10

No kto by pomyślał?

8 czerwca 1991 Real Madryt zrobił FC Barcelonie mistrzowski szpaler na Santiago Bernabeu. Miało to miejsce w ostatniej kolejce sezonu 1990/91. To był pierwszy przypadek w historii, gdy Blaugrana przyjeżdżała do Madrytu na mecz z Realem będąc już mistrzem Hiszpanii. Barça była już zwycięzcą La Ligi od miesiąca i w każdym z czterech ostatnich spotkań rywale oklaskiwali jej graczy, gdy ci wbiegali z szatni na boisko. Nie ominęło to także Realu, który na pocieszenie wygrał tamto starcie 1:0 po golu Aldany. Prezydent ,,Królewskich” Ramon Mendoza, po meczu wypowiedział się dyplomatycznie ale jednocześnie w sposób ironiczny: ,,Jak możemy nie klaskać drużynie, która wyprzedza o 11 punktów mistrza Hiszpanii z ostatnich 5 lat ”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Copa de los Pirineos:

8 czerwca 1913 r. na ,,Camp del Carrer Indústria” FC Barcelona pokonała w finale francuski Comète et Simiot Bordeaux 7:2 i po raz czwarty z rzędu sięgnęła po Puchar Pirenejów. Gole dla Barçy zdobywali: Paulino Alcantara(2), Berdie(2), Roma Forns, Allack oraz Massana.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Feliz cumpleaños panie Javier!


Javier Mascherano kończy dzisiaj 42 lata. Dziękujemy za wielkie oddanie i poświęcenie ,,naszemu” klubowi. Bywaj zdrów ,,nasza” legendo.


Chyba nie musze nakreślać sylwetki tak dobrze nam znanego piłkarza? Dodam tylko że Javier urodził się w San Lorenzo a swoją karierę zaczynał w klubie Renato Cesarini z Rosario.


@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Vivienne

13

@FCBparasiempre
Splot czynników sportowych, organizacyjnych i politycznych uniemożliwił jednej z najlepszych drużyn dekady udział w pierwszych powojennych mistrzostwach. Jak duży wpływ na tę decyzję miał Juan Domingo Perón? Rosnąca rywalizacja z Brazylią, problemy sportowe i organizacyjne oraz wpływ Juana Domingo Peróna połączyły się, tworząc splot czynników, które doprowadziły do wykluczenia Argentyny z Mistrzostw Świata w 1950 i 1954 roku. Minęło ponad 75 lata a rekonstrukcja wydarzeń stała się bardzo trudna. Jednak śledztwo „LA NACION” stara się jak najwierniej przyjrzeć się wydarzeniom, koncentrując się przynajmniej na trzech kluczowych czynnikach, które wpłynęły na tak doniosłą decyzję. Lata 40. XX wieku uważane są za złoty wiek argentyńskiej piłki nożnej, z utalentowanymi zawodnikami w każdej drużynie. W tym okresie reprezentacja zdobyła mistrzostwo Ameryki Południowej w latach 1941, 1945, 1946 i 1947. Mając środki na walkę o mistrzostwo świata w 1950 roku, wciąż trudno zrozumieć, dlaczego nie wzięła udziału w eliminacjach i zmarnowała tę idealną okazję. Kilka wydarzeń daje wskazówki i stanowi ważne elementy układanki. Daty zaznaczone na czerwono w kalendarzach z poprzednich lat. Pierwszy wpis na tej osi czasu to 2 lutego 1937 roku. Tego ranka argentyńska reprezentacja zdobyła tytuł mistrza Ameryki Południowej, pokonując Brazylię 2:0 na „Gasómetro”, dawnym stadionie San Lorenzo. Gole strzelił młody Vicente De La Mata, który miał wówczas 19 lat i grał w Independiente. Mecz rozpoczął się poprzedniego wieczoru, około 21:30. Jednak pierwszy finał pomiędzy Argentyną a Brazylią został przyćmiony skandalem. Obie drużyny dopuściły się brutalnej gry, doszło do wtargnięcia na murawę a przez ponad 40 minut brazylijska drużyna nie zgadzając się z decyzją urugwajskiego sędziego Luisa Alberto Mirabala, udała się do szatni i zagroziła wycofaniem się z turnieju. „Mistrzostwa miały godny ubolewania epilog” – napisał magazyn „El Gráfico”, dodając: „ Tak haniebne zamieszki rzadko się zdarzają. Konieczne może być wprowadzenie zakazu rozgrywania meczów międzynarodowych ”. Przed końcowym gwizdkiem drużyna gości opuściła boisko z powodu rasistowskich obelg. Wraz ze spadkiem formy Urugwaju, rywalizacja między Argentyną a Brazylią została oficjalnie zainaugurowana. Dwa lata później, 22 stycznia 1939 roku, Argentyńczycy ponownie spotkali się, tym razem w meczu o Puchar Roca w Rio de Janeiro. Przy wyniku 2:2, Argentyna opuściła boisko, gdy brazylijski sędzia Carlos de Oliveira Monteiro podyktował rzut karny dla gospodarzy na cztery minuty przed końcem meczu. Argentyńczycy protestowali, że zagranie ręką Sabino Coletta nastąpiło poza polem karnym i skonfrontowali się z sędzią, który wyrzucił z boiska kilku zawodników. Pozostali opuścili boisko. Rzut karny trafił do pustej bramki, co było całkowicie niezgodne z prawem a mecz zakończył się zwycięstwem Brazylijczyków. Niektórzy twierdzą, że było 3:2 ale prawda jest taka, że Argentyńczycy przegrali mecz walkowerem. Następnie nadszedł moment, który ostatecznie zerwał stosunki między liderami obu federacji piłkarskich i być może był to decydujący czynnik w zrozumieniu nieobecności Argentyny na Mistrzostwach Świata w 1950 roku. 10 lutego 1946 roku Argentyna i Brazylia zmierzyły się aby rozstrzygnąć losy Mistrzostw Ameryki Południowej(Copa America). Argentyna prowadziła w finałowym etapie rozgrywek różnicą jednego punktu a zwycięzca meczu na „Estadio Monumental” zostałby mistrzem. Remis oznaczałby, że trofeum pozostałoby w Buenos Aires. W Brazylii błyszczeli między innymi Domingos da Guía, Zizinho, Jair Rosa Pinto i Chico. Argentyna mogła pochwalić się znakomitym atakiem, w skład którego wchodzili Vicente De la Mata, Norberto „ Tucho” Mendes, Adolfo Pedernera, Ángel Labruna i Félix Loustau. W obronie wystąpił José Salomón, obrońca o dominującej i imponującej prezencji. Prawdziwy lider. W dwudziestej ósmej minucie meczu Jair poważnie zranił Salomóna potężnym kopnięciem, łamiąc mu kość piszczelową i strzałkową w prawej nodze. W bójce wzięła udział lokalna policja, która zamiast rozdzielić zawodników, zaatakowała również Brazylijczyków. Tak opisał to dziennikarz Félix Frascara w magazynie „El Gráfico”: „W tym momencie eksplodowała bomba zbiorowej agresji. Salomón upadł po starciu z Jairem; Fonda i Strembel gonili Chico i Jaira; ciosy i kopniaki; ogólny wrzask, zamieszanie, podcinanie nóg, kije; wtargnięcie na boisko niezliczonych policjantów; Chico, po uderzeniu Pescii, jest ścigany przez Marante, otrzymuje kopniaka, kontynuuje bieg w kierunku tunelu a policja, nie mogąc go dosięgnąć, próbuje go powalić, podcinając mu nogi; Chico upada przed lożą prasową i otrzymuje grad ciosów, dopóki nie pozwolą mu kontynuować marszu w kierunku szatni, trzymając się za bolącą głowę i wpatrując się, jego oczy nie były skupione, z wyrazem przerażenia; na reszcie boiska – gorzka ironia! – bójka trwa. To pięć lub dziesięć minut niewiarygodnego szaleństwa. Policja, nadmiernie liczna, ma Sędzia również użył nadmiernej i Niepotrzebnie siłowe środki. Gdy bójka ustała, a pięści i stopy zostały uwolnione, Brazylijczycy udali się do szatni, podczas gdy gospodarze pozostali na boisku. Minęła godzina i jedenaście minut, zanim mecz został wznowiony. W rzeczywistości mecz nie został wznowiony. Przynajmniej gra nie przypominała tego, co widzieliśmy przed skandalem. Sędzia zdecydował o wyrzuceniu z boiska Chico i De la Maty, więc każda drużyna pojawiła się w dziesiątkę. Salomón nie był w drużynie Argentyny. Kapitan doznał najpoważniejszego urazu: podwójnego złamania prawej nogi (...)”.

Niesamowite, że mecz trwał dalej. Argentyna wygrała 2:0 po dwóch golach „Tucho” Méndeza i została mistrzem. Oficjalna książka „Copa América”, wydana w 2008 roku, podaje, że mecz rozpoczął się o 15:00 i zakończył o 22:00. Od tamtej pory nic już nie było takie samo. W 1947 roku Argentyna obroniła tytuł mistrza w Ekwadorze ale Brazylia nie brała w nim udziału. Aby uniknąć konfliktów, w kolejnych trzech edycjach naprzemiennie pojawiali się w rozgrywkach kontynentalnych. „Relacje pozostawały bardzo napięte aż do Mistrzostw Ameryki Południowej w 1949 roku, które odbyły się w Rio de Janeiro i São Paulo. Argentyna zdecydowała się nie uczestniczyć w turnieju, ponieważ w listopadzie 1948 roku ogłoszono strajk a piłkarze, którzy wyjechali za granicę, nie mogli grać. „Aby nie wysyłać drużyny rezerwowej, postanowili nie podróżować” – wyjaśnił Ricardo Gorosito, członek Centrum Badań nad Historią Futbolu (CIHF), w rozmowie z „LA NACION”. Historyk wyjaśnia: „To bardzo zdenerwowało Brazylijczyków. Urugwaj był w tej samej sytuacji ale wystawił drużynę i zajął trzecie miejsce”. Gniew wzrósł, gdy AFA, na czele której stał przywódca związku zawodowego Oscar Nicolini, podjęła decyzję o zerwaniu stosunków i wycofaniu udziału Argentyny z Mistrzostw Świata 1950. Początkowo Argentyńska reprezentacja miała podzielić grupę kwalifikacyjną z Kolumbią, Chile i Boliwią. Dwie z tych drużyn miały awansować. W okresie powszechnej dominacji, udział Argentyny w Brazylii był praktycznie gwarantowany. Jednak Argentyna się wycofała a reprezentacja Kolumbii odmówiła udziału. Krótko mówiąc, Chile i Boliwia były jedynymi drużynami, które zakwalifikowały się do Mistrzostw Świata w 1950 roku. W drugiej strefie Ameryki Południowej Ekwador i Peru nie pojawiły się a Paragwaj i Urugwaj dołączyły do turnieju w Brazylii – Urugwaj był przecież głównym bohaterem historycznego „Maracanazo”. „Gniew był ogromny. Do tego stopnia, że Brazylijska Konfederacja Sportu (CBD) zakazała swoim drużynom rozgrywania meczów towarzyskich z Argentyńczykami. Na przykład Racing miał zaplanowany mecz z Bangu z Rio de Janeiro, który z tego powodu nie mógł się odbyć” – dodaje Gorosito. Wszystko to zostało odnotowane w Raporcie Rocznym AFA z 1950 roku. Na jego łamach czytamy: „W czasie, gdy władze AFA wymieniały opinie z liderami Chilijskiej i Boliwijskiej Federacji Piłki Nożnej, aby ustalić, jak powinny zostać rozegrane mecze kwalifikacyjne, Brazylijska Konfederacja Sportu przyjęła nietypową rezolucję: zakazała jednemu ze swoich klubów, który leciał do Santiago w Chile, rozgrywania meczów z drużynami argentyńskimi…”, odnosząc się do Bangú i Racingu. Czy ta rywalizacja między liderami mogła być powodem nieobecności Argentyny na Mistrzostwach Świata w 1950 roku? To możliwe. Choć nie jedyny powód. W rezolucji przyjętej przez AFA 11 stycznia tego roku a upublicznionej pięć dni później przez jej prezesa, Valentína Suáreza, odniesiono się do skutków strajku piłkarzy, który miał miejsce w Argentynie w latach 1948–1949: „Mając na uwadze oświadczenia (CBD) dotyczące nieobecności reprezentacji Argentyny na ostatnich Mistrzostwach Ameryki Południowej w piłce nożnej, które odbyły się w Rio de Janeiro, pomimo powszechnie znanych przyczyn siły wyższej, które uniemożliwiły udział Argentyny, powyższe precedensy świadczą o nieprzychylnym nastawieniu do AFA. W obronie niezachwianych zasad godności i szacunku, Argentyński Związek Piłki Nożnej nie weźmie udziału w Mistrzostwach Świata ”. Zainicjowany w listopadzie 1948 roku strajk zawodowych piłkarzy w Argentynie miał fundamentalne konsekwencje dla historii piłki nożnej w naszym kraju i w wielu innych krajach kontynentu amerykańskiego. Najbardziej ikonicznym punktem było odrzucenie decyzji AFA o zamknięciu okna transferowego na trzy lata (nikt nie mógł zmieniać klubu do 1951 roku). Jednocześnie Argentyński Związek Piłkarzy (założony w 1944 roku) domagał się swobody działania dla swoich członków po wygaśnięciu kontraktów (do tego czasu każdy piłkarz musiał uzyskać zgodę swojego poprzedniego klubu na zmianę klubu, a odmowa zgody uniemożliwiała grę), zniesienia maksymalnego limitu wynagrodzeń w wysokości 1500 dolarów amerykańskich i zastąpienia go płacą minimalną, a także pełnego uznania świadczeń pracowniczych: premii świątecznej, 45 dni urlopu i odprawy. Choć strajk okazał się stosunkowo skuteczny dla zawodników, jego skutki sięgały daleko poza jego zakończenie w czerwcu 1949 roku. Kilku zawodników pozostało pod skrzydłami AFA, ale wielu innych wyemigrowało, aby grać w krajach, gdzie mogli podpisać kontrakty z dużo wyższymi pensjami. Zdecydowana większość trafiła do Włoch, Urugwaju, Kolumbii i Peru. Aby zobrazować ten exodus, przyjrzyjmy się statystykom z 1949 roku: w Kolumbii grało około 109 zagranicznych zawodników, w tym 57 Argentyńczyków. Do 1951 roku liczba ta miała się podwoić.

Do najbardziej błyskotliwych nazwisk w regionie uprawy kawy należeli Adolfo Pedernera, Alfredo Di Stéfano, Néstor Pipo Rossi, Antonio Sastre, René Pontoni i Julio Cozzi. Było 12 Argentyńczyków w Independent Santa Fe w Bogocie, 10 w Universidad de Bogotá, 8 w Deportes Caldas w Manizales, 7 w Millonarios w Bogocie, 5 w América de Cali, 2 w Boca Juniors w Cali, 3 w Once Deportivo w Manizales, 5 w Bucaramanga w Santander, 1 w Deportivo Medellín i 1 w Deportivo Pereyra. Argentyńska piłka nożna trwała ale reprezentacja poniosła porażkę: w tamtym czasie powołania do reprezentacji można było uzyskać tylko w lidze krajowej. Chociaż powrót do formy nie byłby trudny. Argentyna wciąż mogła się pochwalić tak wybitnymi piłkarzami jak Ángel Labruna, Félix Loustau, Norberto „Tucho” Méndez, Ernesto Grillo i Amadeo Carrizo, między innymi. Następnie uwaga skupia się na braku rywalizacji. Po braku meczów w latach 1948 i 1949, argentyńska reprezentacja powróciła do oficjalnych rozgrywek dopiero w marcu 1950 roku, rozgrywając dwa mecze z Paragwajem o Puchar „Chevallier Boutell”. Pierwszy zakończył się remisem 2:2 na stadionie River Plate a drugi, na Gasómetro, zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:0. Był to jedyny występ „Albicelestes” w roku Mistrzostw Świata. Gorosito dodaje: „W 1951 roku Perón dowiedział się, że Anglia nigdy nie przegrała na Wembley z drużynami spoza Wielkiej Brytanii i zlecił Valentínowi Suárezowi zorganizowanie meczu towarzyskiego. Argentyńska reprezentacja wyjechała i przegrała 1:2 w tym pamiętnym meczu, w którym wyróżniał się Miguel Rugilo, zapisując się w historii jako „Lew Wembley” dzięki swojej znakomitej grze bramkarskiej. Podczas tej podróży pokonali Irlandię 1:0 po golu Labruny”. Historyk kontynuuje temat okresu po Mistrzostwach Świata w 1950 r. dla argentyńskiej reprezentacji, co w pewien sposób wyjaśnia powody jej nieobecności na kolejnych Mistrzostwach Świata, które odbyły się w Szwajcarii w 1954 r. „W 1952 roku wrócili do Europy: pokonali Hiszpanię 1:0(gol Infante) i Portugalię 3:1. W 1953 roku Anglicy odwzajemnili wizytę. W pierwszym meczu przegrali 3:1 po słynnej bramce Ernesto Grillo; drugi mecz został przerwany po 20 minutach a w trzecim pokonali Hiszpanię 1:0. Rok później wrócili do Europy: przegrali z Włochami 2:0 i pokonali Portugalię. Bardzo mała rywalizacja. Dwa mecze rocznie przez sześć lat. Brak aktywności oznaczał, że nie byli w stanie uczestniczyć w rozgrywkach. Wysłali jednak trenera Guillermo Stábile, aby ocenił poziom rywalizacji. Po powrocie z mistrzostw świata trener stwierdził, że gdyby pojechali, drużyna zaprezentowałaby się znakomicie” – podsumowuje. Bardzo trudno jest wyjaśnić nieobecność argentyńskiej reprezentacji na dwóch mistrzostwach świata, które odbyły się podczas pierwszych dwóch kadencji prezydentury Juana Domingo Peróna. Przede wszystkim dlatego, że ten przywódca polityczny, jak nikt przed nim ani po nim, zawsze był bardzo aktywny w promowaniu integracji społecznej poprzez sport. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, że silne inwestycje w piłkę nożną służą jako narzędzie dominacji politycznej. Nie jest przypadkiem, że podczas jego pierwszej prezydentury duże kluby otrzymały bardzo znaczące wsparcie finansowe, które niektóre wykorzystały na modernizację swoich stadionów. Za dystrybucję tych milionów dolarów odpowiadał Raúl Cereijo, Minister Finansów, na który skorzystały między innymi River, Vélez, Boca, Huracán i Gimnasia y Esgrima de La Plata. Najbardziej skorzystał Racing Club, który dzięki funduszom rządowym mógł wybudować Cilindro de Avellaneda, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy stadion. Nieprzypadkowo nosi on imię Juana Domingo Peróna, ani też to, że rywale Racingu ironicznie zmienili nazwę klubu na „ Deportivo Cereijo ”. Manewry polityczne wykluczyły San Lorenzo z dystrybucji funduszy. Z prezesem będącym członkiem UCR (Luisem Nardellim) klub nie otrzymał żadnych dotacji i został pozbawiony możliwości budowy betonowego stadionu. Choć nie ma na to żadnych dowodów, nie sposób wyobrazić sobie scenariusza, w którym Perón nie brał udziału w decyzji o nieuczestniczeniu w Mistrzostwach Świata w Brazylii w 1950 roku lub Mistrzostwach Świata w Szwajcarii w 1954 roku, ani nie miał na ten temat zdania. Prawdą jest jednak również, że lider polityczny niewiele mógł zrobić podczas strajku. To właśnie ten fakt podkreśla całkowitą autonomię, jaką cieszyła się wówczas piłka nożna. „Nie tak znacząco jak teraz, ale polityka zawsze w taki czy inny sposób ingerowała w niektóre decyzje sportowe. Rok po Mistrzostwach Świata w Brazylii to właśnie Perón zaproponował zorganizowanie meczu z Anglią na Wembley, właśnie dlatego, że dowiedział się, że Anglicy nigdy nie przegrali z przeciwnikiem spoza Wielkiej Brytanii na ich stadionie” – wyjaśnia Gorosito. Dodaje: „Za czasów Peróna większość prezesów AFA była postaciami politycznymi bardzo bliskimi temu rządowi”. Istnieją dwa aspekty, które mogą określić wpływ Juana Domingo Peróna na ostateczną decyzję Argentyny o nieuczestniczeniu w Mistrzostwach Świata w Brazylii w 1950 roku. Pierwszy czynnik ma w sobie nutę dumy. Z praktycznie zerową konkurencją na poziomie reprezentacji narodowej i wciąż odczuwającymi skutki strajku z 1948 roku, rząd krajowy podobno zdecydował się nie brać udziału w Mistrzostwach Świata, ponieważ nie było gwarancji zwycięstwa. „Nie mogę zapewnić, że wygramy” – miał powiedzieć wówczas Perónowi Valentín Suárez, jak przypomina agencja prasowa Télam. Z drugiej strony, czy Perón mógł zmienić statut AFA, aby umożliwić emigrantom powoływanie do reprezentacji, wystawiając w ten sposób znacznie bardziej konkurencyjny skład? Na to pytanie nikt nie potrafi teraz odpowiedzieć. Jednak, jak zawsze, działacze piłkarscy byli bardzo blisko rządu i nawet ta relacja nie mogła szybko zakończyć strajku. Istnieją niepotwierdzone doniesienia, że prezydent Argentyny był bardzo zły na piłkarzy, którzy odważyli się strajkować w czasie rządów peronistów, co skutkowało ponad roczną przerwą w rozgrywkach piłki nożnej w Argentynie i późniejszym exodusem. Jednocześnie Perón nadal aktywnie wspierał sport jako narzędzie integracji społecznej i propagandy swojego rządu. W 1950 roku Argentyna była gospodarzem Mistrzostw Świata w Koszykówce(zdobywając mistrzostwo) a rok później Buenos Aires zorganizowało Igrzyska Panamerykańskie. Co więcej, za jego prezydentury w 1949 roku odbyły się w kraju Mistrzostwa Świata w Strzelectwie a w Buenos Aires zbudowano tor wyścigowy i tor kolarski.

11

9

@FCBparasiempre
Są drużyny, które wygrywają turnieje, i takie, które zapisują się w historii. Brazylia 1982 należy do tej drugiej grupy. Nie zdobyli mistrzostwa świata, nie zagrali w finale a nawet nie dotarli do półfinału, ale cztery dekady później wciąż pojawiają się w każdej rozmowie o pięknym, odważnym i emocjonującym futbolu. Ta drużyna, prowadzona przez Telê Santanę, stała się idealnym paradoksem: przegrała mistrzostwa świata, a jednocześnie zostawiła po sobie jedną z najjaśniejszych legend w historii turnieju. Dla wielu kibiców Brazylia 1982 była duchowym następcą Brazylii 1970, drużyny, która przekształciła piłkę nożną w zbiorową choreografię. Ale reprezentacja Hiszpanii 1982 nie była po prostu nostalgiczną kopią. Była czymś zupełnie innym: nowocześniejszą, bardziej bezpośrednią, bardziej odważną drużyną, z pomocnikami wyglądającymi jak napastnicy, bocznymi obrońcami atakującymi jak skrzydłowi i niemal religijną wiarą, że dobra gra to sposób na rywalizację a nie tylko ozdoba. Telê Santana przybył na Mistrzostwa Świata z jasną wizją: Brazylia musi na nowo odkryć swoje tradycje. Oznaczało to posiadanie piłki, mobilność, talent techniczny i ducha ofensywnego, który dziś wydawałby się wręcz brawurowy. W drużynie grali zawodnicy, których nazwiska wciąż brzmią jak mity: Zico, Sócrates, Falcão, Toninho Cerezo, Éder, Júnior, Leandro, Oscar, Luizinho i środkowy napastnik Serginho, który ostatecznie został uznany za najbardziej kontrowersyjny element fascynującej maszyny. Pomoc była największym skarbem drużyny. Zico był utalentowanym ofensywnym pomocnikiem z nosem do strzelectwa, precyzją i inteligencją, która pozwalała mu znaleźć się w idealnym miejscu. Sócrates grał z elegancją kogoś, kto zdawał się mieć więcej czasu na nogach niż ktokolwiek inny. Falcão zapewniał równowagę, drybling, długie podania i zmiany tempa. Cerezo wnosił tempo i ofensywną sprawność. Razem tworzyli maszynę, która nie tylko organizowała akcje, ale je kreowała. Istniał również wymiar kulturowy, nierozerwalnie związany z mitem. Sokrates nie był tylko piłkarzem: był lekarzem, myślicielem, kapitanem i symbolem burzliwej ery w Brazylii. Jego historia w Corinthians Democracy pomaga wyjaśnić, dlaczego ta drużyna jest pamiętana jako coś więcej niż tylko drużyna piłkarska. W Hiszpanii w 1982 roku Brazylia zdawała się grać z wolnością, która wykraczała daleko poza boisko. Brazylia zadebiutowała w meczu ze Związkiem Radzieckim, odnosząc ciężko wywalczone zwycięstwo 2:1. Nie był to spacer po parku, ale dawał wyraźne sygnały obiecujące: bramki Sócratesa i Édera, celne wykończenia w środku pola i poczucie, że drużyna może wygrać nawet w trudnych momentach. Prawdziwy spektakl rozpoczął się w meczu ze Szkocją: zwycięstwo 4:1, w tym powrót do gry, ze stylem gry, który zdawał się przyspieszać za każdym razem, gdy Zico lub Falcão dotykali piłki. Trzeci mecz, z Nową Zelandią, zakończył się wynikiem 4:0 i utwierdził w przekonaniu, że Brazylia była najbardziej fascynującą drużyną turnieju. Nie tylko wygrali, ale wręcz zachwycili. Każdy atak zdawał się mieć nieoczekiwany wynik, każda kombinacja dawała wrażenie, że drużyna intuicyjnie się rozumie. Na Mistrzostwach Świata, które wciąż przypominały futbol starej daty, z takimi stadionami jak „Sarrià”, „La Romareda” czy stary „Benito Villamarín”, Brazylia wydawała się drużyną z innego wymiaru. Ten kontekst również napędza legendę. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii w 1982 roku były niezapomnianymi piłkami, koszulkami i estetyką, epoką idealnie wpisującą się w retropamięć futbolu. Każdy, kto chce zrozumieć tę wizualną ramę, może również zagłębić się w historię piłek z Mistrzostw Świata z lat 80. i 90. a także w najbardziej kultowe koszulki retro. W Brazylii w 1982 roku chodziło o piłkę nożną, ale chodziło również o wizerunek: jaskrawożółte, niebieskie spodenki, białe skarpetki i pokolenie, które zdawało się być stworzone, by zapaść w pamięć.

W drugiej fazie format był brutalny: grupy po trzy drużyny, z których tylko jedna awansowała. Brazylia trafiła na Argentynę i Włochy. Najpierw zmierzyli się z obrońcami tytułu, reprezentacją Argentyny z Diego Armando Maradoną i Mario Kempesem a rywalizacja była niezwykle zacięta. Brazylia wygrała 3:1, rozgrywając jeden z tych meczów, które stanowią deklarację intencji. Zespół Telê Santany nie tylko wygrał; grał z autorytetem. Maradona został wyrzucony z boiska po brutalnym faulu na Batiście, sfrustrowany grą, która mu się wymknęła. Brazylia, po golach Zico, Serginho i Júniora, zdawała się zrobić decydujący krok w kierunku półfinału. Później remis z Włochami wystarczyłby do awansu.

Sarrià: dzień, w którym piękna piłka nożna stanęła na nogi.

5 lipca 1982 roku na stadionie Sarrià w Barcelonie Brazylia i Włochy rozegrały jeden z najsłynniejszych meczów w historii Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, pojedynek, który zapisał się w historii całego mundialu. Włochy znalazły się pod lupą, z trzema remisami w pierwszej rundzie i prasą, która nie do końca wierzyła w Enzo Bearzota. Ale mieli coś, czego Brazylia nie mogła powstrzymać: Paolo Rossiego. Rossi szybko strzelił gola. Sócrates wyrównał celnym strzałem, który w jednym geście uosabiał całą jego klasę. Rossi ponownie wyprowadził Włochy na prowadzenie po błędzie Brazylijczyka. Falcão podwyższył na 2:2 niezapomnianym uderzeniem lewą nogą i w tym momencie Brazylia awansowała. Remis wystarczył. Ale drużyna Telê Santany nie wiedziała, jak, albo nie chciała, obronić wyniku, poddając się. Kontynuowała ataki. Potem padł trzeci gol Rossiego. 3:2. Decydujący cios. Brazylia szukała wyrównania, Włochy trzymały się mocno, a Dino Zoff w końcówce popisał się historyczną interwencją. Drużyna, która zachwyciła świat, odpadła z Mistrzostw Świata. Aby zgłębić włoską stronę historii, artykuł o Paolo Rossim i jego hat-tricku przeciwko Brazylii w Sarrià będzie idealnym uzupełnieniem. Pytanie pozostaje: dlaczego drużyna, która nie wygrała, jest tak ciepło wspominana? Odpowiedź leży w rodzaju dziedzictwa, jakie pozostawiła. Brazylia 1982 to nie tylko kolejny nieudany mistrz. To filozofia futbolu doprowadzona do ostateczności. Jej porażka napędzała narrację, ponieważ przekształciła drużynę w symbol odwiecznego pytania:co jest ważniejsze: zwycięstwo czy bycie zapamiętanym za grę? Porównania z innymi wielkimi drużynami, które poniosły porażkę, są nieuniknione. Węgry w 1954 roku, Holandia w 1974 roku, a nawet niektórzy z kandydatów do tytułu w najlepszych drużynach wszech czasów, które zdobyły mistrzostwo świata, dzielą ten status moralnych mistrzów. Ale Brazylia w 1982 roku ma coś wyjątkowego: jej porażka nie zdawała się negować jej wielkości a wręcz ją potwierdzała. Gdyby wygrała, mogłaby być niezwykłym mistrzem. Przegrywając w ten sposób, stała się romantyczną legendą. Istnieje również silny kontrast z innymi brazylijskimi ranami. „Maracanazo” z 1950 roku było narodową tragedią, traumą, która zmieniła nawet strój reprezentacji Brazylii. Porażka w 1982 roku była inna: bolała, ale pozostawiła po sobie dumę. Nie wspomina się jej jako wstydu, lecz jako przerwane piękno. Sarrià była grobem dla sportowców, owszem, ale także sanktuarium szczególnego sposobu rozumienia futbolu.Telê Santana był krytykowany za to, że nie dokończył meczu, nie bronił remisu, uparcie atakował, gdy czas uciekał i trzeba było zachować ostrożność. Krytyka ta ma podłoże rywalizacyjne. Prawdą jest jednak również to, że jego niezachwiane oddanie filozofii drużyny jest powodem, dla którego Brazylia 1982 pozostaje tak żywa. Ta drużyna nie zdradziła własnych zasad. Przegrała, pozostając wierna sobie. Z biegiem lat piłka nożna stawała się coraz bardziej taktyczna, bardziej fizyczna i bardziej wyrachowana. Brazylia również się zmieniła. Zdobywca Mistrzostw Świata w 1994 roku odniósł zwycięstwo dzięki dyscyplinie i wytrwałości, niemal jak historyczna odpowiedź na rany z lat 1982 i 1986. Ale właśnie dlatego drużyna Telê'ego zachowała swój wyjątkowy blask. Reprezentuje możliwość, którą współczesny futbol postrzega z nostalgią: konkurowania z pięknem, bez przepraszania za nie.

Brazylia 1982 nie potrzebuje Mistrzostwa Świata, żeby zająć swoje miejsce. Jej trofeum to coś zupełnie innego: pozostało w pamięci tych, którzy widzieli ją na żywo, i tych, którzy odkryli ją później dzięki filmom, artykułom i opowieściom rodzinnym. To drużyna Zico, Sócratesa, Falcão i Cerezo. Drużyna, która mogła zostać mistrzem, ale ostatecznie stała się legendą, choć droga do zwycięstwa była o wiele bardziej bolesna. Historia Mistrzostw Świata pełna jest mistrzów, rekordów i niezapomnianych finałów. Niewiele jednak przegranych drużyn wzbudziło tyle emocji, co reprezentacja Brazylii w meczu z Hiszpanią w 1982 roku. Być może dlatego, że przypomina nam, że piłka nożna nie zawsze jest mierzona wyłącznie tytułami. Czasami mierzy się ją również emocjami, jakie wywołuje dana akcja, koszulką, która powraca w naszych wspomnieniach, nieistniejącym stadionem i poczuciem bycia świadkiem czegoś, co, choć skończyło się źle, zasługiwało na to, by nigdy się nie skończyło.

7

10

W sporcie jak w życiu, dobrze mieć farta i to porządnego!

7 czerwca 1992 r. FC Barcelona zdobyła drugie z rzędu mistrzostwo Hiszpanii po pierwszym ,,Cudzie na Teneryfie”. Przed ostatnią kolejką Barça traciła punkt do prowadzącego Realu Madryt i wygrana na Camp Nou 2:0 z Athletic Bilbao była tylko połową sukcesu. Wszyscy cules nasłuchiwali wieści z meczu Tenerify z Realem Madryt. Po 30 minutach wydawało się że sensacji być nie może. Real Beenhakera prowadził bowiem z Tenerifą 2:0 a ponadto drużynę z wysp trenował Valdano- były piłkarz ,,Królewskich”. Gol dla gospodarzy w 36 minucie nieco przywrócił nadzieje, które nasiliły się, gdy w 69 minucie obrońca Realu Villaroya otrzymał czerwoną kartke. Osiem minut później Brazylijczyk Rocha strzelił samobójczego gola doprowadzając do remisu i czyniąc Blaugrane wirtualnym liderem. Niespodziewanie już minute później Tenerife wyszło na prowadzenie po tym, jak Sanchis przelobował własnego bramkarza trafiając w poprzeczkę a do bezpańskiej piłki pierwszy dopadł Pier. Przysłowiowy cud stał się faktem. Duma Katalonii została mistrzem, choć wcześniej ani razu w tamtym sezonie nie była na pierwszym miejscu w tabeli.

@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Żywe legendy rodzimego futbolu:


7 czerwca 1977 r. urodził się prawy obrońca Marcin Baszczyński. W dorobku ma aż sześć mistrzostw Polski, a w pewnym momencie był podstawowym obrońcą naszej reprezentacji. Kariera Marcina Baszczyńskiego obfitowała w sukcesy. „Jestem spełnionym sportowcem. Z perspektywy czasu człowiek jest trochę mądrzejszy i pewne rzeczy zrobiłby inaczej, ale tych chwil chwały nikt mi nie zabierze”– mówi Baszczyński. Baszczyński urodził się w Rudzie Śląskiej i jak większość chłopaków w tamtych czasach zaczynał na podwórku. „Ustawialiśmy kamienie, które pełniły role słupków, albo kopaliśmy piłką w ścianę, chociaż akurat za to sąsiedzi mocno nas gonili”– śmieje się były obrońca, który na początku grał jako napastnik. – To było stopniowe cofanie. Z ataku trafiłem do pomocy, dopiero później zacząłem pełnić rolę kryjącego obrońcy, jak to się niegdyś ładnie nazywało – wspomina. Na szerokie wody wypłynął w chorzowskim Ruchu. Po pięciu sezonach spędzonych przy Cichej przyszła oferta z Wisły Kraków, gdzie Bogusław Cupiał budował najsilniejszy polski zespół początku XXI wieku. – Musiałem walczyć o swoje, bo nie oferowano mi kokosów. W Ruchu nauczyłem się walczyć o ten pieniążek, w dodatku miałem na koncie już występy w reprezentacji i jakąś markę sobie zbudowałem – mówi Baszczyński. Jeszcze będąc w Ruchu obrońca został zawieszony za atak na sędziego. Nieżyjący już Stanisław Żyjewski w meczu „Niebieskich” z Górnikiem przyznał mocno naciąganego karnego ekipie z Zabrza. Baszczyńskiemu puściły nerwy. – Można powiedzieć, że wtedy zacząłem walkę z korupcją i to dość skuteczną. Prawdę mówiąc, nie kontrolowałem wtedy swoich emocji. Dziś się tego wstydzę, niezależnie od kulisów tego zdarzenia – mówi nam były piłkarz. Kibice kojarzą Baszczyńskiego przede wszystkim z występami w Wiśle Kraków. Klub z Małopolski był na początku XXI wieku hegemonem w polskich rozgrywkach. Obrońca aż sześciokrotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo kraju. Który tytuł wspomina najlepiej? – Ciężko mi wyróżnić któryś. Pierwsze mistrzostwo było wyjątkowe, ale obrona także. Nie mam najcenniejszego, każde stawiam tu na równi – twierdzi. Z Wisłą przeżywał też piękne przygody w Europie. W 2002 roku Biała Gwiazda rozbiła słynne Schalke 04 na wyjeździe aż 4:1. – Mieliśmy takich chłopaków, którzy czekali na wielki mecz w Europie. Po pierwszym spotkaniu rewanż nie zapowiadał się łatwo. Zagraliśmy wspaniale, na jednym z najnowocześniejszych obiektów na świecie. Cała otoczka nas urzekła. Szatnie, jacuzzi, wszystko było z innego świata. Po meczu było świętowanie, bo trener Henryk Kasperczak pozwolił nam na piwko. I to niejedno – uśmiecha się Baszczyński.


Za granicę Baszczyński wyjechał w 2009 roku do greckiego Atromitosu. Wcześniej pojawiły się oferty z Rosji, Niemiec i Anglii. Polaka chciał słynny West Ham. – Jakbym miał czegoś żałować, to właśnie tego niedoszłego transferu do Anglii. Oni chcieli mnie jednak tylko wypożyczyć. Ja chciałem, ale Wisła się nie zgodziła. Byłem tam na testach, ale musiałem wrócić. Szkoda, bo jestem przekonany, że bym sobie tam poradził – wspomina Baszczyński. Ważnym rozdziałem w karierze naszego bohatera była też reprezentacja Polski. Zagrał w niej 35 razy i strzelił jednego gola. Na mundialu w Niemczech nie zszedł z boiska ani na minutę. Okazało się, że mecz z Kostaryką (2:1) był jego ostatnim w koszulce z orłem na piersi. – Leo Beenhakker powoływał mnie, ale jako zmiennika. Twierdził, że jestem mu potrzebny, jednak już w kadrze nie zagrałem, bo wyżej ceniono Pawła Golańskiego i Marcina Wasilewskiego. Z kadry mam jednak piękne wspomnienia. Nawet dziś kibice mnie pamiętają, czasem podchodzą zbić piątkę i podziękować za moją grę. To szalenie miłe – zakończył Marcin Baszczyński.


@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

8

Wybitne legendy futbolu:

7 czerwca 1930 r. urodził się Hilderaldo Bellini, wybitny brazylijski środkowy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata(1958 i 1962). Pierwszy Brazylijczyk, który podniósł Puchar Świata jako kapitan zwycięskiej drużyny z 1958 roku. Bellini prowadził drużynę, w skład której wchodzili tacy gracze jak genialny Garrincha, Mario Zagallo czy 17-letni Pele. Brazylijczycy pokonali w finale gospodarzy Szwecję 5:2 i zdobyli pierwszy z rekordowych pięciu tytułów mistrza świata. Bellini był częścią drużyny, która cztery lata później wzniosła trofeum w Chile, chociaż ani razu nie zagrał w tym turnieju. Ostatni ze swoich 51 występów rozegrał na mundialu w Anglii w 1966 roku. Po pobycie w młodzieżowej drużynie swojego rodzinnego klubu Itapirense, zasłynął w Vasco da Gama, gdzie przebywał przez dziewięć lat. Grywał też w São Paulo i Atletico Paranaense. Najlepiej zapamiętano go z kultowego sposobu, w jaki podniósł trofeum Julesa Rimeta, wysoko nad głową dwiema rękami a kolejni brazylijscy kapitanowie powtarzali ten gest.

@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira

0

@KrychaFCB No wybacz ale ja tam nie widze żadnego krzyża, zwykła korona i nic więcej...

1

@Arkon Choć ogromnie bym chciał aby mistrzem świata została Argentyna, to jednak po bukmachersku stawiam na Hiszpanie!
Czarny koń, tak jak już tu niedawno wspominałem to Norwegia.
Największe rozczarowanie? No mimo wszystko Brazylia! Jeśli canarinhos nie wejdą przynajmniej do ćwierćfinału to będzie największe rozczarowanie.
Król strzelców to zdecydowanie Mbappe.
Najlepszy piłkarz turnieju? No chciałbym bardzo Leo Messiego ale jednak stawiam na Bruno Fernandesa.
Natomiast najlepszy golkiper? Zdecydowanie Tibo Kurtła, czy jak tam to sie pisze?

9

@FCBparasiempre
Są drużyny narodowe, które nigdy nie wygrały Mistrzostw Świata, a mimo to pozostawiły po sobie trwały ślad. Jest jeszcze bardziej poruszająca kategoria: drużyny, które nigdy w nich nie zagrały. Jugosławia, która nie dotarła do Mistrzostw Świata w 1994 roku, należy do tej dziedziny historii, która łączy w sobie piłkę nożną, politykę, talent i wciąż żywe poczucie tego, co mogło się wydarzyć. Na początku lat 90. Jugosławia szczyciła się jednym z najbardziej ekscytujących pokoleń graczy w Europie. Rywalizowali z klasą na stadionie Italia '90, wygrali Młodzieżowe Mistrzostwa Świata FIFA 1987 w niezwykłym składzie i posiadali bogactwo talentów: Dragan Stojković, Robert Prosinečki, Dejan Savićević, Darko Pančev, Predrag Mijatović, Zvonimir Boban, Davor Šuker, Robert Jarni, Alen Bokšić, Siniša Mihajlović i wielu innych. Lista, którą dziś wydaje się prawie niemożliwą do umieszczenia pod jedną flagą. Ale ta flaga została zerwana. Rozpad Jugosławii i wojna na Bałkanach zepchnęły piłkę nożną na dalszy plan, co jest zrozumiałe, ale zniszczyły też drużynę, która mogła zdefiniować epokę. W USA w 1994 roku nie było Jugosławii. I ta nieobecność pozostaje jedną z największych historii-duchów Mistrzostw Świata. Mistrzostwa Świata we Włoszech w 1990 roku były ostatnim dużym występem Jugosławii w zjednoczonej reprezentacji. Drużyna, prowadzona przez Ivicę Osima, nie rozpoczęła dobrze, ponosząc dotkliwą porażkę z RFN, ale podniosła się i dotarła do ćwierćfinału. Tam zmierzyła się z Argentyną, obrońcą tytułu, i utrzymała prowadzenie aż do rzutów karnych, mimo że przez większość meczu grała w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Refika Šabanadžovicia. Argentyna wygrała rzuty karne, ale Jugosławia pozostawiła po sobie silne wrażenie. Nie byli drużyną drugoplanową ani po prostu dobrą drużyną, która przeszła do finału. Posiadali technikę, charakter, kreatywność i połączenie stylów piłkarskich, które sprawiły, że niezwykle trudno było im awansować. Ten sam turniej przyniósł również inne pamiętne historie, które już znalazły swoje miejsce w internecie, takie jak błąd René Higuity w meczu z Kamerunem czy nieprzemijająca reputacja Kamerunu jako wielkiego objawienia Włoch w 1990 roku . Jugosławia należała do tego samego krajobrazu: trudnych, taktycznych Mistrzostw Świata, pełnych drużyn o silnych osobowościach. W składzie tej drużyny znalazły się już nazwiska, które miały dominować w kolejnych latach. Stojković był utalentowanym intelektualistą, zawodnikiem, który potrafił zatrzymać grę i zmienić ją jednym gestem. Prosinečki posiadał drybling, opanowanie i doskonałą lewą nogę. Savićević był uosobieniem wyobraźni. Pančev skupiał się na golach. A wokół nich grali obrońcy, pomocnicy i napastnicy, którzy wkrótce mieli stać się gwiazdami czołowych europejskich klubów. Aby zrozumieć ten mit, należy również przyjrzeć się Mistrzostwom Świata FIFA U-20 w 1987 roku, które odbyły się w Chile. Jugosławia wygrała ten turniej dzięki niezwykłemu pokoleniu, które później rozprzestrzeniło się po całej Europie. Robert Prosinečki był jedną z jej ikon, stając się wyjątkowym przypadkiem w historii Mistrzostw Świata, o czym już wspominał Robert Prosinečki, wyjątkowy przypadek w historii Mistrzostw Świata. Ta młodzieżowa drużyna zgromadziła w ramach wspólnej struktury utalentowanych Chorwatów, Serbów, Bośniaków, Czarnogórców, Macedończyków i Słoweńców. Nie wszyscy z nich osiągnęli później pełnię swojego potencjału w seniorskiej reprezentacji, ale przesłanie było jasne: Jugosławia miała akademię młodzieżową, teraźniejszość i przyszłość. Nie była to drużyna zbudowana wokół dwóch odizolowanych gwiazd, ale raczej cały ekosystem piłkarzy zdolnych do rywalizacji na najwyższym poziomie. Jugosłowiańska piłka nożna miała w sobie coś wyjątkowego. Była techniczna, pomysłowa, momentami niespójna, z nutą buntu i wyraźnie bałkańskim wyczuciem piłki. Potrafiła tworzyć eleganckich ofensywnych pomocników, skutecznych napastników, twardych obrońców i znakomitych wykonawców rzutów wolnych. To bogactwo wyjaśnia, dlaczego tak wielu kibiców wciąż fantazjuje o drużynie, która mogła pojechać do USA w 1994 roku.

Zanim jeszcze rozważono Stany Zjednoczone, Jugosławia doświadczyła już bolesnej nieobecności: Mistrzostw Europy w 1992 roku. Zakwalifikowali się do turnieju na boisku, ale zostali wykluczeni z powodu międzynarodowych sankcji nałożonych podczas wojny. Ich miejsce zajęła Dania, która niespodziewanie dołączyła do turnieju i ostatecznie wygrała mistrzostwa. Retro Football opowiada tę historię z duńskiej perspektywy, od gościa do mistrza Europy. Ten odcinek oddaje absurdalny i smutny wymiar sytuacji. Jedna drużyna odpada z przyczyn niezwiązanych ze sportem. Inna kwalifikuje się, nie zdobywając miejsca, i ostatecznie zdobywa trofeum. Futbol, który tak często szczyci się swoją logiką rywalizacji, stanął w obliczu rzeczywistości znacznie poważniejszej niż jakikolwiek kalendarz. Dla Jugosławii Euro 92 było pierwszym wielkim zamknięciem drzwi. USA 94 było drugim i prawdopodobnie najbardziej symbolicznym w historii Mistrzostw Świata. Eliminacje do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1994 w Stanach Zjednoczonych odbyły się bez Jugosławii, czego wielu się spodziewało. Sankcje międzynarodowe uniemożliwiły im udział w turnieju i drużyna została wyeliminowana, zanim jeszcze zdążyła wystartować. Nie było dramatycznego remisu, porażki w ostatniej minucie ani serii rzutów karnych. Była nieobecność administracyjna, będąca wynikiem politycznej i ludzkiej tragedii. To właśnie czyni ten przypadek tak wyjątkowym. Kiedy mówimy o wielkich gwiazdach, które nigdy nie zagrały na Mistrzostwach Świata, zazwyczaj myślimy o kontuzjach, słabych reprezentacjach narodowych lub słabo wspieranych pokoleniach. W przypadku Jugosławii '94 odczucia są inne: wielu z tych zawodników było z pewnością wystarczająco dobrych, aby tam być, a reprezentacja miała wszystko, czego potrzeba, by rywalizować. Brakowało nie piłki nożnej. Brakowało samego kraju. To stwierdzenie może brzmieć ostro, ale wyjaśnia pustkę. Jugosławia przestała być jednolitym projektem w momencie, gdy jej piłka nożna wykształciła jedno z najpotężniejszych pokoleń. W USA '94 było wiele wspaniałych historii: Brazylia mistrzem, Włochy z Baggio, Bułgaria ze Stoiczkowem, Szwecja awansująca do półfinału i znakomita Rumunia. Brakowało jednak jednej drużyny, która dzięki czystemu talentowi mogłaby ogromnie wzbogacić turniej. Lista zawodników pobudza wyobraźnię. Stojković jako mózg. Prosinečki jako mózg akcji. Savićević jako nieprzewidywalny geniusz. Pančev jako snajper. Mijatović jako mobilny napastnik. Šuker jako skuteczny strzelec. Boban jako charakterny pomocnik. Jarni jako ofensywny boczny obrońca. Mihajlović jako obrońca z fenomenalnym strzałem. Bokšić jako silny napastnik. Ta mieszanka była niesamowita. Niektórzy z nich byli już uznanymi gwiazdami. Inni wkrótce mieli zabłysnąć w swoich nowych reprezentacjach narodowych lub klubach europejskich. Sama Chorwacja, spadkobierczyni ogromnej części tego talentu, była bliska triumfu na Mistrzostwach Świata we Francji w 1998 roku, co idealnie wpisuje się w historię „ Chorwacja jest bliska triumfu na Mistrzostwach Świata we Francji w 1998 roku ”. Tam pojawiły się nazwiska, które były częścią jugosłowiańskiej konstelacji lub jej piłkarskiego środowiska. Istnieje również bezpośredni związek ze słynnym kopnięciem Bobana, tak często interpretowanym jako symbol atmosfery panującej w jugosłowiańskim futbolu i społeczeństwie przed rozpadem. Sprowadzanie wojny do meczu piłkarskiego byłoby absurdalne, ale ten obraz pomaga nam zrozumieć, że piłka nie była odizolowana od tego, co działo się na zewnątrz. Pytanie jest kuszące, choć nie sposób na nie odpowiedzieć. Czy Jugosławia mogłaby wygrać mistrzostwa USA w 1994 roku? Mieli talent. Mieli też różnorodność. I trochę doświadczenia. Ale mistrzostw świata nie wygrywa się listą nazwisk a ta hipotetyczna drużyna musiałaby stawić czoła realnym problemom: taktyce, egoizmom, napięciom wewnętrznym, kondycji fizycznej, morale, a przede wszystkim niszczycielskiemu kontekstowi politycznemu. Być może nie zostaliby mistrzami. Być może odpadliby w 1/8 finału, jak wiele innych świetnych drużyn. Być może rozegraliby pamiętny półfinał. Ważne jest, aby nie sprzedawać zamkniętej fantazji, ale uświadomić sobie, że Mistrzostwa Świata zmarnowały ogromną szansę. Tak jak są wspaniałe drużyny, które nigdy nie wygrały Mistrzostw Świata, tak są też wspaniałe drużyny, które nigdy nie przekonały się, jak daleko mogą zajść. Jugosławia ‘94 należy do tej drugiej kategorii. Nie da się jej zmierzyć punktami, golami ani rozegranymi rundami. Miarą są nazwiska, odrębne kariery, koszulki, które zmieniły herby, i odczucia pokolenia podzielonego historią.

„Jugosławia, McDonald's i piłka nożna, która przeminęła”. Tytuł idealnie oddaje tę mieszankę nostalgii i straty. Bo rozmowa o tamtej reprezentacji nie dotyczy tylko taktyki czy napastników. Chodzi o świat, który zniknął, i styl gry w piłkę nożną, który podzielił się między nowe narody. Po rozstaniu wielu z tych piłkarzy nadal błyszczało. Chorwacja wypracowała sobie własną tożsamość. Serbia i Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Słowenia i Macedonia Północna poszły różnymi drogami. Talent nie zniknął, ale możliwość spotkania go razem – tak. To jest wielka piłkarska rana tej historii. Dlatego Jugosławia, która nie grała w USA w 1994 roku, jest tak fascynująca. Nie ma nagrań z golami z tego turnieju, bo nigdy tam nie była. Nie ma oficjalnych składów fazy grupowej ani zdjęć z celebracji w Stanach Zjednoczonych. Ma coś bardziej kruchego: hipotezę popartą prawdziwymi nazwiskami. Mistrzostwa w 1994 roku były jednymi z najbardziej kultowych mistrzostw świata ery nowożytnej, ale jednocześnie naznaczonymi absencją. Nieobecność Jugosławii jest chyba najbardziej bolesna. Nie była to drużyna wyeliminowana z powodu braku jakości, ale raczej pokolenie uwięzione w rzeczywistości, która sprawiła, że wszelkie sportowe debaty stały się nieistotne. Historia tej niemożliwej Jugosławii wciąż żyje, bo piłka nożna również żyje pytaniami bez odpowiedzi. Co Stojković zrobiłby z Prosinečkim i Savićeviciem u boku? Ile goli strzeliłby Pančev? Jak poradziłby sobie Šuker? Czy Chorwacja '98 byłaby echem czegoś, co mogło zacząć się wcześniej? Nie wiemy. I właśnie dlatego ten mit wciąż trwa. Jugosławia z USA z 1994 roku nigdy nie istniała na boisku, ale istnieje w wyobraźni kibiców. To jedna z tych drużyn, których Mistrzostwa Świata nigdy nie widziały a historia przemieniła ją w legendę samą swoją nieobecnością. Pokolenie rozdarte wojną, rozdzielone nowymi granicami i skazane na życie w najdziwniejszym zakątku retro futbolu: w świecie drużyn, które pamiętamy, mimo że nigdy nie grały.

0

@KrychaFCB No ale gdzie ty widzisz w herbie krzyż? W herbie jest FCM i niebieski poprzeczny pasek. Nic tam więcej nie ma...

0

@KrychaFCB Jeśli masz na myśli Real Madrid, to o jaki krzyż w herbie chodzi? Oni mieli jakiś krzyż? Nic mi nie wiadomo o takiej historii...?

13

Wybitne legendy futbolu:

7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.

W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 goli. Po mundialu w 2006 r. wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Comentateiro
@Adran360

2

@Marusek Zgadza się. My tam po prostu "zdechliśmy"! Tam trzeba było posiedzieć przynajmniej z miesiąc żeby się zaaklimatyzować przed mistrzostwami. Taka wilgotność i taka spiekota to dla Polaków piekło na ziemi. To była główna przyczyna niepowodzenia...

0

@Votrox7 A niby co on ma do Carbajala? Poza tym on jest Brazylijczykiem, więc tym bardziej co ma piernik do wiatraka?

0

@Votrox7 Jaki Antony?

12

Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu „Mexico 1986”:

Dokładnie 40 lat temu Polska pokonała Portugalie 1:0. „No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@John_Doe Tak, ja też go widziałem siędzącego na trybunach. To prawda, chłop ma niespotykane zdrowie a Śp. Kazimierz Górski miał nosa żeby go zabrać na mistrzostwa do RFN. Kapitalny obrońca i to jeszcze z tą wadą wzroku! Chyba lepsi od niego byli tylko Szczepaniak, Korynt i Gorgoń. Ta czwórka stoperów to dla mnie najlepsza w historii polskiego futbolu.

11

@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club España. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club España, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.

Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali a na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.

Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.

Statystyki i osiągnięcia:

Club Leon

2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)

1x Puchar Meksyku (1958)

1x Superpuchar Meksyku (1956)

13

Zapomniane legendy brytyjskiego futbolu:

7 czerwca 1938 r. urodził się Ian St. John, napastnik, który w latach 60-tych decydował o obliczu ataku Liverpoolu. Jako dziecko oprócz piłki nożnej wykazywał też talent w boksie, ale obiekcje ze strony matki spowodowały, że skupił się na futbolu. Dorastał w szkockim Motherwell, gdzie już jako nastolatek poznał smak pracy w hucie. W tym czasie występował w różnych drużynach juniorskich i robotniczych aż w 1957 r. podpisał profesjonalny kontrakt z Motherwell F.C. Klub ten był bardzo bliski sercu młokosa, który od dziecka mu kibicował. W 1952 r. jako kibic wybrał się na Hampden Park, gdzie był świadkiem pierwszego triumfu Motherwell w Pucharze Szkocji. Jego ulubieńcy wygrali wówczas 4:0 z Dundee F.C. Młody zawodnik szybko dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. Wielokrotnie przyprawiał swoją grą o ból głowy boiskowych rywali. Do historii przeszedł jego wyczyn z meczu Pucharu Ligi przeciwko Hibernian F.C. Ian zdobył wówczas hat-tricka, na którego skompletowanie potrzebował zaledwie dwóch i pół minuty. Do dzisiaj wynik ten jest jednym z najszybszych w szkockim futbolu. W tym samym roku zadebiutował w reprezentacji Szkocji. Łącznie w ciągu kilkunastu lat 21 razy przywdziewał narodowe barwy i zdobył dla kraju dziewięć goli. Pierwsze trafienie zaliczył w przegranej 2:3 towarzyskiej potyczce z Polską na Hampden Park w 1960 r. W rodzimej lidze występował do 1961 r. 2 maja za 37,5 tys. funtów przeszedł do Liverpoolu, co stanowiło wówczas klubowy rekord. Przez kilka lat występów dla Motherwell F.C. zdobył 105 goli w 144 meczach. Na dorobek ten składają się trafienia w lidze, Pucharze Szkocji i Pucharze Ligi. Do Anglii ściągnął go legendarny Bill Shankly. Jego Liverpool grał wówczas w Second Division, a sezon 1961/62 zakończył upragnionym awansem do ekstraklasy. Oprócz Rogera Hunta, który był najlepszym strzelcem zespołu, duży udział w sukcesie mieli Ian St. John i Ron Yeats. Obaj w tym samym czasie dołączyli do zespołu, a Shankly po latach przyznał, że ich przyjście było punktem zwrotnym w procesie przekształcania się Liverpoolu w drużynę klasy europejskiej.

Swój pierwszy mecz zaliczył w rozgrywkach Liverpool Senior Cup przeciwko odwiecznemu rywalowi Evertonowi. Mimo porażki 3:4 pokazał się z bardzo dobrej strony, zdobywając wszystkie trzy bramki dla swojej ekipy i zyskując uznanie w oczach kibiców. Swoje nieprzeciętne umiejętności potwierdził także na poziomie First Division. W pierwszym sezonie po powrocie do elity Liverpool uplasował się na ósmym miejscu, ale już rok później St. John z kolegami nie mieli sobie równych w lidze i zdobyli dla klubu pierwsze od kilkunastu lat mistrzostwo. W kolejnym sezonie musieli łączyć grę w lidze z europejskimi pucharami, co na koniec rozgrywek przełożyło się na siódme miejsce w tabeli. W Pucharze Europy dotarli jednak aż do półfinału, gdzie nieznacznie w dwumeczu przegrali z Interem Helenio Herrery. Bardzo dobrze zaprezentowali się w Pucharze Anglii. Zespół dotarł do wielkiego finału, w którym przeciwnikiem Liverpoolu było Leeds United. Kibice na bramki musieli czekać aż do dogrywki, a wynik otworzył w 93. minucie Roger Hunt. Rywale zdołali wyrównać i wydawało się, że starcie zakończy się remisem. Wtedy jednak dał o sobie znać geniusz St. Johna, który swoimi trafieniem głową na trzy minuty przed końcem dał swojemu klubowi wygraną. Dla The Reds był to pierwszy triumf w tych prestiżowych rozgrywkach. Dominację na krajowym podwórku Liverpool potwierdził zdobyciem w 1966 r. kolejnego mistrzostwa Anglii. W maju tego roku z kolei po raz pierwszy wystąpili w finale europejskiego pucharu. Wielki finał Pucharu Zdobywców Pucharów rozgrywano wówczas na Hampden Park, ale znajome otoczenie nie pomogło Ianowi i ostatecznie musiał uznać wyższość Borussii Dortmund, która wygrała po dogrywce. Połowa lat 60. była szczytowym okresem w jego karierze. Choć w Liverpoolu występował jeszcze przez kilka kolejnych lat, to z biegiem czasu był ustawiany coraz głębiej. Wraz z wiekiem zaczęły się też pojawiać problemy kondycyjne i wahania formy. W końcu stracił miejsce w pierwszym zespole i musiał zadowolić się grą w rezerwach. Z klubem rozstał się pod koniec sierpnia 1971 r. W oficjalnych spotkaniach reprezentował jego barwy 426 razy i zdobył w nich 118 goli.

W połowie 1971 r. zdążył jeszcze zaliczyć krótki epizod w południowoafrykańskim Hellenic F.C. Po powrocie do Anglii związał się z Coventry City, ale zabawił tam tylko jeden sezon. Ostatnim jego klubem w zawodniczej karierze było prowadzone przez Ron Yeatsa Tranmere Rovers, gdzie Ian St. John przeszedł na emeryturę w 1973 r.



Jako trener prowadził zespoły Motherwell oraz Portsmouth, ale bez większych sukcesów. Przez pewien czas pracował również jako asystent w Sheffield Wednesday i Coventry City. Po rozstaniu z Sheffield w 1979 r. postanowił sprawdzić się w roli telewizyjnego eksperta. Szło mu na tyle dobrze, że miał nawet swój własny program. Razem z innym byłym piłkarzem Jimmym Greavesem prowadził w latach 1985-1992 magazyn Saint and Greavsie, w którym poruszali bieżące piłkarskie wydarzenia i dyskutowali o ligowych meczach. W 2014 r. poinformowano, że St. John przeszedł operację usunięcia pęcherza i gruczołu krokowego, które były zaatakowane przez nowotwór. Zmarł w marcu 2021 r. po długiej walce z chorobą w wieku 82 lat.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@kocuur A tak, to prawda. Rzeczywiście brakowało go w tyłach. Co prawda był Veron i Simeone ale widać to nie uchroniło przed stratą goli i porażek...

10

@FCBparasiempre
Zdobywca Copa America-1993; 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów-1998 i 2000(z Realem Madryt) oraz 2003(z AC Milan); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1998(z Real Madryt) i 2003(z AC Milan); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1998(z Realem Madryt)

To są trofea Fernando Carlosa Redondo Neri, który przyszedł na świat 6 czerwca 1969 roku w Buenos Aires. Od dziecka miał tylko jeden cel: zostać profesjonalnym piłkarzem. Jego marzeniem była gra w słynnym Independiente. Tego marzenia, niestety, nigdy nie zrealizował. Trafił do szkółki „Teleres Remedios” a następnie Argentinos Juniors, tej samej, z której wywodzi się wielki Diego Maradona. W międzyczasie grywał w reprezentacji Argentyny U-17, z którą sięgnął po mistrzostwo kontynentu. Świetne warunki fizyczne (186 cm wzrostu) oraz wielka inteligencja na boisku sprawiły, że Redondo grywał głównie na środku pomocy, coraz częściej pełniąc funkcję pivota. W ojczyźnie piłkarz grał przez pięć lat, by 1990 roku, w wieku 21 lat, trafić do Hiszpanii. Stało się tak za sprawą Jorge Solariego, byłego świetnego piłkarza, a od niemal 40 lat trenera. Związki Redondo z rodziną Solari są bardzo mocne, z tej familii pochodzi także jego żona, nasz bohater jest szwagrem Santiago Solariego, innego znakomitego piłkarza argentyńskiego. Wspomniany Jorge, zostając trenerem Tenerife, postanowił ściągnąć do Europy świetnie zapowiadającego się młodzieńca. Fernando z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, zaczęło się o nim robić głośno w całej Hiszpanii, był obserwowany przez wysłanników wielu czołowych klubów. Po odejściu Solariego trenerem drużyny z Estadio Heliodoro Rodriguez Lopez został inny Argentyńczyk – Jorge Valdano – niegdyś wybitny piłkarz Realu Madryt. Właśnie dwa sezony pod wodzą „Filozofa” były punktem zwrotnym kariery Redondo. Dwa razy z rzędu Teneryfa odbierała Realowi Madryt tytuł mistrza Hiszpanii, wygrywając odpowiednio 3:2 oraz 2:0. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy wyspy nie są sympatykami „Królewskich”, znacznie większym szacunkiem darzą Dume Katalonii. Dzięki tym dwóm wygranym to właśnie „Duma Katalonii” pod wodzą legendarnego Johana Cruyffa mogła się cieszyć z tytułu mistrza Hiszpanii. Chociaż Fernando nie strzelił gola w żadnym z tych spotkań, to jest powszechnie uważany za głównego architekta tego sukcesu. To właśnie z nim na boisku Tenerife osiągnęła największy sukces w historii klubu, uzyskując prawo gry w Pucharze UEFA. W 1994 roku Valdano dostał propozycję powrotu do Madrytu, tym razem w roli trenera. Argentyńczyk się nie wahał. Wracał przecież do swojego piłkarskiego domu. Nie zapomniał jednak o swoim najlepszym piłkarzu, szybko załatwiając transfer naszego bohatera do stołecznego klubu. W klubie z Wysp Kanaryjskich Redondo rozegrał 103 mecze, strzelił osiem goli. W 1994 roku Real Madryt przechodził trudny okres, klub opuszczali wielcy piłkarze z „Quinta del Buitre”, dwa lata wcześniej odszedł jeden z największych goleadorów w historii – Hugo Sanchez. W dodatku w kraju niepodzielnie panował barceloński „Dream Team”. Z drugiej strony, w 1994 roku w białych barwach zadebiutował Raul Gonzalez a rok później Jose Maria Gutierrez „Guti”. Działacze „Królewskich” nie mieli złudzeń – potrzeba transferów. Wielkim sukcesem prestiżowym był transfer Michaela Laudrupa, wszakże to piłkarz Barcelony, który rok wcześniej miał udział w jednej z największych klęsk Realu w historii. Klasyczna manita w Gran Derbi spędzała sen z powiek kibicom Realu. Jednak sezon 1994/1995 miał być inny, i taki był. Valdano przerwał hiszpańską hegemonię Barcelony a w najważniejszym meczu sezonu po raz kolejny tablica wyników pokazała 5:0, tym razem dla „Los Blancos”. Wróćmy jednak do naszego bohatera. Gdzie jest w tym momencie Fernando? Na boisku oczywiście. Argentyńczyk ma pewne miejsce w składzie, jego inteligencja i kultura sprawiają, że szybko zdobywa sobie autorytet i przyjaźń w mocno przecież zhierarchizowanej szatni Realu. W kolejnych sezonach Redondo gra coraz lepiej, zna go cały świat. W sezonie 1996/1997 „Los Merengues” zdobywają kolejny tytuł mistrzowski, tym razem już pod wodzą Fabio Capello. Real przystąpił do rozgrywek Ligi Mistrzów wyjątkowo zmotywowany. Miał najlepszy skład od wielu lat. Jak się potem okazało, wielkie oczekiwania nie były przesadzone. Real dotarł do finału, gdzie niespodziewanie pokonał Juventus 1:0. Mecz był pojedynkiem dwóch największych środkowych pomocników tamtego okresu. Zinedine Zidane musiał ustąpić Fernando Redondo, który rozgrywał kolejny wielki mecz.

Warto teraz przeskoczyć o dwa lata do przodu, do wydarzenia, które zapewniło Redondo nieśmiertelną sławę. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, mecz z obrońcą trofeum, Manchesterem United, mającym najlepszy skład od kilkudziesięciu lat. Real wygrywa 3:2, wspaniały wynik, jednak nie o tym pisała prasa na całym świcie. Pisała o Argentyńczyku, który niemal w pojedynkę wygrał ten mecz. Redondo był wszędzie, odbierał piłkę, rozgrywał, podawał. Robił wszystko. Ukoronowaniem tego niezwykłego widowiska była akcja, po której padł gol na 3:2. Przenieśmy się do Manchesteru. Podanie na lewym skrzydle dostaje nasz bohater. Zrywa się do biegu, obok niego jest trzech rywali, mija ich jednym zagraniem, zagraniem, które przeszło do historii futbolu. Fernando na pełnym biegu posłał piłkę piętą pomiędzy nogami Henninga Berga, dopadł jej przy linii końcowej, stając twarzą w twarz z innym wybitnym graczem, Royem Keanem. Argentyńczyk pewnie posłał idealną piłkę do wbiegającego środkiem Raula, któremu nie pozostało nic innego, tylko wbić piłkę do pustej bramki. Najbardziej znamiennym faktem jest to, że Fernando skupił na sobie uwagę całej obrony United, Raul spokojnie wbiegł w pole karne, jego obecność została zauważona, gdy miał już piłkę przy nodze. O poziomie, jaki prezentował wówczas Redondo bardzo dobrze świadczą słowa Fergusona: ,,Co ten gracz ma w butach? Magnes?” Pamiętajmy, że sir Alex bardzo rzadko decyduje się na komplementy pod adresem piłkarzy innych zespołów. Real wygrał wówczas Ligę Mistrzów, w pierwszym finale w historii dwóch klubów z tego samego państwa, pokonując Valencią w stosunku 3:0. Kolejne bardzo ważne wydarzenie miało miejsce w czasie dekoracji zwycięzców. Jak wiadomo, puchar w górę wznosi zawsze kapitan, a kapitanem był Redondo. Argentyńczyk zrzekł się tego przywileju na rzecz Manuela Sanchisa, żywej legendy klubu, grającej w nim od niemal 20 lat. Hiszpan wznosił w górę puchar ze łzami w oczach. Iluż współczesnych piłkarzy stać by było na taki gest? Przecież możliwość wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów to zaszczyt, którego dostępuje tylko garstka wybrańców. Kibice Realu kochali Fernando a Fernando kochał ich, ale… Ale kilka miesięcy później Argentyńczyka nie było już w klubie. Cios w samo serce „Ultras Sur” zadał Florentino Perez, pozbywając się piłkarza, który otwarcie popierał jego rywala w walce o fotel prezydenta klubu, Lorenzo Sanza. Tego transferu kibice nigdy nie wybaczyli, Fernando był i nadal jest wielkim madridistą a wielkich madridistas się tak nie traktuje. Redondo przeszedł do Milanu, gdzie grał przez dwa sezony, chociaż słowo „grał” jest użyte nieco nad wyrost. Argentyńczyk wybiegł na boisko tylko 16 razy. Przez cały okres gry we Włoszech walczył z kontuzjami. Jednym z pierwszych spotkań, w którym zagrał, było wyjazdowe starcie z Realem w ramach Ligi Mistrzów. Fernando został przywitany długimi owacjami na stojąco. W Milanie Redondo po raz kolejny pokazał klasę. Nie zgodził się przyjmować wynagrodzenia. Argumentował to faktem, że jeśli nie gra, to nie ma prawa do pobierania z tego tytułu pieniędzy. Usilnie starał się też zrzec przekazanego mu przez klub mieszkania i samochodu, tu jednak nic nie wskórał. W roku 2004 Fernando Redondo zakończył karierę piłkarską. Miał wtedy 34 lata, gdyby nie niemal permanentna kontuzja kolana, mógłby grać jeszcze przez dwa – trzy sezony. O ile kariera klubowa Fernando było względnie udana, to reprezentacyjna nie była już taka dobra. Jak na piłkarza tego formatu, rozegrał mało spotkań w drużynie „Albicelestes”, gdyż tylko 29. Strzelił tylko jedną bramkę. Większość z tych występów przypadała na lata 1992-1994, gdy trenerem Argentyńczyków był Alfio „Coco” Basile, trener – legenda rodzimego futbolu. Wcześniej Fernando nie dostawał zbyt wielu szans na grę, będąc skłóconym z trenerem Carlosem Bilardo.

Nasz bohater odmówił wyjazdu na mistrzostwa świata w 1990 roku, argumentując to chęcią dokończenia studiów prawniczych. Inna wersja wydarzeń mówi o braku akceptacji bardzo defensywnego stylu gry reprezentacji. Na mundialu w 1994 roku Redondo był już najważniejszym ogniwem drużyny, jednak kontrowersje związane z pozytywnym wynikiem testu dopingowego Diego Maradony sprawiły, że cały zespół stracił chęć i motywację do gry, odpadając z turnieju po spotkaniu z Rumunami. Jak się okazało, był to ostatni czempionat globu, na którym mieliśmy przyjemność oglądać Redondo. Do Francji nie pojechał, gdyż – jak donoszą media – nie zgodził się na ścięcie swoich długich włosów. Jednak zdrowy rozsądek każe wierzyć trenerowi Passarelli, który przyznał, że odmowa Redondo wiązała się z faktem, że pomocnik nie chciał grać na boku boiska, widząc się tylko w jego centralnej części. Już po zakończeniu kariery Fernando wielokrotnie grywał w meczach charytatywnych i spotkaniach pożegnalnych swoich kolegów z boiska. Regularnie wybierany był do reprezentacji gwiazd światowego futbolu. Grywał z takimi zawodnikami, jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard czy Franco Baresi. Mimo uzasadnionej niechęci do Pereza, Redondo zawsze deklarował się jako zagorzały madridista. Niedawno pojawiły się nawet informacje o możliwości objęcia przez niego funkcji dyrektora sportowego, jednak sam zainteresowany zdementował te plotki. Zapewne każdy zna kibicowski zwyczaj obwoływania futbolowych talentów mianem nowego Maradony/Pelego/Beckenbauera etc. Tak samo sprawy mają się z argentyńskimi defensywnymi pomocnikami. Każdy chce być, a jeśli jest wystarczająco dobry, to jest nowym Redondo. W ostatnim czasie najczęściej porównywanym piłkarzem jest Fernando Gago. Presję powiększa fakt, że Gago również grał w Realu Madryt. Obecnie staje się już jednak jasne, że drugiego Redondo z niego nie będzie. Na koniec przychodzi czas na charakterystykę gry naszego bohatera. Zacznijmy od jakże wymownej opinii byłego trenera Realu, Fabio Capello. „Piłkarz taktycznie idealny” to dobry opis umiejętności Fernando. Od Argentyńczyka rozpoczynała się znakomita większość akcji „Królewskich”. Znakomita większość akcji rywali się na nim kończyła. Królestwem Redondo był środek pola, nie widział się i nie miał zamiaru grać w innych rejonach boiska. Miał on niesamowitą, bardzo rzadką umiejętność kontroli tempa i sposobu przeprowadzania akcji. Umiejętność, którą w dzisiejszym futbolu ma chyba tylko Xavi Hernandez a i tak potrzebuje do tego lepszego dnia. Fernando widział wszystko, piłkę rozprowadzał raczej krótkimi podaniami, często niespodziewanymi i wydawałoby się, że niewykonywalnymi. Dysponował świetną, nienaganną techniką, która przywodzi na myśl wyczyny „Boskiego Zizou”, zero niepotrzebnych ruchów, wszystko obliczone na skuteczność. Jak niemal wszyscy wielcy piłkarze „Los Blancos”, Fernando grał bardzo czysto, był boiskowym dżentelmenem, cieszył się szacunkiem piłkarzy i kibiców Realu, a trzeba pamiętać, że nie każdy w tamtym czasie potrafił wpasować się do składu „Los Merengues”. Na koniec warto zadać sobie pytanie, jak wyglądałaby gra Realu, gdyby sprowadzony w 2001 roku Zidane miał za plecami Redondo? Dwaj królowie środka pola w jednej ekipie…

8

14

Wybitne legendy polskiego futbolu:

6 czerwca 1954 r. urodził się Władysław Antoni Żmuda, środkowy obrońca. Kiedy okazało się że w jednym pokoju na mundialu w 1974 r. Kazimierz Górski umieścił Deyne oraz Żmude, pokpiwano w Polsce na temat dialogu, jaki miał się rozegrać między tą dwójką. ,,Cześć”- powiedział jeden. ,,Cześć”- odpowiedział drugi na koniec zgrupowania. Nie wynikało to z braku sympatii. Żmuda pod względem milczkowatości przebijał natomiast wycofanego Deyne. Kiedy jednak wchodził na boisko, odwagi mu nie brakowało. Najlepszym dowodem jego wielkich umiejętności jest fakt że tylko on spośród polskich piłkarzy ma w dorobku udział w 4 mundialach! Grał na MŚ w 1974,1978, 1982 i 1986. Łącznie rozegrał w turniejach tej rangi 21 meczów, co jest najlepszym wynikiem w historii reprezentacji Polski. Na całym świecie Żmuda zajmuje obecnie 4 miejsce za Matthausem, Maldinim i Seelerem. Do 1998 był nawet wiceliderem tej klasyfikacji ex aequo z samym Maradoną. Wraz ze Zdzisławem Kapką byli jedynymi członkami drużyny młodzieżowej(brązowy medal ME U-18 w 1972), których na mundial 2 lata później powołał Górski. Wydawało się jednak że Żmuda jedzie tam tylko po nauke. Przecież na nieprawdopodobieństwo zakrawał fakt, iż miał by on zastąpić jednego z bohaterów eliminacyjnych zmagań, w tym starcia z Anglią na Wembley- Mirosława Bulzackiego. Już samo jego pojawienie się w ostatecznym składzie uważano za niespodziankę. Selekcjonerowi jednak spodobało się zgranie Żmudy z obrońcą Górnika Zabrze- Hentykiem Wieczorkiem. Obchodzący 20 urodziny na tydzień przed startem mundialu, był czwartym najmłodszym zawodnikiem powołanym na te MŚ. Od pierwszego gwizdka jednak nawet na chwile nie zszedł z murawy i z równym spokojem radził sobie z egzotycznymi Haitańczykami, co z gwiazdami Argentyny, Włoch, Szwecji, Jugosławii, Niemiec czy Brazylii.

Razem z Gorgoniem stworzył jeden z najlepszych duetów obronnych na tym mundialu. Dzięki temu Żmuda zdobył nagrodę dla najlepszego młodego piłkarza mistrzostw. Znalazł się też w jedenastce młodzieżowców agencji AP. Młody zawodnik imponował przede wszystkim umiejętnością w grze obronnej jeden na jednego. Bardzo dobrze przeciwstawiał się świetnym technicznie rywalom. Jak twierdzi Stefan Szczepłek, wynikało to z jego… bardzo dużej wady wzroku! Podobno Żmuda nie widział wszystkich trików rywali a swoje spojrzenie koncentrował na piłce, co pomagało mu notować wiele odbiorów w takich pojedynkach z największymi gwiazdami światowej piłki. Razem z reprezentacją Polski zdobył na tym turnieju srebro za 3 miejsce. Sukces ten powtórzył także z kadrą pod wodzą Antoniego Piechniczka w 1982 r. Wtedy jednak wystąpił też w roli… dekorującego. Prezydent FIFA Joao Havelange z powodu urazu stóp poprosił o pomoc w rozdaniu medali prezesa PZPN, Włodzimierza Reczka. Ten wręczył zaś tacke z medalami kapitanowi kadry, którym był wtedy właśnie Żmuda. Obrońca przeszedł się z paterą wzdłuż szpaleru kolegów. Agencja Reutera umiejscowiła go w najlepszej ,,11” turnieju. Tak jak w Niemczech stoper w Hiszpanii grał we wszystkich meczach biało-czerwonych od pierwszej do ostatniej minuty. W ogóle 20 kolejnych meczów reprezentacji Polski na mundialach zaliczył w pełnym wymiarze. Korzystał z niego non-stop również Jacek Gmoch w 1978 r. Kariere mundialową zakończył honorowy występ w końcówce spotkania z Brazylią w 1986 r. Zarazem był to jego 21 mecz na turnieju tej rangi, co w tym czasie stanowiło rekord. Weteran bojów mundialowych budził wówczas wielką ciekawość. Telewizja meksykańska przyjechała nawet złożyć mu gratulacje za udział w czwartych MŚ. „Nie przyjechałem po to, aby bić rekordy. Dla mnie rekordem, który sprawił mi wiele satysfakcji, będzie bardzo dobra gra polskich piłkarzy”- opowiadał Żmuda. Takie wprowadzenie zasłużonego zawodnika do gry przy stanie 0:4 z „Canarinhos” jednak nie wszystkim w kraju się spodobało. ,,Dla mnie osobiście było to żenujące i będąc na miejscu Żmudy, nie skorzystałbym z tej oferty. Tak zasłużony piłkarz nie powinien mieć takiego upokarzającego końca swej reprezentacyjnej kariery”- pisał w felietonie dla ,,Dziennika Łódzkiego” o tej sytuacji Jan Tomaszewski.

Znakomitą karte Żmuda zapisał także w samej Ekstraklasie. Zadebiutował w niej tuż po 18 urodzinach w barwach Gwardii Warszawa, gdzie trafił z Motoru Lublin po medalowych ME juniorów. Razem z nią awansował do finału Pucharu Polski. Tam(już bez jego udziału) Gwardziści przegrali 0:2 z Ruchem Chorzów. Większe sukcesy przyniosły mu czasy gry w Śląsku Wrocław oraz Widzewie Łódź. Z zespołem z Dolnego Śląska zdobył po jednym srebrnym i jednym brązowym medalu a także zapisał na swoim koncie triumf w Pucharze Polski. W czasie gry w tej drużynie zetknął się z innym Władysławem Żmudą- trenerem. Dlatego bardzo często oznaczano go w prasie jako ,,Żmude II”. Potem natrafili na siebie w Widzewie. Z Widzem Łódź zwyciężał w lidze dwukrotnie: w 1981 i 1982 roku. Do tego doszło jedno wicemistrzostwo kraju. Szczególnie znakomicie wypadł w pierwszej z tych edycji. Żmuda wygrał wtedy punktacje ,,Sportu”- ,,Złote Buty”. W tym sezonie też strzelił swojego jedynego gola w historii występów w Ekstraklasie. Duże sukcesy przyniosła mu gra w europejskich pucharach. Razem ze Śląskiem Wrocław awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1976/77. Z Widzewem Łódź awansował natomiast do 1/8 finału Puchar UEFA. W tej kampanii właśnie zespół z Łodzi wyeliminował Manchester United a także po wspaniałym boju, Juventus Turyn! Po mundialu w 1982 r. wyjechał do Włoch, gdzie za 320 tysięcy dolarów ściągnął go Hellas Verona. Potem bronił barw US Cremonese i Cosmos Nowy York. W reprezentacji Polski rozegrał w sumie 91 spotkań co obecnie daje mu 9 miejsce w klasyfikacji wszechczasów. Strzelił w tych starciach 2 gole. Poza dwoma medalami z MŚ, wywalczył także wicemistrzostwo olimpijskie. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Rozegrał 79 spotkań w kadrze jako zawodnik klubów Ekstraklasy. Stawia go to na 3 miejscu pod tym względem. Był również pierwszym piłkarzem w historii, który na 3 mundialach reprezentował 3 kluby Ekstraklasy. Nikt też nie zaliczył tylu spotkań na imprezie tej rangi spośród przedstawicieli Ekstraklasy. Po zakończeniu kariery pracował jako trener. Był asystentem Jerzego Engela w reprezentacji, która awansowała na MŚ w 2002 r. oraz Pawła Janasa w kadrze olimpijskiej. Wielokrotnie prowadził też różne drużyny młodzieżowe. Do 2012 r. pełnił funkcje Przewodniczącego Klubu Wybitnego Reprezentanta.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?