworytem był Liverpool, nie tylko dlatego że sezon ligowy skończył mając 28 punktów więcej niż Tottenham i wygrał 2:1 oba mecze ligowe z tym rywalem. Nikt nie wątpił że Klopp nie będzie eksperymentował z taktyką. Jedynym zawodnikiem leczącym uraz był Nabi Keita ale jego brak nie stanowił przecież istotnego osłabienia. Przed finałem Niemiec zabrał zawodników na 6 dni do Marbelli, gdzie mieli zapomnieć o przegranej o włos walce z Manchesterem City o tytuł mistrza I odzyskać świeżość. Pochettino zaś głowił się nad wieloma kwestiami między innymi nad taktyką bo w obu przegranych bojach ligowych z ,,The Reds” zdecydował się na inne systemy i oba mecze przegrał, więc wybierał między złym a fatalnym. W pierwszym postawił na kwartę obrońców, trzech pivotów i murowanie bramki. Liverpool zdobył ją jednak dwa razy a jego ludzie trafili dopiero w ostatniej minucie. Z kolei w wiosennym rewanżu obrońców było trzech (albo pięciu w fazie defensywnej) a za napastnikami zagrał ofensywny pomocnik Dele Alli. Tym razem to Liverpool trafił na 2:1 w samej końcówce, więc ten schemat wydawał się odrobinę lepszy. No ale przeciwko Ajaksowi w pierwszym meczu Argentyńczyk zagrał z trzema stoperami a w drugim z czterema obrońcami z wiadomym efektem, drużyna z Amsterdamu zaś grała w identycznym ustawieniu co Liverpool. To była prawdziwa łamigłówka, w końcu jednak Pochettino postawił na 4-2-3-1. Na szczęście dla niego cudownie ozdrowiał Harry Kane. Kontuzja z pierwszego meczu z City miała wykluczyć go z gry do końca sezonu, diagnoza jednak okazała się błędna. Przewidywano że Tottenham będzie starał się przetrwać pierwszą połowę i zaatakować w drugiej kropkę przecież dwa przegrane europejskie finały Liverpoolu Kloppa wyglądały tak że The Reds prezentowali się świetnie do przerwy i fatalnie po niej. Sam mecz nie przyniósł specjalnych emocji a to dlatego że zawodnicy Liverpoolu poszli po ,,uszatkę” jak po swoje. ,,Byłem zrelaksowany rok temu przed meczem z Realem, jestem zrelaksowany i teraz. Dawać już ten mecz”- powiedział Van Dijk i słowa Holendra dobrze ilustrowały pewność siebie graczy Kloppa. W efekcie, po niezwykłych rozgrywkach Ligi Mistrzów 2018/19 zdarzył nam się całkiem zwyczajny finał. Wygrał zespół lepszy i ten, który pierwszy strzelił gola. Dodajmy że był to też zupełnie nie angielski finał, jeśli chodzi o waleczność. W całym starciu popełniono tylko 11 fauli a po raz pierwszy w historii decydujących starć w Lidze Mistrzów sędzia nie pokazał ani jednej żółtej kartki (w 1984 roku zdarzyło się to w finale Pucharu Europy Mistrzów klubowych między Liverpoolem a Romą). Zaczęło się jednak fenomenalnie bo od najszybszego karnego w całej historii Ligi Mistrzów, gdyż podyktowanego już w 23 sekundzie za zagranie ręką, czy raczej pachą przez Moussez Sisoko, którego nastrzelił Sadio Mane. Salah trafił z 11 metrów a potem w słynnej cieszynce zaprezentował ruchy klauna, o co prosiła go córka Makka. Po meczu Egipcjanin zdradził: ,, W szatni przed wyjściem na boisko oglądałem obrazki z zeszłorocznego finału, widziałem nasz wielki smutek i obiecałem sobie że dziś sprawie iż będzie inaczej”. Zapytany czy czuł presje odparł: ,, Niedawno strzeliłem karnego, który dał reprezentacji Egiptu powrót do finałów Mistrzostw Świata. Ten był dużo łatwiejszy”.

Następnie Liverpool wiózł wynik do końca, niewiele sobie robiąc ataków kogutów, przy których gwałtem postawiony na nogi Kane raczej statystował niż brał w nich udział. Gwiazdor zaliczył ledwie 26 kontaktów z piłką kropkę może Pochettino popełnił błąd trenując przed meczem w Londynie, zamiast przyjechać do Madrytu wcześniej niż w środę? Do 70 minuty bohaterem był Van Dick który powstrzymywał wszelkie zapędy rywali, potem jego rolę przejął Alisson, gdyż zawodnicy Spurs wcześniej straszliwie anemiczni, wreszcie zaczęli wyrabiać sobie pozycję strzeleckie. W końcu wynik ustalił Origi trafiając w finale Ligi Mistrzów dopiero jako drugi Belg po Yannicku Carrasco przed trzema laty. ,, Wydawało się że jest to raczej koronacja niż rywalizacja”- jakże trafnie podsumował finał Anthony Quinn. ,, Zasłużyliśmy w tym roku na trofeum bardziej niż ktokolwiek inny”- jeszcze na boisku powiedział Aleksander Arnold. Pochettino wpisał się w szereg argentyńskich trenerów, którzy przegrali siedem kolejnych finałów Pucharu Europy. Passa ta zaczęła się w 1967 roku od Helenio Herrery a wiodła przez Juana Carlosa Lorenzo, Hektora Raula Coopera oraz Diego Simeone. ,, Masz jakiś plan na mecz a potem w 20 sekundzie możesz go wyrzucić na śmietnik bo rywale dostają rzut karny. Nie wiem czy powinien zostać podyktowany ale został. Finałów się nie analizuje, finały się wygrywa. Co z tego że byliśmy dwa razy dłużej Przy piłce że Oddaliśmy dwa razy więcej uderzeń. Rywal strzelił dwa gole A my żadnego, więc zasłużył na zwycięstwo. Jestem dumny z tego, jak moi zawodnicy walczyli”- żalił się po meczu szkoleniowiec Tottenham. Z kolei Jurgen Klopp powiedział: ,,Przygotowanie się do tego meczu było nie lada sztuką. Kończyliśmy ligę 3 tygodnie temu, graliśmy w strasznym upale. Nie mam ochoty tłumaczyć czemu wygraliśmy, powiem tylko że w trakcie sezonu okazaliśmy się odporni na wszystko. To jedna z najpiękniejszych nocy w moim życiu, cieszę się szczęściem chłopców, moim, całej rodziny. 6 razy wracałem do domu ze srebrnym medalem. Wreszcie mam złoty. Normalnie już byłbym pijany. Mam młodą drużynę, to na pewno nie koniec naszych sukcesów”. Trener napił się po konferencji. Razem z piłkarzami. Prawdę bowiem powiedział Jordan Henderson: ,,To wszystko zasługa Kloppa, bez niego ten triumf nie byłby możliwy. Dokonał wielkiej rzeczy, stworzył prawdziwy zespół, w którym panuje genialna atmosfera. Dziś spełniłem dziecięce marzenie. Nie zamierzam tej nocy spać”. Po kilku dniach rekordy popularności na YouTubie bił sześciominutowy filmik zatytułowany: ,,Jurgen Klopp’s Madrid Celebration uncut’. Trzeba go obejrzeć by zrozumieć, jaka wspólnota panowała w szatni The Reds między trenerem a zawodnikami i trzeba zobaczyć przejazd czerwonego autobusu z piłkarzami ulicami miasta Beatlesów.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@szonik94 Japonia i Turcja jakoś mnie nie przekonują jako czarny koń. Natomiast Kolumbia też może okazać się czarnym koniem. Ja osobiście stawiam tak jak ty, czyli Norwegia!

1

@szonik94 W zasadzie to Norwegia już na papierze jest czarnym koniem mundialu. Nie widze innego kandydata na tą chwile...

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

1 czerwca 1903 r. w Katowicach urodził się Emil Görlitz, polski bramkarz pochodzenia niemieckiego o pseudonimie Schlosser, wychowanek Preußen 05 Kattowitz (pięciokrotny mistrz Górnego Śląska). Jako pierwszy niemiecki Ślązak dostał powołanie do reprezentacji Polski, w której zadebiutował 18 maja 1924 r. w przegranym 1:5 meczu ze Szwecją. W sumie zagrał osiem razy dla Polski, z kadrą pożegnał się 2 października 1925 r. w wygranym 2:1 meczu z Turcją. Był rezerwowym bramkarzem na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 r. Lata 1924-1925 spędził w mistrzowskiej Pogoni Lwów i razem z Józefem Słoneckim stał się pierwszym polskim zawodowym futbolistą. Trener ,,Pogoniarzy” Austriak Karl Fischer namówił obydwu na wyjazd do włoskiego Triestu. Przygoda z zawodowstwem okazała się niewypałem, więc na sezon 1927 Emil Görlitz wrócił do rodzinnych Katowic. 1. FC Katowice (kontynuator tradycji Preußen 05 Kattowitz) w pierwszym sezonie ligowym w 1927 r. prawie został mistrzem Polski a o braku tytułu przesądziła porażka w meczu z Wisłą Kraków u siebie (Gӧrlitz był wtedy kapitanem swojej drużyny). Zapisał się w kronikach jako pierwszy bramkarz w historii ligi, który strzelił gola z rzutu karnego. Zespół z Katowic w kolejnych sezonach spisywał się coraz gorzej, więc Emil w 1934 r. zdecydował się na wyjazd do Niemiec. Po wybuchu II wojny światowej wrócił do Katowic i został pracownikiem huty Ferrum. Nadejście Armii Czerwonej oznaczało dla niego zesłanie do obozu w Kłodzku, gdzie jednak ze względu na znajomość języka ukraińskiego (efekt dwuletniego pobytu w Pogoni Lwów) i przeszłość w reprezentacji Polski był traktowany bardzo przyzwoicie. Został zwolniony i trafił do Zgorzelca, skąd wspólnie z żoną wyjechał do Niemiec. Zmarł w wieku 84 lat, kilkakrotnie wracał do Katowic, gdzie wciąż mieszkała część jego rodziny.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

1

@Bernard777 No to wówczas byłby nawet bardzo dobry sezon, gdyby nie ta klęska! Ja sie tylko zastanawiam co tak naprawde sie wtedy stało?? No Neymara to jeszcze chyba nie było a tym bardziej Luisa Suareza, no ale ich nieobecność nie może w pełni tłumaczyć jakiejś kompletnej niemocy w tym półfinale Ligi Mistrzów. Przecież był Villa ,Pedro a o Messim nawet nie wspomne!

14

Rekordy Azulgrany:

1 czerwca 2013 r. FC Barcelona pokonuje Malage CF 4:0 w ostatniej kolejce ligowej i zdobywa 100 punktów w jednym sezonie Primera Division, wyrównując rekord ustanowiony sezon wcześniej przez Real Madrid. Bilans podopiecznych Ś.p. Tito Vilanovy to 32 zwycięstwa, 4 remisy i tylko 2 porażki. Natomiast bilans goli wyniósł 115:40.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

Oto cała prawda o reprezentacji Polski:


10

Czy wiecie że…

1 czerwca 2006 r. otwarto ,,Ciutat Esportiva Joan Gamper”. Ten kompleks sportowy FC Barcelony położony jest w miejscowości Sant Joan Despi, 4,5 kilometra od Camp Nou i zajmuje powierzchnie 136,839 m2. Kosztująca niemal 80 milionów euro baza treningowa składa się między innymi z pięciu pełnometrażowych boisk ale także z hali sportowej i sal treningowych. Regularne zajęcia odbywają tutaj członkowie wszystkich sekcji sportowych Blaugrany. W 2011 r. na terenie centrum utworzono nową La Masie czyli budynek, w którym mieszkają zebrani z całego świata piłkarze juniorskich drużyn FC Barcelony.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Przełomowa debata w „Teatrze Nou”, zwanym również „Teatro Nuevo”:

Kochani cules, 1 czerwca 1923 r., na krótko przed 25-tą rocznicą powstania FC Barcelony, w ,,Teatrze Nou” zorganizowano zgromadzenie ogólne klubu. Zebrani w audytorium socios oczekiwali dymisji całego zarządu. Żeby zapełnić pustke, zaprezentowano cztery kandydatury; jedną z nich był Joan Gamper i to on okazał się zwycięzcą. W ten sposób założyciel klubu rozpoczął sprawowanie nowego mandatu na czele FC Barcelony w trakcie jednego z najbardziej delikatnych momentów w jego historii, z racji przechodzenia na profesjonalne uprawianie futbolu. Tak więc w ,,Teatrze Nou” odbyło się jedno z najważniejszych zgromadzeń w historii Barçy. Profesjonalizacja futbolu spowodowała iż sport ten stał się o wiele bardziej widowiskowy i efektowny ale przyczyniła się również do pojawienia się pierwszych niesnasek między klubami i piłkarzami. Rywalizacja o zawodników stała się chlebem powszednim. Gamper rozczarowany tym że Samitier domagał się podwyżki pensji, był świadomy że klub potrzebuje pieniędzy ażeby skompletować silną drużynę a jednocześnie obserwował jak futbol oddalał się od swej pierwotnej, radosnej natury. Finansowe wymagania charyzmatycznego piłkarza przyczynią się(kilka lat później) do jego odejścia do Realu Madryt.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

3

Maja! Jesteś słodsza niż.... miód. Mamy to! Maju... Maju... kochamy cię.....!

6

Właśnie wróciłem z roboty i co widze? Pszczółka Maja(Maja Chwalińska) bardzo dzielnie walczy z jakby nie było gospodynią turnieju i kto wie jak to się skończy? Kto by pomyślał że "jakaś tam" Maja może być lepsza od ukochanej przez nas Iguni Świątek?
No to teraz: Leć pszczółko, leć wysoko ponad kortem....

13

Żywe legendy niemieckiego futbolu:

31 maja 1989 r. urodził się Marco Reus. To wychowanek Borussii Dortmund, z którą związany był przez większość swojej kariery. Mimo że reprezentował również inne kluby, takie jak Rot Weiss Ahlen i Borussia Mönchengladbach, to powrót do Borussii Dortmund w 2012 roku okazał się kluczowym momentem w jego karierze. Jego wzrost wynosi 180 cm a waga około 75 kg, co czyni go wszechstronnym zawodnikiem nowoczesnego typu. Reus jest również znany z zaangażowania w różne inicjatywy charytatywne i społecznościowe, co czyni go nie tylko sportowcem, ale i osobą o szerokich zainteresowaniach poza piłką nożną. Prywatnie, jest żonaty z modelką Scarlett Gartmann, z którą ma córkę. Relacje rodzinne są dla Reusa niezwykle ważne, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Pomimo swojej popularności, Reus stara się zachować pewien poziom prywatności, choć jego aktywność w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Instagramie, pozwala fanom na bliższe poznanie jego codziennego życia. Mimo że jest jedną z największych gwiazd piłki nożnej, Marco Reus pozostaje skromnym człowiekiem, który ceni swoje korzenie i wartości. Marco Reus to niemiecki piłkarz, który zyskał międzynarodową sławę dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom na boisku. Reus jest zawodnikiem grającym na pozycji ofensywnego pomocnika lub skrzydłowego. Od 2012 roku związany był z klubem Borussia Dortmund, gdzie przez wiele lat pełnił rolę kluczowego zawodnika a od 2018 roku kapitana drużyny. Jego dynamiczny styl gry, precyzja i zdolność do tworzenia sytuacji bramkowych uczyniły go jednym z najważniejszych piłkarzy swojego pokolenia. Reus zdobył wiele prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym tytuł Piłkarza Roku w Niemczech(2012, 2019). Jego wkład w sukcesy Borussii Dortmund, takie jak zdobycie Pucharu Niemiec(2017, 2021), przyczynił się do jego popularności zarówno w kraju, jak i za granicą. Marco Reus jest również ceniony za swoje występy w reprezentacji Niemiec, z którą uczestniczył w kilku międzynarodowych turniejach, w tym Mistrzostwach Europy 2012 i 2020 oraz Mistrzostwach Świata 2018.

Marco od najmłodszych lat interesował się piłką nożną. Jego kariera rozpoczęła się w małym klubie Post SV Dortmund a w 2006 roku przeniósł się do Rot Weiss Ahlen, gdzie zadebiutował w seniorskiej piłce. Po trzech latach, w 2009 roku, przeszedł do Borussii Mönchengladbach. Tam szybko stał się jednym z kluczowych zawodników, co przyciągnęło uwagę większych klubów. W 2012 roku Reus powrócił do swojego rodzinnego miasta, podpisując kontrakt z Borussią Dortmund. Jego dynamiczny styl gry i zdolność do kreowania sytuacji bramkowych uczyniły go jednym z najważniejszych zawodników drużyny. Niestety, jego kariera była często przerywana przez kontuzje, w tym poważne urazy kolana i mięśni, które wykluczały go z gry na długie miesiące. Mimo to Reus zawsze wracał na boisko z jeszcze większą determinacją. Poza futbolem Marco Reus interesuje się motoryzacją i często bierze udział w różnego rodzaju wydarzeniach związanych z samochodami. Jest także zaangażowany w działalność charytatywną, wspierając różne inicjatywy, w tym te związane z pomocą dzieciom. Jego życie prywatne jest stosunkowo ciche; Reus unika skandali i stara się chronić swoją prywatność, co czyni go jednym z bardziej szanowanych piłkarzy swojego pokolenia.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Piłkarz, który urodził się w łodzi i podobnie jak jego ojciec zagrał na Mistrzostwach Świata:

Zawsze jest tam, u stóp migającej sygnalizacji świetlnej, tej, która oświetla go w mroku nocy. Jego strój zmienia się w zależności od trzech opcji, jakie oferuje garderoba. Nigdy nie rozstaje się z obciętymi rękawiczkami, spod których wystają jego popękane dłonie, ściskając z siłą przetrwania paczkę starych chusteczek. Jego smutne, pożółkłe spojrzenie odbija się od szyb samochodowych; niewiele serc mięknie na widok tego uśmiechu, który tak ostro kontrastuje z jego wyblakłą gwiazdą. 14 czerwca 1974 roku. Jedenastu piłkarzy ustawiło się przed trybunami dortmundzkiego „Westfalenstadionu”. Na piersi każdego z nich widniał wizerunek groźnego lamparta, otoczonego legendarnym napisem „Léopards Zaïre”, który pokrywał niemal całą żółtą koszulkę. Ten przełomowy strój stanowił zaprzeczenie klasycznego stylu piłki nożnej lat 70-tych i sam w sobie zapowiadał historyczne wydarzenie: po raz pierwszy drużyna z Afryki Subsaharyjskiej rywalizowała w finałach Mistrzostw Świata. Przed nimi trzy mecze, z których każdy pozostawił po sobie serię kultowych obrazów, które zapisały się w annałach Mistrzostw Świata. Ten pierwszy raz uwypuklił piłkarską różnicę między Afryką a resztą świata. Coś, co stopniowo się odwracało z Mistrzostw Świata na Mistrzostwa Świata. Co cztery lata kraje tego wiecznego kontynentu zaczęły szczycić się fizycznym i radosnym stylem gry w piłkę nożną; odważną grą, zdolną przynieść szczęście nie tylko ich ojczyznom, ale także wszystkim tym ludziom, którzy w każdym zakątku globu noszą w sobie smutek z powodu opuszczenia ojczyzny. Przez dziewięćdziesiąt minut ci smutni ludzie czują, że odzyskują dumę. Wśród tych wszystkich pionierów jedno nazwisko wyróżnia się: Mavuba. Nazwisko, które na zawsze związało się z piłką nożną w jednej z najbardziej poruszających historii tej pięknej gry. Ricky Mavuba Mafuila był utalentowanym pomocnikiem, który wyróżniał się w drużynie utworzonej pod rządami dyktatora Mobutu. Dzięki swojemu znakomitemu kontaktowi z piłką zyskał przydomek „Czarny Czarodziej” za umiejętność strzelania goli z rzutów rożnych z zadziwiającą łatwością. Jednak życie prestiżowego afrykańskiego piłkarza w latach 70. bardzo różniło się od dzisiejszego; przeprowadzka do Europy była nie do pomyślenia. Przy odrobinie szczęścia granice jakiegoś kraju protektoratu mogły się otworzyć, oferując skromne życie. Tak było w przypadku Mavuby, który po wygraniu Afrykańskiej Ligi Mistrzów i Pucharu Narodów Afryki przybył do rozwiniętej Angoli aby dokończyć karierę. Tam poznał Teresę i zaplanował swoje życie w tym dotąd spokojnym kraju. Sytuacja wkrótce miała się zmienić; Angola dążyła do wyzwolenia się spod portugalskiego jarzma. Burzliwe czasy rysowały się na horyzoncie. Długo oczekiwana niepodległość przyniosła wybuch jednej z najkrwawszych i najdłużej trwających wojen w historii współczesnej.

Rodzina Mavubów nie widziała lepszego wyjścia niż wsiąść na małą łódkę i wypłynąć. Uznanie i piłkarskie sukcesy „czarodzieja” należały już do innego życia, tego, które zdawało się wypaść za burtę. Obok niego Teresa płakała nieutulenie. Jej łzy mieszały się z wodą zbierającą się w łódce; właśnie urodziła, w jakiejś nieznanej części oceanu, dziecko o niepewnej przyszłości. Ale kręte morze cierpliwie kołysało małą łódkę niczym kołyskę; fale wyznaczały rytm najsłodszej kołysanki, jaką kiedykolwiek śpiewano. Cudownie dziecko dotarło całe i zdrowe do portu w Marsylii. Był rok 1984 i Teresa dokładnie wiedziała, czego chce: będzie miał na imię Río bo w żyłach tego dziecka płynęła woda. „Urodzony na morzu”. To proste a zarazem surowe. Paszport młodego Rio Mavuby podkreśla jego znikomość na świecie. Nikt się nie liczy we Francji, nikt się nie liczy w Afryce. Rio nie należy do nikogo, jest bezpaństwowcem, należy do morza. Río nie wie, gdzie się urodził, poza tym, że na małej łódce. Jego matka zmarła, gdy miał dwa lata a ojciec, gdy miał dwanaście. „Byłem za mały, żeby o tym mówić, chociaż oni prawdopodobnie nawet nie wiedzieli”. Nie pamięta nic z matki a bardzo niewiele z ojca, „popołudni spędzonych razem na kanapie i próbach oglądania meczów piłkarskich w telewizji PPV na Canal Plus”. To ich łączyło(ich miłość do piłki nożnej) i to właśnie pomogło mu przezwyciężyć wszystkie życiowe przeciwności. Kto wie, może chodziło o głębsze odczucie pamięci o ojcu. Mavuba zdołał dostać się do prestiżowej akademii Girondins de Bordeaux, gdzie przełamał wszelkie bariery. W wieku zaledwie 19 lat zadebiutował w pierwszym składzie. Następnie zaczął przyciągać zainteresowanie ze strony Kongo(nowego Zairu), Angoli... i Francji. Walczyli o tego młodego człowieka, który nie czuł przynależności do żadnego narodu. Logika kogoś, kto nie potrafił pojąć koncepcji patriotyzmu, doprowadziła go do wyboru jedynej rzeczy, którą znał. Latem 2004 roku Rio Mavuba zadebiutował z reprezentacją Francji, z jednym małym szczegółem, który wywołał poruszenie we Francji: nie miał francuskiego obywatelstwa. Coś, co zostało rozwiązane dzięki jego nowemu statusowi. „W końcu mam kraj; do tej pory miałem tylko łódź.”

Pod pseudonimem „nowy Makelele” lub „mała Tigana” przybył do Hiszpanii za siedem milionów euro – kwotę, która mogłaby zapobiec wojnie. Villarreal, modny hiszpański klub piłkarski, zapewnił sobie jego usługi. Los chciał, że ten mały chłopiec urodzony na morzu trafił na „okręt podwodny”. Nie miał jednak wielu szans w drużynie prowadzonej przez Pellegriniego i w styczniu wrócił do Francji, by tworzyć historię z Lille. Zdobył mistrzostwo kraju i zapisał się na kartach historii najlepszych stadionów Europy. Szczyt jego kariery i zwrot akcji miały dopiero nadejść. Stało się to 13 maja 2014 roku, kiedy Didier Deschamps umieścił nazwisko Mavuba na liście francuskich piłkarzy powołanych na Mistrzostwa Świata w Brazylii. Czterdzieści lat później piłkarska historia rodziny Mavubów zatoczyła pełne koło, potwierdzając historię pokonywania przeciwności losu, którą trudno było sobie wyobrazić. Z pewnością z nieba jego ojciec obserwował debiut syna na Mistrzostwach Świata bez mrużenia oczu i bez konieczności rozszyfrowywania morza. Ciężko patrzeć na zdjęcia łodzi pełnych Afrykanów przybywających do Europy. To rozdzierające serce. To ludzie, którzy chcą znaleźć lepsze życie w innym kraju i ryzykują wszystko…

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

2

Panie Janie Urbanie, daj se pan spokój. Z pustego to i Salamon nie naleje!

3

Patałachy piepszone! I oni jeszcze mają czelność marzyć o mundialu!? Gówno chłopu nie zegarek!

9

@FCBparasiempre
Często mówi się, że gospodarz mistrzostw świata powinien grać w turnieju możliwie jak najdłużej. Chodzi oczywiście o utrzymanie odpowiedniej frekwencji na stadionach i zainteresowania imprezą w kraju. Nie od dziś też wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. I nie chodzi tu tylko o doping własnych kibiców. Wielu z nas pamięta skandaliczne sędziowanie na mistrzostwach w 2002 r. Zastrzeżenia do pracy arbitrów można było mieć już jednak znacznie wcześniej. Jednym z pierwszych meczów, w których pan w czerni wyraźnie sprzyjał gospodarzom, było starcie Włochy – Hiszpania w 1934 r. Turniej organizowany w 1934 r. był pierwszą wielką sportową imprezą, w którą tak wyraźnie wkroczyła polityka. Rządzący Włochami Benito Mussolini chciał za wszelką cenę pokazać Włochy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kiedy w 1932 r. przyznano im organizację, duce powołał specjalną rządową komisję, która miała kontrolować przebieg przygotowań. Stadiony były gotowe na czas, a komunikacja działała bez zarzutu. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a świat miał się przekonać, że włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Prezydentem Włoskiej Federacji Piłkarskiej Mussolini mianował generała Giorgio Vaccaro. Był on niezwykle żywym i rzutkim organizatorem i doskonale orientował się w realiach sportowego życia Włoch. Pilnował, żeby zawodnikom i trenerowi Vittorio Pozzo niczego nie brakowało. Mussolini przed mistrzostwami powiedział Vaccaro, że włoska reprezentacja musi wygrać. Kiedy usłyszał w odpowiedzi, że piłkarze zrobią wszystko, co ich w mocy, rzucił w stronę rozmówcy, że to jest rozkaz. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo i to za wszelką cenę. Pierwszy mecz Włosi grali ze Stanami Zjednoczonymi. Duce kupił bilet tak samo, jak wszyscy inni miłośnicy piłki. Pozdrowił ich, a oni odpowiedzieli owacjami. Amerykanie mimo dojścia do półfinału na mistrzostwach w Urugwaju, nie byli wówczas zbyt silnym rywalem dla Squadra Azzura. Wzmocniona kilkoma „oriundi” drużyna Włoch, nie miała żadnych kłopotów z gośćmi zza oceanu i zdeklasowała ich, wygrywając aż 7:1. W ćwierćfinale starli się jednak z dużo bardziej wymagającym przeciwnikiem. Na ich drodze stanęli walecznie Hiszpanie. Podobnie jak dla Włochów, również dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego był to pierwszy występ na mistrzostwach świata. W swoim premierowym występie spotkali się z wirtuozami z Brazylii. Przybysze z Ameryki Południowej dotarli do Włoch statkiem. W trakcie podróży musieli stosować się do pewnych zasad. Nie wolno im było mieszać się z pasażerami pierwszej klasy i nie mogli trenować. Z tego względu część zawodników po piętnastodniowym rejsie miała problem z odzyskaniem właściwej formy fizycznej. Wymęczeni podróżą, mało ruchliwi i źle przygotowani Brazylijczycy nie byli w stanie przeciwstawić się dobrze zorganizowanym Hiszpanom i przegrali 1:3. Hiszpanie zaczynali coraz więcej znaczyć w światowym futbolu. W 1929 r. jako pierwsza drużyna z kontynentu pokonali dumnych Anglików. Rok później zwyciężyli w Bolonii z Włochami 3:2, a w eliminacjach do turnieju rozbili w dwumeczu Portugalię 11:1. Zwycięstwem nad Brazylią potwierdzili swoje duże ambicje. Poza bramkarzem nie mieli w składzie wielkich, międzynarodowych gwiazd. Nadrabiali to jednak zgraniem i zaangażowaniem. Obronę tworzyła para stoperów madryckiego Realu Jacinto Quincoces i Ciriaco Errasti. W środku pola piłki rozdzielali dwaj wybitni zawodnicy Athletic Club: José Muguerza i Leonardo Cilaurren, których uzupełniał Federico Fede Sáiz z Deportivo Alavés. Na środku ataku brylował Isidro Lángara – jeden z najlepszych piłkarzy w historii Realu Oviedo. W zdobywaniu goli wspierali go Luis Regueiro z Realu Madryt i trójka piłkarzy Athletic Club – Ramón de la Fuente Leal, José Iraragorri i Guillermo Gorostiza. Największą gwiazdą zespołu był jednak stojący między słupkami Ricardo Zamora – obok Plánički najlepszy wówczas bramkarz na świecie. Mając zawodnika takiego formatu za sobą, cała defensywa mogła grać dużo pewniej i spokojniej. Nad wszystkim miał czuwać trener Amadeo García de Salazar. Wcześniej prowadził zespół w zaledwie trzech meczach, ale za to wszystkie trzy były zwycięskie.

Włosi od czasu porażki z Hiszpanami w 1930 r. rozegrali 23 mecze i przegrali tylko trzy – dwukrotnie z Austrią i raz z Czechosłowacją. W pokonanym polu potrafili zostawić takie ekipy jak Węgry, Szwajcaria, Francja czy Niemcy. Za sukces należy też uznać remis z Anglią na własnym terenie. Dysponowali naprawdę wspaniałą drużyną i przez wielu fachowców byli uważani za głównych faworytów turnieju. W bramce grał Gianpiero Combi, który przez całą swoją karierę związany był z Juventusem. W defensywie występował duet Eraldo Monzeglio (Bologna) i Luigi Allemandi (Ambrosiana-Inter). W pomocy grali Mario Pizziolo (Fiorentina) i Armando Castellazzi (Ambrosiana-Inter), ale prawdziwą gwiazdą i liderem tej formacji był niezapomniany Luis Monti, który cztery lata wcześniej przed finałem Argentyna – Urugwaj miał otrzymywać wiadomości z pogróżkami. Był jednym z pierwszych „oriundich”, których włoskie korzenie wykorzystano, żeby włączyć ich do kadry. Oprócz niego w Ameryce Południowej urodzili się grający na skrzydłach Enrique Guaita i Raimundo Orsi, który w 1928 r. zdobył z argentyńską reprezentacją srebrne medale w Amsterdamie. Środek ataku był zarezerwowany dla kolejnego wybitnego zawodnika. Był nim Angelo Schiavio, który przez całą karierę reprezentował Bolognę i do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem tego klubu. Obok niego występował Giovanni Ferrari z Juventusu i chyba największa gwiazda włoskiego calcio przed wojną – Giuseppe Meazza, który pod względem skuteczności w barwach narodowych, ustępuje tylko Silvio Pioli. Z ławki zespołem dyrygował charyzmatyczny Vittorio Pozzo. 31 maja o godzinie 15:00 belgijski sędzia Louis Baert dał sygnał do rozpoczęcia meczu. 30 tysięcy kibiców zgromadzonych na Stadio Giovanni Berta, który dziś nosi imię Artemio Franchi, oczekiwało kolejnego spokojnego zwycięstwa swoich pupili. Do Hiszpanii docierały relacje radiowe. Tam takiego optymizmu, jak wśród Włochów już nie było. Wierzono, że sukces jest możliwy, ale zdawano sobie sprawę z umiejętności rywali. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarze od pierwszych minut ruszyli do ataku. Raz za razem na bramkę Zamory sunęły ataki włoskiej ofensywy. Hiszpanie sprawiali wrażenie jakby trochę onieśmielonych wielkością przeciwnika. Nie zdecydowali się na wymianę ciosów. Woleli się cofnąć pod własną bramkę i skupić się na defensywie. Amadeo García de Salazar doskonale zdawał sobie sprawę z atutów, jakie posiada zespół prowadzony przez Vittorio Pozzo. Grano systemem pucharowym, gdzie przegrywający odpadał. Jedna stracona bramka mogła więc oznaczać przegraną i pożegnanie z turniejem. Nie było więc miejsca na najmniejszy nawet błąd. Włosi miażdżyli rywali, wydawało się, że gole są kwestią czasu, ale mijały minuty, a wynik nie ulegał zmianie. Znakomite zawody rozgrywał Jacinto Quincoces, który doskonale dyrygował formacją obronną Hiszpanów. Cudów dokonywał Ricardo Zamora. Strzeżona przez niego bramka wydawała się zaczarowana. Zawodnicy Squadra Azzura oddali kilkanaście strzałów na bramkę rywali, mieli aż szesnaście rzutów rożnych, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Prowadząc nieustanne ataki, zostawiali też coraz więcej miejsca Hiszpanom, którzy wyprowadzili kilka groźnych kontrataków. Jeden z nich, przeprowadzony w 31. minucie, przyniósł im nieoczekiwane prowadzenie. Lider formacji ofensywnej Hiszpanów– Isidro Lángara cały czas był pieczołowicie pilnowany przez Włochów. Wiedzieli o jego nietuzinkowych umiejętnościach, które potwierdził, strzelając pięć bramek Portugalii. Kiedy mijało pół godziny od rozpoczęcia gry, kolejny faul na hiszpańskim napastniku, zakończył się podyktowaniem przez sędziego rzutu wolnego. Odległość do bramki Combiego wynosiła 25 metrów. Sam poszkodowany, odczuwając skutki przewinienia rywala, nie zdecydował się pójść w pole karne, tylko sam wolał podawać piłkę kolegom. Castellati, który go pilnował, wrócił więc pod swoją bramkę, asekurując bramkarza. Nie zrozumiał się jednak do końca z Combim i kiedy Monzeglio przegrał walkę o górną piłkę z Luisem Regueiro, ten mógł spokojnie strzelić obok zdezorientowanego włoskiego golkipera. Szok i niedowierzanie na trybunach. 1:0 dla Hiszpanii. Pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Gospodarze z jeszcze większą pasją i zaangażowaniem ruszyli do przodu. Hiszpanie coraz rzadziej przekraczali linię środkową boiska. Coraz bardziej skupiali się na utrzymaniu korzystnego rezultatu, ale do końca zostawała jeszcze godzina gry. Oba zespoły powoli zaczynały odczuwać trudy pojedynku. Gra się zaostrzyła. Z porozcinanych nóg lała się krew. Nie zawsze trafiano w piłkę, a uderzenie w kostkę czy łydkę solidnym, ciężkim piłkarskim butem musiało pozostawić ślad.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Chwilę po wznowieniu gry belgijski sędzia odgwizdał rzut wolny dla Włochów. W pole karne zacentrował Mario Pizziolo. Angelo Schiavio, zamiast na piłce, to skoncentrował się na bramkarzu. Zwyczajnie przytrzymał Zamorę, dzięki czemu Giovanni Ferrari mógł wpakować piłkę do bramki. Kiedy futbolówka zatrzepotała w siatce, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale pod naciskiem Włochów zmienił zdanie. Zamora natychmiast podbiegł do arbitra, wyraźnie sugerując mu, że w tej sytuacji był faulowany. Poparli go oczywiście koledzy z drużyny, a do dyskusji włączyli się też Włosi. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłkarze się kłócili, a kibice, krzycząc, próbowali wywrzeć presję na Belgu. Ten nie chcąc samotnie podejmować decyzji, wolał skonsultować się ze swoim asystentem. Po chwili wskazał na środek boiska i mecz zaczął się niejako od początku. Hiszpanie wrócili do taktyki z pierwszych minut, która przyniosła im prowadzenie. Włosi nadal nie potrafili znaleźć sposobu na Zamorę. Hiszpan był już mocno poobijany, a mimo to w bramce dokonywał rzeczy niemożliwych. Gospodarze przeważali, ale wynik nie ulegał zmianie. Krótko przed upływem regulaminowego czasu Hiszpanie zdołali przeprowadzić jeszcze jedną szaleńczą akcję a Ramón de la Fuente Leal pokonał Combiego. Okrzyk radości rozległ się w hiszpańskich domach, ale Baert po raz kolejny podjął kontrowersyjną decyzję. Mimo że Hiszpan minął czterech rywali, uznał, że był na pozycji spalonej i bramka nie została zaliczona. Już po mistrzostwach za nieudolne prowadzenie tego meczu, ukarała go jego własna federacja. Hiszpanie mieli dwóch bohaterów. Pierwszym był Zamora a drugim Quincoces, o którym pisano w samych superlatywach: ,,To niemożliwe by opisać jego waleczność. W meczu z Włochami uratował nas od straty trzech bramek. Nie sądzimy, aby ktokolwiek mógł się z nim równać”– pisano w magazynie Campeones. Po raz drugi w historii mistrzostw świata 90 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia. W dogrywce poobijani i wyczerpani piłkarze obu drużyn nie byli w stanie zmienić rezultatu. 120-minutowy dreszczowiec dobiegł końca. Regulamin stanowił wówczas, że w takim przypadku konieczne jest powtórzenie meczu. 24 godziny później walka o półfinał zaczęła się od nowa. Na boisko wybiegły te same drużyny, ale nie takie same. W szeregach Włochów zabrakło czterech piłkarzy – Pizziolo, który złamał nogę, Castellaziego, Schiavio i Ferrariego. Zastąpili ich Attilio Ferraris z Romy, Luigi Bertolini i Felice Borel z Juventusu oraz kolejny z „oriundich” Attilio Demaría, który na co dzień występował w Ambrosiana-Inter. Hiszpanie ponieśli jeszcze większe straty i musieli wymienić aż siedmiu zawodników. Ciriaco Errastiego zastąpił w obronie Ramón Zabalo z Barcelony, a w środku zamiast Fede zagrał Simón Lecue z Betisu. Z ataku pozostał jedynie strzelec bramki Luis Regueiro. Na skrzydle zamiast Ramóna de la Fuente Leala wystąpił Martí Ventolrà, który na co dzień reprezentował barwy FC Barcelony, na środku Isidro Lángarę zastąpił Guillermo Campanal z Sevilli, Guillermo Gorostizę zmienił Crisant Bosch z Espanyolu a zamiast José Iraragorriego zagrał Eduardo González Valiño Chacho, który był zawodnikiem Deportivo de La Coruña. Największym osłabieniem był jednak brak Ricardo Zamory w bramce. Poturbowanego bramkarza zastąpił młody Juan José Nogués z Barcelony. Włosi znowu nie mieli zamiaru przebierać w rodakach. Szwajcarski sędzia René Mercet pozwalał naprawdę na dużo. Na bramkę Hiszpanów sunął atak, za atakiem, ale zastępujący Zamorę Nogués spisywał się znakomicie. Musiał jednak skapitulować wobec bezpardonowych ataków gospodarzy. W 11. minucie rzut rożny wykonywał Orsi, a do piłki wyskoczył znakomity Giuseppe Meazza. Wepchnął głową piłkę do siatki, ale niemal stratował przy tym hiszpańskiego bramkarza. Protesty na nic się zdały. Sędzia bramkę uznał. Nie była to jedyna kontrowersyjna decyzja arbitra. Jeszcze w pierwszej połowie nie podyktował dwóch rzutów karnych dla Hiszpanów, a drugiej odsłonie nie uznał im dwóch bramek. Skoro Włosi mieli po swojej stronie arbitra, to trudno było nawiązać równorzędną walkę, tym bardziej że trzech hiszpańskich graczy odniosło kontuzje. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Do półfinału awansowali gospodarze, gdzie czekała na nich wspaniała drużyna Austrii. To starcie też przejdzie do historii. Hiszpanie z kolei, mając jedną z najlepszych drużyn w turnieju, musieli się z nim pożegnać. Cztery lata później, kiedy Włosi będą bronić mistrzowskiego tytułu, Hiszpania będzie ogarnięta wojną domową. Kolejny raz na mistrzostwach świata zagrają dopiero szesnaście lat później i to tamten występ przez lata będzie ich najlepszym na mundialach, ale to temat na inną opowieść.

7

1

@Adran360 Lubie to za mało powiedziane! Natomiast jeśli chodzi o Copa Sudamericana to mnie już nie pociąga nawet jeśli gra w nim Boca, to już nie ten poziom. No ale zaraz, Sudamericane też transmituje Polsat Sport?

4

@FCBparasiempre
Nie powinniśmy jednak dać się ponieść niemal nierealnym scenariuszom i skupić się na bardziej przewidywalnych faktach: niektórzy Katalończycy również woleliby grać dla Hiszpanii. W zależności od daty przyjęcia FCF do FIFA, zawsze za zgodą RFEF, jej udział w rozgrywkach międzynarodowych rozpocząłby się od mniejszych turniejów. Struktura katalońskiej piłki klubowej wyglądałaby zupełnie inaczej. Obecnie FC Barcelona sprawuje hegemonię, która szkodzi innym katalońskim klubom. Praktycznie je dusi. RCD Espanyol, z wielkiego rywala, który w latach 30. XX wieku walczył o mistrzostwo Katalonii, stał się klubem aspirującym do utrzymania się w krajowej Pierwszej Lidze. Choć kilkukrotnie zdobył Puchar Króla i cieszył się krótkimi, wyjątkowymi okresami sukcesów, od lat 60. XX wieku walczy o utrzymanie w Pierwszej Lidze. Pozostałe katalońskie kluby są w jeszcze gorszej sytuacji. Katalonia, biorąc pod uwagę swój potencjał ludzki i gospodarczy, powinna mieć co najmniej trzy drużyny w Pierwszej Lidze; jednak od kilku lat trzecią drużyną z regionu jest FC Barcelona B. Nie sposób uniknąć porównania z Madrytem, gdzie Real Madryt, który w ostatnich latach również zmonopolizował hegemonię w stolicy, ma za sąsiada konkurencyjny zespół z tytułami krajowymi i międzynarodowymi. Ponadto region Madrytu może pochwalić się dwoma innymi drużynami w Pierwszej Lidze: Rayo Vallecano i Getafe CF. To samo dotyczy Andaluzji, gdzie w Pierwszej Lidze grają cztery kluby, gdzie historyczna dominacja Sevilla FC jest równoważona przez alternatywy, takie jak ich rywale Real Betis w innych okresach, Granada CF w latach 70. i obecnie Málaga CF. Ta ogólna przewaga, jaką oferują kluby Madrytu i Andaluzji nad klubami katalońskimi, nie jest proporcjonalna do potencjału zawodników w tych regionach. Monopol FC Barcelony ogranicza możliwości innych katalońskich drużyn znacznie bardziej niż dominacja Realu Madryt nad drużynami Madrytu lub Sevilli FC nad drużynami Andaluzji. Rozważmy to: ostatni raz, kiedy Katalonia miała trzy drużyny w Pierwszej Lidze, był sezon 2006/07, poprzedni był 1987/88. Musimy cofnąć się do lat 1947/48 i 1948/49, kiedy to Sabadell i Nàstic rywalizowały z Españolem i Barceloną w najwyższej kategorii. W związku z tym w katalońskiej lidze brak dochodów z praw do transmisji, spadek liczby widzów i wynikający z tego brak motywacji do rozgrywek doprowadziłyby do znacznej utraty przez FC Barcelonę pozycji na rzecz rywali. Biorąc pod uwagę wspomnianą utratę statusu symbolu katalońskiej tożsamości – absurdem byłoby organizowanie mozaik z katalońską flagą na Camp Nou przeciwko takim drużynom jak Nàstic czy Hospitalet – FC Barcelona stanęłaby przed poważnymi trudnościami w utrzymaniu dominacji ekonomicznej. Upadek tego potężnego klubu otworzyłby nowe możliwości dla wszystkich rywali. W ten sposób RCD Espanyol, jak już zauważyliśmy, ponownie stałby się głównym rywalem FC Barcelony. Wśród pretendentów pojawiłyby się nowe nazwiska, takie jak CE Sabadell FC, Girona FC i Nàstic … oprócz odrodzenia się historycznych klubów Barcelony, takich jak UE Sants, CE Europa i UE Sant Andreu, a także tych z okolic, takich jak CF Badalona, CE L'Hospitalet i UDA Gremanet. Wszystkie te problemy pogłębiają się z powodu migracji kibiców Barcelony, zniechęconych brakiem intensywności rywalizacji. Obecność tych mniejszych klubów w turniejach międzynarodowych pomogłaby im się rozwijać pod każdym względem. Nie ma wątpliwości, że ten idylliczny obraz katalońskiej piłki nożnej opiera się na obaleniu bardzo złożonej rzeczywistości. Z jednej strony FC Barcelona jest jej czołowym reprezentantem w Hiszpanii i Europie. To klub z setkami tysięcy kibiców i kibiców na całym świecie. Budzi podziw swoimi sukcesami sportowymi. Ale skojarzył swoją nazwę z katalońskim nacjonalizmem, a ta sprawa podważyła jego własną tożsamość. A jeśli propozycja secesjonistyczna osiągnie swój cel polityczny, FC Barcelona definitywnie straci wszystkie te cechy. Prawdziwy dylemat klubu Blaugrana polega na tym, czy potwierdzić obecny kurs i poświęcić się, czy potępić manipulacje i postawić na pierwszym miejscu interesy sportowe i ekonomiczne klubu. FC Barcelona ma większy wpływ niż cała katalońska piłka nożna razem wzięta. Czy powinien z tego zrezygnować jako klub? Istnieje historyczny precedens dla podobnej sytuacji. W 1936 roku, po wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, katalońska piłka nożna przeżywała okres naznaczony okolicznościami politycznymi. W sierpniu 1936 roku Generalitat de Catalunya odwołał José Rosicha, przedstawiciela Katalońskiej Federacji Piłkarskiej (FCF) w Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, wbrew woli Juana Bautisty Roki, który również przez krótki czas pełnił funkcję prezesa federacji regionalnej. 14 dnia tego samego miesiąca do biur FCF przybyła uzbrojona grupa dowodzona przez radnego Barcelony, Ramóna Erolesa. Eroles, działając w imieniu Centralnego Komitetu Milicji Antyfaszystowskich, ogłosił przejęcie Federacji. Od tego momentu FCF podlegała jurysdykcji Katalońskiej Komisji Wychowania Fizycznego i Sportu, a sam Ramón Eroles ogłosił, że obejmuje kierownictwo nad FCF.

W swoich pierwszych wypowiedziach Ramón Eroles głosił potrzebę promowania katalońskiej piłki nożnej niezależnie od hiszpańskiej. W ten sposób chciał wykorzystać zawieszenie rozgrywek krajowych, uzgodnione przez Hiszpańską Federację Piłki Nożnej (RFEF) w październiku 1936 roku. Ponieważ Mistrzostwa Katalonii odbywały się w zwyczajowych terminach, brak Mistrzostw Ligi Narodowej pozostawił cały kalendarz niewypełniony. Podczas gdy z inicjatywy prezesa Valencia FC, Fernándeza Tortajady, kluby walenckie i katalońskie negocjowały organizację rozgrywek międzyregionalnych, Eroles zaproponował różnym organom w ramach Katalońskiej Federacji Piłki Nożnej (FCF) utworzenie Ligi Katalonii z 14 drużynami . Tak rozpoczął się pierwszy poważny konflikt między ideologią secesjonistyczną a interesami zawodowej piłki nożnej w Katalonii.

Sześć klubów zawodowych, przy wsparciu związku zawodowego zawodników, postanowiło rywalizować w Lidze Śródziemnomorskiej, rozgrywkach pomiędzy drużynami z Walencji i Katalonii. To skutecznie odrzuciło pomysł zorganizowania własnej Ligi Katalońskiej . Eroles nadal upierał się, że daty te pokrywają się z barażami o awans do Mistrzostw Katalonii , ale po długich dyskusjach, strajkach zawodników, rezygnacjach, a nawet interwencji sekretarza FEF, Ricardo Cabota – który nic dla Eroles nie znaczył – FCF ostatecznie zezwoliła czterem klubom niebiorącym udziału w barażach o awans na grę z drużynami z Walencji. Było oczywiste, że katalońska piłka nożna wybrała rozwiązanie, które najlepiej odpowiadało jej interesom, ignorując inne względy ideologiczne. Liga Śródziemnomorska, choć daleka od bycia ligą krajową, gwarantowała akceptowalne wpływy z biletów, oprócz rekompensaty finansowej, którą kluby katalońskie uzgodniły z klubami walenckimi za udział. Kluby zapewniły sobie dochody, a zawodnicy pensje. Było oczywiste, że liga regionalna z czternastoma drużynami byłaby finansową katastrofą. Należy zauważyć, że Eroles, ze swoimi lewicowymi poglądami, uważał profesjonalizację sportu za wadę generowaną przez kapitalizm, którą należy wykorzenić. Z tego powodu FC Barcelona i CD Espanyol, wraz z ich profesjonalnymi drużynami, były jego głównymi przeciwnikami. W czasach, gdy przeciwstawianie się komukolwiek oznaczało ryzyko śmierci, zawodowi piłkarze, zorganizowani w związek klasowy, potrafili bronić swojej pozycji z godnością, stawiając solidarność między kolegami z drużyny ponad interesy czysto ideologiczne. Możliwe, że ten brak wsparcia ze strony Serie A dla Ligi Katalońskiej zirytował Erolesa, który musiał zrozumieć i zaakceptować, że prezes Katalońskiej Federacji Piłkarskiej (FCF), jakkolwiek by nie był zwolennikiem lokowania aktywów i antyfaszystą, miał znacznie mniejszą władzę niż dwa najpotężniejsze kluby w regionie. Ten rozdział w katalońskiej zawodowej piłce nożnej zakończył się tournée FC Barcelony po obu Amerykach. Tym samym klub odrzucił propozycję organizacji mistrzostw regionalnych. Oczywiście, wszystkie niezbędne pozwolenia na wyjazd załatwił sekretarz FEF, Ricardo Cabot, ponieważ FCF nie miał jurysdykcji. Tymczasem drużyny z Walencji i Katalonii, motywowane koniecznością finansową, zorganizowały kolejne rozgrywki i ponownie starły się z innymi interesami. Tym razem Granollers SC został wykluczony, nie uczestnicząc w Copa España Libre, które wygrał Levante FC ze znacznym wzmocnieniem ze strony Gimnàstic FC. Kiedy klub Barcelona wrócił z Ameryki pięć miesięcy później, jego skład był już mocno uszczuplony. Zebrane pieniądze, około 12 000 dolarów, zostały zdeponowane w paryskim banku, zapobiegając w ten sposób ich konfiskacie przez rząd republikański lub sam Generalitat. Możliwości rozwoju działalności piłkarskiej zostały ograniczone wyłącznie do Katalonii. W sezonie 1937/38, pozbawiony swoich gwiazd, klub wygrał Campionat de Catalunya z trzypunktową przewagą nad CD Júpiter i FC Badalona, swoimi głównymi rywalami. Poniósł trzy porażki: CD Júpiter 2:0, CD Europa 3:0 i FC Gerona 3:2. CD Espanyol, znacznie słabszy zespół, zajął piąte miejsce. Wiosną 1938 roku Katalońska Federacja Piłkarska (FCF) w końcu doczekała się utworzenia Ligi Katalońskiej z dziesięcioma drużynami (ośmioma z Barcelony lub okolic a także SC Iluro z Mataró i CD Manresa), w której nie brały udziału wszystkie kluby Serie A. Silnie dotknięty wojną, turniej nie miał żadnego znaczenia sportowego ani ekonomicznego a jego celem było jedynie zaprezentowanie wizerunku normalności w katalońskim społeczeństwie, pomimo wojny, i przedłużenie sezonu piłkarskiego. Wreszcie, jesienią 1939 roku, po zakończeniu wojny domowej, Mistrzostwa Katalonii rozegrały swoją ostatnią edycję. RCD Espanyol wygrał zdecydowanie(później zdobywając Puchar Generalísimo) a FC Barcelona zajęła trzecie miejsce, za Gironą FC. Reszta to opowieść na inny raz.

9

@FCBparasiempre
Separatystyczne wyzwanie rzucone przez katalońskie partie nacjonalistyczne społeczeństwu hiszpańskiemu to kolejny rozdział w historii Katalonii. Jego wynik, jakikolwiek by nie był, wykracza poza naszą wiedzę jako analityków piłkarskich. Jednak, tak jak pojawiają się opinie na temat potencjalnych reperkusji w różnych sektorach społeczeństwa, wierzymy, że również w piłce nożnej nastąpią bardzo interesujące zmiany. Pozostaje to jedynie hipotetyczne, ponieważ wydarzenie to jeszcze nie nastąpiło. Ocenimy obecną sytuację i potencjalne konsekwencje ewentualnej secesji politycznej Katalonii. W hipotetycznej Katalonii, utworzonej jako odrębne państwo, Katalońska Federacja Piłkarska ponosiłaby wyłączną odpowiedzialność za piłkę nożną na tym terytorium. Jedną z najbardziej uderzających konsekwencji byłaby całkowita redefinicja FC Barcelony. Jej władze, zwłaszcza w ostatnich latach, podkreślały identyfikację klubu z katalońskimi aspiracjami nacjonalistycznymi, do tego stopnia, że prowadziły do pewnych nieporozumień: zwycięstwa Blaugrany to zwycięstwa Katalonii a Katalończycy powinni wspierać FC Barcelonę, ponieważ reprezentuje ona Katalonię. Ta strategia rzeczywiście się opłaciła, ponieważ kibice Barcelony nigdy nie czuli się tak katalońscy a ich zwycięstwa nad największym rywalem stały się ekstatycznym potwierdzeniem nastrojów antycentralistycznych. Za każdym razem, gdy Barça wygrywa, Katalonia robi kolejny krok w kierunku secesji a przynajmniej tak zaczyna to postrzegać wiele osób. Gdyby jednak doszło do tego rozłamu, FC Barcelona, podmiot zależny od Katalońskiej Federacji Piłkarskiej(FCF), straciłaby swoją wiodącą rolę, ponieważ nie rywalizowałaby już na terytorium wroga a jej nowi rywale byliby równie katalońscy jak oni. Co więcej, biorąc pod uwagę jej siłę i potencjał, stałaby się wrogiem, którego trzeba pokonać: w lidze katalońskiej wszyscy byliby przeciwko FC Barcelonie próbując wygrać za wszelką cenę. Katalońska publiczność nie czułaby już potrzeby wspierania ani masowego świętowania zwycięstw FC Barcelony, ponieważ nie służyłyby one już do potwierdzania żadnej odrębnej tożsamości ani nie miałyby takiej samej wartości sportowej, biorąc pod uwagę, że byłyby odnoszone przeciwko wyraźnie słabszym przeciwnikom. Liga katalońska nie mogłaby również generować przychodów, jakie obecnie generuje La Liga, ponieważ najważniejsze mecze hipotetycznej ekstraklasy, takie jak CE Sabadell – FC Barcelona czy FC Barcelona – FC Girona a także kluczowy mecz FC Barcelona – RCD Espanyol – gdyby klub z Barcelony zachował swoją nazwę? – byłyby wyceniane niżej na rynku międzynarodowym. Krótko mówiąc, FC Barcelona stałaby się klubem, przestałaby być „més que un club” (więcej niż klub ). Niektórzy politycy, pomimo wrodzonej niekompetencji w sporcie, przewidują taki scenariusz i z taką samą łatwością, z jaką składają obietnice, proponują utrzymanie FC Barcelony w lidze hiszpańskiej lub, co jeszcze bardziej nieprawdopodobne, utworzenie ligi iberyjskiej. Ci politycy, nieświadomi lub nieświadomi najmniejszego szacunku dla zasad sportowych, w ten sposób łagodzą obawy przeciętnego kibica Barcelony, który rozumie, że wartość triumfów klubu opiera się na obecnym wysokim poziomie rozgrywek. Odpowiadając na proponowane absurdy w kolejności od najmniej do najbardziej znaczących, aby FC Barcelona mogła utrzymać swoją obecność w lidze, powinna zachować przynależność do RFEF(Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej). Ponieważ odpowiadająca jej federacja regionalna nie jest już częścią RFEF(kluby należą do RFEF poprzez własne federacje regionalne), musiałaby zwrócić się do UEFA o zgodę wraz z odpowiednim uzasadnieniem. Istnieją takie przypadki w Europie, takie jak Derry City w Irlandii(z powodu konfliktu religijnego) lub niektóre kluby walijskie w Anglii(organizacja zawodowej piłki nożnej w Wielkiej Brytanii). Wszystkie te przypadki wiążą się z bardzo specyficznymi okolicznościami i podlegają określonym przepisom. Polityk, który zilustrował tę potencjalną sytuację, porównując ją do sytuacji AS Monaco we Francji, był ignorantem i niekompetentny. AS Monaco jest powiązane z FFF (Francuską Federacją Piłkarską) i dlatego podlega prawu francuskiemu. Jedynym pretekstem, jakiego FC Barcelona mogłaby użyć do afiliacji z RFEF, są względy finansowe, co mogłoby dotyczyć również każdego innego klubu na świecie. Kierując się tymi samymi argumentami, FC Barcelona mogłaby ubiegać się o udział w lidze włoskiej lub francuskiej... co więcej, nikt nie musiałby czekać na wynik konsultacji politycznych: każdy klub na świecie mógłby swobodnie ubiegać się o udział w dowolnej lidze. FIFA z pewnością stłumiłaby ten absurd w zarodku.

Jeszcze bardziej intrygująca jest propozycja utworzenia superligi pomiędzy klubami portugalskimi, hiszpańskimi i katalońskimi. Pomysł nie jest nowy. Krążył w latach 30-tych a nawet 40-tych XX wieku, kiedy obie federacje omawiały turniej iberyjski. To atrakcyjny pomysł; jednakże potencjalna liga iberyjska jest sprzeczna z interesami UEFA. Jednym z osiągnięć Platiniego było rozwiązanie G-14 i włączenie jej do Europejskiego Stowarzyszenia Klubów. To rozwiało widmo ekskluzywnej europejskiej superligi dla najpotężniejszych klubów, poza kontrolą UEFA. Zezwolenie na ligę iberyjską byłoby, analogicznie, zezwoleniem na ligę środkowoeuropejską lub międzybrytyjską... lub(dlaczego nie?) ligę latynoską, obejmującą kluby francuskie i włoskie. Innymi słowy, zaakceptowaniem utworzenia elitarnej superligi. Teraz, gdy federacje narodowe nie istnieją, wróciliśmy do rozmontowanego systemu, w którym kluby mają władzę wyboru ligi, która najbardziej im odpowiada. Oznaczałoby to dewaluację mistrzostw krajowych i utratę kontroli UEFA. A wszyscy wiemy, że nie jest to częścią kalkulacji organu zarządzającego europejską piłką nożną. W każdym razie, decyzja FC Barcelony o nieuczestniczeniu w rzekomo lokalnej lidze jest interpretowana jako gest pogardy wobec innych katalońskich drużyn i odrzucenie poziomu rywalizacji w katalońskiej piłce klubowej. Oczywiste jest, że gigant pokroju FC Barcelona nie przetrwałby w lidze średniej, podobnej do tej na Węgrzech, w Bułgarii czy Norwegii. W ciągu zaledwie kilku lat, wraz z utratą wpływów z transmisji telewizyjnych, klub straciłby swój potencjał a jego dominacja nad lokalnymi rywalami zostałaby ograniczona. W niedalekiej przyszłości FC Barcelona, w najlepszym razie, cieszyłaby się uznaniem podobnym do obecnego Ajaxu lub, z mniejszym powodzeniem, Anderlechtu – historycznych gigantów, które ostatecznie straciły na znaczeniu z powodu gry w mniej konkurencyjnych ligach. Należy przyznać, że zarząd FC Barcelony wykorzystał ruch niepodległościowy do dalszego zacieśnienia więzi ze społeczeństwem katalońskim. Katalońskie partie nacjonalistyczne również wykorzystały FC Barcelonę do szerzenia swojej ideologii niepodległościowej, dzięki jej ogromnej popularności zarówno w kraju, jak i za granicą. Jak dotąd obie strony na tym skorzystały. Jednakże, jeśli dojdzie do secesji Katalonii, FC Barcelona napotka problemy, ponieważ wielkość tej instytucji sportowej nie leży w samej Katalonii, ale w jej sukcesach w hiszpańskiej i europejskiej piłce nożnej. FC Barcelona, która zostałaby zdławiona finansowo w katalońskiej lidze, byłaby zmuszona porzucić swoje najwyższe aspiracje sportowe, te, które obecnie napędzają setki tysięcy kibiców i kibiców na całym świecie. Dlatego też, nie oceniając propozycji secesyjnej jako pozytywnej ani negatywnej, powiemy po prostu, że biorąc pod uwagę obecną strukturę organizacji takiej jak FC Barcelona, państwo katalońskie poza Hiszpanią poważnie zaszkodziłoby interesom sportowym i finansowym klubu. Sytuacja RCD Espanyol, zmarginalizowanego i zapomnianego z powodu secesjonistycznych ideałów, wyglądałaby zupełnie inaczej. Przede wszystkim, w lidze z klubami wyłącznie katalońskimi, klub automatycznie stałby się drugą siłą piłkarską. Co prawda, wpływy z biletów na mecze spadłyby, a utrzymanie najlepszych zawodników byłoby trudne, ale niezależnie od tego, jak bardzo by nie ucierpiał, zawsze byłby mniej dotknięty niż FC Barcelona. Kibice RCD Espanyol nie ucierpieliby tak bardzo jak kibice Barcelony, ponieważ poziom upolitycznienia jest znacznie niższy. Warto pamiętać, że wielu kibiców skromnych katalońskich drużyn to również kibice FC Barcelona. Gdy kataloński nacjonalizm zaniknie, zwłaszcza widząc swoją mniejszą drużynę w najwyższej lidze lokalnej, najbardziej logicznym rozwiązaniem dla nich będzie kibicowanie klubowi najbliższemu ich sercu, czy to Sant Andreu, Gremanet, czy Manresa, na przykład. Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść RCD Espanyol jest niemalże zagwarantowany udział klubu w europejskich turniejach, co w pewnym stopniu zrekompensowałoby spadek przychodów z innych sektorów. W ten sposób, wraz ze znacznym zmniejszeniem różnicy między FC Barceloną a RCD Espanyol, Blanquiazules ponownie staliby się rywalem zdolnym do walki o dominację w hiszpańskiej piłce nożnej. Sytuacja ta jednak nie pociesza, ponieważ warto pamiętać, że Espanyol czterokrotnie w swojej historii zdobył mistrzostwo Hiszpanii, a także dwukrotnie dotarł do finału rozgrywek europejskich. Choć największym przegranym byłaby FC Barcelona, a w mniejszym stopniu RCD Espanyol, należy również zaznaczyć, że katalońska piłka nożna jako całość również by na tym zyskała. Z jednej strony mogliby stworzyć pełną reprezentację narodową, aby rywalizować na arenie międzynarodowej. Jest to żądanie wyrażane w każdym meczu międzynarodowym organizowanym niezależnie przez Katalońską Federację Piłki Nożnej (FCF), meczach zawsze przesiąkniętych silnym komponentem politycznym. Katalońska reprezentacja w pełni zaakceptowałaby kultowy status, który obecnie kojarzy się z FC Barceloną jako reprezentantem Katalonii, sprowadzając go do kwestii czysto sportowych. Łatwo zrozumieć, że dla postawy secesjonistycznej kuszące jest wyobrażenie sobie, którzy piłkarze mogliby znaleźć się w tej katalońskiej kadrze i jaki poziom rywalizacji mogliby osiągnąć. W końcu wielu reprezentantów kraju urodzonych w Katalonii jest członkami reprezentacji Hiszpanii, mistrzami Europy i świata. Przepisy FIFA pozwoliłyby im marzyć jeszcze odważniej, ponieważ wychowankowie mogliby wybrać, którą reprezentację chcą reprezentować: Iniestę, Pedro, Messiego…

7

Jak wyglądałaby katalońska piłka nożna poza RFEF?

@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?