FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
24 stycznia 1934 r. w Bytomiu urodził się Henryk Kempny. W latach 50-tych był czołowym strzelcem i prawdziwą gwiazdą polskiej ligi. Dorastał w Bytomiu w niemieckiej rodzinie. Kiedy na początku 1945 r. zbliżał się front, cała rodzina była już spakowana i gotowa do wyjazdu w głąb Niemiec. W ostatniej chwili będąc już na dworcu, jego rodzicie jednak zmienili zdanie. Zostali w Polsce a młody Heniek już w 1948 r. zaczął chodzić na mecze Polonii. Wkrótce razem z dwoma kolegami postanowił spróbować swoich sił w klubie. Na ich talencie poznał się trener Józef Słonecki i chłopcy trafili do juniorskiego zespołu Polonii. W 1951 r. w jednym z meczów juniorów strzelił pięć goli. Seniorski zespół miał wówczas problemy ze skutecznością, więc pod naciskiem prasy trener na kolejny mecz ligowy wystawił Kempnego w pierwszym składzie. Debiut zaliczył 23 września 1951 r. w przegranym 0:1 meczem z AKS-em Chorzów. Rok później w skróconym z powodu przygotowań do igrzysk w Helsinkach sezonie grał już we wszystkich spotkaniach. W 1954 r. swoimi 13 golami bardzo pomógł zespołowi w zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza kraju. Sam zdobył wówczas koronę króla strzelców. Po utalentowanego snajpera sięgnęła warszawska Legia. Kiedy w listopadzie Kempny hucznie świętował z kolegami sukces, miał już w kieszeni bilet do wojska. Miał początkowo wątpliwości czy to dobry krok. Dodatkowo dyrektor kopalni Radzionków przekonywał go, żeby dołączył do jego zespołu a on zapewni mu etat górnika, dzięki czemu uniknąłby wojska. Do Legii przekonała go jednak rozmowa z pułkownikiem Malczewskim, który obiecał mu, że po odbyciu służby będzie miał wolną rękę. W stołecznym klubie trafił pod opiekę trenera Steinera, który ustawiał go na skrzydle. Legia dzięki śląskiemu zaciągowi zdobyła pierwszy dublet a Kempny odegrał w tym sukcesie ważną rolę. Rok później Koncewicz przesunął go na środek ataku a zawodnik odwdzięczył się strzeleniem 21 goli w 22 meczach(!) i na koniec sezonu mógł świętować swoje trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i dorzucił do tego kolejny triumf w pucharze Polski. W Warszawie został jeszcze rok a później wrócił do Bytomia. W Polonii grał do 1963 r. Pod koniec miał problemy z kontuzjami. W 1960 r. złamał nogę po raz pierwszy i z trudem doszedł do dawnej formy. Kiedy jednak w starciu z Jackiem Gmochem kości ponownie nie wytrzymały, wiedział, że jego kariera dobiega końca. Dla Polonii w lidze rozegrał 194 spotkania i strzelił 100 goli. Był klasycznym środkowym napastnikiem, pewnym siebie, zdecydowanym i nadzwyczajnie skutecznym. Grał dynamicznie, elegancko i czarował techniką. Jako trener próbował swoich sił w Górniku Wałbrzych i CKS Czeladź a także w ukochanej Polonii. W 1989 r. wyemigrował do Niemiec. W reprezentacji grał tylko przez trzy lata. Zdążył w tym czasie rozegrać 16 spotkań i sześć razy trafić do siatki rywali. Brał udział w meczach z ZSRR w 1957 r. Pożegnał się z kadrą meczem z NRD w 1958 r., w którym strzelił ostatniego gola.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
3
Karnawał trwa w najlepsze:
0
@Bernard777 To nie można po polsku napisać że w najlepszej formie!?
7
Goleada na „Estadio Manuel Martínez Valero”:
24 stycznia 2015 r. Lionel Messi i Neymar zdobyli po dwa gole a Duma Katalonii rozgromiła walczące o utrzymanie Elche 6:0, utrzymując presję na liderze Realu Madryt. Katalończycy potrzebowali 36 minut, aby przełamać impas za sprawą Gerarda Pique, ale w drugiej połowie dominowali, szczególnie po tym, jak pomocnik Elche Faycal Fajr został wyrzucony z boiska w 57. minucie. Neymar i Messi zaczęli niszczyć swoich przeciwników a Pedro strzelił ostatniego gola w doliczonym czasie gry. Luis Enrique powołał zupełnie inny skład niż ten, który w środę pokonał Atletico Madryt w Copa del Rey, pozostawiając na boisku solenizanta Luisa Suareza, Daniego Alvesa, Andresa Iniestę i Sergio Busquetsa na rzecz Pedro, Martina Montoyi, Xaviego Hernandeza i Marca Bartry. Elche zdobyło siedem punktów w pierwszych trzech meczach ligowych w 2015 roku, ale po kwadransie gry niemal przegrywało, gdy Jordi Alba uderzył z woleja po dośrodkowaniu z rzutu wolnego i piłka przeleciała tuż nad poprzeczką. Messi także uderzył tuż nad poprzeczką, tym razem bezpośrednio z rzutu wolnego, ale w połowie pierwszej połowy Fajrowi udało się dwukrotnie w ciągu kilku minut sprawdzić bramkarza Blaugrany, Claudio Bravo, w sytuacji sam na sam – najpierw z pola karnego, a następnie z rzutu wolnego. Jednak Barça była coraz bliżej zdobycia gola. Messi zagrał idealne podanie po przekątnej w kierunku Neymara przy dalszym słupku, ale Brazylijczyk zarumienił się, ponieważ zupełnie nie trafił w piłkę. Bramka otwierająca wynik padła w końcu dziewięć minut przed przerwą, kiedy Pique opanował klatką piersiową dośrodkowanie Xaviego z rzutu wolnego i po rykoszecie umieścił piłkę w siatce. Obrońca strzelił w tym sezonie więcej goli w lidze niż Suarez. Barça przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść już 10 minut po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy Neymar został sfaulowany przez Sergio Pelegrina, a Messi wykorzystał rzut karny.
Zadanie gości stało się jeszcze łatwiejsze, gdy Fajr otrzymał drugą żółtą kartkę i opuścił drużynę w dziesiątkę. To był sygnał dla Barcelony, by włączyć się do akcji. Messi minął obrońcę i podał piłkę pod nogi Neymara, który bez trudu umieścił ją w dalekim rogu bramki. Dwie minuty później obaj napastnicy ponownie połączyli siły, co dało druzgocący efekt. Neymar zagrał krótkie podanie do Messiego a Argentyńczyk dograł piłkę do kolegi z drużyny, który z sześciu metrów uderzył w górny róg bramki. Po dwóch imponujących asystach Messi słusznie strzelił kolejnego gola. Najlepszy strzelec wszech czasów Barcelony minął obrońcę Elche i wbiegł w pole karne, a następnie umieścił piłkę w dolnym rogu bramki. Ale wciąż był czas na ostatnią bramkę. Neymar pobawił się z dwoma obrońcami Elche na prawym skrzydle a następnie podał piłkę do Pedro, który dobił ją do szóstej bramki.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@FcPortoFan1999 Dokładnie tak! W końcu nadzieja umiera ostatnia...
4
Nasza kochana Igunia, duma polskiego tenisa. No jak tu jej nie kochać po tym wszystkim co przeszła i jak wiele radości nam przysporzyła. Naprzód Iga, naprzód po kolejne zwycięstwo!
9
Czy wiecie że…..
24 stycznia 1982 r. padł ligowy gol nr. 3000 dla FC Barcelony. Jego autorem był Enrique Castro Gonzalez, który trafił do siatki w 60 minucie wygranego 4:3 przez Barçe meczu Primera Division z CD Castellon.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Bernard777 W swoim co? co to za cholerstwo te prime?
1
@Martwy No nie da się ukryć...!
18
Feliz cumpleaños panie Luisie! Swoje 39 urodziny obchodzi dziś Luis Alberto Suarez Diaz, bardzo dobrze znany wszystkim cules. Dziękujemy serdecznie ,,gryzoniu” za zaangażowanie, ducha walki i wiele ważnych i wspaniałych goli. Zdrówka i wszystkiego najlepszego!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Arkon Powinna kupić kogoś z dwójki Gvardiol-Bastoni. Obaj są młodzi i inteligentni. Zapewne Barca wybrałaby na tą chwile tańszego ale obaj są chyba za drodzy.....?
12
Żywe legendy futbolu:
23 stycznia 1984 r. urodził się Arjen Robben, pomocnik reprezentacji Holandii i Bayernu Monachium. Z "Oranje" (96 meczów, 37 goli) w 2010 roku zdobył wicemistrzostwo świata a przez 10 sezonów gry w Monachium (309 meczów, 144 gole i 101 asyst) aż ośmiokrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec i raz wygrał Ligę Mistrzów. To właśnie Robben strzelił zwycięskiego gola w finale na Wembley z Borussią Dortmund (2:1) w 2013 roku. Holender, którego wielokrotnie dręczyły kontuzje, występował także w PSV Eindhoven, Chelsea i Realu Madryt, a karierę rozpoczął i zakończył w holenderskim FC Groningen.
@Adran360
@Arkon
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
@FCBparasiempre
Wielu piłkarzy z niższych lig na świecie marzy o tym, by kiedykolwiek przebić się na najwyższy poziom. Chcą oni wyrwać się z piłkarskiej nicości, zarobić więcej pieniędzy i przede wszystkim zdobywać puchary. Nie ma tu wyjątków. Wszyscy, którzy kiedyś zaczynali, dążyli do tego samego. Taki sam był Moreno Torricelli, piłkarz, który z nieznanego chłopaka z regionu Como stał się jedną z ikon Juventusu lat dziewięćdziesiątych. Poznajcie jego historię. Torricelli urodził się 23 stycznia 1970 r. w miejscowości Erba. Jest to nieduża wioska w regionie Lombardii w prowincji Como. Piękne miejsce do wychowywania się i spędzania czasu nad jeziorem. Młody Moreno postanowił jednak wziąć sobie za cel bycie wybitnym piłkarzem. Urodzony w 1970 roku przyszły czołowy obrońca ligi włoskiej, zaczął jednak swoją piłkarską przygodę stosunkowo późno. Dopiero mając osiemnaście lat, stawiał pierwsze poważne kroki na boisku. W dzisiejszych czasach byłoby to dość dziwne, ponieważ często chłopaki w tym wieku są już gwiazdami futbolu. Jako że w Erbie trudno znaleźć profesjonalną drużyną piłkarską, Moreno Torricelli musiał szukać dalej. Los okazał się dla niego łaskawy. Pierwszym klubem, w którym zbierał szlify, było Oggiono. Miejscowość w prowincji Lecco (nie mylić z Lecce) dała szansę Torricelliemu. Tam rozwijał się spokojnie, jego talent nie wystrzelił w górę od razu, jak ma to miejsce z wieloma piłkarzami z małych miejscowości. Czterdzieści dziewięć spotkań wystarczyło jednak do sportowego awansu. Trafił bowiem do Caretese, klubu obecnie znajdującego się w Serie D. Wtedy występowali w rozgrywkach Campionato Interregionale, które w przypadku zwycięstwa premiowały do Serie C2. Tam Torricelli w ciągu dwóch lat rozegrał pięćdziesiąt siedem spotkań. Wtedy nastał moment, który na zawsze zmienił jego życie. Wszystko zawdzięczam Trapattoniemu. Miał odwagę postawić na amatora. Na początku jego wsparcie było fundamentalne. Był w wieku mojego ojca, pochodził z Brianzy, natychmiast się uspokoiłem. Mówił do mnie w dialekcie, nazywał mnie drewnem, cieślą w dialekcie – Moreno Torricelli. Uwagę na niego zwrócił ówczesny trener Juventusu Giovanni Trapattoni, który zdecydował, że nasz bohater trafi do drużyny „Starej Damy”. To był istotnie szalony ruch. Nikt o zdrowych zmysłach nie miał prawa sądzić, że ta decyzja może wpłynąć i na Juventus i na samego Torricelliego. Mało kto ma bowiem tyle odwagi, by zaufać piłkarzowi, który nigdy wcześniej nie kopał piłki na poziomie nawet Serie B, nie mówiąc już o Serie A. Nie dziwi zatem to, że Moreno tak wiele zawdzięcza słynnemu Trapowi. Nie było jednak tak, że Giovanni był troskliwym ojcem. Wręcz przeciwnie, wymagał wiele od swojego nowego podopiecznego. Torricelli wspominał historię, jak szkoleniowiec Juventusowi wpajał mu, by ćwiczył lewą nogę. Wymagał tego od niego w sposób oryginalny. Wpoił Torricelliemu, że jest piłkarzem drewnianym. Sam Moreno dodał od siebie, że jego lewa stopa przypominała w swojej funkcjonalności motykę. Była równie drewniana, jak przyrząd używany przy wykopywaniu ziemniaków, czy plewieniu chwastów. Torricelli sam później plewił chwasty, którymi dla niego byli rywale, ale po kolei.
Moreno grę w piłkę łączył z pracą w magazynie z meblami i byciem stolarzem. Nic nadzwyczajnego mając na uwadze, gdzie grał. Na szczęście dla calcio ktoś inteligentny podsunął Trapattoniemu, by jednak sprawdzić dwudziestodwuletniego wówczas młodego chłopaka. To był strzał w dziesiątkę, który dał później Juventusowi wiele sukcesów. Skromność przejawiała się aż nadto. Był on zachwycony samą możliwością gry w Turynie, ale przede wszystkim faktem, że mógł spotkać się z ikoną calcio, Giampiero Bonipertim. Wewnątrz były jego buty, trofea, skórzane piłki: jakie to ekscytujące. Dał mi pensję w wysokości 80 milionów lirów. Dla mnie, jako stolarza zarabiałem milion i 200 miesięcznie, to była ogromna kwota – Torricelli. Nie dziwił zatem podziw i zachwyt Torricelliego, który nigdy wcześniej nie zaznał takich luksusów. Szybko jednak został sprowadzony na ziemię etyką pracy w Juventusie. Nie było tam czasu na nadmierne podniecanie się, ważniejsza była praca i treningi. Miał niewiele czasu na zaadaptowanie się, co pomogło mu również wykreować swój charakter. Z czasem wywalczył sobie miejsce w składzie na prawej stronie obrony, co ukształtowało później zespół Juventusu na lata. Pierwszym sukcesem Torricelliego na większą skalę był zdobyty w 1993 roku Puchar UEFA. Mimo wszystko zespół „Starej Damy” nie mógł być zadowolony, ponieważ sezon 1992/1993 był pasmem porażek, włącznie z przegranym mistrzostwem Serie A. Drużyna zajęła wtedy odległe czwarte miejsce. Później jednak było lepiej. Od 1994 roku Juventus z Torricellim zdobywał trzy mistrzostwa Włoch, Ligę Mistrzów w finale przeciwko Ajaxowi, Superpuchar Włoch i Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Najciekawiej jednak wspomina zdobyty Puchar Europy. Juventus został bowiem oskarżony o stosowanie dopingu w finale Ligi Mistrzów 1996 roku. Torricelli, usłyszawszy oskarżenia Davida Endta, byłego kierownika Ajaxu, wyśmiał je, dodając, że nic nie mogą im udowodnić, gdyż kontrola antydopingowa się nie odbyła. Po owocnym w sukcesy okresie w Turynie Moreno Torricelli postanowił poszukać nowych wyzwań. Obrał sobie za cel Florencję, by nie opuszczać jeszcze ojczyzny. Idealnie złożyło się, że ruch w stronę Włoch poczynił człowiek, bez którego historia Torricelliego nie miałaby miejsca. Chodzi tu oczywiście o Trapattoniego. Ich losy ponownie zetknęły się w Fiorentinie. Role tym razem nieco się odwróciły. To Torricelli był wtedy bardziej na piedestale. Trapattoni wracał z kolei z Niemiec, gdzie nie poszło mu zbyt dobrze podczas drugiej przygody w Bayernie Monachium. Tam obaj spotkali całkiem ciekawe grono piłkarzy. Wśród nich znaleźli się choćby Gabriel Batistuta, Tomas Repka, Francesco Toldo, czy Rui Costa. Piłkarze, którzy gwarantowali wiele wrażeń, ale przede wszystkim walory piłkarskie. Sam Torricelli, który gwarantował duże doświadczenie, w pierwszym sezonie wraz z kolegami zdobył trzecie miejsce w lidze. Później było niestety gorzej. Sezon później zajęli ledwie siódme miejsce, ale nie mogło to dziwić, ponieważ stracili przed sezonem Batistutę, który w tamtym sezonie zdobył scudetto z Romą. Sezon 2000/2001 był jeszcze gorszy, ponieważ Fiorentina spadła o dwie pozycje w tabeli. Ten sezon był w ogóle bardzo trudny, gdyż „Violę” prowadziło wówczas dwóch trenerów – Fatih Terim i Roberto Mancini. To był powolny koniec kariery Torricelliego. We Florencji pograł jeszcze dwa lata, by w 2003 roku trafić do Espanyolu. Tam jednak wytrzymał sezon, po czym odszedł do Arezzo, gdzie powiesił buty na kołku.
Torricelli nie miał zbytnio szczęścia do występów w kadrze narodowej. Mimo dobrego czasu w Turynie nie dostawał szans w „Squadra Azzurra”. Najpierw Arrigo Sacchi, później Cesare Maldini, a wreszcie Dino Zoff mieli swoich faworytów na pozycję prawego obrońcy. Pierwszym meczem, jaki Moreno rozegrał w niebieskiej koszulce reprezentacji Włoch, było towarzyskie starcie z Walią, przygotowujące Italię do EURO 1996. Później co prawda był powołany na ten turniej, ale tam rozegrał jedno spotkanie grupowe przeciwko Niemcom. To był zarazem ostatni mecz Torricielliego na wielkiej imprezie. Co prawda był powołany jeszcze na mundial w 1998 roku, lecz tam nie wyszedł ani razu na boisko. Moreno Torricelli miał bardzo barwny życiorys. Charakterystyczne długie włosy wyróżniały go na boisku, ale kluczowa w jego przypadku była skromność. To właśnie ona i pokora zaprowadziły go na szczyt włoskiej piłki klubowej. Niestety nie przełożyło się to na funkcję trenera. Jedynymi klubami, które prowadził, były Pistoiese i Figline, które występowały w Lega Pro Prima Divisione.
9
Legendy włoskiego futbolu:
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Dari0G Jacy znowóż "oni" wszyscy mają tu konta??
11
,,Osobistości” Blaugrany:
23 stycznia 2014 r. prezydent FC Barcelony Sandro Rosell podał się do dymisji. Ta informacja była ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich cules gdyż nic nie zapowiadało odejścia prezydenta w połowie kadencji. Rosell podkreślał iż jego czas w klubie się skończył a także opowiadał o pogróżkach, które otrzymywała jego rodzina. Sandro tłumaczył się również z nieprawidłowości przy transferze Neymara, które zdaniem wielu komentatorów były głównym powodem jego odejścia. „Nie chce aby niesprawiedliwy atak wpłynął negatywnie na wizerunek klubu”- podsumował.
,Niesprawiedliwy atak’? I on ma jeszcze czelność domagać się sprawiedliwości? Co za łajdak! Kto został jego następcą dobrze wiemy. Jakaż szkoda że w tym 2014 cały zarząd nie podał się do dymisji. Dzisiaj bylibyśmy zapewne w zupełnie innej sytuacji, zwłaszcza finansowej…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
4
@FCBparasiempre
Warto przypomnieć, że w czasie przygotowań do turnieju, Japonia zmierzyła się w towarzyskiej potyczce z reprezentacją Polski. Rozgrywane na stadionie Widzewa Łódź spotkanie zakończyło się porażką kadry Jerzego Engela 0:2. Pierwszą bramkę dla przybyszów z Azji zdobył w 10. minucie nasz bohater. Wykorzystał on błąd Tomasza Wałdocha i płaskim strzałem przy bliższym słupku nie dał szans Jerzemu Dudkowi. Azjatycki mundial rozbudził apetyty japońskich kibiców. Fazę grupową ekipa prowadzona przez Philippe Trousiera zakończyła bez porażki. Niebiescy Samurajowie zremisowali swój pierwszy mecz z Belgami, by następnie wygrać spotkania z Tunezją i z Rosją. W meczu z zespołem z Afryki Nakata strzelił nawet bramkę. Kolejną przeszkodą na drodze Japończyków byli piłkarze z Turcji. Apetyty azjatyckich kibiców były ekstremalnie rozbudzone. Rozgrzane głowy Azjatów musiały jednak przyjąć na siebie kubeł zimnej wody, gdy po 90 minutach meczu ich pupile przegrywali 0:1. Marzenia o medalu mistrzostw świata pękły jak mydlana bańka. Dodatkowym ciosem dla kibiców Japonii był zapewne fakt, że współgospodarze turnieju – Korea Południowa – doszli aż do półfinału rozgrywek. Następne lata kariery Nakaty w dużym stopniu naznaczone były kolejnymi urazami. Hide brakowało tego błysku, którym czarował kibiców we Włoszech przez kilka sezonów. Mimo to podczas dwuipółletniego pobytu w Parmie wykręcił liczbę 95 spotkań i pomógł zespołowi ze Stadio Ennio Tardini ugruntować status czołowego klubu we Włoszech i uznanej marki w Europie. Kolejne przystanki Hide w Bolonii i Fiorentinie stanowiły już raczej odcinanie kuponów. W końcu w 2005 roku, Mały klejnot postanowił zmienić klimat i po siedmiu latach pobytu we Włoszech udał się do Anglii. Nakata przywdział koszulkę Bolton Wanderers, do którego został wypożyczony przez klub z Florencji. Epizod w zespole Sama Allardyce’a stanowił dla niego koniec piłkarskiej przygody. Japończyk przez kolejne sezony powoli zatracał gdzieś radość z gry, aż w końcu futbol kompletnie przestał go bawić. Czułem, że gramy tylko dla pieniędzy, a nie dla zabawy. Zawsze czułem, że zespół jest jak wielka rodzin, ale przestało tak być. Tak podsumował swoją decyzję, którą podjął już na przełomie roku 2005 i 2006. Chciał jednak ostatni raz zagrać ze swoją reprezentacją na mistrzostwach świata. Legendarny Brazylijczyk Zico, będący wówczas selekcjonerem Niebieskich Samurajów, zabrał go na światowy czempionat do Niemiec. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do poprzedniego Mundialu, nikt nie liczył na dobry występ ekipy z Azji. Gdy sędzia Eric Poulat z Francji po raz ostatni zagwizdał w spotkaniu Japonia – Brazylia, Hide padł na murawę stadionu w Dortmundzie i długo się z niej nie podnosił. Ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Koledzy z drużyny kompletnie nie wiedzieli, o co chodzi Nakacie. Wprawdzie zajęli ostatnie miejsce w swojej grupie, a Brazylia rozbiła ich 4:1, ale żeby od razu z tego powodu płakać? Nikt przecież nie liczył na cuda. Jeszcze tego samego dnia dowiedzieli się, że spotkanie przeciwko Canarinhos było ostatnim w karierze Gioiellino. Decyzja ta była o tyle zaskakująca, że Nakata miał w tamtym momencie ledwie skończone 30 lat. Przez kilka kolejnych sezonów z powodzeniem mógł jeszcze pokopać futbolówkę. Jego decyzja była jednak inna. Przez całe życie grałem tylko w piłkę. Nie wiedziałem jaki jest świat poza futbolem. Chciałbym wiedzieć co dzieje się teraz na świecie i co ja mogę dla niego zrobić. Nakata czuł, że nie może dalej kontynuować kariery. Wkurzała go postępująca komercjalizacja piłki, ale nie był to jedyny powód zakończenia przez niego profesjonalnego grania. Czuł, że przez futbol ucieka mu życie. Czuł, że całą swoją życiową energię poświęcał tylko treningom i meczom. Postanowił, że to najwyższy czas, aby zacząć się rozwijać, zwiedzać świat, poświęcić życie czemuś, co nie będzie go już nużyć, tak jak zawodowy futbol. Stwierdził, że czas zobaczyć coś więcej niż boiska treningowe i hotelowe pokoje. Początkowo postanowił zostać modelem. Pracował między innymi dla Calvina Kleina. Już w czasie kariery często porównywano go do Davida Beckhama. Bardziej niż o samą grę chodziło tutaj o wartość marketingową obydwóch piłkarzy. Gdy Nakata postanowił zająć się modelingiem, te porównania przybrały na sile. Były już piłkarz od zawsze interesował się modą. Eksperci w tej dziedzinie często komplementowali jego wyczucie stylu. Pojawiał się na okładkach rozmaitych, lifestylowych magazynów. Chociażby słynnego czasopisma GQ. Po jakimś czasie również świat mody zaczął być za mały dla Nakaty. Zrealizował więc swoje marzenia o podróżowaniu. Zwiedził między innymi Afrykę. Jego podróże po Czarnym Lądzie zostały uwiecznione na taśmach filmowych i wydane na DVD. Dochód ze sprzedaży płyt zasilił konto fundacji na rzecz walki z malarią w Kongo. Gdy w 2011 roku Japonię nawiedziły potężne trzęsienia ziemi, zlicytował m.in. buty piłkarskie i koszulki, stworzył linię charytatywnej biżuterii i zorganizował mecz dobroczynny. Wszystko by pomóc rodzinom ofiar i poszkodowanym przez kataklizm. Pomagał już wcześniej. Chociażby ofiarom trzęsienia ziemi w Haiti. Buty w których zagrał na mundialu w Niemczech osiągnęły na aukcji wartość 1,5 mln dolarów. Cała kwota została przeznaczona na pomoc Haitańczykom. Natychmiast anulowałem wszystkie moje plany. Musiałem coś teraz zrobić. Sport jest naprawdę duży – szczególnie piłka. Futbol może połączyć ludzi, co jest bardzo ważne w tym momencie i w przyszłości.
Gdy Nakata zakończył swoją podróż dookoła świata, postanowił zająć się biznesem. Zainteresował się produkcją sake. Poznawał wszystko od podszewki. Podróżował po Japonii, rozmawiając z producentami, rolnikami czy sprzedawcami. Jego nowa pasja poskutkowała wyprodukowaniem własnej marki sake o nazwie „N”. Można ją kupić jedynie poza granicami Japonii. Przy czym jest to towar mocno luksusowy i limitowany. Produkuje się jej 1000 butelek rocznie. Cena to około 1000 dolarów za sztukę. Całe przedsięwzięcie ma bardziej na celu promowanie kultury picia sake, aniżeli czysty zysk. Skąd wzięło się zainteresowanie 77-krotnego reprezentanta Japonii produkcją tej ryżowej wódki? Przeżyłem około 10 lat w Europie, jako piłkarz ale także po zakończeniu kariery. W tamtym czasie bardzo często pytano mnie o japońską kulturę. Musiałem pogodzić się z tym, że mam tylko bardzo powierzchowną wiedzę na ten temat. Hide chciał bardziej wniknąć w kulturę swojego kraju. Zostać pełnoprawnym ambasadorem Japonii na świecie. Nie tylko maskotką, którą wszyscy kojarzą z graniem w piłkę, ale wartościową jednostką, która ma swój wkład w japońską kulturę, poczuć większą więź ze swoimi rodakami. Odwiedził wszystkie 47 japońskich prefektur. Spał w miejscowych hotelach, kosztował lokalnej kuchni, rozmawiał z miejscową ludnością. Ta łacińska sentencja z pewnością mogłaby posłużyć za motto Hidetoshi Nakaty. Piłkarz z całych sił stara się przeżywać każdy dzień tak, jakby miał być jego ostatnim. Nie znajdziecie go w mediach społecznościowych. Wszelkie konta na które natraficie nie są kontami oficjalnymi. Nie używam social mediów ani smartfonów, ponieważ dla mnie bardzo ważne jest aby rozmawiać twarzą w twarz. Nie chodzi o wymianę wiadomości, ale o poczucie, że człowiek używa swoich zmysłów, aby zrozumieć życie. Nasze życie dotyczy tego, co jemy, tego, co pijemy, tego, w co się ubieramy, gdzie mieszkamy. Chodzi o jakość życia. Nie chodzi o to, dokąd się wybierasz i czy kupujesz coś specjalnego. Dla mnie radość życia jest cechą tego, co robisz każdego dnia. Dlatego dzisiaj i każdego następnego dnia cieszę się moim życiem. Czytając te słowa, można stwierdzić, że pomimo zakończenia kariery przez Nakatę już w wieku niespełna 30 lat, jest on człowiekiem spełnionym. Piłkarsko chyba też… Bo czy niespełnionym może być ktoś, kto zagrał na trzech mundialach, dwóch igrzyskach, był wybierany najlepszym piłkarzem na swoim kontynencie, był nominowany do Złotej Piłki, a Pele wybrał go do setki najlepszych piłkarzy w historii futbolu? Czy niespełnionym może być ktoś, kto po karierze prowadzi tak intensywne życie osobiste, spełniając wszystkie swoje ambicje i cele? Wreszcie czy niespełnionym może być ktoś, kogo kocha cała Japonia, jego książki z miejsca zostają bestsellerami, a Włosi wręczają mu ordery (Order Gwiazdy Soidarności Włoskiej)? Odpowiedzmy sobie sami.
Sukcesy:
Bellmare Hiratsuka:
1 x azjatycki Puchar Zdobywców Pucharów (1996)
AS Roma:
1 x mistrzostwo Włoch (2001)
AC Parma:
1 x Puchar Włoch (2002)
Japonia:
1 x srebrny medal Pucharu Konfederacji (2001)
9
@FCBparasiempre
Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się japoński futbol, zapewne większość stwierdziłaby, że z „Kapitanem Tsubasą”. Serial animowany o przygodach młodego piłkarza uchodzi w naszym kraju za pozycję kultową. Dodatkowo „Kraj Kwitnącej Wiśni” nie dorobił się w historii swojego futbolu gwiazdy światowego formatu. Jednakże pokolenie wychowane na piłce nożnej przełomu wieków z pewnością zapamiętało dobrze jednego z graczy „Niebieskich Samurajów”. Motorem napędowym „Samurai buru” był bez wątpienia Hidetoshi Nakata. Nasz bohater urodził się 22 stycznia 1977 roku. Wychowywał się w Kofu. Miasto to leży na wyspie Honsiu i jest otoczone pasmem górskim. Młody Hidetoshi mógł w młodości przyglądać się doskonale widocznej z tamtej okolicy górze Fudżi. Miejsca, które dla Japończyków jest świętym. Wychowujący się na wspomnianym wcześniej anime autorstwa Isamu Imakake, stworzonym na podstawie mangi, młody Nakata marzył o przebyciu ścieżki podobnej do tej, jaką podążał kapitan Nankatsu. Chociaż inspiracją dla powstania opowieści o niesamowitym Tsubasie był podobno Kazuyoshi Miura, to właśnie Hide zrobił karierę, która nadawała się, aby umieścić ją na kartach komiksu czy ekranach telewizorów. To on był pierwszym piłkarzem, za którym tłumnie podążali japońscy turyści a kluby, które go zatrudniały, zacierały ręce na myśl o wpływach ze sprzedaży gadżetów azjatyckim fanom. Powstanie ligi z prawdziwego zdarzenia datuje się w Japonii na rok 1992. Wówczas to utworzono profesjonalną J-League. Wcześniej Kraj Kwitnącej Wiśni mógł pochwalić się jedynie bogatymi tradycjami, jeżeli chodzi o futbol w amatorskim wydaniu. Nakata przyznawał po latach, że ciężko wskazać mu jakiegokolwiek idola z dzieciństwa, gdyż tak naprawdę w jego ojczyźnie nie było przed nim nikogo, kto mógłby odgrywać taką rolę. Jako jego największą inspirację po raz kolejny możemy wskazać tutaj wyimaginowanego Tsubasę Ozorę. Sęk w tym, że styl gry zawodników z popularnego anime nijak się miał do prawdziwej piłki. Nakata zakochał się jednak w niemal magicznym futbolu, który mógł oglądać na ekranie swojego telewizora. Na zawsze zaszczepił w swoim umyśle te idee. Do końca kariery traktował futbol jako sztukę, ale zarazem także dobrą zabawę. Gdy byłem dzieckiem, w moje ręce trafił komiks. Niedługo później zacząłem oglądać serial. Po kilku odcinkach wyszedłem na boisko i próbowałem skopiować to, co trener pokazywał Tsubasie: strzelić na bramkę, by piłka odbiła się od poprzeczki i żebym chwilę później mógł uderzyć przewrotką. Nie było łatwo. Jestem przekonany, że gdyby nie ta seria, być może w ogóle nie zostałbym profesjonalnym piłkarzem. Od najmłodszych lat był powoływany do młodzieżowych reprezentacji swojego kraju, jeszcze jako gracz szkolnej drużyny Nirasaki High School. Prawdziwe granie zaczął jednak w 1995 roku, gdy przywdział koszulkę zespołu Bellmare Hiratsuka. Przez cztery lata grania w swojej J-League, Hide zdołał wyrobić sobie markę jednego z najlepszych zawodników w ojczyźnie i wielkiej nadziei Japończyków. Wierzyli oni, że oto objawia im się w końcu piłkarz, który zdoła podbić europejskie murawy. Niekwestionowana gwiazda ich futbolu – Kazuyoshi Miura – nie poradził sobie we włoskiej Serie A. To pokazywało, ile dzieli poziom piłki prezentowany przez Samurajów z tym, który reprezentują najlepsze kluby na Starym Kontynencie. Już nie długo miało to się jednak zmienić a tym, który przetrze szlaki innym zawodnikom z Japonii, miał być właśnie Nakata.
W 1997 roku został wybrany do najlepszej jedenastki J-league. Zdobył także tytuł najlepszego piłkarza Japonii oraz piłkarza roku w Azji. Normalną koleją rzeczy było otrzymanie powołania do seniorskiej reprezentacji Japonii. Najpierw pod wodzą Shu Kamo, a następnie zastępującego go Takeshiego Okady, Niebiescy Samurajowie wywalczyli awans do turnieju finałowego Mistrzostw Świata we Francji. Awans historyczny, ponieważ nigdy wcześniej nie grali na mundialu. Sporą rolę w tym wiekopomnym wydarzeniu odegrał Hide, który w całej kampanii eliminacyjnej ustrzelił pięć bramek. We Francji drużyna prowadzona przez Okadę trafiła do jednej grupy z Argentyną, Chorwacją i Jamajką. Przybysze z Dalekiego Wschodu zgodnie z oczekiwaniami przegrali pierwsze dwa mecze po 0:1. Nie było w tym nic dziwnego, bo Argentyńczycy i Chorwaci byli zdecydowanymi faworytami tej grupy. Dwójka debiutantów – Japonia i Jamajka – miała stanowić tylko tło. W ostatnim, bezpośrednim starciu, Azjaci i drużyna z Karaibów mieli się zaś zmierzyć w meczu o honor. Faworytami byli Niebiescy samurajowie. Reagge Boys dwa poprzednie spotkania zakończyli z bilansem bramkowym 1:8. Piłkarze z kraju Boba Marleya niespodziewanie wygrali jednak mecz 2:1. Japończycy z pewnością nie mogli zaliczyć tego turnieju do udanych. Przegrali wszystkie trzy spotkania. Łyżką miodu w tej beczce dziegciu był jednak ognistowłosy pomocnik. Hidetoshi Nakata wyróżniał się zdecydowanie na tle swoich kolegów z kadry. Nie tylko pofarbowaną fryzurą, ale przede wszystkim umiejętnościami. Swoimi udanymi występami, chociażby przeciwko Argentynie przykuł uwagę europejskich skautów. 1 lipca 1998 roku Hide oficjalnie został graczem włoskiej Perugii, stając się drugim po Miurze Japończykiem w Serie A. Ciężko powiedzieć kto był bardziej zachwycony perspektywą gry w jednej z najlepszych lig świata. Sam piłkarz czy jego rodacy? A może działacze AC Perugia, którzy szybko zauważyli, jak dochodowe okazało się zatrudnienie piłkarza z Azji? W Japonii wybuchła istna „Nakatomania”. Działacze włoskiego klubu już na początku przygody Hide z ekipą Grifoni wyprzedali na daleki wschód 70 tysięcy koszulek z nazwiskiem Nakata na plecach. Wynik godny największych gwiazd futbolu. Obejrzeć jego debiut w barwach drużyny z Umbrii przybyło pięć tysięcy japońskich turystów. Przeciwnikiem piłkarza z Azji i jego nowych klubowych kolegów był w pierwszym meczu wielki Juventus, który kilka miesięcy wcześniej doszedł do finału Ligi Mistrzów. Perugia co prawda uległa po zaciętym boju naszpikowanej gwiazdami Starej Damie 3:4, ale Hide ustrzelił w swoim pierwszym występie w Serie A dublet. Dwa gole strzelone w debiucie podkręciły tylko euforię japońskich kibiców. W gabinetach działaczy Gryfów liczono już pewnie kolejne jeny spływające do klubowej sakiewki. Sam piłkarz udowodnił tym występem wszystkim niedowiarkom, że nie jest tylko egzotyczną ciekawostką, która ma generować zyski, a może być realnym wzmocnieniem zespołu. Był traktowany jak kura znosząca złote jajka. Na każdy mecz Nakaty przybywało kilka tysięcy jego rodaków, chcących obejrzeć, jak zawodnik z ich kraju radzi sobie w słynnej Serie A. Poza nimi na Stadio Renato Curi podążało kolejnych kilkuset fotoreporterów, chcących udokumentować każdą kolejną chwilę Samuraja na boisku. Do Italii zostało oddelegowanych na stałe kilkunastu dziennikarzy, którzy mieli zdawać relację z każdego dnia pobytu Azjaty na Półwyspie Apenińskim. Nic dziwnego, że sam piłkarz szybko dorobił się pseudonimu Gioiellino, co oznaczało Mały klejnot. W Japonii mecze Perugii transmitowane były przez stację Wowow w systemie pay-per-viev. W telewizji otwartej można było zobaczyć jedynie skróty spotkań. W swoim pierwszym sezonie we Włoszech Nakata zagrał w 33 ligowych spotkaniach, w których zdobył 10 bramek i dołożył 5 asyst. Po raz drugi z rzędu został wybrany piłkarzem roku w Azji. Czarował publiczność swoją motoryką, pracowitością, wizją gry i ciągiem na bramkę. Potrafił groźnie uderzyć z dystansu. Odniesiony sukces i popularność godna największych gwiazd filmu czy muzyki nie zakręciła mu przy tym w głowie. Nadal pozostawał skromnym chłopakiem, trzymającym się z dala od skandali obyczajowych i pierwszych stron bulwarówek. Kultura osobista i moralność piłkarza rodem z Japonii była godna największych samurajów, kierujących się kodeksem bushido. Przy jego transferze mieliśmy trochę szczęścia, ale byliśmy też sprytni. On jest jeszcze lepszy niż nam się wydawało – prezes Perugii Luciano Gaucci.
W sezonie 1999/2000, rundę jesienną spędził jeszcze w barwach ekipy z Umbrii. Kolejne dobre występy przykuwały jednak uwagę możniejszych klubów, które wiedziały, że sprowadzenie Hide do swojego zespołu wiąże się nie tylko z pozyskaniem klasowego gracza, ale również z korzyściami marketingowymi. Po półtora roku spędzonym w zespole AC Perugia, Nakatę wytransferowano do AS Romy. Giallorossi wydali 22 miliony euro by móc sprowadzić naszego bohatera do siebie. Mały klejnot, który przyzwyczajony był jednak do gry zaraz za plecami napastników, musiał pogodzić się z bardziej defensywną rolą w zespole prowadzonym przez Fabio Capello. Jego pozycja zajęta była przez Francisco Tottiego, a ten jak wiadomo, w zespole Romy był nie do wygryzienia. Japończyk często spełniał więc rolę zmiennika dla legendy rzymskiego klubu. W drugim sezonie spędzonym w drużynie z Wiecznego Miasta zagrał w zaledwie 15 spotkaniach. W dużej mierze spowodowane było to jednak kontuzją Japończyka. Mimo wszystko Nakata bardzo pomógł swojej drużynie w wywalczeniu Scudetto. W jednym z ważniejszych meczów sezonu, 6 maja 2001 roku AS Roma mierzyła się z Juventusem. Hide pojawił się na boisku w drugiej połowie spotkania, tradycyjnie zmieniając Tottiego. Roma przegrywała wówczas na Stadio delle Alpi 0:2. 12 minut przed końcem spotkania Nakata atomowym uderzeniem z 30 metrów nie dał najmniejszych szans strzegącemu bramki ekipy z Turynu Edwinowi Van der Sarowi. W 90. minucie gry Japończyk po raz kolejny kąśliwie uderzył w stronę bramki rywala. Holender tym razem odbił strzał Hide ale uczynił to tak niefortunnie, że piłka wylądowała wprost pod nogami Vincenzo Montelli, który z łatwością umieścił futbolówkę w sieci. Po raz kolejny Juventus okazał się szczęśliwym rywalem dla Azjaty. AS Roma dzięki temu zwycięstwu utrzymała sześciopunktową przewagę nad Starą Damą i dotrwała na pozycji lidera do końca rozgrywek. Mistrzostwo powróciło do Rzymu po 18 latach. Mały klejnot po sezonie zawinął jednak manatki i powędrował szukać szczęścia w kolejnym klubie z Italii. Mieszek z pieniędzmi rozwiązała tym razem AC Parma, która wyłożyła na Japończyka niemalże 30 milionów euro. I pomyśleć, że trzy lata wcześniej wiele osób wymownie pukało się w czoło na wieść, że Perugia ma zamiar wydać na egzotycznego przybysza 4 miliony dolarów. Każdy kolejny klub wiedział jednak, że zainwestowane w Hide pieniądze z łatwością mogą się zwrócić. Nadal pojawiały się głosy, że kariera Nakaty rozwija się głównie dzięki jego walorom marketingowym. Każdy kolejny prezes zaprzeczał jednak kategorycznie takim pogłoskom. Nie inaczej było w przypadku rządzącego Parmą Stefano Tanziego, który podkreślał, że nasz bohater trafił do należącego do niego zespołu przede wszystkim z powodu umiejętności piłkarskich. Ale czy tylko? AS Roma w czasie pobytu Nakaty w stolicy Włoch zdołała uruchomić dwa klubowe sklepiki w Tokio i Osace. Strona www.nakata.net notowała ponad 200.000 odsłon dziennie. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, w których internet był o wiele mniej popularny niż obecnie. Transfer do Parmy uczynił również z niego na długie lata najdroższego piłkarza Azji. Rekord ten pobił dopiero Heung-min Son, przechodząc w 2015 roku z Bayeru Leverkusen do Tottenhamu. W swoim pierwszym sezonie w barwach zespołu ze Stadio Ennio Tardini, Nakata zdobył wraz z kolegami Puchar Włoch. Parma w finale tych rozgrywek mierzyła się z Juventusem Turyn. Finał Coppa Italia rozgrywany był wówczas w formie dwumeczu. W pierwszym spotkaniu Juventus prowadził już 2:0, jednakże Hide w 92. minucie zmniejszył rozmiary porażki, strzelając kontaktowego gola. W rewanżu gracze Pietro Carmignaniego zwyciężyli 1:0 po bramce Brazylijczyka Juniora. Po końcowym gwizdku to właśnie Nakata i jego koledzy mogli wznieść trofeum ku górze, dzięki bramce Japończyka strzelonej na wyjeździe, która przechyliła szalę korzyści na stronę Parmy. Hidetoshi Nakata po raz kolejny okazał się być zmorą Juventusu. Kolejnym ważnym wydarzeniem w życiu Nakaty, były mające odbyć się w jego rodzinnej Japonii mistrzostwa świata. Cały kraj liczył na udany występ swoich pupili, prowadzonych do boju przez największego gwiazdora kadry w postaci Hide. Były to czasy apogeum popularności japońskiego pomocnika. Był on w tamtym czasie kimś w rodzaju Roberta Lewandowskiego obecnie w Polsce. Telewizja, uliczne billboardy, wszędzie można było ujrzeć twarz Nakaty. Coca-cola, Nike, MasterCard, Canon, Subaru, J-Phones… Łatwiej byłoby chyba wymienić firmy, których Mały klejnot nie reklamował.
9
Żywe legendy azjatyckiego futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
13
Takiego bramkarza to ze świecą szukać:
22 stycznia 1973 r. urodził się Brazylijczyk Rogerio Ceni. Przez całą karierę był wierny São Paulo FC, gdzie występował 25 lat, z czego 23 w pierwszej drużynie. Rozegrał 1236 meczów i strzelił 131 goli! Jest golkiperem z największą liczbą zdobytych goli w historii, bijąc na głowę poprzedniego rekordzistę Jose Luisa Chilaverta(68 goli). Zanim w oficjalnym meczu odważył się wykonać rzut wolny, na treningach oddał podobno 15 tysięcy strzałów. Pierwszego gola zdobył w 1997 roku ale strzały z wolnych zaczął trenować zaledwie rok wcześniej. ,,Byłem wtedy rezerwowym Zettiego. Na treningi przychodziłem wcześniej niż inni, brałem worek z piłkami, szedłem na boisko i ćwiczyłem rzuty wolne – wspominał Ceni. – Zapytałem raz Zettiego, dlaczego on nigdy nie wykonywał wolnych, na co odparł, że chyba jestem szalony. Kiedy zostałem podstawowym bramkarzem, trener Muricy Ramalho dał mi pozwolenie i zostałem oficjalnie wykonawcą wolnych i karnych”– opowiadał Brazylijczyk. W barwach São Paulo wygrał wszystko: trzy razy mistrzostwo stanowe, trzy razy mistrzostwo Brazylii, dwukrotnie Copa Libertadores i Klubowe Mistrzostwo Świata, by wymienić najważniejsze trofea. W reprezentacji Canarinhos wystąpił zaledwie 17 razy (bez gola). Jest mistrzem świata z 2002 roku ale na mundialu zadebiutował dopiero w 2006 roku, zmieniając Didę w spotkaniu z Japonią. 7 grudnia 2015 r. ogłosił zakończenie kariery, teraz, jak mówi, będzie się zajmował „kibicowaniem São Paulo”.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@misterio A można wiedzieć z jakiej przyczyny?
14
Czy wiecie że…
22 stycznia 1927 r. odbyła się pierwsza w historii transmisja radiowa z meczu piłki nożnej: Arsenal – Sheffield United ze stadionu Highbury w Londynie. Również w tym samym roku po raz pierwszy w radiu transmitowano finał Pucharu Anglii: Cardiff City – Arsenal na Wembley 23 kwietnia. W celu ułatwienia słuchaczom orientacji w grze, władze stacji zdecydowały się na rozwiązanie wyprzedzające czasy. Mapę boiska podzielonego na sektory wydrukowano w oficjalnym magazynie radiowym BBC. Oprócz Teddy’ego Wakelama, który stał się najważniejszym komentatorem sportowym w Wielkiej Brytanii w okresie międzywojennym, słuchacze mogli usłyszeć głos drugiego komentatora, czytającego cyfry oznaczające sektor, w którym znajdowała się piłka. Na antenie BBC na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych transmitowano około stu meczów piłkarskich rocznie. Audycje trafiały do coraz większej liczby Brytyjczyków; ponad połowa gospodarstw domowych w tym kraju miała odbiorniki radiowe. Był to jeden z powodów zmniejszenia frekwencji na stadionach, władze ligi piłkarskiej zdecydowały się zatem na drastyczny krok, wprowadzając trwający ponad dekadę zakaz relacji ze spotkań. Jedynym wyjątkiem był mecz finałowy Pucharu Anglii. Oprócz tego wydarzenia stałym punktem programu radiowego były wyścigi konne Grand National i Derby, tenisowy Wimbledon, międzynarodowe mecze krykietowe oraz zawody wioślarskie między uniwersytetami Oxford i Cambridge.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Snajper co się zowie!
22 stycznia 1907 r. urodził się William Ralph Dean, lepiej znany jako ,,Dixie” Dean. Każdy, kto choć raz był na meczu na Goodison Park wie, kim był „Dixie” Dean. Ten środkowy napastnik to jeden z najbardziej znanych piłkarzy angielskiego futbolu, choć wielu kibiców poza Wielką Brytanią może go nie kojarzyć. Deane jest legendą Evertonu (399 meczów i 349 goli), jest także wicerekordzistą wszech czasów w ilości zdobytych goli w jednym sezonie ligowym. W sezonie 1927/28 strzelił ich aż 60! Gwiazdor Evertonu imponował również niesamowitą skutecznością w reprezentacji Anglii, o czym świadczy fakt, że ma na swoim koncie więcej goli niż występów (16 gier i 18 goli!).
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Marusek Tak, tak wiem że popełnił samobójstwo. Czytałem o tej przykrej historii w książce "Wielki Widzew".
1
@Marusek A tak, tak o wszystkich nie spamiętałem. No i jeszcze kapitalny bramkarz Burzyński, jak mu tam na imie bo ju żnie pamiętam?
14
Klubowy rekord Barcuni:
Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona pokonała Deportivo Alaves 2:0 w 20-tej kolejce Primera Division. Był to ostatni mecz z passy 19 kolejnych wygranych drużyny Franka Rijkaarda. Stanowi to klubowy rekord! Od 22 października 2005 Blaugrana wygrała 13 kolejnych meczów w La Liga, 3 w Lidze Mistrzów, 2 w Pucharze Króla oraz jeden w Pucharze Katalonii. Bilans bramkowy wyniósł 60 do 8. Niestety 4 dni później fantastyczną serie przerwała porażka 4:2 z Realem Saragossa w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Króla.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Marusek Jeszcze bym dodał i to mocno podkreślił: Tłokińskiego, Żmude, Wójcikiego a zwłaszcza Krzysztofa Surlita!
11
Dwucyfrówka w derbach Barcelony:
22 stycznia 1922 r. FC Barcelona gromi odwiecznego rywala Espanyol 10:0(!) w ramach 10-tej(ostatniej) kolejki Mistrzostw Katalonii. 22 stycznia 1922 roku FC Barcelona odniosła największe zwycięstwo w historii nad RCD Espanyol. Mecz, rozgrywany w ramach rozgrywek o Puchar Katalonii, odbył się na własnym boisku Barcelony i zakończył się zwycięstwem 10:0, co stanowiło największą różnicę bramek w historii oficjalnych derbów. Vicenç Martínez i Paulino Alcántara zdobyli po hat-tricku a Climent Gràcia i Emilio Sagi Barba po dwa gole. To zwycięstwo zapewniło Blaugranie również tytuł mistrzowski. Zespół Jacka Greenwella był bezkonkurencyjny w Mistrzostwach Katalonii. Dominowali od początku do końca, wygrywając dziewięć z dziesięciu meczów. Tylko Europa, 4 grudnia 1921 roku, zdołała wyrwać punkt (1:1) liderowi ligi. Mecz ten, nawiasem mówiąc, był dość emocjonujący: zderzenie Zamory z Alcázarem w szkaplerzu zakończyło się bójką, wtargnięciem na boisko i interwencją policji, która uspokoiła sytuację. Barça, która rozgromiła Espanyol 9:0 w pierwszym meczu, podeszła do meczu ze szczególną intensywnością, mimo że była już praktycznie mistrzem i wciąż miała dwie szanse na zdobycie tytułu (z Sabadell i Avenç). Celowała w dwucyfrowy wynik po dwóch zwycięstwach 9:0 (z Espanyolem i Internacionalem) oraz jednym 7:0 (z Avenç). W tamtym czasie Barça była groźnym przeciwnikiem, podczas gdy Espanyol przeżywał okres słabszej formy. Pierwsza połowa zakończyła się komfortowym prowadzeniem Blaugrany 3:0. Martínez strzelił dwa gole, a Gràcia dorzucił kolejnego. W drugiej połowie jednak maszyna Barcelony nie okazywała litości wyczerpanemu i zdemoralizowanemu Espanyolowi, tracąc czwartego gola zaledwie kilka sekund po przerwie. Alcántara strzelił czwartego, a także piątego. Sagi dołożył szóstego i siódmego (z rzutu karnego). Alcántara skompletował wynik ósmym golem, Martínez dziewiątym, a Gràcia dziesiątym, który był jednocześnie 50. golem Barcelony w turnieju, co dało średnią strzelonych goli na poziomie 5,5 gola na mecz (po ostatniej kolejce – zwycięstwie 8:1 z Avenç – średnia ta spadła do 6,3). Relacje prasowe z tamtego okresu świadczyły o absolutnej przewadze Barcelony w meczu, który do tej pory był wyrównany i z niecierpliwością oczekiwany przez kibiców obu drużyn. „La Jornada Deportiva” podkreśliła ofensywę Barcelony: „Działała bezbłędnie i z wielką umiejętnością i odwagą pokonywała każdą przeszkodę na swojej drodze ”. Dodano, że „w obliczu mistrzowskiej i przytłaczającej gry Barcelony, Espanyol był całkowicie zdezorientowany”.
Według „La Publicidad”, po wyrównanej pierwszej połowie, w której Espanyol dotrzymał kroku, tracąc zaledwie trzy gole, „druga połowa była kompletną katastrofą, z kolejnymi siedmioma”. Aquiles w tygodniku „Fútbol” ostro skrytykował piłkarzy Espanyolu: „Gdyby w obecnych warunkach rozegrano kolejny mecz Barcelona-Espanyol, konieczne byłoby wprowadzenie na stadion maszyny liczącej punkty ”. „El Diluvio” podkreślił, że „mecz stawiał jedynie dylemat: Barcelona powtórzy miażdżącą porażkę Interu z poprzedniej niedzieli (9:0), czy Espanyol, któremu zabrakło siły i woli, by kontynuować nierówną walkę, straci punkty”. Barça wystawiła na boisko wszystkich swoich kluczowych zawodników z wyjątkiem bramkarza Ricardo Zamory, który był chory. Ich wyjściowy skład był następujący: Bruguera; Planas, Martínez Surroca; Torralba, Sancho, Samitier; Piera, Vicenç Martínez, Gràcia, Alcántara i Sagi. Tymczasem Espanyol zrównał się z Ibarsem; Duñabeitia, Puig; Perich, Blanco, Martínez; Rimbau, Loredo, Olivé, Sotillos i Juanico. Znajdujący się na dole tabeli Espanyol spadł do baraży o utrzymanie, które wygrał z Españą. Upadek Espanyolu jest pamiętany ze słynnej anegdoty między Hansem Gamperem i Genaro De la Rivą, ówczesnymi prezesami Barcelony i Espanyolu. Joan Segura Palomares uwiecznił ją w książce upamiętniającej stulecie Espanyolu. Spotkali się w zakładzie fryzjerskim Pintó na Rondzie Sant Pere. Gamper, wciąż mydlony, nie zauważył wejścia De la Rivy. „Sprawy Espanyolu wyglądają źle, prawda, Don Juanie?” – zapytał fryzjer Gampera. „Bardzo źle ” – odpowiedział prezes Barcelony, dodając: „Myślę, że tym razem klub w końcu umarł. Tak, proszę pana, wyrzucono ich ze stadionu Muntaner ”. De la Riva podskoczył i odparł: „Jest pan w błędzie, panie Gamper. Dopóki ja żyję, Espanyol będzie żył… A jeśli nie mają stadionu, proszę się nie martwić: kupię im! Dzień dobry!”. Barça zainaugurowała swój nowy stadion, Les Corts, 20 maja 1922 roku, po położeniu kamienia węgielnego 19 lutego.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Jedyny piłkarz w historii FC Barcelony, który nosił również koszulkę Salvii Praga:
Slavia Praga kontra FC Barcelona. Zespół Hansiego Flicka potrzebuje zwycięstwa, aby utrzymać nadzieję na bezpośredni awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Niewiele jest powiązań między Slavią Praga a Dumą Katalonii. Być może jedynym jest Jiri Hanke, jedyny piłkarz, który grał w obu klubach, po opuszczeniu kraju, najpierw pod rządami nazistów a następnie pod okupacją sowiecką. Według strony internetowej FC Barcelony, kariera piłkarska Jiříego Hankego została naznaczona schyłkiem II wojny światowej i późniejszym reżimem komunistycznym. Gdy nasz bohater grał w Slavii Praga, Czechosłowacja pod rządami III Rzeszy traciła siły w końcowej fazie wojny. Tę słabość starał się wykorzystać praski ruch oporu a bojownicy otrzymali wsparcie od tego piłkarza. 5 maja 1945 roku, na początku powstania praskiego, Slavia zamieniła boisko piłkarskie na broń, aby bronić stadionu. Tego dnia Hanke chwycił karabin i zabarykadował się za barykadami otaczającymi Stadion SK Slavia na „Slavie na Letne” – stadion zbudowany w całości z drewna. Tym razem przeciwnikiem piłkarza nie była drużyna piłkarska. Zmierzył się z Wehrmachtem , niemieckimi oddziałami, które o godzinie 21:00 następnego dnia, 6 maja 1945 roku, miały go pokonać. Siedziba SK Slavia stanęła w płomieniach. Wojenne losy Jiříego Hankego na tym się nie skończyły. Koniec II wojny światowej przyniósł nowy rozdział w historii czeskiego obrońcy. Wydarzenia te z kolei odmieniły historię FC Barcelony. Czechosłowacja a w konsekwencji także Kraj Środkowoczeski, stopniowo popadała pod wpływy sowieckie. Naziści nie byli już zmartwieniem Georga Hankego; teraz stali się nim komuniści. Rząd w Pradze opracował ustawy rasowe przeciwko Niemcom. A ponieważ każde anonimowe źródło zawiera luki i sprzeczności w ich biografii, spekulowano, że ten sportowiec był Niemcem urodzonym na terytorium Czechosłowacji. Mimo że był obrońcą, uwielbiał nacierać i dryblować, mijając przeciwników. Jednak po raz kolejny musiał uciekać przed znacznie silniejszym przeciwnikiem. Na horyzoncie zawodnik nie widział już bramki przeciwnika, lecz wolny kraj, nietknięty radzieckim totalitaryzmem. Wykazał się odwagą, która przekroczyła granice boiska i uciekł do Niemiec. „Jiri Hanke ma około 178 cm wzrostu, waży 83 kg, jest szczupłej budowy ciała, ma ciemne włosy, brązowe oczy, pociągłą twarz i wydatne czoło. Ma proste brwi i nos, blisko osadzone uszy, symetryczne usta, normalne ramiona i nogi, wyprostowaną postawę, brak znaków szczególnych i zdrowe zęby. Opis jego ubioru jest nieznany” – czytamy w zawiadomieniu o popełnieniu przestępstwa złożonym do Sądu Okręgowego w Pradze. Był poszukiwany przez policję. Nie będzie już nosił biało-czerwonych barw Slavii, „klubu jego serca”, jak wyjaśnił Radim Hanke czeskiemu portalowi „Denikn”. Bez pozwolenia na grę w piłkę nożną od federacji czechosłowackiej, w 1950 roku nasz bohater znalazł się w Hamburgu, gdzie grał w FC St. Pauli. Jednak miesiące później jego piłkarska podróż trwała dalej przez Kolumbię a następnie Francję, kraj, który doprowadził do jego oferty dla FC Barcelona.
Ferdinand Daucik, trener FC Barcelony w latach 1950-1954. Latem 1952 roku nazwisko Jorge Hankego zapisało się w historii Barcelony. Rozdział wart odświeżenia i przypomnienia przy okazji meczu Slavii Praga-Barça w Lidze Mistrzów sezonu 2019/20. 29 października 1952 roku w meczu Girona – FC Barcelona(2:6) po raz pierwszy w barwach Blaugrany wystąpił czeski piłkarz. Celebracja jego debiutu poszła jeszcze dalej, ponieważ obrońca, który uwielbiał atakować, strzelił również gola. Mając prawie 28 lat, ten praktycznie nieznany piłkarz zdobywał sobie uznanie w FC Barcelona. Jorge Hanke, jak go nazywano w Hiszpanii, zaliczył swój oficjalny debiut. W 10. kolejce sezonu La Liga 1952/53 wyszedł w podstawowym składzie i rozegrał pełne 90 minut w wygranym 3:2 meczu FC Barcelona z Sevillą na Camp de Les Corts. Tydzień później, w 11. kolejce tych samych rozgrywek, pierwszy czeski piłkarz w barwach Barcelony był obecny przy przegranym 2:1 meczu Blaugrany na Bernabéu. Na początku szalonej aktywności Barcelony, obrońca z charyzmą napastnika trafił do siatki w oficjalnym meczu. To on otworzył wynik w wygranym przez Barcelonę 2:1 meczu z Espanyolem. Była dwunasta kolejka, a w 52. minucie kibice na stadionie Les Corts oszaleli z radości na cześć samotnego napastnika z Czech. Jednak w tym samym derbowym meczu został wyrzucony z boiska. Dni i mecze FC Barcelony pod wodzą trenera Ferdinanda Daucika, z zawodnikami kalibru Ramallets, Seguer, Segarra, Basora, César i Kubala, ciągnęły się aż do zdobycia mistrzostwa ligi. Znakomity sezon Hankego zapewnił mu przedłużenie kontraktu. W następnym roku rozegrał 18 oficjalnych meczów, a w trzecim 24. Jednak w ostatnim roku w Barcelonie stracił miejsce w podstawowym składzie, a pod koniec sezonu przeniósł się do Szwajcarii, gdzie zmarł 11 grudnia 2006 roku, zaledwie dzień przed swoimi 82. urodzinami. W ten sposób historia tej wyjątkowej a zarazem niemal anonimowej postaci w FC Barcelonie dobiegła końca. Wizyta FC Barcelony na Eden Arenie w siódmej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów 2025/26 pozwala nam powrócić do historii czeskiego piłkarza, którego kariera pozostaje niezrównana. Jiříego Hankego, jedynego czeskiego piłkarza, który grał w Barcelonie i jedynego, który nosił barwy zarówno Barcelony, jak i Slavii Praga.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
13
Uruguay campeones!
Dokładnie 70 lat temu Urugwaj pokonał Paragwaj 4:2(3:0) na ,,Estadio Centenario”. Ten mecz zapoczątkował 24. edycje Copa America. Do stolicy Urugwaju zjechała cała kontynentalna śmietanka. Tym razem zabrakło Ekwadoru, Boliwii i Kolumbii, niezawodnych dostarczycieli punktów. Wyłącznie dobrzy i bardzo dobrzy byli skazani na siebie. Monumentalny stadion Centenario huczał wrzawą 80 tysięcy ludzi tylko wówczas, kiedy na murawe wybiegała jedenastka ,,Celestes”. W innym przypadku raczej świecił pustkami a chętnych obejrzenia zmagań Chile z Paragwajem znalazło się raptem 4 tysiące. Gospodarze dołożyli wszelkich starań by drużyna była przygotowana wzorowo. Trenerem został Bagnulo, ongiś świetny piłkarz a jeszcze wcześniej obiecujący… pięściarz, postać barwna i polemiczna, lecz z wielkim autorytetem, do tego wytrawny pedagog. Bagnulo potrafił z niezwykłym wyczuciem dotrzeć do psychiki swych podopiecznych, wyzwalając w nich poczucie pewności siebie i ambicje graniczącą z determinacją. W gruncie rzeczy była to stara tradycja ,,garra”, ów mityczny urugwajski ,, lwi pazur”, który należało tylko należycie wyostrzyć, nadając mu należytą wytrzymałość. Do tego celu nikt nie nadawał się lepiej niż profesor Alberto Langlade, najsłynniejszy ,,preparador fisico” w dziejach urugwajskiego futbolu. Spod twardej ręki Langlade wyszło jedenastu atletów nie do zdarcia. Siłą teamu Bagnulo-Langlade był zwarty, zgrany zespół, choć nie brakowało w nim indywidualności. Święci patroni Montevideo, Filip i Jakub, mieli w niebie dodatkowe powody do satysfakcji. Urugwaj był poza zasięgiem rywali. Wygrał 4 mecze a tylko z Brazylią zremisował 0:0, łącznie uzyskując 9 punktów i do ostatniego meczu z Argentyną przystępując z Pucharem Ameryki w kieszeni.
To rozstrzygnięcie przed czasem nieco obniżyło dramaturgie imprezy, co nie znaczy że było nudno. Ostatecznie Urugwaj pokonał Argentyne 1:0 po golu Ambroisa, pieczętując 9 w historii tytuł Copa America. Właściwie tylko Paragwaj i Peru odstawały trochę od reszty. Paragwajczycy nastawili się na przygotowania do eliminacji MŚ ’58, traktując Sudamericano jako mniej ważny przystanek na drodze do celu głównego. Peruwiańczycy natomiast grali bez zwykłej dla nich werwy, ospale i wolno, chociaż na wysokim technicznym poziomie. Rozgrzali publiczność tylko w ciekawym meczu z Chile, przegranym 3:4, po bezpardonowej wymianie ciosów. Pozostałe 3 ekipy: Chile, Argentyna i Brazylia, zebrały po 6 punktów. Blado wypadła Brazylia, najlepsza w wygranym 1:0 meczu z Argentyną. Jednak klęska z Chile zatarła dobre wrażenie. Zastanawiało iż świetna defensywa ,,Canarinhos”, w której szeregach grało tylu przyszłych mistrzów Świata(Gilmar, Djalma Santos, Mauro i de Sordi) momentami pozostawała zupełnie bezradna. Na swoją wielkość Brazylia musiała jeszcze trochę poczekać. Z kolei Argentyna pokazała solidną obronę i pomoc, identyczną jak w 1955 i mocno przemeblowany atak, z którego pozostali Micheli, Grillo, Labruna a w niektórych meczach także grający wcześniej Cecconato, Cucchiarioni i Bonelli. Kiedy indziej na skrzydłach występował Pentrelli i coraz częściej zastępujący w River Plate samego Loustau, malutki Zarate. Tych zmian było stanowczo za dużo. Powszechną uwagę przykuwała natomiast filigranowa sylwetka pomocnika River a mianowicie Omara Sivoriego, który popisywał się kapitalnymi sztuczkami technicznymi. Tym razem służyły one tylko ku ozdobie, chociaż nie ulegało wątpliwości że pojawił się piłkarz nietuzinkowy. W sumie eksperymenty w linii ataku nie dały efektów. Trener Stabile wyciągnął z tej lekcji wnioski na przyszłość.
Rewelacją było za to Chile, może jeszcze lepsze niż przed rokiem, kiedy to dopiero na finiszu uznało wyższość Argentyny. Teraz uległo jej wprawdzie dość gładko po 2 golach Labruny ale zwycięskiemu Urugwajowi ustąpiło minimalnie pola po wyrównanym boju(1:2), zaś Brazylię wprost znokautowało 4:1(!) bezlitośnie dziurawiąc jej zagubioną obronę błyskawicznymi wypadami. Euforia Chilijczyków po tej historycznej wiktorii była tak wielka że cała ekipa jeszcze w szatni wspólnie odśpiewała hymn narodowy a w Santiago na wieść o niewyobrażalnym wcześniej w takich rozmiarach sukcesie, ogromny tłum kibiców zapełnił place i ulice hałaśliwie manifestując swój entuzjazm. Konsekwencją między innymi zwycięstwa z Brazylią był wywalczony przez Chilijczyka Hormazabala tytuł króla strzelców imprezy z dorobkiem 4 goli.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani