0

@wpwelement Jakie znowu entery ogranicz? a kim ty uzytkowniku jesteś że będziesz mi usuwał wpisy?

4

Feliz cumpleaños panie Sanchez! Z okazji 65 urodzin.



8 października 1956 r. urodził się Jose Vicente Sanchez. Ten środkowy pomocnik rodem z Barcelony debiutował w pierwszej drużynie w 1975 r. i spędził na Camp Nou aż 11 sezonów, rozgrywając w granatowo-bordowej koszulce ponad 300 meczów, będąc kapitanem Blaugrany. Zdobył z Barçą 9 pucharów, w tym mistrzostwo Hiszpanii oraz dwukrotnie Puchar Zdobywców Pucharów.


1

Czy wiecie że.....

7 października 2000 r. rozegrano ostatnie spotkanie na słynnym, starym Wembley. Historycznym meczem okazało się być starcie eliminacji MŚ 2002 pomiędzy Anglią a Niemcami przegrane przez gospodarzy 0-1. Ostatnie trafienie na tym stadionie było dziełem Dietmara Hamanna, który perfekcyjnie wykonał rzut wolny.

2

El Clasicos! Pamiętamy?



7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów LaLigi, a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym, a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola wyrównał Julio Salinas, a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem.



Również 7 października odbyło się El Clasico, z tą tylko różnicą że w roku 2012. Starcie na Camp Nou w 7 kolejce La Liga zakończyło się remisem 2:2 po 2 golach Messiego i Cristiano Ronaldo. Piłkarze Jose Mourinho przyjechali na Camp Nou, by zniwelować stratę do Barcelony, która wygrała wszystkie dotychczasowe mecze nowego sezonu. W 23. minucie wyszli na prowadzenie. Cristiano Ronaldo uderzył lewą nogą tak, jakby była to jego ulubiona, prawa. W geście triumfu uciszył kibiców gospodarzy. Niecałe 10 minut później było już 1:1. Barça wyrównała po akcji dla siebie bardzo nietypowej - nieskładnej, szczęśliwej, chaotycznej - którą zakończył Leo Messi. Do przerwy wynik już się nie zmienił. Na początku drugiej połowy w polu karnym Realu miała miejsce jedna z nielicznych kontrowersji tego spotkania. Pepe wyraźnie sfaulował Andresa Iniestę, ale sędzia dał Barcelonie tylko rzut rożny. W 61. minucie sędzia już się nie pomylił. Przyznał gospodarzom rzut wolny, który pięknym strzałem na bramkę zamienił Messi. Na odpowiedź Argentyńczyk czekał tylko chwilę. Pięć minut później wyrównał Cristiano Ronaldo. Nikt z dwójki Messi - Ronaldo nie pokusił się o hat-tricka. Najładniejszego i decydującego gola wieczoru mógł strzelić w 88. minucie Martin Montoya, który w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Daniego Alvesa, ale trafił w poprzeczkę. To pierwszy mecz sezonu 2012/13, którego FC Barcelona nie wygrała, lecz Tito Vilanova raczej nie mógł narzekać ponieważ jego drużyna nadal pozostała liderem i zachowała 8 punktów przewagi nad największym rywalem do tytułu.


2

Kalendarium FCB:

6 października 1967 r. urodził się Sergi Lopez Segu. Był on drugim z czterech członków familii Lopez, którzy przywdziewali trykot w barwach Blaugrana. Senior rodu Julian Lopez zagrał w FC Barcelonie w zaledwie jednym meczu towarzyskim ale przez krótki czas dzielił szatnie z Kubalą. Najstarszy syn Juliana, Sergi, zaliczył 54 oficjalne mecze w pierwszej drużynie w latach 1987-91 a w 1995 r. w barwach Realu Saragossa wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Jeden z działaczy Barcelony, Josep Mussons, nazwał go ,,Montserrat Caballe z Mini”(Mini Estadi-stadion Barçy B). W 2006 r. popełnił jednak samobójstwo rzucając się pod pociąg w Granollers. Drugi z braci Lopez Juli, zagrał w jedynie trzech meczach towarzyskich przed sezonem 1995/96 a karierę kończył w Terrasie. Największą karierę z całej rodziny zrobił najmłodszy z braci- Gerard. Był zawodnikiem Barçy przez 5 lat a wcześniej w 2000 r. zagrał z Valencią w finale Ligi Mistrzów. W 2013 r. został selekcjonerem reprezentacji Katalonii.


4

Czy wiecie że...

5 października 2004 r. 24-letni wówczas bramkarz VFB Stuttgart Timo Hildebrand pobił rekord 802 minut bez wpuszczonej bramki należący do Olivera Kahna. Młody golkiper VFB nie dał się pokonać przez 884 minut!

5

Był sobie trener:



5 października 1997 r. trybuny Camp Nou wygwizdały Luisa Van Gaala. Rzadko zdarza się tak, iż nowy trener dopiero buduje nowy zespół, drużyna wygrywa cztery pierwsze mecze sezonu, w piątym prowadzi już od 6 minuty a trybuny reagują gwizdami. Dwa gole dla gości z Tenerife, przedzielone zmianą idola trybun Ivana de la Peñi, dolały jedynie oliwy do ognia. Rozwścieczeni kibice już w 25 minucie żegnali trenera białymi chusteczkami. Ostatecznie Blaugrana wygrała 3:2, lecz niezadowolenie trybun było słyszalne przez pełne 90 minut. ,,Wiem że zmiana Ivana była niespodziewana ale musiałem to zrobić. Mówiłem mu że musi uważać na Juanele. Poza tym w ofensywie też podawał niecelnie. Ja podejmuje ryzyko w przeciwieństwie do innych trenerów. Gdybyśmy przegrali, również uważałbym że miałem racje”- podsumował swoje decyzje Van Gaal.


2

@Deviler Ja w ogóle nie korzystam z takich głupot!

6

To było meczycho!



4 października 2008 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Atletico Madryt 6:1 w ramach 6 kolejki La Liga. W pierwszym sezonie pracy Guardioli nie warto było spóźniać się na żaden z meczów, czego najlepszym przykładem jest potyczka z Atletico. Futbol Barçy był totalny, gole strzelali nie tylko napastnicy ale również i obrońcy(przykładem Marquez, który strzelił gola w 3 minucie tego meczu). Widzowie, którzy weszli na stadion, bądź włączyli odbiorniki w 10 minucie meczu nie zobaczyli 3 goli gospodarzy i pierwszego gola Messiego z rzutu wolnego w karierze, w dodatku nietypowego, gdyż zdobytego w momencie gdy bramkarz gości ustawiał mur. Opuszczenie pierwszej połowy meczu odbierało właściwie sens oglądania drugiej, ponieważ Blaugrana zrezygnowała po przerwie z przygniatającego pressingu. FC Barcelona z reguły pilnowała już wysokiego prowadzenia, podając w nieskończoność piłke, której przeciwnik nie był w stanie przejąć i dobijała rywali kolejnymi golami.


0

@shahman Przepraszam to był Puchar Katalonii a nie Króla, ale jednak debiut.

1

Zasiadamy wygodnie w fotelach, zapinamy pasy i oglądamy za godzine 380 w historii Superclasico na Estadio Monumental!

0

@shahman Xavi debiutował 24 marca 1998 roku w meczu z UE Lleida w Pucharze Króla

4

Barça w europejskich pucharach:



3 października 1983 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości . Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.


Jak widzimy bywało różnie w przeszłości, nawet gorzej niż obecnie...

1

Z cyklu (nie)zapomniane legendy futbolu:

2 października 1935 r. w San Nicolas urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, zdobywca Copa America 1957, laureat Złotej Pilki France Football z 1961 r. oraz 3-krotny mistrz Argentyny i 3-krotny mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przewędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje". Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować. Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve). Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju.

1

Panie i Panowie, kochani pasjonaci futbolu, zwłaszcza latynoskiego. Dokładnie 100 lat temu, 2 października 1921 r. na Estadio Sportivo Barracas w Buenos Aires, od meczu Argentyna-Brazylia rozpoczęła się 5 edycja turnieju Copa America. W meczu otwarcia Argentyna pokonała Brazylię 1:0 po golu Libonattiego. Wprawdzie w turnieju zabrakło Chilijczyków, których zatrzymały wewnętrzne konflikty i rozdarcia, lecz w ich miejsce pojawił się nowy uczestnik ,,Copy” a mianowicie Paragwaj. Paragwajczycy wprowadzili wiele ożywienia i świeżej krwi w dotychczasowy układ sił. Powszechny podziw budziła ich niezwykła zaciętość i bezgraniczne poświęcenie. Byli oni bardzo szybcy, sprawni i wytrzymali, potrafili również zaimponować walorami, cechującymi wyższą szkołe piłkarskiej jazdy. Kolejnym uczestnikiem turnieju był jak zawsze silny Urugwaj. Wprawdzie zabrakło w ekipie ,,Celestes” legendarnego Gradina i Hectora Scarone, lecz to nie tłumaczy ich sensacyjnej porażki właśnie z Paragwajem 2:1. Paragwajscy Indianie dosłownie zabiegali ,,urusów”. Tak jak i w poprzednich edycjach Copa America, tak i teraz każdy z zespołów grał z każdym po jednym meczu. Gospodarze nie przegapili życiowej szansy, wygrywając wszystkie 3 spotkania, w tym ostatnie(de facto finałowe) z Urugwajem 1:0, jednocześnie sięgając po pierwsze w historii trofeum Copa America. Argentyna długo i namiętnie napawała się pierwszym w historii tryumfem. Co prawda najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano Argentyńskiego bramkarza Tresoriere, to wypada również wspomnieć o jednej z pierwszych w historii ,,Albicelestes” gwiazd a mianowicie o napastniku Julio Libonattim. W tym turnieju był nie do zatrzymania, niczym zaprogramowana maszyna, w każdym meczu strzelając akurat tego decydującego gola, co dało mu tytuł ,,goleadora” turnieju z dorobkiem 3 goli. Nie zapominajmy też, że Libonatti był pierwszym w historii tzw. ,,oriundi”, który wyjechał do Włoch by grać dla słonecznej Italii i AC Torino.

1

To bardzo ciekawa wypowiedź ale jeszcze ciekawsze jest to na ile to jest prawdziwe? Czy to była oficjalna wypowiedź Laporty do mediów???

5

Oficjalne debiuty w FC Barcelonie:



2 października 1999 r. Carles Puyol zadebiutował w meczu o punkty. Premierowy występ w pierwszej drużynie zaliczył przeciwko Realowi Valladolid. Wszedł w drugiej połowie za Simão Sabrose i był obok Kluiverta najlepszy na boisku. Właściwie było to spotkanie bez historii, w którym Barça pewnie zwyciężyła 2:0. Tydzień później wobec absencji Franka de Boera i Bogarde, Puyol pojawił się na boisku jako pierwszy rezerwowy w El Clasico i również tym razem należał do najlepszych graczy na placu. W ten sposób na stałe wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce.


5

Moim najgorszym też panie Ronaldzie ale trzeba się podnieść i żyć z tym dalej, nie mamy na to wpływu. Głowa do góry! Visca el Barca!

6

Z cyklu (nie)zapomniane legendy futbolu:

1 października 1966 r. urodził się George Weah, liberyjski napastnik, laureat Złotej Piłki France Football z 1995 oraz najlepszy piłkarz Świata w klasyfikacji FIFA w 1995 r. Najwybitniejszy piłkarz Afryki zapragnął zostać prezydentem a później wiceprezydentem Liberii. I na własnej skórze przekonał się że w polityce gra się inaczej a na debiut przychodzi czekać nieraz znacznie dłużej. Wygrał z biedą kopiąc piłkę. Udało mu się więc to o czym marzą miliony chłopaków z afrykańskich i południowoamerykańskich slamsów. Tak jak dla nich, także dla niego los nie był łaskawy. Urodził się w wielodzietnej rodzinie w Monrowii, stolicy Liberii, tropikalnego państwa na zachodzie Afryki. Od najwcześniejszych lat miał smykałkę do piłki. Już jako nastolatek grał w pierwszoligowych klubach w stolicy zawsze na pozycji napastnika. W sezonie 1985/86 występował w zespole Mighty Barrolle, dla którego w 10 meczach strzelił 7 goli a z tym klubem zdobył mistrzostwo i puchar kraju. Następny sezon nadal utrzymując się ze skromnej pensji technika w firmie telekomunikacyjnej spędził w innym klubie z Monrowii-Invicible Eleven. W 23 grach 24 razy pakował piłkę do siatki i drużyna z tak skutecznym snajperem w składzie nie miała problemów ze zwycięstwem w lidze. Bardzo szybko utalentowany 20-latek przeniósł się do ligi kameruńskiej, gdzie dla klubu ze stołecznego Jaunde w niespełna 20 meczach strzelił ponad tuzin goli i pomógł mu zdobyć mistrzostwo. Nie świętował jednak z kolegami sukcesu gdyż miał bowiem nowego pracodawcę w dalekiej Europie. Świetną bowiem grą i skutecznością zwrócił uwagę Claude’a le Roya pochodzącego z Francji selekcjonera kameruńskiej drużyny narodowej. Ten polecił liberyjskiego napastnika swojemu rodakowi Arsenowi Wengerowi wówczas trenerowi AS Monaco. ,,Zrobił ze mnie piłkarza’’-powie później Weah o Wengerze. Liberyjczyk na Lazurowym Wybrzeżu spędził w sumie 4 sezony a dla klubu z księstwa zdobył aż 59 goli i Puchar Francji. W 1992 r. jego klub zawędrował do finału Pucharu Zdobywców Pucharów ale w tamtym meczu musiał uznać wyższość Werderu Brema. Drugim europejski przystankiem Weaha stał się Paris Saint Germain, dokąd przewędrował za 4,5 mln. dol.(nikt wcześniej nie wydał więcej na piłkarza z Afryki). W Paryżu Liberyjczyk zachwycał. W 121 meczach w lidze i w europejskich pucharach strzelił 48 goli. Z PSG zdobył mistrzostwo Francji i dwukrotnie puchar kraju, w sezonie 1994/95 wygrał klasyfikację najlepszych strzelców Ligi Mistrzów a w 1995 r. uznano go za najlepszego piłkarza Afryki, Europy i Świata! Właśnie lata 90. Były najlepsze w jego karierze. W barwach PSG a później w AC Milan imponował siłą i szybkością. W swoich popisowych akcjach wyprzedzał obrońców, wychodził na wolne pole i strzałem z prawej nogi posyłał piłkę w długi róg. Wielu obrońców przekonało się jak trudno było odebrać mu piłkę, przepchnąć a nawet sfaulować. Z futbolówką przy nodze potrafił przebiec całe boisko jak choćby w meczu z Weroną gdy w koszulce Milanu przejął piłkę na własnym polu karnym i popędził do bramki przeciwnika. Goniąca za nim piątka rywali bezradnie przyglądała się jak Weah potężnym strzałem pakuje piłkę obok rozpaczliwie interweniującego bramkarza. Z Milanem dwukrotnie wygrał ligę włoską a ze swoim następnym klubem(Chelsea) zdobył Puchar Ligi Angielskiej w 2000 r. Najwybitniejszemu piłkarzowi w historii Afryki nigdy nie udało się wystąpić w finałach mistrzostw świata mimo iż hojnie wspierał reprezentację narodową i grając trenował swoich kolegów z drużyny. Liberyjczycy z Weahem w składzie tylko raz zdołali zakwalifikować się do Pucharu Narodów Afryki ale gładko odpadli w pierwszej rundzie. George Weah nie miał problemów z odnalezieniem się na sportowej emeryturze. Nie chciał jednak zostać trenerem, menadżerem ani koncentrować się wyłącznie na pomnażaniu fortuny, którą zdobył kopiąc piłkę. Zamiast tego już w połowie lat 90. zaangażował się w działalność humanitarną. Był jedynym rozpoznawalnym Liberyjczykiem a zaraz po jego wyjeździe do Kamerunu grupa liberyjskich wojskowych przeprowadziła zamach stanu. Przewrót był preludium do kilkunastoletniej wojny domowej, podczas której walczące strony dopuściły się wszystkich możliwych okropieństw. Konflikt kosztował życie ćwierć miliona osób. Weah szedł z pomocą pogrążonej w anarchii ojczyźnie. Jako ambasador dobrej woli UNICEF, agendy ONZ, pomagał dzieciom, także tym, które siłą wcielano do zwaśnionych armii. Jeszcze jako gracz PSG w Liberii i w Ghanie wspierał akcje szczepień, kampanie prewencyjne o HIV i leczenie AIDS. Gdy grał w Milanie powiedział w wywiadzie dla ,,New York Timesa’’ że Liberią powinna zarządzać ONZ. W odpowiedzi odziały watażków splądrowały i spaliły jego dom w Monrowii a napastnicy zgwałcili też jego dwie nastoletnie kuzynki. Weah doszedł ostatecznie do wniosku iż samą działalnością humanitarną nie zmieni Liberii. Został politykiem. Okazja nadarzyła się w 2005 r. gdy krwawy liberyjski dyktator zbiegł do Nigerii i rozpisano nowe wybory prezydenckie. Weah wszedł na liberyjską scenę polityczną przebojem na czele własnej partii politycznej, którą założył i finansował. Wydawało się że w Afryce gdzie futbol ma rangę religii, zdobywcę Złotej Piłki czeka łatwe zwycięstwo. Przecież sam legendarny Nelson Mandela nazwał piłkarza dumą Afryki. I faktycznie pierwszą turę Weah wygrał w cuglach jednak hojnie rozdawane datki i magia nazwiska nie zadziałały bo na politycznym boisku pokonała go Ellen Johnson-Sirleaf, 67-letnia bankierka z dyplomem Harvardu. Przegrany Weah nie próżnował. W 2005 r. krytykowano go że nie dość iż oprócz obywatelstwa liberyjskiego ma paszport francuski to nie nadaje się na prezydenta także z braku formalnego wykształcenia. Dlatego już jako były piłkarz korzystał z kursów korespondencyjnych a następnie zapisał się na studia biznesowe na Florydzie. Kończąc je spełnił warunek dopisany do liberyjskiej konstytucji że prezydentem może zostać tylko absolwent wyższej uczelni. W 2017 roku Weah dopiął swego i wygrał wreszcie wybory prezydenckie w Liberii w drugiej turze pokonując urzędującego wiceprezydenta Josepha Boakaiema.


6

Gorąco pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza tego Wielkiego Widzewa! Z jakiej okazji? Otóż z takiej:

1 października 1980 r. Widzew Łódź remisuje na stadionie ŁKS-u z Manchesterem United w rewanżowym meczu I rundy Pucharu UEFA. Tego dnia Widzew sprawił wręcz sensacje na ówczesne Polskie realia i zadziwił piłkarską Europę, eliminując w pierwszej rundzie Pucharu UEFA, Manchester United. W Anglii podopieczni Jacka Machcińskiego zremisowali 1:1. W rewanżu do awansu wystarczył bezbramkowy remis. „Jak spadać, to z wysokiego konia” - z takiego założenia wychodzili widzewiacy przed losowaniem europejskich pucharów. ,,Nie chcieliśmy jechać do Europy Wschodniej. Po pierwsze szaro, co dobrze znaliśmy, a po drugie zespoły ze Związku Radzieckiego czy Bułgarii grały bardzo brutalnie. Manchester to był wymarzony kierunek. Również, że tak powiem, pod względem turystycznym” – wspominał Marek Pięta w książce „Wielki Widzew”. Sezon 1980/81 Widzew rozpoczynał ze znacznie wzmocnioną defensywą. Z Odry Opole pozyskano Józefa Młynarczyka, ze Śląska Wrocław przyszedł brązowy medalista Mistrzostw Świata 1974 oraz wicemistrz olimpijski z Montrealu (1976), Władysław Żmuda. W meczu z wicemistrzami Anglii nowa widzewska defensywa przeszła najpoważniejszy z dotychczasowych testów. 17 września 1980 roku na stadionie Old Trafford angielscy kibice przeżyli szok. Gospodarze prowadzili co prawda od 4. minuty, gdy sposób na Młynarczyka znalazł reprezentant Irlandii Północnej, Sammy McIlroy, ale już 120 sekund później do remisu kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego doprowadził niezawodny Krzysztof Surlit. Legendarny pomocnik mógł w tym meczu powtórzyć swój wyczyn, lecz Gary Bailey zdołał obronić jego drugą „bombę” z dystansu. Doskonale ustawiony taktycznie Widzew nie pozwolił pograć angielskim skrzydłowym, zatem wytrącił United największą broń – dośrodkowania w pole karne. Po meczu w Manchesterze nawet Anglicy uważali, że to widzewiacy byli bliżsi zwycięstwa. Przed rewanżowym spotkaniem na stadionie przy alei Unii, na trybunach zasiadł komplet widzów. Na parkingu przed stadionem – samochody z rejestracjami z całej Polski. Kibice mieli w pamięci zwycięskie boje z Manchesterem City sprzed trzech lat i liczyli na powtórkę. Wszak przed pierwszym gwizdkiem arbitra to Widzew był w korzystniejszej sytuacji. Trener gości, Dave Sexton mógł skorzystać z najgroźniejszego napastnika, Joe Jordana, który nie grał w pierwszym spotkaniu. Wielkim Szkotem skutecznie zaopiekował się Andrzej Grębosz. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, choć oba zespoły były bliskie szczęścia – słupki „ostemplowali” Steve Coppell i Zbigniew Boniek. Ostatecznie widzewiacy dowieźli cenny remis do ostatniego gwizdka arbitra i niecierpliwie czekali na losowanie drugiej rundy. Los postawił przed ekipą Machcińskiego kolejne wielkie wyzwanie, bowiem Widzew trafił na Juventus Turyn ale o tym przypomne 22 października.

0

@Kacper1432 Aktualny liderem jest na tą chwile Talleres Cordoba, oczywiście w Liga Profesional Argentina

0

@Worny Zdecydowanie większe pieniądze w Lidze Europy!

0

Jak to możliwe że Legia przegrywa w lidze z Rakowem a wygrywa Leicester City!? mało tego, jak to możliwe że Legia właściwie nie istnieje w polskiej lidze a prowadzi w takiej silnej grupie Ligi Europy? Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem są pieniądze....

2

Nie tylko dla pasjonatów latynoskiego futbolu:

30 września 1917 r. w Montevideo, meczem Urugwaj-Chile, rozpoczął się drugi w kolejności historycznej(i najstarszy na świecie) międzynarodowy turniej Copa America. W tym meczu otwarcia gospodarze pewnie pokonali Chilijczyków 4:0 po dwóch golach Carlosa Scarone i dwóch Angela Romano, który został królem strzelców turnieju z dorobkiem 4 goli. Cały turniej toczył się na niedawno wzniesionym stadionie Parque Pereyra, bardziej znanym jako Parque Central, pierwotnie zaplanowanym na 15 tys. widzów, chociaż na mecz gospodarzy z Argentyną zdołało wcisnąć się blisko 40 tys. chętnych. Nie ma co się dziwić, przecież wówczas telewizja nie istniała a radio było w powijakach. Od początku było jasne że podobnie jak przed rokiem liczyć się będą tylko Argentyna i Urugwaj. Futbol Chilijski był tylko tłem tego turnieju, natomiast Brazylia niezła technicznie nie miała większych szans rywalizować jak równy z równym. W efekcie 14 października 1917 doszło do decydującego starcia w turnieju między Argentyną a Urugwajem, w którym to gospodarze pokonali ,,Albicelestes” 1:0 po golu Hectora Scarone, 8 lat młodszego brata Carlosa, który został wybrany najlepszym piłkarzem turnieju. Hector Scarone, zdecydowanie lepszy od swojego starszego brata, grał nawet w 1926 przez pół roku w FC Barcelonie, lecz nie zrobił tam wielkiego wrażenia. Argentyńczycy na ten decydujący mecz musieli specjalnie podróżować całą noc do Montevideo, czego efektem było ogromne zmęczenie ale o tym postaram się napisać właśnie 14 października. Ciekawostką turnieju jest pierwszy w historii Copa America gol samobójczy, którego strzelił Chilijczyk Garcia w 75 minucie meczu Argentyna-Chile.

5

(Nie)zapomniane czasy:



30 września 1906 r. przerwano mecz FC Barcelony z powodu… zapadających ciemności. Spotkanie z FC Catala stanowiące część Copa Salut, przerwano w 65 minucie z powodu braku odpowiedniej widoczności i dokończono po tygodniu. W finale tych rozgrywek Barça spotkała się z Club X(taką nazwą posługiwał się Espanyol do roku 1909). Przy prowadzeniu 3:1 przeciwnicy zrezygnowali z dalszej gry. Cały turniej rozgrywano w dziewięcioosobowych składach. Takie to były romantyczne, pionierskie czasy…


2

Feliz cumpleaños panie Frank! Z okazji 59 urodzin oczywiście. 30 września 1962 r. urodził się Frank Rijkaard, znakomity piłkarz i były już trener ,,naszej” Blaugrany.

0

Przykro mi ale w tym roku nie mamy jakości na Lige Mistrzów. Niech nas(was) nie zwiedzie wynik meczu z Levante, Benfica to zupełnie inna półka. Remis biore w ciemno i będzie to wówczas bardzo dobry wynik na te chwile.

4

Z cyklu (nie)zapomniane legendy futbolu:

19 września 1913 r. w Robbio Lomellina urodził się włoski napastnik Silvio Piola, mistrz Świata z 1938 r. oraz najlepszy snajper wszechczasów Serie A z 274 golami. Dla młodszych kibiców Silvio Piola był tylko postacią z czarno- białej fotografii lub najwyżej bohaterem z opowiadania dziadka, który widząc zapatrzenie wnuka w jego ulubionych piłkarzy tłumaczył mu: "Nie widziałeś Pioli..." Ale Silvio Piola był kimś więcej. Rozpoczął swą karierę piłkarską w Pro Vercelli, które traciło już powoli swój blask po siedmiu zdobytych tytułach mistrzowskich. Debiut w Serie A nastąpił 16 lutego 1930 w meczu z Bologną. Wysoki (180cm) napastnik już w pierwszym sezonie zdobył 13 goli. Gwiazda Silvio świeciła największym blaskiem w wielkim Lazio lat 30-tych (do którego trafił za namową "wysokich sfer państwa" w 1934 roku - dużą rolę w tym transferze odegrali sekretarz Partii Faszystowskiej Marinelli i generał Vaccaro). Klub ze stolicy był kierowany w tamtym czasie przez prezydentów Gualdiego i Zenobiego a grali tam tak świetni piłkarze, jak Giuseppe Viani czy Felice Levratto. W Rzymie Piola szybko stał się idolem kibiców biancocelesti i koszmarem lokalnego rywala - Romy. W derbach Rzymu bohater naszego opowiadania był zawsze obecny - z gorączką, krwawiącą głową, spuchniętą kostką, pękniętym żebrem. Zawsze jako główny aktor widowiska, jak zresztą w całej swojej karierze. W 1941 roku strzelił Romie 2 gole, w tym jednego głową, na którą kilka minut wcześniej założono cztery szwy! Mistrz piłki, lecz także fair play. Gdy piłkarz Romy Allemandi w bezczelny sposób go kopnął, Piola nie tylko nie zareagował agresją, lecz sam jako pierwszy wyciągnął rękę na zgodę. Lazio straciło swoją gwiazdę w 1943 roku z powodu zawieruchy wojennej (podczas której został nawet uznany za zmarłego i odprawiano w intencji jego duszy msze). Podczas swojej wspaniałej przygody z Lazio, Piola zdołał zdobyć "jedynie" drugie miejsce w lidze (1937 za Bologną) oraz w Pucharze Europy (rodzaj obecnego Pucharu UEFA). Ponadto dwukrotnie - w 1937 i 1943 roku - został królem strzelców Serie A. Scudetto nie udało mu się wygrać także w swoich następnych klubach: Torino, Juventusie i Novarze. Brak tytułu był wielką porażką jego sportowej przygody. Na pocieszenie pozostał mu niesamowity dorobek strzelecki - 395 goli w 565 oficjalnych meczach (274 w Serie A). Swoją ostatnią bramkę zdobył 7 lutego 1954 w meczu Novara - Milan (1:1). Miał wtedy 40 lat. W barwach Lazio rozegrał 227 meczów i zdobył 143 gole. Biorąc pod uwagę jego niezwykłe zdolności strzeleckie, zaskakuje fakt, że selekcjoner Italii Vittorio Pozzo długo nie mógł przekonać się do umiejętności Pioli. Pozzo twierdził uparcie, że snajper Lazio ma zbyt słabą technikę użytkową. Prędko musiał zmienić zdanie. Silvio zadebiutował w kadrze 24 marca 1935 roku na wiedeńskim Praterze, w meczu przeciwko "Wunderteamowi" Austrii. Swoimi dwoma fenomenalnymi golami zachwycił wszystkich i poprowadził Włochów do zwycięstwa 4:2. Legendarny snajper Squadra Azzurra był odtąd nazywany po prostu "Silvio gol". Przyczynił się wydatnie do jednego z największych sukcesów włoskiej piłki. 19 czerwca 1938 na stadionie Colombes w Paryżu, Włochy i Węgry stanęły naprzeciwko siebie w walce o tytuł mistrzów świata. Italia wygrała 4:2. Dwa gole w tym dramatycznym pojedynku zdobył Silvio Piola. Dzień później znany dziennikarz Paolo Monelli tak opisał wyczyn Silvio na łamach "La Gazzetta dello Sport": "Na Colombes zgromadziło się 70000 widzów, prawie 1/3 z Włoch. 20000 Włochów, którzy oddychali jednym rytmem, niczym kipiel oczekiwań i nadziei. Robotnicy z przedmieść przybyli pociągami i zajęli miejsca stojące, na trybunie dyplomaci, bogacze przybyli samochodami z Mediolanu i Rzymu. Byli tam dziennikarze, którzy widzieli już w swoim życiu chyba wszystko, politycy, artyści, przedsiębiorcy, ludzie wykształceni, którzy zarządzają wielkimi firmami z zimną krwią, którzy rozumieją siłę ducha i względność historii. Wszyscy my tego dnia czuliśmy to samo, niepokój, udrękę, zdenerwowanie, czuliśmy się po prostu źle. Każda kolejna minuta przyprawiała nas o zawrót głowy, czuliśmy się jak nad przepaścią. Piłka odbijała się, podania były matematycznie precyzyjne, gdy wychodziły spod nóg zwinnych niczym w tańcu. Ale oto Colaussi biegnie z piłką i oddaję ją Ferrariemu, który tanecznym krokiem podaje do Pioli. Piola mówi - teraz musi dotknąć ją Meazza - i przekazuje mu futbolówkę. Meazza nie chce jednak być dłużnikiem i wypuszcza ponownie Piolę, który umieszcza piłkę w siatce. To był właściwy moment, chwilami mieliśmy już dość tych nerwów. Także czwarta bramka była ładną akcją z klepki. Biavati strzela ale trafia niestety w słupek, do piłki dopada Piola i kryty przez obrońców oddaje ją Biavatiemu. Ten odwzajemnia przysługę i piłka wraca do Pioli a ten ...wbija ją do siatki. 70000 widzów, prawie 1/3 z Włoch, 20000 Włochów. Wcale nie wyglądało to jak mecz międzypaństwowy, raczej finał ligi u nas. Na trybunie był prezydent Republiki Francuskiej, Lebrun. Nie rozumiał futbolu ani trochę, tłumaczono mu o co chodzi i ze względu na wymogi demokracji i gościnności, kiedy na trybunach słychać było aplauz po udanej akcji, także on bił brawo, uśmiechając się życzliwie. Ale kiedy Włosi i Francuzi zaczynali dopingować, bić brawo po każdej włoskiej akcji, krzyczeć "precz!", gdy Węgier zaatakował brutalnie Piolę, pomagać azzurrim okrzykiem "jeszcze jeden!", prezydent Lebrun (jak donosi wczorajszy "Paris-soir") zapytał się siedzącego obok urzędnika: "czy na boisku są w takim razie Francuzi?". Rozmówca nie dał zbić się z tropu: "Tak, Panie Prezydencie, jest sędzia, pan Capdeville". Kiedy sędzia Capdeviile odgwizdał koniec mecz Włosi zaczęli kipieć niczym gorejące błoto w wulkanie Pozzuoli. Fontanny czerwonych poduszek wzbiły się w powietrze..." Silvio Piola był też wielkim miłośnikiem polowań, którą to pasję kultywował niemal do końca swojego życia. Hobby to, które doprowadzało do wściekłosci prezydenta Lazio, Zenobiego i zmusiło do dymisji prezydenta Gualdiego, omal nie stało się przyczyną poważnych kłopotów Pioli. Gdy po raz pierwszy został powołany do reprezentacji, okazało się, że Silvio zniknął bez śladu gdzieś w lesie. Jedynym, który wiedział o miejscu jego pobytu był bramkarz rzymskiego klubu Blason. Udał się on na poszukiwania. Gdy przybył na miejsce o mało nie został przez Piolę postrzelony, gdyż ten myślał, że ktoś przerywa mu nagonkę jakimś głupim żartem. Po zakończeniu kariery unikał publicznego pokazywania się, wybierając spokojny żywot w swoim Vercelli i występując publicznie jedynie przy ważnych okazjach. Tak właśnie zrobił Piola podczas fety mistrzowskiej Lazio w 1974 roku. To także bez wątpienia przyczyniło się do wytworzenia aureoli mitu wokół jego osoby. Na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich kibiców piłki nożnej obraz jego słynnej przewrotki ("alla Piola"), która idealnie łączy technikę, zapał i wolę zwycięstwa Silvio Pioli, człowieka, który jest przykładem dla minionych, obecnych i przyszłych pokoleń piłkarzy.


4

Historyczne klęski Blaugrany:



29 września 1940 r. FC Barcelona doznała jednej z największych klęsk w historii a mianowicie poległa aż 11:1 z FC Sevilla na Estadio Nervion. To obok starcia z Athletic Bilbao, jedyne spotkanie ligowe, w którym Barça straciła dwucyfrową liczbe goli. ,,Katem” Blaugrany okazał się przede wszystkim Guillermo Campanal I(najlepszy strzelec Sevilli w historii) zdobywca 5 goli. Hattricka dołożył Torrontegui a pozostałe trafienia dołożyli Raimundo(2) i Berrocal. Dla Barçy trafił Jose Valle Mas… otwierając wynik meczu w 10 minucie. Miedzy 23 a 28 minutą Sevilla zdobyła jednak aż 4 gole a po przerwie dokończyła dzieła zniszczenia. Był to mecz pierwszej kolejki sezonu 1940/41, który Blaugrana zakończyła na czwartej pozycji a Sevilla na piątej. Czyżby ten pierwszy gol strzelony przez Masa aż tak rozwścieczył Andaluzyjczyków?


3

Z cyklu (nie)zapomniane legendy futbolu:

28 września 1918 r. urodził się Angel Amadeo Labruna, 2-krotny zdobywca Copa America oraz 9-krotny mistrz Argentyny. Angel Amadeo Labruna to prawdziwy Matuzalem argentyńskiego futbolu. Był wychowankiem szkółki River Plate. W lidze argentyńskiej zadebiutował w 1939 r.(w barwach River Plate przeciwko Estudiantes de La Plata) i grał w tym klubie nieprzerwanie równe 20 lat! U schyłku tej niezwykłej kariery zasilił jeszcze urugwajski Rampla Juniors oraz zaliczył dwa epizody w klubach Platense Buenos Aires i chilijskim Rangers de Talca. Łącznie w barwach River rozegrał 516 spotkań strzelając w nich 292 gole, co na argentyńskiej liście wszechczasów daje mu drugą pozycję za fenomenalnym Paragwajczykiem Arsenio Erico(293 gole). W latach 1942-58 w reprezentacji Argentyny występował 36 razy zdobywając 17 goli. Był niezrównanym łowcą goli uzyskiwanych na wszelkie możliwe sposoby. Kiedy dostawał piłkę pochylał się w charakterystycznym przygarbieniu i już było jasne że nikt mu jej nie odbierze. Technicznie był świetny, zawsze preferował prostotę rozwiązań i skuteczność; wyzbyty egoizmu, tak często cechujących wielkich ,,goleadores”, popisowo współpracował z partnerami. Do perfekcji doprowadził zwłaszcza błyskawiczną wymianę podań ze swym nieodstępnym towarzyszem z lewego skrzydła-Felixem Loustau. Po latach okazał się równie wybitnym trenerem doprowadzając swój ukochany River Plate do odzyskania mistrzowskiego tytułu po 18-letniej przerwie.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?