FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Lionel_Messi10 Ale na oficjalnej stronie Eleven nie widnieje ten mecz! O tej porze widnieje mecz Udinese z Milanem...
Więc o co tu chodzi?
6
@FCBparasiempre
Jacek Gmoch, który był już wtedy od ponad roku asystentem Górskiego i szefem banku informacji jeszcze przed meczem mówił że rozmawiał kilkakrotnie z Alfem Ramseyem(a mógł to robić bo jako jedyny w kadrze i sztabie szkoleniowym znał angielski), wie jakie trener Anglii ma problemy i cokolwiek by sir Alf wymyślił, 4-4-2 czy 4-3-3, to niczym nas nie zaskoczy. Ostatecznie Anglicy wybiegli w ustawieniu 4-4-2. Gmoch miał natomiast niespodziankę dla Ramsaya. Wspólnie z Kazimierzem Górskim zdecydowali się na tak zwany ekran defensywny, znany na wyspach jako „defensive screen". Sprowadzało się to do powierzenia Jerzemu Krasce roli pomocnika pilnującego przede wszystkim mistrza świata Martina Petersa ale biegającego przed środkowymi obrońcami, z zadaniem przeszkadzania w rozgrywaniu lub przechwytującego piłkę. Coś w rodzaju „wymiatacza linii środkowej". Na ile to możliwe miał też inicjować akcję z lewej strony. Kraska wywiązał się z tej roli wzorowo, podobnie jak w finale olimpijskim w Monachium, kiedy musiał pilnować jednego z najlepszych Węgrów Lajosa Szucsa a mimo to brał udział w akcjach ofensywnych. Po meczach ligowych 27 maja kadra zebrała się na zgrupowanie w Kamieniu koło Rybnika, w ośrodku, z którego w latach 70-tych korzystała stosunkowo często. Treningi odbywały się rano i po południu. Powstał jednak poważny problem. Włodzimierz Lubański przyjechał na zgrupowanie z kontuzją, której nabawił się na treningu Górnika. Zderzył się z Jerzym Gorgoniem, który przypadkowo trafił go butem w ranę nad kolanem odniesioną w towarzyskim meczu z MSV Duisburg. Rana jeszcze się nie zabliźniła, skóre trzeba było ponownie zszyć i Lubański przez kilka dni nie trenował a on był Lewandowskim tamtych czasów. Oczywiście informacje o kontuzji dotarły do Anglików. Lekarze zdjęli więc piłkarzowi opatrunek a ranę przykryli pudrem żeby jakiś przeciwnik „przypadkiem" go w to miejsce nie trafił uzbrojonym w metalowe kołki butem. Zresztą Lubański grał na własną odpowiedzialność. Polacy wychodzili na mecz przygotowani pod każdym względem. Wiedzieli wszystko o przeciwnikach a najważniejsze że wiedzieli co zrobić aby wytrącić im wszystkie atuty. Bodaj pierwszy raz reprezentacja w meczu o tak wysoką stawke mając przed sobą tak mocnego przeciwnika nie myślała że „jakoś to będzie", nie liczyła na „ułańskie szarże". Wychodziła ze świadomością że może wygrać, ponieważ pod względem organizacji, przygotowania fizycznego i taktyki zrobiono wszystko co trzeba. Kazimierz Górski nie pierwszy raz w ważnym meczu nie bał się postawić na debiutanta. Tym razem był to Krzysztof Rześny, prawy obrońca stali Mielec. Kilkudziesięcio metrowy tunel, który prowadził z szatni na boisko był dość wąski. Tutaj często dochodziło do pierwszej próby sił, kiedy to zawodnicy idąc w ciszy, w której słychać było tylko stuk od metalowych kołków o betonową podłogę, niby przypadkiem dotykali się ramionami prężąc bicepsy. Anglicy byli pewni siebie. Ubrali się w niebieskie spodenki i żółte koszulki, co zdarzyło im się tylko dwukrotnie w historii reprezentacji. Ten żółty kolor, charakterystyczny dla Brazylii miał im dodać wiary w zwycięstwo. Tak to tłumaczył kapitan Bobby Moore. Im bliżej wyjścia z tunelu, tym Anglicy byli głośniejsi, dodawali sobie animuszu bojowymi okrzykami i uderzeniem rękami w plastikową obudowę u wylotu tunelu. Żuli gumę, „Patrzyli na nas jak na kmiotków"- wspomina Kraska. Polacy byli cisi, skoncentrowani, jednak nieco onieśmieleni. W końcu mieli się zmierzyć z legendami, mistrzami świata: Bobby Moorem, Alanem Ballem, Martinem Petersem. Nie byli jednak przerażeni. Pewność siebie Anglików zgasła w miarę zbliżenia się do boiska. Kiedy już na nie wyszli zobaczyli szarą masę 100 000 ludzi, schowanych częściowo wśród Śląskich dymów, skandujących jakieś hasła w nieznanym Anglikom języku, usłyszeli jak śpiewa się polski hymn i miny im zrzedły. Nic dziwnego że angielscy dziennikarze nazwali to miejsce „Kotłem czarownic". Być może wpłynęło to w jakimś stopniu na początek gry.
W siódmej minucie Polacy wywalczyli rzut wolny po lewej stronie na wysokości pola karnego. Robert Gadocha kopnął pod bramkę i po chwili piłka znalazła się w siatce. Ten nieprecyzyjny opis oddaje to, co się wydarzyło. Do dziś nie wiadomo, kogo uznać za zdobywcę gola. Raczej nie Gadochę bo on dośrodkowywał. Najpewniej Jana Banasia, który dotykał piłkę z zamiarem skierowania jej do bramki. Walczący Bobby Moore sugerował że być może piłka odbiła się od niego i nieszczęśliwie wpadła do bramki ale nie był tego pewien. Jakkolwiek było od 7 minuty Polska prowadziła z Anglią 1:0 i mogła grać spokojnie. Przyjęła wariant defensywny żeby zabezpieczyć swoją bramkę. Nawet Kazimierz Deyna cofał się pod nasze pole karne. Ramsey miał później o to pretensje ale jego słowa wynikały z braku argumentów. Polacy grali po prostu mądrze i ostrożnie. W naszym ataku przez 90 minut biegało aż trzech napastników. Nie zamierzaliśmy poprzestać na jednym golu. Sytuacja na podwyższenie wyniku nadarzyła się na początku drugiej połowy. Stało się dokładnie to, co przewidywał Jacek Gmoch, analizując grę Bobiego Moora. Włodek Lubański tak wspominał tamtą sytuację: „Paradoksalnie przerwa w treningach na kilka dni przed meczem dobrze mi zrobiła. Czułem się bardzo dobrze fizycznie i psychicznie. Jacek Gmoch mówił mi jak zachowuje się Bobby Moore, kiedy przyjmuje piłkę. Kiedy ostatni obrońca przekładał sobie piłkę z nogi na nogę i na sekundę stracił nad nią kontrolę, zabrałem mu piłkę i pobiegłem na bramkę ale to się tak mówi. Uciekłem Mooreowi na drugim kroku, ledwo utrzymałem się na nogach, dotknąłem kolanem ziemi. Do bramki miałem około 40 m. Moore już nie mógł mnie dogonić ale z boku biegł drugi obrońca, chyba McFarland. Gdybym nawet chciał podawać biegnącemu z lewej strony Robertowi Gadosze, nie mógłbym tego zrobić bo McFarland przejąłby piłkę. Musiałem strzelać ale między wychodzącym bramkarzem Shiltonem a słupkiem bramki była przestrzeń niewiele szersza od piłki. Musiałem tam trafić z odległości kilkunastu metrów i trafiłem". Nic dwa razy się nie zdarza? 43 lata później, w październiku 2016 roku, w meczu z Danią na Stadionie Narodowym Robert Lewandowski strzelił niemalże identyczną bramkę jak Lubański w Chorzowie. Przebiegł nawet więcej metrów. Otrzymał kopniętą sprzed pola karnego piłkę jeszcze na naszej połowie. Mimo obecności dwóch obrońców udało mu się ją opanować a potem wyprzedził ich, biegł niemalże z nimi na plecach i trafił w wewnętrzną stronę słupka bramki Caspera Schmeichela. To było absolutne mistrzostwo, równe wyczynowi Lubańskiego. Kiedy nałoży się te akcje i bramki na siebie wyglądają jak akcja Leo Messiego w meczu z Getaffe będąca kopią rajdu Diego Maradony w mundialowym spotkaniu z Anglią na Estadio Azteca. Tamten mecz w Chorzowie Polacy wygrali 2:0. Żeby awansować musieli pokonać w rewanżu Walie a potem na Wembley co najmniej zremisować z Anglią i to wszystko zrobili. Cztery potyczki z Anglią i Walią nauczyły ich więcej niż cały turniej olimpijski, co miało znaczenie w następnym roku podczas Mistrzostw Świata. Anglii nie potrafiliśmy jednak pokonać już nigdy, mimo że od roku 1973 spotykaliśmy się z nią 15 razy kompleks był tak wielki że strzelcy goli dla Polski na Wembley stawali się bohaterami. Było ich zaledwie trzech Jan Domarski(co akurat można zrozumieć bo zdobył bodaj najważniejszego gola w historii Polski), Marek Citko i Jerzy Brzęczek. Gol Citki w przegranym meczu miał znaczny wpływ na przyznanie piłkarzowi w plebiscycie TVP tytuł „Sportowca Roku 1996". Piłkarz wyprzedził Mistrzów olimpijskich z Atlanty. Gol Tomasza Frankowskiego na Old Trafford w 1995 roku nie przekonał natomiast Pawła Janasa do powołania tego napastnika do kadry na Mistrzostwa Świata w Niemczech.
Mecz w Chorzowie był wyjątkowy nie tylko dla reprezentacji ale okazał się szczególny dla kilku graczy. Debiutant Krzysztof Rześny, świetny prawy obrońca, dwukrotny mistrz Polski w barwach Stali Mielec jeszcze tylko pięć razy wystąpił w reprezentacji. Starszy o 5 lat od Antoniego Szymanowskiego, nie mógł wygrać z nim rywalizacji. Po zakończeniu kariery w Polsce Rześny wyjechał do Ameryki. Jerzy Kraska nie wiedział że przeciw Anglii wystąpił ostatni raz w reprezentacji. Miał 22 lata, już był mistrzem olimpijskim i najlepszym w kraju specjalistą od czarnej roboty na boisku. Po meczu wyszedł z torbą sportową przed stadion i zastanawiał się w jaki sposób dotrzeć do domu w Warszawie. Nikt się wtedy o reprezentantów nie martwił. Sami przyjeżdżali, sami odjeżdżali, nie wszyscy mieli samochody. Kraska zobaczył autokar z płocką rejestracją, więc pomyślał że zabierze się nim bo w Płocku mieszkali rodzice ale kiedy spojrzał na niezbyt przytomnych z radości kibiców- zrezygnował. Wsiadł w tramwaj, którym dojechał do dworca w Katowicach. Nocny pociąg do Warszawy wypełniali po brzegi inni kibice. Kraska stał więc w korytarzu obok toalety i słuchał wrażeń kibiców. Mówili i o nim ale nikt go nie rozpoznał. Po sześciu godzinach takiej podróży był już w domu. Niecały miesiąc później zagrał w mało znaczącym meczu Warszawa - Poznań. Na twardym boisku stadionu Warty skręcił nogę w kolanie. Postawiono błędną diagnozę, więc leczenie okazało się niewłaściwe. Kurował się wiele miesięcy. Kazimierz Górski chciał go zabrać na Mistrzostwa Świata. Wiosną 1974 roku Kraska znalazł się w reprezentacji, która na stadionie Marymontu rozgrywała kontrolny mecz z Fortuną Duesseldorf. Obok niego w pomocy wystąpili Henryk Kasperczak i Kazimierz Deyna. To była próba przed mundialem. Noga nie wytrzymała, musiał zejść już w ósmej minucie. Wypadł z kadry, więc wszyscy o nim zapomnieli. Grał jeszcze przez kilka lat w lidze, lecz do reprezentacji nie wrócił. Jako trener drugiej drużyny Legii sprowadził na Łazienkowską z Delty Warszawa młodego Roberta Lewandowskiego ale Kraskę z klubu zwolniono a ci, którzy przyszli po nim zwolnili Lewandowskiego. Jan Banaś poleciał jeszcze z kadrą na wakacyjne tournee po Ameryce Północnej i tam zakończył reprezentacyjną karierę. Jest najbardziej poszkodowanym polskim piłkarzem w historii. Swoją grą i golami przyczynił się do awansu Polski na Igrzyska Olimpijskie i na mundial ale w finałach obydwu tych turniejów nie zagrał. W młodości uciekł z kraju mamiony obietnicami mieszkającego w RFN ojca, który nie widział go od 20 lat.Ostatecznie zaopiekowali się nim obcy ludzie. Banaś trenował w 1. FC Koeln ale mecze w Bundeslidze tylko oglądał z trybun bo ciążyła na nim kara dyskwalifikacji. Wrócił więc do Polski, został jednym z najlepszych skrzydłowych, z „błogosławieństwem" Generała Jerzego Ziętka grał w Polonii Bytom a potem Górniku Zabrze. Z tymi klubami i reprezentacją mógł wyjeżdżać wszędzie, z wyjątkiem zachodnich Niemiec a Igrzyska Olimpijskie i Mistrzostwa Świata odbywały się właśnie w tym kraju. Banasiowi przeszły więc koło nosa zaszczyty sportowe, premie finansowe i renta Olimpijska, jaką otrzymali jego koledzy, Mistrzowie z Monachium. Stał się ofiarą polityki. Jego miejsce na prawym skrzydle zajął Grzegorz Lato i tak się zaczęła kariera króla strzelców mundialu w RFN. Z kolei Włodzimierz Lubański nie dotrwał do końca meczu w Chorzowie. 7 minut po akcji zakończonej bramką doznał poważnej kontuzji. Oskarżony o brutalne wejście Roy McFarland w ogóle Polaka nie faulował. Nie wytrzymała wcale nie ta pudrowana noga, tylko druga. Na bieżnię wjechała karetka, dodając meczowi dodatkowych emocji i legendarnych wątków. Lubańskiego zabrano do szpitala ale tam wszyscy zajęci byli oglądaniem meczu w telewizji, więc po doraźnej pomocy wrócił na stadion ale nie na boisko. Powołano specjalne konsylium złożone z profesorów, autorytetów medycyny. Cora noga Lubańskiego stała się sprawą narodową. Leczono go w Polsce i w klinice w Wiedniu, na co wydano specjalną zgodę na poziomie Ministerstwa Górnictwa i Energetyki. Efekty były jednak mizerne bo wcześniej popełniono zbyt dużo błędów. Ostatecznie Lubański nie pojechał na mistrzostwa świata, co z kolei otworzyło drzwi do kadry dla Andrzeja Szarmacha. Może nawet z większym pożytkiem dla reprezentacji? Z takich pytań składa się futbol. Włodek wrócił do reprezentacji po trzech latach i pojechał jeszcze na mundial w Argentynie ale był już innym piłkarzem. Kiedy w roku 1975 wydawano mu zgodę na grę w KSC Lokeren, w uzasadnieniu dla centralnego Ośrodka Sportu władze Górnika napisały: „Ze względu na nieodwracalne schorzenie kolana". To była połowa sukcesu. Kiedy już znalazł się w Belgii, spotkał się z ambasadorem Polski w Brukseli, od którego w Warszawie oczekiwano raportu na temat samego Lokeren, mieszkających tam od wojny Polaków i relacji Lubańskiego z nimi, czyli politycznej aktywności piłkarza. Tym ambasadorem był Stanisław Kociołek, sekretarz partii w Gdańsku w czasie tragicznych wydarzeń w grudniu 1970 roku. Lubański grał wyczynowo do 38 roku życia. „W swoim ostatnim klubie Quimper we Francji, kiedy przechodziłem badania lekarz nie mógł uwierzyć że to moje kolana. Wyszedł z kliszą przed gabinet i spytał: gdzie jest staruszek od tych kolan?. Kiedy wstałem, stwierdził: C'est pas possible. Jeśli ty z takimi kolanami grałeś w piłkę i się nie rozpadły to graj dalej"- opowiadał Włodzimierz Lubański.
Minister spraw zagranicznych Stefan Olszowski w roku 1973 ponownie przyznał reprezentacji nagrode za „rozsławienie imienia Polski Ludowej". Pisanie że piłkarzom na tym zależało byłoby nadużyciem. Od zwycięstwa w Monachium to raczej politykom z każdym kolejnym zwycięstwem reprezentacji zależało na tym żeby ogrzewać się w ogniu jej sławy i popularności.
8
@FCBparasiempre
To było jedyne w historii zwycięstwa nad Anglię. Ważne nie tylko ze względu na pierwsze punkty zdobyte w tamtych eliminacjach do mistrzostw świata. Przede wszystkim dawał sygnał w Europie że reprezentacja Polski, której złoty medal olimpijski w świecie zawodowego futbolu nie miał wysokiej rangi, potrafi wygrać z gigantem. Dla nas oznaczało to pokonanie jeszcze jednej bariery niemożności a wszystko to wpisywało się w jedno z haseł epoki Edwarda Gierka: „Polak potrafi". Piłkarzom było wszystko jedno co mówi pierwszy sekretarz PZPR, oni robili swoje. Środowisko piłkarskie było takie samo jak każde inne: jednym się rządy Gierka podobały, większości nie. Akurat sportowcy nie mogli narzekać bo widzieli korzyści płynące z polityki partii, które stawiała na sport ale nawet jeśli miało się jakieś zastrzeżenie to lepiej było trzymać język za zębami. Przekonali się o tym Krystian Koźniewski, utalentowany napastnik Odry Opole w czasach trenera Antoniego Piechniczka oraz reprezentacji Polski juniorów. Podczas pobytu w sanatorium w Korfantowie skomentował głośno pokazywane w stołówkowym telewizorze przemówienie Edwarda Gierka. Użył argumentów i języka typowych dla milionów Polaków. Znalazł się jednak jakiś donosiciel sygnalista, w wyniku czego Odra nałożyła na Koźniewskiego karę dożywotniej dyskwalifikacji. Tylko za to że wyraził publicznie swoje poglądy polityczne. Później zamieniono tę karę na 5 lat ale utrudniano piłkarzowi leczenie kontuzji. W rezultacie w wieku 24 lat zakończył karierę sportową i został taksówkarzem a wkrótce wyjechał do RFN a miał realne szanse gry nawet w Reprezentacji Polski. To wprawdzie wydarzyło się w roku 1978 ale Gierek choć osłabiony protestami robotniczymi między innymi w Ursusie i Radomiu jeszcze rządził. Kiedy pięć lat wcześniej mieliśmy grać z Anglią, nikt nie mówił o polityce. Może z wyjątkiem okoliczności towarzyszących meczą na Stadionie Śląskim. O miejscu rozgrywania meczu międzypaństwowego decydował PZPN ale wpływ na to miały władze polityczne. W Polsce były dwa porównywalne stadiony: 100-tysięczny Stadion Śląski w Chorzowie i nieco mniejszy ale też gigantyczny Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Ten stołeczny kojarzył się głównie z kolarskim Wyścigiem Pokoju, centralnymi dożynkami i zawodami lekkoatletycznymi a dopiero w trzeciej kolejności z piłką nożną. Gwardia rozgrywała tu mecze ligowe bo do początku lat 60-tych nie miała swojego stadionu. Legia grywała tam dosłownie za karę. Pozostawały jeden czy dwa mecze międzypaństwowe w roku. Stadion Śląski kojarzył się przede wszystkim z futbolem zanim był żużel a dopiero dalej lekka atletyka czy kolarstwo. Magię tej areny stworzyli przede wszystkim piłkarze Górnika Zabrze, rozgrywając tu najważniejsze mecze pucharowe: z Duklą Praga, Dynamem Kijów, Manchesterem United czy AS Romą. Zaczęło się jednak od spotkania ze Związkiem Radzieckim, po którym przyszły mecze z Hiszpanią i Santosem FC. Za każdym razem trybuny gromadziły po 100 000 ludzi. Na obydwu stadionach kibice mieli kłopot z rozróżnieniem zawodników bo z rozłożystych trybun znajdujących się daleko od boiska było słabo widać. Stadion Dziesięciolecia stał na straconej pozycji. Z boiska do szatni szło się tu dobre 5 minut i tyle samo z powrotem, więc odpoczynek w przerwie był utrudniony. Kiedy w roku 1969 ułożono pierwszą w kraju tartanową bieżnię na stadionie Skry, lekka atletyka przeniosła się z Dziesięciolecia właśnie tam. Wiele zawodów odbywało się także przy Łazienkowskiej. Jednak o przewadze Stadionu Śląskiego nad Dziesięciolecia zadecydowało przede wszystkim światło elektryczne. Na Śląskim zainstalowano je w roku 1959. W następnym roku sztuczne oświetlenie otrzymał stadion Wojska Polskiego. Przez kilka lat miały je tylko te dwa stadiony. To nie jest jednak powód do kompleksów. Pierwszy mecz przy świetle elektrycznym na Wembley został rozegrany w listopadzie 1963 roku. Jupitery „wydłużały" dzień i dawały więcej szans w telewizji a to z kolei przyczyniło się do popularyzacji rozgrywek klubowych i meczów międzypaństwowych. Wykluczały też przykre niespodzianki, jakie przy co najmniej dwóch meczach wydarzyły się na Stadionie Dziesięciolecia. Tam, kiedy robiło się ciemno nie można było włączyć świateł, więc tak naprawdę Paweł Janas zgasił je tylko w przenośni.
Wybór Stadionu Śląskiego na miejsce meczu z Anglią był czymś absolutnie naturalnym. On nie miał konkurencji. Tak się jednak złożyło że w roku 1973 Śląsk był najważniejszym regionem w kraju. Zawsze było tak pod względem gospodarczym, od momentu dojścia do władzy Gierka stało się tak też pod względem politycznym. Za Gierkiem do Warszawy przeprowadziło się wielu działaczy partyjnych. Warszawiacy trawestowali żartobliwie komunikat z Dworca Centralnego: „Uwaga, na tor pierwszy wjeżdża pociąg z Katowic. Proszę odsunąć się od stanowisk”. Od 1972 roku w stołecznych sklepach można było kupić coca-colę. Na Śląsku przez pewien czas popularniejsza była Pepsi Cola. Ulica szybko więc stworzyła hasło: „Pepsi piją lepsi". Na stadionach tych podziałów nie było widać ale w latach 70-tych każdy ważniejszy mecz na Stadionie Śląskim rozpoczynał się od apelu spikera, którym przez lata był usłużny dziennikarz sportowy Tadeusz Janik. To on intonował hasło: „Na cześć towarzysza Gierka trzykrotne hip hip hurra!". I ludzie na to odpowiadali, chociaż entuzjazm w ich głosach z każdym rokiem malał. W roku 1973 to wszystko zeszło na dalszy plan. Liczyły się tylko mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata z Walią i Anglią. Oczywiście po wylosowaniu takich przeciwników duch w narodzie zaginął. Porażka 0:2 w pierwszym meczu w Cardiff wzmocniła pesymizm. Walia była przecież tą drużyną, którą(w przeciwieństwie do Anglii) można było pokonać. Dała nam jednak taką lekcję agresywnego futbolu, na jaką żaden z Polaków nie był przygotowany. W tamtych czasach tylko niewielu fachowców odróżniało gre Anglików od Walijczyków, Szkotów i Irlandczyków. Mówiło się „wyspiarze”, rzadziej „Brytyjczycy” na określenie cech wspólnych dla tamtejszego futbolu: gry szybkiej, nieskomplikowanej, opartej na przygotowaniu kondycyjnym, sile fizycznej, walce w powietrzu i technice strzału. W końcu najlepsi Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy z obydwu części wyspy i tak spotykali się na co dzień w klubach ligowych Anglii. Przez lata tylko o tym słyszeliśmy a do wyobraźni dochodziła umiarkowana wiedza i zastosowanie, że to Anglii jest ojczyzną futbolu. Od lat 60-tych mogliśmy oglądać to w telewizji. Państwowe Przedsiębiorstwo Totalizator Sportowy przyjmował zakłady tylko na dwie ligi: polską i angielską, więc nazwy klubów z Wysp były w Polsce znane jak inne. Co tydzień telewizyjny magazyn informacyjny „Sportowa niedziela” kończył się dwu-, 3-minutowym starannie zmontowanym przekazem z meczów Ligi Angielskiej. Usunięto z nich wszystkie kiksy, strzały na wiwat a pokazywano tylko to, co najpiękniejsze: celne dośrodkowania ze skrzydeł, atomowe strzały z woleja, parady bramkarzy, walke w powietrzu. Wszystko sprawiało wrażenie, że mamy do czynienia z absolutnymi mistrzami futbolu, których nie sposób pokonać. Oczywiście bardziej dociekliwi zadając sobie pytanie w rodzaju: skoro tak, to dlaczego poza Manchesterem United inna angielska drużyna nie zdobyła Pucharu Europy? Dlaczego poza jednym zwycięskim turniejem o mistrzostwo Anglia przegrywała wszystkie inne i w jakich okolicznościach rok przed meczem z Polską Anglia, z pięcioma mistrzami świata w składzie została upokorzona przez Niemców na Wembley 1:3? Dochodziły do tego naszego własne doświadczenia. Górnik pokonał w przeszłości Tottenham, nim został przez niego fizycznie stłamszony na „White Hart Lane”. Porażka Manchester United w Chorzowie była jedyną, jaką angielska drużyna poniosła w drodze do ostatecznego zwycięstwa w Pucharze Europy.
Reprezentacja Polski w dwóch dotychczasowych starciach z Anglikami też zaprezentowała się stosunkowo nieźle. Pierwszy z tych meczów rozegrano w Liverpoolu 5 stycznia 1966 roku. W Anglii o tej porze gra się w piłkę a w Polsce odpoczywa po Sylwestrze. PZPN przyjął jednak zaproszenie bo gospodarzom mistrzostw świata i „ojczyźnie futbolu" nie wypadało odmówić. Ku powszechnemu zaskoczeniu mecz zakończył się remisem 1:1. Strzelec gola Jerzy Sadek otrzymał podobno ofertę pozostania w Liverpoolu i transferu do Evertonu za niewyobrażalną kwotę 100 000 funtów. Grający na prawej obronie Jacek Gmoch utrzymuje że taką samą propozycją złożył mu Tottenham. 8 zawodników z angielskiego składu pół roku później zostało mistrzami świata. „The Football Association” uznał że Polska jest godnym przeciwnikiem. Chociaż do tej pory nigdy do meczów między obydwoma krajami nie dochodziło, teraz rozegrano dwa w odstępie pół roku. Polska była ostatnim sparing partnerem Anglii przed mistrzostwami świata. W lipcu 1966 roku przegraliśmy wprawdzie na Stadionie Śląskim 0:1, wcale nie była to jednak gra do jednej, polskiej bramki. Trzy tygodnie później Anglia zdobyła Puchar Rimeta. W pierwszej dziesiątce plebiscytu „France Football” Złota Piłka za rok 1972 znalazło się dwóch Polaków i dwóch Anglików. Kazimierz Deyna zajął szóste miejsce a Włodzimierz Lubański siódme, z taką samą liczbą punktów co Bobby Moore i Gordon Banks. To byli jedyni przedstawiciele obydwu krajów wśród 26 nominowanych. Biorąc pod uwagę historię i teraźniejszość, z jednej strony były więc nadzieje, z drugiej uzasadnione obawy. Tym bardziej że nie czekał nas mecz towarzyski, tylko eliminacyjny. Anglia po wojnie brała udział we wszystkich finałach mistrzostw świata a Polska w żadnym. Rozgrywki ligowe w Anglii zakończyły się na początku maja. Liga w Polsce trwała do 24 czerwca. Po porażce pod koniec marca z Walią reprezentacja Polski rozegrała jeszcze dwa mecze kontrolne w maju: z Jugosławię w Warszawie i z Irlandią we Wrocławiu. Wybitny dziennikarz Mieczysław Szymkowiak pisał po tych meczach że Polska ma dziś tylko jednego zawodnika światowego formatu: Włodzimierza Lubańskiego, który strzelił w tych meczach trzy gole. Trudno było nie przyznać mu racji. Irlandia miała z naszego punktu widzenia odgrywać rolę Anglii. Anglicy myśleli podobnie, szukali kogoś grającego podobnie jak Polska i znaleźli Czechosłowację. Na 9 dni przed meczem w Chorzowie zremisowali z nią w Pradze 1:1. Allan Clark strzelił wyrównującego gola 2 minuty przed końcem. Czesi bronili wyniku, podawali sobie piłkę na własnej połowie ale gra na czas nie spodobała się kibicom. Odpowiadając na gwizdy, gospodarze ruszyli więc do jeszcze jednego ataku, stracili piłkę a w konsekwencji i bramkę. Antoni Piątek, wysłannik „Piłki nożnej” na ten mecz pisał że Anglia zagrała słabo, wyliczał konkretne błędy, oceniał poszczególnych zawodników i wysnuł z tego wniosek: Jeśli to nie była zasłona dymna, to przed pojedynkiem w Chorzowie można być optymistą. Wszystkie jego oceny i prognozy sprawdziły się kilka dni później.
12
Jedyne zwycięstwo nad Albionem:
Jak większość z nas wie(a przynajmniej powinna), 6 czerwca 1973 r. reprezentacja Polski pokonała dumnych Anglików 2:0 w eliminacjach do mistrzostw świata w RFN 1974. Jednak nie wszyscy znają kulisy tego sukcesu Śp. Kazimierza Górskiego. Zapraszam więc do odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
13
Jak dotąd ostatni taki triumf naszej Barcuni:
6 czerwca 2015 roku na Olympia Stadion w Berlinie, FC Barcelona pokonała Juventus Turyn 3:1 w finale Champions League! „Ta drużyna jest po prostu niesamowita i dlatego ma apetyt na dwa kolejne trofea przed wakacjami”- powiedział Messi po zdobyciu mistrzostwa kraju a przed finałami Pucharu Króla i Ligi Mistrzów. Skoro tak sądził Argentyńczyk, to oczywiście Blaugrana była faworytem berlińskiego starcia z Juventusem, lecz ekipy z Turynu nikt w stolicy Katalonii nie lekceważył. Między oboma finalistami istniało sporo podobieństw. Przede wszystkim „Stara Dama” też zmieniła latem trenera. Za Antonio Conte przybył Massimiliano Allegri. Zrazu wybór ten nie ucieszył fanów, którzy darzyli byłego trenera Milanu chłodnymi uczuciami. Przystępując do finału obie ekipy miały już zdobyte mistrzostwo kraju oraz krajowy puchar, więc walczyły o potrójną korone. Z uwagą obserwowano Luisa Suareza, gdyż przyszło mu mierzyć się z Patricem Evrą, którego Urugwajczyk obraził rasistowsko jeszcze w meczu Premier League. Na szczęście nie doszło między nimi do niesportowych incydentów. Ciekawe co by się działo, gdyby mógł zagrać pogryziony na mundialu przez ,,El Pistolero” Chiellini? Niestety kilka dni wcześniej defensor doznał kontuzji, co było dla ,,Starej Damy” dużym osłabieniem. ,,Skoro nie zagra Giorgio, to Barça jest faworytem. Z nim szanse na zwycięstwo byłyby równe”- jasno stwierdził Buffon. ,,To finał Ligi Mistrzów a my jesteśmy Barceloną. Nic innego niż zwycięstwo nie wchodzi w gre. Wszystko nam w tym sezonie jak na razie wychodzi, czemu nagle miałoby być inaczej?”- te słowa Rakiticia z przedmeczowej rozmowy z FIFA.com najtrafniej chyba ilustrowały nastroje wśród zawodników i cules Blaugrany. Plan taktyczny na starcie z Juve zdradził w rozmowie z UEFA.com Gerard Pique: ,,Będziemy mieli długo piłke ale najważniejsze jest żeby wysoko zabierać ją rywalowi i szybko docierać do jego bramki. Jakość napastników Juve sprawia też że bardzo ważna będzie koncentracja w grze obronnej”. Luis Enrique borykał się jednak przed meczem z istotnym problemem: niedyspozycją Iniesty. Podatny na stres zawodnik zmagał się z jakimiś nie do końca określonymi dolegliwościami psychosomatycznymi. ,,Lucho” zastanawiał się czy tak rozbitego zawodnika należy wystawić w pierwszym składzie na finał. W odwodzie miał przecież Xaviego ale to sam Xavi rozstrzygnął problem na korzyść kolegi: ,,Do finału pozostawały 2 dni, kiedy powiedziałem Lucho: »Ten gość nie musi nawet trenować. Spokojnie Luis, poradzi sobie w Berlinie«”. No i Lucho nominował Inieste do pierwszego składu. Na początku meczu pozbawiona Chielliniego obrona Juve grała nerwowo, co skończyło się szybką stratą gola. Akcje zaczął Neymar, przekazał piłke Inieście a ten szybko potwierdził diagnozę Xaviego że da rade, zagrywając do stojącego przed pustą bramką Rakiticia, choć mógł sam strzelać. ,,Na te chwile pracowałem całe życie”- wspominał to trafienie Chorwat. W 11 minucie żółtą kartke dostał straszliwie nabuzowany Vidal, co też nie pozostało bez wpływu na przebieg meczu. Po kwadransie Dani Alves mógł podwyższyć na 2:0 ale Buffon utrzymał zespół w grze dzięki jednej z najlepszych interwencji w karierze. Bohaterem pierwszej połowy należało jednak uznać Busquetsa, który ani razu nie stracił w tym czasie piłki.
Po przerwie graczy Juventusu jakby opuściły nerwy. W 55 minucie przeprowadzili przepiękną akcje. Liechsteiner zagrał do Marchisio, który odegrał mu piętą. Szwajcar pomknął do przodu i podał do Teveza a potem było jak w meczu z Realem. Argentyńczyk strzelił, bramkarz hiszpańskiej ekipy obronił ale dobił Morata. Następne minuty należały do Juventusu. W 60 minucie Tevez miał znakomitą okazje, lecz huknął nad poprzeczką a potem sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Messi. Przeprowadził indywidualną akcje i zakończył ją uderzeniem, które Buffon wprawdzie obronił ale na miejscu znalazł się Luis Suarez. Było 2:1 a minute później Barça znów nacisnęła. Neymar nawet wbił piłke do siatki ale sędzia anulował gola, dopatrując się zagrania ręką strzelca. W końcówce Włosi atakowali całym zespołem, nadziali się jednak na kontre wykończoną przez Neymara. Brazylijczyk w grudniu 2014 r. mówił w rozmowie z ,,Mundo Deportivo”;,,Moim największym marzeniem jest strzelić dla Barcelony gola dającego zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów w 2015 r.”. Ciekawe czy uznał swoje marzenie za spełnione? Chwile potem sędzia zagwizdał po raz ostatni. FC Barcelona znów triumfowała! Luis Enrique po 5 latach wyznał że przed meczem zmagał się z olbrzymim stresem. ,,Nigdy w karierze piłkarskiej ani trenerskiej nie byłem tak zdenerwowany jak wtedy. Nie potrafiłem nad sobą zapanować. Gdybym jeszcze raz miał to przeżywać, to chyba wziąłbym jakieś prochy”- stwierdził. Wyjawił że dopiero trafienie Neymara uwolniło go od napięcia. Z tego powodu już nigdy później nie obejrzał meczu z Juventusem. Finał był tak znakomitym i pasjonującym widowiskiem, jednym z lepszych w historii Ligi Mistrzów że po prostu nie dało się po nim mieć pretensji do pokonanych. ,,Staraliśmy się jak mogliśmy, daliśmy z siebie wszystko ale Barça miała to coś, czego nam zabrakło, choć nie wiem, czym to jest”- powiedział chyba najlepszy tego wieczoru w Juventusie Pogba i była to szczera prawda. Chociaż MVP meczu wybrano Inieste, to chyba jednak najlepszy na boisku był Rakitič. Jeśli ktoś przed meczem się dziwił ze w starciu o taką stawke Xavi znów zasiada na ławce rezerwowych a gra Chorwat, to po ostatnim gwizdku sędziego gratulował Luisowi Enrique konsekwencji. Nikogo nie zdziwiło że Xavi zmienił Inieste a nie Rakiticia. ,,Jestem tu nie po to, by błyszczeć od pierwszego meczu, tylko po to, by ciężko pracować i co dzień stawać się lepszym piłkarzem”- powiedział Chorwat po transferze z FC Sevilli, po czym wcielił ten plan w życie. Sam uważa iż wielka w tym zasługa trenera. ,,Pod względem umiejętności wydobycia z piłkarzy ich potencjału Luis Enrique nie ma sobie równych”- stwierdził.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
15
Bezczelny Guruceta:
6 czerwca 1970 r. FC Barcelona została ewidentnie skrzywdzona przez sędziego Gurucete w meczu z Realem Madryt. „Guruceta!”- skandują starsi kibice na Camp Nou podczas kontrowersyjnych decyzji arbitra, mając w pamięci wydarzenia z przed ponad 40 lat. W rewanżowym meczu ¼ Copa del Generalismo Barça grała na własnym boisku z Realem Madryt. W pierwszym spotkaniu arbiter uznał gola dla ,,Krolewskich” po kilkumetrowym spalonym(ostatecznie padł wynik 2:0) co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę przed rewanżem. Do sędziowania desygnowano młodego 28-letniego arbitra Emilio Carlosa Gurucetę. Przy stanie 1:0 dla Blaugrany sędzia odgwizdał rzut karny dla Realu mimo że faul nastąpił niemal 2 metry przed polem karnym. Na boisko z trybun poleciały poduszki a także inne przedmioty. Kapitan Barçy Eladio Silvestre został usunięty z boiska za słowa skierowane do Gurucety: „Jesteś madridistą, nie masz wstydu”. Dziesięć minut przed końcem kibice nie wytrzymali i wbiegli na boisko, gdzie w brutalny sposób spacyfikowała ich policja. FC Barcelona jako klub dostał maksymalną możliwą kare(90 tys. peset), natomiast sędziego zdyskwalifikowano na pół roku. W pierwszym sezonie Gurucety w La Liga aż cztery kluby zażądały aby nie prowadził spotkań z ich udziałem. W 1985 r. po 15 latach Guruceta ponownie poprowadził mecz Blaugrany(,,Nie chcę skończyć kariery zanim wrócę na Camp Nou”- mawiał Guruceta) w Trofeo de Palma ale tym razem nie podyktował karnego na Schusterze i na dodatek usunął Niemca z boiska. Co ciekawe, najlepsi arbitrzy La Liga otrzymują obecnie coroczne wyróżnienie imienia…..Gurucety! Ma to związek z tragiczną śmiercią słynnego arbitra w wypadku samochodowym w lutym 1987 r.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
12
Feliz cumpleaños panie Albercie!
6 czerwca 1970 r. urodził się Albert Ferrer. Ten prawy obrońca zaczynał karierę w FC Barcelona B, lecz debiut w Primera Division zaliczył w ekipie Teneryfy, do której był wypożyczony w 1990 r. Po powrocie trafił do pierwszego składu Blaugrany i zadomowił się w nim aż na 8 lat, podczas których rozegrał 301 spotkań i strzelił 3 gole. Wraz z Dumą Katalonii pięciokrotnie został mistrzem Hiszpanii(1991, 1992, 1993, 1994, 1998), dwukrotnie zdobył Puchar Króla(1997, 1998) oraz cztery razy wywalczył Superpuchar Hiszpanii(1991, 1992, 1994, 1996). W sezonie 1991/1992 sięgnął po Puchar Europy; w finałowym meczu z Sampdorią zagrał w podstawowym składzie. Ponadto w 1997 roku zdobył Puchar Zdobywców Pucharów a w 1992 i 1997 wywalczył Superpuchar Europy. W 1998 r. odszedł do londyńskiej Chelsea, gdzie po pięciu sezonach zakończył karierę. Był jednym z bohaterów, którzy zdobyli pierwszy Puchar Europy dla FC Barcelona. „Chapi” Ferrer ledwo był w stanie wystąpić w finale rozgrywanym na Wembley w 1992 roku, ponieważ sześć miesięcy wcześniej doznał poważnego urazu więzadeł kolana. Rok 1992 był wyjątkowy dla dzielnego prawego obrońcy Blaugrany. Pomijając kontuzję, Ferrer zdobył złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, mistrzostwo ligi (dzięki porażce Realu Madryt na Teneryfie ) i wspomniany Puchar Europy . Był to pierwszy Puchar Europy w gablocie trofeów FC Barcelony i został uczczony w wielkim stylu. Jak sam Chapi Ferrer wspominał w Catalunya Ràdio, w drużynie Barcelony panowała ogromna nerwowość: „Byliśmy bardzo zdenerwowani. Wspomnienie finału przegranego w Sewilli ze Steauą w rzutach karnych było wciąż żywe w pamięci wszystkich. Blaugrane również uważano za faworytów tego dnia i był to ogromny cios. Ja na przykład w Londynie cierpiałem na zapalenie żołądka i jelit z powodu nerwów”. Johan poprosił mnie, żebym zamienił ten mecz w grę 10 na 10. Sampdoria nie miała być łatwym przeciwnikiem. Włoska drużyna mogła pochwalić się składem wspaniałych piłkarzy, którzy mieli za sobą owocne kariery: Lombardo, Vialliego, Pagliucę, Manciniego … i to właśnie ten ostatni był głównym zmartwieniem trenera Barcelony, Johana Cruyffa: „Trener przydzielił mi krycie indywidualne Manciniego. Powiedział mi, żebym gonił go po całym boisku, że muszę zamienić ten mecz w grę 10 na 10”.
Kontuzja więzadła, której doznał Chapi Ferrer, niemal wykluczyła go z tego kluczowego meczu. Zaledwie kilka dni wcześniej otrzymał zgodę lekarzy i bez problemu rozegrał mecz ligowy z RCD Mallorca. Dlatego też obrońca wyszedł w pierwszym składzie w finale, który rozstrzygnął się po golu Koemana z rzutu wolnego w dogrywce: „Kiedy Ronald strzelił gola, byłem najdalej od bramki. Pobiegłem i nawet dotarłem na celebrację przed wszystkimi innymi. Wyobraźcie sobie mój sprint! Dziewięć minut do końca meczu wydawało się wiecznością; naprawdę baliśmy się, że stracimy szansę”. Podczas gdy wszyscy świętowali zdobycie tytułu, ja wciąż byłem zdenerwowany kontrolą antydopingową. Jakby tego było mało, końcowy gwizdek nie przyniósł Ferrerowi spokoju. Piłkarz został skierowany na kontrolę antydopingową: „Podczas gdy wszyscy świętowali ten ważny tytuł, ja wciąż byłem zdenerwowany. Zmuszono mnie do poddania się kontroli antydopingowej, a przecież brałem leki na zapalenie żołądka i jelit. Bałem się, że lekarz nie zapisał mi wszystkich przyjmowanych przeze mnie substancji albo że jakaś substancja może zostać uznana za doping. Myślałem nawet, że przeze mnie odbiorą nam Puchar Europy”. Na szczęście dla Chapi Ferrera i wszystkich kibiców Barcelony, tytuł ten był jak najbardziej uzasadniony i stanowił ukoronowanie Dream Teamu Johana Cruyffa. Drużyna ta zdobyła cztery tytuły mistrzowskie z rzędu, ale przede wszystkim zdobyła pierwszy Puchar Europy, co było ogromną ulgą dla klubu, który desperacko go potrzebował. Po ośmiu sezonach w Barcelonie Albert Ferrer przeniósł się do Anglii, by podpisać kontrakt z Chelsea. Pozostał w londyńskim klubie przez kolejne pięć sezonów, zanim przeszedł na emeryturę. Jego kolekcja trofeów jest godna pozazdroszczenia: pięć tytułów mistrza La Liga, dwa Puchary Króla, cztery Superpuchary Hiszpanii, jeden Puchar Europy, jeden Puchar Zdobywców Pucharów i dwa Superpuchary Europy z Barceloną a także jeden Puchar Anglii, jeden Puchar Ligi i jeden Superpuchar Europy z Chelsea. Oczywiście 39 razy nosił koszulkę reprezentacji Hiszpanii. Brał udział w dwóch Mistrzostwach Świata (1994 i 1998) i zdobył wspomniany złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Leć wysoko pszczółko Maju po spełnienie marzeń aż po bramy raju!
6
@FCBparasiempre
Peñarol z minuty na minutę radził sobie coraz lepiej, ale Zamora dzielnie trwał na posterunku. Hiszpanie coraz częściej grali na czas i powoli odliczali już minuty do końcowego gwizdka. Wreszcie jednak na kwadrans przed końcem Urugwajczycy przeprowadzili akcję, która na zawsze zapisała się w pamięci świadków tego widowiska. Urugwajczycy nie potrafili sobie utorować drogi do bramki świetnie broniącego Zamory. W końcu Anselmo ograł dwóch obrońców, przerzucił piłkę do Suffiatiego i ruszył pędem w oczekiwaniu na podanie. Ale w to wszystko wmieszał się Piendibene: poprosił o futbolówkę, dostał ją, minął Urquizú i zbliżył się do bramki rywala. Zamora zobaczył, jak składa się do strzału w krótki róg, i rzucił się w tym kierunku. Tymczasem Piendibene, zamiast huknąć ile sił, posłał piłkę leciutkim uderzeniem w długi róg. Zamora zdołał jeszcze poderwać się na nogi i rzucić w przeciwną stronę, ale jedynie musnął palcami futbolówkę nieuchronnie zmierzającą do siatki – opisywał tamto trafienie Eduardo Galeano w swojej książce „Blaski i cienie futbolu”. Zamora wstał, otrzepał się z kurzu i pogratulował swojemu znakomitemu rywalowi. Rozradowana publiczność skanowała Piendi! Piendi! Peñarol! Peñarol! Peñarol wygrał i w następnym roku wybrał się na tournée po Europie. W ciągu trzech miesięcy stoczyli dziewiętnaście pojedynków. Organizacyjnie sporo było do poprawy i szwankowała skuteczność. Nie bez wpływu na to był pewnie fakt, że w kraju został dochodzący do zdrowia po kontuzji Piendibene. Na fali euforii po zdobyciu drugiego mistrzostwa olimpijskiego zdecydowano o zorganizowaniu meczu o Puchar Serrato. 7 października 1928 r. naprzeciw siebie stanęły zespoły Peñarolu i Nacionalu, w których składzie było jedenastu mistrzów olimpijskich – siedmiu z Nacionalu i czterech z Peñarolu. Los Carboneros przegrali 0:1, a po meczu ogłoszono, że Piendibene nie zagra w zaplanowanym na kolejną niedzielę ligowym pojedynku obu ekip. Dziennikarze i kibice, którzy zgromadzili się tamtego dnia na trybunach Parque Central nie mieli pojęcia, że ostatni raz oglądają Piendibene w akcji. Maestro odszedł w glorii mistrza Urugwaju. W tamtym sezonie Peñarol nie miał sobie równych i z łatwością zwyciężył w lidze. Dla Piendibene był to szósty mistrzowski tytuł. Wcześniej wygrywał w latach 1911, 1918, 1921, 1924 (FUF) i 1926. W sumie w ciągu 20 lat gry dla Peñarolu wystąpił w 506 meczach i strzelił 253 gole. Do dzisiaj ma na koncie najwięcej występów w prestiżowych derbach z Nacionalem, których zaliczył 62 i w których 21 razy wpisywał się na listę strzelców. W drużynie narodowej zagrał w 40 oficjalnych meczach i zdobył 20 bramek. Jeśli doliczymy te nieoficjalne z czasów rozłamu w argentyńskim i urugwajskim futbolu, to bilans będzie wynosił 56 występów i 26 bramek, w tym aż 17 goli, które strzelił Argentynie. Poza boiskiem był raczej wycofany, cichy i dyskretny, ale kiedy pojawiał się na murawie, to nie wahał się strofować i ustawiać kolegów. Świetnie sprawdzał się w roli lidera i potrafił znakomicie zmotywować swoich kolegów do lepszej gry. Był typem zawodnika, przy którym inni wchodzili na wyższy poziom. Nigdy nie krytykował kolegów za popełnione błędy i był pierwszym, który przychodził ich pocieszyć. Znakomicie odnajdywał się w polu karnym rywali. Nie straszne mu były tłok i zamieszanie pod bramką przeciwnika. Kiedy z czasem nieco wyłysiał i przybrał na wadze kilka kilogramów, to właśnie z tych przepychanek uczynił swój dodatkowy atut. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro zespołu i odrzucał wszystkie zbyteczne, niepotrzebne i popisowe zagrania. Nigdy nie wyśmiewał się z rywali i zawsze odnosił się do nich z szacunkiem. Wielokrotnie podkreślał, że futbol to gra zespołowa. ,,Stanowczo twierdzę, że możemy i powinniśmy grać zespołowo, bo właśnie zespołowość jest największą zaletą piłki nożnej i dodaje uroku tej pięknej i popularnej dyscyplinie”– mówił.
Przez 20 lat utrzymywał się na szczycie. Z decyzją o zawieszeniu butów na kołku nosił się już wcześniej. Nie do końca zaleczone urazy i tendencja do przybierania na wadze nie sprzyjały utrzymaniu wysokiej formy. Pamiętajmy, że grał w czasach futbolu amatorskiego, więc o jakiejkolwiek profesjonalizacji treningów nie było mowy. To, że mimo tych wszystkich przeciwności tak długo potrafił utrzymać się na szczycie, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Jego klasę doceniano też w klubie. Mimo że ciągle był czynnym piłkarzem, to w 1924 r. został mianowany honorowym członkiem klubu. Swoją grą inspirował rzesze młodych urugwajskich adeptów futbolu, a pewnie dla wielu jest wzorem do dzisiaj. José Piendibene po dziś dzień uchodzi za najlepszego środkowego napastnika w historii Urugwaju – co do tego zgodni są wszyscy eksperci! Był symbolem i liderem pierwszego pokolenia zwycięzców, legendarnej generacji „1912” […]. Wysoki, silnie zbudowany, ciemny blondyn o regularnych rysach znamionujących inteligencję i siłę woli – stworzył podwaliny słynnej urugwajskiej szkoły futbolowej, opartej na bezbłędnym panowaniu nad piłką, nienagannej kondycji i sprawności oraz grze pełnej fantazji, łączącej harmonijnie naturalny temperament południowców z chłodną, wyrozumowaną myślą taktyczną. Mieszkanka tych cech miała zapewnić „celestes” na całe dziesięciolecia prymat w światowej piłce. „Maestro” wprowadził w powszechny obieg takie pojęcia jak „cortada” – krótki zwód, „cachetada” – lekkie trzepnięcie piłki, „escoba” – dosłownie miotła, szczotka, cofnięcie piłki pod podeszwą, tak jakby ktoś zamiatał podłogę… Bogactwo techniczne jego repertuaru dosłownie paraliżowało obrońców mających nieszczęście znaleźć się na drodze „Maestro”– barwnie charakteryzował go Tomasz Wołek. Do Peñarolu wracał dwukrotnie w roli trenera. Pierwszy raz 1934 r., a drugi w sezonie 1940/1941. Zmarł 12 listopada 1969 r. w Montevideo w wieku 79 lat. Był piłkarzem kompletnym, który wyróżniał się wizją gry, doskonałymi podaniami, precyzyjnymi strzałami, dryblingiem, grą głową i wspaniałymi piętkami. Śmiało można go uznać za symbol najwcześniejszej, romantycznej epoki południowoamerykańskiego futbolu. Jednym słowem po prostu ,,MAESTRO”.
11
@FCBparasiempre
Lata mijają a wielu znawców urugwajskiego futbolu uważa, że José Antonio Piendibene ciągle jest jednym z najlepszych środkowych napastników, których dał światu ten mały kraj z nad La Platy. Przez 20 lat związany był z Peñarolem i dzisiaj jest jedną z największych legend klubu. Swoją grą i spojrzeniem na piłkę wprowadził ten zespół na wyższy poziom. Imponował znakomitym wyszkoleniem technicznym, zawsze z szacunkiem odnosił się do rywala i praktycznie nigdy nie cieszył się po zdobyciu bramki. Jego grę i wpływ na rozwój futbolu w Urugwaju najlepiej charakteryzuje otrzymany w wieku ledwie 21 lat przydomek „Maestro”. Położone nad wybrzeżem estuarium La Platy „Pocitos” jest dzisiaj ekskluzywną dzielnicą plażową Montevideo. Pod koniec XIX wieku było jednak tylko jednym z wielu biednych osiedli stolicy Urugwaju. Jednakże to właśnie tutaj przyszedł na świat jeden z najlepszych piłkarzy w historii urugwajskiej piłki. José Antonio Piendibene urodził się 5 czerwca 1890 r. Był najmłodszym z ośmiorga dzieci Dona Juana Piendibene i Doñy Rosy Ferrari. Urugwajski futbol był praktycznie jego rówieśnikiem. Na początku XX wieku o jakichkolwiek szkółkach czy zespołach juniorskich nikt nawet nie marzył. Kluby szukały kandydatów do gry w zespołach wprost na ulicach. Wielu ówczesnych urugwajskich piłkarzy zaczynało w drużynach osiedlowych czy ulicznych. Tak samo było z Piendibene. Początek jego piłkarskiej drogi trudno dziś jednoznacznie wskazać, bo pojawiają się różne wersje. Według jednej z nich już jako czternastolatek miał występować w zespole Washington, a w wieku siedemnastu lat miał zadebiutować w trzeciej lidze w barwach drużyny Buenos Aires. Stąd trafił do Interpido i po paru miesiącach sięgnął po niego Peñarol. Inna wersja mówi, że jako junior występował w Huracánie Pocitos i to z tego klubu trafił do Peñarolu. Niezależnie od tego, która z tych wersji jest bliższa prawdzie, to jedno wiemy na pewno – w 1908 r. został zawodnikiem Peñarolu. Przed rozpoczęciem sezonu najważniejsi klubowi działacze siedzieli w kawiarni La Paz na placu Cagancha i zastanawiali się nad przebiegiem nowej ligowej kampanii. Analizowali też raporty członków klubu o utalentowanych chłopakach, których warto byłoby ściągnąć do drużyny. Jednym z tych, którzy obserwowali grających na ulicach Montevideo młodych piłkarzy był José María Rodríguez. Poinformował on kierownictwo klubu, że zna chłopaka, który grał dla Buenos Aires i któremu warto przyjrzeć się bliżej. Działacze wybrali się do Pocitos, gdzie spotkali młodego Piendibene i zaproponowali mu grę dla Peñarolu. Chłopak jednak odmówił i z przykrością stwierdził, że jest już zawodnikiem Buenos Aires. Nie zraziło to klubowej delegacji, która nie miała zamiaru rezygnować z utalentowanego młodzieńca. Wszelkie argumenty, jakimi próbowano przekonać Piendibene do zmiany klubu zdawały się jednak na nic. Chłopak pozostawał niewzruszony. Z pomocą działaczom przyszedł dopiero starszy brat Ángel Piendibene, którego José darzył wielkim szacunkiem i liczył się z jego zdaniem. Delegat zwrócił się do niego niespodziewanie: „Chcę go zabrać do Peñarolu, ale on upiera się, że musi grać dla zespołu z sąsiedztwa”. Ángel spojrzał na swojego brata i spoglądając na jadący w kierunku centrum miasta tramwaj konny, czule dotknął ramienia brata i powiedział: „Potowarzysz temu dżentelmenowi”– opisywał okoliczności dołączenia Piendibene do Peñarolu Luciano Álvarez w swojej książce „Historia de Peñarol”. Tak zaczęła się przygoda Piendibene i Peñarolu, która będzie trwała 20 lat. Po latach piłkarz przyzna, że powodem jego pierwszej odmowy był fakt, że sympatyzował z Nacionalem. Jednak jego przyjaźń z José Maríą Rodríguezem i determinacja działaczy skłoniły go do zmiany zdania a jego sympatie w naturalny sposób się zmieniły. W nowym zespole zadebiutował na krótko przed osiemnastymi urodzinami. 26 kwietnia zagrał w meczu z drużyną Club French i strzelił dwa z sześciu goli swojego zespołu. Grał wówczas jako skrzydłowy, a swoim występem w debiucie z miejsca zdobył sobie uznanie w oczach kibiców. Sympatycy klubu nadali mu wtedy jego pierwszy boiskowy pseudonim. Na cześć innego znakomitego zawodnika Juana Peny zaczęli nazywać Piendibene „Penita”. Szybko stał się powodem do dumy dla całego swojego osiedla a młodzi chłopcy z sąsiedztwa bardzo często o nim rozmawiali i pokazywali na ulicach rodzicom, chcąc być takimi jak on. W 1909 r. do klubu przyszedł pochodzący ze Szkocji John Harley. Piendibene był oczarowany jego grą. Występujący w środku pola Szkot imponował grą głową, znakomicie potrafił się ustawiać i przewidywać boiskowe wydarzenia, dzięki czemu notował bardzo dużo przechwytów. Był też naturalnym liderem i w dużej mierze dzięki niemu Peñarol zmienił swój styl gry. Jak dotąd dominowała gra długimi piłkami, żeby jak najszybciej przedostać się pod bramkę rywali. Harley postulował grę krótkimi, bezpośrednimi podaniami, co wprowadzało na boisku większy spokój i porządek. Dzięki temu umiejętności takich zawodników jak Piendibene mogły zostać w pełni wykorzystane.
„Penita” wkrótce został przesunięty na środek ataku a w 1911 r. był już podstawowym zawodnikiem zespołu. W tamtych czasach gra piątki ofensywnych graczy opierała się głównie na indywidualnych umiejętnościach. Skrzydłowi szaleli przy liniach, wdawali się w dryblingi, ale nie zawsze przynosiło to korzyść drużynie. Środkowi napastnicy bywali często osamotnieni i jeśli sami nie stworzyli sobie korzystnej sytuacji, to mogli raczej zapomnieć o bramkach. Harley i Piendibene stali się katalizatorami zmian w tej formacji. Krótkie, bezpośrednie podania spowodowały, że gra zyskała na płynności i efektywności. Defensorzy drużyn przeciwnych musieli się wówczas mocno napocić, żeby nadążyć za szybko grającymi piłkarzami Peñarolu. Ofensywny kwintet wreszcie zaczął grać zespołowo, co przełożyło się na większą liczbę dogodnych sytuacji. Częściej padały też bramki, co przyciągało na trybuny coraz większe rzesze kibiców. O ile nie brakowało wówczas znakomitych dryblerów, o tyle niewielu decydowało się na kiwanie tuż pod bramką rywala. Piendibene zmienił również to i ochoczo kładł na ziemi bramkarzy rywali, a sztukę dryblingu wyniósł na zupełnie nowy poziom. Dzięki swojej inteligencji był bardzo pojętnym uczniem i zawsze podkreślał zasługi Harleya w rozwoju swojego talentu. Uważał Szkota za wspaniałego nauczyciela i mimo że grali na różnych pozycjach, to bardzo wiele się od niego nauczył. Swój debiutancki sezon w Peñarolu Piendibene z kolegami zakończyli dopiero na siódmym miejscu w tabeli. Rok później było już dużo bliżej końcowego triumfu, ale musieli uznać wyższość Montevideo Wanderers, które wyprzedziło ich o jeden punkt. W 1910 r. lepsi o dwa oczka okazali się piłkarze River Plate F.C. ale w kolejnym sezonie nie było żadnych wątpliwości, który zespół jest najlepszy. Peñarol wygrał dwanaście z czternastu meczów i o dziewięć punktów wyprzedził drugich w tabeli Montevideo Wanderers. Piendibene był czołowym zawodnikiem zespołu a Peñarol wielokrotnie udowadniał, że zawsze gra do końca. Gracze imponowali zaangażowaniem, sercem do walki i niejednokrotnie potrafili odwracać losy meczów. Nie odpuszczali do tego stopnia, że ukuło się powiedzenie że mecz z Peñarolem nie może zostać uznany za zwycięski, dopóki sędzia nie zagwiżdże po raz ostatni. Piendibene wielokrotnie wprawiał w zachwyt kibiców swoimi pięknymi golami. Jednego z najładniejszych zdobył 29 września 1912 r. Peñarol grał wówczas w Copa Competencia ze swoim największym rywalem Nacionalem. Na dziesięć minut przed końcem meczu utrzymywał się rezultat 2:2, ale sędzia wyrzucił wówczas z boiska dwóch graczy Los Carboneros. Grając jedenastu na dziewięciu Nacional od początku dogrywki ruszył do śmiałych ataków. Peñarol zdołał jednak wyprowadzić kontrę, w której wywalczył rzut karny. Jedenastkę na gola zamienił Carlos Scarone i nagle zrobiło się 3:2. Podrażnieni stratą bramki piłkarze Nacionalu znowu rzucili wszystkie siły do ataku. W pewnym momencie piłkę przejął Piendibene. Podniósł głowę do góry i rozejrzał się komu podać, ale żaden z partnerów nie pokazywał się do gry. Ruszył więc sam do przodu, po drodze mijając kolejnych rywali. Żaden nie był w stanie odebrać mu piłki. Wreszcie wpadł w pole karne, wymanewrował bramkarza i skierował piłkę do siatki, zdobywając jednego z najpiękniejszych goli, jakie widziano w Montevideo. Najbardziej znanym z jego przydomków jest Maestro. Zaczęto go tak nazywać po meczu z Alumni Athletic Club z Argentyny. 25 sierpnia 1911 r. Peñarol rozgrywał spotkanie z zespołem z drugiej strony La Platy a Piendibene zagrał jak profesor, mimo że miał wówczas ledwie 21 lat. O obliczu obrony zespołu Alumni decydował wówczas znakomity Jorge Gibson Brown. Piendibene dwukrotnie zdołał wymanewrować defensywę rywali. Pierwszy raz mimo asysty obrońców posłał piłkę tuż nad głową bramkarza Wilsona. Przy drugiej bramce znalazł się w podobnej sytuacji i raz jeszcze pokonał golkipera rywali. Będąc tuż przed Wilsonem, ponownie posłałem piłkę nad jego głową i zdobyłem bramkę. To właśnie wtedy, gdy szalejąca publiczność oklaskiwała gola, podszedł do mnie Jorge Brown i ściskając mi dłoń, powiedział: „Strzeliłeś dwa gole godne mistrza futbolu. Chłopcze, jesteś jak maestro”– wspominał Piendibene. Nasz bohater bardzo szybko zyskał uznanie nie tylko w oczach kibiców i dziennikarzy. Jego klasę doceniali również rywale. Argentyński bramkarz Américo Tesoriere wspominał, że przed meczami z Urugwajem najwięcej zmartwień przysparzał mu właśnie Piendibene.
,,Wiesz dlaczego? Bo jego sposób gry był tak znakomity i wyjątkowy, że bez trudu potrafił nas ośmieszać. Rzucałeś się, próbowałeś sięgnąć piłki, ale uderzał pod takim kątem, że nie byłeś w stanie jej sięgnąć. Gra przeciwko niemu była najwyższym dowodem uznania”– opowiadał Tesoriere. Wszystko, co robił na boisku, przychodziło mu z łatwością i wydawało się dość proste. Jednak kiedy tylko ktoś próbował powtórzyć jego zagrania na treningach, momentalnie przekonywał się, że wcale tak nie jest. Wielu chciało go naśladować, ale żaden nie był w stanie mu dorównać. Mimo że wielu mogło się wydawać, że często ośmiesza rywali, to Piendibene zawsze darzył ich wielkim szacunkiem. Z tego też powodu praktycznie nigdy nie cieszył się po zdobyciu gola. Pierwszy raz błękitną koszulkę drużyny narodowej założył 10 października 1909 r. Miał wówczas 19 lat i 127 dni. W Buenos Aires Urugwaj przegrał jednak z Argentyną 1:3. Na swojego pierwszego gola w reprezentacji musiał poczekać do 29 maja 1910 r. Na rozgrywanym w Buenos Aires turnieju, którego uważa się za prekursora Copa América Urugwaj wygrał z Chile 3:0 a Piendibene otworzył wynik spotkania już w 5. minucie. Sześć lat później do stolicy Argentyny zawitały zespoły Brazylii, Chile i Urugwaju, żeby razem z gospodarzami wziąć udział w pierwszym oficjalnym turnieju o mistrzostwo kontynentu. 2 lipca 1916 r. ,,Urusi” wygrali w pierwszym, historycznym meczu Copa América z Chile 4:0. Piendibene strzelił dwa gole i został autorem pierwszego gola w historii rozgrywek, pokonując w 44. minucie Guerrero. Pozostałe dwa trafienia dołożył inny znakomity gracz Peñarolu Isabelino Gradín. W drugim meczu Urugwaj pokonał 2:1 Brazylię a w decydującym o tytule spotkaniu z Argentyną padł bezbramkowy remis, co oznaczało, że pierwszym mistrzem Ameryki Południowej został Urugwaj. Rok później w Montevideo potwierdzili oni swoją klasę, wygrywając wszystkie mecze. Piendibene jednak cały turniej spędził na ławce i ani razu nie pojawił się na boisku. Podobnie było w 1919 r., kiedy w Rio de Janeiro ,,Urusi” zajęli drugie miejsce. W 1920 r. rywalizacja o miano mistrza Ameryki Południowej przeniosła się do Chile. Piendibene wrócił na środek ataku i już w pierwszym meczu z Argentyną w 10. minucie wpisał się na listę strzelców. Drugie trafienie dołożył w wygranym 6:0 starciu z Brazylią. Wystąpił też w trzecim meczu z Chile, który Urugwaj wygrał 2:1, dzięki czemu po raz kolejny mógł cieszyć się z końcowego triumfu. W 1921 r. też był ważną częścią zespołu, ale w Buenos Aires najlepsi okazali się gospodarze a Piendibene z kolegami musieli się tym razem zadowolić trzecią lokatą. W 1922 r. doszło do rozłamu w urugwajskim futbolu. Peñarol pozostawał poza oficjalnymi, uznawanymi przez FIFA strukturami, dlatego też jego zawodnicy nie mogli brać udziału w meczach kadry. Z tego powodu próżno szukać graczy Peñarolu w składzie reprezentacji, która w 1924 r. w znakomitym stylu sięgnęła po olimpijskie złoto. Piendibene był jednym z wielkich nieobecnych tamtej imprezy. Cztery lata później sam zrezygnował z podróży do Amsterdamu, tłumacząc się swoim nieco zaawansowanym już wiekiem. W lipcu 1926 r. w Urugwaju gościł Español Barcelona. Największą gwiazdą zespołu był znakomity bramkarz Ricardo Zamora. 14 lipca goście z Hiszpanii pokonali 1:0 zespół Nacionalu, który w składzie miał kilku mistrzów olimpijskich. Cztery dni później zaplanowano spotkanie z Peñarolem. Zawodnicy Los Carboneros byli bardzo zmotywowani i chcieli za wszelką cenę pokazać, że wcale nie są gorsi od tych, którzy w Paryżu oczarowali swoją grą Europę. Poza tym bronili honoru urugwajskiego futbolu, a kibice liczyli, że wezmą rewanż na gościach z Barcelony. 18 lipca na Parque Central próżno było szukać wolnych miejsc i wszyscy czekali na pojedynek Piendibene z Zamorą. ,,Zamora wiedział, jak wyjść z bramki jak skrócić kąt, był odważny i potrafił zachować spokój. To przede wszystkim. Ponadto czuł ogromne zaufanie i pewność siebie, co dawało mu dużą przewagę”– komplementował Zamorę Piendibene. Mecz zgodnie z oczekiwaniami był bardzo wyrównany. Żadna ze stron nie była w stanie stworzyć sobie przewagi i pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. W czasie przerwy Piendibene przez kilka minut siedział w milczeniu na ławce. W końcu jednak wstał i zwrócił się do kolegów: ,,Sposób, w jaki gramy, nie da nam wygranej. Musimy wrócić do naszej najlepszej gry i sprawić, żebyśmy znów mieli kontrolę nad piłką. To nasza główna zaleta”– mówił.
8
„Maestro” z Montevideo:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
11
Po raz pierwszy z Brazylią, jak równy z równym:
5 czerwca 1938 r. reprezentacja Polski rozegrała z Brazylią pierwszy w swojej historii mecz i to na mistrzostwach świata. Nikt nie miał pojęcia jak będzie przebiegał ten mecz. Brazylia była pierwszym przeciwnikiem z Ameryki Południowej, znane były w Polsce nazwiska jej najlepszych graczy z Leonidasem na czele, wiedziano że wszyscy są świetni technicznie ale czy są do pokonania? Na igrzyskach w Berlinie Polacy zobaczyli jak wygląda wielki turniej, więc nie jechali na mundial przestraszeni. W niedziele 5 czerwca po południu reprezentacja Polski wybiegła w następującym składzie: Madejski, Szczepaniak(kapitan), Gałecki, Góra, Dytko, Nyc, Piec, Piątek, Scherfke, Wilimowski, Wodarz. Mecz na Stade de la Meinau przeszedł do historii nie tylko Polski ale i mistrzostw świata. Remis 4:4 po 90 minutach, dogrywka, 11 goli, rywalizacja Leonidasa z Wilimowskim, 6:5 dla Brazylii- wszystko to decydowało o atrakcyjności. Na stadionie zebrało się około 15 tys. widzów. Było wśród nich wielu Polaków ale niezorganizowanych i rozproszonych po trybunach, więc ich doping był mało słyszalny. ,,Start Brazylijczyków był tak mocny że beznadziejny wydawał się wszelki wysiłek. Pierwszy gol dla Brazylii padł w 18 minucie i trzeba przyznać ze był on dojrzałym owocem zdecydowanej supremacji. Toteż nawet gdy Scherfke wyrównał po 5 minutach z karnego, za faul na Wilimowskim, który miał wszelkie szanse ulokować piłke w siatce, nie wierzyło się by mogło to skończyć się dobrze. Wprawdzie atak nasz miał kilka zrywów, wprawdzie pod bramką niebieskich piłkarzy tworzyły się niebezpieczne ogniska, jednak wyczuwało się że naszym brak sił, zdecydowania i pewności by je należycie wyzyskać. W ataku nie szło tak jak można było tego oczekiwać a ponieważ pomoc i obrona nie mogły wytrzymać nacisku, więc dwa załamania przyniosły utrate dalszych dwóch goli. Szczególnie trzeci był bolesny. Padł niemal w momencie gwizdu, zwiastującego zakończenie pierwszej połowy.
O ile wolno było wierzyć w wyrównanie przy 1:2, to 1:3 zdawało się przekreślać wszelkie nadzieje. Tymczasem zmieniła się pogoda. Z zachmurzonego nieba zaczęły już pod koniec pierwszej połowy padać pierwsze krople, które później zmieniły się w solidną ulewe. Wiedzieliśmy że Brazylijczycy boją się deszczu że obawiają się go jak najgroźniejszego przeciwnika. Liczyliśmy jedynie na zahamowanie tempa, które tak bardzo dało nam się we znaki”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Na drugą połowe Polacy wyszli całkiem odmienieni. Impet Brazylijczyków osłabiło coraz cięższe, mokre boisko ale i coraz lepsza, bardziej zespołowa gra polskiej drużyny, w której zresztą i tak nie wszyscy zagrali na swoim normalnym poziomie. Dotyczy to zwłaszcza Piątka, Pieca i bojaźliwego Wodarza. Coraz lepiej grał Scherfke, świetnie w środku boiska Dytko ale głównie to był mecz genialnego Wilimowskiego. W ciągu 6 minut po przerwie strzelił 2 gole, doprowadzając do remisu 3:3. Peracio odpowiedział golem na 4:3- strzelił z daleka, mokra piłka uderzyła w poprzeczke, w plecy Madejskiego i wpadła do bramki. Polacy się nie załamali, Wilimowski trafił w słupek. Piec nie trafił do pustej bramki. Deszcz ciągle padał. Na minute przed końcem na przebój zdecydował się Leonard Piątek. Minął dwóch Brazylijczyków, strzelił, w tłoku piłka odbiła się od Scherfkego, trafiła pod nogi Wilimowskiego, który nie zmarnował takiej okazji i wyrównał na 4:4! Przed dogrywką piłkarze poszli do szatni a Brazylijczycy zarzucali sędziemu że przedłużył mecz, dzięki czemu Polacy wyrównali. Nadzieje oparte na tym iż Brazylijczycy załamią się a na błocie nie będą w stanie przeprowadzić składnych akcji, spełzły na niczym. Już w 3 minucie dogrywki Leonidas strzelił 5 gola a 6 minut przed końcem szóstego. Zerwał się jeszcze raz Wilimowski, zdobywając niemal w ostatniej chwili piątego gola dla Polski a swojego czwartego. Żaden inny piłkarz na mistrzostwach świata nie dokonał przed nim(i długo po nim) takiej sztuki. Wilimowski dopiero kilkanaście dni po turnieju kończył 22 lata, był więc młodszy niż najlepszy polski napastnik w przededniu mistrzostw Europy 2012 Robert Lewandowski. O przegraną nikt nie miał pretensji. Porażka oznaczała jednak wyeliminowanie z turnieju.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Przełomowa data w dziejach Dumy Katalonii:
5 czerwca 2008 r. Josep Guardiola podpisał kontrakt na prowadzenie pierwszego zespołu FC Barcelony. Decyzja Joana Laporty o zatrudnieniu byłej gwiazdy wydawała się zaskakująca. Jedynym doświadczeniem trenerskim Guardioli było prowadzenie Barçy B, którą objął rok wcześniej i z którą wywalczył awans z czwartej do trzeciej ligi hiszpańskiej. Wśród potencjalnych następców Franka Rijkaarda wymieniało się Michaela Laudrupa a nawet Jose Mourinho ale ostatecznie zdecydowano się na 37-letniego Katalończyka, który podpisał dwuletnią umowę. Jak się okazało pan Laporta miał bardzo dobrego nosa. Swoją drogą bardzo ciekawe jak by to się potoczyło gdyby Laporta zdecydował się jednak zatrudnić Mourinho…?
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Destroyer_of_Worlds No nie wiem, tylko pytam?
5
Dokładnie za tydzień rozpoczynamy najwspanialsze święto futbolu. Szkoda tylko że większość meczów jest w nocy a nawet nad ranem, no ale prawdopodobnie od 6 lipca wezme urlop, więc można będzie odsypiać w dzień te nocki. W związku z mundialem ma do was pytanie: Czy pan Święcicki i pan Chabiniak będą komentowali jakieś mecze w TVP?
21
Hiszpania wycofała się z Mistrzostw Europy w 1960 roku, mimo że była zdecydowanym faworytem:
Hiszpania była faworytem do wygrania Mistrzostw Europy w 1960 roku, pierwszych w historii, oficjalnie nazywanych wówczas Pucharem Narodów Europy. Turniej ten wzorowany był na prestiżowym Copa América, rozgrywanym w obu Amerykach od 1916 roku. Aby zorganizować takie wydarzenie UEFA musiała zarejestrować się na dwa lata przed obchodami fazy finałowej turnieju, która miała się odbyć między 4 a 10 lipca 1960 roku we francuskich miastach Marsylii i Paryżu, zaś finał miał się odbyć na „Parc des Princes”. Pomimo wyraźnego zakazu wydanego przez rząd generała Franco różnym federacjom sportowym, dotyczącego nieuczestniczenia w żadnych wydarzeniach, w których brał udział ZSRR, prezes Hiszpańskiej Federacji Piłki Nożnej, Alfonso de la Fuente, zarejestrował drużynę narodową. W mistrzostwach nie wzięła udziału żadna drużyna brytyjska, podobnie jak Niemcy Zachodnie i Włochy. Hiszpania była zdecydowanym faworytem do wygrania turnieju, w którym uczestniczyły również Węgry, Polska, Dania, Czechosłowacja, Rumunia, Turcja, Norwegia, Austria, Grecja, Niemcy Wschodnie, Portugalia, Jugosławia, Bułgaria, gospodarze – Francja i… ZSRR. Zdecydowanie faworytem była drużyna hiszpańska, której skład był znacznie lepszy od składu pozostałych kandydatów: Węgrów, Związku Radzieckiego i gospodarzy, Francji, prowadzonej przez strzelca gola Fontaine'a. Hiszpania mogła pochwalić się w swoich szeregach dwoma najlepszymi piłkarzami na świecie swoich czasów: Di Stefano i Kubalą. Co więcej, w jej składzie znalazł się również zawodnik, który w 1960 roku zdobył Złotą Piłkę Galicyjczyk Luis Suárez oraz Paco Gento, który był niemal jednogłośnie uważany za najlepszego lewoskrzydłowego w Europie. Na dodatek drużyna mogła pochwalić się bramkarzem najwyższej klasy, takim jak Ramallets oraz innymi niezwykle utalentowanymi zawodnikami, takimi jak del Sol i Collar. Co więcej, ich dominacja na poziomie klubowym była absolutna. Real Madryt zdobył w tym samym sezonie swój piąty Puchar Europy a FC Barcelona zdobyła Puchar Miast Targowych, później Puchar UEFA a teraz Ligę Europy. Hiszpania była bez wątpienia drużyną, którą trzeba było pokonać na Mistrzostwach Europy w 1960 roku i, na papierze, znacznie przewyższała pozostałe uczestniczące drużyny. W losowaniu Hiszpania została sparowana z Polską w 1/8 finału. Mecz nie odbył się bez walki a hiszpańska drużyna wygrała 4:2 w Warszawie a następnie zapewniła sobie awans do kolejnej rundy w Madrycie, pokonując 3:0 – wynik, który nie odzwierciedlał prawdziwych zasług hiszpańskiej drużyny, która mogła wygrać znacznie większą przewagą, ale została powstrzymana przez fenomenalną grę polskiego bramkarza Stefaniszyna. Jednak poważny problem pojawił się, gdy w ćwierćfinale, który miał rozstrzygnąć o awansie do półfinału we Francji, Hiszpania zmierzyła się z ZSRR. Franco jednoznacznie zakazał udziału hiszpańskich reprezentacji narodowych w jakichkolwiek rozgrywkach, w których rywalizowały drużyny radzieckie; nawet hiszpańskie paszporty tamtych czasów zawierały wizę, która wyraźnie stwierdzała, że „paszport ten jest ważny we wszystkich krajach świata z wyjątkiem Rosji i jej państw satelickich” (odnosząc się wyłącznie do pozostałych republik byłego ZSRR).
Mimo to hiszpański trener Helenio Herrera ogłosił skład na dwumecz i zebrał drużynę, aby przygotować się do meczu, który(jak byli przekonani piłkarze) ostatecznie się odbędzie: Ramallets, Gracia, Segarra, Vergés i Eulogio Martínez z Barcelony, Pachín, Marquitos, Gento, del Sol, Herrera i Di Stefano z Realu Madryt, Rivilla, Collar i Peiró z Atlético Madryt, Carmelo i Garay z Athletic Bilbao, Vicente z Espanyolu i Pereda z Sevilli. Pierwszy problem pojawił się w związku z nieposłuszeństwem prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej , który zarejestrował drużynę narodową na Mistrzostwa Europy w 1960 r., w których uczestniczył ZSRR. Mecze te, będąc rozgrywane zarówno u siebie, jak i na wyjeździe, wiązały się z powiewaniem flagi radzieckiej na hiszpańskim stadionie, na którym rozgrywano mecz (prawdopodobnie na Bernabéu), a także odegraniem hymnu ZSRR. Było to uznane za niedopuszczalną zniewagę przez najbardziej radykalną część rządu frankistowskiego. Mimo to, Delegat Krajowy ds. Sportu, José Antonio Elola i Prezydent Federacji Alfonso de la Fuente próbowali przekonać Ministra Prezydium, Admirała Carrero Blanco i samego generała Francisco Franco o szansie, jaką dla Hiszpanii stanowi pokonanie „wrogiej” drużyny, nie tylko w kategoriach sportowych a także o ogromnych szansach, jakie niesie ze sobą zdobycie tytułu Mistrza Europy, co z kolei miałoby pozytywny wpływ na propagandę reżimu i kraju. Carrero Blanco od początku był niechętny ale Franco zdecydował się zwołać Radę Ministrów w celu omówienia tej kwestii. Pięć dni przed pierwszym meczem, zaplanowanym na 29 maja, spotkanie odbyło się w Barcelonie. Po przedstawieniu różnych argumentów za i przeciw rozegraniu meczu, ministrowie zagłosowali przez podniesienie ręki. Głos „nie” zwyciężył. Hiszpańska drużyna pozostała skoncentrowana, przekonana, że w końcu znajdzie rozwiązanie; nawet Di Stefano i Luis Suárez udzielili osobnych wywiadów, ograniczonych do kwestii czysto piłkarskich, jakby mecz miał się w ogóle odbyć.
Hiszpańska Federacja Piłki Nożnej i sama UEFA próbowały negocjować z Carrero Blanco porozumienie, aby mecz mógł się w końcu odbyć. Porozumienia nie osiągnięto, a dzień wcześniej, w dniu, w którym piłkarze mieli wyjechać do Moskwy, każdy z nich wrócił do swoich rodzinnych miast. Hiszpania ostatecznie nie wzięła udziału w wojnie i zwyciężył ZSRR, choć rewanż nastąpił cztery lata później. Hiszpania nie wzięła udziału w meczu, tracąc tym samym szansę na zdobycie Mistrzostw Europy w 1960 roku, w których była zdecydowanym faworytem. Później UEFA próbowała znaleźć inny termin meczu i uzgodnić, że nie będzie hymnów narodowych ani flag ale było za późno; Radziecka Federacja Piłkarska odmówiła dalszych negocjacji. Reprezentacja Hiszpanii nie stawiła się na boisku i to „Sborna” zagrała w półfinale, gdzie pokonała Czechosłowację 3:0 a w finale, na wypełnionym po brzegi „Parc des Princes” pokonała Jugosławię 2:1, zostając mistrzami pierwszej edycji Mistrzostw Europy. Tymczasem w Hiszpanii prezes Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, Alfonso de la Fuente, został odwołany a jego miejsce zajął Benito Pico. Jak na ironię, cztery lata później, przy niezmienionej sytuacji politycznej w obu krajach, Hiszpania wzięła udział w Mistrzostwach Europy w 1964 roku wystawiając znacznie słabszą drużynę niż w 1960 roku i ostatecznie zdobywając tytuł pokonując ZSRR. Takie są kaprysy piłki nożnej i polityki.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
3
Tak jest!! Y8=@ć te putinowską blać! Ma za swoje!
Maja ty jesteś najsłodsza ze wszystkich pszczółek!
2
Tam gdzieś daleko jest jej świat, Świat, w którym baśń ta dzieje się. Ta śliczna pszczółka mieszka w nim, co wieść chce wśród Polaków prym. Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, wszyscy Maję znają i kochają. Maja fruwa tu i tam, świat swój pokazując nam. Dziś spotka Was maleńka, zwinna pszczółka Maja, śmiała, sprytna, rezolutna Maja. Mała przyjaciółka Maja. Maju, (Maju) Maju, (Maju) Maju cóż zobaczymy dziś?
9
@FCBparasiempre
4 czerwca 1958 r. urodził się Leszek Lipka, pomocnik. Gdy reprezentacja Polski ostatni raz pokonała Holandie(2:0), na Stadionie Śląskim błyszczał debiutant: najmłodszy w drużynie Leszek Lipka. „Udał się nam wielki mecz.”- uśmiecha się były pomocnik krakowskiej Wisły, który asystował przy golu Bońka. 2 maja 1979 r. Polacy grali w Chorzowie piekielnie ważny mecz w eliminacjach ME. Holendrzy byli aktualnymi wicemistrzami świata, w finale mundialu wystąpili drugi raz z rzędu. Na Śląskim nie dali jednak rady Biało-Czerwonym, którzy po trochę rozczarowującym starcie na mundialu w Argentynie wciąż marzyli o wielkich sukcesach. Jeszcze nigdy nie zagrali w mistrzostwach Starego Kontynentu. Ekipa Kuleszy przymierzyła się do tego celu. W grupie zdążyła się jednak potknąć, przegrywając w Lipsku z NRD(1:2). Wobec tego 2 tygodnie później należało bezwzględnie wygrać ze świetną ekipą Oranje. Rywali ,,napoczął” w 20 minucie Boniek po kapitalnej akcji: Lipka do Bońka, Boniek do Lipki, znowu Lipka do Bońka i holenderska defensywa posypała się w drobny mak. 1:0 dla Polski! Dzięki prowadzeniu w drugiej połowie nasi mogli częściej czyhać na błędy rywali i kontrować. Po jednej z takich akcji na pustą już bramke strzelał Lato a kapitan Ruud Krol zatrzymał piłke ręką. Rzut karny ,,w stylu Panenki” wykorzystał Włodzimierz Mazur. Cała Polska była w euforii! Wróciła wiara w moc drużyny, która potrafi przenosić góry. Lipka uczestniczył w meczu raczej niespodziewanie. Filigranowy, błyskotliwy zawodnik Wisły Kraków mógł się cieszyć że w ogóle został wezwany na kadre ale żeby od razu znaleźć się w jedenastce? Selekcjoner ustawił go na prawej pomocy, w tej formacji zagrał też zorientowany bardziej na ofensywę Boniek i mający więcej zadań defensywnych klubowy kolega Lipki Adam Nawałka. Komentujący mecz z Holandią Ciszewski w zachwycie stwierdził że to ,,najmłodsza druga linia świata”. Zachwyt jak najbardziej uzasadniony. Boniek miał wtedy 23 lata, Nawałka 22 a Lipka 21. Jak niestety wielu byłych reprezentantów i ludzi, którzy coś dla polskiego futbolu naprawdę zrobili, dzisiaj jest na peryferiach piłkarskiego świata. Nie chodzi po telewizyjnych studiach, nie udziela się jako ekspert. Niektórzy twierdzą że z takim charakterem kariera trenera czy działacza jest niemożliwa bo z piłkarzami sprawa wygląda inaczej, naprawdę dobry na boisku zawsze się obroni bez względu na charakter a on akurat był dobrym zawodnikiem. Wszystko zaczęło się od turnieju dzikich drużyn. ,,Zebraliśmy się na osiedlu i z pomocą opiekuna zgłosiliśmy swój udział w zawodach. Grało się 7 na 7 na małych boiskach. Dużo było w tym zabawy ale też zdrowej pasji jedenastoletnich dzieciaków. Naszej rywalizacji przyglądali się trenerzy Wisły i mieli co oglądać bo było ze sto drużyn. Wpadłem im w oko. Kazali przyjść na trening, trafiłem do trampkarzy. Jego drużyna miała całkiem groźną nazwe: Everton i w ten sposób do Wisły trafiłem z Evertonu”- śmieje się późniejszy reprezentant Polski. Przy Reymonta szybko stał się jednym z ulubieńców trybun bo trudno było nie lubić faceta, który zawsze biega, drybluje i walczy. Klub szczycił się swoimi wychowankami, on był jednym z nich. W 1975 r. drużyna prowadzona przez Lucjana Franczaka zdobyła mistrzostwo Polski juniorów. Finał z Wartą Poznań odbył się na Stadionie Śląskim jako przedmecz reprezentacji Polski z… Holandią. Wtedy też chodziło o eliminacje ME, Holendrzy również byli wicemistrzami świata i też przegrali(1:4). ,,Oglądałem ten mecz z trybun miedzy innymi w towarzystwie Nawałki. Mogliśmy pomarzyć o występie w tak niesamowitym meczu, na oczach takich tłumów”- przyznaje Lipka. Za to 4 lata później jego marzenia się spełniły. W kadrze nie grał zbyt długo ale za to bardzo intensywnie. Należal do ulubieńców Ryszarda Kuleszy, który ufnie na niego stawiał. ,,My naprawdę mielismy podobne charaktery. Skupialiśmy się na robocie, unikaliśmy niepotrzebnej wrzawy. Nadawaliśmy na tych samych falach”- opisuje pan Leszek. Najlepszy dla Lipki był rok 1979. Wisła była mistrzem Polski, tytułu nie obroniła ale świetnie grała w Pucharze Europy. Na początek, jeszcze jesienią 1978, odprawiła z kwitkiem FC Brugge. Na wyjeździe przegrała 1:2, w rewanżu długo utrzymywał się wynik 1:1 i wtedy do siatki trafił Lipka. Osiem minut do końca. Wiślacy dostali skrzydeł, strzelili jeszcze jednego gola i awansowali bez dogrywki. Po wyeliminowaniu Zbrojovki Brno byli już w ćwierćfinale elitarnych rozgrywek, w których wtedy grali jeszcze wyłącznie mistrzowie krajów. Wiosną Białą Gwiazde czekało starcie z Malmö FF. W Krakowie wygrała 2:1. Na wyjeździe Kmiecik w 58 minucie zdobyl gola na 1:0 a potem wydarzyło się coś, co dla każdego wiślaka na zawsze pozostanie traumą. Mistrzowie Szwecji wyrównali w 66 minucie z rzutu karnego a następnie strzelili jeszcze 3 gole! Gdy było 1:3, trener Lenczyk zdjął z boiska słabo dysponowanego bramkarza Goneta… To były 24 minuty, które wstrząsnęły Wisłą. ,,Do tej pory nie mogę sobie wytłumaczyć, co się wtedy z nami stało, choć nie raz się zastanawiam bo nawet po ponad 40 latach trudno machnąć ręka na wielka szanse, która w dziwny sposób wymknęła nam się z rąk. Czasami słyszało się że ktoś mógł ten mecz Szwedom puścić ale ja zwyczajnie nie wierze. Przecież bylibyśmy już w półfinale z perspektywami na awans do finału Pucharu Mistrzów! No kto mógłby cos takiego zlekceważyć, to jest nie możliwe”- dowodzi Lipka, jakby ciągle sam siebie przekonywał. Wtedy przykrą porażke nieco sobie osłodził zwycięstwem nad Holandią, lecz uważa że jeśli chodzi o walory piłkarskie, to lepiej zagrał w rewanżu z NRD. Problem w tym że Polacy we wrześniu 1979 na Stadionie Śląskim tylko zremisowali(1:1) i w eliminacyjnej grupie ustawiło ich to pod ścianą. Co z tego że potem w Amsterdamie wydarli punkt Holandii(1:1)skoro potrzebowali zwycięstwa a nie remisu. Tercet Lipka, Boniek, Nawałka już nie był tak efektywny, choć wciąż miał widoki na przyszłość. Właśnie jesienią 1979 Lipka został wybrany na najlepszego polskiego piłkarza w XI Plebiscycie katowickiego ,,Spory”. Docenił go też ,,Przegląd Sportowy” bo dostawał najwyższe noty za ligowe występy. ,,Kmiecik strzelał najcelniej a Lipka grał najlepiej”- informowała na pierwszej stronie gazeta w artykule podsumowującym piłkarską jesień. Po ekstraklasowych trawnikach biegały wtedy takie tuzy, jak Boniek, Lato czy Szarmach ale chwilowo byli w cieniu młodszego od nich Lipki. Tylko że 3 lata później oni strzelali gole na medalowych dla nas mistrzostwach świata a jego w Hiszpanii w ogóle nie było. Kiedy po aferze na Okęciu odszedł z kadry selekcjoner Kulesza, skończyła się też reprezentacyjna historia Lipki. W wyjazdowym meczu z Maltą, który otwierał kwalifikacje do hiszpańskiego mundialu, w 77 minucie strzelił swojego jedynego gola w kadrze, na 2:0. Maltańscy piłkarze a z nimi miejscowi kibice uznali że gol padł ze spalonego. Sędzia liniowy rzeczywiście podniósł chorągiewke ale sygnalizował w ten sposób pozycje Marka Dziuby, nie biorącego udziału w akcji. Sędzia główny ,,puścił” gre. Na sędziów, piłkarzy i na polska ławke rezerwowych poleciały nie tylko butelki ale i kamienie. Mecz został zakończony przed czasem. Kulesze zastąpił Piechniczek i powołał Lipke na pierwsze, zimowe zgrupowanie, zagrał w jego selekcjonerskim debiucie z Rumunią(0:2) i na tym koniec. Wiślak wypadł z kadry na zawsze. ,,Gdyby nie afera na Okęciu, trenerem pewnie dalej byłby Kulesza, to może i ja nadal byłbym w reprezentacji”- zastanawia się Lipka, który ciągle był wierny Białej Gwieździe. Został w niej nawet wtedy, gdy spadła z ekstraklasy i aż 3 lata trzeba było walczyć o powrót do elity. Z sukcesem. ,,Do dzisiaj gdy spotykam starszych kibiców, słyszę że tę moją wierność klubowym barwom doceniają i wiecie co? Miło się tego słucha…”- przyznaje jeden z bohaterów ostatniej zwycięskiej bitwy z Holandią.
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Vivienne
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
9
Pierwsza czerwona kartka w historii:
Kiedy mówimy o żółtych i czerwonych kartkach wszyscy wiedzą, że są to sankcje nakładane na piłkarzy za niesportowe zachowanie na boisku, zazwyczaj w trakcie meczu. Dzisiaj porozmawiamy o pierwszej w historii bezpośredniej czerwonej kartce. Te małe kolorowe kartki nie istniały od zawsze. W rzeczywistości, od początków futbolu aż do lat 70-tych XX wieku, ostrzeżenia były ustne, co powodowało zamieszanie wśród kibiców i trenerów. Podczas Mistrzostw Świata w Anglii w 1966 roku Bobby Charlton został ukarany w ten sposób przez sędziego, nieświadomego tej decyzji. Charlton zadzwonił wtedy do biura prasowego, aby dowiedzieć się, czy został ukarany. W obliczu tych wszystkich okoliczności, pilnie potrzebne było rozwiązanie tych surrealistycznych sytuacji. W bardzo osobliwy sposób pojawiły się żółte i czerwone kartki. Postanowiono, że pierwsze kartki zostaną pokazane na Mistrzostwach Świata w 1970 roku, choć minęły aż cztery lata, zanim pojawiła się pierwsza w historii bezpośrednia czerwona kartka, którą pokazano na turnieju w Niemczech w 1974 roku. Piłkarz Levante Carlos Caszely był pierwszym piłkarzem, który otrzymał czerwoną kartkę na Mistrzostwach Świata. Wydarzyło się to 4 czerwca 1974 roku. Chilijczyk Carlos Caszely zapisał się w historii jako pierwszy piłkarz, który otrzymał bezpośrednio czerwoną kartkę i to jako zawodnik Levante. Można więc powiedzieć, że mimo iż otrzymał ją w koszulce reprezentacji Chile, pierwszym piłkarzem ukaranym bezpośrednio czerwoną kartką był zawodnik Levante. To był debiut Chile na tym mundialu a konkretnie przeciwko RFN, jednemu z gospodarzy. Sędzią meczu był Turek Dogan Babacan, który bez wahania zareagował na brutalny faul Chilijczyka na Niemcu Bertim Vogtsie. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy dzięki jedynej bramce Paula Breitnera.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
15
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 120 lat temu w Łodzi urodził się Antoni Gałecki. Mimo niezbyt imponujących warunków fizycznych był znakomitym obrońcą. Potrafił wielokrotnie przewidywać zachowania rywala i był bardzo rozważny. Jako junior trenował w Harcerskim KS, ale pod koniec 1925 r. trafił do ŁKS-u, któremu był wierny aż do 1947 r. W 1928 r. dostał pierwsze powołanie do reprezentacji, mimo że ŁKS nie należał wówczas do ligowej czołówki. Zadebiutował 27 października w meczu z Czechosłowacją. Nie był jednak etatowym reprezentantem i kolejne występy w narodowych barwach zaliczał w odstępach dwuletnich. Łódzkiej drużynie różnie się wiodło, zmieniali się szkoleniowcy, ale Gałecki zawsze był jednym z filarów zespołu. Zimą piłkarskie buty zamieniał na łyżwy i grał w hokeja. W 1934 r. przez pewien czas pełnił funkcję grającego trenera, ale później wolał się skupić tylko na grze. Wreszcie zaczął odgrywać ważniejszą rolę w reprezentacji. Pojechał na igrzyska olimpijskie do Berlina, gdzie jego partnerami w obronie byli Władysław Szczepaniak i Henryk Martyna. Ze Szczepaniakiem stworzyli znakomity duet, który w reprezentacyjnych barwach rozegrał wiele meczów, w tym pamiętne spotkanie z Brazylią. Ostatni raz wystąpił w narodowych barwach w przegranym 2:3 wyjazdowym meczu z Irlandią. Kiedy wybuchła wojna, został zmobilizowany. Walczył w kampanii wrześniowej, później przedostał się na Węgry, gdzie wraz z ekipą Junaka Drohobycz został internowany w Egerze. W 1941 r. uciekł do Jugosławii. Tam przez pół roku występował w barwach akademickiego HASK Zagrzeb. Po agresji III Rzeszy przez Turcję trafił do Palestyny, gdzie wstąpił do II korpusu generała Andersa. Walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. Dosłużył się stopnia podporucznika, a pod koniec wojny przebywał w Anglii. Wrócił do kraju i wiosną 1947 r. rozegrał kilka meczów w ramach eliminacji do reaktywowanej ligi. Szybko jednak zmuszono go do zaprzestania gry a także do rezygnacji z funkcji trenera ŁKS-u. Szkolił mniej znaczące kluby w okolicy. Zmarł kilka miesięcy po zdobyciu przez jego ukochany klub pierwszego w historii mistrzostwa Polski(14 grudnia 1958 r.). W reprezentacja rozegrał 18 meczów.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
10
@FCBparasiempre
4 czerwca 1938 r. meczem III Rzesza Niemiecka – Szwajcaria, zainaugurowano trzecie w historii mistrzostwa świata. Gospodarzami trzecich w historii Mistrzostw Świata byli Francuzi. Kraj dobrze zaprezentował się podczas organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich 14 lat wcześniej, więc FIFA nie miała obaw co do swojego wyboru z sierpnia 1936 roku. Inną sprawą jest fakt, że nie miała większej alternatywy, bo jedyni konkurenci, Holandia i Belgia, wycofali swoje wnioski przed wyłonieniem organizatora. Pewny udział w turnieju miał, jako gospodarz, kraj znad Loary i obrońcy tytułu, Włosi. Do eliminacyjnych bojów stanęło 37 drużyn. Podzielono je, na wzór eliminacji do poprzedniego Mundialu, na grupy lub pary zgodnie z położeniem geograficznym. Polska została skojarzona z Jugosławią. Biało-Czerwoni bez problemu pokonali swoich rywali na stadionie Legii 4:0. W rewanżu w Belgradzie ulegli co prawda 0:1, co i tak nie miało wpływu na losy awansu. Polska stała się jednym z czterech debiutantów na Mistrzostwach Świata, obok Norwegii, Kuby i Holenderskich Indii Wschodnich. Podczas eliminacji okazało się, że nie tylko Francja i Włochy wywalczyły awans bez wychodzenia na murawę. Tego samego „dokonały” ekipy Kuby, Holenderskich Indii Wschodnich, Brazylii i Rumunii, ponieważ ich kwalifikacyjni rywale wycofali się z walki o prawo do udziału w zawodach. Spory wpływ na listę uczestników Mundialu miała coraz bardziej napięta sytuacja polityczna w Europie. Hiszpania, pochłonięta wojną domową, nie przystąpiła do eliminacji. Antysemickie i mocarne zapędy Benito Mussoliniego i Adolfa Hitlera budziły postrach w ogromnej części Europy, szczególnie środkowo-wschodniej. Udział na Mistrzostwach Świata wywalczyli Austriacy, jednak przez dokonany w pierwszej połowie 1938 r. Anschluss, w wyniku którego austriackie tereny zostały włączone do III Rzeszy, nie było możliwości, by na turnieju zagrał kraj, który de facto nie istniał. Z tego powodu organizatorzy zaprosili Anglików, którzy standardowo podziękowali, tłumacząc sobie, że są najlepsi na świecie i że nie muszą tego nikomu udowadniać. Trzeba jednak przyznać, że zaczęli interesować się turniejem, bo wysłali do Francji kilku swoich przedstawicieli, by ci uważnie śledzili boiskowe wydarzenia. Trzon reprezentacji Austrii został wcielony do drużyny III Rzeszy, co z miejsca uczyniło ją jednego z największych faworytów do końcowego zwycięstwa. Tragicznym bohaterem tych wydarzeń był najlepszy w historii piłkarz austriacki, Matthias Sindelar. Zawodnik ze względów politycznych nie chciał reprezentować obcego kraju. Nie mógł tego powiedzieć głośno, więc decyzję chciał obronić swoim wiekiem (35 lat) i częstymi kontuzjami. Takie tłumaczenie nie zadowalało Niemców, którzy wzięli go sobie pod uważną obserwację. Kiedy na początku następnego roku Sindelar wdał się w romans z włoską żydówką, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach zatruty tlenkiem węgla. Oczywiście razem z kochanką. Do walki o Złotą Nike stanęło więc 15 zespołów. Dwanaście z Europy (Francja, Włochy, Polska, Węgry, Szwecja, III Rzesza, Norwegia, Rumunia, Szwajcaria, Czechosłowacja, Holandia, Belgia) i po jednej z Ameryki Południowej (Brazylia), Ameryki Środkowej (Kuba) i Azji (Holenderskie Indie Wschodnie). Z uwagi na dużą liczbę drużyn europejskich, turniej nazywano żartobliwie mistrzostwami Starego Kontynentu. Format zawodów był dokładnie taki sam jak cztery lata wcześniej we Włoszech. Piętnastu uczestników zostało podzielonych na pary 1/8 finału. Swoisty handicap otrzymała Szwecja, której przydzielona została Austria. Skandynawowie awansowali do ćwierćfinału bez powąchania murawy. Biało-Czerwoni trafili na Brazylię. Mundial rozegrano na 10 przygotowanych stadionach. Co ciekawe, Polacy podeszli do turnieju niemal z marszu, bo PZPN nie zaplanował przerwy w rozgrywkach ligowych. Piłkarze nie mieli więc okazji na złapanie świeżości. Odbyli jedynie sześciodniowe zgrupowanie w Wągrowcu. Do Francji udali się pociągiem sypialnianym z Berlina. Znacznie dłuższą i męczącą podróż musieli przebyć ich rywale z 1/8 finału, Brazylijczycy. Morski rejs parowcem z Rio de Janeiro trwał aż 17 dni. Reprezentacja Canarinhos była dla Polaków wielką niewiadomą. W meczu otwarcia, 4 czerwca 1938 roku w Paryżu, III Rzesza podejmowała Szwajcarię. Po remisie 1:1 zarządzono powtórzenie meczu następnego dnia. Wówczas rozegrano także pozostałe sześć spotkań pierwszej fazy turnieju, w tym najważniejsze starcie dla polskiego kibica, Brazylia – Polska, o czym napisze jutro.
Do ćwierćfinału, obok Brazylii i Szwecji, awansowali Szwajcarzy (1:1 i 4:2 z III Rzeszą), Węgrzy (6:0 z Holenderskimi Indiami Wschodnimi), Kubańczycy (3:3 i 2:1 z Rumunią), Francuzi (3:1 z Belgią), Włosi (2:1 z Norwegią) i Czechosłowacja (3:0 z Holandią). W tym ostatnim starciu doszło do precedensowego wydarzenia. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata zdarzyło się, by w regulaminowych 90 minutach gry padł bezbramkowy remis. Dotyczy to zarówno samych turniejów mistrzowskich, jak i eliminacji. W każdym z poprzednich 89 meczów takiej rangi padał co najmniej jeden gol. Chyba nikogo nie zaskoczy, jeśli napiszę, że w turniej znów wplątała się polityka. Oczywiście ponownie za sprawą Benito Mussoliniego. Znakomicie pokazał to ćwierćfinałowy mecz pomiędzy Francją a Włochami. Il Duce nakazał swoim rodakom wystąpić w czarnych koszulkach na cześć wspieranej przez dyktatora Falangi. Dla Mussoliniego nie było innego scenariusza niż ten, że Włosi ponownie zdobędą tytuł Mistrzów Świata, co jeszcze bardziej podkreśli potęgę budowanego przez niego kraju faszystowskiego. Sędziowie grali w jednej drużynie z gośćmi z Półwyspu Apenińskiego, wspomagając ich w newralgicznych momentach spotkań. Italia pokonała Francję 3:1. Tym samym Francuzi zapisali się na kartach futbolu jako drużyna, która jako organizator Mistrzostw Świata rozegrała najmniej spotkań (dwa). W pozostałych ćwierćfinałach Węgrzy pokonali 2:0 Szwajcarię, Szwedzi rozgromili Kubę 8:0, a brutalne starcie między Brazylią a Czechosłowacją, zakończone remisem 1:1, trzeba było powtórzyć. W powtórce Canarinhos zwyciężyli 2:1. W półfinałach Węgry pewnie pokonały Szwecję 5:1, a Włosi podejmowali Brazylię. Wielkie ryzyko podjął trener Canarinhos, Asemar Pimenta, dając odpocząć swojemu najlepszemu zawodnikowi, Leonidasowi. Według szkoleniowca napastnik miał oszczędzać siły na finał. Na finał, w którym zabrakło zarówno Leonidasa, jak i pozostałych kolegów z drużyny, bowiem ulegli Italii 1:2. Awans do wielkiego finału dał Włochom wątpliwy rzut karny wykorzystany przez Giuseppe Meazzę. Trafienie wzbudziło na trybunach salwę śmiechu, bo zmierzającemu do piłki zawodnikowi Interu spadły spodenki. Będąc w biegu złapał jedną ręką za dolną część swojego piłkarskiego stroju i posłał futbolówkę obok zdezorientowanego Waltera. Zwycięstwo z Brazylią było szeroko komentowane we Włoszech. Faszystowskie media, przychylne reprezentacji i kontrolowane przez Benito Mussoliniego, pisały: ,,Składamy hołd włoskiej inteligencji, która zatriumfowała nad brutalną siłą czarnych”. W starciu o trzecie miejsce lepsi okazali się Brazylijczycy, ogrywając Szwecję 4:2. Wielki finał pomiędzy Włochami a Węgrami rozegrano 19. czerwca w Paryżu. Na kilka godzin przed rozpoczęciem widowiska Vittorio Pozzo otrzymał telegram z bardzo krótką wiadomością: Zwycięstwo albo śmierć. Oczywiście nie trudno się domyśleć, że nadawcą był nie kto inny jak Benito Mussolini. Włoski szkoleniowiec wziął sobie mocno do serca przekazaną mu depeszę i w obawie o swoje życie motywował swoich zawodników do zagorzałej walki. Madziarzy również byli bardzo zmotywowani. Wybuchowa mieszanka 22 zawodników walczących z całych sił o zwycięstwo spowodowała, że starcie musiało zostać przerwane na kilka minut. Przerwa była konsekwencją regularnej bójki, do której doszło między dwiema stronami. Włosi wygrali 4:2 po dubletach Colaussiego i Pioli. Dla Węgrów trafiali Titkos i Sarosi. Piłkarze znad Dunaju bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, z jakim ciężarem psychicznym przystąpili do finału ich przeciwnicy, czego dowodem są pomeczowe słowa bramkarza, Antala Szabo: ,,Pozwoliłem wbić sobie aż cztery gole ale przynajmniej uratowałem im życie”. Azzurri zostali pierwszą drużyną, która obroniła tytuł mistrzowski sprzed czterech lat. Ceremonii zakończenia Mundialu przewodniczył sam Mussolini. Na jego żądanie podopieczni Pozzo musieli założyć mundury, w których bardziej przypominali żołnierzy niż piłkarzy. Dzień po triumfie Włochów, na łamach Lo Sport Fascita ukazał się tekst: ,,W kraju i poza granicami, w sporcie i poza nim, my, Włosi, drżeliśmy i wciąż drżymy z pozytywnych emocji na widok tych rasowych atletów, którzy pokonali tak wielu zacnych oponentów. Widzimy w nich symbol nieposkromionego marszu Włochów Mussoliniego”. Królem strzelców Mistrzostw Świata został Leonidas, autor 7 trafień. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem z kraju kawy i słońca, który zdobył międzynarodową sławę. Rozkochał w sobie rzeszę kobiet, a francuskie media pisały, że podczas gry sprawia wrażenie, jakby miał sześć nóg. Zasłynął z niezliczonej liczby pięknych goli, zwłaszcza strzelanych przewrotką. Niektóre z nich były tak magiczne, że chwilę po ich strzeleniu odbierał gratulacje od pokonanych chwilę wcześniej bramkarzy. Był nazywany Diamente Negro (Czarny Diament). Gdy wszystkie ekipy rozjeżdżały się do swoich krajów, większość żyła w przekonaniu, że za cztery lata na terenie III Rzeszy odbędzie się kolejny mundialowy turniej. Mało kto przypuszczał, że na następne Mistrzostwa Świata przyjdzie zaczekać aż dwanaście lat…
7
„Święto futbolu” po raz trzeci w historii:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Lionel_Messi10 To byłoby cudowne uczucie zobaczyć Lionela Messiego bijącego rokord na mistrzostwach świata i to rekord tego piepszonego szwaba!
Dzięki śliczne za info o meczu Albicelestes :)
0
@Lionel_Messi10 Co do asyst to jestem święcie przekonany że wyjdzie na samodzielne prowadzenie. Natomiast co do goli to obawiam się że nie pobije tego szwaba, choć bardzo bym chciał. Jeśli w fazie grupowej nie strzeli 3 goli to później może być już bardzo ciężko to zrobić. Przedewszystkim to Argentyna ostatnio nie zachwyca w meczach towarzyskich, zobaczymy jak to będzie wyglądać z Hondurasem? Jest gdzieś transmisja tego meczu?
11
El Clasico w finale Copa del Rey:
4 czerwca 1983 r. na „Estadio de La Romareda” FC Barcelona pokonała w finale Pucharu Hiszpanii Real Madryt 2:1 i sięgnęła po to trofeum po raz 20-ty w historii. W finale błyszczał „Boski” Diego Maradona, który w 32 minucie asystował przy golu Victora Muñoza. W drugiej połowie w 55 minucie wyrównał Santillana, jednak ostatnie słowo należało do Blaugrany. Obie drużyny chciały odkupić swoje winy po niezbyt udanym sezonie. Nuñez postanowił wykorzystać tę okazję aby zmobilizować piłkarzy i kibiców, używając języka, który mógł odnieść widoczny skutek: „Mam nadzieję że cała drużyna zdaje sobie sprawę że podczas tego meczu reprezentuje nasze państwo i w związku z tym musi mną kierować duch jedności i siły". Przepięknie wymierzone i wymagające wielkiej wyobraźni piłkarskiej podanie Maradony w 32 minucie meczu umożliwiło Victorowi zdobycie pierwszego gola w tym spotkaniu. Real doprowadził do wyrównania tuż po rozpoczęciu drugiej połowy meczu, kiedy Santillana wykorzystał nieporozumienie w defensywie pomiędzy Gerardo i bramkarzem Urrutim. Barça dominowała przez resztę spotkania a zarówno Maradona jak i Schuster udowodnili swoją piłkarską jakość, doprowadzając do zdobycia zwycięskiego gola. Gdy sędzia chciał już odgwizdać koniec drugiej połowy, Julio Alberto popędził lewym skrzydłem, wrzucił piłkę w pole karne a niekryty Marcos Alonso oddał tak precyzyjny strzał z woleja że bramkarz Realu Miguel Angel mógł tylko wyjąć piłkę z siatki, zastanawiając się jak takie uderzenie w ogóle było możliwe. Schuster nie miał już żadnych wątpliwości, jak zakończy się to spotkanie i na oczach Króla Hiszpanii zaprezentował piłkarzom ,,Krolewskich” hiszpański odpowiednik gestu ,, pieprz się". Nuñez wyglądał jakby miał pęknąć z dumy, gdy kapitan jego zespołu Sanchez poprowadził Maradone i resztę drużyny aby odebrać puchar z rąk Juana Carlosa. Przez najbliższą noc i kolejny dzień cała Barça świętowała w swoim charakterystycznym stylu a Maradona, Menotti i Schuster zostali bohaterami. Wspomnień czar:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Przełomowa data w życiorysie „Boskiego” Diego:
4 czerwca 1982 r. FC Barcelona dokonała transferu Diego Maradony. Operacje zakończono tydzień przed rozpoczęciem Mundialu w Hiszpanii. Niespełna 22-letni wówczas Argentyńczyk pobił transferowy rekord świata. Blaugrana zapłaciła Boca Juniors 1 miliard 200 milionów peset(równowartość 5 milionów funtów). Około 2/3 tej kwoty trafiło do Argentinos Juniors, drużyny, której Diego był wychowankiem. Dwa lata później „Boski Diego” wyśrubował transferowy rekord, odchodząc do SSC Napoli za 1 miliard 400 milionów peset, choć niektóre źródła podają iż Włosi zapłacili sume identyczną jak wcześniej Barça. Pamiętajmy że w latach 80-tych nie było lepszego piłkarza na świecie od Diego. ,,El Pelusa” był wówczas wart każdych pieniędzy.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Vivienne
1
@Kapitan hawk W pierwszej chwili pomyslałem sobie że co ty za głupoty piepszysz!?
Że też wam sie chce żartować i to jeszcze z naszych...
10
Zjawiskowe meczycho w Hajdukach:
Do meczu z Garbarnią Kraków(3.06.1934) żadne zawody piłkarskie Ruchu Hajduki Wielkie nie oglądały takich tłumów publiczności jakie właśnie zebrały się na meczu Ruch-Garbarnia. Ponad 12.000 widzów zjechało się na emocjonujące zawody do Hajduk. Nic dziwnego. Stawka meczu była wysoka albowiem zwycięzca zapewnił sobie prowadzenie w lidze a że obie ekipy znajdowały się wówczas w najlepszej może formie ze wszystkich zespołów ligowych, zrozumiałe jest że mecz ten wywołał tak wielkie zainteresowanie. „Nawet występy mistrza Austrji Admiry, w Katowicach i w Król Hucie nie zgromadziły w obu dniach więcej niż 2 tys. osób”- takimi słowami tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” rozpoczął relacje z meczu, który bez wątpienia elektryzował całą piłkarską publiczność w kraju. „Niebiescy” wystąpili w swoim najsilniejszym składzie: Ploch-Wadas, Katzy - Zorzycki, Badura, Dziwisz - Urban, Giemza, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Relacje prasowe są zgodne iż początek meczu należał do Garbarni, która miała okazje do zdobycia gola. Po jednej z interwencji Plocha, który trudną piłke wybił na róg, gra się wyrównała a po chwili Ruch przejął inicjatywę. W 16 minucie gola zdobył Giemza po rogu bitym przez Urbana. W 20 minucie drugiego gola strzelił Wilimowski a w 29 minucie Peterek trzeciego. Taki też wynik utrzymał się do przerwy. Po wznowieniu gry w 47 minucie Peterek zdobył kolejnego gola. Wydawało się że wynik meczu jest rozstrzygnięty, lecz krakowscy gracze rzucili się do ataku i w 51 minucie zdobyli pierwszego a w 57 drugiego gola. Gracze Garbarni uzyskali wyraźną przewagę i kiedy wydawało się że kolejne gole dla gości to kwestia czasu, w 67 minucie Peterek został sfaulowany w polu karnym. Rzut karny egzekwował sam poszkodowany, który zdobył piątego gola dla Ruchu. Gra się zaostrzyła, co spowodowało iż Dziwisz i Pazurek zostali wyrzuceni z boiska. Po chwili szóstego gola zdobył Wilimowski, lecz i Garbarnia odpowiedziała trafieniem. W 89 minucie gola dla Ruchu ponownie zdobył Peterek po świetnym podaniu Giemsy, jednakże minute później Garbarnia strzeliła czwartego gola. Wynik 7:4(!) do częstych nie należał, co podkreślała prasa a i liczba łącznie strzelonych jedenastu goli była nie lada atrakcją dla zebranej publiczności. Oczywiście gazety podkreślały świetną dyspozycje napadu Ruchu, co rzecz jasna dziwić nie może, jednakże część zwróciła uwagę na słaby punkt, którym był bramkarz Hajduczan- Ploch, który dał sobie wbić aż 4 gole.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani