2

@FCBparasiempre
Racjonalne szaleństwo:

19 września 1987 r. Highbury, Arsenal-Wimbledon. Nick Hornby z trudem wsiadł na tylne siedzenie samochodu i trzasnął drzwiami. Było jeszcze za wcześnie aby obawiać się najgorszego ale już zaczęły zżerać go nerwy. Kolega uruchomił silnik. Jechał ostrożnie, jak gdyby wiózł w bagażniku 50 skrzynek dynamitu. Na światłach chciał powiedzieć coś Hornby’emu ale kiedy zerknął w lusterko wsteczne a zobaczył że Nick siedzi z zamkniętymi oczami. Nie spał, miał przymknięte oczy, ponieważ nie odważył się spojrzeć na swoją stopę to desperacki sposób, do którego uciekał się już w przeszłości. Próbował przypomnieć sobie wszystkie gole, jakie Alan Smith strzelił w koszulce Arsenalu. W takich chwilach tylko to przynosiło mu ukojenie. Nie pamiętam zbyt wyraźnie, jak do tego doszło. Może przy jakimś niezdarnym ruchu źle kopnął piłkę i oparł cały ciężar ciała na jednej nodze, rozwalając sobie kostkę na miazgę. Utykając musiał opuścić boisko do futsalu ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to że przez niego przyjaciele byli zmuszeni zakończyć mecz. Spotykali się na piłce tylko raz w tygodniu, więc łatwo sobie wyobrazić ich wściekłość. Kiedy wreszcie zatrzymali się przed domem uzmysłowił sobie powagę sytuacji. Odsunął palcem skarpetkę: jego kostkę połknęła bulwa wielkości piłeczki tenisowej. Spojrzę na zegarek- za kwadrans pierwsza. Nie mógł chodzić a punktualnie o trzeciej obowiązkowo musiał być na Highbury. W domu usiadł z torbą mrożonego groszku przy nodze. Chłód ukoi skręconą kostkę a przy okazji nieco jego nerwy. Wiedział że w godzinach poprzedzających mecz jego kibicowska dolegliwość przybierała najgorszą formę. Absolwent Cambridge i wykładowca literatury, którym był od poniedziałku do piątku, pozwalał się pożreć przez niedorzecznego irracjonalnego osobnika i nic nie można było z tym zrobić. Jego narzeczona widziała że Nick bardzo cierpi, więc bez zbytniego nacisku zaproponowała żeby nie szedł. „Możemy posłuchać relacji z meczu w radiu". To był świetny plan tyle że niewykonalny. Tak naprawdę wiedział już że wybierze się na stadion bez względu na wszystko. „Nie gadaj bzdur kochanie. - ale zobacz jak to wygląda... Jesteś szalony! - Mam powody by taki być"- odparł Hornby myśląc o tym że musi tylko znaleźć jakiś sposób by dostać się na stadion. Nikt nie wiedział lepiej od niego że w całej Anglii nie było innego takiego miejsca jak Highbury, gdzie można się poczuć jak w centrum kosmosu. Nie ma znaczenia do jakiej poszłoby ci się dyskoteki i, do jakiego kina, Do jakiej restauracji. W tych miejscach życie wciąż toczyło się za twoimi plecami, jak prawie wszędzie indziej ale nie na Highbury. Na trybunach mogłeś poczuć że świat całkowicie zamiera. - Wychodzimy.

Żeby mieć do przejścia krótszy odcinek pojechali metrem aż do stacji Arsenal a nie Finsbury Park i postanowili obejrzeć mecz w sektorze z miejscami stojącymi, z dala od trybuny North Bank, na którą zwykle chodził Hornby. Tutaj mógł się oprzeć o balustradę. W tym miejscu, pomyślał, będzie bezpieczny w momencie masowego szaleństwa kibiców jeśli Kanonierzy strzelą gola. Tego popołudnia podejmowali Wimbledon. To nie był byle jaki rywal. W tamtych czasach drużyna skromnego klubu z południowo-zachodniego Londynu ze względu na brutalną grę zyskała przydomek Szalony Gang. Rywalizowali na murawie ale w ich poczynaniach nie było śladu estetyki a jedynie pragnienie zemsty. Gary Lineker powiedział kiedyś że ten zespół Wimbledonu najlepiej oglądać w telegazecie. Prawda była taka że strach u rywali wywoływał już sam sposób, w jaki podciągali getry. Dave Beasant, John Fashanu, Brian Gayle, Denis Wise, Vinnie Jones - ten ostatni na szczęście akurat pauzował. Jeśli któremuś nie brakowało zęba, to na przedramieniu miał przerażający tatuaż albo był chociaż łysy. Wszystkie te podejrzane typy sprawiały wrażenie jakby zbiegły z Alcatraz a nie zajmowały się zawodowym uprawianiem sportu. Kiedy jego partnerka poszła kupić coś do jedzenia przed rozpoczęciem meczu, przypomniał sobie Vaughana, kibica, którego znał od wielu lat i który w poprzednim sezonie wybrał się na mecz drużyny rezerwy Wimbledonu z rezerwami Luton. Było mroźne styczniowe popołudnie. Pogoda nie sprzyjała. Jego przyjaciel wyznał że udał się na to nieistotne spotkanie po prostu dlatego że bardzo to lubił. Oczywiście Vaughan musiał niejednokrotnie i bardzo stanowczo zaprzeczać że jest ekscentrykiem. Teraz, kiedy Hormby z rozwaloną kostką stał na trybunie na Highbury, zamiast leżeć na kanapie w salonie albo w szpitalnym łóżku, doskonale rozumiał ludzi, którzy(jak on sam czy właśnie Vaughan) musieli bronić swojego szaleństwa jako czegoś racjonalnego. Wbrew temu, czego można się było spodziewać rywalizacja na boisku przebiegała dla piłkarzy Arsenalu spokojnie. Szalony Gang nie pokazał zębów, długimi momentami przypominał raczej sflaczałą poduszkę w rękach zawodników George'a Grahama. Andy Thorne(samobój), Michael Thomas i(jakżeby inaczej) Alan Smith przypieczętowali zwycięstwo gospodarzy. Kiedy sędzia zagwizdał trzykrotnie Hornby’ego bolało całe ciało. Nie uważał jednak by tego popołudnia zapłacił zbyt wysoką cenę. Zrobił to z wielką przyjemnością a najbardziej pokrzepiający był fakt że wracał do domu z kolejną wygraną w kieszeni. W nocy spał jak suseł. Jednak następnego ranka nagle obudziło go ukłucie w kostce. Niemal spadł z łóżka. Spojrzał na leżącą obok narzeczoną i zasłonił twarz dłońmi. „Jesteś idiotą. Doskonałym idiotą"- powiedział do siebie. W wieku 30 lat uwięziony między bólem a wyrzutami sumienia, poczuł niepokój: „Nie mogę już wykorzystywać wieku czy młodości aby tłumaczyć swoje zachowanie"- pomyślał. „W miarę jak się starzeję tyrania futbolu w moim życiu i w życiu otaczających mnie osób zaczyna być coraz mniej rozsądna, mniej kusząca". Ale w takim razie jaką inną ścieżkę mógł obrać? Hornby zamknął oczy i zaczął sobie przypominać wszystkie gole, które Alan Smith strzelił w koszulce Kanonierów aż w końcu znowu zapadł w głęboki sen...

Nicholas Hornby.

2

@Bernard777 Historyjka dla ciebie i innych zainteresowanych.

10

Drugi sezon ,,Czerwonoarmistów” w europejskich pucharach:

Pierwszy mecz Widzew Łódź – St. Etienne był rozgrywany 19.09.1979 r. w obecności 35 tys. widzów na stadionie ŁKS-u. Była to 1/32 finału Pucharu UEFA a wynik tej konfrontacji to 2:1 (0:1) dla Widzewa. Drużyna francuska była wtedy jedną z najlepszych w Europie a w jej składzie grali reprezentanci Francji, Holandii i Jugosławii. Wszyscy kibice piłkarscy znają nazwiska Michela Platiniego czy reprezentanta Holandii, wicemistrza Świata z 1974r. i 1978r. Johnny Repa a przecież obok nich występowali tacy znani zawodnicy jak Jugosłowiański bramkarz Curković czy Francuzi Lopez, Larios, Santini, Rocheteau i Zimako.

Na ten mecz przyjechało ponad 50-ciu dziennikarzy francuskich a zainteresowanie w Łodzi (i nie tylko) było olbrzymie. Widzew wtedy w lidze spisywał się słabo, ale przeciwko St. Etienne rozegrał kapitalny mecz. Pierwszą bramkę w 37 min. zdobył Platini z rzutu wolnego. Piłka odbiła się od nogi naszego obrońcy i zmyliła Burzyńskiego, któremu nie pozostało nic innego jak wyciągnąć ją z siatki. Do tego momentu gra była wyrównana. Wynik 1:0 dla gości utrzymał się do przerwy mimo prób Widzewiaków jego zmiany. W drugiej połowie Widzew huraganowo atakował a Francuzi bronili się rozpaczliwie. Padły dwie bramki. Po faulu Platiniego w 66 minucie rzut wolny wykonywał Smolarek. Piłka trafiła do Bońka, który po solowej akcji wyrównał. Później, w końcówce meczu, w 81 min po dośrodkowaniu Bońka z rzutu rożnego, Kowenicki strzelił głową zwycięskiego gola na 2:1. Francuzi po stracie tej bramki nie kwapili się już z bardziej energicznymi atakami. Nie chcieli stracić kolejnej bramki i grając zachowawczo „dowieźli” nikłą porażkę do końca meczu. Radość na stadionie była ogromna i co ciekawe została uwieczniona nie tylko w zapisie taśm telewizyjnych, ale również na płycie z piosenką o Widzewie, nagraną przez zespół Klaatu. Zwrotki piosenki przeplatały się raz odgłosami szalejących ze szczęścia trybun i komentarzem spikera telewizyjnego Madeja-seniora po bramce Bońka a innym razem dopingiem całego stadionu Widzew, Widzew, Widzew. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę widzów nie było to dużo, ale najważniejsze jest to, że szczególnie w drugiej połowie dopingował cały stadion. Ludzie wierzyli w Widzew i się nie zawiedli, choć widać było, że w rewanżu mogą być duże problemy. Zorganizowanych kibiców ŁKS-u na tym meczu nie było.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777

7

@FCBparasiempre
19 września 1951 r. urodził się Kazimierz Kmiecik, napastnik. Jacek Gmoch ciągle żałuje że nie zabrał króla ligowych snajperów na MŚ w 1978 r. Kazimierz mógłby tam zrobić coś dobrego. Na przykład tak jak 2 lata wcześniej strzelić bezpośrednio z rzutu rożnego gola Argentynie. ,,Kazio długo był najlepszym strzelcem w polskiej lidze i powinienem go wziąć do Argentyny w 1978 r. Wstydzę się do dziś iż nie poznałem się na jego talencie. Na mundialu bardzo by nam się przydał. Przeprosiłem Kazia już kilka razy a nawet się zrehabilitowałem, ściągając go do greckiej Larissy. Kmiecik zrobił w niej furore”- tak o napastniku w książce ,,Najlepszy trener na świecie” mówił Jacek Gmoch. Przyznał że snajper krakowskiej Wisły stał się jego selekcjonerskim wyrzutem sumienia. ,,Wszystko prawda. Trener rzeczywiście przyznał się do błędu. Mówił mi o tym już w Grecji. Wypada mi się z nim zgodzić”- z uśmiechem mówił pan Kazimierz. W latach 50-tych specjalistą od goli strzelanych z rzutów rożnych był Baszkiewicz z Gwardii Warszawa. Dwie dekady później podobnym talentem błysnął gwardzista z Krakowa. Jesienią 1974 Kmiecik pokonał w ten sposób Sowińskiego z Szombierek Bytom a 3 lata później Marka Szczecha z Pogoni Szczecin. Oba nietypowe gole okazały się na wage zwycięstw Białej Gwiazdy. Trafić do siatki z narożnika w krajowych rozgrywkach to jeszcze nic. 24 marca 1976 r. Kmiecik strzelił takiego gola na Stadionie Śląskim Argentynie. Tym razem skapitulował Hugo Gatti z Boca Juniors. Po murawie biegali późniejsi mistrzowie świata: Tarantini, Gallego, Housman, Luque, Ardiles, Kempes a na ławce siedział oczywiście trener Cesar Luis Menotti. Ten mecz zasługuje na zapamiętanie także z innego powodu. Był to reprezentacyjny debiut trzech późniejszych medalistów MŚ w Hiszpanii: Pawła Janasa, Janusza Kupcewicza i Zbigniewa Bońka. ,,Po moim golu było 1:0 ale przegraliśmy 1:2 i to trochę mąci mi tamto wspomnienie. Recepta na gole z kornera? Prosta. Kręciłem w stronę bramki, golkiper robił krok do przodu i dostawał za kołnierz”- opisuje Kmiecik. Na rozegranym 2 lata później mundialu w Argentynie Kmiecika nie było i tym razem Polacy nie zdołali Argentyńczykom trafić do siatki(0:2). Nasz bohater nie doszukuje się tu żadnej zależności, wręcz odcina od spekulacji. Jednak to prawda iż miał spektakularne porachunki z gospodarzami mundialowych turniejów, które mogłyby go dodatkowo uskrzydlić.

Przecież już w 1974, w historycznym meczu na wodzie z RFN, gdy przegrywaliśmy 0:1, on w jednym z najważniejszych momentów w dziejach polskiej piłki stanął przed szansą przywrócenia Biało-czerwonym życia. Wprawdzie potrzebowaliśmy wygranej, lecz po stracie gola najpierw musieliśmy wyrównać. Wtedy napastnik Kmiecik na ostatnie minuty zastąpił defensywnego pomocnika Zygmunta Maszczyka i miał tę jedną wyśnioną szanse! Strzelał z 12 metrów, prawie jak rzut karny, na pewno tysiąc razy łatwiej niż z kornera. Na telewizyjnej powtórce, w ujęciu zza bramki, widać jak niektórzy koledzy wyrzucają ręce w góre, już cieszą się z gola. Przedwcześnie. Ten przeklęty Josef Maier obronił! ,,Piłka była śliska, mokra. Uderzyłem jak najlepiej się dało. Już widziałem ją w bramce. Maier odbił czubkami palców…”- wspomina pan Kazimierz. ,,Na mundial w 1982 r. nie miałem już szans jechać. W towarzyskim meczu z Kolumbią(4:1) złamałem kość jarzmową i nigdy nie doszedłem do dawnej formy. Skończyła się reprezentacyjna kariera, choć w lidze nadal strzelałem gole”- kontynuuje Kmiecik. Pierwszym jego zagranicznym klubem było belgijskie Charleroi, jednak piłkarskiego szczęścia tam nie znalazł. Występujący w drugiej lidze zespół grał przeciętnie. Klub miał ogromne kłopoty finansowe. Kmiecik wrócił do Krakowa. Runde pograł w Wiśle i wtedy dostał oferte od Gmocha z Larisy. Odszedł z niej po zdobyciu Pucharu Grecji, już pod komendą trenera Strejlała. ,,Kibice ciągle mnie pamiętają. Wiem bo jeżdże tam czasem na wakacje. Ostatnio rzadziej ale znowu będę chciał ich chciał odwiedzić”- mówi o swoich planach pan Kazimierz. Wtedy zdawało się że powoli trzeba będzie kończyć karierę że po pobycie w Grecji nadszedł dobry czas by dograć sobie jeszcze pare lat w słabszej lidze, jednak Kmiecikowi wciąż było mało. Poszedł do niemieckiej 2. Bundesligi, gdzie co jak co ale zdrowie do zasuwania po boisku od pierwszej do ostatniej minuty trzeba mieć. Tym bardziej że Stuttgarter Kickers był zespołem z dużymi ambicjami. W Niemczech Kmiecik wciąż należał do klasowych napastników. W 1987, mając 36 lat, awansował do finału Pucharu Niemiec! Wcześniej drugoligowcy pokonali Fortune Düsseldorf 3:0 a jednego z goli zdobył Kmiecik. W bezpośredniej walce o trofeum na Stadionie Olimpijkim w Berlinie Zachodnim drugoligowiec na oczach 75 tysięcy widzów zmierzył się z Hamburger SV. ,,W drużynie rywali grał Mirek Okoński, wtedy gwiazda Bundesligi. Ich liderem był jednak reprezentant Niemiec Manfred Kaltz. Szybko objeliśmy prowadzenie ale oni zaraz wyrównali. Mijały minuty i zmierzaliśmy do dogrywki. W 88 minucie po faulu na Mirku z wolnego do siatki trafił Kaltz. Rzuciliśmy się do odrabiania strat i zostaliśmy skarceni jeszcze jednym golem w doliczonym czasie. Wynik 1:3 nie oddaje tego, co się działo na boisku. Bardzo trudno była nam się z tym pogodzić”- wspominał Kmiecik. W następnym sezonie Kickers weszli do 1. Bundesligi! Weteran z Polski miał udział w tym sukcesie ale grał już trochę mniej. Strzelił 3 gole… ,,Po awansie wiedziałem że nie ma sensu tego ciągnąć na siłe, zdrowie już nie pozwalało”- przyznaje pan Kazio. Pograł jeszcze jeden sezon w Offenburger FV(po wojnie piłkarzem tego klubu był legendarny Ernest Wilimowski) i wrócił do Polski. Pechowy finał Pucharu Niemiec to jeszcze nic. Można powiedzieć że Kmiecik w sportowym pechu był doświadczony. Wiosną 1979 przegrał dwumecz z Malmö FF w ćwierćfinale Pucharu Europy. ,,W obu meczach strzelałem gole. W Krakowie dało nam to zwycięstwo 2:1 pięć minut przed ostatnim gwizdkiem. W rewanżu strzeliłem na 1:0, do końca było jeszcze pół godziny i… nagle straciliśmy 4 gole! Nie potrafie tego zrozumieć, nawet dzisiaj”- mówi Kmiecik i udaje mu się ustalić dwa konstruktywne wnioski: ,,Nasz bramkarz Staszek Gonet nie miał swojego dnia, sędziowie też. Szkoda że VAR-u nie było… Kmiecika od lat prześladuje dręczące przeczucie że wiślacy w półfinale ograliby Austrie Wiedeń i w wielkim finale na Olimpiastadion w Monachium zmierzyli by się z Nottingham Forest. Jego piłkarskie życie zresztą pełne jest dziwnych zakrętów i zawijasów. Choćby to że jest ikoną Wisły a przecież najpierw sporo czasu spędził po drugiej stronie Błoń. ,,Pojechałem na kolonie z kolegami, którzy byli z Cracovii. Mieliśmy turniej w hali, nieźle mi szło i Pasy uznały że powinienem zapisać się do klubu. Pograłem w juniorach 2 lata ale widać Wisła była mi pisana”- tłumaczy pan Kazio. W Wiśle debiutował jako 17-latek, cztery razy był królem strzelców Ekstraklasy, zdobył mistrzostwo Polski, miał medal MŚ i dwa medale olimpijskie łącznie z monachijski złotem. To zdecydowanie nie jest kariera piłkarza, który powinien cierpieć na poczucie niedosytu.

6

11

Chwile grozy:

19 września 2010 r. niejaki Tomaš Ujfaluši sfaulował Lionela Messiego. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, lecz scena ta wyglądała dramatycznie. W końcówce wygranego 1:2 meczu z Atletico Madryt, Messi ruszył z kontrą na bramke gospodarzy i próbujący zatrzymać go czeski obrońca Atletico nadepnął na kostke Argentyńczyka, przez co jego stopa wygięła się w bardzo nienaturalny sposób. Leo opuścił boisko na noszach. Okolice stawu skokowego natychmiast spuchły i wydawało się że czeka go kilka tygodni a nawet kilka miesięcy absencji. Stał się jednak przysłowiowy cud! Już tydzień później wrócił do treningów i dokładnie 11 dni po koszmarnym urazie zagrał w Kazaniu z Rubinem w meczu Ligi Mistrzów, wchodząc na boisko na ostatnie pół godziny.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira

0

@ShawnC To będą ciężary? To będzie porządny wpierdol! Przecież gdzie Newcastle a gdzie PSG!? Przeca to niebo a ziemia!

0

@misterio Mniej więcej coś w tym stylu chciałem napisać ale nie miałem odwagi, bałem się że mnie powyzywają od najgłupszych na tej stronie i że kompletnie nie znam się na piłce!
No może nie tragicznie ale jednak bardzo słabi na Lige Mistrzów...

0

@escarabajo Aaaa.. No to nie można od razu po ludzku napisać!? Tylko jakieś głupoty!!!

0

@escarabajo Nasz tygrysek dalej gotuje? Co ty to pleciesz?

11

Premierowe trafienie:

19 września 1998 r. Patrick Kluivert strzela swojego pierwszego gola w barwach Blaugrany w meczu o stawke. Miało to miejsce na Santiago Bernabeu w ligowym El Clasico, zremisowanym przez Barçe 2:2. Kluivert strzelił gola w 12 minucie dobijając piłke niemal do pustej bramki po interwencji bramkarza Ilgnera i wyrównując stan meczu na 1:1.

Przypominam te El Clasico:



@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

4

Bez względu na wynik meczu, po raz pierwszy w życiu obejrze Barcunie w Lidze Mistrzów na Canale+! Dziwne uczucie, nigdy nie było mnie stać na zakodowane programy w Lidze Mistrzów aż do teraz...

10

Niedoceniane legendy futbolu:

18 września 1973 r. urodził się brazylijski snajper Mário Jardel de Almeida Ribeiro. Był przede wszystkim piłkarzem niesłusznie niedocenianym. Może nie miał bajecznej techniki, którą czarowali Brazylijczycy, ale strzeleckiego zmysłu może mu pozazdrościć wiele brazylijskich gwiazd. Fantastyczny piłkarz o zabójczym instynkcie strzeleckim, z mocnym strzałem z obu nóg, szybki, skoczny, o żelaznej kondycji. Zresztą przydomek „Super Mário” mówi wszystko… Zaczynał w rodzinnym Ferroviário ale tam nie debiutował, to miało miejsce w kolejnym klubie – Vasco da Gama. Tam 50 meczów i 26 goli. Łącznie w jego karierze 21 klubów z 11-tu różnych krajów! Jardel to postać niemal tragiczna, przeżył załamanie nerwowe, popadł w uzależnienie od alkoholu i kokainy. Przyczyna była prosta. Po licznych sukcesach w klubach Brazylii, Portugalii i Turcji (o tych triumfach za chwilę) nie dostał powołania na MŚ 2002. Słaby psychicznie piłkarz zaczął się staczać… Wcześniej jednak piękna kariera, m.in. Grêmio (73 mecze/67 goli), FC Porto (174/166), Galatasaray (44/34), Sporting (62/67). Z tym pierwszym klubem Copa Libertadores 1995 i Recopa Sudamericana 1996, z Porto trzykrotny Mistrz kraju, dwa razy Puchar Portugalii i trzykrotnie Superpuchar. W barwach „Galaty” Superpuchar Europy 2000 (2:1 z Realem Madryt, obie bramki dla tureckiej drużyny zdobył nie kto inny, tylko Mário Jardel). Ze Sportingiem podwójna korona – Mistrzostwo i Puchar (2002). Na jego koncie jest także Mistrzostwo Argentyny (Newell’s Old Boys, 2004) i Puchar Cypru (Anorthosis Famagusta, 2006). Indywidualnie było podobnie. Pięciokrotny pod rząd Król Strzelców ligi portugalskiej, czyli ,,Bola de Prata” razy pięć (1997, 1998, 1999, 2000, 2002)! Oprócz tego dwukrotny zdobywca Złotego Buta (1999, 2002), najlepszy strzelec Ligi Mistrzów (2000) i takiż w Copa Libertadores (1995). W reprezentacji Canarinhos tylko 10 meczów i jeden gol. Był w składzie na turniej Copa América 2001, za dużo jednak nie pograł… Łącznie w karierze rozegrał 569 meczów, strzelając 412 goli. Na koniec jeszcze ciekawostka. Był rok 1998, 5-ta runda Pucharu Portugalii (w tamtejszej nomenklaturze to Taça de Portugal), Porto trafiło na Juventude SC. Po pierwszej połowie było 1:0 dla „Smoków”. W przerwie wszedł nasz bohater (zmienił Grzegorza Mielcarskiego) i w ciągu 42 minut strzelił siedem goli! FC Porto wygrało wtedy 9:1 i w tamtym sezonie zdobyli Puchar.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira

10

@FCBparasiempre
Przez trzydzieści jeden lat zawodowo grał w piłkę nożną. Przez ten długi okres w Anglii wyłaniali się kolejni ligowi mistrzowie, zmieniali się selekcjonerzy reprezentacji, pojawiały się i gasły futbolowe gwiazdy, aż wreszcie nastała era Premier League. On w tym czasie bił kolejne indywidualne rekordy. Peter Shilton zajmuje szczególne miejsce na kartach historii angielskiego futbolu, chociaż przyglądając się jego karierze trudno oprzeć się wrażeniu, że w kategoriach zespołowych powinien wygrać zdecydowanie więcej. Kibice Manchesteru United swego czasu wywieszali na trybunach wielki transparent z napisem: „1966 był dobrym rokiem dla angielskiego futbolu. Urodził się wtedy Eric”. To oczywisty pstryczek w nos fanów Trzech Lwów – to przecież rok zdobycia przez reprezentację Anglii jedynego w jej historii mistrzostwa świata, ale sympatykom Czerwonych Diabłów lepiej kojarzył się z datą narodzin Erica Cantony. 1966 był jedna dla angielskiej piłki bardzo dobrym rokiem i to nie tylko ze względu na wygraną w finale mundialu. Wówczas bowiem profesjonalną karierę rozpoczął Shilton. Urodził się 18 września 1949 roku w Leicester. To właśnie w miejscowym City rozpoczął swoją przygodę z piłką nożną. Początkowo ćwiczył samodzielnie na boisku Lisów, ponieważ treningi z drużyną juniorów mógł rozpocząć dopiero w wieku trzynastu lat. Wtedy też po raz pierwszy w akcji zobaczył go Gordon Banks, podstawowy bramkarz klubu i reprezentacji Anglii. George Davies, pierwszy trener Shiltona, powiedział Banksowi, że ten dzieciak już niedługo wygryzie go ze składy. Słysząc te słowa, doświadczony golkiper zaśmiał się głośno, jednak parę lat później zdecydowanie do śmiechu już mu nie było. Już od dzieciństwa Peter robił wszystko, aby dojść na sam szczyt. Kochał grę na bramce i zawsze analizował swój każdy, nawet najmniejszy błąd. Tak bardzo martwił się o swoje słabe piąstkowanie, że rozwiązania szukał w ruchach bokserów. Po pewnym czasie worek bokserski stał się ważnym przyrządem w czasie jego bramkarskich treningów. Na boisku rozstawiał pachołki w różnych miejscach, aby doskonalić interwencje z każdej pozycji. Siłę poprawiał dzięki skokom na murek, z przyczepionym do pleców workiem kamieni. Z treningu nie schodził, dopóki nie poprawił jakiegoś elementu technicznego. Do tego strasznie wściekał się, gdy jego koledzy z obrony nie grali tak, jak on sam sobie zaplanował. Był tak nastawiony na karierę, że nie podszedł w ogóle do egzaminów na zakończenie szkoły. Gdy przerażona matka zapytała go co zrobi, gdy mu się nie uda, odpowiedział pewnym głosem: ,,Nigdy nawet o tym nie myślałem. po prostu zamierzam odnieść sukces i już.” Talent Shiltona nie podlegał dyskusji, dlatego zadebiutował w pierwszym zespole Lisów pod koniec maja 1966 roku, mając jedynie szesnaście lat. Kilka tygodniu po tym meczu Anglia wywalczyła na własnym podwórku mistrzostwo świata, a w jej bramce stał Banks, który po urlopie wrócił ze złotym medalem do Leicester. Shilton był na tyle pewny swoich umiejętności, że w pewnym momencie postawił klubowi ultimatum – albo będzie numerem jeden, albo odejdzie. Władze zespołu postanowiły zaryzykować i ostatecznie postawić na niego. Banksa sprzedano do Stoke w 1967 roku, tłumacząc mu, że „najlepsze dni ma już prawdopodobnie za sobą”. The Potters wydali na niego 56 tysięcy funtów. Leicester miało więc nowego króla. Wejście do bramki Lisów jako numer jeden Shilton rozpoczął od mocnego uderzenia. I to dosłownie – w październiku 1967 roku… strzelił bramkę w spotkaniu z Southampton. W pewnym momencie wybił daleko zmierzającą ku niemu piłkę, czym tak zaskoczył swojego rywala po drugiej stronie boiska, że zdobył gola, a jego drużyna wygrała ostatecznie 5:1. Drugi sezon nie był z pewnością taki, o jakim Peter marzył. Leicester wygrało zaledwie dziewięć meczów w lidze i spadło z First Division. Mieli szansę, aby łzy otrzeć przez zdobycie Pucharu Anglii – w finale przegrali jednak 0:1 z Manchesterem City. Dziewiętnastoletni wówczas Shilton stał się tamtego dnia jednym z najmłodszych bramkarzy, którzy wystąpili w finale FA Cup. Co ciekawe, bohater tekstu już nigdy nie dotarł do tego etapu krajowego pucharu. Po dwóch latach Lisy wygrały Second Division i wróciły do angielskiej elity. Tam przez kolejne sezony balansowały między łatką ligowego średniaka, a kandydatem do spadku. Shilton wciąż pozostawał bramkarzem numer jeden i z każdym występem zbierał coraz lepsze noty. W międzyczasie Bank, który ciągle bronił barw Stoke, z powodu fatalnego wypadku samochodowego został zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery (utracił wzrok w prawym oku). The Potters w poszukiwaniu jego następcy zgłosili się do sprawdzonego wcześniej miejsca. Przed startem sezonu 1974/75 wyłożyli na Petera 325 tysięcy funtów. Shilton tym samym pobił trzykrotnie rekord transferowy brytyjskiego bramkarza i przebił nawet kwotę, którą Juventus zapłacił za Dino Zoffa. W sumie w koszulce Lisów wystąpił w 286 spotkaniach ligowych.

W swoim pierwszym sezonie na Victoria Ground, bohater tekstu wraz z kolegami z drużyny długo dzielnie walczyli o ligowe podium, ale musieli uznać wyższość Leeds, Liverpoolu oraz Derby County i ostatecznie zajęli piątą lokatę. Rok później powtórzyli ten wyczyn. Kolejne sezony były już jednak słabsze, aż w końcu projekt Stoke budowany za wielkie pieniądze zaczął się sypać. Gdy klub ogłosił rekordową stratę w wysokości 450 tysięcy funtów, a później do tej kwoty doszedł jeszcze koszt naprawy zawalonej trybuny, pewne było, że drużynę czeka wyprzedaż. Z kolei sprzedaż najlepszych zawodników oznaczała zaciętą walkę o utrzymanie. Ostatecznie Stoke spadło z First Division na koniec sezonu 1976/77. Wiadome było, że Shilton również odejdzie z klubu. Najbardziej zdeterminowany do sprowadzenia go był Brian Clough, który dopiero co awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej z Nottingham Forest. Negocjacje utrudniał jednak fakt, że angielski bramkarz, jako jeden z pierwszych brytyjskich zawodników, miał swojego agenta. Przedstawicieli tego zawodu z kolei nienawidził Clough – na pierwszym spotkaniu do dwóch ludzi reprezentujących Shiltona… rzucał rakietami do squasha. Mimo paru przeszkód, transfer ostatecznie doszedł do skutku miesiąc po starcie ligi, a ,,Forest” przelali na konto Stoke 270 tysięcy funtów. Charyzmatyczny trener uwielbiał Petera. Jim Montgomerry, rezerwowy golkiper Nottingham, żartował nawet, że gdyby Clough nie był żonaty, to po podpisaniu kontraktu najchętniej poślubiłby Shiltona. Trudno się jednak dziwić, że czuł tak wielką sympatię do swojego nowego bramkarza. Gdy Anglik zawitał na City Ground, drużyna miała za sobą już pięć ligowych spotkań, w których straciła sześć bramek. Po jego przybyciu zespół wpuścił już tylko osiemnaście goli do końca sezonu. Efektem tej świetnej gry obronnej było wywalczone mistrzostwo kraju, zaledwie kilkanaście miesięcy po awansie z drugiej ligi! Za swoją postawę Shilton został uznany za Najlepszego Zawodnika Roku, a wyboru tego dokonali jego koledzy z boiska. W tym samym sezonie Nottingham zdobyło Puchar Ligi, jednak Peter nie mógł wystąpić w tych rozgrywkach, ponieważ wcześniej reprezentował w nich barwy Stoke. Rok później, już z Shiltonem między słupkami, powtórzyli wyczyn. Mieli szansę na klasycznego hat-tricka, jednak w trzecim kolejnym finale ulegli Wolverhampton, a jedyna bramka tamtego spotkania padła po błędzie bohatera tekstu, który w wyniku nieporozumienia zderzył się z kolegą z obrony i przepuścił nadlatującą piłkę. To, co zapewniło nieśmiertelność tamtej ekipie ,,Forest”, były dwa zwycięskie finały Pucharu Europy. Pierwszy raz w 1979 roku, a ich przeciwnikiem było szwedzkie Malmo. Tamten mecz Anglicy wygrali 1:0. Rok później identycznym wynikiem pokonali niemieckie HSV. W obu tych spotkaniach od pierwszej do ostatniej minuty wystąpił Shilton. Jak to zwykle w futbolu bywa, miodowe lata drużyny Clougha nie trwały wiecznie. Nottingham w kolejnych latach już nigdy nawet nie zbliżyło się do podobnych wyników, zarówno w kraju, jak i w Europie. Peter borykał się w tamtym czasie również z kłopotami pozasportowymi – rozpoczęły się wówczas jego długoletnie problemy z hazardami, parę razy także został przyłapany na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu. Wszystko to sprawiło, że w 1982 roku podjął decyzję o zmianie klubu.

W tym miejscu należy przerwać opowieść o jego karierze klubowej i przybliżyć przygodę z kadrą narodową. Zadebiutował w niej w listopadzie 1970 roku, kiedy jeszcze bronił barw Leicester w drugiej klasie rozgrywkowej. Dostał wówczas szansę od Alfa Ramseya, a jego pierwszym przeciwnikiem było NRD. Anglicy tamten pojedynek wygrali 3:1, a pół roku później Shilton wraz z Lisami wrócił do pierwszej ligi. Swój pierwszy mecz o punkty. Przeciwko Szwajcarii (1:1), Peter rozegrał w trakcie eliminacji do Mistrzostw Europy 1972. W tamtym czasie niepodważalnym numerem jeden w bramce Trzech Lwów wciąż był Banks, ale jego dawny znajomy z Leicester w reprezentacyjnej hierarchii zajmował miejsce tuż za nim. Anglikom ostatecznie nie udało się awansować na wspomniane Euro, ale Shilton do końca roku rozegrał jeszcze dwa spotkania w narodowych barwach. Wkrótce po tym doszło do tragicznego wypadku Banksa, który zakończył jego karierę, a przed Peterem otworzyło możliwość wywalczenia miejsca w podstawowym składzie reprezentacji. Bój o bluzę z numerem jeden Shilton stoczyć musiał z Rayem Clemencem, który w tamtym czasie był golkiperem Liverpoolu. Początkowo z tego starcia zwycięsko wyszedł bohater tekstu – w lecie 1973 roku w trzech kolejnych spotkaniach reprezentacji zachował czyste konto (przeciwko Irlandii Północnej, Szkocji i Walii), a chwilę później zaliczył swój dziesiąty mecz w narodowych barwach, w pojedynku z Czechosłowacją. Te mecze oznaczały, że to on stanie między słupkami w kluczowym starciu eliminacyjnym, które Anglia miała rozegrać w Chorzowie z Polską. Tam nic nie szło po myśli zawodników Trzech Lwów, a zwycięsko z tego spotkania wyszli biało-czerwoni (2:0). Ten wynik oznaczał, że podopieczni Alfa Ramseya musieli cztery miesiące później wygrać na Wembley, aby awansować do turnieju. Ten mecz, jak wiadomo, od lat żyje już własną legendą. Gospodarze napierali na polską bramkę przez dziewięćdziesiąt minut, ale fenomenalny tamtego dnia Jan Tomaszewski dał się pokonać tylko raz, na dodatek dopiero z rzutu karnego. Wcześniej to goście wyszli na prowadzenie, za sprawą strzału Jana Domarskiego. Za utratę tego gola wielokrotnie obwiniano Shiltona, który sam później przyznawał, że popełnił błąd – murawa tamtego wieczoru była wyjątkowo śliska, a on niepotrzebnie podjął decyzję o łapaniu piłki. Anglicy co prawda wyrównali już po sześciu minutach i mieli niemal pół godziny na zdobycie zwycięskiego trafienia, ale Tomaszewski, nazywany przez Clougha „klaunem”, tego wieczoru nie musiał wyciągać futbolówki z siatki po raz drugi. Polacy zaliczyli więc swój Cud na Wembley, a zawodnicy Ramseya pożegnali się z szansą na wyjazd na mundial. On sam z kolei został zwolniony i zastąpiony wkrótce przez Dona Reviego. Nowy selekcjoner nie darzył Shiltona szczególnym zaufaniem, na co z pewnością miała wpływ jego feralna interwencja przeciwko Polsce – chociaż jak sam antybohater tamtego zajścia podkreślał w swojej autobiografii, był to jedyny błąd, jaki przytrafił mu się w czasie reprezentacyjnej kariery. Anglii udało się zakwalifikować na Mistrzostwa Świata w 1982 roku, które rozgrywane były w Hiszpanii. Był to ich powrót na mundial po dwunastu latach. Shilton w eliminacjach odgrywał ważną rolę, dzięki czemu mógł chociaż w pewnym procencie nawiązaćw narodowych barwach do sukcesów, jakie odnosił na polu klubowym. Warto jednak zauważyć, że na tej rangi wydarzeniu Peter debiutował… w wieku 32 lat! To musiało być frustrujące dla bramkarza, który pierwsze spotkanie w lidze rozegrał jeszcze jako nastolatek. Anglicy na tym turnieju przeszli pierwszą fazę grupową, jednak w drugiej zajęli drugie miejsce i musieli się pożegnać z mistrzostwami. Shilton bronił we wszystkich spotkaniach. Kolejne eliminacje, tym razem do Euro 1984, nie były już tak udane i kadra Trzech Lwów ponownie nie pojawiła się na wielkiej imprezie. W międzyczasie jednak Peter zaliczył występ numer pięćdziesiąt, a niedługo potem numer siedemdziesiąt w reprezentacyjnej bluzie. Wkrótce także pobił należący do Banksa rekord meczów dla Anglii(73), dobijając w czasie zwycięskich eliminacji na Mistrzostwa Świata 1986 do okrągłych osiemdziesięciu spotkań.

Czego nie chciałoby się napisać o tamtym mundialu, to i tak wszystko rozbija się o ćwierćfinałowe starcie Anglików z Argentyną. Tamten pojedynek miał podtekst zarówno sportowy, jak i polityczny. Na czele ekipy z Ameryki Południowej kroczył oczywiście Diego Armando Maradona, który po pierwszych spotkaniach był zdecydowanie najjaśniejszą postacią turnieju. Obrońcom Trzech Lwów długo jednak udawało się skutecznie powstrzymywać jego ataki. W końcu jednak Maradona znalazł sposób na zdobycie gola i jak wiadomo, nie był on zgodny z zasadami fair play. Argentyńczyk wyszedł w powietrze do dośrodkowania, walcząc o piłkę z Shiltonem, i skierował ją do bramki swoją ręką. Sędziowie tamtego spotkania nie dopatrzyli się wówczas przewinienia i trafienie zostało uznane, co zszokowało angielską ekipę. Maradona opowiadał później, że gola strzeliła „Ręka Boga”. Co ciekawe, sam Diego ledwie pół godziny po tym meczu miał się przyznać, że przy bramce pomagał sobie dłonią, przynajmniej tak twierdzi Terry Butcher, który spotkał się z nim w czasie kontroli antydopingowej. Z kolei Shilton przyznał kilka lat temu, że nigdy nie wybaczy Argentyńczykowi tamtego zagrania: ,,Minęły 32 lata i miał naprawdę wiele okazji, aby przeprosić, ale nigdy tego nie zrobił. Podejrzewam zresztą, że już tego nie uczyni. Uważam, że futbol powinien łączyć ludzi a jego zachowanie przeczy tej idei. Po tamtej „ręce boga” nigdy nie chciałem się z nim już spotkać, ponieważ byłem zdania, że powinien za nią przeprosić. Nigdy nie uścisnąłbym jego dłoni.” Niedługo po tamtym trafieniu Maradona dołożył drugie, które było już całkowicie zgodne z zasadami i uznawane jest za jedno z najpiękniejszych w historii piłki nożnej. Diego dostał piłkę na swojej połowie a następnie minął jak tyczki pół angielskiego składu, położył na ziemię Shiltona i wpakował ją do pustej bramki. Argentyna wygrała ten ćwierćfinał a kilkanaście dni później sięgnęła po Puchar Świata. Anglia znów wróciła do domu przed czasem. Mimo tego mało przyjemnego doświadczenia, Peter kontynuował grę dla reprezentacji. Przeszedł z nią udanie przez eliminacje do Mistrzostw Europy 1988, ale na samym turnieju Anglicy wypadli bardzo słabo, zajmując ostatnie miejsce w grupie. Zdecydowanie lepiej poszło im na kolejnym mundialu, rozgrywanym w 1990 roku we Włoszech. Tam zaszli aż do półfinału, gdzie jednak przegrali po rzutach karnych z RFN. Ostatecznie nie mogli cieszyć się nawet z medalu, ponieważ przegrali mecz o trzecie miejsce z gospodarzami turnieju. Shilton zaliczył wówczas mecz numer 125 dla narodowej kadry. Jak się później okazało, był to jego ostatni występ dla kraju. Do dziś pozostaje pod tym względem rekordzistą i raczej trudno będzie komukolwiek przebić kiedyś ten wyczyn. Zanim jednak zakończył reprezentacyjną karierę, z powodzeniem przez lata grał dla różnych klubów. Cofnijmy się znów do 1982 roku, wówczas, po odejściu z Nottingham, zasilił szeregi Southampton. W żadnej drużynie nie dane mu już jednak było nawiązać do sukcesów z wcześniejszą ekipą Clougha (może poza wicemistrzostwem kraju w barwach Świętych w sezonie 1983/84). Przez pięć lat rozegrał dla Southmapton 188 meczów, aby na kolejne pięć sezonów przenieść się do Derby County, gdzie wystąpił w zbliżonej liczbie spotkań. Powoli zbliżał się wówczas do czterdziestych urodzin, a mimo to wciąż był pierwszym wyborem do bramki. Kolejnym etapem jego kariery było Plymouth Argyle. Tam przez trzy lata był grającym trenerem – to po części wyjaśnia, dlaczego, będąc już grubo po czterdziestce, rozegrał tam trzydzieści cztery mecze ligowe. Z tamtym miejscem związana jest również jedna z lepszych anegdot dotyczących Shiltona. Plymouth pod jego wodzą zaciekle walczyło o utrzymanie w Second Division w sezonie 1994/95 (wówczas był to już trzeci poziom rozgrywek – dwa lata wcześniej powstała dzisiejsza Premier League). Peterowi bardzo zależało, aby dodać wiary swoim zawodnikom i natchnąć ich do skutecznego wydostania się z dna tabeli. W jednej z przemów wykrzyknął do nich, że powstaną niczym „flaming z popiołów”. Po chwili niezręcznej ciszy ktoś przytomny zauważył, że słowem, którego trener chciał użyć, był raczej „feniks”. Shilton, dwukrotny zdobywca Pucharu Europy i rekordowy reprezentant kraju, zrozumiał, że w jego mowie nie wszystko potoczyło się tak, jak to sobie zaplanował. Swoją wpadkę skomentował krótko: ,,Wiedziałem, że zaczynało się na literę „f”.” Mimo wspaniałych intencji, nie udało mi się utrzymać w lidze swojego klubu. Po degradacji Peter uznał, że najwyższy czas… na powrót na boisko. W 1995 roku, mając czterdzieści pięć lat, zasilił szeregi Wimbledonu. Przez następny rok przechodził jeszcze do trzech klubów, ale w sumie przez ten czas rozegrał tylko jeden mecz. Jego licznik ligowych gier zatrzymał się na 996, co nie dawało mu spokoju. Postanowił, że dobije do okrągłego tysiąca. Z takim zamiarem dołączył w listopadzie 1996 roku do grającego na czwartym szczeblu rozgrywkowym Leyton Orient. Jego tysięczne spotkanie przypadło na 22 grudnia i transmitowało je na żywo telewizja Sky Sports. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Shilton otrzymał od władz ligi specjalne wydanie Księgi Rekordów Guinnessa. Po tym wydarzeniu dołożył jeszcze pięć meczów, zanim ostatecznie zakończył karierę w wieku czterdziestu siedmiu lat. Jak łatwo się domyślić, do dziś dzierży ten rekord. W zawodowym futbolu Peter utrzymywał się przez trzydzieści jeden lat, zaliczając aż 849 występów w angielskiej ekstraklasie. Śmiało można powiedzieć, że rzucenie w pewnym momencie szkolnej edukacji wyszło mu na dobre.

0

@zgiru Bez dwóch zdań!

7

@FCBparasiempre
Szanowni państwo, dokładnie 100(!) lat temu urodził się Ludwik Rozenbaum, znany szerzej jako Ludwik Wacław Sobolewski. Żołnierz-patriota działający w Armii Krajowej czy pracownik bezpieki? Sylwetka Ludwika Sobolewskiego pełna jest mglistych faktów i domysłów. Jedno jest pewne: bez niego Widzew Łódź nie byłby taki sam. Niestety, z sylwetką wielkiego prezesa Widzewa są pewne, nazwijmy to trudności historyczne, co zauważył również dziennikarz „Gazety Trybunalskiej” Paweł Reising. Próżno szukać informacji dokumentujących jego działalność w szeregach partyzantki Armii Krajowej. Nie istnieją choćby najmniejsze wspominki w dostępnych spisach żołnierzy. W książce „Wielki Widzew” autorstwa Marka Wawrzynowskiego możemy dowiedzieć się, że osoby Sobolewskiego nie pamięta choćby Władysław „Huragan” Pietrzyk. Zaznacza on równocześnie, że „nie jest oczywiście powiedziane, że nie należał, bo przecież w sumie przez oddział przewinęło się około 150 osób, wielu z nich kojarzono tylko po pseudonimach”. Informacje odnośnie przynależności Ludwika Sobolewskiego do Armii Krajowej potwierdza Józef Kowalczyk, wiceprezes ,,Kombudu’’ i człowiek z jego najbliższego otoczenia. Mówi on: ,,Ludwik był w informacji wojskowej w strukturach KBW, to prawda. Działali na terenie Ukrainy, walczyli z bandami UPA w ramach akcji ,,Wisła” ale usunięto go stamtąd właśnie za przeszłość związaną z AK. Wiem o tym bo służył z bratem mojej matki, który miał podobną sytuacje i za ,,Politykowanie” dostał 5 lat więzienia”. Wedle Kowalczyka posługiwał się on pseudonimem „Gołąbek”.

W pozycji „Wielki Widzew” możemy również zapoznać się z wypowiedzią Krzysztofa Kirpszy (wiceprezesa i przyjaciela Sobolewskiego): ,,Spędziliśmy z nim ogrom wolnego czasu ale wiedzieliśmy tylko, że wychował się w biedzie w dzielnicy żydowskiej, zdaje się na Woli w Warszawie i jako dziecko hodował gołębie i jeszcze że startował z sukcesami w młodzieżowych mistrzostwach Polski w szachach, zresztą znakomicie grał”. Według danych zawartych w Biuletynie Informacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej – (sygnatura akt IPN BU 0902/757 t. 1-2 (765/W) nazwisko „Sobolewski” nie jest jego prawdziwym. Ludwik Wacław z domu nazywał się Rozenbaum/Rosenbaum, znany dokładniej jako Lutek Rozenbaum w okresie przedwojennym. W czasie okupacji używał nazwiska Sobolewski. W ankiecie personalnej sam podał, że funkcjonował pod pseudonimem „Gołąb”, miał służyć w oddziałach AL – „Henryka”, „Stacha” oraz „Dona”. Kontrola przeprowadzona wobec jego osoby wykazała, że służył w szeregach Armii Krajowej od 1944 roku w grupie „Wichra” właśnie w powiecie piotrowskim. Wedle zawartych informacji w 1947 roku brał udział w Grupie Operacyjnej „Wisła”. Biografia Sobolewskiego jest owiana mgłą historii, choćby z tego powodu, że główny bohater unikał rozmów na ten temat. Taki sposób „bycia” miał za cel ochronę swojej osoby, jak i rodziny przed działaniami wywiadowczymi okupanta. Szczęśliwie dla siebie udało mu się ujść cało z działań partyzanckich.

Po tym etapie swojego życia znalazł się w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Sportowych a następnie przeniósł się do Łodzi z powodów prywatnych. Po 1945 roku kontynuował również swoją edukację kończąc szkołę średnią oraz trwające dwa lata studium organizacji i zarządzania. . W połowie 1952 roku, ukończył Szkołę Oficerską Wojska Polskiego ze stopniem kapitana. W świat sportu wkroczył w 1968 roku, jako kierownik sekcji piłki nożnej Szkolnego Klubu Sportowego „Start Łódź”. Dwa lata później trafił w szeregi RTS-u Widzew, gdzie pełnił funkcję kierownika sekcji, zastępcy prezesa klubu, a od 1977 roku został prezesem. Funkcję tę sprawował do 1987 roku z przerwami. Następnie musiał uciekać z Polski z powodu działań politycznych, jak i również coraz większej inwigilacji w strukturach sportowych po 1985 roku. Do kraju wrócił dopiero po zmianach ustrojowych i obaleniu komunizmu. W łódzkim Widzewie ponownie objął stery w 1992 roku i w czasie dwunastu miesięcy sprawowania funkcji prezesa udało mu się powołać Spółkę Akcyjną „SPN Widzew S.A.”, ostatni raz w prezesowskim fotelu usiadł w 1998 roku, co można ten czas określić epizodem. Sobolewski swoimi działaniami, choćby jako szef firmy budowlanej pokazał swoją niesamowitą zdolność do zarządzania i budowania kapitału. Praktycznie z niczego, na łódzkiej ziemi stworzył drużynę mierzącą w najwyższe cele. Dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu, Widzew zaznaczył również swoją obecność na arenie międzynarodowej, gdzie toczył boje jak równy z równym, eliminując przede wszystkim Liverpool czy silną Borussię M’Gladbach. To właśnie dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu powstał „Wielki Widzew”. Ostatnie lata ówczesnego wizjonera polskiej piłki były kolejną walką o życie, tym razem przeciwnikiem był nowotwór. Tej bitwy Sobolewski nie był w stanie wygrać. Zmarł 11 listopada 2008 roku, w dniu szczególnym dla narodu polskiego, dodatkowo naznaczony dla kibiców i historii Widzewa Łódź. Za jego największy sukces organizacyjny uznaje się uratowanie klubu w momencie ogromnych kłopotów finansowych. Mowa tutaj o działaniach w trakcie tworzenia się spółki, gdzie zespół nie został przekazany na rzecz nowego podmiotu, a „wypożyczony”. Taki ruch pozwalał na założenie nowego podmiotu, który przejął w całości drużynę. Majstersztyk polegał na tym, że zachowano miejsce na poziomie rozgrywkowym przed transformacją. Ludwik Sobolewski w okresie panującego komunizmu, czerpiąc przykład z działania zachodnich klubów, dokonywał cudów. Wielu zauważa jedno, odszedł z tego świata w pewnym sensie zapomniany a doceniony dopiero po odejściu z tego świata.

Ludwik Sobolewski pozostawił po sobie znaki zapytania, jednakże jeśli mowa o jego działalności związanej z Widzewem Łódź, ona nie podlega żadnym podważeniom. Kilka lat temu radni miasta Łódź zdecydowali o sfinalizowaniu postawienia pomnika wielkiego prezesa obok widzewskiego stadionu, a decyzją mieszkańców projekt zostanie zrealizowany ze środków budżetu obywatelskiego.

1

@Kubsoleon Troche zazdroszcze wam tego nastolatka. Ja byłem już po 40-tce ale przeżywałem naszą Barcunie jak dziecko...

13

Hattrick ,,La Pulgi” na dzień dobry w Champions League:

18 września 2013 r. FC Barcelona rozgromiła na początek rozgrywek Ligi Mistrzów Ajax Amsterdam 4:0 (1:0). Bohaterami w drużynie Katalończyków byli autor hattricka Lionel Messi i bramkarz Victor Valdes, który obronił rzut karny. Oba kluby należą do najbardziej utytułowanych w historii europejskich pucharów, dlatego aż dziw bierze, że w środowy wieczór zmierzyły się po raz pierwszy w oficjalnym pojedynku. Środowy mecz był debiutem w Lidze Mistrzów trenera FC Barcelony Gerardo Martino oraz Neymara. To właśnie Brazylijczyk oddał pierwszy groźny strzał na bramkę rywala, jednak Kenneth Vermeer był na posterunku. W 21. minucie przed dobrą okazją na otworzenie worka z bramkami stanął Lionel Messi. Argentyńczyk był faulowany przez Lerina Duarte przed polem karnym i sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość strzałem z rzutu wolnego. Po jego uderzeniu piłka odbiła się od słupka i zatrzepotała w siatce. To była druga bramka Messiego ze stałego fragmentu gry w Champions League. Chwilę później z kontrą wyszedł Ajax, jednak podanie Krkicia w pole karne nie znalazło adresata. W 30. minucie próbował zrehabilitować się Duarte, jednak jego uderzenie z dystansu wyszło na aut. Dużo lepszą okazję miał Ricardo van Rhijn. Krkič posłał piłkę między obrońców Blaugrany na długi słupek, gdzie pięknym szczupakiem popisał się prawy obrońca Ajaksu ale Victor Valdes wyśmienitą interwencją potwierdził, że nie na darmo mówi się, że to on powinien zostać pierwszym bramkarzem reprezentacji Hiszpanii. Druga połowa rozpoczęła się, zgodnie z przewidywaniami, od dobrej okazji dla Barçy. Z prawej strony kąśliwie dośrodkował Dani Alves, piłkę wślizgiem atakował Alexis Sanchez, jednak minimalnie się spóźnił, a Neymara, który niechybnie umieściłby piłkę w siatce, w ostatniej chwili uprzedził Van Rhijn. Co się odwlecze, to nie uciecze. W 55. minucie z kontrą wyszedł Sergio Busquets i zagrał w pole karne do Messiego. Argentyńczyk w swoim stylu nawinął na zamach Stefano Deswila i pewnym strzałem nie dał szans bramkarzowi Ajaksu. Nie minęła godzina gry a Messi mógł skompletować hat tricka. Neymar posłał półgórne dośrodkowanie w pole karne a najlepszy strzelec Blaugrany oddał sytuacyjne uderzenie kolanem, po którym piłka minimalnie przeszła obok bramki. W 69. minucie wyręczył go Gerard Pique. Z lewej strony prawą nogą świetnie dośrodkował Nemyar a stoper FC Barcelony wyskoczył najwyżej w polu karnym i umieścił piłkę w bramce. Minęło sześć minut i Messi dopiął swego, kompletując hattricka. Argentyńczyk płaskim strzałem pokonał Vermeera, dzięki czemu zanotował 24 hattricka w barwach Dumy Katalonii. Było to już jego 62. trafienie w Lidze Mistrzów, dzięki czemu tracił już tylko dziewięć goli do najskuteczniejszego w historii LM - Raula Gonzaleza. W kolejnej akcji Javier Mascherano nieprzepisowo zatrzymał w polu karnym Thulaniego Serero i sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Kolbeinn Sigthorsson i oddał płaski strzał, który pewnie wybronił Valdes.

@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Cyzix Też nie oglądam Newcastle ale ostatnimi czasy to jest nam bardzo nie podrodze z angielskimi ekipami. Ja z kolei remis biore w ciemno a wcale bym się nie zdziwił gdybyśmy przegrali na Saint James Park...

1

@AssisMoreira To prawda. Z jednej strony żałuje że nie widziałem go w barwach Blaugrany na żywo a z drugiej strony nie musiałem przeżywać jego odejścia, które było wynikiem postępowania Joana Gasparta...
Jednak wystarczyło mi zobaczyć go na mundialach we Francji i Korei Japonii, żeby przekonać się jakim był genialnym napastnikiem...

11

Debiut ,,Pepito” w europejskich pucharach:

18 września 1991 r. Josep Guardiola debiutuje w europejskich pucharach wygranym meczem 3:0 z Hansą Rostock na Camp Nou w pierwszym meczu pierwszej rundy Pucharu Mistrzów. Ówczesny trener Blaugrany Johan Cruijff pozwolił Pepowi rozegrać pełne 90 minut. Gole z Hansą zdobyli: Michael Laudrup(2) oraz Jon Andoni Goikoetxea.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira

11

Feliz cumpleaños panie Luisie!

Dzisiaj swoje 49 urodziny obchodzi Luis Nazario de Lima, jeden z najlepszych napastników w historii futbolu. Kariere zaczynał w Cruzeiro Belo Horizonte, skąd już w 1994 r. trafił do PSV Eindhoven. W Holandii zrobił furore będąc królem strzelców już w debiutanckim sezonie(30 goli!). W kolejnym roku rozgrywek borykał się z kontuzją kolana, lecz i tak zdobył 19 goli w 21 meczach. Już wtedy był na celowniku największych drużyn Europy i ostatecznie trafił do FC Barcelony. Na Camp Nou stał się największą gwiazdą zespołu a do niewiarygodnej statystyki 47 goli w 49 meczach(z czego 34 w La Liga) nie zbliżył się ani grający wcześniej Romario, ani występujący później Rivaldo oraz Ronaldinho. Te liczby poprawił dopiero Lionel Messi. Młody Ronaldo przypominał zresztą pod wieloma względami Argentyńczyka, dysponując bajeczną techniką, fenomenalnym przyspieszeniem i niezwykłym instynktem strzeleckim. Niestety nie miał szczęścia do agentów, którzy mieszali w głowie młodej gwieździe chcąc zarobić jak najwięcej pieniędzy na jego transferach. Prezydent FC Barcelony był już dogadany na wieloletni kontrakt z objawieniem światowego futbolu, lecz w ostatniej chwili rozmowy zerwano i zaledwie po jednym sezonie Ronaldo opuścił Katalonię na rzecz Interu Mediolan za rekordową wówczas sume 27 milionów dolarów. Pod koniec 1997 r. Brazylijczyk otrzymał ,,Złotą Piłke France Football”, lecz zaledwie po roku gry na San Siro zaczęły się jego permanentne problemy ze zdrowiem, przede wszystkim z kolanami. Doszło do tego że w sezonie 2000/2001 nie rozegrał ani jednego meczu a przez 5 lat w Interze nie uzbierał nawet 100 występów. Wrócił jednak w wielkim stylu do czołówki piłkarzy świata na Mundialu w Korei i Japonii 2002, gdzie został mistrzem Świata i królem strzelców turnieju, co zaowocowało transferem do Realu Madryt. W barwach ,,Królewskich” ponownie zdobył korone króla strzelców La Liga, lecz jego kolana wytrzymały gre na najwyższym poziomie tylko przez 3 sezony. W styczniu 2007 r. w wieku 30 lat trafił do Milanu, lecz był już wtedy cieniem samego siebie. W 2009 r. przeniósł się do brazylijskiego Corinthians, gdzie po 2 latach zakończył karierę.

@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

2

Wspaniała, piękna i radosna niczym wiosna jest ta piłka nożna. Nigdy nie wiadomo co się w niej wydarzy!?

8

@FCBparasiempre
Dziś piłkarze zarabiają miliony. Obce są im trudności dnia codziennego. Dawniej sportowcy martwili się, jak pogodzić ciężką pracę w fabryce z graniem w piłkę. Teraz niemałym problemem jest wybór nowego (zazwyczaj kolejnego) samochodu. W poprzednim stuleciu nierzadko piłkarze nie tylko pracowali, trenowali, ale sięgali po broń. Wielu z nich walkę o wolność kraju przypłaciło życiem. Poznajcie historię, w której brzmi jedno wspólne słowo – Katyń. Katyń – słowo, które do dziś wzbudza mnóstwo emocji. Przez wiele lat starano się ten niechlubny fakt historyczny skutecznie wymazać ze świadomości. Działania rodaków w niełatwych czasach poprzedniego systemu pozwoliły jednak, by prawda o tej zbrodni ujrzała światło dzienne. Dziś to my nosimy brzemię odpowiedzialności, aby pamięć o zamordowanych przetrwała. Współczesne dane mówią o tym, iż spośród niespełna 22 tysięcy zabitych Polaków, udokumentowanych jest ponad 260 osób powiązanych ze światem sportu. Wśród nich – Adam Kogut i Adam Obrubański. Poznajcie tragiczną historię piłkarzy, których łączy więcej niż myślicie.

Adam Kogut

Adam Kogut przyszedł na świat w 1895 roku w Krakowie. Właśnie z tym miastem był związany przez większość sportowej kariery. Nazwisko doskonale odzwierciedlało jego charakter, który często przysparzał mu problemów na boisku. Niezwykle waleczny i zadziorny zawodnik nie znosił kompromisów. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał w miejscowym Robotniczym Klubie Sportowym, następnie w Polonii i Krakusie. W wieku 19 lat wstąpił w szeregi Cracovii, gdzie grał głównie w rezerwach. Wybuch I wojny światowej zahamował jego przygodę z drużyną Pasów. Pewnym jest, że w latach 1914-1918 wystąpił w dwóch meczach. Być może rozegranych spotkań było więcej, ale ze względu na brak danych są to jedynie domysły. Kogut w okresie wojennym sprawował za to funkcję kierownika i zawodnika 5. Pułku Piechoty Legionów. W 1917 roku walczył na froncie włoskim pod sztandarem armii austriackiej, do której został wcielony wraz z innymi żołnierzami Legionów. Wracając, został pojmany i uwięziony w celi w Stanisławowie, gdzie przebywał do czerwca 1919 roku. Po odzyskaniu wolności wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Wznowił również karierę piłkarską. Cracovię zamienił jednak na Wisłę, choć tylko na jeden sezon. Co ciekawe, w tym samym czasie barw Białej Gwiazdy bronił Adam Obrubański – drugi bohater tego artykułu. Nikt wówczas nie spodziewał się, że ich losy skrzyżują się raz jeszcze, w zupełnie innych okolicznościach niż boisko piłkarskie. 22 czerwca 1919 roku Kogut wystąpił w barwach Wisły przeciwko Pogoni Lwów. Podopieczni legendarnego Henryka Reymana wygrali z lwowskim zespołem aż 5-1. Warto w tym miejscu nadmienić, iż ukraińska dziś drużyna niedawno przypomniała o sobie polskim kibicom piłkarskim. Wystąpiła bowiem w pokazowym meczu z Łódzkim Klubem Sportowym. Spotkanie zostało zorganizowane z okazji otwarcia nowego stadionu ŁKS-u – klubu, który przyczynił się do powstania Ligi Polskiej w 1927 roku i w którego barwach grał także Adam Obrubański. Niespełna miesiąc po meczu we Lwowie, Adam Kogut zagrał przeciwko „swojej” Cracovii. Obecność na boisku zaznaczył cudownym trafieniem z rzutu wolnego. Strzelił również bramkę w kolejnym spotkaniu z Pogonią Lwów, zremisowanym 5:5. Cracovia, Wisła, ŁKS i Pogoń Lwów to zespoły bardzo ważne w historii polskiej międzywojennej piłki nożnej. Do wybuchu II wojny światowej, drużyny te zdobyły wiele tytułów mistrzowskich lub zajmowały miejsca w pierwszej trójce. Pomimo dobrej postawy, przygoda Koguta z Wisłą nie trwała długo. W listopadzie zarząd Białej Gwiazdy podjął decyzję o wykluczeniu zawodnika z zespołu. Powód? Niesportowe zachowanie, niegodne zawodnika klubu, o którego decyzjach decydowali wówczas m.in. dumni żołnierze Wojska Polskiego. Piłkarz wyruszył do Warszawy, gdzie został wysłany na kurs sportowy. Następnie powrócił do Cracovii, w której pozostał do 1923 roku. Jeżeli wierzyć ówczesnym statystykom – strzelił w tym okresie 75 bramek w 73 meczach. Takiego wyniku nie powstydziłby się żaden napastnik, a wynik Koguta jest tym bardziej imponujący, iż grał przede wszystkim w pomocy. Podczas drugiego, bardziej udanego podejścia w „Pasach”, zawodnik dał się poznać także z innej strony. Zadziornym „kogutem” był także na boisku, co pomagało mu na pewno w zdobywaniu goli, jak również bardzo często sprawiało problemy. 7 lipca 1921 roku zagrał w tzw. reprezentacji Krakowa przeciwko węgierskiemu zespołowi Ujpesti. Polacy ulegli 1-3, a krakowianin (wraz z Henrykiem Reymanem) został wyrzucony z boiska za głośne protesty przeciw pracy sędziego. Mecz bowiem był bardzo brutalny i zawodnik nie mógł pogodzić się z biernością arbitra wobec agresji węgierskich piłkarzy. Rok później wystąpił w reprezentacji Polski przeciwko Szwecji. Był to jego jedyny występ w biało-czerwonych barwach. Gola nie zdobył, ale brał udział w pierwszym oficjalnym historycznym zwycięstwie piłkarskiej reprezentacji Polski. W listopadzie 1922 roku Adam Kogut ponownie przypomniał kibicom o swoim krnąbrnym charakterze. Podczas towarzyskiego spotkania Cracovii z Wawelem, piłkarz został wyrzucony z boiska za znieważenie sędziego. Był to jeden z najgłośniejszych skandali w polskim futbolu przed wybuchem II wojny światowej. Za nazwanie arbitra „ślepym” piłkarza czekała półroczna dyskwalifikacja. Karierę piłkarską utrudniła w dodatku kontuzja – złamanie obojczyka. Zawodnik jednak nie załamał się i rozwijał w tym czasie w innych dziedzinach – zdał maturę (co ciekawe – w ŻEŃSKIM Seminarium Nauczycielskim w Krakowie) i awansował do stopnia kapitana. Od 1923 roku, tj. od momentu zakończenia okresu dyskwalifikacji, jego życie przypominało tułaczkę. Reprezentował barwy różnych klubów – m.in. Polonię Przemyśl, Czarnych Radom, czy II zespół krakowskiej Wisły. Stałe miejsce zamieszkania utrudniały obowiązki związane z życiem żołnierza. W latach trzydziestych ślad piłkarskiej kariery Koguta się urywa. Nie ma żadnych wiarygodnych źródeł potwierdzających jego aktywność sportową.

Adam Obrubański

Utożsamianie Adama Obrubańskiego jedynie z karierą piłkarską, byłoby karygodnym zaniedbaniem. Urodzony trzy lata wcześniej od swojego imiennika Koguta, przyszedł na świat na terenie obwodu tarnopolskiego. Był niezwykle wszechstronnym człowiekiem. Jego zdolności wykraczały daleko poza sferę sportową. W 1932 roku uzyskał tytuł doktora praw, będąc jednocześnie absolwentem prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmował się także dziennikarstwem – pisał dla bardzo popularnego wówczas „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Jak można przeczytać na stronie „Historia Wisły”, był to jedyny polski tytuł okresu międzywojennego, który znajdował się w ciągłej sprzedaży i jego dostępność przekraczała 2000 miejsc w Europie. Pełnił także rolę redaktora naczelnego sportowego tygodnika „Raz Dwa Trzy”. Można określić go również „Gallem Anonimem” krakowskiej Wisły. Dzięki jego kronikom do dziś zachowało się mnóstwo informacji dotyczących początków Białej Gwiazdy. Przygodę z futbolem rozpoczął w 1908 roku w barwach AZS Kraków. Pomimo młodego wieku był nie tylko zawodnikiem, ale również klubowym działaczem. Mając 18 lat wraz ze znajomymi założył drużynę akademicką, którą zlikwidowano w 1912 roku ze względów wychowawczych. Był to jedyny przypadek w historii polskiej piłki nożnej, by z takiego powodu rozwiązać zespół. Obrubański tłumaczył wówczas, że był rozczarowany odejściem od idei czystego sportu, której tak był wierny. Decyzja ta, na pewno niełatwa, świadczy o jego prawości i dojrzałości. W 1914 rozpoczął swoją przygodę z Wisłą Kraków, z którą był związany przez większość piłkarskiej kariery. Można pokusić się o stwierdzenie, że gdyby nie życie żołnierza, które zmuszało go do wyjazdów, w Krakowie zostałby od początku do końca. Właśnie przez obowiązki wojskowe trafił w 1920 roku do ŁKS-u. W Łodzi również dał się poznać z jak najlepszej strony – był kapitanem, grającym trenerem i współautorem triumfu w rozgrywkach Łódzkiego Okręgu. Adam Obrubański był prawdziwym człowiekiem orkiestrą. Jako pierwszy Polak sędziował mecz rangi międzynarodowej (Węgry-Austria w Budapeszcie). Ceniono go przede wszystkim za bezstronność podczas prowadzenia spotkań. Świadczyć może o tym mecz o finał Mistrzostw Polski z 1921 roku. Jego ukochana Wisła przegrała wówczas z największym rywalem – Cracovią, aż 0-5. Obrubański nie zrobił jednak nic, co mogłoby sugerować o faworyzowaniu Białej Gwiazdy. W latach 1924-1925 znajdował się na oficjalnej liście arbitrów FIFA. W tym samym roku pełnił też funkcję samodzielnego kapitana związkowego, czyli stricte – selekcjonera reprezentacji Polski. Rolę tę sprawował jedynie przez cztery spotkania – trzy z nich przegrał, jedno wygrał. Po zakończeniu kariery zawodniczej wstąpił w struktury kierownicze sekcji piłkarskiej Wisły Kraków w 1929 roku. Ciekawe jest to, iż nie była to jedyna sekcja spośród gier zespołowych, którą kierował. Jego rola sprowadzała się m.in. do szukania talentów, choć zakres jego zasług względem krakowskiego zespołu, wykracza daleko poza nałożone obowiązki. Był także jednym ze współtwórców sukcesu z 1927 roku, kiedy to Biała Gwiazda zdobyła pierwsze w historii mistrzostwo. Wyczyn ten powtórzono rok później. Obrubański mógł czuć się podwójnie spełniony, gdyż w dużej mierze dzięki jego inicjatywie utworzono w tymże wspomnianym sezonie oficjalną polską ligę piłkarską, powstałą na wzór tych europejskich. Przeciwni temu projektowi byli m.in. włodarze Cracovii, którzy na znak protestu, wycofali się z pierwszych historycznych rozgrywek. Adam Obrubański walczył o jak najlepsze warunki dla rozwoju krakowskiego sportu, przez co nierzadko popadał w konflikty z PZPN-em, którego włodarzy posądzał o protekcję na rzecz Warszawy. Działał również w Polskim Komitecie Olimpijskim. Był prezesem Związku Dziennikarzy Sportowych w Krakowie i wiceprezesem Związku Dziennikarzy Polskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Kiedy nie działał na rzecz polskiego futbolu, służył polskiej armii jako zawodowy oficer, następnie kapitan rezerw, dowódca plutonu i członek kontrwywiadu.

Katyń

Adama Koguta i Adama Obrubańskiego łączy znacznie więcej niż imię i czasy, w których przyszło im żyć. Ich drogi są łudząco podobne zarówno w sferze sportowej, jak i wojskowej. Obaj związani piłkarsko z Krakowem. Wcieleni do austriackiej armii, następnie weszli w szeregi Wojska Polskiego. Brali udział w słynnej kampanii wrześniowej. Przez jeden sezon grali wspólnie w barwach Białej Gwiazdy, choć Kogut zdecydowanie bardziej związany był z Cracovią, Obrubański zaś – z Wisłą. Wydaje się jednak, że umrzeć powinni właśnie tam, gdzie dla dobra kraju i polskiego sportu sił poświęcili najwięcej – w Krakowie. Los chciał jednak inaczej. Spotkali się ponownie w miejscu, które na zawsze pozostanie najbardziej tajemniczym i najtragiczniejszym w naszej historii. Była to ich ostatnia podróż. W obu przypadkach nie są znane okoliczności, w jakich zostali wzięci do sowieckiej niewoli. Wiadomym jest jednak, że zanim zostali zamordowani w lasku katyńskim, byli przetrzymywani w Kozielsku jako jeńcy wojenni. W 2007 roku podczas uroczystości upamiętniających zbrodnię katyńską zostali pośmiertnie odznaczeni przez prezydenta RP, odpowiednio – Obrubański stopniem kapitana, Kogut – stopniem majora.

Adam Obrubański i Adam Kogut to postaci wyjątkowe. Bohaterowie, żołnierze, patrioci i prawdziwi sportowcy. Ich dokonania świadczą najlepiej o tym, jakimi wspaniałymi ludźmi byli. Przedstawione historie są zaledwie dwiema spośród niemal 22 tysięcy istnień, które swój żywot zakończyły w wyniku bestialskiego mordu sowieckiej armii. Rok 1940, sumiennie tuszowany, był, jest i będzie jednym z najczarniejszych w historii Polski. Nie możemy nigdy o tym zapomnieć. Właśnie ze względu na takich ludzi jak Obrubański i Kogut, którzy byli kimś znacznie więcej, niż dobrymi piłkarzami. Mam nadzieję, że udało mi się Was do tego przekonać – by pielęgnować naszą historię. Taki był cel. My jesteśmy im to winni…

7

O pewnym brzasku w katyńskim lasku, strzelali do nas Sowieci…(w odpowiedzi na mój komentarz):
@AssisMoreira
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@Stinger_ Ależ oczywiście że każdy może ograć każdego. Jednak przyznasz że ten cały Royal Union wygrywając na dzień dobry w debiucie Ligi Mistrzów z taką firmą jak PSV na ich terenie i to 3:1(!) to jest to ogromne zaskoczenie? Zwłaszcza że ten obecny mistrz Belgii pałętał się przez powojenne lata w niższych szczeblach ligowych. A z tą Legią to chyba nie ograła Realu tylko był remis 3:3?
Natomiast wracając do klasyfikacji najskuteczniejszych piłkarzy Barcy w historii, nie dopowiedziałem bardzo istotnej rzeczy. Otóż w tych początkowych latach FC Barcelony piłkarze rozgrywali w sezonie 10 góra 15 meczów o stawke, najczęściej były to Mistrzostwa Katalonii, w dodatku nie wielu piłkarzy grało po kilka sezonów z rzędu, więc siłą rzeczy nie mogło być wiele uzbieranych meczów na koncie a co za tym idzie i goli...

10

To wszystko dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu:

17 września 1980 r. Widzew Łódź zremisował na wyjeździe z Manchesterem United 1:1 w ramach 1/32 Pucharu UEFA. Do sezonu 1980-81 zespół przystąpił poważnie wzmocniony, przede wszystkim w tyłach. Z Odry Opole przybył bramkarz Józef Młynarczyk, ze Śląska Wrocław stoper Władysław Żmuda. To wszystko zaowocowało dwoma pierwszymi w historii Widzewa Łódź tytułami mistrza Polski w 1981 i 1982, ale najpierw był start w Pucharze UEFA. Na Old Trafford, kultowym stadionie w Manchesterze, podopieczni Jacka Machcińskiego wyszli bez najmniejszych kompleksów. Kiedy Sammy McIlroy, reprezentant Irlandii Północnej, już na samym początku w 5 min. uzyskał prowadzenie dla gospodarzy, Krzysztof Surlit jeszcze szybciej, bo już w 6 min. wyrównał. „Wypalił” z rzutu wolnego niczym z armaty tak, że po meczu Dave Sexton, opiekun MU, powiedział tylko: ,,Stadiony świata!” Potem trwał zacięty bój, ale żadna ze stron nie potrafiła zadać decydującego trafienia.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@AssisMoreira

13

Wybitne postacie FC Barcelony:

17 września 1886 r. urodził się Otto Helmut Gmelin, niemiecki kupiec, działacz i sędzia sportowy oraz tenisista. Przede wszystkim Gmelin był prezydentem FC Barcelony przez ponad rok(do listopada 1910). Za rządów Gmelina Blaugrana zdobyła pierwszy w dziejach Puchar Króla Hiszpanii i mistrzostwo Katalonii. Duma Katalonii wygrała również wtedy pierwszy raz w historii mecz z profesjonalną angielską drużyną Corinthians Cardiff(4:1). Otto starał się również odejść od futbolu czysto towarzyskiego pomiędzy kibicami. Jednocześnie dążył do powstania grup stałych fanów, którzy chcieliby oglądać każdy mecz swojej drużyny. Po zakończeniu kadencji wszedł do zarządu i oddał stery Joanowi Gamperowi. W tym samym czasie stał się członkiem hiszpańskiego stowarzyszenia arbitrów.

@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?