FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@LS Ciężko to mało powiedziane. Ja bym nawet złotówki nie postawił że on wogóle strzeli gola! Ba! zaryzykowałbym że nawet nie odda strzału w światło bramki.
4
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
12 stycznia 1946 r. Argentyna pokonuje Paragwaj 2:0 na Estadio Monumental w Buenos Aires. Mecz ten rozpoczął 19-ty w historii turniej Copa America. Gospodarz zgotował wspaniałe przyjęcie. Buenos Aires, ,,miasto, które nigdy nie śpi”, tego upalnego lata tym bardziej nie myślało o spoczynku. Ze względu na wysokie temperatury mecze rozgrywano pod wieczór, toteż wypełnione po brzegi niezliczone kawiarnie, bary i bistra do późnej nocy huczały gwarem roznamiętnionych tłumów. Bodaj po raz pierwszy w dziejach do dyspozycji Copa America oddano aż 3 obiekty. Klubowy stadion Independiente, Viejo Gasometro klubu San Lorenzo oraz potężny Estadio Monumental, swobodnie mieszczący 80 tysięczną rzesze widzów. Tuż przy bieżni organizatorzy zamontowali drewniane podium, na którym w rzędzie zestawiono 6 stolików. Ta prowizorka służyła jako niezbyt wygodne miejsce pracy dla plejady dziennikarzy obsługujących imprezę. O osobnych pulpitach, czy kabinach dla sprawozdawców radiowych jeszcze się nikomu nie śniło. Argentyński trener Stabile znów miał kłopoty. Otóż puchła głowa od kłopotów nadmiaru i bogactwa. Trzeba było wybierać przynajmniej z pośród 10 napastników o niemal równorzędnej klasie. Zresztą w tyłach rywalizacja była nie mniejsza. Ostatecznie w decydującym meczu z Brazylią Stabile po nocnych ,,męczarniach” zdecydował się na piątke: de la Mata, Mendez, Pedernera, Labruna, Loustau, lecz wcześniej dał szanse takim tuzom jak Boye, Salvini, Pontoni i Martino, przy czym każda kombinacja była równie dobra. Okazje do pokazania się na wielkiej imprezie dostał wreszcie Angel Amadeo Labruna, prawdziwy Matuzalem argentyńskiego futbolu. Z takim składem Argentyna nie miała godnych siebie rywali. Chile przeżywało kryzys. Urugwaj grał niby nie źle ale przegrał 3 najważniejsze mecze. Na pocieszenie pozostał ,,urusom” tytuł króla strzelców turnieju- Jose Maria Medina ustrzelił 7 goli. No i zapowiedź lepszych czasów, których nadejście zwiastował imponujący debiut pewnego szesnastolatka. Walter Gomez, bo o nim mowa, już wkrótce stać się miał wielką gwiazdą River Plate, gdzie zjawił się w 1950 r., wraz z rodakiem, znakomitym skrzydłowym Luisem Castro. Pojawiło się także nazwisko, które niebawem wzbudziło należny respekt po obu stronach Atlantyku- Schiaffino. Nie był to wszakże przyszły mistrz świata Juan Alberto, lecz jego starszy brat, Raul. Doskonale zaprezentował się Paragwaj. ,,Guarani” pobili bez problemu Urugwajczyków i urwali punkt wielkiej Brazylii. Większość ich piłkarzy natychmiast podpisało lukratywne kontrakty z zagranicznymi klubami. Największą sensacją był ponowny(po 17 latach!) występ legendarnego Paragwajczyka ,,Machetero” Delfina Beniteza Caceresa. W 1929 grał w Copa America i należał do współtwórców historycznej wiktorii 3:0 nad przyszłym mistrzem świata, wielkim Urugwajem. Brazylia z kolei znów błyszczała wielkimi gwiazdami swego napadu. Oprócz 5 fenomenów sprzed roku na lewym skrzydle od czasu do czasu pojawiał się utalentowany Chico, późniejszy wicemistrz świata z 1950. Jednak, o czym za chwile, w tym turnieju zapisał się niechlubnie. Natomiast w meczu z Paragwajem po długiej przerwie przypomniał o sobie…. Leonidas! Tak, tak, ten sam charyzmatyczny Leonidas da Silva, owa mityczna ,,Czarna perła”, której nieprawdopodobne wyczyny pogrążyły naszą reprezentacje w Strassburgu, podczas słynnego meczu MŚ 1938. Dobiegała też kresu reprezentacyjna kariera innego geniusza. Po raz ostatni zagrał w wielkiej imprezie Domingos da Guia, który ze sportu wycofał się jako człowiek sławny i zamożny- jego majątek oceniano na 50 tys. dolarów, przy 40. Leonidasa i 30. Ademira oraz Jaira, zaś ówczesny dolar stał bardzo wysoko. Na arene wkraczało nowe pokolenie- Danilo, Rui i wspomniany Chico….. Wszystkie emocje skupiły się i eksplodowały w ostatnim meczu turnieju Argentyna-Brazylia! Gospodarze mieli już zapewniony tytuł i spotkanie toczyło się wyłącznie o prestiż. Tym bardziej iż dokładnie miesiąc wcześniej podczas rozgrywek Copa Roca doszło do pasjonującego trójmeczu wielkich rywali. Najpierw Argentyna z trudem wydarła zwycięstwo 4:3 ale już po tym istnieli tylko ,,canarinhos”. Dosłownie rozszarpali ekipe Stabilego na strzępy- 6:2 i 3:1! W tych okolicznościach na Estadio Monumental nie szło bynajmniej o pietruszkę. Do 28 minuty trwał festiwal elegancji i finezji zdolny zachwycić najwybredniejszych estetów. I właśnie wtedy stała się rzecz straszna. Szybki Chico przedarł się z lewego skrzydła na pole karne, wypuszczając piłke przed siebie. Próbował zagrodzić jej drogę stoper Jose Salomon. W półprzysiadzie wystawił naprężoną jak struna lewą noge, zaś szarżujący z impetem rozwścieczonego odyńca Chico z pełną mocą wbił kołki swojego prawego buta w tę nieszczęsną kończynę. W przeraźliwej ciszy dało się słyszeć trzask kości, która prysnęła niczym rozłupana zapałka. Biegnący opodal Mendez stanął jak wryty. Na skręcającego się z bólu wpadł jeszcze Jair. Ku sprawcom nieszczęścia ruszyli z furią Fonda i Pescia. Poszły w ruch pięści. Urugwajski sędzia przerwał mecz, licząc że zmiana Salomona na Marante choć nieco ostudzi rozpalone głowy. Gdzież tam! Po wznowieniu gry na przerażonego Chico ruszyli z pięściami de la Mata, ponownie Pescia i Marante, który uznał że przystoi mu wyłącznie rola mściciela. Arbiter wkroczył do akcji z całą energią, bezapelacyjnym gestem nakazując opuszczenie boiska. Naznaczeni jego karzącym palcem zostali Chico i de la Mata. Nieszczęsny Chico w panice ruszył sprintem ku tunelowi prowadzącemu do szatni ale nadział się na żywy mur policjantów, od których odbił się jak piłka, padając tuż pod podestem dla dziennikarzy. Tam odebrał swoją porcje uderzeń i kopniaków. Kompletnie zgnębiony, osłaniając dłońmi broczącą krwią głowe, klucząc chyłkiem i potykając się zdołał wreszcie na ostatnich nogach dotrzeć do upragnionej szatni. Tymczasem na trybunach narastał tumult. Kibice Argentyny i Brazylii wśród wyzwisk i przekleństw zaczeli okładać się czym popadło. Rozgorzała najprawdziwsza bitwa, zajadła i okrutna. Walka przeniosła się na płyte boiska. Do akcji wkroczyły oddziały policji. Ten wybuch zbiorowego szaleństwa trwał prawie 10 minut. Wreszcie fala namiętności poczeła z wolna opadać i roztrzęsiony sędzia mógł wznowić spotkanie. Jednak już mało kto przejmował się jego przebiegiem. Tylko Mendez zachował resztke zimnej krwi i dwukrotnie, w 38 i 55 minucie pokonał bramkarza rywali. Skandal na Monumental położył się cieniem na ocenie całej imprezy. Sport ustąpił pola barbarzyńskim emocjom. Pozostało poczucie dojmującego wstydu.
0
@lucca87 No tylko z tym Hallandem to mam pewne wątpliwości zwłaszcza na płaszczyźnie finansowej. Jest ryzyko że może być z nim podobnie jak z Dembele. Bardziej optował bym za innym napastnikiem, jakim? No właśnie na dzień dzisiejszy widze tylko przesunięcie Fatiego na 9-tke ale do lata może pokazać się kilku bardzo ciekawych napastników, zobaczymy. Z resztą zawodników zgodziłbym się z tobą.
12
Kalendarium Barçy:
12 stycznia 2004 r. odbyła się prezentacja Edgara Davidsa. Holenderski pomocnik został ściągnięty przez Franka Rijkaarda aby natchnąć drużynę, która w dniu jego przyjścia zajmowała dopiero 7 pozycje w tabeli po 19-tu kolejkach ligowych. Jego wypożyczenie z Juventusu okazało się strzałem w dziesiątke- Davids do spółki z Ronaldinho poprowadzili Blaugrane do serii zwycięstw, która zaowocowała wicemistrzostwem kraju. Mimo że Barça była zainteresowana zatrzymaniem Holendra, to jednak po sezonie Davids wybrał oferte Interu.
0
@Janiama Z jednej strony masz racje, lecz po pierwsze samą pomocą nie wygrywa się meczów a wręcz przeciwnie, obroną i mocnym atakiem, którego na dzień dzisiejszy nie posiadamy(Dembele i Luk de Jong to nie poziom FC Barcelony). O defensywie nie będe wspominał bo momentami gra tragicznie a generalnie na niskim poziomie. Po drugie gdzie Krym a gdzie Rzym? porównując Granade do Królewskich. Szanuje i podziwiam twój optymizm ale nie postawiłbym złamanego grosza na naszą Barce że przejdzie ,,naszego odwiecznego wroga". Bardzo chciałbym się mylić...
3
Football, dyscyplina zimowa?
Zima na przełomie 1962 i 63 roku była najmroźniejszą na Wyspach od połowy XVIII wieku. Potężne, jak na brytyjskie warunki opady śniegu, pięciometrowe zaspy, sztormy, huraganowe wiatry i temperatury spadające poniżej -20 stopni Celcjusza sparaliżowały Anglię, Szkocję i Walię! Zerwane linie wysokiego napięcia, zamknięte drogi, pokryte lodem rzeki i jeziora. Morze zamarzające nawet półtorej kilometra od lądu i pokrywa lodowa na Tamizie tak gruba, że urządzono na niej rajd samochodowy. Ceny świeżej żywności rosnące w zastraszającym tempie, pękające rury wodociągowe. Pogoda na którą nikt na Wyspach przygotowany być nie mógł. W tych warunkach ucierpiały oczywiście także wszelkie dyscypliny sportowe. Wstrzymane zostały rozgrywki ligi rugby, pomiędzy grudniem i marcem odwołano wszystkie 94 zawody wyścigów konnych. Ucierpiała też piłka nożna. Zamarznięte boiska, odwołane mecze, paraliż rozgrywek zarówno ligowych jak i pucharowych. Z zaplanowanych na 5 stycznia 32 meczów trzeciej rundy Pucharu Anglii sezonu 1962/63, w terminie rozegrano tylko 3. Pozostałe 29 spotkań przekładano łącznie 261 razy (mecz pomiędzy Lincoln City i Coventry City odwołano rekordowe 15 razy). Aż 66 dni potrzeba było aby rozegrać wszystkie mecze trzeciej rundy. Kluby, pozbawione wpływów z biletów, ich głównego źródła utrzymania, podejmowały desperackie kroki mające na celu rozmrożenie boisk. W czasach gdy podgrzewane płyty boiska były rzadkością, a sztuka utrzymania murawy raczkowała, próby doprowadzenia boisk piłkarskich do stanu używalności były przeważnie dość prymitywne. Pługi śnieżne, potężne dmuchawy, granulkowane rozmrażacze, a nawet ogień – zdesperowani właściciele klubów gotowi byli spróbować wszystkiego. W Norwich próbowano rozmrozić murawę przy Carrow Road za pomocą wojskowych miotaczy ognia, ta jednak zamieniła się w błoto, a następnie szybko zamarzła. Wrexham pokryło swoje boisko grubą warstwą piachu i rozgrywało mecze przypominające bardziej piłkę plażową. Więcej szczęścia miało Leicester City, które przed sezonem położyło na stadionie nową murawę. Mieszanka nawozów sztucznych i środków chwastobójczych weszła w reakcję chemiczną, produkując dość dużo ciepła. To plus kilkadziesiąt beczek po oleju napełnionych płonącym koksem pozwoliło drużynie z Leicester rozegrać większość meczów w terminie. Inne kluby poległy w nierównej walce. W Halifax boisko zamieniono w lodowisko, a następnie pobierano opłaty za korzystanie z niego. Wiele klubów postanowiło opuścić niegościnną ojczyznę by móc w przyzwoitych warunkach rozegrać choćby kilka sparingów. Drużyna Chelsea poleciała na Maltę. Kilka sparingów i gier kontrolnych poprawiło piłkarzom humory. Te szybko się jednak zepsuły, kiedy powrót na Wyspy okazał się niemożliwy z powodu zamkniętych lotnisk. Inne kluby, jak Manchester United, Wolverhampton, czy Coventry postanowiły pozostać bliżej domów i udały się do wyjątkowo ciepłej tamtej zimy Irlandii. Różnych sposobów walki z zamarzniętymi boiskami imali się również zawodnicy. Przed meczem z Ipswich Town (sensacyjnym mistrzem z poprzedniego sezonu, czytaj: Jak hartował się Alf Ramsey) , Gordon Banks, bramkarz Leicester City, świadomy tego, że część boiska znajdująca się w cieniu jednej z trybun zaczęła zamarzać, ubrał przed meczem dwa różne buty z rożnymi rodzajami korków. Miękkimi, na pokrytą błotem część murawy i twardymi gumowymi, z wystającymi z nich główkami gwoździ na połowę zamarzniętą. Dwa buty do pary włożył pod pachę, poczekał na losowanie stron boiska, następnie założył drugi but pasujący do panujących w wylosowanej bramce warunków. W przerwie zmienił oczywiście obydwa buty. Ograniczone do treningów kluby popadały w tarapaty finansowe. Niemożliwość rozgrywania meczów na własnych stadionach (Blackpool na przykład nie rozegrało w roli gospodarza żadnego meczu między 15 grudnia i 2 marca) pozbawiała prezesów głównego źródła dochodów. Środków do życia brakowało też tym piłkarzom, których zarobki uzależnione były od premii meczowych. W tej sytuacji Angielski Związek Piłki Nożnej postanowił udzielić potrzebującym klubom nieoprocentowanych pożyczek. Widmo bankructwa zaglądało w oczy również firmom bukmacherskim, które z powodu paraliżu rozgrywek każdego tygodnia traciły miliony klientów. Zdesperowani bukmacherzy powołali specjalną, składającą się z ludzi futbolu, dziennikarzy, a nawet polityków komisję, która, począwszy od 26 stycznia 1963 roku aż do połowy marca, kiedy to rozgrywki zaczęły powoli wracać do terminarza, przewidywała wyniki meczów, a następnie podawała je do publicznej wiadomości. Trzecia runda pucharu Anglii sezonu 1962-63, zakończyła się ostatecznie 11 marca 1963 roku, meczem na Ayresome Park, w którym Middlesbrough pokonało Blackburn Rovers 3:1. Trwała rekordowe 66 dni. Sensacją rozgrywek o najstarsze piłkarskie trofeum Świata stali się piłkarze Leicester City, którzy tak dobrze opanowali grę na zamarzniętych boiskach, że po wygraniu dziewięciu kolejnych meczów ligowych i pucharowych ochrzczeni zostali „Królami Lodu”. Boiska angielskie odtajały jednak w połowie marca i „Królowie” tuż przed finałem na Wembley przegrali kolejne cztery mecze ligowe. 25 maja 1963 roku, dwa tygodnie później niż pierwotnie zaplanowano, piłkarze Leicester wybiegli na idealnie przygotowaną murawę Wembley. Naprzeciwko nich stanęli zawodnicy Manchesteru United. Miękka zielona płyta boiska wyraźnie nie służyła „Królom Lodu”, którzy ulegli „Czerwonym Diabłom” Matta Busby’ego. Sezon, w którym angielska piłka stanęła przed jednym z największych wyzwań w swojej historii dobiegł końca.
12
Jeśli on u nas zostanie to będzie najgorsza z możliwych decyzji zarządu Laporty. Ten piłkarz absolutnie nie jest godzien reprezentować barw Blaugrany. Nie ma sensu żebym przeklinał w strone Dembele(a należy mu się pod każdym względem) ponieważ ,,nasza" redakcja jest bardzo wrażliwa i potrafi dawać bana nie tylko za ubliżanie...
4
W Europie szaleje wojna, natomiast w Ameryce Południowej szaleje na całego… latynoamerykański futbol!
10 stycznia 1942 r. Urugwaj gromi Chile 6:1. Tym meczem rozpoczęła się 17-ta edycja Copa America. To był czas rewanżu za rok ubiegły, tym bardziej że gospodarzem był Urugwaj. A tak się działo że ilekroć dotychczas Celestes grali u siebie, nie doznawali goryczy porażki. Estadio Centenario, ten niemy świadek światowego prymatu Urugwajczyków w niezapomnianym 1930 roku, najwidoczniej posiadał zaklętą w swoich murach, zwycięską moc. Również i teraz miał pozostać twierdzą niezdobytą. Zaś chętnych do jej sforsowania nie brakowało. Po pięcioletniej nieobecności pojawili się dwaj silni konkurenci- jak zwykle wyzbyta kompleksów twarda ekipa Paragwaju i usiany gwiazdami pierwszej wielkości team Brazylii. Paragwajczycy pokazali znów paru doskonałych graczy, którzy jak się można było spodziewać, niebawem spakowali manatki i wywędrowali do wielkich argentyńskich klubów. Brazylia z kolei wystawiła sławy bezsporne. Obroną zawiadywał legendarny Domingos da Guia, protoplasta przyszłego ,,libero”, tego wynalazku lat 70-tych, po dziś dzień bezsprzecznie uważany za najlepszego stopera Brazylii wszechczasów. W środku pomocy brylował sumienny Oswaldo Brandão, w przyszłości wielki autorytet trenerski. Natomiast atak to już była prawdziwa kolia brylantów. Po prawej arcymistrz dryblingu Pedro Amorim, po lewej zgrana od lat na pamięć para Tim-Patesko a pomiędzy nimi godny następca Leonidasa i równie godny poprzednik Pelego, startujący właśnie do olśniewającej kariery Zizinho. Natomiast Argentyna dumna była że pojawił się środkowy pomocnik na miare dawnych mistrzów, takich jak Monti, Minella czy Lazzatti. Był to olbrzym z Newell’s, Antonio Perucca, zwany ,,Potron de America”. Jednak w ataku legendarny trener Stabile znów miał zawrót głowy. Pewna swego była jedynie lewa strona. Za to po prawej stronie istna wirówka nonsensu. Rozumiejąca się para klubowa z Tigre, Tossoni-Sandoval przetrwała tylko jeden mecz- 4:3 z Paragwajem. Niezadowolony z rozmiarów zwycięstwa Stabile co i rusz szukał innych rozwiązań. Szybki Heredia nie pasował do wolniejszego Sandovala, zaś były prawoskrzydłowy Pedernera został tymczasem kierownikiem ataku River Plate i na pozycji prawego łącznika czuł się nie swojo. Ta mieszanka wystarczyła wprawdzie na Brazylię ale już nie dała sobie rady w bezbramkowym meczu z twardmym Chile, nie mówiąc już o uskrzydlonym dopingiem 70 tys. widzów gospodarzach turnieju. Decydujący mecz Urugwaj wygrał 1:0 a ,,złotego” gola strzelił w 48 minucie lewoskrzydłowy Zapirain, który w przyszłości miał zyskać miano ,,urugwajskiego Stanleya Matthewsa”, bowiem występował czynnie jeszcze w latach 70-tych. Pokonanej w absolutnie równorzędnym boju Argentynie, CONMEBOL postanowił przyznać nagrodę pocieszenia. W tym celu ufundowano Copa Bolivia, puchar, który od tej pory zwyczajowo przypadał w udziale drugiej drużynie turnieju. Przy okazji Argentyna ustanowiła też rekord Copa America. 22 stycznia na Estadio Centenario rozgromiła Ekwador 12:0! Cztery gole w tym meczu strzelił Herminio Masantonio, legendarny napastnik Huracan. Jeszcze większym wyczynem popisał się w tym meczu fenomenalny napastnik Jose Manuel Moreno, który ,,huknął” aż 5 goli! Nic więc dziwnego iż to właśnie Moreno i Masantonio podzielili między siebie tytuł króla strzelców z wynikiem 7 goli. Urugwaj natomiast powtórzył sukces z 1935 r., lecz dokonał tego w obliczu niepomiernie trudniejszej i liczniejszej konkurencji. Zdobył aż 21 goli(tyle samo co słynny argentyński napad) za to stracił zaledwie 2, z Paragwajem i Chile, przy 6 obciążających defensywę Argentyny i 7 Brazylii. Była to naprawdę wielka drużyna. Jej trzon stanowili zawodnicy bezkonkurencyjnego mistrza kraju- Nacional, który przeżywał apogeum swojej świetności. Oto legendarna kadra Urugwaju ze zwycięskiego turnieju: Joaquin Bermudes(Peñarol), Enrique Castro(Nacional), Luis Ernesto Castro(Nacional), Oscar Chirimni(River Plate), Anibal Ciocca(Nacional), Jose Maria Correa(Sud America), Eugenio Galvalisi(Nacional), Schubert Gambetta(Nacional), Sixto Gonzalez(Liverpool), Obdulio Varela(Wanderers), Agenor Muñiz(Peñarol), Luis Anibal Paz(Nacional), Roberto Porta(Nacional), Raul Rodriguez(Peñarol), Hector Romero(Nacional), Severino Varela Puente(Peñarol) i wreszcie Bibiano Zapirain(Nacional).
7
A to ci historia:
10 stycznia 1946 r. w Krakowie urodził się Robert Gadocha(przy okazji wszystkiego najlepszego panie Robercie). Był jednym z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu. Czarował dryblingami i rzadko spotykaną techniką użytkową. Sam jednak przystał na los człowieka zepchniętego w głęboki cień. Tak zwana ,,Afera dolarowa” sprawiła że Gadocha dawny as reprezentacji i czołowy gracz Legii wybrał milczenie, zerwał kontakty nawet z dawnymi kumplami. Na Mundialu w 1974 nie strzelił żadnego gola ale był za to mistrzem asyst. Po jego zagraniach koledzy zdobyli aż 7 goli! Obok Kazimierza Deyny i Grzegorza Laty został wybrany do jedenastki mistrzostw świata. I to właśnie Lato opowiedział kiedyś historie, która legendzie Gadochy mocno zaszkodziła, powodując że do dzisiaj w życiu publicznym zupełnie go nie ma. Całkiem świadomie uznał iż nikomu nie musi się tłumaczyć, kolegom z reprezentacji też nie, choć mieli powody podejrzewać że Gadocha ich oszukał. W autobiografii Grzegorza Laty wydanej w 1994 r. były prezes PZPN po raz pierwszy wspomniał o dodatkowej finansowej motywacji, po którą sięgnęli Argentyńczycy. Chodzi o mecz z Włochami, ostatni w fazie grupowej na mistrzostwach świata. Zwycięstwo Polaków oznaczało że do drugiej rundy(oprócz Białoczerwonych) przeszliby też Argentyńczycy, którzy w równolegle toczonym meczu musieli pokonać słabiutkie Haiti różnicą co najmniej 3 goli. Tak też się rzeczywiście stało. Wygrali 4:1 a Polska swój mecz 2:1. Pytanie tylko czy Argentyna obawiająca się że nasz zespół spotkanie z Italią może potraktować ulgowo, faktycznie złożyła obietnice finansowej premii? Lato był przekonany że tak! Wtedy nie wymienił żadnych nazwisk, mówił tylko o dwóch-trzech zawodnikach polskiej drużyny. Mieli przyjąć 18 tys. dolarów ale nie podzielili się z pozostałymi kolegami, którzy nie wiedzieli o argentyńskim bonusie. Ujawniona przez Late sprawa wtedy rozeszła się po kościach. W 30-tą rocznice mundialowego medalu wrócił do niej w wywiadzie dla ,,Przeglądu Sportowego” i był już bardziej konkretny. Wciąż nie wymienił żadnego nazwiska, lecz liste podejrzanych ograniczył do jednej osoby, na dodatek łatwo ją było można zidentyfikować. ,,O całej sprawie dowiedziałem się dopiero 10 lat po mundialu. Byłem wtedy zawodnikiem Atalanta Mexico City. Mieliśmy w klubie jakąś impreze, Zrobiła się luźniejsza atmosfera i na zwierzenia zebrało się Rubenowi Ayali, który w 1974 grał w ataku reprezentacji Argentyny. Zaczął mi opowiadać jak Argentyńczycy dyskutowali między sobą że trzeba Polaków zmobilizować do poważnej gry z Włochami. Ustalili że każdy z nich ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy odpali Polakom po tysiąc dolarów. 22 piłkarzy plus 2 trenerów. W sumie 24 tys. dolarów”- relacjonował Lato w ,,PS”, uściślając że do odbiorcy trafiło 18 tys. USD a reszte przejął pośrednik. Przedstawił też hipotezę dlaczego odbierający kase zawodnik z nikim się nie podzielił. ,,Widocznie piłkarz, który zdaniem Ayali był kluczowym graczem Polski i z nim należało rozmawiać jako reprezentantem nas wszystkich, uznał że i tak wygramy z Włochami. Mieliśmy przecież wystąpić w żelaznym ustawieniu, byliśmy na fali a 18 tys. zielonych piechotą nie chodzi. Z czysto logicznego punktu widzenia postawę naszego kolegi można próbować jakoś zrozumieć, lecz tylko z logicznego”- opowiadał Lato. Zatem skandal wybuchł dopiero w 2004 r. Grzegorz Lato jednym kamyczkiem uruchomił lawine. Na jaw zaczęły wychodzić kolejne fakty bo w Argentynie historia mundialowych dolarów znana była od dawna. Okazało się że o ile Ayala opowiedział Lacie o zakulisowej transakcji, to jednak nie on był pośrednikiem a niejaki Iggy Boćwiński, wówczas szef linii lotniczych PanAm na Polske i serdeczny kolega Gadochy. W operacje miała też być zaangażowana ówczesna żona polskiego piłkarza, która przejęła pieniądze, gdyż on sam uczestniczył w turnieju, ciągle przebywał z drużyną, więc tego typu aktywność siłą rzeczy musiała być mocno ograniczona. Gadocha wszystkim rewelacjom stanowczo zaprzeczył. Zrobił to twardo i jednoznacznie, po czym…. Zapadł się pod ziemie. ,,Jestem z boku, bo szanuje swoje nazwisko. Nie chce się wtopić w polską przeciętność. Poza tym… są pewne sprawy, o których w życiu się nie mówi tylko zabiera się je do grobu. Dlatego nie opowiadam o nich nawet w prywatnych rozmowach”- przekonywał na łamach ,,PS” Gadocha. Trzeba przyznać że brzmiało to cokolwiek tajemniczo a po wybuchu ,,afery dolarowej” nabrało nowego znaczenia. Przez następne lata Gadocha publicznie prawie się nie pokazywał. Niekiedy widziano go na stadionie Legii ale zdecydowanie więcej czasu spędzał w swoim domu na Florydzie. W 2013 r. dodzwonił się do niego Rafał Hurkowski, syn nieżyjącego już cenionego dziennikarza Romana Hurkowskiego. Gadocha zgodził się udzielić wywiadu dla polsatsport.pl. W opublikowanej rozmowie Gadocha powtórzył że z argentyńskimi dolarami nie miał nic wspólnego. ,,Nie wziąłem tych pieniędzy. Przecież gdyby do czegoś doszło, moi koledzy siłą rzeczy wszystkiego by się dowiedzieli! Dlaczego to wyszło dopiero po 30 latach? To wszystko dzieło mojej byłej żony. Była wpływowa, pracowała dla MSW. Szantażowała mnie że jeśli nie zrezygnuje z domu, zniszczy mi życie…. Moje nazwisko zostało zszargane”- stanowczo stwierdził, przyznając przy tym że na stałe mieszka w Sarasocie, na Florydzie. ,,Nie mam z nim kontaktu i nie słyszałem żeby któryś z moich kolegów z drużyny Górskiego miał. To nie jest przypadek ponieważ mam wrażenie że gdy wypłynęła sprawa argentyńskich pieniędzy, świadomie zniknął z pola widzenia. Może poczuł się urażony, że ktoś daje wiare sensacyjnym doniesieniom. No ale z drugiej strony nie próbował się tłumaczyć…. Dużo razem przeżyliśmy, więc na pewno byśmy go spokojnie wysłuchali. Kiedyś wspólni znajomi próbowali spotkać się z nim na Florydzie. Dzwonili, lecz nie odbierał telefonu. Pukali do drzwi ale nie otwierał”- tak opowiadał Lesław Ćmikiewicz, kolega Gadochy z reprezentacji i Legii. ,,To co powiedział Grzegorz Lato, zabrzmiało wiarygodnie. Pierwsza żona Roberta też przyznawała że trzymała te pieniądze. Ja natomiast zwyczajnie uważam że brudy wcześniej czy później wychodzą na wierzch”- zwraca uwagę Władysław Żmuda, czyli kolejny znajomy Gadochy z reprezentacji. ,,Po chrześcijańsku mogę mu wybaczyć ale niesmak pozostaje. Naszym przywódcą nie był, jednak zawsze zajmował konkretne stanowisko. Do tego potrafił nie głupio powiedzieć a mądrego zawsze warto posłuchać. Piłkarzem był pierwszorzędnym”- dodaje Żmuda. Gdy wyszła sprawa nieszczęsnych argentyńskich dolarów, zerwał kontakty z kolegami. Nie przyjeżdżał na okolicznościowe spotkania Orłów Górskiego, choć były tak godne okazje jak świętowanie 40-tej rocznicy medalu mistrzostw świata. W niczym nie zmienia to faktu że był jednym z najlepszych polskich piłkarzy w czasach, gdy nasza reprezentacja odnosiła największe sukcesy. Tego już nikt mu nigdy nie odbierze……
7
Powspominajmy, to już 11 lat:
10 stycznia 2011 r. Lionel Messi odebrał swoją drugą z rzędu Złotą Piłke, tym razem po raz pierwszy w historii pod egidą FIFA. Wielu ekspertów faworyzowało Wesleya Sneijdera, który z Interem zdobył potrójna koronę a z reprezentacją dotarł do finału mundialu. Holenderski pomocnik przegrał jednak nie tylko z Messim ale również z mistrzami Świata- Iniestą oraz Xavim. Tym samym stała się rzecz bez precedensu ponieważ całe podium Złotej Piłki zajeli wychowankowie jednego klubu.
Czy my dożyjemy jeszcze kiedyś tak spektakularnego wyczynu?
3
Niespotykane El Clasico!
10 stycznia 1943 r. FC Barcelona remisuje na Camp de Les Corts z Realem… 5:5! W ramach 14 kolejki Primera Division. Jeszcze do 87 minuty Blaugrana prowadziła 5:4. Na 3 minuty przed końcem Mardones doprowadził do remisu. Patrząc na tabele kończącą sezon ten Klasyk nie miał większego znaczenia ponieważ Duma Katalonii zakończyła go na 3 pozycji. Co ciekawe, Królewscy zakończyli rozgrywki na… 10 pozycji!
0
Wchodząc i patrząc na artykuł ,,2021 w liczbach. Podsumowanie roku FCBarca.com" byłem bardzo zaskoczony informacją o tym że 6 sierpnia przebywało na stronie aż 75 217 użytkowników! Nie zdawałem sobie sprawy że aż tylu jest zarejestrowanych użytkowników. Swoją drogą jestem bardzo ciekaw ilu z tych użytkowników jest takimi naprawde stuprocentowymi cule? Podejrzewam że nawet nie cała połowa a powodem tego może być ,,La Rambla", gdzie pisze się o wszystkim, nawet o głupotach.
3
(Nie)zapomniane El Clasico:
9 stycznia 1949 r. FC Barcelona pokonuje na Camp de Les Corts Real Madryt 3:1 w 15 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelili: Cesar Rodriguez(28 i 61 minuta) oraz Basora w 56 minucie. To zwycięstwo przyczyniło się do drugiego z rzędu i czwartego w historii mistrzostwa Hiszpanii.
Poza tym dokładnie 10 lat temu(9 stycznia 2012 r.) Lionel Messi odebrał swoją trzecią Złotą Piłke z rzędu. Argentyńczyk był oczywistym faworytem tej edycji plebiscytu po tym, jak poprowadził Blaugrane do wygrania 5 pucharów w 2011 r. Messi stał się najmłodszym zawodnikiem z trzema Złotymi Piłkami na koncie a w dodatku zdobył je 3 lata z rzędu, czym wyrównał osiągnięcie Platiniego. Na podium znalazło się również miejsce dla Xaviego a tuż za nim uplasował się Andres Iniesta.
2
Zlatan Ibrahimoć strzelając gola przeciwko Venezii, zrównuje się na poziomie pierwszoligowym z legendarnym Carlosem Bianchim. Obydwaj mają po 393 gole. Do Gerda Mullera Ibrahimowić traci zaledwie 10 goli!
1
Panie i Panowie, 74 lata kończy dzisiaj Jan Tomaszewski. Tego pana chyba nikomu nie musze przedstawiać? Wszystkiego najlepszego Jasiu! Dużo zdrówka i słodyczy sportowa Polska ci życzy! Dziękujemy za wspaniałe dokonania jakie zapisałeś w historii polskiego futbolu.
1
Karim Benzema strzelając wczoraj 2 gole przeciwko Valencii, zrównał się w klasyfikacji pierwszoligowej miedzy innymi z Vlastimilem Kopeckim, Hectorem Yazalde, Henrikiem Larssonem a przede wszystkim z Telmo Zarrą. Wszyscy mają po 252 gole. Przykładowo do Maradony traci tylko 6 goli, do Davida Villi 26 goli a np. do Cruijffa aż 38 goli.
4
Tak szczerze, czy my dzisiaj zasłużyliśmy na zwycięstwo? Według mnie absolutnie nie! W takim razie czy zasłużyliśmy na remis? Tutaj bym polemizował. Od dłuższego czasu Nico gra bardzo ostro a ostatnio też Gavi oraz Pique. Xavi powinien im wylać kubeł zimnej wody na głowe, bo inaczej pogubimy mnóstwo punktów. Do tego jeszcze ,,popisy" Ter Stegena i Alby. Ten mecz powinniśmy kończyć w 9-tke, dlatego też mam watpliwości czy nawet zasłużyliśmy na remis? Naprawde aż strach się bać tego El Clasico...
1
@Janiama Ja przekornie wprost przeciwnie, 2:1 dla Granady i obym się pomylił...
4
Na wstępie chce pozdrowić sympatyków Widzewa, Śląska Wrocław, Odry Opole oraz nieistniejącej już Stali Nysa. Z jakiej okazji? Otóż 64 urodziny obchodzi dzisiaj Roman Wójcicki. Wszystkiego najlepszego panie Romanie, dużo zdrówka!
Wójcicki to był silny środkowy obrońca imponujący warunkami fizycznymi. Jeden z czołowych polskich defensorów w latach 80. Przygodę z piłką zaczynał w rodzinnej Nysie, gdzie w wieku 11 lat zapisał się do miejscowej Stali. Początkowo grał jako napastnik, ale z czasem został przesunięty do obrony. Regularnie czynione postępy spowodowały, że zaczęły się nim interesować większe kluby. W 1975 r. trafił do Odry Opole. Dość szybko włączono go do kadry seniorów, a w lidze zadebiutował 24 lipca 1977 r. w meczu z Polonią Bytom. Dobra postawa w lidze zaowocowała powołaniem do reprezentacji do młodzieżowej, a niedługo później do seniorskiej. 12 kwietnia 1978 r. wystąpił w wygranym 3:0 meczu z Irlandią w Łodzi. Jacek Gmoch dostrzegł w nim potencjał i postanowił zabrać na mistrzostwa świata do Argentyny. Wójcicki nie zagrał tam jednak ani minuty. Wiosną 1980 r. trafił do Śląska Wrocław. Dla Odry rozegrał 82 spotkania i zdobył osiem bramek. W Śląsku dopiero od nowego sezonu zaczął regularne występy. Zawsze grał bardzo ambitnie i potrafił się znakomicie ustawiać. W 1982 r. z kolegami z drużyny zajął drugie miejsce w lidze. Dobra forma zaowocowała kolejnym powołaniem na dużą imprezę. Tym razem Antoni Piechniczek widział dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w Hiszpanii. Do pierwszej jedenastki jednak było jeszcze daleko. Duet Żmuda-Janas spisywał się bardzo dobrze i Wójcicki praktycznie cały turniej przesiedział na ławce rezerwowych. Wystąpił tylko w drugiej połowie meczu o III miejsce z Francją, w którym zmienił Waldemara Matysika. Po mistrzostwach przeszedł do Widzewa. Z łódzkim klubem związany był przez cztery lata. Zaliczył 113 spotkań, w których zdobył 11 bramek. Największym jego osiągnięciem było dotarcie z kolegami do półfinału Pucharu Europy, w którym musieli uznać wyższość Juventusu. Czas spędzony w Łodzi Wójcicki wspomina jednak bardzo dobrze i podkreśla, że obok występów z orzełkiem na piersi, był to najpiękniejszy okres w jego karierze. Z Widzewem dwukrotnie był wicemistrzem Polski (1983 i 1984) i dwukrotnie zajmował trzecie miejsce (1985 i 1986). Brak mistrzostwa mógł sobie osłodzić zdobytym w 1985 r. Pucharem Polski. W 1984 r. został laureatem Złotych Butów w plebiscycie Sportu. Po mistrzostwach świata w Meksyku, w których był jednym z filarów naszej reprezentacji, wyjechał do Niemiec. Grał w FC 08 Homburg, a 1989 r. został zawodnikiem Hannoveru, z którym w 1992 r. zdobył Puchar Niemiec. Karierę kończył w TSV Havelse 1912, gdzie przez cztery lata był grającym trenerem. Później trenował zespoły z niższych lig niemieckich. Z kadrą pożegnał się w przegranym 0:3 meczu z Anglią 3 czerwca 1989 r. Czasami zarzucano mu małą zwrotność i niedostatki techniczne, przez co miał problemy ze zwinnymi zawodnikami, ale jego szybkość biegowa, siła uderzenia i waleczność rekompensowały te braki. W Reprezentacji Polski rozegrał 62 mecze, strzelając 2 gole.
3
La Manita! Fantastyczny Romario i (nie)zapomniany ,,Dream Team”:
8 stycznia 1994 r. FC Barcelona pokonała Real Madryt 5:0! Było to jedno z najlepszych El Clasico w historii i prawdopodobnie najlepszy mecz ,,Dream Teamu’ Johana Cruyffa. Hat-tricka ustrzelił w tym spotkaniu Romario a do historii przeszedł jego pierwszy gol, w którym zastosował trik ,,cola de vaca’’, pozbywając się krycia Alkorty. W 49 minucie drugiego gola ze wspaniałego rzutu wolnego strzelił Koeman. 7 minut później Butragueño miał najlepszą okazje do zdobycia gola dla Realu ale trafił prosto w Zubizarrete. Chwile później drugiego gola świętował Romario i losy meczu zostały rozstrzygnięte. W końcówce trzeciego gola dorzucił Romario(pamiętny ,,no-look pass” Laudrupa) a Ivan Iglesias ustalił wynik meczu. ,,Mam nadzieję że na kolejny taki wynik nie będziemy musieli czekać kolejne 20 lat”- wyraził nadzieje Cruyff, gdyż taki sam wynik padł dokładnie 20 lat wcześniej w Madrycie. Na kolejną ,,manite” przyszło czekać… prawie 17 lat.
0
@MeMyselfAndI Akurat na strone tego klubu nie zaglądam i nawet nie zamierzam...
3
Słyszeliście o Walterze Rozitskym? Jeśli nie to posłuchajcie:
Na początek kilka słów o tym kim w ogóle był Walter Rozitsky. W 1911 roku piłkarz o takim nazwisku zadebiutował w FC Barcelonie. Jego debiut przypadł 15 października na mecz towarzyski z zespołem Universitary. Od tego czasu przez dwa kolejne lata był ważnym zawodnikiem pierwszego składu „Blaugrany”. Potem przeniósł się do Realu Madryt, gdzie spędził kolejne dwa lata, a następnie wyjechał, by walczyć na froncie. Założył niemiecki mundur i słuch o nim zaginął. Skąd się wziął ten cały Rozitsky? Nie wykluczone, że jego nazwisko uległo modyfikacji. Kto wie, czy wcześniej nie nazywał się Różycki lub Rosicki. Całkiem możliwe, że Walter ma coś wspólnego z Czechami, gdzie jego nazwisko może kojarzyć się z Tomasem Rosickym. W Barcelonie przedstawiano go jako Niemca, co nie obala żadnej z tych hipotez. Dopiero w kronikach Realu Madryt można natknąć się na flagę Polską przy jego nazwisku. Z czego to wynika? Otóż Polski nie było wówczas na mapie Europy, a naszych rodaków z pruskiego zaboru często brano za Niemców. Sam zawodnik, występując w Realu, podobno zaczął podkreślać swoje pochodzenie i być może właśnie dlatego ktoś zdecydował się umieścić polską flagę przy jego nazwisku. Gdyby nie ten fakt to pewnie tematu w ogóle by nie było. Ogromną pracę w poszukiwaniu korzeni Rozitsky’ego wykonał Adam Węgłowski, redaktor „Focus Historia”. Pan Adam grzebał w stertach gazet z 1913 roku, spotkał się z kilkoma osobami, które mogły mieć pewne informacje i jak się okazało, wiele rzeczy wyjaśnił. Jednak każda odpowiedź tworzyła kolejne pytania, nic nie zostało do końca wyjaśnione. Wiemy na przykład, że Rozitsky miał francuski paszport, co nie przekreśla jego domniemanego polskiego pochodzenia, bo przecież masa Polaków emigrowała właśnie do tego kraju. Węgłowski odnalazł też w Madrycie hiszpańską rodzinę o nazwisku Rokiski. Podczas długich opowieści jeden z członków rodziny zdradził mu historię o dziadku, który wyjechał z Polski do Francji. Zbieg okoliczności? Mało prawdopodobne. Autor tego artykułu chciał odnaleźć jakąś informację o dalszych losach naszego bohatera, jednak nigdzie nie znalazł żadnej modyfikacji jego nazwiska, nawet wśród listy ofiar I wolny światowej. Za to niejaki Walther Rokiski znalazł się na liście poległych żołnierzy wojsk amerykańskich podczas II wojny światowej. Czy to ta sama osoba? Historia nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, stawia za to kolejne. Czy Rozitsky rzeczywiście założył niemiecki mundur? A jeśli tak, to czy to możliwe, że później zdecydował się go porzucić i dołączyć do Amerykanów? To wygodne dla nas założenia, ale nikt nie udowodnił, że są prawdziwe. Nigdzie nie ma zapisanej daty urodzenia Rozitsky’ego. W kronikach można za to odnaleźć informacje, że rozegrał on 55 spotkań w FC Barcelonie i strzelił 5 goli. Zdobył w tym czasie mistrzostwo i Puchar Katalonii, dwa razy sięgnął Puchar Króla oraz dwukrotnie cieszył się z triumfu w Pucharze Pirenejów. „El Mundo Deportivo” pisało, że Walter dysponował dobrym podaniem, był świetny w ofensywie i dysponował znakomitym strzałem. W Realu zaliczył 19 występów. Różne źródła podają, że był on obrońcą, inne, że był pomocnikiem, jednak w latach 1911-1915 przywiązanie do pozycji miało zupełnie inny wymiar niż w dzisiejszych czasach. Ciekawostką jest, że nasz bohater był piątym w historii piłkarzem, który przemierzył szlak pomiędzy Barceloną i Realem. Pewnie nawet nie przypuszczał, że wiele lat później za podobny manewr Luis Figo zostanie nazwany zdrajcą i zostanie wymazany z serc katalońskich kibiców. Czy Rozitsky na pewno był Polakiem? Żaden fakt nie potwierdza tego w stu procentach, lecz jeśli dodamy do siebie wszystkie poszlaki i ułożymy tę skomplikowaną układankę w jedną całość, to okaże się, że tak właśnie musiało być. A więc Jerzy Dudek nie był pierwszym Polakiem w Realu. Polak występował też w słynnej FC Barcelonie. Choć działo się to bardzo dawno, a pamięć kibiców nie ma prawa sięgać tak daleko, to jednak trzeba wiedzieć, że ktoś taki był i radził sobie całkiem dobrze. W kronikach FC Barcelony można znaleźć nawet informacje, że był on światowej klasy pomocnikiem. Cieszmy się więc skarbem, który na nowo odnalazł Adam Węgłowski.
6
(Nie)zapomniani trenerzy FCB:
6 stycznia 1943 r. urodził się Terence Frederick Venables, trener FC Barcelony w latach 1984-87. Anglik zyskał sławe jako szkoleniowiec Crystal Palace oraz Queens Park Rangers i został zarekomendowany prezydentowi Nuñezowi przez Bobby’ego Robsona. Prowadził Blaugrane w 116 meczach, 64 z nich wygrywając. W 1985 r. zdobył z klubem pierwszy po 11 latach tytuł mistrza Hiszpanii a rok później Puchar Ligi.
0
Na pożegnanie legendy:
6 stycznia 1936 r. legendarny Josep Samitier rozegrał ostatni pożegnalny występ w koszulce Blaugrany. Miało to miejsce w meczu towarzyskim z Arenas de Getxo wygranym przez Barçe 5:2. Hattrickiem w tym spotkaniu popisał się właśnie Samitier, godnie żegnając się z Dumą Katalonii.
1
Na tle przeciwnika z trzeciego poziomu rozgrywek to był co najmniej słabiutki mecz. Ja się tylko zastanawiam jak rozgrywki w Copa del Rey, jak również w Lidze Europejskiej, mogą wpłynąć na końcową pozycje w La Liga? Moim skromnym zdaniem mogą wpłynąć negatywnie w kontekście walki o 4 pozycje w tabeli La Liga. Barca na płaszczyźnie sportowej a zwłaszcza finansowej wygląda blado, plus mnóstwo kontuzji itp. Do czego zmierzam? Owszem z Linares odpaść to byłaby niemal hańba, lecz w kolejnej rundzie z dużo wyżej notowanym przeciwnikiem to nie byłby wstyd. Moje pytanie brzmi, czy wówczas nie korzystniej byłoby odpuścić Copa del Rey i Lige Europejską na rzecz La Liga? Co tak naprawde da nam w Pucharze Króla? Lige Mistrzów? Nie! Wielkie pieniądze? No raczej też nie. Absolutnym priorytetem jest zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów? Czy naszą Barce w obecnych realiach naprawde stać utrzymać 3 sroki za ogon? Obawiam się że w efekcie uciekną nam wszystkie sroki, no chyba że skupimy się tylko na tej jednej.
2
Pamiętamy?
5 stycznia 2011 r. Eric Abidal strzela swojego pierwszego gola w barwach Blaugrany. Gol francuskiego obrońcy w zremisowanym 1:1 rewanżowym meczu z Athletic Bilbao w ⅛ Pucharu Króla pozwolił Dumie Katalonii awansować do kolejnej rundy. Leo Messi dostrzegł wbiegającego w pole karne Francuza i wyłożył piłke, którą defensor sprytnym strzałem lewą nogą z 6 metrów umieścił w siatce gospodarzy. W tym samym meczu zadebiutował Ibrahim Afellay, sprowadzony w zimowym okienku transferowym z PSV Eindhoven za 3 mln euro. Trapiony kontuzjami Holender nie spełnił pokładanych w nim nadziei, kibice nie zapomną mu jednak wspaniałej akcji i asysty do Messiego, otwierającej wynik półfinałowego meczu Ligi Mistrzów z Realem Madryt na Santiago Bernabeu. Rzeczywiście jakoś ostatnimi czasy holenderscy piłkarze nie sprawdzają się w naszym klubie.
0
@MysticCat Opinie o Dembele iż nie zasługuje być w naszym klubie
14
Wyrazy podziękowania ,,szanownej" redakcji za uprawianie swojej dyktatury.
4
Historie z piekła rodem:
O tym, że futbol to coś więcej niż sport już wiemy. Przynajmniej wielu z nas wie. Jednak o tym, że futbol to też coś więcej niż sprawa życia i śmierci przekonał się osobiście generał Omar Actis. Był 19 sierpnia 1976 roku. Pozostawały już niecałe dwa lata do wielkiego futbolowego święta w Argentynie. Przewodniczący komitetu organizującego mistrzostwa świata w Argentynie (Ente Autárquico Mundial – EAM’78) – generał Omar Actis – ma tego dnia przedstawić światu na konferencji prasowej wielki plan oszczędności i w ciągu kilku godzin wprowadzić go w życie. Nie udaje mu się. Na kilka godzin przed rzeczoną konferencją prasową ginie w zamachu i do dzisiaj nie wyjaśniono, na czyje zlecenie zginął. Podejrzenia są, lecz nikomu nigdy nic nie udowodniono. O tajemniczych okolicznościach jego śmierci niech świadczy fakt, że istnieją dwie wersje. Jedna mówi o zastrzeleniu generała (relacja The New York Times z 1976 roku), według drugiej natomiast, Omar Actis zginął w zamachu bombowym. Nie istnieje nawet jedna zgodna wersja czy wspomniany zamach odbył się przed konferencją (na kilka godzin lub dwa dni wcześniej), czy generał Omar Actis zginął po konferencji. Istnieje zbyt dużo niejasności i już na wstępie sprawa wydaje się nieumiejętnie tuszowana. Albo świadomie wprowadzono chaos informacyjny. Fakt jest jednak taki – generał Actis zginął w zamachu. Prawo do organizacji mistrzostw świata w 1978 roku w Argentynie przyznano w 1966 na Kongresie w Londynie. Mundial tym samym miał powrócić do swojej macierzystej ziemi – Ameryki Południowej. W 1966 roku FIFA znajduje się w erze rządów dżentelmenów, chcących w zdrowy sposób rozwijać globalne postrzeganie futbolu, w myśl chrześcijańskich zasad i haseł: „wielka piłkarska rodzina”, „łączymy społeczności oraz narody” czy „futbol przyczynia się do fizycznego i moralnego postępu”. Prezydentem FIFA jest wówczas Sir Stanley Rous, kontynuujący dzieło jego dostojnych poprzedników, m.in. Daniela Woolfall’a, Julesa Rimet’a oraz Arthura Drewry’ego. Jednak w latach 1974 i 1976 zmienia się kompletnie klimat i całe środowisko związane z organizacją mistrzostw świata w Argentynie. W roku 1974 Prezydentem FIFA zostaje Joao Havelange. Dlaczego to jest warte wspomnienia? Uważa się powszechnie, że właśnie od tego okresu FIFA przeistoczyła się w jedną wielką mafijną rodzinę (oczywiście nie od razu, ale wybór Havelange’a jest istotną cezurą czasową). Drugim wydarzeniem jest dojście do władzy w Argentynie junty generała Jorge Videla w roku 1976. I na tym chciałbym się teraz przez moment skupić. Po zamachu stanu junta generała Videli zlikwidowała działalność polityczną, zawiesili działania związków zawodowych, a kraj nie dość, że pogrążony był w chaosie wewnętrznych walk(głównie między lewicowymi oddziałami partyzanckimi a prawicowymi zbrojnymi grupami peronistowskimi) to dodatkowo dotknięty kryzysem gospodarczym. W takich okolicznościach generał Videla postanowił dodatkowo terroryzować i tłumić wszelkie przejawy opozycji wobec jego rządów. Lata, w których rządził(1976-1982) określa się mianem tzw. „brudnej wojny”. Videla, który nie był największym fanem sportu, dostrzegł jednak jego potencjał i możliwości wizerunkowe, jakie płyną z prawa organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej. „Brudna wojna” miała być wybielona właśnie dzięki futbolowi. Nowa ekipa FIFA z jednoznacznym celem „zarobić ile się da, nieważne jakim kosztem”, oraz nowa ekipa rządząca w Argentynie z równie jednoznacznym celem polityczno-wizerunkowym postanowiły zrobić z mundialu wielką pokazówkę. Bardzo ważną kwestią związaną z organizacją mistrzostw świata w Argentynie był fakt, iż zlecono budowę kilku nowych stadionów oraz przebudowę innych wówczas istniejących na bardziej nowoczesne. Argentyna zainwestowała 700 mln $ w środku trawiącej świat recesji, która nie ominęła także i tego kraju. A co na to przewodniczący komitetu organizacyjnego? Generał Omar Actis był gorącym zwolennikiem oszczędności – albo inaczej – po prostu wiedział, na ile sobie można pozwolić. Toteż na 3 lata przed startem turnieju nie ruszyła nawet budowa trzech stadionów – w Mendozie, Cordobie i Mar del Plata. Teoretycznie – dobrze dla kraju. Praktycznie – źle dla generała Actisa. Jak już wspomniałem, w 1974 zmienił się prezydent FIFA i nowe władze, po ekspresowym zaaranżowaniu odpowiednich fikcyjnych firm, znalezieniu sponsorów oraz nakręceniu całej biznesowej maszyny – szykowały się na wielki i epicki turniej. Wielki turniej, gdzie FIFA zaprezentuje się na tle efektownych stadionów i… w kolorowej telewizji. Acits popełnił dla siebie śmiertelny błąd, opowiadając się przeciwko pomysłom nowej władzy i blokując te projekty. Zebrały się nad nim ciemne chmury, a decyzja o odsunięciu go od organizacji mistrzostw świata zapadła prawdopodobnie w najważniejszych gabinetach. Pamiętać trzeba także o prezydencie Videli, który za wszelką cenę chciał pokazać światu wielkość i wspaniałość Argentyny. Argentyna miała być postrzegana jako nowoczesny kraj, z m. in. doskonale rozbudowaną siecią transportową jak na tamte czasy. Nie liczono się z kosztami i z racjonalnie myślącymi ludźmi. A cel uświęca środki. W środku całego zamieszania postać gen. Actisa zaczęła być niewygodną barierą hamującą postęp organizacji mistrzostw świata – takiej jakiej wizję chciały władze FIFA oraz Argentyny. W Argentynie wówczas nie było za bardzo wiadomo, jak takich ludzi się usuwa dyplomatycznie i po dżentelmeńsku, więc bezceremonialnie go zamordowano w biały dzień. Zastępcą w komitecie organizacyjnym MŚ generała Actisa został admirał Alberto Lacoste. Nagle mistrzostwa świata w Argentynie stały się dużo przyjaźniejsze dla sponsorów. Z „drobną” pomocą rządzącej junty, która usunęła niewygodnego człowieka oraz współtworzyła komitet organizacji mundialu w Argentynie, „szczęśliwie” udało się zdążyć ze wszystkim na czas. Zmodernizowano dwa stadiony w Buenos Aires oraz wybudowano pozostałe areny tam, gdzie planowano. Ironicznie jednak – miejscowi oglądali turniej w czarno-białej telewizji… W ramach ciekawostki finansowej: FIFA planowała uzyskać 9 mln franków szwajcarskich przychodów z MŚ w Argentynie i przewidywała w swoim budżecie na lata 1978-1982. Oficjalnie jednak FIFA zarobiła „jedynie” nieco ponad 5,5 mln franków. Gdzie reszta? Najprawdopodobniej rozpłynęła się po kieszeniach odpowiednich ludzi. A ci odpowiedni ludzie zadbali o to, żeby nikt nie dotarł, gdzie dokładnie owe pieniądze się podziały. Pytanie tylko – kto za to odpowiada w takim razie oficjalnie? Oczywiście, że dyrektor finansowy FIFA… admirał Alberto Lacoste. Ten sam, który był zastępcą generała Actisa. Meksykańska La Jornada określiła wprost dyrektora finansowego FIFA jako ucieleśnienie „całego horroru i całej brutalności dyktatury”. Swoją drogą, jest to ciekawa postać, przeciwko której kilkukrotnie wszczynano dochodzenia w sprawie morderstw (popełnionych przez niego bądź na jego zlecenie; podejrzewa się, że to właśnie on zlecił zabójstwo generała Acitsa). W trakcie działalności Lacosta wychodziły też takie afery, jak wzięty kredyt na FIFĘ na pół miliona dolarów. Lacoste nie potrafił wyjaśnić pochodzenia tego kredytu i wszystko musiał ratować Havelange i okazał się on pilnie potrzebnym wierzycielem. A Lacoste kupił ziemię w Urugwaju, posiadając środki z niewiadomego źródła. Przypadek?
0
@Worny 1. Manchester City
2. Liverpool
3. Chelsea
4. Arsenal